WYŚWIETLENIA

22 września 2025

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. I

CZYLI CO SPOWODOWAŁO 
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA 
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





VARIA





"NIE MARTWCIE SIĘ, WOJNA BĘDZIE!"


Niemiecka Republika zwana również od miejsca swego powstania Weimarską, była od swych początków dzieckiem I Wojny Światowej i niemieckiej klęski wojennej. To było państwo zbudowane na zupełnie innych zasadach jak choćby kajzerowska, przedwojenna Rzesza, państwo z tak rozbuchanym partyjniactwem (które realnie powodowało niemoc prawną) i z tak liberalnym przekazem społecznym (który powodował że Republika Weimarska zamieniała się w jeden wielki... burdel), iż można by ten kraj określić trzema zwrotami, jakie zostały użyte przez Marszałka Piłsudskiego na określenie systemu parlamentarnego (i konstytucji) odrodzonej Polski w pierwszych Jej latach niepodległego bytu - "Pierdel, Serdel, Burdel!". Oczywiście Niemcy Weimarskie wykuwały się w zupełnie innych konfiguracjach politycznych i inne siły je determinowały. O ile bowiem Polska walczyła zbrojnie w pierwszych latach swej Niepodległości przeciw aż... pięciu wrogim krajom (a może nawet i sześciu, jeśli do tych państw zaliczyć można również i Białą Rosję, reprezentowaną przez carskich generałów - Denikina, Kołczaka, Judenicza czy Wrangla): bolszewicką Rosję, Niemcy, Litwę, Czechosłowację i odradzającą się Ukrainę (a raczej Zachodnio-Ukraińską Republikę Ludową, bo istniały wówczas dwa państwa ukraińskie) - o tyle Niemcy głównie toczyły walki wewnętrzne z widmem komunistycznej rewolucji w kraju. Niemcy Weimarskie powstały więc na bazie krwawych walk z komunistami (Związek Spartakusa) i tłumieniem wszelkich rewolucyjnych buntów (notabene spowodowanych tragiczną sytuacją gospodarczą państwa, które nie dość że straciło ponad 2 miliony żołnierzy na frontach i kolejne 500 tysięcy cywilnych mieszkańców w wyniku chorób i epidemii, to jeszcze tę wojnę przegrało i musiało zdać się na łaskę zwycięskich mocarstw). Poza tym właśnie dorastało nowe pokolenie (zwane potem "straconym" lub "niepotrzebnym" pokoleniem), które nie miało pracy ani też perspektyw na lepsze życie. 

Dawno już w niemieckim społeczeństwie przeminęła euforia, z jaką żołnierze szli na front w sierpniu roku 1914. Ach, jakże piękny był to rok. Ci, którzy przeżyli piekło I Wojny Światowej, wracali potem w swych wspomnieniach do cudownego okresu przedwojennej sielanki. Arystokraci z rozrzewnieniem wspominali te bale, przyjęcia, pikniki, herbatki pod gołym niebem, wiklinowe stoliki rozstawione pod drzewem, piękne panie przystrojone w wykwintne suknie i panów we frakach oraz zakrzywionych rogach kołnierzy koszul. Zwykli, niemajętni zaś ludzie, tęsknili po prostu do swych domów, do matek, żon, dzieci - do normalnego życia - o ile jeszcze mogło ono być normalnym dla ludzi, którzy co chwilę na froncie obcowali ze śmiercią. Powojenna trauma była bowiem ogromna, ludzie po powrocie do domów często nie potrafili się tam odnaleźć, wielu traciło zmysły, płakali lub krzyczeli całymi nocami, nie mogąc się uspokoić. Jakże odmiennie w ich umyśle musiały się wówczas kształtować kontrasty świata przedwojennego. Na przykład Francję postrzegano przed wojną jako kraj wielkiej rozwiązłości seksualnej - zaczytując się w dziełach Guya de Maupassanta czy Oktawiusza Mirabeau - do Paryża ściągali amanci nie tylko po to, aby obejrzeć Wieżę Eiffla czy obrazy Moneta, Degasa, czy Renoir'a, ale również aby odwiedzić dzielnice czerwonych latarni. Myliłby się jednak ten, kto by sądził że Francuzki były sprzedajne i łatwo można było je poderwać. Nie, Francuzki były znacznie bardziej purytańskie od np. Niemek, Rosjanek, czy nawet Angielek (zresztą były dobrze pilnowane przez swych mężów i ojców). Ten piękny świat (oczywiście nie dla wszystkich, bowiem biedacy i nędzarze nie wspominali go raczej dobrze, a dla wielu to też były ciężkie czasy, zaś wybuch wojny światowej ratował im niejednokrotnie życie, jak choćby niejakiemu bezrobotnemu malarzowi z Austrii, szukającemu szczęścia w Monachium - Adolfowi Hitlerowi, który wręcz dziękował Bogu za wybuch wojny, gdyż przymierał wówczas głodem), ten świat został zniszczony wraz z pierwszymi wojennymi wystrzałami Wojny Światowej.






George Orwell wspominał po latach swoje dzieciństwo, pisząc: "Nigdy w historii świata zwykły wulgarny przepych (...) nie był tak natrętny jak w latach poprzedzających rok 1914. Szaleni milionerzy w falistych cylindrach i kamizelkach koloru lawendy wydawali przyjęcia z szampanem na rokokowych barkach na Tamizie. Był to okres gry w diabolo i wąskich spódnic hobble, strojnych szarych meloników, żakietów, "Wesołej wdówki", powieści Sakiego, "Piotrusia Pana" i "Gdzie kończy się tęcza", gdy piło się "kawkę", paliło "cygarety", mówiło "uroczy", "kapitalny", i "boski", jeździło na rozkoszne weekendy do Brighton i na szałowe fajfy do Troca. Z całego tego dziesięciolecia przed rokiem 1914 zdaje się emanować (...) jakby atmosfera wiecznego jedzenia truskawkowych lodów na zielonym trawniku przy dźwięku hymnu zawodów wioślarskich w Eton. Co ciekawe, wszyscy byli przekonani, że to przelewające się, nadęte bogactwo angielskich wyższych i średnich klas będzie trwało wiecznie, gdyż należy do porządku rzeczy (...) Dobrodziejstwo fortuny było równie niepodważalne jak dobrodziejstwo zdrowia lub urody; błyszczący samochód, tytuł i liczna służba były w świadomości ludzi związane z poczuciem moralnej wartości". Nic dziwnego że do dziś czar tamtego świata jest tak silny, o czym świadczy choćby popularność takich seriali jak: "Downton Abbey". Ale należy też pamiętać, że obok tego bogactwa była prawdziwa nędza, bród, smród i ubóstwo. W Filadelfii podczas wystawy światowej w 1876 r. obok pięknie wybudowanych, majestatycznych pawilonów, mających ukazywać zarówno potęgę Stanów Zjednoczonych (po zakończeniu Wojny Secesyjnej), jak i geniusz ludzkiego umysłu (tam m.in. Alexander Graham Bell zaprezentował swój nowy wynalazek do przesyłania ludzkiej mowy na odległość, który dziś nazywamy telefonem), stały blaszane i często rozpadające się domostwa biedoty, której nie stać było na kilka centów za bilet wstępu na wystawę, gdy za te pieniądze trzeba było nakarmić rodzinę. 

Ten świat na długo przed pierwszym armatnim wystrzałem, był przez niektórych postrzegany jako skazany na upadek. Henry James po śmierci królowej Wiktorii w 1901 r. pisał tak: "Odczuwam żałobę po tej wiekowej, matczynej królowej klasy średniej, darzącej naród ciepłem i bezpieczeństwem (...) Odczułem jej śmierć mocniej niż się spodziewałem. Stanowiła dla nas trwały symbol, teraz zaś żeglujemy po wzburzonych wodach". Zaś jeden z rosyjskich arystokratów miał się w przypływie melancholii po suto zaprawionej kolacji, spacerując po swym majątku w towarzystwie pewnego dyplomaty wyrazić: "Pięknie tu, prawda? Szkoda że za parę lat to wszystko zostanie utopione we krwi!" Nie był on bynajmniej jasnowidzem, po prostu widział co się dzieje w Rosji (i innych krajach Europy), jakie są nastroje ludu i jak bardzo nie przystają one do wyobrażeń elit. Wybuch wojny został więc w prawie całej Europie powitany z... radością. Tak, ludzie się cieszyli, radowali, całowali że wybuchła wojna i że mogą w niej uczestniczyć. Wojna przynosiła bowiem wielką zmianę i choć nie wiedziano jeszcze jaki kierunek ta zmiana obierze, to jednak radowano się że wreszcie nastąpiła (człowiek to dziwna istota, prawda?). Tomasz Mann (niemiecki pisarz i poeta - uważany za następcę Goethego) sławił Niemcy jako najdoskonalszy naród i "najwyższą rasę przynoszącą światu kulturę" oraz uważał że wojna stanowi swoiste "oczyszczenie" narodu od "pacyfistycznych czynników (...) które wpływają na korupcję obywateli". Żołnierze szli na front żegnani przez swoje kobiety z kwiatami w rekach i uśmiechem na twarzy. Cały niemiecki naród miał się odtąd włączyć w wir wojny, począwszy od posłów ("Odtąd nie ma już partii politycznych, odtąd jest jeden naród niemiecki" - jak miał się w swej mowie w Reichstagu wyrazić kajzer Wilhelm II - 4 sierpnia 1914 r. trzy dni po wypowiedzeniu wojny Rosji przez Niemcy i dzień po wypowiedzeniu wojny Francji, zaś tego dnia Niemcom wojnę wypowiedziała Wielka Brytania), wykładowców akademickich ("My, wykładowcy niemieckich uniwersytetów i wyższych instytutów naukowych (...) Wierzymy, że ocalenie samej kultury Europy zależy od zwycięstwa owego niemieckiego "militaryzmu": męskich cnót, wierności i woli poświęcenia, które stanowią cechy zjednoczonych, wolnych Niemców" - deklaracja 3 100 niemieckich profesorów z lipca 1914 r.), po zwykłych obywateli Cesarstwa (ludzie z niecierpliwością oczekiwali Pałacem berlińskim wygaśnięcia terminu ultimatum złożonego Rosji 1 sierpnia 1914 r., a gdy termin minął, radowano się i płakano z radości że wreszcie wybuchła wojna).


BERLIŃCZYCY OCZEKUJĄ NA WYGAŚNIĘCIE TERMINU
ULTIMATUM SKIEROWANEGO DO ROSJI 
(1 Sierpnia 1914)



Należy jednak pamiętać, że te "męskie cnoty wierności i woli poświęcenia" w prusko-niemieckim wydaniu miały przerażające oblicza. Podbudową ich była choćby przemowa cesarza Wilhelma II do rekrutów gwardii z listopada 1891 r. Powiedział on wówczas takie oto słowa: "Rekruci mojej gwardii! Przysięgaliście mi teraz wierność przed uświęconym sługą bożym i przed tym ołtarzem. Jesteście jeszcze za młodzi, żeby zrozumieć prawdziwe znaczenie wypowiedzianych właśnie słów (...) Przysięgliście mi wierność, a to - dzieci mojej gwardii - oznacza że jesteście teraz moimi żołnierzami, że oddaliście mi się duszą i ciałem. Macie tylko jednego wroga - to znaczy mojego wroga (...) może się zdarzyć, że rozkażę wam zastrzelić waszych własnych krewnych, braci, a nawet rodziców - czego niech Bóg broni - ale w takim wypadku musicie bez szemrania spełnić moje rozkazy!" Radość z wybuchu wojny panowała jednak wszędzie, nie tylko w Niemczech, również w Austro-Węgrzech wojna była witana jako... wybawienie i ratunek dla dynastii Habsburgów. Już w 1909 r. w "Danzer's Armee-Zeitung" piśmie sił zbrojnych, wyłożono dokładnie całą filozofię austro-węgierskich elit i przekonanie dużej część społeczeństwa, a brzmiała ona następująco: "Pełna bitewnego zapału armia oczekuje zadań, do których została powołana. Idziemy w bój ze świadomością, że to od nas zależy przyszłość cesarstwa (...) Krew pulsuje nam w żyłach, rwiemy się ze smyczy. Miłościwy Panie! Daj nam sygnał!" Swoją drogą w tętniącym i rozbuchanymi sprzecznościami oraz wzrastającymi poszczególnymi nacjonalizmami narodów, z których składała się wieloetniczna Monarchia Austro-Węgier, myśl, iż wojna mogłaby te ruchy odśrodkowe zatrzymać była idiotyzmem! Nawet zwycięska wojna niewiele by dała i odroczyła agonię o kilka, może kilkanaście lat. Jedynym wyjściem dla stabilności i jedności Austro-Węgier było utrzymanie pokoju ZA WSZELKĄ CENĘ! Arcyksiążę Franciszek Ferdynand (następca tronu Austro-Węgier) stwierdził więc niezwykle przytomnie około roku 1908, iż: "Nigdy nie będę prowadził wojny przeciw Rosji. Uczynię wszelkie ofiary, aby do niej nie dopuścić, bo wojna miedzy Austrią i Rosją zakończyłaby się obaleniem Romanowych lub obaleniem Habsburgów czy nawet obaleniem obu dynastii". Taka deklaracja polityczna następcy tronu stanowiła credo jego polityki i stała się... oczywistym wyrokiem śmierci, gdyż siły które do wojny parły, nie mogły pozwolić aby coś stanęło im na drodze. 28 czerwca 1914 r. Arcyksiążę Franciszek Ferdynand został zastrzelony w Sarajewie przez młodego zamachowca - Gawrilo Principa.


ARCYKSIĄŻĘ FRANCISZEK FERDYNAND




I MOMENT ZABÓJSTWA JEGO, ORAZ JEGO MAŁŻONKI



Jakie jednak siły mogły chcieć tej wojny i kto mógł być zamieszany w to morderstwo. Cóż, aby się zbytnio nie wysilać, pozwolę sobie zaprezentować opinię Leszka Moczulskiego na tę kwestię: "W maju 1914 r. pułkownik (Dragutin Dmitrijević "Apis"), w tajemnicy przed własnym rządem, przedstawił pomysł zamachu na arcyksięcia rosyjskiemu attaché płk. Artamonowowi. Rosjanin sam nie był w stanie decydować; porozumiał się z przyjaciółmi ze sztabu generalnego w Petersburgu i po kilku dniach przekazał akceptację: "Działajcie, jeśli was zaatakują, nie zostawimy was samych". Czyżby więc to Rosjanie stali za zamachem na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda? Ale po co, w jakim celu? Cel był jeden - ekspansja. Rosja miała zamkniętą drogę ekspansji w Azji po klęsce w wojnie z Japonią (1904-1905). Konflikt z Wielką Brytanią w Indiach i Persji nie wchodził w grę, pozostawała więc już tylko ekspansja na Bałkanach. A tam rosyjska polityka wchodziła w bezpośredni konflikt z Austro-Węgrami (wspieranymi przez Berlin). Oczywiście fakt, iż to strona rosyjska (poprzez swego ambasadora w Belgradzie - Nikolaia Hartwiga) sterowała zarówno "Czarną Ręką" Dragutina "Apisa" (mafijno-terrorystyczną organizacją w łonie serbskiego wywiadu wojskowego. Była ona swoistym przestępczym państwem w państwie), jest bezsporny, ale do wojny parło bardzo wiele różnych sił (często ze sobą skonfliktowanych). Niemiecki sztab generalny pragnął wojny czym prędzej - szef sztabu generalnego - Helmuth von Moltke stwierdził na radzie wojennej w grudniu 1912 r. w towarzystwie kajzera Wilhelma II: "Wojna jest nieunikniona i nim wcześniej nastąpi, tym lepiej dla Niemiec". To samo było w Rosji, Stawka (rosyjski sztab generalny) zdecydowanie opowiedziała się za wojną, gen. Władimir Suchomlinow żądał natychmiastowej mobilizacji i zdecydowanej kontrakcji w obronie zagrożonej przez Austro-Węgry Serbii. Minister spraw zagranicznych Cesarstwa Rosyjskiego - Siergiej Sazonow zwrócił się do cara 30 lipca 1914 r. tymi słowy: "Nie bójmy się, że przez nasze przygotowania rzucimy wyzwanie do wojny". Sazonow miał też zakomunikować kajzerowi Wilhelmowi II że: "Jeśli Austria wchłonie Serbię, wypowiemy jej wojnę", na co cesarz niemiecki odparł: "Cóż, wypowiadajcie!"




W Austro-Węgrzech też panowało istne wojenne szaleństwo. Niemiecki ambasador w Wiedniu baron Heinrich von Tschirschky raportował do Berlina z 10 lipca 1914 r.: "Berchtold (minister spraw zagranicznych Austro-Węgier) ciągle rozważał, jakie żądania postawić Serbom, żeby uznali je za całkowicie niemożliwe do przyjęcia". Rząd Monarchii zaś 7 lipca 1914 r. wydał protokół który brzmiał: "Wszyscy obecni z wyjątkiem premiera królestwa Węgier (hrabiego Istvana Tiszy) wyrazili przekonanie, że czysto dyplomatyczny sukces, nawet gdyby zakończył się rażącym upokorzeniem Serbii, będzie bezwartościowy, wobec tego należy wystosować pod adresem Serbii takie kategoryczne żądania, jakie pociągną za sobą niemal pewną odmowę, to bowiem powinno otworzyć drogę do radykalnego rozwiązania środkami militarnymi". Do wojny parli też i Francuzi i Brytyjczycy. Po stronie francuskiej było dwóch kluczowych "jastrzębi wojny". Pierwszym z nich był "Tygrys" (taki nosił przydomek) - Georges Clemenceau. Wielki francuski patriota (którego notabene dalecy przodkowie byli Tatarami) w 1914 miał już 73 lata, ale był doprawdy niezwykle żywotnym staruszkiem o sumiastych, siwych wąsach. Ten radykalny republikanin był niezwykle skutecznym politykiem i autorem aż dziesięciu rozbitych rządów, które chciały się jakoś "dogadać" z Niemcami w kwestii granic (np. my rezygnujemy z Alzacji i Lotaryngii, ale mamy za to zielone światło Berlina dla francuskiej ekspansji kolonialnej w Afryce i Azji). Clemenceau był przeciwnikiem takiego myślenia i jak zawsze powtarzał: "Honor Francji zostanie ocalony, gdy ponownie pobijemy Szwabów i odzyskamy nasze ziemie". Choć sam był zdeklarowanym republikaninem i przeciwnikiem monarchii, to jednak powracał do historii walk Cesarza Napoleona z Prusakami i powtarzał że sprawiedliwość dziejowa zapanuje dopiero wtedy, gdy zdobyczne niemieckie sztandary zostaną złożone u podnóża Łuku Triumfalnego a następnie spoczną w Pałacu Inwalidów.




W 1886 r. Clemenceau o mało nie doprowadził do linczu na premierze Karolu de Freycinet, gdy zmobilizował ulicę do obalenia jego rządu (który pragnął porozumieć się z Berlinem), mówiąc: "To nie jest ława ministrów, na którą teraz patrzę, lecz ława oskarżonych (...) Nie chcemy z wami dyskutować o wielkich problemach Ojczyzny (...) Precz!" Freycinet i jego ministrowie z obawy przed gniewem ludu chyłkiem uciekali z Pałacu Burbońskiego (siedziby rządu Republiki Francuskiej). Clemenceau był też bardzo opryskliwym człowiekiem i często łajał ludzi za byle co, ale był doskonałym mówcą i nie można mu było odmówić wielkiego politycznego talentu i krasomówstwa. Niektórym jednak działał na nerwy i częstokroć był... wyzywany na pojedynki. Potem wielu tego żałowało, gdy okazywało się że Clemenceau jest zarówno doskonałym strzelcem, jak i po mistrzowsku włada szpadą. Swój temperament udowodnił podczas I Wojny Światowej, gdy jako premier wizytował w 1918 r. okopy (ku zdumieniu żołnierzy, którzy nie mogli się nadziwić co ten dobiegający osiemdziesiątki staruszek tu robi, zamiast siedzieć w ciepłych pieleszach swego urzędu). W pewnym momencie wychylił się on zza okopów i wtedy niemiecki snajper oddał strzał blisko jego głowy. Clemenceau nie namyślając się długo, wyciągnął z poły swego płaszcza pistolet i wspiął się ku górze rzucając się z furią w kierunku okopów nieprzyjaciela. W porę go jednak powstrzymano, chwytając za płaszcz i ściągając na ziemię, ale sam fakt iż nawet w wieku starczym posiadał żywy temperament, był iście dobitny. Znane są też anegdoty z jego udziałem, jak choćby ta na przyjęciu u monsieur Sarrien'a, który pokazując mu różne rodzaje alkoholi zapytał: "Co pan bierze?", on zaś odparł: "Sprawy wewnętrzne". Clemenceau był też bardzo lakoniczny i powtarzał że dobra przemowa powinna był przede wszystkim... krótka.


GEORGES CLEMENCEAU 



Drugim francuskim "jastrzębiem wojny" był zaś prezydent Republiki - Raymond Poincaré. Jego niechęć do Niemców przekraczała nawet sławne powiedzonka Clemenceau o tym, iż: "należy Szwabom porządnie skopać tyłki" i można stwierdzić że była to wręcz prawdziwa nienawiść. Gdy był jeszcze dzieckiem, widział klęskę Francji w 1870 r. na własne oczy. Pamiętał też ucieczkę z rodzinnego domu w Bar-le-Duc przed zbliżającymi się Niemcami i późniejszą okupację po powrocie. W jego domu (jak i w wielu innych w Lotaryngii) ulokowali się niemieccy żołnierze, a on (jako młody chłopak) pisał: "Dom pełen wstrętnych żołdaków. Jeden rysuje na naszym kredensie czaszkę i skrzyżowane piszczele, drugi pluje nam, niczym Kozak, do garnka z duszonym mięsem. W każdej chwili czujemy się obserwowani. Wiemy, że rozważają nasze słowa, śledzą gesty". Po zakończeniu okupacji i opuszczeniu Francji przez niemieckie wojsko (1873 r.) Poincaré pisał: "Jaki cudowny był dzień, kiedy wszystkie dzwony odezwały się na znak, że ostatni żołnierz opuścił miasto, kiedy wszystkie radosne domy rozkwitły powiewającymi flagami". Do końca życia pozostał wrogiem Niemiec i stał na stanowisku, że z Berlinem nie wolno się układać, a utracone w wojnie (1870-1871) ziemie, należy odzyskać za wszelką cenę. Czuł się osobiście mocno dotknięty hańbą Francji i jej "okaleczeniem" poprzez odebranie Alzacji i Lotaryngii. No cóż, gdyby Poincaré przyszedł na świat w Marsylii albo w Nicei, może jego stosunek do Niemców byłyby inny - może!


RAYMOND PIONCARÉ



Warto też wspomnieć o Brytyjczykach. Zwolennikiem wojny światowej był za Kanałem La Manche lord marszałek Horatio Kitchener (ten zwolennik analnego rozdziewiczania pokojówek, które ze strachu zamykały się przed nim na klucz. Notabene Kitchener pozwalał sobie nawet na takie zabawy wśród pokojówek swych znajomych, np. podczas bali lub oficjalnych rautów, potrafił gonić półnagie dziewczyny po całym domu - pisząc o nim, zawsze mi się przypomina ta jego słabość). To właśnie jego twarz widniała na plakacie rekrutacyjnym, skierowanym do brytyjskich mężczyzn z sierpnia 1914 r. z wielkim napisem "Chcę ciebie. Dołącz do armii swego kraju. Boże ocal króla". Innym sławnym i wpływowym Brytyjczykiem, który opowiadał się za włączeniem Wielkiej Brytanii w wojnę z Niemcami i Austro-Węgrami, był Irlandczyk z pochodzenia sir Henry Wilson. Ten przystojny, czarujący mężczyzna, który potrafił wokół siebie zebrać tabuny kobiet (zarówno młodych panien jak i starszych matron), opowiadając im np. o Francji, a nawet obiecując zabrać którąś na letni wypoczynek do Paryża (lubił też przejażdżki rowerowe po północno-zachodniej Francji) - jako kierownik departamentu operacji wojskowych, opracował (w 1911 r.) ciekawy plan wojenny. Przede wszystkim przewidział prawie bezbłędnie przyszłą mobilizację Niemiec, liczbę dywizji i kierunki ataku. Stwierdził że Niemcy uderzą na Belgię i stamtąd wyprowadzą swój atak na północną Francję. Uznał że Wielka Brytania powinna przerzucić przez Kanał ok. 100 000 żołnierzy (co najmniej 5 dywizji). Plan został przyjęty, ale w roku, w którym Wilson go opracował doszło do konfliktu z Lewisem Harcourtem (ministrem do spraw kolonii) i jego ugodową frakcją w rządzie (który pieklił się że go nie zaproszono na naradę), oraz aferą z przygotowaniem floty wojennej do działań zbrojnych (admiralicja uznała że nie jest w stanie w tempie założonym przez Wilsona, przerzucić Brytyjski Korpus Ekspedycyjny do północnej Francji). Ale w te szczegóły nie będę się już wgłębiał.


HORATIO KITCHENER



Powiedzmy też o kilku głosach przeciwnych wojnie. Pierwszą osobą, która jawnie opowiedziała się przeciwko zbliżającej się masakrze, był... Rasputin. Ten najbardziej zagadkowy i wpływowy rosyjski mnich i doradca carskiej rodziny, przestrzegał cara Mikołaja przed pochopnymi krokami zmierzającymi ku wojnie. Rasputin - człowiek o długiej brodzie i hipnotyzującym spojrzeniu, który uważał się za świętego starca ("starieca") i otaczał się tabunami kobiet, z którymi potem uprawiał seks (on sam, będąc synem chłopa, wybierał do swego łoża arystokratyczne damy, które prosiły go o błogosławieństwo, całowały jego dłonie, stopy i... co tylko zechciał. To dla niego stroiły się w przepiękne suknie i z radością dla niego rozchylały swe uda), przestrzegał cara Mikołaja II ("Nikiego"- jak go wówczas nazywano), pisząc: "Drogi Przyjacielu! Powtarzam raz jeszcze, straszliwa burza grozi Rosji. To nieszczęście. Niewypowiedzianie wiele cierpienia (...) Całe morze łez. A ile krwi? (...) Wiem, że wszyscy żądają od ciebie wojny, nawet ci, którzy są wiernie oddani, oni nie rozumieją, że śpieszą do zguby (...) Ciężka będzie kara od Boga. Wszystko utonie w morzu krwi". W innym zaś liście do cara pisał: "Jesteś carem, ojcem narodu. Nie pozwól, by szaleńcy zatriumfowali i siebie samych oraz lud pchnęli do zguby! Może i Niemcy zostaną pokonane. Ale co będzie wtedy z Rosją? Jeśli się zastanowić, nigdy nie było tak wielkiego męczeństwa. Rosja tonie we krwi. Wielkie jest nieszczęście, bezgraniczna żałość".


GRIGORIJ RASPUTIN
 


Również cesarz Wilhelm II wykazywał oznaki niechęci do tej wojny (zresztą podobnie jak car Mikołaj II czy cesarz Franciszek Józef I). 26 lipca 1914 r. po otrzymaniu depeszy od swojego ambasadora w Petersburgu, hrabiego Pourtalesa (w którym przedstawiał on spotkanie ministra Siergieja Sazonowa i ambasadora Austro-Węgier hrabiego Szaparyego, jako spotkanie dwóch panów, którzy przy lampce wina rozmawiali jak starzy przyjaciele i wyjaśnili sobie wszelkie drażliwe kwestie), niemiecki kajzer miał rzec: "Kapitalne osiągnięcie, w ciągu zaledwie czterdziestu ośmiu godzin! (...) Wspaniałe moralne zwycięstwo Wiednia; ale przez to wszystkie powody do wojny znikły (...) Po czymś takim w ogóle nie powinienem był wydawać rozkazu mobilizacji". Potem, gdy okazało się że jednak groźba wojny nie została rozwiana, Wilhelm II pisał do cara Mikołaja II: "Cały ciężar decyzji spoczywa teraz wyłącznie na Twoich barkach i to Ty będziesz musiał ponieść odpowiedzialność za pokój czy wojnę". Car miał też (być może pod wpływem presji) rzec do członków swego sztabu: "Nie wezmę odpowiedzialności za tę potworną rzeź", ale cała Stawka była za wojną, a gen. Suchomlinow stwierdził, że rozkaz mobilizacji raz wprawiony w ruch, nie może już zostać odwołany. I nie został. Tak rozpoczęła się krwawa masakra z której popiołów powstanie wiele nowych państw Europy w tym Republika Niemiecka, zwana Weimarską, którą to zajmę się już bezpośrednio w następnej części. 


PS: O nadchodzącej wojnie pisał także Włodzimierz Lenin w swym liście do Maksyma Gorkiego z 1913 r.: "Wojna między Austrią a Rosją bardzo by się przydała rewolucji, lecz mało prawdopodobne, by Franciszek Józef i Nicky wyświadczyli nam tę przyjemność". Mówił o niej również papież Pius X. W 1912 r. po wybuchu I Wojny Bałkańskiej na pytanie swego sekretarza: "To pewnie zaczyna się już ta wojna, o której wielokrotnie mówiłeś?". Papież na to odparł: "Nie. Ona zacznie się dopiero w 1914 r.", zaś w maju 1914 r. żegnając ambasadora Brazylii w Rzymie, papież powiedział: "Jakież ma pan szczęście, że nie zobaczy strasznej wojny, która wybuchnie wkrótce w Europie". Skąd papież wiedział o wybuchu I Wojny na długo nawet przed nastaniem okoliczności, które do tej wojny doprowadziły? Przecież nawet po zamachu sarajewskim z 28 czerwca 1914 r. na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, wciąż nie było pewności co do wybuchu wojny, a szef sztabu Serbii... pojechał sobie na urlop wypoczynkowy do Austro-Węgier (gdyby już wówczas istniał stan pogotowia wojennego, taki urlop nie byłby możliwy). Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna, ale można zaryzykować stwierdzenie, że papież Pius X był jednym z "wtajemniczonych" "prometejczyków", takich jak choćby hrabia Bogdan Hutten-Czapski (polski arystokrata, poddany i przyjaciel cesarza Wilhelma II, który był autorem planu przewiezienia przez Niemcy Lenina do Rosji w 1917 r.), Alexander Parvus (autor planów rozbicia Rosji według starej koncepcji z końca XVIII wieku, autorstwa adiutanta Napoleona Wielkiego - brygadiera Józefa Sułkowskiego - tyż Polak 😉), Feliks Dzierżyński ("wspaniałym kumplem był dla nas Felek" i póki żył, Polska nie musiała się obawiać sabotażu ze strony Sowietów - doprawdy słowa te nie są wcale przesadzone, choć mogą budzić zdziwienie lub nawet zgorszenie, ale o "krwawym Felku" jeszcze napiszę). 


PAPIEŻ PIUS X




FELIKS DZIERŻYŃSKI






I oczywiście Józef Piłsudski, który bez wątpienia także należał do grona "wtajemniczonych". Ferdynand Goetel tak pisał po latach: "Pewnego dnia pojawił się nadzwyczajny dodatek z wiadomością o wymianie not między Austrią i Rosją i mobilizacji kilku okręgów rosyjskich. Ktoś z dowództwa strzeleckiego pchnął mnie z tym dodatkiem do Komendanta. Mieszkał wówczas Piłsudski na Starej Polanie, w biednej i podrzędnej dzielnicy Zakopanego. Mieszkanko zajmował małe. Wchodziło się do niego przez kuchnię. Tam w izbie niedużej, zadymionej, oświetlonej lampą naftową zastałem wodza szumnie nazwanej "siły zbrojnej polskiej" z książką w ręku i przy szklance herbaty (...) Przybycie moje nie zrobiło na Piłsudskim wrażenia. Przeczytał wiadomość, rozłożył na stole mapę Rosji i wodząc po niej palcem, rzekł: - To nie wskazuje na wojnę. Spójrzcie, które gubernie mobilizują. Żadna na pograniczu Austrii. Pogróżka i tyle". W twarzy mej musiał dostrzec rozczarowanie, gdyż poklepał mnie po ramieniu i dodał: - Nie martwcie się. Wojna będzie!" Nie był to oczywiście jedyny taki przykład, wystarczy porównać sobie to, co Piłsudski mówił jeszcze w lutym 1914 r. w Paryżu o przyszłej wojnie ("Zwycięstwo w tej wojnie będzie szło z Zachodu na Wschód. Najpierw Niemcy i Austro-Węgry pobiją Rosję, a potem Francja i Wielka Brytania, lub Francja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone pokonają Niemcy i Austro-Węgry") - czyż się nie sprawdziło? W całej okazałości. Poza tym jeszcze w 1915 r. do swoich legionowych towarzyszy broni miał Komendant mówić dość dziwne słowa, które brzmiał tak: "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia" - tak, jakby to wszystko to była przez kogoś z góry zaplanowana gra taktyczna, która w konsekwencji miała doprowadzić do rozbicia Rosji, Austrii i klęski Niemiec, oraz powstania nowych państw w Europie (w tym odrodzenia się Niepodległej Polski). Tak właśnie działała (m.in.) prometejska konspiracja. 


 JÓZEF "ZIUK" PIŁSUDSKI






Niestety, potem siły, które doprowadziły do wywołania I Wojny Światowej i odrodzenia się dzięki temu wielu nowych państw w Europie, doprowadzą również i do wywołania II Wojny Światowej (choćby w celu likwidacji brytyjskiego, francuskiego czy holenderskiego imperium kolonialnego), wzmacniając w tym celu tym samym hitlerowskie Niemcy i stalinowski Związek Sowiecki. Naszym nieszczęściem był fakt, że... akurat znaleźliśmy się w strefie zgniotu tych dwóch wzmocnionych mocarstw. Piłsudski wiedział (lub zdawał sobie doskonale sprawę) jak to się dalej potoczy i całe życie dążył do zbudowania systemu, który moglibyśmy nazwać Międzymorzem. Gdy to się nie udało, pozostało albo uderzyć na Niemcy (wojna prewencyjna roku 1933 r.), albo "uciec do przodu" i kupić sobie kilka lat pokoju, jednocześnie zbrojąc się i wciągając do wojny największe europejskie mocarstwa: Francję i Wielką Brytanię. To się udało, więcej w tej sytuacji geopolitycznej w jakiej się Polska znalazła nie można było osiągnąć - i nie uczyniłby tego żaden geniusz geopolityki. Dlatego też jak słyszę słowa tych wszystkich domorosłych mądrali, którzy wiedzą lepiej jak powinno się wówczas układać sojusze i krytykują np. marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego za to, że opuścił Polskę we wrześniu 1939 r. to ja się zapytam: "A co miał zrobić? pięknie zginąć, abyście mogli go wówczas uznać za godnego Polski? To nie my w czasie wojny mamy ginąć, tylko nasz wróg. Książę Józef Poniatowski w kampanii roku 1809 również oddał Austriakom Warszawę, a następnie wkroczył do Galicji i wyrwał im tą ziemię. Taki zresztą był plan: pierwszy etap ewidentnie przegraliśmy, ale przecież mieliśmy wrócić tutaj zwycięzcy. I to się udało, tylko że nie w tych konfiguracjach jakie zakładano. Wróciliśmy, ale na sowieckich tankach, zamiast przy wsparciu Francuzów i Brytyjczyków. Poza tym ci, którzy krytykują nasze sojusze w roku 1939 chyba nie mają rozumu, jako że Polska wówczas zawarła przymierze wojskowe z najpotężniejszymi imperiami Europy i Świata, jeśli więc nie z nimi, to z kim wówczas mieliśmy się sprzymierzyć? z Berlinem, z Moskwą? Albo może z Burkina Faso? 😑


CDN.

21 września 2025

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. VI

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. VI




 Polityka Lacedemonu po 404 r. p.n.e. i zwycięstwie w długiej wojnie z Atenami oraz ich sojusznikami ze Związku Morskiego, polegała na całkowitej hegemonii nad "wyzwolonymi" ateńskich okowów miastami Hellady. Oczywiście charakter spartańskiej i dominacji ulegał pewnym zmianom, fluktuacjom, ale był niepodważalny przez kolejne 33 lata, jakie minęły od zakończenia wojny peloponeskiej (pierwotnie spartański generał Lizander - o którym więcej pisałem w poprzedniej części - narzucał nie tylko pokonanym polis rządy oligarchów, ale przede wszystkim bardzo ograniczoną kilku lub kilkunasto, ewentualnie kilkudziesięcioosobową klikę rządzącą danym miastem, która była całkowicie podporządkowana interesom Lacedemonu. Takie reżimy wprowadzono w Atenach, Tebach, Koryncie, Elidzie i wielu innych polis. Elida bodajże została ukarana przez Spartę jako pierwsze miasto już po zakończeniu wojny, a powodem tego była odmowa Elidyjczyków przywrócenia zawodników Lacedemonu do Igrzysk Olimpijskich - Elida, na którym to terenie znajdowała się Olimpia, wykluczyła Spartę z Igrzysk już w roku 420 p.n.e. Poza tym Elida udzieliła również schronienia demokratycznym wygnańcom z Aten po 404 r p.n.e. Lacedemończycy nie mogli tolerować takiej próby podważania ich hegemonii, dlatego też wystosowali ultimatum w stronę Elidy, żądając aby  Elidyjczycy udzielili autonomii periojkom, mieszkający na południe i na wschód od samego miasta Elida. Był to oczywiście jedynie pretekst do wojny, po którego odrzuceniu - co było do przewidzenia - Sparta zaatakowała Elidę (402 r. p.n.e.). Jednak wbrew temu co sądzono w Lacedemonie, ta wojna nie była wcale łatwa, trwała ponad dwa lata, I choć ostatecznie Elida musiała się poddać (400 r. p.n.e.) to jednak nie utraciła kontroli nad Olimpią, co najwyżej musiała zburzyć obwarowania portów w Fei i Kyllene, które to przeszły teraz pod kontrolę Lacedemonu, a także musiała wydać swoje okręty). Dominacja dekarchów (czyli rządów najczęściej dziesięciu oligarchów) ustanowionych przez Lizandra w kontrolowanych przez Spartę polis Hellady, bardzo szybko, bo już w 403/402 r. p.n.e. zostały zastąpione przez eforów (taki spartański rząd złożony z pięciu wybranych na rok urzędników) przez tzw.: patrioi politeiai (ustroje przodków), które były niczym innym, jak kolejną formą rządów oligarchicznych, z tym tylko że nie była ona już tak bardzo "skastowana" jak w projekcie Lizandra.

Jednak wymuszanie spartańskiej dominacji ukazywało niekiedy bardzo niepokojące tendencje, z którymi należało się uporać, jeśli chciano aby hegemonię Lacedemonu nad Helladą utrzymać. Już w drugim roku wojny w Elidzie (401 r. p.n.e.) Spartanie zażądali przysłania im wsparcia ze strony sojuszników, czyli Koryntu i beockich Teb (zwane również miastem o siedmiu bramach, dla odróżnienia od Teb egipskich - miasta o stu bramach), jednak oba te miasta odmówiły. W Koryncie oczywiście panowała oligarchia i miasto to (prócz tego jednego nieprzyjemnego zdarzenia) nie stanowiło większego problemu dla Lacedemończyków. Inaczej sprawa układała się z Tebami. Polis to było największym miastem Beocji, a co za tym idzie, zawsze miało tendencję do dominacji, a nawet podboju i całkowitej kontroli tamtejszych miast. Stworzony przez Teby Związek Beocki niczym się nie różnił od późniejszego Związku Morskiego pod hegemonią i kontrolą Aten (no, może był nieco mniej opresyjny). Powstał on prawdopodobnie (bo nie ma co do tego pewności) w latach 30-tych lub 20-tych VI wieku p.n.e. i od początku dominacja Teb była w tym Związku niepodważalna, a inne miasta musiały się z tym pogodzić. Nie wszystkie oczywiście dobrowolnie chciały wstąpić do Związku, niektóre trzeba było zmusić militarną presją. Gdy więc Tebańczycy chcieli zmusić do przystąpienia do Związku Beockiego mieszkańców Platei (miasta leżącego na południowy-zachód od Teb), ci zawarli sojusz z Atenami (519 r p.n.e.), przez co Tebańczycy musieli odpuścić, nie chcąc sprowokować większej wojny. Jednak ten akt swoistej "niesubordynacji" Platejczyków (oczywiście w rozumieniu mieszkańców grodu Kadmosa - czyli Tebańczyków), spowodował że stali się oni wzajemnie dla siebie śmiertelnymi wrogami. Rządząca w Tebach oligarchia już w roku 506 p.n.e. postanowiła rozwiązać ten problem i zdobyć Plateje, a co za tym idzie dokonać wyprzedzającego ataku na Attykę, aby Ateńczycy nie zdołali przyjść Platejczykom z odsieczą. Kampania roku 506 p.n.e. skończyła się klęską Teb i powrotem do dotychczasowego status quo. Te niepowodzenia (jak również różnice ustrojowe panujące w Atenach, Tebach i Platejach - gdzie również wprowadzono na wzór Aten demokrację), powodowały, że Tebańczykom coraz bliżej było do Sparty, choć nie zawarli oni z nią jeszcze żadnych przymierzy.

Gdy w latach 492-491 p.n.e. perscy posłowie objeżdżali greckie miasta, żądając podporządkowania się Królowi Królów na zasadzie przekazania przez poszczególne polis "ziemi i wody" (było to czysto formalne podporządkowanie, realnie te miasta nadal mogły rządzić się według własnych praw, a nawet mogły się bogacić, wysyłając swoje towary na ogromny rynek perskiego Wschodu, który docierał aż do rzeki Indus) Tebańczycy (jak i inni Hellenowie przystali na te żądania, widząc zapewne okazję do zbicia majątku w intratnym handlu "z Medami"). Niektórzy historycy sugerują, że to, co odbiło wówczas Ateńczykom, którzy odmówili przyjęcia tej - w zasadzie czysto symbolicznej - podległości Imperium Perskiemu, to była niechęć Aten do Teb, które już wcześniej podporządkowały się Królowi Królów. Odmowa Aten była wyjątkowa w greckim świecie, ale gdy wsparła je również Sparta swoją odmową, rozpoczęły się sławetne wojny grecko-perskie, które uczyniły z tych dwóch polis najpotężniejsze ośrodki Hellady. Po I wojnie perskiej (w roku 490 p.n.e.) wcześniej zawarte umowy z greckimi polis, stały się jakby tymczasowo nieaktualne (do kolejnej inwazji Persów). Po dekadzie obaw i przygotowań do kolejnej inwazji, ruszyła ona wiosną roku 480 p.n.e. i była znacznie potężniejsza i liczniejsza niż ta pierwsza. Gdy król Sparty Leonidas I wyruszył ze swą armią na przesmyk Termopile, wówczas jednym z kontyngentów który go wsparł, byli Tebańczycy, w sile 400 hoplitów. Jednak po klęsce w tej bitwie i ostatecznym zmiażdżeniu Greków przez niezliczone perskie zastępy, Tebańczycy wysłali do Króla Królów posłów, że gotowi są przystać na takie jak pierwotnie warunki, czyli podległości Imperium achemenitów, z zagwarantowaniem prawa do suwerennych rządów wewnętrznych, oraz możliwości zarobkowania poprzez sprzedaż własnych towarów na ogromnym rynku perskim. Persowie przystali na to i odtąd Tebańczycy wiernie im służyli (kontyngent tebański walczył po stronie Persów w przegranej przez nich w bitwie pod Platejami w 479 r. p.n.e. Notabene Plateje zostały zniszczone przez Persów jeszcze w roku 480 p.n.e., a ludność stamtąd zbiegła na Parnas i do Amfissy). Po klęsce Persów i wycofaniu się ich z Grecji, a następnie ofensywie ateńsko-spartańskiej na wyspy i wybrzeża Morza Egejskiego oraz Azji Mniejszej, wszystkie polis, które skompromitowały się podległością Królowi Królów, były uważane za pariasów, niegodnych imienia Helenów. Ten los dotknął również Teby, którym odebrano (po roku 479/78 p.n.e. dominację w Związku Beockim).




Gdy jednak wybuchł konflikt pomiędzy Atenami a Spartą o przewodnictwo nad Helladą i gdy doszło między tymi polis do otwartej piętnastoletniej wojny (w roku 460 p.n.e.), Tebańczycy mieli nadzieję że ich los wreszcie się odmieni. Po zwycięstwie Lacedemończyków w bitwie z Ateńczykami pod Tanagrą w 457 r p.n.e., ci postanowili przywrócić Tebańczykom przewodnictwo w Związku Beockim, ale... nie trwało to długo. Ateńczycy bowiem się przegrupowali i po dwóch miesiącach ponownie ruszyli do boku, a następnie w bitwie pod Enofytą (w tym samym 457 r p.n.e.) odnieśli zwycięstwo, pokonując Tebańczyków i ich sojuszników ze Związku Beockiego. Ateńczycy teraz zdobyli Teby i zburzyli ich mury miejskie, a następnie przez kolejne dziesięć lat kontrolowali całą Beocję, Fokidę i Lokrydę Opuncką (w Tebach utrzymał się jedynie garnizon na wzgórzu Kadmei, będącej prawdziwą twierdzą nie do zdobycia). Teby i inne miasta Beocji kontrolowano poprzez zainstalowanie tam rządów demokratycznych, ale ostatecznie lud zbuntował się przeciwko podległej Atenom władzy, obalił demokratów w Tebach (i innych polis beockich) a następnie w bitwie pod Koroneą (447 r. p.n.e.) zwyciężył Ateńczyków i odzyskał suwerenność. Związek Beocki odrodził się znów pod dominacją Teb. Po zakończeniu 15-letniej tzw.: I wojny peloponeskiej i podpisaniu pokoju trzydziestoletniego w 445 r. p.n.e. niechęć pomiędzy Atenami a Tebami utrzymywała się przez cały ten czas, tym bardziej że Ateńczycy ponownie stali się rzecznikami suwerenności Platei. Gdy więc 431 r. p.n.e. wybuchła II wojna peloponeska pomiędzy Atenami (i ich sojusznikami ze Związku Morskiego) oraz Lacedemonem (i jego sojusznikami ze Związku Peloponeskiego), Tebańczycy natychmiast ruszyli przeciwko Platejom, aby ostatecznie je sobie podporządkować. Ponieważ nie byli w stanie zdobyć miasta, wysłano posłów, by wynegocjowali możliwość powrotu Platei do Związku Beckiego, ale mieszkańcy wymordowali owych posłów, a następnie - będąc już pewnymi że uzyskają azyl w Atenach - w marcu 431 r. p.n.e. wyprowadzili całą ludność z miasta i przenieśli się do Aten, gdzie osiedlili się pomiędzy Długimi  Murami (wybuch późniejszej zarazy jaka spadła na Ateny, był właśnie powodem tak wielkiej liczby różnych uchodźców - nie tylko z Platei, którzy rozbijali koczowiska na linii Długich Murów łączących Ateny z portem w Pireusie). W Platejach pozostawiono jedynie oddział 400 hoplitów i 110 kobiet (które zapewne miały przygotowywać im posiłek i opiekować się rannymi).


TEBAŃSCY HOPLICI



Tebańczycy wysłali armię do Platei, ale oblężenie ciągnęło się przez ponad trzy lata i ostatecznie miasto zostało zdobyte i spalone dopiero w 427 r. p.n.e. Ateńczycy (po wielkim zwycięstwie nad Lacedemonem pod Sfakterią w 425 r. p.n.e.) postanowili również uderzyć na Beocję i w roku następnym ruszyli z wielką armią, pewni swego (podobnie jak 33 lata wcześniej). Jednak w bitwie pod Delium (424 r. p.n.e.) ponieśli jedną z największych klęsk w czasie tej wojny (wielkim męstwem i bohaterstwem wsławił się w tej bitwie Sokrates, który dzielnie walczył w szeregach hoplitów, a następnie ratował rannych Ateńczyków, wynosząc ich w bezpieczne miejsce). W kolejnych latach Tebańczycy wiernie trwali u boku Sparty (chociaż po 421 r. p.n.e. dochodziło pomiędzy nimi do pewnych niesnasek) i konsekwentnie występowali przeciwko Ateńczykom zarówno na polu bitwy, jak również dyplomatycznie (działali np. w Tespiach, gdzie Ateńczycy mieli wielu zwolenników). W 412/411 r p.n.e. zdobyli Oropos (miasto na granicy Beocji i Attyki) i kontrolowali je aż do końca tej wojny, czyli do 404 r. p.n.e. gdy Oropos uzyskało niepodległość (na żądanie Sparty). To rzuciło pierwszą poważną rysę na wzajemnych stosunkach pomiędzy Tebami a Lacedemonem. Po zwycięstwie Tebańczycy byli jednymi z najbardziej gorliwych zwolenników całkowitego zniszczenia Aten, a ludność zamienienia w niewolników, lub też przeniesienia do innych, mniejszych polis. Lacedemończycy byli jednak temu zdecydowanie przeciwni i nawet najbardziej anty-ateński polityk ówczesnego Lacedemonu (czyli właśnie Lizander), nie był aż tak radykalny w swym przekazie. To była druga poważna rysa na stosunkach tebańsko-spartańskich. Tebańczycy pragnęli bowiem zniszczyć Ateny, widząc w nich stałe zagrożenie dla ich interesów w Beocji (przecież gdyby nie Ateny Plateje już dawno znalazłyby się w Związku Beockim i nie trzeba by było do tego używać aż tak drastycznych metod, jak całkowite zniszczenie miasta). Poza tym w ostatnich latach wojny (szczególnie zaś po zdobyciu przez Spartan ateńskiej twierdzy Dekelea w 413 r. p.n.e.) Tebańczycy (wraz z Lacedemończykami) harcowali po Attyce, grabiąc i niszcząc okoliczne wsie, a także zabierając stamtąd zbiegłych niewolników i ruchomości - teraz zaś nie chcieli tego zwracać. Spartański sprzeciw wobec zniszczenia Aten, a także coraz jaskrawsza lacedemońska hegemonia narzucana Grecji, ostatecznie poróżniły ze sobą te dwa, dotąd sojusznicze polis.


SOKRATES RATUJE RANNEGO ALKIBIADESA w BITWIE pod DELIUM
424 r p.n.e.



Gdy więc w Atenach władzę przejęło 30 Tyranów (czyli reżim zainstalowany tam w ramach lizandryjskich dekarchii), Teby były pierwszym miastem Hellady, które udzieliły schronienia demokratycznym uchodźcom z Aten z Trazybulem na czele (404 r. p.n.e.). Gdy zaś demokraci ostatecznie zwyciężyli i po krótkiej interwencji spartańskiej zawarto rozejm na zasadzie: liberalno-demokratyczny rząd w Atenach, oligarchiczny w Eleuzis (403/402 r. p.n.e.) Tebańczycy wykorzystali ten moment i na przełomie 402 i 401 r. p.n.e. ponownie opanowali Oropos. Tebańczycy wiedzieli że w sytuacji gdy Ateny zostały pokonane, a ich związek morski rozwiązany (i zanim ponownie odbudują swoją potęgę, to może minąć nawet kilkadziesiąt lat), Sparta zaś co prawda potężna i dominująca w Helladzie, ale jednak daleka, to wówczas nadarza się okazja, aby właśnie oni - na czele Związku Beckiego - przejęli dominację w tym regionie. Nic też dziwnego że dotychczasowe prospartańskie stronnictwo polityczne, jakie dotąd władało w Tebach, na którego czele stał niejaki Lontiades, straciło wpływy, a do władzy doszli przeciwnicy Sparty (oskarżani przez swych przeciwników politycznych o "attycyzowanie" - czyli prowadzenie polityki pro-ateńskiej, chodź w rzeczywistości była ona pro-ateńska tylko z pozoru, tak naprawdę opierała się głównie na chęci dominacji tebańskiej w Beocji, a także Attyce, Dorydzie, Fokidzie i Lokrydzie). Tej grupie przewodził niejaki Ismenias. Gdy tylko on i jego zwolennicy objęli władzę w Tebach (403 402 r. p.n.e.) ostatecznie drogi Teb i Sparty rozeszły się. Gdy więc w 396 r. p.n.e. król Sparty Agesilaos II (wybrany królem ok. 400 r. p.n.e. przy poparciu Lizandra, który sądził że będzie w nim miał wspólnika swej polityki) na czele 15 000 armii zamierzał wyruszyć do Azji Mniejszej na wojnę z Persją w obronie greckich miast małoazjatyckich (Lizander sądził, że w tych miastach uda się ponownie wprowadzić pro-spartańskich dekarchów), Teby i inne miasta Beocji, jak również Ateny oraz Korynt - odmówiły udziału tej wyprawie. Agesilaos (dobiegający wówczas pięćdziesiątki), tak się podniecił tą wyprawą, że uznał się za nowego Agamemnona, który prowadzi Achajów na świętą wojnę z Troją i podobnie jak tamten, zamierzał udać się do Aulidy, skąd okręty miały przewieźć go do Azji Mniejszej. Aulida leżała jednak w Beocji i gdy tylko władze Związku Beckiego dowiedziały się że król Sparty przebywa w Aulidzie i tam (wzorem swego bohatera z czasów wojny trojańskiej) składa ofiary bogom za pomyślność "wielkiej panhelleńskiej wyprawy przeciwko odwiecznemu wrogowi", wysłały ku niemu jeźdźców beockich, którzy zakazali dalszego składania ofiar, a te, które już zostały złożone, zrzucono z ołtarzy. Agesilaos - pałając ogromnym gniewem - nie mógł jednak nic zrobić, wsiadł na okręty wraz ze swą armią i odpłyną do Azji Mniejszej, ale nigdy, do końca swych dni nie zapomniał Tebańczykom i Beotom ich świętokradztwa.




Mówiło się również że to zachowanie Teban związane było z ogromną łapówką, jaką za pośrednictwem Timokratesa przesłał im satrapa Frygii Hellespondzkiej (która właśnie była atakowana przez Agesilaosa) Farnabazos II. Tebańczycy również doprowadzili do wybuchu wojny korynckiej w 395 r p.n.e. wspierając Lokrydę w walce z Fokidą. Tym samym Teby i Beocja wraz z Atenami, Koryntem, Argos i Persją oficjalnie znalazła się w stanie wojny ze Spartą i Związkiem Peloponeskim. Wojna toczyła się ze zmiennym szczęściem, na początku Lizander - skierowany do Beocji - zdołał przeciągnąć na stronę Sparty tamtejsze miasto Orchomenos (co groziło rozpadem Związku Beckiego), jednak szybka kontrakcja Teb i ich sojuszników przy wsparciu Aten, zadała Lacedemończykom klęskę w bitwie pod Haliartos (395 r. p.n.e.) w której to poległ sam sławny Lizander. Król Agesilaos został odwołany z Azji Mniejszej z nakazem szybkiego powrotu do Hellady. Przemierzył stały ląd wzdłuż północnych wybrzeży Morza Egejskiego z zamiarem zaatakowania Beotów od północy i w bitwie pod Koroneą (394 r. p.n.e.) odniósł zwycięstwo nad 20-tysięczną sprzymierzoną armią Beotów, Ateńczyków, Argijwczyków i Eubejczyków. Sukces był ewidentny, ale Agesilaos postanowił wycofać się na Peloponez i tak też się stało, co realnie przekreśliło jakiekolwiek korzyści z tego płynące (w drodze do Sparty Agesilaos odniósł jeszcze zwycięstwo w świetnej bitwie pod Nemeą nad połączonymi armii Koryntu, Aten i Teb w 394 r. p.n.e.). W 392 r. p.n.e. Lacedemończycy zaproponowali zakończenie tej wojny na warunkach autonomii wszystkich wysp i miast w Helladzie (a to oznaczało rozbicie Związku Beckiego) Tebańczycy odmówili. Kilka miesięcy później (392/391 r. p.n.e.) pojawiła się druga spartańska propozycja zakończenia tej wojny, na zasadzie utrzymania Związku Beckiego, pod warunkiem wszak, aby Orchomenos mogło się z tego Związku oderwać. Obecni w Sparcie przedstawiciele Teb zgodzili się ponoć na te warunki, ale po powrocie do swego miasta, nie uzyskali zgody członków Związku Beckiego, co spowodowało że wojna trwała dalej. W 391 r. p.n.e. młody ateński strateg Ifikrates na przylądku Lechajon nieopodal Koryntu, rozbił (na czele samych tylko lekkozbrojnych trackich peltastów), całą marę 600 doborowych spartańskich hoplitów. Wojna koryncka (bo tak się ona zwała) dobiegła końca w roku 387 p.n.e. gdy zawarto pokój pomiędzy Atenami, Spartą, Persją i innymi polis, na mocy którego dwa państwa wychodziły z tej wojny zwycięsko. Pierwszym była Persja, która po 9 z 10 latach ponownie wracała na wybrzeża Morza Egejskiego, podporządkowując sobie wszystkie greckie miasta i wyspy w Azji Mniejszej. Drugim państwem była Sparta, która choć oficjalnie tej wojny nie wygrała, dzięki pokojowi Antalkidasa (bo taką on nosił nazwę, od imienia perskiego posła, który ów dokument podpisał), stała się gwarantem jego utrzymania, a tym samym lacedemońska hegemonia nad Helladą stawała się bezdyskusyjna. Swoje ugrali również Ateńczycy, którzy stali się teraz jedynym obrońcą Greków na Morzu Egejskim, co umożliwiło im odbudowę Związku Morskiego (o czym pisałem w poprzednich częściach). Największym przegranym zaś bez wątpienia byli Tebańczycy.




Pierwotnie zamierzali oni zaprzysiąc ten pokój w imieniu całej Beocji, jako reprezentant Związku Beckiego, ale nie udzielono im takiej zgody, gdyż każde polis zaprzysięgać miało indywidualnie, przez swych przedstawicieli. Oznaczało to realnie osłabienie, a być może nawet rozbicie Związku Beckiego, dlatego też Tebańczycy odmówili podpisania tego pokoju. Gdy zaś na wiosnę 386 r p.n.e. Agesilaos przeprowadził mobilizację członków Związku Peloponeskiego, którzy mieli wyruszyć do Beocji aby ukarać Teby, ostatecznie Tebańczycy zgodzili się podpisać ów pokój, choć uczynili to z ciężkim sercem wiedząc, że to, co planowali jeszcze dziesięć lat wcześniej (czyli dominacja w regionie), właśnie rozpływa się jak sen srebrny Salomei (😉). Po podpisaniu pokoju Antalkidasa Związek Beocki realnie przestał istnieć. Plateje miały zostać odbudowane, a mieszkańcy tego miasta (którzy ponad 30 lat wcześniej schronili się w Atenach, a następnie uzyskali ateńskie obywatelstwo), mogli teraz wrócić do swego dawnego polis (młode pokolenie, które nie pamiętało rodzinnych stron, teraz przybyło do krainy pełnej ruin i musiało swą pracą odbudować miasto do dawnego znaczenia). Wolność uzyskało również miasto Oropos (jako ciekawostkę dodam tylko, że w tym samym czasie, na zachodzie w Italii miasto Rzym - które wówczas było jeszcze w dużej mierze drewnianą wioską z niewielkimi tylko murowanymi budynkami, którymi głównie były świątynie i to w okręgu Kapitolu - zdobyte zostało przez Galów przybyłych z północy pod wodzą Brennusa {387 r p.n.e}.. Miasto zostało zniszczone, ostał się jedynie umocniony rejon Kapitolu, którego obrońcy uniknęli śmierci dzięki świętym gęsiom kapitolińskim, które podczas nocnego ataku Galów ostrzegły obrońców swymi wrzaskami. Ostatecznie obrońcy Kapitolu musieli zapłacić za odejść się najeźdźców, a wszystko ważono na wielkiej wadze, na którą ostatecznie Brennus zrzucił jeszcze swój miecz z okrzykiem "Vae Victis!" - "Biada zwyciężonym!"). Teby zostały politycznie podporządkowane, a władzę w mieście przejęło znowu pro-spartańskie stronnictwo Leontiadesa. Polis to miało również wspierać Spartę w jej kolejnych wojnach. 


"VAE VICTIS!" - BRENNUSA 



CDN.
 

20 września 2025

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. III

NAJDZIWNIEJSZE I (NIEKIEDY)
NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI
GWAŁTÓW W HISTORII




III
GWAŁTY W CESARSKIM PAŁACU
   40 r. 
Cz I





"USTAŁO WSPÓŁCZUCIE DLA LOSU LUDZKIEGO POD POTĘGĄ GROZY, A W MIARĘ JAK WZRASTAŁO OKRUCIEŃSTWO, OGRANICZAŁA SIĘ LITOŚĆ"

TACYT



Człowiek, o którym teraz pragnę opowiedzieć, bez wątpienia zasługiwał na miano potwora w ludzkiej skórze, choć może bliższe prawdy byłoby po prostu określenie... szaleniec. Wielu było tyranów na cesarskim tronie w antycznym Rzymie (swoją drogą nie wiem dlaczego do tego grona dopisuje się Nerona, który bez wątpienia był cesarzem powszechnie kochanym przez lud, czego dowodem jest fakt pojawiania się po jego śmierci w różnych częściach Imperium bardzo wielu "cudownie ocalonych" Neronów - gdyby było inaczej, to tamci uzurpatorzy nie ryzykowaliby własnego życia, podając się za kogoś powszechnie znienawidzonego), ale Kaligula (czyli Gajusz Juliusz Cezar) bez wątpienia był wyjątkowy. Urodził się 31 sierpnia 12 r. naszej ery, czyli jeszcze za rządów Augusta, swego pradziada. Ojcem małego Gajusza Kaliguli był Germanik (Gajusz Klaudiusz Druzus Cezar Germanik), matką zaś Agrypina Starsza (Wipsania Agrypina). Ojciec jego był niezwykle popularnym żołnierzem i politykiem, był wręcz uważany w ostatnich latach rządów Augusta i na początku rządów Tyberiusza, za drugą osobę w państwie. Gdy na świat przyszedł Kaligula, Germanik miał 26 lat i przed sobą wspaniale rozpoczynającą się karierę zarówno wojskową, jak i polityczną (wielu bowiem widziało w nim następcę Augusta). W 12 roku pełnił urząd konsula, miał już wówczas za sobą odniesione zwycięstwo (wraz z Tyberiuszem - swym wujem) w stłumieniu buntu Batów w Panonii (7-9 r.), oraz z powodzeniem walczył za Renem w Germanii, przeciwko plemionom Cherusków, Brukterów, Marsów i Chattów (11-12 r.), ponownie przywracając na tym terenie autorytet Rzymu, mocno nadszarpnięty po klęsce Warusa w bitwie w Lesie Teutoburskim (9 r.). W 13 roku, został Germanik przez Augusta ogłoszony głównym wodzem rzymskich sił nad Renem.

Matka Kaliguli zaś była szanowaną rzymską matroną, wnuczką Augusta. Jej dom w Rzymie (ładna, ale dość skromna posiadłość na Palatynie), był miejscem, w którym widać było wzajemną miłość i szacunek Agrypiny do Germanika i do dzieci. Dom był ponoć pełen zieleni, ale i tak gdy zaczynało się lato, opuszczano miasto i przenoszono się do nadmorskiego kurortu w Ancjum (bardzo popularnego wśród rzymskiej plutokracji), te upodobania Agrypina odziedziczyła jeszcze po swej matce Julii Starszej (córki Augusta). Do Ancjum uwielbiała też latem przyjeżdżać Liwia Druzylla (małżonka Augusta i babka Germanika). Cyceron pisał, że gdy jeszcze Liwia była żoną Tyberiusza Klaudiusza Nerona (ojca cesarza Tyberiusza), przyjaźniła się z żoną i córką Cycerona - Terencją i Tullią, z którymi wspólnie spędzała czas właśnie w Ancjum. W Ancjum na świat przyszedł również Kaligula. W Ancjum czas mijał powoli, można było uciec od wścibskich oczu, zabawić się, poświętować w gronie przyjaciół (a raczej przyjaciółek, jeśli idzie o kobiety). W Rzymie bowiem kobiety, szczególnie te z dobrych rodzin, musiały uważać na swoje słowa, trzymać się pewnej niepisanej etykiety, pewnego zachowania, musiały też ograniczyć spożycie alkoholu. W Ancjum mogły sobie pozwolić na więcej, choć oczywiście też nie było mowy o jakimkolwiek publicznym zgorszeniu. Jeżeli żona nie potrafiła odpowiednio zachować się przy stole, mąż mógł przydzielić jej podczas "babskich spotkań", męskiego "opiekuna" (najczęściej członka swojej rodziny), który miał pilnować co kobiety mówią i jak się zachowują. Życie Agrypiny i Germanika (jak to opisują historycy), oparte było jednak na wzajemnym zaufaniu i miłości.

On był politykiem, żołnierzem i oficerem, bardzo wpływowym człowiekiem, u którego wielu szukało protekcji. Nic więc dziwnego że ich dom w Rzymie od wczesnych godzin (ok. 10 rano), pełen był właśnie takich ludzi, którzy przychodzili, aby poprosić Germanika o wsparcie we własnej sprawie, lub poskarżyć się na niesprawiedliwość, licząc na jego poparcie i wstawiennictwo. Ta procedura była dość powszechna w Rzymie i nazywała się salutatio, czyli poranna audiencja. O ile więc Germanik zajmował się przyjmowaniem tych ludzi i wysłuchiwaniem ich próśb i żali, o tyle w tym samym czasie Agrypina w innym pomieszczeniu przekazywała służbie codzienne obowiązki i nadzorowała prowadzenie domu przez niewolników (mogła też w tym czasie spotykać się z przyjaciółkami). Żony mogły też wyjechać do jednej ze swych posiadłości (zamożne rzymskie rodziny utrzymywały po kilka willi, zaś szczególnie popularne tereny na spędzenie wiosny i lata, to były miejscowości Ancjum, Zatoka Neapolitańska, Jezioro Lukryńskie, Góry Albańskie i Sabińskie. Tam wypoczywano od zgiełku wielkiego miasta. Często też kobiety posiadały swoje własne, prywatne domy (nie mogły jednak dziedziczyć majątków liczących powyżej 100 tys. asów - 4 asy to była jedna sestercja. Działo się tak już od 169 r. p.n.e. na mocy ustawy Lex Voconia). W 13 roku, gdy Germanik otrzymał nominację na wodza Armii Renu, cała rodzina musiała opuścić Rzym (choć pierwszy wyjechał sam Germanik, Agrypina z dziećmi - Klaudiuszem Neronem, Druzusem i Gajuszem Kaligulą dotarła do niego trochę później. Na tę okazję listownie pożegnał się z nią jej dziadek, który uwielbiał z nią rozmawiać i korespondować -  Oktawian August, pisząc na zakończenie: "Żegnaj, moja Agrypino, i staraj się w zdrowiu zajechać do swego Germanika", był to jego ostatni już list wysłany do wnuczki, zmarł kilka miesięcy później w Noli.


INTELEKTUALNY POTENCJAŁ MŁODEGO GAJUSZA OKTAWIUSZA - PRZYSZŁEGO AUGUSTA - DOSTRZEGŁ Z PEWNOŚCIĄ RÓWNIEŻ SAM CEZAR - JEGO STRYJECZNY DZIADEK, KTÓRY W SWYM TESTAMENCIE USYNOWIŁ GO I UCZYNIŁ SPADKOBIERCĄ SWEGO MAJĄTKU I NAZWISKA



Sierpień i wrzesień 14 r. to nie były bezpieczne, ani przyjemne miesiące dla rodziny cesarskiej, szczególnie zaś tej, która przebywała nad Renem. 19 sierpnia zmarł cesarz Oktawian August w wieku 76 lat. Przez 44 lata władał całym Imperium Rzymskim, zaś przez 53 lata jego zachodnią częścią. Cezar lubił z nim dyskutować i publicznie zachwalał jego rozsądek i przenikliwość. Oktawian nie miał nawet 19 lat, gdy Cezar został zasztyletowany w Senacie, choć w swym testamencie usynowił go i obdarzył własnym nazwiskiem (i majątkiem, oraz, co wydaje się kluczowe w tym wszystkim - poparciem swoich weteranów), Oktawian był bowiem stryjecznym wnukiem Cezara. Oktawian i Marek Antoniusz pokonali potem wspólnie zabójców Cezara - Brutusa i Kasjusza (42 r. p.n.e.) podzielili pomiędzy siebie Imperium (40 r. p.n.e.) i ostatecznie ponownie rzucili się sobie do gardeł. Z tego konfliktu zwycięsko wyszedł Oktawian, pokonując pod Akcjum (31 r. p.n.e.) flotę Antoniusza i Kleopatry (nie wiadomo dlaczego Kleopatra opuściła pole bitwy, odpływając na swym okręcie, co spowodowało że Antoniusz porzucił wojsko i popłynął za nią na łódce. Potem przez całą drogę się do niej nie odzywał, nie przyjmował posiłków i jedynie rozpamiętywał własną hańbę. Ostatecznie on i Kleopatra przegrali, bo wojsko odwróciło się od wodza, który porzuca własne oddziały i pędzi za kobietą, choćby nawet była ona królową. Oktawian stał się więc niepodzielnym władcą, zdobywając Egipt (30 r. p.n.e.). Trzy lata później Senat przyznał mu tytuł Augusta i odtąd już niepodzielnie przez 40 lat rządził będzie Imperium aż do swej śmierci.




 Teraz jego następcą został syn Liwii Druzylli - Tyberiusz, choć stało się to zapewne wbrew woli samego Augusta, który swym następcą pod koniec życia pragnął uczynić swego wnuka (którego usynowił) Agrypę Postuma (Marek Juliusz Cezar Agrypa Postumus). Testament Augusta (złożony u westalek) zmieniła jednak Liwia, pragnąc aby władzę po mężu uzyskał jej syn, co było też równoznaczne z uśmierceniem Augusta (ponoć miał zostać zatruty owocem ze swego sadu, a jako że August osobiście zrywał owoce prosto z drzewa, Liwia nie mając wyjścia nakazała oblać trucizną... wszystkie owoce w sadzie Augusta). Teraz, po śmierci Oktawiana Augusta wojska stacjonujące nad Renem podniosły bunt przeciwko nowemu cezarowi. Sytuacja była bardzo niebezpieczna (sam Tacyt pisze tylko o "wściekłej rewolcie", lecz sytuacja była dużo, dużo gorsza), bowiem żołnierze byli zrozpaczeni. Przede wszystkim długą służbą wojskową oraz brakiem widocznych korzyści po przejściu na emeryturę (którą zresztą też trzeba było wybłagać). Żołnierze mieli do wyboru: albo służyć praktycznie do śmierci w wojsku za marny żołd, albo, po uzyskanej emeryturze stać się żebrakiem (oficerowie skąpili bowiem pieniędzy dla żołnierzy, którzy opuszczali legiony). Do tego dochodziły ciągłe razy od centurionów za najdrobniejsze przewinienia, biegi w pełnym umundurowaniu i z taborami wśród upokorzeń i bluzgów, no i oczywiście ciągłe narażanie życia w walkach z atakującymi zza rzeki plemionami. Wreszcie wśród żołnierzy zaczął tlić się bunt.

Jak do niego doszło? Dokładnie nie wiadomo w którym legionie wybuchł on pierwszy, ale pewnego dnia, pod wpływem informacji o śmierci Augusta i nominacji Tyberiusza, żołnierze poczęli budować z kawałków darni prowizoryczny pagórek, symbolizujący trybunał, po czym uwolnili z więzień swoich towarzyszy (w tym skazanych na karę śmierci dezerterów) i zaatakowali oficerów. Prefektów wyciągali z namiotów i kazali im ubrać cały żołnierski ekwipunek, zmuszając do wielogodzinnych marszów aż do wyczerpania. Najbardziej okrutni centurioni, byli biczowani aż wyzionęli ducha, po czym ciała wyrzucano na umocnienia, resztę kadry oficerskiej  legionów upokarzano w inny sposób. Wojsko miało już dość poświęceń dla ojczyzny, niczego za to nie otrzymując w zamian. W Rzymie gwardia pretoriańska stworzona przez Augusta (choć wcześniej też istniały pewne rozproszone formacje republikańskie) opływała w dostatki, a do tego nie musiała obawiać się ataków i narażać swego życia, oni zaś dostawali głodowy żołd i cały czas byli poddawani nieustannym szykanom. Dosyć, mieli już dosyć. Po rozprawieniu się z najbardziej okrutnymi oficerami, żołnierze postanowili jakoś zakończyć bunt, ale tak, aby nie spotkała ich za to żadna kara. Obiecali więc Germanikowi - jako dowódcy Armii Renu, swoje poparcie przeciwko Tyberiuszowi w walce o władzę w Rzymie. Ten jednak zwlekał z podjęciem decyzji i jednocześnie wysłał swą żonę Agrypinę z Kaligulą i dzieci do obozu Trewirów (belgijskiego plemienia), aby zapewnić im bezpieczeństwo. Następnie odmówił podjęcia konfrontacji w walce o władzę ze swym wujem. Wkrótce udało mu się też zaprowadzić spokój i dyscyplinę w oddziałach (nie obyło się jednak bez ofiar śmiertelnych w niektórych legionach), a z pomocą przyszło Germanikowi... zaćmienie słońca, które żołnierze odebrali jako zły znak (zapowiedź ich surowego ukarania). Germanik wprowadzając porządek w wojsku, jednocześnie wyprowadził żołnierzy przeciwko ludom za Renem, sądząc że najlepszą karą będzie zmycie hańby buntu w walce za Rzym.




Przez dwa kolejne lata (14-16) toczył Germanik ciężkie boje w Germanii, w wyniku których (wypływając z obozu Traiectum) podbił najpierw całą dzisiejszą Holandię (czyli kraj Fryzów), potem uderzył na Ampsiwarów. W 15 r. stoczył nad rzeką Amisa (północno-zachodnie Niemcy) bitwę z Cheruskami i Brukterami, mszcząc jednocześnie klęskę z Lasu Teutoburskiego i odbijając znaki legionowe Warusa. Potem pokonał te plemiona jeszcze w bitwach pod Idistaviso i Angrivarierwall. Dotarł w swej kampanii do porzuconego obozu rzymskiego na ziemiach Marsów, oraz udało mu się odnaleźć kości pomordowanych rzymskich żołnierzy, których po zwycięstwie Cheruskowie spalili żywcem w klatkach. Pochowano ich z honorami oraz wzniesiono pomniki swego zwycięstwa w samym środku puszczy, po czym powrócono za Ren. W efekcie tej kampanii udało się podporządkować znaczne tereny dawnej Germanii Magny i prawie odtworzyć tę utraconą prowincję. Tyberiusz jednak nakazał Germanikowi czym prędzej wracać do Rzymu, choć ten prosił cesarza w listach, aby dał mu jeszcze rok, a przywróci dawną prowincję, Tyberiusz jednak nie wyraził na to zgody. W początkach maja 17 r. cała rodzina powróciła więc do Rzymu (choć również i Agrypina wykazała się podczas tych walk nad Renem bohaterstwem, osobiście doglądała i opatrywała rannych żołnierzy, a gdy okazało się że jakaś grupka nieprzyjaciół zbliża się do rzeki, pospiesznie nakazała zerwać most na Renie, aby uniemożliwić im przejście. Jej zachowanie było potem powodem do debaty publicznej w Senacie na temat zabierania ze sobą żon przez namiestników i dowódców wojskowych (21 r.). Przeciwnicy postulowali: "Płeć ta jest słaba i do trudów niezdatna, lecz także jeśli się jej swobodę zostawi, okrutna, ambitna i chciwa władzy; włóczą się między żołnierzami (...) niedawno pewna kobieta przewodniczyła ćwiczeniom kohort i manewrom legionów (...) One to, niegdyś (...) hamowane, rządzą teraz, kiedy im więzy rozluźniono, domami, sądami, już nawet armiami". Zwolennicy zaś zabierania ze sobą żon podkreślali, że jest to najlepsza możliwość, aby żonę mieć cały czas na oku i kontrolować "słabości dane jej płci", mówiąc: "Pod osobistym nadzorem ostoi się czystość małżeństwa; a cóż będzie, jeśli w ciągu wielu lat, niby w jakimś rozwodzie, pamięć o nim się zatrze?". Przekonywali oni że żony należy ze sobą zabierać, bowiem tylko wtedy poskromi się i będzie miało na oku wszystkie te kobiece słabości, a poza tym żona musi ciągle czuć władzę swego męża, nie da się jednak tego czynić na odległość. Te argumenty przeważyły i coraz częściej dowódcy i namiestnicy prowincji zabierali ze sobą własne żony (jak choćby namiestnik Judei - Poncjusz Piłat w 26 r. zabierając ze sobą swą żonę Klaudię Prokulę).




W maju 17 r. Germanik, Agrypina ich trzech synów (Klaudiusz Neron, Druzus i Gajusz Kaligula) oraz dwie urodzone już w Germanii córki (Agrypina Młodsza - przyszła matka cesarza Nerona i Julia Drusilla), powrócili do Rzymu. Ich dom na Palatynie (choć wkrótce potem rodzina przeniesie się na Kwirynał), powoli wracał do życia. Agrypina zajęła się uporządkowywaniem domu (sprowadzała malarzy, wyznaczała zadania niewolnikom którzy przestawiali meble lub dokonywali prac porządkowych), zaś Germanik przygotowywał się do odbycia triumfu, jaki został mu przyznany decyzją Senatu po jego zwycięskich walkach w Germanii. Germanik był bardzo popularny wśród ludu rzymskiego, a także on i Agrypina byli też uważani za wzór cnót rzymskiego małżeństwa. Cesarz Tyberiusz zdawał sobie z tego sprawę i wiedział że Germanik stanowi dla niego realne niebezpieczeństwo, nawet jeżeli on sam zachowywał się wobec cesarza bardzo lojalnie. Tyberiusz nie był popularny i prócz niewielkiej grupki przyjaciół, raczej odpychał wszystkich innych swym nieprzystępnym i podejrzliwym charakterem. Był też już stary (miał 58 lat), podczas gdy Germanik był w kwiecie wieku (31 lat) i odznaczał się niespożytą energią. Podobnie lubiana była Agrypina, którą ceniono nie tylko za urodę, inteligencję i cnoty przystępne rzymskiej matronie, ale podziwiano też jej odwagę i dumę, gdy podczas wybuchu buntu żołnierzy nad Renem, będąc w ciąży, nie zamierzała opuszczać swego męża, mówiąc że od Boskiego Augusta pochodzi (Oktawian August po swej śmierci w sierpniu 14 r. został decyzją Senatu deifikowany - czyli uznany za boga) i nie chce w obliczu niebezpieczeństwa okazać się wyrodną. Germanik jednak wówczas zmusił ją do wyjazdu, aby spokojnie urodziła w grodzie belgijskiego plemienia Trewirów. Odjazd Agrypiny - w otoczeniu obcych, belgijskich wojowników - wzruszył legionistów, którym zrobiło się głupio, że oto musi ona chronić się u obcych przed swoimi.

Tyberiusz wiedział jednak że ta kobieta również może być niebezpieczna. Cóż bowiem jeszcze robiła ona w obozach wojskowych nad Renem (o czym wieści docierały do cesarza)? Otóż obnosiła ona swojego małego synka - Gajusza, zwanego żartobliwie przez żołnierzy "buciczkiem" ("Caligae" - stąd Kaligula) i nazywała go cezarem Kaligulą. Poza tym ośmielała się wraz z mężem dokonywać musztry oddziałów, przyznawała podarki najodważniejszym żołnierzom, którzy tak ją pokochali, iż miała u nich większe poważanie niż cesarscy legaci. Agrypina była bardzo przystępną osobą i to zarówno prywatnie jak i publicznie, nigdy się nie wywyższała, nie była butna, choć czasami stawała się dumna, gdy zaistniały ku temu odpowiednie okoliczności. Małżeństwo Germanika i Agrypiny było zgodne i stanowiło przykład dla innych par (gdyby w tamtych czasach istniała tabloidowa prasa kobieca, zapewne właśnie plotki o tej rodzinie pojawiałyby się najczęściej). Choć należy też dodać, że w omawianym okresie pozycja rzymskiej kobiety była już bardzo wysoka. Teoretycznie po ślubie majątek żony (jej posag) był dołączany do majątku męża, ale w przypadku rozwodu żona otrzymywała go z powrotem (choć część pieniędzy w takim wypadku rozwódka powinna ofiarować bogini Cererze w jej świątyni, ale nie zawsze się trzymano tego starego obyczaju). 


GERMANIK I AGRYPINA 



Żona nie była też bezwolnym przedmiotem wszechwładzy ojcowskiej czy mężowskiej, jak to miało miejsce w wiekach wcześniejszych i jeśli nie wyraziła zgody na małżeństwo, to ani ojciec ani mąż nie mogli już jej do niego przymusić. Zresztą nie trzeba było wcale się pobierać, bowiem już w czasach Augusta pojawił się zwyczaj życia "na kocią łapę". Wyglądało to następująco: para żyła ze sobą bez przerwy i zamieszkiwała pod jednym dachem, choć formalnie nie byli oni małżeństwem. Było to o tyle wygodne dla kobiety, że mogła swobodnie operować swoim majątkiem i nie musiała wnosić go do majątku jej partnera. Ale zwyczaj ten polegał również na tym, że jeśli para przez cały rok bez przerwy mieszkała ze sobą, wówczas kobieta była już uważana za żonę i musiała przejść pod jurysdykcję partnera/męża oraz ofiarować mu swój posag. Ale wystarczyło, aby kobieta w ciągu tego roku na trzy dni opuściła dom partnera, aby wszystko się skasowało i kolejny rok był liczony od nowa. W taki sposób bez ślubu można było żyć latami. Jeśli mąż zdradził żonę, tracił automatycznie prawo do zarządzania wniesionym przez nią do wspólnego związku posagiem, żona mogła też wystąpić wówczas o rozwód. Jeśli żona zdradziła męża, rozwód był orzekany automatycznie na życzenie męża, a dodatkowo wniesiony przez kobietę posag przechodził bezpośrednio na męża (można było jednak tego uniknąć, ale kobieta musiała wtedy poddać się odpowiedniej karze, jaką zlecił jej mąż).




CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...