WYŚWIETLENIA

10 września 2025

DRUGA KADROWA - Cz. I

CZYLI - JAK TO KONTYNUATORZY
DZIEŁA MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO 
z PROMETEJSKIEJ "HYDRY"
ZAMIERZALI WYRWAĆ KRAJ 
SPOD SOWIECKIEJ OKUPACJI po 1945 r.





"W ŻYCIU LUDZKOŚCI NIE MA TAKICH ZACISZY, W CZASIE KTÓRYCH MOŻNA BY SPOKOJNIE I BEZPIECZNIE WIĆ SOBIE GNIAZDO CICHEGO SZCZĘŚCIA, NIE MA TYCH ZACISZY, W CZASIE KTÓRYCH NARÓD MÓGŁBY SOBIE POWIEDZIEĆ: DOŚĆ JUŻ SIĘ NAHAROWAŁEM, DOŚĆ JUŻ TEJ WIECZNEJ SŁUŻBY NA POSTERUNKU, DOŚĆ JUŻ TEGO WYSIŁKU. NARÓD, ZDOLNY DO WYPEŁNIENIA SWEJ MISJI DZIEJOWEJ, WIELKOŚCIĄ SWEGO WYSIŁKU I JEGO DŁUGOTRWAŁOŚCIĄ MIERZY SWE SIŁY ŻYWOTNE (...) TAKI NARÓD WIE, ŻE Z POSTERUNKU NIGDY SIĘ NIE SCHODZI, ŻE MOŻE BYĆ TYLKO MOWA O LUZOWANIU NA TYM POSTERUNKU, O LUZOWANIU JEDNEGO POKOLENIA PRZEZ POKOLENIE NASTĘPNE"

MARSZAŁEK EDWARD RYDZ-ŚMIGŁY



Czym był "Ruch Prometejski" i "Prometejska Konspiracja"? Zapewne bardzo niewielu ma o tym zjawisku jakieś większe pojęcie, gdyż określenie to praktycznie nie istnieje w odniesieniu do kluczowych zjawisk historycznych, jakie miały miejsce w Europie (i na Świecie) w ciągu ostatnich stu lat. Praktycznie rzecz biorąc, jeśli w ogóle mówi się o Prometeizmie, to tylko w odniesieniu do koncepcji Józefa Piłsudskiego zrodzonej już po odzyskaniu niepodległości Polski w 1918 r. i kształtowanej dopiero w latach 20-tych i 30-tych ubiegłego stulecia - czyli innymi słowy: Ruch Prometejski był autorstwa Piłsudskiego i dążył do politycznego rozczłonkowania Rosji (a raczej Związku Sowieckiego), poprzez wzmacnianie ruchów odśrodkowych wśród zgnębionych przez Moskali innych narodów wchodzących w skład byłego Imperium Rosyjskiego, a potem Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. I w zasadzie nasza wiedza na ten temat w tym miejscu już się kończy. Ruch Prometejski okazuje się nie spełnił swoich zamierzeń politycznych, przez co został zmarginalizowany i ostatecznie przestał istnieć. To tyle - jeśli chodzi o jakąkolwiek wiedzę na ten temat. Szkoda że jest ona tak płytka i tak powierzchowna, iż opiera się tylko na oficjalnych definicjach, które - co prawda odzwierciedlają pewien stan faktyczny, ale - jednak nie opisują nam całości zagadnienia i nawet nie próbują udawać że na poważnie podchodzą do tematu. Pytanie bowiem nie brzmi tylko i wyłącznie czym był Ruch Prometejski, ale również (a może przede wszystkim) jakie były/są jego prawdziwe korzenie, kiedy tak naprawdę powstał, oraz (co równie ważne) czy istnieje po dziś dzień? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w tej właśnie blogowej serii. Może więc warto poznać prawdziwe dzieje tej formacji, aby uświadomić sobie, że zarówno jej początek jak i koniec wcale nie nastąpiły tam, gdzie chcieliby je widzieć autorzy piszący (choćby w Wikipedii) o tym właśnie pojęciu. Mało tego, Ruch Prometejski nie tylko że nie zakończył swej działalności po roku 1945 i końcu II Wojny Światowej, ale działał jeszcze długie lata - i to często w samym sercu sowieckiego "ula" - mało tego ... on nigdy nie przestał działać!



PROLOG



Bezpośrednim powodem wykrystalizowania się koncepcji prometejskiej, stał się upadek państwa polskiego w końcu XVIII wieku, upadek do którego w ogromnej mierze przyczyniła się rodzima targowica. Warto jednak (pokrótce) przypomnieć sobie jak to się w ogóle stało, że pojawili się ludzie, którzy gotowi byli jawnie działać przeciwko interesowi Rzeczypospolitej, żebrząc wręcz o interwencję obcych mocarstw w celu przywrócenia w Polsce "demokracji" (zwanej wówczas "Złotą Wolnością") Uświadomienie sobie tego aspektu jest o tyle ważne, że żyjąc współcześnie i obserwując historyczne wydarzenia, bogatsi o wiedzę kolejnych dziesięcioleci - często ulegamy pewnym kalkom myślowym, które przekładają obecną wiedzę na tamte czasy. Tak dzieje się również wśród historyków, którzy np. twierdzą że lepiej byłoby dla Polski, gdyby król Jan III Sobieski nie wyruszył na odsiecz obleganego przez Turków Wiednia, bo wówczas z gry zostałby wyeliminowany austriacki zaborca. Myślenie to jest o tyle płytkie, że opiera się jedynie o analizę wiedzy historycznej którą posiadamy my, natomiast tej wiedzy nie mieli ludzie żyjący w tamtym czasie i dla nich wówczas ogromnym zagrożeniem była właśnie ekspansja muzułmańska na Europę. Przecież po upadku Wiednia, co prawda Austria Habsburgów przestałaby istnieć i nie stałaby się w sto lat później jednym z zaborców Rzeczypospolitej, ale... jej miejsce mogła równie dobrze zająć Porta Osmańska i dziś zastanawialibyśmy się czy lepiej by było, gdyby Sobieski jednak wyruszył na odsiecz Wiednia. Ta sama kwestia dotyczy i innych aspektów historii, polityki i geopolityki. Ktoś bowiem powie: nie doszłoby do rozbiorów, gdyby w XV lub XVI wieku Korona Polska i Wielkie Księstwo Litewskie "usunęło" Rosję z mapy Europy (i Azji), a była wówczas taka możliwość. Gdyby w pierwszych dekadach XVII wieku Rzeczpospolita wykorzystała sprzyjającą sytuację i rozbiła Rosję - również nie doszłoby do rozbiorów. A Prusy Książęce (główna przyczyna późniejszego rozbioru ze strony Brandenburgii), gdyby je włączyć w granice Polski już po sekularyzacji w 1525 r. sprawa byłaby rozwiązana. To prawda, problem polega jednak na tym, że tak wówczas nie rozumowano. Bowiem sądzono iż zarówno zhołdowanie Zakonu Krzyżackiego, jak i wyrwanie Moskwie ogromnych terenów na Wschodzie - jest już wystarczającym sukcesem i rzeczywiście, mimo wszystko na tamte czasy to były bezapelacyjne triumfy. Tyle tylko że my, bogatsi o dzisiejszą wiedzę historyczną, możemy mieć co do tego pewne zastrzeżenia.




Należy też pamiętać, że Rzeczpospolita była potęgą, była mocarstwem, ale mocarstwem... pokojowym, w którym siła budowana była nie poprzez miecz i krew, a właśnie poprzez dobrowolne unie polityczne, które przyciągały do nas inne państwa i inne ludy - niczym magnes (wówczas bycie Polakiem, to było coś niesamowicie wręcz nobilitującego). Oczywiście nie znaczy to, że siła Polski opierała się wówczas tylko na uniach, układach i sojuszach - bo to nie prawda. Do dziś w polskiej świadomości historycznej istnieje na przykład mit Grunwaldu - bitwy, w czasie której Korona Polska i Litwa ostatecznie powstrzymały ekspansywną politykę Zakonu Krzyżackiego. Niestety - to bzdura! Grunwald 1410 r. nie był wcale bitwą obronną, bitwą gdzie jedynie broniliśmy się przed teutońską ekspansją. Bitwa ta bowiem była początkiem mocarstwa, które następnie dominowało w Europie Środkowej i Wschodniej przez kolejne cztery wieki. Grunwald był więc aktem erekcyjnym przyszłego Imperium Polonorum, a nie żadnym powstrzymaniem ekspansji niemieckiej. To ta właśnie bitwa dała początek państwu o silnej demokracji i samorządności, o posuniętym niekiedy do przesady umiłowaniu wolności, o sile prawa (oczywiście im dalej na wschód, tym oddziaływanie prawa było słabsze), o powszechnej tolerancji religijnej, a jednocześnie państwa przed którym drżały sąsiednie mocarstwa, państwa które (jako jedyne w historii Europy, nie licząc krótkiego epizodu napoleońskiego) zajęło i utrzymało Moskwę, które narzucało swoje prawa i swoje obyczaje okolicznym ludom i które dominowało od Dunaju po Estonię i od granic miasta Moskwy do rzeki Odry. Cztery wieki takiej potęgi, gdzie król miał bardzo słabą pozycję polityczną i gdzie dominowała "wola ludu" wyrażana na sejmach i sejmikach ziemskich (a należy pamiętać że demokracje z reguły są słabsze od dyktatur, jako że podejmowane decyzje muszą tam uwzględniać tzw.: opinię publiczną - która często bywa zmienna, natomiast w dyktaturach i monarchiach absolutnych liczy się tylko wola władcy) i gdzie szlachta bardzo sceptycznie podchodziła do królewskich planów zwiększenia wojska - widząc w tym zamach na własne prawa i na ową demokrację, która wówczas stała się dla nich wręcz nową religią (znając oczywiście różnice, można to porównać z ubóstwieniem demokracji, jaka cechowała Ateńczyków w IV wieku p.n.e.). A mimo to w polu wojsko Rzeczypospolitej było praktycznie nie do zatrzymania (i to nie tylko wojsko zaciężne, ale również pospolite ruszenie szlacheckie, które wielokrotnie - wbrew istniejącym kalkom propagandowym, aplikowanym naszemu społeczeństwu w czasach komunizmu - rozgramiało w bitwach liczniejszą od siebie zawodową armię wroga).

 


Na czym jednak polegała słabość Rzeczypospolitej, bowiem taka słabość rzeczywiście istniała? Otóż polegała ona na tym, że szlachta (tworząca naród Rzeczpospolitej) była aż do bólu pacyfistyczna i jeżeli istniała możliwość załagodzenia konfliktu na drodze pokojowej, to angażowano się w to, nie myśląc już nawet o wojaczce (tak właśnie zaprzepaszczona została koncepcja wielkiej wojny z Osmanami i wyzwolenia Bałkanów oraz likwidacji muzułmańskiego zagrożenia Europy, jaką chciał w latach 40-tych XVII wieku przeprowadzić król Władysław IV - o czym zresztą pisałem w oddzielnej serii blogowej). Szlachta bowiem bała się wojować nie dlatego że była pacyfistyczna ze swej natury (bo to bzdura), a właśnie dlatego, iż uważała że każda wojna prowadzi do nowych podatków, zaś sformowanie stałego wojska oznaczać może tylko jedno - wzmocnienie władzy królewskiej i wzrost tendencji absolutystycznych, a co za tym idzie powolny upadek demokracji szlacheckiej i odebranie szlachcie przywilejów jej "Złotej Wolności". Żeby to tak ładnie podsumować i dobitnie podkreślić, należałoby stwierdzić - Rzeczpospolita nie chciała się bić będąc bardzo silną i dlatego musiała potem bić się, będąc już bardzo słabą. I to właśnie jest całe podsumowanie naszej szlacheckiej tradycji (która - co bardzo ważne - realnie wykrystalizowała genotyp Polaka i to bez względu na jego pochodzenie społeczne. Przecież oglądając "Potop" czy "Pana Wołodyjowskiego" w kinach w latach 70-tych, potomkowie chłopów i mieszczan polskich przeżywali to w taki sposób, jakby rzeczywiście byli dziedzicami tamtej polskości i potomkami tamtych narodowych bohaterów - wywodzących się przecież w ogromnej większości ze szlachty). Dawna Rzeczpospolita nie padła więc dlatego, że nasi sąsiedzi byli tacy potężni, ale dlatego że my sami zrezygnowaliśmy z naszej potęgi, zaczynając realnie wierzyć że jesteśmy słabi. A skoro już uwierzyliśmy że staliśmy się słabi - to naturalnym stało się, iż musieliśmy mieć nad sobą jakiegoś protektora.


PACYFISTYCZNE MYŚLENIE SZLACHTY ZOSTAŁO PIĘKNIE UKAZANE CHOCIAŻBY TUTAJ 



Długo trwały roszady kogo wybrać do tej roli - króla Szwecji - Karola XII, czy też cara Rosji - Piotra I (stąd wzięło się potem powiedzenie "Jedni do Sasa, drudzy do Lasa" - mające być odpowiedzią na kierunek "sojuszu", czy też podległości w czasie toczącej się Wojny Północnej, gdyż dotychczasowego króla Polski i elektora Saksonii - Augusta II Mocnego wspierał car Piotr, natomiast Stanisława Leszczyńskiego - "króla Piasta" - Karol XII). Dopiero 1 lutego 1717 r. na Sejmie Niemym (nazwa wzięła się stąd, iż żadnego z posłów nie dopuszczono wówczas do głosu, a nową konstytucję sejmową przyjęto jedynie poprzez jej odczytanie) opowiedziano się za protektoratem, czy też - jak twierdzono - sojuszem z Moskwą. Rzeczpospolita wówczas stawała się realnie "sojusznikiem" Rosji, a car Piotr publicznie deklarował iż: "wolności polskiej nie odstąpi", i przedstawiał się jako jedyny gwarant nienaruszalności ustroju Rzeczpospolitej. Sejm ten obradował w Warszawie pod rosyjskimi bagnetami (wysłany przez cara gen. Roenne wkroczył w granice Rzeczpospolitej z 18 000 żołnierzy już z końcem września roku poprzedniego) i jedynie milcząco potwierdzał warunki podpisanego 3 listopada 1716 r. traktatu warszawskiego. Warunki te sprowadzały się do kategorycznego usunięcia z Polski saskich urzędników króla Augusta II (na tym etapie August i Piotr konkurowali już o nowy model ustrojowy Rzeczpospolitej, przy czym ten pierwszy dążył do umocnienia swej królewskiej władzy w Polsce - również obsadzając stanowiska ministrami z Saksonii, co bardzo drażniło polską szlachtę, zaś ten drugi uznał, że utrzymanie dotychczasowego ustroju Rzeczpospolitej - to znaczy decentralizacji państwa, liberum veto, oraz postępującej anarchizacji życia politycznego - jest jak najbardziej korzystne z punktu widzenia interesów rosyjskich. Dlatego też ogłosił się obrońcą "polskich swobód" [jak to się powtarza - prawda? Ktoś już kiedyś powiedział, że wystarczy jedynie nauczyć się historii naszego upadku z XVIII wieku - aby mieć podkładkę również i pod wydarzenia dziejące się współcześnie 😬]). Poza tym zmniejszono wówczas liczbę wojska do 24 000 (choć przeznaczono na jego potrzeby stałe podatki), królowi zabroniono wszczynać wojen bez zgody sejmu i więzić szlachtę bez wyroku sądowego (ale to wszystko obowiązywało już od czasu ustawy "Neminem captivabimus..." z 1425 r.). Wprowadzono także nienaruszalność "praw kardynalnych", czyli artykułów henrykowskich i pacta conventa, wolnej erekcji elekcji, liberum veto, nietykalności osobistej szlachty oraz dożywotności sprawowanych urzędów. Car Rosji bardzo szybko, gdyż już w lutym 1720 r. zawarł dodatkowo jeszcze układ z Prusami/Brandenburgią, mający na celu utrzymanie w Rzeczpospolitej "Złotej Wolności" i nie dopuszczenie do jakichkolwiek zmian ustrojowych.




Wojska rosyjskie opuściły granice Rzeczpospolitej w grudniu 1718 r., jednak nie wyniosły się Kurlandii (będącej od 1561 r. lennem Rzeczypospolitej). Przez długie lata istniał konflikt o opuszczenie Kurlandii przez rosyjskie wojsko (w styczniu 1719 r. zawarto nawet w tej sprawie sojusz między Polską, Austrią i Wielką Brytanią, które to państwa miały zmusić Moskwę do opuszczenia kurlandzkiej ziemi, ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Potem jeszcze dwukrotnie w 1726 i 1731 r. wzywano Rosję do przestrzegania granic i opuszczenia zajętego terytorium - bezskutecznie, bowiem władzę w Kurlandii sprawowała od 1711 r. Anna Iwanowna Romanowa - córka cara Iwana V). Po raz kolejny wojska moskiewskie wkroczyły w granice Rzeczpospolitej w październiku 1733 r. (w czasie wojny o sukcesję polską z lat 1733-1735) i przebywały tutaj do końca tej wojny. W 1736 r. Sejm ponownie wezwał Moskwę do opuszczenia Kurlandii i wezwanie ponownie okazało się bezskuteczne (dyplomacja bez siły militarnej, jest niczym motyl bez skrzydeł), dodatkowo też w latach 1738 i 1739 wojska rosyjskie dwukrotnie naruszyły granicę z Rzeczpospolitą na Ukrainie, zaś w 1748 r. caryca Elżbieta Piotrowna (córka Piotra I) wysłała wojska, które miały przemaszerować do Niemiec przez terytorium Polski (w czasie wojny o sukcesję austriacką, toczoną w latach 1740-1748) - i tak też się stało. Jednak okres między 1735 a 1757 r. uważany był w Polsce za niezwykle długi czas pokoju i to właśnie wówczas narodziło się powiedzenie: "Za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa". Rosjanie ponownie przekroczyli granicę Rzeczpospolitej w lecie 1757 r. na początku wojny siedmioletniej (toczonej w latach 1756-1763) i przeszli przez Litwę, czyniąc tam ogromne szkody (w samych dobrach kanclerza litewskiego - Michała Czartoryskiego spalono kilkanaście wiosek), zaś w lutym 1759 r. do Wielkopolski wkroczyli także Prusacy Fryderyka Wielkiego - czyniąc kolejne spustoszenia. Prusacy ostatecznie wycofali się jednak do 1763 r. (ostatnie ich większe starcie na ziemiach polskich z Rosjanami miało miejsce w lecie 1761 r.), natomiast Moskale pozostali tu aż do... 1789 r.

Warto tutaj również odnotować zgubny wpływ liberum veto na polski parlamentaryzm i skuteczne wykorzystywanie go przez inne państwa do blokowania jakichkolwiek (niekorzystnych z punktu widzenia obcych dworów) zmian ustrojowych w Rzeczpospolitej. Weto po raz pierwszy zostało użyte na Sejmie 9 marca 1652 r. przez posła z Upity - Władysława Sicińskiego (który potem był symbolem najgorszych klęsk Rzeczpospolitej. Mówiono też, że za ów postępek trafił go piorun, a ziemia nie chciała przyjąć jego zwłok, dlatego też po 1672 r. zabalsamowano je i pokazywano przez długie lata - jeszcze w XIX wieku - w kościele w Upicie - jako symbol zdrady i upadku dawnej Rzeczpospolitej), zaś w kolejnych dziesięcioleciach stało się tak popularne, że mało który sejm w XVIII wieku doszedł do skutku i zdążył uchwalić konstytucję (niektóre zrywano nawet jeszcze przed wyborem marszałka sejmu). Problem z liberum veto polegał na tym, że w polskim parlamentaryzmie obowiązywała zasada jednomyślności (czyli po staropolsku "ucierania się"), a obrady trwały tak długo, aż osiągnięto wspólny konsensus. Dlatego też nawet jeden głos zdecydowanego sprzeciwu, oznaczać mógł storpedowanie długo przygotowywanych planów reform ustrojowych i wzmocnienia wojska, co też powodowało że ze zrywania sejmów korzystały szczególnie obce dwory. I tak, Moskwa (przez przekupionych posłów), zerwała sejmy w latach: 1718, 1719, 1720, 1722, 1724, 1726, 1729, 1730, 1732, 1733, 1760 i 1762. Francja zerwała sejmy w latach: 1681, 1698, 1735, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1754 i 1758. O Prusach zaś nie ma co nawet pisać, bo z ich inicjatywy zostały zerwane praktycznie wszystkie sejmy, począwszy od XVIII wieku, więc nie ma sensu ich wymieniać. Warto jeszcze dodać, że sejmy zrywali też polscy magnaci, jak choćby Potoccy, którzy czynili to w latach: 1720, 1729, 1730, 1732, 1738, 1740, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1758 i 1760. Sapiehowie: 1688, 1689, 1695, 1698, 1701, 1729 i 1730. Lubomirscy: 1664, 1665, 1666 i 1754. Warto zauważyć że wiele dat się wzajemnie pokrywa, co oznacza że interes magnaterii częstokroć szedł w parze z interesem obcych mocarstw. W każdym razie Rzeczpospolita stała się pośmiewiskiem Europy, niezdolnym do przyjęcia jakiegokolwiek prawa i podjęcia decyzji, trwała zaś jedynie siłą rozpędu, wpadając coraz bardziej w całkowitą zależność od Moskwy (Wielki Wezyr osmański - Ali Pasza żalił się publicznie w 1743 r. - iż system panujący w Rzeczpospolitej przypomina całkowitą anarchię i nic nie można tam uzgodnić - pisał więc: "Cóż mamy czynić z narodem, gdzie dla wykonania jakiejś rzeczy, trzeba najpierw trzydzieści tysięcy głów nakryć jedną czapką"). W takich warunkach wypracowanie wspólnego konsensusu było praktycznie niemożliwe.

Inną zupełnie kwestią były projektowane plany rozbiorów tego apatycznego już wówczas i pogrążającego się w coraz większej politycznej anarchii państwa, jakim stała się Rzeczpospolita Obojga Narodów. Pierwszy plan rozbioru Polski został przedstawiony... we wrześniu 1392 r. przez księcia Władysława Opolczyka (założyciela klasztoru na Jasnej Górze w Częstochowie i tego, który przewiózł i umieścił w tym klasztorze w 1384 r. cudowny obraz Madonny z Jezusem), proponował on wówczas Krzyżakom rozbiór ziem Korony Polskiej pomiędzy Zakon, Czechy i Węgry (jak oczywiście wiadomo, plany te nigdy nie doszły do skutku, gdyż Polska była na drodze ku potędze, a po 1410 r. i bitwie pod Grunwaldem, stała się jednym z największych europejskich mocarstw). Ponownie powrócono do planów rozbiorowych w czasie Potopu szwedzkiego, wojny z Moskwą i agresji księcia siedmiogrodzkiego - Jerzego II Rakoczego w 1657 r., ale i wówczas okazały się one jedynie wydmuszką (Rakoczy został rozbity w bitwach pod Magierowem i Czarnym Ostrowem i to tak, iż musiał podpisać kapitulację, Szwedzi zaś zostali wypędzeni z Rzeczpospolitej do 1658 r. zaś Moskwa - która od 1654 r. zajęła sporą część Litwy, Ukrainy i Białorusi, została rozbita w bitwach pod Lachowiczami, Połonką, Basią i Cudnowem w 1660 r. zaś od roku następnego działania wojenne toczyły się już na terytorium rosyjskim. A teraz pokażcie mi drugie takie państwo, które zostało prawie całkowicie podbite, całkowicie, przez czterech wrogów {czwartym byli Kozacy Chmielnickiego}, a mimo to każdego z nich zdołało pokonać, zniszczyć wypędzić lub unieszkodliwić i odzyskać kraj. Porównując to, co działo się w latach 1654-1660 do roku 1939 to należałoby stwierdzić, że po zajęciu Polski przez Niemcy i Związek Sowiecki, utrzymując niewielki tylko pas w rejonie Kut nad granicą z Rumunią, zdołalibyśmy stamtąd przeprowadzić tak wielką ofensywę, która by wyzwoliłaby cały kraj w ciągu kilku, może kilkunastu miesięcy. Dopiero takie porównanie daje nam prawdziwy obraz tego, co wówczas uczynili nasi przodkowie). Wówczas więc, póki Rzeczpospolita była silna, plany rozbiorów mogły co najwyżej powstać na papierze i warte były tyle, co ów papier na którym zostały wydrukowane. Jednak już w XVIII wieku, gdy Korona Polska nie była zdolna do przeprowadzenia podstawowych reform ustrojowych, rozbiory stały się realnym zagrożeniem. Już w styczniu 1733 r. król August II Mocny zaproponował (w rozmowie z pruskim ministrem Fryderykiem Grumbkowem) zajęcie Prus Królewskich wraz z Toruniem (bez Gdańska), zaś Ukrainę, Białoruś i dużą część Litwy (bez Wilna) zamierzał oddać Rosji. Plan ten ostatecznie nie doszedł do skutku, gdyż August Mocny zmarł 1 lutego 1733 r. w Warszawie.




Kolejny plan rozbioru Rzeczpospolitej, opracowała już nowa władczyni Rosji, zaraz po swym wstąpieniu na tron w lipcu 1762 r. - Katarzyna II. Plan ten przewidywał, iż Kurlandia i Inflanty Polskie zostaną włączone do Rosji, w zamian za to Polska miała otrzymać kosztem Prus - Prusy Książęce z Królewcem. Plan ten wciąż przewidywał utrzymanie Rzeczpospolitej w stanie zależności od Moskwy. Nie mógł też się powieść, gdyż po pierwsze został opracowany "na gorąco" (zaraz po obaleniu i zamordowaniu męża Katarzyny - cara Piotra III, który był wielkim miłośnikiem Prus i pruskiego militaryzmu) jako policzek wymierzony w męża carycy, a po drugie Fryderyk II z pewnością nie zgodziłby się na jego realizację i pomimo osłabienia królestwa w długiej wojnie siedmioletniej, toczyłby dalsze walki o Prusy Książęce, a tej wojny Katarzyna już nie zamierzała prowadzić. W 1768 r. opracowano (tym razem w Wiedniu) kolejny plan rozbiorowy. Cesarzowa Austrii - Maria Teresa zaproponowała Katarzynie i Fryderykowi następujący podział ziem polskich: Prusy otrzymają Kurlandię, Semigalię i Warmię, w zamian za co zwrócą Austrii Śląsk (zdobyty przez Fryderyka w roku w 1742 r.). Rosja natomiast miała utrzymać w Rzeczpospolitej w dalszym ciągu stan całkowitej zależności. Plan ten jednak został storpedowany przez Prusaków, gdyż król Fryderyk nie zamierzał oddawać swej najbogatszej prowincji w zamian za niewiele znaczące ziemie w Prusach i Inflantach. Dlatego też już w 1769 r. opracowany został plan Fryderyka, który zakładał podział ziem polskich: Pomorze i Żmudź miały zostać włączone do Prus (ewentualnie jeszcze Wielkopolska, ale z niej król pruski mógł zrezygnować, gdyby napotkał zbyt duży opór ze strony Rosji), reszta Polski miała zaś zostać włączona bezpośrednio do Rosji. Projekt króla Prus nie spodobał się Katarzynie (zresztą trudno się dziwić i tak kontrolowała całą Polskę, po co więc miała doprowadzać do rozbiorów i dzielić się tymi ziemiami z Prusakami). Jednak jeszcze w tym samym 1769 r. Austria zajęła Spisz i Orawę (ziemie na Węgrzech będące we władaniu Rzeczpospolitej od 1412 r.), zaś w 1770 r. dodatkowo jeszcze Sądecczyznę i Podhale wraz z kopalniami soli w Wieliczce i Bochni, dlatego też stosunek Katarzyny do rozbiorów uległ zmianie. 


MAPA PIERWSZEGO ROZBIORU RZECZPOSPOLITEJ 
1772



Rzeczpospolita była już realnie od 1768 r. (i podpisaniu niekorzystnego układu z Moskwą o "wieczystej przyjaźni", w którym co prawda Katarzyna dawała gwarancje nienaruszalności granic Polski, ale jednak Rosja stawała się gwarantem utrzymania "Złotej Wolności" szlacheckiej i ustroju panującego w Rzeczpospolitej. Tym samym Polska realnie i oficjalnie stawała się rosyjskim protektoratem). Wybuch antyrosyjskiej konfederacji barskiej (z lat 1768-1772) przyspieszył tylko zgodę carycy na rozbiór ziem polskich, do którego doszło ostatecznie 5 sierpnia 1772 r. układem podpisanym przez trzy mocarstwa: Rosję, Prusy i Austrię w Petersburgu. Rosja zajęła 92 tysiące kilometrów kwadratowych i 1 milion 300 tysięcy ludności, były to ziemie województw połockiego, witebskiego i mścisławskiego - tworząc tam gubernię białoruską. Prusy zajęły 36,5 tys. km. kw. i 580 tysięcy ludności - całe Pomorze (bez Gdańska), Warmię, Kujawy i ziemię chełmińską, tworząc tam Okręg Nadnotecki i Prusy Zachodnie. Austrii zaś przypadło 81 tys. km. kw. i 2 miliony 650 tysięcy mieszkańców - czyli województwa krakowskie, ruskie, bełskie i część sandomierskiego. Rzeczpospolita utraciła łącznie 30 procent swego terytorium. Oczywiście zaborcy domagali się aby rozbiory zatwierdził Sejm, jednak, aby nie doszło do jego zerwania przez liberum veto (i teraz właśnie weto byłoby bardzo pomocne) caryca domagała się, aby Sejm przekształcić w konfederację, gdzie decyzje miały zapadać zwykłą większością głosów i tak właśnie się stało - 18 września 1773 r. przekształcony w konfederację Sejm (którego marszałkiem wybrany został kuchmistrz koronny, płatny szpieg Moskwy Adam Koniński) zatwierdził rozbiór. Był to pierwszy w historii rozbiór ziem polskich, dwa kolejne miały nadejść jeszcze w XVIII wieku, zaś do czwartego doszło w... 1939 r. gdy hitlerowskie Niemcy i stalinowski Związek Sowiecki napadły na Polskę i ją sobie wzajemnie podzieliły między siebie (jak również całą Europę Środkową). Lecz prometejska konspiracja, która doprowadziła do odrodzenia Polski w 1918 r., cały czas intensywnie pracowała nad "rwaniem" - owego sowieckiego kolosa - głównie po szwach narodowych, choć nie tylko. I to się udało, w latach 1989-1991 cały blok komunistyczny musiał upaść (inna sprawa że komuniści mieli przygotowane wyjście awaryjne w postaci "transformacji ustrojowej"). Pamiętajcie też że prometejska hydra [w takiej lub innej formie] działa intensywnie po dziś dzień.





PS: Co ciekawe, o ile w czasach panowania Augusta II Mocnego na 13 sejmów zerwano aż 9, za jego syna - Augusta III na 13 sejmów zerwano... 12, natomiast za panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego... nie został zerwany żaden sejm, dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta, o ile pozycja Rosji, jako hegemona w Rzeczpospolitej nie była wcześniej oficjalna, o tyle Moskwa musiała polegać na sprzedajnych posłach i ich wecie wobec niekorzystnych dla siebie ustaw i propozycji reform. Ale odkąd Rzeczpospolita już realnie stała się rosyjską kolonią, utrzymywanie weta jako politycznej blokady wprowadzanych ustaw było nie tylko niepotrzebne, ale wręcz stawało się szkodliwe z punktu widzenia Moskwy. Tym bardziej że za króla Stasia i tak głosowano na sejmach to, czego życzyła sobie caryca Katarzyna, dlatego też weto było tylko zagrożeniem i mogło służyć do blokowania korzystnych dla Rosji ustaw. Więc żaden sejm w latach 1764-1795 nie został już zerwany za pomocą tej broni (inna sprawa że liberum veto zostało zniesione przez Konstytucję 3 Maja w 1791 r.). I wszyscy posłowie musieli się temu podporządkować, a kto był oporny, to czekał go los owych nieszczęśników: biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna, porwanych na Sejmie delegacyjnym na rozkaz rosyjskiego ambasadora - Nikołaja Repnina - 14 października 1767 r. i wywiezionych do Kaługi. 


PS2: W kolejnej części omówię jeszcze dwa pozostałe rozbiory i przejdę już bezpośrednio do prezentacji początków Ruchu Prometejskiego, który (a jakże) najbardziej sprzyjające warunki zyskał u boku korsykańskiego generała, co wkrótce potem stał się cesarzem Francuzów, a w 1812 r. rozpoczął próbę wskrzeszenia dawnej Rzeczypospolitej, najeżdżając Rosję i ogłaszając II Wojnę Polską (stąd potem powstał nawet na ten temat wiersz, który brzmiał: "Głupi Napoleonie, gdybyś za Renem siedział nigdy by się o tobie Hudson Lowe nie dowiedział". Dla przypomnienia - Hudson Lowe był brytyjskim gubernatorem św. Heleny na którą trafił Cesarz Napoleon po swej ostatecznej klęsce pod Waterloo w 1815 r.). Tak więc u boku Bonapartego, zrodziła się konspiracja, która przetrwała potem cały XIX wiek, pracując intensywnie nad jednym celem - rozbicia Rosji i wskrzeszenia Polski (oraz innych ciemiężonych przez Moskali narodów) i to im się ostatecznie udało w listopadzie 1918 r. (nic więc dziwnego że po klęsce Polski w 1939 r. Stalin z takim zamiłowaniem na przełomie 1939/1940 r. oglądał sztukę Michała Glinki pt.: "Życie za cara", opowiadającej o wypędzeniu Polaków z Moskwy w 1612 r. Szczególnie zaś podobała mu się jedna scena - właściwie to oglądał tę sztukę tylko dla niej - pokazująca jak Polacy ostatecznie tonęli w bagnie. Potem zaś był Katyń... Czyżby Stalin tak bardzo bał się prometejskiej Hydry, że wydał rozkaz zabicia wziętych do niewoli, ponad 22 000 żołnierzy i oficerów Niepodległej Polski?






CDN.

TAK, BYLIŚMY IMPERIUM!

KU PAMIĘCI I DUMIE Z
RZECZPOSPOLITEJ OBOJGA NARODÓW





W jednym ze skeczy Kabaretu Neo-Nówka jest takie stwierdzenie tłumaczące amerykańskiemu prezydentowi - Barackowi Obamie - gdzie leży Polska, otóż: "Jak tu jest Rosja, to jakby jej nie było, to Polska graniczyłaby z Afganistanem". Oczywiście jest to żart, ale dobitnie pokazuje on że tradycja, pamięć, język a nawet moda dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów wcale nie zniknęła i że przetrwała w podświadomości oraz kodzie genetycznym wielu narodów, żyjących dziś nawet w takich krajach jak Mołdowa czy Gruzja. Jest to tradycja genetycznej więzi i pamięci Rzeczpospolitan - niesamowitego społeczno-kulturowego tworu, powstałego pomiędzy Bałtykiem, Adriatykiem a Morzem Czarnym. Niestety, lata zaborów, a szczególnie komunistycznego zniewolenia zrobiły swoje i dziś tamta pamięć strasznie się zamazała, poblakła i poczerniała. Dotyczy to również mentalności Polaków jak również (a może przede wszystkim) naszych elit - które w dużej mierze utraciły zdolność myślenia i analizowania polityki oraz geopolityki w taki sposób, który przede wszystkim służyłby Rzeczpospolitej (zupełnie inną sprawą jest fakt sprawdzenia skąd tej elicie wystają nogi i to zarówno pod względem ideologicznym jak i genetycznym, duża część bowiem te elity nie ma nic wspólnego z Polską, Polskością i Polakami). Orientacje, które istnieją w polskiej polityce, to efekt zarówno długiego okresu zaborów, jak i komunizmu - gdzie orientowano się na "Wschód" czy (rzadziej) na "Zachód" (jak na przykład czynili niektórzy politycy w II Rzeczpospolitej). Oczywiście rozumiem że w obecnej sytuacji geopolitycznej orientowanie się na sojusz z jakimś mocarstwem jest konieczne - gdyż sami jeszcze nie jesteśmy w stanie wybić się na pełną suwerenność - ale powinny, a wręcz muszą być jasno zdefiniowane pewne pryncypia, które ustalałyby relacje i jasno pokazywały kierunki naszych zainteresowań. Takie na przykład jak choćby stwierdzenia: "Wschód jest nasz!". A to oznacza, że stosunki z Kijowem, Mińskiem, Wilnem, Rygą, Tallinem, Tbilisi czy Kiszyniowem nie mogą w żadnym razie toczyć się bez zgody i akceptacji Warszawy. To może dla niektórych brzmi nieco dziwnie (a nawet niebezpiecznie), ale tak właśnie postępować należy, gdyż jedynie Polska (ze wszystkich krajów regionu) w Europie Środkowo-Wschodniej, ma realną możliwość odrodzenia dawnej wspólnoty Środkowoeuropejskiej, zwanej Rzeczpospolitą Obojga Narodów.

Tak, bowiem dawna Rzeczpospolita była imperium (choć niektórzy twierdzą inaczej), była mocarstwem nie tylko militarnym, politycznym i gospodarczym, ale także społecznym, obyczajowym i... lingwistycznym, zaś obszar wpływów tamtej Polski sięgał daleko poza jej nieprzepastne granice, zaś pamięć o tamtym państwie przetrwała wśród elit II Rzeczpospolitej - wśród których panowała właśnie imperialna duma (te wszystkie zamorskie projekty kolonialne, te plany wojny ofensywnej przeciwko Związkowi Sowieckiemu, te deklaracje, iż nie potrzebujemy ani Anglików ani Francuzów aby spuścić łomot Niemcom etc. etc.). Czym były hasła o mocarstwowości, jeśli nie pamięcią genetyczną elit II Rzeczpospolitej o dawnym imperium? To wszystko musimy na powrót odrodzić, powoli acz konsekwentnie (należy bowiem pamiętać o tym, że nie wszystko to, co my uważamy za słuszne i oczywiste, jest takowym w oczach naszych sojuszników. Zupełnie inną sprawą jest również fakt, że takiej Wspólnoty nie da się budować z ludźmi, którzy nie tylko tego nie chcą, ale wręcz nie są tego godni, a mam tutaj na myśli ludzi o mentalności komunistycznej, moskalofilskiej i oczywiście... jawnych wyznawców Bandery) odrodzić dawną pamięć o Rzeczpospolitej Obojga Narodów, pamięć o narodzie wolnych od wszelkiej tyranii obywateli - Rzeczpospolitan, o dawnej tradycji, którą wielu chciało wyplenić, a która i tak pomimo prześladowań, mordów i przesiedleń - przetrwała i choć jest ona nieco przyblakła - to jednak jest i to stanowi już ogromny kapitał na przyszłość. Dlatego też, mając na uwadze tamtą pamięć, chciałbym zaprezentować wywiad, jakiego (jeszcze w 2012 r.) udzielił dla tygodnika "Uważam Rze Historia" - prof. Andrzej Nowak (autor "Dziejów Polski"). Przejdźmy zatem do owego wywiadu i jak mówił klasyk: "Bach, babkę w piach, a teściową w klatkę piersiową". Rozmowę z profesorem Nowakiem przeprowadził redaktor Maciej Rosalak, zaś tekst nosi tytuł:       

 
"400 LAT ODDECHU"




Maciej Rosalak: Rozszerzanie się Polski na wschód było elementem "Drang nach Osten" - szerszego zjawiska w średniowiecznej Europie, obejmującego poza nami i Niemcami również Francję. Mówi się, że obecność Polaków na Rusi Czerwonej, a później na Wołyniu, Ukrainie, Rusi Białej i Czarnej oraz na Litwie nie wynikała jednak z podboju. Czy więc była w pełni prawomocna?

Andrzej Nowak: Najbardziej błyskotliwe poszerzenie obszaru wspólnoty politycznej, która połączyła Polaków z mieszkańcami ziem litewsko-ruskich, nastąpiło w wyniku unii, a nie podboju. Kwestia Rusi Czerwonej jest już bardziej złożona. W trójkącie geopolitycznym, który stanowiły już podczas rozbicia dzielnicowego księstwa polskie, zachodnie księstwa ruskie i królestwo węgierskie, toczyły się jednak walki zbrojne. W XIV wieku do zmagań o Wołyń włączyła się jeszcze Litwa. Ważniejsze od militarnych aspektów wydaje się jednak pewnego rodzaju starcie cywilizacyjne. Mamy ślady jego świadomości już w roku 1147. W tym czasie rozpatrywano w Europie konieczność kolejnej wyprawy krzyżowej i wzmocnienia przyczółków chrześcijańskich uzyskanych wcześniej w Ziemi Świętej. Inicjator wyprawy Bernard z Clairvaux stał się wtedy adresatem listu biskupa krakowskiego Mateusza (jest on pierwszym Polakiem, którego tekst literacki dotrwał do naszych czasów). Tłumaczy on sytuację polskich książąt, którzy nie pójdą na wyprawę do Palestyny, ponieważ tuż za wschodnią granicą mają podobną misję do spełnienia. "Ruthenia est quasi alter orbis" - pisał Mateusz. Ruś jest jakby innym światem, z inną religią, i tam musimy dokonać podboju duchowego, aby otworzyć ów świat na wpływy łacińskie. Już wtedy - mimo licznych mariaży Piastów i Piastówien z Rurykowiczami i Rórykowiczównami - zaznaczyła się różnica cywilizacyjna związana z różnym wyborem źródeł chrześcijaństwa - na Rusi było to Bizancjum, w Polsce - Rzym.

Maciej Rosalak: Wszelako ponad 400 lat później mamy konfederację warszawską (1573 r.), która - w przeciwieństwie do pogrążonej w wojnach wyznaniowych Europy - wprowadza u nas tolerancję religijną.

Andrzej Nowak: Tak, oczywiście. Skoro przechodzimy do czasów jagiellońskich, spójrzmy na Litwę, z którą zawarliśmy układ w Krewie (1385 r.). Stworzyła ona rozległe państwo nie tyle dzięki podbojowi, ile dzięki chętnemu poddaniu się księstw dawnej Rusi Kijowskiej słabej władzy litewskiej na miejsce srogiego panowania Mongołów. Litwinów było dziesięć razy mniej w tym państwie niż ludności prawosławno-ruskiej. Byli też dużo słabsi kulturowo. Wnieśli jednak dużą energię i zdolności organizacyjne, ale w krótkiej perspektywie czasu byli skazani na przekształcenie litewskiego imperium w państwo w sensie kulturowym, językowym i religijnym rusko-prawosławne. Przez krakowski chrzest Jagiełły i jego drużyny w obrządku łacińskim Litwa ocaliła swoją odrębną od ruskiej tożsamość. Pogańską pozostać nie mogła, a przyjmując ostatecznie prawosławie, przypieczętowałaby swoją asymilację z kulturą ruską. Unia została potwierdzona w Horodle (1413 r.) pięknym aktem "miłości braterskiej", bez którego - jak napisano w jej wstępie - nie ma żadnego trwałego związku. Kilkadziesiąt rodów litewskich zostało przyjętych do rodów polskich. Przywileje szlachty miały obejmować z początku tylko katolików litewskich, ale już w 1432 r. Jagiełło rozszerzył je na prawosławnych. Tak więc okres dający większe prawa katolikom trwał bardzo krótko, po czym nastąpiło pełne równouprawnienie wyznań. I to jest rzeczywiście wyjątkowe w skali europejskiej. Nigdzie indziej przez następne wieki nie istniało takie państwo jak polsko-litewskie. Na przestrzeni niemal miliona kilometrów kwadratowych koegzystowały za Jagiellonów, a później w Rzeczpospolitej, tak różne wyznania: katolickie, prawosławne, od XVI wieku także protestanckie. Fakt, że nie doszło tu do żadnej wojny religijnej, jest fenomenem. Konflikty rozwiązywano pokojowo, za pomocą aktów prawnych, jak uczyniła to wspomniana przez pana konfederacja warszawska.


ŚLUB KRÓLOWEJ POLSKI - JADWIGI I WIELKIEGO KSIĘCIA LITWY JOGAIŁY (PÓŹNIEJSZEGO WŁADYSŁAWA II), ZAŁOŻYCIELA DYNASTII JAGIELLONÓW 
PIERWSZY KROK KU RZECZYPOSPOLITEJ
(1386 r.)



Maciej Rosalak: Od niemal tysiąca lat mówi się o Polsce jako przedmurzu chrześcijaństwa, broniącym Europy przed Tatarami, Turkami oraz tyranią moskiewską, zwłaszcza - w XX wieku - bolszewicką. Bardziej jednak zwraca się uwagę na aspekt militarny niż cywilizacyjny. Co Polska przyniosła Kresom w dziedzinie kultury i prawa?

Andrzej Nowak: W istocie od czasów Batorego Polska nie może się wykazać jakąś szczególnie błyskotliwą historią militarną. Mamy wprawdzie zwycięstwo nad Krzyżakami pod Grunwaldem (z walnym udziałem Litwinów i Rusinów) czy nad Moskwą pod Orszą (1514 r.), ale częściej przegrywaliśmy z nacierającą od końca XV wieku Moskwą, która chciała zagarnąć wszystkie ziemie dawnej Rusi. Aż do wojen kozackich, moskiewskich i szwedzkich połowy XVII wieku ponad dwa stulecia od zawarcia unii z Litwą wypełniają nie wojny, lecz właśnie praca cywilizacyjna. Jej symbolem jest Uniwersytet Krakowski, który po to został odnowiony przez Jagiełłę i Jadwigę, żeby służyć związkowi z Litwą, żeby kształcić kadry zdolne ten związek polityczny spajać pracą administracyjną i kulturową. Już drugim rektorem odnowionego uniwersytetu został Litwin - książę drohiczyński Jan, krewniak Jagiełły. Praca cywilizacyjna dała efekty dostrzegalne gołym okiem i widoczne do dziś: kopuły cerkwi stykają się z wieżami gotyckich i barokowych kościołów na Ukrainie, Białorusi i Litwie. Sama architektura maluje więc na tych obszarach fascynujący obraz dyfuzji kulturowej wschodu i zachodu Europy. Symbolem mniej widocznym jest pomnik prawa magdeburskiego, na którym lokowano miasta. Niech pan zgadnie, gdzie stoi taki pomnik?

Maciej Rosalak: We Lwowie?

Andrzej Nowak: W Kijowie. Dowodzi on, że Polska stała się rodzajem pasa transmisyjnego dla kultury prawnej przecież nie własnej, nie w Polsce wymyślonej, ale zachodnioeuropejskiej. Polska przenosi ją na obszary wschodnie, które stopniowo wchodzą w jej granice od końca XIV wieku. Stopniowo wnosi jednak również własną specyfikę ustrojową - kulturę wolności republikańskiej, która kształtuje się we wspólnym państwie polsko-litewskim dzięki "oswajaniu" dynastii jagiellońskiej przez szlachtę. Owym wolnościowym ustrojem niejako "zaraża" całą społeczność rozległego kraju. To, że dziś istnieją odrębne państwa Ukrainy, Białorusi, Litwy, wynika z faktu, że kiedyś Wielkie Księstwo Litewskie otarło się o Koronę. Litwa, powtarzam, rozpuściłaby się w tyglu prawosławnym, a wspólnoty Ukrainy i Białorusi nie znalazłyby wystarczająco silnego impulsu, aby wyodrębnić się z ogarniającej je szerszej wspólnoty wschodniosłowiańskiej, gdyby nie wpływ zachodniej cywilizacji idącej z Krakowa, Poznania, Sandomierza - do Wilna, Grodna, Lwowa i Kijowa. Niektórzy historycy, zwłaszcza ci z tak zwanej szkoły krakowskiej, wielce ubolewali jednak nad unią z Litwą, twierdząc, że dużo straciliśmy, idąc na wschód. Że trzeba było wszystkie siły poświęcić dla tej mniejszej ojczyzny piastowskiej, a nie rozrzedzać ich na wschodzie. 

Maciej Rosalak: Tę opinię utrwalił w świadomości naszego społeczeństwa, poza propagandą komunistyczną, głównie Paweł Jasienica. Wielu Polaków szczerze upatruje w zwrocie na wschód przyczyny trwałej utraty przez nas na 600 lat Śląska i Pomorza, a także rozluźnienia związków z cywilizacją łacińską. Czy więc Polska zyskała, czy straciła na Kresach?

Andrzej Nowak: Przytoczę tu cytat z Józefa Szujskiego, mistrza szkoły krakowskiej i mistrza Jasienicy o Polsce: "Im więcej w imię wolności zagarnęła surowych żywiołów, tym bardziej rozrzedzać się musiała ta siła rdzenna, zwyciężać indywidualność, wracać bezradność, nieorganiczność pierwotnej kupy słowiańskiej". Przez unię, przez otwarcie na wschód - twierdzą pogrobowcy stańczyków - wróciliśmy do "pierwotnej kupy słowiańskiej", zamiast identyfikować nasz rozwój tak, jak zaczął to skutecznie robić ostatni silny Piast Kazimierz Wielki.Tego rodzaju ostry osąd nie bierze jednak po uwagę jednego czynnika: geopolitycznego. Historia to nie szachy, w których sąsiedzi czekają na nasz ruch. Nie, zanim zrobimy ten ruch, oni mogą zrobić 20. Gdybyśmy nie weszli na obszary wschodnie, one nie pozostałyby bezpańskie, ale nieuchronnie stałyby się częścią wielkiej potęgi wschodniosłowiańskiej. Moskwa miała program, wolę i siły, aby zjednoczyć ziemie dawnej Rusi i to czyniła. 

Maciej Rosalak: Unia polsko-litewska opóźniła ten proces?

Andrzej Nowak: O cztery wieki. I dziś jej konsekwencje cywilizacyjne stoją temu procesowi nadal na przeszkodzie. Teraz wyobraźmy sobie, że już w XV wieku za naszą wschodnią granicą na Bugu stoi potężne państwo wschodniosłowiańskie. Czy pomaga nam to odzyskać Śląsk? Przecież Luksemburgowie, a potem Habsburgowie nie patrzyliby z założonymi rękami, jak odbieramy im najbogatszy kraj korony czeskiej, tylko w każdej chwili mogliby zawrzeć sojusz przeciw Krakowowi z imperium wschodnioeuropejskim. I to imperium mogłoby uderzyć już w XV wieku znad Bugu, a nie znad górnej Wołgi.


HUSARIA 
Pierwotnie pochodzenia serbsko-węgierskiego, już w XVI wieku stała się rdzeniem polskiej skuteczności, siły i militarnego geniuszu. Jedyna formacja która przez 123 lata swego istnienia nie przegrała żadnej bitwy (a i tak największe swe sukcesy odniosła dopiero później), jedyna formacja polskiego autoramentu, której nie byli w stanie podrobić ani skopiować nigdzie indziej, czy to na Wschodzie czy na Zachodzie. Mówiło się że jeśli husarii nie zatrzyma się do trzeciego szeregu piechoty, to już jest po bitwie i nawet ucieczka jest już niemożliwa. Gdzie husaria tam zwycięstwo!



 Maciej Rosalak: Brzmi znajomo.

Andrzej Nowak: Polska leży między dwiema największymi, starszymi od niej i bez porównania potężniejszymi od niej - od samego początku naszych dziejów - wspólnotami etniczno-historycznymi w Europie: wschodniosłowiańską i germańską. Czy mała Polska wciśnięta między dwie potęgi - na wschodzie i na zachodzie - obroniłaby swoje miejsce na mapie, swoją odrębną ścieżkę w historii i kulturze europejskiej? Myślę, że dzięki unii z Litwą, dzięki wysiłkowi, jaki został włożony w próbę sprostania temu cywilizacyjnemu wyzwaniu, zyskaliśmy olbrzymią przestrzeń nie tylko politycznego, ale także kulturalnego oddechu. Kiedy kultura polska wydaje swoje najwspanialsze owoce? W czasach unii lubelskiej, w czasach Kochanowskiego, Reja, Sępa-Szarzyńskiego, Skargi, w potem w XIX wieku, w czasach Słowackiego, Mickiewicza, Moniuszki. Czy wydałaby je, gdyby już w XV wieku pogodziła się z miejscem ograniczonym do malutkiego aneksu zachodnich potęg Europy? Ten oddech pomógł Polsce przetrwać w najgorszym położeniu geopolitycznym na świecie. I nie tylko przetrwać. To, że między Rosją i Niemcami pojawiły się jeszcze Litwa, Białoruś i Ukraina, zawdzięczamy właśnie podjęciu owej próby dziejowej - unii z Litwą. Próba powiodła się w tym przynajmniej sensie, że przyniosła trwałe rezultaty cywilizacyjne, stworzony został odrębny wariant kultury europejskiej. W ciągu kilkuset lat od XIV do XVIII wieku rozwijał się ustrój specyficznej kultury politycznej, wspólnoty republikańskiej, wspólnoty wielu narodów. Pojawiło się coś odrębnego, coś, co daje nam autonomiczny charakter, co powoduje, że Polska nie jest małym krajem o małej historii i małej kulturze.

Maciej Rosalak: Wspominał pan profesor wcześniej o "oswajaniu Jagiellonów przez szlachtę". Wszelako to oswajanie polegało na zapewnianiu jagiellońskiej ciągłości dynastycznej kosztem osłabiania władzy centralnej i prowadziło do anarchii ustrojowej. Czy wiec unia z Litwą nie okazała się zabójcza dla Rzeczpospolitej?

Andrzej Nowak: Zdaniem Szujskiego i wszystkich jego następców znaczące powiększenie państwa musiało prowadzić do jego wewnętrznego osłabienia. Najbardziej przedsiębiorcze elementy, zamiast umacniać Polskę "właściwą", uciekały na wschód, robiąc tam łatwe, wielkie kariery. Jak pisał, nastąpiło dla Polski fatalne "rozwolnienie w przestrzeniach". Szujski zwrócił też uwagę, że impet szlacheckiego ruchu egzekucyjnego czasów ostatnich Jagiellonów zanika, kiedy w wyniku unii lubelskiej (1569 r.) szlachta polska zyskała szansę zagospodarowania ogromnych terenów na Ukrainie, włączonych wówczas decyzją Zygmunta Augusta do Korony. Z pewnością unia lubelska otwierała przed naszą szlachtą spore możliwości ekonomiczne. Ogromne fortuny, które wtedy powstawały, dały też niewątpliwie przewagę czynnikowi możnowładczemu. W czasach Władysława IV Wiśniowieccy byli na ziemiach ukrainnych właścicielami 200 tys. dusz (2 procent ludności całego państwa), Koniecpolscy blisko 150 tys. Rola wolnego głosu obywatela malała, bo stawał się on coraz bardziej klientem magnata. To prawda. Ale co było alternatywą dla objęcia tego obszaru? Zostawić go? Rządzić nim żelazną ręką z silnego centrum w Warszawie czy w Krakowie i w ten sposób bronić oraz zagospodarowywać Dzikie Pola? To byłby sposób jak na XVI-XVII wiek nowoczesny, ale wymagający zupełnie innego państwa niż Rzeczpospolita. To musiałoby być imperium. Polska mogła wygrać z Rosją, ale pod warunkiem, że stałaby się drugą Rosją, a może drugą Francją - w każdym razie scentralizowanym imperium, zdolnym do podboju sąsiadów i na to nastawionym. Ale obywatele nie chcieli imperium. Albo obrona obywatelskiej wolności, albo wzmacnianie państwa, konieczne do stawienia czoła sąsiednim, agresywnym imperiom (Moskwie, Turcji, Szwecji, Habsburgom) - ten dylemat stale towarzyszył Rzeczypospolitej. Nie była ona, jak Anglia, oddzielona bezpiecznym kanałem od potencjalnych wrogów, by móc bezpiecznie dochodzić przez wieki do "rządnej wolności". Doszła w rewolucji 3 maja, ale sąsiedzkie imperia były czujne i ten piękny eksperyment zdławiły natychmiast.

Maciej Rosalak: Czy powodem upadku Rzeczypospolitej nie był również fakt,że była państwem tylko Dwojga, nie zaś Trojga Narodów? Znamienne, że Polacy zmienili punkt widzenia po upadku swego państwa. Na sztandarach powstańców styczniowych przedstawiano zwykle - obok Orła Białego i Pogoni - również Archanioła Michała, symbol Rusi.

Andrzej Nowak: Z jakże różnych punktów widzenia patrzono na te symbole... Litwinom unia kojarzy się z aktem lubelskim z 1569 r., który odebrał im ogromne obszary na południe od Prypeci (przypomnijmy: to sam ich władca je odebrał). Ale to, co dla Litwinów było złe, z punktu widzenia ziem ruskich stanowić mogło dobro: przywrócono im jedność, której nie miały od XIV wieku, czyli od czasu zajęcia Rusi Czerwonej przez Kazimierza Wielkiego i Jadwigę. Ukraina, można powiedzieć, zyskała swój przyszły kształt terytorialny. Białoruś z kolei kształtowała się w ramach Wielkiego Księstwa. Różne nacje różnie dziś patrzą na unię i jej symbole. To, co je łączyło, to poczucie zniszczenia wszystkiego, co było dobre w naszym związku, przez ekspansję rosyjską. Zlikwidowane decyzją carską Zaporoże mogło zadawać sobie pytanie: a może z Rzecząpospolitą było nam lepiej? Na fali tych sentymentów odżyją w XIX wieku, już podczas walki "o wolność waszą i naszą", te nadzieje i koncepcje wspólnej walki: równych z równymi, wolnych z wolnymi, czyli właśnie Litwinów i Ukraińców razem z Polakami, współbraci w jednej Rzeczpospolitej, na przekór rozwijającym się równolegle z wielką siłą nacjonalizmom.

Maciej Rosalak: Czy stąd wywodzą się idee federacyjne Józefa Piłsudskiego, urodzonego trzy lata po upadku powstania styczniowego? Plan budowy związku równoprawnych państw, stanowiących od Bałtyku po Morze Czarne zaporę przed bolszewicką Rosją, został zaprzepaszczony w traktacie ryskim, mimo wygranej w 1920 r. wojny.

Andrzej Nowak: Piłsudski nie był federacjonistą, tylko realistą. Często - może za często - cytuje się jego list do Wasilewskiego, w którym pisał, że formułki federacyjne są aktualnie modne na Zachodzie, więc do nich nawiązuje, ale lubi rozmawiać o rzeczywistości z rewolwerem w kieszeni... Na pewno chciał postawić tamę imperializmowi rosyjskiemu i wiedział, że sama etniczna Polska tego nie dokona. Rozumiał konieczność współdziałania z państwami tworzącymi się na naszych dawnych rubieżach wschodnich. Jego wizję celnie określił litewski współpracownik (do 1919 r.) Piłsudskiego - Michał Romer. Określił on ideał polityczny Marszałka jako wschodnioeuropejskie Imperium Dominiów (Polski, Litwy, Białorusi, Ukrainy). Miały je tworzyć cztery narody, ale kluczowe było słowo "imperium": musiała w nim istnieć silna, jasno określona władza państwowa . Zdolna przeciwstawić się i wewnętrznym nacjonalizmom, i sąsiednim imperiom. Piłsudski chciał odnowić jagiellońską potęgę, ale nie w republikańskiej, tylko w imperialnej formie.

Maciej Rosalak: Niestety nie udało się.

Andrzej Nowak: Wbrew rozpowszechnionym przez piłsudczyków mitom endecja wcale nie zepsuła w Rydze idei federacyjnej. Nie było tak, że bolszewicy dawali nam Mińsk, a my go nie chcieliśmy... Idea Piłsudskiego przegrała nie w Rydze, ale w Kijowie w maju-czerwcu 1920 r. Właśnie opublikowana została fundamentalna praca Jerzego Borzęckiego, historyka kanadyjskiego, który jako pierwszy odtworzył dzień po dniu przebieg rokowań ryskich w oparciu o archiwa sowieckie. Nie było żadnego momentu, kiedy Sowieci godziliby się na oddanie Mińska. Ani przez sekundę nie chcieli oddać Białorusi. Ani Grabski ochoczo nie godził się na odstąpienie Mińska, ani Piłsudski na jego wzięcie wcale nie nalegał. W tym momencie pragnął ratować tyle, ile udało mu się "ugrać" w 1920 r.: bezpieczeństwo Polski. Koniecznie chciał oddzielić Rosję bolszewicką od Litwy, którą nie bez przyczyny musiał traktować jako wrogi korytarz mogący połączyć Sowiety z Niemcami. I to zostało wynegocjowane: granica Polski sięgnęła Łotwy i oddzieliła państwo sowieckie od Litwy (a przez nią i od Niemiec). Na tyle było stać Polskę w 1920 r. Niestety, tylko na tyle. 

Maciej Rosalak: Czy dziś coś zostało z Kresów?

Andrzej Nowak: Wielowiekowe przygody Rzeczypospolitej, państwa tylu nacji, kultur i wyznań, powstałego w wyniku unii zawartych w Krewie, Horodle i Lublinie, z pewnością mogą wiele wnieść do tej unii, w której jesteśmy obecnie. Ile jedności, ile różnorodności (także religijnej, cywilizacyjnej)? Ile wolności, ile potrzebnej centralizacji wysiłków? - to są zagadnienia współczesne, które doświadczenia państwa polsko-litewskiego oświetlają w pouczający sposób. Uderza jednak także oczywista różnica: unia polsko-litewska tworzyła się w samorządach, sejmikach, we wspaniałej kulturze obywatelskiej wolności; Unię Europejską tworzy natomiast przede wszystkim gigantyczna biurokracja, obywająca się coraz widoczniej bez obywateli. Unia polsko-litewska przetrwała 400 lat. Zastanawiam się: jak trwałe będzie dzieło biurokracji? 






To tyle. Chciałbym tylko dodać że co się tyczy meritum, to oczywiście w ogromnej większości zgadzam się z panem profesorem Nowakiem, ale mam kilka istotnych zastrzeżeń co do pewnych fragmentów jego wypowiedzi - pozwolę sobie jednak już ich w tym temacie nie rozwijać. Na zakończenie chciałbym jeszcze zaprezentować fragment tekstu, jaki ukazał się na portalu "Racjonalista.pl", a który dotyczy kwestii przeze mnie już kilkukrotnie poruszanej. A mianowicie o kulturowej, a szczególnie językowej dominacji języka polskiego na obszarze pomiędzy Bałtykiem, Adriatykiem a Uralem. Oto wybrane fragmenty owego artykułu pt: "W XVII wieku język polski był językiem międzynarodowym", którego całość znajduje się TUTAJ:


"Wiele się mówi o sukcesach militarnych dawnej Rzeczypospolitej, niewiele natomiast o sukcesach kulturowych, zwłaszcza o sukcesach polszczyzny, która w XVII w. była językiem międzynarodowym z prawdziwego zdarzenia. 

Język polski był bardzo popularny do XVII wieku w środkowo-wschodniej Europie ze względu na szerokie kontakty handlowe z państwami ościennymi i panującą wolność wyznaniową i światopoglądową dla cudzoziemców. Przy pomocy "sarmackiej mowy" każdy kupiec może przebyć bez tłumacza "ogromne przestrzenie między Adriatykiem a Morzem Kaspijskim", obejmujące wiele narodów i królestw [Krzyżanowski 1980, 242-243]. 

W czasach nowożytnych Rzeczpospolita tworzyła duży i znaczący w Europie organizm państwowy, leżący na ważnych szlakach handlowych i pośredniczący w kontaktach zachodu ze wschodem. Do ery wojen XVII w. była też krajem bogatym, o stosunkowo wysokiej stopie życia, ze względu na panującą w niej wolność wyznaniową, etniczną i światopoglądową, chętnie zamieszkiwanym przez cudzoziemców.

W 1642 roku gdański drukarz, księgarz i wydawca, Andrzej Hünefeld, w przedmowie do słownika łacińsko-polsko-niemieckiego podkreślał, iż są to języki konieczne dla rozwoju stosunków międzynarodowych i prowadzenia handlu [Klemensiewicz 1974, 280]. 

Gdański profesor, Jan Schultz-Szulecki, pisał w 1694 r., iż język słowiański miał tu od czasów najdawniejszych aż po dnie dzisiejsze "wagę i znaczenie języka państwowego" (publica fuit autoritas). Przez słowiański ten nobilitowany "Prusak" rozumiał przede wszystkim polszczyznę.

Szlachta szczyciła się swym męstwem i wolnościami, wielkością terytorialną państwa i jego bogactwem, natomiast wzmianki na temat triumfów polszczyzny są stosunkowo nieliczne. Nadrzędny charakter polszczyzny uchodził w oczach przedstawicieli innych nacji, zamieszkujących ówczesną Rzeczpospolitą, za coś oczywistego. Przekonaniu temu dawali wyraz zwłaszcza mieszkańcy Prus Królewskich, przeciwstawiający ją niemczyźnie, w której widziano język regionalny, czy też "krajowy". W 1668 r. Zygmunt Kontzewitz Kotzer pisał, że język polski stanowi: "eine von den vornemsten und Hauptsprachen" ("jeden z najważniejszych i głównych języków").

Znaczenie handlowe i polityczne sprawiło że język polski stał się międzynarodową mową we wschodniej części kontynentu. Posługiwało się nim wiele narodów zamieszkujących tereny Rzeczypospolitej, oraz był popularny w krajach ościennych. Języka polskiego często używali kupcy niemieccy i czescy. Od połowy XVI wieku do początku wieku XVIII polszczyzna była językiem dworskim w Rosji, i tą drogą przeniknął do języka rosyjskiego szereg wyrazów pochodzenia zachodnioeuropejskiego, przyswojonych wcześniej przez język polski, oraz wyrazów rdzennie polskich. Pod koniec XVII w. język polski był popularny i modny także wśród wyższych warstw Moskwy, a jego znajomość była miernikiem wykształcenia i kultury. Posługiwała się nim również kancelaria Chanatu Krymskiego w celu sporządzania dokumentów.

Język polski wywarł znaczny wpływ na takie języki jak: ukraiński, białoruski, litewski, rosyjski, jidysz, hebrajski, czeski, rumuński, węgierski. Wpływ Polski na inne kraje europejskie nie sięgał jedynie języka. Polska wywierała znaczny wpływ tak na modę jak i na sztukę wojenną. Wielką popularnością cieszyły się także traktaty polityczne i teologiczne polskich autorów. Chwalono także polski ustrój demokratyczny, choć zmiany w systemach politycznych państw europejskich, oparte na ideach Machiavellego, zdążały w przeciwnym kierunku. 

U schyłku Rzeczypospolitej śląski poeta, Chrystian Rohrman, tak pisał o sile kultury polskiej: "A choćby wolność polska zaginęła Sława języka jej będzie słynęła". 

Na okres rozbiorów przypada druga szczytowa fala ekspansji polskiej kultury. Jej najgorliwszych propagatorów spotykamy właśnie wśród potomków obcych imigrantów, dzieci austriackich urzędników czy oficerów nie wyłączając. "Pochodniami polskości" stają się twórcy patriotycznego malarstwa: Michał Elwiro Andriolli, Artur Grottger i Jan Matejko, literatury: Władysław Ludwik Anczyc (von Anschűtz), Adam Asnyk (Aasnick) i Wincenty Pol (Pohl, Pol von Pollenburg). W nauce zabłyśli ludzie, którzy bądź to spolonizowali częściowo swe nazwiska, jak Estreicherowie (Ősterreicher) i Joachim Lelewel (Loelheffel), bądź też pozostali przy ich dawnym brzmieniu (J.W. i S. J. Bandtkie, B.S. Linde, L. Finkel, O. Balzer). Przywódcami ruchów niepodległościowych byli ludzie wywodzący się z rodzin niemieckich, a do tego często i gęsto i protestanckich (E. Jurgens, K. Ruprecht, B. Szwarc). W ten sposób spłacali niejako dług wdzięczności za schronienie udzielone ich dziadom i pradziadom na gościnnej ziemi polskiej".





KIEDYŚ W NECIE ZNALAZŁEM KOMENTARZ, KTÓRY BARDZO MI SIĘ SPODOBAŁ I KTÓRYM PODSUMUJĘ TEN MÓJ DZISIEJSZY WPIS, A BRZMIAŁ ON:


"KIEDYŚ BYLIŚMY TAK ZAJEBIŚCI, 
ŻE NAWET NIE MIEŚCILIŚMY SIĘ NA MAPACH"
 👏😉

09 września 2025

SUPERMANI II WOJNY ŚWIATOWEJ - Cz. I

JOHN RAMBO ISTNIAŁ NAPRAWDĘ!


W tym temacie, chciałbym opisać największych bohaterów (Supermanów) II Wojny Światowej, którzy dokonywali rzeczy wprost niesłychanych, a dziś są już praktycznie zapomniani. Według mojej skromnej opinii będzie to (na początek) - Polak, Niemiec, Amerykanin i Rosjanin (potem dojdą inni). Oczywiście nie uważam że lista bohaterów kończy się tylko na tych, wyżej wymienionych w tej serii - takich ludzi było zapewne dużo więcej, nie o wszystkich jednak wiemy i nie każdego z nich historię potrafimy odtworzyć. Postaram się jednak opisać tych - o których już wiem, by odkopać ich z mroków historycznej niepamięci.


 Nim jednak przejdę do tematu, chciałbym jeszcze coś dopowiedzieć. Otóż chciałbym dodać, że ja wychowałem się na amerykańskich westernach, na "Rio Brawo", "Alamo" (w której to bitwie po stronie Amerykanów walczyli także Polacy - o czym wie zapewne niewielu), "3:10 do Yumy", czy "Siedmiu Wspaniałych" (miłością do westernów natchnął mnie mój staruszek, który był kierowcą i na początku lat 90 jako młody chłopak jeździłem z nim w trasy. Śpiewał mi wtedy piosenki z westernów szczególnie z Rio Bravo i opowiadał różne historyjki). Zresztą nie tylko na westernach, również amerykańskich filmach akcji, typu: "Rambo" i "Rocky" ze Stallonem, czy "Kickboxer" z van Dammem (właśnie po tym filmie zainteresowałem się sportami walki). Wspominam o tym tylko jako o pewnej ciekawostce, zresztą bardzo lubię amerykańskie kino, szczególnie filmy z lat 30-tych, 40-ch, 50-tych, jak: "Panów w cylindrach" ("Top Hat") z 1935 r. z niesamowitym Fredem Astaire i Ginger Rogers w ich nieśmiertelnym przeboju: "Cheek to Cheek". Wielokrotnie nuciłem sobie potem: "W niebie, jestem w niebie ..."





Po obejrzeniu tego filmu, rozpocząłem naukę sportów walki (na początku karate, potem już tylko boks)




A TERAZ DO TEMATU 

CZY ZNACIE TEGO JEGOMOŚCIA?






GŁUPIE PYTANIE PRAWDA?


Filmowa kreacja Johna Rambo, w którą pięknie wcielił się Sylwester Stallone zyskała mu (wraz z rolą boksera Rokye'go Balboy) nieśmiertelną sławę wśród fanów kina na całym świecie.





Co się zaś tyczy Sylwestra Stallone, to spośród wszystkich aktorów grających w filmach tzw.: "twardych facetów" - jego lubię  najbardziej. Niestety w życiu prywatnym Stallone często zachowywał się jak taki zakochany pantofel, czego przykładem był tatuaż na jego przedramieniu - tatuaż jego żony, z którą potem się rozwiódł i przerobił ten tatuaż na... pysk swego ukochanego psa (trochę to żałosne, po co w ogóle robić sobie tatuaże? Ale to już jego prywatna sprawa). Lubię Stallone'a chociażby dlatego, że mój tata też miał na imię Sylwester, i patrząc na młodego Stallone'a widzę między nimi spore podobieństwo fizyczne, stąd zapewne mój szczególny sentyment co do jego osoby


Ale nie o tym pragnę tu dzisiaj pisać!


Piszę tu o Stallonym, Van Damme i innych aktorach, lecz czy ktoś z Czytelników wie, że JOHN RAMBO... istniał naprawdę? A raczej istniało ich kilku (może nawet kilkunastu) w różnych armiach i w różnych krajach w czasie II Wojny Światowej. Tutaj pragnę przedstawić kilku z nich. Na początek zacznijmy od polskiego Rambo:



I
 STEFAN KARASZEWSKI




To, czego dokonał we wrześniu 1939 r. plutonowy Stefan Karaszewski zasługuje nie tylko na najwyższy podziw dla jego odwagi, lecz jednocześnie stanowi przykład niesamowitej wręcz brawury, na którą nie każdy z nas byłby w stanie się zdobyć (zdając sobie sprawę, że ceną za to jest śmierć).




Stefan Karaszewski przyszedł na świat w Chinach, a dokładnie w chińskim mieście Harbin - 14 kwietnia 1915 r. Jego ojciec - Stanisław Karaszewski, był tam bowiem zatrudniony przy budowie linii kolejowej, łączącej Syberię z Władywostokiem. W tym czasie w Harbinie można było usłyszeć język polski na ulicach dość często, gdyż takich robotników jak ojciec Stefana - było w nim kilkanaście tysięcy. Istniały tutaj polskie organizacje społeczne, kluby, wychodziły polskie gazety, a nawet powstało gimnazjum im.: Henryka Sienkiewicza (założone w 1915 r. istniało do 1949 r.).
Gdy tylko w listopadzie 1918 r. zakończyła się I Wojna Światowa, Stanisław Karaszewski powrócił wraz z rodziną do odradzającej się Polski, a konkretnie do swego rodzinnego miasta - Tomaszowa Mazowieckiego. Tam Stefan w dość młodym wieku (zaraz po ukończeniu szkoły podstawowej) musiał podjąć się pracy zarobkowej, gdyż ojciec w tym czasie ciężko zaniemógł i obowiązek utrzymania rodziny spoczął na tym młodym chłopaku. Zatrudnił się więc jako robotnik w fabryce włókienniczej.

W tym samym czasie wstąpił do Związku Strzeleckiego "Strzelec", gdzie ćwiczył zarówno posługiwanie się bronią, jak i trenował biegi oraz pływanie. Tam też poznał swą przyszłą żonę, którą wkrótce poślubił. W 1936 r. na świat przyszła ich jedyna córka - Alicja. W 1937 r. Stefan otrzymał kartę poborową do wojska. Służba we wszystkich rodzajach sił zbrojnych Wojska Polskiego II Rzeczypospolitej Polski, trwała dwa lata (w kawalerii dwa lata i 1 miesiąc). Z końcem sierpnia 1939 r. Stefan odliczał już dni do cywila oraz ponownego ujrzenia żony i córki - kupił już nawet bilet powrotny do Tomaszowa Mazowieckiego (kończył służbę 10 września). Wybuch II Wojny Światowej trochę pokrzyżował mu plany. Mobilizacja z końca sierpnia wszystko zmieniła. 85 pułk Strzelców Wileńskich (gdzie służył) został włączony do 19 Dywizji Piechoty, która stała się częścią odwodowej Armii Prusy. Pułk został przetransportowany pociągami z Wilna do Łowicza. Potem przemaszerowali piechotą do Piotrkowa Trybunalskiego i zajęli pozycje między tym miastem a wsią Moszczenica, mając za zadanie osłonę tamtejszej linii kolejowej, która miała znaczenie strategiczne nie tylko dla całej dywizji, lecz również i dla całego regionu.

Zaminowano więc pobliskie pola i łąki od strony zachodniej, lecz przez pierwsze trzy dni wojny nie mieli wiele do roboty. Dopiero 4 września do umocnionych i bronionych przez 85 pułk Strzelców Wileńskich pozycji - dotarło pierwszych kilkanaście czołgów nieprzyjaciela, wchodzących w skład 1 Dywizji Pancernej XVI Korpusu 10 Armii gen. Waltera von Reichenau. Bardzo szybko okazało się że front pod Piotrkowem Trybunalskim został przerwany i pułk (jeśli szybko - póki jest jeszcze ku temu możliwość - nie wycofa się na inne pozycje) zostanie okrążony, a wówczas albo walka do samego końca i śmierć wszystkich żołnierzy, albo obóz jeniecki. Pułkownik Jan Kruk-Śmigla (dowódca pułku) zarządził natychmiastowy odwrót, wszyscy więc rozpoczęli błyskawiczne przygotowania do wycofania się z zajmowanych pozycji. Nie było to jednak łatwe pod już atakującymi pozycje pułku niemieckimi czołgami. Ktoś musiał ich odciągnąć od udziału, by reszta mogła spokojnie zakończyć ewakuację. Na ochotnika do tej samobójczej misji zgłosił się właśnie Stefan Karaszewski.




Dowódca wyraził zgodę. Był 5 września 1939 r. pułk wciąż się wycofywał, lecz na pozycjach obronnych wokół Moszczenicy pozostał tylko... jeden żołnierz. A w zasadzie nie jeden, bo ok. 13-tej godziny dołączył do niego niejaki Roman Ciszewski, mieszkaniec Moszczenicy, który pokazał mu jak wygląda sytuacja i gdzie najlepiej się bronić. Całość walki widział jeszcze jeden mieszkaniec Moszczenicy, który potem to opisał - Bogusław Lewicki, który ukrył się w przepuście pod torem kolejowym, kilkadziesiąt metrów od pozycji Stefana. Ten zaś okopał się na łączce przyległej do toru od strony zachodniej. Cały teren wokół niego był wcześniej zaminowany i Niemcy nie mogli podejść do niego od tej strony. Jego broń stanowiło kilka wziętych karabinów Mauser, jeden karabin maszynowy wz. 30, sporą ilość granatów i amunicja zapasowa, trzymana w żelaznej skrzynce.

Zaczęło się ok. 14:30. Wówczas to od strony szosy Piotrków-Łódź nadciągało na pozycję Stefana ok... 60 niemieckich czołgów. Niemcy jechali śmiało, nie spodziewając się już żadnego oporu. Zmierzali wprost na okopy Stefana. Gdy pierwszy czołg zmierzał ku jego pozycjom, nagle nastąpił wybuch, wpadł na jedną z tysiąca umieszczonych w okolicy min. Gdy załoga, próbowała opuścić płonący pojazd, Stefan chwycił za Mausera i "wyeliminował" ich z dalszej walki. Wkrótce dało się słyszeć kolejne wybuchy, wówczas to Stefan porzucił Mausera i chwycił się za karabin maszynowy, który seriami kosił próbujące się wydostać i przerażone załogi czołgów. Nadjechał motocykl - nieświadomi sytuacji głupcy - też padli jego celem. Potem pojawiły się samochody, które (jakimś cudem) uniknęły min. Teraz ich załogi zostały skoszone ogniem karabinu maszynowego Stefana Karaszewskiego.

Co chwilę zmieniał broń, chwytał kolejne Mausery i kosił oddziały pojedynczo, lub odpinał zawleczkę i rzucał w nadjeżdżające niemieckie pojazdy granatami. Na polanie wokół linii kolejowej Moszczenica - miała miejsce prawdziwa masakra Niemców. Ci, którzy próbowali się wydostać ze swych pojazdów, byli koszeni albo ogniem karabinu maszynowego, albo wybuchami granatów, albo też "nadziewali" się na leżące wokół miny. Przez dwie godziny trwał ten nierówny bój (pisząc "nierówny", mam na myśli Niemców). Z 60 niemieckich czołgów - wyeliminowanych zostało z walki 11. 6 z nich zniszczył osobiście Stefan Karaszewski. Uszkodził też 3 kolejne (które potem naprawiono), nie licząc oczywiście innego sprzętu bojowego: samochodów i motocykli, oraz niezliczoną liczbę zabitych niemieckich żołnierzy.

Niemcy nigdy nie dopadli Stefana (nie udało im się nawet go zabić). Gdy skończyła mu się już amunicja do karabinu maszynowego i Mauserów, oraz wykorzystał większość granatów, jednym z ostatnich... rozerwał sobie gardło, wyciągając z niego zawleczkę. Niemcy byli w szoku. Sądzili że opór stawiło im co najmniej kilkunastu żołnierzy, a tymczasem na dnie okopu spoczywało z poszarpaną odłamkami twarzą - tylko jedno ciało - Stefana Karaszewskiego. Ciało natychmiast pochowano, lecz w październiku 1939 r. ponownie odkopano by przeszukać mundur (czego wcześniej nie uczyniono) i (co ciekawe) zawiadomić o zgonie rodzinę. Gdy chowano go po raz drugi (październik 1939 r.) miała miejsce olbrzymia uroczystość pogrzebowa, na którą stawili się również oficerowie i żołnierze niemieccy, którzy oddali Stefanowi Karaszewskiemu honory wojskowe za jego bohaterstwo i poświęcenie.

W 1976 r. w Moszczenicy stanął głaz upamiętniający jego czyn, a we wrześniu 2010 r. prezydent Bronisław Komorowski odznaczył pośmiertnie plutonowego Stefana Karaszewskiego - Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.





PS: Kiedyś czytałem również o jeszcze jednym tak bohaterskim żołnierzu polskim z Września roku 1939. Niestety jednak nie przypomnę sobie już jego imienia i nazwiska, a szkoda, bo tamten żołnierz przeżył zasadzkę, jaką wcześniej zastawił na Niemców. Ponoć był jak prawdziwy Rambo, pojawiał się nagle i po kolei eliminował poszczególnych żołnierzy niemieckich, a ci byli kompletnie z zaskoczeni i całkowicie nieprzygotowani do obrony, tym bardziej że nie wiedzieli z której strony nadejdzie atak. Zniszczył też kilka niemieckich czołgów, samochodów pancernych i motocykli, zabił znaczną liczbę niemieckich żołnierzy, a następnie, gdy jego pozycje zostały okrążone, zrzucił mundur i przebrał się w zwykłe cywilne ciuchy. Gdy Niemcy zajęli miejscowość której tak ochoczo bronił, nawet do nich wyszedł, częstował ich papierosami i udawał przyjaciela. A potem jakby nigdy nic w cywilnych ubraniach wycofał się na wschód. Mam nadzieję że przypomnę sobie jego nazwisko bo jest tego godny.


CDN.

07 września 2025

PEREGRINUS - CZYLI NIESAMOWITE "PARCIE NA SZKŁO"

CO TO WŁAŚCIWIE BYŁO?
DEMONSTRACJA, 
PRÓBA ZDOBYCIA ZWOLENNIKÓW, 
CZY TEŻ UNIEŚMIERTELNIENIE 
SWEGO IMIENIA?




Zadałem pytanie nie wyjaśniając o co też mi chodziło? Zatem teraz wyjaśniam - zastanawiałem się nad osobą niejakiego Peregrinusa z Parion i czynu którego się on dopuścił, w zasadzie... nie wiadomo w jakim dokładnie celu. Co nim kierowało? Czy tak bardzo zapragnął zdobyć gromadkę kolejnych "fanów", że wymyślając wciąż kolejne błazenady (byle tylko przyciągnąć "widownię") doszedł w tym wreszcie do ściany? Rozumiem chęć sławy, rozumiem pogoń za popularnością (któż bowiem jej nie pragnie - malarze, piosenkarze, artyści wszelkich dziedzin sztuki, nawet ludzie którzy dla wygłupu wrzucają głupawe filmiki na YouTube'a, także chcą mieć jak najwięcej lajków na swoim videoblogu), ale nie rozumiem głupoty, jaka człowieka pcha ku sławie. A taką właśnie głupotą wykazał się ów wspomniany wyżej Peregrinus. Oto historia jego życia z jakże (głupim) jej zakończeniem.

Niejaki Peregrinus urodzi się w mieście Parion w Myzji (tereny dzisiejszej Turcji). Jego miasto rodzinne położone było nad dzisiejszym Morzem Marmara (ówczesną Propontydą). Peregrinus urodził się ok. 100 r. naszej ery. W młodości miał bardzo trudny charakter i często wszczynał awantury (szczególnie nie mógł się dogadać z własnym ojcem). Był też prawdziwym Don Juanem, łatwo nawiązywał kontakty z kobietami, choć jego związki trwały bardzo krótko, gdyż Peregrinusowi nie chodziło o nic innego, jak tylko o zwykłą przyjemność seksualną. Musiał być przystojny, jako że ulegały mu również starsze od niego, dostojne matrony. Raz nawet został nakryty w łożu z taką mężatką i poważnie obity przez zazdrosnego męża. Udało mu się jednak uciec i (przeskakując po dachach domów) ratował się przed karą jaką ów małżonek chciał mu wymierzyć (wetknięcie rzepy w tyłek 😙). Owa wpadka nie ostudziła jego charakteru. Dalej nawiązywał romanse z innymi kobietami (również mężatkami) oraz... z chłopcami. Ponoć miał uwieść jakiegoś młodego chłopca, a gdy sprawa wyszła na jaw, ofiarował jego ubogim rodzicom odszkodowanie finansowe.




Nie poprzestał jednak na miłosnych igraszkach. Mając dwadzieścia kilka lat Peregrinus miał dopuścić się zbrodni ojcobójstwa. Ponoć zamordował (udusił) własnego ojca, ponieważ ten... przekroczył już 60 lat, a Peregrinus liczył na jego szybką śmierć. Ponieważ śmierć ta nie nadchodziła, a chłopakowi prędko było do odziedziczenia majątku ojca, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i udusił własnego staruszka. Ta sprawa była już poważna i trafiła przed trybunał rzymskiego namiestnika miasta. Peregrinus, obawiając się uwięzienia i kary (być może nawet kary śmierci) postanowił ratować się ucieczką z miasta. Od tej pory prowadził wędrowny tryb życia, zaś by uniknąć rozpoznania, zapuścił wąsy i brodę. Zmienił nawet imię, odtąd zwał się Proteuszem (imię dobrał sobie nieprzypadkowo, bowiem mitologiczny Proteusz był bożkiem, który potrafił przybierać kształt dowolnej istoty ludzkiej, zwierzęcej, bądź żywiołu natury). Tak też wędrował od miasta do miasta, podając się za filozofa i oferując swe nauki za ciepłą strawę i dzban czystej wody.

Jako filozof Proteusz przemierzał krainy, aż wreszcie dotarł do Palestyny (musiał być nie lada cwany, skoro bez pieniędzy przemierzył tak wielki obszar, począwszy od terenów dzisiejszego Stambułu, po Izrael). W Palestynie zaciekawiła go pewna sekta religijna, inna od oficjalnej religii żydowskiej, których członkowie wzajemnie sobie pomagali i wzajemnie się finansowali. Zwali się chrześcijanami. Peregrinus/Proteusz postanowił więc porzucić swój wędrowny tryb życia i... zostać chrześcijaninem (liczył przede wszystkim na pomoc finansową współbraci w wierze). Bardzo szybko awansował w hierarchii społecznej tego wciąż ukrywającego się zakonu. Jego kazania o Jezusie Chrystusie i Jego naukach były niezwykle ciekawe i tłumne (opowiadał anegdoty z życia "Pana" - jak chrześcijanie mówili o Jezusie, jak gdyby żył w Jego czasach). Zaczął też objaśniać księgi biblijne i tworzył własne dzieła egzegetyczne (uznane przez społeczność chrześcijańską). Zaczął też przepowiadać szybkie nadejście Królestwa Bożego i powrót Jezusa Chrystusa jako króla całej Ludzkości. To wszystko sprawiło, że stał się przywódcą chrześcijańskiej gminy w Palestynie. 

Nie spodobało się to jednak rzymskiemu namiestnikowi Syrii - Gajuszowi Quincitiusowi Certusowi, który nakazał go aresztować i wtrącić do lochu w Antiochii. To jedynie zwiększyło popularność i podziw Peregrinusa w społeczności chrześcijan. Cały jego pobyt w więzieniu minął dość przyjemnie, gdyż wielu wysoko postawionych w rzymskiej administracji chrześcijan (choć oficjalnie nie przyznających się do wyznawania tej religii) poruszyło (jak pisze Lukian z Samosaty) "niebo i ziemię, usiłując go stamtąd wydostać". To im się co prawda nie udało, lecz otoczyli go tam niesamowitą opieką i wsparciem. Zawsze miał najlepsze jedzenie (w odróżnieniu od reszty więźniów), czyste ubranie, buty. Mało tego, już od samego rana tłum starszych kobiet wystawał pod więzieniem, śpiewając mu pieśni i zapewniając o swym wsparciu. Bogaci chrześcijanie przekupywali strażników, by ci pozwalali im przenocować w celi wraz z "mistrzem". Wówczas to przynosili mu nowe odzienie i żywność. Mało tego, przysyłano mu pieniądze ze wszystkich chrześcijańskich gmin na Wschodzie Imperium Rzymskiego, co spowodowało że w krótkim czasie... stał się bogaczem. 




Peregrinus coraz częściej, w rozmowach ze współwyznawcami, dawał im do zrozumienia że jego dni na tym świecie są już policzone i wkrótce - jak mawiał: "wejdę do Królestwa Pana Naszego". Płakano nad jego losem i obiecywano uczynić wszystko, by ocalić go od śmierci. I tak też się stało, po kilku miesiącach spędzonych w więzieniu, rzymski namiestnik Syrii - Gajusz Certus zwolnił go po prostu z więzienia. Czy stało się to za wstawiennictwem możnych chrześcijan, czy też (co wydaje mi się bardziej prawdopodobne) Certusowi zaczęły po prostu przeszkadzać codzienne pielgrzymki do celi Peregrinusa i zdawał sobie sprawę, że jeśli go skaże na śmierć - uczyni z niego męczennika i jeszcze większego bohatera, niż dla wielu był obecnie. Postanowił więc go po prostu wyrzucić z więzienia i tak też się stało. Uwolniony Peregrinus tymczasem zgromadził, dzięki swym współwyznawcom, ogromny majątek i stał się prawdziwym bogaczem (dziś powiedzielibyśmy milionerem).

Przez cały czas spędzony w lochu, Peregrinus strasznie zarósł (nie dawał się strzyc) i zapuścił długą brodę. Teraz wyglądał jak prawdziwy pogański filozof lub mistyk chrześcijański. Mając ogromny majątek i wsparcie współwyznawców (gdziekolwiek przyjeżdżał, lokalne gminy chrześcijańskie fundowały mu za darmo najlepszą strawę, ubiór i miejsce do spania w willach bogatych współwyznawców. Tak więc nie tylko że nie wydawał nic ze zgromadzonego w więzieniu majątku, ale podczas jego pobytu w każdym z miast które odwiedzał, wzbudzał taką sensację wśród chrześcijan, że jedno jego słowo stanowiło o prawie w danej społeczności - zwracano się więc do niego - jako najwyższego moralnego autorytetu - w celu osądzenia spraw, a jego wyroki były niepodważalne dla chrześcijan. Dodatkowo każdy kto tylko mógł go gościć w swoim domu, poczytywał to jako niesamowite wyróżnienie i nagrodę od "Pana"). 

Tak więc Peregrinus po zwolnieniu z więzienia, podróżował sobie od miasta do miasta, kierując się w stronę swego rodzinnego miasta Parion, skąd przed kilkunastoma laty musiał uciekać, w obawie przed aresztowaniem za mord na swym ojcu. Gdy przybył na miejsce, stanął przed radą miejską jako brodaty filozof, mistyk i nauczyciel. Ubrał się w brudny płaszcz, wziął do ręki kij i tak właśnie przedstawił się magistratowi miejskiemu i społeczności Parion. Wygłosił wówczas długą przemowę o moralności i cnotliwym życiu, po czym... przekazał swemu miastu cały wcześniej zgromadzony majątek - razem 15 talentów (była to suma niebagatelna, 15 ówczesnych talentów, warte było tyle co 10 500 000 dzisiejszych złotych, lub 2 650 000 dolarów). Tak niesamowite wzmocnienie budżetu miasta spowodowało, że natychmiast magistrat uniewinnił Peregrinusa z zarzutu ojcobójstwa, a tych, którzy przeciw temu oponowali, wygnano wraz z rodzinami z miasta, dodatkowo... rzucając w nich na odchodne kamieniami. 




Każdy kto tylko mógł, garnął się teraz w stronę Peregrinusa, prosząc o wsparcie w przeróżnych przedsięwzięciach (i to pomimo faktu, że przecież Peregrinus nie piastował żadnej funkcji publicznej w mieście). Dlaczego Peregrinus zrezygnował z takiego majątku? Odpowiedź wydaje się prosta, nie musiał go mieć, gdyż jak już wcześniej wspomniałem, wszędzie gdzie się pojawiał cały jego pobyt, mieszkanie, odzież i jedzenie, były utrzymywane ze składek lokalnych gmin chrześcijańskich, Peregrinus nie musiał więc posiadać przy sobie żadnych pieniędzy, bowiem wystarczyło tylko jedno jego słowo, by to, czego sobie zażyczył - natychmiast otrzymywał (to tak samo jak Stalin czy Hitler, oni też przecież nie potrzebowali mieć przy sobie żadnych pieniędzy, bo wystarczyło tylko jedno ich słowo aby mieli wszystko, czego zapragnęli. Przykład: gdy po nocnej libacji alkoholowej Stalin zażyczył sobie małże znad Morza Czerwonego, to rano miał już je podane na talerzu, specjalnie przywiezione samolotem z Egiptu). Mógł więc pozwolić sobie na taką hojność (tym bardziej że tych pieniędzy nie zarobił a zebrał dzięki swej popularności, będąc w antiocheńskim więzieniu). Teraz zaś, dzięki swemu gestowi stał się ubóstwiany nie tylko przez chrześcijan, lecz także przez pogan, mieszkańców swego rodzinnego miasta. Jego pozycja była niekwestionowana i nikt nie odważyłby się wówczas wyrazić choćby jednego negatywnego słowa o Peregrinusie, z obawy o zdrowie (a także życie) swoje i swojej rodziny. 

Ale, jak to się mówi: to co dobre nigdy nie trwa wiecznie. Peregrinus wreszcie popełnił błąd, który kosztował go bardzo wiele. Pewnego razu został głupio przyłapany podczas stosunku z pewną kobietą. Nie to jednak oburzyło chrześcijan (odkąd stał się sławny, wiele kobiet przewinęło się przez jego łoże), ale fakt spożywania zakazanych potraw mięsnych, przyrządzonych z mięsa, pochodzącego ze zwierząt przeznaczonych na ofiarę pogańskim bogom. Nagle, niczym grom z jasnego nieba wszystko się skończyło. Odtąd bowiem Peregrinus przestał być finansowany i utrzymywany przez lokalne chrześcijańskie gminy (wiadomość o jego wykluczeniu ze wspólnoty wysłano do innych miast/gmin chrześcijańskich) i okazało się nagle że został bez środków do życia. Wtedy wpadł na pomysł... żądania zwrotu ofiarowanego majątku od magistratu Parion. Tym samym spalił za sobą wszystkie mosty, gdyż rada miejska zagroziła, że jeśli Peregrinus będzie się upierał nad zwrotem swej ofiary dla miasta, zostanie nie tylko wznowiony jego proces o ojcobójstwo, lecz dodatkowo będzie oskarżony o krzywoprzysięstwo, a to było wykroczeniem przeciwko bogu Apollonowi i mogło skończyć się karą śmierci. 

Peregrinus nagle stracił wszystkich przyjaciół. Ci którzy dotąd obawiali się cokolwiek złego o nim powiedzieć, nagle nabrali wiatru w skrzydła i zaczęli dążyć do jego skazania za popełniony w młodości mord. Również dotychczasowi przyjaciele szybko go opuścili. Ich domy były odtąd dla niego zamknięte. Nie mając innego wyjścia, Peregrinus ponownie opuścił rodzinny Parion i udał się w kolejną tułaczkę po miastach Azji Mniejszej, Grecji i Italii. Znów występował jako filozof, lecz jednocześnie zrozumiał, że tylko dzięki niekonwencjonalnemu zachowaniu jest w stanie wzbudzić sensację i zarobić na życie. I od tej pory w życiu Peregrinusa zaczyna się ciekawy okres, który moglibyśmy dziś określić mianem "celebryckiego parcia na szkło". Robił bowiem wszystko, by tylko przyciągnąć na siebie uwagę (podobnie jak czynią dzisiejsi celebryci i wszelkiej maści gwiazdy i gwiazdeczki), strzygł sobie głowę do połowy, smarował twarz błotem i tak właśnie chodził po miastach, do których przybywał. Gdy to jednak nie wystarczało aby wzbudzić sensację, publicznie się obnażał, a to oddając mocz w miejscach publicznych i ludnych, a to po prostu... bawiąc się swoim "sprzętem" w towarzystwie dam, wypowiadając przy tym wulgarne słowa, zachęcające do stosunku. Albo też chodził po mieście z żelaznym prętem i... bił nim w pośladki mijane kobiety i mężczyzn. Sam też dawał się bić, przy czym znów się obnażał.




W taki oto sposób, wygłupami (choć on twierdził że jest filozofem cynikiem), zarabiał na życie. Wreszcie wyjechał do Rzymu, mając nadzieję że tam to dopiero się obłowi. Tam robił dokładnie to samo co gdzie indziej, z tą wszakże różnicą, że dołożył do tej "palety dziwactw", jeszcze publiczne lżenie rzymskich władz, a szczególnie cesarza Antoninusa Piusa (władał w latach 138 - 161). Na co liczył? Prawdopodobnie spodziewał się powtórki sytuacji sprzed ponad 20 lat, gdy został uwięziony przez namiestnika Syrii i dzięki temu zgromadził olbrzymi majątek. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że stała wówczas za nim cała gmina chrześcijańska, ale sądził, że jeśli teraz cesarz uwięzi takiego "sławnego cynika" jak on, ludzie ruszą mu na pomoc i zaczną go wspierać (oczywiście przede wszystkim finansowo). Ponownie Peregrinus miał jednak pecha, gdyż cesarz Antoninus Pius należał do ludzi, którzy nie byli wrażliwi na swoim punkcie, a dodatkowo uważał Peregrinusa zapewne za błazna (jeśli nie powiedzieć idiotę), dlatego też nie uczynił NIC, by go ukarać, czym bardzo Peregrinusa zasmucił. 

Jednak jego filipiki przeciwko cesarzowi nie spodobały się prefektowi Rzymu, który nakazał kohortom miejskim (takiej rzymskiej policji) wypędzić "filozofa-idiotę" z terenu miasta. Zakazano mu dodatkowo wracać do Rzymu i zagrożono "surowymi konsekwencjami" w przypadku niepodporządkowania się nakazowi. Zapewne Peregrinus (pomimo oficjalnych deklaracji) nie pragnął śmierci, gdyż podporządkował się zakazowi i nie wrócił już do Rzymu. Teraz wyjechał do Grecji. Tam poszedł na całość, dając upust swej wzrastającej głupocie w niewyobrażalnym stopniu. Gdziekolwiek bowiem nie przybywał, zaczynał od obrażania lokalnych władz, lub obrzucania inwektywami obywateli danych miast. Znów przy tym publicznie się obnażał, a nawet... nagi ganiał lokalne dziewczęta. A co w tym wszystkim było najdziwniejsze (i najsmutniejsze)? Że właśnie tym swoim zachowaniem zyskiwał popularność! (tak jak patostreamerzy na YouTube). Zaczął nawet ponownie gromadzić grupkę swych zwolenników, których "nauczał" jako filozof-cynik. 

Wreszcie zaczął wzywać Greków do powstania przeciwko Rzymowi. Znów uczynił to dla poklasku, bowiem zdawał sobie sprawę że za takie postępowanie (za chociażby podejrzenie o podburzanie przeciwko rzymskiemu władztwu) groziło natychmiastowe aresztowanie i prawdopodobna kara śmierci. Peregrinus, znów zdobywszy zwolenników (chociaż przekroczył już 60 lat), zaczął marzyć o uwięzieniu, by ci mogli agitować w miastach za jego uwolnieniem i jednocześnie (a jakże) wysyłać mu pieniądze na utrzymanie. I co się okazało? Ano... nic, ponownie nie został uwięziony (najprawdopodobniej rzymskie władze w Helladzie, słysząc o jego poczynaniach, miały go za niegroźnego głupka). Mało tego, zaczął powszednieć nawet tym, których początkowo oburzały jego dziwactwa i ekstrawagancje, jak bowiem pisze Lukian w swym dziele "Peri tes Peregrinu Teleutes" ("O Śmierci Peregrina"): "Z czasem jednak ludzie przestali się nim interesować i nie budził już ogólnego podziwu tak jak dawniej; wszystko to bowiem było zwietrzałe i nie potrafił się już zdobyć na żaden nowy wyczyn, który by zaskoczył przygodnych widzów i zwrócił na niego pełne podziwu spojrzenie"
 



Ten sam problem mają i dzisiejsi celebryci, którzy wciąż wymyślają niestworzone historie, byle tylko prasa o nich pisała i byle się o nich mówiło (np. dzisiaj odnieść sukces w sieci, szczególnie zaś na YouTubie to jest rzecz prawie niemożliwa. Żeby to uczynić trzeba albo być kimś naprawdę wyjątkowym i prezentować wciąż świeży kontent - co raczej się nie zdarza, albo zdarza bardzo rzadko - lub też mieć kupę kasy i przez to rozbudowywać własny kanał). W każdym razie Peregrinus miał nie lada problem jak ponownie wzbudzić zainteresowanie ludzi? Wszystko już bowiem próbował: publiczne obnażanie, smarowanie się nieczystościami, lżenie władz - wszystko na darmo, co jeszcze mógł uczynić, by wzbudzić sensację? Wreszcie wpadł na genialny pomysł - zabije się dla sławy! (😂). Ten niesamowity pomysł postanowił czym prędzej publicznie ogłosić i na zakończenie 235 igrzysk olimpijskich w 161 r. (które zwyciężył niejakim Mnasibulos z Elatei w biegu stadionowym) Peregrinus publicznie ogłosił, że na następnej olimpiadzie (za cztery lata), dokona... samospalenia. To poskutkowało, tym bardziej że odtąd przez kolejne cztery lata Peregrinus objeżdżał całą Helladę i wszędzie rozgłaszał, że na następnej olimpiadzie spłonie na stosie i... wstąpi do niebios, gdyż jest półbogiem, niczym Herakles. Ponownie zmienił swe imię, odtąd zwał się Feniksem (na cześć mitycznego ptaka, który odradzał się z popiołów). Głosił że ogień nie jest mu straszny, gdyż jest półbogiem i po samospaleniu odrodzi się jako wieczny demon, strażnik nocy i odtąd będzie odbierał kult pod tą właśnie nazwą. 

Chyba nie trzeba przekonywać, jak ludne były kolejne igrzyska olimpijskie roku 165. Ludzie ciągnęli nie tylko z całej Grecji, lecz i z innych ziem, zobaczyć tego, który ma spełnić obietnicę samospalenia (wśród nich był również Lukian, autor dzieła "O Śmierci Peregrina", dzięki któremu znamy dziś jego historię). Tak więc rozpoczęły się igrzyska, lecz w Olimpii o wiele większe spory niż zwycięstwo tego czy innego zawodnika, budziły dyskusje o obietnicy Peregrinusa. Dochodziło nawet do bójek jego zwolenników z przeciwnikami, którzy twierdzili że nie dotrzyma danego słowa. Wszystkich trapiła jedna myśl: "Podpali się, czy nie?". Na kilka dni przed zakończeniem igrzysk, do Olimpii przybył sam zainteresowany, Peregrinus we własnej osobie. Na stadionie olimpijskim wygłosił długą przemowę, w której omówił różne koleje swego "filozoficznego żywota", zapewniając zebranych: "Pragnę przynieść ludziom korzyść i pokazać im, jak należy lekceważyć śmierć". Po zakończeniu przemowy, z trybun podniosły się głosy jego zwolenników, błagających go, by się nie zabijał, ze słowami: "Zachowaj siebie dla Grecji". Słowa te musiały ucieszyć Peregrinusa, gdyż zapewne głównie chodziło mu o nabicie kasy poprzez popularność, trudno bowiem wydawać pieniądze, będąc nieżywym. Ale bardzo szybko okazało się, że głosy te są w mniejszości, gdyż zostały zakrzyczane słowami: "Spełnij postanowienie". Według Lukiana, te głosy zaskoczyły go, gdyż spodziewał się raczej, że tłum będzie powstrzymywał go od spełnienia obietnicy, a nie namawiał do jej wypełnienia. Teraz nie miał już jednak wyboru.

Gdy igrzyska olimpijskie dobiegły wreszcie końca, Peregrinus wraz ze swymi zwolennikami (i tłumem ludności ciągnącej za nimi), udał się do Harpiny (miejscowość położona ok. cztery kilometry od Olimpii), tutaj kazał nanieść drewno i chrust, po czym ułożyć je w stos. Nim jednak to się stało, Peregrinus polecił wcześniej wykopać rów i w tym rowie wznieść stos (obawiał się bowiem że w przeciwnym razie, pod wpływem bólu może wyskoczyć z płomieni). Wykopano więc ów rów i wzniesiono prowizorycznie nasypany chrustem stos. Gdy zapadła noc, Peregrinus - wciąż zapewniając swych zwolenników że odrodzi się jako "demon nocy", wziął od jednego z nich płonącą pochodnię, podpalił nią stos, wrzucił doń kadzidło, zdjął odzienie i patrząc na południe, wypowiedział te oto słowa: "Demony macierzyste i ojcowskie, przyjmijcie mnie życzliwie", po czym wskoczył w płomienie i... natychmiast spłonął. I koniec! 




Żartowałem, to jeszcze nie koniec. Co byłoby bowiem ciekawego (czy też szczególnie śmiesznego) w tym, że Peregrinus się spalił? To samo, jak nic śmiesznego nie było w tym, że Czapajew w się utopił 😂🤭




Wracając do tematu, ludzie długo stali otępiali w zupełnej ciszy. Zapewne zadawali sobie pytanie, co właściwie się przed chwilą wydarzyło, albo inne - co też ich przygnało, by obejrzeć to żałosne samobójstwo, popełnione w imię sławy. Według Lukiana, to on pierwszy wówczas wydobył z siebie głos krzycząc: "Opętańcy, chodźmy stąd! Niemiłe to przecież widowisko oglądać smażącego się dziada, dławiąc się przy tym okropnym swędem". Wówczas ludzie mieli się na niego rzucić z kijami i przepędzić go z tego miejsca. Następnie, wracając nocą samotnie z Harpiny, Lukian zastanawiał się w swym dziele nad potęgą ludzkiej głupoty. Wiedział że jest kolosalna, ale nie sądził że to, co uważał za szczyt, jest w zasadzie dopiero... czubkiem jednego ze schodów, wiodących ku ogromnej górze. Mianowicie wracając z Harpiny do Olimpii, spotykał na drodze kolejne grupki, spieszące obejrzeć spalenie Peregrinusa i pomimo że zapewniał ich że się spóźnili i że już po wszystkim, ci i tak chcieli przynajmniej obejrzeć resztki stosu. Kolejne grupki wciąż też wypytywały się go o to, co się tam wydarzyło. Początkowo tłumaczył więc zgodnie z prawdą, że Peregrinus po prostu się spalił, dokonał samobójstwa, lecz w końcu kolejne pytania zaczęły go drażnić. 

Postanowił więc się zabawić i opisać niestworzone historie, które miały towarzyszyć śmierci Peregrina. Opowiadał zatem, że w chwili, gdy ten rzucił się w ogień, ziemia zatrzęsła się w swych posadach, a potem dał się słyszeć straszny, przeszywający huk. Następnie z płomieni miał się wynurzyć sęp, który wzbił się pod niebo i... przemówił ludzkim głosem: "Porzuciłem ziemię, śpieszę na Olimp". Najciekawsza jest relacja Lukiana, opisująca jak na jego słowa reagowali mijani przez niego ludzie. A mianowicie wielu z nich upadło na kolana i zaczęło wznosić pod niebiosa modlitwy ku czci bogów, inni byli bladzi, wręcz przerażeni. A on nie poprzestawał, zaczął wymyślać kolejne "boskie historie" związane ze śmiercią Peregrinusa i jak stwierdził w swym dziele - bawił się doskonale, obnażając ludzką łatwowierność i głupotę. Ale okazuje się, że mimo wszystko nadal jeszcze nie docenił ludzkiej naiwności. 

Mianowicie, gdy dotarł do Olimpii, spotkał tam starca (którego wcześniej mijał na drodze z Harpiny i któremu opowiedział swoją "historyjkę" o śmierci Peregrina), który (nie poznawszy go) zaczął go przekonywać, że był w Harpinie i widział jak... ze stosu ku niebu wzleciał sęp, mówiący ludzkim głosem. Dodatkowo ów starzec stwierdził, że objawił mu się zmartwychwstały Peregrinus i polecił mu, by zaczął rozgłaszać "dobrą nowinę o jego zmartwychwstaniu" i wybrał go na swego kapłana. Wówczas Lukian już nie wytrzymał i publicznie krzyknął w stronę starca: "Sęp o którym mówisz, to był ten sam sęp, którego niewiele wcześniej ja sam wypuściłem dla ośmieszenia urodzonych głupców i tępaków". To spowodowało pewną konsternację wśród zebranych i podejrzenie starca o zmyślenie całej historii z "objawieniem", lecz nie na długo. Co prawda starzec nie został kapłanem boga Peregrinusa, ale... ten szybko zyskał nowych apologetów swego męczeństwa i tak chrześcijański apologeta Atenagoras pisał w roku 177, że w mieście Parion nad Propontydą, mieszkańcy oddają cześć niejakiemu Proteuszowi, który ponoć miał zginąć w ogniu i odrodzić się ponownie jako bóg, Ponoć wystawiono mu nawet złoty posąg i wyznaczono kapłanki, które "nawiedzone przez boga", miały przepowiadać ludziom przyszłość. Podsumowując: ci wszyscy, którzy twierdzą że najstarszym zawodem świata w dziejach ludzkości była prostytucja, są podłymi kłamcami. Najstarszym zawodem świata było kapłaństwo, a historia Peregrinusa doskonale to potwierdza.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...