WYŚWIETLENIA

24 sierpnia 2025

"PIERWSZE" ODKRYCIE AMERYKI - Cz. V

CZYLI JAK WŁADCY MUCHOMORZA DOTARLI DO NOWEGO ŚWIATA





ZA FIORDAMI I ZIEMIAMI JARLÓW
Cz. IV





Zatem zanim Karol Wielki wyprawił się zbrojnie przeciwko emirowi Kordoby - Abd al-Rahmanowi, ów muzułmański władca panował nad ziemiami dzisiejszej Hiszpanii i Portugalii od jakichś dwudziestu dwóch lat, chociaż okoliczności, które zmusiły go do wyprawy do krainy zwanej Al-Andalus (tak bowiem Arabowie zwali Hiszpanię i z tej też nazwy zrodziła się Andaluzja) były doprawdy dramatyczne. Cofnijmy się zatem do roku 743, czyli do czasu, gdy życie swe zakończył kalif Hiszam (dziesiąty kalif z rodu Omajadów). Jego następcą został syn Jazyda II - al-Walid II. W poprzedniej części pisałem już trochę o rosnących niepokojach na tle religijnym, jakie trapiły wówczas kalifat Omajadów. Szczególnie niezadowoleni byli szyici, jako że nie uznawali oni władzy kolejnych kalifów twierdząc, że tylko ród Alego (zabitego w 661 r.) ma prawo władać ummą Sprawiedliwych w imieniu Allaha, gdyż to właśnie Ali uzyskał specjalne błogosławieństwo Mahometa jak i szczególnie natchniony został przez samego Boga. Twierdzili więc że rządy kolejnych kalifów z rodu Omajadów, to rządy uzurpatorów nie mających poparcia Allaha. W 743 r. jawnie zbuntował się też ród Abbasa (stryja Mahometa) którego przedstawiciele twierdzili, iż mają znacznie większe prawo do władania ummą, niż Omajadzi. Do tego dochodziło również niezadowolenie maulów (nawróconych na islam klientów Arabów, głównie Persów - byłych wyznawców zaratusztrianizmu i chrześcijan którzy przeszli na islam), a to z tego powodu już ciągle poddawani byli dyskryminacji i nieustannie dawano im do zrozumienia że Arabowie (i to rdzenni Arabowie) są od nich lepsi pod każdym względem. Wśród samych Arabów też wybuchały konflikty, np Jemenici z południa Półwyspu uważali się za bardziej dyskryminowanych przez kalifat od Kajsytów z północy. Poza tym kalifowie zabraniali arabskim oddziałom wojskowym osiedlania się w miastach Persji i Chorasanu, każąc im przebywać w obozach wojskowych, co również rodziło frustrację. Żołnierze bowiem chcieli się osiedlić na stałe, kupić albo zdobyć ziemię i żyć normalnie w otoczeniu wyznawców jednego Boga, bez względu na ich pochodzenie. Kalifat jednak tego zabraniał. Objęcie władzy przez al-Walida II na początku nieco złagodziło te wzburzone nastroje, a to z tego powodu że kalif był człowiekiem szczególnie dbającym o poddanych (najbardziej o kalekich i bezdomnych). Ale on również pragnął umocnić swoją władzę i zazdrosny był o wszelkich w tym względzie konkurentów. Takim konkurentem był chociażby syn poprzedniego kalifa Hiszama - Sulejman. Al-Walid kazał go więc upokorzyć, skazał go na chłostę i wtrącił do lochu. Sulejman był dobrym wodzem i takie potraktowanie własnego kuzyna spotkało się z ogromną niechęcią dużej części arabskiej ummy do al-Walida. 

Zawiązał się też spisek mający usunąć kalifa, a spiskowcy zaproponowali uczestnictwo w zamachu na życie kalifa namiestnikowi Mekki - Kalidowi al-Kasriemu. Ten jednak odmówił i poinformował kalifa o grożącym mu niebezpieczeństwie. Al-Walid wpadł w złość i miast skupić się na zamachowcach, swój gniew skierował przeciwko Kalidowi. Kazał go uwięzić, a następnie sprzedał jak zwykłego niewolnika, tylko po to, aby ten, który go kupił, mógł go uśmiercić (po wcześniejszych okrutnych torturach). Taki czyn uznano za niegodne kalifa i bardzo szybko doszło do buntu na którego czele stanął inny kuzyn al-Walida II, syn al-Walida I - Jazyd. Doprowadził on do oblężenia pałacu kalifa w Damaszku, a następnie wdarł się tam i osobiście (w walce na miecze) zabił swego kuzyna, zostawszy teraz nowym kalifem jako Jazyd III (kwiecień 744 r.). Nowy kalif uwolnił z lochu Sulejmana i posłał go do Chorasanu, aby stłumił bunt wznieciony tam przez ród Abbasa. Jazdowi III nie dane jednak było długo panować, zmarł bowiem na guza mózgu już w październiku 744 r. swoim następcą czyniąc swego brata - Ibrahima. Ten jednak nie był gotowy zmierzyć się z problemami jakie spadły mu teraz na głowę i obawiając się zamachu na własne życie, po dwóch miesiącach swoich rządów, w grudniu 744 r. Ibrahim abdykował i opuścił Damaszek (potem ukrywał się przez kolejne sześć lat, aż do swej śmierci w 750 r.). Kalifem został teraz wnuk Marwana I - Marwan II. Energicznie przystąpił on do działania, pragnąc umocnić swoją władzę i zapewnić Omajadom stabilną przyszłość. Pragnął również stłumić niezadowolenie w Chorasanie (jeszcze wówczas nie był to bowiem jawny bunt, choć wiele osób straciło tam ręce i nogi za twierdzenia, iż Omajadzi nie mają prawa władać ummą przed potomkami Alego i Abbasa). Marwan II pragnąc również zwiększyć wpływy finansowe (skarbiec bowiem znacznie uszczypliły zgody udzielane przez kalifat dla przyjmujących islamu chrześcijan i Persów, co wiązało się z rezygnacją z dżizji - podatku płaconego w kalifacie przez wyznawców innych religii, aby ci mogli swobodnie wyznawać własną wiarę), podniósł stawkę podatku gruntowego (i to w sytuacji, gdy sieć nawadniająca pola była w opłakanym stanie). Na czele zaś rodu Abbasa stał od 744 r. Ibrahim zwany "Imamem". Posłał on do Chorasanu swojego człowieka Abu Muslima, aby przygotować grunt pod bunt i powstanie przeciwko Omajadom. W tamtym czasie w Chorosanie gotowało się jak w ulu. Od 734 r zbuntował się tam dowódca garnizonu rejonu Andchuj (na zachód od Balchu) - Harris bin Surajdż. Poparli go heftalici, a on obiecał że jeśli zwycięży, zaprzestanie ściągania jakichkolwiek podatków od muzułmanów. Tak też trwały podchody pomiędzy nim a lokalną administracją, na której czele stał (do 738 r.) Asad bin Abd Allah, a następnie Naser bin Sajjara. Początkowo zwyciężył Harris, ale w 746 r. zginął on w jednej z potyczek z siłami Nasera i władza Omajadów w Chorasanie wydawała się być przywrócona. Nie na długo jednak.




Już bowiem w roku następnym Abu Muslim zebrał ogromną armię (w źródłach mowa jest nawet o 100 000 żołnierzy, choć w rzeczywistości było ich zapewne znacznie mniej) łspośród Arabów, Persów, Turków, muzułmanów, zoroastryjczyków, chrześcijan i szamanistów. Pod czarnymi sztandarami, farbując własną odzież na kolor czarny, a swoje osły nazywając imieniem kalifa Marwana, w czerwcu 747 r. zagrozili siłom Nasera. Ci wszyscy ludzie prowadzeni przez Abu Muslima, głęboko wierzyli w nastanie ery sprawiedliwości z chwilą upadku rządów Omajadów i powrotu do rządów potomków Alego (bo to właśnie pod hasłami szyitów Abbasydzi wiedli owe ludy na walkę o własną przyszłość). W grudniu 747 r. Abu Muslim wkroczył do Marwu (głównego miasta Chorasanu), zaś Naser zbiegł do Niszapuru - skąd również zamierzał prowadzić walkę z buntownikami. W Marwie Muslim kazał wszystkim swoim zwolennikom złożyć przysięgę na wierności "wybrańcowi" - czyli Ibrahimowi Imamowi, w ten sposób dając jasno do zrozumienia, że to nie ród Alego będzie sprawował władzę nad ummą, a właśnie ród Abbasa. Swoją drogą Abu Muslim był kiedyś szyitą, ale wtrącony do lochu przez Kalifat w Mekce, uwolniony został stamtąd (ok. 741 r.) właśnie przez członków rodu Abbasa i odtąd związał się z tym klanem. Dowiedziawszy się o upadku Marwu, kalif Marwan nakazał swym ludziom porwać Ibrahima Imama z Al-Kufy, przewieźć go do swej rezydencji w Harranie i tam uśmiercić. Tak też się stało, ale już wiosną 748 r. w Syrii wybuchł bunt charydżytów (śmiertelnych wrogów klanu Omajadów, walczących z nimi znacznie dłużej od Abbasydów i szyitów), a to spowodowało że kalif Marwan nie był w stanie udzielić wsparcia Naserowi walczącemu samotnie w Chorasanie. Tak więc wiosną 748 r. padło miasto Tus, jesienią Niszapur, a w październiku tego roku miasto Rej. Naser wycofał się wówczas do Hamadanu, gdzie zmarł w listopadzie 748 r. w wieku 85 lat, a wraz z jego śmiercią, wojsko rozeszło się na wszystkie strony. Abbasydzi byli więc już bardzo blisko sukcesu. Kalif Marwan zdając sobie z tego sprawę, posłał przeciwko nim armię namiestnika Iraku - Jazyda bin Umara i w marcu 749 r. doszło do bitwy w rejonie Dżabalak, która to zakończyła się całkowitym pogromem armii Omajadów i śmiercią Umara. Abbasydzi zajęli wówczas Isfahan, w czerwcu Nahawand. Marwan zebrał więc kolejną armię, na której czele postawił Osmana bin Sufjana i posłał go z zadaniem całkowitego stłumienia buntu Abbasydów i szyitów w Chorasanie. Do starcia doszło w sierpniu 749 r. pod Szahrizurem w kraju Kurdów. Na czele armii Abbasydów stał Abu Aun, a bitwa ponownie zakończyła się całkowitym zwycięstwem rodu Abbasa. Zwycięstwo to umożliwiło Abbasydom (na początku września) zajęcie Al-Kufy, czyli głównego ośrodka szyitów. Tutaj należało postępować bardzo delikatnie, jako że szyici (potomkowie Alego) mieli jednak większe prawa do przewodzenia ummie niźli Abbasydzi. Przez dwa miesiące trwały wzajemne spory pomiędzy Alidami i Abbasydami (ci drudzy mieli wsparcie wojska) i ostatecznie w grudniu 749 r. zwyciężył te zmagania brat zamordowanego przez kalifa Marwana - Ibrahima Imama oraz syn Muhammada ibn Alego (pierwszego z rodu Abbasydów, który ok. 720 r. rozpoczął przygotowania do wielkiego powstania przeciwko Kalifatowi Omajadów) - Abu al-Abbas Abd Allah bin Muhammad, który potem otrzymał przydomek As-Saffah ("rozlewca krwi"). I to on właśnie został nowym kalifem.




Na początku grudnia 749 r. nowy kalif złożył przysięgę w meczecie w Al-Kufie i przysięgając na Koran stwierdził, że Omajadzi nie mają żadnego prawa do zarządzania ummą, że to właśnie ród Abbasa (jako najbliżsi krewni proroka Mahometa) powinni przewodzić społeczności muzułmanów, oraz że jego partią jest lud Chorasanu, a co za tym idzie przysiągł obniżenie podatków oraz przeniesienie stolicy z Damaszku do Kufy. Miały też nastać nowe sprawiedliwe rządy, chociaż kalif Marwan wciąż jeszcze nie został pobity. Stało się to dopiero 25 stycznia 750 r. w kilkudniowej bitwie nad Wielkim Zabem. Klęska Omajadów była całkowita a kalif Marwan musiał uciekać aż do Egiptu, bo nie było szans na umocnienie się w Syrii. Tymczasem do Damaszku wkroczył zwycięski Abu al-Abbas As-Saffah. Tych członków rodu Omajadów, którzy nie zdążyli uciec wraz z Marwanem do Egiptu, spotkał tragiczny los, byli w okrutny sposób mordowani i to zarówno mężczyźni jak i kobiety. W Damaszku tłum wdarł się do grobowca Muawiji - założyciela tej dynastii, zmarłego siedemdziesiąt lat wcześniej - wywleczono jego ciało i wyrzucono na ulicę, bezczeszcząc je w haniebny sposób. Podobny los spotkał innych przedstawicieli rodu Omajadów. Mimo to Abbasydzi - którzy teraz stali się nową dynastią rządzącą Kalifatem - ogłosili, że pragną porozumieć się z Omajadami i jakoś ocalić jedność ummy w imię Allaha. Do spotkania doszło w Abu Futrus w Palestynie i wszyscy Omajadzi którzy tam przybyli (a było ich 70-ciu) zostali brutalnie zamordowani. W sierpniu 750 r. w Egipcie zamordowany został kalif Marwan II, ostatni władca z rodu Omajadów i to był realnie koniec tego rodu. Prawie... koniec, bo tutaj właśnie dochodzimy do historii Abd al-Rahmana - przyszłego władcy emiratu kordobańskiego w Al-Andalus. Urodzony w 731 r. był on wnukiem kalifa al-Malika (sprawował rządy nad Kalifatem w latach 724-743). Dorastał otoczony splendorem i blaskiem rodu Omajadów, ale rok 750 był prawdziwym armagedonem dla dynastii. Przytomnie Abd al-Rahman nie przyjął zaproszenia Abbasydów na spotkanie do Abu Futrus i to go ocaliło. Wraz z bratem schronił się w górzystej części Mezopotamii, ale i tam wytropili go szpiedzy nowego kalifa As-Saffaha - bracia musieli więc uciekać. Pościg dopadł ich nad Eufratem i nie było innego wyjścia jak tylko przepłynąć rzekę. Tak też uczyniono ale brat Abd al-Rahmana przerażony tym, że może utonąć i zachęcony okrzykami z brzegu, iż jeśli bracia zawrócą ocalą życie, postanowił wrócić - pomimo próśb al-Rahmana że trzeba płynąć dalej przed siebie. Potem już tylko ostatni z Omajadów obserwował, jak na brzegu żołdacy Abbasydów podrzynają gardło jego bratu. Przez kolejne pięć lat al-Rahman wiódł życie tułacza i żebraka, przemierzając Palestynę, Egipt, Cyrenajkę, Ifrikiję, Maghreb. Przez pewien czas przebywał u rodziny swej matki w Maroku (jego matka była berberyjską niewolnicą, która została sprowadzona do Damaszku i tam zakupiona na targu przez jego ojca). Wyczuwszy sprzyjającą ku temu sposobność, przeprawił się na pokładzie statku przez Cieśninę Gibraltarską i dotarł do Al-Andalus (755 r.). Berberowie też już mieli dosyć rządów i panoszenia się Arabów i z rozrzewnieniem wspominali czasy, jak pod przywództwem Kahini (królowej nomadów plemienia Dżerawa - ponoć było to plemię berberyjskich Żydów), toczyli walki z Arabami. Kahini była mężną władczynią która osobiście brała udział w walkach, a jej włosy wirujące na wietrze dodawać miały wszystkim odwagi. Wielokrotnie zwyciężała Arabów (np. w bitwie pod Meskianą w 698 r.). Ostatecznie poniosła klęskę w roku 704 w bitwie pod Tabarką (a jej ściętą głowę Arabowie odesłali do Damaszku). Według legendy tuż przed bitwą poleciła swoim dwóm synom, aby w nocy przedarli się do arabskiego obozu i przyłączyli się do Arabów. Tym samym ocaliła im życie, przewidując własną klęskę i śmierć. Pamięć o Kahini "królowej Berberów" żyła długo wśród nomadycznych plemion Maghrebu.




W Hiszpanii zaś też nie było spokoju. Tutaj również trwał konflikt pomiędzy Arabami z południa (Jemenitami) i z północy Półwyspu Arabskiego (Kajsytami). I ta nienawiść była tak mocna i tak żywa, że członkowie owych dwóch grup (jednego tak naprawdę ludu), mordowali się w sposób znacznie okrutniejszy, niż czynili to wobec swoich rzeczywistych wrogów - Franków czy Bizantyjczyków. Podam przykład, gdy jeden z przywódców Kajsytów został pochwycony przez Jemenitów, ukrzyżowano go pomiędzy świnią a psem, co było totalnym zbezczeszczeniem ciała dla każdego szanującego się muzułmanina (zarówno świnia jak i pies w tradycji islamu jest zwierzęciem nieczystym, a ukrzyżowanie było nawiązaniem do chrześcijaństwa, czyli podkreśleniem że Kajsyci nie są prawdziwymi muzułmanami). Gdy więc w sierpniu 755 r. Abd al-Rahman przepłynął Gibraltar (wówczas południowa skała dawnej Cieśniny Herkulesa - jak zwali ją Rzymianie - nosiła nazwę Dżabal al-Musa, północna zaś Dżabal Tarik - skąd potem zrodziła się nazwa Gibraltar, głównie za sprawą brytyjskiego historyka Edwarda Gibbona, który pierwszy nazwał tak skałę północną), spotkał się z tymi samymi problemami, z którymi niegdyś mierzyli się jeszcze w Syrii i Arabii jego przodkowie. Ponieważ jednak tutaj znalazł wielu omajackich zwolenników, wraz z nimi z początkiem 756 r. zajął Kordobę i tam ogłosił się emirem al-Andalus. Miał zaledwie 25 lat, a w Hiszpanii stworzył nowy kalifat, bezpieczną przystań dla swego rodu i dla wszystkich tych, którzy pałali żądzą zemsty na Abbasydach (dynastia Omajadów w Hiszpanii przetrwała do 1031 r.). Jego władztwo było teraz co prawda znacznie mniejsze niż wcześniej cały Kalifat, ale za to władza była bardziej scentralizowana, natomiast Abbasydzi coraz bardziej tracili wpływy w Maghrebie i Ifrikii. Musieli się też zmagać z wieloma innymi problemami, jak choćby najazdem... Chińczyków. Tak, bowiem w Chinach panowała wówczas (od 618 r.) dynastia Tang, a konkretnie od 712 r. cesarz Suan Tsung. Objął władzę w wieku 27 lat i był to władca zdolny i rozumny a jego państwo rozkwitało. W 754 r. Chiny liczyły już 52,8 mln. mieszkańców, a bogactwo kraju było oczywiste i bezsporne. Według tego, co można przeczytać w historii rodu Tangów, to w owym czasie było tak bezpiecznie, że można było dokonać podróży na odległość 10 tys. km bez potrzeby posiadania broni. Cesarz był wielkim mecenasem sztuki, a na jego dworze w Chang'an (już wówczas miasto to liczyło milion mieszkańców i było najludniejszym miastem ówczesnego świata) działało wielu poetów, malarzy, rzeźbiarzy i innych artystów. Chiny kontrolowały wówczas Korytarz Gansu (ciasny przesmyk pomiędzy Himalajami, wiodący do Turkmenistanu), cały kraj Tien-Szan (ciągnący się od gór Hindukusz i Fergany poprzez pustynię Taklamakan, aż do Karaszahru na wschodzie) stanowił strefę buforową (panował tam zarząd wojskowy) oddzielającą Chiny od cywilizacji arabskiej, a wcześniej perskiej. Na południu swego Imperium Chińczycy kontrolowali Annam, narzucając Czampom (lud zasiedlający dzisiejszy środkowy i południowy Wietnam) swoją wolę, tradycję i obyczaje. Mieli też pewne wpływy w Korei - podzielonej wówczas na dwa królestwa: Północne (Kogurio) ze stolicą w Fenianie i Południowe (Silla) ze stolicą w Kyongju.




Ale właśnie w tym okresie, o którym teraz piszę, na owym wspaniałym wizerunku cesarskich Chin zarządzanych z pałacu w Chang'an, zaczęły pojawiać się pierwsze rysy. Bardzo wzrosła potęga Tybetu, a apetyty terytorialne Tybetańczyków szły zarówno w kierunku północnym (Korytarz Gansu i Tien-Szan) jak i wschodnim (zagrażało to stabilności państwa chińskiego). Rosła też pewność siebie państwa Nan Czao (tajskie królestwo w dzisiejszej prowincji Juan), a Kitanowie (Mongołowie) z pustyni Gobi, coraz częściej dokonywali najazdów na północne rubieże Imperium, dochodząc aż do Wielkiego Muru. Dynastia Tangów zrezygnowała też z prób opanowania Tajwanu (po raz ostatni próby tej podjęła się Dynastia Sui w 610 r. i zakończyła się ona katastrofą dla Chińczyków). Na domiar złego władca, który cieszył się tak dobrą opinią i który doprowadził kraj do takiego rozkwitu, zaczął ulegać na starość dziwnej metamorfozie, przemieniając się w zgorzkniałego i zdeprawowanego tyrana. W zasadzie nie opuszczał już swego haremu, a państwem realnie rządził (od 736 r.) kanclerz Li Lin-fu. Wielmoża ten zyskał wpływ na cesarza poprzez harem i eunuchów, a przede wszystkim poprzez kobiety, które co jakiś czas mu podsyłał. Jedną z takich kobiet była Jang Kuei-fei dziewczyna o niesamowitej urodzie, która w wieku 14 lat w 733 r została małżonką cesarskiego syna Li Mao, księcia Shou. Li Lin-fu uznał jednak, że lepiej mu się przysłuży jako nałożnica (lub ewentualnie żona) samego władcy i ok. roku 740 cesarz Suan Tsung nakazał synowi rozwieść się z żoną, a ją samą uczynił mniszką taoistyczną, która przebywała non stop w otoczeniu władcy (będąc już wówczas jego kochanką). Dopiero w roku 745 oficjalnie ją poślubił i od tej pory Kuei-fei stała się szlachetną małżonką Jang Juhuan. Bardzo szybko owinęła sobie władcę wokół palca, obstawiając administrację członkami swojej rodziny. Natomiast kanclerz Li Lin-fu który liczył, iż dzięki niej zyska większy wpływ na cesarza, okazał się największym przegranym, gdyż już w 752 r. stracił stanowisko, a w to miejsce cesarz (oczywiście za radą swojej małżonki) mianował jej kuzyna - Jang Czao. Oficjalnym zaś powodem upadku kanclerza Li Lin-fu była klęska, jaką w bitwie nad rzeką Talas doznali Chińczycy w walce z Arabami (751 r.). Ekspansja Chin trwała bowiem nieprzerwanie w kierunku zachodnim, aż władca Taszkientu poprosił Arabów o pomoc w powstrzymaniu chińskiej agresji. Do bitwy doszło zaledwie w rok po tym, jak nowa dynastia Abbasydów zagościła u władzy. Arabowie jednak okazali się bardziej zdeterminowani i rozbili Chińczyków, a ta klęska doprowadziła do tego, że Chiny utraciły swą mocarstwową pozycję w Azji Środkowej.







Najwidoczniej jednak na dworze w Chang'an tego nie dostrzegano, a jeżeli już, to znacznie to bagatelizowano. Kanclerz Li Lin-fu został obalony, a nowym kanclerzem cesarz uczynił kuzyna swej pięknej i jakże wpływowej wówczas małżonki - Jang Czao. W ogóle aby dostać się do cesarza należało najpierw zaskarbić sobie względy ambitnej, młodej szlachetnej małżonki Jang Juhuan. Tak też się stało w przypadku niejakiego An Lu-Szana, który pierwotnie był niewolnikiem pewnego chińskiego oficera. Pewnego razu, gdy tamtędy przejeżdżała Jang Juhuan, wpadł jej w oko ów nieco grubawy, ale odznaczający się ciętym humorem i dowcipem niewolnik. Odkupiła go więc od owego oficera, zabrała ze sobą na dwór, a następnie uwolniła, a on został przy jej boku. Zyskał również względy cesarza i ten mianował go gubernatorem trzech prowincji północno-wschodnich (były to zapewne Guannei, Hedong i Hebei), gdzie odpowiadał za bezpieczeństwo przed atakami Kitanów i kontrolę Wielkiego Muru. Jego siedzibą było miasto Jojun (dzisiejszy Pekin). Nie wiadomo co doprowadziło go do buntu, czy żądza władzy, czy potęgująca się pycha, czy może coś jeszcze innego. W każdym razie w 755 r. po wcześniejszym zgromadzeniu 150 000 armii, wyruszył z Pekinu na południe. W Chang'an wybuchła panika, okazało się bowiem że Cesarstwo nie dysponuje wystarczającą siłą aby odeprzeć atak, zgromadzenie zaś żołnierzy którzy mogliby podjąć walkę z An Lu-szanem wymagało czasu. A tymczasem buntownik opanował wschodnią stolicę Cesarstwa - Lojang, gdzie w 756 r. ogłosił się nowym cesarzem o imieniu Jen. Na wieść o zbliżaniu się do Chang'an wojsk wiernego An Lu-szanowi generała Szy Si-minga, dwór pośpiesznie ewakuowano. Ewakuacja jednak, to było mało powiedziane, gdyż to była po prostu zwykła ucieczka i to ucieczka prowadzona w sposób chaotyczny. Wszyscy kierowali się na południe, do Syczuanu. Widząc teraz w jaki sposób dotychczasowy "Boski Syn Słońca" czyli cesarz, musi niczym zwykły człowiek uciekać z dala od swych pałacowych wygód, eskorta, która ich ochraniała, zbuntowała się, żądając śmierci kanclerza Jang Czao - kuzyna królewskiej małżonki. Cesarz oczywiście nie zgodził się na to, ale żołnierze i tak zamordowali Jang Czao (co tylko pokazuje jak bardzo wówczas upadła pozycja władcy), ale krwi nie było im wcale mało, domagali się teraz śmierci samej Jang Juhuan, twierdząc - zgodnie z prawdą - że to ona przyprowadziła An Lu-szana na cesarski dwór. Cesarz był w trudnym położeniu, gdyby bowiem odmówił spełnienia żądania wojska, ci mogliby się zbuntować i opuścić go, a wtedy byłby zdany na łaskę człowieka, który niegdyś był niewolnikiem i którego on sam wyniósł do władzy. Spotkał się więc z Jang Juhuan, zapewnił ją o swej miłości, a następnie kazał eunuchom ją udusić (lipiec 756 r.). To uspokoiło wojsko. Cesarz udał się teraz do Cz'engtu (miasto w południowo-zachodnich ówczesnych Chinach), a na północ wysłał swego syna, który miał tam organizować partyzantkę. An Lu-szan wkroczył do Chang'an, a syn cesarza ogłosił się nowym władcą Su Tsungiem i zawarł sojusz z Ujgurami. Ostatecznie powstanie An Lu-szana upadło w roku 763, chociaż sam główny buntownik został zamordowany w 757 przez swego własnego syna. W każdym razie Chiny Tangów przestały być już tak bezpiecznym krajem, jakim były na początku panowania cesarza Suan Tsunga.

Ale wróćmy do Hiszpanii i rządów emira Abd al-Rahmana, bo tam właśnie swoje wojsko skierował w roku 778 władca Franków Karol zwany Wielkim, po tym jak uznał że Saksonia jest już krainą spacyfikowaną. Nie wziął jednak pod uwagę determinacji Widukinda i wsparcia, jakiego udzielił mu władca Normanów z rodu Ynglingów - Godfryd Łowca.




CDN.

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! - Cz. III

CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA
KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO


KILKA ZDJĘĆ PREZENTUJĄCYCH OBRAZY ŚWIATA, KTÓREGO JUŻ NIE MA, KTÓRY POCHŁONĘŁA LUDZKA NIENAWIŚĆ, CHORE IDEOLOGIE I MNÓSTWO CIERPIENIA. ŚWIAT TEN PRZETRWAŁ JEDNAK NIE TYLKO W PAMIĘCI OSTATNICH ŻYJĄCYCH JESZCZE ŚWIADKÓW TAMTYCH DNI, ALE RÓWNIEŻ W POSTACI ZDJĘĆ, OBRAZÓW A NIEKIEDY AUDYCJI RADIOWYCH LUB FILMÓW. DZIĘKI TEMU MOŻEMY DZIŚ UJRZEĆ NA WŁASNE OCZY ŻYCIE LUDZI W CZASACH NIE TAK ODLEGŁYCH JESZCZE, ALE ZE WZGLĘDU NA TRAGEDIE WOJENNE XX WIEKU I ZMIANY SPOŁECZNO-MENTALNE POWSTAŁE W ICH WYNIKU, WYDAJE SIĘ JAKOBY POWSTAŁY ONE W INNYM ŚWIECIE. DLATEGO TEŻ TERAZ PRAGNĄŁBYM KILKA Z OWYCH ZDJĘĆ ZAPREZENTOWAĆ JAKO DOWÓD ŻE POMIMO UPŁYWU LAT I WCIĄŻ ZMIENIAJĄCYCH SIĘ RZECZYWISTOŚCI - MY, POLACY 
 
 
 BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY!
 
 

Z OKAZJI 105 ROCZNICY ZWYCIĘSTWA W BITWIE WARSZAWSKIEJ (NIE PRZEPADAM BOWIEM ZA OKREŚLENIEM "CUD NAD WISŁĄ") I ŚWIĘTEM WOJSKA POLSKIEGO (15 SIERPNIA) DZIŚ NIECO WIĘCEJ BĘDZIE NA TEMAT WOJNY Z BOLSZEWIKAMI ROKU 1920, W KTÓREJ TO POLSKIE WOJSKO I POLSKI NARÓD OCALIŁY EUROPĘ OD KOMUNISTYCZNEGO ZNIEWOLENIA:


"NA TWARZACH KURZ PRZEBYTYCH WIELU DRÓG,
SPOD ZABŁOCONYCH KOPYT BŁYSKA PIACH,
PRZED NAMI GDZIEŚ MOSKAL CZAI SIĘ,
ZA NAMI ZOSTAŁ BÓL I STRACH.
NIKT NIE WIE DZIŚ, CO NIESIE NOWY DZIEŃ,
POWYWRACANE KRZYŻE ZNACZĄ SZLAK,
W KOLORZE KRWI OBJAWIŁ DIABEŁ SIĘ,
CZERWONA GWIAZDA - JEGO ZNAK!"






PLAKAT "ROK 1920"
HENRYK GROMBECKI - 1920 r.




WYMARSZ NA FRONT 
WARSZAWSKIEJ MŁODZIEŻY GIMNAZJALNEJ
(1920)




ŻOŁNIERZE 1 PUŁKU SZWOLEŻERÓW
(1920)




"WARSZAWO NAPRZÓD!"
ALEGORIA ZWYCIĘSTWA 1920 ROKU
(ZDZISŁAW JASIŃSKI - 1920)




OCHOTNICY WYRUSZAJĄCY NA FRONT
(1920)




"NAM TWIERDZĄ BĘDZIE KAŻDY PRÓG!"
(KAMIL MACKIEWICZ - 1920)




CZARNOSKÓRY OCHOTNIK W WOJNIE Z BOLSZEWIĄ
(1920)




"BIJ BOLSZEWIKA!"
(1920)




ŻURAWIEJKI

"KTO PRZYKŁADEM W BOJU ŚWIECI, SZWOLEŻERÓW PUŁK TO TRZECI!"
"JEDZIE UŁAN, DUPA W CHMURACH, TO JEST PUŁK W TARNOWSKICH GÓRACH"
"WENERYCZNY I PIJAŃSKI TO JEST CZWARTY PUŁK UŁAŃSKI"
"KTO ZEGARKI W POLU ZBIERA, TO JEST PIĄTY PUŁK HALLERA"
"DUMNA MINA A ŁEB PUSTY, TO JEST PUŁK UŁANÓW SZÓSTY"
"SAME GRAFY I BARONY, ÓSMY ZDOBI NAM SALONY"
"PSY WYJĄ NA WIDOK JEGO, TO JEST UŁAN Z DZIESIĄTEGO"
"KSIĘŻYC W CZOLE, W DUPIE GWIAZDA - TO TATARSKA NASZA JAZDA"
"HEJ DZIEWCZĘTA W GÓRĘ KIECKI, JEDZIE UŁAN JAZŁOWIECKI"
"BOLSZEWICKĄ KRWIĄ ZBROCZONY, TO PIĘTNASTY PUŁK CZERWONY"
"WCIĄŻ GOTOWI DO KOCHANIA, TO UŁANI SĄ Z POZNANIA"
"A PRZEZ MORZE NA POMORZE OSIEMNASTY TYLKO MOŻE"
"KTO OBRONIŁ CHŁOPÓW, PANÓW - DZIEWIĘTNASTY PUŁK UŁANÓW"




ŻOŁNIERZE 28 PUŁKU STRZELCÓW KANIOWSKICH 
W OKOPACH NAD AUTĄ
(1920)




PLAKAT: "BITWA WARSZAWSKA 1920"
(ANDRZEJ PĄGOWSKI - 2011)




WYMARSZ BATALIONU LINIOWEGO 
OCHOTNICZEJ LEGII KOBIET
(1920)







STANOWISKO OGNIOWE POD RADZYMINEM
(1920)




PLACÓWKA 2 PUŁKU UŁANÓW GROCHOWIECKICH
(1920)




PRZYSIĘGA ŻOŁNIERZY PRZED PAŁACEM SASKIM
WARSZAWA
(1920)






POLSKA KAWALERIA W MARSZU PRZEZ UKRAINĘ
(1920)




OCHOTNICZA LEGIA KOBIET (OLK-a)
(1920)








BITWA WARSZAWSKA, JAK I CAŁA WOJNA POLSKO-BOLSZEWICKA WYGRANA ZOSTAŁA SIŁĄ I ODWAGĄ WOJSKA POLSKIEGO, NIESAMOWITĄ WRĘCZ MOBILIZACJĄ I POŚWIĘCENIEM POLSKIEGO SPOŁECZEŃSTWA I NARODU, GENIUSZEM "DZIADKA" PIŁSUDSKIEGO...



 
... ORAZ DZIĘKI DOSKONAŁEJ PRACY WYWIADU, KTÓRY ŁAMAŁ I CZYTAŁ SOWIECKIE SZYFRY, DZIĘKI TEMU STRONA POLSKA DOKŁADNIE WIEDZIAŁA Z JAKIMI SIŁAMI PRZYJDZIE JEJ SIĘ ZMIERZYĆ W KAŻDEJ BITWIE




WKROCZENIE WOJSKA POLSKIEGO DO KIJOWA
(7 MAJA 1920)




II SZWADRON ŚMIERCI
(1920)




PIECHOTA POLSKA W TYRALIERZE
(1920)




POLSCY ŻOŁNIERZE PREZENTUJĄ 
ZDOBYCZNE BOLSZEWICKIE FLAGI BOJOWE 
PO BITWIE WARSZAWSKIEJ
(SIERPIEŃ 1920)




"BIJ BOLSZEWIKA W KAŻDEJ GO POSTACI, 
BO TO JEST TWÓJ NAJWIĘKSZY DZISIAJ WRÓG"




NIEZREALIZOWANY PROJEKT POMNIKA POLITWARUSA.
POMNIK TEN MIAŁ BYĆ HOŁDEM ZŁOŻONYM UNII POLSKO-LITEWSKIEJ PO ZWYCIĘSKIEJ WOJNIE Z BOLSZEWIKAMI I MIAŁ STANOWIĆ WZÓR NOWEJ UNII POLSKI, UKRAINY, BIAŁORUSI I LITWY
(STANISŁAW SZUKALSKI - 1923)




JEŃCY BOLSZEWICCY
(1920)




JEDNA ZE WSPÓŁCZESNYCH PROPOZYCJI 
ŁUKU TRIUMFALNEGO BITWY WARSZAWSKIEJ i WOJNY POLSKO-BOLSZEWICKIEJ




WEDŁUG MNIE ŁUK TAKI POWINIEN BYĆ CO NAJMNIEJ WYSOKOŚCI NAPOLEOŃSKIEGO ŁUKU TRIUMFALNEGO W PARYŻU, PO BOKACH KOLUMN WINNY BYĆ WYPISANE WSZYSTKIE BITWY WOJNY POLSKO-BOLSZEWICKIEJ 1919-1920, NA SZCZYCIE ZAŚ ZNALEŹĆ SIĘ POWINIEN ORZEŁ ROZRYWAJĄCY DZIOBEM BOLSZEWICKĄ CZERWONĄ GWIAZDĘ. PRZED OWYM ŁUKIEM TRIUMFALNYM STANĄŁBY ZAŚ KONNY POMNIK WODZA NACZELNEGO, MARSZAŁKA JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO










CDN.

22 sierpnia 2025

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. I

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





"Cała władza pochodzi od Boga" - tytuł tej serii jest aż nadto oczywisty i niepodlegający dyskusji, ale niestety jest to stwierdzenie nie do końca pełne, gdyż naprawdę powinno ono brzmieć - "Non est vita ultra Deo" ("Nie ma życia poza Bogiem"). Nie istnieje życie, które nie pochodziłoby bezpośrednio od Boga, czyli Stwórcy Wszechrzeczy. Pytanie tylko się nasuwa, jakie to może być życie? No właśnie - Bóg tak naprawdę nie bierze bezpośredniego udziału w tym wszystkim, z czym my tutaj, żyjący na Ziemi ludzie (lub szerzej, w tej materialnej części Wszechświata), musimy się na co dzień zmagać. To może zabrzmieć dosyć nietypowo (i jest też niezgodne z oficjalną nauką Kościoła), ale pozwólcie że postaram się to wytłumaczyć, na tyle, na ile moje możliwości umysłowe na to pozwolą. Bóg jest jeden - tak, JEDEN JEDYNY, WSZECH-WIECZNY PIERWSZY PORUSZYCIEL. Jakie są Jego prawdziwe cele i motywy - nie sądzę aby wiedziały o tym istoty od nas potężniejsze, oraz te duchowe, które są bliżej Niego, wiec nie będę się tutaj wymądrzał. Zakładam jednak, iż pewną podstawą boskich działań jest Rozwój (jakkolwiek byśmy tego nie interpretowali, zapewne nie jest to to samo co my rozumiemy pod tym terminem). I to powinno nam wystarczyć, gdyż próba zrozumienia boskich działań jest według mnie niemożliwa dla istot takich jak my (istot inkarnacyjnych), nie sądzę też, aby była zrozumiała nawet dla istot duchowych - starych dusz lub tzw.: Założycieli. 

I właśnie, tutaj przechodzimy do pewnego etapu, który (według mnie jest kluczowy) - sądzę (to oczywiste że pewności mieć nie mogę, jak i nikt inny takiej pewności mieć nie może), że to właśnie Oni, owi Założyciele stoją za całą tą "materialistyczną grą" Wszechświata i to Oni pociągają za wszystkie sznurki. To Założyciele są stwórcami tego świata (nie tylko tego świata, ale wszystkich innych światów, zarówno tych, które istniały przed powstaniem naszego Wszechświata, jak i tych, które istnieją obok naszego Wszechświata w rzeczywistości równoległej - których niewątpliwie jest nieskończenie wiele). Ale tutaj także istnieją pewne nieścisłości, którymi należałoby się zająć. Mianowicie, mówiąc "Założyciele" - mam na myśli wszystkie te formy duchowe, które są bezpośrednią emanacją Jedynego Boga Stwórcy, wszystkie one są Nim bezpośrednio, ale jednocześnie posiadają swoją własną Wolną Wolę (i zapewne Oni też nie znają dokładnego "Bożego Planu Działania"). Kierując się Wolną Wolą, a jednocześnie będąc emanacją Najwyższego Stwórcy, działają i tworzą w taki sposób, który ma wpływać na Rozwój (szeroko pojęty, zapewne również zupełnie dla nas niezrozumiały, przynajmniej na tym etapie, na którym się znajdujemy, gdyż są kolejne etapy rozwoju duchowego. Doskonaląc się w poszczególnych formach i idąc do przodu, możemy tworzyć prawdziwe cuda, żyjąc tu i teraz w materialnym ciele. Możemy siłą własnego umysłu znikać lub też przenosić się w inne miejsce, możemy za pomocą dotyku uzdrawiać, albo chociażby uruchamiać samochód dotykając ręką pojazdu. To wszystko wydaje się nam nieprawdopodobne i może mieć nieco bajkową otoczkę, ale to tak naprawdę jest tylko forma naszego własnego rozwoju duchowego i nic ponad to. Tak naprawdę powinniśmy sobie uświadomić jak potężnymi jesteśmy istotami, a jesteśmy nimi, ponieważ wszyscy pochodzimy od Boga). Ale też Założyciele nie tworzą (wszech)światów zbiorowo. Każdy z nich jest swoistym Bogiem dla swojego Wszechświata (będąc jednocześnie bezpośrednią emanacją Esencji Wszechrzeczy i posiadając przy tym swoją Wolną Wolę - pojęcia które używam nie dla wszystkich mogą być zrozumiałe, dla mnie są, więc nie chce mi się szukać odpowiedników na ich określenie). Także Bóg, który jest bogiem naszego Wszechświata, nie jest (bezpośrednio) tym samym Bogiem Stwórcą, owym Pierwszym Poruszycielem, choć posiada wszystkie Jego cechy (plus jednocześnie swoje własne, indywidualne). I takich indywidualnych Bogów jest tyle, ile istnieje Wszechświatów (czyli zapewne nieskończenie wiele). 

Jeśli celem głównym Stwórcy Wszechrzeczy jest Rozwój (tak należy założyć, choć być może jest nim jeszcze coś innego), Bogowie Wszechświatów realizują ten cel, zarówno kierując się tym, czego są bezpośrednią emanacją, jak i dokładając do tego własne "pomysły" (Wolna Wola). I to właśnie Oni stoją za powstaniem tego (wszech)świata, choć (znów mam takie przypuszczenie) Oni również bezpośrednio nie angażują się w jego dzieje, poza tzw.: Pierwszym Poruszeniem (czyli stworzeniem). Jeśli celem jest Rozwój, to musi on przebiegać dwutorowo, czyli musi się opierać na dwóch, przeciwstawnych kierunkach, które można nazwać Przeciwstawnymi Biegunami. te Bieguny (w bardzo uproszczonym, ale niezwykle bliskim naszemu zrozumieniu nazewnictwie) można określić jako "Dobro" i "Zło" lub "Niebo" i "Piekło" i wszystko co się z tym wiąże. Nie ma bowiem realnej możliwości, aby jakikolwiek Rozwój mógł postępować opierając się tylko na jednym czy drugim Biegunie, one muszą być ze sobą sprzęgnięte i dodatkowo muszą się równoważyć. W zasadzie na tym stwierdzeniu można by było zakończyć nasze "wyliczanie", gdyż wszystko już zostało powiedziane, a cała reszta powinna od tego momentu być jasna i zrozumiała, ale uważam że takie postawienie sprawy jest niepełne (przynajmniej dla niektórych). Po pierwsze - to że istnieje Zło (i Dobro) i że istnieją ciemne moce (demony etc. etc.) jest OCZYWISTE i nie powinno podlegać żadnej dyskusji, bowiem wychodzi to z samego założenia Przeciwstawnych Biegunów. Pytanie tylko powinno brzmieć, na ile my sami jesteśmy podatni na wpływy jednej lub drugiej strony "mocy" (że tak się wyrażę, posługując się terminologią z... Gwiezdnych Wojen). 

I znów, żeby to wyjaśnić i sobie uświadomić, należy (ponownie) dopowiedzieć, iż my również, wszystkie istoty inkarnacyjne - pochodzimy z tego samego Źródła Stwórcy Wszechrzeczy, z którego pochodzą Założyciele (czyli Bogowie Wszechświatów). Jesteśmy częścią emanacji Źródła (Boga Najwyższego), a przez to jesteśmy NIEŚMIERTELNI (co zapewne dla wielu jest oczywiste). Nie tylko jesteśmy nieśmiertelni, ale również nie mamy ani początku ani końca (i tutaj pragnę dopowiedzieć, że to, iż nie mamy początku i nie będziemy mieli końca nie oznacza, że nasza dusza nie została kiedyś stworzona - owszem została stworzona, powstaliśmy jako istota obdarzona własną Wolną Wolą, podobnie jak kiedyś powstali Założyciele, również obdarzeni własną Wolną Wolą. Ale my zostaliśmy stworzeni bezpośrednio z samej emanacji Stwórcy, czyli nie tylko posiadamy wszystkie cechy Stwórcy Wszechrzeczy, a dodatkowo nie mamy ani początku ani też końca. Końcem - teoretycznie - końcem naszym będzie ponowne Zjednoczenie ze Stwórcą, ale... to nie będzie wcale żaden koniec. To będzie ubogacenie Wszech-stwórcy wszystkim tym, co przez kolejne nasze etapy duchowego i nieduchowego życia zebraliśmy, łącznie z naszą Wolną Wolą. Zjednoczenie będzie czymś wspaniałym, bowiem oznaczać będzie wypełnienie naszej roli po niezwykle długim (nie do zmierzenia dla nas) okresie "zbierania doświadczeń". Skoro tak, zastanówcie się, czy dusza istniejąca z Boga Stwórcy (istniejąca bezpośrednio) może doświadczyć tego wszystkiego, co oficjalnie chce się nam wmówić, czyli wiecznego potępienia w Piekle, pełnym demonów?

Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami, ja powiem tylko tyle - istoty, które my nazywamy demonami i które zasiedlają miejsce (będące "centrum dowodzenia" dla jednego z dwóch Przeciwstawnych Biegunów) zwane przez nas w uproszczeniu "Piekłem", są częścią gry TEGO WSZECHŚWIATA. Sądzę że nie muszę dalej wyjaśniać, gdyż większość czytelników już pojęła całą tę (teoretycznie zawiłą, a realnie niezwykle prostą) zasadę? Ale jeśli ktokolwiek jeszcze tego nie zrozumiał, to wyjaśnię - demony istnieją jako część gry Założycieli w danym, konkretnym Wszechświecie, po to, aby realizować zadanie postawione przez Boga danego Wszechświata (czyli niekończący się Rozwój). W realizacji tego celu (ogólnie przyjęte) "Zło" ma określone zadania, które polegają na sprowadzaniu człowieka na boczne tory, pobojowiska życia, oczywiście po to, aby mógł on odnaleźć równowagę i poprzez nią oczyścić się zupełnie ze zmaz Przeciwstawnych Biegunów wybierając drogę Boga Stwórcy Wszechrzeczy, Jego Esencję która jest jedynym prawdziwym życiem - Miłości! Wszystkie przeszkody naszego życia wiodą nas ku Miłości Stwórcy, choć zapewne większość z nas, żyjących tu i teraz nie uświadamia sobie tego celu, gdyż kierując się naszym (ograniczonym) życiem i materialną umysłowością - staramy się postrzegać świat w kategoriach "Tu i Teraz" (jak kiedyś napisał Marszałek Piłsudski: "Nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las"). Przeszkody, rzucone pod nogi naszego życia, są jedynie elementami wiodącymi nas ku Stwórcy Wszechrzeczy, naszej Esencji Istnienia - Miłości. I to od nas zależy kiedy i jak poradzimy sobie w uświadomieniu tej oczywistości, wielu zabiera to okres dość długi (niekiedy bardzo długi), przekraczający nawet... kilkadziesiąt kolejnych inkarnacji. 

Celem Bieguna "ciemnej strony mocy" jest więc czynienie wszystkiego, by nasza droga w tym materialnym Wszechświecie trwała jak najdłużej i aby była niezwykle zawiła. Ale nie ma możliwości, aby człowiek który poddaje się "ciemnej stronie" mógł trafić do miejsca, które istnieje tylko jako element gry TEGO Wszechświata, czyli do Piekła (i znów, nie oznacza to, że po śmierci niektóre dusze nie trafiają do Piekła, bo i tak się dzieje, tylko należy zrozumieć że nie jest to piekło takie, o którym jest mowa w świętych księgach, ale piekło stworzone w naszym Umyśle, dla nas samych i trwające dopóty, dopóki nie zechcemy uświadomić sobie, że to wszystko co przeżyliśmy, było jedynie elementem pewnej gry i miało nas odpowiednio uzbroić i przygotować do celu głównego - czyli uświadomienia sobie naszej roli tutaj i dążenia ku równowadze, a następnie ku całkowitej Miłości. Takie dusze wybierają często samotność i wydaje im się że Bóg ich opuścił, co dla nich jest mentalnym piekłem. Nie oznacza to jednak że stan taki jest permanentny, wręcz przeciwnie - takie dusze są otoczone opieką, choć taką, która nie podważa Wolnej Woli ich umysłowej samotni). Istoty, pochodzące bezpośrednio z Esencji Bożej Miłości Stwórcy Wszechrzeczy nie mogą trafić do miejsca, które istnieje tylko jako część gry określonego Wszechświata, który wcześniej czy później przestanie istnieć, a duchowe emanacje "ciemnej strony" wrócą do swojego miejsca stworzenia, czyli Boga naszego Wszechświata, który to też sam zjednoczy się z Wszech-wieczną Miłością. Oczywiście na podobnych zasadach działa i drugi element Przeciwstawnych Biegunów, czyli owe "Niebo", które też jest tymczasowe i pełni zadanie przygotowania nas do kolejnej wytężonej pracy w tym materialnym świecie, pełnym pokus "ciemnej strony mocy" (są ludzie, którzy wprost mówią że nie ma innego piekła poza tym, do którego trafiamy rodząc się w materialnym Wszechświecie).

Oczywiście to że Bóg Wszech-stwórca nie zajmuje się bezpośrednio naszymi sprawami, wcale nie oznacza że jesteśmy Mu całkowicie obojętni - nic z tych rzeczy. Bogu zapewne zależy na wszystkich elementach przyspieszających Rozwój, a co za tym idzie na naszych indywidualnych doświadczeniach. A ponieważ jesteśmy częścią Emanacji Jego Samego, mamy niesamowitą możliwość zawsze i wszędzie "skontaktować" się z Bogiem. Wystarczy jeden "telefon do Boga" aby nasze życie nabrało więcej kolorów, nabrało sensu, tylko musimy chcieć użyć numeru, który wszyscy dokładnie znamy, ale wielu nie chce z niego korzystać, uważając iż są najmądrzejsi i sami wiedzą wszystko (np. to, że Boga nie ma, bo przecież gdyby był, to nie pozwoliłby na istnienie zła na tym świecie - prawda? Takie niemądre stwierdzenia mogą wypowiadać tylko ludzie, którzy wciąż nie mają pojęcia o celu naszej misji w tym materialnym Wszechświecie). Ludzie nie uświadamiają sobie ani swojej roli, jaką mają do spełnienia (do której się przygotowują, będąc w tzw.: "Niebie" - miejscu wytchnienia pomiędzy wytężoną inkarnacyjną pracą), na tym świecie, ani też nie rozumieją że nigdy nie są pozostawieni sobie samym. Jesteśmy cały czas "obrabiani" zarówno przez "ciemną stronę" jak i obserwowani przez tę "jasną". A przy tym posiadamy Wolną Wolę i możliwość wyboru własnej drogi i dopóki nie uświadomimy sobie, że posiadamy cały czas numer bezpośrednio do naszego Stwórcy, Boga Jedynego - dopóty wszystko będzie nam się wydawać niezwykle zawiłe, trudne, często nie do pokonania, a przy tym tak bardzo niezrozumiałe i niepojęte (jak może istnieć dobry Bóg, skoro jest tyle zła na świecie - no jak?). Zachowujemy się niczym ślepcy, szukający drogi, idąc przez pole pełne pułapek i dziur, nie zdając sobie sprawy że obok jest pięknie oświetlona droga która wiedzie do celu. A my nie, uparcie idziemy do "celu" przez pole pełne pułapek - należałoby tylko życzyć tym uparciuchom powodzenia.


DOTKNIJ PANIE MOICH OCZU - ABYM PRZEJRZAŁ"




I właśnie w tym temacie chciałbym się zająć wszelkimi możliwymi drogami, które na przestrzeni wielu wieków przyczyniały się do rozwoju poszczególnych społeczeństw i jednocześnie prześledzić te elementy ("ciemnej strony") które prowadziły do patologizacji i wypaczania tego kierunku - wiodąc człowieka na pole pełne niebezpieczeństw, przekonując go jednocześnie ze to jest jedyna, najlepsza dla niego droga. Aby nie przedłużać, przejdźmy więc do tematu: 


CDN.
 

21 sierpnia 2025

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. II

NIM JESZCZE
NAD KONSTANTYNOPOLEM
ZAŁOPOTAŁ ZIELONY 
SZTANDAR MAHOMETA


I
JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM
(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"
NA RZYMSKIM PALATYNIE)
Cz. I





"WIĘC DZIŚ PIĆ TRZEBA, DZISIAJ WOLNĄ NOGĄ UDERZAĆ ZIEMIĘ Z TANECZNYM ZESPOŁEM, DZIŚ LAĆ OFIARY NA OŁTARZE BOGOM I SALARYJSKIE PRZYOZDABIAĆ STOŁY. PRZEDTEM ZDOBYWAĆ Z PIWNICY CEKUBA NIE BYŁO GODNYM, TAŃCZYĆ I UCZTOWAĆ, KAPITOLOWI, GDY GROZIŁA ZGUBA, I GDY OJCZYŹNIE GROZIŁA KRÓLOWA. GDY WIODĄC Z SOBĄ OHYDNE RZEZAŃCE, CHCIAŁA NA GRUZACH - GDZIE JEST RZYM? - ZAPYTAĆ I ZDOBYĆ ZIEMIE, AŻ PO ŚWIATA KRAŃCE, SŁAWĄ I SZAŁEM POWODZEŃ UPITA"

HORACY
"ODA DO KLEOPATRY"



Nie! Nie o królowej Kleopatrze będzie dzisiejszy temat. Ani o niej, ani o innych kobietach z tzw.: rzymskiego wschodu, które odcisnęły swe piętno na losach rzymskiego państwa. Kleopatra bowiem, jak również Berenika czy chociażby dostojna augusta Pompeja Plotyna (miłośniczka orientalizmu i języka greckiego, który potem stanie się urzędowym w Cesarstwie Bizantyjskim), mimo wielu jej prób, nie zdołała zapanować nad Rzymem. Mężczyźni, których wspierała, nie zdobyli władzy dyktatorskiej, takiej, która jej właśnie by odpowiadała. Podobnie Berenika, żydowska księżniczka i kochanka Tytusa, który miłował ją tak długo, póki nie objął władzy po śmierci swego ojca - cesarza Wespazjana w 79 r. Gdy już przywdział purpurę, jego związek z Bereniką jakoś automatycznie również dobiega końca. Co zaś się tyczy Plotyny, owszem ma ona spore zasługi w kwestii krzewienia greki na Wschodzie Imperium Rzymskiego, ale mimo wszystko nie była to kobieta, która wywodziłaby się z terenów Wschodu (pochodziła z galijskiego miasta Nemausus, dzisiejszego francuskiego Nimes). Dlatego też, pomimo wszystkich zalet tamtych kobiet, nie można ich uznać za pierwsze wschodnie władczynie (czy też współmałżonki władców) w dziejach Imperium. Bez wątpienia więc tytuł "pierwszej Azjatki" przysługuje więc innej niewieście - Julii Domnie, która przeniosła na Zachód wiele elementów wschodniego orientalizmu, łącznie z pewnymi wzorcami matriarchatu, który nigdy wcześniej nie zaistniał w Rzymie w takiej skali. Oczywiście, nie należy też przesadzać w drugą stronę, ale ów fakt jest znamienny, gdyż łączy się też w pewien sposób ze swoistą "feminizacją Rzymian", czyli odchodzeniem od surowych wzorców republikańskich i dążeniem ku przesyconemu erotyzmem, a także i despotyzmem - orientalizmowi Wschodu.

"Dwa są tylko narody w Europie" - jak mawiał cesarz Napoleon - "Dwa tylko - Wschodni i Zachodni" i tak też należy rozumieć dzieje Rzymu, który tworzył się na połączeniu (i wymieszaniu) obu tych pierwiastków. Rzymianie wyrośli na tradycji republikańskiej, na tradycji pasterzy owiec znad palatyńskich wzgórz, których kobiety - dzielne "góralki", choć posłuszne i oddane swym mężom, znały swoje miejsce w całej tej społecznej hierarchii - nie akceptowali wielu wschodnich naleciałości, które łączyły w sobie nie tylko rozbuchany erotyzm, ale i właśnie zamiłowanie do przemocy, do sadyzmu. Rzymianie to byli prości ludzie, zabijali by ukraść innym ziemię, zdobyć złoto lub niewolników - by ci na nich harowali, ale, jeśli nie zachodziła ku temu konieczność - nie znęcali się nad pokonanymi, ani też nad swoimi niewolnikami. Kultura Wschodu znała zaś takie zwyczaje, jak choćby... palenie dziećmi w piecach ku czci własnych bogów, co było nie do przyjęcia dla człowieka wyrosłego w kręgu kultury chociażby nad-tybrzańskich wzgórz, czy otoczonych górami niezależnych polis. Oczywiście ci ludzie też mieli swoje własne zwyczaje, które z punktu widzenia współczesności uznalibyśmy za co najmniej barbarzyńskie, ale sposób rozumowania mieszkańców Wschodu i Zachodu diametralnie się różnił. Na Wschodzie bowiem istniały dawne kultury, w których władza najpierw despotycznych kapłanów, a następnie królów nie znających litości nad poddanymi, była czymś naturalnym - naturalnym zjawiskiem nadanym przez potężnych bogów. Dlatego też każdy poddany (bez względu na pozycję czy stan materialny) musiał przed władcą upaść na ziemię, z głową skierowaną tak nisko, że wręcz dotykała ziemi. Władca też miał pełne prawo dysponować wszystkim co jego poddany posiadał, nie tylko majątkiem, ale również żoną, dziećmi czy wszelkim dobytkiem żywym. Mógł do woli uśmiercić każdego, kogo zapragnął, bez żadnej konsekwencji z tego wynikającej. Władza wschodniego monarchy bowiem nie podlegała żadnym ograniczeniom, no może prócz tych, które były interpretowane jako "przykazania bogów".




Oczywiście człowiek Zachodu nie był ani mniej religijny, ani dewotyczny, od tych ze Wschodu (dziś już powszechnie wiadomo, choć jeszcze kilka lat temu archeolodzy spierali się na ten temat, że pierwszą i jedyną formą lepiszcza, który spajał daną zbiorowość we wspólnym celu, nie była ani potrzeba ochrony przed wrogiem zewnętrznym, ani też bogacenie się w handlu z innymi plemionami, ale... wiara, świątynia. Żadna po-potopowa ludzka zbiorowość nie zjednoczyłaby się we wspólne plemię, gdyby nie spajała ją wiara, a pierwszą budowlą, jaką stawiało nowe plemię na swojej ziemi - była świątynia (tak samo koloniści którzy przybywali z Europy do Ameryki, pierwsze co, to stawiali kościół, nim jeszcze nawet zaczęto budować domy dla owych kolonistów). Nie ma i nigdy nie istniały oraz nie zaistnieją cywilizacje ateistyczne {nie były nimi ani komunizm, ani nazizm, a nawet technokratyzm również może stać się religią}, co oznacza że w człowieku tkwi bardzo silna potrzeba uzewnętrzniania swoich niematerialnych pragnień, ponad to, co otacza nas dokoła). To niekiedy tworzyło bardzo niebezpieczne sytuacje, które szczególnie silnie zaobserwować można na Wschodzie (co oczywiście nie oznacza że na Zachodzie ich nie było, tylko w mniej widocznej formie). Jednym z bardzo "niefajnych" kultów, jest chociażby asyryjski kult boga Assura - żądnego krwi, jak również żydowski kult boga Jahwe i wszystkich jego poprzedników. Zauważmy bowiem, że przed nastaniem epoki Jezusa z Nazaretu, Biblia, którą pozostawia nam w spadku tradycja judaistyczna, wręcz... ocieka krwią. Żydowski Jahwe wciąż domaga się kolejnych morderstw od swego "ludu wybranego", mają mordować, zabijać, niszczyć, palić, wycinać, tak aby nie pozostawić przy życiu nawet jednej kobiety z wrogiego plemienia, nawet jednego dziecka. I co ciekawe, to wszystko w ramach nazistowskiej teorii "rasy panów", bo jak inaczej można przetłumaczyć misję "ludu wybranego", powołanego przez boga do panowania nad innymi podludźmi. Wygląda na to, że w tradycji judaistycznej zakiełkowało zło, które potem po prostu przejął dla swojej teorii "rasy panów" Hitler. Wystarczy poczytać Stary Testament by przynajmniej zastanowić się, czy bóg, który przemawiał do "ludu wybranego" był tym samym, o którym mówił Jezus Chrystus, podczas swej ziemskiej wędrówki?




Nie będę teraz się nad tym rozwodził, powstaje jednak pytanie, czy bóg (jakikolwiek bóg), który pragnie wymordowania innych ludzi w imię jakiejś nazistowskiej idei "rasy panów"... jest Bogiem. A może to jakiś złośliwy demon, jakaś istota, która podawała się za boga Jahwe, aby przejąć kontrolę nad Izraelitami? Dziś te pytania pozostają już jednak w formie przypuszczeń i domysłów, a nie ślepej wiary, jako że chrześcijanie otrzymali zupełnie coś nowego - Nowy Testament, który całkowicie wyzerował ten pierwszy, czyniąc z niego jedynie formę pewnego historycznego przekazu. W Nowym Testamencie Jezus Chrystus objawia nam Boga, tego, o którym często zapominamy - Boga Stwórcę. Nawet sobie nie wyobrażamy, nie mając skali porównawczej okresów o których mówimy, jak rewolucyjną zmianą była nauka Jezusa z Nazaretu dla wszystkich pokoleń ludzi, żyjących na Ziemi. Co nie znaczy że chrześcijaństwo należy w 100 % uznać za naukę Chrystusa, ono też przez wieki zostało skutecznie wykoślawione i zdegenerowane. Ale czy sam fakt niegodziwości, zbrodni i dewiacji wielu papieży na przestrzeni wieków, może być wykładnią dla słów Jezusa: "Ty jesteś Piotr, czyli Skała, a na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą". Warto się nad tym zastanowić. Wschód czerpał więc całymi garściami z despotycznych kultów, gdzie miażdżenie głów pokonanym wrogom było naturalnym przejawem panowania. Faraonowie egipscy depczą po czaszkach swoich wrogów, Asyryjczycy mordują jeńców ku chwale swego boga Assura (chociaż znacznie częściej ich przesiedlają, po raz pierwszy w dziejach na tak masową skalę), Babilończycy oddają cześć Mardukowi, który również posiada wiele negatywnych aspektów. Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy bogowie Wschodu są postaciami negatywnymi (w dużym uogólnieniu, gdyż jak można określić boga "postacią negatywną", gdy ten wciąż domaga się od swoich wyznawców daniny krwi), zaś bogowie Zachodu byli tylko "pozytywni".

Mimo to kulty zachodnie są jakoś bardziej związane z naturą (która jednak nie zawsze bywa "pozytywna"). Zarówno Grecy, Rzymianie jak i ludy słowiańsko-celtyckie z dalekiej Północy, nie posiadają w swoim panteonie bogów aż tak wynaturzonych, którzy albo domagaliby się od nich ciągłych ofiar z ludzi, albo uważali swój lud za "wybrańców", którym wszyscy inni muszą służyć, a jeśli nie, to można ich bezkarnie zabić (wręcz jest to nakazane), łącznie z żonami i dziećmi (Holokaust jak się patrzy). Nie zamierzam jednak tutaj opisywać czy przybliżać tych religii, pragnę jednak abyśmy uświadomili sobie pewną różnicę mentalną kultów Wschodu i Zachodu. Dlatego też na młodym Oktawianie Cezarze (późniejszym Auguście) wielkie (choć negatywne) wrażenie zrobiło ukorzenie się przed nim (padając na twarz) całej dworskiej elity pokonanej królowej Kleopatry, którzy uznali go za nowego władcę Egiptu. Oktawian był Rzymianinem wyrosłym na tradycji republikańskiej, człowiekiem (pomimo młodego wieku) starej daty. Dlatego też takie przejawy upokorzonego służalstwa nie radowały go, a co najwyżej dziwiły. To samo zastał przecież w komnacie królowej, która, gdy wszedł, upadła przed nim na ziemię, oddając mu pokłon jako nowemu władcy i swemu protektorowi (czyniła wówczas wszystko, aby ocalić życie swego syna - Cezariona, zrodzonego z romansu z Cezarem, który jako syn "Boskiego Cezara" był zagrożeniem dla pozycji Oktawiana - syna adoptowanego). Ale wróćmy do tematu i do owej Julii Domny, pierwszej Azjatki w purpurze, pierwszej wschodniej cesarzowej Rzymu i pierwszej kobiety, która (kierując się orientalnymi zwyczajami Wschodu) zapoczątkowała w Rzymie okres "rządów kobiet", czy też: "rzymskiego matriarchatu".

Julia Domna przyszła na świat ok. 165 r. w syryjskim mieście Emesa (dziś Homs) nad Orontesem. Wbrew temu, co pisano na jej temat potem (próbując jej przypisać pochodzenie z ludu), wywodziła się z możnego syryjskiego rodu, spokrewnionego z dawnymi władcami Emesy. Ród ten w czasach Julii był już nie tylko zhellenizowany, ale i zromanizowany (posiadali bowiem obywatelstwo rzymskie). Ojcem Julii Domny był kapłan lokalnego bóstwa Emesy, boga Elegabala (który realnie był... meteorytem, niegdyś spadłym na ziemię, posiadającym kształt stożka i czarny odcień) o imieniu Gajusz Juliusz Basjanus. Do końca trudno ocenić jaką urodą odznaczała się młoda Syryjka, bowiem wszystkie monety ukazujące jej postać z czasów późniejszych (gdy była już mater castrorum et senatus et patriae - "matką obozów legionowych, senatu i ojczyzny"), zawsze ukazują ją z profilu (podobnie zresztą jak i wszystkie rzymskie cesarzowe). Istnieją w zasadzie dwa portrety Julii Domny, ukazujące jej twarz frontalnie. Pierwszy to drewniane malowidło z Egiptu (z czasów gdy Domna ze swym mężem zwiedzała zabytki kraju nad Nilem). Na portrecie tym cesarzowa wypada dość ładnie, aby nie powiedzieć iż jest doprawdy urocza. Drugi portret został wykuty w marmurze i znajduje się w Rzymie. Jest to tzw.: "Brama Srebrników" (Arcus Argentariorum) z 204 r., na którym znów Julia Domna wraz z rodziną została ukazana w sposób zarówno ładny jak i dostojny (jak przystało na rzymską matronę). Ale nie ma żadnych innych wiadomości na temat jej urody. Jej ojciec, jako potomek dawnych władców miasta, był też dziedzicznym kapłanem Elegabala (czarnego kamienia), co oznaczało, iż nosił bogato zdobioną koronę i przetykane złotem szaty. Julia Domna miała też starszą siostrę o imieniu Julia Meza (urodzoną ok. 160 r.)




 Przydomki "Domna" i "Meza" są pochodzenia semickiego (co oczywiście nie znaczy że żydowskiego). Domna wywodzi się z arabskiego słowa "dumayna" (czyli "czarna" - prawdopodobnie chodzi o kolor jej włosów), zaś Meza z arabskiego słowa "masa" ("chodząca powabnym krokiem"). Cognomen Domny tłumaczono również z języka aramejskiego na łacinę jako "Domina" ("Pani"). Emesa, w której się urodziła i wychowała była ładnym miastem, leżącym w niezwykle urodzajnej dolinie (stanowiła ośrodek handlowy na trasie ze Wschodu na Zachód). To właśnie w Emesie młoda dziewczyna po raz pierwszy spotkała swego przyszłego męża, choć jeszcze wówczas nie sądziła że zostanie jego żoną. Lucjusz Septymiusz Sewerus - bo o nim to mowa, był co najmniej dwadzieścia lat od niej starszy. Był co prawda mężczyzną postawnym i przystojnym, ale po pierwsze miał już żonę - Pakkę Marcjanę (i ponoć dwie córki, które zapewne zmarły w dzieciństwie, jako że nic o nich potem nie wiadomo), a poza tym, w roku, w którym po raz pierwszy się spotkali - 180, ona miała zaledwie piętnaście lat, on zaś był już 35-letnim politykiem i żołnierzem. Nie wiadomo jak układała się ta pierwsza ich relacja, ale fakt, iż po śmierci żony Sewerus wrócił do Syrii by poślubić Domnę, miast postarać się o jakąś lepszą partię z Italii czy Afryki (skąd sam pochodził), musi dawać do myślenia. Swoją drogą ich stosunek w tym czasie musiał przypominać ten z filmu "Lolita". Sewerus też nie był rdzennym Rzymianinem, urodził się bowiem w prowincji Afryka, w mieście Leptis Magna, z rodziny, która miała punickie korzenie. Jego ojciec - Publiusz Septymiusz Geta poślubił Rzymiankę Fulwię Pię. Septymiusz Sewerus był dobrze wykształcony zarówno w grece jak i w łacinie, oraz rozpoczął studia prawnicze. Po skończeniu osiemnastu lat wstąpił do wojska, gdzie dosłużył się stopnia trybuna. W 169 r. oficjalnie rozpoczął swoją karierę polityczną, otrzymując kwesturę i wchodząc do Senatu. W latach 170-171 przebywał w Hiszpanii (gdzie też sprawował kwesturę), następnie w 171 r. powrócił na krótko do Afryki, aby zająć się kwestiami spadkowymi po śmierci swego ojca, a ok. 172 r. wysłany został na Sardynię i w 173 r. znów powrócił do Afryki (tym razem już jako legat u boku namiestnika). 

W 174 r. wyjechał do Rzymu, objąć godność trybuna ludowego. W tym też czasie (ok. 175 r.) ożenił się z Pakką Marcjaną - którą zapewne szczerze kochał, jako że jeszcze długo po jej śmierci i już po ślubie z Julią Domną, fundował jej miejsca pamięci w Afryce. Dała mu ona dwie córki (nic o nich nie wiadomo, zapewne zmarły jeszcze w dzieciństwie). Potem Sewer wyjeżdża ponownie do Hiszpanii, gdzie obejmuje urząd legata. Stamtąd w 180 r. zostaje skierowany do Syrii, jako dowódca IV Legionu syryjskiego, gdzie przebywa ok. dwóch lat. W 182 r. jego kariera spowalnia, a on sam jakby zaczął wycofywać się z życia politycznego. Zapewne było to związane z wielką polityczną aferą, jaka wówczas wybuchła w Rzymie, w kręgu dworu i Senatu. Mianowicie w tymże roku (182) doszło do zamachu na młodego cesarza - Kommodusa (Lucjusza Eliusza Aureliusza Kommodusa) syna zmarłego przed dwoma laty cesarza-filozofa Marka Aureliusza. Kommodus, w chwili objęcia władzy nie miał nawet 19 lat. Od początku postępował bardzo nierozważnie. Gdy w swym namiocie konał Marek Aureliusz (do dzisiaj istnieją przypuszczenia, że to właśnie Kommodus "pomógł" ojcu opuścić ten świat), on już ogłosił, że nie zamierza dalej walczyć o poszerzenie granic Rzymu za Dunaj i rozkazał wycofanie się legionom na linię tej rzeki. Oznaczało to oddanie bez walki ogromnych terenów, wywalczonych w ciężkich bojach przez jego ojca, co spotkało się z oburzeniem i niechęcią tak wojskowych, jak i dostojników cywilnych. Szczególnie mocno zaprotestował Klaudiusz Pompejanus, wódz i przyjaciel Marka Aureliusza, żonaty z jego córką - starszą siostrą Kommodusa - Lucyllą. Powiedział że Rzym jest tam, gdzie przebywa cesarz i że obowiązkiem władcy jest dokończenie podboju ziem naddunajskich w Środkowej Europie (doszli do ziem dzisiejszych Czech). Cesarz jednak się uparł i Rzym oddał bez walki ogromne tereny, które wcześniej zdobył - był to już ostatni tak wielki wysiłek militarny Imperium na Północy, od tej chwili Rzym będzie się już tylko bronił przed atakami tamtejszych ludów.




Kommodus nie zapomniał jednak Pompejanusowi jego słów (Pompejanus jest pierwowzorem Maximusa Decimusa Meridusa z filmu "Gladiator" Ridleya Scotta z 2000 r., którego zagrał tam Russel Crowe). Pierwsze dwa lata upłynęły spokojnie i pomyślnie dla państwa (udało się np. uporządkować sytuację agrarną w Afryce, gdzie dzierżawcy narzucili tak wyśrubowane normy podwykonawcom, iż ci realnie zostali sprowadzeni do darmowej, niewolniczej siły roboczej. Ustawa z 182 r. przyznawała im znaczne pod tym względem swobody i uwalniała spod całkowitej władzy dzierżawców), a to głównie dlatego, że wciąż rządzili starzy politycy z czasów Marka Aureliusza, zaś Kommodus zupełnie do władzy się nie wtrącał. Wystarczyło mu iż mógł poświęcać się orgiom, obżarstwu (był bodajże pierwszym, który do Europy wprowadził zwyczaj zjadania pokarmu z nagich kobiecych ciał 😜), walkom gladiatorów - które uwielbiał (lubił też prywatne pokazy walczących kobiet, takich gladiatorek, które podczas jego panowania osiągnęły swoje apogeum. Ostatecznie walki kobiet na arenie zostaną zakazane przez cesarza Septymiusza Sewera w 200 r. pod wpływem skarg, płynących od obywateli, niezadowolonych z tego typu rozrywki. Po roku 200 kobiet na arenach - aż do całkowitego zakazania walk gladiatorów w 404 r. - już nie było). Lubił też wyścigi rydwanów i sam powoził (jak również występował na arenie jako odrodzony Herkules, popisując się ciosami w walce z gladiatorami, którzy przecież nie mogli go nawet zranić). Mimo to, cesarz uczynił swymi zausznikami dwóch ludzi. Pierwszym z nich był nowy prefekt pretorianów - Sekstus Tygidiusz Perennis - człowiek bez skrupułów zdolny wykonać każdy rozkaz swego władcy (choć gwoli sprawiedliwości należy również stwierdzić, że był nieprzekupny i dobrze wykształcony), oraz niejaki Saoteros, pokojowiec cesarza, który był też organizatorem jego erotycznych zabaw.




Ci dwaj dzierżyli teraz realną władzę w państwie, mimo iż senatorom wydawało się że przez wygłupy i zabawy Kommodusa, to oni rządzą państwem. Ani Perennis ani Saoteros nie wtrącali się jednak do uchwalanych ustaw, jeśli nie mieli ku temu rozkazu cesarza. A ten wolał się bawić niż zajmować nudną polityką. Saoteros sprowadzał mu kobiety, które przebierano za boginie, a Kommodus następnie odbywał z nimi stosunek (wraz ze swym pokojowcem i całą resztą zaproszonych gości), a następnie kazał publicznie rozgłaszać, że właśnie "wyruchał Artemidę" itd. Większości polityków w Rzymie to odpowiadało, uważali bowiem że lepiej jest by ów młokos deflorował panienki lub zabawiał się powożeniem rydwanem, niż zajmował realną polityką, w której mógłby doprowadzić do poważnych konsekwencji (takich, jak chociażby oddanie nabytków terytorialnych zdobytych przez swego ojca). Jedyną osobą, która z niepokojem i trwogą spoglądała na poczynania Kommodusa, była jego starsza siostra - Lucylla. Nie chodziło tylko o gorszące zachowanie cesarza, ale również o kwestie prestiżowe, jak choćby prawo do używania tytułu augusty i związane z tym honorowe przywileje. Lucylla, jako córka zmarłego cesarza Marka Aureliusza i siostra panującego władcy - Kommodusa, uważała, że ma prawo do tego tytułu. Ale w 178 r. Marek Aureliusz ożenił Kommodusa z pewną dziewczyną (mniej więcej była jego rówieśnicą) - Bruttią Kryspiną, wywodzącą się z majętnego i szlachetnego rodu Bruttiów. Stary cesarz chciał aby jego dzieci powiązać z najlepszymi i najbardziej godnymi partiami Imperium, stąd ożenek Kommodusa z Kryspiną (której ojciec, członek bractwa kapłańskiego Boskiego Hadriana, był przyjacielem Marka Aureliusza) i Lucylli z Klaudiuszem Pompejanusem, dobrym żołnierzem, wodzem i druhem. Chciał żeby jego dzieci były szczęśliwe i aby żyły dostojnie i godnie - na tym polu jednak poniósł całkowitą porażkę. 

Lucylla nie znosiła młodszej od siebie o ok. dziesięć lat Kryspiny, która, jako żona cesarza uważała, że to ona ma prawo do tytułu augusty i związanych z nim dostojeństw. Kryspina w 182 r. miała zaledwie dwadzieścia lat, była więc młoda, a wszystkie noce spędzała samotnie, jako że jej maż w ogóle nie chciał jej oglądać, poza publicznymi, oficjalnymi uroczystościami. Dlatego też spór z Lucyllą traktowała jako zadośćuczynienie swojego położenia, zdradzana notorycznie przez męża, który nie zaszczycił jej jeszcze w alkowie. Kommodus, choć starał się unikać żony, przystał jednak na jej prośbę i to właśnie jej powierzył tytuł augusty, co też oburzyło Lucyllę. Oburzyło ją to do tego stopnia, że postanowiła zorganizować zamach stanu i zamordować swego brata. Uknuła spisek, w który wciągnęła wielu polityków (w tym dalekich krewnych swego ojca - Ummidiusza Kwadratusa i Kwintianusa). Kwintianus był tutaj kluczowy, jako że brał on udział w orgiach Kommodusa i należał do grona jego przyjaciół. Miał on rzucić się ze sztyletem w ręku na cesarza w wąskim, ciemnym przejściu pod amfiteatrem, gdy ten będzie udawał się na kolejne munera (walki gladiatorów). Tak też się stało, tylko że miast od razu zadać cios, Kwintianus zabawił się w aktora. Podniósł dłoń ze sztyletem w górę i powiedział: "Oto, co posyła ci senat". To był błąd, poważny błąd. Tych kilka chwil zwłoki wystarczyło aby został obezwładniony i pojmany. Następnie poddano go straszliwym torturom, podczas których osobiście ponoć uczestniczył Kommodus. Gdy połamano mu ręce i nogi i obcięto genitalia, wydał wszystkich, którzy byli zaangażowani w spisek. W kolejnych dniach aresztowano i skazano na śmierć wszystkich uczestników spisku, łącznie z Lucyllą, którą jednak Kommodus kazał wywieźć na wyspę Capri i dopiero tam zabić. 

Cesarz teraz mścił się i srożył, bowiem sytuacja była naprawdę niebezpieczna. Spisek Lucylli był powiązany o wpływowe osobistości z grona Senatu. Poza tym okazało się też, że Lucylla planowała morderstwo nie tylko swego brata, ale także... swego męża Pompejanusa, którego nie znosiła. Chciała go zabić, a następnie poślubić Kwintianusa, cesarzem ogłosić Ummidiusza Kwadratusa. Przegrała jednak i musiała sama zapłacić najwyższą karę, ku uciesze swej konkurentki - Kryspiny (która notabene w sześć lat później, gdy totalnie znudzi się już cesarzowi, zostanie wysłana na tę samą wyspę - Capri i tam zamordowana w 191 r.). A cesarz się mścił, mścił się na każdym, na kim choćby padł cień podejrzenia o udział w zamachu. Przejmował też całe majątki skazanych na śmierć, łącznie ze wszystkimi nieruchomościami i niewolnikami. W jednym z takich majątków, należącym do Ummidiusza Kwadratusa, spotkał kobietę, która od razu przypadła mu do gustu i z którą związał się do końca życia. Była to niejaka Marcia - wyzwolenica i kochanka Kwadratusa, która teraz po prostu przypadła cesarzowi (co prawda była wolna, ale jak wiadomo wyzwoleńcy rzadko porzucali domy swoich właścicieli, jako że nie mając środków do życia, woleli dalej pełnić dotychczasowe zadania, tylko już teraz np. za pieniądze, niż szukać niepewnego szczęścia gdzieś indziej). Szybko też została kochanką cesarza i w przeciągu krótkiego czasu zbiła ogromny majątek. Miała też ogromne wpływ, znacznie większe niż Perennis i Saoteros razem wzięci. Jako jedyna mogła wchodzić do komnat cesarza bez wezwania. To ona organizowała dla niego teraz orgie (podczas których była główną bohaterką), jej majątek był tak wielki, że choć była wyzwolenicą, tytułowano ją "dostojną panią" i własnym kosztem odnowiła łaźnie w rodzinnym mieście swego ojca, w Anagni, w którym rada miejska ufundowała tablicę na jej cześć: "Dostojnej Pani Marcji Aurelii Cejonii Demetrias, która swoim kosztem przywróciła dawnemu stanowi łaźnie".




Marcja jednak była nieostrożna. Wdała się bowiem w tajny romans z niejakim Elektusem, również byłym niewolnikiem Kwadratusa, w którym zapewne się zakochała (po śmierci Kommodusa pobrali się). Musiała jednak dobrze się pilnować że ów romans nie wyszedł na jaw, gdyż gdyby wyszedł, cesarz pewnie wpadłby w paranoję. Już teraz podejrzewał wszystkich senatorów o knucie spisków na jego życie (dlatego też czasem w ich stronę kazał rzucać... żywe, choć pozbawione jadu węże, a do sali biesiadnej, w której spożywał posiłek z zaproszonymi dostojnikami, wpuszczał... lwy i tygrysy - choć pozbawione kłów i pazurów). Cóż dopiero by uczynił, gdyby dowiedział się że jedyna osoba której jeszcze ufa, zdradza go z wyzwoleńcem? W każdym razie rok 182 był niebezpieczny dla kontynuowania kariery politycznej i Septymiusz Sewer wówczas właśnie wycofał się na jakiś czas z życia politycznego (podobnie jak wcześniej uczynił to ów Pompejanus, na którego Lucylla również szykowała zamach, który to ostatecznie udał się do swych posiadłości, rezygnując z polityki. Ridley Scott nieco zmienił jego postać w "Gladiatorze", ale Maximus jako żołnierz wzoruje się właśnie na osobie Pompejanusa).




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...