WYŚWIETLENIA

20 sierpnia 2025

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! - Cz. II

CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA
KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO


KILKA ZDJĘĆ PREZENTUJĄCYCH OBRAZY ŚWIATA, KTÓREGO JUŻ NIE MA, KTÓRY POCHŁONĘŁA LUDZKA NIENAWIŚĆ, CHORE IDEOLOGIE I MNÓSTWO CIERPIENIA. ŚWIAT TEN PRZETRWAŁ JEDNAK NIE TYLKO W PAMIĘCI OSTATNICH ŻYJĄCYCH JESZCZE ŚWIADKÓW TAMTYCH DNI, ALE RÓWNIEŻ W POSTACI ZDJĘĆ, OBRAZÓW A NIEKIEDY AUDYCJI RADIOWYCH LUB FILMÓW. DZIĘKI TEMU MOŻEMY DZIŚ UJRZEĆ NA WŁASNE OCZY ŻYCIE LUDZI W CZASACH NIE TAK ODLEGŁYCH JESZCZE, ALE ZE WZGLĘDU NA TRAGEDIE WOJENNE XX WIEKU I ZMIANY SPOŁECZNO-MENTALNE POWSTAŁE W ICH WYNIKU, WYDAJE SIĘ JAKOBY POWSTAŁY ONE W ZUPEŁNIE INNYM ŚWIECIE. DLATEGO TEŻ TERAZ PRAGNĄŁBYM KILKA Z OWYCH ZDJĘĆ ZAPREZENTOWAĆ JAKO DOWÓD ŻE POMIMO UPŁYWU LAT I WCIĄŻ ZMIENIAJĄCYCH SIĘ RZECZYWISTOŚCI - MY, POLACY:


BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY!





POWRÓT WOJSKA PO MANEWRACH DO RZESZOWA
(1938)




PAŁAC W OSIEKU
(POLOWANIE Z PSAMI)
(1937)




WARSZAWA
AKTOR KAZIMIERZ JUNOSZA-STĘPOWSKI PRZED SWOIM SAMOCHODEM
(1930)




HANNA ROZWADOWSKA I ZBIGNIEW SAWAN 
NA PLANIE FILMU "SERCE NA ULICY"
(1930)



 
OKOLICE RUDAWY
WYCIECZKA GRUPY PRZYJACIÓŁ DO LASU
(1936)




KRAKÓW
AKTORKA TERESA SUCHECKA PODCZAS PRZEJAŻDŻKI PO MIEŚCIE
(1938)




WARSZAWA
MISTRZYNI OLIMPIJSKA W RZUCIE DYSKIEM z 1928 r.
HALINA KONOPACKA NA POKAZIE MODY
(1936)




UCZESTNICY RAJDU MOTOCYKLOWEGO
WARSZAWA-GDYNIA-WARSZAWA
(1932)




WYSOCKO MAŁE
ŚLUB KSIĘCIA LWA JERZEGO SAPIEHY Z HRABIANKĄ ZOFIĄ SZEMBEK
(1937)




TADEUSZ STYKA PODCZAS MALOWANIA PORTRETU
AKTORKI KAZIMIERY SKALSKIEJ
(1926)




WYPOCZYNEK WARSZAWSKIEJ MŁODZIEŻY 
NA BIELANACH
(1929)







NORA NEY I EUGENIUSZ BODO 
NA PLANIE FILMU "CZERWONY BŁAZEN"
(1926)




PLAC WOLNOŚCI W POZNANIU
(ok. 1935)




KRAKÓW
DEKORACJA PRZYGOTOWANA NA XIII ZJAZD LEGIONISTÓW
(1935)




HUCULI NA WYCIECZCE W KRAKOWIE
(1936)




PRZEPRAWA PRZEZ DUNAJEC
(ok. 1936)




WARSZAWA
UROCZYSTOŚĆ ODSŁONIĘCIA POMNIKA FRYDERYKA CHOPINA 
W ŁAZIENKACH KRÓLEWSKICH
(1926)




KRAKÓW
DZIEWCZYNKI PODCZAS OBCHODÓW ŚWIĘTA WIOSNY
(1934)




PRZEDSZKOLE DLA DZIECI KOLEJARZY W RADOMIU
(Początek lat 30-tych)




REKLAMA PIWA LWOWSKIEGO 
TOWARZYSTWA AKCYJNEGO BROWARÓW
(LATA 30-te)




OBCHODY 100 ROCZNICY WYBUCHU 
POWSTANIA LISTOPADOWEGO PRZED BELWEDEREM -
SIEDZIBĄ MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO
(1930)




SKAUCI FRANCUSCY ODDAJĄ HONORY PRZED 
GROBEM NIEZNANEGO ŻOŁNIERZA W WARSZAWIE
(1938)




13 WILEŃSKA DRUŻYNA HARCERSKA 
im. ZAWISZY CZARNEGO 
W DRODZE DO KAZIMIERZA DOLNEGO
(1927)




OBCHODY 400-ej ROCZNICY URODZIN 
KRÓLA STEFANA BATOREGO
(1933)




OSTATNIE DNI LETNIEGO WYPOCZYNKU W PIENINACH
 (WKRÓTCE POTEM PIEKŁO WESZŁO DO RAJU)
(1939)




WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO 1863-1864

OJCOWIE, A CZĘSTO DZIADOWIE TWÓRCÓW NAJJAŚNIEJSZEJ RZECZPOSPOLITEJ
 
 
WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO BYLI UWAŻANI ZA DUCHOWYCH TWÓRCÓW POLSKIEJ NIEPODLEGŁOŚCI, DLATEGO TEŻ OTACZANO ICH NIESAMOWITYM MIREM I CZCIĄ. DZIECI W DOMACH I SZKOŁACH UCZONO ŻE "DZIADKÓW" NIEPODLEGŁOŚCI NALEŻY CAŁOWAĆ W RĘKĘ I OKAZYWAĆ IM WIELKI SZACUNEK. DOSTAWALI TEŻ SPECJALNE DODATKI EMERYTALNE, BĘDĄCE EKWIWALENTEM NP. NA ZAKUP POTRZEBNYCH LEKÓW, USTĘPOWANO IM MIEJSCA W ŚRODKACH KOMUNIKACJI MIEJSKIEJ I WSZĘDZIE GDZIE SIĘ POJAWIALI. TAK II RZECZPOSPOLITA HONOROWAŁA SWOICH DUCHOWYCH TWÓRCÓW, A JAK III RZECZPOSPOLITA HONORUJE SWOICH DUCHOWYCH TWÓRCÓW - NIEZŁOMNYCH ŻOŁNIERZY POWSTANIA ANTYKOMUNISTYCZNEGO? SZKODA NA TEN TEMAT STRZĘPIĆ JĘZYK 
 

 
WETERAN POWSTANIA - JÓZEF DRAGUN
(1929)




WETERAN POWSTANIA - WALENTY BĘTKOWSKI
(1929)




WETERAN POWSTANIA - LUDWIK NOWAKOWSKI
(1939)




WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO PODCZAS ZWIEDZANIA ZAMKU KRÓLEWSKIEGO W WARSZAWIE
(LATA 20-te)




WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO 
NA PLACU PIŁSUDSKIEGO W WARSZAWIE
(1929)




WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO - WARSZAWA
(1936)




"DZIADKOWIE" NIEPODLEGŁOŚCI -CHOCIAŻ ONI SAMI PRZEGRALI - TO JEDNAK BYLI TYM ZASIEWEM, TYM ZIARNEM Z KTÓREGO POTEM Z RODZILI SIĘ CI, KTÓRZY PONOWNIE PRZYWRÓCILI NAM POLSKĘ NA MAPĘ EUROPY I ŚWIATA I UCZYNILI JĄ WIELKĄ NA MIARĘ SWOICH MOŻLIWOŚCI (CHOĆ NIESTETY, 20 LAT NIEPODLEGŁEJ POLSKI TO TROCHĘ ZA MAŁO, ŻEBY Z PAŃSTWA KTÓREGO NIE BYŁO NA MAPIE UCZYNIĆ MOCARSTWO EUROPEJSKIE, ALE W TYM KIERUNKU POCZYNIONO OGROMNE POSTĘPY)





CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM,
 POLSKIEJ ZIEMI CZEŚĆ!





BOHATEROWIE III RZECZPOSPOLITEJ - 
ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI/WYKLĘCI










CDN.

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. III

JAK WYGLĄDA BÓG? CZYM SĄ ZAŚWIATY? I CZY MOŻEMY PO ŚMIERCI TRAFIĆ DO PIEKŁA?


PRZEWODNIK
(czyli twardy orzech do zgryzienia)



Należy teraz trochę opowiedzieć o naszych Przewodnikach, których tu na Ziemi często nazywamy "Aniołami Stróżami". Są to byty tak różne i często tak oryginalne, że nie jesteśmy sobie w stanie tego nawet wyobrazić. Gdy opuszczamy Salę Sądu (o której pisałem w poprzednim temacie), przybywamy do szkoły, czyli miejsca, gdzie uczymy się i analizujemy nasze poprzednie życiowe zawirowania. Pewna kobieta, poddana sesji hipnoterapeutycznej, opowiadała, że jej Przewodniczka i Mentorka, wyszła po nią przed budynek szkoły. Powitała ją ciepło i zaprosiła do środka. Budynek wyglądał niczym grecka świątynia o strzelistych kolumnadach (taki widok jest indywidualny, druga dusza może ów budynek widzieć zupełnie zwyczajnie - jest to związane z naszymi osobistymi ulubionymi miejscami i przywiązaniem do określonych za życia obszarów - osoba poddana hipnozie w poprzednich życiach często żyła w Grecji, a i w obecnym życiu szczególnie interesowała się dziejami dawnej Grecji i Rzymu). Jej Przewodniczka, która pełni odtąd rolę jej Nauczycielki, również ubrana była w szatę na sposób grecki, jedno ramię miała odsłonięte. Zaprowadziła ją do budynku, gdzie już czekała cała jej grupa docelowa (ok. 20 dusz). Rozpoczęło się ponowne powitanie ze znajomymi duszami.

Tak dobrze czuła się w gronie swych przyjaciół z grupy, znali się zresztą od wielu tysiącleci ziemskiej wędrówki (dusze z naszej grupy bardzo często inkarnują w swoim pobliżu, by wzajemnie na siebie oddziaływać - choć nie jest to regułą). Pod kierunkiem Przewodniczki-Nauczycielki, cała grupa analizuje swoje poprzednie wcielenia, jednocześnie pomagając sobie wzajemnie uporać się z błędami, popełnionymi za życia. Nauczycielka nie zawsze jest w ich towarzystwie, niekiedy "wychodzi", zresztą członkowie "jednej paczki", uwielbiają przebywać we własnym towarzystwie, tam jest tyle ciepła, zrozumienia i życzliwości wobec naszych życiowych wyborów, że wszyscy członkowie grupy czują się prawie jak jedna istota (chociaż, tak jak w ziemskiej szkole, są zdolniejsi i słabsi uczniowie). A gdzie znika Nauczycielka-Przewodniczka? Najlepiej widać to podczas tzw.: "przerw". Owa wspomniana przeze mnie kobieta, poddana hipnozie, widziała ją w centrum innej grupy. Tamta grupa, była właśnie jej grupą docelową, a Przewodniczka tej kobiety, sama słuchała nauk swego Nauczyciela. Są bowiem różne poziomy rozwoju duszy, na pewnym etapie rozwoju możemy stać się Przewodnikami innych młodszych dusz, by przyśpieszyć swój własny rozwój. Mentor owej Przewodniczki (przejawiał cechy męskie), również "przychodził" do "świątyni" w której "wykładała" jego Uczennica.

Cały system opiera się na wzajemnej pomocy tych bardziej doświadczonych dusz, duszom stojącym na niższym stopniu rozwoju. Stopień rozwoju duszy widać w postaci barwy, jaką promieniuje. Zacznijmy od najmłodszych dusz, kim one są i dlaczego są "najmłodsze"? Jak już wcześniej pisałem, wszystko co istnieje pochodzi z Bezkresnego Oceanu Energii Miłości (notabene tych którzy zbliżyli się do tego Oceanu jest bardzo niewielu. Dzieje się to wówczas, kiedy gotowi jesteśmy wrócić na stałe do Boga, zachowując pamięć Wielości w Jedności. Ale bardzo ciekawe są opinie ludzi poddanych sesjom hipnoterapeutycznym, którzy co prawda Boga nie widzieli, ale bardzo blisko zbliżyli się do miejsca, z którego twierdzili, że tam jest Bóg - i o tym też napiszę) Ten Ocean, my na Ziemi przywykliśmy nazywać Bogiem, lub Nieskończonością (ja osobiście lubię tę ostatnią nazwę). "Młoda dusza" to jest energia odłączona od tego Oceanu, która jeszcze nigdy nie inkarnowała fizycznie, a co za tym idzie nie posiada żadnych doświadczeń. A doświadczenia są niezbędne. Wszystko, cały sens życia tu na Ziemi, jak i w całym przeogromnym Wszechświecie (mówię tu tylko o naszym Wszechświecie, a przecież istnieją i inne równoległe do naszego światy, jak również Wszechświaty stworzone przed powstaniem naszego, jak i te, które powstaną po nim jest ich wręcz ogromna ilość znaczy można pokusić się o stwierdzenie że jest ich nieskończenie wiele) sprowadza się do jednego - zebrania jak największej ilości doświadczeń. Dopiero wzmocniona tym bagażem doświadczeń (szczególnie, co symptomatyczne - umiejętności docenienia Miłości, poprzez doświadczenie zła i cierpienia) dusza może ponownie połączyć się z Nieskończonością, czyli "wrócić do Domu".

Tak więc młode dusze, które niedawno co inkarnowały na Ziemi (jednocześnie przywiązując się do swych fizycznych ciał, a dla takich dusz śmierć jest czymś bardzo traumatycznym, gdyż doświadczywszy fizyczności, obawiają się tego, co nieuniknione - czyli właśnie śmierci) świecą jasnobiałym światłem. Są bowiem jeszcze niedoświadczone, niewiele "przeżyły" i stosując klasyfikację szkolną należałoby powiedzieć, że są na poziomie żłobka, czy przedszkola. Przewodnicy tych młodych dusz sami także posiadają swoich Nauczycieli, gdyż dopiero zaczynają swą pracę, jako "Aniołowie Stróże". Młode dusze często wiec posiadają dwóch Przewodników, pierwszego oficjalnego i drugiego, który jest jednocześnie Nauczycielem ich własnego Mentora. Często są to bardzo różne "typy osobowości", jeśli mogę użyć takiego zdania. Nasz bowiem Przewodnik, z reguły jest szczególnie empatyczny i wyrozumiały dla wszelkich naszych wad, nie potrafi jeszcze wymagać od nowych dusz zdecydowanych kroków, służących samodoskonaleniu. I właśnie tutaj wkracza ten drugi Nauczyciel, który prócz tego że posiada cechy Pierwszego (empatia, zrozumienie naszych słabości i Miłość jaką nas obdarza), jednocześnie wymaga wykonania określonej pracy, umiejętności postawienia i wyciągnięcia zdecydowanych wniosków ze swego poprzedniego życia, które posłużą dla nas jako przestroga, w celu niepopełniania ich w kolejnych żywotach.

Wejście na wyższy poziom rozwoju duszy, to również zmiana naszej osobistej aury, naszej barwy, którą każdy z nas promieniuje (po śmierci wyglądamy niczym... lampki na choince, tak się mienimy różnokolorowym światłem. Zresztą pisał o tym również w Plutarch w swym dziele: "O odwlekaniu kary przez bogów" że inne duszy są jak "świecące lampki"). Barwa nabiera koloru ciemniejszego, jest to połączenie koloru czerwonego z białym. Poziom rozwoju, upoważniający duszę do "posiadania" tej barwy, kształtuje się w przeciągu kilkunastu kolejnych inkarnacji (niekiedy udaje się uzyskać ten "poziom" barwy - czyli ten poziom doświadczenia, szybciej - po kilku żywotach ziemskich, choć są to dość rzadkie przypadki). Następnym poziomem rozwoju jest barwa biało-żółta, potem już czysto żółta. Osiągnąwszy barwę ciemno-żółtą, możemy stać się Przewodnikami i Nauczycielami młodszych dusz, choć nadal posiadamy nad sobą swego Mentora, który nas wspiera i pomaga nam "wyegzekwować" obowiązki od młodszych dusz. Wspomniana przeze mnie wyżej kobieta - poddana hipnozie, opowiadała, że jej Nauczycielka promieniowała właśnie barwą ciemno-żółtą, zaś jej Mentor posiadał barwę ciemnobłękitno-fioletową (co znaczyło o ogromnym, prawie najwyższym stopniu samorozwoju, powyżej są już tylko Założyciele). Pomiędzy ciemnobłękitno-fioletowym, a ciemno-żółtym jest jeszcze poziom jasnobłękitny i fioletowy.

Osiągnąwszy najwyższy poziom samodoskonalenia i samorozwoju (tacy duchowi Mistrzowie, są o wiele ważniejsi dla młodych dusz, niż ich osobiści Nauczyciele, gdyż pomimo faktu że są dosyć wymagający, potrafią o wiele szybciej pomóc takiej młodej duszy "awansować" na wyższy stopień rozwoju. Ich zachowanie jest często bezprzykładnie dominujące, po prostu mówią co należy zrobić i rozliczają z tego, co się udało, a co nie. Oczywiście, jak już wcześniej pisałem, nie czynią tego w sposób obraźliwy, czy upokarzający. Obdarzają nas nieograniczoną Miłością, choć jednocześnie mówią krótko (dyskusja z nimi nie ma najmniejszego sensu) - "to po prostu ma być zrobione" i już, są bardzo wymagający. Można ich przyrównać do starych, dobrych profesorów, dzięki którym udało nam się opanować cały materiał szkolny i przejść do następnej klasy, chociaż gdy chodziliśmy do szkoły, uważaliśmy ich za "tyranów", którzy niepotrzebnie męczą nas nauką. Takie porównanie jest niezwykle trafne. Należy też dodać, że ci drudzy Mentorzy, oni rzadko kiedy czuwają nad nami za życia (tym zajmują się nasi Przewodnicy, czyli z kolei uczniowie tych "wymagających profesorów"), jednak również zdarzają się sytuacje, gdy interweniują osobiście.

Nasze życie jest pełne najróżniejszych przeciwności losu, oczywiście my chcielibyśmy żeby los sprzyjał nam przez całe życie, a tak się raczej nie zdarza. Częściej jest tak, że tych szczęśliwych chwil w życiu jest o wiele mniej, niż tych nieszczęśliwych. Gdy przydarzy nam się coś złego, gdy cierpimy fizycznie lub psychicznie, gdy bolejemy nad losem naszych bliskich - często zadajemy Bogu ciekawe pytanie: "Dlaczego Boże to mnie się przytrafiło, dlaczego tyle nieszczęścia na mnie spadło, dlaczego mnie tak każesz" itp. Często gdy tych negatywnych doświadczeń jest zbyt dużo, nie wytrzymujemy i "uciekamy", czyli odbieramy sobie życie. Jest to błąd, ale nie o tym pragnę napisać. Zupełnie inaczej widzimy nasze niedawne sprawy po śmierci. Tu już nie ma żadnych wyrzutów w kierunku Boga, nie ma żadnego narzekania na zły los (co oczywiście nie znaczy, że nie pamiętamy już tych wszystkich złych doświadczeń z naszego życia - pamiętamy wszystko, o to przecież właśnie chodzi). Teraz tymi, którym się "obrywa" za nasze porażki, są nasi Przewodnicy, gdyż to właśnie ich widzimy jako pierwszych (piszę tu o ludziach naprawdę rozżalonych, którzy nie mogą się uspokoić i wciąż rozpamiętują dawne życie i wynikłe w jego trakcie złe doświadczenia). To właśnie Przewodnicy wysłuchują naszych żali po śmierci i to właśnie Oni, tłumacząc nam wszystko - uspokajają nas.

W szkole, do której się udajemy po śmierci jest wielka biblioteka. W bibliotece tej znajdują się opasłe księgi - są to księgi naszych poprzednich żyć. Otwierając taką księgę (myślą przywołujemy to, co pragniemy ujrzeć), brak w niej jest jakichkolwiek liter i tekstu, za to są w nich ruchome obrazy z naszych poprzednich żywotów. Są to żywe, wielowymiarowe obrazy, które same się poruszają i przesuwają (niczym książki i gazety w świecie Harrego Pottera). Obraz pokazuje nie tylko nasze rzeczywiste poprzednie żywota, lecz również ich alternatywne warianty, a także przyszłe wydarzenia w kolejnych inkarnacjach (choć te, są to już tylko pewne warianty do wyboru, a nie odgórnie już przeznaczone i starannie wybrane "zakończenia". Wychodzi więc na to, ze nasze życie od momentu narodzin jest ściśle ustalone, ale... to my sami wybieramy warianty poszczególnych zakończeń różnych naszych życiowych epizodów, innymi więc słowy choć mamy gotowy scenariusz naszego życia, to my decydujemy o kształcie i kierunku w jakim zmierzamy i w jakim to życie zakończymy, choć z drugiej strony... jakikolwiek nasz wybór, to tylko jedna z już wcześniej przygotowanych ewentualności).

A co się tyczy pomocy jakiej doznajemy ze strony naszych Przewodników, ciekawym jest przypadek pewnej kobiety poddanej hipnozie, która w jednym z poprzednich inkarnacji żyła w Judei, ok. 50 r. p.n.e (na jakieś 50 lat przed narodzeniem Jezusa Chrystusa). Była niewolnicą, pracującą w tawernie, mieszczącej się w jednej z judejskich wiosek. Trafiła do niewoli, gdy jej rodzice zostali zabici przez Rzymian. Życie jej było niekończącym się koszmarem, codziennie bita za najmniejsze przewinienia przez swego właściciela, a także często gwałcona przez pijanych rzymskich żołdaków stacjonujących w mieście, którzy po służbie wpadali "na jednego". W wyniku przepracowania i złego traktowania, zmarła w młodym wieku 26 lat. Ale pomimo faktu, iż jej życie było nieprzerwanym pasmem nieszczęść, była tam jedna osoba, która traktowała ją inaczej niż wszyscy. Był to sędziwy starzec, jedyna łaskawa i miła jej osoba. W wolnych chwilach uczył ją wiary w siebie, a także wiary w coś o wiele wyższego, pełnego Miłości, innego niż ci wszyscy okrutni ludzie wokół niej. Często się załamywała, nie widziała sensu życia, on uczył ją opanowania i samodyscypliny, mówił że to wszystko jest przejściowe, że nie potrwa długo, że nie warto odbierać sobie życia. Dziewczyna wzięła jego rady do serca, ale wkrótce zmarła brutalnie pobita przez gwałcących ją żołnierzy.

Potem powiedziała hipnoterapeucie, że już wie, kim był ów starzec, jedyna miła jej w tamtym życiu osoba - "To był mój Przewodnik" - powiedziała. Przybył on na Ziemię (narodził się), by uzmysłowić jej sens istnienia i zapobiec głupstwu, jakiego chciała ona popełnić, odbierając sobie życie. Nie był to jedyny raz, gdy Przewodnik osobiście (w postaci fizycznej), interweniował w jej życiu. Pojawiał się dosyć często w innych inkarnacjach, czasem jako brat, czasem jako przyjaciel, znajomy, najlepsza przyjaciółka z klasy, były też żywoty, gdy zupełnie nie inkarnował w fizycznej postaci. Gdy hipnoterapeuta zadał jej pytanie, czy domyślasz się czy twój Przewodnik przybył do ciebie również i w tym życiu, kobieta po długim milczeniu najpierw się rozpłakała, a potem powiedziała z niezwykłym podnieceniem w głosie: "O Boże, wiedziałam, wiedziałam że to on, od chwili gdy tylko go urodziłam". Mój kochany synek, przybył tu do mnie widząc jak bardzo mi ciężko w życiu (kobieta ta przeszła załamanie nerwowe w związku z presją w pracy - próbowała bowiem zająć jedno z kierowniczych stanowisk w firmie, co pociągnęło za sobą rozpad jej małżeństwa w wyniku nieporozumień finansowych - gdyż mąż zarabiał od niej mniej i to spowodowało i niej ciężką depresję). Kobieta ta mówiła, ze od chwili narodzin jej synka, czuła że było w nim coś cudownie jej znanego, mówiła że gdy patrzy synkowi w oczy - on koi jej nerwy, uspokaja i wycisza, szczególnie po ciężkim dniu pracy, gdy opiekunka pójdzie już do domu.

Więc Przewodnik tej kobiety pojawił się w obecnym jej życiu, pod postacią jej synka - nasi Przewodnicy czynią podobnie, nie opuszczają nas ani na chwilę, inkarnują fizycznie, gdy tylko widzą że możemy "uczynić jakieś głupstwo" i niepotrzebnie zmarnować sobie życie. Częściej jednak opiekują się nami ze "sfery duchowej". Należy też pamiętać że nie wszyscy Przewodnicy są do siebie podobni, gdyż są to (jak już wspomniałem) bardzo różne osobowości. Wszyscy jednak sprawiają wrażenie nadopiekuńczych rodziców, którzy martwią się każdym kolejnym życiowym wyborem ich latorośli. My nie możemy porzucić Przewodnika, lub spróbować poprosić o jego "wymianę", to Oni sami nas wybierają. Pomagają nam poradzić sobie z uczuciem izolacji i osamotnienia, jaki niekiedy odczuwamy przybywając na ten ziemski świat, a przede wszystkim obdarzają nas nieskończonym uczuciem Miłości. Potrafią koić nasze zszargane nerwy, czasami podpowiadają nam właściwe rozwiązania naszych problemów - wystarczy nasza myśl, prośba o pomoc, o radę, którą kierujemy do Boga. Oni to wszystko przechwytują, dla nich nasze myśli, a szczególnie nasze prośby, są niczym mentalny odcisk palca, są wezwaniem, którego nie można zlekceważyć. Jeśli tylko pozwolimy im dojść do głosu (wyciszając się, medytując, modląc, a niekiedy taka podpowiedź może przyjść we śnie), na pewno nie pozostawią nas samych z naszymi problemami.




Od prapoczątków (tych znanych i tych nieznanych) ludzkości zawsze towarzyszyli bogowie, bardzo różni bogowie. Odpowiadali oni za określone i im przeznaczone zadania - byli bogowie Nieba i Ziemi, powietrza, wody i ognia, macierzyństwa i błyskawic, byli bogowie okrutni i bogowie łagodni, ale wszyscy oni wymagali od ludzi jakichś ofiar, wymagali również posłuszeństwa (oczywiście w różnej formie i z różnym natężeniem, np. najbardziej okrutni i mściwi byli bogowie wywodzący się z Mezopotamii, Asyrii, Babilonii, Syrii, bogowie Mittani, Hetytów i Egiptu, a także bogowie ziemi Kanaan i bogowie Izraelitów, najmniej wymagającymi byli greccy Bogowie Olimpijscy i bogowie rzymscy. Mimo to, świat ludzi starożytnych, to był świat życia zgodnie z wolą i nakazem bogów). Z czasem te kulty poczęły się ujednolicać w wyniku podbojów i aneksji jednego terytorium do drugiego, bogowie pokonanego państwa (a szczególnie gdy to państwo stało na wyższym poziomie rozwoju obywatelskiego i kulturalnego), stawali się również bogami zwycięzcy (lub atrybuty pokonanych dodawano do już istniejących rodzimych kultów). Pięknie to jest również (a może przede wszystkim) pokazane w Biblii, na przykładzie proroka Samuela i izraelskiego króla Saula.

Samuel, kierowany wskazówkami Jahwe, nakazał Saulowi uderzyć na plemię Amalekitów i po zwycięstwie wymordować wszystko co żyje - mężczyzn, kobiety, dzieci i bydło - wszystko. Saul nie posłuchał przykazania Samuela (Jahwe) i oszczędził władcę Amalekitów Agaga, oraz bydło tego plemienia. Samuel wówczas wpadł w furię, uznał że Saul popełnił zbrodnię, gdyż "nie usłuchał nakazu Pana". Sam więc zamordował Agaga, jednocześnie oznajmiając Saulowi, że odtąd nie będzie już dłużej królem Izraela. Nurtuje mnie ta biblijna scena. Zadaję sobie pytanie - jaki Bóg żądałby zamordowania kogokolwiek? (nawet najgorszych wrogów wybranego przez niego narodu i Jego samego). Przecież jest stworzycielem wszystkiego, a skoro tak, to co za różnica kiedy Jego wrogowie do Niego wrócą, czy stanie się to wcześniej czy później - Bogu powinno być to ganc egal, jest przecież nieśmiertelnym stwórcą wszystkiego, dlaczego więc żąda zabicia własnego stworzenia? No chyba że... Samuel nie kontaktował się z Bogiem, lecz z kimś lub czymś innym (tu możliwości jest wiele, lecz wydaje się że za postać Jahwe podawały się o wiele potężniejsze istoty z innych systemów galaktycznych, prawdopodobnie byli to Reptilianie, ewentualnie Nibiruanie - którzy zresztą (m.in.) byli twórcami Adama, Lilith i Ewy). W gadzim społeczeństwie posłuszeństwo i wierność stoją na najwyższym miejscu (na równi z ich wypaczoną filozofią religijną).

Tak więc od początków ludzkości, człowiekowi zawsze towarzyszyli okrutni bogowie. Ale też od początku ludzkości towarzyszyły przyjazne bóstwa domowe, które miały za zadanie chronić mieszkańców danej rodziny i zapewniać jej bezpieczeństwo. Był bóstwa indywidualne opiekuńcze, jak i bóstwa chroniące całe rodziny, klany, miasta czy państwa. Osobiste bóstwo służyło jako taki "Anioł Stróż", do którego zawsze mógł się człowiek zwrócić w każdej chwili. Takie prywatne bóstwa totemiczne chroniły przed złem i złym urokiem, oraz złym słowem, czy spojrzeniem. Potrafiły skutecznie odeprzeć niebezpieczeństwo (przykładem zaś zbiorowej wiary w ochronną moc bóstw wspólnych dla danej społeczności, było np. malowanie wielkich oczu na kadłubach starożytnych galer - i to niezależnie od wyznawanej religii, wszystko to służyło odpędzeniu złego uroku, rzuconego na obywateli danej społeczności). Skąd ci ludzie w ogóle wiedzieli, że mogą istnieć jakiekolwiek duchy opiekuńcze, które uchronią człowieka przed złem? Jak to skąd, z... pamięci. Z pamięci ich podświadomości, z pamięci okresu jaki spędzili pomiędzy wcieleniami. Owymi totemicznymi duszkami opiekuńczymi byli przecież nasi Przewodnicy, nasi duchowi Opiekunowie, którzy przetrwali w pamięci ludzi żyjących na Ziemi.

Bardzo dobrą drogą dotarcia do naszych Opiekunów, jest modlitwa. To bardzo ważne by ludzie zrozumieli, że modlitwa o pomoc nie pozostanie bez odpowiedzi. Jeżeli tylko będziemy zrelaksowani i skoncentrowani, wewnętrzny głos naszej wyższej jaźni przemówi do nas, nie pozostawi nas samych z naszymi problemami. Dość często też się zdarza, że Przewodnicy posiadają po kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt, czy więcej dusz, im więcej tym lepiej. Wydaje się że "zajęcie się", taką ilością dusz, byłoby dość trudne. Z pewnością tak jest, dla początkującego Przewodnika, ale dla Opiekunów, którzy są w tych sprawach doświadczeni, nie stanowi to najmniejszego problemu. Oto przykład, jak radzą sobie Przewodnicy, którzy posiadają pod swoją opieką po kilkanaście lub więcej dusz. Gdy jedna z podopiecznych dusz ma kłopot, lub poważniejszy problem do rozwiązania, podpowiadają możliwe rozwiązanie, poprzez... inną duszę, czyli będącą pod ich opieką inną żyjącą osobę. Zdarza się bowiem, że po rozmowie z rodziną, znajomymi, lub nawet z zupełnie nieznaną nam osobą, rozwiązanie przychodzi jakoś samo, nagle po rozmowie z tym człowiekiem zapala się w naszej głowie lampka - wiem co powinienem (lub powinnam) zrobić. Oczywiście nasi Przewodnicy dają nam jedynie drobne wskazówki, to my sami musimy "rozwiązać nasz kłopot", ale na pewno nie zostawiają nas sam na sam z naszym problemem i w taki lub inny sposób nam pomagają.

Lecz i tu jest pewna "ścieżka", którą należy kroczyć w naszych prośbach o pomoc czy radę. Nasi Przewodnicy raczej nie pomagają nam od razu "załatwić" danej sprawy, lecz czynią to stopniowo, małymi kroczkami, dlatego też, poszukując wskazówek, najkorzystniej dla nas jest prosić naszego Anioła Stróża (lub Boga - wszystkie nasze prośby i tak dotrą do Przewodników), o pomoc w wykonaniu kolejnego kroku naprzód, lub o kolejną małą podpowiedź. Przewodnicy bowiem mają różny "temperament", co oczywiście nie znaczy że im na nas nie zależy. Zależy im bardzo, w przeciwnym razie, nie byliby naszymi Przewodnikami (a nie ma takiej żyjącej istoty, która nie miałaby swego przewodnika), czasem jednak mogą "rzucić focha". Pewna kobieta, poddana hipnozie (inna niż opisywana przeze mnie wyżej), opowiadała jak wygląda i jak zachowuje się jej Przewodnik (kobieta ta była młodą duszą i posiadała dwóch Przewodników, swoją bezpośrednią młodą Przewodniczkę i jej Mentora). Ten drugi Przewodnik, bardziej doświadczony, przypominał z "wyglądu"... leśnego skrzata, był mały, wręcz kurduplowaty, o grubych rzęsach i brodzie, sprawiał trochę komiczne wrażenie. Ale był też bardzo wymagający, wciąż udawał obrażonego mówiąc: "Nie słuchasz mnie gdy do ciebie mówię, ignorujesz mnie", po czym wyciągał ręce do tyłu i udawał obrażonego, który czeka na przeprosiny.

Należy też dodać, że nasi Opiekunowie także cierpią. Cierpią gdy widzą że i my cierpimy (fizycznie lub psychicznie), że nie potrafimy znaleźć ścieżki, która zaprowadziłaby nas do drogi wiodącej ku rozwiązaniu naszego problemu. Dlatego też Oni udostępniają nam owe ścieżki, czy jednak zechcemy słuchać naszego wewnętrznego głosu, czy też go odrzucimy, lub strywializujemy - zależy już od nas samych.


CDN.
 

18 sierpnia 2025

PORADY DLA MĘŻCZYZN I KOBIET - Cz. III

OD ANTYKU PO WSPÓŁCZESNOŚĆ


GRECJA KLASYCZNA
ATENY
(V - IV wiek p.n.e.)
Cz. III





WYCHOWANIE MŁODYCH KOBIET


"KIEDY SIĘ OŻENIŁEM, Z POCZĄTKU POSTĘPOWAŁEM TAK, ŻEBY ANI KOBIECIE NIE DOKUCZAĆ, ANI TEŻ NIE POZWALAĆ JEJ NA WSZYSTKO. PILNOWAŁEM JEJ DOBRZE I DAWAŁEM BACZENIE, JAK NALEŻAŁO. ALE KIEDY URODZIŁO SIĘ DZIECKO, ZAUFAŁEM ŻONIE ZUPEŁNIE. POWIERZYŁEM JEJ WSZYSTKIE SWOJE SPRAWY (...) I POCZĄTKOWO BYŁA RZECZYWIŚCIE NAJLEPSZĄ Z NIEWIAST: ŚWIETNA GOSPODYNI, NIEZMIERNIE OSZCZĘDNA, WSZYSTKIM ZARZĄDZAŁA ZNAKOMICIE (...) 

PEWNEGO RAZU WRÓCIŁEM DO DOMU ZE WSI NIESPODZIEWANIE. PO WIECZERZY DZIECKO KRZYCZAŁO I BYŁO BARDZO NIESPOKOJNE (...) KAZAŁEM ŻONIE ZEJŚĆ I DAĆ DZIECKU PIERSI, ŻEBY WRESZCIE SIĘ USPOKOIŁO. ONA (...) ZACZĘŁA MI ROBIĆ SCENĘ: "TAK, JA MAM SOBIE IŚĆ, ŻEBYŚ TY MÓGŁ ZABRAĆ SIĘ TUTAJ DO DZIEWCZYNY! JUŻ RAZ PO PIJANEMU RZUCAŁEŚ SIĘ NA NIĄ". JA SIĘ ROZEŚMIAŁEM, ONA ZAŚ WSTAŁA I WYSZŁA (...) 
 ALE WYDAWAŁO MI SIĘ ŻE TWARZ MA UMALOWANĄ (...) 

WIEM WSZYSTKO CO DZIEJE SIĘ W DOMU. WYBIERAJ: ALBO KAŻĘ CIĘ WYSIEC BATAMI I POŚLĘ DO ROBOTY DO MŁYNA, I TO NA ZAWSZE, ALBO POWIESZ CAŁĄ PRAWDĘ, A JA DARUJĘ CI WSZYSTKO! (...) NAJPIERW WSZYSTKIEMU ZAPRZECZYŁA (...) ALE KIEDY TYLKO WSPOMNIAŁEM IMIĘ ERATOSTENESA, PRZESTRASZYŁA SIĘ (...) PRZYPADŁA MI DO NÓG, A JA JEJ ZARĘCZYŁEM, ŻE NAPRAWDĘ NIE SPOTKA JĄ NIC ZŁEGO. WTEDY DOPIERO OPOWIEDZIAŁA CAŁĄ HISTORIĘ"


 FRAGMENT "MÓW" LIZJASZA 
(PRZYWOŁUJĄCY PROCES O ZABÓJSTWO ERATOSTENESA, KTÓRY ok. 400 r. p.n.e.
UWIÓDŁ KILKA ATEŃSKICH MĘŻATEK 
I ZOSTAŁ ZABITY PRZEZ MĘŻA JEDNEJ Z NICH - EUFILETOSA)



Dziewczynki wychowywane były pod okiem matki i przebywały w gyneceum (pokoju specjalnie przeznaczonym dla kobiet) aż do czasu swego zamążpójścia. Choć nauka i pedagogika w Grecji była dość dobrze rozbudowana (z tym że sami pedagodzy - czyli niewolnicy przygotowujący chłopców do zajęć i odprowadzający ich do szkół - nie cieszyli się jednak szacunkiem w społeczeństwie greckim; świadczą o tym choćby słowa Peryklesa, który pewnego razu widząc, jak niewolnik zrywając owoce z drzewa, spadł z drabiny i złamał sobie nogę, rzekł: "Oho, teraz pewnie zostanie pedagogiem". Znane w Helladzie było też i inne określenie na osobę która nie dawała długo znaku życia i nie wiedziano gdzie przebywa i co się z nią dzieje: "Albo zmarł, albo gdzieś uczy dzieci", lub takie powiedzenie: "Przez naukę nikt złego człowieka nie przerobił na dobrego"), dziewczęta (z reguły, bo zdarzały się wyjątki od tej zasady) nie pobierały żadnych nauk, prócz tych, które były im niezbędne, jako kobietom - w przyszłej roli żon i matek. Sokrates co prawda mawiał że: "Kobiety wcale nie są gorsze od mężczyzn", lecz dodawał: "Wszystko, czego kobietom trzeba, to odrobinę więcej kondycji fizycznej i energii umysłowej", to jednak Grecy traktowali kobiety z prawdziwą pogardą. Młode dziewczęta cały czas przebywały pod okiem matki w gyneceum i o ile dorosła kobieta grecka bardzo rzadko opuszczała swój dom, o tyle młoda dziewczyna bardzo rzadko opuszczała gyneceum - o wyjściu na zewnątrz nie było bowiem nawet mowy (mówię tutaj o nastoletnich dziewczętach od ok. 10 roku życia). Dziewczyna nie mogła się z nikim spotykać, a szczególnie z mężczyznami (gdy w domach odbywały się sympozjony z udziałem zaproszonych gości, dziewczęta przebywały w gyneceum najczęściej... zamknięte na klucz wraz ze swą matką). 

Młoda dziewczyna nie powinna o wiele pytać, tylko słuchać co się do niej mówi i wykonywać polecenia. Oczywiście siedząc w zamkniętym pomieszczeniu zanudziłaby się na śmierć, więc matka przygotowywała dla córki lub córek zajęcie w postaci przędzenia i tkania (sama zresztą w tych pracach uczestniczyła). To właśnie kobiety i dziewczęta przygotowywały w domach niezbędne części odzieży, zarówno dla siebie samych, jak i dla swego ojca lub braci. Poza tym do ich codziennych obowiązków należało także przygotowanie posiłku. Były to dwa podstawowe zajęcia, jakich koniecznie musiały nauczyć się młode dziewczęta, aby przygotować się do przyszłej roli żony i matki - wszystko poza tym, czego ewentualnie się nauczyły (nauka czytania, pisania, rachowania, śpiewu, tańca), zależało od tego, czy jej ojciec wyraził na to zgodę i poświęcił swe pieniądze na specjalne kształcenie córki. Rola kobiety greckiej sprowadzała się albo do rodzenia dzieci, albo do umilania czasu mężczyznom, czyli ogólnie mówiąc do prokreacji. Dzieci i dbanie o dom, były najważniejszą funkcją jaka przyświecała greckiej kobiecie. Dziewczęta wydawano za mąż już w wieku ok. 14-16 lat. Ich oblubieńcy najczęściej mieli za sobą lata wspólnej nauki, ćwiczeń w gimnazjonie, pierwszych przygotowań do obowiązków militarnych i politycznych, ścisłych relacji ze swymi rówieśnikami, natomiast dziewczęta mogły im przeciwstawić jedynie umiejętność tkania i przędzenia wełny, przygotowywania posiłków i swej... samotności, spędzonej w czterech ścianach pokoju dla kobiet w domu ich ojca. Nie były więc dla swych przyszłych mężów (których najczęściej widywały po raz pierwszy w dniu ślubu) żadnym intelektualnym (ani jakimkolwiek innym) wyzwaniem i nic dziwnego że sprowadzane były jedynie do roli "chodzących macic". 




Ksenofont przedstawia związek małżeński, jako uzupełnienie się dwóch przeciwnych pierwiastków: męskiego i żeńskiego. Jeden jest aktywny, przeznaczony do walki, zapewnienia bytu ("żywienia żony") i dominacji, drugi zaś pasywny, przeznaczony przez naturę do dawania potomstwa, opieki nad domem i posłuszeństwa. Żona musi być nie tylko płodna i posłuszna, ale przede wszystkim oszczędna i... wierna. To były najważniejsze cechy dobrej greckiej żony: Płodność - Wierność - Posłuszeństwo - Oszczędność i tak postrzegali je nawet ci filozofowie (jak Sokrates, Platon czy Arystoteles), którzy przyznawali kobiecie równe możliwości intelektualne jak mężczyźnie - nazywając je jednak "ułomnym" lub "niedorozwiniętym mężczyzną". Niektórzy dopatrywali się nawet w kształcie żeńskich genitaliów pozostałości penisa, którego kobiety jako "mniej wartościowe istoty" miały utracić. W zasadzie jak się czyta utwory greckich autorów, to wręcz wylewa się z nich ogromny potok mizoginizmu, którego nie wytworzyło (w takich proporcjach) żadne antyczne społeczeństwo. Wolne kobiety w społeczeństwach helleńskich były nie tylko dodatkami do swych braci i mężów, ale wręcz ich realnymi niewolnicami, żyjącymi tylko i wyłącznie w celu przedłużania męskiego rodu. Znacznie zmieniło się to dopiero w czasach hellenistycznych, gdy kultura grecka zetknęła się z kulturami orientalnymi, wytwarzając swoistą mieszankę wybuchową, dzięki której kobieta grecka odzyskała podmiotowość osobistą i prawną. Na przykład egipska królowa Kleopatra (która Egipcjanką była tylko z nazwy, realnie bowiem płynęła w niej grecka krew, ale ponieważ Ptolemeusze żyli w Egipcie już od trzech wieków, przesiąknęła kulturą egipską znacznie mocniej niż kulturą grecką), odwiedzając Rzym w 46 r. p.n.e. była zdumiona i zniesmaczona pozycją kobiety rzymskiej, która nie różniła się (według niej) od pozycji jakie posiada "niemowlę lub kura". Kleopatra niepomna była tego, że gdyby urodziła się trzysta lat wcześniej, nie miałaby nawet tych praw, którymi wówczas cieszyły się Rzymianki. 

O pozycji i możliwościach prawnych kobiety greckiej (a konkretnie ateńskiej) świadczy chociażby przykład małżeństwa Alkibiadesa - znanego i bardzo popularnego ateńskiego wodza i polityka (znanego z tzw.: "afery herm" przed wyprawą sycylijską z 415 r. p.n.e.). Otóż jego żona Hippareta (którą poślubił ok. 425 r. p.n.e.) musiała znosić wszystkie jego ekstrawagancje, łącznie z zapraszaniem do domu na sympozjony gości i heter (w tym czasie Alkibiades zamykał żonę na klucz w gyneceum). Spokrewniony z rodem Peryklesa - Alkibiades, uważał że w swoim domu może uczynić wszystko - i tak właśnie czynił. Kazał na przykład sprowadzać swą żonę do sali w której odbywały się uczty i... publicznie przy gościach porównywał ją z uczestniczącymi w przyjęciu kurtyzanami i heterami. Nawet w tak niezwykle karykaturalnie podchodzącym do spraw seksu (na przykład na igrzyskach teatralnych nadzy młodzieńcy śpiewali i grali dla publiczności swoje hymny sławiące zarówno bogów, jak i wielkie zwycięstwa) i tak mizoginistycznym społeczeństwie, jakim było społeczeństwo ateńskie, działania Alkibiadesa powodowały niesmak i oburzenie. Hippareta była bowiem szlachetnego rodu, sprowadzanie jej i porównywanie do prostytutek było więc upokorzeniem nie tylko dla niej samej, ale i dla jej rodziny. W 416 r. p.n.e. Alkibiades głosował na Zgromadzeniu Ludowym za wysłaniem ekspedycji karnej przeciwko wyspie Melos. Mało tego, postawił wówczas propozycję (która została zaakceptowana) by wszystkich mężczyzn na wyspie wymordować, a kobiety wziąć w niewolę i przewieść do Aten. Tak też się stało i gdy w 415 r. p.n.e. powrócono z wyprawy, rynek niewolniczy zapełniły setki kobiet z Melos, sprzedawane następnie jako niewolnice w Pireusie lub na Agorze. Sam Alkibiades kupił sobie wówczas pewną młodą dziewczynę, którą zabrał do domu i uczynił z niej swą nałożnicę. Wprowadził ją następnie do gyneceum żony. Od tej pory obie kobiety rywalizowały o względy jednego mężczyzny - zarówno upokarzana Hippareta, jak i niewolnica, którą Alkibiades pozbawił wolności i przyczynił się do wymordowania jej rodziny.

 Hippareta urodziła Alkibiadesowi syna - ok. 416 r. p.n.e. (wkrótce po narodzinach, Alkibiades opuścił żonę i pojechał sobie na Igrzyska do Olimpii), niewolnica zaś dała mu syna ok. 414 r. p.n.e. i wówczas po Atenach zaczął krążyć pamflet (sporządzony zapewne przez politycznych przeciwników Alkibiadesa), opowiadający o jego niewierności i upokorzeniu, na jakie skazał swą małżonkę, która musiała nie tylko dzielić dom z jego oficjalną nałożnicą, ale teraz jeszcze tamta urodziła mu syna. Rozklejany po ulicach pamflet wołał: "Alkibiades ma syna z kobietą, której zabrał wolność, zamordował ojca i krewnych, zniszczył ojczyznę! A przecież obywatele Aten, takie wydarzenia budzą w was grozę, gdy oglądacie je na scenie teatru. Kiedy zaś coś podobnego dzieje się przed waszymi oczyma, w waszym mieście, nie przejmujecie się tym zupełnie (...) Dobrze natomiast wiecie, że to, na co pozwolił sobie Alkibiades, jest sprzeczne z wszelkimi prawami i pozostajecie obojętni". Cóż, Ateńczycy nie protestowali, bowiem wielu z nich również zakupiło sobie kobiety z wyspy Melos i uczynili je swymi kochankami - ponieważ jednak nie byli to sławni ludzie, historia na ich temat milczy. Hippareta nie była jednak w stanie dłużej znosić tego upokorzenia i uciekła do domu swego brata - Kalliasa. Następnie postanowiła się rozwieść, a ponieważ kobieta ateńska nie mogła tak po prostu anulować małżeństwa wypowiadając oficjalną formułkę, tylko musiała udać się do odpowiedniego archonta miejskiego (archonta eponima) i wnieść dokument rozwodowy (notabene: jeśli nie potrafiła czytać i pisać, musiała jeszcze kogoś prosić, by jej ów dokument sporządził, a i tak to ostatecznie archont decydował czy powód dla którego kobieta chce się rozwieść, jest warty jego uwagi, czy nie). Nim jeszcze do tego doszło, w domu jej brata zjawił się Alkibiades, żądając by Hippareta wróciła wraz z nim do domu. Miała ona odrzec, że póki jej gyneceum zajmuje niewolnica z dzieckiem, ona nie wróci do Alkibiadesa. Odpowiedź kobiety nie spodobała się mężczyźnie i zwoławszy kilku druhów porwał ją z ulicy na Agorze w biały dzień (gdy ta próbowała doręczyć archontowi pismo rozwodowe) i uprowadził do swego domu. Tam zamknął ją w gyneceum i zapowiedział że nie wypuści, ponieważ prawnie wciąż jest jego żoną (miał rację, póki kobieta nie złożyła pisma przed archontem i ten go nie zaakceptował, póty wciąż była żoną swego męża i ten miał prawo nakazać jej powrót do domu. Często więc zdarzało się że mężowie, którzy nie chcieli rozwodu - i zwrotu posagu - zastępowali żonie drogę na Agorze i uniemożliwiali jej dotarcie przed oblicze archonta).




Jednocześnie postanowił ukarać jej brata za to, iż ten śmiał udzielić schronienia jego małżonce. Na początku zarzucił mu że sam rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną (córką Galukona), ponieważ często lubił sprowadzać do domu kurtyzany i hetery (podobnie jak Alkibiades). Potem poślubił drugą żonę (córkę Ischomacha), z którą znów po jakimś czasie chciał się rozwieść, ponieważ... zakochał się w jej matce o imieniu Chryzylla. Dziewczyna jednak prosiła go by jej nie opuszczał, więc... ten wiązł sobie do swego domu zarówno matkę (która wówczas już owdowiała) jak córkę i żył z nimi dwiema jednocześnie 🥳 (jak to było w tej piosence: "Daj buzi daj, buzi daj, moja mała, twoja mama też kiedyś tak dawała"). Córka jednak nie potrafiła się pogodzić z tym, że dzieli małżeńskie łoże ze swoją matką - doszło do tego, że próbowała popełnić samobójstwo, została jednak odratowana. Następnie opuściła dom męża, usuwając się i zostawiając go swej matce. Romans Kalliasa z Chryzyllą też nie trwał długo i wkrótce i ona mu się znudziła. Znów zaczął sprowadzać do domu prostytutki a ostatecznie nakazał zaskoczonej kobiecie zabrać swoje rzeczy i opuścić jego dom. Kobieta była jednak w ciąży i wkrótce urodziła syna, którego Kallias długo nie chciał uznać. Dopiero gdy chłopiec miał ok. 7 lat, ponownie przyjął Chryzyllę z synem pod swój dach i uznał go za swoje dziecko (złożył nawet uroczystą przysięgę przed rodem Keryków). Takie zachowanie również budziło oburzenie wśród Ateńczyków. Kallias najpierw zostawił pierwszą żonę dla drugiej, potem drugą dla jej matki, którą również wyrzucił z domu i nie chciał uznać ojcostwa, ostatecznie jednak uznał i przyjął ją z powrotem po latach - "Czy takie zachowanie przystoi prawemu mężowi, kapłanowi Demeter i Persefony?" - dopytywał się publicznie Alkibiades. Była to reakcja na wypowiedziane na Zgromadzeniu Ludowym słowa Kalliasa, który stwierdzał iż obawia się zamachu na swoje życie z ręki Alkibiadesa. Nie wiadomo czy Alkibiades planował zamach, ale sam fakt iż Kallias uczynił spadkobiercą swego majątku lud ateński (w przypadku jego bezpotomnej śmierci cały majątek przechodził bowiem na własność męża jego siostry. Miał co prawda Kallias jeszcze dwóch synów, ale byli to nieletni chłopcy i ich prawnym opiekunem stałby się właśnie Alkibiades), jest niezwykle wymowny. 

Co zaś się tyczy Hipparety, to pogodziła się ona ze swym losem. Żyła odtąd w zgodzie zarówno z Alkibiadesem jak i z ową niewolnicą, która również była matką dziecka jej męża. Zmarła jednak w kilka lat później i zapewne szczęścia w swym małżeństwie nie zaznała. Zresztą to co w swym domu wyprawiał Alkibiades było godne pożałowania i zamknięcie się w gyneceum było bodajże najlepszym możliwym wyjściem. Miał on bowiem wcześniej romans z niejaką Medontis z Abydos - prostytutką, którą zabrał do swojego domu i żył z nią na zmianę (dzieląc się nią ze swym stryjem - Aksjochosem, który był niewiele tylko starszy od niego). Gdy dziewczyna urodziła córeczkę, obaj mężczyźni twierdzili że to jest dziecko drugiego. Mało tego, gdy dziewczynka podrosła, Alkibiades wziął ją do swego łoża jako nałożnicę, oddając ją co jakiś czas (podobnie jak wcześniej matkę) Aksjochosowi 😲 (to pokazuje totalną patologię, jaka trawiła społeczeństwo ateńskie). Dopuścić miał się Alkibiades jeszcze jednego haniebnego czynu w stosunku do swej małżonki - Hipparety. Otóż wysłał do niej pewnego mężczyznę, który miał jej obiecać zawrotną sumę 1 000 drachm, za to, że spotka się z pewnym, ponoć zakochanym w niej mężczyzną. Celem tej prowokacji było oskarżenie Hipparety o rozwiązłość, co doprowadziłoby do rozwodu bez konieczności zwracania pokaźnego posagu, jaki otrzymał Alkibiades na początku małżeństwa. Hippareta jednak nie dała się podejść i odprawiła mężczyznę, deklarując swą wierność mężowi. Ona rzeczywiście była mu wierną aż do śmierci, ale on zdradzał ją na każdym kroku, spraszając do swego domu kurtyzany i hetery. Zostawmy więc na razie żony i przejdźmy do owych heter, gdyż ich istnienie w greckim krajobrazie społeczno-politycznym jest bezdyskusyjne, a choć one same były tylko luksusowymi prostytutkami, niekiedy miały też wpływ na politykę i dalszy bieg dziejów (np. Aspazja przekonała Peryklesa żeby zawiązał sojusz z jej rodzimym miastem Miletem i doprowadził do wojny z Samos - konkurentką handlową Miletu).




Kim były hetery? Słowo "heteirai" znaczy "towarzyszka", czyli były to kobiety, które musiały wykazać się subtelnością, uprzejmością i ujmującym sposobem bycia. Musiały być znawczyniami subtelnej gry erotycznej, dobrymi tancerkami i muzykantkami (np. Alkibiades nie lubił jak hetery grały na flecie, twierdząc że to zniekształca ich twarze). Wielu polityków i ludzi zamożnych (których stać było na taki luksus jak hetera), utrzymywało co najmniej jedną (z reguły bowiem jedna wystarczyła, kobiety Kalliasa które przytoczyłem wyżej - matka i córka, same praktycznie doprowadziły go do bankructwa, tyle na nie wydawał. A na prostytutkę wydawało się znacznie więcej pieniędzy niż na żonę czy tym bardziej niewolnicę). Sam Sokrates prócz małżonki - Ksantypy, miał też "przyjaciółkę" o imieniu Myrto. Tak więc związki miłosne Greków z heterami i niewolnicami były znacznie częstsze, niż ich wizyty w gyneceach. Już Hezjod zalecał: "Lepiej kupić kobietę, niż się z nią żenić, bo pochodzącą z zakupu można w razie czego zaprząc do pługa" (😂). Eurypides, zaś choć często korzystał z usług heter, to jednak w swych sztukach portretował kobiety jako z reguły winne wszelkiemu złu wichrzycielki, nierządnice i plotkary (nie znosił kobiecego plotkowania i skarżył się, że kobiety cały czas tylko "coś szepcą" i ośmielają się to czynić nawet w towarzystwie mężczyzny). Wielu mężczyzn też skarżyło się na pazerność kobiet i ich umiłowanie do bogactwa i luksusu. 

Niejaki Lukian z Samosaty w swych "Rozmowach heter" przytacza dialog pewnego marynarza o imieniu Dorion z heterą Myrtale. Oto on: "Wszystko było dobrze dopóki przywoziłem ci wspaniałe prezenty" po czym wylicza: "Najpierw para trzewików z Sikanii - to dwie drachmy", "Ale za to spędziłam z tobą dwie noce" - odpowiada Myrtale. "Później przywiozłem ci alabastrowy flakon na pachnidła z Syrii, co kosztowało dwie drachmy", "Tak, ale przed podróżą dałam ci piękną koszulę, tę, co drugi oficer zostawił u mnie, gdy ofiarowałam mu noc", "Ale później przywiozłem ci cebule z Cypru, a także pięć śledzi i cztery okonie, a także przyniosłem ze statku sześć sucharów w koszyku, nie mówiąc już o sandałach wyszywanych złotem, ty niewdzięcznico. I jeszcze podarowałem ci cały wielki ser! (...) A ten twój kochaś z Bitynii nie dał ci nawet główki czosnku". Niektóre hetery same informowały swych sponsorów czego im potrzeba, jak owa Filumena, kochanka Krytona z "Listów heter" Alkifrona: "Trzeba mi pięćdziesiąt sztuk złota, a listów nie trzeba. Jeżeli więc kochasz, daj, jeśli zaś kochasz pieniądze, nie nudź. Bywaj zdrów!". 




Warto teraz przejść i zaprezentować (przynajmniej niektóre) najsłynniejsze hetery w dziejach Hellady, szczególnie zaś te, którym naprawdę udało się zbić spory majątek i zdobyć sławę oraz uznanie (bowiem większość kobiet praktykujących ów "najstarszy zawód świata" kończyła z reguły marnie, w najlepszym razie jako małżonki jednego ze swych klientów, lub kobiety prowadzące dom publiczny. W najgorszym zaś, traciły urodę i zdrowie po kilku latach i kończyły na ulicy jako sprzedajne za kilka oboli "porne" - czyli po prostu "ku...y"). Nic dziwnego że każda z nich starała się uzyskać jak najwięcej korzyści majątkowych z przygodnych spotkań z klientami, gdyż lata biegły nieubłaganie a wraz z nimi upływał powab i uroda. O tym jednak w kolejnej części.


CDN.
 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...