WYŚWIETLENIA

25 lipca 2025

INTEGRACJA, KOLABORACJA CZY WROGOŚĆ? - Cz. II

CZYLI JAK ŻYLI GRECY
W IMPERIUM RZYMSKIM
I CZY ASYMILOWALI SIĘ 
Z RZYMIANAMI?




I
TYTUS KWINKCJUSZ FLAMININUS i
"WOLNOŚĆ WSZYSTKICH HELLENÓW"
(CZYLI OD EUFORII DO UPADKU
"PIERWSZEGO LUDU ŚWIATA")
Cz. II


Państwem spartańskim (czy raczej lacedemońskim, jak właściwie należałoby je określić), władał w tym czasie (lata 90-te II wieku p.n.e.), niejaki Nabis. Był on królem Sparty (choć przez wielu uważany był za tyrana) wywodzącym się z bocznej linii dynastii Eurypontydów. Był on już trzecim wielkim reformatorem spartańskiego ustroju III i II wieku p.n.e. Jego poprzednikami byli zaś: Agis IV i Kleomenes III. Należy bowiem stwierdzić, że choć państwo spartańskie utrzymało wolność polityczną i nie podlegało bezpośredniej kontroli Macedonii (w przeciwieństwie np. do Aten, gdzie w porcie w Pireusie stacjonował macedoński garnizon), to jednak nie było już tym samym państwem, jakie znamy z wieków wcześniejszych. Co prawda państwo to było dość bogate, a królowie posiadali liczny skarbiec, jednak znacznie więcej było biedy wśród obywateli spartańskich, którzy choć posiadali niewielkie przydziały ziemskie, to jednak na przełomie III i II wieku p.n.e. ogromna większość z nich była potwornie zadłużona, a wierzycielami pozostawała garstka najbogatszej elity spartańskiej (która w tym właśnie okresie liczyła nie więcej, niż ok. 100 osób). Zresztą wszystkich obywateli też było niewielu, zaledwie 700 (mówimy oczywiście o męskiej populacji, gdyż kobiet i dzieci w to nie wliczano). Całą resztę stanowiła ludność pozbawiona obywatelstwa i praw z tym związanych, czyli byli to albo periojkowie (grupy osób napływających z innych greckich polis, które osiadły w Sparcie i tutaj zamieszkały), hypomejoni - czyli obywatele Sparty, którzy utracili obywatelstwo (np. za długi), oraz niewolnicy państwowi, czyli heloci. 

Państwo, które mogło wystawić armię złożoną z zaledwie 700 obywateli (a jedynie obywatele Sparty/Lacedemonu mogli służyć w wojsku i nosić broń), nie mogło być wówczas żadną realną siłą w świecie, w którym potęga państw takich jak Macedonia, Egipt czy Syria - była nieporównanie większa (państwa te dysponowały armiami liczącymi od prawie 100 tys. do ponad 150/200 tysięcy żołnierzy). Dlatego też zmieniła się wewnętrzna rola i charakter tego kraju. Sparta przestała się liczyć jako ogólnogrecki podmiot, choć wciąż jej rewanżystowskie działania w stosunku do Mesenii i państw Peloponezu, budziły niepokój (nawet w Macedonii). Krajem wciąż rządzili królowie, ale prawdziwa władza była skupiona w rękach najbogatszych obywateli, członków geruzji i eforów. Władza królewska była praktycznie symboliczna i ograniczała się do zadań kultowych w czasie pokoju, oraz dowódczych w czasie wojny - prawdziwymi kreatorami polityki państwa byli właśnie eforzy (wybierani na rok w liczbie sześciu), którzy przewodzili również obradom Geruzji, czyli rady starszych (złożonej z 30 sprawujących dożywotnio swój urząd gerontów, wywodzących się z najbogatszych rodów Lacedemonu), pełniącej rolę takiego senatu doradczego dla eforów. Realna władza polityczna obywateli sprowadzała się jedynie do wyborów eforów (spośród wskazanych wcześniej kandydatów, przy czym głosów nie liczono, a jedynie nasłuchiwano kto głośniej krzyczy za danym kandydatem - co też stwarzało duże pole do nadużyć, bowiem w Sparcie obywatele na zgromadzeniu ludowym - czyli apelli, głosowali... krzycząc) i od czasu do czasu składu Geruzji (w przypadku śmierci danego geronta). 




Oczywiście "głosować" (swym gardłem) mogli jedynie mężczyźni, ale za to kobiety posiadały w swych rękach praktycznie całą potęgę finansową danego rodu, a co za tym idzie i państwa. Ziemia bowiem, będąca największym wyznacznikiem bogactwa, choć oficjalnie należała do ich mężów, w rzeczywistości to właśnie one głównie nią rozporządzały. One delegowały grupy helotów do pracy, one wreszcie gromadziły środki ze sprzedaży bogactw, jakie owa ziemia zrodziła. Można więc powiedzieć że finanse zarówno spartańskiego domu, jak i poniekąd państwa, były właśnie w rękach Spartanek. Mimo iż Sparta wewnętrznie się bogaciła, to jednak bogactwo było rozłożone nierównomiernie i wielu obywateli traciło swe prawa (wraz z ziemią) właśnie za długi, a to oznaczało, że państwo spartańskie nie było w stanie wyjść z zamkniętego kręgu zmniejszającej się populacji obywateli-żołnierzy, a co za tym idzie, niezdolne było nawet do podjęcia próby odzyskania utraconych terenów wspaniałej Mesenii, krainy pełnej pól uprawnych, które mogłyby zadowolić spartiatów. Po raz pierwszy Sparta rozpoczęła podbój Mesenii w roku 743 p.n.e. Bardzo szybko udało im się ten kraj opanować, gdyż w kilku potyczkach zwyciężyli Meseńczyków i zajęli ich stolicę - Steniklaros. Wydawało im się że wojnę już wygrali, ale król Mesenii - Eufajos polecił swym poddanym przenieść się na niedostępną górę Ithome, gdzie założyli nową stolicę. Spartanie nie zamierzali zdobywać Ithome, im bowiem chodziło o meseńskie równiny, więc zaakceptowali ten stan rzeczy. Niestety, szybko okazało się że Meseńczycy rozpoczęli wojnę partyzancką i odbijają plony, jakie już zebrali spartańscy koloniści. Nie było rady, aby zabezpieczyć swoje panowanie w tym kraju, należało zdobyć Ithome, jednak walki pod górą i jej oblężenie trwało przez prawie 19 lat, do 724 r. p.n.e. 




Przez ten czas zamknięci na górze Meseńczycy zaczęli cierpieć ciasnotę, dodatkowo pojawiły się jakieś epidemie, które dziesiątkowały obrońców. Aby więc zatrzymać nieszczęścia i uprosić odmianę losu u bogów, postanowiono złożyć Zeusowi w ofierze jedną z dziewic. Dziewicą tą miała być córka niejakiego Likiskosa (członka dynastii Ksenofontydów), który został zmuszony przez lud nie tylko do jej poświęcenia, ale także do osobistego jej zamordowania na ołtarzu Zeusa. Likiskos został do tego zmuszony zarówno przez króla Eufajosa, jak i przez lud i przysiągł że spełni ich żądanie, ale gdy nadszedł dzień złożenia ofiary z córki, okazało się że ani ojca ani dziewczyny nigdzie nie było. Pod osłona nocy zbiegli do obozu Spartan. Lud był tak wzburzony jego zdradą, że zamierzał wymordować całą rodzinę królewską jako zdrajców, ale wówczas jeden z krewniaków Eufajosa, imieniem Aristodemos zapowiedział, że złoży własną córkę w ofierze Zeusowi, w zamian za życie dla pozostałych członków swej rodziny. Lud wyraził zgodę, znów jednak okazało się że los nie sprzyjał Ksenofontydom (dynastii panującej w ówczesnej Mesenii). W obronie dziewczyny wystąpił teraz zauroczony jej pięknem młodzian, który zapowiedział publicznie, że córka Aristodemosa nie jest już dziewicą i że nosi w sobie jego dziecko. Złożenie w ofierze kobiety brzemiennej byłoby świętokradztwem i obrazą bogów, ale jednocześnie Aristodemos obawiał się reakcji tłumu na kolejną nieudaną ofiarę i począł przekonywać zebranych, że chłopak kłamie, a gdy zabrakło mu argumentów, po prostu wyciągnął miecz i przebił nim pierś swej córki. Kapłani byli niezadowoleni i zaczęli szeptać: "To żadna ofiara, to zwyczajne morderstwo". Jednak lud owacyjnie przyjął tę "ofiarę". Nic się jednak nie zmieniło w położeniu Meseńczyków zamkniętych na Ithome. Król Eufajos zginął w jednej z bitew pod górą, próbując przerwać spartańskie oblężenie, zaś Aristodemos (jego następca), w kilka lat później popełnił samobójstwo przy grobie własnej córki. Po jego śmierci wygłodzeni Meseńczycy musieli się poddać. Wszyscy zostali zamienieni w niewolników - helotów i odtąd dawni władcy Mesenii musieli ciężko pracować dla nowych panów tych ziem, jednocześnie będąc traktowani w sposób niezwykle brutalny. Tak oto w roku 724 p.n.e. Mesenia padła łupem zwycięskich Spartan.

W czterdzieści lat później, w roku 685 p.n.e. Meseńczycy zbuntowali się po raz pierwszy przeciwko swemu ciężkiemu położeniu, gdyż nowi panowie traktowali ich nawet nie jak niewolników, a jak zwierzynę łowną. Poczęto organizować nawet zawody "sportowe" dla spartańskiej arystokracji, noszące nazwę "krypteia". Ze sportem oczywiście nie miało to nic wspólnego, a polegało na otaczaniu pod osłoną nocy jednej z licznych wiosek helotów, podpalaniu jej i mordowaniu każdego uciekającego Meseńczyka (mężczyzn, starców, kobiet i dzieci - bez znaczenia). Nic więc dziwnego, że wreszcie doszło do buntu. Przywódcą powstania został niejaki Aristomenes, niewolnik z okolic miasta Andania, które to miasto zostało opanowane przez helotów i uczynione główną bazą odrodzonych Meseńczyków. Stamtąd organizowano podjazdową wojnę partyzancką na tereny spartańskich kolonistów. Powstanie trwało przez 16 lat, a w jego trakcie udało się Meseńczykom odzyskać sporą część kraju. Po dwóch latach wyzwolono całą dolinę Pamisosu, odzyskując dawną stolicę kraju - Steniklaros.Wydawało się wówczas, że odrodzenie Mesenii jest już tylko kwestią czasu, tym bardziej że z Aristomenesem zaczęły współpracować inne greckie państwa Peloponezu, a szczególnie Arkadyjczycy króla Aristokratesa. Zjednoczony w sojuszu z Arkadią Aristomenes, postanowił wydać Spartanom decydującą bitwę. Doszło do niej na równinach Denteliatis (ok. 683 r. p.n.e.). W bitwie tej Aristomenes poniósł klęskę, ponieważ król Arkadyjczyków zdradził go, opuszczając z wojskiem pole bitwy. Klęska nie była jednak pełna (choć utracono wszystkie dotychczasowe zdobycze), postanowiono bowiem znów schronić się na górze, tym razem jednak była to góra Ira (na północ od Ithome, na granicy z Arkadią). Tam dalsza wojna partyzancka trwała przez kolejne czternaście lat.

Wreszcie jednak Ira także została zdobyta przez Spartan w 669 r. p.n.e. (podstępem, podczas ulewnej nocy, gdzie siły obrońców patrolujący górę były mniejsze, gdyż nie obawiano się ataku Spartan podczas takiej ulewy). Aristomenes zdołał jednak wyprowadzić stamtąd większość żołnierzy oraz kobiet i dzieci, po czym wszyscy udali się na dwór króla Arkadii - Aristokratesa do Tegei. Aristomenes nawet pobity i zmuszony do ucieczki z kraju, nie przestawał myśleć o dalszych działaniach wojennych, a nawet planował ofensywę na Lakonię, zdobycie Sparty i wymienienie jej na Mesenię. Prosił jedynie króla Arkadii o wsparcie wojskowe do chwili aż się ponownie nie umocni. Jednak Aristokrates nie zamierzał mu pomagać, wysłał swego posła do Sparty, deklarując że gotowy jest im wydać Aristomenesa, jeśli odpowiednio mu zapłacą. Ci się zgodzili, ale tajne plany króla wyszły szybko na jaw i został on ukamienowany (jako krzywoprzysięzca) przez własnych poddanych. Aristomenes i ci Meseńczycy, których wyprowadził z Iry (była to zaledwie garstka populacji kraju), nie wrócili już jednak do Mesenii. Odpłynęli oni z Grecji na Sycylię, gdzie założyli miasto Messanę (dzisiejsza Mesyna). Potem doszło do jeszcze jednego - drugiego dużego powstania helotów w Mesenii w latach 464-455 p.n.e (zwanego III wojną meseńską). Powodem buntu było silne trzęsienie ziemi (ok. 20 000 zabitych) jakie nawiedziło Lakonię (czyli krainę spartiatów, gdzie leżała sama Sparta) w 464 r. p.n.e. Prócz samych helotów, po raz pierwszy do powstania przyłączyli się również periojkowie (dwa zasiedlone przez nich miasta). Powstańcy ponownie zajęli i obsadzili górę Ithome, a Spartanie - nie mogąc sobie z nimi poradzić - poprosili o pomoc Ateńczyków (wówczas w tym mieście przewagę miało stronnictwo Kimona - o którym już wspomniałem w innej serii - bardzo przyjazne Sparcie), ale przybycie ateńskich oddziałów pod wodzą Kimona (462 r. p.n.e.) również nie doprowadziło do zdobycia góry. Wówczas Lacedemończycy postanowili odprawić Ateńczyków, obawiając się aby ci nie przyłączyli się do buntowników, lub aby nie szerzyli wśród żołnierzy wrogiej propagandy (chodziło o idee demokratyczne). Po kilku miesiącach odesłano ich więc z powrotem. Powstańcy ostatecznie skapitulowali dopiero w kilka lat później (455 r. p.n.e.), i to dopiero wówczas, gdy Spartanie obiecali dać im wolność, oraz bezpiecznie opuścić Mesenię (Ateńczycy osadzili ich w Naupaktos w Lokrydzie).


ATEŃSKI HOPLITA



Dojdzie jeszcze do dwóch, mniejszych już powstań helotów w Mesenii. W roku 425 p.n.e. część mieszkańców tego kraju zbuntowała się, po wielkim zwycięstwie Ateńczyków w bitwie ze Spartanami pod Sfakterią (do ateńskiej niewoli dostało się wówczas 292 jeńców, w tym 120 Spartiatów, co spowodowało że Sparta dążyła do zawarcia pokoju nawet na niekorzystnych dla siebie warunkach, byle tylko odzyskać swoich obywateli - co też poniekąd świadczy o degradacji państwa lacedemońskiego, gdyż kurcząca się populacja obywateli była tak ważna, że strata w bitwie nawet kilkudziesięciu z nich mogła być prawdziwą katastrofą, natomiast taki np. Rzym, gdy w bitwie z Hannibalem pod Kannami stracił ponad 40 000 obywateli, był w stanie w szybkim tempie wystawić kolejne siły do dalszej walki). Do jeszcze jednego, tym razem już skutecznego buntu helotów, doszło w roku 369 p.n.e. i było ono spowodowane tebańską agresją na Spartę, w wyniku czego Mesenia została trwale wyzwolona i do opanowania Grecji przez Rzym, Sparta już nie odzyskała władzy nad tą krainą. Ciekawie wyglądały również próby narzucenia przez Spartę swego władztwa innym państwom greckim na Peloponezie. Zaraz po zakończeniu powstania helotów w Mesenii, Sparta postanowiła opanować Argos (i całą Argolidę), jednak w bitwie pod Hysiaj (669 r. p.n.e.) poniosła klęskę i na razie musiała zrezygnować z tych planów, jednak nie porzucono myśli o podboju całego Peloponezu. W dziesięć lat później Lacedemończycy ruszyli ponownie, tym razem przeciwko arkadyjskiemu miastu Figalii (będącemu bramą do opanowania całej Arkadii). Miastu temu jednak pomocy udzieliło inne arkadyjskie polis - Orestazjon i razem ponownie rozbili siły spartańskie w bitwie pod Figalią (659 r. p.n.e.). Po raz ostatni zbrojną próbę opanowania całego Peloponezu - poprzez zajęcie Arkadii, podjęli Spartanie w 640 r. p.n.e. gdy ruszyli przeciwko największemu miastu tej krainy - Tegei. Ponownie jednak los im nie sprzyjał i zostali pokonani w bitwie pod tym miastem, tracąc wielu zabitych i jeńców. 


SPARTA
NAZNACZONE LINIĄ MURY POWSTAŁY DOPIERO W III WIEKU P.N.E., GDYŻ WCZEŚNIEJ SPARTANIE CHAŁUPILI SIĘ, IŻ SĄ ONE IM NIEPOTRZEBNE, GDYŻ "ŻADNA SPARTANKA NIGDY NIE UJRZAŁA ORĘŻA OBCEGO WOJOWNIKA", A GDY ATEŃCZYCY CHWALILI SIĘ, MÓWIĄC: "WIELOKROTNIE WYPĘDZALIŚMY WAS Z NAD BRZEGÓW KEFIZOSU", SPARTANIE ODPOWIADALI: "A MY WAS ZNAD BRZEGÓW EUROTASU JESZCZE NIGDY"



Spartanie nie zamierzali jednak odpuścić i wciąż ponawiali ataki w celu podboju żyznej Arkadii. Do kolejnego wielkiego ataku na Tegeę doszło w roku 585 p.n.e. i po raz kolejny już bitwa ta zakończyła się klęską Lacedemończyków. Dopiero w kampanii roku 560 p.n.e. udało im się zadać klęskę Tegejczykom, ale samego miasta zdobyć już nie zdołali, tracąc pod nim wielu obywateli - spartiatów. Wówczas postanowili zaprzestali dalszych prób zbrojnego opanowania Peloponezu (według legendy do Lacedemończyków miał przemówić pewien starzec imieniem Glaukus, syn Epikidesa {jednego z autorów nieudanej kampanii z roku 640 p.n.e.}, który zwrócił się do nich tymi słowy: "Poniechajcie wszelkiej myśli o podboju ziem sąsiednich. Jeżeli zaś jesteśmy silniejsi od innych - użyjmy siły naszej ażeby bronić Hellenów od wspólnego wroga i wspierać sprawiedliwość tam, gdzie będzie deptana". Lacedemończycy postanowili wówczas podporządkować sobie inne państwa Peloponezu, tworząc sojusz, dzięki któremu oni (jako najwięksi i najsilniejsi) pełniliby pozycję dominującą (ok. 556 r. p.n.e.) Tak właśnie narodziła się Symmachia Spartańska, która zwana jest również Związkiem Peloponeskim. Okres ten (od porzucenia planów militarnego podboju Peloponezu ok. 560 r. p.n.e.), był czasem bodajże największej świetności państwa spartańskiego w dziejach. To właśnie wówczas swe elegie tworzył sławny Tyrtajos, swe pieśni pisał Alkman, w architekturze nowe trendy wyznaczali Teodoros z Samos i Bakhykles z Magnezji (którzy zamieszkali w Sparcie), zaś prawdziwe triumfy w greckim świecie święciła lakońska ceramika. Powstawały wspaniałe dzieła sztuki, takie jak świątynia Artemidy Orthia (ok. 600 r. p.n.e.), sławny tron Apolla w Amyklaj (ok. 550 r. p.n.e.), czy rzeźby Skiasa (576 r. p.n.e.). Związek Peloponeski narodził się właśnie w tym czasie, a Sparta pełniła w nim rolę hegemona. To, czego nie uzyskała w drodze podboju, zdobyła poprzez unię, dzięki której miała wpływ na politykę innych państw Peloponezu, a swoje kompetencje realizowała z całą konsekwencją.


HOPLITA z LACEDEMONU



Zbrojna interwencja Sparty w roku 582 p.n.e. spowodowała upadek władzy tyrańskiej w Koryncie i zainstalowanie tam rządów arystokratycznych (jednocześnie doprowadzając do uniezależnienia się od Koryntu wyspy Korkiry, co również było związane z pewnym upadkiem gospodarczym tego miasta, na czym z kolei zyskała Sparta), pozwoliło to też usamodzielnić się gospodarczo Argos które było pod coraz większą dominacją Koryntu. Należy bowiem pamiętać że tyrańskie rządy w Koryncie były bardzo ożywcze dla tego miasta. Tyrania zaczęła się od zamachu stanu niejakiego Kypselosa w 657 r. p.n.e. i wypędzeniu przez niego arystokracji korynckiej (z dawnego królewskiego rodu Bakchiadów, z którego też sam po matce pochodził). Nim jednak zdobył władzę, miał udać się do Delf, prosząc boga Apolla o radę co ma czynić i jak potoczą się jego losy. Pytia przepowiedziała mu wówczas co następuje: "Będzie szczęśliwy ten mąż, co do mego przybytku wstępuje, sam on i jego synowie, synowie zaś synów - bynajmniej". I to właśnie się sprawdziło, bowiem zarówno sam Kypselos, jak i potem jego syn Periander cieszyli się wielką sławą i powodzeniem, natomiast synowie Periandra... utracili władzę właśnie po spartańskiej interwencji. Czasy rządów Kypselosa (657-627 r. p.n.e.) i syna jego Periandra (627-585 r. p.n.e.), to okres największej bodajże świetności Koryntu w całych dziejach tego miasta. Ci dwaj tyranii stworzyli prawdziwą ekonomiczną potęgę. Jeszcze za Kypselosa powstały takie korynckie kolonie jak Leukas, Anaktorion i Ambrakia, podporządkował swej władzy Argos i Syrakuzy (na Sycylii), obalając tamtejszy arystokratyczny ród Myletydów. Stworzył finansową potęgę Koryntu, przechodząc na stopę samijską, która dawała więcej korzyści niż dotychczasowa argiwska czy eginecka. Zaczął bić złote i srebrne monety, co spowodowało że waluta koryncka stała się popularna nawet w greckich miastach daleko poza Grecją właściwą. Jego syn zaś - Periander wielce rozbudował miasto, był twórcą igrzysk istmijskich ku czci Posejdona (na których w 196 r. p.n.e. Flamininus ogłosił "Wolność wszystkich Hellenów"), oraz... patronem niewolników (wyzwolił ich bardzo wielu, jednocześnie wprowadzając ustawy zabraniające posiadania zbyt wielu niewolników, oraz ogłaszając kary za ich okrutne traktowanie). Miał dalekosiężne plany, które częściowo zrealizował (budowa drogi przez Istm dla łatwiejszego holowania okrętów morskich, dzięki czemu można było bardzo szybko przenieść całą flotę z Zatoki Korynckiej na Morze Egejskie bez konieczności żmudnego opływania wybrzeży Peloponezu, planował też przekopanie Przesmyku Korynckiego), zdobył Korkyrę i założył kolonię w Potidai i Apollonii.

Poślubił też córkę tyrana miasta Epidauros (w którym to znajdowała się sławna na całą Grecję świątynia boga Asklepiosa - boga medycyny, w którego świątyni leżeli chorzy w nadziei wyzdrowienia) - Proklosa. Melissa, bo tak miała się nazywać żona Periandra, była piękną kobietą, a mąż był w niej zakochany do szaleństwa. Mimo to dopuścił się zbrodni. Pewnego razu - zamroczony winem, chciał wymusić na niej uległość seksualną, a ponieważ ona się wzbraniała, uderzył ją z całej siły w pierś, po czym kobieta padła bez życia. Świadomy zbrodni jakiej się dopuścił, potem starał się przebłagać bogów, ofiarowując wielkie środki dla świątyń w Delfach i Olimpii, oraz wystawiając żonie kapliczkę u podnóża świątyni Artemidy, w której ponoć co noc błagał ją o wybaczenie (miał nawet wywołać jej ducha w jaskini Acheronu, ale według kapłanów - którzy mieli obserwować zjawę, co miała się wówczas ukazać, Melissa nie przebaczyła mężowi zbrodni jakiej się dopuścił, zjawa miała wypowiedzieć bowiem słowa, skierowane do Periandra, które brzmiały: "Zimno mi"). Nie wiedząc co ma czynić aby przebłagać zmarłą żonę, ogłosił, aby wszystkie szlachetnie urodzone Koryntyjki podczas święta bogini Hery, udały się na Akrokorynt (dominujące nad miastem, potężnie umocnione wzgórze, taki koryncki Akropol), przyozdobione w najwspanialsze szaty i kosztowności, jakie posiadają. Gdy kobiety zjawiły się tam, otoczył je strażą, po czym kazał wszystkim... rozebrać się do naga. Gdy to uczyniły puścił je wolno, ale wszystkie stroje i kosztowności spalił w kapliczce swej żony, sądząc że w ten sposób ją uraduje i że teraz nie będzie już cierpiała chłodu. Periander kazał też wygnać swego młodszego syna - Likofrona (którego upatrywał na swego następcę), za to że tamten śmiał mu wyrzucać morderstwo matki. Likofron udał się na Korkyrę, gdzie został zamordowany, co doprowadziło Periandra do jeszcze większego żalu i przygnębienia. Znów wyrzucał sobie że to przez niego doszło do tej tragedii. Pariander miał umrzeć w jakiś czas po śmierci swego syna, pogrążony w żałobie i depresji. Władzę po nim objął starszy syn - Kypselos II, który w trzy lata po śmierci ojca został obalony przez Spartan.


KORYNT



CDN.

PIERZASTY WĄŻ NADCIĄGA ZE WSCHODU - Cz. I

W POSZUKIWANIU ELDORADO





"ZBLIŻCIE SIĘ TUTAJ, RYCERZE-JAGUARY (...) PO RAZ WTÓRY PONOĆ PRZYBYŁ NA ZIEMIĘ NASZ PAN. WYJDŹCIE MU NAPRZECIW, WYJDŹCIE I SŁUCHAJCIE: NASTAWCIE DOBRZE USZU NA TO, CO ON WAM POWIE (...) ODDAJCIE CZEŚĆ NASZEMU PANU, NASZEMU BOGU. POWIEDZCIE MU: "PRZYSYŁA NAS TU TWÓJ NAMIESTNIK MONTEZUMA. OTO, CO CI DAJE, ABY UCZCIĆ TWÓJ POWRÓT DO DOMU, DO MEKSYKU

ŚWIADECTWO OJCA BERNARDINA DE SAHAGUNA
SPISANE POD NAZWĄ "ZEZNANIA ROZMÓWCÓW SAHAGUNA" - NA PODSTAWIE WCZEŚNIEJSZYCH PRZEKAZÓW - PRZEZ JEGO INDIAŃSKICH UCZNIÓW W TLATELOLCO 
(ok. 1555 r.)


Rok 12-Dom był rokiem strasznym i niepokojącym. Na niebie ukazał się wówczas kłos ognisty przypominający płomień, który rzucał płomienne krople, rozbryzgujące się po niebie, niczym wielkie sztylety dźgające rozgwieżdżony firmament. Bowiem płomień ów widoczny był głównie w nocy i nad ranem, w południe zaś blask słońca mocno go zakrywał, przez co widać było jedynie niewielki odblask. Mimo to przerażenie wielkie ogarnęło ludzi, chwytali się oni za głowy, "uderzali się po ustach", "głośno krzycząc, jęcząc i zawodząc na znak wielkiego strachu". Przerażony był także boski tlatoani, który długo w milczeniu przypatrywał się owemu niezwykłemu zjawisku, zastanawiając się co to takiego może być i jakie niesie to dla jego państwa zagrożenia. Niezwykły płomień widoczny był na niebie przez cały rok, aż do nastania Roku 13-Królik, kiedy zniknęło. W międzyczasie miały miejsce również i inne niepokojące wydarzenia, które mocno przeraziły boskiego tlatoani i wszystkich ludzi. Oto bowiem w dzielnicy Tlatelolco wybuchł pożar wielkiej świątyni boga Huitzilopochtli (Kolibra Lewej Strony), mimo że nikt nie podłożył pod nią ognia. W jednej chwili cała budowla stanęła w ogniu, a płomienie buchały tak wielkie, że nie dało rady ich ugasić (ci zaś, którzy tego próbowali na polecenie władz, zostali albo spaleni, albo mocno poparzeni). Budynek zawalił się w gruzy w ciągu kilku chwil, co również mocno zaniepokoiło boskiego tlatoani. Rozpoczął się zatem cykl niepokojących wydarzeń, które znamionowały jakąś bliżej nieznaną katastrofę, nadciągającą zarazę, klęskę głodu, chorobę, suszę, powódź, nadciągające straszne wojny? Lata, począwszy od 12-Dom(u), były ciągiem niewytłumaczalnych zdarzeń, nad którymi myślano w pałacu boskiego tlatoani, w stolicy Imperium ludu zwanego Mechicas ("Meszi;kas") - w Tenochtitlan.


"PANIE I KRÓLU NASZ, JEST PRAWDĄ ŻE ZJAWILI SIĘ JACYŚ NIEZNANI LUDZIE, ŻE PRZYBYLI NA BRZEG WIELKIEGO MORZA (...) CIAŁA MAJĄ BARDZO BIAŁE, BIELSZE OD NASZYCH CIAŁ I WSZYSCY MAJĄ DŁUGIE BRODY, A WŁOSY SPADAJĄ IM NA USZY"

  
 Przeraził się Montezuma - boski tlatoani ludu Mechicas, władający ze swej wielkiej stolicy w Tenochtitlan. Spływały doń bowiem informacje z różnych miejsc, świadczące o przedziwnych, niewytłumaczalnych zdarzeniach, które niechybnie przepowiadały nadejście jakiejś katastrofy, ale... jakiej? Odpowiedź na to pytanie należało poznać szybko, aby przygotować się na to, czym bogowie zechcą obdarzyć ludzkość. Czyżby przepowiadały nadejście nowego okresu głodu i suszy, takiego, jaki miał miejsce prawie 65 lat wcześniej, za panowania przodka Montezumy - jego imiennika Montezumy Ilhuacaminy, który był zmuszony oświadczyć swym poddanym: "Wszystkie zapasy się wyczerpały (...) Pozostaje tylko stwierdzić, że Pan Niebios życzy sobie, aby każdy z was szukał własnego rozwiązania". Czy znów lud Mechicas ma sprzedawać w niewolę własne żony i dzieci, aby przeżyć? Te myśli niewątpliwie musiały niepokoić Montezumę, ale obecnie sytuacja była już nieco inna niż 65 lat temu. Obecnie Imperium ludu Mechicas (zwane po prostu Aztekami) dominowało nad ogromnym obszarem lądu, nie mając w zasadzie żadnego większego wroga, który byłby w stanie zrównać się z nimi liczebnością w boju (no, może poza ludem Tarasków z Michoacanu, ze stolicą w Tzintzuntzan, ale konfrontacja z nimi była w dużej mierze uśpiona i wyznaczone zostały strefy wpływów obu potęg). Twarz Montezumy na chwilę się rozpromieniła, gdy w myślach zaczął sobie przypominać całą historię swego ludu, jaką poznawał będąc jeszcze chłopcem. 

Przybyliśmy tutaj z kraju Aztlan, pięknej krainy - Miejsca Czapli, na wyraźne polecenie naszego boga - Kolibra Lewej Strony (Huitzilopochtli), który obiecał naszym przodkom nowe, żyzne ziemie pod osiedlenie. Bóg obiecał również, że uczyni nas panami nad wszystkimi innymi ludami i da nam moc tak wielką, jakiej nie znała żadna potęga przed nami. Jedyny warunek był taki, że lud Mechicas miał stać się posłuszny swemu bogu i we wszystkim wypełniać jego przykazania i wolę. Objawił się im poprzez kamienną głowę, która wydawała z siebie dziwny, świszczący dźwięk. Kapłani naszego plemienia, którzy jeszcze wówczas nie mieli ani takiej pozycji, ani znaczenia, jakie posiadają obecnie, przepowiedzieli, iż kamienna głowa Kolibra Lewej Strony żąda, aby zabrano ją w podróż, a gdy tylko lud Mechicas będzie przy niej trwał, ona wskaże mu miejsce pod przyszłe osiedlenie, w cudownej ziemi obiecanej, w której oni i ich potomkowie będą żyli, niczym we wspaniałym boskim ogrodzie. Tak też się stało, kamienna głowa została zabrana, a lud Mechicas opuścił swoje dotychczasowe siedziby, na dalekiej północy w kraju Aztlan (prawdopodobnie rejon Wielkich Równin, a może nawet ziemie w rejonie parku Yellowstone). Wszyscy bowiem jesteśmy Synami Psów, czyli potomkami wielkiego ludu Cziczimeków, przybyłego na ziemię w niepamiętnych czasach bogów (opowiem o tym wydarzeniu które doprowadziło do zasiedlenia Ameryki Północnej przez lud Cziczimeków w temacie innej serii). Dzieje Cziczimeków toną w mroku niepamięci, ale nasze dzieje są już opisane. Co prawda w czasach panowania Itzcoatla, wiele dzieł zniszczono, ale sądzę że uczyniono tak aby, jak powiadają kapłani: "Nie należy dopuszczać, by wszyscy poznać te rysunki mogli. Ci, co do stanu poddanych należą, zgubić by się w tym gotowi (...) bowiem wiele tam kłamstw się zawiera i wiele ludzi bogami tam zwano". Usunięto wówczas z administracji wszystkich, pochodzących ze stanu macehualtin (czyli z ludu), a pozostawiono u władz jedynie tych, wywodzących się z pipiltin (arystokracji), od tej chwili nasze społeczeństwo stało się prawdziwym rządem ludzi kompetentnych.




Ale nim do tego doszło, lud nasz, po opuszczeniu praojczyzny w Aztlan (1111 r.), podążał na południe. Nie była to wcale łatwa podróż, jako że wszędzie napotykano przeszkody. Wreszcie dotarli do krainy, zwanej Chicomoztoc ("Siedem Grot"). Nie była to co prawda wymarzona ziemia dla Mechicas, ale żyło nam się tam dobrze. Kraj co prawda nie był bezpieczny, gdyż pełno w nim było: "dzikich bestii: niedźwiedzi, tygrysów, pum, węży", ale i tak przodkowie nasi uznali ten kraj za swoją nową ojczyznę. Niestety, popełnili wówczas świętokradztwo, ścinając przez przypadek święte drzewo boga Huitzilopochtli. Kapłani obwieścili więc naszym przodkom, że bóg ześle na nas karę za ten grzech i przez pokolenia błądzić będziemy w nieznanych krajach, staniemy się popychadłem dla innych ludów, ubóstwo będzie częścią naszego życia, poniewierani i wyszydzani będziemy. Ale bóg nas nie opuści, karę musimy przyjąć, ale przyjdzie dzień, że ten sam bóg wskaże nam miejsce cudowne, które uczyni nas najmajętniejszymi wśród wszystkich ludów i postawi nas tak wysoko, jak jeszcze nie było to udziałem żadnego plemienia. Kraina Chicomoztoc nie była naszą ziemią obiecaną, musieliśmy więc ją opuścić, gdyż taka była wola boga. Wciąż kierowaliśmy się ku południowi, w tym czasie podrosło już trzecie pokolenie od czasu opuszczenia przez nas kraju Aztlan. W trakcie naszej wędrówki, miało również miejsce pewne zdarzenie, które zmieniło nasze dzieje na zawsze. Natknięto się mianowicie na leżące na kaktusach trzy ciała, z rozprutymi klatkami piersiowymi, pozbawionymi serc. Uznano że jest to znak od boga, który w taki właśnie sposób pragnie, by składano mu ofiary... z ludzi. Lecz nim do tego doszło, długa była jeszcze droga naszych przodków do ziemi obiecanej przez Kolibra Lewej Strony.

Wreszcie dotarliśmy (ok. 1163 r.) do kolejnego kraju, w którym dobrze byłoby się osiedlić - do Coatepec, leżącego niedaleko potężnej Tuli, stolicy Imperium walecznych wówczas Tolteków. Był to kraj zasobny w żywność, szczególnie gdy pobudowano tamy na pobliskiej rzece. Niedługo jednak przodkowie nasi mogli się cieszyć tym urodzajem, jako że bóg Huitzolopochtli był niezadowolony z nowego miejsca zasiedlenia. Przez kapłanów obwieścił więc ludowi swojemu, czego od niego oczekuje - mianowicie, zniszczenia grobli i opuszczenia urodzajnej ziemi. Mieliśmy cierpieć głód, a nie opływać w dostatki, taka była wola boga - tak też się stało. Naczelnicy nasi pod przewodem kapłanów, zniszczyli tamy i znów ruszyliśmy na południe. W tym samym czasie miała miejsce wielka inwazja Cziczimeków z północy na Imperium Tolteków. Spłonęła sławna Tula (1168 r.), której władcy okazali nam łaskę i pozwolili zasiedlić Coatepec. Zgodnie z przepowiednią boga, znów wiec staliśmy się wyrzutkami, bez ziemi i ojczyzny. Kolejne stulecie było prawdziwym koszmarem, staliśmy się wyrzutkami, nigdzie nie pozwalano nam osiąść na dłużej, przepędzano nas, niczym złoczyńców, najzwyklejszych rzezimieszków. W tym czasie jednak (przepędzani z miejsca na miejsce), dotarliśmy już do Jeziora Texcoco, na którym dziś wznosi się nasza stolica. Zasiedliliśmy dawną toltecką twierdzę w Chapultepec (1299 r.).       


 "TRZYMAJCIE ARKEBUZY W POGOTOWIU, TE DZIKUSY TYLKO CZEKAJĄ ŻEBY NAS POŻREĆ!", "PEWNIE! TO LUDOŻERCY - JEDZĄ LUDZKIE MIĘSO!", "A WIDZIELIŚCIE TE ICH DEMONY - JEZU CHRYSTE, MIEJ NAS W SWEJ OPIECE"

OPINIE ŻOŁNIERZY HERNANA CORTEZA, 
WKRACZAJĄCYCH PO RAZ PIERWSZY DO TENOCHTITLANU
(8 LISTOPADA 1519 r.)


 Ale ten krok spowodował, że ci, którzy kontrolowali zachodnią cześć Jeziora Texcoco - lud Tepanaków z Azcapotzalco (jedno z najpotężniejszych plemion w dolinie Texcoco), zmusili nas byśmy płacili im daninę za prawo do zasiedlenia Chapultepec. A ponieważ zbiory nie zawsze były dobre, przeto nie zawsze też byliśmy w stanie wywiązać się z owych narzuconych nam zobowiązań, co spowodowało że Tepanekowie (i ich sojusznicy) napadli na Chapultepec (1315 r.) i nas stamtąd przepędzili. Wróciliśmy jednak ponownie do Chapultepec (1316 r.), ale znów na krótko, bo Tepanekowie nie zamierzali odpuścić i ponownie (1319 r.) na nas napadli i zmusili do ucieczki. Znów staliśmy się bezdomnymi, błąkającymi się wyrzutkami. Przychodziliśmy do kolejnych władców z prośbą o możliwość zasiedlenia części ich terytorium, w zamian za coroczną daninę z tych ziem, niestety, wszędzie byliśmy przepędzani i wykpiwani. Wreszcie przodkowie nasi zjawili się na dworze władcy potężnego miasta południowego Jeziora Texcoco, Culhuacanu - Coxcoxtli. Ten wyraził zgodę na zasiedlenie przez lud Mechicas części jego ziem, ale tych leżących na zachodzie, w Tizaapanie. Była to jałowa kraina, pełna wulkanicznych skał, nieprzyjazna i zasiedlona przez... stada węży. Było ich tam mnóstwo, a Coxcoxtli spodziewał się, że owe węże zjedzą lud Mechicas, gdyż jak miał się wyrazić: "Nie są to prawdziwi ludzie, tylko złoczyńcy i może tam zginą". Jednak lud nasz nie zginął na tej jałowej pustyni, wbrew nadziejom naszych wrogów. Przetrwaliśmy! Jak to się stało? Wygraliśmy pojedynek o życie z tamtejszymi wężami i to nie my ich, ale oni naszym stali się przysmakiem (gotowanym przy ognisku). Wkrótce też kraina Tizaapan została całkowicie uwolniona od węży.




Wywarło to na władcy Culhuacanu wielkie wrażenie i zezwolił on na prowadzenie handlu i zawieranie małżeństw pomiędzy ludem Mechicas a Culhuacanami. Mechicanie uczestniczyli też w wyprawach wojennych Culhuacanu jako najemnicy (np. w wojnie z Xochimilco). Ta wzajemna swoista synergia trwała jednak krótko, bowiem już w roku 1325 Mechicas (Aztekowie) dopuścili się okrutnej zbrodni, oficjalnie na żądanie swego boga Huitzilopochtli. Zapowiedzieli oni bowiem, że ich bóg pragnie posiąść ludzką żonę, która dzięki temu otrzyma nieśmiertelność i nieprawdopodobną cześć, jaką będzie obdarzana tu, na ziemi. Do tego zadania zgłosiła się córka culhuacańskiego wielmoży, wywodzącego się z królewskiego rodu - Achitometla. Dziewczyna, która myślała że bóg naprawdę posiądzie ją za swą małżonkę, została najpierw zabita przez kapłanów Huitzilopochtli obsydianowym nożem, a następnie... ściągnięto z niej skórę, w którą ubrał się jeden z kapłanów (była to pierwsza ofiara Mechicas/Azteków z licznej palety, jakiej potem zaczną się dopuszczać, składając krwawe ofiary z ludzi na ołtarzu Huitzilopochtli). Grozy tej całej sytuacji dopełnił fakt, iż na ceremonię "zaślubin" kapłani Mechicas zaprosili... ojca zabitej dziewczyny. Tego było już za wiele, Achitometl zapragnął zemsty i dopiął swego, w owym 1325 r. Mechicanie (Aztekowie) zostali wypędzeni z kraju Tizaapan i uznani zostali za bandytów. Uciekając przed zemstą Culhuacanów, dotarli wpław na pewną wyspę, leżącą na Jeziorze Texcoco. Tam ukryli się wśród trzcin i sitowia i tak przetrwali tę ciężką noc. Nad ranem jednak, gdy miano ruszać w dalszą drogę, kobiety z ludu Mechicas zbuntowały się. Zapowiedziały że nigdzie nie pójdą póki nie nakarmią swoich dzieci, prosiły więc swych mężów, aby znaleźli jakiś pokarm, albo pozwolili im i ich dzieciom tutaj, na tej wyspie umrzeć z głodu.

Poradzono się więc kapłanów (którzy byli prawdziwymi naczelnikami plemienia), co dalej czynić, czego od nich pragnie bóg i dlaczego skazuje ich na tak wielkie cierpienia? Kapłani odpowiedzieli że wolą boga jest, by szukali takiego miejsca, gdzie znajdą orła siedzącego na kaktusie - jeśli je znajdą, to właśnie będzie ich ziemia obiecana. Ruszono więc w głąb wyspy w poszukiwaniu znaku od boga. Wyspa nie była zbyt bogata w zwierzynę, udało im się upolować jedynie kilka królików i trochę ptactwa, wciąż jednak poszukiwali owego boskiego orła. I gdy już mieli wracać do swych kobiet, nie napotkawszy znaku, nagle na pobliskim kaktusie przysiadł orzeł, który w szponach trzymał węża (dziś jest to godło współczesnego Meksyku). Uznano to za znak boga i z radością wrócono, aby obwieścić pozostałym dobrą nowinę - zostajemy na wyspie, to właśnie jest nasza ziemia obiecana, to tutaj zbudujemy nasze miasto. Teren jednak w żadnym razie nie przypominał "ziemi obiecanej". Była to bowiem bagnista, porośnięta trzcinami i uboga w zwierzynę ziemia - to właśnie bóg miał im obiecać po ponad dwóch wiekach tułaczki? Nie było jednak innego wyjścia, zaczęto więc stawiać prowizoryczne chaty z trzciny, a nad całością prac przejął pieczę jeden z kapłanów (prawdopodobnie jeden z 13 władających plemieniem kapłanów), - niejaki Tenoch (lub Tenochtli). To właśnie od jego imienia owe miasto wśród bagien, zbudowane z trzciny zaczęto nazywać Tenochtitlanem. Miało to miejsce właśnie w Roku 2-Dom(u) (1325 r.).


"GDY ZOBACZYLIŚMY WSZYSTKIE TE MIASTA NA LĄDZIE ORAZ TE PROSTE I RÓWNE TRAKTY NA GROBLACH PROWADZĄCE DO MEKSYKU (TENOCHTITLANU) BYLIŚMY ZDUMIENI (...) TE MIASTA, PIRAMIDY I BUDOWLE WZNOSZĄCE SIĘ NAD WODĄ - WSZYSTKO BUDOWANE Z KAMIENI - WYDAWAŁO SIĘ JAK CZAROWNA WIZJA Z BAŚNI O AMADISIE. I RZECZYWIŚCIE, NIEKTÓRZY NASI ŻOŁNIERZE PYTALI, CZY TO WSZYSTKO NIE JEST SNEM". 

BERNARD DIAZ del CASTILLO
W SWEJ RELACJI (z ok. 1562 r.) O WEJŚCIU HISZPAŃSKICH ŻOŁNIERZY DO TENOCHTITLANU - 8 PAŹDZIERNIKA 1519 r.







CDN.
 

24 lipca 2025

INTEGRACJA, KOLABORACJA CZY WROGOŚĆ? - Cz. I

CZYLI JAK ŻYLI GRECY 
W IMPERIUM RZYMSKIM 
I CZY ASYMILOWALI SIĘ 
Z RZYMIANAMI?





"JEŚLI TY, PANIE, NA TEN ŚWIAT PRZYCHODZĄC STAWIAŁ WARUNKI, ŻE MUSISZ BYĆ ZAWSZE SZCZĘŚLIWY, ZAWSZE MIEĆ, CO TYLKO ZECHCESZ, I JEŚLI Z BOGÓW KTOŚ CI TO OBIECAŁ, SŁUSZNIE SIĘ GNIEWASZ, BO CIĘ OSZUKANO"

ARYSTOFANES Z BIZANCJUM



Jakie tak naprawdę było Imperium Rzymskie? Co stanowiło kulturową podbudowę, ów rdzeń wspólnoty obywateli Imperium? Dziś mówiąc o Rzymie, mamy przecież na myśli głównie wszystko to, co albo wytworzyli sami Rzymianie, albo też powstało wśród okolicznych ludów Italii. Natomiast niewątpliwie zapomina się, że Imperium Rzymskie tak naprawdę było dwujęzyczne i z pełnym przekonaniem możemy określić je grecko-rzymskim, tym bardziej, że Rzymianie (w okresie swej wielkości) całkowicie się pod względem kulturowym i religijnym - zhellenizowali. Przecież cała religia rzymska jest tak naprawdę zwykłą kopią religii helleńskiej i jedyne co odróżniało ją od pierwowzoru, to... zmiana nazw poszczególnych bóstw, lub postaci, tak aby dostosować je do rzymskich i italskich warunków. Była to więc najzwyklejsza kopia, przejęcie kulturowego dziedzictwa podbitego narodu. Doszło więc do ciekawego mezaliansu, w wyniku którego władza pozostawała rzymska, ale kultura była już grecka. Jak w takich warunkach odnajdowali się rodzimi Grecy? Jak akceptowali ową dwoistość Imperium i czy się asymilowali w rzymskim społeczeństwie imperialnym, czy też utrzymywali silną, własną narodową odrębność? A może odnosili się wręcz wrogo do rzymskiej władzy okupacyjnej? Na te pytania spróbuję odpowiedzieć w tym temacie






I
TYTUS KWINKCJUSZ FLAMININUS i
"WOLNOŚĆ WSZYSTKICH HELLENÓW"
(CZYLI OD EUFORII DO UPADKU
"PIERWSZEGO LUDU ŚWIATA")




Cóż to była za radość. W dziejach antycznej Hellady próżno szukać podobnego przypadku, gdy ludność z praktycznie wszystkich greckich polis, zgromadzona na stadionie w Koryncie, tak gremialnie i z takim uniesieniem okazywałaby swą nieskrępowaną i żywiołową radość. A powodem owej radości były słowa odczytywane przez herolda, który w imieniu rzymskiego wodza i zwycięzcy niedawno zakończonej wojny z władcą Macedonii królem Filipem V - Tytusa Kwinkcjusza Flamininusa, ogłaszał co następuje. 

Było wczesne lato 196 r. p.n.e. i do Koryntu ściągali wówczas Grecy ze wszystkich stron Hellady, aby uczcić święto boga mórz - Posejdona (odbywające się co dwa lata na Istmie Korynckim, stąd nazwa Igrzyska Istmijskie). W tym wszakże roku igrzyska były szczególnie ludne, a to z powodu właśnie zakończonej wojny Rzymu (i jego greckich sojuszników) z Macedonią - wszyscy bowiem przeczuwali że tam zapadną teraz decyzje, które stworzą nowy ład w Helladzie na kolejne dziesięciolecia. System macedońskiej protekcji greckich polis, powołany do życia po przegranej przez Greków bitwie pod Cheroneą z 338 r. p.n.e., w której to król Filip II Macedoński i jego syn, przyszły zdobywca Azji - Aleksander, rozbili armie ateńską i tebańską - właśnie dobiegł końca. Kongres pokojowy, który miał miejsce kilka miesięcy po Cheronei (337 r. p.n.e.), odbył się również w Koryncie. Tam właśnie Grecy zostali zmuszeni do podporządkowania się zwierzchnictwu króla Macedonii. Teraz, po stu czterdziestu latach "macedońskiej niewoli", wszyscy oczekiwali wielkiej zmiany, choć większość Greków nie wierzyła w szczere intencje Rzymian i Flamininusa i spodziewała się zastąpienia protekcji macedońskiej - rzymską.

Tymczasem, nim rozpoczęły się igrzyska, na środek placu stadionu (gdzie zapowiadano otwarcie sportowych zmagań) wyszedł herold, dzierżąc w dłoniach pewien dokument, zwinięty w rulon papirus, który następnie odwinął i począł czytać zapisane na nim słowa, a brzmiały one następująco: "Senat rzymski i prokonsul Tytus Kwinkcjusz Flamininus pobiwszy króla Filipa i Macedończyków przyznają wolność, zwolnienie od załóg wojskowych i płacenia daniny oraz swobodę rządzenia się prawami ojczystymi mieszkańcom Koryntu, Fokejczykom, Lokrom, Eubejczykom, Achajom Etiockim, mieszkańcom Magnezji, Tessalii i Perrajbom. Mają być one wolne, niezawisłe i w prawach samodzielne". Herold wymienił jedynie te ludy, które przed wybuchem II wojny macedońskiej (200 r. p.n.e.) podlegały bezpośrednio królowi Filipowi V, bowiem status polityczny wszystkich rzymskich sojuszników wśród greckich polis nie podlegał dyskusji - stawały się one wolne z racji samego opowiedzenia się przeciwko Macedonii i za Rzymem. Początkowo nie wszyscy zgromadzeni na stadionie zrozumieli owe słowa (jak wiadomo nie było wówczas mikrofonów, ani żadnej aparatury nagłaśniającej) i dopiero ci, siedzący najbliżej, zaczęli przekazywać sens słów tym, siedzącym z tyłu. Cóż to był za wybuch niekontrolowanej, żywiołowej radości? Wielu zerwało się ze swych miejsc i ruszyło w stronę loży, w której siedział sam Flamininus, pragnąc przynajmniej dotknąć poły jego płaszcza, nie mówiąc już że wielu udało się ucałować go w rękę. Napór Greków był tak silny, że Flamininus, choć podekscytowany wznoszonymi na jego cześć okrzykami, musiał się początkowo ewakuować ze stadionu. Szał radości na stadionie był tak wielki, że wielu zapomniało już o igrzyskach i przywołano herolda, by po raz drugi odczytał im ów tekst, nie dowierzając własnym uszom i bojąc się że to tylko sen, z którego się wkrótce obudzą. 

Po stu czterdziestu latach niewoli, Grecja ponownie odzyskiwała wolność - znów miała być niepodległa, niezależna, znów miała sama decydować o swej przyszłości, dlatego wciąż tak wielu nie dowierzało w to, co głosił herold, prosząc by odczytał tekst raz jeszcze. Flamininus stał się najpopularniejszym człowiekiem w Grecji i to do tego stopnia, że żaden inny Grek nie mógł się z nim pod tym względem równać. Był też przystojny i młody (33 lata), co powodowało że zaczęły pojawiać się opinie, aby pozostał tu, w Grecji, jako przywódca wszystkich Hellenów i by wziął sobie za żonę jakąś Greczynkę. Ale popularność Flamininusa przenosiła się również na Rzymian, gdy powtarzano: "Więc jest na świecie jakiś naród, który własnym kosztem i z własnym narażeniem się na trudy, prowadzi wojny za wolność drugich! I to dobrodziejstwo wyświadcza nie blisko mieszkającym ludom lecz przeprawia się nawet za morza, żeby nigdzie na świecie nie było niesprawiedliwej władzy". Po zakończeniu igrzysk Flamininus wezwał posłów króla syryjskiego - Antiocha III Wielkiego z dynastii Seleucydów i oznajmił im, że wojska Antiocha maja opuścić wszystkie greckie miasta w Azji Mniejszej, którym on nadał "wolność". W kolejnych miesiącach Flamininus począł wdrażać w życie "zapowiedź istmijską", przyjmując na audiencji przedstawicieli kolejnych greckich polis. Wolność dodatkowo otrzymał lud Orestów (który wchodził w skład Macedonii, a który się od niej odłączył po klęsce Macedończyków w bitwie z Rzymianami pod Kynoskefalaj w 197 r. p.n.e.), oraz Dolopiów. Ale zaczęły się też pojawiać pierwsze oznaki niezadowolenia wśród Greków.




Po pierwsze, pomimo swych deklaracji Rzymianie wciąż nie wycofali się z Akrokoryntu, Chalkidy i Demetriady, czyli kluczowych terenów, stanowiących tzw.: "Kajdany Grecji", skąd można było szybko przegrupować siły i uderzyć w każdym z możliwych kierunków. Niezadowoleni byli Etolowie (sojusznicy Rzymu), którzy uważali że Rzymianie ich nie doceniają i że bez ich pomocy nie pokonaliby Macedończyków. Do nich wysłał Flamininus swego legata - Gnejusza Korneliusza, który po przybyciu do miasta związkowego Themum, obrzucony został takimi pretensjami, że obawiając się rozgrzanych emocji, zaproponował Etolom, aby swe skargi przesłali bezpośrednio do rzymskiego Senatu. Tymczasem Flamininus przesłał do Rzymu zapytanie, kiedy będzie mógł rozpocząć wycofywanie rzymskich oddziałów z Hellady, tym bardziej że w Etrurii wybuchło wówczas powstanie niewolników (196 r. p.n.e.). Senat jednak kategorycznie zabronił Flamininusowi opuszczać "Kajdan Grecji", zaś do Etrurii skierował pretora Maniusza Acyliusza Glabriona, który bardzo szybko uporał się ze zbuntowanymi niewolnikami. Flamininus dwoił się i troił aby dotrzymać danego Grekom na Istmie słowa, starał się przekonać Senat do konieczności przyznania Helladzie prawdziwej wolności, ale niewiele wskórał. Miał jeszcze przebywać w Grecji przez kolejne 4 lata. Tym bardziej że zagrożeń nie brakowało, a ambitny władca syryjski - Antioch III Wielki marzył nie tylko o podporządkowaniu greckich polis w Azji Mniejszej, ale także o narzuceniu swej zwierzchności Grecji właściwej, w przypadku ewakuacji stąd Rzymian. W maju 196 r. p.n.e. przepłynął demonstracyjnie na czele swej floty z Efezu - który poddał się jego władzy - do Hellespontu, jednocześnie przerzucając swe wojska na Chersonez, czyli na europejską część dzisiejszej Turcji. 

Następnie ruszył na czele armii na rekonesans przez Chersonez na północ do Lizymachii. To wielkie miasto leżało obecnie w ruinach, zniszczone przez najazd Traków z północy. Antioch postanowił odbudować miasto, jako dowód swej filo-greckiej postawy. Zorganizował też wielką akcję wykupywania mieszkańców z trackiej niewoli i ściągania z powrotem tych, którzy stamtąd uciekli. Senat polecił Flamininusowi zająć się tą kwestią i wybadać do czego realnie dąży Antioch III. Wysłał on więc do odbudowywanej (z wielkim rozmachem, król nie szczędził bowiem środków, budowano więc jednocześnie od razu i mury i domy prywatne) Lizymachii kilku legatów (Korneliusz, Lentulus, Williusz i Terencjusz). Zostali oni bogato przyjęci na wspaniałej uczcie u Antiocha. Król przywitał Rzymian uroczyście, obdarowując ich podarkami, ale atmosfera szybko się popsuła, gdy rozmowy zeszły z kwestii kurtuazyjnych, na bieżąca politykę. Rzymianie domagali się wycofania Antiocha z greckich polis Azji Mniejszej. Król Antioch starał się tłumaczyć, że jego działania są pokojowe i nie mają na celu godzenia w rzymskie interesy w Grecji, na co jeden z legatów miał potem stwierdzić w liście do Flamininusa: "Antioch (...) nawet gdyby już wylądował w Italii, będzie temu przeczył". Podczas spotkania miało jednak dojść do pewnej sprzeczki (jeśli można tak nazwać ową wymianę zdań pomiędzy królem a rzymskimi posłami), w wyniku której na zapytanie co król robi ze swą armią w Azji Mniejszej, Antioch miał odpowiedzieć: "A co wy, Rzymianie robicie w Italii?" Ostatecznie, aby nie podgrzewać nastrojów, Rzymianie opuścili Lizymachię gdy król obiecał wycofać się z powrotem do Efezu (co uczynił, jednak dalej kontynuował odbudowę miasta i nie cofnął swych wojsk na azjatycką stronę). Konflikt między Rzymem a Antiochem jednak się nie zakończył, tym bardziej że wciąż utrzymywał on wielką armię na europejskim brzegu Grecji, a także wkrótce po powrocie Antiocha do Efezu, na jego dwór przybył - zbiegły z Kartaginy, gdzie nowe władze chciały go wydać w ręce Rzymian - Hannibal, któremu król udzielił schronienia i wsparcia.

 


Flamininus był w trudnym położeniu, gdyż Grecy oczekiwali kiedy wreszcie wypełni on swą obietnicę z igrzysk istmijskich i wycofa rzymskie wojska z Grecji. Na to jednak się na razie nie zapowiadało, tym bardziej że w  Senacie uważano, iż sama zapowiedź "uwolnienia Hellady", powinna usatysfakcjonować Greków. Rozumowano bowiem w taki sposób: Grecy są, podobnie jak my - Rzymianie - wrogami monarchii i tyranii, skoro tak, uwalniając ich od tych nieszczęść, uczyniliśmy ich prawdziwie wolnymi ludźmi. Tymczasem Grecy pragnęli nie tylko wolności od monarchii (a niektórzy wręcz uważali że Helladą, czy raczej całym greckim światem jaki powstał po podbojach Aleksandra Wielkiego, powinien władać jeden król-zbawca, który zjednoczy wszystkie dotychczasowe państwa hellenistyczne i stworzy prawdziwą grecką oikumene - świat zamieszkały przez Greków), ale również powrotu do wolności politycznych poszczególnych polis, państw i związków, jakie posiadała Grecja przed rokiem 338 p.n.e. Macedonia została wreszcie pokonana, ale okazało się że Rzymianie jakoś nie spieszą się z opuszczeniem greckiej ziemi, co powodowało zniechęcenie a nawet pewną wrogość do Rzymian. Nie mając innej drogi nacisku, greckie miasta i związki słały swe prośby i żale do rzymskiego Senatu, który zasypywany nimi, wreszcie ogłosił, że nie będzie już przyjmował wysłanników wchodzących w skład związków helleńskich, ograniczając się jedynie do próśb poszczególnych polis.

Tymczasem sytuacja polityczna na Wschodzie wyglądała następująco: Rzymianie zajęli Grecję lądową (bez Peloponezu) i narzucili pokój królowi Macedonii - Filipowi V, który utrzymał swoją władzę. Macedonia co prawda utraciła wszelkie wpływy w Grecji i część terytorium (jak choćby uniezależnienie się Orestów), ale mimo wszystko nadal stanowiła dość dużą siłę, tym bardziej że armia macedońska okazała się twardym i nieustępliwym przeciwnikiem, a królowi Filipowi (aby zakończyć tę wojnę swoim zwycięstwem), przeszkodziła w pewnym stopniu jego zapalczywość (pod Kynoskefalaj rzucił do boju rozproszone oddziały wprost z marszu). Miał duże szanse na zwycięstwo, jednak nie potrafił z nich skorzystać (inna sprawa, że nawet gdyby wygrał tę bitwę i rozgromił armię Flamininusa, wojna prawdopodobnie nie zakończyłaby się, gdyż należy pamiętać że Rzym miał dość duże możliwości uzupełniania strat poprzez wystawianie kolejnych armii (np. po bitwie pod Kannami z 216 r. p.n.e., w której zginęło aż 40 000 Rzymian - nie licząc drugiej takiej liczby rzymskich sprzymierzeńców - i która byłaby totalną katastrofą dla każdego innego państwa, Rzym się podźwignął i wystawił kolejne armie, aż wreszcie pobił Hannibala na jego własnej ziemi). Na wschód od Macedonii pokaźną siłą (Rzymianie sądzili że jest ich tam ze 150 000 żołnierzy), dysponował hellenistyczny władca z dynastii Seleucydów syryjskich - Antioch III Wielki. W tym przypadku więc Filip V mógł być dla Rzymu użyteczny, bowiem znana była jego nienawiść do Antiocha (znacznie większa niż do Rzymian).



 
W Azji Mniejszej najpotężniejszym zaś państwem (zagrożonym teraz przez Antiocha III) była monarchia Pergamonu, państwa którego siłę wykuł jego wielki władca - Attalos I (zmarły w 197 r. p.n.e.). Był to szczególnie umiłowany król i to nie tylko przez samych Pergamończyków, a także przez innych Hellenów (szczególnie Ateńczyków). Podczas jego pobytu w Atenach w 200 r. p.n.e. na powitanie władcy nie tylko wyległo całe miasto, ale przygotowano odświętną inscenizację, w której uczestniczyli ubrani na biało kapłani i kapłanki Aten, a Zgromadzenie Ludowe uchwaliło przyznanie Attalosowi najwspanialszych zaszczytów (i nie była to zwykła kurtuazja, nie wszystkich bowiem władców traktowano w taki sposób). Szczęśliwy to był władca, szczęśliwego kraju, który przecież powstał notabene dość niedawno. Oficjalnie założycielem królestwa stał się eunuch o imieniu - Filatejros. Był on Grekiem, któremu król Tracji - Lizymach (jeden z wodzów Aleksandra Wielkiego), powierzył pieczę nad swym skarbcem (283 r. p.n.e.), który to umieścił właśnie w prowincjonalnym wówczas Pergamonie. Jednak Filatejros nie zamierzał dochować wierności Lizymachowi i w kilka miesięcy później (282 r. p.n.e.) przywłaszczył sobie całe złoto ze skarbca, umacniając się w Pergamonie i ogłaszając władcą (choć nie królem) tego miasta. Był to pierwszy władca Pergamonu i założyciel dynastii Attalidów (co ciekawe, sam był eunuchem). Po jego śmierci w 263 r. p.n.e. władzę nad miastem objął jego bratanek - Eumenes I. Attalos I, który przejął tron w 241 r. p.n.e., był zaś bratankiem Eumenesa.

Król ten cieszył się ogromną popularnością w greckim świecie, choć przecież jego królestwo nie należało ani do największych, ani do najsilniejszych z państw hellenistycznych (coś na zasadzie popularności Wiktora Orbana 😉). Ale był władcą bardzo przystępnym i czułym na cierpienia ludu. Poza tym dochodziły jeszcze i inne kwestie. Król ten wzbudził wielką sensację w owym czasie i jeszcze większą popularność wśród zwykłych Greków, gdy na żonę wybrał sobie nie jakąś księżniczkę, pochodzącą z którejś z panujących dynastii hellenistycznych, tylko zwykłą dziewczynę, którą poznał w mieście Kyzikos i w której zakochał się do szaleństwa. Zwała się ona Apollonis i również przeszła do historii jako umiłowana królowa, opiekunka najuboższych i dobra dusza, która wraz z królem uczyniła Pergamon niezwykle majętnym (po śmierci została wręcz uznana za boginię i wznoszono nawet świątynie na jej cześć). Polibiusz pisał o Apollonis: "Kobieta ta z wielu względów zasłużyła na pamięć i szacunek. Pochodząc z prostej rodziny została królową i zachowała tę wysoką godność aż do śmierci i nie za pomocą sztuczek stosowanych przez hetery, a tylko dzięki własnej cnocie i szlachetności, tak w swym życiu prywatnym jak i publicznym", zaś na jej nagrobku w Świętym Mieście we Frygii (nieopodal świątyni bogini Kybele - Wielkiej Macierzy), w świątyni, którą wystawił jej syn - Eumenes II, można było przeczytać m.in.: "Spędziła życie pięknie i godnie (...) wychowała szczęśliwe dzieci. Pięknym postępowaniem dała niemałe świadectwo pobożności wobec bogów, a szlachetności własnej dowiodła najlepiej ku swej chwale zgodnym współżyciem z synami".




Kraj Attalosa I był nie tylko bogaty, ale również prawdziwie szczęśliwy, a przykład szedł właśnie z góry, z rodziny królewskiej, w której (co zdarzało się doprawdy niezwykle rzadko w królewskich rodach), synowie Attalosa i Apollonis zawsze odnosili się do siebie z szacunkiem, godnością i braterską miłością. Prawdopodobnie dzięki wychowaniu samej Apollonis, która zaszczepiła w (czterech) własnych synach, poczucie wzajemnego wsparcia i pomocy, tak aby brat zawsze mógł liczyć na pomoc brata - i to się sprawdzało, nawet wtedy, gdy jeden z nich objął królewski tron po śmierci ojca w 197 r. p.n.e. (Eumenes II). Zastanawiano się czemu bogowie właśnie ten mały kraj, jakim był Pergamon obdarzyli takim szczęściem, bezpieczeństwem i majętnością. Eumenes II wstępując na tron, był niczym dzisiejsi szejkowie arabscy, człowiekiem dysponującym ogromną fortuną, sławą swego ojca, matki i kraju. Pergamon w tym właśnie czasie należał do najbogatszych, najpiękniejszych i najczystszych miast ówczesnego świata. Miasto posiadało rozbudowaną sieć kanalizacyjną i przestronne ulice (sam Rzym w tym czasie wciąż był klepiskiem, bardziej przypominającym dużą wioskę, niż miasto, gdzie wcale nie należało do rzadkości aby do domu weszła świnia lub kura i to prosto z ulicy, a niekiedy nawet pies trzymający w pysku odciętą ludzką rękę), akropol, dwie agory, wspaniały Ołtarz dynastii Attalidów (wzniesiony na pamiątkę zwycięstwa Attalosa I w bitwie z Galatami (Celtami) nad rzeką Kaikos w 240 r. p.n.e.. Po tej właśnie bitwie Attalos został ogłoszony "Zbawcą Hellenów" (częścią składową Ołtarza był zapewne powstały ok. 220 r. p.n.e. sławny posąg: "Umierający Gal", którego rzymska kopia przetrwała do dziś). Pergamon był więc prawdziwym "Miastem Niebios" (choć takie miasto też realnie istniało w starożytności, założone przez pewnego szalonego władcę hellenistycznego, który ogłosił się "Słońcem" a mieszkańców miasta zwał "Niebianami", lecz działo się to znacznie wcześniej niż opisywane wydarzenia, więc temat ten pozwolę sobie pominąć choć zapewne jeszcze do niego powrócę). 




Innym takim wolnym państewkiem greckim, było Rodos (wyspa Heliosa), zwana również "Krainą róż i słońca". Przed rokiem 408 p.n.e. jedynymi polis na wyspie, były niezależne od siebie Lindos, Kamejros i Ialysos, które w tymże roku postanowiły się zjednoczyć, tworząc jedno, wielkie, wspólne miasto o nazwie takiej samej jak wyspa - Rodos. Tak powstała nowa polis, która kontrolowała wody południowego basenu Morza Egejskiego (Rodyjczycy byli prawdziwym postrachem piratów). W czasach, o których piszę, Rodos nie była już tak majętna i sławna jak jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej, ale mimo wszystko wspominając boga słońca, Grecy wciąż pamiętali o kolosalnym pomniku Heliosa, jaki wystawili Rodyjczycy przy wejściu do swego portu w 293 r. p.n.e. Posąg ten (choć nie zachował się do naszych czasów nawet w formie szczątkowej), zapewne nie wyglądał tak, jak się go niekiedy pokazuje na obrazach, gdzie pod rozstawionymi nogami boga przepływały statki, wpływające i wypływające z portu Rodos (Kolos Rodyjski był jednym z cudów starożytnego świata). Nie pozwalałaby na to jego konstrukcja i budulec, z którego miał zostać wykonany (metalowe nogi posągu wcześniej czy później musiałyby się ugiąć pod ciężarem samego posągu i ten runąłby do wody zapewne w jakiś czas po zbudowaniu). Prawdopodobnie Kolos Rodyjski ustawiony był w pozycji stojącej, pionowo, przy samym wejściu do portu. Jedną ręką osłaniał twarz od słońca, a drugą podtrzymywał szatę (która sama stanowiła podpórkę dla posągu zapewniając mu stabilność). Kolos Rodyjski runął na ziemię podczas silnego trzęsienia ziemi na Rodos w 227 r. p.n.e. (czyli na ponad 30 lat od opisywanych wydarzeń). Od tamtego czasu leżał na ziemi i był atrakcją turystyczną przez kolejne ponad 870 lat, gdy Arabowie, (którzy zdobyili wyspę w 649 r.) postanowili usunąć posąg "obrażający Allaha" (taki to obrażalski bożek 🤭). Rozłupano go więc na małe kawałeczki, sprzedano i wywieziono (na ponad 900 wielbłądach). Od tej pory wszelki ślad po tym starożytnym cudzie ludzkiego geniuszu bezpowrotnie zaginął.




Były jeszcze potężne orientalne królestwa hellenistyczne syryjskich Seleucydów i egipskich Ptolemeuszy (o których nie ma sensu rozpisywać się w jakiś szczególny sposób), oraz zjednoczone państwo spartańskie króla Nabisa, którego działalność powodowała duże obawy w Rzymie, i z powodu którego Falmininus musiał wciąż jeszcze pozostać w Grecji. 
 

CDN.

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. I

NAJDZIWNIEJSZE I (NIEKIEDY)
NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI
GWAŁTÓW W HISTORII





WOJNA TO MĘSKA RZECZ 
CIERPIENIE NALEŻY DO KOBIET
 

W tym temacie pragnę zadać dość nietypowe pytanie, czy gwałt jest nierozerwalnie związany z losem kobiet? Zabrzmi to może dość dziwnie, ale nie było jeszcze wojny, na której nie zostałyby zgwałcone jakieś kobiety. Oczywiście, konflikt zbrojny jest nieszczęściem samym w sobie - jednak wojna z reguły trwa odtąd dotąd, czyli ma określone ramy czasowe, zaś gwałty, a co za tym idzie cierpienie wielu kobiet - niejednokrotnie popełniane są jeszcze długo po zakończeniu działań wojennych. Zatem od wieków kobiety doświadczały cierpienia i poniżenia, były sprzedawane, oddawane, licytowane, wymieniane (do dziś na terenach afrykańskich kobieta niejednokrotnie warta jest tyle co krowa, a często nawet mniej - bowiem w rozumieniu Afrykanów krowa przynajmniej daje mleko i jest źródłem mięsa, a kobieta...). W Libii zaś istnieje tradycja wywożenia nieposłusznych kobiet na środek pustyni, lub w głąb wielkiego lasu, jeśli uda im się wrócić do domów, mają odpuszczone "grzechy", co oczywiście graniczy z cudem, bowiem przeprawa w nocy przez libijski las pełen wilków i innych drapieżnych zwierząt - jest "prawdziwą sztuką". Nie wspomnę już o losie kobiet afgańskich czy irańskich, choć należy pamiętać że w poszczególnych krajach arabskich los kobiet również jest inny.

Jeśli spojrzymy chociażby na mitologię to dowiemy się że przyczyną najsławniejszej wojny greckich dziejów, czyli wojny trojańskiej, stał się spór o kobietę, zaś jeszcze ciekawiej wygląda kwestia zaprzestania dalszej walki z Trojanami, przez helleńskiego bohatera i herosa - Achillesa. Stało się to wówczas gdy wódz greckiej wyprawy i król Myken - Agamemnon, odebrał mu brankę - którą ten zdobył sobie podczas walki. Zaś po zdobyciu Troi, wszystkie kobiety ocalałe z rzezi, bez względu czy była to księżniczka czy zwykła kobieta - stały się niewolnicami seksualnymi zwycięskich Greków. Ciekawy jest również przypadek pewnej partyjskiej dziewczyny, córki lokalnego partyjskiego namiestnika Persji z III wieku naszej ery. Persja znajdowała się wówczas od prawie pięciuset lat we władaniu stepowego plemienia Parnów, którzy w 238 r. p.n.e. zajęli znaczne tereny królestwa Seleucydów założonego przez jednego z wodzów Aleksandra Wielkiego - Seleukosa I Nikatora), i stworzyli tam swoje państwo. Wracając do owej kobiety, była ona córką partyjskiego namiestnika Persji, często też lubiła w gronie przyjaciółek i w otoczeniu sług oglądać pracę chłopów na roli. Tymczasem pomagał chłopom w ich pracy także niejaki Ardaszir syn Babaka, lokalnego perskiego wielmoży. Ardaszirowi od razu owa dziewczyna wpadła w oko, gdy jednak zebrał się na odwagę i postanowił do niej podejść by się przywitać, ta, (urażona zapewne faktem że oto chłop ośmiela się do niej zbliżyć) kazała go wybatożyć.

Ardaszir nigdy jej tego nie zapomniał, gdy zmężniał, wzniecił antypartyjskie powstanie (224 r.), przywracając jednocześnie perskie władztwo i koronując się na pierwszego po długim czasie perskiego króla (226 r.). Nawiązywał także w swych działaniach i polityce do dawnego potężnego imperium Achemenidów perskich. Wysłał nawet do Rzymu żądanie zwrotu dawnych perskich terenów z czasów panowania Dariusza Wielkiego i groził w przeciwnym razie wojną. Rzymski cesarz Aleksander Sewer oczywiście odrzucił jego żądania, dodając jednocześnie że wojna z Rzymem będzie zupełnie inną wojną jakie wcześniej toczył Ardaszir. W każdym razie wracając do tematu, odszukał swą dawną "gnębicielkę" i gdy tylko ją odnalazł, najpierw osobiście ją wybatożył, a następnie dał jej do wyboru - albo uśmierci ją i jej potomstwo, albo zostanie jego nałożnicą. Wybrała to drugie i zamknięta została w królewskim haremie władcy - potem urodziła mu dwie córki. Dynastia Sasanidów założona przez Ardaszira (od imienia jego dziadka - Sasana), istniała przez czterysta lat, do czasu gdy obalili ją inni wojownicy - spod znaku Allacha w 651 r. I tak można w nieskończoność opisywać los kobiet, bez względu na stan czy pozycję. W trakcie wojny wszystkie były sobie równe - wszystkie po równo cierpiały ból, zniewagi i upokorzenia.

W tym temacie pragnę zaprezentować najdziwniejsze i często najbrutalniejsze przypadki gwałtów w historii. I choć w 99 procentach będą one dotyczyć gwałtów na kobietach, to w tym jednym, maleńkim procenciku, opowiem również o gwałtach kobiet na mężczyznach. Temat może nie jest zbyt "przyjemny", ale takie jest nasze życie, trudno odwracać się od tematów trudnych czy bulwersujących i udawać że one nie istnieją. Może zacznijmy od wydarzenia dość skąpo opisanego, ale wartego również przytoczenia, nim przejdę bezpośrednio do tematu. Mianowicie w 1442 r. władca włoskiego państewka Rimini - Sigismund Malateste, brutalnie zgwałcił księżnę Elżbietę Bawarską, żonę elektora Brandenburgii - Fryderyka I. Elżbieta zwana była "Piękną Betą", problem jednak polegał na tym, że w owym roku, w którym władca Rimini dopuścił się na niej gwałtu, kobieta ta miała już prawie... 60 lat i od dwóch lat była wdową. Gwałt był zaś karą za odrzucenie zalotów Malatesty i odmowę poślubienia go. Upokorzony tym książę (a ponieważ należał do osób szybko wpadających w gniew, np. kazał udusić swą żonę Polissenę Sforzę, ponieważ ta nie chciała dać mu rozwodu i poślubić jedną z jej dwórek - Isottę, która, gdy tylko Malatesta się w niej zakochał, jawnie zażądała aby ją poślubił - inaczej się mu nie odda. To, i odmowa żony usunięcia się na bok, spowodowało wydanie na nią wyroku śmierci). postanowił odpłacić się księżnej w okrutny sposób. Napadł ze swoimi ludźmi na orszak księżnej Elżbiety, wyciągnął z karocy, zdarł z niej odzienie, po czym brutalnie zgwałcił. Gdy skończył... oddał ją reszcie swoich ludzi (ok. 15 kondotierów). Kobieta zmarła wkrótce potem w wyniku doznanego szoku. Bowiem, jak pisał Erich Maria Remarqe: "Gwałt czy to w czasie wojny, czy pokoju nie wynika z potrzeby zaspokojenia popędu seksualnego, ale z chorej chęci upokorzenia kogoś, poprzez wynaturzone własne ego...". 
Przejdźmy zatem do tematu (historie te nie są ułożone w porządku chronologicznym, choć staram się tak je uporządkować):  



19 r. 
GWAŁT "ANUBISA" NA PAULINIE




Czasy końca I wieku p.n.e. i początku I wieku naszej ery, są okresem dość nieskrępowanej seksualności i upadku moralności. To czasy powstawania bardzo wielu sekt, z których większość miała podłoże seksualne. Rzymianie zaczytywali się w "Sztuce Kochania" ("Ars Amatoria") Publiusza Owidiusza, napisanej w 2 r. naszej ery. Owidiusz w dużej mierze niczego nowego tam nie przedstawił, raczej opisał ówczesne zachowania miłosne rzymskiego społeczeństwa i ubrał je w piękne, literackie słowa. Pisał on bowiem iż małżeństwo powoduje przeszkody na drodze do niczym nieskrępowanej, wolnej miłości, a był to właśnie okres, gdy młodzi ludzie raczej rezygnowali z małżeństwa, żyjąc ze sobą na tzw.: "kocią łapę" i uważając taki stan za o wiele wygodniejszy od oficjalnych ceremonii złączeniowych. Nic dziwnego że cesarz Oktawian August co jakiś czas urządzał pogadanki dla młodych mężczyzn, starając się im zaprezentować walory stanu małżeńskiego (podczas jednego z takich spotkań, które odbywały się najczęściej w ogrodzie domu Augusta, wśród jednego z drzew ukrył się młody Klaudiusz - wnuk siostry Oktawiana Augusta - Oktawii i Marka Antoniusza, przysłuchując się rozmowie. August wdał się z młodymi mężczyznami w polemikę, a ponieważ większość z nich utwierdziła się w przekonaniu że stan niezamężny jest wygodniejszy, August, któremu zabrakło już argumentów na potwierdzenie swego stanowiska, wyciągnął zza drzewa Klaudiusza i pokazując go zebranym rzekł: "Ze związków małżeńskich rodzą się takie dzieci" - miał na myśli że dzięki małżeństwu na świat przychodzą dzieci legalne, mające prawo do dziedziczenia po swych rodzicach - jednak gdy popatrzono na Klaudiusza, który w młodości przeszedł jakąś chorobę, która go zniekształciła - ślinił się, powłóczył nogą, jąkał i miał tiki nerwowe - spowodowało to wybuch powszechnej radości).

Owidiusz pisał, że Rzym to miasto kipiącej miłości i erotyzmu, jednak jest ona skrępowana prawnymi nakazami małżeństwa. Pisał że po ulicach miasta codziennie przechadzają się kobiety spragnione miłości i uczucia, którego jednak nie są w stanie doświadczyć przez krępujące je więzy ograniczeń. Twierdził że każda kobieta spragniona jest seksu i że można ją łatwo uwieść i posiąść, trzeba tylko zastosować kilka sztuczek, które "rozmiękczą kobietę". Jako pierwsze wymieniał komplementy, którymi adorator powinien obficie obdarowywać, szczególnie starsze matrony, które są niezwykle spragnione ciepłych słów od mężczyzny (szczególnie młodszego). Kolejnym elementem jest czystość i galanteria, kobiety bowiem (jak twierdził Owidiusz) lubią mężczyzn "prosto z łaźni" którzy dodatkowo nacierają się wonnymi olejami, roztaczając przyjemny zapach i świeży oddech (radził więc mężczyznom myć zęby) przyciągają w ten sposób do siebie płeć piękną. Należy również zwrócić uwagę na język i maniery, bowiem kobiety również dostrzegają takie niuanse i wolą mężczyzn wyrażających się w sposób łagodny, od tych, którzy używają słów wulgarnych lub sprośnych. Owidiusz zwrócił również uwagę na ogromną zmianę w mentalności i pozycji rzymskiej kobiety na przestrzeni wieków. Pisał że kobiety w czasach Katona Starszego (III - II wiek p.n.e.), były jedynie żonami swych mężów, matkami swych dzieci i paniami dla służby. Te kobiety co prawda bardzo szanowano, ale jednocześnie ograniczano ich strefę działalności do dbania o podtrzymywanie ogniska domowego i opiekę nad całym domostwem. Dziś zaś - jak twierdził Owidiusz, sytuacja się zmieniła, kobiety stały się jakieś "inne", a mężczyźni są obecnie niewolnikami płci pięknej. Kiedyś żona musiała okazywać mężowi szacunek i posłuszeństwo, dziś zaś to od jej woli niejednokrotnie zależy los mężczyzny - jak dalej twierdził Owidiusz. Dodał nawet że dzisiejsi potomkowie Romulusa stają się coraz bardziej zniewieściali i ulegli, byle tylko utrzymać przy sobie wybrankę ich serca - i to wszystko pisał człowiek, który w życiu prywatnym był przykładnym mężem i ojcem, a jednocześnie nie pozwalał żonie na żadne "feministyczne" ekstrawagancje.




Mimo to dzieła Owidiusza były bardzo popularne, do tego stopnia że w nich właśnie zaczęto upatrywać przejawów owego sfeminizowania i erotyzowania społeczeństwa rzymskiego, oraz swoistego wyzwolenia społecznego kobiety rzymskiej. Dlatego też cesarz Oktawian August polecił usunąć dzieła Owidiusza ze wszystkich bibliotek w Imperium, a jego samego skazał na wygnanie do Tomyris, dawnej greckiej kolonii, a obecnie zapadłej dziury nad Morzem Czarnym (8 r. naszej ery), gdzie klimat był wyjątkowo nieprzyjazny, a okoliczni ludzie gruboskórni i nieokrzesani. Poeta zmarł tam na wygnaniu w 17 r. w wieku 59 lat. Sama rodzina cesarska także nie była wolna od obyczajowych afer i ekscesów. W 2 r. p.n.e. wybuchła wielka afera związana z Julią, córką Augusta, która miała sypiać z wieloma mężczyznami i to zarówno senatorami, jak i zwykłymi niewolnikami. Była to hańba dla rodziny i osobiście dla samego Augusta, który już wcześniej zwierzał się swym przyjaciołom: "Mam dwie córki - Julię i Rzeczpospolitą, a z nimi tyle samo kłopotu". Teraz załamał się zupełnie i w gniewie pytał: "Czy jest w Rzymie ktoś, kto nie spał z moją córką!". Julia wychowywała się już w domu obsługiwanym przez setki niewolników (w samym grobowcu Liwii - żony Augusta, znaleziono skremowane szczątki ponad... tysiąca niewolników). Część z nich zajmowała się przyrządzaniem potraw, które potem spożywała rodzina cesarska, część ubieraniem i przygotowywaniem garderoby dla swych panów (a szczególnie pań), a część malowaniem i upiększaniem ciała.




Najwięcej pracy miały fryzjerki (ornatrix), które bezpośrednio wystawione były na kaprysy swych właścicielek. Należało bowiem tak uczesać bogatą matronę (i jej córki), aby wyglądała pięknie i powabnie, nawet pomimo swojego wieku. Jeśli jej włosy były zbytnio przerzedzone, stosowano peruki, które umiejętnie wplątywano we włosy. Matrony życzyły sobie też często zmiany kolorów własnych włosów, np. na kolor ciemny bądź jasny. Takie praktyki trwały godzinami, gdyż należało najpierw przygotować, a potem nałożyć farbę, potem używać całego zestawu szpilek i żelazka (rozgrzanych na ogniu rurek, którymi zaplatano loki). Znacznie łatwiej było włosy ściemnić, niż rozjaśnić (preparaty na rozjaśnianie włosów były bowiem niezwykle drogie i niekiedy powodowały skutki uboczne w postaci... wypadania włosów), często wiec stosowano peruki, zaplecione z jasnych włosów ściętych niewolnicom (lub jedynie przypinano loki, również obcięte niewolnicom). Te wszystkie praktyki upiększające (a należy powiedzieć że dochodziły również manicure i pedicure, oraz malowanie oczu i ust), trwały długie godziny (znacznie dłużej niż ma to miejsce dzisiaj), co często powodowało zniechęcenie lub wyczerpanie takiej matrony. Biada jednak ornatrix, która by nie zadowoliła swej pani, upiększając jej ciało. Do naszych czasów zachowały się informacje, jak bogate damy starożytnego Rzymu postępowały ze swoimi niewolnicami - nakłuwanie ich ciał długimi szpilami i przypalanie ogniem, było jedną z najłagodniejszych wówczas stosowanych praktyk.

Mimo to, społeczeństwo rzymskie wciąż wymagało od kobiety skromnego stroju i łagodnego obycia. Ideałem była kobieta przy krosnach (nie miało tutaj żadnego znaczenia że ona sama posiadała setki niewolników, chodziło bowiem o pewien wzorzec kulturowy) potrafiąca jednocześnie zadbać o dom (August często namawiał swą żonę i córkę, aby podczas publicznych wizyt senatorów w jego willi, siadały właśnie przy krosnach). Niektórzy moraliści żyjący w tym czasie, przestrzegali również przed zbytnim kształceniem dziewcząt (co w czasach przełomu wieków stało się praktyką, na równi z kształceniem chłopców), bowiem, jak twierdzili: "wyrosną z nich niemoralne lafiryndy, które będą myślały tylko o przyjemnościach ciała" (Rzymianie sądzili bowiem - i w tej kwestii Owidiusz również nie był wyjątkiem - że kobieta bardzo często myśli tylko o zaspokojeniu potrzeb cielesnych, czyli o seksie, a kobieta wykształcona o seksie myśli non stop). Dlatego też często do dobrze urodzonych dziewczynek zwracano się aby nie były "za mądre", bo to nie przystoi kobietom z ich pozycją i że nikt wówczas ich nie zechce za żony. Jako przykład podawano Liwię Druzyllę, żonę Augusta, która, pomimo iż nie miała z nim dzieci, zyskała na niego wielki wpływ i razem przeżyli ponad pięćdziesiąt lat. Tajemnicą poliszynela było, w jaki sposób Liwia utrzymywała swój wpływ na męża, a mianowicie zawsze przymykała oczy na jego miłostki, a nawet... sama dostarczała mu młode dziewczęta (szczególnie dziewice) do łoża. On odpłacał jej miłością i pozwalał używać swych pieczęci do korespondencji dyplomatycznej i zdobycia ogromnego wpływu na władzę. Taka to była (mniej więcej) epoka rzymskiej moralności (a raczej jej braku i usilnych starań moralistów o jej ponowne wskrzeszenie). Przejdźmy zatem do owej kobiety o imieniu Paulina i gwałcie, jaki miał się na jej osobie dopuścić ów "Anubis".




Oczywiście nie był to żaden bóg Anubis, a raczej młodzian, któremu owa Paulina mocno przypadła do gustu. Należał on do jednej z wielu ówcześnie działających sekt - czcicieli Izydy, gdzie aby zostać zaakceptowanym członkiem, trzeba było zdeflorować młodą dziewczynę na "łożu ofiarnym" bogini. Taki stosunek był uważany za szczególnie bliski bogini i oznaczał złączenie się kochanków w jedno (innymi słowy, byli odtąd traktowani jak mąż i żona, choć żadnych prawnych działań w tej kwestii nie podjęli). Tak więc młody mężczyzna starał się o spotkanie ze swą wybranką, przychodził pod jej dom i wyczekiwał aby zechciała się z nim spotkać i porozmawiać. Trwało to przez jakiś czas, a podczas tych rozmów mężczyzna unikał rozmów o miłości i seksie, skupiając się na duchowych podstawach sekty czcicieli Izydy. Opowiadał więc jej o bogini i jej prawach, o tym jak wszyscy w jego zgromadzeniu są ze sobą szczęśliwi, jak sobie wzajemnie pomagają i dodawał że jeśli dziewczyna przyłączy się do tego kultu, ona również będzie jedną z nich i będzie mogła liczyć na ich pomoc i wsparcie w każdej sprawie. Nie są znane szczegóły w jaki sposób namówił ją do przyłączenia się do tego zgromadzenia, wiadomo jednak że tak zamącił dziewczynie w głowie, że... sama się go prosiła o możliwość dołączenia do czcicieli Izydy (kto wie, być może użył sztuczek, jakimi posłużył się chociażby Andy Garcia w filmie "Just the Ticket" - "Z miłości do..."), on jednak wcześniej zapowiedział jej, że jeśli chce dołączyć, będzie musiała oddać się bogu Anubisowi, który osobiści przyjdzie do niej i ją posiądzie. Dziewczyna wyraziła zgodę, bardzo bowiem chciała przyłączyć się do tak zachwalanego zgromadzenia.
.
 


Ów mężczyzna przykazał jej wówczas, aby pojawiła się o nocnej porze w określonym miejscu, gdzie będzie na nią czekał bóg Anubis, również i na to wyraziła zgodę. Pojawiła się więc w umówionym miejscu i zastała tam (a jakże) "boga" Anubisa (a w rzeczywistości przebranego za boga owego admiratora, który namawiał ją do odbycia stosunku seksualnego). Oddała mu się wówczas, po czym "bóg" polecił jej aby udała się do domu i oczekiwała dalszych wskazówek. Czekała więc dzień, drugi, minął tydzień i nikt się do niej nie zgłaszał, czyżby "bóg" o niej zapomniał. Udała się więc w tamto miejsce, poszukując owego mężczyzny, który namówił ją do odbycia tego stosunku. Nie udało jej się jednak go odnaleźć, co spowodowało że zaczęła sobie uświadamiać że nie tylko została oszukana, ale także... zgwałcona. Nie wiedziała co ma ze sobą zrobić, bowiem pochodziła z dobrego, rzymskiego domu i obawiała się reakcji rodziny i otoczenia. Wkrótce jednak powiedziała prawdę swej matce, a ta poinformowała o wszystkim męża (i ojca dziewczyny). Nagle zrobiła się wielka afera, a ponieważ ojciec dziewczyny był wysoko postawionym nobilem z kręgów imperialnej administracji cesarza Tyberiusza (syna Liwii i następcy Augusta, władającemu od 14 r. naszej ery), postawił na nogi straż miejską. Dziewczyna powiedziała że mężczyzna, który dopuścił się na niej gwałtu, był wyznawcą kultu bogini Izydy, rozpoczęły się więc wielkie prześladowania czcicieli Izydy w Rzymie (oczywiście tylko w samym mieście, bowiem kwestie te nie wychodziły poza jego mury). 

Bardzo szybko wyłapano kapłanów z tej sekty, których skazano na śmierć przez ukrzyżowanie. Następnie uderzono w wyznawców i tak po nitce do kłębka wyciągano ich z domów i oskarżano o sianie rozpusty i oddawanie się haniebnym i "niemiłym bogom" praktykom. Wszystkich wyznawców skazano na wygnanie na Sardynię (która wówczas była opanowana przez roje moskitów, z którymi rzymskie władze sobie nie radziły). Prawdopodobnie wraz z innymi, wygnano również samego gwałciciela, choć nie ma co do jego osoby żadnych informacji. Nie wiadomo też co dalej stało się z ową dziewczyną, bo po nagłośnieniu całej afery, zapewne nie miała już możliwości wyjścia za mąż. Jakie były więc jej dalsze losy? Ten temat owija już nieskończona mgła tajemnicy. Swoją drogą podobne praktyki co do sekty czcicieli Izydy, zastosowano chociażby w 64 r. za cesarza Nerona, w odniesieniu do rzymskiej gminy chrześcijańskiej, choć w tym przypadku wyznawców "Chrestosa" albo krzyżowano, albo oddawano na pastwę dzikich bestii w amfiteatrze - choć owe prześladowania również miały ściśle miejski charakter i nie wychodziły poza granice samego miasta Rzymu.




CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...