WYŚWIETLENIA

24 lipca 2025

INTEGRACJA, KOLABORACJA CZY WROGOŚĆ? - Cz. I

CZYLI JAK ŻYLI GRECY 
W IMPERIUM RZYMSKIM 
I CZY ASYMILOWALI SIĘ 
Z RZYMIANAMI?





"JEŚLI TY, PANIE, NA TEN ŚWIAT PRZYCHODZĄC STAWIAŁ WARUNKI, ŻE MUSISZ BYĆ ZAWSZE SZCZĘŚLIWY, ZAWSZE MIEĆ, CO TYLKO ZECHCESZ, I JEŚLI Z BOGÓW KTOŚ CI TO OBIECAŁ, SŁUSZNIE SIĘ GNIEWASZ, BO CIĘ OSZUKANO"

ARYSTOFANES Z BIZANCJUM



Jakie tak naprawdę było Imperium Rzymskie? Co stanowiło kulturową podbudowę, ów rdzeń wspólnoty obywateli Imperium? Dziś mówiąc o Rzymie, mamy przecież na myśli głównie wszystko to, co albo wytworzyli sami Rzymianie, albo też powstało wśród okolicznych ludów Italii. Natomiast niewątpliwie zapomina się, że Imperium Rzymskie tak naprawdę było dwujęzyczne i z pełnym przekonaniem możemy określić je grecko-rzymskim, tym bardziej, że Rzymianie (w okresie swej wielkości) całkowicie się pod względem kulturowym i religijnym - zhellenizowali. Przecież cała religia rzymska jest tak naprawdę zwykłą kopią religii helleńskiej i jedyne co odróżniało ją od pierwowzoru, to... zmiana nazw poszczególnych bóstw, lub postaci, tak aby dostosować je do rzymskich i italskich warunków. Była to więc najzwyklejsza kopia, przejęcie kulturowego dziedzictwa podbitego narodu. Doszło więc do ciekawego mezaliansu, w wyniku którego władza pozostawała rzymska, ale kultura była już grecka. Jak w takich warunkach odnajdowali się rodzimi Grecy? Jak akceptowali ową dwoistość Imperium i czy się asymilowali w rzymskim społeczeństwie imperialnym, czy też utrzymywali silną, własną narodową odrębność? A może odnosili się wręcz wrogo do rzymskiej władzy okupacyjnej? Na te pytania spróbuję odpowiedzieć w tym temacie






I
TYTUS KWINKCJUSZ FLAMININUS i
"WOLNOŚĆ WSZYSTKICH HELLENÓW"
(CZYLI OD EUFORII DO UPADKU
"PIERWSZEGO LUDU ŚWIATA")




Cóż to była za radość. W dziejach antycznej Hellady próżno szukać podobnego przypadku, gdy ludność z praktycznie wszystkich greckich polis, zgromadzona na stadionie w Koryncie, tak gremialnie i z takim uniesieniem okazywałaby swą nieskrępowaną i żywiołową radość. A powodem owej radości były słowa odczytywane przez herolda, który w imieniu rzymskiego wodza i zwycięzcy niedawno zakończonej wojny z władcą Macedonii królem Filipem V - Tytusa Kwinkcjusza Flamininusa, ogłaszał co następuje. 

Było wczesne lato 196 r. p.n.e. i do Koryntu ściągali wówczas Grecy ze wszystkich stron Hellady, aby uczcić święto boga mórz - Posejdona (odbywające się co dwa lata na Istmie Korynckim, stąd nazwa Igrzyska Istmijskie). W tym wszakże roku igrzyska były szczególnie ludne, a to z powodu właśnie zakończonej wojny Rzymu (i jego greckich sojuszników) z Macedonią - wszyscy bowiem przeczuwali że tam zapadną teraz decyzje, które stworzą nowy ład w Helladzie na kolejne dziesięciolecia. System macedońskiej protekcji greckich polis, powołany do życia po przegranej przez Greków bitwie pod Cheroneą z 338 r. p.n.e., w której to król Filip II Macedoński i jego syn, przyszły zdobywca Azji - Aleksander, rozbili armie ateńską i tebańską - właśnie dobiegł końca. Kongres pokojowy, który miał miejsce kilka miesięcy po Cheronei (337 r. p.n.e.), odbył się również w Koryncie. Tam właśnie Grecy zostali zmuszeni do podporządkowania się zwierzchnictwu króla Macedonii. Teraz, po stu czterdziestu latach "macedońskiej niewoli", wszyscy oczekiwali wielkiej zmiany, choć większość Greków nie wierzyła w szczere intencje Rzymian i Flamininusa i spodziewała się zastąpienia protekcji macedońskiej - rzymską.

Tymczasem, nim rozpoczęły się igrzyska, na środek placu stadionu (gdzie zapowiadano otwarcie sportowych zmagań) wyszedł herold, dzierżąc w dłoniach pewien dokument, zwinięty w rulon papirus, który następnie odwinął i począł czytać zapisane na nim słowa, a brzmiały one następująco: "Senat rzymski i prokonsul Tytus Kwinkcjusz Flamininus pobiwszy króla Filipa i Macedończyków przyznają wolność, zwolnienie od załóg wojskowych i płacenia daniny oraz swobodę rządzenia się prawami ojczystymi mieszkańcom Koryntu, Fokejczykom, Lokrom, Eubejczykom, Achajom Etiockim, mieszkańcom Magnezji, Tessalii i Perrajbom. Mają być one wolne, niezawisłe i w prawach samodzielne". Herold wymienił jedynie te ludy, które przed wybuchem II wojny macedońskiej (200 r. p.n.e.) podlegały bezpośrednio królowi Filipowi V, bowiem status polityczny wszystkich rzymskich sojuszników wśród greckich polis nie podlegał dyskusji - stawały się one wolne z racji samego opowiedzenia się przeciwko Macedonii i za Rzymem. Początkowo nie wszyscy zgromadzeni na stadionie zrozumieli owe słowa (jak wiadomo nie było wówczas mikrofonów, ani żadnej aparatury nagłaśniającej) i dopiero ci, siedzący najbliżej, zaczęli przekazywać sens słów tym, siedzącym z tyłu. Cóż to był za wybuch niekontrolowanej, żywiołowej radości? Wielu zerwało się ze swych miejsc i ruszyło w stronę loży, w której siedział sam Flamininus, pragnąc przynajmniej dotknąć poły jego płaszcza, nie mówiąc już że wielu udało się ucałować go w rękę. Napór Greków był tak silny, że Flamininus, choć podekscytowany wznoszonymi na jego cześć okrzykami, musiał się początkowo ewakuować ze stadionu. Szał radości na stadionie był tak wielki, że wielu zapomniało już o igrzyskach i przywołano herolda, by po raz drugi odczytał im ów tekst, nie dowierzając własnym uszom i bojąc się że to tylko sen, z którego się wkrótce obudzą. 

Po stu czterdziestu latach niewoli, Grecja ponownie odzyskiwała wolność - znów miała być niepodległa, niezależna, znów miała sama decydować o swej przyszłości, dlatego wciąż tak wielu nie dowierzało w to, co głosił herold, prosząc by odczytał tekst raz jeszcze. Flamininus stał się najpopularniejszym człowiekiem w Grecji i to do tego stopnia, że żaden inny Grek nie mógł się z nim pod tym względem równać. Był też przystojny i młody (33 lata), co powodowało że zaczęły pojawiać się opinie, aby pozostał tu, w Grecji, jako przywódca wszystkich Hellenów i by wziął sobie za żonę jakąś Greczynkę. Ale popularność Flamininusa przenosiła się również na Rzymian, gdy powtarzano: "Więc jest na świecie jakiś naród, który własnym kosztem i z własnym narażeniem się na trudy, prowadzi wojny za wolność drugich! I to dobrodziejstwo wyświadcza nie blisko mieszkającym ludom lecz przeprawia się nawet za morza, żeby nigdzie na świecie nie było niesprawiedliwej władzy". Po zakończeniu igrzysk Flamininus wezwał posłów króla syryjskiego - Antiocha III Wielkiego z dynastii Seleucydów i oznajmił im, że wojska Antiocha maja opuścić wszystkie greckie miasta w Azji Mniejszej, którym on nadał "wolność". W kolejnych miesiącach Flamininus począł wdrażać w życie "zapowiedź istmijską", przyjmując na audiencji przedstawicieli kolejnych greckich polis. Wolność dodatkowo otrzymał lud Orestów (który wchodził w skład Macedonii, a który się od niej odłączył po klęsce Macedończyków w bitwie z Rzymianami pod Kynoskefalaj w 197 r. p.n.e.), oraz Dolopiów. Ale zaczęły się też pojawiać pierwsze oznaki niezadowolenia wśród Greków.




Po pierwsze, pomimo swych deklaracji Rzymianie wciąż nie wycofali się z Akrokoryntu, Chalkidy i Demetriady, czyli kluczowych terenów, stanowiących tzw.: "Kajdany Grecji", skąd można było szybko przegrupować siły i uderzyć w każdym z możliwych kierunków. Niezadowoleni byli Etolowie (sojusznicy Rzymu), którzy uważali że Rzymianie ich nie doceniają i że bez ich pomocy nie pokonaliby Macedończyków. Do nich wysłał Flamininus swego legata - Gnejusza Korneliusza, który po przybyciu do miasta związkowego Themum, obrzucony został takimi pretensjami, że obawiając się rozgrzanych emocji, zaproponował Etolom, aby swe skargi przesłali bezpośrednio do rzymskiego Senatu. Tymczasem Flamininus przesłał do Rzymu zapytanie, kiedy będzie mógł rozpocząć wycofywanie rzymskich oddziałów z Hellady, tym bardziej że w Etrurii wybuchło wówczas powstanie niewolników (196 r. p.n.e.). Senat jednak kategorycznie zabronił Flamininusowi opuszczać "Kajdan Grecji", zaś do Etrurii skierował pretora Maniusza Acyliusza Glabriona, który bardzo szybko uporał się ze zbuntowanymi niewolnikami. Flamininus dwoił się i troił aby dotrzymać danego Grekom na Istmie słowa, starał się przekonać Senat do konieczności przyznania Helladzie prawdziwej wolności, ale niewiele wskórał. Miał jeszcze przebywać w Grecji przez kolejne 4 lata. Tym bardziej że zagrożeń nie brakowało, a ambitny władca syryjski - Antioch III Wielki marzył nie tylko o podporządkowaniu greckich polis w Azji Mniejszej, ale także o narzuceniu swej zwierzchności Grecji właściwej, w przypadku ewakuacji stąd Rzymian. W maju 196 r. p.n.e. przepłynął demonstracyjnie na czele swej floty z Efezu - który poddał się jego władzy - do Hellespontu, jednocześnie przerzucając swe wojska na Chersonez, czyli na europejską część dzisiejszej Turcji. 

Następnie ruszył na czele armii na rekonesans przez Chersonez na północ do Lizymachii. To wielkie miasto leżało obecnie w ruinach, zniszczone przez najazd Traków z północy. Antioch postanowił odbudować miasto, jako dowód swej filo-greckiej postawy. Zorganizował też wielką akcję wykupywania mieszkańców z trackiej niewoli i ściągania z powrotem tych, którzy stamtąd uciekli. Senat polecił Flamininusowi zająć się tą kwestią i wybadać do czego realnie dąży Antioch III. Wysłał on więc do odbudowywanej (z wielkim rozmachem, król nie szczędził bowiem środków, budowano więc jednocześnie od razu i mury i domy prywatne) Lizymachii kilku legatów (Korneliusz, Lentulus, Williusz i Terencjusz). Zostali oni bogato przyjęci na wspaniałej uczcie u Antiocha. Król przywitał Rzymian uroczyście, obdarowując ich podarkami, ale atmosfera szybko się popsuła, gdy rozmowy zeszły z kwestii kurtuazyjnych, na bieżąca politykę. Rzymianie domagali się wycofania Antiocha z greckich polis Azji Mniejszej. Król Antioch starał się tłumaczyć, że jego działania są pokojowe i nie mają na celu godzenia w rzymskie interesy w Grecji, na co jeden z legatów miał potem stwierdzić w liście do Flamininusa: "Antioch (...) nawet gdyby już wylądował w Italii, będzie temu przeczył". Podczas spotkania miało jednak dojść do pewnej sprzeczki (jeśli można tak nazwać ową wymianę zdań pomiędzy królem a rzymskimi posłami), w wyniku której na zapytanie co król robi ze swą armią w Azji Mniejszej, Antioch miał odpowiedzieć: "A co wy, Rzymianie robicie w Italii?" Ostatecznie, aby nie podgrzewać nastrojów, Rzymianie opuścili Lizymachię gdy król obiecał wycofać się z powrotem do Efezu (co uczynił, jednak dalej kontynuował odbudowę miasta i nie cofnął swych wojsk na azjatycką stronę). Konflikt między Rzymem a Antiochem jednak się nie zakończył, tym bardziej że wciąż utrzymywał on wielką armię na europejskim brzegu Grecji, a także wkrótce po powrocie Antiocha do Efezu, na jego dwór przybył - zbiegły z Kartaginy, gdzie nowe władze chciały go wydać w ręce Rzymian - Hannibal, któremu król udzielił schronienia i wsparcia.

 


Flamininus był w trudnym położeniu, gdyż Grecy oczekiwali kiedy wreszcie wypełni on swą obietnicę z igrzysk istmijskich i wycofa rzymskie wojska z Grecji. Na to jednak się na razie nie zapowiadało, tym bardziej że w  Senacie uważano, iż sama zapowiedź "uwolnienia Hellady", powinna usatysfakcjonować Greków. Rozumowano bowiem w taki sposób: Grecy są, podobnie jak my - Rzymianie - wrogami monarchii i tyranii, skoro tak, uwalniając ich od tych nieszczęść, uczyniliśmy ich prawdziwie wolnymi ludźmi. Tymczasem Grecy pragnęli nie tylko wolności od monarchii (a niektórzy wręcz uważali że Helladą, czy raczej całym greckim światem jaki powstał po podbojach Aleksandra Wielkiego, powinien władać jeden król-zbawca, który zjednoczy wszystkie dotychczasowe państwa hellenistyczne i stworzy prawdziwą grecką oikumene - świat zamieszkały przez Greków), ale również powrotu do wolności politycznych poszczególnych polis, państw i związków, jakie posiadała Grecja przed rokiem 338 p.n.e. Macedonia została wreszcie pokonana, ale okazało się że Rzymianie jakoś nie spieszą się z opuszczeniem greckiej ziemi, co powodowało zniechęcenie a nawet pewną wrogość do Rzymian. Nie mając innej drogi nacisku, greckie miasta i związki słały swe prośby i żale do rzymskiego Senatu, który zasypywany nimi, wreszcie ogłosił, że nie będzie już przyjmował wysłanników wchodzących w skład związków helleńskich, ograniczając się jedynie do próśb poszczególnych polis.

Tymczasem sytuacja polityczna na Wschodzie wyglądała następująco: Rzymianie zajęli Grecję lądową (bez Peloponezu) i narzucili pokój królowi Macedonii - Filipowi V, który utrzymał swoją władzę. Macedonia co prawda utraciła wszelkie wpływy w Grecji i część terytorium (jak choćby uniezależnienie się Orestów), ale mimo wszystko nadal stanowiła dość dużą siłę, tym bardziej że armia macedońska okazała się twardym i nieustępliwym przeciwnikiem, a królowi Filipowi (aby zakończyć tę wojnę swoim zwycięstwem), przeszkodziła w pewnym stopniu jego zapalczywość (pod Kynoskefalaj rzucił do boju rozproszone oddziały wprost z marszu). Miał duże szanse na zwycięstwo, jednak nie potrafił z nich skorzystać (inna sprawa, że nawet gdyby wygrał tę bitwę i rozgromił armię Flamininusa, wojna prawdopodobnie nie zakończyłaby się, gdyż należy pamiętać że Rzym miał dość duże możliwości uzupełniania strat poprzez wystawianie kolejnych armii (np. po bitwie pod Kannami z 216 r. p.n.e., w której zginęło aż 40 000 Rzymian - nie licząc drugiej takiej liczby rzymskich sprzymierzeńców - i która byłaby totalną katastrofą dla każdego innego państwa, Rzym się podźwignął i wystawił kolejne armie, aż wreszcie pobił Hannibala na jego własnej ziemi). Na wschód od Macedonii pokaźną siłą (Rzymianie sądzili że jest ich tam ze 150 000 żołnierzy), dysponował hellenistyczny władca z dynastii Seleucydów syryjskich - Antioch III Wielki. W tym przypadku więc Filip V mógł być dla Rzymu użyteczny, bowiem znana była jego nienawiść do Antiocha (znacznie większa niż do Rzymian).



 
W Azji Mniejszej najpotężniejszym zaś państwem (zagrożonym teraz przez Antiocha III) była monarchia Pergamonu, państwa którego siłę wykuł jego wielki władca - Attalos I (zmarły w 197 r. p.n.e.). Był to szczególnie umiłowany król i to nie tylko przez samych Pergamończyków, a także przez innych Hellenów (szczególnie Ateńczyków). Podczas jego pobytu w Atenach w 200 r. p.n.e. na powitanie władcy nie tylko wyległo całe miasto, ale przygotowano odświętną inscenizację, w której uczestniczyli ubrani na biało kapłani i kapłanki Aten, a Zgromadzenie Ludowe uchwaliło przyznanie Attalosowi najwspanialszych zaszczytów (i nie była to zwykła kurtuazja, nie wszystkich bowiem władców traktowano w taki sposób). Szczęśliwy to był władca, szczęśliwego kraju, który przecież powstał notabene dość niedawno. Oficjalnie założycielem królestwa stał się eunuch o imieniu - Filatejros. Był on Grekiem, któremu król Tracji - Lizymach (jeden z wodzów Aleksandra Wielkiego), powierzył pieczę nad swym skarbcem (283 r. p.n.e.), który to umieścił właśnie w prowincjonalnym wówczas Pergamonie. Jednak Filatejros nie zamierzał dochować wierności Lizymachowi i w kilka miesięcy później (282 r. p.n.e.) przywłaszczył sobie całe złoto ze skarbca, umacniając się w Pergamonie i ogłaszając władcą (choć nie królem) tego miasta. Był to pierwszy władca Pergamonu i założyciel dynastii Attalidów (co ciekawe, sam był eunuchem). Po jego śmierci w 263 r. p.n.e. władzę nad miastem objął jego bratanek - Eumenes I. Attalos I, który przejął tron w 241 r. p.n.e., był zaś bratankiem Eumenesa.

Król ten cieszył się ogromną popularnością w greckim świecie, choć przecież jego królestwo nie należało ani do największych, ani do najsilniejszych z państw hellenistycznych (coś na zasadzie popularności Wiktora Orbana 😉). Ale był władcą bardzo przystępnym i czułym na cierpienia ludu. Poza tym dochodziły jeszcze i inne kwestie. Król ten wzbudził wielką sensację w owym czasie i jeszcze większą popularność wśród zwykłych Greków, gdy na żonę wybrał sobie nie jakąś księżniczkę, pochodzącą z którejś z panujących dynastii hellenistycznych, tylko zwykłą dziewczynę, którą poznał w mieście Kyzikos i w której zakochał się do szaleństwa. Zwała się ona Apollonis i również przeszła do historii jako umiłowana królowa, opiekunka najuboższych i dobra dusza, która wraz z królem uczyniła Pergamon niezwykle majętnym (po śmierci została wręcz uznana za boginię i wznoszono nawet świątynie na jej cześć). Polibiusz pisał o Apollonis: "Kobieta ta z wielu względów zasłużyła na pamięć i szacunek. Pochodząc z prostej rodziny została królową i zachowała tę wysoką godność aż do śmierci i nie za pomocą sztuczek stosowanych przez hetery, a tylko dzięki własnej cnocie i szlachetności, tak w swym życiu prywatnym jak i publicznym", zaś na jej nagrobku w Świętym Mieście we Frygii (nieopodal świątyni bogini Kybele - Wielkiej Macierzy), w świątyni, którą wystawił jej syn - Eumenes II, można było przeczytać m.in.: "Spędziła życie pięknie i godnie (...) wychowała szczęśliwe dzieci. Pięknym postępowaniem dała niemałe świadectwo pobożności wobec bogów, a szlachetności własnej dowiodła najlepiej ku swej chwale zgodnym współżyciem z synami".




Kraj Attalosa I był nie tylko bogaty, ale również prawdziwie szczęśliwy, a przykład szedł właśnie z góry, z rodziny królewskiej, w której (co zdarzało się doprawdy niezwykle rzadko w królewskich rodach), synowie Attalosa i Apollonis zawsze odnosili się do siebie z szacunkiem, godnością i braterską miłością. Prawdopodobnie dzięki wychowaniu samej Apollonis, która zaszczepiła w (czterech) własnych synach, poczucie wzajemnego wsparcia i pomocy, tak aby brat zawsze mógł liczyć na pomoc brata - i to się sprawdzało, nawet wtedy, gdy jeden z nich objął królewski tron po śmierci ojca w 197 r. p.n.e. (Eumenes II). Zastanawiano się czemu bogowie właśnie ten mały kraj, jakim był Pergamon obdarzyli takim szczęściem, bezpieczeństwem i majętnością. Eumenes II wstępując na tron, był niczym dzisiejsi szejkowie arabscy, człowiekiem dysponującym ogromną fortuną, sławą swego ojca, matki i kraju. Pergamon w tym właśnie czasie należał do najbogatszych, najpiękniejszych i najczystszych miast ówczesnego świata. Miasto posiadało rozbudowaną sieć kanalizacyjną i przestronne ulice (sam Rzym w tym czasie wciąż był klepiskiem, bardziej przypominającym dużą wioskę, niż miasto, gdzie wcale nie należało do rzadkości aby do domu weszła świnia lub kura i to prosto z ulicy, a niekiedy nawet pies trzymający w pysku odciętą ludzką rękę), akropol, dwie agory, wspaniały Ołtarz dynastii Attalidów (wzniesiony na pamiątkę zwycięstwa Attalosa I w bitwie z Galatami (Celtami) nad rzeką Kaikos w 240 r. p.n.e.. Po tej właśnie bitwie Attalos został ogłoszony "Zbawcą Hellenów" (częścią składową Ołtarza był zapewne powstały ok. 220 r. p.n.e. sławny posąg: "Umierający Gal", którego rzymska kopia przetrwała do dziś). Pergamon był więc prawdziwym "Miastem Niebios" (choć takie miasto też realnie istniało w starożytności, założone przez pewnego szalonego władcę hellenistycznego, który ogłosił się "Słońcem" a mieszkańców miasta zwał "Niebianami", lecz działo się to znacznie wcześniej niż opisywane wydarzenia, więc temat ten pozwolę sobie pominąć choć zapewne jeszcze do niego powrócę). 




Innym takim wolnym państewkiem greckim, było Rodos (wyspa Heliosa), zwana również "Krainą róż i słońca". Przed rokiem 408 p.n.e. jedynymi polis na wyspie, były niezależne od siebie Lindos, Kamejros i Ialysos, które w tymże roku postanowiły się zjednoczyć, tworząc jedno, wielkie, wspólne miasto o nazwie takiej samej jak wyspa - Rodos. Tak powstała nowa polis, która kontrolowała wody południowego basenu Morza Egejskiego (Rodyjczycy byli prawdziwym postrachem piratów). W czasach, o których piszę, Rodos nie była już tak majętna i sławna jak jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej, ale mimo wszystko wspominając boga słońca, Grecy wciąż pamiętali o kolosalnym pomniku Heliosa, jaki wystawili Rodyjczycy przy wejściu do swego portu w 293 r. p.n.e. Posąg ten (choć nie zachował się do naszych czasów nawet w formie szczątkowej), zapewne nie wyglądał tak, jak się go niekiedy pokazuje na obrazach, gdzie pod rozstawionymi nogami boga przepływały statki, wpływające i wypływające z portu Rodos (Kolos Rodyjski był jednym z cudów starożytnego świata). Nie pozwalałaby na to jego konstrukcja i budulec, z którego miał zostać wykonany (metalowe nogi posągu wcześniej czy później musiałyby się ugiąć pod ciężarem samego posągu i ten runąłby do wody zapewne w jakiś czas po zbudowaniu). Prawdopodobnie Kolos Rodyjski ustawiony był w pozycji stojącej, pionowo, przy samym wejściu do portu. Jedną ręką osłaniał twarz od słońca, a drugą podtrzymywał szatę (która sama stanowiła podpórkę dla posągu zapewniając mu stabilność). Kolos Rodyjski runął na ziemię podczas silnego trzęsienia ziemi na Rodos w 227 r. p.n.e. (czyli na ponad 30 lat od opisywanych wydarzeń). Od tamtego czasu leżał na ziemi i był atrakcją turystyczną przez kolejne ponad 870 lat, gdy Arabowie, (którzy zdobyili wyspę w 649 r.) postanowili usunąć posąg "obrażający Allaha" (taki to obrażalski bożek 🤭). Rozłupano go więc na małe kawałeczki, sprzedano i wywieziono (na ponad 900 wielbłądach). Od tej pory wszelki ślad po tym starożytnym cudzie ludzkiego geniuszu bezpowrotnie zaginął.




Były jeszcze potężne orientalne królestwa hellenistyczne syryjskich Seleucydów i egipskich Ptolemeuszy (o których nie ma sensu rozpisywać się w jakiś szczególny sposób), oraz zjednoczone państwo spartańskie króla Nabisa, którego działalność powodowała duże obawy w Rzymie, i z powodu którego Falmininus musiał wciąż jeszcze pozostać w Grecji. 
 

CDN.

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. I

NAJDZIWNIEJSZE I (NIEKIEDY)
NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI
GWAŁTÓW W HISTORII





WOJNA TO MĘSKA RZECZ 
CIERPIENIE NALEŻY DO KOBIET
 

W tym temacie pragnę zadać dość nietypowe pytanie, czy gwałt jest nierozerwalnie związany z losem kobiet? Zabrzmi to może dość dziwnie, ale nie było jeszcze wojny, na której nie zostałyby zgwałcone jakieś kobiety. Oczywiście, konflikt zbrojny jest nieszczęściem samym w sobie - jednak wojna z reguły trwa odtąd dotąd, czyli ma określone ramy czasowe, zaś gwałty, a co za tym idzie cierpienie wielu kobiet - niejednokrotnie popełniane są jeszcze długo po zakończeniu działań wojennych. Zatem od wieków kobiety doświadczały cierpienia i poniżenia, były sprzedawane, oddawane, licytowane, wymieniane (do dziś na terenach afrykańskich kobieta niejednokrotnie warta jest tyle co krowa, a często nawet mniej - bowiem w rozumieniu Afrykanów krowa przynajmniej daje mleko i jest źródłem mięsa, a kobieta...). W Libii zaś istnieje tradycja wywożenia nieposłusznych kobiet na środek pustyni, lub w głąb wielkiego lasu, jeśli uda im się wrócić do domów, mają odpuszczone "grzechy", co oczywiście graniczy z cudem, bowiem przeprawa w nocy przez libijski las pełen wilków i innych drapieżnych zwierząt - jest "prawdziwą sztuką". Nie wspomnę już o losie kobiet afgańskich czy irańskich, choć należy pamiętać że w poszczególnych krajach arabskich los kobiet również jest inny.

Jeśli spojrzymy chociażby na mitologię to dowiemy się że przyczyną najsławniejszej wojny greckich dziejów, czyli wojny trojańskiej, stał się spór o kobietę, zaś jeszcze ciekawiej wygląda kwestia zaprzestania dalszej walki z Trojanami, przez helleńskiego bohatera i herosa - Achillesa. Stało się to wówczas gdy wódz greckiej wyprawy i król Myken - Agamemnon, odebrał mu brankę - którą ten zdobył sobie podczas walki. Zaś po zdobyciu Troi, wszystkie kobiety ocalałe z rzezi, bez względu czy była to księżniczka czy zwykła kobieta - stały się niewolnicami seksualnymi zwycięskich Greków. Ciekawy jest również przypadek pewnej partyjskiej dziewczyny, córki lokalnego partyjskiego namiestnika Persji z III wieku naszej ery. Persja znajdowała się wówczas od prawie pięciuset lat we władaniu stepowego plemienia Parnów, którzy w 238 r. p.n.e. zajęli znaczne tereny królestwa Seleucydów założonego przez jednego z wodzów Aleksandra Wielkiego - Seleukosa I Nikatora), i stworzyli tam swoje państwo. Wracając do owej kobiety, była ona córką partyjskiego namiestnika Persji, często też lubiła w gronie przyjaciółek i w otoczeniu sług oglądać pracę chłopów na roli. Tymczasem pomagał chłopom w ich pracy także niejaki Ardaszir syn Babaka, lokalnego perskiego wielmoży. Ardaszirowi od razu owa dziewczyna wpadła w oko, gdy jednak zebrał się na odwagę i postanowił do niej podejść by się przywitać, ta, (urażona zapewne faktem że oto chłop ośmiela się do niej zbliżyć) kazała go wybatożyć.

Ardaszir nigdy jej tego nie zapomniał, gdy zmężniał, wzniecił antypartyjskie powstanie (224 r.), przywracając jednocześnie perskie władztwo i koronując się na pierwszego po długim czasie perskiego króla (226 r.). Nawiązywał także w swych działaniach i polityce do dawnego potężnego imperium Achemenidów perskich. Wysłał nawet do Rzymu żądanie zwrotu dawnych perskich terenów z czasów panowania Dariusza Wielkiego i groził w przeciwnym razie wojną. Rzymski cesarz Aleksander Sewer oczywiście odrzucił jego żądania, dodając jednocześnie że wojna z Rzymem będzie zupełnie inną wojną jakie wcześniej toczył Ardaszir. W każdym razie wracając do tematu, odszukał swą dawną "gnębicielkę" i gdy tylko ją odnalazł, najpierw osobiście ją wybatożył, a następnie dał jej do wyboru - albo uśmierci ją i jej potomstwo, albo zostanie jego nałożnicą. Wybrała to drugie i zamknięta została w królewskim haremie władcy - potem urodziła mu dwie córki. Dynastia Sasanidów założona przez Ardaszira (od imienia jego dziadka - Sasana), istniała przez czterysta lat, do czasu gdy obalili ją inni wojownicy - spod znaku Allacha w 651 r. I tak można w nieskończoność opisywać los kobiet, bez względu na stan czy pozycję. W trakcie wojny wszystkie były sobie równe - wszystkie po równo cierpiały ból, zniewagi i upokorzenia.

W tym temacie pragnę zaprezentować najdziwniejsze i często najbrutalniejsze przypadki gwałtów w historii. I choć w 99 procentach będą one dotyczyć gwałtów na kobietach, to w tym jednym, maleńkim procenciku, opowiem również o gwałtach kobiet na mężczyznach. Temat może nie jest zbyt "przyjemny", ale takie jest nasze życie, trudno odwracać się od tematów trudnych czy bulwersujących i udawać że one nie istnieją. Może zacznijmy od wydarzenia dość skąpo opisanego, ale wartego również przytoczenia, nim przejdę bezpośrednio do tematu. Mianowicie w 1442 r. władca włoskiego państewka Rimini - Sigismund Malateste, brutalnie zgwałcił księżnę Elżbietę Bawarską, żonę elektora Brandenburgii - Fryderyka I. Elżbieta zwana była "Piękną Betą", problem jednak polegał na tym, że w owym roku, w którym władca Rimini dopuścił się na niej gwałtu, kobieta ta miała już prawie... 60 lat i od dwóch lat była wdową. Gwałt był zaś karą za odrzucenie zalotów Malatesty i odmowę poślubienia go. Upokorzony tym książę (a ponieważ należał do osób szybko wpadających w gniew, np. kazał udusić swą żonę Polissenę Sforzę, ponieważ ta nie chciała dać mu rozwodu i poślubić jedną z jej dwórek - Isottę, która, gdy tylko Malatesta się w niej zakochał, jawnie zażądała aby ją poślubił - inaczej się mu nie odda. To, i odmowa żony usunięcia się na bok, spowodowało wydanie na nią wyroku śmierci). postanowił odpłacić się księżnej w okrutny sposób. Napadł ze swoimi ludźmi na orszak księżnej Elżbiety, wyciągnął z karocy, zdarł z niej odzienie, po czym brutalnie zgwałcił. Gdy skończył... oddał ją reszcie swoich ludzi (ok. 15 kondotierów). Kobieta zmarła wkrótce potem w wyniku doznanego szoku. Bowiem, jak pisał Erich Maria Remarqe: "Gwałt czy to w czasie wojny, czy pokoju nie wynika z potrzeby zaspokojenia popędu seksualnego, ale z chorej chęci upokorzenia kogoś, poprzez wynaturzone własne ego...". 
Przejdźmy zatem do tematu (historie te nie są ułożone w porządku chronologicznym, choć staram się tak je uporządkować):  



19 r. 
GWAŁT "ANUBISA" NA PAULINIE




Czasy końca I wieku p.n.e. i początku I wieku naszej ery, są okresem dość nieskrępowanej seksualności i upadku moralności. To czasy powstawania bardzo wielu sekt, z których większość miała podłoże seksualne. Rzymianie zaczytywali się w "Sztuce Kochania" ("Ars Amatoria") Publiusza Owidiusza, napisanej w 2 r. naszej ery. Owidiusz w dużej mierze niczego nowego tam nie przedstawił, raczej opisał ówczesne zachowania miłosne rzymskiego społeczeństwa i ubrał je w piękne, literackie słowa. Pisał on bowiem iż małżeństwo powoduje przeszkody na drodze do niczym nieskrępowanej, wolnej miłości, a był to właśnie okres, gdy młodzi ludzie raczej rezygnowali z małżeństwa, żyjąc ze sobą na tzw.: "kocią łapę" i uważając taki stan za o wiele wygodniejszy od oficjalnych ceremonii złączeniowych. Nic dziwnego że cesarz Oktawian August co jakiś czas urządzał pogadanki dla młodych mężczyzn, starając się im zaprezentować walory stanu małżeńskiego (podczas jednego z takich spotkań, które odbywały się najczęściej w ogrodzie domu Augusta, wśród jednego z drzew ukrył się młody Klaudiusz - wnuk siostry Oktawiana Augusta - Oktawii i Marka Antoniusza, przysłuchując się rozmowie. August wdał się z młodymi mężczyznami w polemikę, a ponieważ większość z nich utwierdziła się w przekonaniu że stan niezamężny jest wygodniejszy, August, któremu zabrakło już argumentów na potwierdzenie swego stanowiska, wyciągnął zza drzewa Klaudiusza i pokazując go zebranym rzekł: "Ze związków małżeńskich rodzą się takie dzieci" - miał na myśli że dzięki małżeństwu na świat przychodzą dzieci legalne, mające prawo do dziedziczenia po swych rodzicach - jednak gdy popatrzono na Klaudiusza, który w młodości przeszedł jakąś chorobę, która go zniekształciła - ślinił się, powłóczył nogą, jąkał i miał tiki nerwowe - spowodowało to wybuch powszechnej radości).

Owidiusz pisał, że Rzym to miasto kipiącej miłości i erotyzmu, jednak jest ona skrępowana prawnymi nakazami małżeństwa. Pisał że po ulicach miasta codziennie przechadzają się kobiety spragnione miłości i uczucia, którego jednak nie są w stanie doświadczyć przez krępujące je więzy ograniczeń. Twierdził że każda kobieta spragniona jest seksu i że można ją łatwo uwieść i posiąść, trzeba tylko zastosować kilka sztuczek, które "rozmiękczą kobietę". Jako pierwsze wymieniał komplementy, którymi adorator powinien obficie obdarowywać, szczególnie starsze matrony, które są niezwykle spragnione ciepłych słów od mężczyzny (szczególnie młodszego). Kolejnym elementem jest czystość i galanteria, kobiety bowiem (jak twierdził Owidiusz) lubią mężczyzn "prosto z łaźni" którzy dodatkowo nacierają się wonnymi olejami, roztaczając przyjemny zapach i świeży oddech (radził więc mężczyznom myć zęby) przyciągają w ten sposób do siebie płeć piękną. Należy również zwrócić uwagę na język i maniery, bowiem kobiety również dostrzegają takie niuanse i wolą mężczyzn wyrażających się w sposób łagodny, od tych, którzy używają słów wulgarnych lub sprośnych. Owidiusz zwrócił również uwagę na ogromną zmianę w mentalności i pozycji rzymskiej kobiety na przestrzeni wieków. Pisał że kobiety w czasach Katona Starszego (III - II wiek p.n.e.), były jedynie żonami swych mężów, matkami swych dzieci i paniami dla służby. Te kobiety co prawda bardzo szanowano, ale jednocześnie ograniczano ich strefę działalności do dbania o podtrzymywanie ogniska domowego i opiekę nad całym domostwem. Dziś zaś - jak twierdził Owidiusz, sytuacja się zmieniła, kobiety stały się jakieś "inne", a mężczyźni są obecnie niewolnikami płci pięknej. Kiedyś żona musiała okazywać mężowi szacunek i posłuszeństwo, dziś zaś to od jej woli niejednokrotnie zależy los mężczyzny - jak dalej twierdził Owidiusz. Dodał nawet że dzisiejsi potomkowie Romulusa stają się coraz bardziej zniewieściali i ulegli, byle tylko utrzymać przy sobie wybrankę ich serca - i to wszystko pisał człowiek, który w życiu prywatnym był przykładnym mężem i ojcem, a jednocześnie nie pozwalał żonie na żadne "feministyczne" ekstrawagancje.




Mimo to dzieła Owidiusza były bardzo popularne, do tego stopnia że w nich właśnie zaczęto upatrywać przejawów owego sfeminizowania i erotyzowania społeczeństwa rzymskiego, oraz swoistego wyzwolenia społecznego kobiety rzymskiej. Dlatego też cesarz Oktawian August polecił usunąć dzieła Owidiusza ze wszystkich bibliotek w Imperium, a jego samego skazał na wygnanie do Tomyris, dawnej greckiej kolonii, a obecnie zapadłej dziury nad Morzem Czarnym (8 r. naszej ery), gdzie klimat był wyjątkowo nieprzyjazny, a okoliczni ludzie gruboskórni i nieokrzesani. Poeta zmarł tam na wygnaniu w 17 r. w wieku 59 lat. Sama rodzina cesarska także nie była wolna od obyczajowych afer i ekscesów. W 2 r. p.n.e. wybuchła wielka afera związana z Julią, córką Augusta, która miała sypiać z wieloma mężczyznami i to zarówno senatorami, jak i zwykłymi niewolnikami. Była to hańba dla rodziny i osobiście dla samego Augusta, który już wcześniej zwierzał się swym przyjaciołom: "Mam dwie córki - Julię i Rzeczpospolitą, a z nimi tyle samo kłopotu". Teraz załamał się zupełnie i w gniewie pytał: "Czy jest w Rzymie ktoś, kto nie spał z moją córką!". Julia wychowywała się już w domu obsługiwanym przez setki niewolników (w samym grobowcu Liwii - żony Augusta, znaleziono skremowane szczątki ponad... tysiąca niewolników). Część z nich zajmowała się przyrządzaniem potraw, które potem spożywała rodzina cesarska, część ubieraniem i przygotowywaniem garderoby dla swych panów (a szczególnie pań), a część malowaniem i upiększaniem ciała.




Najwięcej pracy miały fryzjerki (ornatrix), które bezpośrednio wystawione były na kaprysy swych właścicielek. Należało bowiem tak uczesać bogatą matronę (i jej córki), aby wyglądała pięknie i powabnie, nawet pomimo swojego wieku. Jeśli jej włosy były zbytnio przerzedzone, stosowano peruki, które umiejętnie wplątywano we włosy. Matrony życzyły sobie też często zmiany kolorów własnych włosów, np. na kolor ciemny bądź jasny. Takie praktyki trwały godzinami, gdyż należało najpierw przygotować, a potem nałożyć farbę, potem używać całego zestawu szpilek i żelazka (rozgrzanych na ogniu rurek, którymi zaplatano loki). Znacznie łatwiej było włosy ściemnić, niż rozjaśnić (preparaty na rozjaśnianie włosów były bowiem niezwykle drogie i niekiedy powodowały skutki uboczne w postaci... wypadania włosów), często wiec stosowano peruki, zaplecione z jasnych włosów ściętych niewolnicom (lub jedynie przypinano loki, również obcięte niewolnicom). Te wszystkie praktyki upiększające (a należy powiedzieć że dochodziły również manicure i pedicure, oraz malowanie oczu i ust), trwały długie godziny (znacznie dłużej niż ma to miejsce dzisiaj), co często powodowało zniechęcenie lub wyczerpanie takiej matrony. Biada jednak ornatrix, która by nie zadowoliła swej pani, upiększając jej ciało. Do naszych czasów zachowały się informacje, jak bogate damy starożytnego Rzymu postępowały ze swoimi niewolnicami - nakłuwanie ich ciał długimi szpilami i przypalanie ogniem, było jedną z najłagodniejszych wówczas stosowanych praktyk.

Mimo to, społeczeństwo rzymskie wciąż wymagało od kobiety skromnego stroju i łagodnego obycia. Ideałem była kobieta przy krosnach (nie miało tutaj żadnego znaczenia że ona sama posiadała setki niewolników, chodziło bowiem o pewien wzorzec kulturowy) potrafiąca jednocześnie zadbać o dom (August często namawiał swą żonę i córkę, aby podczas publicznych wizyt senatorów w jego willi, siadały właśnie przy krosnach). Niektórzy moraliści żyjący w tym czasie, przestrzegali również przed zbytnim kształceniem dziewcząt (co w czasach przełomu wieków stało się praktyką, na równi z kształceniem chłopców), bowiem, jak twierdzili: "wyrosną z nich niemoralne lafiryndy, które będą myślały tylko o przyjemnościach ciała" (Rzymianie sądzili bowiem - i w tej kwestii Owidiusz również nie był wyjątkiem - że kobieta bardzo często myśli tylko o zaspokojeniu potrzeb cielesnych, czyli o seksie, a kobieta wykształcona o seksie myśli non stop). Dlatego też często do dobrze urodzonych dziewczynek zwracano się aby nie były "za mądre", bo to nie przystoi kobietom z ich pozycją i że nikt wówczas ich nie zechce za żony. Jako przykład podawano Liwię Druzyllę, żonę Augusta, która, pomimo iż nie miała z nim dzieci, zyskała na niego wielki wpływ i razem przeżyli ponad pięćdziesiąt lat. Tajemnicą poliszynela było, w jaki sposób Liwia utrzymywała swój wpływ na męża, a mianowicie zawsze przymykała oczy na jego miłostki, a nawet... sama dostarczała mu młode dziewczęta (szczególnie dziewice) do łoża. On odpłacał jej miłością i pozwalał używać swych pieczęci do korespondencji dyplomatycznej i zdobycia ogromnego wpływu na władzę. Taka to była (mniej więcej) epoka rzymskiej moralności (a raczej jej braku i usilnych starań moralistów o jej ponowne wskrzeszenie). Przejdźmy zatem do owej kobiety o imieniu Paulina i gwałcie, jaki miał się na jej osobie dopuścić ów "Anubis".




Oczywiście nie był to żaden bóg Anubis, a raczej młodzian, któremu owa Paulina mocno przypadła do gustu. Należał on do jednej z wielu ówcześnie działających sekt - czcicieli Izydy, gdzie aby zostać zaakceptowanym członkiem, trzeba było zdeflorować młodą dziewczynę na "łożu ofiarnym" bogini. Taki stosunek był uważany za szczególnie bliski bogini i oznaczał złączenie się kochanków w jedno (innymi słowy, byli odtąd traktowani jak mąż i żona, choć żadnych prawnych działań w tej kwestii nie podjęli). Tak więc młody mężczyzna starał się o spotkanie ze swą wybranką, przychodził pod jej dom i wyczekiwał aby zechciała się z nim spotkać i porozmawiać. Trwało to przez jakiś czas, a podczas tych rozmów mężczyzna unikał rozmów o miłości i seksie, skupiając się na duchowych podstawach sekty czcicieli Izydy. Opowiadał więc jej o bogini i jej prawach, o tym jak wszyscy w jego zgromadzeniu są ze sobą szczęśliwi, jak sobie wzajemnie pomagają i dodawał że jeśli dziewczyna przyłączy się do tego kultu, ona również będzie jedną z nich i będzie mogła liczyć na ich pomoc i wsparcie w każdej sprawie. Nie są znane szczegóły w jaki sposób namówił ją do przyłączenia się do tego zgromadzenia, wiadomo jednak że tak zamącił dziewczynie w głowie, że... sama się go prosiła o możliwość dołączenia do czcicieli Izydy (kto wie, być może użył sztuczek, jakimi posłużył się chociażby Andy Garcia w filmie "Just the Ticket" - "Z miłości do..."), on jednak wcześniej zapowiedział jej, że jeśli chce dołączyć, będzie musiała oddać się bogu Anubisowi, który osobiści przyjdzie do niej i ją posiądzie. Dziewczyna wyraziła zgodę, bardzo bowiem chciała przyłączyć się do tak zachwalanego zgromadzenia.
.
 


Ów mężczyzna przykazał jej wówczas, aby pojawiła się o nocnej porze w określonym miejscu, gdzie będzie na nią czekał bóg Anubis, również i na to wyraziła zgodę. Pojawiła się więc w umówionym miejscu i zastała tam (a jakże) "boga" Anubisa (a w rzeczywistości przebranego za boga owego admiratora, który namawiał ją do odbycia stosunku seksualnego). Oddała mu się wówczas, po czym "bóg" polecił jej aby udała się do domu i oczekiwała dalszych wskazówek. Czekała więc dzień, drugi, minął tydzień i nikt się do niej nie zgłaszał, czyżby "bóg" o niej zapomniał. Udała się więc w tamto miejsce, poszukując owego mężczyzny, który namówił ją do odbycia tego stosunku. Nie udało jej się jednak go odnaleźć, co spowodowało że zaczęła sobie uświadamiać że nie tylko została oszukana, ale także... zgwałcona. Nie wiedziała co ma ze sobą zrobić, bowiem pochodziła z dobrego, rzymskiego domu i obawiała się reakcji rodziny i otoczenia. Wkrótce jednak powiedziała prawdę swej matce, a ta poinformowała o wszystkim męża (i ojca dziewczyny). Nagle zrobiła się wielka afera, a ponieważ ojciec dziewczyny był wysoko postawionym nobilem z kręgów imperialnej administracji cesarza Tyberiusza (syna Liwii i następcy Augusta, władającemu od 14 r. naszej ery), postawił na nogi straż miejską. Dziewczyna powiedziała że mężczyzna, który dopuścił się na niej gwałtu, był wyznawcą kultu bogini Izydy, rozpoczęły się więc wielkie prześladowania czcicieli Izydy w Rzymie (oczywiście tylko w samym mieście, bowiem kwestie te nie wychodziły poza jego mury). 

Bardzo szybko wyłapano kapłanów z tej sekty, których skazano na śmierć przez ukrzyżowanie. Następnie uderzono w wyznawców i tak po nitce do kłębka wyciągano ich z domów i oskarżano o sianie rozpusty i oddawanie się haniebnym i "niemiłym bogom" praktykom. Wszystkich wyznawców skazano na wygnanie na Sardynię (która wówczas była opanowana przez roje moskitów, z którymi rzymskie władze sobie nie radziły). Prawdopodobnie wraz z innymi, wygnano również samego gwałciciela, choć nie ma co do jego osoby żadnych informacji. Nie wiadomo też co dalej stało się z ową dziewczyną, bo po nagłośnieniu całej afery, zapewne nie miała już możliwości wyjścia za mąż. Jakie były więc jej dalsze losy? Ten temat owija już nieskończona mgła tajemnicy. Swoją drogą podobne praktyki co do sekty czcicieli Izydy, zastosowano chociażby w 64 r. za cesarza Nerona, w odniesieniu do rzymskiej gminy chrześcijańskiej, choć w tym przypadku wyznawców "Chrestosa" albo krzyżowano, albo oddawano na pastwę dzikich bestii w amfiteatrze - choć owe prześladowania również miały ściśle miejski charakter i nie wychodziły poza granice samego miasta Rzymu.




CDN.

22 lipca 2025

SUŁTANAT KOBIET - Cz. II

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





HAREM
KRÓLESTWO KOBIET
Cz. II





Kilka przedchrześcijańskich, starożytnych społeczeństw umiejscawiało kobiety, jako te równe mężczyznom (a często nawet ważniejsze) osoby, zarówno w życiu rodziny, jak i społeczeństwa. Egipcjanie wprowadzili praktycznie realne równouprawnienie kobiety i mężczyzny, podobnie jak i Hetyci. Kobiety miały też równą mężczyznom pozycję zarówno w pierwszych społecznościach chrześcijańskich (silna pozycja lokalnych diakonis), jak również w pierwszych dziesięcioleciach... islamu. Suficki XIII-wieczny mistyk i filozof muzułmański Muhammad Dżalal ad Din Rumi (którego za swego patrona i wzór obrał obecny prezydent Turcji - Recep Tayyip Erdogan), tak oto pisał o kobietach: "Kobieta jest światłością Boga, nie obiektem zmysłowości. Jest ona twórczynią, nie zaś rzeczą stworzoną". Muhammad Rumi jest jednym z najsłynniejszych (nieśli nie najsłynniejszym) po Mahomecie twórcą i reformatorem religii muzułmańskiej. To on stworzył jej ideologiczno-mistyczne podstawy, zebrane w 21 tomach nazwanych "Diwan Kebir". Rumi upatrywał w każdym człowieku cząstkę "Boskiej Światłości Mocy", uważał że wszyscy ludzie są sobie równi, są dla siebie braćmi, uważał też że ludzie sami mogą tworzyć i ulepszać swoje życie, właśnie dzięki owej cząstce "Boskiej Światłości Mocy".

Dziś jednak nauki Muhammada Rumiego są w islamie zapomniane, a nawet uważa się że "nie mają nic wspólnego z prawdziwym, czystym islamem". Dlaczego tak jest? Chociażby dlatego, że Rumi głosił iż chrześcijaństwo, judaizm i islam są jedynie "zewnętrznymi szatami", pod którymi kryje się prawdziwa, czyli Boża prawda, do której każdy z nas musi dotrzeć samemu. Wielu dzisiejszych islamskich fanatyków twierdzi, że Rumi (podobnie jak cały ruch suficki w islamie), jest obcą, pogańską nauką, która nie ma nic wspólnego z "prawdziwym islamem" (no cóż, dzisiejszy islam to już religia głównie dla półgłówków, którym jakikolwiek "przywódca duchowy" może wmówić, że "Ziemia jest płaska, bo gdyby tak nie było to... samoloty by pospadały"). Ruch suficki w islamie jest dziś marginesem, zaś same nauki Muhammada Rumiego czytane są zapewne jedynie przez bardzo nieliczną grupkę muzułmańskich prawdziwych "duchowych poszukiwaczy". Dzisiejszy islam to przede wszystkim nauki Ibn Tajmijja (który w prawie wszystkim widział przejaw "obrazy Boga" i nakazywał bardzo rygorystyczne przestrzeganie zasad islamu), oraz Muhammada ibn Abd al-Wahhaba (twórcy wahabizmu), na którego poglądach opierali się przede wszystkim bandyci z ISIS.

Zwycięstwo tych fundamentalistycznych poglądów spowodowało, że islam stał się religią niezwykle opresyjną, fundamentalistyczną i przede wszystkim wrogą samym kobietom. Polski pisarz Janusz Makarczyk tak pisał w swej książce "13 kobiet": "Społeczeństwo nie szanujące kobiet, znajduje się zawsze na skraju przepaści. Kiedy kobiety wykładały filozofię w Bagdadzie - Arabowie byli potęgą. Po zamknięciu ich w haremach skończyła się potęga Arabów". I rzeczywiście pierwotny islam nie znał ani instytucji haremów, ani też nie uważał kobiety za istotę gorszą od mężczyzny (jak to ma miejsce dzisiaj). Choć już sama osoba Mahometa jest pod tym względem wybitnie dwulicowa. Z jednej strony można bowiem uznać go za potwornego mizogina, który według przekazów miał wypowiedzieć takie oto słowa: "Kobiety są tylko zabawką, a jeśli ktoś wyciągnie rękę po zabawkę powinien znajdować w niej upodobanie", a także: "Stałem przed drzwiami raju i większość tych, którzy tu wchodzili to byli wierni i stałem przed wejściem do piekła, a ci, którzy tam wchodzili to były przeważnie kobiety", oraz: "Kobiety zdradzają tego, komu zawierzyły, są niewdzięczne, gdy otrzymują to, o co proszą". Werset 34 i 54 Koranu (który miał również być podyktowany przez proroka Mahometa) mówi zaś: "Mężczyźni sprawują nad kobietą ochronę, ponieważ Bóg dał jednym z nich pierwszeństwo przed drugimi i oni też łożą na nie ze swych dóbr (...) A te, których krnąbrności się obawiacie napominajcie lub porzućcie je w łożach i bijcie".




Z drugiej wszakże strony Mahomet również otaczał się kobietami (a jedną z jego najgorliwszych apologetek i pierwszą bodajże wyznawczynią religii muzułmańskiej, stała się jego starsza o 15 lat pierwsza i przez wiele lat jedyna małżonka - Chadidża. Istnieją też przekazy że potem, mając już cztery żony, Mahomet bardzo lubił spędzać czas w domu i ochoczo zajmował się domowymi obowiązkami). Nie jest też prawdą to, że kobiety są "niewdzięczne" i "zdradzają tego, komu zawierzyły". Kobiety bardzo przywiązują się do mężczyzn, szczególnie tych na szczytach władzy i potrafią być wierne aż do śmierci (przykład? kobiecą strażą otaczali się sławni dawni jak i współcześni dyktatorzy, mając o wiele większe zaufanie co do wierności kobiet niż mężczyzn). Zresztą kobiety potrafią dla swojego mężczyzny niszczyć i upokarzać inne kobiety i robią to często niezwykle brutalnie. Przykład Mahometa jest tutaj szczególny, bowiem Chadidża nie była jedyną kobietą w jego gronie, otaczały go one częściej niż mężczyźni i można powiedzieć że to właśnie kobiety jako pierwsze, zaniosły nową religię do swych domostw, przekazały ją swym mężom, którzy potem stali się gorliwymi muzułmanami. To właśnie kobiety z otoczenia Mahometa sprowadziły na swe późniejsze potomkinie okrutny los seksualnych niewolnic i nic nieznaczących podludzi. Ale czy mogły one mieć świadomość jak potoczą się koleje nowej religii? Raczej to, co ich determinowało, to był swoisty magnetyzm Mahometa, który przyciągał je do niego niczym ćmy lecące w ogień (może to porównanie niezbyt na miejscu, ale tak samo działał na kobiety Adolf Hitler, a po jego oficjalnych przemowach, często na placu na którym stały kobiety znajdowano potem spore ilości na wpół wyschniętej cieczy. Chyba nie muszą tłumaczyć skąd ona się tam wzięła? Podobnie Mussolini działał na kobiety jak magnez. Można to porównać tylko do euforii, z jaką - szczególnie - kobiety reagowały na piosenkarzy, takich jak Beatlesi czy Elvis Presley).

A nie tylko w czasach Mahometa, lecz i późniejszych (tak mniej więcej od VII do X wieku), kobiety muzułmanki były praktycznie równe mężczyznom. Mogły też publicznie nauczać i wykładać islam. Mimo to islam już u swych początków (bez względu na indywidualne opinie) był niezwykle antykobiecy. Pierwsza redakcja Koranu (który to miał być księgą objawioną przez Gabriela Mahometowi, a przez to niepodlegającą jakiejkolwiek krytyce), została przygotowana w roku 650, czyli w prawie dwadzieścia lat po śmierci Mahometa. Jednak ostateczny tekst (ten który obowiązuje obecnie), liczący 114 sur i 6200 wersetów, ustalony został w 933 r. przez wezyrów Ibn Muglę i Ibn Isę. Oczywiście sam Koran nie jest jedyną formą sprawowania władzy poprzez religię w społeczności muzułmańskiej, równie istotną rolę pełnią bowiem hadisy, czyli przekazy o tym, co w danej sytuacji mógłby uczynić lub powiedzieć prorok, tworzone i interpretowane z punktu widzenia... późniejszych wezyrów i muftich (sunna). Ogromna liczba tych hadisów dotyczy kobiet i stosunków małżeńskich, które z reguły są przedstawione w takiej formie, jakby kobieta była jedynie nic nieznaczącym dodatkiem do mężczyzny.

Już w czasach Mahometa ustaliła się bowiem zasada "czterech żon", a mówi o niej werset 3 sury 4: "Jeślibyście się lękali postąpić nierzetelnie wobec kobiet i sierot, bierzcie za żony kobiety, które się wam podobają - po dwie, po trzy, po cztery, jeśli się obawiacie być niesprawiedliwi wobec tak wielu, bierzcie tylko jedną lub niewolnicę". Bardzo szybko jednak (w wyniku zwycięskich wojen i gromadzenia ogromnych łupów od podbitych przez Arabów narodów), liczba czterech żon zaczęła nie wystarczać. Zaczęto więc tworzyć pierwsze "harimy". Według tradycji twórcą instytucji haremu był (panujący w latach 786-809) piąty kalif z dynastii Abbasydów - Harun ar-Raszid (jeden z największych władców arabskich w historii). Miał on bowiem stwierdzić, iż jego żony są zbyt rozrzutne i trwonią jego majątek, dlatego też dodał: "Trzeba je ukarać. Sprawując władzę nad tyloma narodami muszę zapanować nad kobietami". Zaczął gromadzić więc w jednym, oddzielonym od innych pomieszczeniu wszystkie swe dotychczasowe żony i niewolnice, którym odtąd nakazał żyć wspólnie. Wraz z instytucją haremów wprowadzono nowe prawo - szari'at.

Twórcą szariatu był Asz Szafi'i (żyjący w latach 767-820), który twierdził że zarówno Koran jak i hadisy (czyli sunna) nauki proroka, są tak samo ważne, co oznacza że zarówno Koran nie mógł znosić przepisów sunny, jak i sunna unieważniać postanowień Koranu. Jeśli napotykano jawne sprzeczności (jak choćby stwierdzenia że: "Mężowie stanowią wyższy gatunek od swych żon" oraz: "Kobieta równa jest mężczyźnie i stanowi połowę społeczeństwa"), należało je (według Szafi'iego) ze sobą pogodzić, a jeśli się nie dawało, należało odnaleźć jakiś wcześniejszy werset Koranu, lub którąś z wypowiedzi proroka zawartą z hadisów, która mogła pogodzić ze sobą owe sprzeczności. Również Szafi'i był autorem późniejszej zasady, jakoby pobożny muzułmanin musiał znać język arabski, bowiem to właśnie w tym języku wyszło objawienie (jak się ono dokonało opowiem również w innym temacie posługując się chennelingami). Prawa moralne - szariat, były dość rygorystyczne w opracowaniu Szafi'iego, szczególnie zaś te, które odnosiły się do kobiet. Początkowo zostały nazwane fikhem, a następnie stopniowo rozbudowywane przez mazhaby (prawa) czterech szkół, z której najważniejszą była szkoła Asz Szafi'iego (poza tym były szkoły Abu Hanify, Malika i Ibn Hanbala).




Zgodnie z zasadami szariatu kobieta powinna mieć nad sobą męskiego opiekuna (ojca, brata, syna lub innego męskiego członka rodziny). Małżeństwo przestawało być związkiem kobiety i mężczyzny, a stawało się cywilnym kontraktem pomiędzy panem młodym a "opiekunem" panny młodej. Ojciec mógł wydać córkę za mąż bez jej zgody do chwili gdy osiągnęła wiek dojrzałości (co było i jest nader częste w kulturze muzułmańskiej), potem musiałby uwzględnić jej zdanie. Żona była winna małżonkowi posłuszeństwo i wierność, ale za to miała prawo do utrzymywania przez męża i... stosunków płciowych z nim. Mąż mógł rozwieść się z żoną równie łatwo jak miało to miejsce w antycznej Grecji, wypowiadając formułkę: "Nie jesteś już moją żoną" w obecności członków jej i swojej rodziny (lub innych świadków), o tyle żona by się rozwieść, musiała zwrócić się z prośbą do kadiego, który mógł (ale nie musiał) przychylić się do jej prośby (i to tylko wówczas, gdy występowały ważne powody, dla których kobieta chciała zakończyć związek, jak np. impotencja męża, jego szaleństwo bądź odmowa respektowania jej praw w związku - głównie chodzi tu o prawo do utrzymania). Żona również nie mogła dziedziczyć całego majątku po swym zmarłym mężu, przysługiwało jej jedynie prawo do jednej trzeciej, resztę dziedziczyły dzieci zmarłego, przy czym córki otrzymywały zawsze połowę tego co synowie, a w przypadku gdy nie było synów i pozostały same córki, przeznaczano im pewną kwotę, a to co zostało dzielono pomiędzy dalszych męskich krewnych zmarłego.

Turcy nie są bezpośrednio spokrewnieni z Arabami. Są to bowiem dwie różniące się grupy rasowe, choć wywodzące się z jednego pionu genetycznego - IJ, która przybyła do Europy ok. 48 000 lat temu (nim jeszcze zjawili się tutaj Słowianie i Celtowie). Był to lud wybitnie prymitywny (w porównaniu ze słowiańsko-celtyckimi Aryjczykami), który pierwotnie pochodził z okolic Kaukazu. Byli oni w większości ludźmi o jasnej skórze, choć nie byli prawdziwymi Aryjczykami, gdyż wywodzili się z haplogrupy CF i C (mongoloidalnej), ok. 43 000 lat temu, zasiedlili prawie całą Europę (aryjskie ludy słowiańsko-celtyckie zasiedlały wówczas kontynent azjatycki, w którym dominowało Imperium Ujghur i dopiero po jego upadku w starciu z Atlantami narodziła się początkowo prymitywna, a potem coraz bardziej cywilizowana - oparta na pozostałościach cywilizacji jasnoskórych Ujghurów - cywilizacja chińska. Opowiem o tym wydarzeniu w innym temacie) i dużą część Bliskiego Wschodu. Ok. 32 000 lat temu, doszło do podziału owej grupy IJ, na cztery mniejsze: J1 - z której wywodziły się późniejsze ludy semickie (w tym oczywiście Arabowie), J2 - głownie ludy które w przyszłości połączą się z Turkami, zamieszkałe na terenie Azji Mniejszej, a także I1 - rejon zachodniej i środkowej Europy, oraz I2 - Skandynawia. Taki podział będzie obowiązywał aż do czasu, gdy ok. 18 000 r. p.n.e. z Azji nie przybędą rozbite (po upadku "Kolebki" - jak zwano potem dawne Imperium Ujghur) ludy aryjskie - Słowianie i Celtowie, które bardzo szybko podporządkują sobie całą Europę (prócz północnej Skandynawii).

Turcy nie przybyli od razu do Europy wraz z innymi, bliskimi sobie genetycznie plemionami. Pozostali na terenie Wielkiego Stepu azjatyckiego po upadku Imperium Ujghur i migracji białej (aryjskiej) rasy do Europy. Szybko też podporządkowali się nowym panom - żółtoskórym przodkom dzisiejszych Chińczyków. Trzy główne ówcześnie rasy - żółta, mongoloidalna i mieszana czyli mongoloidalno-aryjska, były postrzegane w przedhistorycznym Imperium Ujghur jako ludność zależna, można rzec niewolnicza. Po upadku Imperium Ujghurów, żółta rasa protochińska opanowała tereny należące niegdyś do Aryjczyków (Słowian i Celtów) i szybko podporządkowała sobie inne rasy, w tym mieszaną (z której wywodzili się Turcy), a konkretnie federacji plemion Xiongnu (a potem Żuan-Żuan - obie konfederacje złożone były z żółtoskórej ludności). Pod rządami tej federacji chińskich plemion, żyły mniejsze plemiona tureckie, które same też tworzyły swoje konfederacje z których najważniejszymi były: Onogur, Toquz Oghuz i... Ujghur (należy bowiem pamiętać, że choć haplogrupa R1a czy R1b - czyli słowiańska i celtycka - nie była dominująca w społeczności ludów tureckich Wielkiego Stepu, to jednak była to rasa mieszana, w której przetrwały również geny aryjskie, stąd zapewne nawiązanie nazwą do upadłego Imperium z dawnych, przedhistorycznych czasów).




To właśnie w tej ostatniej konfederacji istniał typowo aryjski ród (dominacja słowiańskiej haplogrupy R1a), zwany Asina (lub Ashina), którego przedstawiciel - Bumin Kagan w 545 r. założył państewko Turecki Kaganat, a ostatecznie zrzucił wszelką zależność od Chińczyków z Żuan-Żuan po zwycięskiej wojnie w roku 552. W kolejnych dziesięcioleciach następowała jeszcze większa asymilacja Turków z ludami o haplogrupie mieszanej (mongoloidalno-aryjskiej), jak Azerowie, Kirgizi, Turkmeni, Kazachowie czy Uzbekowie (część z tych ludów to były w przeważającej większości ludy słowiańskie o dominującej haplogrupie R1a). W 581 r. doszło do wojny o władzę w Kaganacie Turków, która to doprowadziła do rozpadu Kaganatu na dwie części: Wschodnią i Zachodnią. Kaganat Wschodni został zniszczony przez chińską dynastię Tang w latach 629-630, zaś Zachodni Kaganat zdobyli Chińczycy w latach 657-659. Dwadzieścia lat później (679 r.), wywodzący się z klanu Ashina - Ilterisz Kagan rozpoczął anty-chińskie powstanie, dzięki któremu udało mu się (w 682 r.) odbudować zjednoczony tzw.: II Kaganat Turków, który  to przetrwał ostatecznie do 744 r. (głowę ostatniego kagana tureckiego zwycięscy Chińczycy odesłali na dwór cesarski w Chang'an).

Po upadku II Kaganatu, Turcy ponownie zostali rozbici politycznie na szereg mniejszych, mniej lub bardziej zależnych od Chin państewek. Dopiero niejaki Seldżuk, wywodzący się z plemienia Kynyk z konfederacji dziewięciu klanów Oguzów (powstałej mniej więcej po upadku II Kaganatu) ok. 992 r. zjednoczył cześć plemion Oguzów, które odtąd nazwane zostały Seldżukami i władał nimi do 1007 r.. Nie byli oni jednak niepodlegli, bowiem podporządkowani zostali władzy perskich Samanidów, którzy władali terenami dzisiejszego Uzbekistanu i Turkmenistanu aż do 1005 r. a potem sułtanatowi tureckich Gaznawidów. Wyzwolił się spod ich władzy i stworzył potęgę Seldżuków/Orguzów jednak dopiero wnuk Seldżuka - Tughril Beg, który wstąpił na tron w 1016 r. W bitwach pod Niszapurem (1038 r.) i Dandakanem (1040 r.), odebrał Gaznawidom wielkie tereny, począwszy od rzeki Amu-Darii, po rzekę Hilmand na wschodzie i granicę z Persją na południowym-zachodzie. Zajął wówczas takie ziemie jak: Chorasan, Jurien, Seistan. Potem zaatakował Persję i Mezopotamię (będącą we władaniu irańskiej dynastii Bujidów) i w 1055 r. zdobył Bagdad, definitywnie niszcząc państwo Bujidów.


ALP ARSLAN



Równie wielkich podbojów dokonał jego syn - Alp Arslan (panował w latach 1063-1072), który w 1068 r. podbił północną Mezopotamię i Syrię wraz z Aleppo (należące do egipskiego kalifatu Fatymidów), a w latach 1064-1066 opanował Armenię i Gruzję, zaś w 1071 r. odniósł swe bodajże najświetniejsze zwycięstwo, pokonując w wielkiej bitwie pod Manzikertem armię bizantyjską. Klęska w tej bitwie spowodowała utratę przez Cesarstwo Bizantyjskie całej Azji Mniejszej. Alp Arslan zakończył życie w roku następnym, jako władca jednego z największych imperiów w dziejach, ciągnącego się od ziem dzisiejszego wschodniego Kazachstanu na wschodzie, po Konstantynopol i wyspy Azji Mniejszej na zachodzie i od Zatoki Perskiej, Mezopotamii i Syrii na południu, po Morz Czarne, Kaukaz, Morze Kaspijskie i Jezioro Aralskie na północy. Wstępujący w 1072 r. na tron tego tureckiego Imperium syn Alp Arslana - Malikszach I, również marzył o wielkich podbojach na miarę swego ojca i dziada. Udało mu się w 1086 r. odebrać Fatymidom południową Syrię i całą Palestynę z Jerozolimą, Damaszkiem i Trypolisem. Był to już jednak kres wielkich podbojów Turków Seldżuckich




Malikszach zmarł w 1092 r. pozostawiając państwo swym synom, a 27 listopada 1095 r. na synodzie w Clermont we Francji, papież Urban II zaapelował do władców i rycerzy całego chrześcijańskiego świata, by podjęli wysiłek zbrojny i wyzwolili Grób Pański "z niewoli Maurów". W kwietniu 1096 r. wyruszyła wyprawa "ludowa", złożona głównie ze słabo uzbrojonego chłopstwa i mieszczan (głównie z Niemiec), która zajęła się przede wszystkim pogromami Żydów na swej drodze i ostatecznie (co było oczywiste), została rozbita w październiku tego roku do nogi przez Seldżuków w bitwie pod Civitot (Herzek) niedługo po przekroczeniu Bosforu i opuszczeniu Konstantynopola. Potem (kwiecień 1097 r.) ruszyła wyprawa rycerstwa, która trwała ostatecznie dwa lata i zakończyła się w lipcu 1099 r. zdobyciem Jerozolimy i wyzwoleniem Grobu Chrystusowego. Do historii przeszła ona jako I Wyprawa Krzyżowa, która doprowadziła do utraty przez Seldżuków ogromnych terenów, począwszy od Azji Mniejszej (gdzie zachowano jedynie środkową Anatolię bez dostępu do morza z każdej ze stron dzisiejszej Turcji), poprzez Syrię i Palestynę, gdzie utworzono lokalne chrześcijańskie królestwa, księstwa i hrabstwa.

Ale wracając do tematu haremów i kobiet w społeczeństwie tureckich Seldżuków, należy stwierdzić iż kobiety miały w tamtejszym społeczeństwie bardzo dużą pozycję, a sułtan Imperium Seldżuckiego zawsze musiał pokazywać się ludowi w towarzystwie swej małżonki - sułtanki (nawet posłowie obcych państw, nie mogli zostać dopuszczeni przed oblicze władcy, jeśli nie było wraz z nim na sali jego małżonki). Poza tym dziewczęta z wyższych sfer tworzyły w tym społeczeństwie często tzw.: "związki braterskie" (tak, właśnie - braterskie), liczące od 9 do 15 dziewcząt i przysięgały sobie nawzajem wierność oraz wzajemną pomoc. Gdy jedna z nich wychodziła za mąż, pan młody otrzymywał od owych dziewcząt (które zwały się "braćmi"), dodatkowe żeńskie imię, po czym wszystkie wspólnie "dzieliły się" małżonkiem (wraz oczywiście z panną młodą), uprawiając wspólny seks (🥳). Często "bracia" przychodząc w odwiedziny do swej zamężnej koleżanki, miały prawo uprawiać seks z jej mężem, bowiem w tym "braterskim" związku dziewczęta miały dzielić się wzajemnie wszystkim, także mężami. To też było coś na wzór haremów, tylko że nie tak rygorystycznych. Zresztą Turcy Seldżuccy byli o wiele bardziej liberalni w kwestii wolności kobiet, niźli późniejsi Turcy Osmańscy.

Co ciekawe, w tym społeczeństwie większą wagę przywiązywano właśnie do kształcenia dziewcząt, a nie chłopców (szczególnie właśnie w środowisku warstwy rządzącej), dlatego też nie może dziwić, że praktycznie cała medycyna w państwie Seldżuków zdominowana była przez kobiety. To one zakładały pierwsze szpitale i domy opieki, a także domy dziecka i domy sierot (których ojcowie polegli w czasie wojny). Ponieważ to dziewczęta kształcono częściej, nie powinno też dziwić że pierwszym astronomem w Imperium Seldżuckim została... kobieta (która była również historykiem i sprawowała pieczę nad sułtańską kancelarią - w późniejszych czasach rzecz n-i-e d-o p-o-m-y-ś-l-e-n-i-a) - Muneccine Hatoun. Wkrótce jednak nadeszły czasy Osmanów i... skończyła się kobieca swoboda, a zaczęła rygorystyczna kontrola i haremowe życie odciętych od świata kobiet i dziewcząt, które wzdychały do jednego mężczyzny, będącego ich panem i władcą, z którym częstokroć nigdy nawet nie udało im się przespać choć jednej nocy, a który dla zabawy na przykład strzelał do nich (jak Murad IV {panował w latach 1623-1640} gdy się kąpały, zmuszając je do tego, aby jak najdłużej wytrzymały pod wodą w obawie przed kulami. Wiele haremowych dziewcząt w ten właśnie sposób się utopiło).




CDN.

WIELKA TRWOGA - Cz. II

CZYLI WOJNY GRECKO-PERSKIE,
WIDZIANE OCZYMA 
NIE TYLKO ZWYCIĘSKICH
ATEŃCZYKÓW I SPARTAN, 
LECZ RÓWNIEŻ INNYCH HELLENÓW 
Z ZAGROŻONYCH PRZEZ PERSÓW 
WYSP I MIAST





Ο φόβος των Περσών 
Cz. II




Po opanowaniu Sardes i śmierci króla Lidii - Krezusa (grudzień 547 r. p.n.e.) zwycięski Cyrus Perski przystąpił teraz do nowej organizacji greckich miast na małoazjatyckim wybrzeżu, dotąd podlegających Lidyjczykom. Co prawda, jeszcze w trakcie wojny z Krezusem, Cyrus posłał do wielu greckich polis swoich wysłanników, którzy mieli zaproponować Grekom wystąpienie przeciw Lidii i zawarcie nowego układu z Persami (który miał się opierać na zasadzie utrzymania dotychczasowego, dogodnego dla Greków status quo). Te greckie miasta na małoazjatyckim wybrzeżu zostały podporządkowane Lidii jeszcze za czasów pra-pradziada Krezusa, króla Gygesa - założyciela dynastii Mermnadów, który miał panować od ok. 687 r. p.n.e. Według legendy, pierwotnie miał on być pasterzem kóz i pewnego razu, gdy jak co dzień wypasał swe stado w dolinie Tmolosu, doszło do niewielkiego trzęsienia ziemi, które spowodowało w niej wyrwę i odsłoniło leżący w rozpadlinie dziwny obiekt, który nieco przypominał gigantycznego konia. Gyges wszedł do środka i choć wewnątrz panował mrok, oświetlił sobie drogę łuczywem i szedł dalej, aż dotarł do sali, w której leżały szczątki człowieka o nadludzkiej posturze. Uwagę Gygesa przyciągnął wspaniały pierścień, który ów olbrzym miał na palcu i zerwawszy go, zabrał go ze sobą. Dzięki temu pierścieniu, trafił Gyges na dwór królewski do Sardes i zdobył zaufanie króla Kandaulesa z rodu Heraklidów, zostając jednym z jego ministrów. Nawiązał też romans z żoną króla - Nyssą, która namówiła go do zamordowania jej męża, aby mogła poślubić i oficjalnie zostać żoną Gygesa. Ten, początkowo wzbraniał się na myśl o morderstwie człowieka, który był jego dobroczyńcą, ale ostatecznie zwyciężyła pycha i ambicja zostania nowym królem. Zaczaił się więc w sypialni Nyssy, gdy odwiedził ją tam król Kandaules, a gdy ten zasnął, Gyges wbił w niego swój sztylet. Nyssa ogłosiła, że ostatnią wolą jej męża, było przekazanie władzy w ręce Gygesa i tak oto były pasterz, został teraz nowym władcą Lidyjczyków. Niestety, spora część z nich nie zaakceptowała go jako swojego króla i oskarżyła o zamordowanie Kandaulesa. Aby ostatecznie uciszyć te głosy i uzyskać akceptację, wysłał on posłów do wyroczni Apollina w Delfach (ofiarowując Świątyni pokaźny datek i) prosząc o "boską akceptację" swego panowania. Pytia miała stwierdzić, że bóg nie jest zadowolony z postępku Gygesa, ale udziela mu swego błogosławieństwa, jednak tylko do piątego pokolenia. Według przepowiedni, pra-prawnuk Gygesa miał zostać zabity z ręki potomków rodu Heraklidów. Potomkiem Gygesa w piątym pokoleniu był właśnie Krezus, obalony przez Cyrusa, który to uznał się za mściciela Kandaulesa i całego rodu Heraklidów).

Za rządów Gygesa nastąpiły daleko idące zmiany w polityce i ekonomii Lidii, które oddziaływały także na inne ziemie. Przede wszystkim to właśnie od panowania Gygesa, Lidyjczycy (a za nimi Grecy) zaczęli bić na szeroką skalę monety, dając tym samym początek gospodarce walutowej, która zastąpiła dotychczasowy handel wymienny (co prawda wcześniej handlowano również złotem, srebrem, diamentami etc. etc. ale nie wybijano monet z domieszką tych szlachetnych metali). Gyges i Lidyjczycy zapoczątkowali więc cały system ekonomii, który właściwie trwa po dziś dzień, a który mocno rozpropagowali Grecy (Milet i Efez, a potem Fokaja, Chios i Samos). Ale system monetarny sensu stricte stworzony został w Argos, a jego twórcą był król Fejdon, który panował mniej więcej w czasie (ok. 650 r. p.n.e.), gdy ostatecznie ukształtował się system relacji pieniądza do różnych metali (w zależności od tego, z jakich był wybity). Powstały dwa systemy monetarne. Pierwszym był system lidyjski (zwany potem eubejskim), zapoczątkowany na Samos i obejmujący Lidię, Milet, Efez, Fokaję, Chios, Chalkis, Korynt, Cyrenę i (od 593 r. p.n.e.) Ateny. Drugim był system eginecki, obejmujący Eginę, cały Peloponez, Beocję, Megarę i (do 593 r. p.n.e.) Ateny. Gyges też jako pierwszy rozpoczął politykę wojenną, zrywając z dotychczasową pokojową polityką rodu Heraklidów wobec greckich polis małoazjatyckich. Toczył walki z Miletem, podporządkował sobie Kolofon, a jego syn i następca - Ardys (panował ok. 652-603 r. p.n.e.) zdobył Priene w Jonii. W tym też czasie (ok. 652 r. p.n.e.) Jonię i Eolię spustoszyli koczowniccy Kimmerowie pod królem Lygdamisem (którzy na krótko zdobyli także i Sardes). Następca Ardysa - Sadyattes (ok. 603-590 r. p.n.e.) kontynuował wojnę z Miletem (w latach 597-591 p.n.e.), ale nie udało mu się go zdobyć, musiał też wycofać się spod Klazomenaj. Ograbił jednak świątynię Ateny Asseja w Jonii i wkrótce potem poważnie zachorował, co poczytywano właśnie jako karę bogów za dokonanie owej profanacji. Król postanowił więc ostatecznie zawrzeć z Miletem pokój i oddać skradzione ze świątyni kosztowności, jednak niewiele mu to pomogło, gdyż zmarł w kilka miesięcy później. Jego syn - Alyettes (ojciec Krezusa, panujący ok. 590-560 r. p.n.e.) podbił i podporządkował sobie większość greckich miast-państw Jonii i Eolii, jednocześnie dalej utrzymywał pokój z Miletem (co było korzystne dla obu stron, bowiem Lidyjczycy - eliminując z wojny Milet - po kolei zdobywali poszczególne polis, a Milezyjczycy utrzymali dominację handlową na wodach Morza Egejskiego i Śródziemnego). Do (ok.) roku 585 p.n.e. stworzył potężne mocarstwo lidyjskie, które na Wschodzie sięgało rzeki Halys i graniczyło z Medami, na Zachodzie opanowało Karię, Jonię (wraz z Efezem - handlowym konkurentem Miletu) i Eolię. Nie udało mu się tylko zdobyć Lycji oraz Pamfilii na Południu, Myzji i Frygii na Północy, a także greckich małoazjatyckich wysp na Morzu Egejskim.




Sojusz z Miletem trwał nadal, ale widząc że niewspółmiernie wzmacnia on to greckie polis, Alyattes zaproponował Efezowi i pozostałym greckim portom przez siebie ujarzmionym, że nie będzie się wtrącał do ich wewnętrznej polityki i zadowoli się jedynie corocznymi daninami, które miasta te miały mu wypłacać również ze swych przychodów handlowych, a w zamian on otworzy przed greckimi kupcami z tych ośrodków rynki Lidii i całej Azji Mniejszej. Dzięki takiej polityce, gdy na tron wstępował Krezus (ok. 560 r. p.n.e.) Lidia była niezwykle majętnym królestwem, a sam władca cieszył się opinią wielkiego bogacza (porównywano go do mitycznego Midasa, który czego się dotknął, zmieniał to w złoto). Gdy więc przeciwko takiemu królestwu wyruszył na wojnę Cyrus, zaproponował on małoazjatyckim greckim polis wystąpienie przeciwko Krezusowi i zawarcie takiego samego polityczno-handlowego układu z Persami. Układ był korzystny dla rządzącej wówczas w polis oligarchii kupieckiej, ale Grecy postanowili dochować wierności Krezusowi i odrzucili perską propozycję sojuszu. Jedynie Milet (który uznał, że na zmianie pana może jedynie zyskać) przyjął tę propozycję. Aby usprawiedliwić swoją polityczną woltę, zwrócili się Milezyjczycy do Świątyni Apollona w Didymach (na południe od Miletu, na skrawku cyplu wychodzącego na morze), a tamtejsza wyrocznia miała im doradzić taki właśnie krok (nie wiadomo tylko ile perskiego złota tam poszło, aby ostatecznie "przekonać" kapłanów Świątyni do takiej decyzji, wiadomo jednak że po zdobyciu Sardes, Cyrus miał do dyspozycji całą dotychczasową fortunę Krezusa i mógł ją wydać w dowolny dla siebie sposób). W każdym razie Milezyjczycy usprawiedliwiali się potem wyrocznią Apollona w tej sprawie. Gdy zaś miasta Jonii i Eolii przekonały się, że źle wybrały, postanowiły wysłać swych posłów do Cyrusa (wiosna 546 r. p.n.e.), z propozycją przystania na wcześniejsze warunki Persów. Cyrus uznał to za zuchwalstwo i odmówił im, żądając jednocześnie by wpuścili do siebie perskich naczelników. Małoazjatyckie polis, widząc że nic więcej nie ugrają, poczęły szykować się do wojny, przystępując do budowy i umacniania murów obronnych, angażując hoplitów oraz budując okręty wojenne. Wysłano też poselstwa z prośbą o pomoc - głównie do Sparty, która była wówczas najpotężniejszym polis kontynentalnej Grecji.




Lacedemończycy jednak, od chwili swego zwycięstwa nad Tegeą (ok. 560 r. p.n.e.), w której to wojnie pomścili swą klęskę sprzed piętnastu lat, postanowili oficjalnie zmienić dotychczasową politykę podbojów i aneksji i zastąpić ją polityką układów z innymi miastami Peloponezu, opartych na zasadzie wzajemnej pomocy. A ponieważ Spartanie byli w tym układzie najsilniejsi, to właśnie oni zaczęli dominować w zaprojektowanym (ok. 556 r. p.n.e. za eforatu Chilona, kierując się przykazaniami mędrcy Glaukusa, syna Epikidesa) Związku Peloponeskim. Nie wiadomo ile w tym wszystkim było podstępu (tak naturalnego Grekom), ale wyrocznia delficka zapowiedziała Lacedemończykom, że nie pokonają Tegei dopóty, dopóki nie odnajdą i uroczyście nie pochowają kości owego Orestesa, syna Agamemnona i Klitajmestry (który pomścił śmierć ojca - zabitego przez matkę i jej kochanka, mordując jego zabójców, za co bogowie zesłali na niego szaleństwo), którego kości miały spoczywać gdzieś w nieuświęconej ziemi. Co w tym momencie uczynili Spartanie? Ano wygrzebali skądś kości jakiegoś rosłego mężczyzny i przedstawili je jako te orestesowe, po czym uroczyście złożyli je do grobu i... natchnąwszy tym samym swych obywateli do nowej wojny, ruszyli przeciwko Tegei i tym razem odnieśli sukces (uwalniając swych pobratymców, którzy przez piętnaście lat musieli - jako zakuci w kajdany niewolnicy, obrabiać pola wokół tego miasta). "Kości Orestesa" natchnęły Spartę nowym duchem (taka to jest moc symboli - podobnie ateński strateg i polityk - Kimon, który 473 r. p.n.e. zajął wyspę Skyros - na której według przepowiedni pochowany został ateński heros Tezeusz, odkopał tam jakieś kości, i potem z niezwykłą celebrą zabrał je do Aten i złożył w zbudowanym przez siebie Tezejonie, tak, aby syn mitycznego Egeusza {od którego to imienia pochodzi nazwa Morza Egejskiego} i pogromca potworami Minotaura z Krety, mógł wreszcie powrócić do ojczyzny. Notabene nie wiadomo czyje kości zostały na Skyros odkopane, ale przecież w polityce chodzi o symbole, a nie o prawdę 😮‍💨)


KIMON NA SKYROS



Sparta jednak nie była już zdolna do ekspansji militarnej w celu podporządkowania sobie całego Peloponezu, dlatego też (za eforatu Chilona) nastąpiła zmiana tej polityki na "progrecką" (Chilon miał wypowiedzieć te oto słowa: "Poniechajmy odtąd wszelkiej myśli o podboju ziem sąsiednich. Jeżeli jesteśmy silniejsi od innych - użyjmy siły naszej, żeby bronić Hellenów od wspólnego wroga i wspierać sprawiedliwość tam, gdzie będzie deptana"). Tak oto stworzona została potęga Symmachii Spartańskiej, ale w czasie, gdy małoazjatyckie polis szykowały się do wojny z Cyrusem, Sparta musiała jeszcze poskromić jedno uparte miasto na Peloponezie - Argos, stolicę Argolidy, która nie chciała przyłączyć się do owego Związku. Wojna 546 r. p.n.e. i mit "kości Orestesa" zrobiły swoje, a Argos zostało pokonane w bitwie (choć Argiwczycy również ogłosili zwycięstwo, lecz potem wycofali się do swego miasta, czym dali Lacedemończykom okazję do pochowania swych zmarłych i postawienia pomnika zwycięstwa na placu bitwy). Musiało więc ono oddać Sparcie terytorium Cynurii z Tyreą (północno-wschodni rejon Lakonii), lecz wciąż zachowało Argos swą niezależność.




Sparta była więc zajęta wojną, w czasie gdy miasta-państwa wybrzeża wschodniego gotowały się do odparcia perskiej inwazji, jednak - kierując się zasadą "obrony Hellenów" - nie mogła po raz drugi (Sparta nie udzieliła już raz pomocy Krezusowi, który miał z nią wzajemny sojusz od 555 r. p.n.e. i pozwoliła zniszczyć jego królestwo), zachować się w tak haniebny sposób. Wysłali więc Lacedemończycy do "Króla Królów" swoje poselstwo (pod przywództwem Lakrinesa), ostrzegając go, aby nie ważył się podnieść ręki na małoazjatyckich Greków, bo jeśli to uczyni, Sparta go ukarze. Cyrus musiał przysłuchiwać się tym groźbom zarówno z rozbawieniem (ponoć wybuchł śmiechem) jak i z zażenowaniem, jako że do tej pory znał Spartan głównie z faktu nieudzielenia pomocy Lidyjczykom, a jednocześnie zdumiony był tak hardą przemową skierowaną w jego stronę. Odpowiedział posłom, że uczyni tak, jak zechce, a jednocześnie zapowiedział, że jeśli raz jeszcze spotka posłów z Lacedemonu, a ci wcześniej nie upadną przed nim na twarz, ten ich nie przyjmie i nie wysłucha. Tak wyglądała wzajemna rozmowa, po czym poselstwo odpłynęło do Sparty, a Cyrus wrócił do Ekbatyny, powierzając dowodzenie wojskiem w Lidii nowo mianowanemu satrapie - Paktyesowi. A tymczasem małoazjatyccy Grecy musieli się naradzić, co czynić w sytuacji, gdy Sparta nie przyśle im pomocy (słowa i traktaty nie poparte siłą mieczy oraz włóczni nie były przecież nic warte). Zebrano się więc w Świątyni Posejdona w Panionion i radzono nad dalszym postępowaniem. Wielu mówców zabierało głos, niektórzy byli bardzo radykalni w swych planach - jak choćby Bias z Priene, który twierdził że przewaga Persów jest zbyt duża i nie ma żadnego ratunku, poza opuszczeniem dotychczasowych miast i... emigracją na Sardynię. Tales z Miletu uważał zaś, że dotychczasowy związek 12 miast (Dodekapolis, w skład którego wchodziły: Fokaja, Klazomenaj, Erythraj, Teos, Lebedos, Kolofon, Efez, Priene, Myus, Milet oraz dwie wyspy - Samos i Chios) jest już nieefektywny i należy pomyśleć nad stworzeniem ściślejszego sojuszu politycznego wszystkich Jonów z głównym ośrodkiem na Teos. Ostatecznie postanowiono dalej trwać w oporze i nie poddawać się (jedynie Fokejczycy i Tejczycy postanowili zaprzestać dalszej walki i ratować się ucieczką - do nich jeszcze powrócę w kolejnej części).




Grecy mieli jednak nieco szczęścia, ponieważ mianowany przez Cyrusa satrapa - Paktyes, który pozostał w Sardes (i miał odesłać do Ekbatany złoto króla Krezusa), zapragnął sam obwołać się władcą Lidii i przejął cały tamtejszy skarb. Wojna Cyrusa z Paktyesem (546/545 r. p.n.e.), który zaczął najmować do swej armii greckich hoplitów - trwała krótko i gdy z początkiem nowego roku został on oblężony w Sardes przez posłanych w celu stłumienia tej rebelii: Persa Tabalosa oraz Meda Mazaresa, jego żołnierze (widząc przewagę liczebną wroga) odmówili dalszej walki i poddali się Persom, ale Paktyes zdołał zbiec z miasta i schronił się w Kyme (chodzi o małe miasto w Eolii, a nie to sławne polis z Kampanii na italskiej ziemi). Mieszkańcy Kyme wysłali poselstwo do Amfiktionii Apollona w Didyme z pytaniem czy mają wydać zbiega w ręce Persów. Ponieważ zaś u milezyjskich Brachnidów (którzy kontrolowali Świątynię w Didyme) dała się od początku tego konfliktu zauważyć wyraźna sympatia pro-perska (szczególnie gdy Cyrus obsypał Świątynię złotem Krezusa), przeto kapłani nakazali natychmiastowe wydanie Paktyesa w ręce Tabalosa, ale wówczas pewien Kymeńczyk o imieniu Aristodikos, syn Herakleidesa, zabrał głos na zgromadzeniu współobywateli i... odmówił wykonania wyroku "boga" (co było rzadkością w tamtym czasie, gdyż groziło to oskarżeniu o bezbożność, a to znów wykluczało zarówno jednostkę, jak i całą społeczność z grona Hellenów i wystawiało ich na wszelkie niebezpieczeństwa losu bez widoków na jakąkolwiek pomoc). Stwierdził on bowiem że bóg musiał "się pomylić" (był to oczywiście eufemizm - wiadomo było o co chodzi, to nie "bóg się pomylił", tylko Brachnidzi z Didymy wzięli zbyt dużo złota od Persów i wyrok był taki, jakiego tamci oczekiwali). Wysłano więc do Świątyni nowe poselstwo na czele z Aristodikosem, który zadał Apollonowi podobne co wcześniej pytanie - czy naprawdę mają wydać w ręce Persów błagalnika, który prosi ich o schronienie, gdzie pewnym jest, że tam czeka go śmierć. Odpowiedź boga, jakiej udzielono mu za pośrednictwem kapłanów, była taka sama, jak poprzednio. 




Wówczas Aristodikos namówił swych towarzyszy do popełnienia świętokradztwa i wyłapania wszystkich ptaków (oraz jaj) z drzew okalających Świątynię, które to - w opinii wiernych, uchodziły za błagalników Apollona. Wtedy ze Świątyni rozległ się potężny głos (akustyka w takich miejscach musiała być zadziwiająca, ale podobnie było w świątyniach egipskich, gdzie "wytwarzano" potężny, często przerażający "głos boga", który musiał oddziaływać na umysły zgromadzonych wiernych). Ozwał się więc ów głos słowami: "Człowieku najnikczemniejszy z nikczemnych, jak śmiesz to czynić? Jak śmiesz usuwać mych błagalników ze świątyni?" Towarzysze Aristodikosa zdrętwieli słysząc te przerażająco głośne słowa i wypuścili z rąk schwytane ptactwo, jednak sam Aristodikos - upadłszy na kolana - zapytał: "O Panie, jakże to: swoim błagalnikom chcesz nieść pomoc, a Kymejczykom nakazujesz wydać ich własnego?". Bóg (a z pewnością mówiący w imieniu Apollona do pewnej niosącej echo tuby kapłan) odrzekł wówczas: "Tak właśnie nakazuję, żeby was tym bardziej zgubiła wasza bezbożność i byście nigdy więcej nie przychodzili po wyrocznię w sprawie błagalników!" Decyzja co prawda cofnięta nie została, ale swoim podstępem wykazał Aristodikos obłudę Brachnidów, którzy podszywając się pod miłosiernego Apolla, bardziej pokochali perskie złoto, niźli wypatrywanie boskich znaków. Co prawda Aristodikos nie został ukarany za swoją próbę "porwania" ptaków Apollona, ale ponieważ stanowisko Świątyni pozostało niezmienne w sprawie Paktyesa, nie mógł on dalej przebywać w Kyme - jeśli polis to nie chciało zesłać na siebie niechęci ze strony zarówno Persów, jak i Greków. Poradzono mu więc, aby się udał do Mityleny na Lesbos. To była wyspa, więc był bezpieczny, gdyż Persowie wówczas jeszcze nie mieli floty, zaś wyrocznia z Didymy odnosiła się tylko do Kymejczyków, nie zaś do mieszkańców Mityleny. Tak też postanowiono, jednak o tych planach i zawartych umowach dowiedzieli się Persowie, którzy zamierzali przekupić Mityleńczyków by ci wydali uciekiniera. Gdy więc okręt z Kyme (na którego pokładzie znajdował się Paktyes) dopłynął na Lesbos, dowiedziano się tam o podstępie Persów i szybko odpłynięto na Chios, do tamtejszej Świątyni Ateny, gdzie przy jej ołtarzu miał Paktyes prosić o łaskę dla siebie. Chioci przysięgli, iż zapewnią błagalnikowi ochronę i nie wydadzą go Persom, bez względu na ich groźby, więc żeglarze okrętu z Kyme wrócili do siebie w nadziei dobrze spełnionego obowiązku.




Niestety, może i rzeczywiście na perskie groźby Chioci byli odporni, ale nie byli odporni na perskie złoto i wkrótce potem dobito targu z wysłannikiem Tabalosa. Nieszczęsnego Paktyesa wydarto siłą (co było jawnym świętokradztwem) sprzed ołtarza bogini Ateny i haniebnie ciągnięto go po ziemi, by potem jakby nigdy nic, oddać w ręce Persów. W zamian za to, wyspa Chios otrzymała mieścinę na stałym lądzie w Atarneus (naprzeciwko Wysp Arginuzy). Paktyes został zaś przewieziony w klatce do Ekbatany i tam zawieszony za nogi na cienkich drewnianych belkach nad płonącym poniżej stosem. Król i jego świta zapewne przyjmowali zakłady, czy najpierw ogień skruszy belkę i Paktyes wpadnie w stos, czy też płomienie osmolą mu włosy i z płonącą głową wyzionie ducha. Trochę to koszmarne, ale kto się niegdyś przejmował takimi detalami jak humanitarne pozbawianie człowieka życia, należało to raczej do pewnego rodzaju zabawy, która często rozpraszała nudę na królewskich dworach. Teraz Persowie przystąpili już bezpośrednio do pacyfikacji zbuntowanych greckich polis w Jonii oraz w Eolii i do nich to (będę je wymieniał każde z osobna) przejdę w kolejnej części.




CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...