WYŚWIETLENIA

16 lipca 2025

ZABAWNE SCENY Z POLSKICH FILMÓW I SERIALI - Cz. I

 WESOŁY SARMATA


Jako pierwszy temat z tej serii chciałbym zaprezentować kilka zabawnych fragmentów z serialu komediowego (co prawda nieco groteskowego, ale posiadającego także i kilka zabawnych momentów), dostępnego również na platformie Netflix, pod tytułem: 

"1670"

W swych założeniach serial ten ma w sposób zabawny przedstawiać dzieje Polski (a raczej Rzeczpospolitej polsko-litewskiej) tego właśnie okresu, czyli dekadę po zakończeniu potopu szwedzkiego i tuż przed wielkimi wojnami z Tatarami i Turkami (zakończonymi zwycięstwami Jana III Sobieskiego pod Chocimiem, Wiedniem i Parkanami). Oczywiście jest to satyra, więc ma w sposób zabawny pokazywać ten okres, chociaż mnie osobiście wydaje się że nieco przeginają pałkę (jak mówił niezapomniany Ferdynand Kiepski 😉).

Serial skupia się na postaci "sarmaty" Jana Pawła Adamczewskiego, jego żony Zofii, córki Anieli i dwóch synów Stanisława i Jakuba, oraz jego wrogów i przyjaciół. Warto na moment jednak zatrzymać się (nim oczywiście przejdę do zabawnych, wybranych przeze mnie fragmentów tego serialu) nad samym pojęciem "sarmatyzmu" i "sarmaty" który dla szlachcica polskiego w tamtym czasie był niezwykle istotnym odniesieniem. Dobry szlachcic przede wszystkim pielęgnował kult przodków. Kolekcjonował portrety swych antenatów, księgi - które opowiadały o czynach przodków danego rodu, herby oraz znaki sprawowanych urzędów (czyli buławy i pieczęcie), oraz inne archiwalia związane z działalnością wybitnych przodków. Oczywiście pojęcie sarmatyzmu nie odnosiło się tylko do samej pielęgnacji pamięci o niezwykłych czynach swego rodu, ale miało również inne odniesienie, bowiem szlachta polska twierdziła, że oto wywodzi się (w przeciwieństwie np. do mieszczan i chłopów) z ludu Sarmatów - czyli starożytnego plemienia, który w III wieku p.n.e. miał osiedlić się nad Wisłą, przybywszy tutaj ze swych pierwotnych siedzib nad Donem i dolną Wołgą. Utożsamianie się z Sarmatami było jednocześnie utożsamianiem się z pojęciem rycerskości i wolności, które było nierozerwalnie związane z panującym w Rzeczpospolitej ustrojem. Sarmata był człowiekiem wolnym, rycerskim, sprawiedliwym i walecznym - wszystkie te odniesienia bez wątpienia zaspokajały szlachecką dumę i dawały poczucie odrębności i wyższości nad całą resztą społeczeństwa. Sarmata to był szlachcic-rycerz, obrońca Ojczyzny i spadkobierca sławy swych przodków (wielokrotnie szlachta na sejmach przypominała królowi, iż w czasie pospolitego ruszenia "gardła nasze za ojczyznę nadstawiamy"). Dlatego w Polsce nie mogła zapanować monarchia absolutna, jako że była ona w sprzeczności z duchem sarmatyzmu, czyli z duchem Wolności. Polski szlachcic twierdził, że tam, gdzie król zdobył niepodzielną władzę podporządkowując sobie szlachtę, tam upadał duch rycerskości i to właśnie umacniało przekonanie, że Polska ma najdoskonalszy i najlepszy ze wszystkich ustrój (często też, gdy przybywali do Rzeczypospolitej posłowie z Francji, Anglii czy innych krajów, jak choćby Monarchii Habsburgów, szlachta śmiała się z nich, mówiąc: "Patrzcie, niewolniki przyjechały"). 

Pojęcie sarmatyzmu wiązało się nie tylko z idałem Sarmaty- rycerza, ale również z ideałem Sarmaty-rolnika. Stąd też ideałem było życie domowe, wiejskie, szlachecki dworek zbudowany (lub odziedziczony po przodkach) na ziemiach które również zostały albo zakupione albo odziedziczone. Do tego dochodziła oczywiście kosztownie zdobiona broń i odrębny strój który wyróżniał Sarmatę od reszty społeczeństwa (używaną na co dzień odzieżą był żupan - czyli długa do kostek szata z wąskimi rękawami. Wychodząc z domu szlachcic zakładał ów żupan z reguły wykonany z atłasu - w domu nosił najczęściej płócienny - na niego zarzucano sięgający poniżej kolan kontusz, a niekiedy również podbijaną futrem delię). Strój ten noszono najczęściej rozpięty aby było widać kosztownie wykonany pas - przypominający perskie dywany, tylko cieńszy znacznie i dłuższy (niektóre osiągały nawet długość 4 metrów). Takie pasy wytwarzano w manufakturach w Słucku, Sokołowie i Korzcu lub sprowadzano z Persji i Turcji. Kult przodków, odrębny strój, rycerski sposób bycia i zachowania oraz umiłowanie Wolności, to nie wszystko co odznaczało Sarmatę od reszty społeczeństwa. Innym czynnikiem równie ważnym była głęboka religijność (niekiedy nawet granicząca z dewocją). Szlachcic mógł sobie pozwolić na bardzo wiele, mógł na przykład zbić swego chłopa (chłopi nie byli jednak niewolnikami i za ich zabicie również groziły kary sądowe), albo odciąć ręce innemu szlachcicowi, a potem leżeć krzyżem w kościele w ramach pokuty, lub też wypisać na swej trumnie "tu leży grzesznik" (notabene umieszczanie zdjęć nagrobnych na pomnikach wzięło się właśnie z tradycji sarmackiej, wyjątkowej pod tym względem w całej Europie, gdyż nigdzie indziej czegoś takiego nie praktykowano. Oczywiście w wieku XVII czy XVIII nie były to zdjęcia tylko malowidła dokładnie odwzorowujące postać zmarłego). Tradycja sarmacka była niezwykle żywa i barwna i miała wpływ na inne kraje, w tym na Rosję (gdzie aż do końca XVII wieku oficjalnym językiem dworu moskiewskiego był język polski), Mołdawię czy Tatarów krymskich.

 To tyle w kwestii wytłumaczenia czym była Sarmacja i czym byli Sarmaci w odniesieniu do szlachty polskiej z okresu, o którym opowiada ów komediowy serial. Zapraszam zatem do obejrzenia zabawnych, wybranych przeze mnie fragmentów z "1670".




MIERZENIE KUTASÓW 😉


"Co jakiś czas przyjeżdżają do mnie koledzy szlachcice, mierzymy sobie wtedy kutasy" 🤭

0:50 - "Moim zdaniem kutas Andrzeja jest dłuższy... kutas Andrzeja ma długi trzon, a Jana Pawła całą długość robią nitki z frędzli. Trzeba powiedzieć dość liche nitki"

"Zważ na słowa, mówisz o moim kutasie" 😂





TOKSYCZNA MĘSKOŚĆ 🧐


"Jeżeli nie masz czasu dla swoich dzieci, nie oczekuj że one kiedyś znajdą go dla ciebie - głębokie prawda? Dlatego myślę że jeżeli rozpłatam łeb Jeremiego na oczach Jakuba, to będzie wartościowy czas ojca z synem" 😚

"Tato, nie pojedynkujesz się z nikim? bo cała wieś huczy o jakimś pojedynku?"

"Anielko, spotkała mnie potwarz..."

0:40 - "Nie rozumiesz że to jest odwoływanie się do toksycznego wzorca, który jest tylko źródłem bólu dla kolejnych pokoleń mężczyzn? Żyjecie w ciągłym napięciu i nie potraficie zbudować zdrowych relacji z innymi mężczyznami, bo cały czas kryjecie się pod skorupą z tej waszej beznadziejnej dumy" 🥱

"Anielko, piękny warkocz. (...) Mówiłaś coś i mówiłaś i w pewnym momencie pomyślałem sobie: "Jezu jak ona długo mówi" 😄. Ale powiedziałem sobie: "patrz na nią w okolicach głowy, bo inaczej zorientuje się że jej nie słuchasz". 😂 I wtedy zobaczyłem twój warkocz - naprawdę piękny" ✌️





MIASTOWI W ADAMCZYSZE


1:35 - "Pierwszy raz na wsi? Widziałeś kiedyś krowę? (...) Jak robi krowa? 🐄 Beee!?" 😄

"Nie, krowa robi muuu!"

"Sprawdzałem cię, teraz wszyscy lansują się na wieś" 😉





KULTUROWE ZAWŁASZCZENIE


"Dlaczego nosisz szablę?"

"Rzeczywiście, noszę, nie wiem? Taka moda!"

"Moda!? (...) Szabla to atrybut szlachcica, wojownika, służy do obrony Rzeczpospolitej. (...) To kulturowe zawłaszczenie, jakbyś się czuł gdybym przyszedł tutaj - co jest charakterystyczne dla miasta?"

"Ekskrementy na ulicach!"

"Właśnie, jakbyś się czuł gdybym przyszedł tutaj z twoimi ekskrementami w ręku? 😂🤣"

"Tato, czy ty wiesz co to są ekskrementy?"

1:15 - "Z tego Ciesława to kompletny kabotyn i chwalipięta. Ho-ho-ho byłem w Niderlandach, ho-ho-ho mówię po francusku, ho-ho-ho myję ręce po sikaniu" 🤭





PALEC SAM ODPADŁ - CZYLI ZARAZA


0:20 - "Służko spokojnie, to jest w stu procentach bezpieczne. (...) Nie krzyczcie bo skuszę 🥴

0:38 - "Umówmy się że dwa razy może nie wyjść, mamy dużo służek"

"Wyjdzie od razu, jestem Sarmatą!"

1:10 - "Obciąłeś jej palec!"

"Na pewno nie!"

"Chyba nie oszukuje, nie!" 🤭

1:20 - "Obciąłeś mojej mamie palec!"

"Na pewno nie! Sam odpadł 😂 (...) Rozalio obawiam się - masz trąd" 😭





NIE GŁOSUJESZ - NIE MASZ PRAWA NARZEKAĆ


Oczywiście jak wiadomo w Rzeczpospolitej na sejmach i sejmikach głosować mogła tylko szlachta. Chłopi i mieszczanie byli pozbawieni prawa głosu. Natomiast należy tutaj też dodać, że liczba uprawnionych do głosowania, czyli szlachty w Rzeczpospolitej była większa niż we Francji, Anglii, Hiszpanii, Portugalii, Włoszech i większości krajów niemieckich razem wziętych.


"Sejmik - święto demokracji, dzień w którym wszyscy głosują. Poza chłopstwem oczywiście - oni nie mogą. Często powtarzam swoim chłopom "nie głosujesz, nie masz prawa narzekać" 🤭. Woźnica, piłeś przed podróżą?"

"Oczywiście jaśnie panie"

"No nie wiem, nie wiem, coś nerwowy jesteś" 😉





PRACA W KORPO


"Mój drugi syn - Jakub, to duma rodziny. Pracuje w korporacji"

"Na kiedy? Na wczoraj! I nic mnie nie obchodzi czy się da, czy się nie da, zamawiałem pomyślność dla Polski i ma być pomyślność dla Polski!"

"Z kim ty rozmawiasz?"

"Nie widzisz że się modlę, tato?"

"Nie zapomnij o pomyślności dla Polski"

"Wybrałem Kościół, ponieważ szukałem możliwości pracy w dynamicznie rozwijającym się zespole, w stabilnej organizacji z silną pozycją na rynku"





GRZYBKI HALUCYNOGENNE 


"To co, po jednym?"

"A, przy niedzieli można"

"Jest środa!" 😄

"Namawiasz, czy nie?"

0:25 - "Tak hałasujecie, że ryb nie słychać. Co tu się za proceder odbywa? (...) Jak żaden, jak widzę że coś z synem jecie?! 😆 A piechur koronny, obrońca naszych polskich granic głodnym chodzi, ładnie to tak? (...) O, jadalne grzyby, uwielbiam jeść jadalne rzeczy. 🫕"

"Panie, lepiej uważaj! (...) Te grzyby... Ich nie można za dużo!"

1:25 - "Tamci dwaj ostrzegali mnie że po ich grzybach będę się źle czuł. Tymczasem wszystko u mnie jest w najlepszym porządku, wzrok mam wyostrzony, ciało rześkie, a co więcej mój ojciec - sułtan Mehmed IV właśnie przekazał mi władzę nad Imperium Osmańskim. Raz jeszcze dziękuję ci ojcze, nie zawiodę!" 😚

1:50 - "Z przyjemnością zostanę twoim muftim, mam tylko dwie wątpliwości: pierwsza - wydaje mi się że ja się kompletnie nie nadaję na muftiego, z moją osobowością, posturą i w ogóle; a druga - nie wiem kto to jest mufti?" 

"Jesteś moim muftim!"

"Wiesz co, Bogdan - ty też jesteś moim muftim! Co za wartościowa rozmowa" 😊





TATARSKI JASYR


"Halo ktoś tu jest? Słyszę cię. Kto wy, Niemcy? 😂 (...) Nie ma zgody na basz basz. Basz basz to tatarskie określenie na porwanie, celem sprzedania do niewoli





W NIEWOLI U TATARÓW

"Zapraszam, zapraszam. Jesteśmy w tymczasowym więzieniu dla jeńców tatarskich, panuje tutaj bardzo fajna atmosfera. Jest bezimienny, bezimienny pomachaj gościom! (...) Jest kostek, on jest trochę sztywny 🤭 Tatarzy trzymają nas w zamknięciu, ale kto by chciał się ruszać przy takim metrażu. (...) Przyznam że zaczynam odczuwać sympatię do moich porywaczy, a zarazem coraz bardziej nienawidzić Szwedów - typowy syndrom sztokholmski" 🥴





WIZYTA W ADAMCZYSZE SYNA MAGNATA


0:25 - "Janek Pawełek, walisz tabakę?" 😂

"Nie, dziękuję, raczej nie walę" 😝

"Jak nie? Zażyj narkotyk jak Henryk prosi!"

1:00 "Córa wali?" 🤣

"Jaka córa? To nie jest córa, sio mi stąd Marianna. Nasza jest ładniejsza"

"Lubię ładne rzeczy, i jędrne!"

1:50 - "A ty Henryku zarządzasz teraz jakimś rodzinnym interesem?"

"Nie, studiuję we Francji"

"O, a kiedy egzaminy?"

"Nie wiem, chyba teraz!" 🥴

2:40 - "Janie, tabaka!" 😭





NIEFORTUNNE POLOWANIE 


"Dobra, robimy zawody! (...) Kto upoluje najlepszą kolację, wygrywa moje uznanie!"

0:45 - "Proszę bardzo, oto nasze trofeum - dzik! Ja go tylko drasnąłem, ale Tereska, Kornelka i Dagmarka dobiły go rękami" 🤭

"Serio Teresa?"

"Ja pierdolę, chcę mieszkać w pałacu i c***"

1:05 - "My też mamy nie lada trofeum"

"Upolowałeś pomidory?" 

"Teraz jest taki trend w żywieniu, żeby jeść więcej warzyw"

"Wojciech, kiedy ostatni raz jadłeś mięso?"

"Nie pamiętam, panie!"

"Widzisz Andrzej, nawet chłopi już nie jedzą mięsa" 🍗

1:45 - "Pamiętasz Ciesława?"

"To ten, co ma żonę bez palca?!" 😂

2:50 - "O kurwa!!!" 😭





DRZEMKA Z PRZYJACIÓŁKĄ" 😉🤣


"Spakuję swój kufer na wypadek gdyby się okazało że jest się czym stresować i absolutnie nic nie jest pod kontrolą. Zofia, pakuj się!"

"To nie to co myślisz!"

"Dobra, nie czas teraz na drzemki z przyjaciółką. 😂😭🤣 Śledczy przyjechał!"

"Śledczy, w jakiej sprawie?"

"W sprawie syna magnata, tego co wiesz - puf"

"Zabiliście syna magnata?"

"Skąd wiesz?" 🤭





ROGACZE?!


"Nikt nigdy nie da ci tego, co ja ci dałam!"

"I vice versa. Mój palec nigdy, przenigdy nie dotknie już twojej łechtaczki - przeklinam ją! Z nami koniec, koniec! Na wieki wieków - amen"

0:35 - "I to jest najlepszy dowód na to, że kobiety nie potrafią się przyjaźnić"

"O to, to. Facet z facetem sobie po mordzie dadzą i już w porządku, i dalej kumple" 🤣🤭

"Źle dotykałaś mojej łechtaczki, nie możemy się przyjaźnić" - udaję kobietę" 😂

"Zbyt uczuciowe te baby są! Ja mówię - brachu, rób z moją łechtaczką co tylko chcesz, ważne żebyś wina polał" 😭🤣🤭

"Co to jest łechtaczka?" 🥰🤤😂😉

"Właśnie nie wiem! 😙"




WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. II

CZYLI JAK TO KRÓL
RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV
PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE
CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO
W KONSTANTYNOPOLU





1645 r.
RZECZPOSPOLITA
Cz. I


SEJMY, SEJMIKI, WNIOSKI - VETO!





Przejdźmy więc już bezpośrednio do roku 1645 r. w którym to właśnie narodził się plan wielkiej wojny z Osmanami, zdobycia Konstantynopola i wyzwolenia bałkańskich narodów, jęczących pod turecką niewolą. Nim jednak do tego dojdę, szybki rzut oka na wydarzenia dziejące się na krótko przed tą datą (gdyż one także mają pewien związek z planami króla Władysława odnośnie wojny tureckiej). Rzeczpospolita tego okresu wciąż była potęgą militarną, mogącą samodzielnie odeprzeć kilka najazdów na różnych frontach i co ciekawe, czyniono to przy... minimalnych nakładach finansowych na wojsko (gdyż szlachta bardzo rzadko decydowała się na kilka kolejnych podatków z rzędu, obawiając się że stała armia pomorze królowi w odebraniu im ich wolności). Czy to na północy przeciw Szwedom, czy na wschodzie przeciwko Moskwie, czy też na południu przeciw Turkom i Tatarom, nie było siły zdolnej pokonać Polaków w polu, nic więc dziwnego że Witold Gadowski stwierdził jakiś czas temu, iż: "Warto zdać sobie sprawę z faktu, że w naszych żyłach płynie krew wielkiego kraju". Jeśli mieliśmy chwile słabości, jeśli musieliśmy się cofnąć, było to związane nie tyle z siłą naszych nieprzyjaciół, ile z naszej wewnętrznej niezgody i wzajemnych niesnasek (przecież w 1673 r. po wielkim zwycięstwie nad Turkami pod Chocimiem, gdzie rozgromiono ich 150 000 armię do nogi, nie odzyskano ponownie krajów naddunajskich tylko dlatego, że hetman wielki litewski Michał Kazimierz Pac, skonfliktowany z hetmanem wielkim koronnym Janem Sobieskim - autorem zwycięstwa, opuścił obóz po bitwie i wrócił ze swoimi oddziałami na Litwę, podobnych przykładów zaniechań lub jawnej niechęci było znacznie więcej).

Po zwycięstwach nad Rosją (pod Smoleńskiem 1632-1634), Turcją Osmańską i Tatarami (pod Sasowym Rogiem i Paniowcami 1633 r.), oraz zmuszeniem Szwedów do oddania okupowanych przez nich portów pruskich (1635 r.), długo panował pokój (zakłócany jedynie szybko tłumionymi buntami Kozaków w 1635, 1637 i 1638 r. na Ukrainie). Turcy i Tatarzy siedzieli cicho, bowiem nimb niezwyciężoności tak Rzeczypospolitej jak i samego króla Władysława IV, długo się utrzymywał, ale z czasem zaczęło się to powoli zmieniać. W marcu 1640 r. Tatarzy uwięzili posła królewskiego Prandotę Dzierzka i dokonali najazdu rabunkowego na Podole i Wołyń, uprowadzając w niewolę 30 000 jasyru. Stało się to możliwe, ponieważ szlachta w poprzednim roku nie uchwaliła żadnych pieniędzy na wojsko kwarciane, będące obroną południowo-wschodnich kresów Rzeczypospolitej. Król Władysław zwołał Sejm (19 kwietnia) pod laską Jana Stanisława Jabłonowskiego, na którym rozpaczał nad ową "przeklętą niewiarą" panów-szlachty, która w "truciznę obraca zwyczaje Rzeczypospolitej". Król i kanclerze apelowali że "wojsko należy opłacić", ale szlachta niezbyt się spieszyła do płacenia nowych podatków i wynajdywała wciąż nowe argumenty przeciwko temu. Wreszcie postanowiono że wojsko otrzyma jedną część należności (zaległej), ale obostrzono to dodatkowo ustaleniami poszczególnych sejmików ziemskich (to one miały zadecydować o wysokości wypłaconej należności). Kozakom rejestrowym również nie przyznano jurgieltu, ale po krwawych lekcjach sprzed kilku lat, siedzieli cicho. Sam król był w bardzo ciężkiej sytuacji finansowej (a szlachta nie chciała przyznać królowi specjalnej pensji na pokrycie jego długów), do tego był chory i na sejmie roku 1640 obradował (tak w Senacie jak i w Izbie Poselskiej) z... łóżka.

Rok 1640 obfitował jednak w inne ciekawe wydarzenia, jak choćby wówczas to (1 kwietnia) narodził się następca tronu, dziedzic korony Polski i Litwy - królewicz Zygmunt Kazimierz Waza. Po ciężkim porodzie, który królowa Cecylia Renata znosiła nadzwyczaj dzielnie, otoczona damami dworu, akuszerką odbierającą poród i ukrytym za kotarą medykiem królewskim (który miał wyjść, gdyby pojawiły się komplikacje). Król Władysław w tym czasie przebywał w sąsiedniej komnacie i... przeżywał poród znacznie gorzej, płacząc i jęcząc, co było dość irytujące (i jednocześnie słyszalne w sali, w której rodziła królowa). Wreszcie narodził się zdrowy chłopiec, o czym natychmiast poinformowano monarchę, który radośnie wkroczył do sali porodowej i zwracając się do nowo-narodzonego synka rzekł: "Witaj gościu nowy, gościu pożądany". W całym kraju świętowano narodziny królewskiego dziecka (w Rzeczpospolitej syn panującego monarchy nie stawał się automatycznie następcą tronu, jak w innych krajach - o wszystkim bowiem decydowała szlachta na sejmach i to ona wybierała królów, choć z reguły wybierano synów lub braci poprzednich monarchów). Narodziny królewicza ponownie zbliżyły ze sobą parę królewską, których stosunki pogorszyły się po ich wizycie w kąpielisku w Baden koło Wiednia, które to odbyli we wrześniu i październiku 1638 r. Na dworze wiedeńskim, u cesarza Ferdynanda III Habsburga (brata królowej Cecylii Renaty), dała się zauważyć odmienność młodej królowej od pozostałej jej rodziny z Austrii. Jej bratowa, hiszpańska księżniczka i cesarzowa-małżonka Maria Anna Habsburg, była zdziwiona i zaskoczona widząc jak bardzo zmieniła się Cecylia Renata, od chwili pobytu w Polsce.


KRÓLOWA CECYLIA RENATA HABSBURG 



Małżeństwo per procura zostało zawarte w Wiedniu 9 sierpnia 1637 r. Trzy dni później Cecylia Renata wyruszyła w drogę do swej nowej ojczyzny. Do pierwszego spotkania młodej pary doszło na zamku w Iłży - 6 września, ale nie należało ono do przyjemnych, bowiem król - pragnąc ujrzeć swą przyszłą żonę - przebrał się za dworzanina i informując ją o zbliżającym się spotkaniu z królem, dokładnie się jej przyjrzał, lecz... niezbyt mu się spodobała. Cecylia Renata nie rozpoznała w owym dworzaninie swego przyszłego małżonka, ale bardziej bystra była jedna z jej dam, arcyksiężna Klaudia Florentyna, która dyskretnie poinformowała Cecylię iż oto stoi przed nią sam król. Wówczas to przyszła żona rzuciła się Władysławowi do stóp, ale król był zdegustowany jej urodą i opuścił Iłżę, nie czekając na wyjazd jej orszaku. Ślub odbył się w Warszawie - 12 września 1637 r. Królowa ubrana była w białą suknię, haftowaną złotą nicią oraz ozdobioną perłami, diamentami i bursztynami. Sam monarcha prezentował się równie efektownie, jadąc - w jasnym stroju i kapeluszu ozdobionym pawim piórem - na białym koniu w otoczeniu swego orszaku. Po uroczystości ślubnej królowa wsiadła - wraz z damami dworu - do przygotowanej dla niej karety i w otoczeniu rajtarów, dragonów i kozaków, trębaczy, doboszów i paziów, jechała w stronę Zamku Królewskiego. Tam doszło do uczty weselnej, po której bardzo szybko Cecylia Renata zdała sobie sprawę że mieszka w Zamku wraz z... oficjalną królewską kochanką - lwowską mieszczką Jadwigą Łuszkowską (opowiem o tym dokładniej w innej serii). Doszło wówczas do pierwszej kłótni małżeńskiej, a Cecylia Renata domagała się aby Władysław odprawił kochankę i zagroziła ze jeśli tego nie uczyni, ona wróci do Wiednia. Król więc odprawił "Jadwisię" - jak pieszczotliwie ją nazywał, do pałacu w Ujazdowie, dokąd często przyjeżdżał, a królowa spędzała noce samotnie na Zamku w Warszawie. Wreszcie wymogła aby król wydał Łuszkowską za mąż, co ten w końcu uczynił, choć ślub był jedynie "zasłoną dymną" bowiem romans w dalszym ciągu się rozwijał. Aby więc zbliżyć króla do siebie, Cecylia Renata zaproponowała mu wyjazd do kąpieliska w Baden.

Tam, szybko ujawniły się nowe maniery Cecylii Renaty, szczególnie rzucające się w oczy niezwykle sztywnemu i skrupulatnie trzymającemu się etykiety otoczeniu cesarza Ferdynanda III. Jej bratowa była zdumiona - pamiętając ją sprzed wyjazdu z Wiednia, jako osobę nieulegającą żadnym emocjom w stosunku nie tylko do służby, ale również do książąt i szlachty nie wywodzącej się z domu cesarskiego i wzorowo wypełniającej wszelkie sztywne funkcje, związane z etykietą dworską. Po roku spędzonym w Rzeczpospolitej, ta kobieta diametralnie się zmieniła. Zażądała na przykład, aby przy stole, przy którym siedzieli członkowie rodziny cesarskiej i para królewska, zasiadły również jej damy dworu i zapowiedziała że nie usiądzie, jeśli nie zostaną dostawione dodatkowe krzesła. Zniesmaczenie jej bratowej wywołał również fakt, że kiwnęła głową na przywitanie wchodzącym do sali biesiadnej polskim senatorom, co było nie do pomyślenia na dworze cesarskim, aby cesarz lub ktokolwiek z jego rodziny choćby odpowiedział ukłonem głowy jakiemukolwiek księciu niższej od siebie rangi. Ale dwór w Warszawie nie przypominał tego w Wiedniu czy w Madrycie, a królowa szybko nauczyła się panujących w jej nowej ojczyźnie swobodnych obyczajów. Król w Rzeczypospolitej był bowiem tylko "Pierwszym wśród Równych", a nie żadnym "bożym pomazańcem" o absolutnej władzy, stąd zupełnie odmienne zwyczaje celebrowane na owych dworach. Ale królowa nie miała problemów z szybkim się ich wyuczeniem i zaakceptowaniem. 

Wróćmy jednak do spraw wagi publicznej. W lutym 1640 r. zmarł w Konstantynopolu sułtan Murad IV. Na tron wstąpił jego młodszy brat Ibrahim. Wcześniej, w maju 1639 r. zakończyła się długa (prowadzona od 1623 r.) wojna z perskimi Safawidami, zakończyła się ona zdobyciem Bagdadu przez Turków i wyznaczeniem trwałej linii granicznej owych dwóch mocarstw (która tak naprawdę istnieje po dziś dzień, rozgraniczając Iran i Irak). Poza tym zatarg pomiędzy hospodarem mołdawskim Wasylem Lupulem a hospodarem wołoskim Maciejem Besarabą i plany poszukiwania przez jednego z nich pomocy w Polsce spowodowały, że nad Dunajem ponownie zaczęła się gromadzić armia osmańska. To wywołało entuzjazm króla Władysława, który sądził iż dzięki temu będzie mógł przeforsować swoje plany (które kształtowały się od 1633 r. ale ostateczną formę przybiorą dopiero w owym 1645 r.) wielkiej chrześcijańskiej wojny antytureckiej. Sułtan też wysłał do Polski swego szpiega (1641 r.), który przemierzając kraj aż do Gdańska, obserwował teren ewentualnej przyszłej inwazji osmańskiej. Król Władysław, na Sejmie (obradującym od 20 sierpnia - 4 października 1641 r.), przekonywał, że niebezpieczeństwo osmańskie jest realne i że jeśli by szlachta uchwaliła pieniądze na kilkudziesięciotysięczne wojsko "jeden miesiąc uczyniłby wieczny ojczyźnie pokój", (czyli sugerował monarcha, że w przeciągu miesiąca rozniesiono by całą potęgę osmańską i Turcy musieliby prosić o trwały pokój, nawet na dekady). Szlachta jednak nie chciała nawet słyszeć o wojnie z Turczynem i zajęła się sprawą rad senackich z roku 1638 co spowodowało że król publicznie "łzami się zalał" nie mogąc przeboleć utraty tak dogodnej chwili ostatecznego rozgromienia muzułmańskiej potęgi, która rozlała się na trzech kontynentach.


NIECO SARKASTYCZNE PRZEDSTAWIENIE MEGALOMAŃSKICH KONCEPCJI POLSKIEJ SZLACHTY (KTÓRA TWIERDZIŁA ŻE WYWODZI SIĘ OD ANTYCZNYCH SARMATÓW) W SATYRYCZNYM SERIALU: "1670"


"MIAŁEM SZCZĘŚCIE URODZIĆ SIĘ SZLACHCICEM W POLSCE, NAJPOTĘŻNIEJSZYM PAŃSTWIE NA ŚWIECIE! (...)
MY SARMACI JESTEŚMY NARODEM WYBRANYM. Z WYRAŹNEJ WOLI STWÓRCY MAMY NAJWIĘKSZE UMYSŁY, SERCA I FALLUSY.  DLATEGO STARAM SIĘ CIESZYĆ TYM, CO MAM. BO PRZECIEŻ GDZIEŚ TAM NA ŚWIECIE DZIECI GŁODUJĄ - O NA PRZYKŁAD TUTAJ 😂, DZIECI CHŁOPÓW. BIEDNE, GŁODNE DZIECIACZKI. A WŁAŚNIE, OBIAD 🤭




CDN.

15 lipca 2025

WOKÓŁ AKTU 5 LISTOPADA - Cz. I

CZYLI JAK TO NIEMCY CHCIELI SOBIE STWORZYĆ "SWOJĄ" POLSKĘ?


Przyznam że dużą motywacją do podjęcia tego tematu były ostatnie wydarzenia związane z Niemcami na polskiej ziemi. Szczególnie bowiem zbulwersowała mnie wystawa, jaką w galerii Ratusza miejskiego w Gdańsku zorganizowały tamtejsze władze miejskie, przy wsparciu Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i filii Polskiej Akademii Nauk w Berlinie, prezentując losy Polaków z Pomorza, Warmii i Mazur, w czasach III Rzeszy siłą wcielonych do Wehrmachtu. I może sama ta wystawa nie byłaby aż tak odpychająca, gdyby nie fakt, jak postanowiono ją zatytułować, a mianowicie: "Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy". I ja oczywiście rozumiem i zdaję sobie sprawę że wielu Polaków zostało przymusowo wcielonych do Wehrmachtu po rozpoczęciu niemieckiej okupacji Polski w październiku 1939 r. i po przyłączeniu Pomorza, Wielkopolski i Śląska do III Rzeszy (z pozostałych ziem polskich uczynili Niemcy tzw Generalną Gubernię pod zarządem Hansa Franka, natomiast nasza ziemie wschodnie, nasze Kresy zagarnął Związek Sowiecki). Rozumiem że ogromna część z nich była ofiarami niemieckiej polityki narodowościowej (zresztą jej ofiarami była również i moja rodzina, jako że mój pradziadek był etnicznym Niemcem. Ponoć był synem jakiegoś oficera z Królewca, chociaż rodzina nasza wywodziła się z zachodnich rejonów Niemiec. Pradziadek przyjechał wówczas do Kongresówki {czyli tej części, z której później Niemcy utworzą Generalną Gubernię, a która w czasach zaborów należała do Rosji carskiej} tutaj się ożenił z Polką - moją prababcią - i zamieszkał. Pisałem już, że gdy wybuchła I Wojna Światowa uciekł przed poborem do carskiego wojska na Zachód i tam ostatecznie wstąpił do Błękitnej Armii Józefa Hallera }również etnicznego Niemca, wywodzącego się z rodziny von Hallenburgów, ale całkowicie spolonizowanego}. Z tą armią wrócił do Polski w roku 1919, wziął udział jeszcze w wojnie polsko-bolszewickiej i potem już wiódł spokojne życie. W roku 1939 w chwili niemieckiej agresji na Polskę, zabronił rozmawiać w domu po niemiecku, a gdy Niemcy już w roku 1940 odnaleźli jego papiery i chcieli go przekonać do podpisania volkslisty {czyli niemieckiej listy narodowościowej} odmówił, twierdząc że jest Polakiem. Zapłacił za to zsyłką do obozu pracy, wraz z moim 15-letnim wówczas dziadkiem {pamiętam jak dziadek opowiadał jedno wydarzenie którego był osobiście świadkiem, jak Niemiec kazał pewnemu młodemu Żydowi wykopać dół, a następnie zabrał mu tę łopatę i uderzył go w głowę tak, że przepołowił ją na dwie części - koszmar. Pradziadek przeżył wojnę, ale nigdzie się już potem nie angażował}.

Tak więc ja rozumiem że spora część Polaków na Pomorzu, na Śląsku a nawet w Wielkopolsce miała bardzo podobne doświadczenia, do doświadczeń mojej rodziny. Mój pradziadek wybrał Polskę, choć mógł przecież podpisać volkslistę i zapewne wtedy zostałby powołany do Wehrmachtu i wysłany na front. Nie chciał być już jednak Niemcem, nie chciał mówić w języku niemieckim, czuł się już Polakiem i był nim z serca i z umysłu. Mimo to uważam że droga jaką wybrał mój pradziadek, była drogą zarówno bohaterską, jak i niestety brawurową (a nawet głupią można by dodać, gdyż mógł nie tylko sam stracić życie w obozie, ale również poświęciłby swego syna). Na szczęście obaj przetrwali obóz i wrócili do domu po zakończeniu wojny. Uważam też że nie ma nikt prawa wymagać od drugiego człowieka zachowań bohaterskich, bowiem nie każdy z nas ma cechy bohatera (zresztą nawet jeśli je ma, to są sytuacje, kiedy strach jest silniejszy niż odwaga. Tak sobie czasem myślę jakbym żył w tym czasie, albo w okresie powojennym, bez wątpienia z moim charakterem zasiliłbym szeregi Żołnierzy Niezłomnych walczących do końca o niepodległą Polskę. Ale ta walka była walką nie do wygrania, to była walka straceńcza, na której końcu zawsze była śmierć. Nie mógłbym dopuścić do tego, aby żywy wpaść w ręce czy to Urzędu Bezpieczeństwa czy Informacji Wojskowej czy nawet NKWD. Ostatnią kulę zostawiłbym dla siebie, bo nie jestem pewien czy wytrzymałbym te nieludzkie tortury, gdybym dostał się w ich łapy. Tak jak major Hieronim Dekutowski ps. "Zapora", trzydziestoparoletni chłopak, który gdy prowadzono go na miejsce kaźni miał wybite wszystkie zęby, wyrwane paznokcie, połamane żebra, palce wyrwane ze stawów, nie mógł chodzić o własnych siłach więc był ciągnięty, bo miał połamane obie nogi, a mimo to ostatnie słowa jakie wypowiedział do swoich katów brzmiały: "Nigdy nas nie pokonacie!" I to właśnie był bohater - podobnie jak rotmistrz Witold Pilecki - "człowiek ze stali", natomiast ja nie jestem pewien czy wytrzymałbym taki ból, być może ale sądzę że raczej nie). Nie każdy więc nadaje się na bohatera, i rozumiem tych którzy ulegali, podpisując niemiecką listę narodowościową i będąc następnie wcielanymi do Wehrmachtu.


ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI 
BOŻE JEŚLI ZAPOMNIMY O NICH, 
TY ZAPOMNIJ O NAS!


 








Tak więc rozumiem okoliczności związane przymusowym poborem do niemieckiego wojska. Należy jednak pamiętać że duża część (może nie decydująca, ale spora)  Polaków wcielonych do Wehrmachtu, służyła potem wiernie niemieckim panom. Dlatego ja się zapytuję, jacy ku...a "nasi chłopcy!" Co to ma być? Postępująca germanizacja naszych Ziem Zachodnich? Zresztą władze Gdańska (z prezydent Dulkiewicz na czele) nie pierwszy raz odwalają taką manianę. Wcześniej były uroczystości zatopionego niemieckiego okrętu Wilhelm Gustloff, którym Niemcy 30 stycznia 1945 próbowali ewakuować się z Gdyni, a statek zatopiła sowiecka łódź podwodna. I wtedy też pani Dulkiewicz nie wiedziała, że wstęp na Wilhelm Gustloff mieli przede wszystkim członkowie partii nazistowskiej, a w dalszej kolejności zwykli Niemcy, Polaków tam nie wpuszczano - więc co to miało być?! Albo to stwierdzenie że wojnę wywołało złe słowo Niemca do Polaka i Polaka do Niemca (🤨🧐🙄). Z jakiego szpitala uciekły władze miasta Gdańska, bo myślę że to jest szpital bez klamek. I podobnie we Wrocławiu, zaczyna się powolna germanizacja przestrzeni miejskiej (tego przykładem jest odnowienie mostu z niemieckimi napisami sprzed II Wojny Światowej, zamiana Hali Ludowej na Halę Stulecia na cześć zwycięstwa Prus w bitwie z Napoleonem Wielkim pod Lipskiem w 1813 r. notabene w bitwie tej zginął w nurtach Elstery książę Józef Poniatowski, powieszenie portretu Fryderyka II w Auli Leopoldina Uniwersytetu Wrocławskiego, i... wyniesienie stamtąd naszego Białego Orła) Przyznam się szczerze wkurwia mnie to osobiście tak bardzo, że jedyne co w tym momencie należałoby uczynić, to natychmiast - zarówno w Gdańsku jak i we Wrocławiu wprowadzić zarząd komisaryczny a lokalne władze postawić przed sądem. Niestety, do tego trzeba mieć jeszcze polski rząd, a nie rząd mianowańców i... na tym na razie poprzestańmy.

Nas zakończenie tego przydługiego wstępu powiem jeszcze że jakiś czas temu rozmawiałem na X-ie z pewnym niemieckim doktorem historii (?), który przekonywał mnie, że Niemcy w roku 1916 przywrócili niepodległą Polskę do życia po ponad stuletnim okresie zaborów, ogłaszając właśnie ów akt 5 listopada (o którym pragnę napisać), w którym rzeczywiście miał powstać taki twór jak Polska. Wcześniej bowiem stwierdziłem, że warunkiem sine qua non odrodzenia niepodległej Polski była klęska wszystkich trzech jej zaborców, czyli Rosji, Niemiec i Austro-Węgier. Ponieważ tamta rozmowa przypomniała mi się teraz, postanowiłem rozpocząć nową serię o tym, jak to Niemcy próbowały stworzyć "swoją" Polskę w roku 1916, na ile im się to udało, oraz jakie były reakcje międzynarodowe (głównie rosyjskie) na ową deklarację. 

Zapraszam zatem do lektury.






RZECZYWISTOŚĆ POLITYCZNA


"O wojnę powszechną za wolność ludów, 
Prosimy cię Panie.
O broń i orły narodowe, 
Prosimy cię Panie.
(...)
O niepodległość, całość i wolność Ojczyzny naszej, 
Prosimy cię Panie"


Oto fragment "Litanii pielgrzymskiej" Adama Mickiewicza, w której autor (notabene Mickiewicz zmarł w Konstantynopolu w listopadzie 1855 r. po zatruciu się... kebabem), doskonale zdawał sobie sprawę, że niepodległość Polski realnie musi być związana po pierwsze z wzajemną wrogością mocarstw zaborczych, a po drugie z wynikającą z niej wojną europejską (a być może nawet światowej). I o to właśnie się modlił w swej litanii - "o wojnę powszechną za wolność ludów". Polacy bowiem (głównie mam tutaj oczywiście na myśli polską szlachtę) za późno otrząsnęli się z marazmu XVIII wieku. Reformy jakie podjęto pod koniec tego stulecia, mające wewnętrznie wzmocnić państwo i stworzyć stałą armię, oraz wzmocnić władzę królewską czyniąc ją odtąd dziedziczną, przyszły za późno. Co prawda uchwalono pierwszą w Europie i drugą na świecie (po amerykańskiej) Konstytucję - 3 maja 1791 r. Ale już nie zdołano obronić tych reform w konfrontacji zarówno z agresją rosyjską (1792 r.) jak i rosyjsko-pruską (1794 r.). W każdym razie przetrwało to pocieszenie, że Polacy - wbrew innym narodom (jak choćby Hiszpanom, u których pierwsze reformy zainicjowały dopiero interwencyjne wojska francuskie po roku 1808), potrafili własnym działaniem politycznym (w obliczu pewnego rozpadu państwa trapionego wewnętrzną anarchią) zdobyć się na taką jedność, która pozwoliła zreformować kraj. Ocalić go już jednak nie była w stanie, gdyż zaborcy okazali się wyjątkowo zgodni w dziele zniszczenia Rzeczypospolitej. Ale upadek państwa był niczym kubeł zimnej wody na te wszystkie dotychczas zaślepione umysły, na tych wszystkich małych paniczyków, którzy nie widzieli dalej niż koniec własnego nosa i tylko powtarzali "złota wolność, złota wolność", a prysła ona niczym sen złoty po utracie państwa.




Potrzeba odrodzenia tak świetnego państwa, pełnego wielkich tradycji i wspaniałej historii, stała się odtąd motorem działań przede wszystkim szlachty, która żyła odtąd pod zaborami w cieniu pamięci dawnych wieków. Jak pisał już w XX wieku Władysław Kamieniecki herbu Pilawa: "Dziesiątki senatorskich pokoleń, hetmańskie buławy i marszałkowskie laski, wielkie bogactwa, wspomnienia wielkich cnót i jeszcze większych zbrodni kształtowały od dziecka psychikę tych potomków najmożniejszych rodów dawnej Rzeczypospolitej. Literatura historyczna, a jeszcze bardziej tradycja domowa uczyła ich o zasługach i występach przodków. Zdrada Janusza Radziwiłła czy warcholstwo Jerzego Lubomirskiego było im wskazywane jako odstraszający przykład - wiedzieli, czego się mają wystrzegać. A jednocześnie budziło się w nich przeświadczenie, że w odrodzonej Ojczyźnie przypaść im winna rola pierwszoplanowa". Nie od razu, ale również wśród chłopów zaczęło kształtować się poczucie przynależności narodowej, przejawiające się odmiennością religijną, językową i obyczajową w stosunku do zaborców. Ale poczucie przynależności narodowej (lub też odrębności w stosunku do zaborców), nie oznaczało automatycznie poczucia świadomości narodowej. Można bowiem społeczeństwo polskie w czasach rozbiorów (poniekąd i wcześniej też, ale tamten okres nas nie interesuje) opisać na zasadzie czterech kręgów. Krąg pierwszy (zewnętrzny), to ludzie uważający się za "tutejszych" (głównie chłopi, często Rusini, Żydzi, lub Niemcy wyznania luterańskiego, a także polscy chłopi z bardzo słabym poczuciem przynależności narodowej). Krąg wyższy, to ludzie którzy posiadali już świadomość narodową (częściowo byli to chłopi, częściowo mieszczanie, a częściowo szlachta ze wschodnich rubieży Rzeczypospolitej o rusińskich korzeniach). Trzeci krąg, to obszar Polaków ożywionych świadomością polityczną, a ostatni czwarty a jednocześnie pierwszy krąg wewnętrzny) to krąg ludzi gotowych działać aktywnie w kwestii odzyskania niepodległości i zrzucenia jarzma niewoli.


POWSTAŃCY STYCZNIOWI 1863 
ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI II RZECZPOSPOLITEJ





Dla tych wszystkich ludzi odrodzona, niepodległa Polska miała być krajem takim, jakim została wcześniej rozszarpana, czyli w najmniejszych granicach z roku 1771 (a były również plany odtworzenia wielkiej Rzeczpospolitej z XV, XVI i XVII wieku). Polska etnograficzna, Polska mała, nigdy - powtarzam to raz jeszcze: NIGDY! - nie wchodziła w zakres jakichkolwiek politycznych kalkulacji, a jeśli już, to tylko jako etap początkowy odrodzenia Państwa (tak, jak miało to miejsce chociażby w roku 1918). Dla polityków zachodnich, polityków brytyjskich, amerykańskich, częściowo również francuskich, włoskich, nie mówiąc już o Niemcach czy Moskalach - był to jasny dowód na polską zaborczość i imperializm. Oni bowiem tworząc państwa (jak choćby w Afryce) po prostu rysowali linie etnograficzne (linia Curzona z 1919 r.) lub tak jak w roku 1884/1885 na kongresie berlińskim po prostu podzielono Afrykę wzdłuż linii narysowanych na mapie, w ogóle nie zaprzątając sobie głowy lokalnymi stosunkami tamtejszych plemion (i tak pozostało do dzisiaj, gdzie np. w jednym państwie afrykańskim są plemiona wzajemnie się nienawidzące, natomiast w państwach sąsiednich, plemiona ze sobą spokrewnione i bliskie). Świadomość narodowa bowiem Litwinów, Ukraińców czy Białorusinów tak naprawdę w wieku XIX była świadomością narodową Rzeczpospolitan (oczywiście mam tutaj na myśli głównie tamtejszą szlachtę, gdyż chłopstwo żyło jakby obok tego wszystkiego, w opisanym wyżej kręgu czwartym). A świadomość Rzeczpospolitan była nieodzownie zjednoczona ze świadomością bycia Polakiem (niekoniecznie w rozumieniu narodowościowym, ale politycznym). Losy tej walki o niepodległość układały się bardzo różnie na przestrzeni całego wieku XIX. Można powiedzieć że pomimo utraty państwowości w roku 1795, polska elita polityczna przetrwała na ziemiach polskich i ziemiach dawnej Rzeczpospolitej. Odrodzenie w roku 1807 małego, stworzonego przez cesarza Napoleona Wielkiego Księstwa Warszawskiego, było jedynie wstępem do odtworzenia dawnej Rzeczypospolitej (do czego dążył Cesarz w roku 1812, rozpoczynając "wojnę polską" z Rosją). Ale potem również w epoce podporządkowanego Rosji Królestwa Polskiego z lat 1815-1830 polska elita polityczna nie miała powodu aby opuszczać polskie ziemie i pozostała tutaj, nadal będąc siłą z którą należało się liczyć.




Dopiero po zakończeniu Powstania Listopadowego (1830-1831) i rozpoczęciu Wielkiej Emigracji (głównie na zachód Europy, ale również do USA) to był pierwszy taki czas w dziejach Narodu, w którym elita polityczna musiała opuścić swój własny kraj (to było zupełnie coś nowego, wcześniej niespotykanego na żadnym etapie polskiej historii). Emigranci jako punkt najważniejszy swego nowego osiedlenia wybierali Francję (z którą większość z nich była mocno związana jeszcze w czasach wojen napoleońskich, ale i później uważano Francję za "wyzwolicielkę ludów"). Sporo emigrantów (szczególnie na pierwszym etapie podróży) schronienie znalazło w państwach niemieckich, gdzie byli witani jak bohaterowie (w Niemczech bowiem odradzał się wówczas narodowy patriotyzm dążący do zjednoczenia ziem niemieckich i wszelkie ruchy rewolucyjne i powstańcze przeciwko dotychczasowym konserwatywnym władcom oraz zastanemu ancient regime uważano za pozytywne i dające nadzieję na zmianę rzeczywistości politycznej również w Niemczech i innych państwach Europy). Jedną z najbardziej znanych w Niemczech reakcji artystycznych na ówczesne wydarzenia w Polsce, stał się obraz "Finis Poloniae 1831" namalowany przez Dietricha Montena, na którym twórca przedstawił grupę przygnębionych, lecz dumnych polskich żołnierzy, którzy zgromadzili się obok słupa granicznego z napisem stanowiącym jednocześnie tytuł dzieła (swoją drogą zasługuje na uznanie wybitne znawstwo tego malarza w kwestiach polskich, gdyż słowa "Finis Poloniae" ponoć miał wypowiedzieć Tadeusz Kościuszko po klęsce pod Maciejowicami w roku 1794, natomiast na obrazie znajdował się również książę Józef Poniatowski na białym koniu, który utonął w nurtach Elstery podczas odwrotu spod Lipska w roku 1813, czyli w Powstaniu udziału brać nie mógł, ale autor i tak umieścił go na obrazie). 




Ostatnio w jednym ze swoich tweetów przywołany wcześniej przeze mnie niemiecki doktor historii stwierdził, że to nieprawda iż niemieckie państwo istnieje dopiero od roku 1871, gdyż przecież już na zamku Hambach w roku 1832 powiewano trójkolorową flagą niemiecką czarno-czerwono-złotą, nawołując do zjednoczenia Niemiec. To prawda, ale jak przystało na zwolennika AfD zapomniał on dodać, że podczas tej imprezy na zamku Hambach w Palatynacie było wielu Polaków, byłych powstańców listopadowych. Zapomniał też że powiewały tam biało-czerwone flagi, a także flagi z białym orłem, a podczas przemówienia niemiecki adwokat Johann Wirth stwierdził: "Tylko Niemcy są w stanie przyczynić się do odzyskania przez Polskę niepodległości. Nasz naród jest pod względem prawnym, jak i moralnym zobligowany do odpokutowania za ciężki grzech zniszczenia Polski. Nasz naród musi wreszcie przyjąć do wiadomości, że przywrócenie niepodległości Polski jest jego najpilniejszym, podstawowym zadaniem i leży w jego własnym interesie". Od tego też czasu zaczęto w Niemczech powtarzać często słowa polskiego hymnu narodowego: "Noch ist Polen nicht verloren" czyli "Jeszcze Polska nie zginęła" (w znaczeniu że nie wszystko stracone i wcześniej czy później dojdzie do zjednoczenia Niemiec). Podobnie było w marcu roku 1848, gdy w Berlinie tłumy mieszkańców przywitały owacyjnie wjeżdżającego tam Ludwika Mierosławskiego (zwolnionego z pruskiego więzienia, gdzie oczekiwał wyroku śmierci za próbę wywołania powstania w Wielkopolsce - czyli w ówczesnym Wielkim Księstwie Poznańskim). Gdy jednak Mierosławski wrócił do Wielkopolski i ponownie sformował oddział, który starł się w walkach z wojskiem pruskim, nastroje w Berlinie szybko się zmieniły. Zaczęto teraz Polaków, polskich powstańców przedstawiać w prasie i literaturze (głównie pruskiej) jako brutalnych oprawców Niemców i Żydów, podstępnych strzelców zza węgła. Już nie byli bohaterami jak w roku 1832, teraz twierdzono że Polacy stanowią zagrożenie dla państwa pruskiego i są niczym spiskowcy, którzy potajemnie przygotowują Niemcom istne nieszpory sycylijskie (było to krwawe powstanie antyfrancuskie na Sycylii, które wybuchło 30 marca 1282 r. i doprowadziło do obalenia rządzących wyspą od 1266 r. Andegawenów. Niektórzy historycy twierdzą też, że od tego właśnie momentu datuje się pojawienie w południowej Italii włoskiej mafii). 

Przychylność dla Polaków w Niemczech (a szczególnie w Prusach) zaczęła słabnąć. Prusacy uznali bowiem (podobnie zresztą jak pierwszy kanclerz Rzeszy Niemieckiej - Otto von Bismarck), że Polacy stanowią realne zagrożenie dla stabilności i bezpieczeństwa państwa. Przykładem tego było chociażby stanowisko niemieckiego poety Wilhelma Jordana, który zabrał głos podczas obrad parlamentu frankfurckiego w lipcu 1848 r. Stwierdził on bowiem że wszyscy ci Niemcy, którzy popierają odrodzenie Polski, to "sentymentalni głupcy"i mówił: "Polityka która apeluje do nas "oddajcie Polsce wolność, bez względu na koszty", jest polityką krótkowzroczną, polityką słabości, zapominającą o własnych interesach, polityką strachu i tchórzostwa. Przyszedł już chyba czas, aby ocknąć się z tego idealistycznego marzycielstwa, w którym zachwycaliśmy się sprawami wszystkich narodowości, pozostając sami w okowach haniebnego zniewolenia. Czas zbudzić się do życia w zdrowym narodowym egoizmie". Wtórował mu również historyk Rudolf Haym, który stwierdzał, iż rozbiór Rzeczpospolitej "był sprawiedliwym sądem nad zepsutym do imentu narodem, który nie miał na tyle siły, aby samodzielnie obalić feudalizm" (co oczywiście jest bzdurą, gdyż Konstytucja 3 Maja stwarzała zupełnie nową rzeczywistość polityczno-społeczną). Co prawda sympatia dla Polski i Polaków pojawiła się w Niemczech jeszcze na krótko w czasie Powstania Styczniowego 1863-1864, ale coraz częściej w świadomości Niemców (zarówno tej politycznej, literackiej jak i codziennej-prasowej) wdzierał się nacjonalizm i "zdrowy narodowy egoizm". Otto von Bismarck bardzo obawiał się Polaków jako "wewnętrznego wroga Rzeszy" (i to w sytuacji kiedy Niemcy rosły w siłę, a Polski nie było nawet na mapach i nie było żadnych nadziei na jakiekolwiek odrodzenie naszego kraju w przyszłości). Jeszcze nim został kanclerzem Rzeszy, a nawet premierem Prus, w swym liście do siostry w roku 1861 tak pisał o Polakach w Rzeszy: "Bijcie Polaków tak długo, dopóki nie utracą wiary w sens życia; współczuję im ich sytuacji, ale jeżeli chcemy przetrwać, nie możemy zrobić nic innego, jak tylko ich wytępić. Wilk nic nie poradzi na to, że Bóg go stworzył jakim jest, a jednak do wilka strzela się, kiedy tylko można"




Rzeczywistość polityczna Polaków po upadku Cesarza Napoleona w roku 1815 była następująca: na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej trzy mocarstwa rozbiorowe (Rosja Prusy i Austria) były teraz zespolone ze sobą wspólnym celem politycznym, który sprowadzał się do jednego, uniemożliwienia odrodzenia państwa polskiego w przyszłości, a także w powołanym również ku temu celowi (czyli zakonserwowania decyzji traktatu wiedeńskiego) we wrześniu 1815 r. Świętym Przymierzu. Był to notabene pierwotnie pomysł Adama Jerzego Czartoryskiego - przyjaciela i doradcy młodego cara Aleksandra I z pierwszych lat jego panowania - z roku 1804. Czartoryskim jednak kierowała chęć zwiększenia swobód Polakom żyjącym teraz w państwie moskiewskim jak reszta niewolników cara (inną sprawą była również jego niechęć do rewolucji francuskiej i obawa przed wpływami rewolucyjnymi w Polsce i w Rosji). To właśnie ten projekt stał się podstawą zawiązania sojuszu czterech mocarstw (Rosji, Prus, Austrii i Wielkiej Brytanii) na zjeździe w Chaumont w marcu 1814 r. który (w założeniach) miał przetrwać również po pokonaniu Napoleona i stać się podstawą nowego układu sił w Europie. Jednak w roku 1815 na konferencji w Wiedniu Aleksander I postanowił nadać temu sojuszowi nieco inną, bardziej mistyczną podbudowę. Zafascynowany bowiem mistycyzmem (szczególnie po roku 1812 i zmuszeniu Wielkiej Armii napoleońskiej do odwrotu z Rosji) a także po spotkaniu z mistyczką Barbarą Julią Krüdener w roku 1815, carowi marzyła się federacja chrześcijańskich państw, kierujących się etyką (tę kwestię pewnie zaczerpnął od Franciszka Baadera - monachijskiego teozofa) i dlatego 10 września 1815 r. zaproponował cesarzowi austriackiemu Franciszkowi I (jako cesarz byłego Świętego Cesarstwa Rzymskiego "narodu niemieckiego" - nad którym obecnie rozpaczają niemieccy zwolennicy teorii o istnieniu niemieckiego państwa przed rokiem 1871, a co według mnie słusznie zlikwidował Napoleon Wielki w 1806 r., bo był to konglomerat różnych, często skłóconych ze sobą krajów, zupełnie do siebie nie pasujących - występował Franciszek jako II) i królowi Prus - Fryderykowi Wilhelmowi III, właśnie projekt Świętego Przymierza, w którym kanclerz Metternich poczynił pewne zmiany i przyjęto go dopiero 26 września. W układzie tym trzej monarchowie deklarowali że będą złączeni węzłami braterstwa i wzajemnie okazywać będą sobie pomoc, że w rządach wewnętrznych i zewnętrznych kierować się będą nakazami religii chrześcijańskiej, sprawiedliwości, miłości i pokoju. Do udziału w Świętym Przymierzu zaproszono wszystkie państwa europejskie z wyjątkiem muzułmańskiej Turcji (ale jej przedstawiciela zapewniono, że układ ten nie jest skierowany przeciwko Imperium Osmańskiemu). Bezpośrednio udziału odmówił tylko papież Pius VII (ale to dlatego, że do tego układu dołączyć miały narody różnych wyznań), a także brytyjski następca tronu i regent Królestwa - książę Jerzy (który jednak zapewnił, że wszystkie zawarte w tym układzie kwestie są mu drogie). Do roku 1817 akt Świętego Przymierza podpisało łącznie 16 dużych państw (nie licząc drobnych niemieckich krajów). Aleksander I w 1820 r. zaproponował uczestnictwo w tym sojuszu również Stanom Zjednoczonym, ale ich przedstawiciel stwierdził, że USA nie mieszają się do spraw europejskich.




Sojusz Świętego Przymierza stał się odtąd niewidzialnym łańcuchem, spajającym ze sobą przede wszystkim Rosję, Prusy i Austrię (czyli państwa rozbiorowe Rzeczpospolitej), chociaż tak na serio traktował ten układ jedynie Aleksander I, a wszyscy inni przywódcy mniej lub bardziej drwili z niego i nie uważali jego zapisów za w jakikolwiek sposób ważne, ale ponieważ Rosja odniosła wówczas wielki sukces militarny i polityczny, nikt nie miał odwagi aby sprzeciwić się carowi. Sojusz ten przetrwał długo, nawet wówczas, gdy samo Święte Przymierze rozpadło się (lub raczej po prostu przestało istnieć, gdyż nie było żadnego oficjalnego aktu odwołującego ten sojusz i jedynie można przyjąć, że nastąpiło to po roku 1822, gdy zaprzestano już zjazdów Świętego Przymierza (do tej pory było ich pięć, w 1818 w Akwizgranie, w 1819 Karlsbadzie, w 1820 w Opawie, w 1821 w Lublanie i w 1822 w Weronie). Pomimo dzielących państwa zaborcze różnic. Austria i Prusy wręcz się nie znosiły (czego przykładem niech będzie nieoficjalna radość, jaka zapanowała w Berlinie, gdy w roku 1805 Napoleon rozbił pod Austerlitz armię austriacko-rosyjską, podobnie choć już z mniejszą sympatią reagowano na klęskę Austrii w roku 1809). W Wiedniu żywiono obawę że Berlin planuje odebrać Austrii pierwszoplanową pozycję w Związku Niemieckim i rzucić jej wyzwanie na tym polu. Natomiast Prusy i Austrię niepokoiła również mocarstwowa polityka rosyjska, gdzie z Austrią rysowały się już punkty konfliktowe (szczególnie na Bałkanach). Mimo to spajał te wszystkie trzy państwa niewidzialny łańcuch uzyskanych po roku 1815 zdobyczy, ale przede wszystkim najważniejszym powodem dla którego te państwa wzajemnie przeciwko sobie nie występowały zbrojnie przez całe dekady, była obawa przed ponownym odrodzeniem dawnej Rzeczpospolitej - i to była rzecz kluczowa.




CDN.

13 lipca 2025

NA CZYM POLEGAŁ FENOMEN RZYMSKIEJ ARMII REPUBLIKAŃSKIEJ...

W STARCIU Z ARMIAMI PAŃSTW HELLENISTYCZNYCH NA PRZYKŁADZIE MACEDONII W II WIEKU P.N.E.





Na czym polegał fenomen rzymskiej armii republikańskiej z II wieku p.n.e. (jeszcze sprzed reform Gajusza Mariusza z lat 104-103 p.n.e. które realnie stworzyły rzymską armię zawodową, podległą bardziej swoim dowódcom aniżeli Senatowi i Republice), w konfrontacji z armią macedońską (i innymi armii państw hellenistycznych)? Na to pytanie można by było dosyć łatwo i krótko odpowiedzieć, iż różnica realnie polegała na tym, że armie państw hellenistycznych nie mogły pozwolić sobie na zbyt wielkie straty poniesione w bitwach, ponieważ uzupełnienie owych strat nie było tak proste, a poza tym armie państw hellenistycznych (w tym oczywiście macedońska), to były armie zawodowe, finansowane w całości przez państwo - czyli przez królów. Po raz pierwszy tę nowinkę do Macedonii wprowadził już król Filip II (ojciec Aleksandra Wielkiego) na początku swego panowania (ok. 359 r. p.n.e.). Wcześniej bowiem armia macedońska była tworzona na wzór armii greckich, które w tamtym czasie były najdoskonalszą formacją zbrojną, często wykorzystaną również przez Persów (stąd wielu Greków tak chętnie - w zamian za złoto - służyło w armii perskiej. Potem zaś Aleksander wszystkich Greków którzy walczyli po przeciwnej stronie skazał na śmierć bez żadnej litości i łaski). A greccy ciężkozbrojni falangici musieli na własny koszt zakupić włócznię, tarczę i miecz, nie wspominając oczywiście o hełmie, nagolennikach, czy (przynajmniej niektórzy) metalowym lub brązowym pancerzu osłaniającym tors. To były znaczne koszty i nie wszystkich obywateli danego polis stać było na taki wydatek. Cała więc reszta zasilała oddziały lekkozbrojnych, używając do walki głównie łuków, proc, ewentualnie włóczni i wiklinowych najczęściej tarcz. Nic więc dziwnego że w takiej sytuacji nawet najbardziej ludne i potężne greckie polis (takie jak Ateny czy Sparta, a także Teby i Korynt) mogły wystawić do bitwy co najwyżej kilka tysięcy falangitów. Bardzo rzadko liczba ta dochodziła do 10 000 i nigdy też jej nie przekraczała. Natomiast wprowadzona przez Filipa II zmiana, polegająca na państwowym uzbrojeniu żołnierzy, automatycznie zwiększała liczbę tych, którzy mogli zasilić szeregi ciężkozbrojnej piechoty (nie mówiąc oczywiście o jeździe, bo to zupełnie odrębna kwestia). Tak więc gdy Aleksander przeprawiał się do Azji na podbój Imperium Perskiego, prowadził ze sobą 12 000 falangitów i 3 500 jazdy, a w kraju pozostało drugie tyle falangi i 1 500 jazdy. Dobitnie to pokazuje że armia macedońska znacznie wzrosła właśnie dzięki poborowi wśród najbiedniejszych, których dotąd nie było stać na zakupienie sobie pełnego ekwipunku falangity. Oczywiście druga sprawa, że uzbrojenie żołnierzy pochłaniało znaczne sumy ze skarbca królewskiego, ale to i tak się opłacało, ponieważ liczna (to znaczy znacznie liczniejsza niż dotychczas) armia, do tego armia nowego wzoru, stworzona na zupełnie innych niż dotychczas zasadach, wygrywała bitwy ponad 90% częściej niż działo się to w klasycznych armiach greckich polis, a to oznaczało że poniesione koszty można było szybko uzupełnić poprzez rabunek podbitych państw. I to się zwracało w dwójnasób.




Ale armia macedońska - choć znacznie liczniejsza niż wcześniej i liczniejsza niż armie greckich polis - miała tę wadę, że nie mogła sobie pozwolić na zbyt duże straty w bitwach, gdyż szybkie uzupełnienie owych strat i wyszkolenie nowego żołnierza zajmowało pewien czas. Zbyt długi czas, aby można było sobie na to pozwolić. I tutaj właśnie leży podstawa wyższości rzymskiego legionu republikańskiego nad zawodową falangą macedońską. Sukces Rzymian nie polegał wcale na tym że byli oni lepszymi wojownikami od Greków czy Macedończyków, a właśnie na tym, że bez względu na straty zawsze mogli wystawić drugą armię. Po klęsce jaką zadał Rzymianom Hannibal w bitwie pod Kannami w 216 r. p.n.e., gdzie poległo aż 80 000 żołnierzy rzymskich - to była prawdziwa katastrofa dla Republiki, ale... Republika nie upadła. Gdyby takiej klęski doświadczył Hannibal, gdyby doświadczyli jej Macedończycy lub Egipcjanie greckich Ptolemeuszy, czy Syryjczycy greckich Seleucydów, o Grekach nawet nie wspominając - kraje te już nigdy nie podniosłyby się z upadku i natychmiast przestałyby istnieć. Republika Rzymska przetrwała tę katastrofę (chociaż powstały bardzo rachityczne co prawda, ale jednak plany opuszczenia Rzymu i założenia Nowego Miasta w południowej Galii. Chociaż plany te dotyczyły tylko grupki senatorów i nie miały przełożenia na większość społeczeństwa rzymskiego, to warto jednak wspomnieć że się pojawiły), mało tego, Republika wystawiła kolejną armię, a potem kolejną, która w Afryce pod Zamą zadała Hannibalowi ostateczny cios (202 r. p.n.e.). I to właśnie było podstawą sukcesu rzymskiego legionu republikańskiego, możliwość nieustannego (oczywiście nie w nieskończoność, ale jednak w sposób niemożliwy do przeprowadzenia dla innych państw) uzupełniania strat i wystawiania nowych armii (dokładnie tak samo jak potęga Wehrmachtu była niezwyciężona dopóty, dopóki w miarę bezpiecznie pracował niemiecki przemysł. Natomiast rozsypała się jak domek z kart z końcem 1944 i na początku 1945 r. po wielkich bombardowaniach Rzeszy z lata 1944, kiedy przemysł niemiecki został totalnie zniszczony i nie można było w żaden sposób nie tylko uzupełniać braków w postaci nowych czołgów, ale również chociażby dostarczać paliwo do jeszcze istniejących. To samo było też w Związku Sowieckim w pierwszych miesiącach 1941 r. gdy Sowieci porzucali praktycznie niezniszczone przez Niemców czołgi i to nie dlatego że uciekali na wschód, tylko dlatego że po prostu skończyło im się paliwo, a oni nie mieli możliwości w chaosie wojennym uzupełnić owych braków na miejscu).

Na korzyść macedońskiej falangi przemawiało również uzbrojenie, a przede wszystkim owe długie na 5,5 m włócznie zwane sarissami. Wytwarzane były one z drzewa dereniowego które licznie rosło w Macedonii i miało tę zaletę że ich drzewce były zarówno elastyczne (czyli łatwe do manewrowania) jak i twarde. Na końcu Drzewca umieszczony był żelazny grot, a dla równowagi po drugiej stronie sarissa posiadała żelazny kolec, który w razie potrzeby można było wbić w ziemię. Żołnierze atakowali w falandze w formacjach złożonych z szesnastu falangitów w pierwszej linii, cały zaś batalion (syntagma) liczył 256 żołnierzy, a cała falanga składała się z 64 batalionów. Ta formacja pozwalała również żołnierzom macedońskim ustawić się ściśle jeden obok drugiego, tak, że każdy dalszy szereg poza pierwszym był praktycznie osłonięty i bezpieczny od ataków wroga, natomiast pierwszy szereg też był zabezpieczony, poprzez wyciągnięte przed siebie długie włócznie (w kierunku wroga swoje sarissy wyciągało pięć pierwszych szeregów falangi, reszta trzymała włócznie w pozycji pionowej lub przygotowując do opuszczenia w pozycji ukośnej). Macedońska tarcza nie była długa i miała okrągły kształt - najczęściej była koloru białego z jasną obramówką wokół (może to trochę dziwnie zabrzmi ale jak widziałem te tarcze ściśle odwzorowane i przedstawione na rysunku, to w tym kolorze i w ten sposób przypominały mi one... smaczne lukrowe ciasteczka które kiedyś jadłem 🤭). Tarcza była przywiązana do lewej ręki falangity, tak, aby oboma rękoma mógł on trzymać długą włócznię. Szyk musiał być na tyle zwarty, aby poszczególne tarcze dotykały się jedna drugiej. Całą falangą dowodził oczywiście generał, czyli strategos (czasem był nim sam król). Jednym skrzydłem falangi (liczącym 32 bataliony) dowodził kerarcha, batalionem - syntagmatarcha, dwiema parami kolumn w jednym batalionie (64 żołnierzy) dowodził tetrarcha, czterema kolumnami (128 żołnierzy) taksjarcha. Falanga miała również pomniejszych dowódców, jak dowódca kolumny (16 żołnierzy) - lochagos, dowódca dwóch kolumn (32 żołnierzy) - dilochita, dowódca półkolumny (8 żołnierzy) - hemilochita, a także dowódca ćwiartki kolumny (4 żołnierzy) - enomotarcha.




Prócz oczywiście sariss, żołnierze macedońscy mieli przy sobie miecze, a używano najczęściej tradycyjnych mieczy greckich, czyli takich z lekko wygiętym ostrzem (zwanych kopis), lub też prostego miecza greckiego hoplity o długości ok. 60 cm. Używano też klasycznego hełmu trackiego który został nieco zmodyfikowany przez Macedończyków (z dodaniem np. czegoś, co na czubku hełmu przypominało późniejsze czapki frygijskie, noszone przez sankiulotów podczas Rewolucji Francuskiej). Hełmy te nie tylko ochraniały głowę, ale również policzki i brodę. Używano również hełmów beckich (które nieco przypominały czapkę z daszkiem). Jazda macedońska (hetajrowie) zaś (i podobne formacje w armiach innych państw hellenistycznych) była bardzo dobrze uzbrojona. Żołnierze używali również drugich włóczni i zaokrąglonych tarczy. Istniały również konne jednostki łuczników i miotaczy oszczepów. O ile też piechota macedońska ustawiała się w najróżniejsze formacje (np. otwarty trójkąt, otwarty kwadrat, półksiężyc, szyk ukośny i szyk prosty) o tyle macedońska jazda zawsze tworzyła szyk trójkątny (formacja ta zwała się "ile" składała ze 136 kawalerzystów uszeregowanych od 1 do 16), przy czym dowódca zawsze był na pierwszej linii, najbardziej wysunięty do przodu. Warto też dodać, że dyscyplina w armii macedońskiej była na znacznie niższym poziomie niż w armii rzymskiej i chociaż była to armia zawodowa, to żołnierze byli towarzyszami króla, dlatego też nie można było ich skazać za przewiny np. na karę chłosty. Było to bowiem nie do pomyślenia dla Macedończyków, a potem przyjęło się również i w innych armiach hellenistycznych. Falangitę można było ukarać poprzez uwięzienie go lub ewentualnie skazanie na śmierć, ale nie upokorzenie w taki sposób, w jaki karało się niewolników. W rzymskim legionie zaś kara chłosty nie była niczym rzadkim, nawet w legionie republikańskim.




Po zakończeniu I wojny punickiej w Rzymie prawdopodobnie przeprowadzono reformę wojskową (piszę "prawdopodobnie" ponieważ nic na ten temat nie wiadomo, natomiast pewnym jest że ok. 220 r. p.n.e. armia rzymska była już inna niż wcześniej). W czasach królów rzymską formacją zbrojną była formacja greckiej falangi, z tym że podzielona na centurie. Od czasów Romulusa w Rzymie walczyli tylko najbogatsi (czyli ci, którzy mieli najwięcej ziemi - wszystko to bowiem pierwotnie byli rolnicy). Rzymska falanga liczyła wówczas 4 000 żołnierzy podzielonych na 40 centurii i tak było za pierwszych pięciu królów. Szósty król - Serwiusz Tuliusz (panował w latach 578-535 p.n.e.) dodał do klasy najbogatszych (triarii) również dwie pozostałe klasy majątkowe średnio bogatych (hastati) i najbiedniejszych (welita) czym zwiększył skład rzymskiej armii do 6 000 dzieląc ją na 6 centurii. Z końcem IV wieku p.n.e. porzucono formację falangi i wprowadzono zupełnie nową, typowo rzymską formację legionu. W latach 20-tych III wieku p.n.e. przeprowadzono kolejną reformę, dzieląc legion na manipuły (oczywiście utrzymano również podział na centurie) i tak z chwilą wybuchu II wojny punickiej z Hannibalem (218 r. p.n.e.), rzymska armia składała się z czterech legionów, a w każdym legionie służyło 4 200 obywateli (czasami było to nawet 5 000), nie licząc oczywiście formacji sprzymierzeńców, a nawet dwóch legionów złożonych z niewolników. Legion składał się z 60 centurii. 20 centurii po 30 triarii każda (czyli 600 żołnierzy), 20 centurii po 60 hastatus (1 200 żołnierzy), 20 centurii po 60 principes (1 200 żołnierzy) oraz 1 200 welitów. Dwie centurie tworzyły manipuł. Triarii to byli najbardziej doświadczeni żołnierze, weterani których dodatkowo stać było na zakup szerokiej tarczy (sięgającej żołnierzowi od stopy do szyi), włóczni i miecza. Hastati i principes - czyli grupy średniozamożne (ci pierwsi to byli młodsi mężczyźni, ci drudzy zaś, mężczyźni w sile wieku), uzbrojone były w taką samą szeroką tarczę jak triarii, lecz zamiast włóczni posiadali dwa lekkie oszczepy, oraz oczywiście miecz. Velici zaś uzbrojeni byli w okrągłą tarczę, krótki oszczep, procę i miecz. Ci ostatni nie nosili też hełmów ani nagolenników, głowę zaś osłaniali skórami upolowanych zwierząt - najczęściej wilków.


HASTATI i PRINCIPES



W czasie bitwy w szyku bojowym hastati ustawieni byli w prostokąt, złożony ze 120 ludzi (10 rzędów po 6 żołnierzy w każdej centurii). Przed nimi stawali lekkozbrojni welici (50-60 welitów w jednym manipule) którzy szli na pierwszy ogień. Za żołnierzami formacji hastati ustawiali się principes (osłaniali oni przerwy między manipułami hastati w drugiej linii, czyli jak żołnierze stoją obok siebie, to przerwy które pomiędzy nimi występują w drugiej linii osłania formacja principes). Na końcu ustawiali się weterani czyli triarii. Bitwa rozpoczynała się od uderzenia hastati i welitów - ci pierwsi ciskali w nieprzyjaciela oszczepami i ruszali z obnażonymi mieczami do walki wręcz, ci drudzy ciskali mniejszymi oszczepami lub procami i również atakowali z mieczami w dłoni. Gdy bitwa szła dobrze, postępowali dalej a pozostałe formacje szły za nimi, gdy zaś nie układała się korzystnie, hastati i welici wycofywali, się a do walki przystępowali principes. W tym samym czasie triari klękali na jedno kolano osłaniając się tarczami i wysuwali do przodu włócznie tworząc jakoby mur, za którym przegrupowywały się oddziały hastati. W przypadku gdy formacja principes również nie była w stanie przemóc nieprzyjaciela, do ostatecznej walki przystępowali triari wspierani przez welitów. Tak wyglądał atak piechoty, rzymska jazda zaś ustawiała się na skrzydłach armii. W konfrontacji z falangą macedońską, czyli zwartą formacją stojącą jeden przy drugim, luźno działający legion rzymski tak naprawdę nie miałby szans w starciu z takim jeżem. Okazało się jednak że elementem decydującym, który przeważył nad sukcesem legionu nad falangą, były właśnie lekkie oszczepy hastati i principes, którymi oni najpierw ciskali we wroga - osłabiając tamtejsze szeregi - a potem wdzierali się z obnażonymi mieczami prosto na oddziały macedońskie w których już były poczynione wyrwy. Poza tym ogromnym atutem była również ruchliwość Rzymian, czego nie można było powiedzieć o Macedończykach. I taka właśnie formacja rzymskiego legionu wygrała dwukrotnie w wielkich bitwach z Macedończykami pod Kynoskefalaj (197 r. p.n.e.) i Pydną (168 r. p.n.e.), oraz z syryjskimi Seleucydami pod Magnezją (190 r. p.n.e.).

Na czele rzymskiej armii stał konsul, czyli najwyższy władzą przedstawiciel w Republice (każdego roku wybierano zawsze dwóch konsulów z taką samą władzą). Miał do pomocy sześciu mianowanych przez siebie trybunów. Podlegali im centurioni wybierani zwani primus pilus (centurion wybierany dowodził całym manipułem, czyli 170/200 żołnierzami - 120 hastati, principes lub triari i od 50 do 80 welitów). Łącznie manipułami dowodziło 30 wybranych centurionów. Niżej od nich stali centurioni mianowani, dowodzący tylko jedną centurią (100 żołnierzy). Rzymska jazda republikańska zaś liczyła w każdym legionie 300 ludzi (wybranych spośród ekwitów, czyli na tyle majętnych, że stać ich było na konia). Kawaleria legionowa dzieliła się na 10 turm po trzy dekurie (szwadrony), a w każdej turmie było 30 jeźdźców. Co się tyczy uzbrojenia, to podstawowym mieczem rzymskiego legionisty był gladius - niezwykle poręczny, dobrze leżący w dłoni, klasyczny krótki miecz, który doskonale sprawdził się we wszystkich wojnach toczonych przez Rzym od III wieku p.n.e. począwszy, aż na II wieku naszej ery skończywszy. Typowych hełmów greckich używano bardzo mało, raczej stosowano hełmy etruskie (z osłoną na policzki) do których można było przyczepić pióropusz, lub też hełmy italskie (również z osłoną policzkową) i ołowianą wkładką na szczycie, do której też mocowano pióropusz. Jeśli zaś idzie o osłonę ciała, to najbogatsi (czyli triari) nosili pancerz podobny do późniejszej kolczugi, ale będący czymś w rodzaju kamizelki. Mniej zamożni (hastati i principes) nosili na piersiach metalowe tabliczki w kształcie kwadratu, osłaniające piersi i część żołądka (resztę osłaniała długa tarcza). welici zaś najczęściej nosili wzmacniane pasy lub nie mieli żadnej osłony (poza lekką tuniką, która przed niczym oczywiście ich uchronić nie mogła). Poza tym noszono ochraniacze na nogi (czyli nagolenniki) ale najczęściej tylko na lewą nogę, którą wysuwano do przodu w trakcie ataku. Ale też nie wszyscy, bo welici nie mieli takich osłon wcale.




Tak oto wyglądała armia rzymska która zmierzyła się z Macedończykami i ich pokonała, a następnie z syryj syro-greckimi Seleucydami, których to król Antioch III Wielki tak pewny siebie i pyszny, odrzucał wszelkie rady Hannibala mówiące, że wojna z Rzymem w Grecji nie ma żadnego sensu, gdyż Rzym nawet tam pokonany nie spocznie, póki ostatecznie nie zniszczy wroga. Jedyna realna szansa na pokonanie Rzymian to uderzenie ich w samo serce, czyli najazd na Italię, a następnie przekonanie Italików i Samnitów do porzucenia sojuszu z Rzymem (w dużej mierze wymuszonego) i tym samym rozerwanie owej konfederacji. Antioch jednak był pewien swego, mówiąc że pragnie tylko "szybkiej zwycięskiej wojny w Grecji", za swą głupotę zapłacił najwyższą cenę.




NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...