WYŚWIETLENIA

15 lipca 2025

WOKÓŁ AKTU 5 LISTOPADA - Cz. I

CZYLI JAK TO NIEMCY CHCIELI SOBIE STWORZYĆ "SWOJĄ" POLSKĘ?


Przyznam że dużą motywacją do podjęcia tego tematu były ostatnie wydarzenia związane z Niemcami na polskiej ziemi. Szczególnie bowiem zbulwersowała mnie wystawa, jaką w galerii Ratusza miejskiego w Gdańsku zorganizowały tamtejsze władze miejskie, przy wsparciu Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i filii Polskiej Akademii Nauk w Berlinie, prezentując losy Polaków z Pomorza, Warmii i Mazur, w czasach III Rzeszy siłą wcielonych do Wehrmachtu. I może sama ta wystawa nie byłaby aż tak odpychająca, gdyby nie fakt, jak postanowiono ją zatytułować, a mianowicie: "Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy". I ja oczywiście rozumiem i zdaję sobie sprawę że wielu Polaków zostało przymusowo wcielonych do Wehrmachtu po rozpoczęciu niemieckiej okupacji Polski w październiku 1939 r. i po przyłączeniu Pomorza, Wielkopolski i Śląska do III Rzeszy (z pozostałych ziem polskich uczynili Niemcy tzw Generalną Gubernię pod zarządem Hansa Franka, natomiast nasza ziemie wschodnie, nasze Kresy zagarnął Związek Sowiecki). Rozumiem że ogromna część z nich była ofiarami niemieckiej polityki narodowościowej (zresztą jej ofiarami była również i moja rodzina, jako że mój pradziadek był etnicznym Niemcem. Ponoć był synem jakiegoś oficera z Królewca, chociaż rodzina nasza wywodziła się z zachodnich rejonów Niemiec. Pradziadek przyjechał wówczas do Kongresówki {czyli tej części, z której później Niemcy utworzą Generalną Gubernię, a która w czasach zaborów należała do Rosji carskiej} tutaj się ożenił z Polką - moją prababcią - i zamieszkał. Pisałem już, że gdy wybuchła I Wojna Światowa uciekł przed poborem do carskiego wojska na Zachód i tam ostatecznie wstąpił do Błękitnej Armii Józefa Hallera }również etnicznego Niemca, wywodzącego się z rodziny von Hallenburgów, ale całkowicie spolonizowanego}. Z tą armią wrócił do Polski w roku 1919, wziął udział jeszcze w wojnie polsko-bolszewickiej i potem już wiódł spokojne życie. W roku 1939 w chwili niemieckiej agresji na Polskę, zabronił rozmawiać w domu po niemiecku, a gdy Niemcy już w roku 1940 odnaleźli jego papiery i chcieli go przekonać do podpisania volkslisty {czyli niemieckiej listy narodowościowej} odmówił, twierdząc że jest Polakiem. Zapłacił za to zsyłką do obozu pracy, wraz z moim 15-letnim wówczas dziadkiem {pamiętam jak dziadek opowiadał jedno wydarzenie którego był osobiście świadkiem, jak Niemiec kazał pewnemu młodemu Żydowi wykopać dół, a następnie zabrał mu tę łopatę i uderzył go w głowę tak, że przepołowił ją na dwie części - koszmar. Pradziadek przeżył wojnę, ale nigdzie się już potem nie angażował}.

Tak więc ja rozumiem że spora część Polaków na Pomorzu, na Śląsku a nawet w Wielkopolsce miała bardzo podobne doświadczenia, do doświadczeń mojej rodziny. Mój pradziadek wybrał Polskę, choć mógł przecież podpisać volkslistę i zapewne wtedy zostałby powołany do Wehrmachtu i wysłany na front. Nie chciał być już jednak Niemcem, nie chciał mówić w języku niemieckim, czuł się już Polakiem i był nim z serca i z umysłu. Mimo to uważam że droga jaką wybrał mój pradziadek, była drogą zarówno bohaterską, jak i niestety brawurową (a nawet głupią można by dodać, gdyż mógł nie tylko sam stracić życie w obozie, ale również poświęciłby swego syna). Na szczęście obaj przetrwali obóz i wrócili do domu po zakończeniu wojny. Uważam też że nie ma nikt prawa wymagać od drugiego człowieka zachowań bohaterskich, bowiem nie każdy z nas ma cechy bohatera (zresztą nawet jeśli je ma, to są sytuacje, kiedy strach jest silniejszy niż odwaga. Tak sobie czasem myślę jakbym żył w tym czasie, albo w okresie powojennym, bez wątpienia z moim charakterem zasiliłbym szeregi Żołnierzy Niezłomnych walczących do końca o niepodległą Polskę. Ale ta walka była walką nie do wygrania, to była walka straceńcza, na której końcu zawsze była śmierć. Nie mógłbym dopuścić do tego, aby żywy wpaść w ręce czy to Urzędu Bezpieczeństwa czy Informacji Wojskowej czy nawet NKWD. Ostatnią kulę zostawiłbym dla siebie, bo nie jestem pewien czy wytrzymałbym te nieludzkie tortury, gdybym dostał się w ich łapy. Tak jak major Hieronim Dekutowski ps. "Zapora", trzydziestoparoletni chłopak, który gdy prowadzono go na miejsce kaźni miał wybite wszystkie zęby, wyrwane paznokcie, połamane żebra, palce wyrwane ze stawów, nie mógł chodzić o własnych siłach więc był ciągnięty, bo miał połamane obie nogi, a mimo to ostatnie słowa jakie wypowiedział do swoich katów brzmiały: "Nigdy nas nie pokonacie!" I to właśnie był bohater - podobnie jak rotmistrz Witold Pilecki - "człowiek ze stali", natomiast ja nie jestem pewien czy wytrzymałbym taki ból, być może ale sądzę że raczej nie). Nie każdy więc nadaje się na bohatera, i rozumiem tych którzy ulegali, podpisując niemiecką listę narodowościową i będąc następnie wcielanymi do Wehrmachtu.


ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI 
BOŻE JEŚLI ZAPOMNIMY O NICH, 
TY ZAPOMNIJ O NAS!


 








Tak więc rozumiem okoliczności związane przymusowym poborem do niemieckiego wojska. Należy jednak pamiętać że duża część (może nie decydująca, ale spora)  Polaków wcielonych do Wehrmachtu, służyła potem wiernie niemieckim panom. Dlatego ja się zapytuję, jacy ku...a "nasi chłopcy!" Co to ma być? Postępująca germanizacja naszych Ziem Zachodnich? Zresztą władze Gdańska (z prezydent Dulkiewicz na czele) nie pierwszy raz odwalają taką manianę. Wcześniej były uroczystości zatopionego niemieckiego okrętu Wilhelm Gustloff, którym Niemcy 30 stycznia 1945 próbowali ewakuować się z Gdyni, a statek zatopiła sowiecka łódź podwodna. I wtedy też pani Dulkiewicz nie wiedziała, że wstęp na Wilhelm Gustloff mieli przede wszystkim członkowie partii nazistowskiej, a w dalszej kolejności zwykli Niemcy, Polaków tam nie wpuszczano - więc co to miało być?! Albo to stwierdzenie że wojnę wywołało złe słowo Niemca do Polaka i Polaka do Niemca (🤨🧐🙄). Z jakiego szpitala uciekły władze miasta Gdańska, bo myślę że to jest szpital bez klamek. I podobnie we Wrocławiu, zaczyna się powolna germanizacja przestrzeni miejskiej (tego przykładem jest odnowienie mostu z niemieckimi napisami sprzed II Wojny Światowej, zamiana Hali Ludowej na Halę Stulecia na cześć zwycięstwa Prus w bitwie z Napoleonem Wielkim pod Lipskiem w 1813 r. notabene w bitwie tej zginął w nurtach Elstery książę Józef Poniatowski, powieszenie portretu Fryderyka II w Auli Leopoldina Uniwersytetu Wrocławskiego, i... wyniesienie stamtąd naszego Białego Orła) Przyznam się szczerze wkurwia mnie to osobiście tak bardzo, że jedyne co w tym momencie należałoby uczynić, to natychmiast - zarówno w Gdańsku jak i we Wrocławiu wprowadzić zarząd komisaryczny a lokalne władze postawić przed sądem. Niestety, do tego trzeba mieć jeszcze polski rząd, a nie rząd mianowańców i... na tym na razie poprzestańmy.

Nas zakończenie tego przydługiego wstępu powiem jeszcze że jakiś czas temu rozmawiałem na X-ie z pewnym niemieckim doktorem historii (?), który przekonywał mnie, że Niemcy w roku 1916 przywrócili niepodległą Polskę do życia po ponad stuletnim okresie zaborów, ogłaszając właśnie ów akt 5 listopada (o którym pragnę napisać), w którym rzeczywiście miał powstać taki twór jak Polska. Wcześniej bowiem stwierdziłem, że warunkiem sine qua non odrodzenia niepodległej Polski była klęska wszystkich trzech jej zaborców, czyli Rosji, Niemiec i Austro-Węgier. Ponieważ tamta rozmowa przypomniała mi się teraz, postanowiłem rozpocząć nową serię o tym, jak to Niemcy próbowały stworzyć "swoją" Polskę w roku 1916, na ile im się to udało, oraz jakie były reakcje międzynarodowe (głównie rosyjskie) na ową deklarację. 

Zapraszam zatem do lektury.






RZECZYWISTOŚĆ POLITYCZNA


"O wojnę powszechną za wolność ludów, 
Prosimy cię Panie.
O broń i orły narodowe, 
Prosimy cię Panie.
(...)
O niepodległość, całość i wolność Ojczyzny naszej, 
Prosimy cię Panie"


Oto fragment "Litanii pielgrzymskiej" Adama Mickiewicza, w której autor (notabene Mickiewicz zmarł w Konstantynopolu w listopadzie 1855 r. po zatruciu się... kebabem), doskonale zdawał sobie sprawę, że niepodległość Polski realnie musi być związana po pierwsze z wzajemną wrogością mocarstw zaborczych, a po drugie z wynikającą z niej wojną europejską (a być może nawet światowej). I o to właśnie się modlił w swej litanii - "o wojnę powszechną za wolność ludów". Polacy bowiem (głównie mam tutaj oczywiście na myśli polską szlachtę) za późno otrząsnęli się z marazmu XVIII wieku. Reformy jakie podjęto pod koniec tego stulecia, mające wewnętrznie wzmocnić państwo i stworzyć stałą armię, oraz wzmocnić władzę królewską czyniąc ją odtąd dziedziczną, przyszły za późno. Co prawda uchwalono pierwszą w Europie i drugą na świecie (po amerykańskiej) Konstytucję - 3 maja 1791 r. Ale już nie zdołano obronić tych reform w konfrontacji zarówno z agresją rosyjską (1792 r.) jak i rosyjsko-pruską (1794 r.). W każdym razie przetrwało to pocieszenie, że Polacy - wbrew innym narodom (jak choćby Hiszpanom, u których pierwsze reformy zainicjowały dopiero interwencyjne wojska francuskie po roku 1808), potrafili własnym działaniem politycznym (w obliczu pewnego rozpadu państwa trapionego wewnętrzną anarchią) zdobyć się na taką jedność, która pozwoliła zreformować kraj. Ocalić go już jednak nie była w stanie, gdyż zaborcy okazali się wyjątkowo zgodni w dziele zniszczenia Rzeczypospolitej. Ale upadek państwa był niczym kubeł zimnej wody na te wszystkie dotychczas zaślepione umysły, na tych wszystkich małych paniczyków, którzy nie widzieli dalej niż koniec własnego nosa i tylko powtarzali "złota wolność, złota wolność", a prysła ona niczym sen złoty po utracie państwa.




Potrzeba odrodzenia tak świetnego państwa, pełnego wielkich tradycji i wspaniałej historii, stała się odtąd motorem działań przede wszystkim szlachty, która żyła odtąd pod zaborami w cieniu pamięci dawnych wieków. Jak pisał już w XX wieku Władysław Kamieniecki herbu Pilawa: "Dziesiątki senatorskich pokoleń, hetmańskie buławy i marszałkowskie laski, wielkie bogactwa, wspomnienia wielkich cnót i jeszcze większych zbrodni kształtowały od dziecka psychikę tych potomków najmożniejszych rodów dawnej Rzeczypospolitej. Literatura historyczna, a jeszcze bardziej tradycja domowa uczyła ich o zasługach i występach przodków. Zdrada Janusza Radziwiłła czy warcholstwo Jerzego Lubomirskiego było im wskazywane jako odstraszający przykład - wiedzieli, czego się mają wystrzegać. A jednocześnie budziło się w nich przeświadczenie, że w odrodzonej Ojczyźnie przypaść im winna rola pierwszoplanowa". Nie od razu, ale również wśród chłopów zaczęło kształtować się poczucie przynależności narodowej, przejawiające się odmiennością religijną, językową i obyczajową w stosunku do zaborców. Ale poczucie przynależności narodowej (lub też odrębności w stosunku do zaborców), nie oznaczało automatycznie poczucia świadomości narodowej. Można bowiem społeczeństwo polskie w czasach rozbiorów (poniekąd i wcześniej też, ale tamten okres nas nie interesuje) opisać na zasadzie czterech kręgów. Krąg pierwszy (zewnętrzny), to ludzie uważający się za "tutejszych" (głównie chłopi, często Rusini, Żydzi, lub Niemcy wyznania luterańskiego, a także polscy chłopi z bardzo słabym poczuciem przynależności narodowej). Krąg wyższy, to ludzie którzy posiadali już świadomość narodową (częściowo byli to chłopi, częściowo mieszczanie, a częściowo szlachta ze wschodnich rubieży Rzeczypospolitej o rusińskich korzeniach). Trzeci krąg, to obszar Polaków ożywionych świadomością polityczną, a ostatni czwarty a jednocześnie pierwszy krąg wewnętrzny) to krąg ludzi gotowych działać aktywnie w kwestii odzyskania niepodległości i zrzucenia jarzma niewoli.


POWSTAŃCY STYCZNIOWI 1863 
ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI II RZECZPOSPOLITEJ





Dla tych wszystkich ludzi odrodzona, niepodległa Polska miała być krajem takim, jakim została wcześniej rozszarpana, czyli w najmniejszych granicach z roku 1771 (a były również plany odtworzenia wielkiej Rzeczpospolitej z XV, XVI i XVII wieku). Polska etnograficzna, Polska mała, nigdy - powtarzam to raz jeszcze: NIGDY! - nie wchodziła w zakres jakichkolwiek politycznych kalkulacji, a jeśli już, to tylko jako etap początkowy odrodzenia Państwa (tak, jak miało to miejsce chociażby w roku 1918). Dla polityków zachodnich, polityków brytyjskich, amerykańskich, częściowo również francuskich, włoskich, nie mówiąc już o Niemcach czy Moskalach - był to jasny dowód na polską zaborczość i imperializm. Oni bowiem tworząc państwa (jak choćby w Afryce) po prostu rysowali linie etnograficzne (linia Curzona z 1919 r.) lub tak jak w roku 1884/1885 na kongresie berlińskim po prostu podzielono Afrykę wzdłuż linii narysowanych na mapie, w ogóle nie zaprzątając sobie głowy lokalnymi stosunkami tamtejszych plemion (i tak pozostało do dzisiaj, gdzie np. w jednym państwie afrykańskim są plemiona wzajemnie się nienawidzące, natomiast w państwach sąsiednich, plemiona ze sobą spokrewnione i bliskie). Świadomość narodowa bowiem Litwinów, Ukraińców czy Białorusinów tak naprawdę w wieku XIX była świadomością narodową Rzeczpospolitan (oczywiście mam tutaj na myśli głównie tamtejszą szlachtę, gdyż chłopstwo żyło jakby obok tego wszystkiego, w opisanym wyżej kręgu czwartym). A świadomość Rzeczpospolitan była nieodzownie zjednoczona ze świadomością bycia Polakiem (niekoniecznie w rozumieniu narodowościowym, ale politycznym). Losy tej walki o niepodległość układały się bardzo różnie na przestrzeni całego wieku XIX. Można powiedzieć że pomimo utraty państwowości w roku 1795, polska elita polityczna przetrwała na ziemiach polskich i ziemiach dawnej Rzeczpospolitej. Odrodzenie w roku 1807 małego, stworzonego przez cesarza Napoleona Wielkiego Księstwa Warszawskiego, było jedynie wstępem do odtworzenia dawnej Rzeczypospolitej (do czego dążył Cesarz w roku 1812, rozpoczynając "wojnę polską" z Rosją). Ale potem również w epoce podporządkowanego Rosji Królestwa Polskiego z lat 1815-1830 polska elita polityczna nie miała powodu aby opuszczać polskie ziemie i pozostała tutaj, nadal będąc siłą z którą należało się liczyć.




Dopiero po zakończeniu Powstania Listopadowego (1830-1831) i rozpoczęciu Wielkiej Emigracji (głównie na zachód Europy, ale również do USA) to był pierwszy taki czas w dziejach Narodu, w którym elita polityczna musiała opuścić swój własny kraj (to było zupełnie coś nowego, wcześniej niespotykanego na żadnym etapie polskiej historii). Emigranci jako punkt najważniejszy swego nowego osiedlenia wybierali Francję (z którą większość z nich była mocno związana jeszcze w czasach wojen napoleońskich, ale i później uważano Francję za "wyzwolicielkę ludów"). Sporo emigrantów (szczególnie na pierwszym etapie podróży) schronienie znalazło w państwach niemieckich, gdzie byli witani jak bohaterowie (w Niemczech bowiem odradzał się wówczas narodowy patriotyzm dążący do zjednoczenia ziem niemieckich i wszelkie ruchy rewolucyjne i powstańcze przeciwko dotychczasowym konserwatywnym władcom oraz zastanemu ancient regime uważano za pozytywne i dające nadzieję na zmianę rzeczywistości politycznej również w Niemczech i innych państwach Europy). Jedną z najbardziej znanych w Niemczech reakcji artystycznych na ówczesne wydarzenia w Polsce, stał się obraz "Finis Poloniae 1831" namalowany przez Dietricha Montena, na którym twórca przedstawił grupę przygnębionych, lecz dumnych polskich żołnierzy, którzy zgromadzili się obok słupa granicznego z napisem stanowiącym jednocześnie tytuł dzieła (swoją drogą zasługuje na uznanie wybitne znawstwo tego malarza w kwestiach polskich, gdyż słowa "Finis Poloniae" ponoć miał wypowiedzieć Tadeusz Kościuszko po klęsce pod Maciejowicami w roku 1794, natomiast na obrazie znajdował się również książę Józef Poniatowski na białym koniu, który utonął w nurtach Elstery podczas odwrotu spod Lipska w roku 1813, czyli w Powstaniu udziału brać nie mógł, ale autor i tak umieścił go na obrazie). 




Ostatnio w jednym ze swoich tweetów przywołany wcześniej przeze mnie niemiecki doktor historii stwierdził, że to nieprawda iż niemieckie państwo istnieje dopiero od roku 1871, gdyż przecież już na zamku Hambach w roku 1832 powiewano trójkolorową flagą niemiecką czarno-czerwono-złotą, nawołując do zjednoczenia Niemiec. To prawda, ale jak przystało na zwolennika AfD zapomniał on dodać, że podczas tej imprezy na zamku Hambach w Palatynacie było wielu Polaków, byłych powstańców listopadowych. Zapomniał też że powiewały tam biało-czerwone flagi, a także flagi z białym orłem, a podczas przemówienia niemiecki adwokat Johann Wirth stwierdził: "Tylko Niemcy są w stanie przyczynić się do odzyskania przez Polskę niepodległości. Nasz naród jest pod względem prawnym, jak i moralnym zobligowany do odpokutowania za ciężki grzech zniszczenia Polski. Nasz naród musi wreszcie przyjąć do wiadomości, że przywrócenie niepodległości Polski jest jego najpilniejszym, podstawowym zadaniem i leży w jego własnym interesie". Od tego też czasu zaczęto w Niemczech powtarzać często słowa polskiego hymnu narodowego: "Noch ist Polen nicht verloren" czyli "Jeszcze Polska nie zginęła" (w znaczeniu że nie wszystko stracone i wcześniej czy później dojdzie do zjednoczenia Niemiec). Podobnie było w marcu roku 1848, gdy w Berlinie tłumy mieszkańców przywitały owacyjnie wjeżdżającego tam Ludwika Mierosławskiego (zwolnionego z pruskiego więzienia, gdzie oczekiwał wyroku śmierci za próbę wywołania powstania w Wielkopolsce - czyli w ówczesnym Wielkim Księstwie Poznańskim). Gdy jednak Mierosławski wrócił do Wielkopolski i ponownie sformował oddział, który starł się w walkach z wojskiem pruskim, nastroje w Berlinie szybko się zmieniły. Zaczęto teraz Polaków, polskich powstańców przedstawiać w prasie i literaturze (głównie pruskiej) jako brutalnych oprawców Niemców i Żydów, podstępnych strzelców zza węgła. Już nie byli bohaterami jak w roku 1832, teraz twierdzono że Polacy stanowią zagrożenie dla państwa pruskiego i są niczym spiskowcy, którzy potajemnie przygotowują Niemcom istne nieszpory sycylijskie (było to krwawe powstanie antyfrancuskie na Sycylii, które wybuchło 30 marca 1282 r. i doprowadziło do obalenia rządzących wyspą od 1266 r. Andegawenów. Niektórzy historycy twierdzą też, że od tego właśnie momentu datuje się pojawienie w południowej Italii włoskiej mafii). 

Przychylność dla Polaków w Niemczech (a szczególnie w Prusach) zaczęła słabnąć. Prusacy uznali bowiem (podobnie zresztą jak pierwszy kanclerz Rzeszy Niemieckiej - Otto von Bismarck), że Polacy stanowią realne zagrożenie dla stabilności i bezpieczeństwa państwa. Przykładem tego było chociażby stanowisko niemieckiego poety Wilhelma Jordana, który zabrał głos podczas obrad parlamentu frankfurckiego w lipcu 1848 r. Stwierdził on bowiem że wszyscy ci Niemcy, którzy popierają odrodzenie Polski, to "sentymentalni głupcy"i mówił: "Polityka która apeluje do nas "oddajcie Polsce wolność, bez względu na koszty", jest polityką krótkowzroczną, polityką słabości, zapominającą o własnych interesach, polityką strachu i tchórzostwa. Przyszedł już chyba czas, aby ocknąć się z tego idealistycznego marzycielstwa, w którym zachwycaliśmy się sprawami wszystkich narodowości, pozostając sami w okowach haniebnego zniewolenia. Czas zbudzić się do życia w zdrowym narodowym egoizmie". Wtórował mu również historyk Rudolf Haym, który stwierdzał, iż rozbiór Rzeczpospolitej "był sprawiedliwym sądem nad zepsutym do imentu narodem, który nie miał na tyle siły, aby samodzielnie obalić feudalizm" (co oczywiście jest bzdurą, gdyż Konstytucja 3 Maja stwarzała zupełnie nową rzeczywistość polityczno-społeczną). Co prawda sympatia dla Polski i Polaków pojawiła się w Niemczech jeszcze na krótko w czasie Powstania Styczniowego 1863-1864, ale coraz częściej w świadomości Niemców (zarówno tej politycznej, literackiej jak i codziennej-prasowej) wdzierał się nacjonalizm i "zdrowy narodowy egoizm". Otto von Bismarck bardzo obawiał się Polaków jako "wewnętrznego wroga Rzeszy" (i to w sytuacji kiedy Niemcy rosły w siłę, a Polski nie było nawet na mapach i nie było żadnych nadziei na jakiekolwiek odrodzenie naszego kraju w przyszłości). Jeszcze nim został kanclerzem Rzeszy, a nawet premierem Prus, w swym liście do siostry w roku 1861 tak pisał o Polakach w Rzeszy: "Bijcie Polaków tak długo, dopóki nie utracą wiary w sens życia; współczuję im ich sytuacji, ale jeżeli chcemy przetrwać, nie możemy zrobić nic innego, jak tylko ich wytępić. Wilk nic nie poradzi na to, że Bóg go stworzył jakim jest, a jednak do wilka strzela się, kiedy tylko można"




Rzeczywistość polityczna Polaków po upadku Cesarza Napoleona w roku 1815 była następująca: na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej trzy mocarstwa rozbiorowe (Rosja Prusy i Austria) były teraz zespolone ze sobą wspólnym celem politycznym, który sprowadzał się do jednego, uniemożliwienia odrodzenia państwa polskiego w przyszłości, a także w powołanym również ku temu celowi (czyli zakonserwowania decyzji traktatu wiedeńskiego) we wrześniu 1815 r. Świętym Przymierzu. Był to notabene pierwotnie pomysł Adama Jerzego Czartoryskiego - przyjaciela i doradcy młodego cara Aleksandra I z pierwszych lat jego panowania - z roku 1804. Czartoryskim jednak kierowała chęć zwiększenia swobód Polakom żyjącym teraz w państwie moskiewskim jak reszta niewolników cara (inną sprawą była również jego niechęć do rewolucji francuskiej i obawa przed wpływami rewolucyjnymi w Polsce i w Rosji). To właśnie ten projekt stał się podstawą zawiązania sojuszu czterech mocarstw (Rosji, Prus, Austrii i Wielkiej Brytanii) na zjeździe w Chaumont w marcu 1814 r. który (w założeniach) miał przetrwać również po pokonaniu Napoleona i stać się podstawą nowego układu sił w Europie. Jednak w roku 1815 na konferencji w Wiedniu Aleksander I postanowił nadać temu sojuszowi nieco inną, bardziej mistyczną podbudowę. Zafascynowany bowiem mistycyzmem (szczególnie po roku 1812 i zmuszeniu Wielkiej Armii napoleońskiej do odwrotu z Rosji) a także po spotkaniu z mistyczką Barbarą Julią Krüdener w roku 1815, carowi marzyła się federacja chrześcijańskich państw, kierujących się etyką (tę kwestię pewnie zaczerpnął od Franciszka Baadera - monachijskiego teozofa) i dlatego 10 września 1815 r. zaproponował cesarzowi austriackiemu Franciszkowi I (jako cesarz byłego Świętego Cesarstwa Rzymskiego "narodu niemieckiego" - nad którym obecnie rozpaczają niemieccy zwolennicy teorii o istnieniu niemieckiego państwa przed rokiem 1871, a co według mnie słusznie zlikwidował Napoleon Wielki w 1806 r., bo był to konglomerat różnych, często skłóconych ze sobą krajów, zupełnie do siebie nie pasujących - występował Franciszek jako II) i królowi Prus - Fryderykowi Wilhelmowi III, właśnie projekt Świętego Przymierza, w którym kanclerz Metternich poczynił pewne zmiany i przyjęto go dopiero 26 września. W układzie tym trzej monarchowie deklarowali że będą złączeni węzłami braterstwa i wzajemnie okazywać będą sobie pomoc, że w rządach wewnętrznych i zewnętrznych kierować się będą nakazami religii chrześcijańskiej, sprawiedliwości, miłości i pokoju. Do udziału w Świętym Przymierzu zaproszono wszystkie państwa europejskie z wyjątkiem muzułmańskiej Turcji (ale jej przedstawiciela zapewniono, że układ ten nie jest skierowany przeciwko Imperium Osmańskiemu). Bezpośrednio udziału odmówił tylko papież Pius VII (ale to dlatego, że do tego układu dołączyć miały narody różnych wyznań), a także brytyjski następca tronu i regent Królestwa - książę Jerzy (który jednak zapewnił, że wszystkie zawarte w tym układzie kwestie są mu drogie). Do roku 1817 akt Świętego Przymierza podpisało łącznie 16 dużych państw (nie licząc drobnych niemieckich krajów). Aleksander I w 1820 r. zaproponował uczestnictwo w tym sojuszu również Stanom Zjednoczonym, ale ich przedstawiciel stwierdził, że USA nie mieszają się do spraw europejskich.




Sojusz Świętego Przymierza stał się odtąd niewidzialnym łańcuchem, spajającym ze sobą przede wszystkim Rosję, Prusy i Austrię (czyli państwa rozbiorowe Rzeczpospolitej), chociaż tak na serio traktował ten układ jedynie Aleksander I, a wszyscy inni przywódcy mniej lub bardziej drwili z niego i nie uważali jego zapisów za w jakikolwiek sposób ważne, ale ponieważ Rosja odniosła wówczas wielki sukces militarny i polityczny, nikt nie miał odwagi aby sprzeciwić się carowi. Sojusz ten przetrwał długo, nawet wówczas, gdy samo Święte Przymierze rozpadło się (lub raczej po prostu przestało istnieć, gdyż nie było żadnego oficjalnego aktu odwołującego ten sojusz i jedynie można przyjąć, że nastąpiło to po roku 1822, gdy zaprzestano już zjazdów Świętego Przymierza (do tej pory było ich pięć, w 1818 w Akwizgranie, w 1819 Karlsbadzie, w 1820 w Opawie, w 1821 w Lublanie i w 1822 w Weronie). Pomimo dzielących państwa zaborcze różnic. Austria i Prusy wręcz się nie znosiły (czego przykładem niech będzie nieoficjalna radość, jaka zapanowała w Berlinie, gdy w roku 1805 Napoleon rozbił pod Austerlitz armię austriacko-rosyjską, podobnie choć już z mniejszą sympatią reagowano na klęskę Austrii w roku 1809). W Wiedniu żywiono obawę że Berlin planuje odebrać Austrii pierwszoplanową pozycję w Związku Niemieckim i rzucić jej wyzwanie na tym polu. Natomiast Prusy i Austrię niepokoiła również mocarstwowa polityka rosyjska, gdzie z Austrią rysowały się już punkty konfliktowe (szczególnie na Bałkanach). Mimo to spajał te wszystkie trzy państwa niewidzialny łańcuch uzyskanych po roku 1815 zdobyczy, ale przede wszystkim najważniejszym powodem dla którego te państwa wzajemnie przeciwko sobie nie występowały zbrojnie przez całe dekady, była obawa przed ponownym odrodzeniem dawnej Rzeczpospolitej - i to była rzecz kluczowa.




CDN.

13 lipca 2025

NA CZYM POLEGAŁ FENOMEN RZYMSKIEJ ARMII REPUBLIKAŃSKIEJ...

W STARCIU Z ARMIAMI PAŃSTW HELLENISTYCZNYCH NA PRZYKŁADZIE MACEDONII W II WIEKU P.N.E.





Na czym polegał fenomen rzymskiej armii republikańskiej z II wieku p.n.e. (jeszcze sprzed reform Gajusza Mariusza z lat 104-103 p.n.e. które realnie stworzyły rzymską armię zawodową, podległą bardziej swoim dowódcom aniżeli Senatowi i Republice), w konfrontacji z armią macedońską (i innymi armii państw hellenistycznych)? Na to pytanie można by było dosyć łatwo i krótko odpowiedzieć, iż różnica realnie polegała na tym, że armie państw hellenistycznych nie mogły pozwolić sobie na zbyt wielkie straty poniesione w bitwach, ponieważ uzupełnienie owych strat nie było tak proste, a poza tym armie państw hellenistycznych (w tym oczywiście macedońska), to były armie zawodowe, finansowane w całości przez państwo - czyli przez królów. Po raz pierwszy tę nowinkę do Macedonii wprowadził już król Filip II (ojciec Aleksandra Wielkiego) na początku swego panowania (ok. 359 r. p.n.e.). Wcześniej bowiem armia macedońska była tworzona na wzór armii greckich, które w tamtym czasie były najdoskonalszą formacją zbrojną, często wykorzystaną również przez Persów (stąd wielu Greków tak chętnie - w zamian za złoto - służyło w armii perskiej. Potem zaś Aleksander wszystkich Greków którzy walczyli po przeciwnej stronie skazał na śmierć bez żadnej litości i łaski). A greccy ciężkozbrojni falangici musieli na własny koszt zakupić włócznię, tarczę i miecz, nie wspominając oczywiście o hełmie, nagolennikach, czy (przynajmniej niektórzy) metalowym lub brązowym pancerzu osłaniającym tors. To były znaczne koszty i nie wszystkich obywateli danego polis stać było na taki wydatek. Cała więc reszta zasilała oddziały lekkozbrojnych, używając do walki głównie łuków, proc, ewentualnie włóczni i wiklinowych najczęściej tarcz. Nic więc dziwnego że w takiej sytuacji nawet najbardziej ludne i potężne greckie polis (takie jak Ateny czy Sparta, a także Teby i Korynt) mogły wystawić do bitwy co najwyżej kilka tysięcy falangitów. Bardzo rzadko liczba ta dochodziła do 10 000 i nigdy też jej nie przekraczała. Natomiast wprowadzona przez Filipa II zmiana, polegająca na państwowym uzbrojeniu żołnierzy, automatycznie zwiększała liczbę tych, którzy mogli zasilić szeregi ciężkozbrojnej piechoty (nie mówiąc oczywiście o jeździe, bo to zupełnie odrębna kwestia). Tak więc gdy Aleksander przeprawiał się do Azji na podbój Imperium Perskiego, prowadził ze sobą 12 000 falangitów i 3 500 jazdy, a w kraju pozostało drugie tyle falangi i 1 500 jazdy. Dobitnie to pokazuje że armia macedońska znacznie wzrosła właśnie dzięki poborowi wśród najbiedniejszych, których dotąd nie było stać na zakupienie sobie pełnego ekwipunku falangity. Oczywiście druga sprawa, że uzbrojenie żołnierzy pochłaniało znaczne sumy ze skarbca królewskiego, ale to i tak się opłacało, ponieważ liczna (to znaczy znacznie liczniejsza niż dotychczas) armia, do tego armia nowego wzoru, stworzona na zupełnie innych niż dotychczas zasadach, wygrywała bitwy ponad 90% częściej niż działo się to w klasycznych armiach greckich polis, a to oznaczało że poniesione koszty można było szybko uzupełnić poprzez rabunek podbitych państw. I to się zwracało w dwójnasób.




Ale armia macedońska - choć znacznie liczniejsza niż wcześniej i liczniejsza niż armie greckich polis - miała tę wadę, że nie mogła sobie pozwolić na zbyt duże straty w bitwach, gdyż szybkie uzupełnienie owych strat i wyszkolenie nowego żołnierza zajmowało pewien czas. Zbyt długi czas, aby można było sobie na to pozwolić. I tutaj właśnie leży podstawa wyższości rzymskiego legionu republikańskiego nad zawodową falangą macedońską. Sukces Rzymian nie polegał wcale na tym że byli oni lepszymi wojownikami od Greków czy Macedończyków, a właśnie na tym, że bez względu na straty zawsze mogli wystawić drugą armię. Po klęsce jaką zadał Rzymianom Hannibal w bitwie pod Kannami w 216 r. p.n.e., gdzie poległo aż 80 000 żołnierzy rzymskich - to była prawdziwa katastrofa dla Republiki, ale... Republika nie upadła. Gdyby takiej klęski doświadczył Hannibal, gdyby doświadczyli jej Macedończycy lub Egipcjanie greckich Ptolemeuszy, czy Syryjczycy greckich Seleucydów, o Grekach nawet nie wspominając - kraje te już nigdy nie podniosłyby się z upadku i natychmiast przestałyby istnieć. Republika Rzymska przetrwała tę katastrofę (chociaż powstały bardzo rachityczne co prawda, ale jednak plany opuszczenia Rzymu i założenia Nowego Miasta w południowej Galii. Chociaż plany te dotyczyły tylko grupki senatorów i nie miały przełożenia na większość społeczeństwa rzymskiego, to warto jednak wspomnieć że się pojawiły), mało tego, Republika wystawiła kolejną armię, a potem kolejną, która w Afryce pod Zamą zadała Hannibalowi ostateczny cios (202 r. p.n.e.). I to właśnie było podstawą sukcesu rzymskiego legionu republikańskiego, możliwość nieustannego (oczywiście nie w nieskończoność, ale jednak w sposób niemożliwy do przeprowadzenia dla innych państw) uzupełniania strat i wystawiania nowych armii (dokładnie tak samo jak potęga Wehrmachtu była niezwyciężona dopóty, dopóki w miarę bezpiecznie pracował niemiecki przemysł. Natomiast rozsypała się jak domek z kart z końcem 1944 i na początku 1945 r. po wielkich bombardowaniach Rzeszy z lata 1944, kiedy przemysł niemiecki został totalnie zniszczony i nie można było w żaden sposób nie tylko uzupełniać braków w postaci nowych czołgów, ale również chociażby dostarczać paliwo do jeszcze istniejących. To samo było też w Związku Sowieckim w pierwszych miesiącach 1941 r. gdy Sowieci porzucali praktycznie niezniszczone przez Niemców czołgi i to nie dlatego że uciekali na wschód, tylko dlatego że po prostu skończyło im się paliwo, a oni nie mieli możliwości w chaosie wojennym uzupełnić owych braków na miejscu).

Na korzyść macedońskiej falangi przemawiało również uzbrojenie, a przede wszystkim owe długie na 5,5 m włócznie zwane sarissami. Wytwarzane były one z drzewa dereniowego które licznie rosło w Macedonii i miało tę zaletę że ich drzewce były zarówno elastyczne (czyli łatwe do manewrowania) jak i twarde. Na końcu Drzewca umieszczony był żelazny grot, a dla równowagi po drugiej stronie sarissa posiadała żelazny kolec, który w razie potrzeby można było wbić w ziemię. Żołnierze atakowali w falandze w formacjach złożonych z szesnastu falangitów w pierwszej linii, cały zaś batalion (syntagma) liczył 256 żołnierzy, a cała falanga składała się z 64 batalionów. Ta formacja pozwalała również żołnierzom macedońskim ustawić się ściśle jeden obok drugiego, tak, że każdy dalszy szereg poza pierwszym był praktycznie osłonięty i bezpieczny od ataków wroga, natomiast pierwszy szereg też był zabezpieczony, poprzez wyciągnięte przed siebie długie włócznie (w kierunku wroga swoje sarissy wyciągało pięć pierwszych szeregów falangi, reszta trzymała włócznie w pozycji pionowej lub przygotowując do opuszczenia w pozycji ukośnej). Macedońska tarcza nie była długa i miała okrągły kształt - najczęściej była koloru białego z jasną obramówką wokół (może to trochę dziwnie zabrzmi ale jak widziałem te tarcze ściśle odwzorowane i przedstawione na rysunku, to w tym kolorze i w ten sposób przypominały mi one... smaczne lukrowe ciasteczka które kiedyś jadłem 🤭). Tarcza była przywiązana do lewej ręki falangity, tak, aby oboma rękoma mógł on trzymać długą włócznię. Szyk musiał być na tyle zwarty, aby poszczególne tarcze dotykały się jedna drugiej. Całą falangą dowodził oczywiście generał, czyli strategos (czasem był nim sam król). Jednym skrzydłem falangi (liczącym 32 bataliony) dowodził kerarcha, batalionem - syntagmatarcha, dwiema parami kolumn w jednym batalionie (64 żołnierzy) dowodził tetrarcha, czterema kolumnami (128 żołnierzy) taksjarcha. Falanga miała również pomniejszych dowódców, jak dowódca kolumny (16 żołnierzy) - lochagos, dowódca dwóch kolumn (32 żołnierzy) - dilochita, dowódca półkolumny (8 żołnierzy) - hemilochita, a także dowódca ćwiartki kolumny (4 żołnierzy) - enomotarcha.




Prócz oczywiście sariss, żołnierze macedońscy mieli przy sobie miecze, a używano najczęściej tradycyjnych mieczy greckich, czyli takich z lekko wygiętym ostrzem (zwanych kopis), lub też prostego miecza greckiego hoplity o długości ok. 60 cm. Używano też klasycznego hełmu trackiego który został nieco zmodyfikowany przez Macedończyków (z dodaniem np. czegoś, co na czubku hełmu przypominało późniejsze czapki frygijskie, noszone przez sankiulotów podczas Rewolucji Francuskiej). Hełmy te nie tylko ochraniały głowę, ale również policzki i brodę. Używano również hełmów beckich (które nieco przypominały czapkę z daszkiem). Jazda macedońska (hetajrowie) zaś (i podobne formacje w armiach innych państw hellenistycznych) była bardzo dobrze uzbrojona. Żołnierze używali również drugich włóczni i zaokrąglonych tarczy. Istniały również konne jednostki łuczników i miotaczy oszczepów. O ile też piechota macedońska ustawiała się w najróżniejsze formacje (np. otwarty trójkąt, otwarty kwadrat, półksiężyc, szyk ukośny i szyk prosty) o tyle macedońska jazda zawsze tworzyła szyk trójkątny (formacja ta zwała się "ile" składała ze 136 kawalerzystów uszeregowanych od 1 do 16), przy czym dowódca zawsze był na pierwszej linii, najbardziej wysunięty do przodu. Warto też dodać, że dyscyplina w armii macedońskiej była na znacznie niższym poziomie niż w armii rzymskiej i chociaż była to armia zawodowa, to żołnierze byli towarzyszami króla, dlatego też nie można było ich skazać za przewiny np. na karę chłosty. Było to bowiem nie do pomyślenia dla Macedończyków, a potem przyjęło się również i w innych armiach hellenistycznych. Falangitę można było ukarać poprzez uwięzienie go lub ewentualnie skazanie na śmierć, ale nie upokorzenie w taki sposób, w jaki karało się niewolników. W rzymskim legionie zaś kara chłosty nie była niczym rzadkim, nawet w legionie republikańskim.




Po zakończeniu I wojny punickiej w Rzymie prawdopodobnie przeprowadzono reformę wojskową (piszę "prawdopodobnie" ponieważ nic na ten temat nie wiadomo, natomiast pewnym jest że ok. 220 r. p.n.e. armia rzymska była już inna niż wcześniej). W czasach królów rzymską formacją zbrojną była formacja greckiej falangi, z tym że podzielona na centurie. Od czasów Romulusa w Rzymie walczyli tylko najbogatsi (czyli ci, którzy mieli najwięcej ziemi - wszystko to bowiem pierwotnie byli rolnicy). Rzymska falanga liczyła wówczas 4 000 żołnierzy podzielonych na 40 centurii i tak było za pierwszych pięciu królów. Szósty król - Serwiusz Tuliusz (panował w latach 578-535 p.n.e.) dodał do klasy najbogatszych (triarii) również dwie pozostałe klasy majątkowe średnio bogatych (hastati) i najbiedniejszych (welita) czym zwiększył skład rzymskiej armii do 6 000 dzieląc ją na 6 centurii. Z końcem IV wieku p.n.e. porzucono formację falangi i wprowadzono zupełnie nową, typowo rzymską formację legionu. W latach 20-tych III wieku p.n.e. przeprowadzono kolejną reformę, dzieląc legion na manipuły (oczywiście utrzymano również podział na centurie) i tak z chwilą wybuchu II wojny punickiej z Hannibalem (218 r. p.n.e.), rzymska armia składała się z czterech legionów, a w każdym legionie służyło 4 200 obywateli (czasami było to nawet 5 000), nie licząc oczywiście formacji sprzymierzeńców, a nawet dwóch legionów złożonych z niewolników. Legion składał się z 60 centurii. 20 centurii po 30 triarii każda (czyli 600 żołnierzy), 20 centurii po 60 hastatus (1 200 żołnierzy), 20 centurii po 60 principes (1 200 żołnierzy) oraz 1 200 welitów. Dwie centurie tworzyły manipuł. Triarii to byli najbardziej doświadczeni żołnierze, weterani których dodatkowo stać było na zakup szerokiej tarczy (sięgającej żołnierzowi od stopy do szyi), włóczni i miecza. Hastati i principes - czyli grupy średniozamożne (ci pierwsi to byli młodsi mężczyźni, ci drudzy zaś, mężczyźni w sile wieku), uzbrojone były w taką samą szeroką tarczę jak triarii, lecz zamiast włóczni posiadali dwa lekkie oszczepy, oraz oczywiście miecz. Velici zaś uzbrojeni byli w okrągłą tarczę, krótki oszczep, procę i miecz. Ci ostatni nie nosili też hełmów ani nagolenników, głowę zaś osłaniali skórami upolowanych zwierząt - najczęściej wilków.


HASTATI i PRINCIPES



W czasie bitwy w szyku bojowym hastati ustawieni byli w prostokąt, złożony ze 120 ludzi (10 rzędów po 6 żołnierzy w każdej centurii). Przed nimi stawali lekkozbrojni welici (50-60 welitów w jednym manipule) którzy szli na pierwszy ogień. Za żołnierzami formacji hastati ustawiali się principes (osłaniali oni przerwy między manipułami hastati w drugiej linii, czyli jak żołnierze stoją obok siebie, to przerwy które pomiędzy nimi występują w drugiej linii osłania formacja principes). Na końcu ustawiali się weterani czyli triarii. Bitwa rozpoczynała się od uderzenia hastati i welitów - ci pierwsi ciskali w nieprzyjaciela oszczepami i ruszali z obnażonymi mieczami do walki wręcz, ci drudzy ciskali mniejszymi oszczepami lub procami i również atakowali z mieczami w dłoni. Gdy bitwa szła dobrze, postępowali dalej a pozostałe formacje szły za nimi, gdy zaś nie układała się korzystnie, hastati i welici wycofywali, się a do walki przystępowali principes. W tym samym czasie triari klękali na jedno kolano osłaniając się tarczami i wysuwali do przodu włócznie tworząc jakoby mur, za którym przegrupowywały się oddziały hastati. W przypadku gdy formacja principes również nie była w stanie przemóc nieprzyjaciela, do ostatecznej walki przystępowali triari wspierani przez welitów. Tak wyglądał atak piechoty, rzymska jazda zaś ustawiała się na skrzydłach armii. W konfrontacji z falangą macedońską, czyli zwartą formacją stojącą jeden przy drugim, luźno działający legion rzymski tak naprawdę nie miałby szans w starciu z takim jeżem. Okazało się jednak że elementem decydującym, który przeważył nad sukcesem legionu nad falangą, były właśnie lekkie oszczepy hastati i principes, którymi oni najpierw ciskali we wroga - osłabiając tamtejsze szeregi - a potem wdzierali się z obnażonymi mieczami prosto na oddziały macedońskie w których już były poczynione wyrwy. Poza tym ogromnym atutem była również ruchliwość Rzymian, czego nie można było powiedzieć o Macedończykach. I taka właśnie formacja rzymskiego legionu wygrała dwukrotnie w wielkich bitwach z Macedończykami pod Kynoskefalaj (197 r. p.n.e.) i Pydną (168 r. p.n.e.), oraz z syryjskimi Seleucydami pod Magnezją (190 r. p.n.e.).

Na czele rzymskiej armii stał konsul, czyli najwyższy władzą przedstawiciel w Republice (każdego roku wybierano zawsze dwóch konsulów z taką samą władzą). Miał do pomocy sześciu mianowanych przez siebie trybunów. Podlegali im centurioni wybierani zwani primus pilus (centurion wybierany dowodził całym manipułem, czyli 170/200 żołnierzami - 120 hastati, principes lub triari i od 50 do 80 welitów). Łącznie manipułami dowodziło 30 wybranych centurionów. Niżej od nich stali centurioni mianowani, dowodzący tylko jedną centurią (100 żołnierzy). Rzymska jazda republikańska zaś liczyła w każdym legionie 300 ludzi (wybranych spośród ekwitów, czyli na tyle majętnych, że stać ich było na konia). Kawaleria legionowa dzieliła się na 10 turm po trzy dekurie (szwadrony), a w każdej turmie było 30 jeźdźców. Co się tyczy uzbrojenia, to podstawowym mieczem rzymskiego legionisty był gladius - niezwykle poręczny, dobrze leżący w dłoni, klasyczny krótki miecz, który doskonale sprawdził się we wszystkich wojnach toczonych przez Rzym od III wieku p.n.e. począwszy, aż na II wieku naszej ery skończywszy. Typowych hełmów greckich używano bardzo mało, raczej stosowano hełmy etruskie (z osłoną na policzki) do których można było przyczepić pióropusz, lub też hełmy italskie (również z osłoną policzkową) i ołowianą wkładką na szczycie, do której też mocowano pióropusz. Jeśli zaś idzie o osłonę ciała, to najbogatsi (czyli triari) nosili pancerz podobny do późniejszej kolczugi, ale będący czymś w rodzaju kamizelki. Mniej zamożni (hastati i principes) nosili na piersiach metalowe tabliczki w kształcie kwadratu, osłaniające piersi i część żołądka (resztę osłaniała długa tarcza). welici zaś najczęściej nosili wzmacniane pasy lub nie mieli żadnej osłony (poza lekką tuniką, która przed niczym oczywiście ich uchronić nie mogła). Poza tym noszono ochraniacze na nogi (czyli nagolenniki) ale najczęściej tylko na lewą nogę, którą wysuwano do przodu w trakcie ataku. Ale też nie wszyscy, bo welici nie mieli takich osłon wcale.




Tak oto wyglądała armia rzymska która zmierzyła się z Macedończykami i ich pokonała, a następnie z syryj syro-greckimi Seleucydami, których to król Antioch III Wielki tak pewny siebie i pyszny, odrzucał wszelkie rady Hannibala mówiące, że wojna z Rzymem w Grecji nie ma żadnego sensu, gdyż Rzym nawet tam pokonany nie spocznie, póki ostatecznie nie zniszczy wroga. Jedyna realna szansa na pokonanie Rzymian to uderzenie ich w samo serce, czyli najazd na Italię, a następnie przekonanie Italików i Samnitów do porzucenia sojuszu z Rzymem (w dużej mierze wymuszonego) i tym samym rozerwanie owej konfederacji. Antioch jednak był pewien swego, mówiąc że pragnie tylko "szybkiej zwycięskiej wojny w Grecji", za swą głupotę zapłacił najwyższą cenę.




11 lipca 2025

BILISTICHE - "PERŁA NILU" - Cz. I

O TYM JAK AMAZONKA STAŁA SIĘ
JEDNĄ Z NAJSŁAWNIEJSZYCH
KURTYZAN ŚWIATA





Jakiś czas temu przeglądając sobie Wikipedię, natrafiłem na artykuł dotyczący króla Ptolemeusza II Filadelfosa, który władał "greckim" Egiptem w III wieku p.n.e. Przeglądając jego profil, natrafiłem na informację, że król, oprócz tego że był dwukrotnie żonaty, dodatkowo miał wiele oficjalnych nałożnic (konkubin), a wśród nich była kobieta o imieniu - BILISTICHE


https://en.wikipedia.org/wiki/Ptolemy_II_Philadelphus



No właśnie, pomyślałem sobie - Bilistiche, o niej jeszcze nie pisałem, a przecież była to niezwykła kobieta (dziś już właściwie całkowicie zapomniana). Kobieta, która uwielbiała przygody i wszelakie wyzwania. Doskonale jeździła konno (bardzo kochała konie), wdrapywała się na drzewa, całymi godzinami chodziła po mokradłach z łukiem w ręku, wypatrując zdobyczy godnej upolowania a nawet... siłowała na rękę z mężczyznami z jej wioski (np. ze swym starszym bratem). Nie przywiązywała też zbytniej wagi do swego wyglądu i często (gdy był zbytni upał i słońce prażyło niemiłosiernie), zrzucała swą koszulę by wraz z chłopcami z wioski oddawać się wciąż nowym przygodom, a oni traktowali ją jak swoją kumpelę). Nie przepadała natomiast za sukniami, kosmetykami, ani też biżuterią - w ogóle nie znosiła tych wszystkich "babskich bibelotów". Uciekała też od towarzystwa innych dziewcząt, gdyż nie potrafiła się wśród nich odnaleźć. Matka siłą zmuszała ją by zasiadła do krosen, lub zajęła się innymi kobiecymi zajęciami w domu, lecz Bilistiche pod nieuwagę matki i gdy tylko na moment zostawała sama - wymykała się do swych braci i przyjaciół, by wraz z nimi polować, mocować się i cieszyć wolnością. 

Była jednak wtedy jeszcze dziewczynką i czyż mogła przewidzieć że za parę lat, ten cały "kobiecy świat", którego wcześniej nie znosiła, stanie się jej światem, że będzie jedną z najpiękniejszych kobiet Egiptu swoich czasów - królewską faworytą i "Perłą Nilu". Że urodzi królowi syna i stanie się na długie lata jego ulubioną nałożnicą, a potem do końca królewskiego życia pozostanie jego przyjaciółką? Zapewne wówczas (w czasach młodzieńczej wolności), nie wyobrażała sobie w taki sposób siebie i swojej przyszłości. Wówczas myślała o czym innym - o wojaczce i przygodach wśród swych przyjaciół. Tak oto zaczyna się historia niezwykłej (choć zapomnianej już) kobiety, która w swoim czasie, należała do największych piękności królewskiego haremu. 


OTO JEJ HISTORIA:




Bilistiche po raz pierwszy pojawiła się na królewskim dworze w Aleksandrii prawdopodobnie ok. 277 r. p.n.e. podczas ślubu króla Ptolemeusza II z księżniczką Arsinoe II (wówczas już prawie 40-letnią kobietą, Ptolemeusz był od niej młodszy o 7 lat). Arsinoe była dodatkowo rodzoną siostrą Ptolemeusza (z małżeństwa ich ojca - Ptolemeusza I Sotera z Bereniką), czyli pokrewieństwo było bardzo bliskie. Poza tym Arsinoe II, nim została żoną swego brata i królową Egiptu, wcześniej obaliła pierwszą żonę Ptolemeusza II - Arsinoe I, młodą macedońską księżniczkę, córkę Lizymacha (służył on jeszcze królowi Filipowi II Macedońskiemu, a następnie jego sławnemu synowi, pogromcy Persów i zdobywcy Azji - Aleksandrowi, któremu współcześni już za życia nadali przydomek "Wielki").

Ok. roku 277 p.n.e. Egipt był prawdziwym regionalnym mocarstwem na terenach Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, oraz dużej, wschodniej części Morza Śródziemnego. Władał nim od ośmiu prawie lat młody, 32-letni faraon - Ptolemeusz II zwany Filadelfosem (przydomek ten oznacza "Miłujący Braci"). Ptolemeusz był niezwykle inteligentnym i żądnym wiedzy mężczyzną, uwielbiał bowiem wszelakie nauki, głównie zaś - matematykę, fizykę i astronomię. Był bowiem zagorzałym astronomem i jako jeden z pierwszych władców (w znanych nam czasach starożytnych), według Izaaka Newtona - "zdawał sobie sprawę że tak naprawdę Ziemia jest okrągła". 


ARSINOE II



Natomiast Arsinoe II była zupełnym przeciwieństwem brata. Była bowiem niezwykle żądną władzy i okrutną kobietą, która podstępem i zbrodnią torowała sobie drogę do korony. Pragnęła też rządzić państwem samodzielnie - jako faraon, a nie tylko jako jego małżonka. Miała też kilka cech wspólnych z Bilistiche, mianowicie była odważna i dzielna, często przywdziewała męski strój wojenny (pancerz typu greckiego - ze specjalnie wyżłobionym miejscem na piersi, kolczugę czy nagolenniki). Przy pasie zaś nosiła miecz. Była też bardzo nieprzystępna i już za życia określano ją mianem "okrutnej bogini". Była pierworodnym dzieckiem swego królewskiego ojca i najstarszą z jego córek, dlatego też uważała, iż ma "boskie" prawo do władania Egiptem jako faraon (jednak, ponieważ była kobietą, pierwszeństwo władzy i panowania należało się jej młodszemu bratu - Ptolemeuszowi Filadelfosowi, z czym ona sama nigdy się nie pogodziła i konsekwentnie dążyła do zdobycia władzy absolutnej). Mimo to, gdy zmarła (ok. 270 r. p.n.e.), Ptolemeusz II nadał jej przydomek: "Thea Filadelfos" ("Bogini Miłująca Brata").


PTOLEMEUSZ II FILADELFOS



Dążenie Arsinoe II do zdobycia władzy absolutnej nad Egiptem, uwidoczniło się chociażby w kształcie jej korony królewskiej, która w żadnym razie nie przypominała dawniejszych oznak władzy faraonów z dawnych czasów (takich jak biała korona Górnego Egiptu, czerwona korona Delty, królewskie męskie nakrycie głowy - błękitny nemes, niebieska korona - kepresz, czy żeńska korona z piór sępa). Korona królowej Arsinoe II składała się z czterech połączonych ze sobą elementów - czerwonej korony Dolnego Egiptu, rogów baranich (symbolizujących największego z egipskich bogów, utożsamionego z greckim Zeusem - boga Amona oraz... męską potencję), następnie rogów krowy (symbol bogini "żywych i umarłych" - Hathor), a także dysku słonecznego (harmonii pierwiastka męskiego i żeńskiego). Na to wszystko nakładał się jeszcze bujny różnokolorowy pióropusz. Ciekawostką jest, że żyjąca w ponad dwieście lat później, najsławniejsza przedstawicielka dynastii Ptolemeuszy - Kleopatra VII, wzorowała kształt i wielkość swojej korony właśnie na tej, z czasów Arsione II.


PTOLEMEUSZ I SOTER



Założycielem dynastii ptolemejskiej (zwanej również dynastią Lagidów), był przyjaciel Aleksandra Wielkiego i jeden z siedmiu jego osobistych ochroniarzy - Ptolemeusz (prawdopodobnie nieślubny syn Lagosa - macedońskiego szlachcica i niewolnicy króla Macedonii Filipa II, którą ten ofiarował Lagosowi - Arsinoe). Ptolemeusz był o ok. dziesięć lat starszy od Aleksandra Wielkiego, a ponieważ jego ojciec należał do grona "przyjaciół rodziny królewskiej", młody Ptolemeusz szybko pojawił się na dworze królewskim w Pelli i zaprzyjaźnił z młodym Aleksandrem. Potem (od 334 r. p.n.e.) jako prawie 33-letni oficer, uczestniczył w kampanii Aleksandra przeciwko Persji (brał udział w bitwie pod Issos - 333 r. p.n.e. i kampanii egipskiej, gdzie w 332 r. p.n.e. w oazie Siwa, Aleksander został przez egipskich kapłanów ogłoszony synem Zeusa-Amona). Po śmierci Aleksandra, gdy poszczególni wodzowie (diadochowie) jego armii, wyrywali sobie kawały dawnego imperium perskiego, Ptolemeusz zażądał Egiptu jako własnej satrapii. Była to bowiem jedna z najlepszych części Imperium Aleksandra, kraj bogaty, zasobny w ludność i ze względu na swe położenie - szybko mogący uzyskać pełną niezależność. Diadochowie wyrazili na to zgodę i w 323 r. p.n.e. w wieku prawie 45 lat, Ptolemeusz został namiestnikiem satrapii egipskiej.


ALEKSANDER WIELKI I JEGO GENERAŁOWIE



Dlaczego inni diadochowie zgodzili się na oddanie tej bogatej prowincji w ręce Ptolemeusza? Ponieważ wszyscy oni razem wzięci dążyli do opanowania innych, o wiele większych terenów dawnej monarchii perskiej i chcieli sami opanować całość tych ziem. Ptolemeusz zaś, realnie myśląc i kalkulując że nie ma szans na zajęcie całości ziem Imperium Aleksandra, postanowił po prostu zrezygnować z walki o pełnię władzy i wykroić sobie jakiś bogaty teren, którym mógłby zarządzać i skupić się tylko na nim. Tek też się stało. Tylko raz Ptolemeusz podjął się próby skonsolidowania władzy, nad całością zdobytych terenów w swoich rękach, ofiarowując w 308 r. p.n.e. propozycję małżeństwa, siostrze Aleksandra, księżniczce Kleopatrze. Jednak jej śmierć, pokrzyżowała jego plany i już więcej nie wracał do tematu zdobycia innych ziem Aleksandra, skupiając się na konsolidacji swej władzy jedynie nad Egiptem.




W 322 r. p.n.e. opanował on region Cyranejki z Cyreną jako jego stolicą, powierzając zarząd nad tą prowincją w ręce Ofellasa, który notabene rządził tam niczym niezależny władca. W 321 r. p.n.e. musiał zmierzyć się z pierwszym poważnym wyzwaniem, jakim był atak Perdikkasa (regenta Macedonii i oficjalnego zarządcy całości ziem zdobytych przez Aleksandra Wielkiego), na Egipt. Ta wojna, którą można by nazwać wojną o "ciało Aleksandra" (gdyż Perdikkas nakazał by zwłoki Aleksandra przewieźć do Macedonii i złożyć w królewskim grobowcu w Pelli, jednak gdy ciało wielkiego króla było jeszcze w Damaszku, Ptolemeusz przekonał tych, którzy ciało transportowali, że Aleksander zawsze pragnął spocząć w założonej przez siebie egipskiej Aleksandrii. Tak też się stało. To "wtrącenie" się Ptolemeusza w nie swoje sprawy, wywołało jednak kontrakcję Perdikkasa, który uderzył zbrojnie na Egipt, zajmując twierdzę Pelusion i dochodząc do Nilu (którego jednak jego żołnierze nie byli w stanie przekroczyć, często ginąc w paszczach krokodyli, co spowodowało że zbuntowali się, zabili Perdikkasa - ok. 320 r. p.n.e. - i powrócili do Macedonii). Egipt został uratowany, a ciało Aleksandra spoczywało odtąd w aleksandryjskim grobowcu do czasów rzymskich (ponoć Kleopatra VII pokazała je przebywającemu w Egipcie Gajuszowi Juliuszowi Cezarowi w 47 r. p.n.e., a Oktawian August również je obejrzał po pokonaniu Antoniusza i Kleopatry i opanowaniu Egiptu w 30 r. p.n.e. Co ciekawe, gdy egipscy kapłani chcieli mu pokazać inne grobowce królów z dynastii Ptolemeuszy, Oktawian miał odpowiedzieć: "Króla chciałem zobaczyć, zwłoki mnie nie interesują").


OKTAWIAN AUGUST 



Rok 301 p.n.e. był czasem triumfu monarchii egipskiej, gdyż w tym roku w bitwie pod Ipsos koalicja sił Lizymacha, Seleukosa i Kasandra, ostatecznie rozbiła syryjsko-anatolijskie państwo Antygonidów (Demetriusza Jednookiego i jego syna Antygona). Dzięki temu (mimo iż siły Ptolemeusza nie uczestniczyły w tej bitwie), otrzymał on tereny Palestyny i Syrii. Wcześniej zaś, bo już w 305 r. p.n.e. oficjalnie koronował się (jako Ptolemeusz I Soter - co znaczy "Zbawiciel"), na faraona Egiptu, odnawiając (po prawie 40-tu latach, czyli od upadku ostatniego suwerennego faraona egipskiego - Naktanebo II i zdobyciu ówczesnej stolicy Egiptu - Memfis, przez Persów w 342 r. p.n.e.), niepodległą monarchię egipską.

Ptolemeusz II objął władzę jako koregent, jeszcze za życia swego ojca w 285 r. p.n.e. w wieku 24 lat. Ptolemeusz I zakończył żywot w dwa lata później, pozostawiając Egipt w niepodzielnych rękach swego syna. Kraj, który pierwszy monarcha z rodu Lagidów pozostawił w spadku swemu następcy, był zasobny i majętny. Skarbiec królewski był pełny, flota egipska stanowiła drugą po kartagińskiej siłę w basenie Morza Śródziemnego (wkrótce się to zmieni, gdy w 260 r. p.n.e. stworzona od podstaw przez konsula Gajusza Duliusza - flota rzymska rozbije tę kartagińską, otwierając tym samym okres dominacji rzymskiej marynarki na wszystkich morzach śródziemnomorskiego świata i jego okolic. Tutaj mała ciekawostka, gdy w kilka lat później - w bitwie morskiej pod Drepanum w 249 r. p.n.e., Kartagińczycy wezmą odwet na Rzymianach, pokonując flotę Publiusza Klaudiusza Pulchera, co spowoduje utratę wszystkich sił morskich stworzonych wcześniej przez Duliusza i zagrozi dalszej rzymskiej próbie opanowania Sycylii. Wówczas to w samym Rzymie doszło do dość niecodziennego incydentu. Mianowicie siostra Klaudiusza Pulchera - Klaudia, zmierzając pewnego słonecznego dnia na Forum Romanum, niesiona w lektyce przez swych niewolników, nie mogąc znieść upału oraz tłoku, który blokował przejście jej lektyce, wychyliła się z niej i w gniewie wykrzyknęła w stronę tłumu: "O jakże pragnęłabym aby brat mój zmartwychwstał i raz jeszcze wygubił to stado baranów". Chodziło jej oczywiście o Rzymian zalegających ulice, lecz za swe nieprzemyślane słowa musiała potem publicznie przeprosić na Forum, twierdząc ze wypowiadając te słowa nie miała na myśli Rzymian - początkowo bowiem trybun ludowy zażądał dla niej kary śmierci za zdradę i nawoływanie do zagłady ludu rzymskiego). 





Tak więc państwo Ptolemeusza II Filadelfosa, gdy w 277 r. p.n.e. brał on za żonę swą starszą siostrą Arsinoe II - było zasobne, bogate i potężne. Na dworze królewskim w Aleksandrii, podczas tej ceremonii, znajdowała się wówczas także młoda dziewczyna o imieniu Bilistiche, której pogmatwane losy zaprezentuję w kolejnych częściach tej serii.


CDN.

10 lipca 2025

"BUSHIDO" 1910 - Z DZIEJÓW STOSUNKÓW POLSKO-JAPOŃSKICH - Cz. II

JAK TO POLACY WOJNĘ 
JAPOŃCZYKOM WYPOWIADALI




W niedzielę 7 grudnia 1941 r. o godz. 7:55 rano japońskie samoloty, startujące z sześciu lotniskowców ("Akagi", "Kaga", "Soryu", "Hiryu", "Shokaku" i "Zikaku"), bombardują amerykańska Flotę Pacyfiku, w bazie marynarki w Pearl Harbor. Oto jak potem wspominał ów atak dowodzący pierwszą japońską eskadrą bombowców - komandor Fuchida: "Pode mną leżała cała amerykańska Flota Pacyfiku w szyku, który by mi się nie marzył w moich najbardziej optymistycznych snach. Widziałem kiedyś wszystkie niemieckie okręty zgromadzone w kilońskim porcie. Widziałem także francuskie pancerniki w Breście. I w końcu często oglądałem nasze własne okręty na przeglądach przed cesarzem, ale nigdy nie widziałem w najgłębszym pokoju tyle okrętów zakotwiczonych w odległości od 500 do 1000 jardów jeden od drugiego. Flota wojenna musi zawsze czuwać, bo nie można wykluczyć niespodziewanego ataku. Ale ten obraz tu w dole był trudny do pojęcia". Zaczyna się prawdziwa "rzeź" amerykańskiej floty - pięć pancerników zostaje zatopionych, ciężko uszkodzone są zaś trzy krążowniki, trzy niszczyciele, jeden warsztatowiec i jeden transportowiec. Giną 2403 osoby a 1178 zostaje rannych. W Pearl Harbor nie było zaś głównego celu japońskiego ataku - amerykańskich lotniskowców, gdyż wcześniej zostały stamtąd wyprowadzone (Amerykanie spodziewali się japońskiego ataku, a wręcz starali się Japończyków do niego zmusić, aby mieć powód by wejść do II Wojny Światowej, Pearl Harbor dla administracji prezydenta Roosevelta był więc jedynie przynętą).




Nazajutrz po japońskim ataku, wszystkie państwa alianckie, zjednoczone w wojnie z hitlerowskimi Niemcami i Włochami Mussoliniego - wypowiadają wojnę Cesarstwu Japonii. Wszystkie, prócz... Polski. Największe państwa koalicji zachodniej (atlantyckiej) - Stany Zjednoczone i Wielka Brytania nie potrafią pojąć jak to możliwe. Polska, która zawsze pierwsza wyrywała się do walki, teraz pozostaje bierna, więcej stwarza niebezpieczny precedens, który mógłby zostać wykorzystany przez wrogów w celu rozbicia jedności koalicji. Okazuje się bowiem że blok atlantycki (antyhitlerowski), nie jest monolitem, że można go rozbić, chociażby w kwestii zdefiniowania kto jest wrogiem a kto przyjacielem, dla poszczególnych jego członków. W tej sprawie szczególnie mocno na polski rząd na uchodźstwie w Londynie naciskają Brytyjczycy. W końcu rząd polski ulega i 11 grudnia Rzeczpospolita Polska oficjalnie wypowiada wojnę Cesarstwu Japonii (notabene była to jedyna deklaracja wojenna w historii Polski od 1918 r.). No nareszcie, myślą sobie politycy w Waszyngtonie i Londynie, zniknął niebezpieczny precedens który mógłby zostać wykorzystany do rozbicia koalicji sprzymierzonych. Niestety, okazuje się że wypowiedzenie wojny Japonii przez Polskę wcale nie rozwiązuje sprawy, bowiem ... Japończycy nie przyjmują tej deklaracji.

Japoński premier, admirał Hideki Tojo stwierdza bez ogródek że on (w imieniu rządu "Cesarstwa Wielkiej Japonii" - jak brzmiała wówczas oficjalnie nazwa tego państwa), nie przyjmuje w ogóle tej polskiej deklaracji, gdyż zdaje sobie sprawę że Polacy zostali do tego kroku zmuszeni przez Brytyjczyków. Następnie dodaje, że Naród Polski, sam walczący o swą wolność (z dwoma agresorami), budzi w Japończykach podziw za swą nieugiętość i męstwo. Japonia nie widzi więc jakiegokolwiek powodu by pozostawać z Polską w stanie wojny. To był szok dla Amerykanów, Brytyjczyków, Francuzów a także innych członków zachodniej koalicji alianckiej. Nie potrafili bowiem zrozumieć jak można... nie przyjąć deklaracji wypowiedzenia wojny, a tak właśnie się stało - Japończycy nie tylko nie chcieli walczyć z Polakami, ale nawet nie uważali że (przynajmniej formalnie), są z nami w stanie wojny. Rzecz wprost nie do pomyślenia. Postanowiono więc zmienić tę niefortunną (głównie dla państw anglojęzycznych) sytuację. Powstał plan przeniesienia polskiego krążownika ORP "Dragon" z Atlantyku na Pacyfik, do ubezpieczenia tam działań amerykańskich wojsk. Nic jednak z tego nie wyszło, gdyż załoga "Dragona"... odmówiła "pójścia na Japończyków". Oczywiście nie oficjalnie, ale zaczęły się pomruki i niezadowolenie wśród polskich marynarzy, zaczęły się też podnosić głosy że deklaracja wojny z Japonią, powinna być ostatnim krokiem Polski w tej sprawie, podtrzymujemy jedność bloku atlantyckiego i wszystko, dalej już ani nie możemy, ani też nie chcemy się posunąć. 

Zresztą państwo które wspólnie z Niemcami napadło na nasz kraj - Związek Sowiecki, jest uznawany przez Amerykanów i Brytyjczyków za sojusznika. My w tej wojnie walczymy przeciwko dwóm wrogom - Niemcom i Sowietom, bo już nawet nie przeciwko Włochom, a co dopiero mówić o Japończykach, z którymi wiążą nas bardzo bliskie stosunki. Japończycy uważali bowiem Polaków za "naród samurajów" (jak określił Naród Polski - Inazo Nitobe, japoński pisarz, który w 1910 r. zadedykował swoją książkę "Bushido" właśnie Polsce, której notabene nie było wówczas na mapach). Notabene, tylko wśród dwóch narodów świata pojawili się żołnierze-ochotnicy-kamikadze (nie licząc oczywiście muzułmańskich szuszfoli spod znaku Allaha, którzy wysadzają się w miejscach publicznych, bo im wmówiono że po śmierci będą mogli chędożyć kilkadziesiąt dziewic w raju, który już, już na nich czeka). Tymi krajami była właśnie Japonia i Polska. W 1939 r. bowiem Dowództwo Obrony Wybrzeża musiało zmagać się w ogromną ilością podań obywateli o możliwość uczestnictwa w samobójczych atakach na niemieckie okręty wojenne na Bałtyku w charakterze żywych torped. Ludzie ci byli bowiem tak zdeterminowani, że chcieli poświęcić własne życie w obronie zagrożonej Niepodległości państwa, które z takimi trudami odrodziło się ponownie dwadzieścia lat wcześniej. Dowództwo jednak nie zdecydowało się na przyjęcie tych ludzi do służy i skierowanie ich na akcje samobójcze, co niestety dla wielu z nich już po rozpoczęciu niemieckiej okupacji było związane z wyrokiem śmierci (po długich torturach), gdyż Niemcy na Pomorzu szczególnie intensywnie poszukiwali właśnie tych, którzy w lipcu i sierpniu 1939 r. zapragnęli poświęcić swoje życie w obronie Polski. Podobnie postępowali Japończycy w walce z Amerykanami na Pacyfiku.

Wzajemna współpraca polsko-japońska trwała nadal (nawet po owej komicznej deklaracji wojny), a wywiady Armii Krajowej i Kempetai wymieniały się informacjami wywiadowczymi (zresztą to właśnie Polacy stworzyli nowoczesny wywiad japoński), a współpraca ta była tak bliska, że w 1936 r. szef Referatu "Wschód" Oddziału II Sztagu Głównego Wojska Polskiego - kapitan Jerzy Niezbrzycki, na odprawie służbowej informował swoich podwładnych że współpraca z Japończykami: "musi być nacechowana zawsze 100-procentową lojalnością". Japończycy też swoiście pokochali Polskę (i to dosłownie). Wielką popularnością w latach 20-tych i 30-tych w Japonii cieszyła się polska muzyka (szczególnie Chopin), oraz język polski (jedną z japońskich pieśni z czasów I i II Wojny Światowej, była pieśń o Polsce). Podobnie, gdy po 17 września 1939 r. do Rumunii ewakuowali się polscy żołnierze i politycy, Japończycy jako jedyni oferowali im swą pomoc (głównie chodziło o oficerów). Gdy Polacy tworzyli ruch oporu przeciwko Hitlerowi i nazistom w Niemczech oraz przeciwko Niemcom we... Francji (wkrótce o tym napiszę, ale ciekawe są tu również słowa jednego z najlepszych agentów w historii - majora Michała Rybikowskiego, który w końcu 1939 r. przedostawszy się do Francji, stwierdził w swych raportach: "Nigdzie nie wyczuwało się chęci walki lub stawienia oporu"), postanowiono również rozpocząć zakładanie siatki wywiadowczej w Szwecji i w krajach bałtyckich. I to właśnie tamtejszy polski wywiad był współfinansowany z ambasady Japonii w Sztokholmie.

W okresie międzywojennym stosunki polsko-japońskie były wręcz wyśmienite, a Japończyków zaczęli Polacy traktować podobnie jak Węgrów - czyli jako swoich "genetycznych przyjaciół". Ale może nie powinno nas to dziwić, gdy stwierdzimy że język japoński i język węgierski... właściwie niewiele się od siebie różnią. Stwierdził to polski prof. Benon Szałek (poliglota znający 20 języków), który odkrył niesamowite podobieństwa pomiędzy językami: japońskim i węgierskim. I tak oto np. "rozpalać ogień" - to po japońsku: "hi suru", a po węgiersku: "hev surol", "czas" po japońsku to: "koro", a po węgiersku: "kor" i dalej można by wymieniać: "wszyscy" - japoński: "mina", węgierski: "mind", "inicjować" - japoński: "okosu", węgierski: "okoz", "pobliże" japoński: "hotori" węgierski: "hatar" itd. Wygląda więc na to, że przodkowie Węgrów przybyli do Europy z azjatyckich stepów, gdzie musieli się stykać z przodkami dzisiejszych Japończyków, zamieszkującymi tereny Syberii. Stąd zapewne wzięły się zapożyczenia językowe (ale co ciekawe, język japoński jest praktycznie tożsamy również z językami: tamilskim i baskijskim - też ciekawa zagwozdka, choć prof. Szałek twierdzi że zapożyczenia językowe tak różnych od siebie ludów, najprawdopodobniej wzięły się stąd, że niegdyś, co najmniej 20 tys. lat temu owe narody żyły pod władzą jednego, wielkiego imperium azjatyckiego, które wymuszało jedność - w tym również językową. Ciekawe prawda, jakie to imperium mogło istnieć na terenach azjatyckich?).


CDN.
 

"BUSHIDO" 1910 - Z DZIEJÓW STOSUNKÓW POLSKO-JAPOŃSKICH - Cz. I

"NIE LUBIĘ RUSKICH, 
BO ODEBRALI NAM LWÓW I KURYLE"


NA SAMYM POCZĄTKU, CHCIAŁBYM OD RAZU WYRAZIĆ DOZGONNĄ WDZIĘCZNOŚĆ I WIELKIE PODZIĘKOWANIE JAPOŃSKIM LEKARZOM I PIELĘGNIARKOM, KTÓRE W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ RATOWAŁY OD ŚMIERCI WYGŁODZONE I PRZEMARZNIĘTE POLSKIE DZIECI, KTÓRE PO 17 WRZEŚNIA 1939 r. PRZESZŁY PRZEZ PIEKŁO SOWIECKICH ŁAGRÓW I DOMÓW DZIECKA

NIEKTÓRYM Z TYCH DZIECI UDAŁO SIĘ PRZEDOSTAĆ (PRZETRANSPORTOWAĆ), DO JAPONII, A TAM, GDYBY NIE OPIEKA I POŚWIĘCENIE JAPOŃCZYKÓW, DZIECI TE NIE PRZEŻYŁYBY POWROTU DO SWYCH RODZIN.

DLATEGO TEŻ Z MOJEJ STRONY SKŁADAM OGROMNE WYRAZY WDZIĘCZNOŚCI NARODOWI 
DZIELNYCH SAMURAJÓW





A TERAZ MAŁA HISTORYCZNA OPOWIASTKA:


Japonia była jedynym państwem, któremu Polska wypowiedziała wojnę w XX wieku. JEDYNYM. A mimo to, noty wypowiedzenia wojny "Cesarstwu Wielkiej Japonii" (jak oficjalnie brzmiała wówczas nazwa tego kraju), przez "Najjaśniejszą Rzeczpospolitą Polskę" (jak nadal brzmi oficjalna nazwa naszego kraju) - rzad Japonii... nie przyjął, nie chciał nawet o tym słyszeć i przez cały okres II Wojny Światowej kontakty polsko-japońskie odbywały się bez przeszkód, tak jakby pomiędzy naszymi krajami panował nieustanny pokój. Nasze wywiady mocno ze sobą współpracowały na wielu płaszczyznach (np. wywiad Armii Krajowej przekazywał Japończykom zdobyte wiadomości na temat Sowietów, zaś oni nam na temat ich ówczesnych sojuszników - Niemiec). 

A zaczęło się to jeszcze od pamiętnej wyprawy Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego do Tokio w lipcu 1904 r. Najpierw Józef Piłsudski z towarzyszącym mu Tytusem Filipowiczem odpłynęli na statku "Campania" z Liverpoolu do Nowego Jorku. Z Nowego Jorku rozpoczęli swą podróż przez Stany Zjednoczone, aż dotarli do San Francisco na Zachodnim Wybrzeżu. Stamtąd 22 czerwca wypłynęli do Jokohamy. To właśnie na tym statku, Józef Piłsudski opracował swój memoriał w sprawie polskiej do rządu Jego Cesarskiej Mości, w którym stwierdzał że "Rosja jest więzieniem dla wielu narodów" i wówczas to ogłosił swój plan przyszłych działań politycznych, który przejdzie do historii pod nazwą koncepcji "Międzymorza", a brzmiał on w prostych słowach tak:


"ROSJĘ NALEŻY RWAĆ PO SZWACH NARODOWYCH"


Gdy w początkach lipca, Piłsudski i Filipowicz dotarli do Tokio, dowiedzieli się wówczas o obecności w Japonii Romana Dmowskiego, który przyjechał tutaj... przeciwdziałać planom Piłsudskiego i przekonywać Japończyków o nie udzielaniu pomocy Polakom w walce z Rosją. Obaj panowie spotkawszy się, zaczęli wymieniać poglądy i przekonywać się do swoich racji. Jak mogła wyglądać ta rozmowa? Znając temperament i poglądy obu panów, można wręcz pokusić się o jej rekonstrukcję, na przykład tak:




Piłsudski krzyknął w stronę Dmowskiego: "Toż to skrajne skurwysyństwo! Chcecie wiecznie siedzieć w wychodku, byle tylko na ścianie sracza car zawiesił wam konfederatkę i ryngraf!", Dmowski odpowiadał: "A wy co, chcecie kolejnej rzezi jak w 1863 r.? Chcecie wysłać polski lud na rosyjskie armaty! Co niby tym osiągniecie? Będziemy narodem bez elit, będą nami rządzili Szwaby i żydowscy fabrykanci. To wasze powstanie to jakaś popieprzona fantasmagoria", na to Piłsudski: "Tak, zawsze tylko naaaród na waszych ustach, naród to, naród tamto, a tak naprawdę to jesteście grupą zafajdanych adwokatów, sklepikarzy i pieprzonych tchórzy - wszystko byle tylko nie działać, boicie się działania. Wiem jak sobie pogrywacie z Michalskim i ze Skarbem Narodowym w Szwajcarii. Łżesz mu jak bura suka, że rewolucję robi 100 Żydów, więźniów kryminalnych i wariatów wypuszczonych celowo przez carat z więzień".

Tej całej nerwowej rozmowie (która oczywiście przebiegała zupełnie inaczej, gdyż obaj panowie stosowali zasady savoir-vivrea i szanowali się wzajemnie, zatem rozmowa przebiegała w sposób jak najbardziej kulturalny) i gestykulacji przyglądali się z pewnego oddalenia dwaj japońscy oficerowie - gen. Murata Tsunewoshi i gen. Akashi Motojiro. Musieli mieć niezły ubaw, przyglądając się wyczynom dwóch dziwnych jegomościów z odległego, nieznanego kraju, którzy posługiwali się dziwnym, świszczącym językiem. Wreszcie jeden z nich, podszedł do owych mężczyzn i zaproponował rozrywkę. Tajemnicą poliszynela, jest fakt, iż Piłsudski i Dmowski zostali przez owych dwóch japońskich oficerów (nadzorowanych przez Koki Hirotę - urzędnika japońskiego MSZ), zaproszeni na sake do ekskluzywnego klubu, w którym piękne japońskie masażystki, wykonały im masaż pleców. W każdym razie obaj panowie już więcej nie wchodzili sobie w drogę podczas tej całej "japońskiej podróży".


NO CÓŻ ... KULTURA ŁAGODZI OBYCZAJE
😉




PIERWSZE SPOTKANIE JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO 
Z MARIĄ JUSZKIEWICZOWĄ (Jego pierwszą żoną) I ROMANEM DMOWSKIM
(lata 90-te XIX wieku)



CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...