WYŚWIETLENIA

06 września 2026

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XVII

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. XIII






POWRÓT DO MANISY
Cz. I



 Wracając ponownie na tron osmański (wrzesień 1446 r.) po swoich dwuletnich wakacjach w Manisie, sułtan Murad II wziął się ostro do pracy. Z końcem października 1446 r. wysłał do Wenecji tekst podpisanego przez siebie traktatu polityczno-handlowego (zawartego osiem miesięcy wcześniej jeszcze przez jego syna Mehmeda), co oznaczało że układ ten wszedł wówczas w życie. Ze strony Wenecji i Węgier na razie nie groziło żadne niebezpieczeństwo, w Anatolii też panował spokój. Jedynym miejscem który wówczas spędzał sen z powiek Murada II była Grecja, a szczególnie rządzony przez braci Paleologów (Konstantyna i Tomasza) Peloponez. Konstantyn był człowiekiem niezwykle ambitnym. W 1427 r. w wieku 23 lat przyjechał (na rozkaz swego najstarszego brata, cesarza bizantyjskiego Jana VIII Paleologa) do starszego od siebie brata Teodora na Peloponez, aby pomóc mu w powiększeniu tego władztwa kosztem francuskich posiadłości w Grecji. Teodor (władający wówczas Peloponezem od 1407 roku, czyli od chwili gdy był jeszcze dzieckiem), zamyślał w tamtym czasie o wycofaniu się z polityki i wstąpieniu do klasztoru, ale ostatecznie porzucił te plany i widząc ambicję swego młodszego brata, szybko popadł z nim w konflikt o władzę nad tą despotią. Ten konflikt pomiędzy braćmi trwał ponad 15 lat, gdyż Teodor nie zamierzał dzielić się z bratem władzą nad Moreą (Peloponezem) i choć na ogół Teodor był człowiekiem spokojnym (do tego bardzo dobrym matematykiem i często wolał swoje obliczenia niż realne władanie krajem), to jednak miewał przypływy energii, w czasie których jego ambicja sięgała tronu cesarskiego w Konstantynopolu. Umacniała go w tym przekonaniu jego małżonka (poślubiona w 1421 r.), włoska księżniczka Cleopa Malatesta (z którą miał tylko jedno dziecko, córkę Helenę, urodzoną w 1428 r.). Cleopa zmarła jednak w roku 1433 i od tego czasu Teodor popadał w zniechęcenie, które coraz rzadziej ustępowało pod wpływem ambicji Konstantyna. Ostatecznie, gdy do Mistry (stolicy Morei) zaczęły napływać informacje o chorobie cesarza Jana VIII (podagra) i ewentualnej jego śmierci, stosunki pomiędzy Teodorem a Konstantynem zaczęły się poprawiać. Tym bardziej że Teodor ostatecznie zrezygnował z władztwa nad Moreą i przekazał ją swemu młodszemu bratu, a sam wyjechał do Selymbrii (miasta nieopodal Konstantynopola), gdzie zamierzał oczekiwać informacji o śmierci Jana VIII, aby tym samym mógł zająć jego miejsce (1443 r.).

Teraz Peloponezem władało dwóch braci - Konstantyn i najmłodszy z Paleologów - Tomasz (który był całkowicie oddany i posłuszny swemu starszemu bratu). Jeszcze nim w 1444 r. ruszyła wyprawa króla Władysława I (III) Jagiellończyka (zakończona klęską pod Warną), Konstantyn postanowił uderzyć na sojuszników sułtana w Helladzie, i tak jeszcze w tym samym 1444 wyruszył przeciwko księciu Aten - Nerio II Acciaiuoli (lennikowi sułtana). Zdobył Teby i Liwadię oraz podszedł pod same Ateny, gdzie wymusił na Nerio podpisanie pokoju, na mocy którego to właśnie on, Konstantyn (a nie Murad) stawał się suwerenem księcia Aten, który na żądanie Paleologa miał odtąd dostarczać wojska i płacić narzucony trybut. Co prawda ten akt poddania Aten Sparcie (Konstantyn władał Peloponezem czyli dawnym spartańskim krajem) nie trwał długo, gdyż już po zwycięstwie pod Warną, Nerio II wysłał do Murada list, w którym kajał się za podporządkowanie Konstantynowi i prosił aby sułtan ponownie zechciał przyjąć go do roli swego lennika (oczywiście wysłał Mehmedowi bogate upominki). Konstantyn za karę za to odstępstwo w 1445 r. ponownie najechał Attykę, ale operująca w Tebajdzie armia bega Tesalii - Omera (poddanego sułtana), zmusiła go do odwrotu. W roku 1446 Konstantyn planował dalszą ekspansję w Grecji, ale postanowił być bardziej ostrożny i z chwilą powrotu na osmański tron Murada II wysłał do niego list, w którym proponował utrzymanie wszystkich umocnień heksamilionu (fortyfikacji łączących północną Grecję z Peloponezem na Istmie korynckim), oddanie mu dominacji nad całą Grecją aż po Termopile, oraz oczywiście całkowitą niezależność królestwa Morei od sułtana. Murad II, gdy poseł Konstantyna przekazał mu owe propozycje (a w zasadzie żądania) swego pana, wpadł w taki gniew, że dobył swego miecza i osobiście zamierzał zabić nieszczęsnego dyplomatę. Powstrzymał się z tym jednak i nakazał zakuć go w kajdany oraz wtrącić do lochu, a sam rozpoczął przygotowania do inwazji na Moreę. Sułtan opuścił Adrianopol jeszcze z końcem października 1446 r. czyli zaledwie miesiąc po swoim powrocie do stolicy. Jego gniew na Konstantyna był tak wielki, iż z trudem udawało mu się go ukryć (niestety za ową butę Paleologa zapłacą zwykli ludzie, co jest normalne dla polityków i władców, którzy lekką ręką poświęcają życie swoich poddanych i obywateli, żeby tylko utrzymać władzę, wpływy i pieniądze).




Konstantyn - ufny w umocnienia heksamilionu i wąski past Istmu (gdzie już od starożytności zaledwie garstka obrońców mogła powstrzymać całą armię), zdawał się być w dobrym nastroju i pewny swego. Zapomniał jednak że to już nie są czasy hoplitów i wojen grecko-perskich, teraz świat poszedł do przodu, pojawiły się armaty, broń palna a nawet miny (czyli proch, który można było umieścić w wykopanych dołach aby wysadzić w powietrze nawet najlepsze fortyfikacje). A Murad II wiódł ze sobą wiele armat i już 10 listopada stanął pod murami heksemilionu na Istmie (co pokazuje z jaką szybkością poruszał się na południe). Ostrzał artyleryjski trwał tylko 3 dni i już zaczęły robić się wyłomy, przez które wdzierali się janczarzy, ale obrońcy Morei dokonywali wręcz cudów heroizmu, zmuszając Osmanów do wycofania się i zdając sobie sprawę że jeśli mury heksamilionu padną, to nic ich już nie uratuje. 10 grudnia Murad II rozpoczął szturm generalny który osiągnął cel, obrońcy (wykrwawieni i wyczerpani w ciężkich bojach) nie byli już w stanie zatrzymać kolejnych fal wdzierających się osmańskich wojowników. Wybuchła panika, każdy ratował się teraz na własną rękę, bo tych, którzy wpadli w ręce janczarów, czekał żałosny los. Obóz grecki został zdobyty, ci, spośród obrońców którzy dostali się do niewoli - jeśli mieli szczęście - mogli zostać sprzedani jako niewolnicy (i to tylko jeśli mieli szczęście, z reguły bowiem mordowano ich w sposób niezwykle okrutny). Murad II mścił się na schwytanych obrońcach Morei, ponoć specjalnie wykupił od swych janczarów 600 wziętych przez nich do niewoli greckich żołnierzy, aby następnie skazać ich publicznie na śmierć w krwawej ofierze za duszę swego ojca Mehmeda I. Uciekający obrońcy Morei siali jeszcze większą panikę wśród mieszkańców Peloponezu, starając się znaleźć jakąkolwiek kryjówkę, aby tylko nie zostać wytropionym i zabitym, ale takich miejsc praktycznie nie było. Sułtan ogłosił że każdy kto się podda, ocali życie, ale bardzo szybko okazało się że to jest kłamstwo, bowiem ci, którzy ujawnili się i poddali, szybko zostali okrutnie zamordowani. Nie było litości, Murad mścił się na zwykłych żołnierzach i mieszkańcach Morei za butę Konstantyna, a ten (również przerażony) dotarł do Lakonii, skąd z całym swym majątkiem i rodziną planował uciec z Peloponezu. Murad II wysłał Omera aby mu to uniemożliwić, pochwycić go i dostarczyć żywego lub martwego.




Murad zajmował kolejne miasta Korynt, Sykion i Wostitsę (które były całkowicie wyludnione, gdyż ludność miejska w wielkiej trwodze uciekła stamtąd nim przybyli Osmanie). Drogi Morei pokryły się uchodźcami z miast i wsi, którzy uciekali ku morzu, a w zasadzie ku emporiom weneckim, gdyż tam tylko można było znaleźć schronienie i ocalić życie (Wenecja bowiem miała zawarty z sułtanem traktat pokojowy), tylko czy Wenecjanie będą chcieli się narażać sułtanowi i wpuszczać do swych miast niekontrolowane liczby biednych, wyczerpanych, chorych i głodnych ludzi. Część miast przyjęła tylko niewielką ich liczbę, inne zaś w ogóle nie otworzyły swych bram (często też dochodziło tam do dantejskich scen, gdzie rodzice prosili aby chociaż przyjąć dzieci), szybko też okazało się że jedyna szansa, to dotrzeć do Lepanto, dużego miasta handlowego gdzie można było uzyskać schronienie i strawę, tam jeszcze nie zamknięto bram. Jednak gdy mieszkańcy Patras przybyli pod mury Lepanto, okazało się że miasto już nie przyjmuje nikogo, jest bowiem przepełnione uchodźcami z okolicznych obszarów (przyjęcie takiej ilości ludzi stwarzało olbrzymie zagrożenie, przede wszystkim trzeba było tych ludzi wykarmić, a przecież skąd wziąć na to środki, a poza tym, jeśli by pomarli w murach, mogliby spowodować wybuch jakimś epidemii która pociągnęłaby za sobą olbrzymią śmiertelność wśród mieszkańców miasta, a wszelkich epidemii bano się wówczas szczególnie, nawet bardziej niż wojen i zniszczeń. Warto bowiem pamiętać że od końca wieku XV w Europie Zachodniej w obawie przed wybuchem epidemii zamknięto wszystkie dotychczasowe łaźnie, gdyż lekarze twierdzili że częste mycie powoduje otwarcie porów na skórze, a to ułatwia przeniknięcie zarazy i większą śmiertelność. Tak więc począwszy od wieku XVI a szczególnie w wieku XVII i pierwszej połowie wieku XVIII mamy doczynienia z epoką brudu w Europie Zachodniej, gdyż w obawie przed zarazą ludzie myli się bardzo rzadko - np. królowa Elżbieta I kąpała się raz w miesiącu i uważała że jest wielką czyściochą - ale za to przynajmniej często zmieniano odzież wierzchnią. Trzeba też powiedzieć że u nas w Rzeczpospolitej, w Carstwie Moskiewskim i w Imperium Osmańskim było w tym czasie zupełnie inaczej. Tam łaźnie były czymś naturalnym, w Polsce np. prawie każdy dworek szlachecki miał własną łaźnię, a codzienne mycie się było bardzo popularne, podobnie rzecz się miała w Rosji, na Węgrzech i w Turcji, a także poniekąd w krajach skandynawskich.




 Niestety ta tradycja czystości ustępowała w naszym kraju wraz z utratą państwowości, tak jakby wraz z utratą niepodległej Ojczyzny Polacy coraz bardziej obrastali brudem, podczas gdy w Europie Zachodniej znowu odkryto mydło, wanny i łaźnie. W drugiej połowie wieku XVIII a także w wieku XIX stanowiło to poważny problem, szczególnie na wsiach. Duży był też strach przed wizytą lekarza na wsi, gdyż lekarz zabierał chore dzieci do szpitala, a to z reguły traktowano jako zapowiedź ich śmierci - poza tym lekarz był drogi, co oznaczało że wielu chłopów nie było na niego stać, nawet jeśli przyjeżdżał tam sam, na badania - poza tym lekarze nakazywali częste mycie, co również traktowano jako coś nienormalnego. Zobaczcie jak to wszystko potrafi się zmienić, Polacy od najdawniejszych czasów byli jednymi z najbardziej czystych Narodów Europy, ale wraz z utratą Ojczyzny przyszło jakieś zaciemnienie umysłów i ludziom odechciało się myć. Dopiero z końcem wieku XIX zaczęto ponownie odmieniać tę trend). 




Konstantyn, jego brat, małżonka i najbliżsi współpracownicy liczyli na przysłanie weneckich okrętów, które zabiorą ich z Peloponezu, ale nic takiego nie nastąpiło. Co prawda Omer nie zdołał ich pochwycić, ale nie byli również w stanie opuścić Morei drogą morską (a tylko taka była jeszcze możliwa). Ostatecznie Konstantyn i Tomasz wysłali do Murada swego posła, godząc się na wszystkie sułtańskie warunki, łącznie z opłaceniem pokaźnego trybutu i zostaniem sułtańskim lennikiem, w zamian prosili tylko o możliwość dalszego sprawowania władzy nad Moreą (teraz oczywiście w imieniu samego sułtana). Muradowi dawno przeszła złość, z jaką przybył do Grecji, tym bardziej że obładowany licznymi łupami i wziętymi w jasyr ludźmi (sam Murad zawiózł do Teb 60 000 mieszkańców Morei, nie licząc tych, którzy wpadli w ręce jego żołnierzy, a ponoć było ich tak dużo, głównie kobiet, że janczarzy po drodze sprzedawali kobiety i dziewczęta okolicznym nabywcom za jedyne 300 asprów, czyli w przeliczeniu dosłownie za grosze, co oznaczało że tego jasyru mieli tak dużo, że nie byli w stanie wszystkich upilnować, dlatego też woleli sprzedać owe kobiety znacznie poniżej ceny oficjalnej wartości niewolnika, jak pozwolić im uciec), uznał sułtan że dopiął swego i zgodził się na propozycję obu Paleologów. Konstantyn i Tomasz władali teraz wyludnionym, zniszczonym i rozgrabionym krajem, ze zdemoralizowaną szlachtą, zniszczonymi miastami i utraconą suwerennością. Despotes Konstantyn starał się być dobrym władcą, łagodnym i niezbyt autorytarnym (co było rzadkością w tamtych czasach), kierował się bowiem zasadami swego przyjaciela i mędrca, greckiego filozofa Gemistosa Plethona, ale ostatecznie wszystko to zakończyło się katastrofą w postaci osmańskiej inwazji.




Była już wczesna wiosna roku 1447, gdy sułtan Murad powrócił do Adrianopola. Wiódł ze sobą liczne łupy, ale tak naprawdę największą zdobyczą zawsze byli ludzie, których następnie zamieniano w niewolników, szczególnie zaś kobiety - które natychmiast trafiały do sułtańskiego haremu. Sułtan wolał piękne, młode kobiety nawet od kilogramów złota, szczególnie gustował w młodych 15-letnich pannach. Oczywiście natychmiast następowała selekcja i zaliczanie owych dziewcząt do jednej z grup. Pierwszą grupę stanowiły młode, zdrowe dziewczyny, które nie musiały być ładne, gdyż przeznaczano je do prac w haremie (musiały jednak spełniać pewne warunki, np. mieć pełne uzębienie, żadnych krost na twarzy i rękach itd.). W drugiej grupie mieściły się młode dziewczynki 5/15-letnie), które najpierw miały być uczone języka, alfabetu i oczywiście musiały przyjąć islam, a następnie bogate Turczynki (które zarabiały pokaźne pieniądze na handlu takimi dziewczynami), uczyły je jak zadowolić mężczyznę, a dopiero potem (często po latach) trafiały do sułtańskiego haremu. Najdroższe były dziewczyny i kobiety trafiające do grupy trzeciej, gdzie należało spełniać określone warunki (uroda, kobiecość, seksapil, brak widocznych skaz, oczywiście pełne uzębienie i brak wszelkich chorób, bowiem nawet chrapanie w nocy eliminowało taką dziewczynę z grona potencjalnych sułtańskich faworyt i wówczas trafiała do służby, albo była sprzedawana na targu w Konstantynopolu). Do trzeciej grupy praktycznie nigdy nie trafiały kobiety o ciemnej karnacji, murzynki zaś prawie zawsze były przeznaczone do roli służby haremowej, a często traktowano je wręcz jak żywe przedmioty (służyły na przykład do bicia dla dzieci sułtana, gdy te chciały się na kimś wyżyć). Najwyżej cenione były dziewczęta o jaśniebiałej cerze, szczególnie mieszkanki krajów Północy, a wśród nich najbardziej popularne były... Polki i Francuzki (jak bowiem pisał osmański poeta Enderumi Fazuli: "Wszystkie kobiety nic nie znaczą wobec Polek. Spojrzenie ich roznieca nawet w sercu pustelnika płomień żądzy, a sploty włosów stają się dla niego przepaską, zamiast pustelniczego pasa. Niewiasty Lechistanu to istoty całkiem wyjątkowe: lica ich piękne jak róża, kibić wyniosła jak cyprys; kiedy idą, postawa ich pełna wdzięku, kiedy mówią - usta ich pełne słodyczy. Każda z nich w sztuce kochania jest mistrzynią. Duszę swą oddaje przyjacielowi, którego pozyskała dla siebie").




Po przeprowadzeniu tej kampanii sułtan Murad ponownie przez kolejny rok oddał się cielesnym rozkoszom (brak jakichkolwiek wzmianek o jego jakiejkolwiek politycznej czy militarnej aktywności, tym bardziej że nasprowadzał sobie tyle młodych dziewczyn, że miał w kim wybierać i zapewne nie chciało mu się już nic więcej, gdy nocami toczył swoje łóżkowe boje 🥴). Ale przenieśmy się do Manisy, w której to na ponowne życzenie ojca przebywał młody 15-letni Mehmed Celebi. On również miał swój własny harem i wypatrzył tam jedną z dziewcząt o imieniu Gulbahar. Była to niewolnica rodem prawdopodobnie z Albanii (chociaż twierdzono również że była uprowadzoną do niewoli córką króla Francji Karola VII). Młody Mehmed zakochał się w niej po uszy i uczynił ją swoją faworytą. Bardzo często spędzał czas w jej towarzystwie, pozwolił jej również posiadać własne pieniądze i kupować za nie suknie oraz biżuterię. Sama decydowała w co się ubierze, a także otrzymała kilka dziewcząt z haremu jako swoje służące. W czasie gdy Mehmed przebywał w Manisie, zapatrzony był w Gulbahar niczym w lustro i żadna inna kobieta nie była w stanie zyskać jego uwagi. Już w maju 1447 r. ta młoda dziewczyna poinformowała swego pana (jakim bez wątpienia był dla niej Mehmed) że jest w błogosławionym stanie i spodziewa się narodzin syna. To jeszcze bardziej przybliżyło Mehmeda do Gulbahar i wydawało się jakoby szczęściu tej dwójki nic nie zagrozi. Los jednak lubi płatać nam figle i nasze pierwotne wybory często potem muszą ustąpić różnym zaistniałym dziwnym sytuacjom (aczkolwiek pamiętajmy że nigdy nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, czasem jeśli nam się wydaje że coś idzie nam nie tak jak zaplanowaliśmy, że piętrzą się kłopoty i tak dalej, to może właśnie to jest dobre, bo wybór jaki podjęliśmy być może nie był dla nas korzystny na dłuższą metę. Ja przynajmniej miałem kilka takich sytuacji w życiu, gdzie wydawało mi się że los rzuca mi kłody pod nogi i przeszkadza w moim wyborze, który sam wybrałem. A potem się okazywało, że ten wybór wcale nie był dla mnie taki dobry, że zejście z tej drogi okazało się ostatecznie dla mnie bardzo korzystne), ale na razie nie wyprzedzajmy faktów. 


CDN.
 

04 września 2026

WIELKA HISTORIA SEKSU - Cz. IV

OD CZASÓW STAROŻYTNYCH 
PO NAM WSPÓŁCZESNE





STAROŻYTNA BABILONIA I ASYRIA
(ok. 3 000 r. p.n.e. - ok. 550 r. p.n.e.)



"NIEWIDZIALNE KOBIETY"


"URARTYJCZYCY... WIELCE LĘKAJĄ SIĘ KRÓLA, MEGO PANA. 
DRŻĄ I MILCZĄ JAK KOBIETY"

STELA Z NINIWY
VII wiek p.n.e.
(PAŃSTWOWE ARCHIWUM ASYRYJSKIE)




 W Babilonii i Asyrii mamy do czynienia ze zjawiskiem tzw.: "Niewidzialnych kobiet". Nie znaczy to jednak, że kobiety na tych ziemiach nagle znikały, lecz odnosi się do ich statusu w społeczeństwie. Mianowicie "Niewidzialne kobiety" miały być właśnie... niewidzialne, co znaczy całkowicie podporządkowane mężczyźnie (ojcu, mężowi lub synom). Oficjalnie mężczyzna mógł mieć tylko jedną, legalną małżonkę, w praktyce jednak wielu z nich posiadało prawdziwe haremy, złożone zarówno z niewolnic, jak i wolnych kobiet, które żyły z danym mężczyzną w konkubinacie. W każdym momencie mężczyzna z Mezopotamii mógł się rozwieść ze swoją małżonką, jeśli tylko uznał to za właściwe (niekiedy nawet mężczyźni brali sobie - wbrew prawu - dodatkowe żony i żyli z nimi pod jednym dachem). Rozwód nie był wcale najgorszą rzeczą dla kobiety (konieczność powrotu do rodzinnego domu i z reguły utrata jakichkolwiek kontaktów z dziećmi, choć mąż był zobowiązany zwrócić posag, jaki żona wniosła do związku w chwili ślubu), gorzej jeśli mąż uznał, że żona nie wypełnia swoich obowiązków odnośnie opieki nad dziećmi i utrzymania domu, wówczas mógł (przy świadkach) wyrzec się jej jako żony i uczynić... swoją niewolnicą, którą potem na przykład mógł sprzedać do jakiegoś (choćby przyświątynnego) domu publicznego (często czyniono tak właśnie, aby uniknąć oddawania posagu). Natomiast jeśli kobieta nie była w stanie dać mężowi syna, miała obowiązek zapewnić zastępstwo w tej dziedzinie i znaleźć mężowi odpowiednią kandydatkę na matkę zastępczą.

Miesiączka i okres trzydziestu dni po urodzeniu dziecka, był dla kobiety niezwykle ciężki. W tym bowiem czasie uważano ją za osobę nieczystą, a to oznaczało że nikt nie mógł się do niej zbliżyć i ona sama też nie mogła niczego dotykać. Była na ten czas zamykana w jednym z pomieszczeń domowych, a po ustąpieniu miesięcznego krwawienia (przed powrotem na łono rodziny), musiała się oczyścić, biorąc zimną i gorącą kąpiel. Prawo zakazywało też (pod karą śmierci) zbliżania się miesiączkujących kobiet do swych mężów. Mężczyźni sami się tego obawiali, dlatego też woleli zamykać na ten czas swe żony pod kluczem, aby uniknąć "niebezpieczeństwa". A mieli czego się bać, bowiem jeśli mężczyzna dotknął miesiączkującej kobiety (lub jakiejkolwiek "nieczystej" rzeczy, z którą ona miała wcześniej kontakt), to sam stawał się nieczysty (na jeden dzień) i musiał czym prędzej się oczyścić. Jeśli zaś w czasie stosunku lub kontaktu z kobietą "nieczystą" mężczyzna miał wytrysk, stawał się nieczysty na siedem dni (bez względu na "czynności oczyszczające" jakim by się wówczas poddawał). Aborcja była zupełnie zakazana, a jeśli kobieta by się jej poddała, karą za to było wbicie jej na pal (przy czym ciało następnie wywożono za miasto, w odludne tereny i porzucano na pastwę dzikich zwierząt). Aby więc nie doszło do niechcianej ciąży, kobiety stosowały środki złożone z najróżniejszych naparów, płynów i "wkładek antykoncepcyjnych".




Mimo tych wszystkich ograniczeń w kwestiach społecznych (i erotycznych), przetrwały imiona kobiet, które cechowały się albo bystrością umysłu, albo też... niepohamowanym popędem seksualnym. Oczywiście, ponieważ w tamtych czasach dokumentowano głównie poczynania rodzin królewskich, nie należy się dziwić że to właśnie imiona królowych przeszył pod tym względem do historii i zapisały się w ludzkiej pamięci. Jedną z takich postaci była królowa Sammuramat, zwana również (z grecka) Semiramidą. Żyła ona na przełomie IX i VIII wieku p.n.e. a była małżonką króla Asyrii - Szamszi-Adada V (panował w latach 824-811 p.n.e.) i matką króla Adad-Nirari III (panował 811-783 p.n.e.), przy czym ona sama sprawowała rządy regencyjne w imieniu syna od 811 r. p.n.e. do 806 r. p.n.e. (zmarła prawdopodobnie w 792 r. p.n.e. w wieku ok. 60 lat). Sammuramat była córką króla Babilonii - Marduk-zakir-szumi I (panującego w latach ok. 879-852 p.n.e.). Babilonia została uzależniona od Asyrii jeszcze za panowania ojca Szamszi-Adada V - Salmanasara III (panował 858-824 r. p.n.e.) po jego zwycięstwie w bitwie 12 królów pod Karkar (853 r. p.n.e. - z tym że bitwa ta pozostała do końca nierozstrzygnięta, aczkolwiek Asyryjczycy zadali znaczne straty siłom armii sprzymierzonych królestw, aczkolwiek nie zdołali ich pokonać). Ok. roku 824 p.n.e. Marduk-balassu-ikbi (syn i  następca Marduk-zakir-szumi i brat Sammuramat) dopomógł Salmanasarowi w stłumieniu buntu jego syna Aszurdaninapla, co zostało przypieczętowane małżeństwem Szamszi-Adada V z ok. 30-letnią Sammuramat (824 r. p.n.e.). Tak została ona królową Asyrii




Prawdziwą władzę zdobyła jednak dopiero po śmierci męża w 811 r. p.n.e. Wówczas to została ogłoszona regentką w imieniu swego małoletniego syna - Adad-nirari III. Sammuramat przeszła do historii właśnie dlatego, że była prawdziwą skandalistką swoich czasów. Po pierwsze - władała krajem bez mężczyzny (syn był niepełnoletni i nie miał wpływu na rządy), niczym prawdziwy król. Dodatkowo często przywdziewała pancerz (specjalnie wyprofilowany) i hełm, oraz wyruszała na czele swych wojsk tłumiąc poszczególne bunty, lub zbierając daniny od opornych lenników. Sprawowała regencję ok. 5 lat, a potem (gdy już jej syn osiągnął pełnoletność i objął rządy) wciąż nieoficjalnie władała krajem zza tronu, aż do swej śmierci ok. 792 r. p.n.e. (niektórzy historycy twierdzą nawet że prawdopodobnie mogła też i sypiać z własnym synem, co zapewne jest już późniejszą nadinterpretacją). Miała mnóstwo kochanków a legendy mówiły że jeśli któryś z nich nie potrafił jej zaspokoić, po wspólnej nocy kazała go wykastrować, a następnie... zakopać żywcem (podejrzewano ją także o otrucie swego męża). Pozostawiła jednak swemu synowi silny i zjednoczony kraj, a jej potomkowie władali Asyrią do 745 r. p.n.e. w którym to roku doszło do buntu i wymordowania rodziny królewskiej przez gubernatora Kalhu - Tiglat-Pilesara III, który koronował się na nowego władcę.



MAŁŻEŃSTWO - RODZINA - SEKSUALNOŚĆ




 Małżeństwo było jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu mieszkańca starożytnej Mezopotamii, choć istniała różnica w pozycji żony i męża. Mężczyźni żenili się bowiem z reguły w wieku już dojrzałym (lub po osiągnięciu wieku męskiego, czyli po ukończeniu dwudziestego roku życia), natomiast kobiety stawały się żonami jeszcze jako nastoletnie dziewczynki (częstokroć wydawano za mąż już 12-letnie dziewczęta, ale to i tak nic w porównaniu z Egiptem, gdzie żonami stawały się nawet 6 lub 7 letnie dziewczęta). Dodatkowo mężczyzna mógł sobie kupić przyszłą żonę (często czyniły tak matki, kupując niewolnice na przyszłe żony dla swych synów, jak to się stało chociażby w przypadku dostojnej pani Nihtesaru, żyjącej w czasach panowania króla Nabuchodonozora II - czyli w VI wieku p.n.e. która zakupiła dla swego syna młodą niewolnicę o imieniu Ninlilhatsine, płacąc za nią 16 srebrnych szekli. W tym celu sporządzony został dokument kupna/sprzedaży - który przetrwał do naszych czasów i stąd wiemy że taka transakcja miała miejsce. Ninlilhatsine początkowo była własnością swej pani, która przygotowywała ją do zamążpójścia z własnym synem - prawdopodobnie ona też nadała jej imię, pod którym ją znamy. Przed samym aktem małżeńskim dziewczyna została wyzwolona, a w spisanym kontrakcie ślubnym przyznano jej status małżonki, mimo że nie była w stanie wnieść własnego posagu - czyli szirku. Tak jednak działo się w wielu przypadkach, gdy albo młodzi mężczyźni, albo ich rodzice - głównie matki - kupowali sobie żony spośród niewolnic, których zarówno w Babilonii jak i Asyrii zawsze było więcej niż niewolników).

W języku staro-babilońskim słowo "mężczyzna" brzmiało "amelu" (było równoznaczne ze słowem "człowiek"), "kobieta" to "sinistu", a "niewolnica" to "amtu". Po wyzwoleniu i zamążpójściu niewolnica staje się kobietą, gdyż wcześniej jest tylko "zwierzęciem w stadzie" - jak mawiali o niewolnikach Babilończycy. Jednak nie ma znaczenia czy kobieta urodziła się wolną czy niewolnicą, gdyż jako żona i tak jest zobowiązana do tolerowania mężowskiej niewierności (mało tego, mąż może utrzymywać oficjalną kochankę, która zamieszkiwać będzie w jego domu pod wspólnym dachem z oficjalną małżonką). Taka kobieta zwana była "esirtu" czyli nałożnica/kochanka. Mężczyzna w Babilonii (jak również w Asyrii) mógł posiadać tylko jedną oficjalną żonę, ale za to miał prawo utrzymywać nawet po kilka nałożnic, które jednak winne były szacunek oficjalnej małżonce. Tylko ona miała prawo do nakrycia głowy chustą, co stanowiło o jej statusie jako kobiety wolnej i zamężnej, esirtu nie ma prawa zakładać chusty na głowę, gdyż jako kochanka i utrzymanka nie jest uważana za kobietę w pełni wolną. Mało tego, oficjalna małżonka może umieścić ją w pokojach służby, a nawet zamienić w osobistą niewolnicę (częstokroć esirtu nosiły przed małżonkami swego kochanka krzesła, gdy żony udawały się np. do świątyni, oraz pełniły obowiązki przy porannej toalecie oficjalnej małżonki). W tym przypadku nie miało żadnego znaczenia czy kobieta, która jest małżonką, była wcześniej niewolnicą, a nałożnica jej męża wolną kobietą - tutaj bowiem te relacje ulegały odwróceniu.




W Babilonii i Asyrii mężczyzna mógł się rozwieść z żoną jeśli uznał że jest nazbyt rozrzutna, bezpłodna lub podejrzewał ją o zdradę. Jeśli udowodniono żonie zdradę, czekała ją zagwarantowana prawnie kara śmierci poprzez publiczne ukamienowanie, ale mąż mógł ocalić żonę, jeśli by wcześniej jej przebaczył, żona zaś nie miała żadnej możliwości rozstać się z mężem, gdyż on był jej opiekunem i panem - dosłownie, częstokroć rozwód był błogosławieństwem dla kobiety gdy mąż się na niego zdecydował, bowiem wcale nie musiał tego robić i zwracać jej darowiznę, zwaną "tirhatu" (zabezpieczającą kobiety przed porzuceniem jej przez męża), zawsze bowiem mógł sprowadzić ją do pozycji niewolnicy - i na to zezwalało mu prawo (ale tylko w sytuacji zdrady lub bezpłodności). Żona była również odpowiedzialna za mężowskie długi (no chyba że przed ślubem zawarto w tej kwestii specjalny zapis). Bezpłodność stanowiła największe nieszczęście dla kobiety z Mezopotamii, nie dość że mąż mógł się z nią rozwieść, to już nikt by jej nie poślubił, a i rodzina nie chciała z reguły przyjąć z powrotem "bezpłodnej", gdyż wówczas wystawiała się na potępienie lokalnej społeczności. Bezpłodna kobieta w zasadzie była na przegranej pozycji w każdej możliwej sytuacji, gdyż nawet jeśli mąż zezwolił jej mieszkać w swoim domu po rozwodzie, to jej pozycja była już podobna do pozycji niewolnicy i teraz to ona musiała służyć kolejnej mężowskiej małżonce, wybranej (lub kupionej) właśnie po to, aby dała mu potomstwo. Jeśli natomiast bezpłodnym okazywał się mąż, nie było to w ogóle komentowane w mezopotamskim społeczeństwie, a panowało raczej współczucie wobec tego, że ów mężczyzna nie pozostawi po sobie własnych dziedziców (szczególnie synów). 

Jeśli jednak mąż nie mógł mieć własnych dzieci, zawsze mógł adoptować dzieci cudze do własnego rodu i zapewnić im dach nad głową, wyżywienie oraz dziedzictwo (pewien kupiec z XV wieku p.n.e. z miasta Kirkut, adoptował wielu synów - głównie z biednych rodzin, zapewniając im równe prawo do dziedziczenia własnego majątku). Ojciec miał całkowite władztwo nad życiem i zdrowiem swych dzieci, był dla nich (jak określają to zapiski) "panem i właścicielem". To ojciec decyduje o ożenkach swych dzieci i o tym, jaką mają oni pełnić rolę w przyszłości. Nie ma mowy o sprzeciwie, matka nie ma żadnych praw w stosunku do swych dzieci, chyba że mąż uzna inaczej. Dzieci zobowiązane są do szacunku i posłuszeństwa rodzicom (szczególnie ojcu) i do pomocy im na starość. Jeśli mężczyzna spłodził dzieci z niewolnicą, były one również niewolnikami (chyba że ojciec je adoptował) dopóki on żył, zyskiwały natomiast automatyczną wolność w chwili śmierci ojca. Wolność zyskiwała wówczas również ich matka (jeśli wcześniej nie została wyzwolona). Zdarzało się jednak że niewolnice dla swych mężów nabywały żony, aby ci nie brali sobie oficjalnych konkubin. O ile mąż mógł kupić i poślubić niewolnicę, wyzwalając ją, o tyle wolna kobieta mogła poślubić niewolnika tylko za zgodą członków własnej rodziny (ojca lub braci). Jeśli nie wnosili oni żadnych zastrzeżeń w tej kwestii, kobieta mogła kupić, wyzwolić i poślubić niewolnika (no chyba że niewolnik należał do innego pana, wówczas musiała również uzyskać jego zgodę na małżeństwo). 




Kupowano również niewolników i niewolnice po to tylko, aby ci płodzili ze sobą nowych niewolników, tym samym powiększając majątek pana i jego potomków. Niektórzy niewolnicy stawali się bardzo majętni i kupowali własnych niewolników, choć ich status wciąż się nie zmienił i sami podlegali swemu panu (żyjący w V wieku p.n.e. - już po podboju Babilonii przez Persję - niewolnik imieniem Ribat, doszedł do takiego majątku, że posiadał ziemię, kilka domów i stawy {które wydzierżawił synom żydowskiego bankiera imieniem Muraszu - jak mówi babilońska inskrypcja z tego okresu}). Obowiązkiem żony i niewolników (którymi zarządzała), było przede wszystkim dbanie o dom i opieka nad swymi dziećmi. Dzień powszedni mieszkańców Babilonii i Asyrii zaczynał się od porannego powitania (z reguły całowano się na dzień dobry, jako symbol podzięki bogom że pozwolili oni spokojnie przetrwać noc). Następnie przystępowano do porannej toalety - załatwiano potrzeby fizjologiczne i myto się (używano nawet mydła, które co prawda nie przypominało dzisiejszego, ale można je tak właśnie nazwać, choć wykonane było ze zmieszanego ze sobą popiołu, oliwy i delikatnej glinki), golono się (te prace w bogatych domach wykonywali specjalnie przyuczeni niewolnicy), następnie ubierano i przystępowano do śniadania. Było ono z reguły dość skromne, a składał się nań głównie chleb (który nie przypominał dzisiejszego, było to raczej ciasto bez skórki, przypominające bardziej placki lub naleśniki niż chleb), który popijano wodą lub napojem palmowym. Następnie udawano się do pracy (rzemieślnik szedł do warsztatu, kupiec na bazar itd.). Po pracy spożywano obiad-kolację, na który składały się z reguły (w bardziej zamożnych domach): ryby, mięso, jarzyny (dynie, ogórki, melony, daktyle etc.), sery, owoce i ciasta (spożywano również gotowaną szarańczę). To wszystko popijano winem, piwem lub napojem palmowym (ewentualnie zwykłą wodą). Po kolacji Babilończycy zaś spędzali czas już wedle własnych upodobań (oczywiście nie wszyscy szli do pracy, ludzie majętni nie pracowali fizycznie, raczej zajmowali się własnymi interesami np. swoimi placówkami handlowymi i organizacją dlań karawan).




 Miarą bogactwa było posiadanie ziemi i złota (również klejnotów, które często zamawiały bogate damy). Zwykłe wynagrodzenie płacono jednak albo bezpośrednio w towarach, albo w szeklach, które to bryłki (częściowo srebrne) były substytutem pieniądza. Według kosztów wynagrodzeń i utrzymania z czasów Nabuchodonozora II, wychodzi że dobre wino gronowe kosztuje 8 szekli za dzban (płacono również w towarach, był to więc częściowo handel wymienny), ale już wino daktylowe (uważane za napitek dla najuboższych) kosztowało jedynie pół szekla (można przyjąć że jeden szekiel to mniej więcej 25 amerykańskich centów lub 92 polskie grosze), jeden gur daktyli (czyli 0,41 kg.) kosztuje właśnie jednego szekla, olej sezamowy półtora szekla, a jęczmień na ciasto chlebowe od 1 do 3 szekli (tanieje w okresie żniw). Natomiast zarobki wyglądały następująco: robotnikom i rzemieślnikom płacono głównie (choć nie tylko) w towarach, i tak otrzymywali określoną ilość jęczmienia (placków chlebowych), daktyli, wina, piwa, oliwy oraz mydła. Ci, którzy otrzymywali zapłatę w szeklach - według zapisków z czasów Nabuchodonozora - dostawali od 60 do 150 szekli (niewolnika można było zaś nabyć już od 40 szekli w górę). Zakupy dla domu robiły albo żony osobiście, albo wysłane przez nich niewolnice (w tym również owe esirtu).




Kobieta w ciąży była szczególnie szanowana, ale gdy tylko urodziła, od razu stawała się... nieczystą. Przez trzydzieści dni po urodzeniu była odosobniona i trzymana pod kluczem w jednym z pomieszczeń, z którego jednak usunięto wszelkie meble i sprzęty. Kobieta spała na leżance i nie mogła niczego dotknąć (nawet posiłek podawano jej w taki sposób, aby niewiele mogła sama dotknąć. Po trzydziestu dniach wypuszczano ją z zamknięcia i owinięta w białą szatę, szła by się oczyścić - wówczas po raz pierwszy od miesiąca myła się i brała kąpiel - dopiero wówczas mogła ponownie stać się żoną i matką (ale gdy tylko dostała okresu, ponownie zmykano ją na sześć dni i ponownie potem musiała się z tego oczyścić aby móc zbliżyć się do męża i dzieci). Liczyło się tylko urodzenie syna, córki traktowano jako kolejny wydatek (rodzina musiała opłacić pana młodego ofiarowując mu posag, aby ten poślubił daną dziewczynę), dlatego też kobiety czyniły wiele, aby tylko urodzić synów. Zasięgano opinii wróżbitów i kupowano mikstury, które miały pomóc począć chłopca. Jeśli kobiecie na twarzy wyskoczyła krosta, traktowano to jako dobry znak - uważano bowiem że wówczas właśnie urodzi się syn. Kobiety które urodziły chłopców, były traktowane w społeczeństwie mezopotamskim znacznie lepiej, niż te, które urodziły same dziewczynki, nie wspominając już o tych, które były bezpłodne - dla nich była bowiem jedynie powszechna wzgarda.



PS: Pierwotnie chciałem kolejny temat rozpocząć od opisania społeczeństwa Celtów i Słowian i ich erotycznych praktyk (w tym stosunku do kobiet), ale uznałem że jednak powinienem trzymać się pewnego rodzaju chronologii, tak więc nim przejdziemy do tamtych Ludów, w kolejnej części znajdziemy się Antycznej Helladzie, kraju Zeusa, Apollina, Demeter i Posejdona, przyjrzymy się też jak wyglądał kult wielkich bogiń (a przy tym również seksualności) wśród wtajemniczonych w misteria


CDN.

02 września 2026

MEMORIAM - Cz. XXIV

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. IX






CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. IV



 Po uzyskaniu upragnionej prowincji Cylicji (upragnionej tylko i wyłącznie z powodu chęci objęcia dowództwa w wojnie z Pontem, nie zaś ze względu na bogactwa owej prowincji, której ona nie posiadała), Lucjusz Licyniusz Lukullus przystąpił czym prędzej do formowania legionu z którym wyruszy na Wschód, na wojnę z Mitrydatesem Eupatorem. A w tym czasie (symultanicznie) toczyły się inne wojny. O hiszpańskiej wojnie prowadzonej przez mariańczyka (który stał się prawdziwym, acz samozwańczym "królem Hiszpanii") Kwintusa Sertoriusza z rzymskimi wodzami: Kwintusem Cecyliuszem Metellusem Piusem (przezwisko "Pobożny" uzyskał on nie ze względu na swoją gorliwość religijną, a z powodu miłości ojcowskiej i starań, jakie przedsięwziął w sprawie powrotu swego ojca z wygnania, na które ten został skazany decyzją Gajusza Mariusza w roku 100 p.n.e. Metellus przez dwa lata pisał petycje i błagał o pozwolenie na powrót swego ojca do Rzymu, co ostatecznie zakończyło się sukcesem w roku 98 p.n.e. a od tej chwili otrzymał on przydomek "Pobożny") i Gnejuszem Pompejuszem (obaj byli przeciwnikami Mariusza, obaj też walczyli w armii Korneliusza Sulli, nic więc dziwnego że pałali niechęcią do mariańczyka jakim był Sertoriusz) i o ich walkach w Hiszpanii pisałem już w poprzednich częściach tej serii, warto jednak dodać jeszcze parę słów na temat samego Kwintusa Sertoriusza, a szczególnie powiedzieć coś na temat jego życia prywatnego i tego, jakim był człowiekiem.

Przede wszystkim należy stwierdzić, że Sertoriusz był człowiekiem niezwykle pobożnym, lub też raczej zabobonnym. Będąc jednocześnie wykształconym i znając język grecki, znał również pisma Eratostenesa (greckiego geografa i matematyka, działającego głównie w Aleksandrii i żyjącego w III wieku p.n.e.), który kierując się wyznaczoną przez siebie datą upadku Troi (którą obliczył - przykładając tutaj naszą rachubę czasu - na 1183 r. p.n.e.), stwierdził że koniec świata nastąpi w 1000 lat po upadku Troi, (czyli lekko licząc wypadałby to rok 183 p.n.e.). Owszem, wówczas doszło do śmierci dwóch wybitnych wodzów i polityków: Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego - pogromcy Hannibala spod Zamy, oraz właśnie samego Hannibala, ale poza tym nic więcej się nie wydarzyło, świat się nie skończył (co prawda w tymże roku było kilka ciekawych znaków, zwiastujących nadejście czasów ostatecznych, aczkolwiek nic takiego wielkiego się nie wydarzyło. Wiosną tego roku wybuchła ogromna burza wraz z wichurą, która zniszczyła kilka świątyń i budynków prywatnych w Rzymie; zwaliła brązowe posągi w Świątyni Jowisza Najlepszego Największego na Kapitolu, zniszczyła drzwi świątyni Luny na Awentynie - roztrzaskując je o ściany świątyni Cerery, zniszczyła również posągi wraz z postumentami w Cyrku Wielkim oraz zniszczyła dachy w kilku innych świątyniach Rzymu - ta nawałnica mocno przeraziła Rzymian i spodziewano się w niej właśnie oznak końca czasów. Zaś z końcem tego roku twierdzono że w świątyni Concordii przez dwa dni padał krwawy deszcz, a w pobliżu Sycylii miała wyłonić się z morskich odmętów nowa wysepka. Zorganizowano więc publiczne moduły o wstawiennictwo do bogów). 




W tym momencie wielu Rzymian (oczywiście tylko tych znających język grecki, bo cała pozostała masa rzymskich obywateli w ogóle się tym nie przejmowała, bo o tym nawet nie wiedziała, chociaż złowróżbne znaki były oczywiście zapowiedzią boskiej kary i dlatego składano masowo krwawe ofiary ze zwierząt na ołtarzach rzymskich świątyń, ale nie interpretowano przyszłej zagłady Rzymu w kategoriach dziejów Troi) zaczęło się zastanawiać czy to właśnie Eratostenes popełnił błąd w obliczeniach, czy też Sybilla (a raczej jej księgi), która również wyznaczyła koniec świata na tenże rok, wprowadziła ich w błąd? Ani jedna, ani druga opcja nie mogła zostać przyjęta, gdyż rzymska rachuba liczenia lat "od założenia miasta" pochodziła właśnie z obliczeń Eratostenesa, tak więc jeśliby uznano że popełnił błąd, należało również odrzucić ową rachubę. Więc może to Sybilla? Ale nie, to też nie wchodziło w grę, ona przecież nigdy nie oszukała dumnych synów grodu wilczycy. Uznano więc że źle zinterpretowano lata, które wyznaczył Eratostenes i wiek eratostenesowych lat to nie było 100 a 110 lat. Kierując się tą datą, uznano że Rzym został założony w 440 lat od chwili rozpoczęcia wojny trojańskiej (1193-440=753), a to oznacza że koniec świata nastąpi nie w tysiąc, a w 1100 lat po upadku Troi (rok ten zaś przypadał na 83 r. p.n.e.) i wówczas to właśnie - opierając się tą rachubą czasu - i przewidując upadek znanego świata (rzymskiego świata), Kwintus Sertoriusz (wraz z kilkunastoma towarzyszami) wypłynął daleko na morze, aż za "Słupy Herkulesa" (czyli Cieśninę Gibraltarską) kierując się ku "Wyspom Szczęśliwym", które według przepowiedni obiecać miał Jowisz wybrańcom wieku żelaza (Sertoriusz dotarł do Wysp Kanaryjskich, które uznał właśnie za owe "Wyspy Szczęśliwe", jako że klimat tam był ciepły, roślinność bujna - niczym w raju - a poza tym udało mu się pochwycić białą łanię lernejską - symbol bogini Diany, greckiej Artemidy). Do podróży owej dojść musiało właśnie w roku 671 od założenia Miasta (czyli w 83 r. p.n.e.), ale ponieważ była to podróż odkrywcza, a podróżnicy nie byli przygotowani na to, żeby od razu osiąść na owych wyspach, postanowiono powrócić tam wraz z zapasami, ekwipunkiem i resztą tych, którzy chcieli ocaleć z pogromu końca świata.




Tylko że do powrotu już nigdy nie doszło, jako że minął rok 671 od założenia Miasta (83 p.n.e.), a zapowiadany przez Eratostenesa i Sybillę koniec świata ponownie nie nastąpił. Zresztą Sertoriusz (z początkiem 82 r. p.n.e.) otrzymał namiestnictwo Hiszpanii (nastąpiło to jeszcze przed usunięciem reżimu popularów przez przybywającego ze Wschodu Korneliusza Sullę po zakończeniu I wojny z Mitrydatesem Eupatorem, który zdobył Rzym i krwawo rozprawił się ze swoimi przeciwnikami politycznymi, wprowadzając optymatyczny {a dziś byśmy nazwali go raczej konserwatywnym} reżim), potem zajęty był Sertoriusz walkami w północno-zachodniej Afryce (dzisiejsze Maroko), a ostatecznie (od roku 80 p.n.e.) rzucił wyzwanie reżimowi Sulli i wypowiedział posłuszeństwo Rzymowi. Warto oczywiście od razu zaznaczyć (gwoli uporządkowania wiedzy), że wydarzenia (roku 83 p.n.e.) związane właśnie z przepowiednią końca świata (oraz późniejszego zdobycia Rzymu przez Sullę w 82 r. p.n.e.) są traktowane jako pierwszy - wymieniony w tytule - cios, zadany rzymskiej Republice. Drugi cios (miał miejsce w roku 73 p.n.e.) związany był z wybuchem powstania Spartakusa, co było efektem uniewinnienia westalek (o czym już wcześniej wspominałem, ale pozwolę sobie jeszcze dokładniej to streścić), podejrzanych o złamanie ślubów czystości złożonych bogini Wescie. Trzeci zaś (w roku 63 p.n.e.) gdy doszło do zamachu stanu Lucjusza Sergiusza Katyliny, stłumionego następnie przez Cycerona (notabene niektórzy historycy uważają, że niechęć - a nawet nienawiść - Marka Antoniusza do Marka Tullusza Cycerona wzięła się stąd, że jego wuj - Gajusz Antoniusz Hybryda {konsul roku 63 p.n.e.} który pomógł Cyceronowi w stłumieniuwłaśnie Katyliny i z tego powodu otrzymał przy jego poparciu zarząd nad prowincją Macedonią, został z niej usunięty właśnie na wniosek Cycerona już w roku 60 p.n.e. Antoniusz uważał bowiem że Cyceron okazał się oszustem i że celowo pozbawił namiestnictwa jego wuja. W rzeczywistości jednak wydaje się bardziej prawdopodobne, że Antoniusz Hybryda został po prostu usunięty stamtąd ze względu na swoje zdzierstwa i bezwzględne łupienie podatkami mieszkańców owej prowincji). Tak oto nawiedziły Rzym owe trzy ciosy, które umieściłem w podtytule owej serii.

Wracając zaś do Sertoriusza, należy od razu dodać, że prywatnie był to prawdziwy... maminsynek. Jego miłość do matki była tak wielka, że gdy dostał wiadomość o jej śmierci - będąc już w Hiszpanii (a było to zapewne jakiś czas po 82 r. p.n.e.) to przez tydzień nie wychodził ze swego namiotu, cały czas ją opłakując. Pozostał by tam dłużej, ale jego żołnierze zmusili go do działań i zakończenia stanu wewnętrznej i zewnętrznej apatii. Po utracie matki przerzucił się na wiarę w opatrzność bogini Diany, której symbolem stała się biała łania lernejska, sprowadzona z "Wysp Szczęśliwych" i ona dodawała mu nie tylko otuchy, ale przede wszystkim ogromnej wiary w zwycięstwo. I rzeczywiście, kierując się tą wiarą (i zamykając się na długie godziny w jednym pokoju ze swą łanią, długo z nią rozmawiając oraz nasłuchując, co bogini przez owe zwierzę ma mu do przekazania) Sertoriusz był nie do pokonania przez prawie 8 lat zmagań wojennych. Bowiem zapał i ogromna wiara w opatrzność bogini udzielała się też jego hiszpańsko-rzymskiemu wojsku, a niestety walka z fanatykami często jest bardzo trudna, a wręcz niemożliwa do wygrania, jeśli druga strona również nie będzie fanatycznie przekonana o swoich celach i ostatecznym zwycięstwie (przykładem niech będą niesamowite wręcz zwycięstwa Arabów, prowadzonych przez Mahometa i jego następców w walkach z Rzymiano-Bizantyjczykami i Persami, czyli armiami które miały wielowiekowe tradycje, a były znoszone z pola niczym zboże latem. Armie koczowników rozbijały tamte wojska, kierując się właśnie niespożytą wiarą w życie pozagrobowe w Raju, u boku Allaha). I rzeczywiście, Sertoriusz pozostał niepokonany aż do swej śmierci. A zginął w wyniku zdrady, podstępnie zamordowany przez człowieka, który chciał zająć jego miejsce, a który nie miał ani jego charyzmy, ani jego wiary, ani jego autorytetu. Gdy więc tylko objął dowództwo nad pozostałościami armii Sertoriusza, Pompejusz nie miał już większych problemów z zakończeniem tego buntu (72 r. p.n.e.).




Tak więc (według Plutarcha - bo tylko on podaje imię matki Sertoriusza) miała ona zwać się Rhea (Reja) i pochodziła z zamożnej rodziny rzymskiej, zapewne (choć nie ma tutaj żadnej pewności) o korzeniach etruskich (jej imię zostało bowiem podane w różnych formach np. Rhaia lub Rahia). Sertoriusz w młodym wieku stracił ojca i tak naprawdę nigdy go nie znał, całe życie zaś wychowywała go matka (Plutarch przedstawia ją jako nową Kornelię, matkę braci Grakchów, która poświęciła swoje życie aby wychować synów na dobrych Rzymian, poświęcając przy tym swoje szczęście osobiste). Oczywiście nie ma żadnej informacji na temat tego, czy Reja ponownie wyszła za mąż, ale sugestia Plutarcha o tym, że poświęciła się wychowaniu syna, świadczy że prawdopodobnie nie. (Plutarch pisze też że) Sertoriusz po powrocie z "Wysp Szczęśliwych" (i potem, gdy był już w Hiszpanii) zawsze pragną wrócić do Rzymu, a jego jedynym celem powrotu była właśnie miłość do matki (rola matek od czasów Koriolana, poprzez właśnie braci Grakchów, po Sertoriusza, Nerona i Aleksandra Sewera, była niezwykle istotna w dziejach Rzymu). Niemiecki historyk - Theodor Mommsen (jeden z najsłynniejszych dziejopisów historii starożytnego Rzymu) tak oto pisał o Sertoriuszu: "Ten wspaniały człowiek, (...) miał naturę łagodną, a nawet czułą, czego dowodem jest jego niemal marzycielska miłość do matki Rei". Matka jednak nie była jedyną kobietą w życiu Sertoriusza, drugą była jego hiszpańska żona (informacje o niej - choć bez imienia, a także o zrodzonym z niej synu, poda jedynie Waleriusz Maximus). Jeśli istniała (a wydaje się że nie należy w to wątpić), to była możną kobietą z jednego z kluczowych hiszpańskich plemion (w przeciwnym razie Sertoriusz nie miałby powodu aby się z nią żenić). Jeżeli bowiem uznamy że dla Hiszpanów Sertoriusz był strategiem-autokratą - a takim samym tytułem określani byli dawni kartagińscy wodzowie, sprawujący kontrolę nad Hiszpanią, m.in.: Hazdrubal, Hamilkar Barkas, czy Hannibal Barkas, to od razu trzeba sobie uświadomić że oni wszyscy również poślubili dobrze urodzone kobiety, wywodzące się z różnych plemion iberyjskich. Wydaje się więc że poślubiając Hiszpankę, Sertoriusz szedł w ślady kartagińskich wodzów, tym samym wtapiając się w lokalne środowisko i stając się jego częścią. 




Należy bowiem dodać, że to, co uczynił w Hiszpanii Sertoriusz, było przełomowym aktem w kwestii romanizacji Hiszpanii i tworzenia jednego społeczeństwa spośród ludów zamieszkujących ówczesne Imperium. Szczególnie na polu edukacji poczynił on niesamowity postęp, który długo jeszcze nie został powtórzony. W każdym razie celem Sertoriusza było stworzenie wspólnego rzymsko-hiszpańskiego państwa, w którym nie będzie lepszych i gorszych (oczywiście mam tutaj na myśli narodowości, natomiast różnice majątkowe i stanowe oczywiście nadal istniały, byli też niewolnicy. Pod tym względem nic nie uległo zmianie, a jedynie przestano uznawać Hiszpanów za ludność podległą). Żeby to sobie uświadomić, warto wyjaśnić jak działał rzymski system sprawowania władzy w prowincjach. Otóż na czele prowincji stał prokonsul lub propretor, który wylosował, lub też uzyskał (przykład Lukullusa - o którym pisałem w poprzedniej części) daną prowincję. Taki namiestnik był na prowincji "panem i Bogiem" życia i mienia mieszkańców tamtych ziem. Od niego zależał pobór podatków, on wyznaczał ich skalę i liczbę (często bywało tak, że w ciągu roku pobierano podatki kilka, a nawet kilkanaście razy, gdyż pierwsze podatki musiały zasilić kabzę namiestnika i jego otoczenia, a dopiero następne szły do Rzymu. Oczywiście kto nie mógł zapłacić podatków był brutalnie prześladowany, więziony, a nawet uśmiercany). Dlatego bogate prowincje były szczególnie łakomym kąskiem dla kończących urząd polityków rzymskich, którzy w czasie wyborów często się zadłużali, a zdobycie intratnej prowincji, to było jak skok do basenu pełnego krystalicznie czystej wody na środku pustyni. Innymi słowy ci, którzy w Rzymie utracili rodowe majątki lub też zadłużyli się po uszy, uzyskawszy taką prowincję wracali ponownie jako bogacze (nie wszystkim to się podobało. Ostro zwalczał tego typu praktyki Cyceron- co pokazałem chociażby na przykładzie Antoniusza Hybrydy - wuja Marka Antoniusza. Natomiast z chwilą ugruntowania się pryncypatu i przejęcia władzy przez Oktawiana Augusta oraz jego następców, stopień łupienia prowincji przez namiestników uległ znacznemu zahamowaniu. Przykład cesarza Tyberiusza jest tutaj dosyć wymowny, bo istnieje taka anegdota, która mówi że jeden z namiestników prowincji wysłał pewnego razu do Rzymu znaczne kwoty, sądząc że tym samym uzyska cesarską akceptację ze względu na swoje dokonania. Cesarz jednak zdjął go ze stanowiska, mówiąc przy tym: "Owce należy strzyc, a nie obdzierać ze skóry").




Namiestnik do pomocy w zbieraniu podatków i przeprowadzaniu audytów miał przy sobie kwestora (który również był zastępcą namiestnika na prowincji). Poza tym jego "dwór" składał się również z trybunów wojskowych, legatów, specjalistów cywilnych, oraz służby - która była niezbędna, aby umilić życie przedstawicielowi grupy społecznej nierobów nobilitas (potem również ekwitów, czyli rzymskiej klasy średniej). Rolę sądu najwyższego na prowincji pełniła rada sędziów, wybierana spośród ludzi mianowanych na to stanowisko przez namiestnika, a składających się z kwestora, legatów, trybunów wojskowych i kohorty "przyjaciół" ("amicorum"). Oczywiście rzymskie władze centralne (które rezydowały w największym lub najważniejszym mieście danej prowincji), nie mogły się zajmować wszystkim (zresztą było to niemożliwe), dlatego też większość spraw scedowano na samorządy, złożone albo z przedstawicieli lokalnych miast, albo lokalnych plemion. Sertoriusz umocnił władzę lokalnych plemion, wprowadzając ich przedstawicieli do stworzonego przez siebie Senatu, złożonego zarówno z Rzymian jak i Hiszpanów (co było wówczas nieakceptowalne społecznie, trzeba bowiem podkreślić jak wielkie oburzenie wywołało w Rzymie wprowadzenie do Senatu przedstawicieli galijskiego plemienia Eduów przez Gajusza Juliusza Cezara w 45 r. p.n.e.). Poza tym otworzył on szkoły dla dzieci z rodzin hiszpańskich (oczywiście były to rodziny możne, bo tylko takie wówczas się liczyły, ale jednak) umożliwiając im darmową naukę łaciny i greki i tym samym starając się skonsolidować swoje "hiszpańskie królestwo". Innymi innowacjami wprowadzonymi przez Sertoriusza było mianowanie dwóch kwestorów w miejsce jednego, dodanie stanowiska pretora sprawującego pieczę nad sądami, stworzenie nowej administracji hiszpańskiej w sytuacji ciągle trwającej wojny oraz ustanowienie nowego Senatu (w miejsce tego "legalnego", istniejącego w Rzymie).




Tak wyglądały sprawy hiszpańskie. Ale nim Lucjusz Lukullus zebrał legion (na czele którego pomaszerował na Wschód, przeciw Mitrydatesowi), warto też zobaczyć jakie postępy w walkach z piratami poczynił ojciec późniejszego triumwira Marka Antoniusza, noszący to samo imię. 




CDN.

01 września 2026

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! - Cz. VI

CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA
KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO






WOJNA OBRONNA
(7-9 września 1939)





GDAŃSK - WESTERPLATTE
KAPITULACJA ZAŁOGI STRAŻNICY WESTERPLATTE
(7 WRZEŚNIA 1939)




GDAŃSK - WESTERPLATTE
MAJOR HENRYK SUCHARSKI 
W OTOCZENIU NIEMIECKICH ŻOŁNIERZY
(7 WRZEŚNIA 1939)




GDAŃSK - WESTERPLATTE
gen. FRIEDRICH-GEORG EBERHARD ODDAJE HONORY
MAJOROWI SUCHARSKIEMU
(7 WRZEŚNIA 1939)




GDAŃSK - WESTERPLATTE
ROZMOWY KAPITULACYJNE
(7 WRZEŚNIA 1939)




GDAŃSK - WESTERPLATTE
NIEMIECKI ŻOŁNIERZ PRZED BRAMĄ 
WOJSKOWEJ SKŁADNICY NA WESTERPLATTE
(7 WRZEŚNIA 1939)




DĘBLIN
NIEMIECKIE BOMBOWCE HEINKEL-HE-111 
NAD MIASTEM
(WRZESIEŃ 1939)




KOMPANIA POLSKICH CZOŁGÓW 7 TP 
W OCZEKIWANIU NA ROZKAZY
(WRZESIEŃ 1939)




STANOWISKO POLSKIEJ ARTYLERII W POLU
(WRZESIEŃ 1939)




Z PAMIĘTNIKA WITOLDA GIEŁŻYŃSKIEGO
(PISARZA I PUBLICYSTY)


 "7 września. Uwaliłem się jak kłoda, ale telefony przeszkadzały spać. Ktoś donosił, że Niemcy już pod miastem. Wpada Aniela z dyżuru: każą wszystkim mężczyznom udać się do kopania rowów! Odmawiam. Jestem przekonany, że nie będzie czym kopać. (Potem dowiedziałem się, że sprowadzono 100 tys. kopaczy na 5 tysięcy łopat.) Około 4-tej zawiadomił nas komendant domu, że wszyscy mają się ubrać, cała ludność ma opuścić Warszawę. Poczęliśmy gorączkowo ubierać się, trzeba iść do dzieci, do Robakiewiczów. Jeśli wyjdziemy z Warszawy osobno, możemy ich już nigdy nie odszukać...
 Biegniemy ciemnymi ulicami miasta. ruch jak w dzień. Ciągną ludzie z tobołkami, wielu prowadzi rowery. Trwoga wieje ze wszystkich twarzy. Przejście z Foksal na Hipoteczną trwa nieskończenie długo. W bramie służąca; dziwi się, że był jakiś rozkaz, bo u nich spokojnie.
 Eksplozje tak liczne i głośne, jakich jeszcze nie było. Robi to wrażenie szturmowania do bram Warszawy. Czy miasto nie jest już wzięte? Może detonacje były wysadzaniem mostów?
 Dzienniki nie wyszły, a przynajmniej nie docierają do naszej kamienicy. Rano uspokaja się, można wyjść na miasto. Tramwai nie ma. Za kurs dorożką po mieście żądają kilkadziesiąt złotych, ale i tak - zajęte. Porozumiewamy się telefonicznie. Najpierwszy telefon do Anieli. Nikt nie odpowiada. Wreszcie ok. 6 wieczorem odzywa się głos w telefonie:
 - Aniela nie żyje. Mówi Karska.Popełniła samobójstwo. Witoldzie, przyjeżdżaj zaraz!
 Jak nieprzytomny lecę...
 Okazało się, że ok. 5 nad ranem, gdy zaczął się ten straszny nalot z bombardowaniem, nie wytrzymały jej nerwy (...) Wanna wypełniona zakrwawioną wodą. Przecięła żyły... Jednak śmierć nie nastąpiła dość prędko. Zarzuciła na siebie koszulę i skoczyła z 4 piętra (...) Skok widzieli ludzie, myśleli że to spada ktoś z aeroplanu...
 Płakałem, płakałem... Ale trzeba przecież pochować, zająć się pogrzebem."
 
 "8 września, piątek. Nie ma ludzi w zakładzie pogrzebowym, nie ma koni. Wreszcie, u Adamskiego na Placu Trzech Krzyży, znajdują się. Zajeżdża karawan pod dom. Ale zaczyna się alarm. Wyprzęgają konie, wprowadzają do bramy. Chowamy się w klatce schodowej. Pospiesznie wynosimy trumnę. Jedziemy kłusem, aby zdążyć przed następnym nalotem...
 Cóż za biedny, mizerny, ubożuchny pogrzeb! Patosu nadawała nam chwila dziejowa, to czekanie nalotu. Nie długo! Ledwie przybyliśmy pod bramę cmentarza ewangelicko-reformowanego - alarm! Karabiny rechotały, grzmiały działa. Kryjemy się w schronie - był to obszerny murowany grób... Ostatnie spojrzenie na trumnę.
 Wyszliśmy na ulicę. Ruch wielki, masa żołnierzy: rannych, zmęczonych, osmolonych, brudnych. Publiczność kupowała jabłka i im rozdawała. W bramach niemal wszystkich domów punkty odżywcze dla żołnierzy, dawano im herbatę, bułki, papierosy, cukierki. Na ulicach ożywienie. Wyodrębniły się dwa żywioły, oba natchnione poczuciem obowiązku, patriotyzmu: jedni wychodzili z miasta w nadziei, że gdzieś wstąpią na ochotnika do wojska... Drudzy pozostawali na miejscu, żeby swą obecnością dokumentować, że tu ich dom. Ci właśnie niosą pomoc żołnierzom. Bardzo potrzebną, bo służby sanitarne szwankują. Jeszcze gorzej z aprowizacją. Tysiące żołnierzy snują się bez przydziału. Pogubili swe formacje, pogubili broń. Biedni, głodni, zastraszeni. Opowiadają o przeżyciach bojowych jak o piekle. Ziało na nich ogniem i żelazem ze wszystkich stron (...)
 Jednak Warszawa ma się bronić. Na czele staje emerytowany generał Czuma, znany z determinacji. Prezydent miasta Starzyński mianowany komisarzem cywilnym i podniesiony do rangi majora. Organizują się bataliony ochotnicze obrony Warszawy, P(olska) P(artia) S(ocjalistyczna) dostarcza wielu ludzi. "Robotnik" jest redagowany w duchu rewolucyjno-patriotycznym, to język Kościuszki i Kilińskiego. (...) Wychodzą też inne pisma - jednostronicowe, dorywcze, lokalne, gdyż PAT (Polska Agencja Telegraficzna) wyjechał i brak wiadomości ze świata. Dziennikarze, którzy pozostali, pragną temu zaradzić; trzeba powołać agencję informacyjną!"

"9 września. Padło kilka bomb w sąsiedztwie naszego domu lub w sam dom: jedna rozbiła mieszkanie i windę, dwie padły tuż pod naszą ścianą na przybudówki, mieszczące aptekę. Huk był ogłuszający, rzuciliśmy się do ucieczki po schodach. Wojtek i Hipek (buldożek francuski) lecieli pierwsi, za nimi Nela, Andrzej, rodzina Robakiewiczów. Ja na ostatku. Już miała Nela wypaść na podwórze, gdy przed samym jej nosem poleciał deszcz szkła z rozbitych szyb. Szczęściem Wojtek przebiegł już podwórze, byłby co najmniej raniony. (...)
 Decydujemy spędzić noc w schronie. Okienka piwniczne zabezpieczone workami z piaskiem. Schron nabity ludźmi. Przeważnie zamożni Żydzi: kupcy, agenci handlowi, bankowcy... Poznosili walizy z cenniejszymi rzeczami, wózki z dziećmi, pościel, rozkładane fotele. Chcą spać najwygodniej. Wszyscy tak zastraszeni, że nie wychodzą nawet z potrzebą naturalną. Dzieci wysadzają na nocniczki. Zgiełk i zaduch nie do wytrzymania.
 Przez całą noc detonacje. To już ostrzeliwanie Warszawy z ciężkich dział. W nalotach zdarzały się przerwy. Kanonada artyleryjska może być ciągła.
 Obrona przeciwlotnicza osłabła. Alarmów nie ma lub następują po niewczasie. Przez radio coraz rzadziej uprzedzają: Nadchodzi... Przeszedł... Nie widać naszych samolotów. Bronią nas tylko karabiny maszynowe, ustawione na wyższych budynkach. Wiele pożarów. Radio wzywa obywateli, aby sami gasili ogień. Ale czym? W szale ewakuacji zabrano nawet Straż Pożarną. Przybyłe z prowincjonalnych miasteczek straże ochotnicze za słabymi pompami nie mogą dać sobie rady.
 
 
 W nocy, o godz. 2:00 7 września rząd Rzeczpospolitej opuścił Warszawę, kierując się na Łuck, zaś Marszałek Śmigły-Rydz przenosi swój sztab do Brześcia nad Bugiem. 
 O godz. 3:00 komunikatem radiowym został odwołany nieprzemyślany apel płk. Umiastowskiego z 6 września, dotyczący opuszczenia Warszawy przez całą ludność (głównie mężczyzn) i podążania na wschód.
 O godz. 4:15 Niemcy przypuszczają kolejny już atak na Polską Składnicę Tranzytową na Westerplatte. Deszcz żelaza i stali, wystrzeliwany z pancernika Schleswig-Holstein, artylerii polowej, moździerzy i bombowców regularnie ostrzeliwujących Składnicę - niewiele daje, atak znów zostaje odparty. Jednak sytuacja garstki obrońców jest dramatyczna. Brakuje nie tylko leków i bandaży, ale już nawet amunicji, a poza tym spora część obrońców jest ranna lub wymęczona nieustanną siedmiodniową walką. Pomimo sprzeciwu kapitana Franciszka Dąbrowskiego, który z bronią w ręku zmusza żołnierza do zerwania białej flagi, wywieszonej na rozkaz majora Sucharskiego - dalsza obrona nie ma już żadnego sensu, przy realnym braku wsparcia Korpusu Interwencyjnego gen. Skwarczyńskiego (który wycofał się na południe), nikt by im nie przyszedł z pomocą, dlatego też walczyli by tak, jak Spartanie pod Termopilami, do śmierci (a mieli wytrzymać tylko dwanaście godzin, wytrwali siedem dni nieustannego ataku, bombardowań i ostrzeliwań z morza, lądu i powietrza). Niemcy sądzili że Westerplatte to twierdza, zbudowana na kształt umocnień Linii Maginota, jakież było ich zdziwienie gdy okazało się że to zwykła składnica wojskowa. Oficerowie niemieccy byli pod wrażeniem bohaterstwa Polaków, czego dowodem był fakt, iż major Sucharski w niemieckim obozie jenieckim otrzymał prawo noszenia przy boku szabli. Kapitulacja Westerplatte nastąpiła o godz. 10:15.




Rozpoczyna się "Wyścig do Wisły". Niemcy są przekonani że Polacy zrezygnują z obrony terenów na zachód od Wisły i skoncentrują się na linii Narew-Wisła-San, dlatego też nakazują by 3, 4 i 8 Armia czym prędzej nacierały w kierunku Warszawy.
Gen. Juliusz Rómmel (dotychczasowy dowódca Armii Łódź) zostaje mianowany dowódcą nowo formowanej Armii Warszawa i obu stojących pod stolicą Armii: Łódź i Modlin. Ok. godz. 14:00 pierwsze czołówki 4 Dywizji Pancernej gen. Reinhardta pojawiają się na rogatkach miasta (Włochy-Okęcie), pewni że z marszu zajmą polską stolicę.
A tymczasem dzieje się coś nieoczekiwanego. Otóż niemiecki wywiad kompletnie przeoczył bardzo silny związek taktyczny (złożony z Armii Poznań i części dywizji Armii Pomorze), stojący na tyłach niemieckiej 8 Armii idącej na Warszawę. Luftwaffe także nie wykryła tegoż zgrupowania, gdyż formacje te przemieszczały się nocą, za dnia odpoczywając. Wkrótce Niemcy przekonają się jak duży popełnili błąd.
 W bitwie pod Iłżą w centralnej Polsce formacje 10 Armii niemieckiej napotykają na duży opór Armii Prusy (3, 12 i 36 Dywizja Piechoty). Przez większość dnia Polacy bronią się przed niemieckimi atakami (2 i 3 Dywizji Lekkiej, zaś po południu przechodzą do natarcia i pod Kotalarką masakrują oddziały 3 Dywizji Lekkiej, zmuszając je do wycofania się.
 O godz. 21:00 sztab Grupy Armii Południe gen. Gerda von Rundstedt'a melduje OKW (Naczelne Dowództwo Wehrmachtu) o zajęciu Warszawy. Wiadomość ta jest fałszywa - miasto nie zostało zajęte.
 
Naczelny Wódz wydał wreszcie zgodę (8 września) na otwarcie magazynów największej polskiej Składnicy Uzbrojenia Nr. 2 ulokowanej na północny-wschód od Dęblina. Przekonały go apele oficerów że żołnierzom kończy się już amunicja oraz zbliżanie się niemieckich oddziałów pancernych do tejże Składnicy. Na jej ewakuację potrzeba by było 3500 wagonów towarowych co w obecnej sytuacji wojennej nie było możliwe. Oddziały polskie przejmują więc jedynie część uzbrojenia (tyle, ile jest im potrzebne w danej chwili) brakuje też czasu na ewakuację całości, więc przychodzi rozkaz zniszczenia Składnicy aby nie wpadła w ręce wroga. Niestety, rozkaz przychodzi zbyt późno i Niemcy zajmują Składnicę.
Sytuacja jest trudna, ale tylko pozornie wydaje się beznadziejna (widok zmęczonych i brudnych żołnierzy oraz ich frontowe opowieści mogą sprawiać takowe wrażenie), ale wojna wciąż nie jest przegrana, a wręcz przeciwnie, w polskim Sztabie Głównym już opracowane są plany wielkiej kontrofensywy, której jednym z elementów jest uderzenie Armii Poznań i Pomorze na tyły 8 i 10 Armii niemieckiej. Nocą z 8 na 9 września Marszałek Śmigły-Rydz rzuca drogą radiową rozkaz: "Słońce wschodzi!" Jest to kryptonim wielkiej kontrofensywy, która ma wypędzić Niemców z już zajętych terenów polskich i wkroczyć do Rzeszy, gdy tylko wojska francuskie przejdą do generalnej ofensywy na Froncie Zachodnim.
 



I się zaczyna. 9 września o świcie do boju rusza 8 polskich dywizji piechoty i 3 brygady kawalerii, które wiążą ze sobą całą 8 Armię niemiecką, część wysuniętych i idących na Warszawę dywizji 10 Armii i jeden korpus z 4 Armii. Zaskoczenie Niemców jest całkowite - myśleli bowiem że na zachód od Wisły nie ma już większych formacji polskich, a tymczasem na ich tyły wychodzą całe dywizje. O godz. 15:00 dowódca 6 Pułku Piechoty, Oberst Reichert melduje: "W okolicy Michałowic, dwa kilometry na wschód od Marynki, kolumna marszowa mego pułku została zaatakowana od tyłu przez przeciwnika w sile około batalionu ze wsparciem wozów pancernych. (...) Boczne ubezpieczenia przeciwpancerne meldują pod Zagajami o pojawieniu się opancerzonych wozów gąsienicowych. Polacy są wszędzie na szerokim froncie na południe od Bzury". Natomiast dowództwo niemieckiego 46 Pułku Piechoty melduje 9 września o godz. 23:00 "Położenie beznadziejne, sztab pułku formuje jeża i wycofuje się. Łęczyca stracona!". Lecz to dopiero początek.
 9 września Bitwa pod Wizną (trwająca od 7 września) weszła w decydującą fazę (Wizny broniło ok. 700 żołnierzy kapitana Władysława Raginisa. Przeciwko sobie mieli potęgę pancerną, złożoną z... 42 200 żołnierzy pod dowództwem gen. Heinza Guderiana, 350 czołgom i wsparciu lotniczemu). Przewaga Niemców wynosiła 40:1 a mimo to nie byli w stanie przez cztery dni przełamać polskiej obrony.




Tego dnia (9 września) późnym wieczorem Niemcy podejmują próbę wtargnięcia do Warszawy od strony Mokotowa. Atak kończy się klęską i Niemcy zostają zmuszeni do odwrotu.
 9 września rozpoczyna się mobilizacja rezerwistów do Armii Czerwonej. Sowieci przygotowują się do tak wyczekiwanego, wspólnego uderzenia z nazistowskimi Niemcami na Polskę.
W Paryżu ambasador Polski - Juliusz Łukasiewicz spotyka się z politykami i generalicją francuską, zapytując kiedy ruszy francuska ofensywa w Nadrenii? Otrzymuje wymijające i niekonkretne odpowiedzi. Tego samego dnia podpisana zostaje również umowa o utworzeniu Armii Polskiej we Francji (początkowo z Polaków mieszkających nad Sekwaną, a potem z tych, którzy przedrą się do Francji z okupowanego kraju).
W Londynie gen. dywizji Mieczysław Norwid-Neugebauer spotyka się z gen. Edmundem Ironside - szefem brytyjskiego Sztabu Imperialnego. Celem spotkania jest zdobycie informacji kiedy alianci przyjdą Polsce z odsieczą na Froncie Zachodnim. Ironside kończy rozmowę przed czasem. Nikt nic nie wie, a tymczasem na polskie miasta lecą niemieckie bomby, giną ludzie, w tym kobiety i dzieci. A do tego Niemcy odznaczają się wyjątkową brutalnością i popełniają pierwsze zbrodnie wojenne zarówno na żołnierzach jak i ludności cywilnej.
 


NIEMCY NA PRZEDPOLACH WARSZAWY
(8 WRZEŚNIA 1939)




WARSZAWA
KOBIETA Z DZIECKIEM PO BOMBARDOWANIU
(WRZESIEŃ 1939)




BYDGOSZCZ - STARY RYNEK
ZAKŁADNICY W OCZEKIWANIU NA EGZEKUCJĘ
(WRZESIEŃ 1939)




BITWA NAD BZURĄ
OFENSYWA POLSKA
(9 WRZEŚNIA 1939)




gen. TADEUSZ KUTRZEBA
DOWÓDCA ARMII POZNAŃ
NAJSILNIEJSZEJ FORMACJI ATAKUJĄCEJ NAD BZURĄ




BITWA NAD BZURĄ
ZNISZCZONY NIEMIECKI CZOŁG I ZABITY ŻOŁNIERZ
(WRZESIEŃ 1939)




PLUTONOWY STEFAN KARASZEWSKI
SAM JEDEN ZNISZCZYŁ SIEDEM NIEMIECKICH CZOŁGÓW, DWA POWAŻNIE USZKODZIŁ I ZABIŁ 11 NIEMIECKICH ŻOŁNIERZY W CZASIE DWUGODZINNEJ, SAMOTNEJ WALKI, OPÓŹNIAJĄC MARSZ CAŁEJ NIEMIECKIEJ DYWIZJI. GDY ZABRAKŁO MU AMUNICJI, WYSADZIŁ SIĘ GRANATAMI W POWIETRZE
(5 WRZEŚNIA 1939)




MSZCZYNÓW
ZNISZCZONY NIEMIECKI CZOŁG
(WRZESIEŃ 1939)





ZE WZGLĘDU NA PRZYPADAJĄCĄ DZIŚ 87 ROCZNICĘ NIEMIECKIEGO ATAKU NA POLSKĘ, PREZENTUJĘ ALTERNATYWNĄ WERSJĘ HISTORII TEJ WOJNY, W KTÓREJ STRONA POLSKA POSIADA SPRZĘT I TECHNOLOGIĘ WSPÓŁCZESNĄ, ŁĄCZNIE Z SAMOLOTAMI F16 I F35 ORAZ DRONAMI. W TAKIEJ SYTUACJI NAJPOTĘŻNIEJSZA ARMIA ŚWIATA, JAKĄ W LATACH 1939 1942/43 BYŁ BEZ WĄTPIENIA WEHRMACHT, SKOŃCZYŁABY TAK






CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...