WYŚWIETLENIA

27 sierpnia 2026

HOLLYWOOD A POLSKA

W LATACH II WOJNY ŚWIATOWEJ 





Ten temat nie będzie tematem mojego autorstwa (a przyznam się szczerze, że przyjemnie jest czerpać z pracy innych ludzi i patrzeć jak to oni muszą się męczyć żeby cokolwiek napisać, a ty tylko to... skopiujesz 🤭. Oczywiście żartuję). W każdym razie dziś chciałbym podjąć temat amerykańskiej "fabryki snów" czyli Hollywood w okresie II Wojny Światowej i tego, jak prezentowano tam Polskę i Polaków. Ponieważ jednak nie jest to mój temat autorski, a jeden z ciekawszych tematów jakie znalazłem na X-ie (dawniej Twitter), pozwoliłem sobie go tutaj umieścić. Autorem tej nitki (jak można to nazwać) jest x-owicz posługujący się profilem "Wojna w kolorze", a konkretnie Andrzej Matowski, którego to stronę na Twitterze zachęcam do obserwowania i wspierania (oczywiście całkowicie bezinteresownie, podobnie jak bezinteresowny jest mój blog GAJ AKADEMOSA 😙 gdzie nie uświadczycie żadnych reklam, gdyż jest to taka moja oaza odpoczynku i pewnego rodzaju relaksu, choć często bardzo pracochłonnego 🧐). Temat który to zaprezentował Andrzej Matowski, bardzo przypadł mi do gustu i postanowiłem go tutaj również zaprezentować, a jak wspomniałem wyżej dotyczy filmów jakie powstawały w Hollywood o Polsce i Polakach w czasie II Wojny Światowej. 




Warto bowiem zapoznać się z czym mieliśmy do czynienia i czy komisja Josepha McCarty'ego z lat 50-tych rzeczywiście była taka demoniczna (jak próbują nam to wmówić współcześni neomarksiści i wszelkiego typu libkowie), czy po prostu McCarty "miał twarde karty" aby ujawnić i ukarać tych wszystkich pro-sowieckich gogusiów z Hollywood i z wielu innych kluczowych branż w polityce, gospodarce i dyplomacji USA. 
Zapraszam zatem na wątek.






HOLLYWOOD A POLSKA 
(AUTORSTWA ANDRZEJA MATOWSKIEGO 
X-owy PROFIL "WOJNA W KOLORZE")



I I Wojna Światowa była pierwszą prawdziwie nowoczesną wojną, w której żadna dziedzina życia nie mogła pozostać obojętna. To samo dotyczyło ogromnego amerykańskiego przemysłu filmowego, zrzeszający tysiące aktorów, scenarzystów, reżyserów - ludzi bardzo bogatych i wypływowych. Hollywood wypluwało z siebie 500 filmów rocznie. Do kin chodziło w 1939 roku tygodniowo 74 % Amerykanów, zostawiając astronomiczne 85 milionów dolarów w kasach. Jak ujął to historyk Robert Fyne: "większość widzów wierzyła w to, co pokazano im na ekranie, niczym w Ewangelię".




W czerwcu 1942 roku "fabryka snów" została objęta nadzorem Urzędu ds. Informacji Wojennej (Office of War Information), konkretnie agencji Bureau of Motion Pictures (Biuro Filmowe). Odtąd BMP opiniowało scenariusze filmów i decydowało, czy i jaki film trafi do produkcji. Filmy miały spełniać podstawową zasadę: pomóc wygrać wojnę z diabolicznym Hitlerem i jego mrocznymi zastępami. Od tego uzależniano zgodę na produkcję. Do końca wojny BMP zrecenzowało 1652 scenariusze, nierzadko wprowadzając własne uwagi i dodając swoje własne sceny.




Wielu z Was zna niektóre filmy z tego okresu. Najsłynniejszym jest bowiem "Casablanca" z 1942 r. z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman, która zwróciła uwagę społeczeństwa USA na okupację Europy przez Niemców i temat ruchu oporu. Uzasadniła też amerykańską inwazję na Algierię.




Propaganda Hollywood kręciła wiele kasowych filmów oddających hołd europejskiemu ruchowi oporu. Zamach na Protektora SS-Obergruppenführera Reinharda Heydricha przez czeskich komandosów w Pradze doczekał się aż dwóch filmów w 1943 r.: "Hitler's madman" i "Hangmen also die!"




Czesi byli lubiani w Hollywood i doczekali się aż sześciu dużych produkcji, sławiących ich udział w wojnie. Ale nie byli jedyni. Z europejskim ruchem oporu utożsamiano Norwegów, którzy tylko w 1943 roku doczekali się aż pięciu dużych produkcji, na czele z "Edge of Darkness".




Nie można było zapomnieć o wielkiej roli Francuzów w walce z Hitlerem. Poza wspomnianą wyżej "Casablanką", w której do historii przeszła scena ze śpiewaniem "Marsylianki", Francuzi doczekali się jeszcze 14 wielkich produkcji, na czele z frankofilską "Joan of Paris" z 1942 r.






No i przede wszystkim, nie można było w żaden sposób zapomnieć o największym przyjacielu "dobrych" Aliantów, sojuszniku pierwszej klasy - masowym mordercy Józefie Stalinie i jego zbrodniczym imperium sowieckim, które od III Rzeszy różniło się jedynie brakiem komór gazowych.




Film "Mission to Moscow" z 1943 r. miał zdemaskować wszelkie nikczemne oskarżenia pod adresem Związku Radzieckiego i pokazać, że Stalin i jego państwo to jedynie "trochę inna demokracja" od USA. Film oparto o wspomnienia byłego ambasadora USA w Moskwie Josepha Daviesa.




"Mission to Moscow" był jedynym amerykańskim filmem wyświetlanym w ZSRR w czasie wojny (co pokazuje stopień jego zakłamania), ale nie był jedyny. Nakręcono szereg innych, na czele z "The Days of Glory" i "The Boy from Stalingrad". Konsultantami byli... radzieccy dyplomaci!




Wszystkie te filmy były pompatyczne i doniosłe. Nikomu nie przyszło do głowy żartować z cierpienia ww. narodów. Scenariusze konsultowano z dyplomatami alianckimi. Wszystkie były poważne i miały uwypuklić wkład narodów w walce z nazizmem. Wszystkich, poza jednym. Polakami. Polacy nigdy nie byli w centrum zainteresowania Hollywood. Przed II WŚ doczekali się właściwie tylko dwóch filmów "As The Earth Turns" i "The Wedding Night". Generalnie traktowano ich z lekceważeniem jako "Hunyaków" - bliżej niezidentyfikowanych imigrantów z Europy Wschodniej.




Oba filmy to całkowicie niedorzeczne koszmarki, stworzone przez ludzi, niemających pojęcia o Polsce. Przedstawiały one Polaków jako nieokrzesanych, pijanych i głupich prymitywów, jedzących z podłogi, porozumiewających się dziwnymi dźwiękami i zbitkami przypadkowych słów.




Polska także nie była w centrum zainteresowania Hollywood. Przed wojną umiejscowiono w niej tylko jeden film - napoleoński romans "Maria Walewska". Dla porównania, małe Węgry były miejscem akcji aż siedmiu filmów, a filmy o Rosjanach, czy Żydach miały swoje odrębne gatunki.




A po 1939 r.? Generalnie w działaniach BMP nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że Polska... była w zasadzie jedynym pomijanym krajem alianckim w Hollywood. A wydawałoby się, że historia napadniętego przez potężnych sąsiadów kraju, pierwszej ofiary Hitlera byłaby doskonała.




Tymczasem zainteresowanie Hollywood Polską w czasie wojny można przedstawić tak - toczącym się kłaczkiem arizońskim. Polska doczekała się tylko trzech (!) filmów w czasie wojny. Komedii "To Be or Not To Be", romansu "In our Time" i niskobudżetowego "None shall escape". Chronologicznie pierwszym filmem była komedia (!) "To Be or Not To Be" Ernsta Lubitscha z grudnia 1942 r. Powstała więc po ponad 3 latach bestialskiej niemieckiej okupacji, w momencie, gdy w Polsce trwał w najlepsze Holocaust Żydów, egzekucje i wysiedlenia z Zamojszczyzny...




Chociaż film ten jest bardzo sympatyczną komedią (i doczekał się remake'u w reżyserii Mela Brooksa), to niezamierzenie spłycał i ośmieszał realia brutalnej okupacji Polski. Nikomu w USA nie przyszło do głowy robić komedii o żadnym innym okupowanym przez Niemców kraju.




"To Be or Not To Be" opowiada historię trupy teatralnej z Warszawy, która wplątuje się przypadkowo w akcje ruchu oporu. Niewiele w nim powiedziano o roli Polski w wojnie, a dość smutnym aspektem jest zrobienie z Profesora - autorytetu dla Polaków z filmu - agenta Gestapo...




Chronologicznie drugim filmem był niskobudżetowy "None shall escape" ze stycznia 1943 r. Opowiadał on o procesie fikcyjnego niemieckiego zbrodniarza Wilhelma Grimma. Polska jest jedynie miejscem akcji, a film dotyczył głównie zbrodni na Żydach. Przeleżał na półce ponad rok.




"None shall escape" swoją premierę miał dopiero 3 lutego 1944 r. i nie zapadł on nikomu w pamięci. Uznano go za zbyt pospiesznie i niedbale zrealizowany. O roli Polski w wojnie nie pada w nim ani jedno słowo, choć pokazuje on dość pozytywnie relacje polsko-żydowskie.




I - wisienka na naszym zgniłym, hollywoodzkim torcie. Największy film poświęcony Polsce, nakręcony w USA w czasie wojny - "In our Time", który premierę miał 19 lutego 1944 roku. Film absolutnie obrzydliwy, czerpiący garściami z nazistowskiej i sowieckiej propagandy o Polsce.




Wypust studia Warner Bros. opowiada historię londyńskiej ekspedientki Jennifer, która trafia do Polski latem 1939 roku i poznaje tam w Warszawie hr. Stefana Orvida. Para się w sobie zakochuje, ale na drodze zakochanym staje rodzina hrabiego (uwaga, jest coraz śmieszniej).




Rodzina Orvidów to banda arystokratycznych, fanatycznie religijnych snobów - generalnie uosobienie ciemnogrodu. Najgorszy z nich jest wuj Pavel, pracownik polskiego ministerstwa, jawnie prohitlerowski bufon, do ostatnich minut filmu nawołujący do porozumienia z Niemcami.




Choć akcja filmu dzieje się tuż pod Warszawą (i to kilka kilometrów od niej!), to majątek Orvidów wygląda jak wyjęty z XVII wieku - panuje poddaństwo chłopów - jak jeden mąż ciemnych, głupich, bojących się traktorów i elektryczności, a zysk przeliczają na... butelki wina.




Dopiero Jennifer wprowadza odrobinę nowoczesności w tym zatęchłym zaścianku. Londyńska sprzedawczyni (!) edukuje ciemne chłopstwo o nowoczesnym rolnictwie, wujowi Pavelowi mówi, że nie wolno ustępować Niemcom, a z kawalerii - w której służy Stefan - szydzi jako przestarzałej.




Agresja Niemców na Polskę zastaje Orvidów podczas całonocnej, szlacheckiej libacji. Podczas gdy rodzina hrabiego tchórzliwie ucieka z majątkiem, on sam idzie walczyć. Jego dumny pułk kawalerii zostaje rozbity po - a jakże! - szarży z szablami na niemieckie czołgi (!).




Pod wpływem wszechwiedzącej feministki Jennifer Orvid doznaje objawienia. Przeistacza się w ludowego bohatera. Nakazuje spalić pola i posiadłość, by wróg nie miał z nich pożytku. Wymowa jest jasna: Polska może odrodzić się po wojnie tylko, jeśli zmieni się w niej władza.




Cały ten film to powtarzanie sowiecko-niemieckiej propagandy, na czele z szarżami kawalerii na czołgi. Premiera także była nieprzypadkowa. 4 stycznia 1944 r. Armia Czerwona przekroczyła granice Polski, a 22 lutego W. Churchill przyznał, że Polska będzie okrojona po wojnie.




Reżyser filmu wprost przyznawał, że Polska kojarzyła mu się z państwem niewolniczym, rodem z amerykańskiego Południa sprzed wojny secesyjnej. Wytwórnia Warner Bros. przyznała zaś, że miała problem z przedstawieniem ulicy w Warszawie, bo nie wiedziano... jak wyglądają Polacy.




Warto tu jeszcze wspomnieć o kilku innych filmach, w których Polacy powinni być, a ich nie było. W kasowej superprodukcji "The Story of G.I. Joe" z 1945 r. o froncie włoskim i bitwie o Monte Cassino o Polakach nie padło ani jedno zdanie, choć ci zdobywali klasztorne wzgórze.




Z kolei w filmach "Eagle Squadron" i "International Squadron" (w tym główną rolę zagrał Ronald Reagan) o amerykańskich pilotach w bitwie o Anglię (których było tylko kilku, ok. 11), o Polakach pada dosłownie jedno krótkie zdanie, wymienionych pomiędzy innymi narodami.




Na wiosnę 1944 r. wytwórnia Twenieth Century Fox planowała premierę komedii "Jakobowsky i pułkownik", opowiadającej o uciekającym przed antysemityzmem z Polski Żydzie i nadętym polskim oficerze. Film jednak ostatecznie wówczas nie powstał i nakręcono go dopiero w 1958 r.




ŻADEN z ww filmów nie był konsultowany nigdy z nikim z polskiego rządu emigracyjnego. W żadnym nie zagrał żaden Polak. Nigdy nie pozwolono Polakom opiniować scenariuszy, w odróżnieniu od innych Aliantów. Polacy jako JEDYNI byli przedstawiani negatywnie. A czemu? Cóż... Hollywood nie lubiło Polski z różnych względów. Głównym powodem były polityczne zapatrywania reżyserów i scenarzystów, nierzadko sowieckiej agentury na pasku Moskwy. Przedstawianie Polski w dobrym świetle oznaczałoby oczernianie ZSRR - a na to nikt w USA nie chciał pozwolić.




ZSRR nigdy nie był obiektem ataków Hollywood. Sowietów - sojuszników Hitlera z lat 1939-40 - jako "wrogów" przedstawiono w raptem trzech filmach, z czego dwa to komedie - "Ninoczka" i "Towarzysz X". Po 1941 r., gdy Sowieci stali się Aliantami, przestano je w ogóle wyświetlać.




W Hollywood w 1935 r. powstała "Anti-Nazi League", kierowana przez agenta Kominternu Otto Katza, zrzeszająca lewicowych reżyserów i scenarzystów (a nie aktorów, bo tych uznano za... zbyt głupich). Zwłaszcza Żydów. Jej stałym członkiem było bogate i wpływowe Warner Bros. Jednocześnie, sekcją BMP w Hollywood kierował Nelson Poynter - publicysta powiązany z polityką Roosevelta. Rooseveltowcy i lewicowcy mieli jeden wspólny cel: pokonanie Hitlera. A za najważniejszego sojusznika w walce z Hitlerem uznano Sowietów, których nie można było drażnić.




Przypominanie więc losu Polski - napadniętej przez Niemców i Sowietów - byłoby nie na rękę Moskwie. Dlatego Hollywood pomijało rolę Polski w wojnie, a jeśli już musiało mówić - to robiło to oczerniając ją zgodnie z duchem sowieckiej propagandy, przygotowując oddanie jej ZSRR.




Moda na komunizm w Hollywood była powszechna i to tak, że po wojnie wielu filmowców trafiło przed oblicze amerykańskich komisji śledczych jako potencjalni agenci wpływu ZSRR. Działalność OWI/BMP uznano za tak szkodliwą, że w 1944 r. obcięto jej budżet, a potem zamknięto. Wśród przesłuchiwanych znalazł się m. in. Jack Warner, właściciel studia Warner Bros., który srogo pocił się przed komisją Kongresu i komisją senatora Josepha McCarthy'ego. Do dziś zresztą znienawidzonego w Hollywood za łapanie pożytecznych idiotów Kremla.




Tu przypomina mi się, jak parę lat temu polski internet ekscytował się, że założyciele Warner Bros. byli Żydami z Polski, och, ach, jaka duma. Spieszę przypomnieć, że Warner Bros. miało stałą manierę oczerniania Polaków za każdym razem, gdy było to możliwe. Warner Bros. odpowiada za trzy najobrzydliwsze wymienione tu filmy - "In our Time", "Mission to Moscow" (który miał premierę tuż po odnalezieniu polskich grobów w Katyniu - w maju 1943 r.) i "The Wedding Night". W swoich filmach nierzadko nadawali filmowym oprychom imiona polskich bohaterów: Sobieski czy Kościuszko - znanych Amerykanom. Nigdy nie nakręcili ani jednego pozytywnego filmu o Polsce. Kłamstwa o Polsce i Polakach, które rozsiewali prawie 100 lat temu, przetrwały właściwie do dzisiaj. 

Bracia Warner byli bowiem skrajnie lewicowymi Żydami - jak wielu filmowców Hollywood - których z Polską łączyło jedynie miejsce urodzenia, a którzy w niepodległej Polsce nigdy się nie pojawili. Wyemigrowali jeszcze w czasach carskiego zaboru. I jak wielu innych ówczesnych celebrytów, chętnie poddali się propagandzie komunistycznej, szczególnie, że ta kreowała się na przeciwników antysemickiego nazizmu. Warto to mieć w pamięci, gdy znowu usłyszycie ekscytację o "polskich śladach" w Hollywood.









25 sierpnia 2026

POLSKĘ TRZEBA ZAŁATWIĆ! - Cz. I

CZYLI O TYM, 
JAK TO NIEMCY, ROSJA I INNE KRAJE
PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ, 
WSPÓLNYMI SIŁAMI DĄŻYŁY DO
ZNISZCZENIA ODRADZAJĄCEJ SIĘ
POLSKIEJ PAŃSTWOWOŚCI





"ŻOŁNIERZE! DWA DŁUGIE LATA, PIERWSZE ISTNIENIA WOLNEJ POLSKI, SPĘDZILIŚCIE W CIĘŻKIEJ PRACY I KRWAWYM ZNOJU. KOŃCZYCIE WOJNĘ WSPANIAŁYMI ZWYCIĘSTWAMI, I NIEPRZYJACIEL, ZŁAMANY PRZEZ WAS, ZGODZIŁ SIĘ WRESZCIE NA PODPISANIE (...) POKOJU. ŻOŁNIERZE! NIE NA PRÓŻNO I NIE NA MARNE POSZEDŁ WASZ TRUD. (...) LECZ OD RAZU, OD PIERWSZEJ CHWILI ŻYCIA SWOBODNEJ POLSKI, WYCIĄGNĘŁO SIĘ KU NIEJ MNÓSTWO POŻĄDLIWYCH RĄK, SKIEROWAŁO SIĘ MNÓSTWO WYSIŁKÓW, BY JĄ UTRZYMAĆ W STANIE BEZSIŁY, BY JEŚLI JUŻ ISTNIEJE, BYŁA ONA IGRASZKĄ W RĘKU INNYCH, BIERNYM POLEM DLA INTRYG CAŁEGO ŚWIATA (...) 

ŻOŁNIERZE! ZROBILIŚCIE POLSKĘ MOCNĄ, PEWNĄ SIEBIE I SWOBODNĄ (...) KRAJ, CO W DWA LATA POTRAFI WYTWORZYĆ TAKIEGO ŻOŁNIERZA, JAKIM WY JESTEŚCIE, MOŻE SPOKOJNIE PATRZEĆ W PRZYSZŁOŚĆ"

JÓZEF PIŁSUDSKI
18 Października 1920 r.






VARIA





"ZA PIĘTNAŚCIE LAT DORÓWNACIE LONDYNOWI"


 To powyżej, to piętnastoletni plan ekonomicznej rozbudowy Polski, opracowany przez ministra skarbu Eugeniusza Kwiatkowskiego (i ludzi z jego otoczenia), który miał się rozpocząć w 1939 r. i trwać do 1954 r. Były to bardzo ambitne i niezwykle ciekawe plany modernizacji kraju, zakładające w ciągu najbliższych piętnastu lat gruntowne unowocześnienie poszczególnych gałęzi gospodarki, tak, aby nie tyle "doścignąć" Zachód Europy, ale wręcz... go prześcignąć (temu właśnie miały służyć kolejne "trzylatki" tego planu, wymienione na plakacie). Dziwne, niesamowite, niemożliwe zapytamy, lecz ja odpowiem paradoksalnie, że możliwość dogonienia a nawet przegonienia Zachodu - BYŁA MOŻLIWA. Może nie w ciągu lat 15 lecz 30 do 50 i oczywiście przy założeniu że w tym czasie w naszej części Europy nie wybuchłby żaden większy konflikt międzynarodowy. Zresztą takie opinie dotyczące naszego kraju nie były w międzywojennej Europie wcale odosobnione. Pod takim jak wyżej przytoczonym tytułem, ukazała się w Ilustrowanym Kurierze Codziennym (popularnym IKC-u) dnia 21 stycznia 1938 r. relacja Anglika zamieszkałego w Polsce, który przewidywał że w ciągu kolejnych piętnastu lat Polska pod względem gospodarczym i przemysłowym dorówna Wielkiej Brytanii. 

Oczywiście taka opinia obcokrajowca o naszym kraju nie należała wcale do rzadkości. W 1940 r. (gdy Polska znajdowała się już pod okupacją niemiecką) w Wielkiej Brytanii ukazał się film o Polsce (który pierwotnie był kręcony jeszcze w 1938 r., potem jednak musiano pokazać również samą okupację, chociaż i tak nie została ona przedstawiona w takiej formie, jaką naprawdę przybrała na ziemiach polskich i w całej Europie Wschodniej). Film pt.: "This is Poland" został także w 1942 r. wyświetlony w Stanach Zjednoczonych. Polska jest tam przedstawiona jako sympatyczny kraj sympatycznych ludzi o wysokiej kulturze, zaś Warszawa jako przeurocze, eleganckie miasto (notabene należy dodać co o Polakach mówił amerykański reżyser i fotograf - Julien Bryan, który w tych krwawych dniach września 1939 r. przebywał w Warszawie: "Polacy! Gdyby Spartanie odżyli i zobaczyli wasz heroizm, schyliliby przed wami czoło. Będąc 7 miesięcy jako żołnierz pod Verdun nie spotkałem się z taką postawą. Naród taki nie może być zwyciężony").




Zresztą opinia o Polsce w międzywojniu była wyjątkowo wysoka. Warszawę nazywano "Paryżem północy", ceniono polską gościnność, uprzejmość, elegancję a także polską bitność, odwagę i polskie wynalazki, które przecież używamy do dziś, nie mając niejednokrotnie pojęcia kim byli ich autorzy - takie jak wycieraczka samochodowa (Józef Hoffman), ręczna kamera filmowa (Kazimierz Prószyński), harmonogram, czyli uporządkowanie czasu pracy (Karol Adamiecki), lampa naftowa - używana na świecie aż do czasu odkrycia żarówki (Ignacy Łukasiewicz), a także peryskop odwracalny - montowany w polskich czołgach 7 TP i okrętach wojennych przed wybuchem II Wojny Światowej (Rudolf Gundlach), a także obrotowa wieżyczka czołgu (polskie czołgi jako jedyne przed wrześniem 1939 r. wyposażone były w obrotowe wieżyczki czołgów), kamizelka kuloodporna (Jan Szczepanik), wyrzutnia pocisków (Władysław Świątecki), wykrywacz min (Józef Kosacki), oraz niezwykłe pistolety i karabiny produkowane w latach 30-tych. 

Oczywiście to jedynie niewielka część polskich wynalazków sprzed wybuchu II wojny światowej, tych najsławniejszych i najbardziej znanych, było ich jednak znacznie więcej. W ramach programu "Laboratorium" z 1934 r. a potem działań o kryptonimie "Akcji N", w latach 1934-1944 stworzono w Niemczech (i przez pewien okres także w Związku Sowieckim), potężną organizację wywiadowczą, która bazowała na ludziach mieszkających w Niemczech od dawna, lub nawet tam urodzonych. Ci ludzie prowadzili normalne życie, żyli w swoich społecznościach, niekiedy byli także aktywni w partiach NSDAP i WKPb - po prostu pracowali w charakterze "śpiochów". To właśnie oni stworzyli w czasie wojny potężną, zakonspirowaną antyhitlerowską organizację w Niemczech. Drukując ulotki i gazety w języku niemieckim, nawoływali naród niemiecki do opamiętania się nim będzie za późno, do wystąpienia przeciw Hitlerowi i jego "bandzie", która "zagrabia i marnotrawi niemiecką pracę i poświecenie żołnierza na frontach tej wojny". Gazetki te docierały także na front, do żołnierzy i wyrabiały w nich przekonanie że oto stworzył się silny antyhitlerowski ruch w Niemczech. Oczywiście wywiad niemiecki zdawał sobie doskonale sprawę kto stoi za tymi hasłami, wiedzieli dobrze że tworzy je "polska grupa", nie rozgłaszali tego jednak, nie chcąc by wytykano im nieudolność (gdyż oto podbity naród był w stanie stworzyć potężną siatkę agenturalno-informacyjną w Niemczech).




II Rzeczpospolita była państwem które budowali Polacy od 1918 r. praktycznie od podstaw, a już w 1938 r. państwo to było jednym z kluczowych graczy na europejskiej scenie politycznej, z rosnącą w górę gospodarką, coraz silniejszym przemysłem (w 1918 r. na ziemiach polskich nie było praktycznie niczego, wszystko zostało podczas I Wojny Światowej zrabowane przez przetaczające się przez ziemie polskie kolejne armie - rosyjską, niemiecką i austriacką, a to, co nie nadawało się do wywiezienia, zaborcze armie skrupulatnie niszczyły, by nie wpadły w ręce wroga), prężną i wciąż unowocześnianą armią (Wojsko Polskie zajmowało 4 pozycję w Europie i 7 na świecie pod względem liczebności, wielkości dywizji i nowoczesności sił zbrojnych). Co się tyczy armii II Rzeczypospolitej Polski, to należy nadmienić, że żaden środkowoeuropejski kraj (począwszy od Szwecji i Finlandii, a skończywszy na Grecji i Bułgarii nie dysponował armią liczniejszą, ani silniejszą od polskiej. Takiej armii nie posiadała także i Czechosłowacja.




Lecz właśnie te polskie  sukcesy, a w ogóle samo powstanie państwa polskiego, które miało swoje ambicje i odzyskiwało ziemie, które wcześniej zostały Polsce zrabowane przez zaborców, budziło frustrację i niechęć do odrodzonej Polski nie tylko w Moskwie i Berlinie, ale również w innych stolicach krajów nam niechętnych, takich jak: Litwa, Czechosłowacja, czy... Wielka Brytania. I właśnie tutaj chciałbym pokazać ilu było wrogów owego odrodzenia Polski, wrogów którzy przez dekady przyzwyczaili się do faktu że Polski nie ma, nie będzie i nie potrzeba. Chciałbym właśnie zaprezentować kierunki działań zmierzające do zniszczenia Polski jako niepodległego państwa lub chociażby takiego jej osłabienia, aby nie była zdolna stanowić przeciwwagi w Europie Środkowej dla tandemu niemiecko-rosyjskiego. Wydaje mi się że w obecnych czasach wielkiej próby, jakie stoją przed nami, jest to również bardzo ważne, aby wiedzieć jak pomimo wielu trudności (znacznie większych i poważniejszych niż dziś) nasi przodkowie potrafili doprowadzić sprawę Niepodległości Polski do końca i "tak ją postawić w sile i mocy", aby nie tylko mogła przetrwać, lecz również aby zaczęła zgłaszać pretensje do uznania jej mocarstwowych ambicji (powiedzmy sobie bowiem szczerze i otwarcie, Polska - wraz z Rumunią i Jugosławią - była największym beneficjentem I Wojny Światowej, a spośród krajów i narodów z nami sąsiadujących, bezwzględnie odnieśliśmy największy sukces w dziele odbudowy Ojczyzny, i to właśnie tak bardzo bolało wielu naszych przeciwników, czy też jawnych wrogów).




I rzeczywiście, dla wielu było nie do pomyślenia, że państwo, którego jeszcze kilka lat wcześniej nie było na mapach, które było tak zniszczone działaniami wojennymi, że brakowało nawet słomy na chłopskich dachach, którą konfiskowały zaborcze armie dla potrzeb wojennych, że ten mały zdawałoby się, słaby i biedny kraj, może w ogóle myśleć o mocarstwowości. Amerykanie nie dowierzali, pisząc w 1934 r.: "Poprzedni sługa cesarzowej Austrii, cesarzowej Rosji i Fryderyka Wielkiego w Prusach teraz chce być panem w afrykańskim kraju", a "Pittsburgh Courier" dodawał w alarmistycznym tonie: "Liberia może być pochłonięta przez żarłoczną Polskę". Zaś francuski delegat w Radzie Ligii Narodów Joseph Paul-Boncour posunął się do stwierdzenia (na słowa polskiego delegata w Radzie Ligii Narodów - Augusta Zaleskiego, że Polska jako mocarstwo ma prawo do podejmowania określonych decyzji w interesujących Ją kwestiach): "O tak, Polska jest mocarstwem. Ale należy pamiętać że są wielkie mocarstwa i jest Polska". Były to słowa wypowiedziane przez przedstawiciela państwa, które (przynajmniej oficjalnie) było nam przyjazne i z którym mieliśmy zawarty od 1921 r. sojuszniczy układ militarny. Pokazuje to dobitnie, że Polska Niepodległa, a już z pewnością Polska mająca własne ambicje mocarstwowe, była nie na rękę nie tylko państwom nam realnie wrogim, ale również i tzw.: sojuszniczym. 

Co się tyczy Francji, to Robert de Saint-Jean pisał pod datą 10 czerwca 1940 r. - czyli w czasie, gdy Niemcy zbliżali się już do Paryża - tak: "Kiedy powiedziałem pokojówce, że jeśli chce, może od razu wrócić do domu rodziców na wsi, uśmiechnęła się: "Nie spieszę się. Poza tym nie wyjadę, dopóki nie posprzątam domu na lato". Nie wierzyła, że Niemcy przyjdą, mimo plotek krążących po okolicy, i uważa, że jestem trochę defetystyczny… Jedna z rzeczy, która wyrządziła Francji największe szkody w ostatnich latach. Przez lata to, co nazywano naszym "wspaniałym optymizmem", było przekonaniem, które żywiliśmy, że "to" nie może się zdarzyć w naszym kraju. Francja również mówiła: „Nie spieszę się… Pozwól mi najpierw posprzątać dom", zaś pod datą 13 czerwca de Saint-Jean zanotował: "Co dziwne, zauważyłem, że ludzie wokół mnie już nie proszą o aktualizacje. Są zmęczeni słuchaniem radia i refrenem "Marsylianki", który poprzedza zapowiedź katastrof… Ludzie interesują się teraz tylko swoimi sąsiadami; starają się rozwiązywać problemy szczegółowe, które zastąpiły te ogólne: kwestię mieszkania, kwestię wyżywienia, kwestię, gdzie posłać dzieci… itd. To "równość losów" w nieszczęściu, która istniała na froncie, a która teraz dotyka również cywilów wypędzonych z domów. Być może zbyt przywiązujemy się do tego, co widoczne, i ponieważ straciliśmy domy, błędnie sądzimy, że straciliśmy wszystko (…) Ale nieszczęście ma też swoją drugą stronę : to całkowite zubożenie może nas wzbogacić; możemy na przykład zyskać to braterstwo wśród Francuzów, które właśnie zaczyna się objawiać w tej chwili. Pielęgniarka, która wróciła z konwojem karetek, podzieliła się kilkoma spostrzeżeniami, które poruszyły wielu z nas. Te uwagi nas zaskoczyły, ponieważ pochodziły od kobiety, która w czasie pokoju prowadziła najbardziej sztuczne życie. Bogata i snobistyczna, żyła tylko dla tego, co nazywa się "imprezami towarzyskimi", słowem, które tak pięknie rymuje się z "próżnością", a jej delikatna dłoń z pomalowanymi paznokciami zdawała się być zdolna dotykać jedynie najcenniejszych klejnotów. Dziś patrzyłem na jej dłonie, teraz zrogowaciałe od jazdy ciężkim samochodem przez dni i noce po dziurawych drogach. Jej nie ozdobiona twarz nie była już ładna; lecz mimo to była piękna, bo po raz pierwszy pojawiła się w niej ludzkość (...) gdy już przyzwyczaisz się do myśli, że dom spłonął, że wojna jest przegrana, że Paryż zostanie zajęty, wkraczasz w inną sferę, która z pewnością nie jest sferą obojętności, ale która nie jest już sferą rozpaczy: sferą, która jest, że tak powiem, poza nieszczęściem. Potem pozostaje jeszcze jeden krok do zrobienia: znaleźć w całkowitym zapomnieniu o sobie niezbędne uniesienie, które pozwala prawdziwie poświęcić się innym". 


"PRZEZ ZJEDNOCZENIE NARODU 
DO POLSKI WIELKIEJ, SILNEJ I SPRAWIEDLIWEJ"



CDN.

24 sierpnia 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXVII

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXXIV



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXXIV



PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XII






FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XII



RECHABICI
(841 - 753 r. p.n.e.)
Cz. V



 Król Judy - Ozjasz postanowił ponownie wyprawić się (wcześniej taką wyprawę przeprowadził jego ojciec Amazjasz) przeciw Edomitom, których siedziby znajdowały się w południowo-wschodnich rejonach Palestyny, tuż nad granicą z Arabią. Namówił do takiej wspólnej wyprawy Jeroboama z Izraela i ten zgodził się wziąć w niej udział. Miał to być przykład braterstwa dawnej Monarchii Dawida i Salomona, coś na wzór ponownego zjednoczenia obu rozdartych części, i tak też się stało. Do wyprawy tej doszło ok. 763 r. p.n.e. i zakończyła się ona całkowitym sukcesem. Edomici zostali rozbici, ich stolica Soar spalona, wzięto tam też wielu jeńców. Była to pierwsza jaskółka odnowy Królestwa Judy, która od czasu klęski pod Bet-Szemesz w 784 r p.n.e. politycznie i militarnie istniała w cieniu Izraela. Zachęcony tym sukcesem Ozjasz (ok. 760 r. p.n.e.) przeprowadził wielką wyprawę na Ammonitów, których siedziby znajdowały się daleko na wschód za Morzem Araby (czyli za Morzem Słonym). Zdobył Rabbę (główne miasto Ammonitów) i zmusił ich do uznania swojej zwierzchności. Teraz, mając zabezpieczone granice na południu i na wschodzie swego Królestwa, mógł oficjalnie już przystąpić do konfrontacji z rosnącymi w siłę Filistynami. Według Biblii Ozjasz miał zdobyć filistyńskie miasto Gat, ale nie może to być prawdą, jako że pozostałości VIII-wiecznego miasta Gat, niosą na sobie zniszczenia z czasów znacznie późniejszych niż lata panowania Ozjasza (archeologiczna faza A-2) i są zbliżone do czasów panowania króla Asyrii - Sargona II, czyli końca VIII i początku VII wieku p.n.e. Jednak nawet jeśli Gat nie zostało wówczas zdobyte, to bez wątpienia Ozjasz odnosił sukcesy w walkach z Filistynami z tego miasta jak i z Aszkalonu i Jamnia. Bez wątpienia wpływ Filistynów na Judę został wówczas zahamowany i od tego to okresu możemy przyjąć realną dominację tego Królestwa na ziemiach Kraju Nadmorskiego (a z całą pewnością w Szefeli), a nie, jak próbuje nam to tłumaczyć Biblia, już w czasach Dawida i Salomona. Z pewnością to również Ozjasz zajął dla Judy port Ecjon-Gewer, dzięki temu Juda po raz pierwszy w swych dziejach miała dostęp do morza i nie musiała już polegać na dostawach płynących z Filistei. Król Ozjasz na nowo też ufortyfikował Jerozolimę, stworzył zawodową armię, która znacznie bardziej sprawdziła się w walkach niż wojsko z poboru. Dzięki uzyskaniu morskiego okna na świat jak również stworzeniu placówki handlowej w Kuntilet-Adżrud (na drodze wiodącej do Gazy i Egiptu), mieszkańcy Judei znacznie się wzbogacili, wzrosła też ich populacja. Odtąd jałowe ziemie obsadzano rolnikami, a w Gibea (miasto na północ od Jerozolimy) stworzono wspaniałe winnice, dzięki którym cały kraj zaopatrywano w wina i można było zaprzestać importowania win z Filistei. W Beer-Szeba (miasto na południu Judei, położone nad Słoną Doliną) stworzono ośrodek wyrobu płócien, którego towary wysyłano również do Egiptu. Wydaje się też że nastąpiło znaczne wyrównanie poziomu życia mieszkańców, gdyż na przykładzie wykopalisk z miasta Debir (dziś Tell Bejt-Mirsim), nie odnaleziono wielkich dysproporcji w majętności mieszkańców (dlatego sugeruje się że ludzi biednych praktycznie nie było, jako że kapłani już wówczas pomstowali na panujący wszędzie zbytek). Królestwo Judy rosło więc w siłę, a utrzymując pokój i dobre stosunki z Izraelem, mogło bogacić się i skierować swoją ekspansję w kierunku zachodnim (przeciw Filistynom) i wschodnim (przeciw Edomitom, Ammonitom i Moabitom).




W Samarii natomiast zmarł król Jeroboam (754 r. p.n.e.), a jego następcą został syn - Zachariasz. Od kilku lat na dworze Jeroboama w Samarii działał prorok Amos. Był to pierwszy z tzw. "proroków piszących" (jakkolwiek sam nie spisywał swych tekstów, a czynili to za niego inni). Było to mniej więcej w sto lat od czasu, gdy ostatni wielki prorok - Elizeusz napominał króla Achaba. Prorok Amos urodził się w wiosce Tekoa, położonej na wyżynie judzkiej, gdzie wypasał owce i hodował figi. Z czasem jednak przeniósł się do Północnego Królestwa (gdzie zapewne otrzymywał lepsze ceny za swoje towary, szczególnie za wełnę). Tam, w sanktuarium Jahwe w Betel objawił się jako Boży mędrzec i wkrótce potem król Jeroboam ściągnął go do Samarii. Tam oczywiście Amos (podobnie jak inni kapłani) krytykował odwracanie się Izraelitów od Boga i oddawanie czci pogańskim bożkom, ale przede wszystkim skupiał się na podstawie moralnej. W Księdze Amosa bowiem zapisane jest, iż Izraelczycy "Stali się twardzi i bezwzględni wobec ubogich i uciśnionych, zadawali się z prostytutkami w świątyni i nie dopuszczali do głosu tych, którzy wyrażali wolę Jahwe. Złamali tym samym przymierze, które Bóg zawarł z ich przodkami, nie unikną przeto kary, którą im przeznaczył. Jahwe zniszczy więc upodlone sanktuarium w Betel, a po Samarii nie zostanie nawet ślad, aby świadczyć o jej dawnym bogactwie". Amos głosił nadejście "Dnia Pańskiego", początek czasu lamentu i nieszczęść dla Izraela, a to dlatego że odrzucili oni Boga i hołdują pustym objawom religijności. Nic nie dadzą ofiary składane na ołtarzu Jahwe, nic nie dadzą modlitwy w upodlonych sanktuariach w Betel, czy w kraju Dan. Dzień Pański nadejdzie, a będzie on związany z lamentem, płaczem i nieszczęściem. Nastaną czasy ciemności i niewoli dla Izraela. Aby jednak tego uniknąć, musi nastąpić głęboka odnowa moralna i powrót do tradycji przodków. Związane to musi być z wyrzeczeniem się pogaństwa, zniszczeniem pogańskich świątyń i spaleniem pogańskich bożków. Jeśli to nie nastąpi i nie nastąpi szybko (bo Dnia Sądu nie można przecież odwlekać w nieskończoność) zamiast czasów doskonałej szczęśliwości, nadejdzie czas łez, upadku i śmierci - bowiem Jahwe zetrze na proch wszystkich swoich wrogów. Głoszenie tak apokaliptycznych wizji szybko spowodowało konflikt Amosa z kapłanem Świątyni w Betel - Amazjaszem, który kazał mu wynosić się ze Świątyni ("Przestań pleść bzdury i wynieś się ze świątyni w Betel"), na co jednak Amos miał mu odpowiedzieć: "Nie byłem ja prorokiem ani nie jestem uczniem proroków, gdyż byłem pasterzem i tym, który nacina sykomory. Od trzody bowiem wziął mnie Jahwe i rzekł do mnie Pan: "idź, prorokuj do narodu mego, izraelskiego". Amazjasz jednak nie chciał uwierzyć w to, że oto sam Jahwe zwrócił się do Amosa i ponownie kazał mu opuścić Świątynię. Wówczas Amos stwierdził że Bóg przemówił do niego i przepowiedział co spotka Amazjasza, a mianowicie że obcy żołnierze zgwałcą jego żonę, zabiją jego dzieci, jego ziemie zajmą a jego samego uprowadzą w niewolę, gdzie umrze w zgryzocie. Wówczas kapłan Amazjasz kazał wezwać straż, która strzegła Świątyni i polecił im wyrzucić Amosa siłą. Zabronił mu również wstępu do tego przybytku pod karą śmierci. Od tej pory Amos zaczął głosić swe apokaliptyczne wizje po całej okolicy, aż dowiedział się o tym król Jeroboam i ściągnął go do stolicy.




Jeroboam chciał się bowiem dowiedzieć, czy Amos jest prawdziwym prorokiem, czy też takim, który za ciepłą strawę i kąt do spania przepowie wszystko tak, jak życzy sobie tego ten, który pragnie uzyskać dobrą wróżbę. Według Izajasza fałszywi prorocy dodatkowo jeszcze upijali się i wymiotowali na stoły, a Mojżesz twierdził że prawdziwe proroctwo należy uznać za rzeczywiste dopiero wtedy, kiedy się wydarzy. Problem tylko polegał na tym, że proroctwa te często były tak daleko rozrzucone w czasie, że trudno było doczekać jego urzeczywistnienia się i dlatego właśnie Jeroboam pragnął sprawdzić czy wieśniak Amos rzeczywiście jest głosem samego Jahwe. Gdy zaś Amos zjawił się przed obliczem króla i ten go wysłuchał, doszedł do wniosku że ów prorok tak naprawdę nie tyle walczy z religią pogańską, ile dąży do odnowy moralnej Izraelitów, czyli jego poddanych. Wielokrotnie też Amos dawał do zrozumienia, że Jahwe nie jest bogiem li tylko Izraela czy Judy, a wszystkich ludów, natomiast bożki które czczą obce narody, "są niewarte marnego słowa". Prorok ten mówił również, że religia jest tylko mydleniem oczu jeśli nie związana jest z odnową moralną, a przede wszystkim z szacunkiem dla ubogich - co również podkreślał. Nic nie znaczą piękne formułki religijne, ani też ofiary, jakie składane są na ołtarzu Jahwe, jeśli człowiek w sercu ma kamień. Twierdził też że Królestwo Izraela czeka zagłada, a jego mieszkańców niewola i sromota jeśli nie odmienią się wewnętrznie. Mówił że nadejdzie potężny król z Północy z kraju Assura i weźmie wszystkich w niewolę, zniszczy miasta a ludność upokorzy, czyniąc z nich swoich niewolników. Te wszystkie zapowiedzi i zaklęcia wydawały się wówczas śmieszne, jako że Asyria w tamtym czasie to był kraj stojący na krawędzi wewnętrznego rozpadu, zaś Królestwo Izraela było bodajże najpotężniejszym państwem regionu. Słowa Amosa budziły jednak przerażenie, szczególnie gdy opowiadał o Dniu Sądu, który w wyobrażeniach Izraelitów miał być radosnym dniem dla wyznawców Jahwe - jedynych sprawiedliwych którzy wzięci zostaną do Nieba. Amos mówił że to wszystko bzdury, że gdy nadejdzie Dzień Sądu: "Pieśni dworskie zamienią się w lamenty, wszędzie mnóstwo trupów, na każdym miejscu rozrzucone ciała, smród i zgnilizna płonących miast i cisza, śmiertelna cisza". Amos jednak dodawał że Dom Dawidowy podniesiony zostanie z upadku dzięki "Reszcie Sprawiedliwych" i to dawało pewną nadzieję w ogromie tych apokaliptycznych wizji. Aby przybliżyć ten czas i ocalić ową Resztę Sprawiedliwych, ludzie zebrani wokół Amosa zaczęli tworzyć coś na kształt bractwa proroków (o którym on również mówił, a które wówczas nie istniało, chyba że miał na myśli ową sektę Rechabitów, ale jest to mało prawdopodobne). I to właśnie ludzie z tego kręgu i ich następcy spisali tzw. księgę Amosa.




Amos nie był jednak jedynym prorokiem w tamtym czasie. Innym wielkim prorokiem działającym w ostatnich latach panowania Jeroboama II był Ozeasz. On również krytykował uwielbienie Izraelitów dla obcych kultów i zwalczał je zdecydowanie bardziej niż Amos, twierdząc że los Izraela - jeśli nie powróci na drogę Bożej Prawości - jest już przesądzony i czeka go zagłada. Notabene ani Amos ani Ozeasz nie doczekali efektów swych przepowiedni (Ozeasz nauczał jako prorok mniej więcej dwadzieścia lat, Amos jeszcze krócej). Nie doczekali roku 722 p.n.e. gdy władca Asyrii Salmanasar V zdobył Samarię a mieszkańców wziął w niewolę, realnie niszcząc to Królestwo. Dwadzieścia lat później (701 r. p.n.e.) podobnie postąpił z Południowym Królestwem król Sannacheryb po zdobyciu Lachisz i wzięciu w niewolę tysięcy Judejczyków. Jedynie fakt że obroniła się wówczas Jerozolima nie doprowadził do takiej samej zagłady, jak stało się to z Królestwem Północnym, ale Judea była już od tej pory państwem całkowicie zależnym od Asyrii (notabene doprowadziło to do odrodzenia potęgi Filistynów, ale do tego jeszcze powrócę). W czasach jednak kiedy Amos i Ozeasz przepowiadali swe proroctwa, nic nie zapowiadało nadejścia takiej katastrofy. Ozeasz twierdził, że Pan kazał mu poślubić niewolnicę która pracowała jako prostytutka, o imieniu Gomer i spłodzić z nią trójkę dzieci, których imiona miały być przesłaniem dla Izraela. Tak bowiem jak Gomer, która otrzymała drugą szansę poślubiając Ozeasza, tak samo Izraelici - żyjący długo bez Boga: "Będą szukać Pana Boga swego (...) i z drżeniem pośpieszą do Pana, do Jego dóbr u kresu dni". Gomer zaś miała być przykładem upodlenia seksualnego, będącego częścią pogańskich religii kananejskich, fenickich czy syryjskich i jedynie małżeństwo z Ozeaszem uczyniło z niej na powrót kobietę, tak samo jak odrodzenie w Jahwe uczyni lud Izraela na powrót "Ludem Wybranym". W księdze Ozeasza jest dosyć dokładnie opisane (nawet miejscami zbyt dokładnie) postępowanie Gomer, zanim ta została żoną Ozeasza. Jest tam bowiem powiedziane że była ona wulgarna i krańcowo niemoralna, podobnie jak niemoralni są Izraelici oddający się kultom Baala, Asztarte czy innych obcych bóstw. Jeśli Izrael ma przetrwać, jeśli nie ma zostać zniszczony obcym najazdem a jego ludność uprowadzona do niewoli, to musi się odrodzić, odrzucając obce bożki, tak, jak odrodziła się Gomer pod wpływem Ozeasza. 

A czas płynie i Dzień Sądu się zbliża, gdy zaś nadejdzie, nie będzie już ani czasu na litość, ani też możliwości ucieczki, wszystkich spotka śmierć, głód, bieda i hańba niewoli (notabene upadek Samarii w 722 r. p.n.e. i upadek Lachisz w 701 r. p.n.e. mają wiele wspólnego z owymi przepowiedniami, bo rzeczywiście ludność została uprowadzona w niewolę, wcześniej część została wymordowana, a ci, którzy pozostali, żyli w hańbie i biedzie). Ale zwalczając wiarę w to, że to Baal jest panem ziemi i płodów rolnych (co było bardzo popularne wśród rolników w Izraelu, oddawać cześć Baalowi, jako typowo chtonicznemu bóstwu), Ozeasz niesie Izraelowi więcej nadziei niż Amos, twierdząc że Jahwe swój odnowiony lud wybrany uczyni panem całej Ziemi i od niego zależne będą inne narody świata. Nie znamy pochodzenia Ozeasza, ale zapewne należał on do kasty kapłańskiej (lewitów), chodź mocno ją krytykował i jak to jest zapisane w Księdze jego imienia: "Kapłanie (...) ty się potykasz we dnie i w nocy, a wraz z tobą potyka się prorok (...). Kapłani są podobni do zgrai zbójeckiej (...). Głupcem jest prorok, a mąż natchniony szaleje. Tak jest z powodu wielkiej winy twojej!" Ozeasz głosił więc, że to nie pod wpływem proroka czy też kapłana powinniśmy zmieniać swoje życie, tylko pod wpływem gorącej miłości do Jahwe. Wedle słów samego Jahwe (jakie miały objawić się Ozeaszowi) Izrael ma stać się "Wspaniały jak drzewo oliwne, woń jego będzie zaś jak woń Libanu". Ale aby to nastąpiło, już teraz Izrael i Juda muszą się ponownie zjednoczyć, zatrzeć wzajemne rozłamy i stać się jednym ludem, bo podzieleni są znacznie słabsi i podatni na obce wpływy. Wszystko to jednak musi się odbyć w atmosferze całkowitej pokory i miłości do Jahwe, gdyż tylko Jahwe - jako jedyny Stwórca wszechrzeczy - może ocalić Izrael, tak jak wcześniej on, Ozeasz ocalił od upadku Gomer. W Księdze Ozeasza jest napisane: "Gomer nazwie mnie Mężu mój i już nigdy nie powie Baalu mój (...) tak Izrael powie Boże mój i nigdy już więcej nie powie Baalu mój".




Upadek który wieścili Amos i Ozeasz (choć oczywiście nie tak spektakularny, jak to będzie miało miejsce później), zaczął się w Królestwie Północnym już po śmierci Jeroboama II, czyli po roku 754 p.n.e. Na tron wstąpił jego syn Zachariasz, który po kilku miesiącach panowania (753 r. p.n.e.) został obalony i zabity przez uzurpatora o imieniu Szallum. Usunął go niejaki Menachem, który został nowym królem Izraela (753-742 p.n.e.). Tak oto dynastia Jehu (założona prawie dziewięćdziesiąt lat wcześniej w wyniku rebelii i wymordowania rodu Omriego) przestała istnieć. Jednocześnie - co ciekawe - zarówno w Królestwie Północnym jak i częściowo również w Judzie znacznie zmniejszyły się wpływy sekty Rechabitów (prawdopodobnie doszło tam do jakiegoś rozłamu lub rozpadu tej dotąd tak ścisłej formacji), po którym przestała ona mieć jakikolwiek wpływ na politykę. Natomiast na Południu, w Jerozolimie nadal rządzili potomkowie Dawida i Salomona i tam rzeczywiście ta dynastia była trwała. Wydawało się też że pomimo pewnych wstrząsów politycznych zarówno na Północy jak i na Południu ten niczym niezmącony okres dobrobytu i sukcesów (zarówno politycznych jak i militarnych) będzie trwał wiecznie, tym bardziej że takie ludy jak Asyryjczycy i Urartyjczycy byli ze sobą w ciągłych zatargach, a Aramejczycy z Damaszku dawno już utracili dominującą pozycję w regionie i nic nie wskazywało na to, że mogą ją odbudować. Ale jak zapisane jest w Księdze Koheleta: "To co jest, już było, a to co ma być kiedyś, już jest. Bóg przywraca to, co przeminęło". Już wkrótce ta rozbita i idąca ku samozagładzie Asyria ponownie odrodzi się i to do takiej pozycji, jakiej nigdy wcześniej w swej historii nie miała, a jej wojska w kilka dekad później staną nad Nilem (dochodząc aż do Teb). To jednak daleka przyszłość i w tamtym czasie nikt - nawet w najśmielszych planach - nie przewidywał takiego obrotu spraw. Życie toczyło się dalej, Menachem odbudował swoją pozycję na Północy, a na Południu król Ozjasz tworzył potęgę Judy. Wydawało się że wszystko idzie dobrze...




Jeszcze mała ciekawostka o której co prawda wcześniej pisałem, ale warto przypomnieć. W odległej Italii, nad Tybrem w 753 r. p.n.e. dwaj bracia Romulus i Remus założyli nowe miasto, które w przyszłości zdominuje cały znany świat (poza Chinami i Indiami oczywiście, które leżały dosyć daleko) i odrodzi się jako potęga, mająca nawet po swoim upadku ogromny duchowy i kulturowy wpływ na całe średniowiecze a także na nowożytność.






CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...