WYŚWIETLENIA

20 sierpnia 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. XIII

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. XIII



 Wraz ze śmiercią Lenina (21 stycznia 1924 r.) i rozpoczęciem walki o władzę w Związku Sowieckim pomiędzy Lwem Trockim a Józefem Stalinem, niepokoje dały się zauważyć również w Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. W styczniu 1924 r. zmiany zaszły również w Komunistycznej Partii Niemiec. Po niepowodzeniu "niemieckiego października" w Hamburgu i Saksonii (czyli powstania komunistycznego wspieranego przez Moskwę), dotychczasowe kierownictwo Heinricha Brandlera i Augusta Thaiheimera musiało ustąpić na rzecz lewicowej opozycji w niemieckiej partii komunistycznej, czyli Ruth Fischer i Ernsta Thälmanna. Fischer została przewodniczącą, Thälmann wice - czyli ostrze niemieckich komunistów jeszcze bardziej się zradykalizowało. W Berlinie znalazła się też grupa opozycjonistów z KPRP - Julian Leszczyński-Leński, Henryk Stein-Domski, Zofia Unszlicht "Osińska" i Leon Prentski "Damowski". W lutym 1924 r. w niemieckiej prasie komunistycznej w Berlinie pojawił się artykuł (napisany zapewne przez Leńskiego), a zatytułowany: "O kryzysie w KPRP i najbliższych zadaniach partii", ostro atakujący dotychczasowe "prawicowe" kierownictwo partii - 3W (czyli Warski-Wera-Walecki). Była to więc rozgrzewka przed zbliżającym się w marcu plenum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Robotniczej Polski.

W powołanym 19 grudnia 1923 r. rządzie Władysława Grabskiego doszło również do pierwszych poważnych zgrzytów. Premier nie potrafił bowiem porozumieć się z ministrem spraw wojskowych Kazimierzem Sosnkowskim (który nieustannie domagał się przywrócenia Marszałka Piłsudskiego do najwyższych władz wojskowych) i 17 lutego 1924 r. musiał go zdymisjonować, a na jego miejsce powołał Władysława Sikorskiego.

W dniach 16-17 lutego w Warszawie odbyła się konferencja ministrów spraw zagranicznych Polski, Łotwy, Estonii i Finlandii (czyli państw - oprócz Polski - należących do tzw. Związku Bałtyckiego). Na owej konferencji starano się wypracować wspólne stanowisko wobec kwestii rozbrojenia, omawianego wówczas na forum Ligii Narodów, ale nie przyjęto żadnych konkretnych ustaleń. Po tej konferencji nieco ochłodziły się stosunki Polski z owymi państwami, a Sztab Generalny Wojska Polskiego oficjalnie obwiniał Finlandię, Łotwę i Estonię o zamrożenie prac nad sojuszem z Polską.

Na przełomie stycznia i lutego we francuskim Chamonix po raz pierwszy rozegrane zostały zimowe Igrzyska Olimpijskie. Polska reprezentacja po raz pierwszy wzięła w nich udział, jednak nie zdobyła żadnych medali. Najwięcej medali zdobyła Norwegia, Finlandia i Austria, natomiast reprezentacja Niemiec nie została dopuszczona do udziału w tej olimpiadzie (za karę za wywołanie I Wojny Światowej).

Kraj który w tych igrzyskach zajął trzecie miejsce - czyli Austria - rządzona była wówczas przez Partię Chrześcijańsko-Społeczną na której czele stał kanclerz Austrii (od 31 maja 1922 r.) prałat profesor doktor Ignaz Seipel. Ten zwolennik wprowadzenia dla Żydów numerus clausus, z równym zaangażowaniem zwalczał zarówno austromarksizm jak i socjalizm. Dzięki kredytom międzynarodowym (z gwarancjami Ligii Narodów) udało mu się ustabilizować w kraju kryzys finansowy. 1 stycznia 1923 r. utworzono austriacki Bank Narodowy który w miejsce dawnych zdewaluowanych koron zaczął wydawać nowe szylingi. To znacznie poprawiło i ustabilizowało gospodarkę Austrii, chociaż bezrobocie wciąż było na wysokim poziomie. Za jego też rządów 4 października 1922 r. Austria podpisała w Genewie protokół, iż na 20 lat rezygnuje z przystąpienia do Rzeszy. Po wyborach z 1924 r. kierowana przez niego Partia Chrześcijańsko-Społeczna nie uzyskała wymaganej większości i musiała stworzyć rząd koalicyjny z Obozem Wszechniemieckim i Związkiem Chłopskim. Stworzyło to jeszcze bardziej prawicową koalicję niż była ona po roku 1922, a jednocześnie na ulicach Wiednia i innych austriackich miast toczyła się utajona wojna domowa pomiędzy paramilitarnymi oddziałami socjalistów a takowymi oddziałami Schutzbundu czy związków kombatanckich, a także Heimwehry. Ale Wiedeń to była przecież stolica walca, tak więc 28 lutego 1924 r. odbyła się tam prapremiera "Hrabiny Maricy" Imrego Kálmána, która odniosła ogromny sukces (ostatnio w Hollywood pewna piosenkarka z Afryki odcisnęła swoją dłoń w Alej Gwiazd - jako pierwsza przedstawicielka Afryki - i stwierdziła że: "Bez nas Afrykanów, nie powstałaby nigdy żadna muzyka". Może ona zamiast muzyką, powinna zajmować się rozśmieszaniem ludzi, chyba lepiej jej to wychodzi).


IGNAZ SEIPEL



Kwestia wprowadzenia nowej waluty w Polsce i powołania Banku Polskiego, była co prawda najważniejszą sprawą dla rządu Władysława Grabskiego, ale nie jedyną istotną. Równie ważną było ustabilizowanie sytuacji na Wschodzie, gdzie najróżniejsze bandy przenikały przez granicę polsko-sowiecką i dokonywały tutaj różnych ataków, podpaleń i dywersji. Poza tym w Małopolsce Wschodniej Ukraińcy zajęli wobec państwa polskiego stanowisko nie tylko niechętne, ale wręcz otwarcie wrogie. Cztery główne ukraińskie stronnictwa polityczne utworzyły (po marcu 1923 r. i przeniesieniu powstałego 1 sierpnia 1920 r. rządu Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej na emigracji z Wiednia do Berlina) Radę Międzypartyjną, kierowaną w Galicji Wschodniej przez Cyryla Studinskiego. Głoszono hasła niepodległościowe, a przyszła Zachodnioukraińska Republika Ludowa miała się składać z Galicji, Bukowiny i Rusi Przykarpackiej. Polskie rządy we Lwowie i Galicji Wschodniej nazywano "wrogą okupacją". Pomstowano na likwidację lokalnych odrębności, powstałych jeszcze w czasach Monarchii Austro-Węgier i na postępującą polonizację całego regionu. Sprzeciwiano się nazwie Galicja Wschodnia i podziale na województwa. Sprzeciwiano się też poborowi do Wojska Polskiego. Rząd Władysława Grabskiego postanowił w tym przypadku przykręcić śrubę Ukraińcom, jednocześnie zapominając też o przestrogach Piłsudskiego, który jeszcze w 1918 r. mówił że Ukraińcy w Galicji Wschodniej nie mogą mieć praw gorszych od tych, jakie posiadali w Monarchii Cesarsko-Królewskiej. Ale z drugiej też strony Ukraińcy mieli zapewnione zarówno w Galicji Wschodniej jak i w całej Polsce takie same prawa polityczne jak cała reszta (w tym Polacy), ich prasa mogła się swobodnie ukazywać i podlegała konfiskacie tylko w przypadku nazbyt jaskrawych wystąpień przeciwko państwu polskiemu. Istniała sieć ukraińskich szkół, które (choć nieznacznie to jednak) wzrastały (w 1923 r. było ich 2470 o 50 więcej niż w 1912). Działały ukraińskie ogniska kulturalno-oświatowe, takie jak: "Ridna szkoła", "Uczytelska Hromada", czy Towarzystwo Naukowe im. Szewczenki i Mogiły. Istniało 81 filii czytelni "Proswita" (z 2000 czytelni). Istniał spółdzielczy ukraiński związek mleczarski "Masłosojuz" (197 tys. członków). 

Jedynie ślimaczyło się powstanie we Lwowie Uniwersytetu ukraińskiego (miał powstać jeszcze w 1923 roku, ale nie powstał, jako że od studentów tego uniwersytetu wymagano dwóch rzeczy, po pierwsze obywatelstwa polskiego, a po drugie odbycia służby w Wojsku Polskim. To spowodowało że w tymże 1923 r. Ukraińcy założyli tajny uniwersytet, z 65 katedrami. Rocznie kształciło się w nim ok. 1500 studentów, którzy na studia uzupełniające wyjeżdżali za granicę (głównie do Czech i do Niemiec). A po powrocie do Polski (jako że w ogromnej większości nie mogli podjąć pracy w administracji) stawali się wylęgarnią ukraińskiego antypolonizmu. Najpierw z Wiednia a potem z Berlina nad Radą Międzypartyjną swoistą "opiekę" sprawowała centrala Jewhena Petruszewycza - ukraińskiego adwokata i byłego prezydenta Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Nawiązał on kontakty z Sowietami, którzy na mocy tej umowy mieli finansować rząd ZURL. Poza tym w 1921 r. powstała Ukraińska Organizacja Wojskowa kierowana przez przebywającego na emigracji pułkownika Strzelców Siczowych - Jewhena (Eugeniusza) Konowalca, korzystająca ze wsparcia zarówno Czechów jak i Niemców (swoją drogą ostatnio żołyński sprowadził na Ukrainę ścierwo tego bandyty żeby je uroczyście pochować. No cóż, każdy naród ma swoich bohaterów - my mamy ludzi którzy pierwsi stanęli przeciwko nazizmowi i komunizmowi, płacąc za to ogromną cenę krwi i życia, mamy obrońców Polski i Europy roku 1920, mamy Powstańców Warszawskich, mamy zdobywców Monte Cassino, mamy zdobywców Narwiku, obrońców brytyjskiego nieba, żołnierzy Września, całą konspirację antyhitlerowską i antysowiecką powstałą na terenie okupowanej Rzeczpospolitej w czasie II wojny światowej, notabene jedynego takiego tworu na świecie, oni zaś mają morderców kobiet dzieci, których mordowali w sposób tak okrutny że sami niemieccy naziści byli przerażeni tym widokiem. To jest bardzo przykre, ponieważ ja uważam że Ukraina nie ma innego wyboru jak tylko sojusz z Polską, po prostu nie ma, natomiast Ukraina banderowska jest nam potrzebna tak samo, jak Ukraina sowiecka czy Ukraina rosyjska - czyli w ogóle. Ukraina banderowska - czyli de facto pro-niemiecka, to jest nasz wróg tak samo, jak Ukraina rosyjska. Notabene już tak na marginesie wyobrażacie sobie żeby za bohatera mieć człowieka o nazwisku Walikoń 🥴). Pierwszą jej akcją była próba zamachu na Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego - 25 września 1921 r. czego efektem był postrzał w dłoń i ramiona towarzyszącego Naczelnikowi wojewody Grabowskiego (sprawcą tej próby zamachu był ukraiński bojowiec Teofil Olszański, który następnie zbiegł do Niemiec, gdzie w październiku 1924 r. uzyskał prawo azylu). W roku 1922 przypadków ataków i podpaleń na dwory i zagrody chłopskie było znacznie więcej (według sprawozdania posła Federowicza z 26 września 1922 r. od początku tej akcji w ciągu siedmiu tygodni odnotowano 470 takich podpaleń). Niszczono nie tylko zagrody i dwory, ale również zboże na polach, a celem tego wszystkiego było zmuszenie Polaków do opuszczenia całej Galicji Wschodniej, lub przynajmniej uzyskania autonomii politycznej dla Ukraińców.




Po raz pierwszy bowiem w ustawie o wykonaniu reformy rolnej z 15 lipca 1920 r. wprowadzono możliwość nabycia przez weteranów (po zwycięskiej Wojnie z bolszewikami) ziem na Wschodzie po niższych cenach i z prawem pierwszeństwa. Był to bowiem okres gdy Armia Czerwona stała pod Warszawą i również takimi sposobami starano się zmobilizować Polaków do wstępowania w szeregi Wojska Polskiego (potem zostało to potwierdzone w odezwie premiera Witosa z 6 sierpnia 1920 r.). Jednak dopiero po szczęśliwym zakończeniu Wojny ruszyły prace nad kolonizacją wyrwanych bolszewizmowi dawnych ziem Rzeczypospolitej. Po raz pierwszy w swym rozkazie z 18 października 1920 r. Naczelnik Państwa Józef Piłsudski zapisał: "Zaproponowałem już rządowi, by część zdobytej ziemi została własnością tych, co ją polską zrobili, uznoiwszy ją polską krwią i trudem niezmiernym. Ziemia ta, strudzona siewem krwawym wojny, czeka na siew pokoju, czeka na tych, co miecz na lemiesz zamienią, a chciałbym, byście w tej pracy przyszłej tyleż zwycięstw pokojowych odnieśli, ileście jej mieli w pracy bojowej". Podstawą prawną dla tej kolonizacji były dwie ustawy przyjęte 17 grudnia 1920 r. Pierwsza o przejęciu na własność przez państwo polskie byłych carsko-rosyjskich ziem wraz z budynkami i infrastrukturą, a druga o nadaniu części tych ziem weteranom, inwalidom wojennym i ochotnikom. W ramach wsparcia weterani mieli otrzymywać konie i tabor z demobilu, 80 m.³ materiału budowlanego na gospodarstwo i 2 miliardy marek polskich w postaci kredytów na całe osadnictwo. Powołano też do życia Sekcję Osad Żołnierskich która miała typować żołnierzy wytyczonych na przyszłych osadników. Pierwsi weterani wojskowi przybyli na Kresy (w tym na Wołyń) w kwietniu 1921 r. a byli to w większości młodzi ludzie (w wieku 20-25 lat), żołnierze Wojny z bolszewikami. Według statystyk 43% z nich było odznaczonych Krzyżem Walecznych lub Virtuti Militari. Ich przekrój wojskowy był jednak bardzo różny, byli to zarówno Legioniści Piłsudskiego, jak i żołnierze 1 Korpusu Polskiego, członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej, ochotnicy, Powstańcy Śląscy i Wielkopolscy. Oczywiście musieli zaczynać od zera, czyli najpierw pobudować sobie jakieś prowizoryczne ziemianki aby tam zamieszkać przez jakiś czas. Do września 1921 r. otrzymywali żołd, czyli mieli z czego żyć, ale musieli też szybko podjąć jakąś pracę. Problem był jednak taki, że w większości były to tereny albo wiejskie, albo odległe od miast. Jedynym więc wyjściem było podjęcie prac żniwnych na polu i sprzedaż plonów. Oczywiście pojawienie się tam weteranów spotkało się z niechęcią lokalnej ludności (i to zarówno polskiej, jak i ukraińskiej czy ruskiej). Szczególnie protestowali ziemianie. Jeszcze w lutym 1921 r. prezes Związku Ziemian Wołynia - Karol Waligórski wystosował ostry sprzeciw wobec osadnictwa wojskowego na tym terenie. Twierdził bowiem że żołnierze zdołali się już skompromitować i to zarówno pod względem politycznym jak i gospodarczym i że lepiej by było gdyby osadnictwo tworzyli nie żołnierze weterani, a polscy koloniści-włościanie (ach ten nasism, ten stary podział na "panów i chłopów" - żałosne. Więcej bowiem zaufania miałbym do żołnierza-weterana który wywalczył ziemię własną odwagą i ofiarnością i "polską ją uczynił", niż do zasiedziałego włościanina, który miał wszystko gdzieś czy będzie żył w Polsce, czy w Rosji czy... może gdzieś indziej).




Otwarcie wrogi stosunek wobec weteranów-kolonistów okazywali Ukraińcy, którzy sądzili że byłe ziemie rosyjskie w ramach reformy rolnej przypadną im (oczywiście przy rozdziale ziemi zdarzały się też niestety nadużycia, a przydział w niektórych regionach był robiony w sposób wręcz chaotyczny, zdarzały się też przypadki samowolnego zajmowania ziem przez żołnierzy-osadników i wypędzania stamtąd ludności folwarcznej - głównie ukraińskiej). Przez pierwszy rok osadnicy gospodarowali wspólnie, dopiero potem nastąpił podział na działki (choć opóźnienia były również spowodowane długim oczekiwaniem na urzędnika, który miał odmierzyć podział gruntu). Najgorzej mieli ci z osadników, którzy przybyli na te ziemie po okresie żniwnym, czyli po wrześniu 1921 r. bo ci naprawdę byli skazani na głodowanie w zimie (chyba że otrzymali jakąś pomoc od wspólnoty osadniczej, lub ewentualnie z administracji, ale na to drugie raczej były marne szanse, a na to pierwsze też znikome). Stałe przydziały drewna dla osadników zaczęto organizować dopiero wiosną 1922 r. i od tego roku położenie osadników znacznie się poprawiło. Zaczęto organizować dla osadników kursy dokształcające (szczególnie z zakresu rolnictwa i gospodarstwa domowego), zaczęto zakładać spółdzielnie osadnicze (pod koniec 1922 r. na Wołyniu było już 13 spółdzielni osadniczych z 3052 członkami). Zaczęto organizować samopomoc osadniczą, sąsiedzi (byli weterani wojenni) zaczęli wzajemnie sobie pomagać, wspierać się i organizować również milicję osadniczą na wypadek ataków band sowieckich czy ukraińskich. W marcu 1922 r. w Warszawie zorganizowano pierwszy zjazd osadników wojskowych, na którym powołano Centralny Związek Osadników Wojskowych (potem przekształcony na Związek Osadników). W marcu 1923 r. dalsza akcja osadnicza na Kresach Wschodnich została wstrzymana, a ostatecznie zlikwidowana po przyjęciu reformy rolnej 28 grudnia 1925 r. (oczywiście nie oznaczało to że dotychczasowi osadnicy przestawali być osadnikami, oni nadal tworzyli własne działki i własne wsie osadnicze, z tym tylko że już więcej weteranów-osadników nie powoływano i nie przyznawano im ziemi).




Terror Ukraińskiej Organizacji Wojskowej dotykał nie tylko siedzib polskich kolonistów i weteranów wojskowych, ale również lojalnych wobec Rzeczpospolitej Ukraińców (a raczej przede wszystkim, gdyż ich celem było niedopuszczenie do zgody pomiędzy Polakami i Ukraińcami, dlatego w tym okresie głównie mordowali tych, którzy byli zwolennikami wzajemnej zgody i wspólnego ułożenia stosunków na Kresach Wschodnich), takich jak Sydor Twerdochlib - kandydat do Sejmu. Został on zamordowany w Kamionce Strumiłowej. Policja szybko wpadła na trop owej organizacji i UOW z końcem roku 1922 został realnie unieszkodliwiony (aczkolwiek już w roku następnym odrodził się na nowo i chociaż jego akcje były podejmowane na niewielką skalę i nie przynosiły zbyt wielkich strat, to jednak były niezwykle uciążliwe, tak jak uciążliwy potrafi być latający komar lub mucha). Proces polonizacji Kresów też był dosyć powolny. Szczególnie dobitnie widać to było na Wołyniu, gdzie ok. 1930 r. Polacy zwarte skupienia tworzyli tylko w sześciu (i to oddalonych od siebie), punktach, a cała reszta rozsypana była po całym Wołyniu, tonąc w ukraińskim morzu nawet nie wysepkami polskości, a pojedynczymi rodzinami. Gorzej też że niewielu było chętnych do przenoszenia się na stałe na Wołyń, gdyż nie widzieli oni swej przyszłości w miastach pozbawionych całkowicie przemysłu, z handlem praktycznie w 100% będącym w rękach Żydów, w zniszczonym przez wojnę regionie. Jak już wspomniałem wyżej koloniści przez pierwszy rok (a być może nawet dłużej) mieszkali w prowizorycznych ziemiankach i aż do otrzymania pomocy materiałowej od państwa, nie byli w stanie zmienić tego położenia. Mimo to miasta na Wołyniu (ok. roku 1930) zaczęły przybierać prawie w 100% charakter polski. Powstawały polskie biblioteki, kina, szkoły, teatry, opery, kluby i restauracje, słuchano lokalnych rozgłośni Polskiego Radia, grano polską muzykę i przeboje, słuchano polskich artystów (co prawda we Lwowie, ale jednak popularni byli na Kresach a nawet w całej Polsce), w lipcu 1933 r. powstała "Wesoła Lwowska Fala" ze Szczepciem i Tońciem jako głównymi jej bohaterami.




Największe pola do niezadowolenia lokalnej ludności ruskiej to były (oprócz akcji kolonizacyjnej): polityka oświatowa i ponowna rewindykacja cerkwi, które kiedyś były kościołami katolickimi przejętymi przez rosyjskiego zaborcę i zamienionymi na cerkwie. Co się tyczy szkolnictwa to biorąc pod uwagę chociażby przykład z powiatu lubomelskiego (charakterystyczny również nie tylko dla Wołynia ale i innych części polskich Kresów) było tam 17 polskich szkół, 19 mieszanych polsko-ukraińskich i 16 polsko-rosyjskich, jednak według spisu ludności na 59 000 mieszkańców powiatu było tylko... 37 Rosjan. Tak samo w całym województwie wołyńskim większość szkół wyższych była polska i tylko dwa gimnazja ukraińskie (na 2 miliony ukraińskiej ludności Wołynia) i 10 gimnazjów rosyjskich (chociaż na Wołyniu żyło tylko 15 000 Rosjan). To były takie niewielkie drobiazgi, ale niezwykle uporczywe, które powodowały niechęć lokalnej ludności (głównie ukraińskiej) do odrodzonej Polski. Co się zaś tyczy rewindykacji cerkwi, to w wielu przypadkach ludzie się już do tych miejsc przyzwyczaili i ponowna zamiana ich na kościoły katolickie była bardzo źle odbierana przez ludność zarówno ukraińską jak i rosyjską. Trzy pierwsze lata bytności polskiej na Kresach nie były dobre. Nie służyły sprawie polskiej, a wręcz przeciwnie - oddalały lokalną ludność od Polski. Ludność tęskniła do dawnych, rosyjskich rządów, co było bardzo niebezpieczne. Należało więc wiele poprawić, a przede wszystkim trzeba było przywiązać tych ludzi, którzy tam przebywali (również jako przedstawiciele administracji) do tamtej ziemi, uczynić ich "apostołami polskości", ale nie na zasadzie tępego wymuszania działań polonizacyjnych, a ukazywania możliwości jakie lokalnej ludności daje polonizacja (dlaczego bowiem w czasach Wielkiej Rzeczpospolitej spolonizowała się większa część litewskiej i ruskiej elity? Ponieważ stanie się Polakiem było wtedy czymś niezwykle nobilitującym {zresztą polonizowali się Niemcy, Szkoci, Francuzi, Hiszpanie czy nawet mieszkający w Rzeczypospolitej Anglicy}, oznaczało wejście w ramy kultury wolności, która była nieobecna ani na Wschodzie ani tak naprawdę na Zachodzie i przez to była tak bardzo pożądana). Jednak żeby tak się stało, trzeba było wyrobić w Polakach (którzy przybywali na Kresy) świadomość tego, że te ziemie są już polskie i polskie pozostaną, bowiem ogromna większość z nich przy pierwszej sposobności porzucała służbę państwową na Wschodzie i przenosiła się na Zachód (lub też wyjeżdżała na Pomorze, do budowanej właśnie Gdyni). Do 1924 r. na Wołyniu było aż 11 wojewodów - niesamowite. A im szczebel niżej tym sytuacja była jeszcze gorsza. Poza tym wojenne zniszczenia i powojenna bieda powodowały, że również nie można było budować przywiązania do polskości przez chociażby wygląd urzędów (które w większości były zwykłymi kanciapami pozbawionymi telefonów - czyli odciętymi od świata, z niekompetentnymi urzędnikami i policjantami). Co prawda minęły dopiero cztery lata od kiedy Polska na trwale objąć miała te ziemie w posiadanie, ale jednak to były aż cztery lata, podczas których stosunek do Polski lokalnej ludności zaczął być gorszy, niż przed rokiem 1920 i coś należało z tym fantem zrobić.


CDN.

19 sierpnia 2026

WIELKA HISTORIA SEKSU - Cz. III

OD CZASÓW STAROŻYTNYCH 
PO NAM WSPÓŁCZESNE





STAROŻYTNY EGIPT
(ok. 3 000 r. p.n.e. - 30 r. p.n.e.)
RÓWNOUPRAWNIENIE KOBIET, ALE ... TAKIE SOBIE




 Starożytny Egipt wniósł bardzo wiele do prawnego zrównania statusu kobiety i mężczyzny. W zasadzie wachlarz ich praw był dość szeroki (biorąc pod uwagę inne kraje antyczne, czy chociażby inne regiony Bliskiego Wschodu). Mogły one dziedziczyć zarówno majątek ruchomy jak i nieruchomy (w tym oczywiście ziemię - źródło największego bogactwa), mogły zawierać umowy i prowadzić transakcje w sprawach kupna i sprzedaży ziemi, budynku czy jakiegokolwiek innego sprzętu i to bez potrzeby współuczestnictwa tzw.: "męskiego opiekuna". Mogły zarówno świadczyć jak i wnosić sprawy do sądów, składały też takie same przysięgi jak mężczyźni i ponosiły takie same kary w przypadku się do nich niezastosowania. Jest dość sporo przykładów kobiet w historii starożytnego Egiptu, które zbiły ogromny majątek (choć nie należały do dynastii panującej), niektóre skumulowały w swym ręku tak wielką władzę, że... wykupiły ziemię i majątki w kilku nomach (takich staroegipskich prowincji), które praktycznie stały się ich własnością. Należy jednak pamiętać, że taka władza z reguły była dostępna jedynie wśród kobiet z egipskiej elity, natomiast zwykłe mieszkanki kraju raczej same nie miały możliwości zbić takiego majątku. Wszystko bowiem zależało od rodziny w której się narodziły. Biedne dziewczyny nie mogły więc liczyć zbytnio na zmianę swego położenia, choćby poprzez małżeństwo z kimś z elity (choć takie sytuacje też się niekiedy zdarzały) i choć istniały wielkie panie i kapłanki (w tym "Boskie Małżonki Amona-Re"), to jednak naturalny podział społeczny wśród kobiet był następujący - albo żona, albo prostytutka (tancerka, akrobatka, zawodowa płaczka, kapłanka niższej rangi), albo niewolnica (wiele niewolnic było też szkolonych jako tancerki, prostytutki czy piastunki dzieci majętnych Egipcjan).

Wśród odnajdywanych obecnie (głównie) żeńskich szkieletów złożonych w ubogich grobach, okazuje się że przemoc fizyczna panów, była... dość rozpowszechniona i niewolnicom (a niekiedy także żonom) dostawało się równie często jak niewolnikom. W Starożytnym Egipcie bowiem (podobnie zresztą jak i w Antycznej Grecji) niewolnikiem można było stać się np. za długi męża (w przypadku jego śmierci), a wówczas taki właściciel mógł uczynić ze swoją własnością dosłownie wszystko. Mógł np. sprzedać żonę i dzieci swego dłużnika do domu publicznego, aby zarabiały dla niego pieniądze, mógł rozdzielić matkę z dziećmi, odsprzedając je komu innemu, mógł też matkę i dzieci do woli wykorzystywać zarówno seksualnie jak i karać fizycznie (niektóre żeńskie szkielety noszą ślady uszkodzeń kości przedramienia, tak jakby próbowały osłonić się rękoma przed ciosami w głowę). Bardzo podobnie sytuacja wyglądała w Grecji (o czym opowiem w kolejnych częściach tej serii), ale już np. Rzymianie zabronili prawnie niewolić własnych obywateli za długi (ustawą "lex Poetelia" z 326 r. p.n.e., czyli z czasów gdy Rzym był jeszcze niewielką pipidówą w samej Italii). Kobieta mogła dziedziczyć majątek zarówno po śmierci ojca jak i męża (choć w tym przypadku większa cześć spadku należała się synom, a następnie córkom zmarłego, żona otrzymywała zaledwie 1/8 całości). Obowiązkiem żony było danie mężowi dziecka (a szczególnie syna) i tym samym przedłużenie jego rodu. Obaj małżonkowie mieli równe prawa w kwestii rozwodu (obaj mogli o ten rozwód wystąpić na takich samych zasadach), a mąż nie mógł (jak to miało miejsce np. w Babilonii) uczynić z żony niewolnicy w przypadku gdy ta nie wywiązywała się ze swojego małżeńskiego obowiązku, ale i tak to prawie zawsze mężczyzna decydował o wszystkim. Egipcjanie nie mieli takiego "świra" na punkcie menstruacji, jak np. Babilończycy (o czym opowiem w kolejnych częściach) i pozwalali swym żonom w trakcie miesiączki zarówno przebywać w ich otoczeniu, sypiać z nimi jak i jadać z nimi przy wspólnym stole.




Natomiast mieli zupełnie inne fobie. Pomimo tak daleko posuniętego równouprawnienia względem prawa wśród kobiet jak i mężczyzn w Starożytnym Egipcie, to jednak utożsamianie się z jakąkolwiek "kobiecą" rzeczą lub czynnością, było wśród Egipcjan niemile widziane. I nie chodziło tutaj tylko o takie zajęcia jak opieka nad dziećmi czy zajmowanie się domem, które były naturalnie przypisane do Egipcjanek, ale także chociażby w kwestii... kształtu penisa. Otóż okazuje się że Egipcjanie dość często (w wieku młodzieńczym lub później) dokonywali obrzezania, bowiem postrzegali ową skórkę zakrywającą penisa, jako coś... podobnego narządom rodnym kobiety. Więcej, niektórzy również zmuszali swe córki by poddały się podobnej inicjacji wycięcia łechtaczki, aby nie stały się w przyszłości w pełni "kobiece". Chodziło o to, aby zniechęcić dziewczęta do uprawiania seksu i ograniczyć stosunek seksualny jedynie do prokreacji (swoją drogą poród po wycięciu łechtaczki jest znacznie bardziej bolesny dla kobiety, niż poród tradycyjny). Jednak nie karano kobiet które poddały się zabiegowi aborcji (w Babilonii takowe... nabijano na pal i odmawiano im pochówku). Nie znaczy to oczywiście że kobiety które dokonały aborcji były w społeczeństwie egipskim cenione - nie, wręcz przeciwnie, były publicznym pośmiewiskiem, ale nie mordowano je z tego powodu. Dlatego też, aby uniknąć aborcji, najlepiej wcześniej zabezpieczyć się przed niespodziewaną ciążą. Oczywiście o zabezpieczeniu się musiały myśleć głownie kobiety i stosowano w tym celu bardzo różne metody, jak na przykład włożenie do macicy wsiąkliwej tkaniny, która miała zatrzymać ejakulat, ewentualnie użyć "ayutu". Czym był "ayut?" Mieszaniną kremu z krokodylim łajnem (lub miodem z sodą amoniakalną), po czym należało tę "zawiesinę" wepchnąć w głąb do pochwy niczym tampon. Choć taka mieszanka z reguły (bo nie zawsze) okazywała się skutecznym sposobem antykoncepcyjnym, to jednak jej zastosowanie w przypadku kobiety która chciała przyciągnąć oblubieńca do swego łoża, ale nie zajść z nim w ciążę - była doprawdy ostatecznością, a to z tego powodu że "ayut" wydzielał tak okropny zapach, że nim doszłoby do zbliżenia, najpewniej ów kochanek szybciej... zwymiotowałby na dziewczynę. No cóż, w takich warunkach kobieta musiała nakłonić swego męża lub kochanka do włożenia prezerwatywy (najczęściej z obszytego płótna), gdyż okadzanie pochwy dymem czy picie słodkiego piwa były dość słabymi środkami zapobiegającymi powstawaniu niepożądanych ciąż.


MAREK ANTONIUSZ I KLEOPATRA VII 
ORAZ ICH DZIECI



Masturbacja w Starożytnym Egipcie była powszechna i to zarówno wśród mężczyzn jak i kobiet (są świadectwa w formie hieroglifów, że masturbowali się nie tylko faraonowie, ale także kapłani, kapłanki i zwykli Egipcjanie - była bowiem ona nawet uświęcona religijnie). Często praktykowano też seks analny (również jako rodzaj antykoncepcji), który także miał boską symbolikę, oraz seks oralny (Kleopatra VII była np. nieoficjalnie nazywana... "wielką połykaczką"). Co ciekawe, Egipcjanie, aby sobie ulżyć (mam tutaj na myśli jedynie mężczyzn), mogli skorzystać również z usług prostytutek obojga płci, ale znacznie tańszym środkiem zaspokajającym rozbuchane męskie libido, była... wizyta w świątyni. Bowiem w świątyniach Amona-Re i Izydy funkcjonowały specjalne przyświątynne haremy złożone z kapłanek, które (bezpłatnie) oddawały się tym, którzy już złożyli bogu lub bogini ofiarę. Kapłanki te miały bardzo duży status społeczny i poważanie i w żadnym razie nie były uważane za prostytutki. Z reguły były to kobiety albo młode, albo w średnim wieku, które wyróżniały się wśród innych kobiet - błękitnymi sukniami, pomalowanymi na czerwony kolor ustami i tatuażami wokół sutków na piersiach, na udach oraz na plecach (i pupie). Praktycznie sypiały z każdym, kto złożył bogu pokaźną ofiarę, z tego też powodu trochę trudno odróżnić je od zwykłych prostytutek, jednak niesamowicie duży szacunek jakim były obdarzane (i bogactwo, jakie w ramach świątyni było im przynależne), powodowały iż mogły zabierać głos również w sprawach tyczących lokalnej społeczności, a ich głos musiał być przez naczelników wysłuchany i brany pod uwagę.





PS: W kolejnej części przejdziemy do babiloni i do Asyrii i zobaczymy co działo się w tamtejszych społeczeństwach jeśli chodzi o podejście do seksualności oraz kobiet jako takich i ich pozycji w społeczeństwie

PS2: Przypomniał mi się jeden z odcinków "Rodziny zastępczej", gdy młody jeszcze wówczas Filip Kwiatkowski pytał się swego taty (granego oczywiście przez Piotra Fronczewskiego) skąd się biorą dzieci. Tata odpowiedział że:"Mama cię urodziła", na co Filip: "To wiem, ale którą drogą wyszedłem z mamy?" Tata pomyślał chwilę i mówi: "Słuchaj, mnie przy tym nie było, bo ja akurat byłem w Sochaczewie, ale spytaj się mamy, ona ci odpowie, bo ona przy tym na pewno była" 🤭, na co Filip zapytuje: "A to nie pytałeś się mamy jak się urodziłem?", "Nie, jakoś tak się nie złożyło" - odpowiada ojciec 😂


STARE, ALE OGLĄDA SIĘ Z WIELKĄ PRZYJEMNOŚCIĄ



CDN.

18 sierpnia 2026

MEMORIAM - Cz. XXIII

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. VIII






CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. III





 Na wiosnę 74 r. p.n.e. król Pontu Mitrydates VI Eupator był już gotów do wojny o dominację w Azji (Mniejszej). Zebrał ponad 150 000 armię, ściągnął licznych sojuszników, a przede wszystkim zawarł układ z samozwańczym "królem Hiszpanii" - Kwintusem Sertoriuszem, który to (w 76 r. p.n.e.) wysłał do Mitrydatesa swoich przedstawicieli: Lucjusza Magiusa i Lucjusza Fanniusza (Diodor twierdzi że do takiego sojuszu doszło już w roku 79 p.n.e., ale nie jest to możliwe głównie ze względu na fakt, iż w tym czasie Mitrydates starał się jeszcze o dobre stosunki z Rzymem, dlatego też nie podjąłby się sojuszu z wyklętym przez sullańskie władze byłym mariańczykiem, który dopiero co rozpoczynał swój hiszpański epizod wojenny). Ponoć mieli oni zachęcać władcę Pontu do inwazji na Italię (tak ponownie twierdzi Diodor i trudno stwierdzić czy taka propozycja rzeczywiście padła, czy też nie, a jeśli tak, to była ona całkowicie oderwana od rzeczywistości, gdyż Mitrydates miał mnóstwo wrogów w samej Anatolii, a poza tym, nawet jeśli pokonałby władców tej krainy i podporządkował sobie ich ziemie, to jak miałaby wyglądać inwazja na Italię? Musiałby przecież przejść przez rzymską Grecję, gdzie zapewne zostałby zatrzymany, ale jeśli nawet nie, to w Italii nie mógł liczyć na żadne wsparcie {być może kilka greckich miast na południu by go poparło, ale to nie miałoby większego znaczenia po trudach wojennych, przez jakie przeszedłby w Azji Mniejszej i Grecji, a i poparcie Greków jest bardzo mało prawdopodobne}). Mitrydates stwierdzić miał iż nie planuje inwazji na Italię, ale sojusz z poszukiwaczem "Wysp Szczęśliwych" (w ich poszukiwaniach Sertoriusz wyprawił się aż za Słupy Herkulesa i dotarł do Wysp Kanaryjskich, które uznał właśnie za ową mityczną krainę szczęśliwości. Sprowadził stamtąd także białą łanię cerynejską, którą utożsamiał z boginią Dianą {grecką Artemidą} i pozwalał jej chodzić gdziekolwiek chciała wokół swego pałacu w Dianii, a gdy do niego wracała, cieszył się jak dziecko że bogowie ponownie mu sprzyjają) bardzo mu odpowiadał, dlatego też wysłał do Hiszpanii swoich przedstawicieli (w roku 75 p.n.e.) w celu ostatecznego dogadania wzajemnych stref wpływów i zawiązania sojuszu (ponoć Mitrydates domagał się Bitynii, Kapadocji i rzymskiej prowincji Azji, ale Sertoriusz nie chciał się zgodzić na oddanie Azji). Ostatecznie sojusz został podpisany, a Sertoriusz zgadzał się na oddanie Mitrydatesowi Bitynii, Kapadocji, Paflagonii, Galacji oraz... rzymskiej Azji (swoją drogą nie wiadomo dlaczego się na to zgodził, po pierwsze odnosił sukcesy w walkach z Gnejuszem Pompejuszem i Kwintusem Cecyliuszem Metellusem Piusem w Hiszpanii, a po drugie przecież wciąż czuł się Rzymianinem, był wiernym żołnierzem Gajusza Mariusza, nie uważał się też za zdrajcę), w zamian Mitrydates miał wysłać Sertoriuszowi 3000 talentów i 40 okrętów, a Sertoriusz swoich doradców wojskowych, którzy mieli szkolić armię pontyjską.




Są jednak historycy, którzy twierdzą że Sertoriusz odmówił Mitrydatesowi zgody na przejęcie Azji (ponoć miał w owym dokumencie zastrzec, że on będzie namiestnikiem Azji pod ewentualną okupacją Mitrydatesa, który realnie nie będzie posiadał żadnych praw do tej prowincji). Ma to sens jeśli weźmiemy pod uwagę że zapewne zostałoby to propagandowo wykorzystane przeciwko Sertoriuszowi przez sullańczyków (notabene w Rzymie w tamtym czasie, zaledwie cztery lata po śmierci Korneliusza Sulli, nadal obowiązywał zakaz publicznego pokazywania wizerunków Gajusza Mariusza i jego zwolenników. Złamie go dopiero Cezar na pogrzebie swojej ciotki wśród oklasków tłumu, to będzie oznaczało stopniowe odejście od surowych norm ustrojowych Sulli). Istnieje też przekaz Diodora, w którym ten pisze, że Mitrydates miał się skarżyć swoim doradcom, że Sertoriusz - walczący z dwoma rzymskimi armiami w Hiszpanii - grozi mu wojną, jeśli ten zajmie prowincję Azję i pyta się, że skoro dzieje się to w sytuacji gdy Sertoriusz jest przyparty do muru, to co będzie, gdy zwycięski zasiądzie na Palatynie. Tak naprawdę jednak Sertoriuszowi na gwałt potrzeba było pieniędzy i choć wiemy że (już w 75 r. p.n.e.) w jego wojsku doszło do pewnych zaburzeń, to jednak żołnierze go nie zostawili, nie odeszli. A tak zapewne by było, gdyby im od dłuższego czasu nie płacił żołdu. Zatem pieniądze od Mitrydatesa z pewnością mu się przydały (o walkach toczonych w Hiszpanii przez Sertoriusza z Pompejuszem i jego poprzednikami pisałem już w XVII części tej serii). Tak więc wiosną (74 r. p.n.e.) gotów do wojny Mitrydates w Synopie doglądał swej imponującej floty wojennej. Wcześniej złożył krwawą ofiarę na ołtarzu Zeusa Stratiusa (opiekuna żeglarzy), oraz Posejdona - wprowadzając w fale morskie zaprzężony białymi końmi rydwan. Mitrydates czuł się niczym półbóg, obserwując ze swego królewskiego namiotu całe to przedstawienie. Na koniec założył swój królewski hełm, przywidział miecz i wsiadł na konia, dając znak swym dwóm generałom: Taksilesowi i Hermokratesowi, że oto z pomocą bogów najwyższych wojna się rozpoczyna. Z potężną swą armią ruszył na południe do Paflagonii (kraina ta została zajęta przez Mitrydatesa jeszcze w 89 r. p.n.e.), a gdy tam dotarł, urządził przemowę do żołnierzy, w której to podkreślał wielkość swej armii, która "nigdy nie została pobita przez Rzymian" (co jest oczywiście nieprawdą, gdyż Sulla w czasie I wojny co najmniej dwukrotnie pobił jego wojska w Grecji). Mówił też o wielkości swego rodu i swych przodków, ale przede wszystkim chwalił samego siebie za to, że Pont za jego rządów urósł do potęgi zdolnej rzucić wyzwanie największej ówczesnej superpotędze - Rzymskiej Republice. Twierdził też że Rzymianie są opętani chciwością i rządzą władzy, że "zniewolili Italię i sam Rzym", że złamali zawarty w Dardanos pokój (85 r. p.n.e.). Ostatecznie oskarżył Rzymian o plagę piractwa "nieszczęścia naszych czasów" (notabene piraci byli sojusznikami Mitrydatesa w tej wojnie - taki szczegół pokazujący dwulicowość wszelkich władców i polityków, a także to, z jaką łatwością decydują oni o życiu i śmierci swych współobywateli, i można by tutaj przytoczyć słowa lorda Farquaada ze Shreka: "Zapewne wielu z was zginie, ale jest to poświęcenie na które jestem gotów"), a także o to, że charakter Rzymian jest tak podły, że gotowi są walczyć nawet sami ze sobą, byle tylko zdobyć władzę (tutaj posłużył się przykładem Sertoriusza).




Następnie z Paflagonii skierował się Mitrydates do Bitynii, gdzie już urządzał się (po śmierci króla Nikomedesa IV, który w swym testamencie zapisał Bitynię Republice) konsul - Marek Aureliusz Kotta. Rzymskie siły zajmujące Bitynię były nieliczne (w prowincji Azji stacjonowały dwa legiony, często złożone jeszcze z weteranów armii Gajusza Flawiusza Fimbrii Młodszego - mariańczyka, wysłanego w 86 r. p.n.e. na Wschód aby walczył zarówno z Mitrydatesem jak i odebrał dowództwo i uwięził Lucjusza Korneliusza Sullę, zabitego w 85 r. p.n.e.), składały się głównie z wojsk floty, oraz nielicznych oddziałów wysłanych dla zabezpieczenia miast (szczególnie Nikomedii). Poza tym Kotta nie miał doświadczenia wojskowego i gdy tylko gruchnęła wiadomość o zbliżaniu się potężnej armii Mitrydatesa, wpadł w panikę i uciekł z Nikomedii do Chalcedonu nad Propantydą (gdzie stała rzymska flota) naprzeciwko greckiego miasta Byzantion. Mitridates dowiedziawszy się że Rzymian nie ma już w Nikomedii, ruszył za nimi w pościg do Chalcedonu, a gdy dotarł pod mury miasta, wyszedł mu naprzeciw z żołnierzami floty jej dowódca - Lucjusz Nudus, ale po pierwszym ataku sił Mitrydatesa rzymscy żołnierze musieli chronić się z za murami Chalcedonu, gdyż przewaga wroga była przygniatająca, a oni nie mieli doświadczenia w walkach na lądzie. Jednak podczas wycofywania się ruszyli za nimi w pogoń żołnierze pontyjscy i doszło do szczególnie krwawej bitwy pod bramą miejską, którą Rzymianie przegrywali, otoczeni zewsząd przez przeważające siły wroga. Widząc co się dzieje, żołnierze którzy byli już wewnątrz, zaczęli zamykać bramy i ryglować je tak, aby nikt już się tutaj nie wydarł. Problem polegał tylko na tym, że za bramą nadal walczyli rzymscy żołnierze, mało tego, został tam sam dowódca floty Lucjusz Nudus. Postanowiono więc spuścić im liny z murów miasta, aby się chwycili i tym samym mieli zostać wciągnięci do środka. Tak też się stało (np. tak do Chelcedonu powrócił Nudus), ale nie wszyscy mieli taką możliwość. Ci, którzy nie złapali lin, zginęli pod bramami (Appian pisze że prosili najpierw swoich aby też ich wciągnęli, a następnie odrzucili broń i na kolanach błagali wrogów aby ich nie zabijali, nadaremno).




Mitridates zapowiedział że Rzymianie mają się poddać, jeśli zaś tego nie zrobią - wszyscy zginą. Nie rzucał słów na wiatr, już bowiem jego flota przepłynęła Bosfor (Bosphorus), zerwała żelazny łańcuch, uniemożliwiający wpłynięcie do portu w Chalcedonie, a następnie spaliła cztery rzymskie okręty oraz przejęła i odholowała pozostałe 60. Sytuacja Rzymian zamkniętych w Chalcedonie niczym w puszce, była więc katastrofalna. W czasie walki stracili 3000 żołnierzy (poległ też senator Lucjusz Manliusz), podczas gdy straty Mitrydatesa wyniosły zaledwie 20 wojowników z plemienia Bastarnów. Jednak informacja o uwięzionych bardzo szybko dotarła do Italii i w Rzymie przygotowywano już armię, która miała (wraz z legionami z prowincji Azji) uwolnić Chalcedon, a o dowództwo w tej wojnie starał się intensywnie Lucjusz Licyniusz Lukullus, były oficer armii Sulli z czasów I wojny z Mitrydatesem. Aby objąć upragnione dowództwo, starał się o namiestnictwo prowincji Cylicji (tylko część tej krainy należała do Rzymu, część zaś była we władaniu piratów, którzy tworzyli tam swoje własne niezależne państewka), szczególnie że na początku roku (74 p.n.e.) zmarł Lucjusz Oktawiusz, który wylosował właśnie tę prowincję i miał objąć nad nią namiestnictwo, ale mu się po prostu zmarło. Aby uzyskać namiestnictwo, a przede wszystkim aby objąć dowództwo w tej wojnie nie wystarczyły pieniądze (których Lukullus akurat miał pod dostatkiem), ale przede wszystkim trzeba było mieć znajomości, odpowiednie poparcie które gwarantowałoby objęcie nawet nie tyle intratnej prowincji (a Cylicja do takiej nie należała), ale przede wszystkim zdobycie sławy i łupów, jakie można było osiągnąć po zwycięskiej wojnie na Wschodzie. Jednak z tym poparciem i tymi znajomościami u Lukullusa było słabo. Jako wierny oficer Sulli dał się poznać w charakterze obrońcy stworzonego przez niego ustroju (znacznie ograniczającego pozycję trybuna ludowego - wręcz można powiedzieć że rola trybuna była w tym systemie praktycznie całkowicie pozbawiona wszelkiego politycznego znaczenia - oczywiście na korzyść Senatu i warstw najbardziej uprzywilejowanych). Lukullus wdał się w pewien konflikt z dwoma politykami (demagogami), którzy pragnęli osiągnąć polityczne korzyści, nawołując lud do zmiany zaistniałego (po 82 r. p.n.e.) systemu politycznego. Pierwszym z nich był Lucjusz Kwinkcjusz, którego Lukullus publicznie napominał aby nie czynił czegoś, czego potem będzie żałował i mocno się z nim ścierał - głównie pod publiczkę (prywatnie jednak znali się bardzo dobrze, a Kwinkcjusz był częstym bywalcem urządzanych w domu Lukullusa przyjęć, również tych z udziałem nagich niewolnic i specjalnie sprowadzanych z Grecji heter. Dziś, w dobie internetu i mediów społecznościowych taka znajomość bardzo szybko wyszłaby na jaw). Drugim zaś był Publiusz Korneliusz Cetegus i nad nim warto na moment dłużej się zatrzymać.




Cetegus (po wejściu Sulli do Rzymu w 82 r. p.n.e. i rozpisaniu list proskrypcyjnych, jego nazwisko znalazło się na liście przeznaczonych do natychmiastowego "usunięcia". Uniknął tego losu, chowając się w różnych dziwnych miejscach - między innymi w publicznym wychodku 😙, a potem dzięki pomocy przyjaciół opuścił Rzym. Ci właśnie ludzie przekonali Korneliusza Sullę aby usunął nazwisko Cetegusa z list proskrypcyjnych i pozwolił mu wrócić do Rzymu, a gdy tak się stało, Cetegus pojednał się z Sullą) był bardzo popularny w Rzymie (lat 70-tych I wieku p.n.e.). Uważano go za wybrańca bogów, jednego z tych, którym udało się uniknąć tragicznego losu w czasach proskrypcyjnych mordów (a nie było to wcale proste - czasem bywało i tak, że ludzie dopiero co wyczytali swoje nazwisko na liście umieszczonej na Forum Romanum i nie zdążyli nawet dojść do domu, gdy po drodze ktoś ich "zaciukał" w ciemnej uliczce - a jednym z takich, któremu również to się udało był Gajusz Juliusz Cezar). Cetegus pełnił funkcję menniczego, ale jego opinia była powszechnie szanowana, dlatego też politycy starali się o jego poparcie przed wyborami. I właśnie ów Cetegus mocno krytykował Lukullusa za jego rozwiązły tryb życia, wydawanie pieniędzy na hetery i jedzenie, oraz deprawację młodzieży. Ale, jak to się mówi wreszcie przyszła "kryska na matyska" i samego Cetegusa dopadła również strzała Amora. Mniej więcej w omawianym przeze mnie okresie, zadużył on się w pewnej pięknej Rzymiance o imieniu Precja, która nie mogła narzekać na brak adoratorów, aczkolwiek ze względu na swoją urodę i seksapil jaki roztaczała, to ona wybierała sobie mężczyzn, a nie mężczyźni ją. Była ponoć bardzo piękna, miała również powabne kształty, które przyciągały do niej wielu wpływowych polityków, jednym z nich był właśnie Publiusz Korneliusz Cetegus. Ponieważ cieszył się on znaczną popularnością wśród ludu i możnych, okazał się wystarczająco dobrą partią dla Precji. Zabrał ją do siebie do domu, obsypywał podarkami, sukniami i innymi kosztownościami, a jednocześnie dawał sobą sterować jak małe dziecko. Cokolwiek powiedziała Precja, natychmiast wykonywał, stając się całkowicie od niej uzależniony. Wreszcie cały Rzym mówił o tym związku i stał się on bardzo popularny. Oczywiście wiedział o nim również i Lukullus, dlatego też postanowił przekłuć tę wiedzę w polityczne złoto. Udał się więc pewnego razu z kosztownymi darami dla Precji, chwaląc jej urodę, mądrość i rozwagę, co bardzo jej się spodobało (mile łechtają nas wszelkiego typu komplementy, ostatnio opowiadała mi moja znajoma, która zajmuje się fitnessem i w ogóle zdrowym odżywianiem, że jak tylko pochwali pewnego klienta że dobrze wykonuje dane ćwiczenia - nie wiem jak one wyglądają przyznam się szczerze, bo nigdy jeszcze nie korzystałem, wolę basen i siłownię 😚 - to ten czuje się tak mocno podbudowany, że zostawia u nich znacznie więcej pieniędzy niż normalnie, a do tego zapisuje się na dodatkowe ćwiczenia, tym bardziej że znajoma jest, mówiąc po prostu... urodziwa - tak to już człowiek jest zbudowany 🥴).




Od tej chwili Lukullus zyskał ogromne wsparcie w Cetegusie, dzięki któremu uzyskał namiestnictwo Cylicji. Zresztą Lukullus był poza podejrzeniem. Nie ciążyła nad nim żadna skaza z czasów sullańskich proskrypcji, nie brał udziału w żadnych mordach, ani w żadnych ekscesach z tamtych dni. Dlatego jego kandydatura wydała się (również dzięki poparciu Cetegusa, a przede wszystkim samej Precji) jak najbardziej naturalna do tego typu zadania. Szybko więc przystąpił do formowania legionu (jeszcze będąc w Italii), a następnie wyruszył do Azji, na wojnę w Mitrydatesem.




CDN.

16 sierpnia 2026

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XV

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. XI





PIERWSZE PANOWANIE
(1444 - 1446)
Cz. X



 Po klęsce warneńskiej wielu ludzi w Europie do końca nie dowierzało że wyprawa krzyżowa, mająca wyzwolić Bałkany spod tureckiego panowania zakończyła się całkowitą porażką. Na początku roku 1445 papież Eugeniusz IV oskarżył Wenecję, iż to głównie przez nią (a raczej przez to, że weneccy marynarze zostali przekupieni przez Turków) Turcy w ogóle mogli przedostali się z Anatolii do Europy i zwyciężyć w bitwie pod Warną. Dożą Wenecji w tym czasie (już od 22 lat) był niejaki Francesco Foscari, a wspierająca go frakcja wśród weneckiej arystokracji opowiadała się za podjęciem konfrontacji o zdobycie przewodnictwa w samej Italii, kosztem wypraw handlowych i pozyskiwania nowych ziem na Morzu Egejskim czy Śródziemnym. Signora dwukrotnie (najpierw w marcu a następnie na początku kwietnia 1445 r.) wystosowała do papieża odpowiedź, w którym tłumaczyła się że wenecka flota w czasie walk w cieśninach poniosła znaczne straty (wyliczano ilu żołnierzy i marynarzy straciło tam życie), oraz twierdzono że weneckie posiadłości w Grecji (szczególnie na Eubei)  są nieustannie atakowane przez Turków, a poza tym inne państwa włoskie (w tym Genua) zawarły już pokój z sułtanem, dlaczego więc papież tylko do nich ma pretensje. Papież odpowiedział wówczas wstrzymaniem subwencji dla zjednoczonej floty chrześcijańskiej (głównie złożonej z okrętów włoskich), operującej na wodach Morza Jońskiego i Egejskiego, co spowodowało że Senat Wenecji podjął decyzję w sprawie zawarcia pokoju z nowym sułtanem Mehmedem II. Wynikiem głosów 91 przeciwko 2 (i 2 wstrzymującym się) Senat zadecydował o pokoju w Imperium Osmańskim (26 kwietnia). Do czasu rozpoczęcia negocjacji pokojowych (oraz tych o wolnym handlu na obszarze Imperium Osmańskiego, na czym Wenecjanom bardzo zależało), flota wenecka pod wodzą admirała Alvise Loredano miała nadal pozostać w rejonie cieśnin).




Tymczasem na zwołanym (23 kwietnia 1445 r.) do Sieradza zjeździe możnych, zadecydowano (na wniosek biskupa krakowskiego Zbigniewa Oleśnickiego) o wyborze na nowego króla brata zaginionego pod Warną Władysława III - Kazimierza Jagiellończyka, który w tym czasie (od roku 1440) zasiadał na wileńskim stolcu, jako wielki książę Litwy. Oleśnicki oczywiście chciał kontynuacji dynastii Jagiellonów w Polsce, ale na własnych zasadach. Innymi słowy, chciał móc kontrolować Kazimierza tak, jak wcześniej kontrolował młodego Władysława III, a jeszcze wcześniej (w ostatnich latach jego życia) ich ojca - Władysława II jagiełłę, dlatego też uzależniał wybór Jagiellończyka na króla, od uzyskania nowych wolności i przywilejów dla możnych i szlachty w Polsce. Na to oczywiście nie godziła się królowa-matka Zofia (Sonka) Holszańska - wokół której zgromadziła się część możnych, dążących do wyboru Kazimierza bez żadnych warunków wstępnych. Co prawda początkowo Sonka nawet podziękowała Oleśnickiemu za wsparcie udzielone jej najmłodszemu synowi, ale bardzo szybko ich drogi ponownie się rozeszły. Królowa-matka dobrze bowiem wiedziała kto stał za oczernieniem jej w oczach męża i poddanych w roku 1427, jeszcze przed narodzinami Kazimierza (była już wówczas w widocznej ciąży). 




Wówczas to o mały włos całej sprawy nie przypłaciła nie tylko utratą korony ale być może nawet i życia, gdyż Władysław Jagiełło uwierzył w jej zdradę. Co prawda polecił wszystko dokładnie zbadać, a przesłuchaniem świadków osobiście zajął się jego kuzyn, wielki książę litewski Witold (który w 1422 r. wybrał Jagielle Sonkę za żonę, która też była jego krewniaczką). Dwie dwórki królowej, siostry Katarzyna i Elżbieta Szczukowskie zostały poddane okrutnym torturom w czasie których przypalano je ogniem, co spowodowało że i one oskarżyły królową od dopuszczenie się owej zdrady. Zofia Holszańska była młodą i nieostrożną osobą, ufającą ludziom oraz tęskniącą za mężem (który często wyjeżdżał, albo to na wyprawę wojenną, albo też na polowanie do litewskich puszcz). A na dworze krakowskim było wielu młodych rycerzy, którzy tylko czekali na rozkaz dany przez młodą i ładną królową, aby spełniać jej zachcianki. Jednym z nich miał być niejaki Hińcza (Henryk) z Rogowa, syn podskarbiego królewskiego, z którym królowa często się spotykała (nawet nocą, w ogrodzie) i ponoć wspólnie czytano jakieś sonety i pieśni (to znaczy on czytał, gdyż Sonka była niepiśmienna), a nawet "Poemat o Róży" który był w tamtym czasie prawdziwym erotykiem. Gdy sprawa się wydała Hińcza (i siedmiu innych, z którymi królowa również miała spędzać wolny czas, z tym że trzech z nich zdołało uciec), trafił do lochu w Chęcinach i został przykuty łańcuchami do ściany tak, że nie mógł się poruszać. Król Władysław Jagiełło szalał z rozpaczy, nie wiedział czy może zaufać małżonce czy nie i co powinien z nią uczynić. Ostatecznie kazał ją uwięzić w jej komnatach na Wawelu do wyjaśnienia sprawy, a sam nie wiedział co o tym myśleć. Ona jako jedyna z jego wszystkich żon dała mu synów, teraz zaś nie było wiadomo czy urodzony w 1424 r. Władko (czyli Władysław III) jest jego synem oraz czy to dziecko, z którym obecnie była w ciąży, również jest jego. Witold jednak zapewniał brata że Władko jest synem naturalnym i jedyne obawy mogą być co do obecnego dziecka. Skandal rozlał się nie tylko na cały kraj, ale również na Litwę i kraje ościenne (mówiono o tym w Rzymie, w Paryżu, a nawet w Londynie). Królowa chciała spotkać się z mężem aby wyjaśnić mu iż jest niewinna, ale ten długo nie chciał jej widzieć. Ostatecznie sam zawitał do jej komnaty i stwierdził że jej przebacza, ponieważ jednak sprawa nabrała charakteru politycznego, królowa musiała oficjalnie złożyć przysięgę oczyszczającą, a poza tym musiało to uczynić również siedem powszechnie szanowanych pań oraz jedna panna z jej dworu (która wcześniej zarzuciła jej zdradę - uczyniła to jednak na torturach, aby uniknąć dalszego bólu). Było oczywiste że za całą sprawą stali ludzie biskupa Oleśnickiego, ale on sam był czysty, mało tego, nawet bronił królowej przed zarzutami "oszczerców". Swój cel już osiągnął, chodziło mu bowiem o zdyskredytowanie królowej Sonki, aby ta w przyszłości nie została regentką w imieniu jednego ze swych synów (niekoniecznie najstarszego), gdyż regencję zamierzał osobiście sprawować Oleśnicki. Teraz zaś, gdy królowa była już oczerniona można było jej bronić i doprowadzić do oczyszczenia, gdyż regentką być już nie mogła.


SPOTKANIE PO LATACH MATKI Z SYNEM 
KRÓLOWA-MATKA ZOFIA (SONKA) HOLSZAŃSKA ODWIEDZIŁA SWEGO SYNA KAZIMIERZA JAGIELLOŃCZYKA W GRODNIE 
(Październik 1445)



Teraz zaś, osiemnaście lat po owych wydarzeniach, Sonka z pewnością nie zapomniała Oleśnickiemu jego podłości, dlatego też sprzeciwiała się jego planom uszczuplenia władzy królewskiej w zamian za poparcie Kazimierza do polskiego tronu (notabene, po narodzinach Kazimierza Jagiellończyka - 30 listopada 1427 r. to właśnie Oleśnicki ochrzcił to dziecko w Katedrze krakowskiej - 21 grudnia). Oleśnicki zresztą miał innego asa w rękawie, gdyby bowiem wybór Kazimierza Jagiellończyka nie doszedł do skutku (i gdyby ten król ostatecznie nie zaprzysiągł nowych szlacheckich przywilejów), Oleśnicki na króla proponował Fryderyka Hohenzollerna, przy czym w takiej sytuacji Polska miała zbrojnie upomnieć się o Litwę i włączyć ją w skład Korony, jak to miało mieć miejsce w akcie Unii krewskiej z 1385 r. Na zjeździe sieradzkim oficjalnie nie wybrano Kazimierza królem, a jedynie zaproszono go na kolejny, sierpniowy zjazd do Piotrkowa. Kazimierz oczywiście twierdził że wybór nowego króla jest zbyt wczesny, gdyż jego brat z pewnością żyje i wkrótce powróci do kraju, a poza tym jego wybór na króla wiązałby się z pewnymi problemami na Litwie który chciał uniknąć, gdyż mogły one ponownie doprowadzić do zerwania Unii i wojny polsko-litewskiej, tym bardziej że żądni władzy jego stryj - Świdrygiełło i kuzyn - Michał Zygmuntowicz nie próżnowali. Jednak Świdergiełło (który był prawdziwym alkoholikiem, ciężko go było bowiem spotkać trzeźwego, a poza tym w październiku i listopadzie 1430 r. na Zamku wileńskim na krótko uwięził swego rodzonego brata - Władysława jagiełłę, który pozostał w Wilnie po śmierci Witolda aby pochować jego ciało) twierdził że bardziej mu się opłaca pojednanie z Kazimierzem niż walka z nim i 1 czerwca 1445 r. oficjalnie uznał jego władzę na Litwie (w zamian za pozostawienie mu dzielnicy wołyńskiej). Teraz niebezpieczeństwo stanowił jeszcze tylko Michał Zygmuntowicz (syn owego watażki Zygmunta Kiejstutowicza, rodzonego brata Witolda i kuzyna Jagiełły, zamordowanego w 1440 r.), dlatego też opuszczenie Litwy nie wchodziło na razie w rachubę.


TUTAJ WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO W ROZMOWIE Z BISKUPEM OLEŚNICKIM WYRAŻA SWOJE ZDANIE NA TEMAT ZYGMUNTA KIEJSTUTOWICZA 



Gdy więc 24 sierpnia 1445 r. rozpoczął się zjazd piotrkowski, zabrakło na nim wielkiego księcia Litwy Kazimierza Jagiellończyka, który wysłał nań jedynie swoich posłów. Kazimierz - w liście do zgromadzonych twierdził, że nie czas jeszcze na wybór nowego króla, że święcie wierzy iż Władysław III żyje i powróci zdrowy, a on nie byłby godny imienia brata, gdyby pozbawił tronu wracającego z wyprawy krzyżowej króla-rycerza. Jednak króla w Polsce nie było już piąty rok (po wyjeździe Władysława III w 1440 r. na Węgry, realnie na Wawelu nie było monarchy), to zbyt długo aby pozwalać na takie bezkrólewie, dlatego też możni panowie postanowili że należy  wyprawić poselstwo do Kazimierza, do Wilna, i tam uroczyście zaprosić go na jego własną koronację, jaka ma się odbyć w Krakowie 6 grudnia 1445 r. W tej sytuacji przeważył wpływ zwolenników królowej Sonki a nie Oleśnickiego, który bez wątpienia zaczął tracić swoje wpływy. Już od połowy września trwały więc wielkie przygotowania do podróży na Litwę, w której wzięła również udział sama królowa-matka. Wyprawa wyruszyła z końcem września, a na czele owego poselstwa stanął arcybiskup gnieźnieński - Wincenty Kot, biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki, czterech wojewodów i kanclerz koronny. Do pierwszego spotkania owego poselstwa z wielkim księciem Kazimierzem Jagiellończykiem doszło w Grodnie, dnia 15 października 1445 r. Tam właśnie królowa Sonka - po raz pierwszy od pięciu lat - ponownie ujrzała swego syna. Kazimierz nie przypominał już owego kilkunastoletniego chłopca, który wyruszał w nieznane na Litwę, czyli tak naprawdę do innego kraju. Teraz był już 18-letnim młodzieńcem, przystojnym, inteligentnym młodym mężczyzną, odznaczającym się dość dużą energią w działaniu. Kazimierz nie znał łaciny, mówił tylko w języku polskim (zresztą uważał się za Polaka, gdyż tam się narodził, a dwór krakowski uważał za ojczysty) ruskim i litewskim, natomiast co ciekawe, nie potrafił czytać i pisać (wówczas czytać jeszcze trochę czytał, ale pisać nie potrafił). Poselstwo w Grodnie złożyło wielkiemu księciu zaproszenie na jego koronację do Krakowa, a także stwierdziło że po owej koronacji Litwa co prawda będzie miała prawo do posiadania odrębnego wielkiego księcia, ale to król Polski wyznaczy kto nim będzie (innymi słowy posłowie stwierdzili że Litwa, nawet jeśli nie zostanie bezpośrednio włączona do Korony, to będzie krajem całkowicie zależnym od Polski). Kazimierz podziękował za propozycję koronacji, powtarzając słowa iż wierzy w powrót swego brata, a jednocześnie ostateczną decyzję miał podjąć po wysłuchaniu zdania swej Rady Litewskiej (którą zwołał na 1 grudnia, czyli fizycznie nie był w stanie dotrzeć do Krakowa na swą koronację na 6 grudnia, gdyż odległości były zbyt duże i trzeba było co najmniej podróżować tydzień, a prawdopodobnie około 10 dni między Wilnem a Krakowem).




Na Litwie zawrzało. W czasie obrad Rady Litewskiej możni panowie zdecydowanie odrzucili polskie propozycje, nie zamierzając ponownie tracić uzyskanej w 1440 r. suwerenności. Nie godzili się również na wyjazd księcia Kazimierza do Krakowa na koronację, gdyż unia personalna również ograniczałaby suwerenność Wielkiego Księstwa. Odrzucono więc polskie żądania, a w przypadku gdyby Korona zamierzała zbrojnie dochodzić tych praw, zamierzano nawet zawrzeć sojusz z Zakonem Krzyżackim. Wielki magnat litewski Jan gasztout stwierdził też że gdyby Kazimierz przyjął jednak koronę i wyjechał do Krakowa (korona królewska była bardziej pożądana niż książęca mitra), w takiej sytuacji należy wybrać wielkim księciem innego przedstawiciela rodu Giedymina i wskazał na Jerzego Lingwenowicza (bratanka Jagiełły) lub Michała Zygmuntowicza. Jednak Jerzy Lingwenowicz od razu stwierdził że nie zamierza walczyć o tron wielkoksiążęcy, natomiast co do Michała, to możni litewscy obawiali się tej kandydatury że względu na fakt, iż mógłby on się mścić za śmierć swego ojca (którego to dokonali przecież przedstawiciele litewskiej magnaterii czyli Radziwiłłowie, przy poparciu innych magnatów), tak więc ta kandydatura też odpadała. Wzburzone głosy uciszył sam Kazimierz, który jeszcze w grudniu stwierdził że nie zamierza przyjmować polskiej korony, gdyż po pierwsze wierzy że jego brat żyje, a po drugie pragnie pozostać w Wilnie, u boku swych litewskich poddanych. W styczniu 1446 r. ponownie odbył się zjazd w Piotrkowie, na który książę Kazimierz wysłał swoich posłów, twierdząc iż nie uważa się za namiestnika Korony na Litwie, a za niepodzielnego i suwerennego księcia, jednocześnie dodał iż nie dopuści, aby na polski tron wybrano kogoś innego... niż on. Twierdził więc otwarcie że uważa Litwę za suwerenne Księstwo połączone z Koroną unią personalną, a jednocześnie że nie dopuści do wyboru żadnego innego kandydata na polski tron w Krakowie. Nic dziwnego, gdyż już wówczas do Kazimierza zapewne dochodziły głosy o możliwości wyboru nowym królem Fryderyka Hohenzollerna z Brandenburgii. Tę kandydaturę (jako ewentualną) forsował biskup Oleśnicki, gdyż uważał że Fryderyk byłby w stanie zneutralizować grożący Koronie sojusz litewsko-krzyżacki (Kazimierz bowiem demonstracyjnie, aby pokazać że nie rzuca słów na wiatr, wysłał posłów do Malborka). Wkrótce też pojawiła się inna kandydatura do polskiego tronu w postaci księcia mazowieckiego Bolesława z rodu Piastów. Co ciekawe, przeciwko tej kandydaturze Kazimierz zbyt głośno nie protestował, co sugeruje (przynajmniej tak twierdzili Krzyżacy w swych pismach), że była to kandydatura zaproponowana w porozumieniu z Kazimierzem, mająca na celu utrącić kandydaturę Hohenzollerna, której realnie obawiał się Jagiellończyk. Warto też wspomnieć że Bolesław był szwagrem Michała Zygmuntowicza i jako król Polski mógł wywoływać zamęt na Litwie, a poza tym kandydatura Bolesława była warunkowa, wszystko bowiem zależało od zgody na przyjęcie polskiego tronu przez Kazimierza. 30 marca 1446 r. odbył się więc kolejny zjazd w Piotrkowie, na którym miano już przystąpić do elekcji nowego króla Polski.




A tymczasem w dalekiej Manisie abdykowany sułtan Murad II zażywał prawdziwych wakacji. O tym co działo się w tym mieście, a przede wszystkim w pałacu sułtańskim, opisał podróżnik - Circiaco Pizocolli (którego obecność odnotowana została w marcu 1446 r. na wyspie Lesbos, u tamtejszego księcia Dorino I Gattilusiego), a następnie wyjechał na Chios, do swego przyjaciela Andrei Giustinianiego (którego to uspokajał że Turcy nie planują żadnego ataku na Wyspę i że książę może spać spokojnie). Z końcem marca udał się do Manisy, do sułtana Murada, gdzie spędził dosłownie kilka dni, a już 7 kwietnia był w Foczy w pobliżu Smyrny. 9 kwietnia powrócił zaś do Manisy w towarzystwie swego przyjaciela, genueńskiego kupca - Francesco Draperio, aby z rąk sułtana Murada odebrać list żelazny (berat), upoważniający go do podróżowania po Imperium Osmańskim. 17 kwietnia sułtan obu mężczyzn przyjął na audiencji w seraju, nie w sali audiencyjnej swego pałacu, tylko w prywatnych komnatach, dzięki czemu Circiaco Pizocolli mógł dokładnie ujrzeć (i następnie spisać) co tam się wówczas działo. Oficjalnym bowiem powodem ustąpienia Murada II z tron u Osmanów, była chęć jego ucieczki od spraw publicznych i zatopienia się w księgach, a przede wszystkim w celu czytania i kontemplowania Koranu. Prawdopodobnie to również miało miejsce, ale Pizocolli twierdził, iż sułtan Murad siedział w otoczeniu swoich na wpół nagich niewolnic, które nieustannie obcałowywał, a które to stały lub leżały u jego stóp. Owe sułtańskie niewolnice-konkubiny jednocześnie przygrywały gościom na instrumentach muzycznych, a w całej sali unosił się aromatyczny zapach różnych pachnideł, który w dużej mierze odbierał powagę całej sytuacji (w końcu Pizocolli i jego kompan przybyli tam aby odebrać list żelazny). Wydaje się więc że Murad II nieźle się bawił na swoich "wakacjach od władzy", gdy tymczasem jego syn w Adrianopolu musiał podejmować decyzje wagi państwowej (notabene w Europie wciąż uważano Murada za prawdziwego sułtana, nazywając go "sułtanem Azji", a Mehmeda "sułtanem Europy"). Teraz zaś (luty 1446 r.) do Adrianopola przybyło weneckie poselstwo na czele którego stał Aldovrandino de'Giusti, z zamiarem uzgodnienia nowego traktatu pokojowego i handlowego z Imperium Osmańskim który miał być korzystny dla Serenissimy ("Najjaśniejszej" - Jak nazywano Wenecję zresztą podobnie jak szlachta polsko-litewska nazywała Rzeczpospolitą).


CDN.
 

15 sierpnia 2026

DZIEŃ ZWYCIĘSTWA!

MUREM ZA POLSKIM MUNDUREM




 Dziś świętujemy dzień zwycięstwa, gdy 106 lat temu Polska - która niedawno, niczym Feniks z popiołów odrodziła się na gruzach trzech imperiów zaborczych które upadły po I Wojnie Światowej - musiała stawić czoła potwornemu niebezpieczeństwu, jakiego do tej pory nikt w Europie nie doświadczył. W Rosji władzę zdobyli bolszewicy którzy zapragnęli przenieść "płomień rewolucji" do Niemiec, Francji i całej Europy. W czerwcu i lipcu 1920 r. gdy ruszyła wielka ofensywa bolszewicka na Zachód, Zachód realnie był bezbronny. Armia Niemiecka została w większości już zdemobilizowana, a jej ponowne zmobilizowanie i szybkie uzbrojenie nie było możliwe w krótkim czasie; Armia Francuska choć zwycięska, realnie nie była zdolna do podjęcia nowej wojny (ogromna liczba zabitych i rannych w okopach I Wojny Światowej, a przede wszystkim kalek - które wracały do swych rodzin nie tylko z ranami fizycznymi, lecz co gorsze z psychicznymi i ci ludzie musieli latami dochodzić do siebie. Do dziś jeszcze można zobaczyć stare filmy, pokazujące francuskich weteranów I Wojny, którzy nie są w stanie opanować drgawek swego ciała i nawet jak siedzą na krześle to całe ich ciało nadal funkcjonuje w taki sposób, jakby nieustannie przeżywali padaczkę). Francuskie straty były tak ogromne, że w wielu przypadkach do francuskich wiosek nie wrócił żaden mężczyzna który wcześniej został tam zmobilizowany, pozostały tam tylko kobiety, starcy i ewentualnie małe dzieci (z tego punktu widzenia nie dziwi strach Francuzów przed kolejną wojną i ich niechęć do angażowania się w wojnę z Niemcami w 1939 jak i w 1940), każdy więc chłopiec urodzony we Francji w latach 1920-1940 był na wagę złota.


UGRUPOWANIE PIERWSZEJ ARMII
NA PRZEDMOŚCIU WARSZAWSKIM 
(13 SIERPNIA 1920)



Armii USA wówczas już w Europie nie było (i jakakolwiek pomoc z tej strony też raczej nie nadeszłaby szybko - jeśli w ogóle), a Armia Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii była za słaba, aby mogła cokolwiek w tej kwestii przedsięwziąć, tym bardziej że w kolejnych latach nastąpił proces demilitaryzacji w Wielkiej Brytanii i to w takim tempie, że w połowie lat 30-tych realnie Wielka Brytania nie tylko była pozbawiona armii, lotnictwa ale i marynarki wojennej (okręty były starego typu, często przez lata nie naprawiane i nie modernizowane). Któż miałby więc ocalić Europę przed sowiecką inwazją w przypadku klęski odrodzonej Polski? Tym bardziej że w samych Niemczech były dosyć silne (choć początkowo spacyfikowane przez rząd, ale szybko mogły ponownie się odrodzić) nastroje komunistyczne i jestem przekonany (bo do tego też dążył Lenin) że Niemcy zgodziliby się stworzyć swoją własną niemiecką "Armię Czerwoną" u boku armii bolszewików z którą wspólnie podbito by Zachód (może bez Wielkiej Brytanii, przynajmniej w początkowych latach inwazji). Nie było więc w Europie siły zdolnej realnie powstrzymać bolszewików, a przynajmniej nie byłoby takiej siły, gdyby nie odradzające się od listopada 1918 r. Wojsko Polskie - którego głównym ojcem i patronem był Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. Nie zamierzam teraz opisywać procesu tworzenia ani walk toczonych z bolszewikami w latach 1919-1920, ponieważ czyniłem to już wielokrotnie i nie ma sensu akurat teraz powtarzać się w tym temacie po raz enty. Powiem tylko i podsumuję że bez Polski los Europy byłby godny pożałowania, i to czego Europa doznała (w sposób bardzo wybiórczy, bo to też trzeba przyznać że okupacja niemiecka w czasie II Wojny Światowej na Zachodzie a okupacja niemiecka na Wschodzie to były dwa zupełnie inne światy i tego nawet nie można ze sobą porównywać, bo się po prostu nie da) w czasie niemieckiej okupacji, to było nic, w porównaniu z tym, czego doświadczyłaby pod sowiecko-rosyjsko-niemieckim komunistycznym butem.


BITWY POD RADZYMINEM I OSSOWEM
(14 - 15 SIERPNIA 1920)



Dziś jednak pamięć o wielkim zwycięstwie Wojska Polskiego i powstrzymaniu bolszewickiego najazdu na Zachód (bo celem Lenina było dotarcie do Niemiec właśnie po to, aby tam połączyć się z lokalnymi komunistami i wspólnie ruszyć na Zachód, by stworzyć "Europejską Republikę Rad". Lenin nigdy nie chciał budować komunizmu w Rosji, uważał to za zbrodnię wobec całej ideologii, a Rosja miała być tylko odskocznią do celu głównego, czyli przejęcia władzy najpierw nad Europą, a potem nad innymi kontynentami i wreszcie na całym światem), dziś ta pamięć praktycznie w Europie nie istnieje, ponieważ to wszystko o czym piszę nie wydarzyło się, a tamte społeczeństwa żyły tak, jak wcześniej, także wydawało im się że nic właściwie się nie stało. Że wojna polsko-bolszewicka, to jakaś lokalna wojna gdzieś na krańcach Europy (były i też takie głosy gdy twierdzono: "oni tam się zawsze o coś biją i nigdy nie wiadomo o co") bez znaczenia dla losów milionów Francuzów, Niemców, Brytyjczyków, Włochów, Hiszpanów etc. Brytyjczycy nawet byli skłonni poświęcić Polskę, pod warunkiem że bolszewicy zatrzymają się na granicy z Niemcami, bo dopiero wejście bolszewików do Niemiec byłoby dla Londynu cienką czerwoną linią, która w zasadzie niewiele by już znaczyła, bo możliwości oddziaływania były w tym momencie żadne (trzeba by było zmęczone wojną społeczeństwo znowu przekonywać, że ponownie muszą udać się na Kontynent, by walczyć z jeszcze większym poświęceniem niż dotychczas w obronie Niemiec i Francji - co raczej w Wielkiej Brytanii nie spotkałoby się z pozytywnym przyjęciem). Ale takie było myślenie, w Londynie już zakładano że można będzie z bolszewikami się dogadać, zawrzeć jakiś sojusz, jakiś pakt, że nie będzie tak źle, że się zatrzymają. 🤭 Problem polegał na tym, że bolszewicy to nie byli ludzie z którymi można było się dogadać, to byli z zideologizowani bandyci, którzy mieli swoją wizję świata i los dał im możliwość jej realizacji w tym właśnie czasie - dlaczego mieliby więc się zatrzymać? bo zawarli jakiś głupi pakt? 🤔🤣 Takimi papierkami to oni co najwyżej podcierali sobie tyłki i służyły one im tylko tak długo, o ile byli słabsi. Jeżeli zaś mieli możliwość zademonstrować swą siłę i przewagę, to nic by ich w tym nie powstrzymało - nic, poza siłą militarną.


UDERZENIE OKRĄŻAJĄCE ZNAD WIEPRZA I CAŁKOWITA KLĘSKA SOWIETÓW W BITWIE WARSZAWSKIEJ 
(16 - 25 SIERPNIA 1920)
(Dokładnie taką samą taktykę zastosował "Ostatni Bóg Wojny" - Douglas MacArthur w czasie wojny w Korei, przeprowadzając desant pod Inczon - 15 września 1950 r. Czym ocalił Koreę Południową od komunistycznego  zniewolenia przez Północ
Notabene MacArthur niezwykle cenił Marszałka Piłsudskiego, ale o tym już zapewne pisałem)



I taką właśnie siłę militarną stworzyli Polacy u świtu swej niepodległości. Armia, która w 1920 r. liczyła prawie milion żołnierzy ostatecznie była w stanie nie tylko zatrzymać postępy ośmiu sowieckich armii skierowanych na podbój Europy, ale i rozbić je na tyle, że nie były już zdolne podjąć kolejnej próby inwazji (nie byłyby zdolne tego uczynić nigdy, gdyby w Niemczech władzy nie zdobył Hitler, bo Hitler był wybawieniem dla Sowietów i Stalin mocno wspierał dojście Hitlera do władzy w Niemczech. Ci dwaj ludobójcy byli od siebie totalnie uzależnieni, Hitler bez wsparcia Stalina nie napadłby na Polskę, zaś Stalin bez Hitlera nie zdobyłby połowy Europy w 1944/1945 r. chociaż i tak uważał to za porażkę, bo Jego celem było zdobycie całej Europy. Swoją drogą gdy w czerwcu 1945 r. na Kremlu składano hołdy generalissimusowi Stalinowi, twierdząc że dzięki niemu potęga Związku Sowieckiego dotarła do Niemiec, Stalin przerwał im mówiąc: "Nie towarzysze. Naszą największą zdobyczą w tej wojnie nie są Niemcy, lecz Polska"). W dwóch wielkich bitwach stoczonych w ciągu miesiąca (w Bitwie nad Wisłą - która zatrzymała pochód Sowietów w marszu do Niemiec w sierpniu 1920 r., oraz w Bitwie nad Niemnem we wrześniu - która definitywnie rozbiła ostatnie sowieckie armie, ostatecznie niwecząc marzenia Lenina o podboju całego Kontynentu), inwazja została zatrzymana, Polska i Europa ocalona a wojna z bolszewikami wygrana. Któż jednak dziś w Europie o tym jeszcze pamięta? A przecież jeśli zapomnimy o historii, będziemy zmuszeni nieustannie ją powtarzać, bo będziemy popełniać te same błędy nie ucząc się na tym, co pozostawili i czego doświadczyli nasi przodkowie. 


BITWA NAD NIEMNEM
LIKWIDACJA WSZYSTKICH OŚMIU SOWIECKICH ARMII I CAŁKOWITA KLĘSKA BOLSZEWIKÓW
(20 - 29 WRZEŚNIA 1920)




To tyle na dzisiaj jeśli chodzi o święto Wojska Polskiego, czyli Święto Zwycięstwa. Zapraszam jeszcze do obejrzenia parady, jaka odbyła się dziś w Warszawie z okazji 106 rocznicy Bitwy Warszawskiej i Zwycięstwa w wojnie z bolszewikami. 









A NA KONIEC GRAJĄ I ŚPIEWAJĄ POLSCY OFICEROWIE WOJNY 1920 
WRAZ Z PÓŹNIEJSZYM MARSZAŁKIEM
(BUŁAWĘ OTRZYMAŁ ZA ZWYCIĘSTWO W WOJNIE Z BOLSZEWIKAMI)
 JÓZEFEM PIŁSUDSKIM
(Notabene któż wie że w roku 1920 naczelnym wodzem Wojska Polskiego był Litwin - Józef Piłsudski, zaś dowódcą Armii Litewskiej Polak - Silvestras Žukauskas - czyli Sylwester Żukowski. To pokazuje jak kultury dawnej Rzeczypospolitej wzajemnie się przenikały)

 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...