WYŚWIETLENIA

10 sierpnia 2026

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. IX

NIM JESZCZE 
NAD KONSTANTYNOPOLEM
ZAŁOPOTAŁ ZIELONY
SZTANDAR MAHOMETA





I
JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM
(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"
NA RZYMSKIM PALATYNIE)
Cz. VIII






"FELICITAS SAECULI"



 Po ostatecznym zwycięstwie w wojnie domowej zarówno z Pescenniuszem Nigrem na Wschodzie, jak i z Klodiuszem Albinem na Zachodzie, Septymiusz Sewer powrócił w marcu 197 r. do Rzymu. Ukarał śmiercią tych spośród senatorów, którzy sprzyjali Albinowi (i tych, których majątki zapragnął przejąć) i od razu rozpoczął przygotowania do kolejnej wojennej konfrontacji, tym razem z Partami, niezwykle irytującym i niebezpiecznym ludem, żyjącym na ziemiach dawnej Persji, Mezopotamii, Asyrii, Medii i Hyrkanii. Oto bowiem Partowie złamali zawarty z końcem 195 r. pokój (po krótkiej wojnie, w wyniku której Rzymianie opanowali kraj zwany Osroene) i oblegli rzymską twierdzę Nisibis w Mygdonii. Potrzebna była natychmiastowa odsiecz, gdyż rzymska załoga broniła się już ostatkiem sił, jednak po wyczerpującej wojnie domowej i niezwykle krwawych bitwach, nim możliwe było ponowne przerzucenie sił na Wschód, należało najpierw uzupełnić stany liczebne i wyszkolić nowych rekrutów, aby skutecznie przygotować się do nowej wojny. Ten czas Septymiusz Sewer spędził wraz z rodziną w stolicy, nadając swemu najstarszemu synowi, 9-letniemu - Markowi Aureliuszowi Antoninowi Cezarowi (do 196 r. nosił on imię Marek Septymiusz Bassianus), zwanemu po prostu Karakallą, tytuł: "Imperator Destinatus" ("Wyznaczony Władca"). W tym mniej więcej czasie Sewer świętował również dziesięciolecie swego małżeństwa z Julią Domną (a ponieważ przykładał niezwykłe wprost przywiązanie do kwestii rodzinnych i na każdej wybitej przez niego złotej monecie widniała wraz z nim jego żona i dzieci - co jednocześnie pokazywało niezwykle silną pozycję owej syryjskiej małżonki w strukturach imperialnej władzy, to z drugiej strony należy pamiętać, że skoro pragnął zaliczać się do grona dynastii Antoninów, a nie miał żadnych, nie tylko rodzinnych ale i towarzyskich czy symbolicznych związków z tamtym rodem, musiał improwizować i odnosząc się do szlachetnej Galerii Faustyny - małżonki Marka Aureliusza, jednocześnie nakładał jej postać na postać swojej żony - Julii Domny, która oczywiście też żadnych kontaktów z Antoninami nie miała i mieć nie mogła, żyjąc w dalekiej syryjskiej Emesie, z dala od centrum rzymskiego świata i wielkiej polityki. Był to oczywiście blef, ale blef mający służyć nie tylko legitymizacji jego władzy, lecz również - a może przede wszystkim - stabilizacji państwa po wojnie domowej).


W CZASACH SEWERA PAŁAC CESARSKI NA PALATYNIE OBEJMOWAŁ BUDYNKI O NUMERACH (3 i 5) WRAZ Z PRYWATNYM STADIONEM CESARSKIM (6). 
A PO POWROCIE Z KAMPANII WSCHODNIEJ DOBUDOWANO JESZCZE KOLEJNY PAŁAC - SEWERIAŃSKI (7)



A tymczasem Julia Domna w Rzymie czuła się dobrze. Od razu też przystąpiła do zmian, mających na nowo udekorować pałac cesarski na Palatynie. Tłumy niewolników i wyzwoleńców krzątały się aby sprostać jej wymaganiom, ale efekt końcowy i tak był mocno niewystarczający. Ostatecznie postanowiono przeprowadzić remont całego pałacu i jednocześnie dobudować nową, cesarską lożę, z której rodzina cesarska mogła swobodnie oglądać zawody sportowe (głównie wyścigi rydwanów), odbywające się na pobliskim Cyrku Wielkim (Circus Maximus). Ale to w zasadzie wszystko na co starczyło czasu podczas tego krótkiego pobytu Sewerów w Rzymie, gdyż już z nastaniem lata 197 r. para cesarska (wraz z synami) w otoczeniu wojska, wyruszyła na Wschód - na wojnę z Partami. W sierpniu z portu w Brundyzjum drogą morską przepłynęli do Syrii, skąd natychmiast wojsko przeszło do północnej Mezopotamii i szybko zniosło oblężenie Nisibis, uwalniając tamtejszą załogę. Następnie cesarz zawarł układ z królem Armenii - Chosroesem I i władcą Osroene - Abgarem, uzyskał też wsparcie wojskowe pustynnej (choć położonej na niezwykle urodzajnym szlaku handlowym) Palmiry. Część wojska Sewer powsadzał na okręty i puścił z biegiem Eufratu ku Babilonowi oraz Seleucji, część zaś (głównie jazda) miała osłaniać transporty, idąc wzdłuż brzegu rzeki. Babilon poddał się bez walki otwierając swe bramy przed Rzymianami, podobnie postąpiła Seleucia, a tym samym Septymiusz Sewer miał w swych rękach dwa największe miasta ówczesnej Mezopotamii i kontrolował tereny aż do rzeki Tygrys. Seleucja leżała naprzeciw partyjskiej stolicy - Ktezyfontu, gdzie król Partów - Wologazes V postanowił bronić się do upadłego, zamieniając miasto w twierdzę (sam jednak wycofał się stamtąd w bezpieczniejsze miejsce). Miasto to zostało zdobyte szturmem 28 stycznia 198 r. i podobnie jak wcześniej Byzantion, Antiochia oraz Lugdunum - wydane na pastwę żołnierzy. Ktezyfont został spalony, a jego mieszkańcy (głównie kobiety i dzieci) w liczbie ok. 100 000, dostali się do rzymskiej niewoli.


ZAJĘCIE BABILONU PRZEZ WOJSKA SEWERA 
(197 r.)



Septymiusz Sewer miał teraz co świętować. Nie tylko że ponownie (jak Trajan w 116 r. i Lucjusz Werus w 165 r.) zdobył partyjską stolicę, ale również w jego ręce wpadły ogromne bogactwa, takie jak cały skarbiec Wologazesa (który nie zdołał wywieźć złota z miasta przed rozpoczęciem walk) i jego złoty tron, na którym przed osiemdziesięciu laty po raz pierwszy zasiadł rzymski władca, cesarz Trajan. Z tym władcą była również związana symboliczna data, to właśnie bowiem 27 stycznia 98 r. objął on władzę, czyli równo sto lat wcześniej. Dla Sewera było to potwierdzenie że bogowie mu sprzyjają i nie zawahał się użyć tego porównania w swej propagandzie politycznej. Postanowił więc uświetnić to zwycięstwo jak przystało na wielkiego rzymskiego wodza i wybrańca bogów. Zasiadł na złotym tronie króla-królów i niczym orientalny władca przybrał sobie tytuł: Parthicus Maximus ("Największy Zwycięzca Partów"), a swego najstarszego syna - Karakallę ogłosił augustem - czyli współwładcą, zaś młodszego - Lucjusza Septymiusza Getę - cezarem (czyli następcą). Z tej okazji Sewer wypłacił wojsku pokaźną premię okolicznościową z kosztowności uzyskanych na Partach. Zaistniała teraz okazja do odnowienia dawnej prowincji Mezopotamii i Asyrii, ustanowionych w 116 r. przez Trajana, lecz zwróconych Partom już rok później z polecenia jego następcy - cesarza Hadriana (uważał on bowiem że zarządzanie tak rozległym Imperium, ciągnącym się od Oceanu Atlantyckiego i granic dzisiejszej Szkocji po Zatokę Perską - czyli Sinus Persicus - a w tym obsadzenie trzech nowych, wielkich prowincji: Mezopotamii, Asyrii i Armenii, jest przedsięwzięciem ponad rzymskie możliwości, a poza tym spowodowałoby to znaczne rozciągnięcie granic na wschód od centrum, czyli Italii). Jednak Sewera także przerażał ogrom tego kraju i co prawda restytuował prowincję Mezopotamię, ale obejmującą jedynie północną część kraju z miastami Singara, Nisibis i Edessa. Wycofał się więc na północ ze zniszczonego Ktezyfontu w stronę Hatry. Było to oficjalnie zależne od Partów miasto-państwo, ale w rzeczywistości cieszyło się jednak sporą suwerennością. Miało potężne mury obronne, których w swoim czasie nie udało się skruszyć nawet wielkiemu Trajanowi. Obecnie zaś miastem tym władał król (w starożytności, w przeciwieństwie do epoki średniowiecza, wszyscy władcy nawet najmniejszych połaci ziemi, czy nic nie znaczących miast, zwali się królami. Dopiero średniowiecze wprowadziło podział na królów-władców i książąt-wasali) o imieniu Barsemiusz. Pierwsza próba zdobycia Hatry nie powiodła się jednak, a Sewer zamierzał szybko uzupełnić stany, więc wydał rozkaz marszu na kwatery do Nisibis.

 


Gdy wojsko odpoczęło i pobudowano już machiny oblężnicze, tarany oraz katapulty (konstrukcji greckiego inżyniera - Priskusa), na jesieni 198 r. wojsko rzymskie ponownie powróciło pod mury Hatry. Mieszkańcy miasta bronili się jednak z taką zaciekłością, że kolejne rzymskie szturmy obracały się w niwecz, a zyski szybko zamieniały się w straty, gdyż żołnierze tracili ducha, widząc ludzi walczących z taką determinacją o swoje miasto. Hatra była co prawda bombardowana ustawionymi na wzniesieniach katapultami, które miotały kamienne pociski w stronę miejskich murów, ale każda próba podejścia pod nie kończyła się niepowodzeniem (mieszkańcy bowiem zrzucali z murów na żołnierzy gorącą naftę i podpalali ją, lub ciskali w dół jadowite węże. Podpalono też kilka katapult namoczonymi w nafcie, płonącymi strzałami wypuszczonymi z łuków. Nafta była wówczas bardzo pomocną w walce bronią i niewiele Rzymianom pomagały tutaj rozciągnięte na żerdziach zwierzęce skóry). Wreszcie udało się dokonać wyłomu w murze, ale żołnierze... odmówili szturmu ze względu na bardzo ciężkie warunki i silną obronę mieszkańców miasta (ponoć gdy jeden z legatów krzyknął w stronę cesarza: "Daj mi pięciuset dobrych ludzi, a zdobędę miasto!", ten miał odpowiedzieć: "A skąd wezmę aż tylu?"). Dopiero wówczas, po 20-dniowym, nieudanym drugim oblężeniu Hatry, Septymiusz Sewer dał rozkaz do odwrotu. Miasto ocaliło więc niepodległość, ale Rzymianie i tak porzucili większość zdobytych w kampanii roku 197/98 miast i ziem. Wojna już praktycznie zamarła, choć oficjalnie trwała jeszcze do połowy 199 r., kiedy to ostatecznie zawarto pokój na zasadach status quo (Rzymianie kontrolowali północną Mezopotamię, oraz emporia handlowe w Dura Europos i Palmirze, zaś Partowie odzyskiwali całą południową i środkową Mezopotamię wraz z miastami Babilon i Seleucja). Cesarz ogłosił również "Felicitas Saeculi" - czyli "Erę Dobrobytu" i "Pax Romana" - Rzymski Pokój w całym Imperium. Zakończyła się epoka wojen, teraz przyszedł czas na pokojową "konsumpcję zdobytych konfitur".




Cały 199 r. Septymiusz Sewer wraz z rodziną spędził w Syrii. Zapewne Julia Domna odwiedziła wówczas rodzinną Emesę, gdzie spotkała się ze swą młodszą siostrą - Julią Mezą, zapraszając ją, wraz z mężem - Gajuszem Juliuszem Awitusem Alexianusem i ich córkami - Julią Soemias i Julią Mameą do Rzymu. Jak jednak wyglądało to spotkanie i co właściwie cesarska rodzina porabiała w Syrii, tego niestety źródła nie wyjaśniają i można na ten temat co najwyżej spekulować. Bez wątpienia jednak odwiedzenie rodzinnych stron miało dla Julii Domny spore znaczenie, a sam fakt że dopiero wówczas ściągnęła ona do Rzymu swą siostrę - jest też niezwykle ważny (wcześniej bowiem ciągłe wojny uniemożliwiały wszelkie kontakty), gdyż Julia Meza i jej córki odcisną potem ogromne piętno na historii Rzymu w kolejnych dekadach, zawiązując nawet - pierwszy w dziejach - niewieści Senat w Rzymie (oczywiście zajmował się on jedynie prawami kobiet i trwał zaledwie siedemnaście lat - pisałem o tym w temacie: "KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA") - zaś Julia Mamea całkowicie zdominowała swego syna - Aleksandra Sewera, który stał się przy niej prawdziwym maminsynkiem, niezdolnym do podjęcia jakiejkolwiek decyzji bez konsultacji z matką. Wiadomo też że cesarz Sewer przyznał Palmirze status rzymskiej kolonii (nadając mieszkańcom rzymskie obywatelstwo), oraz przywrócił (wcześniej odebrane) prawa Antiochii. Polecił też naprawę dróg wiodących od linii limesu granicznego do miast syryjskich, uporał się także z niewielkim powstaniem Żydów w Palestynie (jakie wybuchło w 197 r.). Ostatecznie jednak, z końcem 199 r. rodzina cesarska opuściła gościnną syryjską ziemię i udała się w podróż do Egiptu, niczym przed siedemdziesięcioma laty cesarz Hadrian wraz ze swą małżonką - Vibią Sabiną (którą notabene władca ten traktował parszywie, upokarzając na każdym kroku. Wydaje się że czerpał dziwną satysfakcję w poniżaniu swej żony i co ciekawe - tylko jej, gdyż np. jej matkę a swoją teściową Salonię Matidię bardzo cenił. Ostatecznie Sabina popełniła samobójstwo w 137 r., nie mogąc znieść ciągłych upokorzeń ze strony swego małżonka. Legenda mówi że ponoć miała go też przekląć, jako że zmarł on już w kilka miesięcy później - lipiec 138 r. - a umierał w wielkich bólach).









Przybywszy do Peluzjum - pierwszego egipskiego miasta na swej drodze - złożył Sewer ofiarę cieniom Pompejusza Wielkiego - rzymskiego wodza, który przegrał wojnę domową z Cezarem i został zamordowany właśnie w Peluzjum na polecenie egipskiego władcy - Ptolemeusza XIII (młodszego brata Kleopatry VII) jakieś 250 lat wcześniej. Następnie wyruszył Sewer w dalszą drogę w kierunku stolicy prowincji Egiptu - Aleksandrii (według późniejszej, bizantyjskiej legendy, gdy cesarz wjeżdżał do miasta, miał ujrzeć na bramie miejskiej napis - o którym notabene mieszkańcy zapomnieli - "Miasto pana Nigra". Nastąpiła konsternacja, gdyż wszyscy pamiętali w jak okrutny sposób cesarz traktował te miasta, które opowiadały się po stronie jego wrogów i nie miało w tym momencie żadnego znaczenia że Egipt wypowiedział posłuszeństwo Pescenniuszowi Nigrowi po jego klęsce w bitwie pod Issos w 194 r., liczył się bowiem sam fakt że Aleksandria w ogóle kiedykolwiek wspierała tego człowieka. Gdy więc wzburzony cesarz zażądał wyjaśnień, jeden z Aleksandryjczyków odpowiedział doń żartobliwym tonem, mówiąc: "Napis trafny, bo przecież to ty jesteś panem Nigra, jako jego zwycięzca", słowa te zapewne uspokoiły Sewera, bowiem nie wyciągnął żadnych z tego konsekwencji - a może po prostu nie chciał karać tak sławnego miasta, w którym znajdował się przecież grób samego Aleksandra Wielkiego). Pierwsze swe kroki skierował cesarz w stronę świątyni, w której znajdował się sarkofag z ciałem Aleksandra. Oddał mu cześć, złożył ofiarę tak, jak należało się bogom czy herosom (ale potem nakazał zamknąć to sanktuarium przed oczyma wścibskiej gawiedzi, ograniczając jedynie możliwość "odwiedzania" grobu wielkiego króla do władz miejskich i kapłanów). Egipt od czasu zwycięstwa Oktawiana nad Markiem Antoniuszem i Kleopatrą pod Akcjum, miał status rzymskiej prowincji cesarskiej na specjalnych zasadach. Mimo to Rzymianie znieśli miejski samorząd (głównie złożony z miejscowej ludności greckiej), ograniczając się jedynie do bliskiej Egipcjanom centralizacji władzy w rękach namiestnika prowincji. Natomiast Septymiusz Sewer - sam pochodząc z prowincji - był zwolennikiem zrównywania statusu ziem prowincjonalnych na wzór Italii i właśnie w Egipcie nadał Aleksandrii i innym miastom (stolicom okręgów) szeroką autonomię wewnętrzną i własny samorząd.




Na wiosnę 200 r., podobnie jak niegdyś Cezar z Kleopatrą, urządziła sobie cesarska rodzina podróż w górę Nilu. Na pięknie przystrojonych okrętach - Septymiusz Sewer, Julia Domna i ich dzieci, a dalej cały dwór - płynęli rzeką, delektując się długimi wakacjami, jakich nie mieli od siedmiu lat, gdy 9 kwietnia 193 r. w obozie wojskowym w Carnuntum nad Dunajem, tamtejsze wojska okrzyknęły Sewera cesarzem. Teraz rekompensowano sobie lata wojennych trudów. Na początku zatrzymano się w Memfis, zwiedzając prastarą stolicę dawnych egipskich dynastii. Dłuższy postój w Memfis był koniecznością również z tego powodu, że cesarz pragnął obejrzeć świątynię swego ulubionego boga, grecko-egipskiego Serapisa. Ponoć gdy wkraczał w mury Serapeum, był niezwykle tym faktem przejęty i jednocześnie uradowany że dane mu było odwiedzić świątynię swego boga-patrona (istniał nawet specjalny okrzyk wyznawców Serapisa - którego cesarz także używał - sugerujący nie tylko jego wyjątkową pozycję w panteonie wielu pogańskich bóstw, ale wręcz jedyną - co mogłoby nasuwać pewne bliskie korelacje z chrześcijaństwem. Notabene, chrześcijanie pierwotnie uznawali kult Serapisa za zbieżny z nauką Chrystusa, dopiero potem uczynili z tego symbol największego pogaństwa, czego efektem było zniszczenie Serapeum i Biblioteki Aleksandryjskiej przez chrześcijan w 391 r. będący jednocześnie symbolicznym upadkiem pogaństwa. Okrzyk ów brzmiał: "Jeden Zeus-Helios-Serapis"). Po złożeniu ofiar i modlitwie dziękczynnej za powodzenie w przeszłych i przyszłych przedsięwzieciach, Septymiusz Sewer wraz z rodziną i dworem wyruszył w dalszą podróż, tym razem w kierunku Gizy i tamtejszym piramidom. Obejrzano Sfinksa, zwiedzono też słynny Labirynt z czasów Średniego Państwa (czyli wówczas mający jakieś 2000 lat) i popłynięto dalej na południe do królewskich Teb. Tam podziwiano grobowce faraonów w Dolinie Królów, świątynie Amona-Re w Karnaku i Luksorze, oraz Ramasseum - kompleks świątynny z czasów panowania Ramzesa II Wielkiego (1279 - 1213 r. p.n.e.). Poza tym cesarz wizytował również tamtejsze koszary - jednego z dwóch stacjonujących w Egipcie rzymskich legionów.


RAMZES WIELKI NA ŁODZI NILOWEJ
WRAZ ZE SWYM LWEM



Cesarska para obejrzała również sławne Kolosy Memnona w Tebach Zachodnich. Od wieków najróżniejsi pielgrzymi, przybysze i turyści pozostawiali na owych posągach wyryte przez siebie wiadomości że tu byli i owe "śpiewające" cuda widzieli na własne oczy (kolosy te bowiem miały tę oto właściwość, że o wschodzie słońca, gdy rozgrzane powietrze rozszerzało szpary posągów, wydawały one z siebie świszczący dźwięk, nieco przypominający śpiew. Ściągało to w owe strony mnóstwo ciekawskich gapiów, którzy chcieli na własne uszy posłuchać "śpiewu boga". Była to prawdziwa atrakcja turystyczna antycznego świata, lecz posągi zamilkły jednak tuż przed wizytą cesarskiej pary. Stało się tak ze względu na prace konserwatorskie, jakie zostały podjęte właśnie z okazji wizyty cesarskiej rodziny, które jednak doprowadziły do ostatecznego uciszenia "śpiewających posągów"). Ponoć Julia Domna odnalazła na jednej z nóg Memnona wiersz napisany przez poetkę - Balbillę na cześć cesarza Hadriana w 130 r. Dalsza podróż wiodła ich do File (miasta nieopodal dzisiejszego Asuanu), gdzie para cesarska (w maju 200 r.) wzięła udział w ludowym święcie ku czci Ozyrysa i Izydy - sprawców wylewów Nilu, tej życiodajnej rzeki, która dawała wyżywienie setkom tysięcy ciężko pracujących na roli egipskich chłopów. Septymiusz Sewer planował jeszcze wyprawę do Nubii, ale okazało się że grasuje tam dżuma i w obawie przed zakażeniem udano się w drogę powrotną do Aleksandrii (tak na marginesie, przypomniała mi się paranoja związana z koronawirusem, dlatego też lubię sobie przypomnieć niektóre zabawne kawałki na ten temat, tak jak choćby filmik prezentowany poniżej. Notabene chciałbym od razu poinformować, bo wydaje mi się że jest to ważne A przynajmniej ja sam czuję się dumny z tego powodu że w czasie tej największej nagonki pandemicznej i robienia z ludzi posłusznych niewolników którzy muszą nosić kagańce na twarzy żeby w ogóle wyjść z domu, nie poddałem się tej nagonce. Oczywiście dla świętego spokoju czasem wkładałem te szmaty na twarz, ale nigdy się nie zaszczepiłem na ten w dużej mierze wydumany wirus - choć oczywiście nie jestem przeciwny szczepieniom i wielokrotnie wcześniej szczepiłem się chociażby na grypę. Parszywe to były czasy i dlatego lubię je sobie powspominać chociażby w taki zabawny sposób).




A TUTAJ JAWNY PRZYKŁAD JAK ŁATWO MOŻNA WYWOŁAĆ W LUDZIACH OKREŚLONE POSTAWY, JEŚLI SIĘ ODPOWIEDNIO ICH NASTRASZY 
(PAMIĘTAM TE MEDIALNE OSTRZEŻENIA ŻE WSZYSCY BĘDZIEMY "UMIERAĆ NA ULICACH" I DO DZISIAJ NIKT ZA TO NIE PONIÓSŁ ŻADNEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI)



Mimo że podróż Sewerów upływała na turystyce i odpoczynku od spraw wojskowych, to jednak cesarz nie mógł całkowicie porzucić służby państowej i musiał wydawać edykty oraz roporządzenia odnośnie wielu kwestii społeczno-politycznych i administracyjnych. Przede wszystkim dokonano skrupulatnej inspekcji całego Egiptu, a szczególnie administracji i jednostek wojskowych w tym kraju. Po raz pierwszy też od czasów Oktawiana Augusta - czyli od 230 lat - przeprowadzono tam jakiekolwiek reformy administracyjne (wielkie podróże Hadriana po Imperium ograniczały się bowiem głównie do spraw turystycznych i wypoczynkowych, a cesarz bardzo rzadko zajmował się wówczas sprawami administracyjno-politycznymi). Zapewne w Egipcie również doszły Sewera głosy niezadowolonych mieszkańców Rzymu, żądające zakazu walk kobiet-gladiatorów na arenach Imperium. Kobiety walczące jako gladiatorki lub swoiste amazonki były co prawda rzadkością, ale sam fakt że się pojawiały, budził zniesmaczenie wśród wielu widzów. Co prawda byli też i zwolennicy takich walk, a gustowali w nich również cesarze (np. Domicjan - panujący w latach 81-96, lubił urządzać prywatne - często nocne - pokazy walk amazonek w swym prywatnym cyrku, a potem niejednokrotnie sypiał z tymi kobietami. Również Lucjusz Werus - panujący wraz z Markiem Aureliuszem w latach 161-169 - był miłośnikiem kobiecych walk - a ten to w ogóle miał rozmach, potrafił bowiem zarówno w ciągu nocy kilkukrotnie zmieniać kochanki, uczestniczyć w pokazach walk gladiatorek, jak również przebierać się za żebraka i urządzać z kompanami nocne rozruby po mieście, z bijatykami włącznie), ale jednak większość mężczyzn była zniesmaczona, widząc walczące ze sobą na śmierć i życie niewiasty. Ostatecznie cesarz przystał na kierowane do niego prośby i jeszcze w 200 r. zakazał kobietom walk na arenach w całym Imperium. 




Munera - czyli igrzyska gladiatorów - Rzymianie ściągneli od Etrusków i po raz pierwszy taki pokaz walk miał miejsce na Forum Boarium w Rzymie w 264 r. p.n.e. - czyli w roku wybuchu I wojny punickiej z Kartaginą. Zorganizowano je, aby uczcić śmierć senatora Decymusa Juniusza Brutusa Pery - a walczyło wówczas ze sobą jedynie sześciu gladiatorów. W 105 r. p.n.e. munera przestały być uroczystością stricte rodzinną i stały się publiczną formą rozrywki oraz politycznej kariery dla ich fundatorów. Kobiety do walk zaczęto dopuszczać dopiero w drugiej połowie I wieku p.n.e., ale ich liczby zawsze były niewielkie i przez to wymieniane są jedynie jako pewien dodatek oraz ciekawostka a nie stała forma igrzysk. W 200 r. Septymiusz Sewer zabronił kobietom uczestnictwa w walkach i już do końca istnienia igrzysk munera, czyli do 404 r. (gdy na arenę, pomiędzy walczących wtargnął grecki mnich Telemachos, nawołujący do zaprzestania rozlewu krwi - za co został na miejscu zasieczony. Pod wpływem tej zbrodni cesarz Honoriusz zakazał organizacji igrzysk gladiatorskich - zresztą w 399 r. zamknięto wszystkie istniejące szkoły gladiatorów). W ciągu całej 667-letniej historii igrzysk munera w Imperium Rzymskim, czasy w których na arenach walczyły również nieliczne kobiety, ograniczał się do zaledwie dwustu kilkudziesięciu lat)




CDN.

09 sierpnia 2026

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XIV

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. X


MEHMED II
(Jako nastolatek) 




PIERWSZE PANOWANIE
(1444 - 1446)
Cz. IX



 Po powrocie z wyprawy wojennej przeciwko chrześcijanom (zakończonej zwycięstwem pod Warną - 10 listopada 1444 r.) sułtan Murad II zdecydował się ostatecznie ustąpić z tronu i wycofać do Manisy (zagwarantowawszy sobie jako dożywocie terytoria Mentese, Saruhan i Aydin), by tam w spokojnej, idyllicznej atmosferze czytać Koran i odpoczywać. W tym czasie na tronie Imperium Osmanów miał zasiąść jego 12-letni syn Mehmed II, co nie podobało się wielkiemu wezyrowi Halilowi paszy (który uważał że młody książę jest nieroztropny i ulega podszeptom złych języków, a także niezbyt konsekwentnie przestrzega zasad Koranu), jednak decyzja sułtana była ostateczna. Opuścił on więc Adrianopol i kierując się w stronę Manisy - po dotarciu na azjatycki brzeg - przybył do Brusy, dawnej stolicy Imperium Osmanów, gdzie znajdowały się trumny jego przodków oraz dzieci i wnucząt (przede wszystkim znajdowała się tam trumna jego ukochanego pierworodnego syna Alaeddina Alego Celebiego oraz jego dwóch synków - zamordowanych latem roku poprzedniego w Manisie, książę Ali miał wówczas zaledwie 18 lat). Również w Brusie sułtan Murad dopilnował prac nad ufundowanym przez siebie meczetem, oraz wyraził publicznie pragnienie, by po śmierci spocząć tu, u boku swych przodków, a następnie udał się w dalszą drogę do Manisy. Tymczasem w Adrianopolu młody Mehmed II przygotowywał się do najważniejszej roli swego życia, czyli nauczenia się jak być sułtanem. Ojciec, ustępując z tronu, jednocześnie zagwarantował dalsze utrzymanie stanowisk przez wszystkich ludzi, którzy zostali powołani za jego rządów, łącznie z wielkim wezyrem Halilem paszą, wielkim muftim Adrianopola oraz mułłą armii. W styczniu 1445 r. rozesłano do wszystkich władców krajów muzułmańskich sąsiadujących z Imperium Osmanów (w Azji Mniejszej) orędzie nowego sułtana, informujące o chęci utrzymania dobrosąsiedzkich stosunków ze wszystkimi wyznawcami Allaha. Zaczęto bić też nowe monety z imieniem nowego sułtana i 848 rokiem hidżry (kwiecień 1444 - kwiecień 1445). Tak zaczęło się nowe panowanie młodego władcy.

Tymczasem na Węgrzech, po śmierci w bitwie pod Warną Władysława I (III) Jagiellończyka, nowym królem automatycznie został (koronowany już wcześniej bo wkrótce po swych narodzinach w 1440 r.) zaledwie pięcioletni Władysław V Habsburg (zwany Pogrobowcem), syn panującego krótko (1437-1439) króla Węgier Albrechta II Habsburga i jego małżonki "przyrodzonej pani Węgier (jak ją zwano w dekrecie koronacyjnym Albrechta II) Elżbiety Luksemburskiej. Oczywiście małoletni monarcha nie mógł osobiście sprawować władzy (jako że był jeszcze dzieckiem, a poza tym przebywał w Wiedniu u swego opiekuna, króla rzymskiego i księcia Styrii, Karyntii i Karnioli - Fryderyka III Habsburga), dlatego też powołano specjalną radę królewską, złożoną z siedmiu magnatów w skład której wszedł również Jan Hunyady. Teraz rozpoczęły się pertraktacje z Fryderykiem III nie tylko nad datą wysłania na Węgry jego podopiecznego (czyli Władysława Pogrobowca), ale również nad zwrotem węgierskiej korony św. Stefana (wywiezionej jeszcze w 1440 r. przez Elżbietę Luksemburską do Wiednia). Już wiosną 1445 r. na zjeździe ogólnokrajowym węgierscy magnaci i szlachta uznali swym królem Władysława V Pogrobowca, ale jego przyjazd do kraju wciąż był niepewny, jako że negocjacje z Fryderykiem III przedłużały się. Natomiast wokół Jana Hunyady'ego zaczęła gromadzić się szczególnie średnia i drobna szlachta węgierska a także przedstawiciele miast węgierskich, których celem była konsolidacja władzy centralnej i przygotowanie kraju do nadchodzących wyzwań międzynarodowych (w tym oczywiście rozbudowa wojska). Oczywiście najważniejszym celem było nie tylko odzyskanie korony św. Stefana i przyjazd nowego króla na Węgry, ale przede wszystkim zrzeczenie się opieki nad nim przez Fryderyka III, na co ten w żaden sposób nie chciał się zgodzić i stąd pertraktacje trwały tak długo, a przecież obawa najazdu tureckiego nie minęła, a po Warnie jeszcze bardziej się zaostrzyła, dlatego trzeba było czym prędzej uporządkować wewnętrzne sprawy w kraju, sprowadzić króla i stworzyć silną armię.




A tymczasem nieco na północ od krajów Korony św. Stefana, bowiem w Krakowie wciąż oczekiwano powrotu króla Władysława Jagiellończyka, licząc na to, że skoro nie odnaleziono jego ciała na polu bitwy, to jednak przeżył tę katastrofę i wkrótce powróci do swego Królestwa. Problemów bowiem nie brakowało. Od 1440 r trwał spór mazowiecko-litewski o Podlasie, gdy w tymże roku zajął je książę Bolesław IV Warszawski. Natychmiast też zaprowadzono tam prawo polskie i sądownictwo ziemskie (księgi ziemskie drohickie rozpoczynają się wraz z rokiem 1441). Aby nie dopuścić do otwartej wojny mazowiecko-litewskiej (która niechybnie musiałaby przerodzić się w wojnę polsko-litewską) we wrześniu 1441 r. na zjazd do Parczowa (który rozpoczął się w listopadzie tego roku) udało się kilku panów polskich, starając się pogodzić zwaśnione strony. Bezskutecznie jednak, niczego bowiem nie osiągnięto a otwarta wojna litewsko-mazowiecka - a co za tym idzie zerwanie Unii polsko-litewskiej - było jak najbardziej realne. Teraz zarówno Mazowsze jak i Litwa zaczęli szukać sojuszników, kierując swój wzrok głównie na północ, ku ziemiom Zakonu Krzyżackiego, do którego obie strony zwracały się z prośbą o wsparcie militarne. Strona polska starała się gasić wzburzone emocje obu stron, ale niewiele w tym temacie osiągnięto, tym bardziej że do wojny z Mazowszem dążyli wielcy panowie litewscy, szczególnie zaś wielki magnat Jan Gasztoud, który posiadał ogromne dobra tykocińskie na Podlasiu i zależało mu na ponownym włączeniu tej ziemi do Litwy. Walki rozpoczęły się już w 1443 r. (chociaż były to głównie bardzo ograniczone podjazdy, przypominające bardziej napady rabunkowe niż realne działania zbrojne). Ponieważ apele Polaków o zaprzestanie działań wojennych trafiały w próżnię i obie strony były na nie głuche, ostatecznie w sierpniu 1444 r. na zjeździe w Piotrkowie (wcześniej uzyskując na to zgodę, a wręcz rozkaz króla Władysława III Jagiellończyka) miano wypowiedzieć otwarcie wojnę Wielkiemu Księstwu Litewskiemu w obronie Mazowsza. Panowie polscy nie zgodzili się jednak wówczas na wypowiedzenie wojny Litwie (i to pomimo faktu że zagony litewskie - przy wsparciu oddziałów tatarskich - najechały Podole i Ruś, które to ziemie należały do Korony Królestwa Polskiego). Wyjaśniono to faktem iż Litwa jest: "włączona do ciała Królestwa Polskiego", a oni sprzeciwiali się rozlewowi krwi: "przeciw wnetrznościom naszym". Jednocześnie biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki pisał w liście do wielkiego księcia Kazimierza Jagiellończyka (brata króla Władysława III) aby nie dzielił Unii, aby nie rozrywał ciała "które w jedno się ze sobą zrosło", radził też aby wstrzymać działania zbrojne do czasu powrotu króla z Węgier. Na to jednak Litwini nie chcieli się zgodzić, a ponieważ Mazowszanie nie uzyskali wsparcia ani ze strony Polski ani ze strony Zakonu Krzyżackiego, przeto musieli zgodzić się ostatecznie na oddanie Podlasia Litwie (październik 1444 r.) w zamian za 6000 kop groszy praskich odszkodowania. Utrata Podlasia przez Mazowsze spowodowała spory exodus wcześniej zasiedlającą tę ziemię drobnej szlachty polskiej i to pomimo faktu że książę Kazimierz utrzymał prawo polskie na Podlasiu (co oznaczało że Podlasie w strukturach Wielkiego Księstwa Litewskiego było jedynym obszarem, które miało specjalne prawa i przywileje).




Teraz zaś, po klęsce warneńskiej i śmierci króla Władysława (przynajmniej tej oficjalnej, bo ciała monarchy nie znaleziono) pomimo faktu iż wierzono w szczęśliwy powrót ocalałego króla do kraju, tak naprawdę musiano szybko pomyśleć nad jego następstwem (kraj nie mógł bowiem pozostać bez monarchy, a realnie w Polsce panowało bezkrólewie od roku 1440, czyli od chwili gdy Władysław III udał się na Węgry). Zresztą Władysław III tak naprawdę w kraju rządził bardzo krótko, wstąpił bowiem na tron w roku 1434 po śmierci swego ojca Władysława II Jagiełły, mając wówczas zaledwie lat 10. Do roku 1438 realnie panował pod kuratelą szlachty, a szczególnie biskupa krakowskiego Zbigniewa Oleśnickiego, wkrótce po uzyskaniu pełnoletności wyjechał zaś na Węgry i tak zakończyły się jego rządy w Królestwie Polskim. Po jego wyjeździe z kraju realne rządy nad dzielnicami objęli dwaj ludzie, jako mianowani gubernatorzy. Byli to kasztelan i starosta krakowski Jan z Czyżowa - który objął zarząd nad Małopolską i Rusią, oraz wojewoda łęczycki Wojciech Malski - sprawujący władzę nad Wielkopolską. Pełnili oni funkcje sędziowskie, kontrolowali zasoby skarbca królewskiego i pobierali podatki. Z chwilą zaś śmierci króla (i tracenia nadziei na jego powrót do kraju), należało czym prędzej wybrać nowego monarchę i w tym właśnie w celu zjechali się możni panowie do Sieradza - 23 kwietnia 1445 r. Początkowo doszło do niepewności czy warto wybierać króla, czy też dalej czekać na powrót Władysława, ostatecznie jednak zaważyła opinia biskupa Oleśnickiego, że nowym królem należy obrać wielkiego księcia Litwy - Kazimierza Jagiellończyka (młodszego od Władysława o trzy lata). Oleśnicki twierdził że nawet jeśli teraz wybiorą Kazimierza, a potem cały i zdrowy zjawi się Władysław, to i tak prawa Kazimierza nie zostaną w niczym uszczuplone, natomiast Królestwo odzyska starszy brat. Sprawa następstwa tronu nie była jednak taka prosta, dlatego też postanowiono oficjalnie nie komunikować Kazimierzowi obrania go na króla, a jedynie zaprosić go na kolejny zjazd, który miał się odbyć w sierpniu tego roku i uzyskać na nim jego opinię co do potencjalnej zgody następstwa tronu po jego bracie. Kazimierz jednak nie wyraził swej zgody od razu, przeciągał ją przez kolejne dwa lata, a było to spowodowane różnymi problemami, jakimi wówczas żyło Wielkie Księstwo Litewskie, których nie mógł od tak porzucić.




Od 1442 r trwała bowiem wojna Litwy z Moskwą, w wyniku której Moskwa zdobyła Kozielsk, Wereję, Kaługę i Możajsk, ale głównodowodzący siłami Wielkiego Księstwa - Stanisław Kiszka złupił pogranicze moskiewskie (rejon Werei), po czym zawarto rozejm. W Wielkim Księstwie Moskiewskim też nie działo się dobrze, trwała bowiem wojna domowa pomiędzy wielkim księciem Wasylem II a Szemiaką, mimo to pod koniec 1444 r. Moskwa zerwała rozejm i najechała Wiaźmę. W odpowiedzi zimą 1444 na 1445 r. ruszyła wyprawa Stanisława Kiszki na Moskwę, w wyniku której odzyskano wszystkie twierdze utracone w roku 1442 (a jeńców moskiewskich zdobytych w czasie tych walk, wysłano do Smoleńska, gdzie wówczas przebywał Kazimierz Jagiellończyk). Wcześniej Moskwa starała się doprowadzić do rozbicia Wielkiego Księstwa Litewskiego, namawiając Michała Zygmuntowicza (kuzyna zarówno Władysława jak i Kazimierza Jagiellończyków) do oderwania się od władztwa wileńskiego i stworzenia własnego niezależnego Wielkiego księstwa z ziem sobie podległych (w 1442 r. Kazimierz nadał Zygmuntowi we władanie Starodub w Siewierzu, Suraż, Briańsk i Bielsk na Podlasiu, Kleck na Rusi oraz Kiejdany na Żmudzi). W roku 1443 Zygmunt dodatkowo zdobył opanował Nowogród, Putywl, Radochoszcz i Kijów, ale wojska litewskie przystąpiły do kontrofensywy i odebrały mu wszystkie ziemie do końca roku 1444. W roku 1445 doszło jeszcze do kilku niewielkich starć na pograniczu litewsko-moskiewskim i walki w zasadzie w tym roku się zakończyły, pokój zawarto zaś w 1449 r. i gwarantował on status quo posiadanych dotąd ziem oraz nienaruszalność terytorialną obu państw. Mimo jednak zakończenia walk zbrojnych Kazimierz nie mógł otwarcie przyjąć polskiej korony, gdyż uniemożliwiały mu to wewnętrzne układy w Wielkim Księstwie, a jako argument przeciwko swemu wyborowi na króla Polski podał, iż za wcześniej jeszcze na wybór monarchy, gdyż jego brat na pewno żyje i wkrótce powróci do kraju, (on bowiem święcie wierzy że dobry Bóg pozwoli jego bratu powrócić, więc jego wybór byłby tylko niegodnym krokiem przeciwko braterskiej miłości).




A tymczasem po zrzeczeniu się tronu sułtańskiego przez Murada II, jego chrześcijańska małżonka Mara Branković poprosiła Muradem II o możliwość opuszczenia Adrianopola i powrotu do swojej rodzinnej Serbii, którą ponownie (od niedawna) władał jej ojciec despotes Jerzy Branković. Sułtan jednak odmówił, twierdząc że Mara jest i pozostanie jego żoną i jego wyjazd do manicy nie ma z tym nic wspólnego. W każdym razie Mara prowadziła intensywną korespondencję ze swym ojcem, choć stosunki panujące w rodzinie Brankovićów były podobne do... kłębowiska żmij i jedynie centralna postać Jerzego stabilizowała wewnętrzne emocje różnych przedstawicieli tego rodu. Najstarszym synem i następcą swego ojca był Grzegorzem (niegdyś uwięzionym przez sułtana Murada i oślepionym wraz z innym bratem - Stefanem). Grzegorz co prawda dążył do pokoju i utrzymania dobrych stosunków z Osmanami (czego też pragnęła Mara), ale nie mógł się pogodzić ze swoim nieszczęściem, które dyskwalifikowało go w objęciu władzy w Despotacie Serbii (niewidomy władca nie mógł bowiem panować nad krajem, gdyż jego ułomność była zbyt duża I widoczna, aby można było się na to zgodzić). Natomiast następcą Jerzego Brankovicia na stolcu despoty miał teraz zostać jego najmłodszy syn - Lazar Branković (jedyny który nie został oślepiony), który dążył do konfrontacji z Imperium Osmańskim. Dodatkowo Jerzy Branković postanowił ożenić Lazara z Heleną Paleolog, córką Tomasza Paleologa (jednego z trzech braci despotów Morei, rodzonych braci cesarza bizantyjskiego Jana VIII), którzy znani byli z wielkiej nienawiści do Turków. Do tego ślubu dojdzie w październiku 1446 r. ona (czyli Helena) miała wówczas lat 15, on (Lazar) 25. Ponieważ jednak Murad nie zgodził się nam wyjazd Mary z Adrianopola, musiała ona tam przebywać jeszcze przez kolejne sześć lat, aż do śmierci swego małżonka (1451 r.). A tymczasem Mehmed II rozpoczął swoje rządy jako sułtan i musiał zmierzyć się z wieloma nowymi problemami politycznymi, które nagle spadły na owego 13-latka.




CDN.

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LIX

II IMPERIUM ATLANTYDY 
Cz. VIII





OKRES IMPERIALNY
i WIELKIE PODBOJE
25 000 r. p.n.e. - 12 500 r. p.n.e.
Cz. IV






DRUGA WOJNA ATLANTÓW 
Z IMPERIUM UJGHUR
(ok. 18 000 r. p.n.e.)



 Biali Ujghurowie - mieszkańcy Imperium o tej samej nazwie, byli ludźmi dość spokojnymi i pokojowo nastawionymi do całej reszty powstających u ich granic nowych państw i imperiów. Żyli w rodzinach o silnej pozycji ojca jako głowy rodu, lecz kobiety miały tam o wiele więcej do powiedzenia, niż w II Imperium Atlantydy pod rządami sekty "Synów Beliala". Ich kraj podzielony był na dziesięć prowincji, każda pod rządami lokalnego rządcy, który miał obowiązek na kontrolowanym przez siebie terytorium dbać o bezpieczeństwo obywateli, rozwój sieci dróg i formowanie lokalnych jednostek wojskowych. Taki rządca prowincjonalny musiał również zapewnić swym mieszkańcom codzienne minimalne wyżywienie (tak ponoć było w miastach). Rolnictwo stało na wysokim poziomie, o czym świadczy staroirańskie słowo "Arianin" (lub "Arian"), które znaczyło tyle co: "Oracz". Armia Ujghurów nie była liczna, ok. 18 000 r. p.n.e. (czyli na początku drugiego konfliktu z Atlantami), liczyła 100 000 żołnierzy, podzielonych jeszcze pomiędzy dziesięć prowincji Imperium. Za to ich flota była dość silna. 

Byli ludźmi pobożnymi i wyznawali wiarę w jednego uniwersalnego Boga Stwórcę wszechrzeczy. Ich świątynie jednak bardzo przypominały dawne świątynie kapłanów "Jednego Prawa" z I Imperium Atlantydy, gdyż centralnym ich punktem był wielki płomień, zwany "AGNI". Był to więc w dużej mierze kult solarny, podobny "Jednemu Prawu". Ludność gromadziła się rankiem w świątyniach, by obejrzeć swoisty rytuał rozpalenia ognia. W czasie tej ceremonii kapłanom towarzyszył chór, który wyśpiewywał pieśni religijne i pochwalne ku czci Boga Stwórcy, który stworzył wszelką żywą istotę i pozwolił jej się cieszyć ciepłem i światłem płynącym od "Agni" (utożsamiano to też ze słońcem). Gdy kapłan rozpalił już specjalnie przygotowaną paletę na której płonął ogień, uderzał kilka razy laską w podłogę, aby przepędzić nią mrok i chłód. 

Na początku wojny z Atlantami Imperium Ujghur rządził cesarz Martus. Atlantydą rządził wówczas król Kling, który był synem poprzedniego władcy Atlantydy z III dynastii - króla Armana i księżniczki pochodzącej właśnie z Imperium Ujghur - Namest. Gdy Kling wstąpił na tron Atlantydy (ok. 18 000 r. p.n.e.), uznał, że po matce (która była królewską córką) ma również prawo do tronu Ujghurów. Tym bardziej że od dłuższego czasu Imperium Ujghur przeżywało poważny kryzys wewnętrzny. Rozpoczął się on już ok. 27 000 r. p.n.e. i towarzyszyły mu jakieś do końca niewyjaśnione klęski żywiołowe, a co za tym idzie ruina gospodarcza wielu mieszkańców Imperium. Postanowili oni wówczas poszukać szczęścia gdzie indziej, a w swych eskapadach dotarli do Ameryki Północnej (którą przeszli całą z północy na południe) i wkroczyli do Ameryki Południowej, by potem przedostać się na Atlantydę (pisałem o tym w części mówiącej o cywilizacjach amerykańskich). 


FLOTA INWAZYJNA ATLANTÓW 



Po tym pierwszym kryzysie gospodarczym na Imperium Ujghurów spadł atak Atlantów, rozpoczynający I Wojnę z Imperium Ujghur (ok. 25 000 r. p.n.e.), zakończony utratą Europy i wycofaniem się Ujghurów do Azji. Teraz Kling rozpoczynał II Wojne, która miała się skończyć upadkiem państwowości Ujghurów i ich rozdzieleniem. Część pozostała na zamieszkiwanych dawniej terenach, lecz utraciła dawną technologię i wiodła żywot prymitywnych nomadów. Część przeszła do Europy, zakładając tam aryjskie państwa, część weszła do Iranu a część zeszła do podziemnych miast Agharty, gdzie wiedli życie takie, jak dawniej, z tym tylko że teraz już nie wychodzili na zewnątrz (w obawie przez odkryciem Agharty przez Atlantów). 

Teraz potężna flota inwazyjna Atlantów wysadziła desant na terenach dzisiejszej Syrii (która nie należała do Ujghurów) i maszerowała na północny-wschód w kierunku Kara-Koty - stolicy Imperium. Walki był intensywne (channelingi nie opisują ich przebiegu), ale przewaga technologiczna Atlantów, wzmocnionych Kryształami Mocy - generującymi energię kilkakrotnie większą od siły obu bomb atomowych które spadły w 1945 r. na Hiroszimę i Nagasaki, spowodowała, że Ujghurzy cofali się na całym froncie walki. Tak oto armia Klinga zbliżyła się do Kara-Koty, gdzie umocnił się cesarz Martus wraz z niedobitkami swej armii. Walki o Kara-Kotę były bardzo krwawe i długie, Ujghurzy bowiem doskonale się bronili i podejmowali ataki ofensywne na pozycje Atlantów. Wreszcie Kling stracił nadzieję na opanowanie miasta, nakazał więc zniszczyć je za pomocą Kryształów - i tak też się stało. Miasto zostało zniszczone taką ilością energii nuklearnej, że nie tylko ono zniknęło, lecz i cała okoliczna flora i fauna. Tereny, na których niegdyś stała potężna stolica Ujghurów - dziś oblewają piaski pustyni Gobi, która powstała po zniszczeniu miasta i okolicznych terenów. Ruiny zaś tego, czym niegyś była Kara-Kota, są zakopane głęboko pod powierzchnią tych piasków.




W 1804 r. ruiny Kara-Koty miała odnaleźć grupa brytyjskich badaczy, którzy na podstawie mapy otrzymanej w jednym z tybetańskich klasztorów, szukali miasta pod zwałami piasku i kamieni. Mieli się dokopać na głębokość 15 metrów, lecz dalszych prac musieli zaniechać z powodu braku dalszych funduszy. Natrafili jednak na pewne ruiny i dziwne napisy. Potem, jeszcze w XIX wieku prace na tym terenie kontynuowali Rosjanie, pod przewodnictwem niejakiego Kozłowa. Ponoć on też miał dokopać się na sporą głębokość i odkrył pozostałości murów dawnych budynków które zostały stopione pod niewyobrażalnie wielkim ciśnieniem, którego to nie wytworzyłoby nic, co on znał ze swoich czasów. Tak zakończyła się historia pierwszego azjatyckiego Imperium Białej (aryjskiej), ludności, pochodzącej niegdyś z Atlantydy (I Imperium). 



WIELKA MIGRACJA BIAŁEJ LUDNOŚCI 
z IMPERIUM UJGHUR
(ok. 18 000 r. p.n.e.)




Po całkowitym zniszczeniem azjatyckiego Imperium Ujghurów przed zwycięskich Atlantów, ci pierwsi ratowali się na dwa sposoby - uciekając do podziemnych miast Agharty (wzniesionych ok. 32 500 r. p.n.e. przez ich dawnego władcę - cesarza Murasa i jego córkę, wówczas już małżonkę króla Atlasa I z Atlantydy - Karyatide), lub też uciekając na wyludnione i nieprzystępne tereny, powstałe w wyniku działań zbrojnych (użycia ładunków nuklearnych Kryształów Mocy), jak choćby Pustynia Gobi, która powstała właśnie po tej wojnie. Życie na tych spalonych terenach nie było jednak możliwe, dlatego też grupy Ujgurów rozpoczęły II wielką migrację kontynentalną (pierwsza miała miejsce ok. 27 000 r. p.n.e. i dotyczyła głównie kontynentu amerykańskiego). Jedni w swych pochodach udali się do niezasiedlonej, ani też nie kontrolowanej przez Atlantów Europy, tworząc tam społeczeństwa słowiańsko-celtycko-nordyckie. Inni zaś, w poszukiwaniu lepszego życia skierowali się na południe, do Ionii, na Kaukaz i do Iranu. Ci, którzy dotarli do Ionii (Hellady) połączyli się z lokalnymi buntownikami z Atlantydy i współtworzyli późniejsze społeczeństwo Hellenów. Największa tragedia spotkała jednak tych, którzy weszli na ziemie zasiedlone przez Czarnoskórych Amazirów. 



CZARNOSKÓRE SPOŁECZEŃSTWO
DZISIEJSZEGO
IRANU, TURKMENISTANU i KAUKAZU




 Dzisiejsze ziemie Iranu, Turkmenistanu i Kaukazu, ok. 50 000 r. p.n.e. zasiedlone zostały przez potomków dawnego społeczeństwa Czarnoskórych Bakaratinian z kontynentu Hyperborei, zniszczonego przez Reptilian na początku III Wielkiej Wojny Galaktycznej (ok. 1 320 000 lat temu). Nie ma zbyt wielu informacji na ich temat, jednak z początku nie wytworzyli żadnych większych struktur państwowych - żyli po prostu w plemionach na dość niskiej stopie rozwoju cywilizacyjnego. Zmieniło się to ok. 35 000 r. p.n.e. gdy wojownicze plemię Amazirów podporządkowało swej władzy lokalne Czarnoskóre plemiona i narzuciło im swą polityczno-administracyjną zwierzchność. Społeczeństwo Amazirów, to bodajże jedyny taki przykład przedhistorycznego, silnego, scentralizowanego ośrodka państwowego, zasiedlonego przez Czarnoskórych mieszkańców, które było zdolne do ekspansji i narzucania innym ludom swej władzy - po zagładzie cywilizacji hyperboreańskiej. Channelingi nie mówią nic o jakimkolwiek innym państwie, które doszłoby do tej wielkości (od granicy z Imperium Ujghur na północy - Kaukaz i dzisiejszy Turkmenistan oraz Uzbekistan, tereny kontrolowane przez Nibiruan z Edenu na zachodzie, Imperium Nagów na wschodzie po rejon irańskiego wybrzeża morskiego). Channelingi już nie wspominają o drugim tak wielkim Imperium, zasiedlonym przez Czarnoskórych mieszkańców i zdolnym do ekspansji militarnej w omawianym przeze mnie okresie.

Zjednoczycielem wszystkich Czarnoskórych ludów z rejonu dzisiejszego Iranu, miał być niejaki - MASAS, murzyn, który miał (po matce, białej kobiecie pochodzącej z Imperium Ujghur) lekko jasną karnację (był prawdopodobnie mulatem?). Założył on stolicę przyszłego imperium - HAZARTĘ (prawdopodobnie na terenach zachodniego lub północno-zachodniego Iranu). Jego następcy sukcesywnie rozszerzali granice państwa, aż doszli do granic z innymi (które wymieniłem wyżej) Imperiami. Społeczeństwo to było zmilitaryzowanym mini-mocarstwem a ich wojownicy zakładali do walki pancerze, przypominające późniejsze zbroje rycerskie. Stolica - Hazarta, wzniesiona była na wzgórzu i przypominała wielki, cyklopiczny gród (inne miasta budowane były na tej samej zasadzie z zastosowaniem techniki fortyfikacyjno-obronnej). Każdy obywatel Imperium był zaznajamiany z bronią i wojaczką od najmłodszych lat. W szkołach uczono taktyki kamuflażu i działań podjazdowych, choć preferowano starcia bezpośrednie, zresztą społeczeństwo Amazirów odznaczało się wielką odwagą i bitnością. Nie wiadomo nic na temat religijności tego ludu, ani też innych (nie wojskowych) osiągnięć plemienia. Wiadomo tylko że mieli wysokie czoła, duże czarne oczy, gęste brwi, spiczaste nosy, szerokie usta oraz grube, czarne włosy. Wiadomo jeszcze że ich kobiety, miały odznaczać się szczególną urodą.



AMAZIROWIE ZNIEWALAJĄ ARIÓW



 Według channelingów, Biali przybysze długo przedzierali się przez gęste lasy, pełne niebezpiecznych zwierząt, pustynie spowite w słońcu, oraz rzeki, które należało przekraczać budując tratwy zdolne przewieźć sporą grupę ludzi. Grupom tym mieli przewodzić najodważniejsi z mężów, którzy wybrani zostali wodzami swoich wędrownych społeczeństw. Owi mężczyźni zaś (w doborze kierunku podróży i miejsc przyszłego osiedlenia) korzystali z pomocy jasnowidzących kobiet. W taki właśnie sposób przedzierali się przez niebezpieczne tereny, wiodąc ze sobą psy i renifery. Byli to ludzie jasno i rudowłosi o niebieskich oczach. Gdy więc z terenów dzisiejszego Turkmenistanu weszli na ziemie Iranu, napotkali na swej drodze dobrze zorganizowane społeczeństwo Amazirów, które ich zaatakowało. Pierwszy atak został odparty, jednak Amazirowie przewyższali Białych przybyszy zarówno pod względem uzbrojenia jak i wyszkolenia bojowego. Biali nie mieli praktycznie żadnej innej broni, poza prowizorycznymi łukami, włóczniami i tzw.: bronią białą (którą to robili sami, jako broń służąca do polowań na dzikie zwierzęta i do zdobywania pokarmu dla wspólnoty). Bardzo szybko więc zostali okrążeni i zmuszeni do poddania się. Od tej chwili zaczęła się ich niewola, trwająca prawie 3000 lat.

Amazirowie pozbawili ich wszelkiej własności, a także odbierali dzieci rodzicom lub rozdzielali ze sobą małżonków, sprzedając ich na targach swych miast jako niewolników. Traktowano ich w sposób okrutny, mężczyzn kierując głównie do ciężkich prac nad budową umocnień ziemnych ich miast i fortec, kobiety zaś przeznaczając do służby domowej lub do "publicznych domów rozrywki". Wszystkich niewolników znakowano rozpalonym żelazem, a większość traktowano gorzej niż zwierzęta. Ich niewola miała trwać ok. 3000 lat (czyli mniej więcej przez trzy ówczesne pokolenia). W tym też czasie narodził się tajny (podziemny) język Białej, zniewolonej ludności, który otrzyma później nazwę - Runów. Biali uczyli się przez trzy pokolenia, obserwowali swych Czarnych panów i czekali sposobności do zrzucenia jarzma niewoli. Ponieważ Biała rasa jest niezwykle uzdolniona (ta opinia nie jest moja, pochodzi z przekazów channelingowych), bardzo szybko opanowali technologię, którą posiadali ich właściciele. Stworzono nie tylko tajny język, lecz także potajemnie przygotowywano broń i szkolono się do walk z Czarnymi Władcami. Czekano teraz już tylko na kogoś, kto poderwie zniewolonych do walki z ich okrutnymi panami i poprowadzi ich do zwycięstwa.  



INWAZJA RAMA
(ok. 15 000 r. p.n.e.)




 Przez prawie 3000 lat Biała, aryjska ludność rozrosła się do niespotykanych rozmiarów. Ich liczebność zaczęła przewyższać wszystkie skupiska Amazirów na terenie Iranu. To tam właśnie narodził się też późniejszy Wielki Prawodawca Ariów, pogromca Amazirów i zdobywca Iranu oraz okolicznych terytoriów (gdzie stworzy państwo zdominowane przez Białą ludność) - RAM. Jego potomek - RAM II, ok 8243 r. p.n.e. zniszczy Imperium Nagów, zajmując Indie i tworząc tam Białą społeczność (Czerwonoskórych Nagów, tak jak wcześniej Czarnoskórych Amazirów po udanym powstaniu Rama I, zmieniono w niewolników. Dawni władcy staną się więc potem sługami swych niewolników - ale do Indii Nagów jeszcze powrócimy). Życie Ramy I było dość bujne, przyszedł na świat (jak wszyscy Biali na tych terenach) w rodzinie niewolniczej i przez pierwsze lata wiódł żywot oznakowanego niewolnika lokalnego amazirskiego satrapy. Podejmował się kilku prób nieudanych ucieczek, za co musiał nosić żelazną obręcz na szyi oraz miał łańcuchami skrępowane nogi. Nie wiadomo w jaki sposób udało mu się uciec, wiadomo jedynie że córka (bądź żona) lokalnego władcy, była oczarowana jego umiejętnościami i podziwiała jego odwagę (być może to właśnie ona dopomogła mu w ucieczce, ale na ten temat nie ma żadnych informacji). W każdym razie Ram uciekł od swego pana i udało mu się wydostać z Imperium Amazirów na ziemie północy.

Tam zaprzyjaźnił się z plemionami Białych koczowników (którzy po upadku Imperium Ujghur żyli w dość marnych warunkach) którzy też byli prześladowani, najeżdżani i brutalnie pacyfikowani przez Amazirów. Nie sprawiło mu więc większej trudności namówienie ich do walki z ich Czarnymi ciemiężycielami, zresztą nie tylko ich namówił. Także wiele szczepów równie prymitywnych Żółtych potomków dawnych Żółtoskórych Bakaratinian, którzy po upadku Imperium Ujghur odzyskali wolność (Biali-Aryjczycy z Imperium traktowali Żółtoskórych mieszkańców terenów Azji jak niewolników - pisałem już o tym w temacie o Imperium Ujghur), teraz zaś też byli najeżdżani przez swych Czarnych pobratymców. Tak więc Ram zmobilizował pod swymi rozkazami potężną armię, złożoną z wielu zjednoczonych plemion Białych i Żółtych mieszkańców Azji (począwszy od terenów dzisiejszej Syberii). Nim jednak zjednoczył je w jedną całość, wcześniej udał się na poszukiwanie podziemnych miast Agharty, o których słyszał od mieszkańców tamtych plemion. Opowiadali oni, że w podziemnych miastach zachowała się w swej niezmienionej formie cała cywilizacja Imperium Ujghur, wraz z ogromną technologią tamtego państwa. Było tylko jedno ale - nie wiedziano gdzie dokładnie mieściła się Agharta i jak można było się tam dostać (tym bardziej że mieszkańcy Agharty nie wychodzili na zewnątrz).

Ram jednak odnalazł drogę wiodącą do tego miejsca i dotarł do miast Agharty (o samej cywilizacji i technologii Agharty opowiem w innym temacie), posiadł tam wiedzę techniczną i zdobył broń, potrzebną w walce z Amazirami. Broń, jakiej ci Czarni mieszkańcy Iranu nie posiadali, ani nawet nie wiedzieli o jej istnieniu. Wsparty siłą zjednoczonych plemion i broni z Agharty, ruszył na Iran. Już pierwsze starcia z Amazirami upewniły go w przekonaniu, że nie mają oni najmniejszych szans w walce z tą technologią (oraz z masami najezdniczych i wrogich im plemion). Bardzo szybko wybuchły też lokalne powstania Białych niewolników, co jeszcze bardziej ułatwiło zadanie Ramowi. Czarni przegrywali i cofali się na całym froncie. Ostatnia padła ich stolica (którą uważali za nie do zdobycia) - Hazarta. Po jej utracie Amazirowie złożyli broń i uznali swą przegraną. Tylko że teraz Ram postanowił stworzyć w Iranie państwo nowego typu, z dominującą Białą ludnością, jako "rasą panów", natomiast dotychczasowych Czarnoskórych władców - zmienił w niewolników. Wzniósł tam nową stolicę Białej ludności i wprowadził nowe prawa - ale o tym w kolejnej części.


CDN.

06 sierpnia 2026

LEGIONY TO OFIARNY STOS!

 MY, PIERWSZA BRYGADA





"JA CAŁE ŻYCIE BĘDĘ PAMIĘTAĆ TĘ CHWILĘ, GDY PO RAZ PIERWSZY UJRZAŁAM POLSKICH ŻOŁNIERZY. BĘDĘ SIĘ ZA WAS MODLIĆ CO DZIEŃ"

"PROSZĘ SIĘ ZA NAS MODLIĆ, ALE PROSZĘ NIE PŁAKAĆ. MY NA TĘ WOJNĘ IDZIEMY JAK NA WESELE"

FRAGMENT FILMU: "ŚLUBY UŁAŃSKIE" z 1934 r.




 Dziś mija 112 rocznica wymarszu Pierwszej Kompanii Kadrowej z krakowskich Oleandrów (czyli łąk na Oleandrach) w stronę Królestwa Kongresowego zwanego niegdyś "Polskim", ale w tamtym czasie zwanym z rosyjska Privislenije, i oczywiście nie mogłem tego faktu pominąć i go nie zauważyć. Kiedyś obiecałem sobie że wreszcie wezmę udział w corocznie organizowanym marszu wyjścia Pierwszej Kompanii Kadrowej z Oleandrów, ale zawsze coś mi wypada i coś jest ważniejszego, albo terminy się nie zgadzają i niestety jak do tej pory jeszcze w tym marszu nie uczestniczyłem, ale mam nadzieję że wszystko przede mną 🥴. Bo rzeczywiście, historia tych chłopaków, którzy wyszli pod wodzą Komendanta a raczej Brygadiera Józefa Piłsudskiego do Kongresówki, żeby bić się o wolną Polskę, jest niezwykła, piękna i wzniosła. I rzeczywiście, ci chłopcy szli na wojnę jak na bal, jak na wesele w pełni nadziei, radości że na ich oczach tworzy się niepodległa Ojczyzna i że oni będą tą siłą sprawczą, która pobudzi ten polski zryw narodowy ponownie do działania, zbudzi tego uśpionego w kongresówce Privislaka i wspólnie odbuduje się niepodległą Rzeczpospolitą, Najjaśniejszą Ojczyznę Naszą. Niestety ten entuzjazm Legunów bardzo szybko został sprowadzony do parteru, jako że ludność Kongresówki nie postrzegała wkraczających na polskie ziemie zaboru rosyjskiego żołnierzy legionowych jak swoich, a wręcz przeciwnie, powszechnie nazywano ich "obcymi" i często po wsiach (do których wkraczali Legioniści) rozchodziły się wołania: "Ludzie, uciekajta, legionisty idą!" Można sobie tylko wyobrazić jak bardzo rozdzierało to serca tych młodych chłopaków, którzy naprawdę wierzyli że wspólnie z ludnością Kongresówki odbudują Ojczyznę. 

Początkowo humor dopisywał wśród Legunów, bowiem jak pisał w swych pamiętnikach Roman Starzyński (brat Stefana - ostatniego prezydenta Warszawy II Rzeczypospolitej w latach 1934-1939): "Słup z dwugłowym orłem. To granica! Każdy czuje się w obowiązku słup ów kopnąć, walnąć kolbą i... runął, by już nigdy więcej nie powstać. Polska jest teraz wszędzie tam, gdzie stąpnął nogą żołnierz polski. Braliśmy 12 sierpnia przed świtem w posiadanie tę ziemię umęczonego narodu w przekonaniu, że Polska niepodległa już jest i nigdy swej niepodległości stracić nie może". Szybko jednak pojawiło się rozczarowanie, oto bowiem, jak wspominał chociażby Michał Sokolnicki: "Z terenów, przez które przechodziliśmy, uciekali ludzie do swoich, do rosyjskiego wojska. Wielkie dwory są bezwzględnie wrogie; po wsiach panuje strach zabobonny i ślepe przywiązanie do istniejącego dotąd panowania i bata. (...) Pustka na ulicy, okna i drzwi domów zabite deskami; ani jednego człowieka, ani bydlęcia czy kury". Starzyński dodawał jeszcze: "W Warszawie panuje orientacja rosyjska - aż boleśnie. (...) Ludzie przybyli z Warszawy opowiadają, że panie obsypują kwiatami wojsko rosyjskie, ochotnicy idą do szeregów rosyjskich. (...) Są ludzie, którzy wierzą, że Rosja da nam po wojnie autonomię. Rosja zwycięska! Rosja, która miesiąc temu nie pozwalała radzić po polsku o zamiataniu ulic (...) nikt nie wita, nikt nie pozdrawia. Nikt nie wyniesie szklanki wody, nikt nie poda kromki chleba. To już nie Krakowskie, nie polska Galicja, to Rosja, zaludniona szczepem mówiącym po polsku, ale czującym po rosyjsku. (...) Traktowano nas jak okupantów. Portrety carskie starannie pochowano, abyśmy ich nie zniszczyli, starano się zachować język rosyjski w aktach, zachować 100% lojalności wobec rządu rosyjskiego". 




Ten parszywy nastrój tamtych dni pięknie został ukazany w filmie "Piłsudski" z Borysem Szyciem w roli głównej z 2019 r., gdy Legioniści wchodzą do wioski, skąd albo przed nimi uciekają chłopi, albo zamykają się szczelnie w swych chałupach. Gdy jedne z takich drzwi zostają wyważone i oficer legionowy wchodzi do chaty, pyta się przerażonych domowników: "Czego się boicie? Po latach niewoli Polska idzie!", wtedy pada niesamowite pytanie, będące jednocześnie przykładem ówczesnej mentalności ludzi, którzy już pomału zamieniali się w takich "polskich Rosjan". Mianowicie ów chłop zapytuje: "Na długo?" 😕 Oficer nie wytrzymuje i wychodzi, rzucając na do widzenia: "A jebał was pies!". Tak wówczas było, a owe rozczarowanie Legunów przetrwało w ostatniej zwrotce "Pierwszej Brygady": "Nie chcemy już od was niczego, ni waszych kies, ni waszych łez. Skończył się czas kołatania, do waszych serc - jebał was pies!" (potem ten fragment został usunięty z tekstu).


EDWARD RYDZ-ŚMIGŁY 
(z lewej) 
1914



Ale warto też powiedzieć jak to się stało, że w sierpniu 1914 r. z wielu polskich domów młodzi mężczyźni uciekali, zostawiając rodzinie takie i temu podobne zapiski: "Wojna! Zwiałem z domu, bo tak nakazywał mi honor mężczyzny". Dlaczego ci młodzi chłopcy - bo właśnie tak należy ich nazwać, gdyż spora część z nich nie miała skończonych nawet 18 lat - dlaczego podjęli się tej, jakże niebezpiecznej próby wstąpienia do formującej się na ziemiach tzw.: "Galicji" Pierwszej Kompanii Kadrowej, która potem przerodziła się w Legiony Polskie? Podjęli się tego kroku z chwilą wybuchu wojny (1 sierpnia 1914 r. kajzerowskie Niemcy wypowiedziały wojnę carskiej Rosji), zdając sobie jednocześnie sprawę że z wojny tej mogą nie powrócić żywi, a jednak "honor mężczyzny" nie pozwalał wielu z nich pozostać biernym na wielkie, dziejowe wydarzenia których byli świadkami. Polska nie istniała wówczas na mapach świata już od 119 lat i tak naprawdę wielu zdążyło się z tym faktem nie tylko pogodzić, ale i uznać za naturalny stan rzeczy. "Cały świat wie że naród polski utracił niepodległość z własnej winy, bo się nie umiał sam rządzić" - jak rzekł młody, rosyjski oficer w filmie "Szwadron" z 1992 r. (grany przez Radosława Pazurę), opowiadający o przygodach nieszczęśliwie zakochanego rosyjskiego arystokraty, który odtrącony przez ukochaną, zaciąga się do wojska i zostaje skierowany do ogarniętej Powstaniem Styczniowym (w latach 1863-1864) Polski. Na te słowa, wzięty do niewoli polski pułkownik, o nazwisku Markowski (grany przez Jana Machulskiego) odpowiada: "Rozmawiamy jak dżentelmeni, a to wyklucza kpiny. Gdyby rzeczywiście Bóg karał za takie rzeczy, nie poprzestałby na jednej Polsce. Niedawno Opatrzność obdarzyła wolnością Włochy. Czyżby Włosi nie grzeszyli przeciw patriotyzmowi? A Prusy? Na naszych oczach stają się mocarstwem. A Rosja? Tam nie ma bezprawia?", Rosjanin stwierdza: "Panie pułkowniku, za młody jestem aby mieć własne zdanie, ale wątpię jednak że kiedykolwiek zwyciężycie". "Tego możesz być pewien" - odpowiada pułkownik "nadejdą czasy kiedy was tu nie będzie a Polska będzie wolna". Trwało to pięćdziesiąt lat. Pięćdziesiąt lat kolejnej niewoli, rusyfikacji, germanizacji, nocy apuchtinowskiej, prześladowania dzieci Wrześni, wywózek na Sybir i całkowitym zakazie mówienia po polsku, nie tylko w urzędach lecz również na ulicy. I wtedy to, dla tego zniewolonego, zgnębionego narodu zapaliło się światełko nadziei - wybuchła I Wojna Światowa - wojna, która umożliwiła wywalczenie i odbudowę państwa polskiego.




Leguny Komendanta Józefa Piłsudskiego, wychodząc z Oleandrów owego dnia 6 sierpnia i kierując się w stronę Kongresówki - czyli zaboru rosyjskiego, były przecież zarówno naturalnymi jak i ideowymi (literackimi) dziedzicami Powstańców Styczniowych, Powstańców Listopadowych (1830-1831), Wielkopolskich (1846, 1848), Krakowskich (1846 r.), wiarusów co to pod Cesarzem Napoleonem Wielkim szli na Smoleńsk i Moskwę i wreszcie Powstańców Kościuszkowskich (1794 r.), żołnierzy wojny polsko-rosyjskiej 1792 r. i Konfederatów Barskich z lat 1768-1772. Każde pokolenie miało wówczas swoją wojnę (jedynym wyjątkiem było pokolenie urodzone w latach 50-tych i 60-tych XIX wieku, które jako jedyne nie walczyło za młodu, ale już ich synowie zrodzeni w latach 80-tych i 90-tych XIX wieku, przekroczyli granicę znienawidzonego kordonu i poszli "budzić Polskę do życia", "rwać kajdany z Jej rąk" by ponownie "blask Najjaśniejszej Ojczyzny zabłysnął nowym światłem". Ci młodzi chłopcy (i dziewczęta - bo przecież w Legionach również służyły kobiety chociaż głównie jako sanitariuszki, kurierki i wywiadowczynie, kilkanaście kobiet walczyło z bronią w ręku w męskim przebraniu. Zresztą udział kobiet zarówno w latach 1914-18 i wcześniej w czasach konspiracji zaborowej był tak duży, że gdy Polska odrodziła się w listopadzie roku 1918, to nawet nie było mowy na temat tego czy kobiety mogą mieć prawa wyborcze, czy nie, od razu przyznano im je na równi z mężczyznami), którzy w tych dniach sierpniowych 1914 r. uciekali z domu, bo tak im nakazywał "honor mężczyzny", w rzeczywistości czynili tak, bo w ich duszy pobrzmiewał odgłos Dzwonu Zygmunta, przepowiednie starego ukraińskiego wieszcza Wernyhory - Rzeczpospolitanina, męstwo Kmicica, odwaga Wołodyjowskiego, cięty humor Zagłoby i rozbrajająca łagodność litewskiego olbrzyma - Powsinogi Podbipięty, herbu Zerwipludry Zerwikaptur, z psich kiszek z mysich kiszek. Wszystko to składało się na wielką tradycję Rzeczypospolitej, kultywowaną przez pokolenia Rzeczpospolitan żyjące w niewoli, która przesiąknęła umysły tych młodych chłopaków z sierpnia 1914 r., a polski orzeł srebrnopióry w ich dusze wbił pazury (tak jak i w moją). Szli na tę wojnę jak na wesele, radując się że wreszcie wybuchła wojna, dzięki której szóste pokolenie Polaków-Rzeczpospolitan - zrodzone w niewoli - doczekało Jutrzenki Wolności. Wywalczyli sobie Polskę silną, Polskę która gotowa była objąć należną Jej pozycję wśród narodów Europy i Świata. To ci Legioniści z sierpnia 1914 r. (i wielu im podobnych, walczących w innych polskich formacjach na frontach Wielkiej Wojny) potem stanowili kadrę dowódczą Wojska Polskiego, które to wojsko najpierw w 1920 r. rozbiło osiem sowieckich armii idących na podbój Europy, a we wrześniu 1939 r. stanęło naprzeciw dwóch śmiertelnych totalitaryzmów, które gotowe były utopić świat w rzece krwi, byle tylko wprowadzić w życie swoje chore ideologie. Ci żołnierze potem ginęli w Katyniu, w niemieckich i sowieckich miejscach kaźni, tropieni i mordowani jak zwierzęta, jak bydło. I to za co? Bo chcieli żyć po swojemu, żyć jako wolni ludzie w swoim, odrodzonym kraju.




Dziś, po latach niemieckiej zbrodniczej okupacji, po sowieckich zbrodniach i komunistycznym zniewoleniu, trwającym ponad cztery dekady (notabene - komunizm wyrządził Polsce więcej szkód niż ponad stuletnie zabory, gdyż uderzał bezpośrednio w tkankę społeczną i w życie gospodarcze kraju), po okresie postkomunistycznego rabunku majątku narodowego i masowego wyprzedawania koncernów przemysłowych, stoczni, kopalni a nawet prasy w obce ręce - Polska od 1989 r. rzeczywiście stała się (jak mówił Władysław Bartoszewski, notabene dość nieprzyjemna postać) "Brzydką panną bez posagu". Natomiast po wejściu w struktury Wspólnoty Europejskiej w 2004 r. (która to w 2009 r. zmieniła się w Unię Europejską - bo należy pamiętać że my do żadnej Unii nie wchodziliśmy, Unia dopiero powstała w roku 2009, pięć lat po naszym wejściu do Wspólnoty), staliśmy się realną gospodarczą (jak również polityczną) kolonią Berlina, w myśl naumannowskiej koncepcji Mitteleuropy z 1915 r. (Polska stała się podwykonawcą dla niemieckiej gospodarki) a rządom postsolidarnościowym, zjednoczonym z obozem postkomunistycznym (w tym przede wszystkim związanym ze Służbą Bezpieczeństwa) taki układ był bardzo na rękę, ponieważ pozwalał trzymać kontrolę nad społeczeństwem i jednocześnie występować w roli "elity" postkolonialnego kraju. Proces odradzania się wymordowanej wcześniej, prawdziwej elity tego narodu - wciąż postępuje, po dziś dzień ten proces trwa. Przecież to w tym kraju premierem był i obecnie jest człowiek, który twierdził że "polskość to nienormalność", a nagrodę Nobla dostała pisarka, która mówiła że Polacy to "właściciele niewolników i mordercy Żydów", kilka lat temu zaś pewien showman, mający program w telewizji - Jakub Wojewódzki namawiał swego gościa, by ten włożył polską flagę w... psią kupę - i tak też się stało. Takie dziś mamy "elyty" - nic dodać nic ująć. I teraz porównując te dzisiejsze indywidua, do tamtych chłopaków i dziewcząt, którzy w sierpniu 1914 r. szli "budzić Polskę do życia" - można uświadomić sobie na jakich wartościach budowana była tamta Polska, o której niepodległy byt walczyło tyle pokoleń, a na jakich "wartościach" budowano obecną, tzw.: III Rzeczpospolitą? Bóg-Honor i Ojczyzna kontra... psia kupa. 

Oczywiście, tak jak wspomniałem, to się powoli znów zaczyna zmieniać, ale mentalność niewolników wciąż tkwi w głowach wielu naszych przywódców, a jest to bardzo niebezpieczna rzecz, gdyż wszystko, dosłownie WSZYSTKO począwszy od sukcesów a skończywszy na porażkach - zaczyna się w głowie, w naszych myślach. Ludzie, którzy przeżyli komunę i którzy wówczas dorastali (nawet jeśli byli zdeklarowanymi antykomunistami) mentalnie nasiąknęli pewną wizją świata, która sprowadzała się do słów: "Ruskie to jest potęga, z Ruskimi nie wygrasz", etc. etc. Kto z nich w ogóle brał pod uwagę rok 1920 i zwycięstwo jakie odnieśliśmy wówczas nad sowiecką zarazą (i nie jest to inwektywa - to jest stwierdzenie faktu), gdy totalnie skopaliśmy im wówczas zadki, tak, iż Lenin musiał prosić o pokój. Kraj który dopiero co kilkanaście miesięcy wcześniej zaczął odradzać się do życia, zwyciężył niepokonaną (i wciąż zasilaną nowymi rekrutami) Armię Czerwoną, która na każdym odcinku frontu biła zaprawione w bojach I Wojny Światowej armie rosyjskich (białych) generałów. Takiej klęski, jaka spotkała wówczas Związek Sowiecki w 1920 r. nie doznał on już nigdy później (Hitler miał ogromną szansę pokonać Sowiety w przeciągu kilku miesięcy, ale był idiotą zapatrzonym w swoją ideologię dla ćwierćinteligentów i... przegrał już wygraną wojnę - swoją drogą, to jest dopiero osiągnięcie, prawda?). Zarówno Leguny z 1914 r. jak i żołnierze z roku 1920 zwyciężyli dlatego że - mocno wierzyli nie tyle w to, że zwyciężą, ale w to, że "idą na tę wojnę jak na wesele" i mogą "przenosić góry" (dosłownie, nie w przenośni). Nasze myśli kształtują bowiem rzeczywistość, jeśli poddamy się jakimś takim głupkowatym obawom, pytaniom czy kalkulacjom co lepsze a co gorsze, to nie wygramy niczego. Mój ojciec opowiadał mi kiedyś o pewnym bokserze, który był tak dobry że kładł swych przeciwników nokautem. Miał tylko jedną poważną ujmę - był strasznie słaby psychicznie i gdy tylko przed walką ktoś powiedział mu że przeciwnik jest tak dobry, że on na pewno z nim nie wygra - to nie wygrał, bo cały czas myślał o tym, że jest gorszy i to sobie po prostu samemu sprawił.




Dlatego też trzeba wreszcie otrząsnąć się z tego matrixu w którym żyjemy i zacząć (tak jak Neo) kształtować naszą rzeczywistość - rzeczywistość, w której odrodzona Wielka Rzeczpospolita będzie siłą stabilizującą nie tylko w Europie, ale i na Świecie. Mamy ku temu nie tylko moralne prawo, ale zarówno zasoby materialne i doświadczenie - gdyż przeżyliśmy takie cierpienia, które są nie do wyobrażenia dla wielu innych narodów, a poza tym istnieje pamięć dawnej potęgi, która nie była potęgą zaborczą, stworzoną na przemocy i krwi, lecz potęgą zgody, konsensusu i unii wzajemnych. Któż może mieć większe niż my moralne prawo do objęcia swoistej opieki nad tym Światem? Ktoś powie - niemożliwe! Naprawdę? czy w XIII wieku, gdy ziemie polskie poddawane były dość intensywnej germanizacji, ktoś mógłby pomyśleć że za dwieście lat język polski będzie językiem dyplomacji pomiędzy Chinami a Rosją oraz między Anglią a Rosją a w Katalonii język polski będzie w powszechnym użyciu? Nie istnieją rzeczy niemożliwe, każda bariera która uniemożliwia nam osiągnięcie jakiegokolwiek zadania, rodzi się na początku w naszej głowie i czerpie siłę z naszej Duszy. To my sami nadajemy jej granice możliwości czy niemożliwości. Czy ta garstka chłopaków, którzy wyruszali z krakowskich Oleandrów 6 sierpnia 1914 r. by wyzwalać Polskę z wiekowej niewoli, mogła być brana na serio? Przecież nie stanowili oni nawet jednej dziesięciotysięcznej ułamka sił i możliwości, jakimi dysponowały mocarstwa zaborcze (Rosja, Niemcy i Austro-Węgry) - a mimo to wygrali! Tamte państwa się porozpadały a Polska odrodziła się do nowego, niepodległego życia. I kto powie mi jeszcze że coś jest niemożliwe do zrobienia? Te legionowe chłopaki oddały Ojczyźnie swe Dusze, wierząc głęboko że Polska Niepodległa JUŻ JEST! Nawet w ironicznych wierszach z tamtej epoki, znaleźć można prawdę o Pierwszej Kompanii Kadrowej i Komendancie Piłsudskim, jak choćby ten, zamieszczony w "Wiadomościach Ideowych": "A gdy się człeku zapytasz w pokorze, co znaczy ten Hetman i co on też może? Głupio zapytasz, wszak wiedzieć należy: Wielkim być musi, skoro sam w to wierzy" - wiersz próbujący nieco ośmieszyć Komendanta, pokazał jednak całą prawdę, nie tylko o Nim samym, ale o całej ludzkiej zawiłej naturze rzeczy.

Podsumowując, nie tylko wiara, lecz również zgoda i jedność jest ważna, aby z niemożliwego uczynić możliwe - Duszę chcesz? Duszę daj! - zjednocz się niewidzialną więzią z innymi, niech wasze Dusze staną się jednością a wasze Umysły wspólnie wyrażać będą te dawno już zapomniane i przez wielu niechciane wołanie: MY CHCEMY POLSKI! Dziś te słowa brzmieć muszą: My chcemy Rzeczypospolitej Potężnej, która odrodzi zapomnianą już tradycję wolności Rzeczpospolitan - przekazując ją w darze współczesnej Europie. Europa już teraz potrzebuje Polski, nawet jeśli obywatele wielu europejskich państw nie zdają sobie z tego sprawy (bo nikt ich po prostu nie informuje jak ważna obecnie jest Polska dla Europy a nawet dla Świata). Ta potrzeba będzie się tylko zwiększała w przeciągu kolejnych dekad, gdy kontynent europejski zacznie się staczać w region Trzeciego Świata, targany przemocą, neomarksistowską ideologią i zamordystyczną dyktaturą. Ale to dopiero wizja przyszłości.



DUSZĘ CHCESZ
DUSZĘ DAJ!



NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...