WYŚWIETLENIA

09 sierpnia 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LIX

II IMPERIUM ATLANTYDY 
Cz. VIII





OKRES IMPERIALNY
i WIELKIE PODBOJE
25 000 r. p.n.e. - 12 500 r. p.n.e.
Cz. IV






DRUGA WOJNA ATLANTÓW 
Z IMPERIUM UJGHUR
(ok. 18 000 r. p.n.e.)



 Biali Ujghurowie - mieszkańcy Imperium o tej samej nazwie, byli ludźmi dość spokojnymi i pokojowo nastawionymi do całej reszty powstających u ich granic nowych państw i imperiów. Żyli w rodzinach o silnej pozycji ojca jako głowy rodu, lecz kobiety miały tam o wiele więcej do powiedzenia, niż w II Imperium Atlantydy pod rządami sekty "Synów Beliala". Ich kraj podzielony był na dziesięć prowincji, każda pod rządami lokalnego rządcy, który miał obowiązek na kontrolowanym przez siebie terytorium dbać o bezpieczeństwo obywateli, rozwój sieci dróg i formowanie lokalnych jednostek wojskowych. Taki rządca prowincjonalny musiał również zapewnić swym mieszkańcom codzienne minimalne wyżywienie (tak ponoć było w miastach). Rolnictwo stało na wysokim poziomie, o czym świadczy staroirańskie słowo "Arianin" (lub "Arian"), które znaczyło tyle co: "Oracz". Armia Ujghurów nie była liczna, ok. 18 000 r. p.n.e. (czyli na początku drugiego konfliktu z Atlantami), liczyła 100 000 żołnierzy, podzielonych jeszcze pomiędzy dziesięć prowincji Imperium. Za to ich flota była dość silna. 

Byli ludźmi pobożnymi i wyznawali wiarę w jednego uniwersalnego Boga Stwórcę wszechrzeczy. Ich świątynie jednak bardzo przypominały dawne świątynie kapłanów "Jednego Prawa" z I Imperium Atlantydy, gdyż centralnym ich punktem był wielki płomień, zwany "AGNI". Był to więc w dużej mierze kult solarny, podobny "Jednemu Prawu". Ludność gromadziła się rankiem w świątyniach, by obejrzeć swoisty rytuał rozpalenia ognia. W czasie tej ceremonii kapłanom towarzyszył chór, który wyśpiewywał pieśni religijne i pochwalne ku czci Boga Stwórcy, który stworzył wszelką żywą istotę i pozwolił jej się cieszyć ciepłem i światłem płynącym od "Agni" (utożsamiano to też ze słońcem). Gdy kapłan rozpalił już specjalnie przygotowaną paletę na której płonął ogień, uderzał kilka razy laską w podłogę, aby przepędzić nią mrok i chłód. 

Na początku wojny z Atlantami Imperium Ujghur rządził cesarz Martus. Atlantydą rządził wówczas król Kling, który był synem poprzedniego władcy Atlantydy z III dynastii - króla Armana i księżniczki pochodzącej właśnie z Imperium Ujghur - Namest. Gdy Kling wstąpił na tron Atlantydy (ok. 18 000 r. p.n.e.), uznał, że po matce (która była królewską córką) ma również prawo do tronu Ujghurów. Tym bardziej że od dłuższego czasu Imperium Ujghur przeżywało poważny kryzys wewnętrzny. Rozpoczął się on już ok. 27 000 r. p.n.e. i towarzyszyły mu jakieś do końca niewyjaśnione klęski żywiołowe, a co za tym idzie ruina gospodarcza wielu mieszkańców Imperium. Postanowili oni wówczas poszukać szczęścia gdzie indziej, a w swych eskapadach dotarli do Ameryki Północnej (którą przeszli całą z północy na południe) i wkroczyli do Ameryki Południowej, by potem przedostać się na Atlantydę (pisałem o tym w części mówiącej o cywilizacjach amerykańskich). 


FLOTA INWAZYJNA ATLANTÓW 



Po tym pierwszym kryzysie gospodarczym na Imperium Ujghurów spadł atak Atlantów, rozpoczynający I Wojnę z Imperium Ujghur (ok. 25 000 r. p.n.e.), zakończony utratą Europy i wycofaniem się Ujghurów do Azji. Teraz Kling rozpoczynał II Wojne, która miała się skończyć upadkiem państwowości Ujghurów i ich rozdzieleniem. Część pozostała na zamieszkiwanych dawniej terenach, lecz utraciła dawną technologię i wiodła żywot prymitywnych nomadów. Część przeszła do Europy, zakładając tam aryjskie państwa, część weszła do Iranu a część zeszła do podziemnych miast Agharty, gdzie wiedli życie takie, jak dawniej, z tym tylko że teraz już nie wychodzili na zewnątrz (w obawie przez odkryciem Agharty przez Atlantów). 

Teraz potężna flota inwazyjna Atlantów wysadziła desant na terenach dzisiejszej Syrii (która nie należała do Ujghurów) i maszerowała na północny-wschód w kierunku Kara-Koty - stolicy Imperium. Walki był intensywne (channelingi nie opisują ich przebiegu), ale przewaga technologiczna Atlantów, wzmocnionych Kryształami Mocy - generującymi energię kilkakrotnie większą od siły obu bomb atomowych które spadły w 1945 r. na Hiroszimę i Nagasaki, spowodowała, że Ujghurzy cofali się na całym froncie walki. Tak oto armia Klinga zbliżyła się do Kara-Koty, gdzie umocnił się cesarz Martus wraz z niedobitkami swej armii. Walki o Kara-Kotę były bardzo krwawe i długie, Ujghurzy bowiem doskonale się bronili i podejmowali ataki ofensywne na pozycje Atlantów. Wreszcie Kling stracił nadzieję na opanowanie miasta, nakazał więc zniszczyć je za pomocą Kryształów - i tak też się stało. Miasto zostało zniszczone taką ilością energii nuklearnej, że nie tylko ono zniknęło, lecz i cała okoliczna flora i fauna. Tereny, na których niegdyś stała potężna stolica Ujghurów - dziś oblewają piaski pustyni Gobi, która powstała po zniszczeniu miasta i okolicznych terenów. Ruiny zaś tego, czym niegyś była Kara-Kota, są zakopane głęboko pod powierzchnią tych piasków.




W 1804 r. ruiny Kara-Koty miała odnaleźć grupa brytyjskich badaczy, którzy na podstawie mapy otrzymanej w jednym z tybetańskich klasztorów, szukali miasta pod zwałami piasku i kamieni. Mieli się dokopać na głębokość 15 metrów, lecz dalszych prac musieli zaniechać z powodu braku dalszych funduszy. Natrafili jednak na pewne ruiny i dziwne napisy. Potem, jeszcze w XIX wieku prace na tym terenie kontynuowali Rosjanie, pod przewodnictwem niejakiego Kozłowa. Ponoć on też miał dokopać się na sporą głębokość i odkrył pozostałości murów dawnych budynków które zostały stopione pod niewyobrażalnie wielkim ciśnieniem, którego to nie wytworzyłoby nic, co on znał ze swoich czasów. Tak zakończyła się historia pierwszego azjatyckiego Imperium Białej (aryjskiej), ludności, pochodzącej niegdyś z Atlantydy (I Imperium). 



WIELKA MIGRACJA BIAŁEJ LUDNOŚCI 
z IMPERIUM UJGHUR
(ok. 18 000 r. p.n.e.)




Po całkowitym zniszczeniem azjatyckiego Imperium Ujghurów przed zwycięskich Atlantów, ci pierwsi ratowali się na dwa sposoby - uciekając do podziemnych miast Agharty (wzniesionych ok. 32 500 r. p.n.e. przez ich dawnego władcę - cesarza Murasa i jego córkę, wówczas już małżonkę króla Atlasa I z Atlantydy - Karyatide), lub też uciekając na wyludnione i nieprzystępne tereny, powstałe w wyniku działań zbrojnych (użycia ładunków nuklearnych Kryształów Mocy), jak choćby Pustynia Gobi, która powstała właśnie po tej wojnie. Życie na tych spalonych terenach nie było jednak możliwe, dlatego też grupy Ujgurów rozpoczęły II wielką migrację kontynentalną (pierwsza miała miejsce ok. 27 000 r. p.n.e. i dotyczyła głównie kontynentu amerykańskiego). Jedni w swych pochodach udali się do niezasiedlonej, ani też nie kontrolowanej przez Atlantów Europy, tworząc tam społeczeństwa słowiańsko-celtycko-nordyckie. Inni zaś, w poszukiwaniu lepszego życia skierowali się na południe, do Ionii, na Kaukaz i do Iranu. Ci, którzy dotarli do Ionii (Hellady) połączyli się z lokalnymi buntownikami z Atlantydy i współtworzyli późniejsze społeczeństwo Hellenów. Największa tragedia spotkała jednak tych, którzy weszli na ziemie zasiedlone przez Czarnoskórych Amazirów. 



CZARNOSKÓRE SPOŁECZEŃSTWO
DZISIEJSZEGO
IRANU, TURKMENISTANU i KAUKAZU




 Dzisiejsze ziemie Iranu, Turkmenistanu i Kaukazu, ok. 50 000 r. p.n.e. zasiedlone zostały przez potomków dawnego społeczeństwa Czarnoskórych Bakaratinian z kontynentu Hyperborei, zniszczonego przez Reptilian na początku III Wielkiej Wojny Galaktycznej (ok. 1 320 000 lat temu). Nie ma zbyt wielu informacji na ich temat, jednak z początku nie wytworzyli żadnych większych struktur państwowych - żyli po prostu w plemionach na dość niskiej stopie rozwoju cywilizacyjnego. Zmieniło się to ok. 35 000 r. p.n.e. gdy wojownicze plemię Amazirów podporządkowało swej władzy lokalne Czarnoskóre plemiona i narzuciło im swą polityczno-administracyjną zwierzchność. Społeczeństwo Amazirów, to bodajże jedyny taki przykład przedhistorycznego, silnego, scentralizowanego ośrodka państwowego, zasiedlonego przez Czarnoskórych mieszkańców, które było zdolne do ekspansji i narzucania innym ludom swej władzy - po zagładzie cywilizacji hyperboreańskiej. Channelingi nie mówią nic o jakimkolwiek innym państwie, które doszłoby do tej wielkości (od granicy z Imperium Ujghur na północy - Kaukaz i dzisiejszy Turkmenistan oraz Uzbekistan, tereny kontrolowane przez Nibiruan z Edenu na zachodzie, Imperium Nagów na wschodzie po rejon irańskiego wybrzeża morskiego). Channelingi już nie wspominają o drugim tak wielkim Imperium, zasiedlonym przez Czarnoskórych mieszkańców i zdolnym do ekspansji militarnej w omawianym przeze mnie okresie.

Zjednoczycielem wszystkich Czarnoskórych ludów z rejonu dzisiejszego Iranu, miał być niejaki - MASAS, murzyn, który miał (po matce, białej kobiecie pochodzącej z Imperium Ujghur) lekko jasną karnację (był prawdopodobnie mulatem?). Założył on stolicę przyszłego imperium - HAZARTĘ (prawdopodobnie na terenach zachodniego lub północno-zachodniego Iranu). Jego następcy sukcesywnie rozszerzali granice państwa, aż doszli do granic z innymi (które wymieniłem wyżej) Imperiami. Społeczeństwo to było zmilitaryzowanym mini-mocarstwem a ich wojownicy zakładali do walki pancerze, przypominające późniejsze zbroje rycerskie. Stolica - Hazarta, wzniesiona była na wzgórzu i przypominała wielki, cyklopiczny gród (inne miasta budowane były na tej samej zasadzie z zastosowaniem techniki fortyfikacyjno-obronnej). Każdy obywatel Imperium był zaznajamiany z bronią i wojaczką od najmłodszych lat. W szkołach uczono taktyki kamuflażu i działań podjazdowych, choć preferowano starcia bezpośrednie, zresztą społeczeństwo Amazirów odznaczało się wielką odwagą i bitnością. Nie wiadomo nic na temat religijności tego ludu, ani też innych (nie wojskowych) osiągnięć plemienia. Wiadomo tylko że mieli wysokie czoła, duże czarne oczy, gęste brwi, spiczaste nosy, szerokie usta oraz grube, czarne włosy. Wiadomo jeszcze że ich kobiety, miały odznaczać się szczególną urodą.



AMAZIROWIE ZNIEWALAJĄ ARIÓW



 Według channelingów, Biali przybysze długo przedzierali się przez gęste lasy, pełne niebezpiecznych zwierząt, pustynie spowite w słońcu, oraz rzeki, które należało przekraczać budując tratwy zdolne przewieźć sporą grupę ludzi. Grupom tym mieli przewodzić najodważniejsi z mężów, którzy wybrani zostali wodzami swoich wędrownych społeczeństw. Owi mężczyźni zaś (w doborze kierunku podróży i miejsc przyszłego osiedlenia) korzystali z pomocy jasnowidzących kobiet. W taki właśnie sposób przedzierali się przez niebezpieczne tereny, wiodąc ze sobą psy i renifery. Byli to ludzie jasno i rudowłosi o niebieskich oczach. Gdy więc z terenów dzisiejszego Turkmenistanu weszli na ziemie Iranu, napotkali na swej drodze dobrze zorganizowane społeczeństwo Amazirów, które ich zaatakowało. Pierwszy atak został odparty, jednak Amazirowie przewyższali Białych przybyszy zarówno pod względem uzbrojenia jak i wyszkolenia bojowego. Biali nie mieli praktycznie żadnej innej broni, poza prowizorycznymi łukami, włóczniami i tzw.: bronią białą (którą to robili sami, jako broń służąca do polowań na dzikie zwierzęta i do zdobywania pokarmu dla wspólnoty). Bardzo szybko więc zostali okrążeni i zmuszeni do poddania się. Od tej chwili zaczęła się ich niewola, trwająca prawie 3000 lat.

Amazirowie pozbawili ich wszelkiej własności, a także odbierali dzieci rodzicom lub rozdzielali ze sobą małżonków, sprzedając ich na targach swych miast jako niewolników. Traktowano ich w sposób okrutny, mężczyzn kierując głównie do ciężkich prac nad budową umocnień ziemnych ich miast i fortec, kobiety zaś przeznaczając do służby domowej lub do "publicznych domów rozrywki". Wszystkich niewolników znakowano rozpalonym żelazem, a większość traktowano gorzej niż zwierzęta. Ich niewola miała trwać ok. 3000 lat (czyli mniej więcej przez trzy ówczesne pokolenia). W tym też czasie narodził się tajny (podziemny) język Białej, zniewolonej ludności, który otrzyma później nazwę - Runów. Biali uczyli się przez trzy pokolenia, obserwowali swych Czarnych panów i czekali sposobności do zrzucenia jarzma niewoli. Ponieważ Biała rasa jest niezwykle uzdolniona (ta opinia nie jest moja, pochodzi z przekazów channelingowych), bardzo szybko opanowali technologię, którą posiadali ich właściciele. Stworzono nie tylko tajny język, lecz także potajemnie przygotowywano broń i szkolono się do walk z Czarnymi Władcami. Czekano teraz już tylko na kogoś, kto poderwie zniewolonych do walki z ich okrutnymi panami i poprowadzi ich do zwycięstwa.  



INWAZJA RAMA
(ok. 15 000 r. p.n.e.)




 Przez prawie 3000 lat Biała, aryjska ludność rozrosła się do niespotykanych rozmiarów. Ich liczebność zaczęła przewyższać wszystkie skupiska Amazirów na terenie Iranu. To tam właśnie narodził się też późniejszy Wielki Prawodawca Ariów, pogromca Amazirów i zdobywca Iranu oraz okolicznych terytoriów (gdzie stworzy państwo zdominowane przez Białą ludność) - RAM. Jego potomek - RAM II, ok 8243 r. p.n.e. zniszczy Imperium Nagów, zajmując Indie i tworząc tam Białą społeczność (Czerwonoskórych Nagów, tak jak wcześniej Czarnoskórych Amazirów po udanym powstaniu Rama I, zmieniono w niewolników. Dawni władcy staną się więc potem sługami swych niewolników - ale do Indii Nagów jeszcze powrócimy). Życie Ramy I było dość bujne, przyszedł na świat (jak wszyscy Biali na tych terenach) w rodzinie niewolniczej i przez pierwsze lata wiódł żywot oznakowanego niewolnika lokalnego amazirskiego satrapy. Podejmował się kilku prób nieudanych ucieczek, za co musiał nosić żelazną obręcz na szyi oraz miał łańcuchami skrępowane nogi. Nie wiadomo w jaki sposób udało mu się uciec, wiadomo jedynie że córka (bądź żona) lokalnego władcy, była oczarowana jego umiejętnościami i podziwiała jego odwagę (być może to właśnie ona dopomogła mu w ucieczce, ale na ten temat nie ma żadnych informacji). W każdym razie Ram uciekł od swego pana i udało mu się wydostać z Imperium Amazirów na ziemie północy.

Tam zaprzyjaźnił się z plemionami Białych koczowników (którzy po upadku Imperium Ujghur żyli w dość marnych warunkach) którzy też byli prześladowani, najeżdżani i brutalnie pacyfikowani przez Amazirów. Nie sprawiło mu więc większej trudności namówienie ich do walki z ich Czarnymi ciemiężycielami, zresztą nie tylko ich namówił. Także wiele szczepów równie prymitywnych Żółtych potomków dawnych Żółtoskórych Bakaratinian, którzy po upadku Imperium Ujghur odzyskali wolność (Biali-Aryjczycy z Imperium traktowali Żółtoskórych mieszkańców terenów Azji jak niewolników - pisałem już o tym w temacie o Imperium Ujghur), teraz zaś też byli najeżdżani przez swych Czarnych pobratymców. Tak więc Ram zmobilizował pod swymi rozkazami potężną armię, złożoną z wielu zjednoczonych plemion Białych i Żółtych mieszkańców Azji (począwszy od terenów dzisiejszej Syberii). Nim jednak zjednoczył je w jedną całość, wcześniej udał się na poszukiwanie podziemnych miast Agharty, o których słyszał od mieszkańców tamtych plemion. Opowiadali oni, że w podziemnych miastach zachowała się w swej niezmienionej formie cała cywilizacja Imperium Ujghur, wraz z ogromną technologią tamtego państwa. Było tylko jedno ale - nie wiedziano gdzie dokładnie mieściła się Agharta i jak można było się tam dostać (tym bardziej że mieszkańcy Agharty nie wychodzili na zewnątrz).

Ram jednak odnalazł drogę wiodącą do tego miejsca i dotarł do miast Agharty (o samej cywilizacji i technologii Agharty opowiem w innym temacie), posiadł tam wiedzę techniczną i zdobył broń, potrzebną w walce z Amazirami. Broń, jakiej ci Czarni mieszkańcy Iranu nie posiadali, ani nawet nie wiedzieli o jej istnieniu. Wsparty siłą zjednoczonych plemion i broni z Agharty, ruszył na Iran. Już pierwsze starcia z Amazirami upewniły go w przekonaniu, że nie mają oni najmniejszych szans w walce z tą technologią (oraz z masami najezdniczych i wrogich im plemion). Bardzo szybko wybuchły też lokalne powstania Białych niewolników, co jeszcze bardziej ułatwiło zadanie Ramowi. Czarni przegrywali i cofali się na całym froncie. Ostatnia padła ich stolica (którą uważali za nie do zdobycia) - Hazarta. Po jej utracie Amazirowie złożyli broń i uznali swą przegraną. Tylko że teraz Ram postanowił stworzyć w Iranie państwo nowego typu, z dominującą Białą ludnością, jako "rasą panów", natomiast dotychczasowych Czarnoskórych władców - zmienił w niewolników. Wzniósł tam nową stolicę Białej ludności i wprowadził nowe prawa - ale o tym w kolejnej części.


CDN.

06 sierpnia 2026

LEGIONY TO OFIARNY STOS!

 MY, PIERWSZA BRYGADA





"JA CAŁE ŻYCIE BĘDĘ PAMIĘTAĆ TĘ CHWILĘ, GDY PO RAZ PIERWSZY UJRZAŁAM POLSKICH ŻOŁNIERZY. BĘDĘ SIĘ ZA WAS MODLIĆ CO DZIEŃ"

"PROSZĘ SIĘ ZA NAS MODLIĆ, ALE PROSZĘ NIE PŁAKAĆ. MY NA TĘ WOJNĘ IDZIEMY JAK NA WESELE"

FRAGMENT FILMU: "ŚLUBY UŁAŃSKIE" z 1934 r.




 Dziś mija 112 rocznica wymarszu Pierwszej Kompanii Kadrowej z krakowskich Oleandrów (czyli łąk na Oleandrach) w stronę Królestwa Kongresowego zwanego niegdyś "Polskim", ale w tamtym czasie zwanym z rosyjska Privislenije, i oczywiście nie mogłem tego faktu pominąć i go nie zauważyć. Kiedyś obiecałem sobie że wreszcie wezmę udział w corocznie organizowanym marszu wyjścia Pierwszej Kompanii Kadrowej z Oleandrów, ale zawsze coś mi wypada i coś jest ważniejszego, albo terminy się nie zgadzają i niestety jak do tej pory jeszcze w tym marszu nie uczestniczyłem, ale mam nadzieję że wszystko przede mną 🥴. Bo rzeczywiście, historia tych chłopaków, którzy wyszli pod wodzą Komendanta a raczej Brygadiera Józefa Piłsudskiego do Kongresówki, żeby bić się o wolną Polskę, jest niezwykła, piękna i wzniosła. I rzeczywiście, ci chłopcy szli na wojnę jak na bal, jak na wesele w pełni nadziei, radości że na ich oczach tworzy się niepodległa Ojczyzna i że oni będą tą siłą sprawczą, która pobudzi ten polski zryw narodowy ponownie do działania, zbudzi tego uśpionego w kongresówce Privislaka i wspólnie odbuduje się niepodległą Rzeczpospolitą, Najjaśniejszą Ojczyznę Naszą. Niestety ten entuzjazm Legunów bardzo szybko został sprowadzony do parteru, jako że ludność Kongresówki nie postrzegała wkraczających na polskie ziemie zaboru rosyjskiego żołnierzy legionowych jak swoich, a wręcz przeciwnie, powszechnie nazywano ich "obcymi" i często po wsiach (do których wkraczali Legioniści) rozchodziły się wołania: "Ludzie, uciekajta, legionisty idą!" Można sobie tylko wyobrazić jak bardzo rozdzierało to serca tych młodych chłopaków, którzy naprawdę wierzyli że wspólnie z ludnością Kongresówki odbudują Ojczyznę. 

Początkowo humor dopisywał wśród Legunów, bowiem jak pisał w swych pamiętnikach Roman Starzyński (brat Stefana - ostatniego prezydenta Warszawy II Rzeczypospolitej w latach 1934-1939): "Słup z dwugłowym orłem. To granica! Każdy czuje się w obowiązku słup ów kopnąć, walnąć kolbą i... runął, by już nigdy więcej nie powstać. Polska jest teraz wszędzie tam, gdzie stąpnął nogą żołnierz polski. Braliśmy 12 sierpnia przed świtem w posiadanie tę ziemię umęczonego narodu w przekonaniu, że Polska niepodległa już jest i nigdy swej niepodległości stracić nie może". Szybko jednak pojawiło się rozczarowanie, oto bowiem, jak wspominał chociażby Michał Sokolnicki: "Z terenów, przez które przechodziliśmy, uciekali ludzie do swoich, do rosyjskiego wojska. Wielkie dwory są bezwzględnie wrogie; po wsiach panuje strach zabobonny i ślepe przywiązanie do istniejącego dotąd panowania i bata. (...) Pustka na ulicy, okna i drzwi domów zabite deskami; ani jednego człowieka, ani bydlęcia czy kury". Starzyński dodawał jeszcze: "W Warszawie panuje orientacja rosyjska - aż boleśnie. (...) Ludzie przybyli z Warszawy opowiadają, że panie obsypują kwiatami wojsko rosyjskie, ochotnicy idą do szeregów rosyjskich. (...) Są ludzie, którzy wierzą, że Rosja da nam po wojnie autonomię. Rosja zwycięska! Rosja, która miesiąc temu nie pozwalała radzić po polsku o zamiataniu ulic (...) nikt nie wita, nikt nie pozdrawia. Nikt nie wyniesie szklanki wody, nikt nie poda kromki chleba. To już nie Krakowskie, nie polska Galicja, to Rosja, zaludniona szczepem mówiącym po polsku, ale czującym po rosyjsku. (...) Traktowano nas jak okupantów. Portrety carskie starannie pochowano, abyśmy ich nie zniszczyli, starano się zachować język rosyjski w aktach, zachować 100% lojalności wobec rządu rosyjskiego". 




Ten parszywy nastrój tamtych dni pięknie został ukazany w filmie "Piłsudski" z Borysem Szyciem w roli głównej z 2019 r., gdy Legioniści wchodzą do wioski, skąd albo przed nimi uciekają chłopi, albo zamykają się szczelnie w swych chałupach. Gdy jedne z takich drzwi zostają wyważone i oficer legionowy wchodzi do chaty, pyta się przerażonych domowników: "Czego się boicie? Po latach niewoli Polska idzie!", wtedy pada niesamowite pytanie, będące jednocześnie przykładem ówczesnej mentalności ludzi, którzy już pomału zamieniali się w takich "polskich Rosjan". Mianowicie ów chłop zapytuje: "Na długo?" 😕 Oficer nie wytrzymuje i wychodzi, rzucając na do widzenia: "A jebał was pies!". Tak wówczas było, a owe rozczarowanie Legunów przetrwało w ostatniej zwrotce "Pierwszej Brygady": "Nie chcemy już od was niczego, ni waszych kies, ni waszych łez. Skończył się czas kołatania, do waszych serc - jebał was pies!" (potem ten fragment został usunięty z tekstu).


EDWARD RYDZ-ŚMIGŁY 
(z lewej) 
1914



Ale warto też powiedzieć jak to się stało, że w sierpniu 1914 r. z wielu polskich domów młodzi mężczyźni uciekali, zostawiając rodzinie takie i temu podobne zapiski: "Wojna! Zwiałem z domu, bo tak nakazywał mi honor mężczyzny". Dlaczego ci młodzi chłopcy - bo właśnie tak należy ich nazwać, gdyż spora część z nich nie miała skończonych nawet 18 lat - dlaczego podjęli się tej, jakże niebezpiecznej próby wstąpienia do formującej się na ziemiach tzw.: "Galicji" Pierwszej Kompanii Kadrowej, która potem przerodziła się w Legiony Polskie? Podjęli się tego kroku z chwilą wybuchu wojny (1 sierpnia 1914 r. kajzerowskie Niemcy wypowiedziały wojnę carskiej Rosji), zdając sobie jednocześnie sprawę że z wojny tej mogą nie powrócić żywi, a jednak "honor mężczyzny" nie pozwalał wielu z nich pozostać biernym na wielkie, dziejowe wydarzenia których byli świadkami. Polska nie istniała wówczas na mapach świata już od 119 lat i tak naprawdę wielu zdążyło się z tym faktem nie tylko pogodzić, ale i uznać za naturalny stan rzeczy. "Cały świat wie że naród polski utracił niepodległość z własnej winy, bo się nie umiał sam rządzić" - jak rzekł młody, rosyjski oficer w filmie "Szwadron" z 1992 r. (grany przez Radosława Pazurę), opowiadający o przygodach nieszczęśliwie zakochanego rosyjskiego arystokraty, który odtrącony przez ukochaną, zaciąga się do wojska i zostaje skierowany do ogarniętej Powstaniem Styczniowym (w latach 1863-1864) Polski. Na te słowa, wzięty do niewoli polski pułkownik, o nazwisku Markowski (grany przez Jana Machulskiego) odpowiada: "Rozmawiamy jak dżentelmeni, a to wyklucza kpiny. Gdyby rzeczywiście Bóg karał za takie rzeczy, nie poprzestałby na jednej Polsce. Niedawno Opatrzność obdarzyła wolnością Włochy. Czyżby Włosi nie grzeszyli przeciw patriotyzmowi? A Prusy? Na naszych oczach stają się mocarstwem. A Rosja? Tam nie ma bezprawia?", Rosjanin stwierdza: "Panie pułkowniku, za młody jestem aby mieć własne zdanie, ale wątpię jednak że kiedykolwiek zwyciężycie". "Tego możesz być pewien" - odpowiada pułkownik "nadejdą czasy kiedy was tu nie będzie a Polska będzie wolna". Trwało to pięćdziesiąt lat. Pięćdziesiąt lat kolejnej niewoli, rusyfikacji, germanizacji, nocy apuchtinowskiej, prześladowania dzieci Wrześni, wywózek na Sybir i całkowitym zakazie mówienia po polsku, nie tylko w urzędach lecz również na ulicy. I wtedy to, dla tego zniewolonego, zgnębionego narodu zapaliło się światełko nadziei - wybuchła I Wojna Światowa - wojna, która umożliwiła wywalczenie i odbudowę państwa polskiego.




Leguny Komendanta Józefa Piłsudskiego, wychodząc z Oleandrów owego dnia 6 sierpnia i kierując się w stronę Kongresówki - czyli zaboru rosyjskiego, były przecież zarówno naturalnymi jak i ideowymi (literackimi) dziedzicami Powstańców Styczniowych, Powstańców Listopadowych (1830-1831), Wielkopolskich (1846, 1848), Krakowskich (1846 r.), wiarusów co to pod Cesarzem Napoleonem Wielkim szli na Smoleńsk i Moskwę i wreszcie Powstańców Kościuszkowskich (1794 r.), żołnierzy wojny polsko-rosyjskiej 1792 r. i Konfederatów Barskich z lat 1768-1772. Każde pokolenie miało wówczas swoją wojnę (jedynym wyjątkiem było pokolenie urodzone w latach 50-tych i 60-tych XIX wieku, które jako jedyne nie walczyło za młodu, ale już ich synowie zrodzeni w latach 80-tych i 90-tych XIX wieku, przekroczyli granicę znienawidzonego kordonu i poszli "budzić Polskę do życia", "rwać kajdany z Jej rąk" by ponownie "blask Najjaśniejszej Ojczyzny zabłysnął nowym światłem". Ci młodzi chłopcy (i dziewczęta - bo przecież w Legionach również służyły kobiety chociaż głównie jako sanitariuszki, kurierki i wywiadowczynie, kilkanaście kobiet walczyło z bronią w ręku w męskim przebraniu. Zresztą udział kobiet zarówno w latach 1914-18 i wcześniej w czasach konspiracji zaborowej był tak duży, że gdy Polska odrodziła się w listopadzie roku 1918, to nawet nie było mowy na temat tego czy kobiety mogą mieć prawa wyborcze, czy nie, od razu przyznano im je na równi z mężczyznami), którzy w tych dniach sierpniowych 1914 r. uciekali z domu, bo tak im nakazywał "honor mężczyzny", w rzeczywistości czynili tak, bo w ich duszy pobrzmiewał odgłos Dzwonu Zygmunta, przepowiednie starego ukraińskiego wieszcza Wernyhory - Rzeczpospolitanina, męstwo Kmicica, odwaga Wołodyjowskiego, cięty humor Zagłoby i rozbrajająca łagodność litewskiego olbrzyma - Powsinogi Podbipięty, herbu Zerwipludry Zerwikaptur, z psich kiszek z mysich kiszek. Wszystko to składało się na wielką tradycję Rzeczypospolitej, kultywowaną przez pokolenia Rzeczpospolitan żyjące w niewoli, która przesiąknęła umysły tych młodych chłopaków z sierpnia 1914 r., a polski orzeł srebrnopióry w ich dusze wbił pazury (tak jak i w moją). Szli na tę wojnę jak na wesele, radując się że wreszcie wybuchła wojna, dzięki której szóste pokolenie Polaków-Rzeczpospolitan - zrodzone w niewoli - doczekało Jutrzenki Wolności. Wywalczyli sobie Polskę silną, Polskę która gotowa była objąć należną Jej pozycję wśród narodów Europy i Świata. To ci Legioniści z sierpnia 1914 r. (i wielu im podobnych, walczących w innych polskich formacjach na frontach Wielkiej Wojny) potem stanowili kadrę dowódczą Wojska Polskiego, które to wojsko najpierw w 1920 r. rozbiło osiem sowieckich armii idących na podbój Europy, a we wrześniu 1939 r. stanęło naprzeciw dwóch śmiertelnych totalitaryzmów, które gotowe były utopić świat w rzece krwi, byle tylko wprowadzić w życie swoje chore ideologie. Ci żołnierze potem ginęli w Katyniu, w niemieckich i sowieckich miejscach kaźni, tropieni i mordowani jak zwierzęta, jak bydło. I to za co? Bo chcieli żyć po swojemu, żyć jako wolni ludzie w swoim, odrodzonym kraju.




Dziś, po latach niemieckiej zbrodniczej okupacji, po sowieckich zbrodniach i komunistycznym zniewoleniu, trwającym ponad cztery dekady (notabene - komunizm wyrządził Polsce więcej szkód niż ponad stuletnie zabory, gdyż uderzał bezpośrednio w tkankę społeczną i w życie gospodarcze kraju), po okresie postkomunistycznego rabunku majątku narodowego i masowego wyprzedawania koncernów przemysłowych, stoczni, kopalni a nawet prasy w obce ręce - Polska od 1989 r. rzeczywiście stała się (jak mówił Władysław Bartoszewski, notabene dość nieprzyjemna postać) "Brzydką panną bez posagu". Natomiast po wejściu w struktury Wspólnoty Europejskiej w 2004 r. (która to w 2009 r. zmieniła się w Unię Europejską - bo należy pamiętać że my do żadnej Unii nie wchodziliśmy, Unia dopiero powstała w roku 2009, pięć lat po naszym wejściu do Wspólnoty), staliśmy się realną gospodarczą (jak również polityczną) kolonią Berlina, w myśl naumannowskiej koncepcji Mitteleuropy z 1915 r. (Polska stała się podwykonawcą dla niemieckiej gospodarki) a rządom postsolidarnościowym, zjednoczonym z obozem postkomunistycznym (w tym przede wszystkim związanym ze Służbą Bezpieczeństwa) taki układ był bardzo na rękę, ponieważ pozwalał trzymać kontrolę nad społeczeństwem i jednocześnie występować w roli "elity" postkolonialnego kraju. Proces odradzania się wymordowanej wcześniej, prawdziwej elity tego narodu - wciąż postępuje, po dziś dzień ten proces trwa. Przecież to w tym kraju premierem był i obecnie jest człowiek, który twierdził że "polskość to nienormalność", a nagrodę Nobla dostała pisarka, która mówiła że Polacy to "właściciele niewolników i mordercy Żydów", kilka lat temu zaś pewien showman, mający program w telewizji - Jakub Wojewódzki namawiał swego gościa, by ten włożył polską flagę w... psią kupę - i tak też się stało. Takie dziś mamy "elyty" - nic dodać nic ująć. I teraz porównując te dzisiejsze indywidua, do tamtych chłopaków i dziewcząt, którzy w sierpniu 1914 r. szli "budzić Polskę do życia" - można uświadomić sobie na jakich wartościach budowana była tamta Polska, o której niepodległy byt walczyło tyle pokoleń, a na jakich "wartościach" budowano obecną, tzw.: III Rzeczpospolitą? Bóg-Honor i Ojczyzna kontra... psia kupa. 

Oczywiście, tak jak wspomniałem, to się powoli znów zaczyna zmieniać, ale mentalność niewolników wciąż tkwi w głowach wielu naszych przywódców, a jest to bardzo niebezpieczna rzecz, gdyż wszystko, dosłownie WSZYSTKO począwszy od sukcesów a skończywszy na porażkach - zaczyna się w głowie, w naszych myślach. Ludzie, którzy przeżyli komunę i którzy wówczas dorastali (nawet jeśli byli zdeklarowanymi antykomunistami) mentalnie nasiąknęli pewną wizją świata, która sprowadzała się do słów: "Ruskie to jest potęga, z Ruskimi nie wygrasz", etc. etc. Kto z nich w ogóle brał pod uwagę rok 1920 i zwycięstwo jakie odnieśliśmy wówczas nad sowiecką zarazą (i nie jest to inwektywa - to jest stwierdzenie faktu), gdy totalnie skopaliśmy im wówczas zadki, tak, iż Lenin musiał prosić o pokój. Kraj który dopiero co kilkanaście miesięcy wcześniej zaczął odradzać się do życia, zwyciężył niepokonaną (i wciąż zasilaną nowymi rekrutami) Armię Czerwoną, która na każdym odcinku frontu biła zaprawione w bojach I Wojny Światowej armie rosyjskich (białych) generałów. Takiej klęski, jaka spotkała wówczas Związek Sowiecki w 1920 r. nie doznał on już nigdy później (Hitler miał ogromną szansę pokonać Sowiety w przeciągu kilku miesięcy, ale był idiotą zapatrzonym w swoją ideologię dla ćwierćinteligentów i... przegrał już wygraną wojnę - swoją drogą, to jest dopiero osiągnięcie, prawda?). Zarówno Leguny z 1914 r. jak i żołnierze z roku 1920 zwyciężyli dlatego że - mocno wierzyli nie tyle w to, że zwyciężą, ale w to, że "idą na tę wojnę jak na wesele" i mogą "przenosić góry" (dosłownie, nie w przenośni). Nasze myśli kształtują bowiem rzeczywistość, jeśli poddamy się jakimś takim głupkowatym obawom, pytaniom czy kalkulacjom co lepsze a co gorsze, to nie wygramy niczego. Mój ojciec opowiadał mi kiedyś o pewnym bokserze, który był tak dobry że kładł swych przeciwników nokautem. Miał tylko jedną poważną ujmę - był strasznie słaby psychicznie i gdy tylko przed walką ktoś powiedział mu że przeciwnik jest tak dobry, że on na pewno z nim nie wygra - to nie wygrał, bo cały czas myślał o tym, że jest gorszy i to sobie po prostu samemu sprawił.




Dlatego też trzeba wreszcie otrząsnąć się z tego matrixu w którym żyjemy i zacząć (tak jak Neo) kształtować naszą rzeczywistość - rzeczywistość, w której odrodzona Wielka Rzeczpospolita będzie siłą stabilizującą nie tylko w Europie, ale i na Świecie. Mamy ku temu nie tylko moralne prawo, ale zarówno zasoby materialne i doświadczenie - gdyż przeżyliśmy takie cierpienia, które są nie do wyobrażenia dla wielu innych narodów, a poza tym istnieje pamięć dawnej potęgi, która nie była potęgą zaborczą, stworzoną na przemocy i krwi, lecz potęgą zgody, konsensusu i unii wzajemnych. Któż może mieć większe niż my moralne prawo do objęcia swoistej opieki nad tym Światem? Ktoś powie - niemożliwe! Naprawdę? czy w XIII wieku, gdy ziemie polskie poddawane były dość intensywnej germanizacji, ktoś mógłby pomyśleć że za dwieście lat język polski będzie językiem dyplomacji pomiędzy Chinami a Rosją oraz między Anglią a Rosją a w Katalonii język polski będzie w powszechnym użyciu? Nie istnieją rzeczy niemożliwe, każda bariera która uniemożliwia nam osiągnięcie jakiegokolwiek zadania, rodzi się na początku w naszej głowie i czerpie siłę z naszej Duszy. To my sami nadajemy jej granice możliwości czy niemożliwości. Czy ta garstka chłopaków, którzy wyruszali z krakowskich Oleandrów 6 sierpnia 1914 r. by wyzwalać Polskę z wiekowej niewoli, mogła być brana na serio? Przecież nie stanowili oni nawet jednej dziesięciotysięcznej ułamka sił i możliwości, jakimi dysponowały mocarstwa zaborcze (Rosja, Niemcy i Austro-Węgry) - a mimo to wygrali! Tamte państwa się porozpadały a Polska odrodziła się do nowego, niepodległego życia. I kto powie mi jeszcze że coś jest niemożliwe do zrobienia? Te legionowe chłopaki oddały Ojczyźnie swe Dusze, wierząc głęboko że Polska Niepodległa JUŻ JEST! Nawet w ironicznych wierszach z tamtej epoki, znaleźć można prawdę o Pierwszej Kompanii Kadrowej i Komendancie Piłsudskim, jak choćby ten, zamieszczony w "Wiadomościach Ideowych": "A gdy się człeku zapytasz w pokorze, co znaczy ten Hetman i co on też może? Głupio zapytasz, wszak wiedzieć należy: Wielkim być musi, skoro sam w to wierzy" - wiersz próbujący nieco ośmieszyć Komendanta, pokazał jednak całą prawdę, nie tylko o Nim samym, ale o całej ludzkiej zawiłej naturze rzeczy.

Podsumowując, nie tylko wiara, lecz również zgoda i jedność jest ważna, aby z niemożliwego uczynić możliwe - Duszę chcesz? Duszę daj! - zjednocz się niewidzialną więzią z innymi, niech wasze Dusze staną się jednością a wasze Umysły wspólnie wyrażać będą te dawno już zapomniane i przez wielu niechciane wołanie: MY CHCEMY POLSKI! Dziś te słowa brzmieć muszą: My chcemy Rzeczypospolitej Potężnej, która odrodzi zapomnianą już tradycję wolności Rzeczpospolitan - przekazując ją w darze współczesnej Europie. Europa już teraz potrzebuje Polski, nawet jeśli obywatele wielu europejskich państw nie zdają sobie z tego sprawy (bo nikt ich po prostu nie informuje jak ważna obecnie jest Polska dla Europy a nawet dla Świata). Ta potrzeba będzie się tylko zwiększała w przeciągu kolejnych dekad, gdy kontynent europejski zacznie się staczać w region Trzeciego Świata, targany przemocą, neomarksistowską ideologią i zamordystyczną dyktaturą. Ale to dopiero wizja przyszłości.



DUSZĘ CHCESZ
DUSZĘ DAJ!



05 sierpnia 2026

WIELKA HISTORIA SEKSU - Cz. II

OD CZASÓW STAROŻYTNYCH 
PO NAM WSPÓŁCZESNE





PREHISTORIA
(do 3700 r. p.n.e.)




 Historia Ludzkości na Ziemi jest długa, zbyt długa bym miał się cofać do pierwszych (pozaziemskich) jej początków. Zresztą nie miałoby to większego sensu, gdyż np. channelingi na temat ludzkiej (i "boskiej") seksualności podają bardzo niewiele wiadomości. Tak naprawdę prawdziwa historia Ludzkości na Ziemi rozpoczyna się od ok. 3 700 r. p.n.e. wówczas to bowiem powstaje pierwszy kalendarz, liczony ziemską rachubą lat. Z wcześniejszego okresu (który dla większości ludzi jest okresem mitycznym lub pseudonaukowym, pseudo-historycznym), można chociażby coś powiedzieć o silnej pozycji kobiet (szczególnie kapłanek) w społeczności I Imperium Atlantydy. Od ok. 70 000 r. p.n.e. do ok. 50 700 r. p.n.e. kobiety dominowały w religijnej, kultowej i mistycznej tradycji cywilizacji I Imperium. 

Przykładem wielkiej pozycji tamtejszych kapłanek niech będą chociażby takie imiona (wymienione przez sławnego amerykańskiego jasnowidza i mistyka, zwanego "Śpiącym Prorokiem" - Edgara Cayce'a, podczas jego sesji z lat 20-tych i 30-tych XX wieku), jak Wielka Kapłanka ISHUMA (z Wielkiej Świątyni z I Sfery Atlantydy, żyła ok. 59/58 000 r. p.n.e.), która miała ponoć spółkować z wieloma mężczyznami, wśród których byli także jej niewolnicy. Przeszła do historii (a raczej została tak zapamiętana w sesjach Cayce'a), jako matka 17 synów, którzy również mieli zostać kapłanami. Kolejną postacią, wymienioną przez Cayce'a, była Wielka Kapłanka AJAHEL, która była prekursorką zwołania Kongresu Zjednoczeniowego Atlantów (według Cayce'a miało to miejsce dokładnie w 50 722 r. p.n.e.), musiała więc żyć w okresie 51/50 700 r. p.n.e. (należy bowiem pamiętać, że w tamtym czasie ludzie spokojnie dożywali tysiąca, a niekiedy tysiąca dwustu, trzystu lub nawet tysiąca pięciuset lat - te ostatnie to skrajne przypadki - było to oczywiście spowodowane brakiem śmiertelnie niebezpiecznego kosmicznego promieniowania, któremu wówczas zagradzała drogę do Ziemi bariera złożona z firmamentu wodnego, którego dziś już nie ma). Ajahel była ostatnią Wielką Kapłanką Świątyni przed wybuchem powstania Synów Beliala. Jej następczynią była Wielka Kapłanka (zwana przez Cayce'a - "Wojowniczą Kapłanką") AMENEE, która dowodziła obroną miasta Atlantydy (a szczególnie I Sfery), przez zwolennikami Zakonu Synów Beliala. W jej rękach skumulowana była też cała zarówno religijna jaki i polityczna władza (szczególnie po ucieczce ostatniego tolteckiego króla Atlantydy - AXTELLA). Amenee prawdopodobnie zginęła, podobnie jak reszta Czerwonoskórych obrońców miasta.

Cayce mówi nam również, że wraz z królem Axtellem - który zbiegł drogą morską w kierunku kraju ARANKA (będącym jedną z prowincji I Imperium Atlantydy - dziś ten kraj nosi nazwę Egipt), towarzyszyła mu m.in.: kapłanka ILAX, dzięki której powstała pierwsza świątynia "Jednego Prawa" na egipskiej ziemi i która dążyła do zjednoczenia Czerwonoskórych atlantydzkich panów z zamieszkującymi pierwotnie Arankę Czarnoskórymi plemionami dawnych Bakaratinian, żyjącymi na o wiele niższym stopniu rozwoju cywilizacyjnego. Cayce wspomina również o pierwszej (i zapewne jedynej) królowej-dyktatorce z I Imperium o imieniu - AMIEE, która miała zostać obalona w wyniku buntu ludności i stracona. Żyła i władała (według Cayce'a), ok. 60 000 r. p.n.e. Rok 50 712 p.n.e. jest według "Śpiącego Proroka" datą graniczną I i II Imperium Atlantydy. Wówczas to bowiem (po ośmioletnim powstaniu i wojnie domowej pomiędzy Czerwonoskórymi Toltekami - dotychczasowymi władcami Atlantydy, a Białymi osadnikami z różnych części Wszechświata - głównie z Malony, Alpha Centauri i Syriusza) skończyła się równoprawna (a często nawet i dominująca) pozycja kobiet w społeczeństwie Atlantów. Teraz, już do zagłady samej wyspy (ok. 12 500 r. p.n.e.) władzę będą piastować jedynie mężczyźni i to zarówno tę polityczną jak i religijną. 

Początkiem nowego okresu jest powstanie Patriarchatu Atlantydy, z Pierwszym Patriarchą (jednocześnie przywódcą powstania Zakonu Synów Beliala - ALTO z QUOAUDY). Patriarchat obali ok. 40 000 r. p.n.e. niejaki TORVALL, który koronuje się na pierwszego króla II Imperium Atlantydy. Monarchia (i trzy dynastie) II Imperium, to również okres całkowitego podporządkowania kobiet nowemu prawu. Utracą one jakąkolwiek możliwość pełnienia funkcji kapłańskich. Poza tym wprowadzony zostanie "OBOWIĄZEK POSŁUSZEŃSTWA", polegający na całkowitym podporządkowaniu się kobiety mężczyźnie i będzie on konsekwentnie przestrzegany aż do czasów ostatecznego zniszczenia Atlantydy (do. 12 500 r. p.n.e.). W międzyczasie narodzi się na Wyspie matriarchalny kult "AGNI" (ok. 15 000 r. p.n.e. - o czym jeszcze nie pisałem), częściowo nawiązujący do czasów I Imperium. Nie przetrwa jednak długo i swój kres odnotuje na ok. pięćset lat przed zatonięciem Atlantydy.

Ten obszerny temat dotyczy jedynie cywilizacji Atlantów, a przecież istniały jeszcze inne cywilizacje, jak choćby cywilizacja MU (toltecko-aryjska) na kontynencie Lamar, czy cywilizacja nibiruańska na Bliskim Wschodzie, częściowo w Egipcie czy w Indiach (po upadku aryjskiej cywilizacji Imperium Ramy). Nie ma sensu abym je tutaj teraz wymieniał, zresztą wkrótce piszę je wszystkie w temacie: "Historii Wszechświata", teraz powiem tylko tyle, że po katastrofie jaką dla ludzkich cywilizacji był zarówno I WIELKI POTOP (ten biblijny) - ok. 12 500 r. p.n.e. jak i II POTOP (ok. 8000 r. p.n.e.), czy WOJNY PIRAMIDOWE (I i II), pomiędzy Ariami i samymi Nibiruanami (ród Enkiego i Enlila), zakończone ostatecznie ok. 7370 r. p.n.e. konferencją pokojową skłóconych "bogów" na górze Harsag, nastąpiło nie tylko cofnięcie się ludzkich społeczeństw w rozwoju tak technologicznym jak i społeczno-politycznym, ale także nastąpiło znaczne skrócenie długości ludzkiego życia (ok. 8000 r. p.n.e. po zakończeniu I Wojny Piramidowej i katastrofie II Potopu). Zniszczenie FIRMAMENTU NIEBIESKIEGO (który ochraniał Ziemian przed szkodliwym promieniowaniem z głębi Kosmosu i umożliwiał dożywanie ponad tysiąca lat), spowodowało że w przeciągu kilku następnych pokoleń wiek Ludzi na Ziemi spadł najpierw o połowę, a następnie skrócił się do ok. 100 lat. W każdym razie z omawianego okresu nie ma szerszych informacji na temat ludzkiej seksualności. Datą graniczną, jaką przyjąłem, jest rok 3700 p.n.e. (czyli ostateczne przekazanie władzy nad Ziemią w ręce potomków Noego... spokrewnionych z Nibiruanami przez "boga" Ninurtę). Mniej więcej ten okres niech więc będzie datą graniczną pomiędzy tzw.: Prahistorią a Historią Starożytną (o stosunkach seksualnych pomiędzy prymitywnymi Lulusami pisać nie zamierzam, gdyż po pierwsze nie mam na ten temat większych informacji, a po drugie wydaje się to chyba mało ciekawe jak spółkowali np. Neandertalczycy).



STAROŻYTNOŚĆ
(ok. 7300 r. p.n.e. - ok. 3000 r. p.n.e.)
KULTY WIELKIEJ MACIERZY




 Po zakończeniu wielkich wojen (w tym wojen jądrowych, opisywanych chociażby w hinduskich księgach - Mahabharacie czy Ramajanie), oraz katastrof ekologicznych o skali globalnej (takich jak potopy czy utrata Firmamentu Niebieskiego, okalającego naszą planetę), Ludzkość na Ziemi powoli zaczęła odbudowywać swą populację, tak, że jeśli ok. 10 000 r. p.n.e. ludzi na Ziemi (ze wszystkich kultur i cywilizacji) były ok. trzy miliony, to już ok. 3000 r. p.n.e. Ludzkość liczyła... sto milionów. Był to niewątpliwy wielki skok demograficzny, który pozwolił zasiedlić i opanować prawie całą planetę. Okres po zakończeniu działań wojennych, był czasem odbudowy, znanym jako Neolit. Społeczeństwa które przetrwały wszelkie te katastrofy, zaczęły zamieszkiwać tereny, które niegdyś tętniły życiem (jak choćby rejon miast-państw Międzyrzecza, zwanego w Biblii - "Ogrodem Eden"). Były to jednak prymitywne związki plemienne (jak już wspominałem, po "wojnach bogów" Ludzkość cofnęła się w swym rozwoju do epoki prymitywizmu jakiego dotąd nie znano na naszej planecie). Podział ról pomiędzy mężczyznami a kobietami też był jasny - kobiety zajmowały się domostwem i dziećmi, mężczyźni dbali o zagrody ze zwierzętami domowymi i (od czasu do czasu) urządzali polowania na dzikiego zwierza. Kobiety jednak, jako te, które przedłużały byt danego szczepu czy plemienia, były uważane w społeczności za ważniejsze, bowiem gwarantowały przetrwanie. Stąd nabrało się tak wiele figurek neolitycznej "Wenus" z ewidentnie podkreślonymi cechami kobiecej płodności - (uwypuklonym łonem, dużą pupą i wielkimi piersiami), często w pozycji siedzącej. Bardzo wiele figurek symbolizowało boginię Inannę/Isztar/Aszterę, która była symbolem wybujałego erotyzmu (Nibiruanka Inanna - według przekazów channelingowych - miała być nawet założycielką "Szkoły Świętego Nasienia" w Mezopotamii i uprawiać stosunki z wieloma mężczyznami dziennie, a tych, którzy nie mogli jej zadowolić - kazała kastrować lub uśmiercać). 

Z czasem jednak, właśnie ok. 3000 r. p.n.e. pozycja kobiety, jako personifikacji Wielkiej Macierzy dającej życie i umożliwiającej przetrwanie, zaczęła się zmieniać. A miało to związek ze zmianą sposobu życia. Bardziej osiadły tryb życia, gdzie kobieta zajmowała się domem i dziećmi (i wciąż miała pełne ręce roboty), a mężczyzna obejściem, zwierzętami i (ewentualnie) polem - zrodził zręby współczesnej cywilizacji ludzkiej, dzięki temu że mężczyźni po pracy mogli dumać nad zawiłościami życia i uczynieniem go bardziej bezpiecznym. Zaczęto też tworzyć oddziały wojowników, które to miały chronić daną społeczność przed napadami sąsiednich plemion. Tak oto pozycja Wielkiej Matki (prawdopodobnie jakieś pozostałości z atlantydzkiego kultu "Agni") jako bogini oraz kobiety jako przywódczyni plemiennej społeczności przedłużającej życie, zaczęła się radykalnie zmieniać. Już ok. 3000 r. p.n.e. możemy mówić o powstaniu typowo męskich kultur "pierwszych" historycznych cywilizacji.



STAROŻYTNOŚĆ
(od ok. 3 000 r. p.n.e.)
UPADEK "WIELKIEJ MATKI
i DOMINACJA BOGA-KRÓLA




 Chciałbym od razu zaznaczyć, że system pierwotnych kultur matriarchalnych, nie miał wiele wspólnego z tak rozpropagowanym w naszych czasach Matriarchatem - czyli rządami kobiet. Kobieta była co prawda w tamtym czasie uważana za istotę lepszą od mężczyzn, ale tylko dlatego że dawała nowe życie i w ciężkich oraz niebezpiecznych warunkach, w jakich wówczas musieli żyć ludzie (głód, niebezpieczeństwa naturalne oraz dzikie zwierzęta), każde nowe dziecko w danym szczepie lub plemieniu było powodem do powszechnej radości, gdyż przedłużało byt owego plemienia. Kobiety, jeśli nawet pełniły funkcje publiczne, to nie dlatego że były kobietami, tylko dlatego że być może lepiej się do tego nadawały, zresztą ten okres nie był czasem panowania Matriarchatu, a raczej pewnego równouprawnienia mężczyzn i kobiet, z centralną rolą kobiety, jako tej, która przedłużała ciągłość rodu. Objawiało się to również w formie kultów kobiecych, jak choćby Wielkiej Macierzy (oczywiście nie wszędzie, były bowiem w tym czasie i kultury, które już zdominowali bogowie męscy - głównie na terenie Bliskiego Wschodu i Lewantu). Rola kobiet we wcześniej przeze mnie przytoczonym okresie była przewodnia nie pod względem politycznym, lecz głównie religijno-mistyczno-erotycznym. Tak, erotycznym - gdyż ów czas to okres rozpasanej poligamii seksualnej. Objawiało się to w taki sposób, że kobiety z reguły oddawały się kilku a nawet kilkunastu mężczyznom z wioski lub plemienia i nie posiadały (z reguły), jednego męża, lub partnera seksualnego. Monogamia małżeńska pojawiła się dopiero wraz z całkowitym upadkiem tych kultów, wierzeń (w boską moc kobiecego pierwiastka, dającego nowe życie) i zwyczajów, a zdominowaniem świata przez wielkich męskich bogów (którzy istnieli już wcześniej, ale z reguły byli jakby na uboczu kultów mistyczno-prokreacyjnych). 

Co ciekawe (i co pokazuje dobitnie że w okresie 7300 p.n.e. - 3000 p.n.e. nie istniał Matriarchat jako forma niepodzielnych rządów kobiet), odnaleziono z tego okresu groby niemowląt, zabitych najprawdopodobniej przez ich rodziców. Niemowlęta te były płci... żeńskiej. Dlaczego je zabito, czy z powodu "męskiego szowinizmu", jakbyśmy to dziś nazwali? Nie, dziewczynki zabito (i ten proceder przetrwał następne wieki) dlatego że właśnie zdawano sobie sprawę z "boskiej" natury kobiecości i z tego że z jej ciała narodzi się kolejny mały człowieczek. Dlaczego mordowano właśnie dziewczynki - ano dlatego, że w sytuacji gdy dane plemię cierpiało głód, lub nie mogło znaleźć dla siebie odpowiedniego miejsca do osiedlenia, dziewczynka, z której wyrośnie kobieta, która następnie da nową "buzię" do wykarmienia, nie była w takich warunkach pożądana. O chłopców natomiast się nie bano, wiedziano bowiem że i tak ok. 30-35 roku życia zginą albo w walce z dzikimi zwierzętami, albo w jakichś wzajemnych walkach i podjazdach. Zresztą byli potrzebni jako ochrona plemienia (co już w tamtym okresie też było niezwykle ważną kwestią). Nie był to wiec okres prawdziwego Matriarchatu, a raczej "okres płodnych heter", jak opisał ten okres Johann Jakob Bachofen, twórca pojęcia - "Matriarchatu". Matriarchat rzeczywiście pojawi się w późniejszym okresie, ale z reguły będzie ograniczony do niewielkich, lokalnych wspólnot lub instytucji.

Teraz (od ok. 3000 r. p.n.e.) nastaje okres rządów męskich bogów-królów, którzy całkowicie zdominują panteony największych historycznych cywilizacji ludzkich (jednocześnie niszcząc lub podporządkowując sobie te plemiona, które nadal wyznawały kult rodny Wielkiej Macierzy). Z chwilą gdy społeczeństwa plemienne zaczęły się ze sobą łączyć, tworząc bardziej scentralizowane związki polityczne, pozycja kapłanek, a co za tym idzie pozycja kobiet w owych społecznościach uległa znacznemu pogorszeniu. Przede wszystkim zmieniła się pozycja kobiety w relacjach erotycznych. Do tej pory kobiety w obrębie danego plemienia miały dużą swobodę seksualną i mogły oddawać się tym mężczyznom, z którymi chciały spółkować, a dzieci zrodzone z takich związków pozostawały pod opieką kobiety (i jej mężczyzny/mężczyzn), zaś ród z reguły liczono w matrylinearnym systemie pokrewieństwa (gdyż trudno było sprawdzić kto tak naprawdę jest ojcem danego dziecka). Teraz zaś, z chwilą gdy to mężczyźni zaczęli być gwarantem obrony, bezpieczeństwa i przetrwania rodu, plemienia czy państwa, poliandria (wielomęstwo) musiała na początku ustąpić miejsca monogamii, a następnie poligamii - (czyli wielożeństwu), by potem znów powrócić do związków monogamicznych.




Kobieta stała się teraz żoną (z uświęconym boską aprobatą związkiem, najczęściej w świątyni lub przed obliczem kapłana), oraz (bardzo szybko) własnością mężczyzny. Nie było już mowy o oddawaniu się wielu mężczyznom, gdyż zaczęto wprowadzać prawa, zabraniające takich praktyk i surowo każące kobiety które się nimi parały. Oczywiście pozostawiono wentyl w postaci prostytucji, jednak był to proceder wybitnie nie przynoszący chluby tym, które się nim parały. Jednak w omawianym teraz okresie pozycja kobiety (choć coraz słabsza), nie była jeszcze przesądzona, gdyż prawa dopiero się kształtowały. Jednak z czasem nawet język (z dodatkowymi żeńskimi końcówkami, takimi jak w sumeryjskim słowo - syn - brzmiało - "dumu", ale już córka, było jedynie przedłużeniem słowa dumu z żeńską końcówką - "dumu.mi". Podobnie słowo bogini - "dingir.ama" było jedynie przedłużeniem słowa bóg - "dingir". Podobnie w języku akadyjskim syn to - "mar-u" zaś córka to - "marn-t-u", brat to - "oh-u" a siostra to - "ah-at-il". I tak jest po dziś dzień w praktycznie każdym języku świata, po angielsku bóg to "God", zaś bogini to "Goddess" itd.), zaczął działać na niekorzyść kobiet.


BÓG MITRA 
JAKO SYMBOL MĘSKOŚCI I WŁADZY



Upadek pozycji kobiety, jako tej która daje życie, zaczął się zmieniać już od ok. 6000 r. p.n.e. i trwał przez następne trzy tysiące lat. Pozycja kobiet zaczęła się zmieniać z chwilą, gdy pierwotne (po-potopowe) ludzkie plemiona doszły do wniosku, że to wcale nie macierz jest najważniejsza w procesie dawania życia. Kobiety bowiem dotąd oddawały się wielu mężczyznom w plemieniu, mając zupełną swobodę w tym względzie, a krew menstruacyjna była uważana za coś niezwykłego i zarazem mistycznego. Brało się to z prostej kalkulacji (szczególnie dla ludów, które po I i II Potopie cofnęły się w swym rozwoju), że skoro krew jest częścią życia, a po zranieniu lub upływie krwi człowiek umierał, to skoro kobieta co miesiąc "oddawała krew" a mimo to nie umierała, musiała być w pewnym stopniu niezwykłą, wręcz na wpół-boską istotą. Dlatego też wiele plemion (nawet jeszcze istniejących współcześnie, choćby na terenie Tybetu) uważało że kobiety "oddające krew" są reprezentantkami Bogini Matki dającej życie i zasługują na to, by pełnić rolę kapłanek lub nawet przewodniczek plemienia (nie zmieniało się to nawet wówczas, gdy kobieta przestawała już miewać miesiączkę i była niezdolna do poczęcia nowego życia. Takie kobiety, często starsze, również piastowały funkcje kapłanek czy przywódczyń plemienia). 

Takie postrzeganie kobiety zaczęło się powoli zmieniać właśnie od ok. 6000 r. p.n.e. i trwało do ok. 3000 r. p.n.e. gdy mężczyzna ogłosił się niepodzielnym panem i władcą nie tylko wspólnych majętności, ale także rodziny jako takiej i żony jako części... inwentarza. Jak do tego doszło? Bardzo prosto. Pierwotne, po-potopowe społeczności traktowały umiejętność dawania życia, jako coś niezwykłego, do tego dochodziło comiesięczne krwawienie u kobiet, które jednak nie powodowało ani ich śmierci, ani nawet osłabienia - co tym bardziej budziło mistyczno-boskie skojarzenia. Wszystko to trwało do momentu, gdy ów zajmujący się trzodą zagrodową mężczyzna, nie zaczął łączyć pewnych faktów. Oto bowiem okazało się że owce oddzielone od barana (tryka), nie dają nie tylko mleka, ale też nie rodzą się małe owieczki, natomiast wpuszczenie barana do stada owiec powodowało iż był on w stanie pokryć nawet kilkadziesiąt z nich. Cóż za potęga - zauważył taki człowiek, jeśli baran może pokryć tyle owiec, to co dopiero ja. I tak oto pierwotne społeczności zaczęły sobie uświadamiać że bez męskiej siły, która strzegła danej zbiorowości, bez zwierząt, na które polowali przede wszystkim mężczyźni (czy też zwierząt domowych czy zagrodowych, którymi również oni się zajmowali), dane plemię jest skazane albo na śmierć głodową albo też na zagładę z rąk innego wojowniczego szczepu, teraz doszedł również element życiodajnej prokreacji i możliwość zapładniania wielu kobiet przez jednego mężczyznę - niesamowita moc, która zmieniła wszystko.




Ok. 3000 r. p.n.e. kobiety stały się już całkowicie zależne od mężczyzn. Było to nie tylko związane z elementami ekonomiczno-prokreacyjnymi, ale także z pewnymi cechami charakteru, którymi głównie obdarzona była płeć męska. A były to pewność siebie - arogancja i władczość, oraz satysfakcja z dobrze wykonanej pracy (ja na przykład mam tak, że jak zrobię coś w domu samemu od początku do końca - kiedyś na przykład {wraz z moim kumplem} samodzielnie położyliśmy kostkę chodnikową przy moim domu, chociaż ja sam nigdy wcześniej tego nie robiłem, podobnie było z ociepleniem domu - to potem jestem z tego niezwykle dumny, aż moja Pani nieraz mi to wypomina, zamiast mnie jeszcze podbudować jaki to jestem wspaniały i ile osiągnąłem, to mi umniejsza. Ale baby tak już mają, prawda? Jak to się mówi: "Mądra żona, męża korona" 👍), która urastała niekiedy do rangi symbolu męskości (a mogło to być choćby zwycięstwo w bitwie czy nawet ogrodzenie zwierząt hodowlanych specjalnym płotem, co jednak wybitnie świadczyło na korzyść mężczyzn). Gdy tylko mężczyźni zaczęli sobie uświadamiać, że to nie krew menstruacyjna jest symbolem przedłużania życia, tylko to, co oni mogą ofiarować kolejnym wybrankom, zmianie uległa forma rodziny, jaka dotąd funkcjonowała. Dotąd bowiem pokrewieństwo liczono w systemie matrylinearnym, gdyż wielość mężczyzn z którymi spółkowała kobieta, uniemożliwiał dokładne ustalenie ojcostwa. Dlatego, choć rodziny z reguły były monogamiczne, często jednak przybierały niestandardowe formy wielomęstwa z kobietą-matką w centrum. Teraz wszystko to dobiegło końca, gdyż mężczyźni - świadomi swej "mocy stwórczej" i możliwości jakie daje im ich siła fizyczna (i często umysłowa), zapragnęli ściśle kontrolować swe małżonki. Odtąd mężczyzna stawał się także oficjalnie ojcem, a to oznaczało że jego żona mogła mieć już tylko jednego męża, zaś on sam bardzo wiele kobiet. Małżeństwo stawało się podstawą życia rodzinnego, zaś głową rodziny stał się odtąd mężczyzna. Oczywiście zmieniło się też postrzeganie comiesięcznego krwawienia u kobiet, które odtąd coraz częściej stawało się... nieczyste.

Odtąd najważniejszą cechą kobiecości stawała się jej cnota (do zamążpójścia), będąca przykładem uświęconej moralności, a także płodność (po zamążpójściu). Mężczyzna zdobył całkowitą władzę nad swą żoną i dziećmi. W Syrii, Palestynie czy Mezopotamii mąż miał prawo np. oddalić swą małżonkę, jeśli uznał że ta uchybiła czymś (słowem lub czynem) jego męskości lub pozycji (co często było tożsame). W Egipcie zaś, pozycja kobiet była znacznie silniejsza i jeśli małżonek nie przyłapał swej połowicy na zdradzie małżeńskiej, nie miał prawa wyrzucić jej z domu ani pobawić majętności (kobiety w Egipcie miały prawo dziedziczyć nie tylko biżuterię czy złoto, lecz także domy i ziemię). Dodatkowo w Egipcie i Babilonii istniała (w omawianym okresie) już instytucja rozwodów, z tym że w Babilonii rozwód dla mężczyzny był jego dobrą wolą w stosunku do żony, mógł przecież (po udowodnieniu jej małżeńskiej zdrady) uznać ją za niewolnicę i np.... sprzedać do domu publicznego (W Egipcie małżonek czegoś takiego uczynić nie mógł). Ostatnia udokumentowana pisemnie forma poliandrii (wielomęstwa) na terenach Mezopotamii (Sumer), miała miejsce w roku 2350 p.n.e. Po tej dacie już nigdy na tych terenach kobieta nie mogła mieć więcej niż jednego męża. Przed ową datą poliandria miała być w Sumerze czymś... powszechnym (jak głoszą gliniane tabliczki z tego okresu), dopiero prawa reformatora Urukaginy, który pod groźbą kary śmierci zabronił kobietom poślubiania kilku mężczyzn jednocześnie, położyły ostateczny kres poliandrii na terenach Mezopotamii. Jej miejsce zastąpiła poligamia (wielożeństwo). W wielu kulturach (głownie Syria i Palestyna), oficjalna małżonka - jeśli nie potrafiła dać swemu mężowi potomstwa (z reguły płci męskiej), musiała postarać się o odpowiednie zastępstwo (co znamy chociażby z Biblii, gdy Sara, żona Abrahama nie mogąc dać mu potomstwa, każe swej niewolnicy Hagar sypiać z mężem, póki ta nie zajdzie w ciążę).





PS: W kolejnej części przeniesiemy się do starożytnego Egiptu i przyjrzymy się jaka realnie była pozycja tamtejszych kobiet i na co też mogli pozwolić sobie mężczyźni


CDN.

04 sierpnia 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXVI

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW



TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXXIII





SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXXIII



PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XI






FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XI



RECHABICI
(841 - 753 r. p.n.e.)
Cz. IV



 Po zwycięstwie króla Asyrii Adad-Nirari III w walce z koalicją (co najmniej trzech jeszcze ludów, których nazwy i tak nie będą nam wiele mówić, więc je pominę), na której czele stało miasto Damaszek, rządzone przez ambitnego Hazaela (805 r. p.n.e.), Izrael i Juda wreszcie mogły trochę odetchnąć i skupić się na wewnętrznych sprawach. Dominacja Hazaela nad dwoma państwami podzielonej monarchii Dawida i Salomona trwała bardzo krótko, bo zaledwie jakieś pięć lat. Po tym czasie narzucony przez Aramejczyków traktat, w którym preferowano pogańskie kulty zamiast religii Mojżeszowej, natychmiast odrzucono (szczególnie w Królestwie Judy) a ostatnie lata panowania króla Joachaza w Izraelu i króla Joasza w Judzie należały do spokojnych. Tutaj kolejną cezurą (taką jak np. wcześniej rok 925 czy 841 p.n.e.) wypada na rok 796 p.n.e. jako że w tym (lub koło tego roku) nastąpiły istotne zmiany zarówno w dwóch podzielonych Królestwach, jak i w Damaszku. Na tron bowiem wstąpiło nowe pokolenie władców (w Izraelu po śmierci Joachaza w 797 r. p.n.e. władzę objął jego syn - Joasz, który współrządził wraz z ojcem od 799 r. p.n.e. W Judzie w 796 r. p.n.e. na tron wstąpił syn i następca Joasza - Amazjasz, który współrządził z ojcem od 798 r. p.n.e. Natomiast zmarło się również Hazaelowi i w tym właśnie 796 roku władzę w Damaszku objął jego syn - Ben-Hadad III). Sytuacja polityczna bardzo ułatwiała odrodzenie królestw żydowskich, bowiem osłabiony Damaszek (uzależniony od Asyrii) nie był w stanie ponownie narzucić swej woli Królestwu Izraela i Judy, Asyryjczycy zaś zajęci byli konfrontacją z Urartu na północy swego państwa, dlatego też można było przystąpić do konfrontacji z Filistynami, którzy również odrodzili już swoje wpływy i dążyli do przywrócenia dawnych zależności w Judzie.

Największą wojowniczość przejawiał Joasz, który pragnął odbudować pozycję Izraela z czasów Dawida i Salomona (chociaż należy od razu tutaj dodać, że w tamtym czasie zjednoczone Królestwo Izraela było jednak mniej lub bardziej ale zależne od Filistynów i to, co piszą twórcy Starego Testamentu o tych wielkich zwycięskich wojnach i sięganiu przez Dawida do Damaszku i dalej, to są takie piękne opowieści ku pokrzepieniu serc, spisywane po to, aby Żydzi nie zapomnieli o chlubnej przeszłości w czasach niewoli i obcej - głównie greckiej - penetracji kulturowej). Joasz przywdział swą zbroję, wziął do ręki włócznię i tarczę i przemawiając do swych żołnierzy, natchnąć miał ich duchem walki, walki o odrodzenie Królestwa. Wkrótce potem (bo już w 795 r. p.n.e.) wyruszono na pierwszą wojnę z Damaszkiem o tereny, które Izrael stracił podczas inwazji Aramejczyków w 810 r. p.n.e. Kampania ta okazała się zwycięska i w kolejnych latach przedsięwzięto jeszcze dwie podobne, które kończyły się tak samo, jedną zwycięską dla Izraelitów bitwą i do 792 r. p.n.e. Izrael odzyskał wszystkie tereny zajęte wcześniej przez Aramejczyków, a ostatnia bitwa zakończyła się również śmiercią króla Damaszku - Ben-Hadada III. Damaszek schodził więc z areny konfrontacji ówczesnych regionalnych mocarstw. Sukcesy Joasza w polityce zagranicznej, nie szły jednak w parze z sukcesami wewnętrznymi, gdyż tutaj kulty kananejskie i syryjskie ponownie odzyskały przewagę nad religią Mojżeszową, co prowadziło do konfliktu z Judą (a szczególnie z kapłanami Świątyni Jerozolimskiej, oraz oczywiście z sektą Rechabitów). Król Południa - Amazjasz nie dążył do tej konfrontacji, ponieważ sam musiał uporać się z kilkoma ważnymi wewnętrznymi konfliktami w swoim Królestwie. Przede wszystkim jego ojciec - Joasz (wnuk królowej Atalii) zginął zamordowany z rąk dwóch swoich sług (którzy działali na polecenie kapłanów Świątyni). Aby nie rozniecać niepotrzebnego konfliktu wewnętrznego, nowy król co prawda ukarał śmiercią zamachowców, ale na tym się skończyło i nie mścił się już na ich potomkach (co było bardzo częste w tamtym czasie), a przede wszystkim starał się nie dostrzegać faktu, że zarówno jego ojciec jak i on sam nie podobają się kapłanom i coraz potężniejszym w kraju Rechabitom. Chciał uchodzić za króla litościwego i miłosiernego, króla zgody i religijnej jedności. Nie było to jednak łatwe, ponieważ kapłani otwarcie już dążyli do konfrontacji z Izraelem i żądali od swego króla interwencji przeciwko panującemu na Północy pogaństwu.




Amazjasz zwodził ich jak długo mógł, ponieważ pragnął utrzymać pokój pomiędzy Królestwami z czasów swego ojca i swych poprzedników. Poza tym miał inne problemy, jak choćby coraz silniejszą penetrację gospodarczą i kulturową Filistynów w Judzie, co przypominało czasy sprzed 925 r. p.n.e. Szczególnie silne były wpływy miast Ekron, Gat i Aszdod, ale walka z nimi (jakakolwiek by ona nie była) nie przerodziła się wówczas w starcie militarne. Tym bardziej że Judzie na dobrą sprawę opłacała się wymiana handlowa z Filisteą, gdyż większość potrzebnych im towarów płynęła morzem, a Judea nie miała dostępu do morza, więc wszystko co szło z Egiptu, a także z krajów Fenicjan czy z Azji Mniejszej, docierało do Judy przez Filisteę i Szefelę. Tylko że to znów przypominało dawne czasy i niezbyt podobało się władcom Judy, którzy wyrośli już w przekonaniu że Filistea jest trupem i to zarówno politycznym, jak i gospodarczym. Doszło więc do krótkotrwałego konfliktu z władcą miasta Gat, a Amazjasz pierwotnie chciał zablokować idący stamtąd handel, szybko jednak porzucił tę myśl i wycofał się z tych planów (które bezpośrednio godziły również w stabilność polityczną jego Królestwa). Nie było więc wyjścia, trzeba było zaakceptować rosnący ponownie wpływ Filistynów w Judei, a jednocześnie narastał w tym kraju konflikt religijny, do którego zdecydowanie dążyli kapłani Świątyni i Rechabici, będący fanatycznymi wręcz wyznawcami kultu Jahwe. Kapłani żądali zatem od króla, by ten zmusił władcę Północy Joasza, do zakończenia tolerancji obcych kultów, a gdyby tamten odmówił, wypowiedzenia mu wojny. Amazjasz zdawał sobie jednak sprawę że prawdziwym wrogiem jego rodu nie są królowie Izraela, a właśnie kapłani Świątyni, dla których kolejni władcy mieli być tylko marionetkami w ich rękach. Znał dobrze konflikt swego ojca Joasza z kapłanami Jechojadą i Zachariaszem, a także to, jak zamordowali jego prababkę Atalię. Tylko że bezpośredni konflikt z kapłanami raczej nie mógł udać się w dłuższej perspektywie i jeśli nawet król dążył do osłabienia ich wpływów, to musiał to zrobić w inny sposób.




Aby wyjść więc naprzeciw żądaniom kapłanów, wysłał do Samarii poselstwo (nie wiadomo jednak kto stanął na jego czele, czy któryś z kapłanów, czy przedstawiciel Rechabitów, czy może ktoś inny), żądając od króla Joasza wydalenia z kraju kapłanów obcych kultów i zniszczenia ich świątyń. Joasz (który budował swój image jako król-wojownik), oczywiście odrzucił te żądania, a stosunki z Judą stały się wręcz lodowate. W obawie przed spodziewaną inwazją Północy (znacznie silniejszej militarnie od Królestwa Południowego) i niechybną wojną, Amazjasz zarządził przeprowadzenie spisu powszechnego. Gdy już do tego doszło, zapowiedział wyprawę wojenną, ale nie na Izrael, tylko na południe, do kraju Edomitów (zwanych też Horytami). Tutaj wydał im bitwę (ok. 790 r. p.n.e. nie wiadomo jednak gdzie się ona toczyła, być może gdzieś nad rzeką Zared) i zwyciężył (w bitwie tej zginęły setki, a być może tysiące edomickich wojowników), po czym zawarł pokój z władcą Edomu, który miał odtąd puszczać karawany idące do Judy zarówno z Egiptu przez Synaj, jak i przez kraj arabski. A Amazjasz zabrał z Edomu figurki tamtejszych bożków, do których też zaczął się modlić, co doprowadziło do furii kapłanów Świątyni. Gdy jeden z proroków (o nieznanym imieniu) zarzucił mu, że zamiast upominać Izrael w kwestii przestrzegania wiary Mojżeszowej, wdał się w niepotrzebną wojnę z Edomem i zabrał stamtąd ich bożki (do których zaczął się modlić), król wówczas zagroził, że jeśli ów prorok (czy ktokolwiek z kapłanów) będzie raz jeszcze go pouczał, to straci życie. Z tą chwilą wojna między królem a kapłanami wybuchła już na całego. Doszło nawet do tego, że kapłani wysłali na Północ swoje poselstwo, apelując do Joasza aby ten zaatakował i obalił Amazjasza - który - jak twierdzili - pouczał go w kwestii wiary, a sam wyrzekł się religii przodków. Ostatecznie taka wojna wybuchła (ok. 785/784 r. p.n.e.), a król Joasz rozbił wojska Judy w bitwie pod Bet-Szemesz (miasto leżące na zachód od Jerozolimy i na szlaku do Ekronu i Gat). Zwycięstwo to okazało się tak wielkie, że Jerozolima nie broniła się i otworzyła swe bramy przed armią Izraela. Joasz złupił skarby Świątyni (jeśli więc to kapłani stali za poddaniem miasta, to raczej było dla nich pyrrusowe zwycięstwo) i narzucił Judzie poddaństwo. Król Amazjasz został uprowadzony do Samarii (ale zapewne po podpisaniu pokoju zwrócono mu wolność i pozwolono wrócić do Jerozolimy, już jako króla-lennika). Ostatnie więc lata panowania króla Joasza upłynęły pod znakiem politycznego odrodzenia Izraela. Zmarł jakiś czas po swym powrocie z tej wojny do Samarii ok. 781 r. p.n.e. Jego następcą został zaś syn - Jeroboam II (który współrządził z ojcem od co najmniej 794 r. p.n.e.).




O ile bowiem Joasz uchodził za króla-wojownika, to bez wątpienia Jeroboam znacznie bardziej zasłużył na to miano. Nie mając przeciwko sobie żadnego większego konkurenta (gdyż po śmierci w Kalchu Adad-Nirari III - 783 r p.n.e., jego następca - Salmanasar IV nie był już władcą tak zdolnym jak jego ojciec czy dziad, w poza tym konflikt z Urartu stał się teraz niezwykle istotny dla Asyrii. Co się zaś tyczy Damaszku, to jego pozycja polityczna i militarna słabła z każdym rokiem), zdołał więc narzucić władzę Izraela daleko na północ (zamierzał również podbić Filisteę). Nowy król Północy rozpoczął wojnę z Damaszkiem (ok. 780 r. p.n.e.) która zakończyła się zwycięstwem i zajęciem Gileadu (krainy leżącej na wschód od rzeki Jordan). Kolejna wojna wybuchła ok. 777 r. p.n.e. i w jej wyniku Jeroboam zdobył całą dolinę Bekaa. Te wszystkie zwycięstwa sprawiły, że Jeroboam stał się najpotężniejszym władcą całego regionu, wynosząc Izrael do rangi prawdziwego mocarstwa. Warto też dodać gwoli ciekawostki, że od 776 r. p.n.e. w dalekiej Helladzie zorganizowano pierwsze Igrzyska Olimpijskie, od których to antyczni Grecy poczęli liczyć czas. Istnieje też teoria że te igrzyska wcale nie były pierwsze, tylko po prostu od nich właśnie poczęto spisywać listę zwycięzców, ponieważ wcześniej nikomu nie przyszło to do głowy. Ponoć twórcą pierwszych igrzysk olimpijskich był niejaki Ifitus (Iphitus) z Elei, który pragnąc zaprowadzić pokój powszechny w Helladzie pomiędzy poszczególnymi polis (gdyż już wówczas, w tej tak zwanej archaicznej Grecji, w "Ciemnych wiekach" Hellady musiało również dochodzić do częstych wojen), udał się do wyroczni Apolla w Delfach i prosił boga o radę. Kapłanka zwana Pytią miała go poinformować jaka jest wola Boga: "Wy, którzy mieszkacie na Peloponezie, zbierzcie się wokół ołtarza, czyńcie ofiary i przestrzegajcie poleceń proroków". Ifitus wysłał więc gońców do miast Peloponezu, aby zaprosić wszystkich na wspólne modły wokół ołtarza Apolla (pomagał mu w tym niejaki Likurg, który był jego krewnym (nie był to jednak z pewnością ów sławny Likurg - spartański prawodawca, który działał w latach 20-tych IX wieku p.n.e., czyli jakieś 60 lat po omawianych wydarzeniach). Tam właśnie, w Olimpii, gdzie rozpalono wspólny ołtarz i złożono ofiary, postanowiono zgodnie z wolą boga odprawiać co cztery lata zawody sportowe, dzięki którym przynajmniej na pewien czas (podczas przesilenia letniego) wszelkie wojny muszą ustać. Według Arystodema z Elidy, pierwsze Igrzyska Olimpijskie z 776 r. p.n.e. od których to zaczęto liczyć grecką rachubę czasu, były już 28 igrzyskami od czasów założenia ich przez Ifitosa, z czego wynika że pierwsze Igrzyska Olimpijskie musiały odbyć się ok. 884 r. p.n.e., tylko że wcześniej nikt nie spisywał imion zwycięzców Olimpiady.




Po swych zwycięstwach nad Damaszkiem i opanowaniu Gileadu oraz całej doliny Bekaa, król Izraela - Jeroboam II kontrolował znaczne tereny od Wielkiego Morza począwszy (czyli od Morza Śródziemnego) po kraj Ammonitów na wschodzie. Po zwycięstwie zaś pod Bet-Szemesz i zajęciu Jerozolimy (ok. 784 r. p.n.e.), Izrael uzależnił od siebie również Królestwo Południowe. Jeroboam nie miał więc obecnie godnego siebie przeciwnika, z którym mógłby rywalizować o dominację w regionie. W polityce wewnętrznej zaś król przeciwstawiał się radykalnemu jahwizmowi i wpływom sekty Rechabitów, czego efektem była znaczna tolerancja dla pogańskich kultów (szczególnie Baala i Asztarte) i opieka nad ich świątyniami. Było to o tyle łatwe, że na Północy nie było jednego centralnego ośrodka jahwicznego, wspierającego politykę walki z kultami pogańskimi. Co innego na Południu, w Judzie, gdzie tamtejszy władca, król Amazjasz również pragnął prowadzić tolerancyjną politykę religijną, ale uniemożliwiały mu to silne wpływy kapłanów Świątyni i członków sekty Rechabitów. Tutaj już tak łatwo nie było, o czym przekonał się osobiście Amazjasz gdy poinformowano go o spisku, jaki uknuto na jego życie. W obawie iż nie jest bezpieczny w Jerozolimie, postanowił uciec do Lachisz, miasta leżącego na zachodnich rubieżach Królestwa Judy (tuż przy granicy z Szefelą i Filisteą). Tam jednak został dopadnięty i zasztyletowany przez dwóch wyznawców ortodoksyjnego jahwizmu (767 r. p.n.e.). Jego następcą został syn - Ozjasz (zwany również Azariaszem). Zdając sobie sprawę z wewnętrznych niepokojów trapiących jego Królestwo, postanowił ściśle związać się z Królestwem Izraela i zaproponował Jeroboamowi sojusz polityczny i wojskowy, na co tamten wyraził zgodę. Pozwoliło to Judzie odzyskać pozycję, ponieważ dzięki temu danina, jaką miało płacić Królestwo Południa Królestwu Północy została znacznie obniżona (a być może nawet całkowicie zniesiona). Nowy król okazał się też utalentowanym administratorem, politykiem i wodzem, który doprowadził do znacznego wzmocnienia Królestwa Judy.




Było to ważne o tyle, że w tamtym czasie dotychczasowe potęgi, takie jak Damaszek czy Asyria mocno osłabły. Co prawda przez cały okres panowania Adad-Nirari III (811-783 r. p.n.e.) Asyryjczycy toczyli nieustanne walki (głównie z Uratyjczykami, toczone najczęściej na wschodzie kraju Medów, ale również i na zachodzie, w kraju Milid/Malati?) I organizowali wyprawy wojenne, to jednak przestali odnosić tak spektakularne zwycięstwa, jak to było niegdyś. Mało tego, kraj Milid został opanowany przez władcę Urartu, króla Menuy jeszcze w latach 90-tych VIII wieku p.n.e. zaś jego syn i następca - Argiszti (789-766 p.n.e.) zapędzał się już do Azji Mniejszej i do północnej Syrii. Pod koniec rządów Adad-Nirari III państwo asyryjskie realnie rozpadło się na szereg mniejszych prowincji, zarządzanych przez lokalnych satrapów (większość z nich czuła się całkowicie niezależna od władcy rezygnującego w Kalchu). Ułatwiało to zaś ekspansję Urartyjczykom, którzy kontrolując jezioro Urmia, kontrolowali również drogi handlowe, prowadzące na zachód z ziem dzisiejszego Iranu. Teraz walka toczyła się o tereny leżące na północ i na zachód od Karkemiszu (czyli o kontrolę nad handlem metalami z Azji Mniejszej). Gdy na tron w Kalchu wstąpił syn Adad-Nirari III - Salmanasar IV, realnie nie kontrolował on już zachodnich prowincji swego Królestwa, a w Kar-Salmanasar nad Eufratem rozsiadł się tamtejszy satrapa - tartan Szamsziilu. Salmanasar nie był w stanie opanować tej sytuacji, a poza tym jego rządy (zmarł po zaledwie dziesięciu latach panowania w 773 r. p.n.e.) przeszły do historii głównie z powodu wybuchu epidemii dżumy, która jeszcze bardziej osłabiła jego Królestwo. Władzę po nim objął jego młodszy brat -  Aszur-dan III, który był jeszcze mniej zdolnym władcą, tym bardziej że następcą Argiszti w Tuszpie (mieście leżącym nad jeziorem Wan), został jego syn - Sardur III - bodajże największy władca Urartu (766 r. p.n.e.). Kummuh i Milid zostają opanowane na stałe przez Uratyjczyków (wcześniej te tereny sporadycznie zdobywane były przez Asyryjczyków) a tym samym kontrola nad szlakami niezwykle intratnego handlu metalami i końmi z Azji Mniejszej i Syrii została przez Asyryjczyków utracona (było to o tyle niebezpieczne, że wszystkie konie sprowadzane do Asyrii dla tamtejszej jazdy - która była podstawą armii - pochodziły właśnie z Syrii i Azji Mniejszej, a teraz ten szlak został odcięty). Nie dość na tym było kłopotów, 15 czerwca 763 r. p.n.e. miało miejsce zaćmienie słońca, które powszechnie utożsamiano w Asyrii jako zły omen. I rzeczywiście, wkrótce okazało się że epidemia dżumy - która wydawało się że minęła dekadę wcześniej - ponownie rozlała się (szczególnie w południowych prowincjach państwa), a to spowodowało bunty miast i jeszcze większą niezależność lokalnych satrapów. Państwo asyryjskie rwało się w szwach, a zarówno Aszur-dan III jak i jego brat i następca Aszur-nirari V (755-745 r. p.n.e.) nie wiedzieli jak z tego upadku wybrnąć.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...