WYŚWIETLENIA

06 sierpnia 2026

LEGIONY TO OFIARNY STOS!

 MY, PIERWSZA BRYGADA





"JA CAŁE ŻYCIE BĘDĘ PAMIĘTAĆ TĘ CHWILĘ, GDY PO RAZ PIERWSZY UJRZAŁAM POLSKICH ŻOŁNIERZY. BĘDĘ SIĘ ZA WAS MODLIĆ CO DZIEŃ"

"PROSZĘ SIĘ ZA NAS MODLIĆ, ALE PROSZĘ NIE PŁAKAĆ. MY NA TĘ WOJNĘ IDZIEMY JAK NA WESELE"

FRAGMENT FILMU: "ŚLUBY UŁAŃSKIE" z 1934 r.




 Dziś mija 112 rocznica wymarszu Pierwszej Kompanii Kadrowej z krakowskich Oleandrów (czyli łąk na Oleandrach) w stronę Królestwa Kongresowego zwanego niegdyś "Polskim", ale w tamtym czasie zwanym z rosyjska Privislenije, i oczywiście nie mogłem tego faktu pominąć i go nie zauważyć. Kiedyś obiecałem sobie że wreszcie wezmę udział w corocznie organizowanym marszu wyjścia Pierwszej Kompanii Kadrowej z Oleandrów, ale zawsze coś mi wypada i coś jest ważniejszego, albo terminy się nie zgadzają i niestety jak do tej pory jeszcze w tym marszu nie uczestniczyłem, ale mam nadzieję że wszystko przede mną 🥴. Bo rzeczywiście, historia tych chłopaków, którzy wyszli pod wodzą Komendanta a raczej Brygadiera Józefa Piłsudskiego do Kongresówki, żeby bić się o wolną Polskę, jest niezwykła, piękna i wzniosła. I rzeczywiście, ci chłopcy szli na wojnę jak na bal, jak na wesele w pełni nadziei, radości że na ich oczach tworzy się niepodległa Ojczyzna i że oni będą tą siłą sprawczą, która pobudzi ten polski zryw narodowy ponownie do działania, zbudzi tego uśpionego w kongresówce Privislaka i wspólnie odbuduje się niepodległą Rzeczpospolitą, Najjaśniejszą Ojczyznę Naszą. Niestety ten entuzjazm Legunów bardzo szybko został sprowadzony do parteru, jako że ludność Kongresówki nie postrzegała wkraczających na polskie ziemie zaboru rosyjskiego żołnierzy legionowych jak swoich, a wręcz przeciwnie, powszechnie nazywano ich "obcymi" i często po wsiach (do których wkraczali Legioniści) rozchodziły się wołania: "Ludzie, uciekajta, legionisty idą!" Można sobie tylko wyobrazić jak bardzo rozdzierało to serca tych młodych chłopaków, którzy naprawdę wierzyli że wspólnie z ludnością Kongresówki odbudują Ojczyznę. 

Początkowo humor dopisywał wśród Legunów, bowiem jak pisał w swych pamiętnikach Roman Starzyński (brat Stefana - ostatniego prezydenta Warszawy II Rzeczypospolitej w latach 1934-1939): "Słup z dwugłowym orłem. To granica! Każdy czuje się w obowiązku słup ów kopnąć, walnąć kolbą i... runął, by już nigdy więcej nie powstać. Polska jest teraz wszędzie tam, gdzie stąpnął nogą żołnierz polski. Braliśmy 12 sierpnia przed świtem w posiadanie tę ziemię umęczonego narodu w przekonaniu, że Polska niepodległa już jest i nigdy swej niepodległości stracić nie może". Szybko jednak pojawiło się rozczarowanie, oto bowiem, jak wspominał chociażby Michał Sokolnicki: "Z terenów, przez które przechodziliśmy, uciekali ludzie do swoich, do rosyjskiego wojska. Wielkie dwory są bezwzględnie wrogie; po wsiach panuje strach zabobonny i ślepe przywiązanie do istniejącego dotąd panowania i bata. (...) Pustka na ulicy, okna i drzwi domów zabite deskami; ani jednego człowieka, ani bydlęcia czy kury". Starzyński dodawał jeszcze: "W Warszawie panuje orientacja rosyjska - aż boleśnie. (...) Ludzie przybyli z Warszawy opowiadają, że panie obsypują kwiatami wojsko rosyjskie, ochotnicy idą do szeregów rosyjskich. (...) Są ludzie, którzy wierzą, że Rosja da nam po wojnie autonomię. Rosja zwycięska! Rosja, która miesiąc temu nie pozwalała radzić po polsku o zamiataniu ulic (...) nikt nie wita, nikt nie pozdrawia. Nikt nie wyniesie szklanki wody, nikt nie poda kromki chleba. To już nie Krakowskie, nie polska Galicja, to Rosja, zaludniona szczepem mówiącym po polsku, ale czującym po rosyjsku. (...) Traktowano nas jak okupantów. Portrety carskie starannie pochowano, abyśmy ich nie zniszczyli, starano się zachować język rosyjski w aktach, zachować 100% lojalności wobec rządu rosyjskiego". 




Ten parszywy nastrój tamtych dni pięknie został ukazany w filmie "Piłsudski" z Borysem Szyciem w roli głównej z 2019 r., gdy Legioniści wchodzą do wioski, skąd albo przed nimi uciekają chłopi, albo zamykają się szczelnie w swych chałupach. Gdy jedne z takich drzwi zostają wyważone i oficer legionowy wchodzi do chaty, pyta się przerażonych domowników: "Czego się boicie? Po latach niewoli Polska idzie!", wtedy pada niesamowite pytanie, będące jednocześnie przykładem ówczesnej mentalności ludzi, którzy już pomału zamieniali się w takich "polskich Rosjan". Mianowicie ów chłop zapytuje: "Na długo?" 😕 Oficer nie wytrzymuje i wychodzi, rzucając na do widzenia: "A jebał was pies!". Tak wówczas było, a owe rozczarowanie Legunów przetrwało w ostatniej zwrotce "Pierwszej Brygady": "Nie chcemy już od was niczego, ni waszych kies, ni waszych łez. Skończył się czas kołatania, do waszych serc - jebał was pies!" (potem ten fragment został usunięty z tekstu).


EDWARD RYDZ-ŚMIGŁY 
(z lewej) 
1914



Ale warto też powiedzieć jak to się stało, że w sierpniu 1914 r. z wielu polskich domów młodzi mężczyźni uciekali, zostawiając rodzinie takie i temu podobne zapiski: "Wojna! Zwiałem z domu, bo tak nakazywał mi honor mężczyzny". Dlaczego ci młodzi chłopcy - bo właśnie tak należy ich nazwać, gdyż spora część z nich nie miała skończonych nawet 18 lat - dlaczego podjęli się tej, jakże niebezpiecznej próby wstąpienia do formującej się na ziemiach tzw.: "Galicji" Pierwszej Kompanii Kadrowej, która potem przerodziła się w Legiony Polskie? Podjęli się tego kroku z chwilą wybuchu wojny (1 sierpnia 1914 r. kajzerowskie Niemcy wypowiedziały wojnę carskiej Rosji), zdając sobie jednocześnie sprawę że z wojny tej mogą nie powrócić żywi, a jednak "honor mężczyzny" nie pozwalał wielu z nich pozostać biernym na wielkie, dziejowe wydarzenia których byli świadkami. Polska nie istniała wówczas na mapach świata już od 119 lat i tak naprawdę wielu zdążyło się z tym faktem nie tylko pogodzić, ale i uznać za naturalny stan rzeczy. "Cały świat wie że naród polski utracił niepodległość z własnej winy, bo się nie umiał sam rządzić" - jak rzekł młody, rosyjski oficer w filmie "Szwadron" z 1992 r. (grany przez Radosława Pazurę), opowiadający o przygodach nieszczęśliwie zakochanego rosyjskiego arystokraty, który odtrącony przez ukochaną, zaciąga się do wojska i zostaje skierowany do ogarniętej Powstaniem Styczniowym (w latach 1863-1864) Polski. Na te słowa, wzięty do niewoli polski pułkownik, o nazwisku Markowski (grany przez Jana Machulskiego) odpowiada: "Rozmawiamy jak dżentelmeni, a to wyklucza kpiny. Gdyby rzeczywiście Bóg karał za takie rzeczy, nie poprzestałby na jednej Polsce. Niedawno Opatrzność obdarzyła wolnością Włochy. Czyżby Włosi nie grzeszyli przeciw patriotyzmowi? A Prusy? Na naszych oczach stają się mocarstwem. A Rosja? Tam nie ma bezprawia?", Rosjanin stwierdza: "Panie pułkowniku, za młody jestem aby mieć własne zdanie, ale wątpię jednak że kiedykolwiek zwyciężycie". "Tego możesz być pewien" - odpowiada pułkownik "nadejdą czasy kiedy was tu nie będzie a Polska będzie wolna". Trwało to pięćdziesiąt lat. Pięćdziesiąt lat kolejnej niewoli, rusyfikacji, germanizacji, nocy apuchtinowskiej, prześladowania dzieci Wrześni, wywózek na Sybir i całkowitym zakazie mówienia po polsku, nie tylko w urzędach lecz również na ulicy. I wtedy to, dla tego zniewolonego, zgnębionego narodu zapaliło się światełko nadziei - wybuchła I Wojna Światowa - wojna, która umożliwiła wywalczenie i odbudowę państwa polskiego.




Leguny Komendanta Józefa Piłsudskiego, wychodząc z Oleandrów owego dnia 6 sierpnia i kierując się w stronę Kongresówki - czyli zaboru rosyjskiego, były przecież zarówno naturalnymi jak i ideowymi (literackimi) dziedzicami Powstańców Styczniowych, Powstańców Listopadowych (1830-1831), Wielkopolskich (1846, 1848), Krakowskich (1846 r.), wiarusów co to pod Cesarzem Napoleonem Wielkim szli na Smoleńsk i Moskwę i wreszcie Powstańców Kościuszkowskich (1794 r.), żołnierzy wojny polsko-rosyjskiej 1792 r. i Konfederatów Barskich z lat 1768-1772. Każde pokolenie miało wówczas swoją wojnę (jedynym wyjątkiem było pokolenie urodzone w latach 50-tych i 60-tych XIX wieku, które jako jedyne nie walczyło za młodu, ale już ich synowie zrodzeni w latach 80-tych i 90-tych XIX wieku, przekroczyli granicę znienawidzonego kordonu i poszli "budzić Polskę do życia", "rwać kajdany z Jej rąk" by ponownie "blask Najjaśniejszej Ojczyzny zabłysnął nowym światłem". Ci młodzi chłopcy (i dziewczęta - bo przecież w Legionach również służyły kobiety chociaż głównie jako sanitariuszki, kurierki i wywiadowczynie, kilkanaście kobiet walczyło z bronią w ręku w męskim przebraniu. Zresztą udział kobiet zarówno w latach 1914-18 i wcześniej w czasach konspiracji zaborowej był tak duży, że gdy Polska odrodziła się w listopadzie roku 1918, to nawet nie było mowy na temat tego czy kobiety mogą mieć prawa wyborcze, czy nie, od razu przyznano im je na równi z mężczyznami), którzy w tych dniach sierpniowych 1914 r. uciekali z domu, bo tak im nakazywał "honor mężczyzny", w rzeczywistości czynili tak, bo w ich duszy pobrzmiewał odgłos Dzwonu Zygmunta, przepowiednie starego ukraińskiego wieszcza Wernyhory - Rzeczpospolitanina, męstwo Kmicica, odwaga Wołodyjowskiego, cięty humor Zagłoby i rozbrajająca łagodność litewskiego olbrzyma - Powsinogi Podbipięty, herbu Zerwipludry Zerwikaptur, z psich kiszek z mysich kiszek. Wszystko to składało się na wielką tradycję Rzeczypospolitej, kultywowaną przez pokolenia Rzeczpospolitan żyjące w niewoli, która przesiąknęła umysły tych młodych chłopaków z sierpnia 1914 r., a polski orzeł srebrnopióry w ich dusze wbił pazury (tak jak i w moją). Szli na tę wojnę jak na wesele, radując się że wreszcie wybuchła wojna, dzięki której szóste pokolenie Polaków-Rzeczpospolitan - zrodzone w niewoli - doczekało Jutrzenki Wolności. Wywalczyli sobie Polskę silną, Polskę która gotowa była objąć należną Jej pozycję wśród narodów Europy i Świata. To ci Legioniści z sierpnia 1914 r. (i wielu im podobnych, walczących w innych polskich formacjach na frontach Wielkiej Wojny) potem stanowili kadrę dowódczą Wojska Polskiego, które to wojsko najpierw w 1920 r. rozbiło osiem sowieckich armii idących na podbój Europy, a we wrześniu 1939 r. stanęło naprzeciw dwóch śmiertelnych totalitaryzmów, które gotowe były utopić świat w rzece krwi, byle tylko wprowadzić w życie swoje chore ideologie. Ci żołnierze potem ginęli w Katyniu, w niemieckich i sowieckich miejscach kaźni, tropieni i mordowani jak zwierzęta, jak bydło. I to za co? Bo chcieli żyć po swojemu, żyć jako wolni ludzie w swoim, odrodzonym kraju.




Dziś, po latach niemieckiej zbrodniczej okupacji, po sowieckich zbrodniach i komunistycznym zniewoleniu, trwającym ponad cztery dekady (notabene - komunizm wyrządził Polsce więcej szkód niż ponad stuletnie zabory, gdyż uderzał bezpośrednio w tkankę społeczną i w życie gospodarcze kraju), po okresie postkomunistycznego rabunku majątku narodowego i masowego wyprzedawania koncernów przemysłowych, stoczni, kopalni a nawet prasy w obce ręce - Polska od 1989 r. rzeczywiście stała się (jak mówił Władysław Bartoszewski, notabene dość nieprzyjemna postać) "Brzydką panną bez posagu". Natomiast po wejściu w struktury Wspólnoty Europejskiej w 2004 r. (która to w 2009 r. zmieniła się w Unię Europejską - bo należy pamiętać że my do żadnej Unii nie wchodziliśmy, Unia dopiero powstała w roku 2009, pięć lat po naszym wejściu do Wspólnoty), staliśmy się realną gospodarczą (jak również polityczną) kolonią Berlina, w myśl naumannowskiej koncepcji Mitteleuropy z 1915 r. (Polska stała się podwykonawcą dla niemieckiej gospodarki) a rządom postsolidarnościowym, zjednoczonym z obozem postkomunistycznym (w tym przede wszystkim związanym ze Służbą Bezpieczeństwa) taki układ był bardzo na rękę, ponieważ pozwalał trzymać kontrolę nad społeczeństwem i jednocześnie występować w roli "elity" postkolonialnego kraju. Proces odradzania się wymordowanej wcześniej, prawdziwej elity tego narodu - wciąż postępuje, po dziś dzień ten proces trwa. Przecież to w tym kraju premierem był i obecnie jest człowiek, który twierdził że "polskość to nienormalność", a nagrodę Nobla dostała pisarka, która mówiła że Polacy to "właściciele niewolników i mordercy Żydów", kilka lat temu zaś pewien showman, mający program w telewizji - Jakub Wojewódzki namawiał swego gościa, by ten włożył polską flagę w... psią kupę - i tak też się stało. Takie dziś mamy "elyty" - nic dodać nic ująć. I teraz porównując te dzisiejsze indywidua, do tamtych chłopaków i dziewcząt, którzy w sierpniu 1914 r. szli "budzić Polskę do życia" - można uświadomić sobie na jakich wartościach budowana była tamta Polska, o której niepodległy byt walczyło tyle pokoleń, a na jakich "wartościach" budowano obecną, tzw.: III Rzeczpospolitą? Bóg-Honor i Ojczyzna kontra... psia kupa. 

Oczywiście, tak jak wspomniałem, to się powoli znów zaczyna zmieniać, ale mentalność niewolników wciąż tkwi w głowach wielu naszych przywódców, a jest to bardzo niebezpieczna rzecz, gdyż wszystko, dosłownie WSZYSTKO począwszy od sukcesów a skończywszy na porażkach - zaczyna się w głowie, w naszych myślach. Ludzie, którzy przeżyli komunę i którzy wówczas dorastali (nawet jeśli byli zdeklarowanymi antykomunistami) mentalnie nasiąknęli pewną wizją świata, która sprowadzała się do słów: "Ruskie to jest potęga, z Ruskimi nie wygrasz", etc. etc. Kto z nich w ogóle brał pod uwagę rok 1920 i zwycięstwo jakie odnieśliśmy wówczas nad sowiecką zarazą (i nie jest to inwektywa - to jest stwierdzenie faktu), gdy totalnie skopaliśmy im wówczas zadki, tak, iż Lenin musiał prosić o pokój. Kraj który dopiero co kilkanaście miesięcy wcześniej zaczął odradzać się do życia, zwyciężył niepokonaną (i wciąż zasilaną nowymi rekrutami) Armię Czerwoną, która na każdym odcinku frontu biła zaprawione w bojach I Wojny Światowej armie rosyjskich (białych) generałów. Takiej klęski, jaka spotkała wówczas Związek Sowiecki w 1920 r. nie doznał on już nigdy później (Hitler miał ogromną szansę pokonać Sowiety w przeciągu kilku miesięcy, ale był idiotą zapatrzonym w swoją ideologię dla ćwierćinteligentów i... przegrał już wygraną wojnę - swoją drogą, to jest dopiero osiągnięcie, prawda?). Zarówno Leguny z 1914 r. jak i żołnierze z roku 1920 zwyciężyli dlatego że - mocno wierzyli nie tyle w to, że zwyciężą, ale w to, że "idą na tę wojnę jak na wesele" i mogą "przenosić góry" (dosłownie, nie w przenośni). Nasze myśli kształtują bowiem rzeczywistość, jeśli poddamy się jakimś takim głupkowatym obawom, pytaniom czy kalkulacjom co lepsze a co gorsze, to nie wygramy niczego. Mój ojciec opowiadał mi kiedyś o pewnym bokserze, który był tak dobry że kładł swych przeciwników nokautem. Miał tylko jedną poważną ujmę - był strasznie słaby psychicznie i gdy tylko przed walką ktoś powiedział mu że przeciwnik jest tak dobry, że on na pewno z nim nie wygra - to nie wygrał, bo cały czas myślał o tym, że jest gorszy i to sobie po prostu samemu sprawił.




Dlatego też trzeba wreszcie otrząsnąć się z tego matrixu w którym żyjemy i zacząć (tak jak Neo) kształtować naszą rzeczywistość - rzeczywistość, w której odrodzona Wielka Rzeczpospolita będzie siłą stabilizującą nie tylko w Europie, ale i na Świecie. Mamy ku temu nie tylko moralne prawo, ale zarówno zasoby materialne i doświadczenie - gdyż przeżyliśmy takie cierpienia, które są nie do wyobrażenia dla wielu innych narodów, a poza tym istnieje pamięć dawnej potęgi, która nie była potęgą zaborczą, stworzoną na przemocy i krwi, lecz potęgą zgody, konsensusu i unii wzajemnych. Któż może mieć większe niż my moralne prawo do objęcia swoistej opieki nad tym Światem? Ktoś powie - niemożliwe! Naprawdę? czy w XIII wieku, gdy ziemie polskie poddawane były dość intensywnej germanizacji, ktoś mógłby pomyśleć że za dwieście lat język polski będzie językiem dyplomacji pomiędzy Chinami a Rosją oraz między Anglią a Rosją a w Katalonii język polski będzie w powszechnym użyciu? Nie istnieją rzeczy niemożliwe, każda bariera która uniemożliwia nam osiągnięcie jakiegokolwiek zadania, rodzi się na początku w naszej głowie i czerpie siłę z naszej Duszy. To my sami nadajemy jej granice możliwości czy niemożliwości. Czy ta garstka chłopaków, którzy wyruszali z krakowskich Oleandrów 6 sierpnia 1914 r. by wyzwalać Polskę z wiekowej niewoli, mogła być brana na serio? Przecież nie stanowili oni nawet jednej dziesięciotysięcznej ułamka sił i możliwości, jakimi dysponowały mocarstwa zaborcze (Rosja, Niemcy i Austro-Węgry) - a mimo to wygrali! Tamte państwa się porozpadały a Polska odrodziła się do nowego, niepodległego życia. I kto powie mi jeszcze że coś jest niemożliwe do zrobienia? Te legionowe chłopaki oddały Ojczyźnie swe Dusze, wierząc głęboko że Polska Niepodległa JUŻ JEST! Nawet w ironicznych wierszach z tamtej epoki, znaleźć można prawdę o Pierwszej Kompanii Kadrowej i Komendancie Piłsudskim, jak choćby ten, zamieszczony w "Wiadomościach Ideowych": "A gdy się człeku zapytasz w pokorze, co znaczy ten Hetman i co on też może? Głupio zapytasz, wszak wiedzieć należy: Wielkim być musi, skoro sam w to wierzy" - wiersz próbujący nieco ośmieszyć Komendanta, pokazał jednak całą prawdę, nie tylko o Nim samym, ale o całej ludzkiej zawiłej naturze rzeczy.

Podsumowując, nie tylko wiara, lecz również zgoda i jedność jest ważna, aby z niemożliwego uczynić możliwe - Duszę chcesz? Duszę daj! - zjednocz się niewidzialną więzią z innymi, niech wasze Dusze staną się jednością a wasze Umysły wspólnie wyrażać będą te dawno już zapomniane i przez wielu niechciane wołanie: MY CHCEMY POLSKI! Dziś te słowa brzmieć muszą: My chcemy Rzeczypospolitej Potężnej, która odrodzi zapomnianą już tradycję wolności Rzeczpospolitan - przekazując ją w darze współczesnej Europie. Europa już teraz potrzebuje Polski, nawet jeśli obywatele wielu europejskich państw nie zdają sobie z tego sprawy (bo nikt ich po prostu nie informuje jak ważna obecnie jest Polska dla Europy a nawet dla Świata). Ta potrzeba będzie się tylko zwiększała w przeciągu kolejnych dekad, gdy kontynent europejski zacznie się staczać w region Trzeciego Świata, targany przemocą, neomarksistowską ideologią i zamordystyczną dyktaturą. Ale to dopiero wizja przyszłości.



DUSZĘ CHCESZ
DUSZĘ DAJ!



05 sierpnia 2026

WIELKA HISTORIA SEKSU - Cz. II

OD CZASÓW STAROŻYTNYCH 
PO NAM WSPÓŁCZESNE





PREHISTORIA
(do 3700 r. p.n.e.)




 Historia Ludzkości na Ziemi jest długa, zbyt długa bym miał się cofać do pierwszych (pozaziemskich) jej początków. Zresztą nie miałoby to większego sensu, gdyż np. channelingi na temat ludzkiej (i "boskiej") seksualności podają bardzo niewiele wiadomości. Tak naprawdę prawdziwa historia Ludzkości na Ziemi rozpoczyna się od ok. 3 700 r. p.n.e. wówczas to bowiem powstaje pierwszy kalendarz, liczony ziemską rachubą lat. Z wcześniejszego okresu (który dla większości ludzi jest okresem mitycznym lub pseudonaukowym, pseudo-historycznym), można chociażby coś powiedzieć o silnej pozycji kobiet (szczególnie kapłanek) w społeczności I Imperium Atlantydy. Od ok. 70 000 r. p.n.e. do ok. 50 700 r. p.n.e. kobiety dominowały w religijnej, kultowej i mistycznej tradycji cywilizacji I Imperium. 

Przykładem wielkiej pozycji tamtejszych kapłanek niech będą chociażby takie imiona (wymienione przez sławnego amerykańskiego jasnowidza i mistyka, zwanego "Śpiącym Prorokiem" - Edgara Cayce'a, podczas jego sesji z lat 20-tych i 30-tych XX wieku), jak Wielka Kapłanka ISHUMA (z Wielkiej Świątyni z I Sfery Atlantydy, żyła ok. 59/58 000 r. p.n.e.), która miała ponoć spółkować z wieloma mężczyznami, wśród których byli także jej niewolnicy. Przeszła do historii (a raczej została tak zapamiętana w sesjach Cayce'a), jako matka 17 synów, którzy również mieli zostać kapłanami. Kolejną postacią, wymienioną przez Cayce'a, była Wielka Kapłanka AJAHEL, która była prekursorką zwołania Kongresu Zjednoczeniowego Atlantów (według Cayce'a miało to miejsce dokładnie w 50 722 r. p.n.e.), musiała więc żyć w okresie 51/50 700 r. p.n.e. (należy bowiem pamiętać, że w tamtym czasie ludzie spokojnie dożywali tysiąca, a niekiedy tysiąca dwustu, trzystu lub nawet tysiąca pięciuset lat - te ostatnie to skrajne przypadki - było to oczywiście spowodowane brakiem śmiertelnie niebezpiecznego kosmicznego promieniowania, któremu wówczas zagradzała drogę do Ziemi bariera złożona z firmamentu wodnego, którego dziś już nie ma). Ajahel była ostatnią Wielką Kapłanką Świątyni przed wybuchem powstania Synów Beliala. Jej następczynią była Wielka Kapłanka (zwana przez Cayce'a - "Wojowniczą Kapłanką") AMENEE, która dowodziła obroną miasta Atlantydy (a szczególnie I Sfery), przez zwolennikami Zakonu Synów Beliala. W jej rękach skumulowana była też cała zarówno religijna jaki i polityczna władza (szczególnie po ucieczce ostatniego tolteckiego króla Atlantydy - AXTELLA). Amenee prawdopodobnie zginęła, podobnie jak reszta Czerwonoskórych obrońców miasta.

Cayce mówi nam również, że wraz z królem Axtellem - który zbiegł drogą morską w kierunku kraju ARANKA (będącym jedną z prowincji I Imperium Atlantydy - dziś ten kraj nosi nazwę Egipt), towarzyszyła mu m.in.: kapłanka ILAX, dzięki której powstała pierwsza świątynia "Jednego Prawa" na egipskiej ziemi i która dążyła do zjednoczenia Czerwonoskórych atlantydzkich panów z zamieszkującymi pierwotnie Arankę Czarnoskórymi plemionami dawnych Bakaratinian, żyjącymi na o wiele niższym stopniu rozwoju cywilizacyjnego. Cayce wspomina również o pierwszej (i zapewne jedynej) królowej-dyktatorce z I Imperium o imieniu - AMIEE, która miała zostać obalona w wyniku buntu ludności i stracona. Żyła i władała (według Cayce'a), ok. 60 000 r. p.n.e. Rok 50 712 p.n.e. jest według "Śpiącego Proroka" datą graniczną I i II Imperium Atlantydy. Wówczas to bowiem (po ośmioletnim powstaniu i wojnie domowej pomiędzy Czerwonoskórymi Toltekami - dotychczasowymi władcami Atlantydy, a Białymi osadnikami z różnych części Wszechświata - głównie z Malony, Alpha Centauri i Syriusza) skończyła się równoprawna (a często nawet i dominująca) pozycja kobiet w społeczeństwie Atlantów. Teraz, już do zagłady samej wyspy (ok. 12 500 r. p.n.e.) władzę będą piastować jedynie mężczyźni i to zarówno tę polityczną jak i religijną. 

Początkiem nowego okresu jest powstanie Patriarchatu Atlantydy, z Pierwszym Patriarchą (jednocześnie przywódcą powstania Zakonu Synów Beliala - ALTO z QUOAUDY). Patriarchat obali ok. 40 000 r. p.n.e. niejaki TORVALL, który koronuje się na pierwszego króla II Imperium Atlantydy. Monarchia (i trzy dynastie) II Imperium, to również okres całkowitego podporządkowania kobiet nowemu prawu. Utracą one jakąkolwiek możliwość pełnienia funkcji kapłańskich. Poza tym wprowadzony zostanie "OBOWIĄZEK POSŁUSZEŃSTWA", polegający na całkowitym podporządkowaniu się kobiety mężczyźnie i będzie on konsekwentnie przestrzegany aż do czasów ostatecznego zniszczenia Atlantydy (do. 12 500 r. p.n.e.). W międzyczasie narodzi się na Wyspie matriarchalny kult "AGNI" (ok. 15 000 r. p.n.e. - o czym jeszcze nie pisałem), częściowo nawiązujący do czasów I Imperium. Nie przetrwa jednak długo i swój kres odnotuje na ok. pięćset lat przed zatonięciem Atlantydy.

Ten obszerny temat dotyczy jedynie cywilizacji Atlantów, a przecież istniały jeszcze inne cywilizacje, jak choćby cywilizacja MU (toltecko-aryjska) na kontynencie Lamar, czy cywilizacja nibiruańska na Bliskim Wschodzie, częściowo w Egipcie czy w Indiach (po upadku aryjskiej cywilizacji Imperium Ramy). Nie ma sensu abym je tutaj teraz wymieniał, zresztą wkrótce piszę je wszystkie w temacie: "Historii Wszechświata", teraz powiem tylko tyle, że po katastrofie jaką dla ludzkich cywilizacji był zarówno I WIELKI POTOP (ten biblijny) - ok. 12 500 r. p.n.e. jak i II POTOP (ok. 8000 r. p.n.e.), czy WOJNY PIRAMIDOWE (I i II), pomiędzy Ariami i samymi Nibiruanami (ród Enkiego i Enlila), zakończone ostatecznie ok. 7370 r. p.n.e. konferencją pokojową skłóconych "bogów" na górze Harsag, nastąpiło nie tylko cofnięcie się ludzkich społeczeństw w rozwoju tak technologicznym jak i społeczno-politycznym, ale także nastąpiło znaczne skrócenie długości ludzkiego życia (ok. 8000 r. p.n.e. po zakończeniu I Wojny Piramidowej i katastrofie II Potopu). Zniszczenie FIRMAMENTU NIEBIESKIEGO (który ochraniał Ziemian przed szkodliwym promieniowaniem z głębi Kosmosu i umożliwiał dożywanie ponad tysiąca lat), spowodowało że w przeciągu kilku następnych pokoleń wiek Ludzi na Ziemi spadł najpierw o połowę, a następnie skrócił się do ok. 100 lat. W każdym razie z omawianego okresu nie ma szerszych informacji na temat ludzkiej seksualności. Datą graniczną, jaką przyjąłem, jest rok 3700 p.n.e. (czyli ostateczne przekazanie władzy nad Ziemią w ręce potomków Noego... spokrewnionych z Nibiruanami przez "boga" Ninurtę). Mniej więcej ten okres niech więc będzie datą graniczną pomiędzy tzw.: Prahistorią a Historią Starożytną (o stosunkach seksualnych pomiędzy prymitywnymi Lulusami pisać nie zamierzam, gdyż po pierwsze nie mam na ten temat większych informacji, a po drugie wydaje się to chyba mało ciekawe jak spółkowali np. Neandertalczycy).



STAROŻYTNOŚĆ
(ok. 7300 r. p.n.e. - ok. 3000 r. p.n.e.)
KULTY WIELKIEJ MACIERZY




 Po zakończeniu wielkich wojen (w tym wojen jądrowych, opisywanych chociażby w hinduskich księgach - Mahabharacie czy Ramajanie), oraz katastrof ekologicznych o skali globalnej (takich jak potopy czy utrata Firmamentu Niebieskiego, okalającego naszą planetę), Ludzkość na Ziemi powoli zaczęła odbudowywać swą populację, tak, że jeśli ok. 10 000 r. p.n.e. ludzi na Ziemi (ze wszystkich kultur i cywilizacji) były ok. trzy miliony, to już ok. 3000 r. p.n.e. Ludzkość liczyła... sto milionów. Był to niewątpliwy wielki skok demograficzny, który pozwolił zasiedlić i opanować prawie całą planetę. Okres po zakończeniu działań wojennych, był czasem odbudowy, znanym jako Neolit. Społeczeństwa które przetrwały wszelkie te katastrofy, zaczęły zamieszkiwać tereny, które niegdyś tętniły życiem (jak choćby rejon miast-państw Międzyrzecza, zwanego w Biblii - "Ogrodem Eden"). Były to jednak prymitywne związki plemienne (jak już wspominałem, po "wojnach bogów" Ludzkość cofnęła się w swym rozwoju do epoki prymitywizmu jakiego dotąd nie znano na naszej planecie). Podział ról pomiędzy mężczyznami a kobietami też był jasny - kobiety zajmowały się domostwem i dziećmi, mężczyźni dbali o zagrody ze zwierzętami domowymi i (od czasu do czasu) urządzali polowania na dzikiego zwierza. Kobiety jednak, jako te, które przedłużały byt danego szczepu czy plemienia, były uważane w społeczności za ważniejsze, bowiem gwarantowały przetrwanie. Stąd nabrało się tak wiele figurek neolitycznej "Wenus" z ewidentnie podkreślonymi cechami kobiecej płodności - (uwypuklonym łonem, dużą pupą i wielkimi piersiami), często w pozycji siedzącej. Bardzo wiele figurek symbolizowało boginię Inannę/Isztar/Aszterę, która była symbolem wybujałego erotyzmu (Nibiruanka Inanna - według przekazów channelingowych - miała być nawet założycielką "Szkoły Świętego Nasienia" w Mezopotamii i uprawiać stosunki z wieloma mężczyznami dziennie, a tych, którzy nie mogli jej zadowolić - kazała kastrować lub uśmiercać). 

Z czasem jednak, właśnie ok. 3000 r. p.n.e. pozycja kobiety, jako personifikacji Wielkiej Macierzy dającej życie i umożliwiającej przetrwanie, zaczęła się zmieniać. A miało to związek ze zmianą sposobu życia. Bardziej osiadły tryb życia, gdzie kobieta zajmowała się domem i dziećmi (i wciąż miała pełne ręce roboty), a mężczyzna obejściem, zwierzętami i (ewentualnie) polem - zrodził zręby współczesnej cywilizacji ludzkiej, dzięki temu że mężczyźni po pracy mogli dumać nad zawiłościami życia i uczynieniem go bardziej bezpiecznym. Zaczęto też tworzyć oddziały wojowników, które to miały chronić daną społeczność przed napadami sąsiednich plemion. Tak oto pozycja Wielkiej Matki (prawdopodobnie jakieś pozostałości z atlantydzkiego kultu "Agni") jako bogini oraz kobiety jako przywódczyni plemiennej społeczności przedłużającej życie, zaczęła się radykalnie zmieniać. Już ok. 3000 r. p.n.e. możemy mówić o powstaniu typowo męskich kultur "pierwszych" historycznych cywilizacji.



STAROŻYTNOŚĆ
(od ok. 3 000 r. p.n.e.)
UPADEK "WIELKIEJ MATKI
i DOMINACJA BOGA-KRÓLA




 Chciałbym od razu zaznaczyć, że system pierwotnych kultur matriarchalnych, nie miał wiele wspólnego z tak rozpropagowanym w naszych czasach Matriarchatem - czyli rządami kobiet. Kobieta była co prawda w tamtym czasie uważana za istotę lepszą od mężczyzn, ale tylko dlatego że dawała nowe życie i w ciężkich oraz niebezpiecznych warunkach, w jakich wówczas musieli żyć ludzie (głód, niebezpieczeństwa naturalne oraz dzikie zwierzęta), każde nowe dziecko w danym szczepie lub plemieniu było powodem do powszechnej radości, gdyż przedłużało byt owego plemienia. Kobiety, jeśli nawet pełniły funkcje publiczne, to nie dlatego że były kobietami, tylko dlatego że być może lepiej się do tego nadawały, zresztą ten okres nie był czasem panowania Matriarchatu, a raczej pewnego równouprawnienia mężczyzn i kobiet, z centralną rolą kobiety, jako tej, która przedłużała ciągłość rodu. Objawiało się to również w formie kultów kobiecych, jak choćby Wielkiej Macierzy (oczywiście nie wszędzie, były bowiem w tym czasie i kultury, które już zdominowali bogowie męscy - głównie na terenie Bliskiego Wschodu i Lewantu). Rola kobiet we wcześniej przeze mnie przytoczonym okresie była przewodnia nie pod względem politycznym, lecz głównie religijno-mistyczno-erotycznym. Tak, erotycznym - gdyż ów czas to okres rozpasanej poligamii seksualnej. Objawiało się to w taki sposób, że kobiety z reguły oddawały się kilku a nawet kilkunastu mężczyznom z wioski lub plemienia i nie posiadały (z reguły), jednego męża, lub partnera seksualnego. Monogamia małżeńska pojawiła się dopiero wraz z całkowitym upadkiem tych kultów, wierzeń (w boską moc kobiecego pierwiastka, dającego nowe życie) i zwyczajów, a zdominowaniem świata przez wielkich męskich bogów (którzy istnieli już wcześniej, ale z reguły byli jakby na uboczu kultów mistyczno-prokreacyjnych). 

Co ciekawe (i co pokazuje dobitnie że w okresie 7300 p.n.e. - 3000 p.n.e. nie istniał Matriarchat jako forma niepodzielnych rządów kobiet), odnaleziono z tego okresu groby niemowląt, zabitych najprawdopodobniej przez ich rodziców. Niemowlęta te były płci... żeńskiej. Dlaczego je zabito, czy z powodu "męskiego szowinizmu", jakbyśmy to dziś nazwali? Nie, dziewczynki zabito (i ten proceder przetrwał następne wieki) dlatego że właśnie zdawano sobie sprawę z "boskiej" natury kobiecości i z tego że z jej ciała narodzi się kolejny mały człowieczek. Dlaczego mordowano właśnie dziewczynki - ano dlatego, że w sytuacji gdy dane plemię cierpiało głód, lub nie mogło znaleźć dla siebie odpowiedniego miejsca do osiedlenia, dziewczynka, z której wyrośnie kobieta, która następnie da nową "buzię" do wykarmienia, nie była w takich warunkach pożądana. O chłopców natomiast się nie bano, wiedziano bowiem że i tak ok. 30-35 roku życia zginą albo w walce z dzikimi zwierzętami, albo w jakichś wzajemnych walkach i podjazdach. Zresztą byli potrzebni jako ochrona plemienia (co już w tamtym okresie też było niezwykle ważną kwestią). Nie był to wiec okres prawdziwego Matriarchatu, a raczej "okres płodnych heter", jak opisał ten okres Johann Jakob Bachofen, twórca pojęcia - "Matriarchatu". Matriarchat rzeczywiście pojawi się w późniejszym okresie, ale z reguły będzie ograniczony do niewielkich, lokalnych wspólnot lub instytucji.

Teraz (od ok. 3000 r. p.n.e.) nastaje okres rządów męskich bogów-królów, którzy całkowicie zdominują panteony największych historycznych cywilizacji ludzkich (jednocześnie niszcząc lub podporządkowując sobie te plemiona, które nadal wyznawały kult rodny Wielkiej Macierzy). Z chwilą gdy społeczeństwa plemienne zaczęły się ze sobą łączyć, tworząc bardziej scentralizowane związki polityczne, pozycja kapłanek, a co za tym idzie pozycja kobiet w owych społecznościach uległa znacznemu pogorszeniu. Przede wszystkim zmieniła się pozycja kobiety w relacjach erotycznych. Do tej pory kobiety w obrębie danego plemienia miały dużą swobodę seksualną i mogły oddawać się tym mężczyznom, z którymi chciały spółkować, a dzieci zrodzone z takich związków pozostawały pod opieką kobiety (i jej mężczyzny/mężczyzn), zaś ród z reguły liczono w matrylinearnym systemie pokrewieństwa (gdyż trudno było sprawdzić kto tak naprawdę jest ojcem danego dziecka). Teraz zaś, z chwilą gdy to mężczyźni zaczęli być gwarantem obrony, bezpieczeństwa i przetrwania rodu, plemienia czy państwa, poliandria (wielomęstwo) musiała na początku ustąpić miejsca monogamii, a następnie poligamii - (czyli wielożeństwu), by potem znów powrócić do związków monogamicznych.




Kobieta stała się teraz żoną (z uświęconym boską aprobatą związkiem, najczęściej w świątyni lub przed obliczem kapłana), oraz (bardzo szybko) własnością mężczyzny. Nie było już mowy o oddawaniu się wielu mężczyznom, gdyż zaczęto wprowadzać prawa, zabraniające takich praktyk i surowo każące kobiety które się nimi parały. Oczywiście pozostawiono wentyl w postaci prostytucji, jednak był to proceder wybitnie nie przynoszący chluby tym, które się nim parały. Jednak w omawianym teraz okresie pozycja kobiety (choć coraz słabsza), nie była jeszcze przesądzona, gdyż prawa dopiero się kształtowały. Jednak z czasem nawet język (z dodatkowymi żeńskimi końcówkami, takimi jak w sumeryjskim słowo - syn - brzmiało - "dumu", ale już córka, było jedynie przedłużeniem słowa dumu z żeńską końcówką - "dumu.mi". Podobnie słowo bogini - "dingir.ama" było jedynie przedłużeniem słowa bóg - "dingir". Podobnie w języku akadyjskim syn to - "mar-u" zaś córka to - "marn-t-u", brat to - "oh-u" a siostra to - "ah-at-il". I tak jest po dziś dzień w praktycznie każdym języku świata, po angielsku bóg to "God", zaś bogini to "Goddess" itd.), zaczął działać na niekorzyść kobiet.


BÓG MITRA 
JAKO SYMBOL MĘSKOŚCI I WŁADZY



Upadek pozycji kobiety, jako tej która daje życie, zaczął się zmieniać już od ok. 6000 r. p.n.e. i trwał przez następne trzy tysiące lat. Pozycja kobiet zaczęła się zmieniać z chwilą, gdy pierwotne (po-potopowe) ludzkie plemiona doszły do wniosku, że to wcale nie macierz jest najważniejsza w procesie dawania życia. Kobiety bowiem dotąd oddawały się wielu mężczyznom w plemieniu, mając zupełną swobodę w tym względzie, a krew menstruacyjna była uważana za coś niezwykłego i zarazem mistycznego. Brało się to z prostej kalkulacji (szczególnie dla ludów, które po I i II Potopie cofnęły się w swym rozwoju), że skoro krew jest częścią życia, a po zranieniu lub upływie krwi człowiek umierał, to skoro kobieta co miesiąc "oddawała krew" a mimo to nie umierała, musiała być w pewnym stopniu niezwykłą, wręcz na wpół-boską istotą. Dlatego też wiele plemion (nawet jeszcze istniejących współcześnie, choćby na terenie Tybetu) uważało że kobiety "oddające krew" są reprezentantkami Bogini Matki dającej życie i zasługują na to, by pełnić rolę kapłanek lub nawet przewodniczek plemienia (nie zmieniało się to nawet wówczas, gdy kobieta przestawała już miewać miesiączkę i była niezdolna do poczęcia nowego życia. Takie kobiety, często starsze, również piastowały funkcje kapłanek czy przywódczyń plemienia). 

Takie postrzeganie kobiety zaczęło się powoli zmieniać właśnie od ok. 6000 r. p.n.e. i trwało do ok. 3000 r. p.n.e. gdy mężczyzna ogłosił się niepodzielnym panem i władcą nie tylko wspólnych majętności, ale także rodziny jako takiej i żony jako części... inwentarza. Jak do tego doszło? Bardzo prosto. Pierwotne, po-potopowe społeczności traktowały umiejętność dawania życia, jako coś niezwykłego, do tego dochodziło comiesięczne krwawienie u kobiet, które jednak nie powodowało ani ich śmierci, ani nawet osłabienia - co tym bardziej budziło mistyczno-boskie skojarzenia. Wszystko to trwało do momentu, gdy ów zajmujący się trzodą zagrodową mężczyzna, nie zaczął łączyć pewnych faktów. Oto bowiem okazało się że owce oddzielone od barana (tryka), nie dają nie tylko mleka, ale też nie rodzą się małe owieczki, natomiast wpuszczenie barana do stada owiec powodowało iż był on w stanie pokryć nawet kilkadziesiąt z nich. Cóż za potęga - zauważył taki człowiek, jeśli baran może pokryć tyle owiec, to co dopiero ja. I tak oto pierwotne społeczności zaczęły sobie uświadamiać że bez męskiej siły, która strzegła danej zbiorowości, bez zwierząt, na które polowali przede wszystkim mężczyźni (czy też zwierząt domowych czy zagrodowych, którymi również oni się zajmowali), dane plemię jest skazane albo na śmierć głodową albo też na zagładę z rąk innego wojowniczego szczepu, teraz doszedł również element życiodajnej prokreacji i możliwość zapładniania wielu kobiet przez jednego mężczyznę - niesamowita moc, która zmieniła wszystko.




Ok. 3000 r. p.n.e. kobiety stały się już całkowicie zależne od mężczyzn. Było to nie tylko związane z elementami ekonomiczno-prokreacyjnymi, ale także z pewnymi cechami charakteru, którymi głównie obdarzona była płeć męska. A były to pewność siebie - arogancja i władczość, oraz satysfakcja z dobrze wykonanej pracy (ja na przykład mam tak, że jak zrobię coś w domu samemu od początku do końca - kiedyś na przykład {wraz z moim kumplem} samodzielnie położyliśmy kostkę chodnikową przy moim domu, chociaż ja sam nigdy wcześniej tego nie robiłem, podobnie było z ociepleniem domu - to potem jestem z tego niezwykle dumny, aż moja Pani nieraz mi to wypomina, zamiast mnie jeszcze podbudować jaki to jestem wspaniały i ile osiągnąłem, to mi umniejsza. Ale baby tak już mają, prawda? Jak to się mówi: "Mądra żona, męża korona" 👍), która urastała niekiedy do rangi symbolu męskości (a mogło to być choćby zwycięstwo w bitwie czy nawet ogrodzenie zwierząt hodowlanych specjalnym płotem, co jednak wybitnie świadczyło na korzyść mężczyzn). Gdy tylko mężczyźni zaczęli sobie uświadamiać, że to nie krew menstruacyjna jest symbolem przedłużania życia, tylko to, co oni mogą ofiarować kolejnym wybrankom, zmianie uległa forma rodziny, jaka dotąd funkcjonowała. Dotąd bowiem pokrewieństwo liczono w systemie matrylinearnym, gdyż wielość mężczyzn z którymi spółkowała kobieta, uniemożliwiał dokładne ustalenie ojcostwa. Dlatego, choć rodziny z reguły były monogamiczne, często jednak przybierały niestandardowe formy wielomęstwa z kobietą-matką w centrum. Teraz wszystko to dobiegło końca, gdyż mężczyźni - świadomi swej "mocy stwórczej" i możliwości jakie daje im ich siła fizyczna (i często umysłowa), zapragnęli ściśle kontrolować swe małżonki. Odtąd mężczyzna stawał się także oficjalnie ojcem, a to oznaczało że jego żona mogła mieć już tylko jednego męża, zaś on sam bardzo wiele kobiet. Małżeństwo stawało się podstawą życia rodzinnego, zaś głową rodziny stał się odtąd mężczyzna. Oczywiście zmieniło się też postrzeganie comiesięcznego krwawienia u kobiet, które odtąd coraz częściej stawało się... nieczyste.

Odtąd najważniejszą cechą kobiecości stawała się jej cnota (do zamążpójścia), będąca przykładem uświęconej moralności, a także płodność (po zamążpójściu). Mężczyzna zdobył całkowitą władzę nad swą żoną i dziećmi. W Syrii, Palestynie czy Mezopotamii mąż miał prawo np. oddalić swą małżonkę, jeśli uznał że ta uchybiła czymś (słowem lub czynem) jego męskości lub pozycji (co często było tożsame). W Egipcie zaś, pozycja kobiet była znacznie silniejsza i jeśli małżonek nie przyłapał swej połowicy na zdradzie małżeńskiej, nie miał prawa wyrzucić jej z domu ani pobawić majętności (kobiety w Egipcie miały prawo dziedziczyć nie tylko biżuterię czy złoto, lecz także domy i ziemię). Dodatkowo w Egipcie i Babilonii istniała (w omawianym okresie) już instytucja rozwodów, z tym że w Babilonii rozwód dla mężczyzny był jego dobrą wolą w stosunku do żony, mógł przecież (po udowodnieniu jej małżeńskiej zdrady) uznać ją za niewolnicę i np.... sprzedać do domu publicznego (W Egipcie małżonek czegoś takiego uczynić nie mógł). Ostatnia udokumentowana pisemnie forma poliandrii (wielomęstwa) na terenach Mezopotamii (Sumer), miała miejsce w roku 2350 p.n.e. Po tej dacie już nigdy na tych terenach kobieta nie mogła mieć więcej niż jednego męża. Przed ową datą poliandria miała być w Sumerze czymś... powszechnym (jak głoszą gliniane tabliczki z tego okresu), dopiero prawa reformatora Urukaginy, który pod groźbą kary śmierci zabronił kobietom poślubiania kilku mężczyzn jednocześnie, położyły ostateczny kres poliandrii na terenach Mezopotamii. Jej miejsce zastąpiła poligamia (wielożeństwo). W wielu kulturach (głownie Syria i Palestyna), oficjalna małżonka - jeśli nie potrafiła dać swemu mężowi potomstwa (z reguły płci męskiej), musiała postarać się o odpowiednie zastępstwo (co znamy chociażby z Biblii, gdy Sara, żona Abrahama nie mogąc dać mu potomstwa, każe swej niewolnicy Hagar sypiać z mężem, póki ta nie zajdzie w ciążę).





PS: W kolejnej części przeniesiemy się do starożytnego Egiptu i przyjrzymy się jaka realnie była pozycja tamtejszych kobiet i na co też mogli pozwolić sobie mężczyźni


CDN.

04 sierpnia 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXVI

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW



TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXXIII





SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXXIII



PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XI






FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XI



RECHABICI
(841 - 753 r. p.n.e.)
Cz. IV



 Po zwycięstwie króla Asyrii Adad-Nirari III w walce z koalicją (co najmniej trzech jeszcze ludów, których nazwy i tak nie będą nam wiele mówić, więc je pominę), na której czele stało miasto Damaszek, rządzone przez ambitnego Hazaela (805 r. p.n.e.), Izrael i Juda wreszcie mogły trochę odetchnąć i skupić się na wewnętrznych sprawach. Dominacja Hazaela nad dwoma państwami podzielonej monarchii Dawida i Salomona trwała bardzo krótko, bo zaledwie jakieś pięć lat. Po tym czasie narzucony przez Aramejczyków traktat, w którym preferowano pogańskie kulty zamiast religii Mojżeszowej, natychmiast odrzucono (szczególnie w Królestwie Judy) a ostatnie lata panowania króla Joachaza w Izraelu i króla Joasza w Judzie należały do spokojnych. Tutaj kolejną cezurą (taką jak np. wcześniej rok 925 czy 841 p.n.e.) wypada na rok 796 p.n.e. jako że w tym (lub koło tego roku) nastąpiły istotne zmiany zarówno w dwóch podzielonych Królestwach, jak i w Damaszku. Na tron bowiem wstąpiło nowe pokolenie władców (w Izraelu po śmierci Joachaza w 797 r. p.n.e. władzę objął jego syn - Joasz, który współrządził wraz z ojcem od 799 r. p.n.e. W Judzie w 796 r. p.n.e. na tron wstąpił syn i następca Joasza - Amazjasz, który współrządził z ojcem od 798 r. p.n.e. Natomiast zmarło się również Hazaelowi i w tym właśnie 796 roku władzę w Damaszku objął jego syn - Ben-Hadad III). Sytuacja polityczna bardzo ułatwiała odrodzenie królestw żydowskich, bowiem osłabiony Damaszek (uzależniony od Asyrii) nie był w stanie ponownie narzucić swej woli Królestwu Izraela i Judy, Asyryjczycy zaś zajęci byli konfrontacją z Urartu na północy swego państwa, dlatego też można było przystąpić do konfrontacji z Filistynami, którzy również odrodzili już swoje wpływy i dążyli do przywrócenia dawnych zależności w Judzie.

Największą wojowniczość przejawiał Joasz, który pragnął odbudować pozycję Izraela z czasów Dawida i Salomona (chociaż należy od razu tutaj dodać, że w tamtym czasie zjednoczone Królestwo Izraela było jednak mniej lub bardziej ale zależne od Filistynów i to, co piszą twórcy Starego Testamentu o tych wielkich zwycięskich wojnach i sięganiu przez Dawida do Damaszku i dalej, to są takie piękne opowieści ku pokrzepieniu serc, spisywane po to, aby Żydzi nie zapomnieli o chlubnej przeszłości w czasach niewoli i obcej - głównie greckiej - penetracji kulturowej). Joasz przywdział swą zbroję, wziął do ręki włócznię i tarczę i przemawiając do swych żołnierzy, natchnąć miał ich duchem walki, walki o odrodzenie Królestwa. Wkrótce potem (bo już w 795 r. p.n.e.) wyruszono na pierwszą wojnę z Damaszkiem o tereny, które Izrael stracił podczas inwazji Aramejczyków w 810 r. p.n.e. Kampania ta okazała się zwycięska i w kolejnych latach przedsięwzięto jeszcze dwie podobne, które kończyły się tak samo, jedną zwycięską dla Izraelitów bitwą i do 792 r. p.n.e. Izrael odzyskał wszystkie tereny zajęte wcześniej przez Aramejczyków, a ostatnia bitwa zakończyła się również śmiercią króla Damaszku - Ben-Hadada III. Damaszek schodził więc z areny konfrontacji ówczesnych regionalnych mocarstw. Sukcesy Joasza w polityce zagranicznej, nie szły jednak w parze z sukcesami wewnętrznymi, gdyż tutaj kulty kananejskie i syryjskie ponownie odzyskały przewagę nad religią Mojżeszową, co prowadziło do konfliktu z Judą (a szczególnie z kapłanami Świątyni Jerozolimskiej, oraz oczywiście z sektą Rechabitów). Król Południa - Amazjasz nie dążył do tej konfrontacji, ponieważ sam musiał uporać się z kilkoma ważnymi wewnętrznymi konfliktami w swoim Królestwie. Przede wszystkim jego ojciec - Joasz (wnuk królowej Atalii) zginął zamordowany z rąk dwóch swoich sług (którzy działali na polecenie kapłanów Świątyni). Aby nie rozniecać niepotrzebnego konfliktu wewnętrznego, nowy król co prawda ukarał śmiercią zamachowców, ale na tym się skończyło i nie mścił się już na ich potomkach (co było bardzo częste w tamtym czasie), a przede wszystkim starał się nie dostrzegać faktu, że zarówno jego ojciec jak i on sam nie podobają się kapłanom i coraz potężniejszym w kraju Rechabitom. Chciał uchodzić za króla litościwego i miłosiernego, króla zgody i religijnej jedności. Nie było to jednak łatwe, ponieważ kapłani otwarcie już dążyli do konfrontacji z Izraelem i żądali od swego króla interwencji przeciwko panującemu na Północy pogaństwu.




Amazjasz zwodził ich jak długo mógł, ponieważ pragnął utrzymać pokój pomiędzy Królestwami z czasów swego ojca i swych poprzedników. Poza tym miał inne problemy, jak choćby coraz silniejszą penetrację gospodarczą i kulturową Filistynów w Judzie, co przypominało czasy sprzed 925 r. p.n.e. Szczególnie silne były wpływy miast Ekron, Gat i Aszdod, ale walka z nimi (jakakolwiek by ona nie była) nie przerodziła się wówczas w starcie militarne. Tym bardziej że Judzie na dobrą sprawę opłacała się wymiana handlowa z Filisteą, gdyż większość potrzebnych im towarów płynęła morzem, a Judea nie miała dostępu do morza, więc wszystko co szło z Egiptu, a także z krajów Fenicjan czy z Azji Mniejszej, docierało do Judy przez Filisteę i Szefelę. Tylko że to znów przypominało dawne czasy i niezbyt podobało się władcom Judy, którzy wyrośli już w przekonaniu że Filistea jest trupem i to zarówno politycznym, jak i gospodarczym. Doszło więc do krótkotrwałego konfliktu z władcą miasta Gat, a Amazjasz pierwotnie chciał zablokować idący stamtąd handel, szybko jednak porzucił tę myśl i wycofał się z tych planów (które bezpośrednio godziły również w stabilność polityczną jego Królestwa). Nie było więc wyjścia, trzeba było zaakceptować rosnący ponownie wpływ Filistynów w Judei, a jednocześnie narastał w tym kraju konflikt religijny, do którego zdecydowanie dążyli kapłani Świątyni i Rechabici, będący fanatycznymi wręcz wyznawcami kultu Jahwe. Kapłani żądali zatem od króla, by ten zmusił władcę Północy Joasza, do zakończenia tolerancji obcych kultów, a gdyby tamten odmówił, wypowiedzenia mu wojny. Amazjasz zdawał sobie jednak sprawę że prawdziwym wrogiem jego rodu nie są królowie Izraela, a właśnie kapłani Świątyni, dla których kolejni władcy mieli być tylko marionetkami w ich rękach. Znał dobrze konflikt swego ojca Joasza z kapłanami Jechojadą i Zachariaszem, a także to, jak zamordowali jego prababkę Atalię. Tylko że bezpośredni konflikt z kapłanami raczej nie mógł udać się w dłuższej perspektywie i jeśli nawet król dążył do osłabienia ich wpływów, to musiał to zrobić w inny sposób.




Aby wyjść więc naprzeciw żądaniom kapłanów, wysłał do Samarii poselstwo (nie wiadomo jednak kto stanął na jego czele, czy któryś z kapłanów, czy przedstawiciel Rechabitów, czy może ktoś inny), żądając od króla Joasza wydalenia z kraju kapłanów obcych kultów i zniszczenia ich świątyń. Joasz (który budował swój image jako król-wojownik), oczywiście odrzucił te żądania, a stosunki z Judą stały się wręcz lodowate. W obawie przed spodziewaną inwazją Północy (znacznie silniejszej militarnie od Królestwa Południowego) i niechybną wojną, Amazjasz zarządził przeprowadzenie spisu powszechnego. Gdy już do tego doszło, zapowiedział wyprawę wojenną, ale nie na Izrael, tylko na południe, do kraju Edomitów (zwanych też Horytami). Tutaj wydał im bitwę (ok. 790 r. p.n.e. nie wiadomo jednak gdzie się ona toczyła, być może gdzieś nad rzeką Zared) i zwyciężył (w bitwie tej zginęły setki, a być może tysiące edomickich wojowników), po czym zawarł pokój z władcą Edomu, który miał odtąd puszczać karawany idące do Judy zarówno z Egiptu przez Synaj, jak i przez kraj arabski. A Amazjasz zabrał z Edomu figurki tamtejszych bożków, do których też zaczął się modlić, co doprowadziło do furii kapłanów Świątyni. Gdy jeden z proroków (o nieznanym imieniu) zarzucił mu, że zamiast upominać Izrael w kwestii przestrzegania wiary Mojżeszowej, wdał się w niepotrzebną wojnę z Edomem i zabrał stamtąd ich bożki (do których zaczął się modlić), król wówczas zagroził, że jeśli ów prorok (czy ktokolwiek z kapłanów) będzie raz jeszcze go pouczał, to straci życie. Z tą chwilą wojna między królem a kapłanami wybuchła już na całego. Doszło nawet do tego, że kapłani wysłali na Północ swoje poselstwo, apelując do Joasza aby ten zaatakował i obalił Amazjasza - który - jak twierdzili - pouczał go w kwestii wiary, a sam wyrzekł się religii przodków. Ostatecznie taka wojna wybuchła (ok. 785/784 r. p.n.e.), a król Joasz rozbił wojska Judy w bitwie pod Bet-Szemesz (miasto leżące na zachód od Jerozolimy i na szlaku do Ekronu i Gat). Zwycięstwo to okazało się tak wielkie, że Jerozolima nie broniła się i otworzyła swe bramy przed armią Izraela. Joasz złupił skarby Świątyni (jeśli więc to kapłani stali za poddaniem miasta, to raczej było dla nich pyrrusowe zwycięstwo) i narzucił Judzie poddaństwo. Król Amazjasz został uprowadzony do Samarii (ale zapewne po podpisaniu pokoju zwrócono mu wolność i pozwolono wrócić do Jerozolimy, już jako króla-lennika). Ostatnie więc lata panowania króla Joasza upłynęły pod znakiem politycznego odrodzenia Izraela. Zmarł jakiś czas po swym powrocie z tej wojny do Samarii ok. 781 r. p.n.e. Jego następcą został zaś syn - Jeroboam II (który współrządził z ojcem od co najmniej 794 r. p.n.e.).




O ile bowiem Joasz uchodził za króla-wojownika, to bez wątpienia Jeroboam znacznie bardziej zasłużył na to miano. Nie mając przeciwko sobie żadnego większego konkurenta (gdyż po śmierci w Kalchu Adad-Nirari III - 783 r p.n.e., jego następca - Salmanasar IV nie był już władcą tak zdolnym jak jego ojciec czy dziad, w poza tym konflikt z Urartu stał się teraz niezwykle istotny dla Asyrii. Co się zaś tyczy Damaszku, to jego pozycja polityczna i militarna słabła z każdym rokiem), zdołał więc narzucić władzę Izraela daleko na północ (zamierzał również podbić Filisteę). Nowy król Północy rozpoczął wojnę z Damaszkiem (ok. 780 r. p.n.e.) która zakończyła się zwycięstwem i zajęciem Gileadu (krainy leżącej na wschód od rzeki Jordan). Kolejna wojna wybuchła ok. 777 r. p.n.e. i w jej wyniku Jeroboam zdobył całą dolinę Bekaa. Te wszystkie zwycięstwa sprawiły, że Jeroboam stał się najpotężniejszym władcą całego regionu, wynosząc Izrael do rangi prawdziwego mocarstwa. Warto też dodać gwoli ciekawostki, że od 776 r. p.n.e. w dalekiej Helladzie zorganizowano pierwsze Igrzyska Olimpijskie, od których to antyczni Grecy poczęli liczyć czas. Istnieje też teoria że te igrzyska wcale nie były pierwsze, tylko po prostu od nich właśnie poczęto spisywać listę zwycięzców, ponieważ wcześniej nikomu nie przyszło to do głowy. Ponoć twórcą pierwszych igrzysk olimpijskich był niejaki Ifitus (Iphitus) z Elei, który pragnąc zaprowadzić pokój powszechny w Helladzie pomiędzy poszczególnymi polis (gdyż już wówczas, w tej tak zwanej archaicznej Grecji, w "Ciemnych wiekach" Hellady musiało również dochodzić do częstych wojen), udał się do wyroczni Apolla w Delfach i prosił boga o radę. Kapłanka zwana Pytią miała go poinformować jaka jest wola Boga: "Wy, którzy mieszkacie na Peloponezie, zbierzcie się wokół ołtarza, czyńcie ofiary i przestrzegajcie poleceń proroków". Ifitus wysłał więc gońców do miast Peloponezu, aby zaprosić wszystkich na wspólne modły wokół ołtarza Apolla (pomagał mu w tym niejaki Likurg, który był jego krewnym (nie był to jednak z pewnością ów sławny Likurg - spartański prawodawca, który działał w latach 20-tych IX wieku p.n.e., czyli jakieś 60 lat po omawianych wydarzeniach). Tam właśnie, w Olimpii, gdzie rozpalono wspólny ołtarz i złożono ofiary, postanowiono zgodnie z wolą boga odprawiać co cztery lata zawody sportowe, dzięki którym przynajmniej na pewien czas (podczas przesilenia letniego) wszelkie wojny muszą ustać. Według Arystodema z Elidy, pierwsze Igrzyska Olimpijskie z 776 r. p.n.e. od których to zaczęto liczyć grecką rachubę czasu, były już 28 igrzyskami od czasów założenia ich przez Ifitosa, z czego wynika że pierwsze Igrzyska Olimpijskie musiały odbyć się ok. 884 r. p.n.e., tylko że wcześniej nikt nie spisywał imion zwycięzców Olimpiady.




Po swych zwycięstwach nad Damaszkiem i opanowaniu Gileadu oraz całej doliny Bekaa, król Izraela - Jeroboam II kontrolował znaczne tereny od Wielkiego Morza począwszy (czyli od Morza Śródziemnego) po kraj Ammonitów na wschodzie. Po zwycięstwie zaś pod Bet-Szemesz i zajęciu Jerozolimy (ok. 784 r. p.n.e.), Izrael uzależnił od siebie również Królestwo Południowe. Jeroboam nie miał więc obecnie godnego siebie przeciwnika, z którym mógłby rywalizować o dominację w regionie. W polityce wewnętrznej zaś król przeciwstawiał się radykalnemu jahwizmowi i wpływom sekty Rechabitów, czego efektem była znaczna tolerancja dla pogańskich kultów (szczególnie Baala i Asztarte) i opieka nad ich świątyniami. Było to o tyle łatwe, że na Północy nie było jednego centralnego ośrodka jahwicznego, wspierającego politykę walki z kultami pogańskimi. Co innego na Południu, w Judzie, gdzie tamtejszy władca, król Amazjasz również pragnął prowadzić tolerancyjną politykę religijną, ale uniemożliwiały mu to silne wpływy kapłanów Świątyni i członków sekty Rechabitów. Tutaj już tak łatwo nie było, o czym przekonał się osobiście Amazjasz gdy poinformowano go o spisku, jaki uknuto na jego życie. W obawie iż nie jest bezpieczny w Jerozolimie, postanowił uciec do Lachisz, miasta leżącego na zachodnich rubieżach Królestwa Judy (tuż przy granicy z Szefelą i Filisteą). Tam jednak został dopadnięty i zasztyletowany przez dwóch wyznawców ortodoksyjnego jahwizmu (767 r. p.n.e.). Jego następcą został syn - Ozjasz (zwany również Azariaszem). Zdając sobie sprawę z wewnętrznych niepokojów trapiących jego Królestwo, postanowił ściśle związać się z Królestwem Izraela i zaproponował Jeroboamowi sojusz polityczny i wojskowy, na co tamten wyraził zgodę. Pozwoliło to Judzie odzyskać pozycję, ponieważ dzięki temu danina, jaką miało płacić Królestwo Południa Królestwu Północy została znacznie obniżona (a być może nawet całkowicie zniesiona). Nowy król okazał się też utalentowanym administratorem, politykiem i wodzem, który doprowadził do znacznego wzmocnienia Królestwa Judy.




Było to ważne o tyle, że w tamtym czasie dotychczasowe potęgi, takie jak Damaszek czy Asyria mocno osłabły. Co prawda przez cały okres panowania Adad-Nirari III (811-783 r. p.n.e.) Asyryjczycy toczyli nieustanne walki (głównie z Uratyjczykami, toczone najczęściej na wschodzie kraju Medów, ale również i na zachodzie, w kraju Milid/Malati?) I organizowali wyprawy wojenne, to jednak przestali odnosić tak spektakularne zwycięstwa, jak to było niegdyś. Mało tego, kraj Milid został opanowany przez władcę Urartu, króla Menuy jeszcze w latach 90-tych VIII wieku p.n.e. zaś jego syn i następca - Argiszti (789-766 p.n.e.) zapędzał się już do Azji Mniejszej i do północnej Syrii. Pod koniec rządów Adad-Nirari III państwo asyryjskie realnie rozpadło się na szereg mniejszych prowincji, zarządzanych przez lokalnych satrapów (większość z nich czuła się całkowicie niezależna od władcy rezygnującego w Kalchu). Ułatwiało to zaś ekspansję Urartyjczykom, którzy kontrolując jezioro Urmia, kontrolowali również drogi handlowe, prowadzące na zachód z ziem dzisiejszego Iranu. Teraz walka toczyła się o tereny leżące na północ i na zachód od Karkemiszu (czyli o kontrolę nad handlem metalami z Azji Mniejszej). Gdy na tron w Kalchu wstąpił syn Adad-Nirari III - Salmanasar IV, realnie nie kontrolował on już zachodnich prowincji swego Królestwa, a w Kar-Salmanasar nad Eufratem rozsiadł się tamtejszy satrapa - tartan Szamsziilu. Salmanasar nie był w stanie opanować tej sytuacji, a poza tym jego rządy (zmarł po zaledwie dziesięciu latach panowania w 773 r. p.n.e.) przeszły do historii głównie z powodu wybuchu epidemii dżumy, która jeszcze bardziej osłabiła jego Królestwo. Władzę po nim objął jego młodszy brat -  Aszur-dan III, który był jeszcze mniej zdolnym władcą, tym bardziej że następcą Argiszti w Tuszpie (mieście leżącym nad jeziorem Wan), został jego syn - Sardur III - bodajże największy władca Urartu (766 r. p.n.e.). Kummuh i Milid zostają opanowane na stałe przez Uratyjczyków (wcześniej te tereny sporadycznie zdobywane były przez Asyryjczyków) a tym samym kontrola nad szlakami niezwykle intratnego handlu metalami i końmi z Azji Mniejszej i Syrii została przez Asyryjczyków utracona (było to o tyle niebezpieczne, że wszystkie konie sprowadzane do Asyrii dla tamtejszej jazdy - która była podstawą armii - pochodziły właśnie z Syrii i Azji Mniejszej, a teraz ten szlak został odcięty). Nie dość na tym było kłopotów, 15 czerwca 763 r. p.n.e. miało miejsce zaćmienie słońca, które powszechnie utożsamiano w Asyrii jako zły omen. I rzeczywiście, wkrótce okazało się że epidemia dżumy - która wydawało się że minęła dekadę wcześniej - ponownie rozlała się (szczególnie w południowych prowincjach państwa), a to spowodowało bunty miast i jeszcze większą niezależność lokalnych satrapów. Państwo asyryjskie rwało się w szwach, a zarówno Aszur-dan III jak i jego brat i następca Aszur-nirari V (755-745 r. p.n.e.) nie wiedzieli jak z tego upadku wybrnąć.




CDN.

02 sierpnia 2026

HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. XI

OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ 
DO KATARZYNY PARR





KATARZYNA ARAGOŃSKA
(Czyli hiszpańskie noce) 
Cz. IX






DZIECIŃSTWO KRÓLOWEJ KATARZYNY
Cz. VIII


 Narodziny Katarzyny (Aragońskiej) - 16 grudnia 1485 r., piątego i ostatniego żywego dziecka Izabeli i Ferdynanda (łącznie zaś siódmego), oraz czwartej córki, skutkowały tym, że para królewska postanowiła podziękować Bogu za szczęśliwe narodziny zdrowej dziewczynki i wybrała się w podróż do Estramadury, by tam podziękować Matce Bożej z Guadalupe (wybrano się tam już po Nowym Roku 1486 r.). Tam też przygotowywano się do kolejnej fazy działań wojennych z Emiratem Grenady. W tym czasie już ponad sto muzułmańskich twierdz (głównie w zachodniej części Emiratu, aż po góry chroniące Malagę) zostało zdobytych przez Kastylijczyków. Największym sukcesem było zaś zdobycie (22 maja 1485 r.) po ostrzale miasta z dział i katapult - Rondy, która to twierdza była "bramą do Grenady". Emirat walił się więc w gruzy, a do tego - ku rozpaczy alimów i wielu innych muzułmanów - trwała wewnętrzna wojna pomiędzy emirem al-Zagalem/Muhammadem XII a jego bratankiem Boabdilem/Muhammadem XI. Ten drugi, wypuszczony z hiszpańskiej niewoli (do której trafił po bitwie pod Luceną w kwietniu 1483 r. i przebywał tam przez kilka kolejnych miesięcy), złożył oficjalną przysięgę że w zamian za wsparcie monarchów katolickich w uzyskaniu przez niego tronu Emiratu, podporządkuje się Izabeli i Ferdynandowi i będzie spełniał ich polityczną wolę. Teraz jednak Boabdil złamał daną przez siebie przysięgę (choć grał na dwa fronty, jednocześnie twierdząc listownie że nadal wspiera Izabelę, szukał jakiegoś porozumienia ze swoim wujem, a jednocześnie wciąż z nim walczył). Wtedy też, pewnego mroźnego styczniowego popołudnia 1486 r. zjawił się w Estramadurze pewien dziwny gość. Miał ze sobą papiery polecające od księcia Medinacelego, którego bardzo zainteresowała propozycja, jaką ów mężczyzna proponował. Tym mężczyzną był niejaki Cristóbal Colón (Jak nazywano go w Hiszpanii), czyli Krzysztof Kolumb. Królowa Izabela przyjęła go na audiencji w klasztorze, w którym wraz z mężem mieszkali w Estramadurze. Izabela zapewne kojarzyła Kolumba jako człowieka wspieranego przez księcia Medina-Sidonia podczas jej wizyty w Sewilli kilka lat wcześniej (o czym już pisałem), teraz jednak list polecający Medinacelego (Medina-Sidonia bowiem ostatecznie przestał wspierać Kolumba, który zapewne często namawiał go do zorganizowania wyprawy morskiej do Indii płynąc cały czas na Zachód, uznał zapewne to za niedorzeczność i coś niezwykle kosztownego, a jednocześnie nie gwarantującego żadnego sukcesu) w niej ciekawość. Książę opisywał bowiem że istnieje możliwość odnalezienia drogi morskiej do Indii (a tym samym uniknięcia tureckich blokad na Morzu Śródziemnym i Czerwonym) kierując się cały czas na Zachód. Twierdził że już sławny geograf starożytności - Grek Klaudiusz Ptolemeusz twierdził, że Ziemia jest kulą i jeśli będziemy konsekwentnie podążać w jednym kierunku, to wrócimy do punktu wyjścia z drugiej strony (co prawda również Ptolemeusz - ojciec teorii heliocentrycznej - twierdził że Ziemia stanowi centrum Wszechświata i wszystkie planety wraz ze Słońcem krążą wokół niej, dziś już nie tylko wiemy że tak nie jest, ale zdajemy sobie również sprawę - a przynajmniej zaczynamy - że Ziemia leży tak naprawdę na uboczu Wszechświata i jest wiele znacznie lepszych miejsc do życia od naszej planety {oczywiście jest też wiele znacznie gorszych, ale to już zupełnie inny temat}. Dopiero Mikołaj Kopernik w swym dziele wydanym w roku 1543 i zatytułowanym "O obrotach ciał niebieskich" udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że Ziemia jest kulą oraz że to ona i inne planety obracają się wokół Słońca).




W każdym razie propozycja owego nawigatora (jak wówczas nazywano Kolumba), przedstawiona królowej przez księcia Medinacelego, zapewne mocno ją zafrapowała. Ów mężczyzna - Cristóbal Colón miał wówczas prawie 35 lat (oficjalnie twierdzi się że Krzysztof Kolumb urodził się w roku 1451, wydaje mi się jednak że ta data jest błędna, a nawet że celowo została przesunięta o kilka lat do tyłu. Prawdopodobnie Kolumb urodził się w roku 1454. Zresztą nieścisłość stanowi nie tylko data jego narodzin, ale również imię i nazwisko które nie było jego i które oficjalnie zaczął używać dopiero od roku 1488 {notabene podobnie jak Lenin, który również tak się nie nazywał, ale gdy jeszcze na długo przed Rewolucją roku 1905 wpadł mu w ręce skradziony paszport osoby o nazwisku Włodzimierz Lenin - taki też postanowił przyjąć pseudonim który odtąd stał się jego imieniem i nazwiskiem}. To bowiem właśnie w roku 1488 w swej korespondencji z królem Portugalii Janem II z dynastii Aviz, Kolumb po raz pierwszy użył tego właśnie nazwiska i tak już pozostało, chociaż być może (nieoficjalnie) używał go również i wcześniej. Tak więc ów mężczyzna, który w te mroźne styczniowe popołudnie stanął przed majestatem królewskim Izabeli Kastylijskiej, miał być synem Henryka Alemco i jego żony seniory Annes, szlachcianki z Algarve. Pierwotnie więc nadano mu imię Sigismundo Henriques Alemco (Zygmunt Henryk Alemco). W wieku ok. 15 lat młody Zygmunt Henryk poślubił portugalską arystokratkę Filipę Montez, której rodzina należała do zakonu rycerskiego Ordem Santiago de Espada. Gdyby Kolumb był (jak chcą zwolennicy oficjalnej narracji) zwykłym plebejuszem pochodzącym z rodziny tkaczy, ojciec Filipy Montez nigdy nie zezwolił by na jego ślub ze swoją córką. Musiał więc Kolumb odznaczać się szlacheckim pochodzeniem). Mamy więc mnóstwo różnych znaków zapytania jeśli idzie o życiorys jednego człowieka, gdyż nie zgadza się nie tylko jego data narodzin, ale również miejsce urodzenia (Kolumb nie miał nic wspólnego z Włochami i Genuą - i to mówię otwarcie, wychowywał się bowiem w Portugalii, gdzie też poślubił portugalską szlachciankę sam też będąc szlachcicem, a nie zwykłym synem tkacza - jak próbuje nas informować oficjalna historiografia), oraz imię i nazwisko.

Śmieszą mnie zresztą te wszystkie współczesne filmy, które pokazują że pomiędzy dobrze urodzonymi arystokratami czy szlachcicami a chłopami czy nawet mieszczanami nie było w zasadzie żadnej różnicy i prócz pozycji oraz pieniędzy nic ich nie różniło (jak bowiem twierdził Al Bundy: "Od Kennedych różnią nas tylko ich pieniądze). Przykładem niech będzie tutaj "Robin Hood" Riddley'a Scott'a z 2010 r. z główną rolą Russela Crowe. Tam jest pokazane, że jakiś wieśniak (Crow) podszywa się pod szlachetnie urodzonego Robina Logstride i zaczyna żyć jego życiem - i wszystko jest ok. wygłasza nawet jakieś republikańskie przemowy, nawołujące ludzi do równości itd. itp. Piękna bajka, zupełnie nie mająca i nie mogąca mieć nic wspólnego z rzeczywistością. Gdyby bowiem realnie jakiś wieśniak podszył się pod szlachetnie urodzonego rycerza, to bardzo szybko... zostałby powieszony, gdyż wpadłby przy pierwszym spotkaniu. Taki rycerz bowiem musiał mieć kontakty, znajomych, przyjaciół i rodzinę którzy go znali - a nawet jeśli ich nie posiadał (co byłoby niemożliwe w średniowieczu), to oszusta szybko zdradziłyby maniery i zachowanie. Różnica pomiędzy szlachcicami a pospólstwem w średniowieczu była ogromna i była widoczna gołym okiem. Poza tym taki ktoś nie miałby pojęcia jak posługiwać się bronią (mieczem, tarczą lub oszczepem) i mógłby co najwyżej pchnąć kogoś nożem, a to i tak tylko wówczas, gdy tamten był nieprzygotowany na atak.




W 1485 r. Kolumb opuścił Portugalię i wyjechał do Kastylii (oficjalnie z powodu niechęci króla Portugalii w kwestii jego planów odnalezienia drogi do Indii płynąc cały czas na zachód. Realnie jednak jego cel był inny. Prawdopodobnie Kolumb zmienił imię i nazwisko po to, aby na kastylijskim dworze sprzedać bajeczkę, jakoby to król Portugalii był niewdzięczny, bo nie chciał sfinansować jego nowatorskich planów odkrycia lepszej i bezpieczniejszej drogi do Indii, niż opływając Afrykę). W Estramadurze królowej Izabeli Kastylijskiej i jej małżonkowi Ferdynandowi II Aragońskiemu przedstawił się jako Christophorus Colon, któremu król Portugalii - Jan II odmówił zorganizowania wprawy odkrywczej na Zachód w drodze do Indii. Już wówczas w Hiszpanii większość dworzan królowej Izabeli pukało się w czoło, mówiąc: "idiota, on chce płynąć na zachód, aby dotrzeć na wschód?". Nawet ci, którzy zakładali iż Ziemia może być kulista, nie wierzyli że płynięcie cały czas na Zachód, pomoże szybciej dotrzeć do Indii, niż opływając Afrykę (tym bardziej nie znano zagrożeń które tam mogą czyhać, a poza tym obawiano się że przez dłuższy czas nie będzie można dobić do żadnego brzegu aby uzupełnić prowiant i wodę, co może skończyć się tragicznie dla takiej wyprawy). Nic dziwnego że przez długie siedem lat Kolumb nie mógł dopiąć swego i przekonać władców Hiszpanii do swoich planów. Notabene, planów zapewne celowo wprowadzających w błąd, jako że sam z pewnością nie wierzył iż mógłby dotrzeć do Indii szybciej, niż opływając Afrykę, ale przecież nie oto chodziło. Spójrzmy zatem, Krzysztof Kolumb (a w zasadzie jeszcze Zygmunt Henryk Alemco) siedzi w Kastylii całe siedem lat, ciągle próbując przekonać do swego planu najwyższe władze (często bowiem pisał listy do królowej Izabeli, próbując namówić ją do sfinansowania jego planów podróży do Indii z kierunku zachodniego). Niepowodzenia wcale go nie zniechęcają i wciąż próbuje dopiąć swego (chociaż odmowa króla Portugalii spowodowała że od razu wyjechał do Kastylii) - ciekawe prawda?

Osobiście jednak uważam, że w rzeczywistości cel Kolumba był bardzo prosty - jako poddany króla Portugalii, miał on odwieść Hiszpanów od próby dotarcia do Indii opływając Afrykę, gdyż tego samego pragnie król Portugalii, który przed Hiszpanami chce dotrzeć do Indii, opływając Afrykę. Wysyła więc do Kastylii swojego człowieka - Christophorusa Colona, aby ten namówił królową Izabelę do sfinansowania durnej ekspedycji na Zachód, która nie tylko znacznie wydłuży całą podróż, ale prawdopodobnie będzie musiała zawrócić (gdy się np. okaże że dotarli na... "kres świata" - większość bowiem ludzi w tamtej epoce uważała że Ziemia jest płaska, a poza tym obawiano się potworów morskich, gigantów i innych niebezpieczeństw. Zresztą czy możemy się temu dziwić? Gdybyśmy dzisiaj odnaleźli jakąś inną planetę na której istniałoby życie i my również moglibyśmy tam przetrwać, z pewnością postępowalibyśmy dokładnie tak samo - z ostrożnością co do zasiedlających ją istot, które przecież nie wiadomo czy nie stanowiłyby dla nas niebezpieczeństwa. Był taki serial science fiction zapomniałem jego tytułu, gdzie ekipa astronautów odnalazła wrota prowadzące do innych światów, i każde drzwi prowadziły gdzie indziej. Pierwszy świat jaki ujrzeli był ponury, niebo było krwiście czerwone a świat pogrążony był jakby w bólu i cierpieniu, a wszędzie grasowały olbrzymie czaszki na pajęczych nogach, więc szybko go opuścili, uważając za niebezpieczny i niezdolny do życia. Inne światy były znacznie łagodniejsze i przyjemniejsze, na przykład bajkowa kraina skrzatów; problem tylko polegał na tym, że oprócz całej bajkowości dobre informacje się kończyły, gdyż owe skrzaty były krwiożercze i po prostu mordowały ludzi. Ostatecznie każda planeta którą odwiedzali, a która początkowo wydawała się spokojna, okazywała się niezdatna do życia i ostatecznie wyszło na to, że to ta pierwsza planeta była najlepsza ze wszystkich). Tak więc z pewnością (przynajmniej ja tak uważam) ekspedycja Kolumba do Hiszpanii była zwyczajnym działaniem pod fałszywą flagą i jawną dezinformacją, mającą doprowadzić Hiszpanów właśnie na "kres świata" (a taka podróż była niesłychanie kosztowana i gdyby się okazało że nie odnaleziono drogi do Indii i zawrócono z niczym, to byłaby totalna wtopa o zasięgu międzynarodowym). Tym bardziej że istnieją listy, w których Kolumb koresponduje z Janem II i ten nazywa go: "naszym specjalnym przyjacielem w Sewilli" (czy tak postępuje władca, którego poddany przeszedł na służbę obcego państwa?). 


PRZED ODKRYCIEM AMERYKI PORTUGALIA SKUPIŁA SIĘ NA ZDOBYCIU KOLONIALNYCH PRZYCZÓŁKÓW  W AFRYCE, A TAKŻE PLANOWAŁA SAMA OPŁYNĄĆ TEN KONTYNENT ABY DOTRZEĆ DO INDII



Siedem lat Kolumb starał się u królowej Izabeli i jej dworu o realizację utopijnego planu "zachodniego szlaku do Indii", siedem lat, aż wreszcie dopiął swego po euforii, jaka nastąpiła w Hiszpanii po kapitulacji i ostatecznym upadku Emiratu Grenady. Emirat przestał istnieć, muzułmanie po 781-latach obecności w Hiszpanii przestali być ludnością panującą (wkrótce zostaną na siłę zmuszeni do przyjęcia chrztu przez kardynała Francisco Jimenez de Cisneros w 1500 r.), emir po kapitulacji ucieknie do Maroka aby umrzeć w muzułmańskiej ziemi (dzisiaj ten proces zostaje odwrócony i następuje ponowna islamizacja nie tylko Hiszpanii, ale całego zachodniego kontynentu europejskiego, za co możemy podziękować Europejskiej lewicy i liberałom - których ja osobiście uważam za największych szkodników współczesnego świata) i na fali tej euforii wreszcie królowa Izabela zgodziła się sfinansować wyprawę Kolumba na Zachód. Jednak twórcy tego planu nie przewidzieli jednej małej, aczkolwiek kluczowej kwestii w całym tym iście szatańskim planie. A mianowicie nie przewidziano tego, że na drodze pomiędzy Europą a Indiami będzie leżał jeszcze jeden kontynent. Zresztą trudno się temu dziwić, skąd miano by to wiedzieć, kontakty pomiędzy ziemiami Ameryki a Europy zostały definitywnie zerwane po katastrofie, do której doszło ok. 12 500 r. p.n.e. a które znamy pod nazwą zatonięcia Atlantydy. Taka katastrofa spowodowała całkowite zerwanie pomiędzy wschodem a zachodem, i nawet ekspedycje Wikingów (które nie były liczne) do Ameryki nie spowodowały odrodzenia tej trasy, gdyż po pierwsze Wikingowie byli uważani za pogan po drugie byli nieliczni, po trzecie Europa miała to w dupie w nosie i wolała wówczas zajmować się swoimi własnymi sprawami.

Chciałbym jeszcze na moment zwrócić uwagę na pewien drobny aspekt, który często umyka nam wszystkim, bo też nie wiadomo czy jest prawdziwy, czy też nie. A chodzi mianowicie o to, czy ów sławny Krzysztof Kolumb mógł być synem (oficjalnie) poległego w bitwie z Turkami Osmańskimi pod Warną w 1444 r. króla Polski i Węgier Władysława III (I) Jagiellończyka? Czy to mogłoby być możliwe? Oczywiście współcześni historycy kwestionują tę możliwość, jednak nie uwzględniają oni bardzo wielu przesłanek które w jasny i otwarty sposób sugerują takie właśnie pokrewieństwo. Co prawda młody król - prowadząc swą szarżę na oddziały tureckie - został przez nich otoczony i... następnie wszelki ślad po nim zaginął. Rycerstwo, widząc że zabrakło króla, zaczęło się cofać a ów odwrót szybko zamienił się w paniczną ucieczkę, która przypieczętowała obraz klęski warneńskiej. Jednak na pobojowisku, wśród stosów poległych rycerzy nie odnaleziono ciała młodego - zaledwie przecież dwudziestoletniego - króla. Ciała nie odnaleźli ani Turcy (którzy skrupulatnie przetrząsnęli po bitwie całe pole walk), ani też dwaj rycerze polscy, wysłani pod Warnę przez królową-matkę Zofię Holszańską (Sonkę), którzy mieli albo przywieźć ciało poległego monarchy, albo też odnaleźć go żywego. Wrócili nie spełniwszy żadnego z tych poleceń. I przez to właśnie w Królestwie Polskim przez prawie trzy lata panowało bezkrólewie, gdyż oczekiwano że ów nieszczęsny król wreszcie się pojawi (a często zdarzało się tak, że zaginieni w bitwach powracali potem do swych domostw po kilku miesiącach, a nawet kilku latach, jak na przykład stało się z jednym z synów sławnego rycerza Zawiszy Czarnego z Garbowa - Jana, który również brał udział w bitwie pod Warną i także tam zaginął. Jego brat zginął w tej bitwie i rodzina sądziła że Jana spotkał ten sam los, jednak powrócił on do domu po dwóch latach tułaczki). Królowa Zofia nie dawała wiary w śmierć syna i wierzyła że w końcu powróci on do kraju. Co jakiś czas zresztą pojawiały się wieści że ktoś widział Władysława w Poznaniu, w Konstantynopolu, w Wenecji, w Albanii, na Wołoszczyźnie, w Siedmiogrodzie itd. Gdy informacje te docierały do kraju, w miastach bito w dzwony i urządzano iluminacje z okazji szczęśliwego powrotu króla. Ukazał się nawet łaciński epigramat mówiący o tym że: "Sprawiedliwy Władysław żyje" i że "króla znalezionego cudownie sprowadzić należy". Ostatecznie jednak pogodzono się w myślą o jego śmierci, czego jednym z przejawów był łaciński poemat, zatytułowany: "Opłakujcie mnie Niebiosa", a efektem tego stał się wybór kolejnego monarchy, którym został, koronowany 25 czerwca 1447 r. młodszy brat zaginionego króla - Kazimierz IV Jagiellończyk.




Może nasuwać się pytanie, dlaczego Władysław - jeśli rzeczywiście przeżył bitwę - nie pragnął powrotu do kraju i zdecydował się na życie na emigracji pod zmienionym nazwiskiem? Dlaczego nie chciał spotkać się ze swą matką, z którą po raz ostatni widział się w Czorsztynie 23 kwietnia 1440 r. gdy wyruszał na Węgry, przyjąć tam - ofiarowaną mu przez węgierską szlachtę - koronę św. Stefana? Pytanie to oczywiście pozostaje bez odpowiedzi, jednak według mnie decydującym powodem takiej decyzji był fakt ogromnego wstrząsu psychicznego, który już wcześniej determinował wiele działań młodego króla. Przejął on bowiem tron węgierski w wieku 16 lat i w tym czasie stał się już władcą trzech dużych, europejskich państw - Polski, Węgier i Litwy. Co prawda na Litwę wysłał w 1440 r. - jako swego namiestnika - młodszego brata Kazimierza (miał on wówczas prawie 13 lat), ale to on był zarówno królem Polski jak i wielkim księciem Litwy, a teraz również i dziedzicem korony Węgier. Jednak prawdziwym powodem - według mnie - emigracji Władysława po klęsce warneńskiej, były jego wyrzuty sumienia za popełnione przez siebie grzechy. Można by jednak zapytać, jakie to grzechy mógł popełnić młody człowiek w wieku zaledwie 20 lat? Otóż wiadomym jest że król Władysław nie przejawiał zainteresowania płcią piękną i bardzo nudził się w otoczeniu kobiet. Natomiast preferował towarzystwo mężczyzn - rycerzy, dworzan czy paziów. Stąd istnieje (graniczące z pewnością) przeświadczenie że król był homoseksualistą. Jednak należy też wiedzieć - o czym się już nie mówi - że on sam bardzo cierpiał z tego powodu i często się spowiadał oraz prosił o rozgrzeszenie za "ciężki grzech sodomii". Owe zainteresowanie Władysława krucjatami antytureckimi (turecki kronikarz Saad el-dim pisał iż: "Król w upojeniu na wojska sułtana pędził"), również było pewnego rodzaju terapią, mającą na celu uzyskanie rozgrzeszenia za swoją orientację seksualną. To, z jakim zapałem rzucał się na wroga (a przecież nim doszło do owej klęski pod Warną, król w roku 1443 r. poprowadził całkiem udaną kampanię antyturecką, zakończoną nawet wyzwoleniem Sofii i planem marszu na Adrianopol - ówczesną główną siedzibę sułtana), świadczy o żywej determinacji w walce z pozbyciem się tego, czego zapewne nie pragnął, a katastrofa, jaką była dla niego klęska warneńska, musiała zostawić poważne ślady w jego psychice. Być może król uznał że klęska była karą boską za jego grzech sodomii i aby zmyć z siebie dawne życie, postanowił nie wracać już do kraju i zdecydował się żyć odtąd jako człowiek prywatny pod zmienionym nazwiskiem i z czystą kartą. Wciąż był przecież młody, mógł sobie ułożyć życie, ale musiał ostatecznie zerwać wszelkie więzy łączące go z dawnym światem, również i z kochającą matką. I tak też zapewne (bowiem stuprocentowej pewności nie ma. Byłaby ona, gdyby porównano badanie DNA Jagiellonów z DNA rodziny Krzysztofa Kolumba, ale jak na razie polscy historycy się do tego nie palą) została zapoczątkowana niesamowita podróż Władysława po Europie (ponoć był nawet na Synaju w tamtejszym klasztorze św. Katarzyny, jako że to właśnie ją przyjął sobie za swoją patronkę), zakończoną ostatecznie małżeństwem z senhoriną Annes - wywodzącą się z zamożnej, portugalskiej rodziny z Algerve. Władysław - pod zmienionym nazwiskiem - osiadł w Portugalii, a następnie otrzymał do swej dyspozycji pałac Zarco na Maderze (ofiarowany mu przez króla Portugalii - Alfonsa V), gdzie zamieszkał wraz z żoną. Król Portugalii corocznie zaopatrywał go tam w żywność (przysyłając obładowane towarami okręty) oraz zapraszał na regularne spotkania na swym dworze w Lizbonie. Takich rzeczy nie robi się dla zwykłego przybysza z "obcych krain", nawet jeśli byłby on szlachcicem. 




Istnieje więc dosyć mocne przypuszczenie że to właśnie Władysław Jagiellończyk był ojcem Krzysztofa Kolumba, tym bardziej że w 1584 r. przedstawiciele rodów Fraguedo i Baretto przekazali królowi Hiszpanii i Portugalii - Filipowi II Habsburgowi specjalny dokument, określający historię początku szlachectwa ich rodów. W dokumencie tym było zapisane, że członkowie owych rodów wywodzą się bezpośrednio od człowieka o imieniu Henrique Alemco (Henryk Niemiec). Tam było również wyjaśnione kim właściwie był ów człowiek, który kazał nazywać się Henrykiem Niemcem. Miał to bowiem być król Polski, Węgier, Chorwacji - Władysław III z dynastii Jagiellonów. Dokument ten był bardzo ważnym dowodem szlachectwa wyżej wspomnianych rodów i ich królewskiego pochodzenia, które król Filip II uznał. Jak to jednak możliwe by władca państwa leżącego w Europie Środkowo-Wschodniej, stał się ojcem rodów pochodzących z... Portugalii, czyli kraju nie mającego praktycznie nic wspólnego z państwami którymi władał ich założyciel? Mało tego, w dokumencie z 1584 r. przedstawiciele rodów Fraguedo i Baretto twierdzą iż są także spokrewnieni z odkrywcą kontynentu amerykańskiego - Krzysztofem Kolumbem. Nie byli jednak bezpośrednimi potomkami Kolumba, a potomkami jego siostry - seniory Barbary Henriques Alemco. Tak więc istnieją przesłanki które mogą sugerować że to co oficjalnie wiemy na temat historii życia Krzysztofa Kolumba, jest fikcją, a prawda zapewne jest inna. Pamiętajmy też, jak mawiał John Barth: "Niektóre zmyślenia są o tyle cenniejsze od faktów, że są prawdziwe". Ale nie wyprzedzajmy owych faktów, gdyż plany Kolumba musiały zostać odłożone na później (jeśli w ogóle były wówczas brane pod uwagę), bowiem wciąż trwała wojna z Grenadą, a Ferdynand, w otoczeniu swych wodzów (kanclerza Luisa de Santángela i kardynała de Mendozy), przygotowywał nową, kampanię która ruszyła w maju 1486 r.





PS: WCZORAJ MINĘŁA 82 ROCZNICA WYBUCHU POWSTANIA WARSZAWSKIEGO - POWSTANIA UTOPIONEGO WE KRWI PRZEZ NIEMCÓW I SOWIETÓW, KTÓRZY STOJĄC PO DRUGIEJ STRONIE WISŁY, CZEKALI AŻ MIASTO (POZBAWIONE PRAKTYCZNIE BRONI I AMUNICJI) PADNIE







CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM
WIECZNA HAŃBA ZBRODNIARZOM WOJENNYM I KUNKTATOROM SPOD ZNAKU SWASTYKI ORAZ SIERPA I MŁOTA










CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...