WYŚWIETLENIA

15 lipca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LVII

KONTYNENT AMERYKAŃSKI 
HISTORIA POLITYCZNA
ok. 25 000 r. p.n.e. - 12 500 r. p.n.e.
Cz. II





QUETZALCOATL
("PIERZASTY WĄŻ")
i POWSTANIE WIELKICH CYWILIZACJI
AMERYKI PÓŁNOCNEJ




 Pamięć o "bogu" QUETZALCOATLU, przetrwała nie tylko w tradycji Azteków, lecz także innych ludów indiańskich, począwszy od rejonów Wielkich Prerii i doliny rzeki Missisipi, aż po Amerykę Południową - Andy i rejony dzisiejszego Chile. Najbardziej jednak został zapamiętany na terenach powstawania wielkich (indiańskich) cywilizacji, czyli rejon północnego i środkowego Meksyku i Jukatanu. Toltekowie (a po nich Aztekowie) zwali go "Pierzastym Wężem". Było to zapewne spowodowane faktem, iż Ningiszzida/Quetzalcoatl nosił na głowie hełm w kształcie uskrzydlonego węża (był to symbol rodu Enkiego, jako że on sam był "po kądzieli" pochodzenia reptiliańskiego (na marginesie dodam, że ten sam symbol przyjęto w Egipcie od czasu gdy władzę tam objął Enki - były to dwa uskrzydlone węże, wyobrażone na tle słońca). Hełm ten (w trochę innym kształcie) zrobił niesamowitą karierę, wśród indiańskich ludów Północnej Ameryki. 

Tak więc ok. 16 000 r. p.n.e. przybył z terenów późniejszej Mezopotamii (dzisiejsze tereny Iraku), a konkretnie z baz EDENU do Ameryki syn Enkiego - Ningiszzida (zwany następnie Quetzalcoatlem), w... nie wiadomo niestety jakim celu? Nie jest to wyjaśnione w żadnych źródłach, należy więc po prostu przypuścić że musiał mieć w tym jakiś swój powód. Na terenach dzisiejszego dorzecza Missisipi, wzniósł (oczywiście przy pomocy Tolteków) potężne miasto-państwo MITLĘ. Na terenach zaś północno-zachodniego Meksyku inne wielkie miasto - TULĘ. Potem, wraz z posuwaniem się na południe, założył CHOLULĘ (miasto w środkowym Meksyku, to tam właśnie Hiszpanie w październiku 1519 r. zniszczyli posągi tego bóstwa i dokonali rzezi mieszkańców miasta, obawiając się że ci będą chcieli ich znienacka napaść), gdzie wzniósł Wielką Piramidę (większą od Piramidy Cheopsa w Egipcie). Największe z miast-państw tego okresu powstało jednak niedaleko jeziora Texcoco. Było to potężne TEOTIHUACAN, które po dziś dzień budzi podziw historyków i archeologów badających tamte tereny. Miasto było ogromne, wzniesiono je na odległości prawie 10 km (samo centrum kultowe zajmowało obszar 2 km.). Miasto zostało zbudowane z samych cegieł i kamiennych płyt, na ścianach świątyń znaleźć można po dziś dzień wyobrażenia zwierząt, które nie istniały na kontynencie amerykańskim, jak słoń czy lew. Miasto do dziś budzi zachwyt swym równomiernym ześrodkowaniem, tworzącym linie proste w formie przestronnych ulic. Przy tych ulicach (począwszy od centrum kultowego) ześrodkowane są pałace i domy dawnych tolteckich mieszkańców tych ziem.


REFORMY QUETZALCOATLA




 Z chwilą zagłady Imperium MU, ludność, której udało się uciec z owej katastrofy i przedostać na kontynent amerykański, była pod wpływem ogromnego szoku i żalu, związanego ze zniszczeniem kontynentu Lamar. Dotychczasowa religijność MU (która uosabiała się chociażby w religijności I Imperium Atlantydy), utraciła swe znaczenie. Ci, którzy przetrwali i zaczynali nowe życie w "Ameryce", zapominali i odwracali się od dawnej religijności i duchowości. Ludzie cofnęli się w rozwoju (tak technologicznym jak i duchowym), zaczęto tworzyć niewielkie grupy plemienne i budować prowizoryczne szałasy w których pomieszkiwano. Zagłada i nowe ciężkie warunki w jakich przyszło im żyć, spowodowały że ludzie coraz częściej zwracali się ku siłom natury, nadając im cechy boskie. Pierwotną więc religią Tolteków na amerykańskim kontynencie począł być politeizm sił natury, utożsamianych w formie boskiej. Tak było do ok. 16 000 r. p.n.e. czyli do przybycia do "Ameryki" Ningiszzida z Edenu, zwanego tutaj - Quetzalcoatlem. Wraz z jego przybyciem, znacznie odmieniło się życie tolteckich plemion w każdej praktycznie sferze życia. Quetzalcoatl zaszczepił bowiem w tych ludziach nadzieję, której tak bardzo im brakowało po katastrofie MU. Nie uważał się za boga, ani też nie był tak traktowany przez Tolteków (dopiero późniejsze plemiona indiańskie, w tym Aztekowie - nadali jego osobie atrybuty boskości). 

Toltekowie uważali go raczej za prawodawcę i nauczyciela (ewentualnie potężnego maga), ale nie boga. Zresztą Quetzalcoatl nie uznawał wiary w bogów. Głosił on wiarę w "Wielkiego Nieznanego", którego wola była prawem i natchnieniem (wszech)świata, a która następnie podzielona na miliardy miliardów praw poszczególnych jednostek obdarzonych materialnym życiem, stała się natchnieniem indywidualnych istot. Twierdził że "Wielkiego Nieznanego" można "poczuć" w przyrodzie - w powiewie wiatru, promieniu słońca ogrzewającego polanę, w uśmiechu dziecka itd. Twierdził jednak że te wszystkie chwile są ulotne i nietrwałe. Aby naprawdę odnaleźć w sobie "Natchnienie Wielkiego Nieznanego", należało zagłębić się w Miłości, gdyż to właśnie Miłość jest jedynym i najtrwalszym sposobem na odnalezienie w sobie natchnienia Boga. Quetzalcoatl głosił więc religię miłości życia i miłości bliźniego swego, zakazywał zabijania. Stwierdził też że może Toltekom nadać prawa, ale zaznaczył że są one tylko dla tych, którzy będą ich potrzebować i nie powinny stanowić wykładni dla wszystkich, ani też przymusu. Twierdził że każdy człowiek (i każda istota) jest częścią Miłości, a Miłość nie potrzebuje praw.

Gdy pytano się go, jakie ofiary należałoby składać "Wielkiemu Nieznanemu" by zaskarbić sobie jego przychylność, Quetzalcoatl odpowiadał: "Jedyną ofiarę, jaką możecie złożyć, są wasze czyste serca, niczego więcej Bóg od was nie wymaga". Wybrano go na pierwszego króla-kapłana i miał władać miastem Teotihuacan (oraz Mitlą, Tulą i Cholulą) przez 52 lata. Przez ten czas miał nadać tym miastom i całemu społeczeństwu Tolteków (a za ich przykładem innym indiańskim grupom, wyrosłym z lamarskiego członu ocalonych z katastrofy MU) nowe prawa, nauczyć ich architektury i inżynierii, malarstwa, rzeźby i technik dekoracyjnych. Lecz przede wszystkim rozbudzić ich dawną (wyniesioną z kontynentu Lamar, a zapomnianą już po wiekach pobytu Tolteków w "Ameryce") duchowość. Był dla Tolteków nie tylko władcą, lecz prawdziwym ojcem duchowym i założycielem ich państwowości. Przestrzegał ich przed "Dymiącym Zwierciadłem", czyli tym wszystkim, co doprowadziło do zguby I Imperium Atlantydy i co dominowało wówczas w końcówce II Imperium. Upadek duchowości, zanik wrażliwości na piękno, promocja perwersji (m.in.: hałaśliwej muzyki, spazmatycznych tańców seksualnych, ostrych podniet, irytujących rytmów, uwielbienia ciała, promocja wszelakich używek). W końcu poniósł klęskę.



 
Jak już wspomniałem, jego rządy nad społeczeństwem Tolteków trwały jedynie 52 lata. Pod koniec swych rządów dawna duchowość - o której mówił i nauczał - coraz bardziej ustępowała miejsca topornej religijności, która uosabiała się w kulcie ludzkiego ciała i chęci przewodzenia (w każdym człowieku kiełkuje potrzeba bycia lepszym niż inni, niż cała reszta - takie silne ego z którym należy walczyć - każdy człowiek w czasie całego swojego życia prowadzi właśnie taką walkę z samym sobą) były na tyle silne, że poczęto interpretować przykazania Quetzalcoatla na własną korzyść (to, co jest dobre dla mnie - jest sprawiedliwe i zgodne z wolą "Wielkiego Nieznanego", a to oznacza że moi przeciwnicy są złymi ludźmi, których należy osądzić i ukarać, gdyż nie ma w nich Boga). Dochodziło też do... pierwszych ofiar z ludzi (by jeszcze bardziej przypodobać się Bogu). To wszystko razem wzięte (a szczególnie owe ofiary z ludzi) miały doprowadzić Quetzalcoatla do wielkiej złości. Postanowił on opuścić swój lud, zostawiając mu na odchodnym przykazanie: "Zdradziliście moją naukę, zeszliście z drogi człowieka na bezdroża zwierząt (...) toteż nadejdzie dzień, w którym zamienicie się ostatecznie w małpy, a wasz małpi świat zginie w ogólnym pożarze. Ale ja powrócę jeszcze tutaj, aby ratować tych, co pozostali ludźmi".

Oczywiście słów tych nie należy brać dosłownie. Nie chodziło tutaj o zamianę człowieka w zwierzę w sensie dosłownym, a jedynie o zanik człowieczeństwa i wzięcie góry przez tę drugą, zwierzęcą naturę, która tkwi w każdym człowieku w postaci jego ego. Po tych słowach Quetzalcoatl miał udać się na brzeg oceanu, by z tego miejsca (zapewne za pomocą swego gwiazdolotu, którego zastosowania prymitywni Toltekowie nie znali, gdyż zapomnieli o swej dawnej cywilizacji), odlecieć ku Wschodowi (Eden?). Jednak negatywne zjawiska w religii Tolteków, które wprawiły Quetzalcoatla w stan gniewu i doprowadziły do opuszczenia przez niego "Ameryki", nie były wówczas czymś dominującym. Po prostu były marginesem ówczesnej tolteckiej duchowości, nieakceptowanym przez większość, która wciąż zwrócona była w stronę nauk swego mistrza. Tak więc jeszcze długo (nawet przez kilka pokoleń) Toltekowie żyli w społeczeństwie stworzonym na modłę Quetzalcoatla. Religia nie była też tak wykoślawiona, jak w czasach późniejszych - nie składano (powszechnie) ofiar z ludzi, nikomu nie wyrywano serc, ani też nie pito krwi zmarłych. 

Elementami tolteckiej religijności - wyrosłej z nauk Quetzalcoatla - były chociażby: chrzest dzieci - poprzez zanurzenie ich w wodzie (te same zwyczaje występowały wśród kapłanów MU oraz w religii I Imperium Atlantydy - o czym już wcześniej pisałem). Toltekowie znali spowiedź (jako samooczyszczenie się z własnych grzechów), po którym następowało pokropienie wodą ust i piersi (na znak drogi prawdy, którą odtąd miał postępować tak wewnętrznie oczyszczony człowiek). Kapłani byli ludźmi ubogimi (codzienną strawę zapewniało im państwo), a ich zadaniem była pomoc tym, którzy zbłądzili, bądź też nie potrafili uporać się z własnymi wyborami i uczynkami. Człowiek oczyszczał się sam, w zupełnej samotności (były do tego przygotowane w świątyniach specjalne sale). Kapłanami też byli zarówno mężczyźni jak i kobiety. Kapłani nie byli niczym obarczeni, nie musieli pracować na chleb, ani też zarabiać na swoje utrzymanie - mieli się tylko poświęcić sprawom duchowym i pomocy tym, którzy tego najbardziej potrzebowali. Kapłani nie cierpieli więc głodu (w tolteckim społeczeństwie Quetzalcoatla i jego następców nie było ani głodnych, ani bezdomnych), nie mogli jednak stać się też ludźmi majętnymi, gdyż nie posiadali żadnej własności. Niekiedy rodziło to zazdrość, ego zaczęło dawać o sobie znać, rodziła się pycha, zazdrość i zachłanność - które to są nieodłącznym elementem ludzkiej natury, tylko od nas samych zależy czy pozwolimy im dojść do głosu.

Efekty tego znamy wszyscy - indiańskie społeczeństwa, podbite w XVI wieku przez europejskich konkwistadorów, w niczym już nie przypominały dawnych Tolteków, a ich religijność daleka była od nauk Quetzalcoatla i pierwszych królów-kapłanów. Sami Hiszpanie wręcz zwali ich w swych pismach "Diabłami", ze względu na ilość przelanej ludzkiej krwi i brutalne praktyki uśmiercania jeńców na ołtarzach ofiarnych. 

 
TEOTIHUACAN
(MITLA - TULA i CHOLULA)
RZĄD i USTRÓJ




 Quetzalcoatl został wybrany pierwszym władcą Teotihuacanu (i pozostałych trzech miast), z tytułem króla-kapłana. Władał tymi miastami przez 52 lata, po czym (zdegustowany szerzącymi się w społeczeństwie Tolteków negatywnymi zjawiskami) udał się nad "Wielką Wodę" (czyli Ocean Atlantycki) i (jak twierdzą przekazy - w tym Kodeks Chimalpopoca), miał wznieść się tam miał w powietrze i odszedł na Wschód. Jednocześnie pozostawił Toltekom (i ich następcom na tych ziemiach) przykazanie, że kiedyś powróci by ocalić wszystkich sprawiedliwych. W czasach historycznych Aztekowie doskonale znali tę (przekazywaną z pokolenia na pokolenie) legendę o dobrym bogu Quetzalcoatlu, który (co prawie nie występuje wśród Indian) nosił brodę, do tego w kolorze białym, miał białą cerę, jasne włosy i niebieskie oczy (Odznaczał się też o wiele większym wzrostem niż przeciętny Toltek). Dlatego też, gdy Hernan Cortez, skłócony z hiszpańskim gubernatorem Kuby - Diego Valezquezem (który chciał odebrać mu dowództwo wyprawy do "Nowego Świata" i w głąb nieznanego lądu), w lutym 1519 r. uciekł z Kuby wraz z okrętami przeznaczonymi na wyprawę i dotarł do państwa Azteków - ci wzięli go właśnie za boga Quetzalcoatla.

To właśnie pamięć o tej legendzie i przepowiedni danej przez boga spowodowała, że garstka hiszpańskich awanturników (było ich ok. 630) podbijała państwa i imperia złożone z milionów mieszkańców i mające liczne i potężne siły zbrojne. Oczywiście nie tylko przepowiednia doprowadziła do katastrofy tych wielkich indiańskich cywilizacji, także i inne czynniki, jak choćby nieznajomość koni. Indianie nie znali koni (te wyginęły na kontynencie amerykańskim ok. 10 000 lat temu), a widząc je, wpadali w panikę i rzucali się do ucieczki, krzycząc: "Potwór, uciekać!". Nie znano oczywiście także ani koła, ani też prochu strzelniczego czy broni palnej (np. arkebuzów, używanych wówczas przez Hiszpanów). Doradcy azteckiego króla Montezumy II składali mu niepokojące informacje o przybyszach, typu: "Ujarzmiają i dosiadają okrakiem dzikie bestie", "Plują ogniem", "Prowadzi ich wódz z białą brodą" (Cortez był już wówczas sędziwym mężczyzną), inni zaś pytali: "A jeśli to Quetzalcoatl - będziemy zgubieni" oraz "Nie możemy przecież walczyć z Bogiem". Montezuma - słysząc to wszystko - zapewne nie na żarty się przeraził i nie zamierzał atakować przybyszy (bał się gniewu boga, w przypadku gdyby Cortez okazał się Quetzalcoatlem).


DROGA CORTEZA DO TENOCHTITLAN
(Cholula jest jednym z miast na trasie tego przemarszu)



Złożył im więc bogate dary (głównie szczere złoto, którego było w nadmiarze w państwie Azteków) i poprosił o ominięcie Tenochtitlanu (ówczesnego mega-miasta, ogromnej stolicy Azteków, położonej na wyspie na jeziorze Texcoco - dziś obszar dawnego Tenochtitlanu, stanowi centrum stolicy Meksyku - miasta Meksyk, natomiast dawne jezioro - dziś nie istniejące - stanowi przedmieścia. Tenochtitlan w tamtych czasach był największym miastem... świata, większym nawet od Pekinu, nie mówiąc już o brudnych, ciasnych i małych miastach europejskich). Cortez oczywiście - gdy tylko zobaczył złoto - wcale nie zamierzał zmieniać trasy, kalkulował bowiem w ten sposób: "Skoro ofiarowują nam takie bogactwa, to ile muszą tego mieć u siebie". Aztekowie chcieli prośbą i podarunkami poprosić "boskich najeźdźców" by ci ominęli ich ziemie, lecz właśnie owe "podarunki" stały się powodem ich zguby. Hiszpanie bowiem byli zachłanni i pragnęli przede wszystkim złota (które dla Azteków nie miało wartości handlowej, lecz kultową), mówiono o mitycznych złotych miastach w głębi kontynentu i chciano za wszelką cenę je posiąść. Montezuma nie miał wyjścia, musiał się zgodzić na wizytę przybyszy w stolicy, lecz nim to nastąpiło postanowił ugościć ich właśnie w Choluli, mieście leżącym na południowy wschód od Tenochtitlanu. 




Tam niewolnica i kochanka Corteza - Malinche (jej ojcem był wysoko postawiony Aztek, matką zaś kobieta z podbitego przez ten lud plemienia. Ojciec opuścił matkę, gdy ta tylko zaszła w ciążę, a nie mając środków do utrzymania czy choćby wykarmienia dziecka, by ratować jej życie - sprzedała ją do niewoli, do jednego z istniejących jeszcze miast-państw Majów. Stamtąd w kwietniu 1519 r. została - wraz z 19 innymi niewolnicami - sprezentowana Cortezowi przez lokalnego władcę. Ten uczynił z niej swą osobistą tłumaczkę i kochankę. Ochrzcił, wyzwolił i nadał nowe imię - Marina. Stała się odtąd Donną Mariną i nie była już niewolnicą, lecz legalną towarzyszką życia Corteza), podsłuchała ona rozmowę kobiet z Choluli, które mówiły o ściąganych do miasta siłach i planowanej zasadzce na białych przybyszy. Cortez dokonał więc wyprzedzającej masakry Choluli (choć informacja o zasadzce i zamordowaniu Hiszpanów prawdopodobnie była plotką). Zginęli wszyscy mieszkańcy miasta, uciekających ściągano z dachów domów lub mordowano w ich własnych domach. Po tej masakrze, Quatimozin (bratanek Montezumy) opowiedział się za walką z najeźdźcami - Montezuma zabronił (nadal nie chciał... rozgniewać boga). Efekt był taki, że Hiszpanie wkroczyli do Tenochtitlanu i uczynili z Montezumy marionetkę, zamykając go w komnatach Corteza. Potem co prawda zostali wypędzeni ze stolicy (gdy pijani konkwistadorzy, pod nieobecność Corteza, zmasakrowali procesję Azteków ku czci krwawego boga Huitzilopochtli - "Kolibra Południa"), dokonując masakry kapłanów. Lud stolicy powstał wówczas przeciw najeźdźcom, a wojsko azteckie pod wodzą Quatimozina, nawet pokonało Hiszpanów w bitwie na grobli Tenochtitlanu (stracono wówczas wszystkie armaty, wrzucane przez Indian do jeziora). Mimo to, Cortez, dzięki pomocy wrogich Aztekom plemion (gównie Tlatelolkom i Tlaxkalanom), powrócił do Tenochtitlanu, zdobył go i spalił (1521 r.), a ludność (która nie zginęła w czasie walk) wziął do niewoli. Taki był koniec legendy o dobrym bogu Quatzelcoatlu, który miał powrócić ze Wschodu (Cortez przybywał ze Wschodu) i ocalić wszystkich sprawiedliwych z ogólnego pożaru jaki strawił Tenochtitlan.




Tymczasem wracając do ustroju czterech miast (i wielu późniejszych, zakładanych na tych terenach) po odejściu Quetzalcoatla, należy stwierdzić iż była to monarchia elekcyjna. Król był jednak wybierany głosami najszlachetniejszych mężów (kobiety nie zostały dopuszczone do tego zaszczytu) spośród członków jednego rodu, czy też jednej dynastii. Społeczeństwo było skonstruowane w sposób klasowy i kastowy. Protektor - który był na szczycie rodu, zapewniał byt wielu swym lennikom. W Teotihuacanie było trzydzieści wielkich rodów szlacheckich a każdy z nich "opiekował" się ok. 100 000 pomniejszych wasali (już samo to świadczy o wielkości i gęstości zaludnienia tego miasta). Dzielnice były podzielone według sfer wpływów rodów. Najważniejsze urzędy (takie jak kapłani, sędziowie, gubernatorzy i administratorzy prowincji) mogli pełnić jedynie ludzie wywodzący się z arystokracji. Mimo to, nie było w tym społeczeństwie nędzy. Każdy bowiem mieszkaniec miasta miał zagwarantowaną opiekę swego protektora (musiał mu za to odpłacać wiernością i stawiać się zbrojnie zawsze, gdy ten tego zażądał). Szlachta wybierała sobie króla i to on był ich protektorem (nie można go było już odwołać). Monarsze podporządkowane były wszystkie urzędy państwowe, z wyjątkiem urzędu sędziego.

Sędziowie byli bowiem zupełnie niezależni i wybierani byli głosami przedstawicieli trzydziestu rodów. Nie istniała możliwość społecznego awansu, jak ktoś się urodził w rodzinie szlacheckiej, to pozostawał w kręgu władzy do końca życia, a jeśli ktoś przyszedł na świat w rodzinie zwykłych obywateli, nie miał najmniejszego wpływu na politykę swego państwa, poza wspieraniem swych protektorów. Co osiemdziesiąt dni zbierała się w Teotihuacanie Rada Królewska (złożona z przedstawicieli wszystkich trzydziestu rodów + król), która radziła nad najważniejszymi sprawami kraju (w tym gremium uczestniczył również Najwyższy Sędzia Królestwa).


ROLA KOBIET i MAŁŻEŃSTWO




Dopóki rządził Quetzalcoatl, kobiety miały równe z mężczyznami prawa, tak w dziedzinie ekonomicznej jak i religijnej (mogły na przykład zostać kapłankami). Wraz z jego odejściem bardzo szybko to się zmieniło. Choć bardzo rzadko w społeczeństwach Czerwonoskórych dochodzi do takich sytuacji, to jednak kobiety zostały pozbawione jakiegokolwiek wpływu na kształt polityki, religii czy sądownictwa swego kraju. Kobiety zostały zamknięte w domach, gdzie mogły się spotykać jedynie we własnym gronie (np. haftując, przędąc, upiększając ciało lub... plotkując). O ile nie miały praw politycznych, o tyle to one władały swymi domami (szczególnie jeśli pochodziły ze szlachty). Decydowały o wystroju domu i przydzielały zadania niewolnikom. Ludzie łączyli się w pary i pobierali na całe życie (choć istniała możliwość rozwodu, praktycznie nie było to jednak możliwe, gdyż proces uzyskania rozwodu był niezwykle trudny, a jeśli nawet przeszło się całą procedurę, na końcu i tak decydował osobisty kaprys sędziego, od którego nie było odwołania).


TEOTIHUACAN
STOLICA TOLTEKÓW




Miasto było pełne ogrodów, fontann i wodotrysków. Domy przystrajano kwiatami. W mieście było kilkanaście wielkich publicznych basenów, do których wstęp był bezpłatny i kilka mniejszych ("dla wybranych" - gównie szlachty, arystokracji, kapłanów i sędziów, do których wstęp był już płatny), dodatkowo każda willa posiadała swój własny basen. Ulice były przestronne i czyste. W centrum miasta był zlokalizowany "okręg świątynny", gdzie oprócz świątyń (w tym Wielkiej Piramidy Słońca) mieścił się także pałac królewski. Główną ulicą miasta była "Aleja Umarłych", podzielona na szereg mniejszych części. Po obu stronach ulicy mieściły się dwie piramidy: Słońca i Księżyca, dalej była świątynia Quetzalcoatla i pałac królewski. Miasto było podzielone na dwie ogromne dzielnice (które dodatkowo dzieliły się na szereg mniejszych, kontrolowanych przez poszczególne rody). Teotihuacan liczył wówczas ponad 3 mln mieszkańców (potem, już w czasach historycznych ta liczba spadnie do 125 000 mieszkańców). W mieście było też mnóstwo parków, placów publicznych, teatrów i oper. Urządzano też publiczne przedstawienia muzyczne na placach i w parkach, wśród zieleni (tak uwielbianej przez Czerwonoskórych zarówno na MU, Atlantydzie, jak i potem w Teotihuacanie, Mitli, Tuli i Choluli).







PS: W kolejnej części przejdę do opisania  indiańskich cywilizacji Doliny Missisipi i Ameryki Południowej w czasach poprzedzających zagładę Atlantydy, czyli tego okresu, w którym  na ziemiach dzisiejszego Meksyku władał Quetzalcoatl.


CDN.

14 lipca 2026

COŚ DO ŚMICHU 🤭

SEANS FILMOWY


PONIEWAŻ PO OSTATNIM MOIM WPISIE ZROBIŁO SIĘ NIECO PONURO (A PRZYNAJMNIEJ JA ODNOSZĘ TAKIE WRAŻENIE), POSTANOWIŁEM ZAPODAĆ COŚ, PRZY CZYM MOŻNA ODSAPNĄĆ I SIĘ ZRELAKSOWAĆ A PRZY OKAZJI ZABAWIĆ (BO JAK MÓWI KOMIK DO KOMINKA: "MNIE TO BAWI" 😂).

ZAPRASZAM WIĘC NA SEANS FILMOWY AMERYKAŃSKIEJ CZARNEJ KOMEDII z 2010 pt: "PORĄBANI". NIESAMOWITY ZBIEG OKOLICZNOŚCI KTÓRY PROWADZI DO NIEFORTUNNYCH ZDARZEŃ A PRZY OKAZJI DAWKA DOBREGO HUMORU. 
ZAPRASZAM


 

ANTYPOLONIZM...

... "NASZYCH" ELIT




 Tego tematu nie planowałem, dlatego też nie będzie on długi, ale uznałem że muszę go napisać i wyrzucić z siebie to, co czuję, bo inaczej dosłownie się zaduszę. Oczywiście chciałbym tutaj napomknąć o wydarzeniu, które miało miejsce w miniony weekend w Bielsku-Białej w jednym z tamtejszych autobusów, gdzie dwie (lub też trzy - gdyż zdania są podzielone) młode ukraińskie dziewczynki nagrały filmik, na którym obraża je jakiś niezidentyfikowany wówczas mężczyzna - Polak. 




Na tym filmie tak naprawdę nic nie widać, oprócz tego że jakiś mężczyzna jest mocno zirytowany postępowaniem ukraińskich dziewczyn. Co doprowadziło go do tej frustracji? nie wiadomo. Nie mamy bowiem początku całego nagrania (jest ono albo ucięte, albo też nagrano tę część którą chciano nagrać) i nie wiemy co takiego się tam dokładnie wydarzyło, że ten mężczyzna tak bardzo się zdenerwował na owe ukraińskie dziewczyny. Ale jedno, co od razu mi się rzuciło w oczy, i to od razu gdy po raz pierwszy obejrzałem ten filmik z tytułem: "Polak zaatakował ukraińskie dziewczynki", I co zapaliło pierwszą czerwoną lampkę w mojej głowie, to zupełny brak strachu wśród tych dziewczyn. W normalnej sytuacji będąc młodą dziewczyną i będąc zaczepiana przez jakiegoś dorosłego mężczyznę, raczej bym się bał tego mężczyzny i starałbym się szukać pomocy wśród innych pasażerów (bo nie wiadomo też co takiemu może strzelić do głowy). A tutaj nic, nie tylko nie zauważyłem najmniejszego strachu wśród tych dziewczyn, ale wręcz przeciwnie - widziałem uśmieszki, prowokowanie tego mężczyzny i tak jakby dążenie do eskalacji. To nie wygląda na normalne zachowanie zaczepianych w autobusie młodych kobiet przez starszego mężczyznę. 

Ale okazało się że ten weekendowy filmik, wrzucony do sieci dopiero w poniedziałek rano (bo wiadomo że w weekend niewielu ludzi by go obejrzało, tym bardziej że była rocznica Ludobójstwa Polaków na Wołyniu), nagle stał się najważniejszym tematem w kraju. Okazało że polscy politycy, którzy na co dzień mają w dupie to, jak zachowują się Ukraińcy w Polsce, jakie mają tutaj przywileje, a nawet na co sobie pozwalają (o czym niżej), nagle jak jeden mąż ze świętym oburzeniem że jakiś Polak ośmielił się zwrócić uwagę ukraińskim dziewczynom - zaczęli powielać od góry do dołu ten sam wcześniej przygotowany przekaz (to nawet nie był przekaz taki, sam on był TEN SAM co do słowa). Nikt mi nie powie że ludzie, którzy na co dzień ledwie przekraczają 80 punktów ilorazu inteligencji, nagle zaczęli pisać wymyślne posty na X. I wszyscy oczywiście byli oburzeni jak jeden mąż. 

Nikt z nich jednak nie zadał sobie pytania, dlaczego filmik (który był nagrany w sobotę) czekał dwa dni na upublicznienie, nikt się nie zainteresował dlaczego owe dziewczynki nie boją się tego mężczyzny (bo nie widać po nich najmniejszych nawet oznak strachu, za to widać bezczelność, cwaniactwo i wyrachowanie), nikt też się nie oburzył na samo stwierdzenie że one zostały "zaatakowane", a jeśli tak, to za co, bo przecież nic nie dzieje się w próżni i zawsze jedno wyrasta z drugiego. Nikogo to jakoś dziwnym trafem nie interesowało wśród tzw: polskich politykierów, dziennikarzyn i całej maści tego tałatajstwa? Nikogo nie zainteresował fakt, że owe dziewczyny wcześniej trzymały nogi na siedzeniu i ów mężczyzna zwrócił im kulturalnie i grzecznie uwagę aby je zdjęły, bo nie są u siebie na Ukrainie, a w Polsce są inne wymogi kulturowe i takich rzeczy się nie robi. Oczywiście nie wiemy co dokładnie się wówczas stało ale istnieją przecieki (nie wiadomo czy prawdziwe, czy nie) że owe dziewczyny zaczęły mu wówczas ubliżać, a nawet został przez jedną z nich opluty. Mówcie co chcecie, ale według mnie tak nie zachowuje się młoda, przestraszona dziewczyna którą nagabuje obcy mężczyzna. Te gówniary ewidentnie go prowokowały i nagrały filmik od momentu od którego było im to wygodne Aby następnie umieścić go w sieci. 

Oczywiście za całą akcją (w tej czy innej formie, a na pewno w formie nagłośnienia tego na całą Polskę) stała Natalia Panczenko - osoba wybitnie odrażająca, która powinna mieć zakaz przebywania na terytorium Rzeczypospolitej i przyjść natychmiastową procedurę ekstradycji na Ukrainę, po uprzednim oczywiście odebraniu jej obywatelstwa polskiego (które niechybnie przyznał tej osobie niejaki Andrzej Duda pełniący funkcję prezydenta Rzeczypospolitej), i to chociażby za fakt iż stwierdziła że jeżeli Ukraińcy nie utrzymają dotychczasowych przywilejów - które posiadali po lutym 2022 r w Polsce - to zaczną się podpalenia i... oczywiście się zaczęły, co jakiś czas płonie jakaś fabryka, jakiś zakład pracy. I oczywiście za każdym razem sprawcami podpaleń są Ukraińcy, ale oczywiście wiem, wiem, wiem że oni to robią, bo im każe Putin (😂). Jakżeby inaczej prawda, Putin karze Ukraińcy wykonują.




 Od rana przeglądałem sobie internet, X-a i inne media społecznościowe i przyznam się szczerze, że o ile od czasu do czasu lubię wchodzić na te wszystkie około silno-razemowe strony (aby zobaczyć jaki tam jest na daną chwilę poziom stężenia debilizmu, bo inaczej tego nazwać nie można, tym bardziej że zauważyłem że ci ludzie w ogóle nie weryfikują źródeł. Jeżeli dostaną jakikolwiek przekaz ze swoich mediów, to jest to dla nich prawda objawiona, a przecież oni mają się za tych inteligentnych, wykształconych z wielkich ośrodków, a tak naprawdę są bandą przygłupów prowadzonych za postronek tam, gdzie chcą ich panowie - żałosne, doprawdy żałosne), to tym razem nie dałem rady, stężenie bowiem antypolonizmu było tam tak duże, że nawet moje możliwości przerobowe nie dały temu rady. Tym bardziej że przy takich właśnie akcjach widać dokładnie kto jest kim, widać ilu mamy w Polsce potencjalnych członków 5 kolumny, antypolskiej 5 kolumny. Ci ludzie bowiem wręcz zapluwają się ze swej nienawiści do polskości, a przecież są to ludzie, którzy mają polski paszport, którzy posługują się polską mową (a język polski jest tą siłą, która według mnie pozwala nam co kilka pokoleń odradzać nasze elity. Wielokrotnie bowiem w naszej historii było tak, że te elity były mordowane i to nie tylko podczas ostatniej wojny światowej, bywało tak w różnych okresach historycznych i w ciągu jednego, góra dwóch pokoleń mieliśmy z powrotem odrodzoną elitę. Wystarczy to sobie porównać do ostatnich dekad wieku XVIII, gdzie kompradorska, całkowicie zaprzedana i podporządkowana obcym dworom elita szlachecka doprowadziła kraj do upadku, ale już ich potomkowie a z całą pewnością ich wnukowie -  przelewali krew w powstaniach aby odzyskać Najjaśniejszą Niepodległą. Siła ta - według mnie - tkwi w języku, którym wielokrotnie zarówno zaborca jak i okupant zabraniał nam mówić we własnym domu, aby nie dopuścić do ponownego odrodzenia polskości. To się nigdy nie udawało). Tak więc ci ludzie wychowali się na polskim chlebie, wyrośli tutaj, posługują się naszą mową (choć nie znają jej siły i ją lekceważą), mają nasze obywatelstwo a nawet deklarują się jako Polacy, a jednocześnie najbardziej na świecie nienawidzą wszystkiego co jest związane z Polską, Polskością a przede wszystkim z Polakami. Ludzie którzy (z przyczyn ideologicznych lub genetycznych) szczerze nienawidzą Polski a przede wszystkim nienawidzą Polskości, tacy ludzie według badań przeprowadzonych przez prof. Andrzeja Nowaka to jakieś 15% społeczeństwa. Jeśli dodamy do tego kolejne 20% tych, którym coś się nie udało, którym coś nie wyszło i którzy nieustannie psioczą na Polskę, to już mamy dość duży procent ludzi gotowych wziąć udział we wszelkich antypolskich akcjach, a dodajmy do tego jeszcze jakieś 15% tych, którym wszystko wisi, to wychodzi nam że połowa obywateli naszego kraju jest podatna na antypolski przekaz.

Dlatego jedyne o co chciałbym tutaj zaapelować, to przede wszystkim nie dajmy się sprowokować, nie dajmy sobie wmówić że Polskość jest czymś podejrzanym, że należy się tego pozbyć odrzucić w imię jakichś ogólnych wartości europejskich czy światowych, że Polacy - którzy zapisali nieprawdopodobną wręcz kartę w czasie II Wojny Światowej (i to zarówno wśród bohaterów jak i wśród ofiar), że to my mamy za coś się kajać, w ogóle jesteśmy komukolwiek cokolwiek winni. Kraj który pierwszy rzucił wyzwanie Hitlerowi i Stalinowi, Naród który walczył w obronie Francji (notabene dziś jest 237 rocznica zdobycia Bastylii) i Wielkiej Brytanii (przecież to dopiero polscy lotnicy pokazali brytyjczykom jak należy bić się o własny kraj i jak należy strącać niemieckie maszyny), Naród który rozszyfrował Enigmę (dzięki czemu skrócono wojnę o co najmniej dwa do trzech lat), Naród który bił się na wszystkich kontynentach II wojny światowej poza Pacyfikiem, byliśmy w Północnej Afryce, w Syrii, w Iranie, w Palestynie (państwo Izrael powstało przecież głównie dzięki temu, że gen. Anders zwolnił ze swoich szeregów wyprowadzonych wcześniej z niewoli sowieckiej z domu niewoli polskich Żydów, a język polski był pierwszym językiem powstałego w 1948 r. państwa Izrael - to jednak był inny Izrael niż dziś), walczyliśmy na morzach - dostarczając i ochraniając konwoje do Związku Sowieckiego, aby ten mógł dalej prowadzić wojnę z hitlerowskimi Niemcami, walczyliśmy na plażach Normandii, we Włoszech (Monte Cassino Ankona), w Norwegii - praktycznie wszędzie, gdzie tylko swą stopę postawił niemiecki żołnierz. 




A przy tym wszystkim byliśmy jedną z największych ofiar II Wojny Światowej (Polska w liczbach bezwzględnych, pod względem ludnościowym jak również gospodarczym została najbardziej dotknięta zniszczeniami II Wojny Światowej ze wszystkich państw biorących udział w tym konflikcie). Mordowali nas nie tylko Niemcy i Sowieci (Rosjanie) i Ukraińcy, ale również Litwini, Żydzi ile (ile było denuncjacji żydowskich do sowieckich władz pod okupacją Związku Sowieckiego w latach 1939-41, ale również i pod okupacją niemiecką o czym wie niewielu. Żydzi wręcz masowo wydawali swoich polskich sąsiadów w ręce sowieckich katów). I ten właśnie Naród bohaterów i ofiar ma teraz za coś przepraszać? Bo naszym przeciwnikom (a często jawnym wrogom) nie podoba się, że jako jedyny naród w czasie II Wojny Światowej realnie się nie skurwiliśmy (co było częste wśród różnych narodów, mniej lub bardziej upapranych łajnem tamtego czasu, np. Francuzi sami z siebie - powtarzam bez niemieckiej inspiracji - skatalogowali swoich żydowskich obywateli i wysłali ich do Niemiec do obozów zagłady, żeby tam zginęli. Ja wiem że to może wielu boleć, ale to już nie jest mój problem ani problem moich rodaków. Myśmy zapisali czystą kartę w tamtej wojnie i to jest nasz wielki kapitał, ogromny kapitał na przyszłość, gdyż Polacy - niestety wychodząc z dosyć głupkowatego, ale jakże szlachetnego przekonania - często walczyli w obronie innych a dopiero potem myśleli o własnej Ojczyźnie (chociażby o we hasło: "Za wolność Waszą i Naszą"). Jedyny człowiek z Zachodu który realnie, powtarzam realnie dał nam coś pozytywnego, to był cesarz Francuzów Napoleon Bonaparte, cała reszta miała nas i ma nas głęboko w dupie. 

Dlatego też trzeba usunąć kompradorską elitkę, całkowicie zaprzedaną "obcym dworom" i dokonać jej podmiany na tą elitę która już się wykrystalizowała. Ona już jest wśród ludzi chodzących na Marsze Niepodległości, Marsze Powstania Warszawskiego, wśród patriotów, młodych odważnych ludzi w których sercach Polska jest zawsze na pierwszym miejscu (ale bez szowinizmu narodowego którego u nas nigdy nie było, o czym świadczy chociażby to wyżej przywołane hasło: "Za wolność Waszą i Naszą"). Ci ludzie już czekają w blokach startowych, to już jest nowa elita nowej Polski, pytanie tylko jak dojdzie do tej wymiany, w sposób dobrowolny i pokojowy czy może... w jakiś inny.





PS: Jak już kilkukrotnie wspominałem, ja sam posiadam niemieckie korzenie od strony ojca, ale moim mottem - które przyjąłem sobie kilka lat temu - jest owe jasne i czytelne stwierdzenie, które kształtuje mój charakter, moje poglądy i moją umysłowość, a brzmi ono: 


"POLSKI ORZEŁ SREBRNOPIÓRY 
W MOJĄ DUSZĘ WBIŁ PAZURY"




A na zakończenie jeszcze kilka słów mojego ulubionego pisarza Mariana Hemara (notabene żydowskiego pochodzenia): "Nikt z nas z Ojczyzną umów nie zawierał. Z nikim ją pacta nie wiążą conventa (...) Jednakże wiano, łaska Jej jednaka, złożyła w każdej kołysce dziecięcej muśnięciem świętych warg: miano Polaka (...) Kto raz ochrzczony niewidzialnym znakiem, błogosławiony potem, czy przeklęty, będzie Polakiem (...) Już nim zostanie, choćby sam się burzył, choćby nie chciał sam. Choćby stchórzył", oraz: "Nie pamiętam od kiedy (...) Od mojego pojedynku z Bohunem? Czy byłem zaczęty, od mojej śmierci w ciele Longina Podbipięty? Mogłem urodzić się w Pińsku, w Radomiu czy w Leżajsku, mógłbym dziś Horacjusza przekładać po hebrajsku. Mógłbym być w Izraelu satyrycznym gwiazdorem - w tym sęk, że bym nie mógł, bo jestem Polakiem amatorem. Z miłości od pierwszego wejrzenia a nie z przymusu tym bardziej muszę strzec mego amatorskiego statusu"




A także innego Wielkiego polaka o żydowskich korzeniach - Juliana Tuwima: "Jestem Polakiem, bo tak mi się podoba (...) bo się w Polsce urodziłem, wzrosłem, chowałem, nauczyłem; bo w Polsce byłem szczęśliwy i nieszczęśliwy; bo z wygnania chcę koniecznie wrócić do Polski, choćby mi gdzie indziej rajskie rozkosze zapewniano (...) pragnę, aby mnie po śmierci wchłonęła i wessała polska ziemia, nie żadna inna. Polak - bo mi tak w domu rodzicielskim po polsku powiedziano, bo mnie tam polską mową od niemowlęctwa karmiono, bo mnie matka uczyła polskich wierszy i piosenek (...) Polak dlatego także, że brzoza i wierzba są mi bliższe niż palma i cytrus, a Mickiewicz i Chopin drożsi niż Szekspir i Beethoven. Drożsi z powodów, których znowu żadną racją nie potrafię uzasadnić".





ORZEŁ BIAŁY
SYMBOL POTĘGI I CHWAŁY


13 lipca 2026

MEMORIAM - Cz. XXII

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. VII






CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. II


 Od dłuższego czasu było już oczywiste, że pokój pomiędzy Rzymem a Mitrydatesem VI Eupatorem - władcą Królestwa Pontu (z którego stworzył nadczarnomorskie imperium) nie może przetrwać. Nie pragnął tego ani sam Mitrydates (który jawnie dążył do rzucenia Rzymowi wyzwania), ale poniekąd nie pragnęli tego również sami Rzymianie, którzy co prawda przez większość czasu zajęci byli albo konfliktami wewnętrznymi, albo walkami zbuntowanych wodzów (jak choćby Sertoriusza w Hiszpanii) czy italskim powstaniem niewolników Spartakusa; ale świadomość pojawienia się lokalnego mocarstwa w Azji Mniejszej, które mogło podważyć rzymską władzę w tym regionie, była im wybitnie nie na rękę. Co prawda dawno już porzucono scypionowską zasadę "divide et impera" w polityce zagranicznej, kierując się raczej katonowską zasadą podboju i bezwzględnej eksploatacji zdobytych terenów, aczkolwiek nie wszędzie i nie zawsze można ją było wprowadzić w życie, dlatego też polityki te wzajemnie się ze sobą przeplatały. Rzym na Wschodzie pragnął mieć lokalne królestwa pod swoją kontrolą, wyznaczając ich władcom (lub też naczelnikom - jak w przypadku celtyckiego plemienia Galatów, zamieszkujących środkową Anatolię) określone tereny, poza które nie powinni się zbrojnie wychylać, jeśli nie chcą mieć problemów. Natomiast ambitni władcy, tacy właśnie jak Mitrydates VI czy Tigranes II Wielki - władca Armenii, zdając sobie sprawę ze swojej siły militarnej, pragnęli podważyć rzymską zasadę klientyzmu w polityce zagranicznej i samemu narzucić pozostałym krajom swoje zasady. Było oczywiste że w tej sytuacji nie ma miejsca na kompromis, a jeśli takowy się pojawi, będzie tylko przesunięciem w czasie nieuniknionej wojny.

Wiedział o tym doskonale Mitrydat, który na długo przed rozpoczęciem roku zero (czyli wybuchem III wojny z Rzymem w roku 74 p.n.e., dwie poprzednie miały bowiem miejsce w latach 88-85 i 83-81 p.n.e. i zakończyły się w większości utrzymaniem status quo - o czym zresztą pisałem już w poprzednich częściach tej serii), rozpoczął zakrojone na ogromną skalę przygotowania do nowej, wielkiej i ostatecznej wojny z Rzymem o być albo nie być, czyli o wszystko. Rozdysponował 2 000 000 medymien zboża wzdłuż wybrzeży swego państwa dla armii z którą rozpocznie ten konflikt. Po niepowodzeniach ostatnich wojen, zreformował również gruntownie własną armię na wzór rzymski, a jednocześnie zapewnił sobie wsparcie licznych sojuszników, takich jak: Chalibowie, Ormianie, Scytowie, Taurowie, Heniochowie, Leukozyci czy Achajowie. Ściągnął też ludy zamieszkałe nad rzeką Termodon (gdzie według greckich mitów znajdował się kraj Amazonek). Ale to były tylko siły azjatyckie, z Europy bowiem ściągnął plemiona: Basilidów i Jazygów, Koralów, Traków, Bastarnów (którzy mawiali o sobie że są najdzielniejszymi spośród wszystkich wojowniczych plemion). Appian podaje, że łączne siły jego armii liczyły wówczas 140 000 wojowników pieszych i 16 000 konnych. Przystąpił też król Mitrydates do zakrojonej na ogromną skalę rozbudowy dróg wiodących do tych krain, które zamierzał zaatakować. Po zakończeniu ostatniej wojny z Lucjuszem Licyniuszem Mureną w roku 81 p.n.e. (notabene wojny którą Murena sprowokował, co spotkało się z krytyką Senatu i nakazem aby czym prędzej wojnę tę zakończył), Mitrydates przystąpił do "pokojowego" przejmowania terytoriów na zasadzie faktów dokonanych (można to nazwać "reunionami Mitrydatesa" - mając na myśli oczywiście politykę stosowaną przez króla Francji Ludwika XIV w latach 1679-1684, polegającą na pokojowym przyłączaniu określonych terenów i miast do Francji, motywując to względami dynastyczno-historycznymi). Już w roku 80 p.n.e. uczynił swego syna - Macharesa władcą plemion znad Bosforu (rezydował on w greckim Byzantion, które w ciągu kilku kolejnych wieków przekształci się w Konstantynopol). Kontrola nad Bosforem była bardzo ważna, gdyż dzięki temu flota Mitrydatesa mogła wypłynąć z Pontus Euxinus (Morza Czarnego) na Morze Achajskie i Morze Śródziemne (co prawda kontrola nad Hellespontem, drugą cieśniną Propontydy - czyli dzisiejszego Morza Marmara - znajdowała się wówczas w rękach Rzymian).




W tym samym 80 r. p.n.e. Mitrydates ruszył na Wschód w kierunku gór Kaukazu, aby podporządkować sobie plemię Achajów, których siedziby znajdowały się na południe od Kolchidy. Grecy twierdzili że to plemię jest potomkami tychże Achajów, którzy po zdobyciu Troi zabłądzili gdzieś na Wschodzie i nie wrócili do Hellady, osiedlając się właśnie w rejonie górskich szczytów Kaukazu. Nie wiadomo na ile był to mit, a na ile prawda, ale Mitrydates nie zaprzątał sobie głowy takimi pierdołami. Miał bowiem jasno wytyczony cel stworzenia ze swego kraju nie tylko regionalnego, ale można wręcz powiedzieć kontynentalnego mocarstwa, a do tego potrzebował ludzi, pieniędzy i rozległych ziem, na które mógłby się w razie czego bezpiecznie wycofać, aby przegrupować swoje siły i ponownie wrócić do walki. Pont był bowiem małą krainą. Sama nazwa tego państwa w języku greckim brzmiała "Pontus" czyli po prostu morze (więc nic oryginalnego 😉). Najczęściej jednak zwano go "krajem przy morzu", który nie posiadał nawet swojej własnej oryginalnej nazwy. Kraj był podzielony na dwie części, które oddzielały od siebie wysokie Alpy Pontyjskie (biegnące również wzdłuż wybrzeża). Północ, żyzna kraina rodząca nieskończoną ilość drzew owocowych, a także wszelkich zbóż i posiadająca pastwiska pod wypas kóz i owiec, była krajem greckich miast, greckiej mowy i greckiej kultury. Wszystkie wyspiarskie miasta pontyjskie były miastami greckimi: Synopa (największy bodajże port morski Pontu), Trapezus, Amisos i Temiscira nad rzeką Iris (nazwana tak zapewnie na pamiątkę mitycznej stolicy Amazonek, która co prawda była nieco oddalona od samego morza, ale zaliczona jest do miast morskich Pontu właśnie ze względu na samą rzekę, którą można było dopłynąć do Morza Czarnego). Na północy rosły też liczne lasy, które ścinano i w ten sposób handlowano drewnem z krainami, które tego surowca były pozbawione (takimi jak choćby Egipt), a za które często płacono jak za złoto i drogie kamienie. Poza tym wybrzeże obfitowało oczywiście w liczne ryby w Morzu Czarnym pływające, a także w bogactwa naturalne znajdujące się u stóp gór pontyjskich. Była to więc bogata i szczęśliwa kraina, która tak naprawdę nie potrzebowała z nikim walczyć, z nikim wojować, ani też zdobywać nowych terenów, skoro wszystko i tak było w zasięgu ręki w nadbrzeżnym Poncie. Nic więc dziwnego że sam Mitrydates nie tylko że używał greki - jako oficjalnego języka swego dworu, ale również uważał się za Hellena - potomka Aleksandra Wielkiego. Południe państwa Mitrydata VI było jednak już zupełnie inną krainą. Co prawda wzdłuż licznych rzek także tam znajdowały się żyzne tereny rolnicze, ale kraj ten praktycznie pozbawiony był większych miast, a jedynie zasiany mniejszymi i większymi wioskami, wśród których wyjątkiem były takie miasta jak Amazja (której wielkość nie mogła się równać z Synopą, Pergamonem, Atenami, nie mówiąc już o innych stolicach hellenistycznego świata), a była to stolica Królestwa Pontu. Inne, mniejsze miasta (lub raczej większe wioski) to Komana, Zela czy Tawium. Kraj ten był zasiedlony plemionami Paflagończyków (głównie regiony zachodnie wraz z Amazją), Kapadoków (południe kraju) i Ormian (wschód). A nad tą mozaiką plemion władzę i tak sprawowała perska arystokracja rodowa, wywodząca swe korzenie jeszcze z czasów Imperium Achemenidów (sam Mitrydates również uważał się za Persa, potomka Cyrusa Wielkiego i Dariusza Wielkiego, a jego dwór w Amazji miał wiele elementów zaczerpniętych z kultury irańskiej - nawet język był perski, ale Mitrydates starał się swych dworzan przymusić do mówienia po grecku). Ta południowa kraina pontyjska była o wiele bardziej skłonna do najazdów i podbojów na inne ziemie, gdyż w ten sposób mogła najłatwiej zdobyć nowe łupy.




Mimo to wyprawa przeciwko Achajom w roku 80 p.n.e. zakończyła się porażką Mitrydatesa. Achajowie spalili swoje siedziby i wycofali się w rejony górskie, nie podejmując otwartej walki z armią Mitrydatesa, ale gdy ci wracali - niczego nie zdobywszy - zostali zaatakowani przez Achajów i mocno ucierpieli. Ta porażka była policzkiem na wielkomocarstwowych planach Mitrydatesa (zresztą historia zna przypadki, gdy górale potrafili pokonywać świetnie uzbrojone i wielkie armie - oczywiście nie w bezpośrednich walkach, ale stosując taktykę partyzancką, niespodziewane ataki i szybkie odskoki). Król Pobytu postanowił więc szybko odbić sobie ową stratę, atakując teraz Kapadocję. Bardzo szybko zajął leżącą nad rzeką Halys Mazakę (stolicę Kapadocji), z której król Ariobarzanes I musiał uciekać (79 r p.n.e.). Oczywiście znał tylko jedną drogę ucieczki - do Rzymu, gdzie od razu poskarżył się Senatowi na gwałt ze strony Mitrydatesa, a Senat nakazał królowi Pontu aby ten wycofał się z Kapadocji i oddał tę krainę ponownie Ariobarzanesowi. Nie mając wówczas zreformowanej armii, a także nie będąc przygotowany do nowej wojny, Mitrydates musiał posłuchać i tak właśnie uczynić, ale było oczywiste że to już ostatni raz, kiedy musi ugiąć się przed żądaniem podłych złodziej znad Tybru (w liście do Fraatesa III - władcy Partów z 68 r. p.n.e. Mitrydates wyjaśnia powody dla którego przystąpił do wojny z Rzymianami i jednocześnie prosi Fraatesa o wsparcie militarne: "Król Mitrydates do króla Arsakesa (grecka odmiana imienia Fraates). Pozdrowienie. (...) Gdybyś mógł cieszyć się trwałym pokojem, gdyby żadni zdradzieccy wrogowie nie byli blisko Twoich granic, gdyby zmiażdżenie rzymskiej potęgi nie przyniosło Ci chwalebnej sławy, nie ośmieliłbym się prosić o Twój sojusz i byłoby daremne, gdybym miał nadzieję połączyć moje nieszczęścia z Twoją pomyślnością. (...) W rzeczywistości Rzymianie mają jeden uporczywy powód do prowadzenia wojny ze wszystkimi narodami, ludami i królami; mianowicie głęboko zakorzenione pragnienie panowania i bogactwa. (...) Chociaż byłem oddzielony od ich imperium zewsząd królestwami i tetrarchiami, jednak doniesiono im, że jestem bogaty i że nie chcę być niewolnikiem, sprowokowali mnie do wojny poprzez Nikomedesa (IV - zmarłego w roku 74 p.n.e. króla Bitynii, który w swym testamencie zapisał kraj Rzymowi). (...) Wiem dobrze, że macie dużą liczbę ludzi i wielkie ilości broni i złota (czyżby antyczny "dej" Zełenski? 🤭), i dlatego szukam waszego sojuszu (...) Zaiste, niewielu ludzi pragnie wolności, większość zadowala się sprawiedliwymi panami; (...) Rzymianie mają broni przeciwko wszystkim ludziom, najostrzejszą tam, gdzie zwycięstwo przynosi największe łupy; to zuchwałością, oszustwem i łączeniem wojny z rabunkiem stali się wielcy. Zgodnie ze swym naturalnym zwyczajem zniszczą wszystko, lub zginą próbując", w dalszej części listu Mitrydates zachęca Fraatesa do wspólnego uderzenia na Rzymian (on z rejonu Armenii, a Fraates z obszaru Mezopotamii), aby wspólnie mogli zgnieść owych nad-tybrzańskich złodziei.

Minęło kolejnych pięć lat od czasu, gdy Rzymianie nakazali Mitrydatesowi wycofać się z zajętej przez niego Kapadocji. Przez ten czas nie próżnował, a rozszerzał zarówno swoje Królestwo (szczególnie na obszar dzisiejszego Krymu, podporządkowując sobie tamtejsze greckie miasta - w roku 77 p.n.e. strateg i gubernator greckiego miasta Olbia, leżącego na północ od Krymu między Dniestrem a Dnieprem - Diogenes, syn Tyjosa poświęcił mur miejski, a w inskrypcji znalazły się odniesienia, iż władcą jest Mitrydates Eupator. Notabene Diogenes prawdopodobnie przybył do Olbii z Snopy, czyli był gubernatorem narzuconym z zewnątrz przez samego Mitrydatesa, jako że imię Tyjos w Synopie było bardzo powszechne. To oczywiście tylko moje przypuszczenie, ale wydaje się całkiem oczywiste), jak też przygotowując armię do nowej, nieuniknionej wojny z Rzymem. Gdy więc w roku 74 p.n.e. w Nikomedii swoje ostatnie tchnienie wydał Nikomedes IV - władca Królestwa Bitynii (który pomimo faktu iż utrzymywał liczny harem - notabene złożony z przedstawicieli obojga płci - to jednak nie doczekał się potomstwa, nawet córek, które w tamtym czasie nie uważane były za godne następstwa tronu i tylko w wyjątkowych sytuacjach dochodziło do przypadków dziedziczenia władzy przez kobiety), pozostawił on testament, w którym całe swoje Królestwo zapisywał Rzymowi (miał on bowiem licznych znajomych w Rzymie i w samym Senacie. Przyjaźnił się też z Gajuszem Juliuszem Cezarem, wówczas nastoletnim młodzieńcem. Potem Cezar był nazywany pogardliwie "królową Bitynii", jako że twierdzono, iż miewał stosunki homoseksualne z Nikomedesem). Teraz więc namiestnik rzymskiej prowincji Azji (czyli dawnego Królestwa Pergamonu) Marek Junkus Sylanus, przygotowywał się do wkroczenia do Nikomedii i objęcia Bitynii w rzymski zarząd prawno-polityczny. Tylko że nastąpiła wówczas pewna przeszkoda i nie był nią wcale fakt, że ostro sprzeciwił się temu sam Mitrydates z Pontu, dla którego przejęcie Bitynii przez Rzymian było zagrożeniem pełnego opanowania cieśnin wiodących na Morze Śródziemne, na co nie mógł sobie w żadnym razie pozwolić, jeśli chciał zdominować Azję Mniejszą. Podstawowym faktem, który stanowił pewien (aczkolwiek dla Rzymian niewiele znaczący problem), był ten, że sami mieszkańcy Bitynii jawnie sprzeciwili się testamentowi swego króla i zamiany ich państwa w rzymską prowincję. To właśnie oni w dużej mierze widzieli w Mitrydatesie swego wybawiciela.




Nim jednak wojna się rozpocznie, przenieśmy się na moment do Rzymu, gdyż w tym właśnie czasie (na początku 74 r. p.n.e.) wracał z Sycylii (gdzie sprawował swoją kwesturę) młody (bo zaledwie 32-letni) Marek Tulliusz Cyceron (o jego pobycie na Sycylii wspomniałem pokrótce w poprzednich częściach tej serii). Oczywiście jako kwestor przebywał w sztabie rzymskiego namiestnika wyspy, ale początkowo jego pobyt tam nie został dobrze przyjęty przez mieszkańców, gdyż w tym czasie w Rzymie zapanował problem ze zbożem, a co za tym idzie była obawa wybuchu klęski głodu, dlatego też Cyceron nakazywał mieszkańcom Sycylii czym prędzej wysyłać zboże do stolicy. Wkrótce potem jednak swoją łaskawością i przychylnością zjednał sobie wielu Sycylijczyków, którzy bardzo dobrze go wspominali nawet po wielu latach (choć kwesturę pełnił tam oczywiście tylko przez jeden rok - 75 p.n.e.). Gdy przyprowadzono przed jego oblicze kilku młodzieńców z rzymskich rodów, którzy w czasie wojny domowej zachowali się haniebnie, uciekając od służby wojskowej właśnie na Sycylię, ten wziął ich w obronę i wybronił ich przed sądem, który skazać ich miał na banicję a prawdopodobnie również na karę śmierci. To była jego tak naprawdę pierwsza próba sądowa, którą zdał wyśmienicie, zyskując jednocześnie szacunek i dobre imię na Sycylii. To wszystko napełniło Cycerona taką butą, że był wręcz pewny że o jego sukcesach na Sycylii wie cały Rzym i że temat ten nie schodzi z ust mieszkańców grodu Romulusa. Swemu niewolnikowi, z którym udał się na Sycylię (jego żona Terencja - kobieta majętna, dzięki której tak naprawdę wszedł do Senatu - bo przecież wybory kosztowały majątek - chociaż wielu twierdziło że była "płaska jak deska" i niezbyt urodziwa, to jednak Cyceron był z nią szczęśliwy. Dała mu zresztą najukochańszą osobę pod słońcem, córkę Tullię - która była oczkiem w jego głowie. Tak więc Terencja pragnęła pojechać z mężem na Sycylię, ale według prawa żona nie mogła towarzyszyć mężowi w jego obowiązkach {wielu twierdziło że to dobrze dla Cycerona, gdyż mógł wreszcie wyrwać się z jej szponów}) polecił Cyceron wynająć specjalny okręt, którym wpłynął do portu w Puteoli w Kampanii, stojąc na jego dziobie niczym zwycięski wódz. Wciąż przekonany że tam, w porcie czeka na niego huczne powitanie, że nie tylko Puteoli ale cały Rzym rozprawia o jego sukcesie sądowym w Syrakuzach. Gdy więc zszedł na brzeg (a miał na sobie togę senatora) i ludzie ujrzawszy go, przybyli doń aby posłuchać plotek z Rzymu, ale usłyszawszy że przybywa z prowincji, szybko się rozstąpili. Cyceron zaś ujrzał pewnego znajomego z Rzymu, którego szybko zapytał co też tam w stolicy mówią o jego sądowym sukcesie na Sycylii, na co ten odparł: "A to byłeś na Sycylii? Nie wiedziałem!" 🤣. Ta lekcja, której doświadczył Cyceron w Puteoli, była dla niego bardzo dotkliwym policzkiem, a jednocześnie wyrobiła w nim przekonanie że jeżeli w ogóle chce odnieść sukces i zostać na trwale zapamiętany, to musi być jeszcze lepszy. Takie też zapewne przedsięwziął wówczas tam, w tym porcie postanowienie, którego potem trzymał się aż do swej śmierci - 31 lat później, w roku 43 p.n.e. gdy próbował ostrzec Marka Brutusa i Gajusza Kasjusza przed sojuszem Oktawiana i Antoniusza. Został zamordowany na rozkaz Marka Antoniusza, który już dużo wcześniej obiecał mu, że zginie, a jego dłonie osobiście przebije do drzwi kurii Senatu. I tak też się stało.






W roku 74 p.n.e. bardziej niż powrót Cycerona do Rzymu (notabene mieszkał on wówczas w dwupiętrowym domu na Eskwilinie, a jego dom wciśnięty był między świątynię a dzielnicę mieszkaniową i chociaż Terencja chciała przeprowadzić się do większego domu - gdyż stać ich było na takowy, zresztą mieli też posiadłości poza Rzymem - to jednak Cyceron nie zgodził się na to, gdyż liczył się z karierą polityczną, natomiast taki dom blisko zwykłych ludzi, niedaleko dzielnicy Subura - czyli dzielnicy rzymskiej biedoty - mógł przysporzyć mu wielu głosów w wyborach, tym bardziej że często spacerował po ulicach, starając się pamiętać imię i wykonywany zawód każdego z mijanych przechodniów, którzy mu się kłaniali. Stwierdził bowiem kiedyś, że skoro rzemieślnik jest w stanie zapamiętać nazwy narzędzi którymi się posługuje, a które są martwe, to on sam jako człowiek który pragnie zajść wyżej niż zwykły rzemieślnik, powinien pamiętać imiona swoich wyborców. Tak też czynił, miał bowiem fenomenalną pamięć), który tak naprawdę nikogo nie obchodził, pojawiła się wówczas sprawa niejakiego Statiusa Albiusa Oppanikusa, który zdobył sławę w Rzymie dzięki... swym zabójstwom. Po raz pierwszy Oppanikus pokazał się ze swej prawdziwej natury, gdy w 82 r. p.n.e. w czasie proskrypcji sullańskich zamordowany został jego sąsiad z którym miał spór - Marek Aurius (chociaż w tym przypadku nie zostało udowodnione że Oppanikus osobiście go zamordował, a raczej że stało się to za jego namową). Wkrótce potem Oppanikus zakochał się w pewnej dziewczynie o imieniu Sassja, która była wyzwolenicą, a być może nawet niewolnicą i zapragnął ją poślubić. Nie godzili się na to jednak jego synowie, więc... ich też zabił (prawdopodobnie otruł) w 80 r. p.n.e. Potem już poszło z górki, w roku 75 p.n.e. zamordował swoją ciotkę Cluentię (którą też miał otruć), a następnie swego brata Gajusza Oppanikusa. W roku 74 p.n.e. zaś pozbawił życia Asuwiusza i Dina. W tym też czasie został oskarżony o te zabójstwa i stanął przed sądem, ale okazało się że sędziowie go uniewinnili (wkrótce potem oskarżono sędziego Gajusza Fidiculanusa o przyjmowanie łapówek w celu ułaskawienia Oppanikusa). Prawdziwe śledztwo w sprawie korupcji sędziów w procesie Oppanikusa zacznie się jednak dopiero w roku 72 p.n.e. i zakończy przede wszystkim wygnaniem samego Oppanikusa z Rzymu, który zginie rok później (w roku 69 p.n.e. Sassja wznowi śledztwo w sprawie przyczyn śmierci swego męża).




Tym właśnie żył Rzym i Italia w roku 74 p.n.e., a nie zbliżającą się wojną z Mitrydatesem na Wschodzie, nie wyczynami sądowymi Cycerona na Sycylii. A jeśli w ogóle kogokolwiek interesowała wojaczka, to co najwyżej walka Gnejusza Pompejusza z Kwintusem Sertoriuszem (stronnikiem Gajusza Mariusza) w Hiszpanii, który uczynił z tego kraju swoje własne królestwo. Wkrótce potem w Italii wybuchnie niewolnicza rewolta Spartakusa (ale o niej pisałem w poprzednich częściach tej serii), która też zaabsorbuje wielu Rzymian. W każdym razie Mitrydat szykował się do wojny, a Rzymianie szykowali się również do walki z piratami na morzu - i o tym również opowiem w kolejnej części.




CDN.

12 lipca 2026

POLSKI ODWET - "A OD ŚMIERCI SILNIEJSZY BYŁ GNIEW" - Cz. II

O AKCJACH POLSKIEJ SAMOOBRONY
NA WOŁYNIU I KRESACH WSCHODNICH




 Dlaczego doszło do rzezi polskiej ludności na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej (nie tylko zresztą polskiej, gdyż ukraińscy bandyci spod znaku "upa" mordowali również mieszkających na tych ziemiach Czechów, Węgrów a przede wszystkim również Żydów)? To jest kluczowe wydaje mi się pytanie, dlaczego doszło do owych mordów - a w zasadzie nie tyle dlaczego do nich doszło, ile dlaczego one w większości zakończyły się sukcesem owych bandyckich kreatur (gdyż ludźmi ich nazwać nie sposób)? Zanim odpowiem na to pytanie, powiem tylko jedno - dzisiaj patrząc na nasz kraj, widzimy że w dużej mierze jest to państwo z dykty, można nawet powiedzieć państwo ze styropianu, budowane na tradycji Okrągłego Stołu i "Magdalenki", tradycji dogadania się komunistów z solidaruchami (o rodzinnych korzeniach komunistycznych, a często wręcz ubeckich, a jeszcze częściej o korzeniach żydowskich). Tam, w mocno zakrapianej alkoholem atmosferze dogadania się, stworzono nam twór pod nazwą III RP (bo Rzeczpospolitą Polską tego nie nazwę dla mnie to państwo jest tworem polsko-podobnym, zupełnie jak za komuny były wyroby czekoladopodobne które - choć ja tych czasów nie pamiętam - były swoistymi ersatzami prawdziwych wyrobów czekoladowych), lubię ten twór polskopodobny nazywać po prostu: "Cecią RP". To jest fakt, państwo mamy słabe, rządzone w większości przez agenturę (czy to berlińsko-brukselską, czy amerykańsko-żydowską czy też wschodnią-moskiewską, a wszystkie one najwidoczniej wyznają zasadę "służby narodowi ukraińskiemu", choć bardziej adekwatne byłoby określenie służby ukraińskiemu reżimowi), trudno się zresztą temu dziwić, skoro państwo to budowały takie indywidua jak Adam Michnik, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Karol Modzelewski, Lech "Bolesław" Wałęsa i wielu im podobnych, ale aby być sprawiedliwym należy też dodać, że ich obecni następcy to są w większości totalni kretyni, przygłupy, lub jawni (albo mniej jawni) zdrajcy i w porównaniu z nimi tamci "ojcowie założyciele" Ceciej RP przynajmniej mieli klasę - czego nie można im odmówić.

Tak więc mamy słabe państwo, i to nie ulega wątpliwości, ale je MAMY! Natomiast w latach w których dochodziło do mordów na ludności polskiej i żydowskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, Polski nie było, nikt więc nie mógł realnie obronić tych ludzi i byli oni w większości pozostawieni samym sobie. Dlatego do tych wszystkich którzy twierdzą że powinniśmy się roztopić w tyglu europejskim, zapomnieć o własnej tradycji i kulturze, oddać kierownictwo obcym - bo przecież zapewne są mądrzejsi od nas (chociaż nie ma na to żadnych dowodów a widząc co zrobili z własnymi krajami, raczej bym twierdził że za mądrzy nie są), powtarzam że nikt nie zadba ani o nasze interesy ani nawet o nasze życie gdy zabraknie naszej Ojczyzny - NIKT! a już na pewno nie ci, którym większość kompradorskich polityków chciałaby oddać władzę nad naszymi ziemiami i naszą przyszłością. Także szanujmy przynajmniej to co mamy, bo zawsze może być gorzej i przestańmy myśleć w kategoriach że skoro nam jest w miarę wygodnie i dobrze, to nie interesuje nas już co jest za miedzą, w innych rejonach naszego kraju, naszej Ojczyzny, takie myślenie jest bowiem zabójcze. Powinniśmy się jako naród, jako społeczeństwo organizować na poziomie lokalnym, na poziomie sąsiedzkim, wojewódzkim a przede wszystkim krajowym, zdając sobie sprawę że to, co dobre dla nas tu i teraz, musi być dobre dla całego Narodu, bo jeżeli nie jest dobre dla Narodu a my udajemy że teraz jest nam wygodnie, to wcześniej czy później doświadczymy tego, co stało się doświadczeniem naszych rodaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej (tylko może w innej konfiguracji, w innym rozdaniu, gdyż nic nigdy nie powtarza się dokładnie tak samo). Szanujmy siebie, a przede wszystkim szanujmy naszą ojczyznę, bo nikt za nas tego nie zrobi i nikomu na Polsce nie będzie zależało, jeśli nie będzie na Niej zależało nam wszystkim.



VARIA




 Upowcy zjawili się nocą, sądząc że będzie to jedna z wielu przeprowadzonych akcji, w których owi "hieroje" nabijali małe dzieci na widły, obcinali ręce i nogi, rozcinali kobietom brzuchy i wyjmowali nienarodzone dzieci, a następnie zaszywali tam koty i szczury, lub też przybijali małe dzieci za języki do stołu żeby one wykrwawiły i udusiły się w ten właśnie sposób, czyli takie typowo banderowskie bohaterstwo. Na tyłach i na bocznych drogach ustawiły się wozy z rezunami, gotowe do rabunku po wymordowaniu i spaleniu danej polskiej wsi, ale, nie przewidzieli tego że nie zawsze napotkają bezbronne ofiary. Polacy bowiem na Wołyniu w ogromnej większości byli nieprzygotowani do obrony przed upowskimi bandytami, gdyż nie mieściło im się w głowach że sąsiedzi - których oni znali od lat, a często ich rodziny znały się od dekad i żyły ze sobą w zgodzie, że ci sąsiedzi przyjdą teraz nocą pod ich dom, zamordują ich dzieci i będą się pastwić nad nimi póki co nie wyzioną ducha, to nikomu kto ma choćby odrobinę szacunku do drugiego człowieka nie przyszłoby do głowy. Dlatego też Polacy na tych ziemiach byli doskonałymi ofiarami. Ale nie wszędzie tak było. Już latem a nawet późną wiosną 1943 r. zaczęły organizować się sąsiedzkie ośrodki samoobrony, dziś historycy twierdzą że na samym Wołyniu było ich ok. 300 z czego 129 odniosło sukces i dotrwało do końca działań wojennych. Były to takie Polskie Termopile, chociaż przynajmniej w części nazwa ta jest nieadekwatna, jako że w Termopilach Spartanie ulegli perskiej na wale, natomiast w sporej części owych miejscowości które przygotowały się na atak hierojów z upa i sąsiadów spod znaku "samosijnej Ukrainy", owi napastnicy ponieśli totalną klęskę. Tak też było we wsi Pańska Dolina na Wołyniu, która zaatakowana została przez upowskie bandy 22 czerwca 1943 r. Rezuni, myśląc że jak w innych miejscowościach, tak i tutaj uda im się spacerkiem "bohatersko" obcinać ludziom głowy, wyciągać wnętrzności i męczyć w nieprawdopodobny sposób, póki ci nie skonają - swoją drogą jakim trzeba być zwyrolem, żeby człowieka męczyć przed śmiercią. Rozumiem że chcieli ich pozabijać - co już samo w sobie jest niezrozumiałe i nie do pojęcia, ale żeby męczyć ludzi przed śmiercią, to brakuje mi słów, aby takie coś nazwać, bo to jest tak zwyrodniałe i tak nieludzkie a jednocześnie nieporównywalne z niczym - bo nawet zwierzęta nie mordują dla przyjemności - a tutaj był to mord typowo dla przyjemności, przyjemności "oczyszczenia" tych ziem i stworzenia krystalicznie "czystej" nazistowskiej Ukrainy).

Tak więc "hieroje" zbliżali się do wsi krokiem swobodnym, gotowi już za chwilę mordować ludzi (a przede wszystkim kobiety i dzieci) z zimną krwią, mieli jednak pecha, gdyż gdy tylko wyłonili się z lasu, od razu przywitały ich  serie wyprowadzone z rkm-ów "diegturowa". Obrońcy Panieńskiej Doliny rąbali ile się dało w banderowskie ścierwa, czasem karabiny odmawiały już posłuszeństwa z przegrzania, wówczas używano granatów. Upowcy zaczęli kryć się w zbożu i ze wzgórza ostrzeliwać zabudowania (gdzie były zgromadzone rodziny obrońców) zapalającymi pociskami, ale silny ogień obrońców wsi skierowany w tym kierunku, odebrał rezunom dalszą wolę kontynuowania ataku. Strzelano do uciekających banderowców jak do kaczek, a ich atak zamienił się w chaotyczną ucieczkę. Dzięki zdecydowanej postawie obrońców, - którzy wcześniej przygotowali się na atak, zaopatrując się w broń automatyczną, granaty i broń ręczną - udało się ocalić nie tylko mieszkańców wsi Pańska Dolina, ale także polską ludność zbiegłą z innych, zniszczonych już lub też zagrożonych atakiem ukraińskich bandytów - polskich wsi na Wołyniu. Oczywiście atak z 22 czerwca nie był jedynym atakiem banderowców na na tę wieś, kontynuowali ją w kolejnych dniach, ale obrońcy byli na to przygotowani i aż do końca wojny ta wieś nie została zniszczona - obroniła się sama, dzięki zdecydowanej postawie tamtejszej ludności polskiej i jej woli przetrwania.



WOŁYŃ




 Wołyń był piękną i urodzajną ziemią, jeszcze w XIX wieku opisywaną jako sielska kraina spokojnego życia. Swoje piękno przede wszystkim zawdzięczał licznym rzekom, które skrapiały go tak żyźnie, iż wielu twierdziło, że jest to najpiękniejsza kraina na świecie (jak chociażby pisał fortunat Nowicki w wydanej przez siebie w roku 1870 w Dreźnie książce pt.: "Wołyń i jego mieszkańce w r. 1863. Krótkie opisanie guberni Wołyńskiej pod względem geograficznym i statystycznym", tam właśnie pisał on iż: "prowincja ta należy do najszczęśliwszych najpiękniejszych krajów w Europie"). Na Wołyniu północnym rzek było więcej, a co za tym idzie liczne lasy i trochę łąk, na Wołyniu środkowym liczne łąki i pola uprawne, na Wołyniu południowym zaś stepy niezmierzone. Na ziemiach tych żyło plemię Wołynian od których cała kraina miała wziąć swą nazwę (chociaż kronikarz Jan Długosz uważa że nazwa tej prowincji wzięła się od zamku Wołyń - stojącego u ujścia rzeki Huczwy do Bugu). Następnie ziemię te należały do Rusi Kijowskiej, a z końcem XI wieku weszły w skład księstwa Wołyńsko-Włodzimierskiego, które to pod koniec XII wieku zmieniło się w Ruś Halicko-Włodzimierską. W roku 1324 wymarła w tym księstwie lokalna dynastia Romanowiczów i wówczas tron objął syn księcia mazowieckiego Trojdena - Bolesław, który przyjął imię Jerzy i panował w latach 1325-1340. Pomimo że jego małżonką była ponętna księżniczka Eufemia (córka władcy Litwy Giedymina i siostra Aldony/Anny, małżonki króla Polski Kazimierza III Wielkiego), książę Jerzy Trojdenowicz nie doczekał się potomstwa. W czerwcu roku 1338 Jerzy Trojdenowicz przybył do Wyszehradu na Węgrzech, do króla Karola Roberta z dynastii Andegawenów (który był mężem Elżbiety Łokietkówny - siostry Kazimierza Wielkiego), aby porozumieć się z nim w sprawie ewentualnej pomocy udzielonej księstwu Halicko-Włodzimierskiemu przeciw Tatarom. W Wyszehradzie wówczas przebywał również król Kazimierz i zawarto tam porozumienie, na mocy którego Halicz otrzyma wsparcie militarne, a w zamian Jerzy II Trojdenowicz - po swej bezpotomnej śmierci - przekazuje swoje państwo królowi Polski. Wielki książę Olgierd (brat Aldony/Anny) władający wówczas Litwą, nie był z tego zadowolony.




Oczywiście w momencie zawarcia tego porozumienia z Jerzym Trojdenowiczem, było ono obliczone na dość długi okres, tym bardziej że książę halicko-włodzimierski miał zaledwie 28 lat i całe życie przed sobą, a co za tym idzie możliwość spłodzenia męskiego potomka. Niestety, los bywa przekorny i już 7 kwietnia 1340 r. książę Jerzy został otruty przez ruskich bojarów i kwestia następstwa tronu stała się jak najbardziej aktualna. Oczywiście dla rządzących wówczas księstwem bojarów (szczególnie kniazia Dymitra Ostrogskiego i Dymitra Detko) lepiej by było gdyby państwem władał władca zewnętrzny, rezydujący gdzieś daleko, niż lokalny silny książę, dlatego gotowi byli oddać księstwo w ręce chana Złotej Ordy tatarskiej - Özbega. Jednak poselstwo bojarów wysłane do Nowego Saraju (stolicy Złotej Ordy tatarskiej) przyniosło chanowi złe wieści. Otóż nie byli oni w stanie zapłacić haraczu i oddać swego księstwa pod tatarskie lenno, gdyż - jak twierdzili - król Polski, zebrawszy wojsko po śmierci Jerzego Trojdenowicza, zbrojnie napadł na Lwów i zajął to miasto. Potem poszedł na Włodzimierz Wołyński i spalił tam dwa drewniane zamki, a następnie całe księstwo Halicko-Włodzimierskie włączył do Korony Królestwa Polskiego. Włączenie tak dużego księstwa oznaczało znaczne rozszerzenie granic Polski, a jednocześnie zadarcie z jednym z najpotężniejszych wówczas władców Europy, chanem Złotej Ordy Özbegiem. Ten zaś był wściekły, gdyż ktoś (inny władca) pozwolił sobie wydrzeć jego własność, którą on już widział jako część własnej Ordy. Inwazja na Królestwo Polskie była więc już tylko kwestią czasu, a mówiono o tym nie tylko w Brandenburgii i ziemiach Zakonu Krzyżackiego, ale również w Paryżu, w Wiedniu a nawet w Londynie (wrócił strach przed tatarskim najazdem, który Europa pamiętała dokładnie 100 lat wcześniej w roku 1241, gdzie nawet król Anglii pisał w listach do swej matki że oto nastał kres chrześcijańskiego świata, gdyż zalały go "mongolskie demony"). Sam papież Benedykt XII napisał list do chana Özbega, prosząc go aby zaniechał tej wyprawy, deklarując że Kazimierz (oraz inni okoliczni władcy) wynagrodzą mu poniesione straty, jednocześnie zaś pod papieskim patronatem przygotowywano wyprawę krzyżową przeciwko Tatarom i organizowano ją zarówno na ziemiach Królestwa Polskiego jak i Czech oraz Węgier.

Armia tatarska która ruszyła na zachód, była liczna (prawdopodobnie liczyła ok. 200 000 wojowników, chociaż w niektórych źródłach przesadnie twierdzi się że nawet i 660 000). Zimą 1340/1341 r. ta potężna armia doszła do ujścia Sanu wpadającego do Wisły, a po drugiej stronie rzeki czekał król Kazimierz Wielki ze swoimi rycerzami. Polski plan obrony zakładał uniemożliwienie Tatarom przekroczenia Wisły i rzeczywiście, przez kilka kolejnych dni w siarczystym mrozie i śniegu po kolana, trwała walka dwóch armii ostrzeliwujących się przez rzekę. Licznie padali zabici i ranni, ale w polskich kronikach zanotowano imię tylko jednej polskiej ofiary tej batalii, a był nią Mścigniew Czelaj herbu Abdank, jeden z krakowskich możnowładców. Sam król osobiście zagrzewał swych rycerzy do walki, twierdząc że bronią nie tylko własnej ziemi, ale całego chrześcijaństwa. To poskutkowało, po kilku dniach tych uporczywych ostrzeliwań zza rzeki, Tatarzy uznali że jednak nie uda im się przekroczyć Wisły i zawrócili. Ponieważ wracali z pustymi rękoma, postanowili przynajmniej zdobyć Lublin, aby tam wziąć licznych niewolników i łupy. Lokalne rycerstwo i mieszkańcy miasta przez 12 dni bronili swego grodu przed potęgą Tatarów Złotej Ordy, ostatecznie udało im się zwyciężyć, gdy polska strzała zabiła głównego dowódcę całej tej wyprawy (jego imię pozostaje nieznane), Tatarzy wówczas stracili dalszą chęć do walki i zawrócili do siebie. Wiadomość o tym polskim zwycięstwie bardzo szybko obiegła dwory Europy (np. na Wielkanoc roku 1341 w Bolonii opowiadano sobie właśnie o tym zwycięstwie, co odnotował tamtejszy kronikarz Matte Griffoni, ale - jak to często bywa - wieści o tym zostały mocno zdeformowane i opowiadano sobie niestworzone historie, nie mające wiele wspólnego z prawdą). Tak oto tatarski najazd został powstrzymany, ale nie oznaczało to zakończenia batalii o ziemię wołyńską. 




Po odparciu tatarskiej nawały Kazimierz podporządkował sobie takie miasta jak Przemyśl, Sanok, Łuck, Włodzimierz, Lubaczów, Trębowla i Tustań. Jeszcze w 1341 r. zawarł król porozumienie z bojatem Dymitrem Detko mianując go swym namiestnikiem w Haliczu i Włodzimierzu (ziemie ten nie zostały wówczas bezpośrednio włączone do Korony Królestwa Polskiego). W tym czasie w Wielkim Księstwie Litewskim zmarł wieloletni władca tej krainy - Giedymin. Kraj został teraz podzielony pomiędzy jego synów: władzę nad stołecznym Wilnem objął Jawnuta, dzielnicę Rusi Białej (Białorusi) objął Olgierd z siedzibą w Mińsku, zaś Kiejstut otrzymał Żmudź z Trokami, Grodnem i Brześciem aż po Wołyń, a w Łucku zasiadł Lubart. Lubart i Kiejstut byli zdecydowani prowadzić dalsze walki z Polakami nie tylko o Ruś Halicko-Włodzimierską, ale również o inne ziemie (w tym część ziemi Mazowieckiej). Olgierd i Jawnuta byli zaś nastawieni bardziej koncyliacyjnie. Już w 1343 r. wygasł układ zawarty przez Kazimierza z Dymitrem Detko a w rok później zaczęły się kolejne walki o Ruś Halicko-Włodzimierską bez większych sukcesów po polskiej stronie (Kazimierz był zresztą wtedy skupiony na innych obszarach, np. na zawarciu układu z wielkim mistrzem Zakonu Krzyżackiego w 1343 r., który to okazał się dla Polski zbawienny gospodarczo i który pozwolił w roku 1410 ostatecznie rozgromić na polach Grunwaldu potęgę Zakonu; czy wojnie polsko-czeskiej z 1345 r.). Do kolejnej interwencji Kazimierza na Rusi doszło dopiero w roku 1349. Wcześniej, bowiem w roku 1345 Kazimierz zawarł układ z Lubartem Giedyminowiczem, dzieląc Ruś po połowie (stronie polskiej przypadł tylko Przemyśl i Sanok). W tym czasie synowie Giedymina obalili Jawnutę (dając mu mniejszą dzielnicę) a na wileńskim stolcu zasiadł Olgierd (1345 r.). W czasie kampanii roku 1349 Kazimierz Wielki opanował ponownie Lwów, Halicz, Włodzimierz, Brześć, Bełz i prawdopodobnie Trębowlę, zmuszając Lubarta do wycofania się do Łucka. Ten rok jest kluczowy, gdyż oznacza definitywne opanowanie nie tylko Lwowa ale i Rusi Czerwonej (czyli Rusi Halickiej) przez Polaków na kolejne wieki (dokładnie do roku 1939, czyli przez 590 lat ziemię te pozostawały w obrębie cywilizacji i kultury polskiej, nawet w czasie zaborów). Gdy Kazimierz w grudniu 1349 r wracał do Krakowa witano go tam jako Wielkiego triumfatora, a ponieważ już od trzech lat używał tytułu księcia Rusi, realnie ziemie te stały się nieodłączną częścią Korony Królestwa Polskiego.


PS: O dalszych losach Wołynia i o tym jak wyglądały stosunki polsko-ukraińskie na tych ziemiach do roku 1939 (a w zasadzie 1943) opowiem w kolejnych częściach tej serii, jak również będę ją rozpoczynał opisem obrony poszczególnych polskich wsi przed banderowskimi bydlakami w latach 1943-45. Powiem też że Ukraińcy mają swoich bohaterów i niekoniecznie muszą to być mordercy kobiet i dzieci, to są ludzie o których często się zapomina jak choćby Taras "Bulba" Boroweć (śmiertelny wróg Bandery i zdecydowany przeciwnik tego, co działo się na Wołyniu oraz w Małopolsce Wschodniej z rąk banderowskiej czerni), Symon Petlura czy wielu bezimiennych ukraińskich aniołów, którzy ostrzegli Polaków przed zbliżającą się śmiercią, a wielu z nich - z narażeniem własnego życia - ukrywało swoich polskich sąsiadów we własnych domach.


NA ZAKOŃCZENIE ZAŚ WYSTĄPIENIE PREZYDENTA RZECZYPOSPOLITEJ POLSKI KAROLA NAWROCKIEGO Z OKAZJI 83 ROCZNICY ROZPOCZĘCIA ZORGANIZOWANYCH WIELKICH MORDÓW LUDNOŚCI POLSKIEJ NA WOŁYNIU (O KTÓRYCH TEŻ DOKŁADNIE NAPISZĘ), CZYLI BANDEROWSKO-NAZISTOWSKIEGO LUDOBÓJSTWA



CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...