WYŚWIETLENIA

07 lipca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LVI

II IMPERIUM ATLANTYDY 
Cz. VII





OKRES IMPERIALNY
i WIELKIE PODBOJE
25 000 r. p.n.e. - 12 500 r. p.n.e.
Cz. III





WIELKA REFORMA RELIGIJNA
KAPŁANA OZYRYSA 
25 000 r. p.n.e. - 22 000 r. p.n.e.


 Ozyrys - czyli kapłan który doprowadził do Wielkiej Reformy Religijnej na Atlantydzie, nie pochodził z tego kontynentu. To znaczy on sam urodził się już na Atlantydzie, ale jego rodzice przybyli na Wyspę z systemu gwiezdnego Syriusza (A). Oznaczało to, że jego wiek biologiczny był dłuższy nawet od wieku samych Atlantów (którzy średnio dożywali 1000 - 1200 lat). Ozyrys urodził się (wówczas pod imieniem - ASAR) jeszcze ok. 25 000 r. p.n.e, czyli w czasach gdy rozpoczynał się konflikt Atlantydy z Imperium MU. Jako młody człowiek (jeszcze przed wybuchem wojny) wyjechał na Lemurię, gdzie rozpoczął studia teologiczne w Wielkiej Piramidzie w stolicy Imperium MU - Savanasie. Wstąpił tam też do elitarnego "Kolegium Naacalskiego" - grupującego kapłanów i kapłanki najwyższego szczebla religii "Jednego Prawa", a potem powrócił na Atlantydę. Sprzeciwiał się wojnie z MU i w tym celu założył "Kolegium Wtajemniczonych" (które było odwzorowaniem "Kolegium Naacalskiego" z Savanasy). Od tej chwili był prześladowany przez państwo i kapłanów zakonu "Synów Beliala". Zmienił też imię i z Asara stał się Ozyrysem, oraz by zachować życie, musiał się odtąd ukrywać. To właśnie w podziemiu narodził się jego ruch reformacyjny, który w dużej mierze był podobny do dawnej religii I Imperium Atlantydy.

Wszystko miało charakter hierarchiczny i ściśle przestrzegano zasad bezpieczeństwa. Każdy nowy wyznawca był najpierw odpowiednio sprawdzany przez "Świętych Braci" (tytuł ten nadawany był najwyższym kapłanom "Kolegium Wtajemniczonych"). Jeśli nie stanowili zagrożenia dla innych wiernych, czekały ich kolejne sprawdziany. Ozyrys wraz z innymi kapłanami, ukrywał się w podziemiach piramid lub starych świątyń, do których prowadziły tajemne wejścia. Nie było tam energii elektrycznej (którą powszechnie stosowali Atlanci w swych domach, świątyniach i budynkach rządowych - w dużej mierze była to energia pochodząca z kryształów), wnętrza oświetlano pochodniami. Każdy nowy członek tego zgromadzenia był poddawany niezwykle ciężkim próbom, jak choćby takim - gdy mając związane ręce i nogi oraz zawiązane oczy, był informowany że właśnie odkryto jego agenturalną działalność (na korzyść zakonu "Synów Beliala") i zostanie on teraz publicznie uśmiercony. Następnie informowano go że przed śmiercią poddany zostanie torturom. Potem przechodzono do pewnych lekkich form przemocy, by udowodnić że to nie są żarty. Często przypalano ogniem niektóre części ciała lub wrzucano związanego człowieka do balii z lodowatą wodą. Wszystko to miało na celu utwardzić ich na ewentualne tortury, które czekałyby ich, gdyby wpadli w ręce władz lub zakonu.

Ci, którzy pozytywnie przeszli te próby, zostawali następnie poddawani innemu sprawdzianowi, niekiedy jeszcze bardziej okrutnemu. Mianowicie, trzymano ich w ciemnej celi przez kilka dni o chlebie i wodzie. Potem wpuszczano do cel kobiety - były to kapłanki, które miały do spełnienia ważną rolę. Mianowicie przebierały się one w najbardziej kuse stroje, malowały twarz i po kilku dniach tortur i samotnego siedzenia w celi, przychodziły do chętnych przyjęcia nowej wiary, przynosząc im posiłek i starannie się nimi opiekując. Ich zadanie polegało na przekonaniu uwięzionych do siebie (poprzez swój seksapil i dobroć jaką im okazywały), aby ci wyjawili im informacje odnośnie prawdziwego powodu swej konwersji. Starały się też zaciągnąć ich do łóżka. Jeśli uwięzieni okazywali wystarczająco dużo wewnętrznego samozaparcia i nie ulegali kapłankom (o których nie wiedzieli że nimi są), wówczas dopiero dopuszczano ich do zgromadzenia. Chodziło bowiem o to, by nowo przyjęty członek Kolegium, nie tylko nie lękał się śmierci (gdy przyjdzie taka pora), lecz również by potrafił zdusić w sobie wszelkie pokusy (w tym i te erotyczne). W przypadku nowo przyjmowanych do zgromadzenia kobiet, do ich uwiedzenia stosowano na ogół młodych, przystojnych mężczyzn.

Ozyrys przywrócił kapłaństwo kobiet i mogły one (podobnie jak to było w czasach I Imperium) odprawiać nabożeństwa i uczestniczyć w życiu religijnym wspólnoty, nie tylko jako "Boskie Służebnice" (jedynie taką rolę mogły bowiem pełnić kobiety w zakonie "Synów Beliala", a była to rola, która sprowadzała się jedynie do funkcji pomocnic, czy raczej służących i nałożnic dla samych kapłanów), ale również jako kapłanki. Ponieważ kult Ozyrysa nie był akceptowany ani przez kapłanów zakonu, ani też przez państwo (do czasów króla Klinga), musieli oni odprawiać swe nabożeństwa w ukryciu, w podziemiach dawnych świątyń i budynków, wciąż obawiając się denuncjacji i pozbawienia życia.


RELIGIA OZYRYSA



Ozyrys przyjął tytuł "Mistrza", inni kapłani byli określani jako "Święci Bracia" (lub "Siostry"), lecz były to jedynie tytuły ułatwiające konspirację i kwestie organizacyjne zgromadzenia (jak na przykład zapewnienie wiernym codziennej strawy, oraz dbanie o bezpieczeństwo poszczególnych "Lóż", na które dzieliło się całe zgromadzenie), gdyż podczas nabożeństw nie było ważnych i "ważniejszych", wszyscy byli równi względem Prawa i względem Boga, którego wyznawano. Wyznawano wiarę w uniwersalnego Stwórcę Wszechrzeczy - swoistego "Niebieskiego Ojca", którego wszyscy ludzie mieli być dziećmi. Każdy człowiek (i każda inna żywa istota) miała składać się z dwóch elementów: fizycznego ciała i nieśmiertelnej Duszy. Życie człowieka od narodzin aż do śmierci było tylko jednym z elementów trwania nieśmiertelnej Duszy (Dusza miała być zanurzona w ciele). Ciało po śmierci należało przywrócić ziemi (czyli pochować), lecz Dusza miała wracać do Niebieskiego Ojca, który (dla Jej dobra) wyznaczał Jej kolejną "misję w fizyczności". Innymi słowy kult Ozyrysa był odwzorowaniem (z niewielkimi zmianami) starej religii Atlantów I Imperium, w której świadomość inkarnacji była czymś zupełnie normalnym. Jednym z symboli tej religii było duże "T" z pętlą u samej góry. Był to więc późniejszy "Ankh" - czyli tzw.: egipski krzyż (krzyż był jednym z symboli I Imperium Atlantydy - wspominałem o tym we wcześniejszych tematach).



PANOWANIE KRÓLA KLINGA
i RÓWNOUPRAWNIENIE KULTU OZYRYSA 
Z RELIGIĄ "SYNÓW BELIALA"




 Ozyrys, jak już wspomniałem - rozpoczął swój Wielki Ruch Odnowy Religijnej ok. 25 000 r. p.n.e. lecz aż do 22 000 r. p.n.e. ruch ten był prześladowany przez państwo, a jego członkowie musieli się ukrywać z obawy przed uwięzieniem, torturami czy pozbawieniem życia. Dopiero wstąpienie na tron Imperium Atlantydy - władcy o imieniu KLING, odmieniło tę sytuację. Kling, choć najstarszy z synów poprzedniego władcy - króla TYMUSA, nie był ulubieńcem ojca w kwestii dziedzictwa tronu, Tymus preferował raczej swego młodszego syna - księcia RUEDA. Powodem odrzucenia Klinga był fakt, iż związał się on z niewolnicą, która urodziła mu dziecko. Problem polegał na tym, że Kling wyzwolił i poślubił ową kobietę, co spowodowało utratę poparcia dlań ojca, matki, brata i sióstr w kwestii sukcesji tronu. Gdy więc umarł król Tymus, na tronie Imperium zasiadł wybrany przez niego młodszy syn Rued. Kling nie zrezygnował jednak z walki o władzę, wycofał się z Atlantydy na prowincję, gdzie zdobywał poparcie m.in.: obiecując wyzwolenie niewolnikom. Aby rozszerzyć liczbę swych zwolenników (i ewentualnych żołnierzy, chcących walczyć w imię przywrócenia mu władzy), obiecał również członkom i wyznawcom kultu Ozyrysa równouprawnienie ich religii. Dzięki swym obietnicom zgromadził pokaźną armię, z którą ruszył na stolicę - Atlantydę, zdobył ją i wypędził z niej nie tylko swego brata, lecz także większość kapłanów zakonu "Synów Beliala", którzy opowiedzieli się przeciwko niemu. 

Ponieważ zakon został znacznie osłabiony, Kling powierzył władzę nad większością świątyń zakonnych tym, którzy go wsparli w tej walce - kapłanom i kapłankom kultu Ozyrysa. Prócz nich, swego poparcia udzielili Klingowi - Ionowie, czyli ci, którzy dążyli do zreformowania coraz bardziej skostniałego aparatu państwowego Imperium i zniesienia dominującej pozycji zakonu "Synów Beliala". Kling rozpoczął więc wdrażanie wielkich reform. Jako pierwsze z nich wydał prawo o równouprawnieniu religii Ozyrysa z kultem "Synów Beliala". Jako następne wprowadził prawo o wyzwoleniu niewolników. To wywołało powszechną euforię wśród niewolników, którzy układali i śpiewali na cześć króla pieśni pochwalne. Rued nie złożył jednak broni, zdobył też poparcie wśród warstw posiadających Imperium oraz kapłanów zakonnych i z ich pomocą (podbudowaną silną propagandą antyozyriańską i antywyzwoleńczą, skierowaną głównie do społeczeństwa Atlantów, w którym straszył lud totalną anarchią i rządami niewolników - jako przykład podawał żonę swego brata, która z niewolnicy stała się królową Imperium), przygotowywał się do odzyskania władzy.



"EPOKA OZYRIAŃSKA" i RZĄDY IONÓW 
ok. 22 000 r. p.n.e. - 21 000 r. p.n.e.




 Ionowie i zwolennicy kultu Ozyrysa przejęli władzę nad Imperium na okres ok. tysiąca lat. W tym czasie ostatecznie pokonano oddziały arystokracji i kapłanów spod znaku Rueda (a on sam zapewne zginął, gdyż brak o nim dalszych informacji). Na tronie panował król Kling, zaś koła reformatorskie Imperium zaczęły wprowadzać reformy w skostniałym aparacie państwowo-urzędniczym. Pierwszą reformą było utworzenie Rady Rządzącej, która składała się z najstarszych i cieszących się największym uznaniem przedstawicieli nauki, administracji królewskiej i kultu Ozyrysa, w liczbie 10 (a raczej 9 + król). Podzielono kraj na mniejsze jednostki administracyjne (z czterech istniejących uczyniono dziesięć). Uznano religię ozyryjską za jedyną obowiązującą odtąd w Imperium, zaś samemu Ozyrysowi przyznano oficjalnie tytuł: "Mistrza - Wielkiego Reformatora". Stare świątynie zakonu "Synów Beliala" zamieniano teraz na przybytki kultu Ozyrysa. Wprowadzono równe prawa dla mężczyzn i kobiet oraz wyzwolono wreszcie wszystkich niewolników w Imperium (a raczej jedynie na samej Wyspie, gdyż dalej nie sięgała władza króla Klinga i Ionów). 

Ale te reformy nie spotkały się z zadowoleniem wszystkich "grup reformatorskich". Niektórzy protestowali przeciwko wyzwalaniu niewolników i zmianom religijnym. Powstała grupa "opozycji", która (choć sama wywodziła się z grupy Ionów i popierała rządy Klinga, sprzeciwiała się wpływom Ozyrysa na kształt religii Atlantów). Ta grupka jednak - aż do upadku rządów Ionów nad Wyspą, będzie stanowiła niewielki margines (zyska na znaczeniu dopiero z chwilą upadku Ionów i zesłaniem buntowników na tereny późniejszej Hellady). W każdym razie już wówczas zaczęły być dostrzegalne negatywne zjawiska, które łączyły w sobie dawne zwyczaje religijne zakonu "Synów Beliala" z nowymi zasadami, wyrosłymi z kultu Ozyrysa i tradycji I Imperium Atlantydy. Tymi negatywnymi zjawiskami było na przykład składanie krwawych ofiar z ludzi, które Ozyrys kategorycznie potępiał, lecz które potem (już w Helladzie) na pewien czas zdominują religijność Ionów/Hellenów (wyrosłą z tradycji I Buntu Ionów - czasy Kronosa i Dzeusa, oraz ozyriańskiej duchowości - o czym pisałem w poprzednich częściach).

Ale kapłani zakonu "Synów Beliala" nie zniknęli. Przeciwnie, udali się na prowincję (głównie do "Europy"), w której przejęli rządy, oraz uzyskali poważne wsparcie od samego Marduka z Edenu. Tak wzmocnieni, przygotowywali się do powrotu na Wyspę, zrzucenia z tronu zdrajcy Klinga (król ten został uznany za uzurpatora) i odnowienia władzy zakonu nad całym Imperium. Nie udało im się jednak obalić Klinga, gdyż ów król zmarł śmiercią naturalną po ponad 700 latach panowania. Na tron Imperium wstąpił teraz jego syn (zrodzony z niewolnicy, którą ten wcześniej wyzwolił) - Atlas II. Od samego początku uzyskał on wsparcie Ozyrysa i zapewnienie że ten będzie go wspierał na dalszej drodze odnowy kraju. Kapłani zakonu uznali że wreszcie nadszedł czas, by wrócić do ojczyzny, jednocześnie uzyskali oni wsparcie i pomoc Marduka. Ale Marduk nie zamierzał nic ofiarowywać za darmo, w zamian za wsparcie kapłani musieli zgodzić się na tego monarchę, którego on im wybierze. Jego wybór padł na ANSATA, kapłana zakonu, który był najbardziej uległy Mardukowi i przez jakiś czas mieszkał nawet w Edenie. Będzie on potem założycielem III - ostatniej już w dziejach Atlantydy - dynastii królewskiej.



WOJNA IONÓW Z ZAKONEM O WYSPĘ, 
KLĘSKA i UCIECZKA OZYRYSA DO EGIPTU
ok. 21 000 r. p.n.e.




 Atak na Atlantydę wielkich sił zakonnych, wspartych posiłkami, wysłanymi przez Marduka, nastąpił ok. 21 000 r. p.n.e. Stolica została oblężona i odcięta tak z lądu jak i z morza. Atlasowi (i jego zwolennikom) udało się co prawda wyrwać z miasta i wycofać na północ, gdzie zgromadził duże siły i gdzie zdołał się umocnić. Atlantyda - stolica Imperium została jednak zdobyta przez zakon. Nastąpiły dni terroru, tortur i prześladowań wyznawców i zwolenników kultu Ozyrysa, oraz elity naukowo-technicznej Ionów. Przywrócono dawne prawa zgromadzenia "Synów Beliala", zakazano kapłaństwa kobiet (a kapłanki które schwytano, poddawano szczególnie okrutnym torturom). Na tronie jako króla osadzono (wskazanego przez Marduka) Ansata. Atlas II wraz ze swymi zwolennikami, bronił się jeszcze przez jakiś czas na północy kraju, jednak i tamte ziemie zostały zdobyte przez zwycięskich kapłanów. Ozyrysowi, Atlasowi i wielu ocalałym z pogromu na północy nie pozostało nic innego, jak ucieczka. Jako cel podróży Ozyrys wybrał Egipt, gdzie wciąż obowiązywała religijność I Imperium Atlantydy ("Jedno Prawo"), zbliżone w swej zasadniczej formie do kultu przezeń ustanowionego.

Egiptem władał wówczas toltecki król - AAMOTEP (lub Aamtep), który powitał gości na swym dworze. W Egipcie Ozyrys kontynuował swe misyjne dzieło. Doszło do tego, że zdołał "nawrócić" na swą wiarę samego Enkiego z Edenu, który ok. 20 450 r. p.n.e. - przybędzie do Egiptu i koronuje się tutaj na pierwszego nibiruańskiego władcę państwa, przybierając imię - PTAH. Jego rządy będą okresem spokoju i dobrobytu, a także kontynuacji dobrych lat panowania czerwonoskórych Tolteków z I Imperium Atlantydy. Nim jednak to nastąpi, na tron po swym ojcu - Aamhotepie, wstąpi ostatni władca pochodzący z Atlantydy - USERTSEN. 



PRZESIEDLENIE IONÓW
POWSTANIE - "IONII




Dowódcą armii królewskiej Atlasa II był XUTHUS. Bronił on północnych rubieży Wyspy przed naporem sił zakonnych. Poniósł jednak klęskę, a wraz z nim inni Ionowie. Król Atlas (wraz z Ozyrysem i tymi, którym udało się dostać na okręty) odpłynął w stronę Egiptu. Niektórzy jednak nie mieli tyle szczęścia (wielu nie miało), inni, jak właśnie Xuthus nie zamierzali uciekać, będąc już gotowymi na śmierć z rąk zwycięskich kapłanów. Kapłani oczywiście postawili ich przed sądem, ale... unikano wyroków skazujących na karę śmierci. Dlaczego? Nie wiadomo (żadne źródła tego nie wyjaśniają), prawdopodobnie chodziło o wielką liczbę buntowników która dostała się do niewoli. Nie można było ich wszystkich tak po prostu uśmiercić (a może nie chciano tego uczynić?). Postanowiono natomiast - zamiast kary śmierci -wygnać ich z Wyspy (lecz nie na zawsze, raczej do momentu aż nie zaakceptują praw zakonu i nie uznają nad sobą władzy króla i kapłanów "Synów Beliala"). Jako miejsce przymusowego wygnania (wygnanie było zapewne tymczasowym, z powodu zbytniego ubytku ludności na Wyspie - takie jest moje zdanie, gdyż nie wiem jakie mogły być tego prawdziwe powody) wybrano południowo-wschodnie tereny Europy, niedaleko nibiruańskiego Edenu - królestwa Marduka (który miał ich kontrolować). Były to ziemie niezamieszkałe, górzyste i dość nieprzystępne. Kolonię tę nazwano - IONIĄ.

Początkowo trzymano ich pod eskortą, lecz zbytnie oddalenie od ojczyzny i wielość skazańców doprowadziła do rebelii i wyzwolenia się Ionów (ok. 20 000 r. p.n.e.). Rebelią dowodził syn Xuntusa - ACHEUS, który następnie został wybrany na pierwszego władcę Ionii, nowego, całkowicie niepodległego państwa na terenie Europy. Wprowadził on na terenie kraju kult Ozyrysa, jednak... połączony z negatywnymi aspektami wspomnianych przeze mnie wyżej "opozycjonistów religijnych", które wyrażały się m.in.: w składaniu krwawych ofiar z ludzi. Ionowie wprowadzili też kilka usprawnień, jak choćby stworzenie oryginalnego alfabetu starogreckiego (wzorowanego oczywiście na języku BRO, pochodzącym z Atlantydy, a pierwotnie z planety Aremo - łącząc go z SUMANEM). Ionowie przetrwają zagładę Atlantydy i Wielki Potop z ok. 12 500 r. p.n.e. (na całym świecie ów Potop przetrwało wówczas jedynie ok. 2 milionów ludzi), Wojny Piramidowe (które doprowadzą do zniszczenia odbudowanego przez Atlantów firmamentu niebieskiego, co spowoduje zwiększony napływ śmiercionośnego promieniowania kosmicznego na Ziemię, który odbije się chociażby w długości ludzkiego życia. Dziś nasze organizmy nie są w stanie wytrzymać więcej niż sto kilka, w najlepszych przypadkach sto kilkanaście lat życia. Natomiast Atlanci, Ionowie, Toltekowie i inne grupy ówczesnej Ludzkości - dożywały spokojnie ponad 1000 lat. Wyjątkiem byli Nibiruanie, którzy - ze względu na narodziny, lub przebywanie na Nibiru - dożywali kilkuset tysięcy lat. 

Ionowie już po zagładzie Poseidii (Atlantydy), stworzą cywilizację, która stanie się wzorem dla późniejszej cywilizacji helleńskiej (a głównie zaś jońskiej, której podstawą w czasach historycznych będzie Attyka, a głównym miastem - Ateny). Greccy Jonowie byli bezpośrednimi potomkami Ionów z Atlantydy (późniejsze napływowe grupy greckie, jak np. Dorowie/Gorowie - byli potomkami dawnych Ujghurów, którzy po upadku swego Królestwa {KOLEBKI} prowadzeni przez jasnowidzące kapłanki, zmierzali z ziemi dzisiejszej Azji ku Europie i... Iranowi).




PS: W kolejnej części ponownie przeniesiemy się na Kontynent amerykański, aby zobaczyć jak zmieniły się tamtejsze atlantydzko-tolteckie społeczeństwa 


CDN.

05 lipca 2026

ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. I

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO PRZYŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)





VARIA
CZYLI DLACZEGO PRUSACY CHCIELI ZJEDNOCZENIA Z POLSKĄ


"JEDNOGŁOŚNIE, DOBROWOLNIE I ZE STANOWCZĄ ROZWAGĄ (...) PODDALIŚMY SIĘ I OBECNIE PODDAJEMY SIĘ NAJJAŚNIEJSZEMU KRÓLOWI I KORONIE POLSKIEJ JAKO NAJWYŻSZEMU PANU I OD NIKOGO INNEGO NIE POWINNIŚMY BYĆ UZALEŻNIENI I JEMU POSŁUSZNI I PODDANI"

NIEMIECCY POSŁOWIE STANÓW PRUSKICH
1525 r.


 Był czas w naszych dziejach, kiedy sięgaliśmy naprawdę daleko i to nie tylko na Wschód, ale również na Północ, Południe i Zachód. Był czas gdy Moskwa mówiła po polsku, a Anglicy, Francuzi czy nawet Niemcy próbując robić interesy handlowe z Moskwą, musieli w kontaktach z tym państwem używać języka polskiego. Był czas gdy Polacy władali ziemiami na których dzisiaj leży miasto Berlin, a także czas gdy Morze Bałtyckie i Morze Czarne zjednoczone zostały przez mocarstwo Jagiellonów. W tym temacie przede wszystkim chciałbym opisać w jaki sposób do Polski zostały przyłączone Prusy Królewskie, jak Prusy Książęce pragnęły pójść w ślady tych pierwszych i ostatecznie połączyć się z Królestwem Polskim, oraz w jaki sposób Inflanty stały się częścią ziem polsko-litewskiego państwa. W tym temacie pragnę więc nie tylko opisać spory polsko-krzyżackie (począwszy od zajęcia przez Zakon Krzyżacki Pomorza Gdańskiego w 1309 r.) aż do odzyskania całej tej ziemi w roku 1466, oraz tego, jak Inflanty stały się częścią Rzeczypospolitej. Wydaje mi się bowiem że o ile ten pierwszy temat związany z Pomorzem Gdańskim jest mniej więcej Polakom znany (z naciskiem na mniej), o tyle ten drugi, czyli pozyskanie Inflant - jest kompletnie nieznane, a jest to bardzo ciekawy i niezwykle fascynujący okres, tym bardziej że Inflanty (czyli Kurlandia i Semigalia a także Inflanty Polskie) były częścią ziem polsko-litewskich od roku 1561 aż do końca istnienia I Rzeczypospolitej, czyli do 1795 r. Zresztą przetrwało to również w kulturze (chociażby w powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza pt.: "Kariera Nikodema Dyzmy" wydanej w 1932 r. główny bohater podaje się właśnie za przedstawiciela szlachty kurlandzkiej).




Warto więc pamiętać że ogromna część obszaru Bałtyku kontrolowana była wówczas przez Rzeczpospolitan, ale przecież nie tylko. Jest takie powiedzenie, że w czasach Wielkiej Rzeczpospolitej Polaka mówiącego iż wyjeżdża nad morze, pytano się nad które i rzeczywiście, gdyż nie tylko Bałtyk ale również Morze Czarne było spięte tym Jagiellońskim łańcuchem polsko-litewskiego mocarstwa. Kilkukrotnie też na tym blogu opisywałem sytuacje, gdy jakieś wschodnie miasto lub ziemia - należące do Rzeczypospolitej Obojga Narodów - kurczowo trzymało się przynależności do państwa polsko-litewsko-ruskiego, za żadne skarby świata nie chcąc zostać włączonym do Carstwa Rosyjskiego. Działo się tak pomimo bliskości językowo-religijnej wschodnich ludów Rzeczypospolitej z Rosjanami - jak choćby w 1645 r. gdy król Władysław IV w ramach reorganizacji granicy wschodniej (a przede wszystkim zawarcia sojuszu z Moskwą przeciwko Turkom i Tatarom w projektowanej przez niego wielkiej wojnie z Imperium Osmańskim), zamierzał oddać Moskwie Nowogród Siewierski. Wówczas to mieszkańcy owego miasta poczęli umacniać się i uzbrajać, jednocześnie śląc swych przedstawicieli do króla, na Sejm i do Senatu, wszędzie prosząc o nie oddawanie ich grodu Moskwie. Dlaczego, należałoby zapytać, skoro w większości zamieszkiwali to miasto sami Rusini, blisko spokrewnieni zarówno językowo jak i religijnie z Moskalami? Ano dlatego, że przebywając w granicach Rzeczypospolitej wiedzieli, że żyją w kraju wolnym, gdzie bez zgody obywateli (czyli szlachty, zgromadzonej na sejmach) król nie jest w stanie niczego wymusić i niczego zmienić (miało to też i swoje negatywne skutki, ale nie o tym teraz), natomiast ci ze Wschodu, to była zupełnie inna cywilizacja. Cywilizacja bezwzględnego posłuszeństwa carowi i totalnego upodlenia obywatela, który stawał się poddanym. Różnica była więc dla tych ludzi znacznie ważniejsza pod względem cywilizacyjno-mentalnym, niż bliskość językowo-religijna. Rusini po prostu nie chcieli wchodzić z Rosjanami w żadne bliższe polityczne relacje, zdając sobie sprawę, że każda tego typu próba skończyłaby się odebraniem im wolności, i sprowadzeniem do roli bijących czołem o ziemię poddanych gosudara.

Na wschodzie więc tego nie chciano, ale dlaczego na zachodzie niemieckie (a przynajmniej w dużej mierze zniemczone, bowiem ludność polska w Prusach też była dość liczna) Prusy Wschodnie również nie pragnęły połączyć się z zachodnimi przecież Brandenburczykami i woleli pozostać pod władzą króla polskiego, a nawet włączyć się w granice Rzeczypospolitej, wszystko byle nie do Brandenburczyków. Notabene ten właśnie stan pokazuje w dość ciekawy sposób, że nawet jeśli istniał niemiecki język, którego mieszkańcy posługiwali się na pewnym terenie Europy, to jednak nie istniała zupełnie niemiecka świadomość wspólnotowa, która zaczęła się tworzyć dopiero w początkach XIX wieku (wraz z wybuchem wojen napoleońskich, chociaż oczywiście ta świadomość powoli zaczęła kształtować się już od wieku XVI wraz z reformacją religijną Marcina Lutra), wcześniej bowiem niemiecki patriotyzm nie istniał, istniały natomiast niemieckie lokalne patriotyzmy, którym nie w głowie było powstanie zjednoczonego państwa niemieckiego, a jedynie przetrwanie. Prusacy bowiem uważali się za znacznie lepszych od Brandenburczyków, których mieli za zwykłych pastuchów świń - bowiem w Berlinie w centrum miasta pasły się świnie (aż do 1690 r. gdy zostało to oficjalnie zakazane). Berlin zresztą był miastem tylko z nazwy, w dużej mierze bowiem o zabudowie drewnianej i dachach krytych słomą (zabroniono tego w 1680 r. ze względu na liczne pożary). Porównanie tego prowincjonalnego miasteczka (które było stolicą kraju pragnącego zapanować nad Prusami) z Królewcem, budziło w Prusakach uczucie odrazy i lęku. Czym bowiem nazwać prośby, kierowane do polskiego monarchy, aby ponownie roztoczył swoją władzę nad Prusami, czym były nawoływania płynące z kręgów szlachty pruskiej skierowane do hetmana Stefana Czarnieckiego, zapraszające go z wojskiem polskim: "na śniadanie do Prus", jeśli nie próbą powstrzymania kurfirsta (czyli elektora Brandenburgii) przed planami całkowitego podporządkowania sobie Prus i zdławienia oporu Królewca?

I trudno się też temu dziwić, bowiem Prusy aspirowały do roli bogatego i dynamicznie rozwijającego się kraju o republikańskich korzeniach (niemiecki parlamentaryzm w Prusach, jak i potem w Brandenburgii pojawił się w tych krajach właśnie z Polski), natomiast Brandenburgia to był elektorat pod władzą dziedzicznego monarchy. Czy można więc się dziwić, że zarówno szlachta jak i mieszczanie pruscy spoglądali w stronę Rzeczypospolitej, spodziewając się stamtąd ratunku? Można by w nieskończoność wymieniać opinie o naszym kraju w tamtych czasach, ale nie to jest głównym celem tego tematu, więc pozwolę sobie ograniczyć się do zaledwie kilku opinii. Bonifacio Giovanni Bernardino markiz d'Oria pisał w XVI wieku: "Ziemia ta w moim przekonaniu nie ustępuje Niemcom, w niektórych rzeczach je nawet wyprzedza (...) Wielką, co mówię największą miałbyś tu wolność życia wedle swej myśli i upodobania, także pisania i publikowania. Nikt tu nie jest cenzorem". Helmut von Moltke, pruski feldmarszałek z XIX wieku, autor zwycięskiej wojny z Francją w latach 1870-1871, która doprowadziła do zjednoczenia Niemiec, tak pisał: "Przez długi przeciąg czasu przewyższała Polska wszystkie inne kraje Europy swą tolerancją (...) Pierwsi Żydzi, którzy tu osiedli, byli wygnańcami z Czech i Niemiec (...) schronili się oni do Polski, gdzie wówczas daleko większa tolerancja panowała niż we wszystkich innych państwach Europy". Henry de Brougham, lord-kanclerz Wielkiej Brytanii: "Oni byli pierwsi, którzy, wkrótce po reformacji, dali przykład prawdziwej wolności (...) sam naród żydowski, na całej kuli ziemskiej wzgardzony, znalazł na tej gościnnej ziemi drugą ojczyznę". W 1597 r. angielski poseł, tak oto pisał z Warszawy do lorda Burghleya: "Jak spokojne jest królestwo Polski, gdzie nie gwałci się niczyjego sumienia". Natomiast angielski podróżnik z tego samego okresu - Frynes Moryson, pisał: "Żaden kraj na świecie nie jest do tego stopnia dotknięty różnorodnością poglądów religijnych (...) jak właśnie ma to miejsce w królestwie Polski (...) powstało powiedzenie, że jeśli ktoś stracił swoją wiarę, to powinien ją znaleźć w Polsce". Katarzyna Willoughby (czwarta żona Karola Brandona, księcia Suffolk, serdecznego przyjaciela króla Henryka VIII) uciekła przed prześladowaniami religijnymi właśnie do Polski. Wraz ze swym drugim mężem (poślubiła go ok. 1553 r. po śmierci Brandona w 1545 r.) Richardem Bertie, jako zwolennicy reformacji, musieli uciekać w 1554 r. z Anglii (rządzonej od 1553 r. przez córkę Henryka VIII i Katarzyny Aragońskiej - katolicką królową Marię I Tudor). Wyjechali najpierw do Niderlandów, a następnie do Niemiec, gdzie żyli w bardzo ciężkich warunkach materialnych. W 1557 r. król Rzeczpospolitej - Zygmunt II August, dowiedziawszy się o ich ciężkim położeniu, zaprosił ich do Polski, ofiarował im zamek w Krożach na Żmudzi, oraz włączył do swego dworu (w 1559 r. wrócili oni do Anglii, gdy tron tam objęła Elżbieta I). Opuszczając Polskę Katarzyna Willoughby napisała w liście do Williama Cecila, głównego doradcy królowej Elżbiety I (1 kwietnia 1559 r.): "Tutaj się mówi że pewni Niemcy mają zalecać nam konfesję augsburską, podobnie jak to czynili w Polsce, gdzie jednak usłyszeli, że ani Augsburg, ani Rzym nie są drogowskazem dla Polaków, lecz Chrystus, który pozostawił po sobie Ewangelię". I na koniec Stanisław Witkiewicz, który pisał tak: "Bajeczny, choć szelmowski, był ten nasz naród! Był to naród naprawdę wolny!"





PS: Dziś jedynie krótka zajawka tego tematu, który zamierzam kontynuować w kolejnych częściach zarówno opisem Ludów żyjących na ziemiach które dzisiaj wchodzą w skład tzw: "obwodu królewieckiego" oraz Warmii i Mazur, niegdyś zaś ziemie te określane były mianem Prus Wschodnich, jak również zaprezentuję pierwsze walki polsko-pruskie, próby podporządkowania Prus przez władców piastowskich, jak również odwetowe wyprawy Prusów na ziemie polskie, a następnie podbój tej krainy przez sprowadzony tam Zakon Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, czyli popularnych Krzyżaków (rozpoczęli oni podbój Prus w roku 1230, cztery lata wcześniej książę mazowiecki Konrad I wezwał Zakon, aby ten uporał się ostatecznie z pogańskimi Prusami i ich częstymi oraz niezwykle uciążliwymi łupieżczymi wyprawami na Mazowsze i Kujawy. Pierwsi trzej rycerze Krzyżacy przybyli do Płocka w roku 1228, a książę Konrad nadał im wówczas ziemię chełmińską wraz z położoną na Kujawach wsią Orłowo, w 1230 r. powtórzył to nadanie, dodając im jeszcze gród w Nieszawie. Zaś od roku 1230 rozpoczął się podbój Prus przez Zakon Krzyżacki





Następnie przejdę do pierwszych sporów polsko-krzyżackich (łącznie z konfliktem krzyżacko-pomorskim począwszy od 1236 r. i zajęciu przez Krzyżaków należącego do Pomorza z Zantyru) i wojen jakie toczyły się odtąd na północy Królestwa Polskiego(począwszy od roku 1308 i zajęciu przez Krzyżaków Gdańska oraz wymordowania przez nich polskiej załogi i wielu mieszkańców miasta - 14 listopada; skończywszy zaś na hołdzie złożonym przed królem Zygmuntem I Jagiellończykiem w roku 1525 przez jego siostrzeńca, ostatniego wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego i pierwszego świeckiego władcę Prus Wschodnich Albrechta i Hohenzollerna)





Potem przejdziemy do wyjaśnienia faktu w jaki sposób Polska i Litwa pozyskały w 1561 r. Inflanty, czyli ziemie sprzymierzonego z Krzyżakami Zakonu Kawalerów Mieczowych (dzisiejsze tereny Łotwy i Estonii)





A na zakończenie tej serii przedstawię wszystkie próby przeprowadzane przez Prusaków w celu ostatecznego przyłączenia Prus Wschodnich do Polski i uniknięcia tak bardzo przez wielu z nich niechcianego losu połączenia się z Brandenburgią, innymi słowy pokażę ów bój toczony o pruskiego Czarnego Orła pomiędzy Białym Orłem Polaków/Rzeczpospolitan z Czerwonym Orłem Brandenburczyków (pokażę również sylwetki tych wszystkich pruskich szlachciców, którzy z narażeniem życia występowali przeciwko kurfistowi, dążąc do połączenia Prus Wschodnich z Koroną Królestwa Polskiego)




CDN.



A NA ZAKOŃCZENIE NIECO JUŻ SPÓŹNIONA (GDYŻ MINĘŁA W DNIU WCZORAJSZYM, A JA WCZORAJ O TYM ZAPOMNIAŁEM) 250 ROCZNICA OGŁOSZENIA DEKLARACJI NIEPODLEGŁOŚCI STANÓW ZJEDNOCZONYCH 
(W KOŃCU WIELU POLSKICH KOLONISTÓW RÓWNIEŻ POMAGAŁO ZAKŁADAĆ TEN KRAJ I BUDOWAĆ JEGO SIŁĘ, GDYBY BOWIEM NIE POLSCY RZEMIEŚLNICY Z KOLONII W JAMESTOWN - DZISIAJ STANY ZJEDNOCZONE NIE ISTNIAŁYBY W TAKIEJ FORMIE, GDYŻ ZIEMIE TE PODZIELILIBY MIĘDZY SIEBIE HISZPANIE I FRANCUZI)





GEORGE WASZYNGTON I KAZIMIERZ PUŁASKI - TWÓRCA AMERYKAŃSKIEJ KAWALERII





"NIECH AMERYKA ZNÓW AMERYKĄ BĘDZIE
(...) KTÓRA NALEŻY DO NAS 
(...) TYCH, KTÓRZY JĄ STWORZYLI,
POTEM I KRWIĄ JĄ ZROSILI
(...) NIECH SPEŁNI SIĘ WIELKI NASZ SEN
ODBIERZMY ŁOTROM KRAJ TEN!"

LANGSTON HUGHES







04 lipca 2026

SIEDMIU WSPANIAŁYCH

KU CZCI WŁADYSŁAWA 
BELINY-PRAŻMOWSKIEGO 
I JEGO SZEŚCIU UŁANÓW: 
JANUSZA GŁUCHOWSKIEGO,
ANTONIEGO JABŁOŃSKIEGO,
ZYGMUNTA KARWACKIEGO, 
STEFANA KULESZY, 
STANISŁAWA GRZMOTA-SKOTNICKIEGO
I LUDWIKA SKRZYŃSKIEGO






WŁADYSŁAW BELINA-PRAŻMOWSKI BYŁ TWÓRCĄ KAWALERII II RZECZYPOSPOLITEJ, A JEGO LUDZIE PRZESZLI DO HISTORII POD NAZWĄ:

"SIÓDEMKI BELINY"






Siódemka Beliny - czyli pierwsi ułani II Rzeczypospolitej - przekroczyli granicę zaboru rosyjskiego dnia 3 sierpnia 1914 r. jako pierwsi żołnierze odradzającego się u boku Komendanta Józefa Piłsudskiego Wojska Polskiego (wówczas jeszcze w postaci Pierwszej Kompanii Kadrowej). Granicę zaboru przekroczyli jadąc na furmankach, a potem pieszo (konie mieli bowiem zdobyć dopiero na wrogu). Pierwsi kawalerzyści odradzającej się Polski, których zwycięstwa w walkach z bolszewikami (jak choćby pod Komarowem - 31 sierpnia 1920 r. gdzie jedna polska dywizja jazdy rozgromiła wszechpotężną i walczącą dotąd z powodzeniem przeciwko armiom "białych" rosyjskich generałów - Armię Konną Siemiona Budionnego. Przewaga w tej bitwie była po stronie Rosjan i wynosiła aż... 12:1. Bitwa ta była największą i ostatnią o takim zasięgu w XX wieku bitwą kawaleryjską w Europie), a także z Niemcami w 1939 r. (zwycięstwo Wołyńskiej Brygady Kawalerii w bitwie z 4 Dywizją Pancerną - pod Mokrą - 1 września 1939 r. Tak, polscy kawalerzyści rozgromili niemieckich pancerniaków). Nie mówiąc już o sukcesach odnoszonych w walkach z Sowietami w tymże roku. Tak oto z siedmiu kawalerzystów (bez koni), zrodziła się siła licząca aż 11 brygad.





 Można jednak zapytać, po co właściwie było tworzyć tak duże składy kawaleryjskie w sytuacji, gdy coraz więcej armii państw europejskich albo rezygnowało z posiadania kawalerii, albo też przesuwało ją do działań pomocniczych. Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy najpierw opisać, jaka właściwie była przedwojenna armia II Rzeczypospolitej. Po pierwsze, Wojsko Polskie - największa i najsilniejsza siła zbrojna począwszy od Skandynawii, poprzez rejon państw bałtyckich, Europę Środkową, Bałkany, aż po Grecję i Morze Egejskie - jako jedyne ze wszystkich państw leżących na owym "Pasie Międzymorza" - operowało taktyką ofensywną. Począwszy od wojny w obronie Lwowa w listopadzie 1918 r. i wojny w Galicji Wschodniej (1918-1919), poprzez wojnę z bolszewikami (1919-1920) Armia Polska zawsze szkoliła się w taktyce ofensywnej. Przez cały okres dwudziestolecia jedyną taktyką Wojska Polskiego był atak, ofensywa - zaś nigdy obrona. Tak więc (paradoksalnie) "Wojna Obronna" 1939 r. także miała być wojną ofensywną (o czym notabene pisałem już w jednym z wcześniejszych tematów).




Dowodem na to że wojna 1939 r. miała być wojną szybką, manewrową - świadczą plany rozesłane ze sztabu Naczelnego Wodza do dowództw poszczególnych armii i dywizji. Pięknie to opisał podpity oficer jednej z dywizji Armii Łódź, który na kilka dni przed 1 września, stwierdził do swego kompana od kieliszka, że przyszły nowe plany wojenne i za kilka dni ruszamy na Wrocław, a potem prosto na Berlin. Dziś te słowa mogą śmieszyć, ale wówczas brane były całkiem serio i nie dlatego że ówczesne kierownictwo buńczucznie "wymachiwało szabelką", tylko dlatego że po prostu żołnierz polski w całym okresie dwudziestolecia międzywojennego nigdy nie był przygotowywany do działań obronnych (jedyną ewentualnością, zbliżoną do zadań defensywnych, było szybkie powstrzymanie pierwszego uderzenia wroga, a następnie błyskawiczny kontratak i marsz wgłąb jego terytorium. Cóż ponoć najlepszą obroną jest atak).

Drugim (i bez wątpienia głównym) powodem utrzymywania tak dużych sił kawaleryjskich, był kierunek, na którym te siły miały zostać użyte. Wojsko Polskie (w tym oczywiście kawaleria), lotnictwo i Polska Marynarka Wojenna, z całą tą taktyką ofensywną od samego początku istnienia II Rzeczypospolitej - szkolone było na przyszłą wojnę z Sowietami. Tam, w rejonie Kronsztadu i Leningradu, nasza Flota Wojenna siałaby postrach i zniszczenie nad sowiecką Flotą Bałtycką (gdyż właśnie do tego była przygotowywana). Tam też, na ogromnych przestrzeniach Wschodu, nasza mobilna kawaleria byłaby niezastąpiona (Niemcy też zdali sobie z tego sprawę, gdyż atakując w 1941 r. Związek Sowiecki, dysponowali jedynie 1 brygadą kawalerii, a to było stosunkowo za mało na tak ogromne przestrzenie Wschodu, gdzie nie zawsze i nie o każdej porze roku można było dojechać czołgami. Dlatego pośpiesznie zaczęto formować kawaleryjskie formacje Kozackie już w roku 1942). Tam ofensywny plan Wojska Polskiego wypadłby znakomicie. A gdyby do wojny z ZSRS weszła jeszcze Japonia? 

Zresztą nasze kontakty wywiadowcze i wojskowe (o czym też już wcześniej pisałem) z Krajem Kwitnącej Wiśni, były w całym dwudziestoleciu wyśmienite, a japońscy kryptolodzy przyjeżdżali na szkolenie do Warszawy... najlepszego według nich ośrodka wywiadowczego w całej Europie. Kontakty te nie ustały nawet po rozpoczęciu wojny. Polska była bodajże jedynym aliantem, który utrzymywał w czasie II Wojny Światowej kontakty wywiadowcze (i bardzo długo dyplomatyczne) z Tokio. Wywiady Armii Krajowej i Kempetai współpracowały ze sobą na wielu płaszczyznach, wymieniając się informacjami. My przekazywaliśmy im wiadomości na temat Sowietów, oni nam na temat ich ówczesnych sojuszników - hitlerowskich Niemiec. Poza tym japońscy lekarze i pielęgniarki uratowali życie setkom wycieńczonych i na wpół martwych polskich dzieci, które przeszył przez piekło sowieckich domów dziecka i sierocińców po agresji sowieckiej na Polskę 17 września 1939 r. i późniejszych wielkich wywózkach (w bydlęcych wagonach bez jedzenia i picia) ludności polskiej na Syberię, by ich tam wysadzić w szczerym polu i niejednokrotnie w... śniegu po kolana (dzieci z reguły w chwili śmierci rodziców zabierano do domów dziecka - tylko że nie wiadomo co było gorsze, codzienna walka o przeżycie na syberyjskim pustkowiu, bez narzędzi, bez ciepłych ubrań, w zasadzie bez niczego - pozwalano zabrać tylko jedną walizkę - czy też trafienie do sowieckiego sierocińca - o tym co się tam wyprawiało napiszę jeszcze kiedyś w jednym z kolejnych tematów). 





Dlatego też uważam że Japończykom należy się dozgonna wdzięczność za to, że odratowali te wykończone, na wpół martwe już dzieci, które trafiły do nich po niemieckim ataku na Związek Sowiecki i podpisaniu układu polsko-sowieckiego 30 lipca 1941 r. gwarantującego uwolnienie wszystkich obywateli polskich będących w Związku Sowieckim.





"SIÓDEMKA BELINY"




3 SIERPNIA 1924 r. 
10-ta ROCZNICA PIERWSZEGO PRZEKROCZENIA GRANICY PRZEZ "SIÓDEMKĘ BELINY"

DWOREK W GOSZYCACH, W KTÓRYM PRZEBYWALI "BELINIACY" PO WKROCZENIU DO KONGRESÓWKI. W 1924 r. NA UROCZYSTOŚCI 10-tej ROCZNICY "AKCJI BELINY" DWOREK ODWIEDZIŁ RÓWNIEŻ MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI, OTOCZONY "BELINIAKAMI" I ICH RODZINAMI
(Płk. BELINA, PIERWSZY OD PRAWEJ STRONY W GÓRNYM RZĘDZIE)




KRAKÓW - 6 PAŹDZIERNIKA 1933 r. 
250 ROCZNICA ODSIECZY WIEDEŃSKIEJ 
KRÓLA JANA III SOBIESKIEGO

WŁADYSŁAW BELINA-PRAŻMOWSKI PO CYWILNEMU - JAKO WOJEWODA LWOWSKI, PO LEWEJ STRONIE OBOK MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO. BELINA-PRAŻMOWSKI W LUTYM 1933 r. PRZESTAŁ PEŁNIĆ URZĄD PREZYDENTA KRAKOWA) 

(PS: TO WŁAŚNIE PODCZAS TYCH UROCZYSTOŚCI PRZESUNIĘTO CZĘŚĆ SIŁ NAD GRANICĘ Z NIEMCAMI, PRZYGOTOWUJĄC SIĘ DO WOJNY PREWENCYJNEJ Z HITLEREM)





 

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. III

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. III




 Nim rozpoczęły się ponowne walki z Chmielnickim, 1 czerwca 1649 r. król Jan II Kazimierz wezwał do Warszawy senatorów na naradę. Zastanawiano się tam czy wszystkie siły należy skierować przeciwko kozaczyźnie, tym samym pozbawiając się obrony na wypadek ewentualnego ataku Szwedów lub jakiegoś innego większego buntu chłopskiego; oraz radzono nad tym czy król osobiście powinien wziąć udział w tej kampanii. Ostatecznie przeważyło zdanie że to nie jest wojna chłopska jak początkowo twierdzono, gdyż przeciwnikiem jest żołnierz który uzyskał wsparcie chana tatarskiego i tym samym stał się bardzo niebezpieczny. A poza tym krew pomordowanych w bestialskich atakach zasługuje na to, aby to właśnie król pomścił zabitych. Rozmowy te zakończono 8 czerwca, a 24 czerwca król wyjechał z Warszawy, kierując się na południowy-wschód. Tymczasem Chmielnicki również nie próżnował. Przez zimę stworzył własną administrację na opanowanych przez siebie ziemiach Ukrainy, Podola i Wołynia, a także rozbudował jeszcze bardziej swoją armię, poprzez masowe wstępowanie doń okolicznych chłopów. Łącznie zgromadził 21 pułków, z czego teoretycznie każdy pułk liczył 1000 żołnierzy, ale w tym przypadku liczba ochotników wstępujących do pułków była znacznie większa. Mówi się więc o 20 000 Kozaków w jednym pułku, co oczywiście jest jawną przesadą, aczkolwiek co najmniej musiało ich tam być z 5 do 7000. Każdy kto mógł, porzucał ojcowiznę na Ukrainie i dołączał do powstania (motywacją oczywiście była chęć szybkiego wzbogacenia się na majątkach szlacheckich i żydowskich), tak, że w wielu wioskach nie pozostał żaden mężczyzna. Armia koronna zaś podzieliła się na dwie części. Pod Zasławiem na Wołyniu obóz założył kasztelan bełski Andrzej Firlej (6000 żołnierzy). Natomiast drugi z regimentarzy, kasztelan kamieniecki Stanisław Lanckoroński rozłożył się obozem pod Starym Konstantynowem (ok. 5000 żołnierzy). Tymczasem 29 maja granicę z Rzeczpospolitą przekroczył (wzywany usilnie przez Chmielnickiego) chan tatarski Islam III Girej wraz ze swoją ordą (jednak posuwał się bardzo wolno, tak, że połączył się z Chmielnickim dopiero z końcem czerwca).




Do pierwszych starć doszło już na początku czerwca 1649 r. Gdy regimentarz Andrzej Firlej został poinformowany że w niedalekiej Sułżenicy pojawił się oddział Kozaków, wysłał tam starostę lityńskiego - Aleksandra Suchodolskiego z 500 konnymi. Ten dopadł Kozaków, rozbił ich i w pościgu za nimi wyszedł praktycznie przed główne siły kozackie idące na Zasław, liczące kilkanaście tysięcy ludzi. Dysproporcja sił była ogromna i należało się wycofać, jednak Suchodolski postanowił zaatakować. Jego atak zmusił Kozaków do przyjęcia obrony, a jego szarża wbiła się klinem w nieco zdezorientowanych owym atakiem kozackich bojców, jednak podjęli się obrony. W tym czasie na pomoc przyszło jeszcze 1300 żołnierzy (wysłanych naprędce przez Firleja) wraz z nieznaną liczbą czeladzi, co spowodowało że wzmocnione tym wojska Suchodolskiego całkowicie rozbiły Kozaków nieopodal Zasławia (choć dysproporcja sił kozackich była wciąż ogromna). Ci spośród Kozaków którym udało się przetrwać ową szarżę, zamknęli się w taborze i wysłali przeciwko Polakom siły nadprzyrodzone w postaci... dwóch czarownic (jedną z nich była niejaka Sałochna, osobista czarownica Chmielnickiego). Zaczęły one rzucać jakieś zaklęcia i złorzeczyć wojskom koronnym, ale gdy jedną z owych kobiet zabito, a drugą (właśnie Sałochnę) wzięto w niewolę, tabor kozacki poszedł w rozsypkę. Tymczasem Stanisław Lanckoroński wyruszył w kierunku twierdzy Ostropol (zajętej przez powstańców) i wysłał posłów z żądaniem kapitulacji. Posłowie zostali zabici, więc Lanckoroński przystąpił do szturmu na twierdzę z trzech stron, lecz opanował ją dopiero nocą. Następnie wszystkim obrońcom dał do wyboru, albo przejście na służbę Rzeczpospolitej i złożenie przysięgi, albo śmierć. Wybrali to pierwsze, ale gdy wojska koronne odeszły spod Ostropola, ponownie przyłączyli się do Chmielnickiego. Podobna sytuacja była pod twierdzą Zwiahel. Tam książę Samuel Korecki i regimentarz Krzysztof Przyjemski zdobyli zamek i również pozostawili Kozakom do wyboru zmianę strony albo śmierć. Ci także wybrali to pierwsze, ale po odejściu Polaków ponownie przyłączyli się do Chmielnickiego. Nie udało się opanowanie Międzyborza, a na wieść o zbliżaniu się głównych sił Chmielnickiego, postanowiono połączyć się w twierdzy Zbaraż (dokąd przybył również z 3000 swoich żołnierzy książę Jeremi Wiśniowiecki. Notabene po utracie swych wielkich majątków na Łubnach i Wiśniowcu musiał się zapożyczać aby zapłacić wojsku żołd). Łącznie więc w Zbarażu znajdowało się ponad 10 000 żołnierzy polskich, a przeciw nim zmierzała 150-tysięczna kozacka armia Chmielnickiego.




Do Zbaraża regimentarze koronni przybyli 30 czerwca 1649 r. 9 lipca przybył tam Wiśniowiecki wraz ze swoimi oddziałami (ale odmówił objęcia dowództwa nad całością wojsk w twierdzy zbaraskiej, które było mu proponowane). Notabene w trakcie powitania Wiśniowieckiego doszło do drobnego incydentu, w wyniku którego pojawiły się plotki o złych wróżbach co do losu przyszłej bitwy. A mianowicie na spotkanie pana na Łubnach i Wiśniowcu wyjechał kasztelan Andrzej Firlej, ale jego koń czegoś się wystraszył i zrzucił Firleja ze swego grzbietu prosto w błoto. Początkowo wyglądało to dość komicznie i żołnierze nawet robili sobie z tego żarty że Firlej nie nadaje się na wodza, potem zaś zaczęto doszukiwać się w tym wydarzeniu złego omenu, odnosząc go do zbliżającego się starcia z Kozakami Chmielnickiego. W tym zaś czasie - 27 czerwca pod Zahalem koło Mozyrza stolnik litewski Wincenty Gosiewski rozbił osłonowe oddziały kozackie, wysłane na Polesie przez Chmielnickiego w celu obserwowania czy nie nadchodzi stamtąd odsiecz litewska pod Januszem Radziwiłłem (oddziałami tymi dowodził pułkownik rejestrowy Ilia Hołota). Jednocześnie list królewski polecił hetmanowi polnemu litewskiemu - Januszowi Radziwiłłowi (późniejszemu zdrajcy z czasów Potopu) ruszać na Ukrainę i wziąć Kijów. Tak też się stało i Radziwiłł wyruszył prawym brzegiem Dniepru na Kijów. Jednocześnie wieści o tym szybko rozeszły się wśród wojsk kozackich zdążających pod Zbaraż (a szczególnie taka przyśpiewka: "Wojsko litewskie pod Kijowem nieźle żonki kozackie po miasteczkach jako i szlacheckich dobrach macza"). Wywołało to niepokój w obozie Chmielnickiego i część jego wojsk chciała wracać na Ukrainę aby chronić swoje żony i dzieci, ale celem Chmielnickiego było zdobycie Zbaraża, gdzie znajdował się jego największy wróg - czyli książę Jeremi Wiśniowiecki. Chmielnicki posłał jednak na Ukrainę 10 000 konnych Kozaków pod dowództwem pułkownika rejestrowego Michała Krzyczewskiego (do którego dołączyło po drodze jeszcze 2000 Kozaków czehryńskich i niewielka ilość oddziałów z okolicznych fortec).

Krzyczewski planował nie tylko szybkie rozbicie wojsk Radziwiłła, ale również atak na Mozyr, Mińsk i Wilno, tak aby wrócić na Ukrainę na Świętego Marcina (11 listopada). Gdy jednak doszło do starcia pod Łojowem (31 lipca) atak wojsk Krzyczewskiego rozbił się o doskonałą obronę najemnych wojsk Radziwiłła (złożonych po części z Polaków, Niemców i Węgrów). Gdy zaś na polu bitwy pojawiły się oddziały stolnika litewskiego - Wincentego Korwina Gosiewskiego i porucznika Pawła Niewiarowskiego, doszło do pogromu wojsk kozackich. Wielu utopiło się też w pobliskiej rzece Łojówce. Od totalnej klęski ocaliła Kozaków tylko formacja taboru (za którą można było się schować) a którą było bardzo ciężko rozbić i Radziwiłł postanowił dokończyć dzieła w dniu następnym, ale nocą Kozacy szybko zwinęli tabor i uciekli, pozostawiając na placu boju i w rzece tysiące zabitych oraz wielu ciężko rannych (w tym samego Krzyczewskiego). Krzyczewski miał dwie śmiertelne rany, dostał w bok i w głowę i leżał w gorączce. Medycy Radziwiłła starali się go utrzymać przy życiu przynajmniej na tyle, aby mógł zeznawać, ale to im się nie udało i 3 sierpnia Krzyczewski zmarł (ponoć przed śmiercią, gdy pytano go czy wzywać popa aby udzielił ostatnich namaszczeń, ten odrzekł że potrzeba by było tutaj 30 popów, a gdy zapytano go w takim razie czy chce księdza katolickiego, stwierdził że woli wiadro zimnej wody). Natomiast dowództwo nad rozbitymi Kozakami przejął Eustachy Pieszko. Radziwiłł nie podjął pościgu, zresztą siły które uszły spod Łojowa były nieliczne i nie stanowiły większego zagrożenia, gorzej było z brakiem prochu i aprowizacji dla wojska, a poza tym żołnierze domagali się żołdu, który płacony był nieregularnie. Biorąc to pod uwagę, Janusz Radziwiłł postanowił wycofać się w rejon Turowa, aby tam szarpać ewentualne zagony przeciwnika i uniemożliwić im atak na Wielkie Księstwo.


NIEZWYCIĘŻONA HUSARIA
(NAJLEPSZA KONNA FORMACJA BOJOWA W DZIEJACH) 



Tymczasem pod Zbarażem Chmielnicki dysponował armią liczącą ok. 150 000 żołnierzy (z czego samych Kozaków było jakieś 70 000 plus liczna czeladź, a resztę stanowili Tatarzy). Wojsko koronne zamknięte w twierdzy liczyło zaś ok. 10 000 żołnierzy (w tym tylko 2000 piechoty, resztę zaś stanowiła jazda, niewiele przydatna podczas obrony twierdzy). Oczywiście dochodziła do tego również czeladź i mieszkańcy miasta, co podwyższyłoby tę liczbę najwyżej do jakichś 18 000. Do pierwszego starcia (jeszcze w sporej odległości od twierdzy) doszło 9 lipca, gdy pisarz polny Andrzej Sierakowski na czele piętnastu chorągwi starł się z nieprzyjacielem. Podjazd ten jednak zakończył się porażką Polaków (straty wynosiły 29 żołnierzy i 60 ludzi z czeladzi). Do kolejnego starcia doszło dnia następnego, gdy pod murami Zbaraża zjawił się 2000 oddział kozacko-tatarski. Firlej wysłał przeciwko nim 150 polskich Tatarów, którzy wykazali się nieprawdopodobną odwagą i determinacją w walce, robili cuda aby tylko walczyć jak równy z równym z przeważającymi siłami wroga (łączyli się, a następnie rozdzielali i tak kilka razy w trakcie walki), ostatecznie... prawie wszyscy zginęli. Tych nielicznych ocaliło uderzenie polskiej jazdy, która ruszyła bezpośrednio na 30 000 oddziały kozacko-tatarskie spychając je w kierunku obozu chana Islam Gireja. Walka trwała aż do nocy 10 lipca i zakończyła się zwycięstwem strony polskiej, co znacznie podniosło ducha oblężonych w twierdzy (a pole pod umocnieniami zapełniły setki zabitych żołnierzy wroga). W nocy z 10 na 11 lipca Wiśniowiecki w twierdzy urządził przyjęcie na cześć zwycięskich wojsk, regimentarzy oraz spodziewanej królewskiej odsieczy. Wznoszono toasty za zdrowie króla i wystrzeliwano fajerwerki (a jednocześnie z murów twierdzy trwała kanonada artyleryjska).




W tym zaś czasie w obozie kozacko-tatarskim trwała narada wojenna. Stwierdzono zgodnie że zdobycie twierdzy Zbaraż szturmem jest mało możliwe, dlatego - jak radził chan Islam Girej - należy okopać się minami, basztami i szańcami i nieustannie ostrzeliwać aż obrońcy utracą ducha. Mimo to 11 lipca podjęto szturm, licząc że być może uda się masą ludzką przełamać umocnienia twierdzy. Tak się nie stało, szturm został odparty, ale widok niezliczonych zastępów nieprzyjaciela powodował pierwsze oznaki strachu (żeby nie powiedzieć paniki) w obozie oblężonych. Wtedy też pojawili się księża, idący z Najświętszym Sakramentem i to zupełnie odmieniło Polaków. Znów w ich serca wlała się odwaga i chęć sprostania temu niezwykle ciężkiemu zadaniu, jakim było utrzymanie twierdzy Zbaraż aż do chwili nadejścia królewskiej odsieczy. 12 lipca Kozacy i Tatarzy ponowili szturm, ale znów zakończył się on ich porażką. 13 lipca Chmielnicki znów ponowił szturm (swoją drogą jego działania były sprzeczne z podjętym na naradzie z Tatarami planem przetrzymania obrońców. Ciekawe dlaczego tak śpieszno było mu opanować twierdzę?). Szturm znów został odparty, ale tym razem na odcinku bronionym przez Andrzeja Firleja Kozacy aż siedmiokrotnie wdzierali się na mury i co prawda siedmiokrotnie byli odpierani, ale ostatecznie Firlej zamierzał nawet wycofać się do zamku i dopiero wsparcie, jakiego udzielił mu Wiśniowiecki, zmieniło jego plany. 14 lipca miał miejsce kolejny szturm, a tym razem główny atak skierowany został na pozycje zajmowane przez Wiśniowieckiego. Tym razem porażka Kozaków była jeszcze większa i setki ich trupów zasiały pole bitwy. Po południu 14 lipca, widząc piętrzące się problemy i coraz większe straty wśród mahometan, Islam Girej stwierdził iż nie przywiódł tutaj prawowiernych aby ginęli, tylko aby zdobyli łupy, dlatego też - wbrew opinii Chmielnickiego - posłał do obozu Polaków swego sługę Sefer Gaziego agę, który miał zażądać poddania się twierdzy. Na spotkanie z Sefer Gazim agą wyjechał Wiśniowiecki wraz z Markiem Sobieskim i nie tylko odrzucił żądania Tatarów, ale jeszcze namawiał ich do odstąpienia Chmielnickiego. Rozmowy więc nie przyniosły żadnych efektów, a cały kolejny dzień (15 lipca) Kozacy przeznaczyli na kopanie umocnień i palisad, przygotowując się pod długie oblężenie.


OBRONA ZBARAŻA



Tego też dnia do obozu Islam Gireja dołączyli Tatarzy akermańscy, budziaccy i rumelscy wraz z Artimir bejem. Spodziewano się teraz szybkiego upadku twierdzy, jako że pewien uciekinier stamtąd stwierdził, że wojsko koronne jest osłabione i myśli tylko o ucieczce, a poza tym zaczyna brakować mu żywności. Nocą z 15 na 16 lipca w kilku miejscach Kozacy spróbowali szczęścia. Szturm ponownie został odparty, a straty kozackie wyniosły 3000 ludzi. Przez cały 16 lipca trwały kolejne prace ziemne nad umocnieniami i budową hulajgrodów. 17 lipca pułkownikowi kozackiemu Iwanowi Fedorenko Bohunowi w czasie gęstej mgły udało się dostać na wały i przedostać do obozu, a wraz z nim poszli inni Kozacy. Natychmiast ruszyli przeciwko nim wszyscy żołnierze będący w okolicy, a także czeladź i mieszkańcy miasta, a w ciężkiej walce udało się odeprzeć kolejny kozacki atak na twierdzę. Jednocześnie polski wypad za mury odniósł ogromny sukces, udało się bowiem spalić wszystkie wcześniej przygotowane przez Kozaków hulajgrody. Niedziela 18 lipca upłynęła spokojnie (poza kilkoma drobnymi incydentami). Kolejne dni znamionował jedynie ostrzał artyleryjski twierdzy, ale nie dochodziło już do szturmów. 23 lipca Polacy wysłali do obozu Chmielnickiego posła z żądaniem aby Kozacy zaprzestali buntu i podporządkowali się Rzeczpospolitej. Wbrew obawom poseł ten został przyjęty dobrze, nawet obdarowany jakimiś prezentami, ale ostrzał Zbaraża zaczął się natychmiast po jego powrocie do twierdzy. Następnego dnia zaś Kozacy wyszli z propozycją, aby dziś do nich nie strzelać, a oni zrewanżują się tym samym. Zgodzono się i doszło do niesamowitej sytuacji, a mianowicie na wałach zaczęły się rozmowy pomiędzy stronami tego konfliktu. Ci, którzy do tej pory pałali do siebie tak wielką nienawiścią i tak okrutnie się mordowali, teraz rozmawiali ze sobą jakby nigdy nic, wręcz można powiedzieć jak przyjaciele. Pytano się bowiem o swoich bliskich, o pozostawione domy, a nawet Polacy częstowali Kozaków tabaką. Do obozu Chmielnickiego zaś wysłany został rotmistrz Mikołaj Zaćwilichowski wraz z chorążym nowogrodzkim Mikołajem Kisielem. Został tam przyjęty bardzo dobrze, a Chmielnicki stwierdził nawet że póki Zaćwilichowski będzie rotmistrzem, będzie miał wsparcie w wojsku zaporoskim i proponował mu nawet przejście na swoją stronę, co Zaćwilichowski odrzucił.

W kolejnych jednak dniach powrócono do walki, z tym że otwartych szturmów nie było, a raczej takie podchody powiązane z ostrzałem artyleryjskim (Kozacy np. udawali że zwijają obóz i że się wycofują, pragnąc wciągnąć Polaków z zasadzkę, albo że czynią przygotowania do zatopienia twierdzy wodą ze stawu zbaraskiego). 26 lipca Polacy wysłali posła do obozu chana, proponując mu porzucenie Kozaków, na co on oczywiście nie przystał, a nawet stwierdził że twierdza do jutra ma skapitulować, bo jak nie to wszystkich stamtąd "wyciągnie za łeb". Kozacy używali też... czarów, przeciwko czemu modły wznosili księża. 28 lipca ponownie wysłano poszła do chana, twierdząc że Kozacy są niestali i wkrótce znów podejmą wyprawy przeciwko Chanatowi. Poza tym polski poseł stwierdził, że wyprawa chana nie uzyskała aprobaty sułtana, na co tamten odpowiedział gniewem, żądając natychmiastowej kapitulacji twierdzy, inaczej - jak twierdził - wszystkich karze ściąć. Poseł Janicki odrzekł że najpierw to oni muszą tam wejść, a to nie jest takie łatwe, bo jeśli zechcą "ściąć nam głowy, to sami mogą stracić swoje". Ostatecznie Janicki przystał na możliwość zapłacenia Tatarom sporego okupu za wycofanie się spod Zbaraża, oraz obdarowaniem na pięć lat z góry zwyczajowymi podarkami. W nocy z 29 na 30 lipca Polacy podjęli spory wypad na pozycje kozackie, ale ci byli czujni i atak nie powiódł się (zginęło prawie 30 żołnierzy oraz bliżej nieznana liczba czeladzi obozowej), jednak gdy Kozacy próbowali pójść za ciosem i ruszyć na wały twierdzy, ponieśli jeszcze większe straty. 31 lipca Kozacy podjęli atak na umocnienia miejskie, ale i tutaj nie udało im się ich przełamać i zostali odparci. Minął właśnie trzeci tydzień oblężenia. Pozycja obrońców była coraz gorsza, zaczęło brakować żywności i amunicji i jedyne na co liczono, to na szybką odsiecz królewską. 1 sierpnia Chmielnicki wytoczył beczki z piwem i gorzałką i obdarował nimi swoich żołnierzy, a wieczorem pijanym wydał rozkaz do szturmu. Ponownie zostali odparci.




2 sierpnia Chmielnicki wysłał do Zbaraża swego legata z listem do Wiśniowieckiego. List jednak był jedynie pretekstem, bowiem głównym celem posła kozackiego było namówienie będących w obozie żołnierzy najemnych (głównie Niemców) do przejścia na stronę Kozaków. Fortel ten jednak się nie udał, gdyż niemieccy oficerowie opowiedzieli o wszystkim Wiśniowieckiemu. Tymczasem położenie oblężonych było już tak złe, że należało czym prędzej powiadomić króla i przekonać go do jak najszybszego przyjścia z odsieczą. Pierwszy śmiałek który się tego podjął, został jednak schwytany przez Kozaków i zamordowany, o czym Chmielnicki poinformował załogę twierdzy. Kolejnej nocy podjął się tego trudnego zadania inny śmiałek, był nim towarzysz pancerny Mikołaj Skrzetuski, który przebrany za chłopa, przepłynął nocą przez rzekę, cały kolejny dzień czaił się w lesie i dopiero następnej nocy przedarł się między gromadami Kozaków i Tatarów i popędził do króla. Król przebywał wówczas (7 sierpnia) pod Toporowem, nieopodal Zbaraża. Tymczasem po niepowodzeniu ataku z 1 sierpnia, Kozacy i Tatarzy nie podejmowali już szturmów, a jedynie ostrzeliwano mury twierdzy z armat. Obrońcy wpadli też na pomysł oświetlania terenu wokół twierdzy za pomocą zapalonych barwion i maźnic (ponoć było to prekursorskie zastosowanie tego typu oświetlenia w tamtym czasie), tak więc Kozacy nie zbliżali się do twierdzy, ponieważ nie mogli już wykorzystać elementu zaskoczenia. 5 sierpnia tatarski dowódca Seijid Ali przyprowadził ze sobą dwa wielkie działa oblężnicze, które miały "kruszyć nawet góry", ale szybko, bo jeszcze tego dnia zostały one unieszkodliwione śmiałym wypadem obrońców, w czasie którego położyli oni trupem ok. 300 Zaporożców i Tatarów i zdobyli aż 16 chorągwi (co wlało nieco ducha w serca obrońców). Zabrano ze sobą też siedmiu jeńców kozackich, których potem przesłuchano (jak to zwykle bywało - na torturach) aby wyjawili zamiary Chmielnickiego. 6 sierpnia rozpoczął się wielki szturm kozacko-tatarski na Zbaraż (główne jego natarcie skupione było na odcinek broniony przez Mikołaja Ostroroga). Pchając wielkie wozy i prowadząc drabiny, udało się 400 Kozakom wedrzeć na wał i zatknąć tam sztandary, jednak po dwóch godzinach walki zostali stamtąd wyparci. 7 sierpnia na pozycje kozackie próbował szczęścia Andrzej Firlej, ale jego wypad był chaotyczny i szybko został odparty. Nocą Kozacy usypali siedem szańców wyższych od polskich umocnień, dzięki czemu mogli swobodnie ostrzeliwać znajdujących się wewnątrz obrońców.




Obrońcy byli bardzo zmęczeni, brakowało już żywności, a ta, która była, była na wagę złota. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę co się stanie, jeśli król szybko nie pośpieszy z odsieczą. Od 9 sierpnia zaczęły się ulewy, co spowodowało że ani Tatarzy ani Kozacy ani Polacy nie przejawiali chęci do walki w takim deszczu. W nocy z 11 na 12 sierpnia Wiśniowiecki raz jeszcze wysłał posła do króla, był nim rotmistrz Stempowski. Udało mu się (wraz z przydanymi do pomocy dwoma polskimi Tatarami i Kozakiem będącym na usługach księcia Wiśniowieckiego) przepłynąć staw zbaraski, przedrzeć się przez linie nieprzyjaciela i dotrzeć do króla. Obrońcy byli tak zdeterminowani jedyną nadzieją odsieczy, że widzieli w niej wszystkie przegrupowania wojsk nieprzyjaciela i za każdym razem podnosili z tego powodu radość, twierdząc że skoro Chmielnicki wycofał część obozu, to pewnie król już jest blisko (notabene Kozacy i Tatarzy dziwili się że będący w tak ciężkim położeniu obrońcy, co jakiś czas wznoszą okrzyki radości, jakoby spodziewając się odsieczy i tak jakby już zwyciężyli). 12 sierpnia na naradzie wojennej u Tatarów postanowiono że należy wyprzedzić ewentualną odsiecz i pomaszerować z Chmielnickim na spotkanie z królem, pod obozem zostawiając tylko część wojska. Wysłano jednak tylko podjazdy, które co prawda przynosiły jeńców, ale wszyscy oni mówili różne i często wykluczające się informacje o liczebności wojsk królewskich. Wśród Tatarów pojawiło się silne zwątpienie iż ta wyprawa wcale nie musi zakończyć się sukcesem. W niedzielę 15 sierpnia pewien zdrajca uciekłszy z obozu, poinformował Kozaków że atak tego dnia będzie najbardziej optymalny, gdyż obrońcy pójdą na mszę i nie będzie komu walczyć. Ci jednak byli przygotowani, a poza tym spadł rzęsisty deszcz i atakującym odechciało się walki ("bo się chłopi suszyć woleli niż strzelać"). Kozacy próbowali innych sposobów wdarcia się do twierdzy. Próbowali podkopów (tak aby hakami rozrywać umocnienia i wozy taborowe, które obrońcy spięli że sobą łańcuchami). Tego też dnia - 15 sierpnia - przypadkowo wystrzelona kula nieprzyjacielska o mały włos nie zabiła księcia Wiśniowieckiego, a ledwie drasnęła go w policzek. 16 sierpnia w prawosławne święto dnia Spada, obrońcy podjęli wycieczkę za mury, licząc na to, że strzały, które dochodzą z obozu kozacko-tatarskiego, znamionują odsiecz królewską. Zostali jednak zasypani strzałami, ale paradoksalnie wszyscy wrócili bez szwanku i nikt nie zginął, ani nikt nie został ranny. Teraz Kozacy podjęli kolejny szturm i ponownie został on odparty (determinacja obrońców wynikała z tego, że doskonale wiedzieli co ich czeka jeśli wpadną w ręce Kozaków, czyli śmierć w męczarniach. Tatarzy przynajmniej wzięli by ich w jasyr i potem zażądali zapłaty od rodziny czy króla, ale tamci by ich okrutnie zamordowali, a taka myśl nawet w sytuacji braku żywności i amunicji powoduje, że w człowieka wstępują nowe siły).


TAK JAK MÓWIŁ ONUFRY ZAGŁOBA: "CIESZCIE SIĘ CHAMY ŻE NIE JESTEM W SZARŻY, ZDOBYŁEM CHORĄGIEW W TEJ BITWIE... NIE ZNAŁEM WŁASNEGO MĘSTWA" 😊



17 sierpnia rotmistrz Mikołajewski przed swoim posterunkiem znalazł strzałę z przyczepioną doń karteczką, na której było napisane: "Będąc szlachcicem, w niewoli pomiędzy hultajstwem, oznajmuję Waszmościom, że Król Jegomość jest w Zborowie, z wielką bardzo potęgą: kilkakroć Ordę i Kozaków gromił. Chmiel jest w obozie. Wczorajszy triumf był na postrach Waszmościom. Bądźcie ostrożni przez kilka dni. Będzie - da Bóg - dobrze. Już to trzeci raz ostrzegam Waszmościów". Pewnie poprzednie wiadomości nie zostały wysłane, albo też nie były odnalezione przez obrońców. W tym liście również spodziewano się podstępu kozackiego, ale posłużył on też jako zwiastun dobrej nadziei dla oblężonych żołnierzy. Zresztą szpiegów i dezerterów łapano codziennie po kilku (również szlachciców - jednemu z nich, właśnie 17 sierpnia za próbę ucieczki z obozu odrąbano rękę i nogę). 18 sierpnia wieczorem (po wcześniejszej próbie kolejnego zaatakowania obozu przez Kozaków), Wiśniowiecki wysłał swoich ludzi na rekonesans, w czasie którego zdobyto dziewięciu jeńców, zabito też wielu nieprzyjaciół przy bardzo małych stratach własnych. 19 sierpnia z polskiego obozu znowu wyszła "wycieczka", której udało się zadać nieprzyjacielowi znaczne straty i wyprzeć go z dwóch umocnień. Straty wśród Kozaków i Tatarów były coraz większe. Chan był wściekły na Chmielnickiego, że ten przywiódł go tutaj aby wytracić wyznawców Allaha - obiecał przecież że już na drugi dzień (czyli 11 lipca) będą w polskim obozie, a tutaj minął ponad miesiąc i nic. Ale i w obozie oblężonych było bardzo ciężko, brakowało już totalnie wszystkiego, a codziennie kilku (a nawet kilkunastu - głównie spośród czeladzi) zbiegało do Chmielnickiego, aby informować go o nastrojach obrońców. 20 sierpnia wypuszczono z obozu ok. 4000 chłopów, którzy wcześniej znaleźli schronienie w Zbarażu, ale teraz brakowało dla nich żywności. Liczyli na pomoc Chmielnickiego ale srogo się zawiedli, gdy tylko znaleźli się za murami twierdzy, zostali schwytani przez Tatarów i wzięci w jasyr (co może ocaliło im życie, ale odtąd musieli być niewolnikami). 21 sierpnia Kozacy podjęli kolejny szturm na twierdzę i po raz kolejny zostali odparci, a obie strony przerwały walkę gdy tylko spadł rzęsisty deszcz. Strony teraz siedziały w swoich obozach i nawet armaty nie strzelały. Czekano aż deszcz przestanie padać i walka zostanie wznowiona. Nagle pod umocnieniami obozu zjawił się tatarski poseł który krzyczał aby do niego nie strzelać, gdyż w Zborowie zawarto pokój z Królem Jegomością i nastał koniec wojny. 

Początkowo nie chciano mu wierzyć, więc Wiśniowiecki wysłał swojego posła aby wybadał sprawę. Romaszkiewicz potwierdził słowa tatarskiego posła, ale nie chciał dokładnie wyjawić warunków ugody zborowskiej, twierdząc że o wszystkim opowiedzą komisarze, którzy znajdują się w obozie Chmielnickiego. Wreszcie, gdy Tatarzy stwierdzili że dopiero po zapłacie kilkuset tysięcy złotych (zgodnie z warunkami ugody zborowskiej) odstąpią od twierdzy, odpowiedział im Wiśniowiecki że nikt tutaj nie zamierza się poddawać i nie zamierza też płacić Tatarom ani grosza. Ponownie więc wywiązała się bitwa, ale Kozacy i Tatarzy po raz kolejny zostali odparci. 22 sierpnia było już spokojnie. Obrońcy zaczęli nawet wychodzić poza mury twierdzy i rozmawiać z Kozakami, a nawet robić z nimi handel, kupując żywność i konie (które przed bitwą o Zbaraż wypchnięto z obozu, co potem poskutkowało tym, że zabrakło koniny aby napełnić brzuchy obrońców). Wszyscy, a szczególnie Tatarzy byli pod ogromnym wrażeniem odwagi obrońców i twierdzili że pod Zbarażem jeden Lach mógł "zjeść" 10 Tatarów. Handel trwał również w ciągu kolejnych dni, ale gdy okazało się że nikt z obrońców nie zamierza płacić chanowi za odstąpienie od twierdzy, nastroje znowu opadły i szykowano się do walki. 25 sierpnia w środę Kozacy i Tatarzy (bez otrzymania zapłaty) wymęczeni długim oblężeniem zwinęli swoje obozy i odeszli spod Zbaraża. Nocą zaś z 26 na 27 sierpnia obrońcy także wyszli z twierdzy i wyruszyli przez Tarnopol do Lwowa. Bitwa była wygrana, aczkolwiek Chmielnicki i Tatarzy jeszcze nie rozgromieni (stanie się to dopiero pod Beresteczkiem, w jednej z największych bitew nowożytnej Europy)




CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...