WYŚWIETLENIA

04 lipca 2026

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. III

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. III




 Nim rozpoczęły się ponowne walki z Chmielnickim, 1 czerwca 1649 r. król Jan II Kazimierz wezwał do Warszawy senatorów na naradę. Zastanawiano się tam czy wszystkie siły należy skierować przeciwko kozaczyźnie, tym samym pozbawiając się obrony na wypadek ewentualnego ataku Szwedów lub jakiegoś innego większego buntu chłopskiego; oraz radzono nad tym czy król osobiście powinien wziąć udział w tej kampanii. Ostatecznie przeważyło zdanie że to nie jest wojna chłopska jak początkowo twierdzono, gdyż przeciwnikiem jest żołnierz który uzyskał wsparcie chana tatarskiego i tym samym stał się bardzo niebezpieczny. A poza tym krew pomordowanych w bestialskich atakach zasługuje na to, aby to właśnie król pomścił zabitych. Rozmowy te zakończono 8 czerwca, a 24 czerwca król wyjechał z Warszawy, kierując się na południowy-wschód. Tymczasem Chmielnicki również nie próżnował. Przez zimę stworzył własną administrację na opanowanych przez siebie ziemiach Ukrainy, Podola i Wołynia, a także rozbudował jeszcze bardziej swoją armię, poprzez masowe wstępowanie doń okolicznych chłopów. Łącznie zgromadził 21 pułków, z czego teoretycznie każdy pułk liczył 1000 żołnierzy, ale w tym przypadku liczba ochotników wstępujących do pułków była znacznie większa. Mówi się więc o 20 000 Kozaków w jednym pułku, co oczywiście jest jawną przesadą, aczkolwiek co najmniej musiało ich tam być z 5 do 7000. Każdy kto mógł, porzucał ojcowiznę na Ukrainie i dołączał do powstania (motywacją oczywiście była chęć szybkiego wzbogacenia się na majątkach szlacheckich i żydowskich), tak, że w wielu wioskach nie pozostał żaden mężczyzna. Armia koronna zaś podzieliła się na dwie części. Pod Zasławiem na Wołyniu obóz założył kasztelan bełski Andrzej Firlej (6000 żołnierzy). Natomiast drugi z regimentarzy, kasztelan kamieniecki Stanisław Lanckoroński rozłożył się obozem pod Starym Konstantynowem (ok. 5000 żołnierzy). Tymczasem 29 maja granicę z Rzeczpospolitą przekroczył (wzywany usilnie przez Chmielnickiego) chan tatarski Islam III Girej wraz ze swoją ordą (jednak posuwał się bardzo wolno, tak, że połączył się z Chmielnickim dopiero z końcem czerwca).




Do pierwszych starć doszło już na początku czerwca 1649 r. Gdy regimentarz Andrzej Firlej został poinformowany że w niedalekiej Sułżenicy pojawił się oddział Kozaków, wysłał tam starostę lityńskiego - Aleksandra Suchodolskiego z 500 konnymi. Ten dopadł Kozaków, rozbił ich i w pościgu za nimi wyszedł praktycznie przed główne siły kozackie idące na Zasław, liczące kilkanaście tysięcy ludzi. Dysproporcja sił była ogromna i należało się wycofać, jednak Suchodolski postanowił zaatakować. Jego atak zmusił Kozaków do przyjęcia obrony, a jego szarża wbiła się klinem w nieco zdezorientowanych owym atakiem kozackich bojców, jednak podjęli się obrony. W tym czasie na pomoc przyszło jeszcze 1300 żołnierzy (wysłanych naprędce przez Firleja) wraz z nieznaną liczbą czeladzi, co spowodowało że wzmocnione tym wojska Suchodolskiego całkowicie rozbiły Kozaków nieopodal Zasławia (choć dysproporcja sił kozackich była wciąż ogromna). Ci spośród Kozaków którym udało się przetrwać ową szarżę, zamknęli się w taborze i wysłali przeciwko Polakom siły nadprzyrodzone w postaci... dwóch czarownic (jedną z nich była niejaka Sałochna, osobista czarownica Chmielnickiego). Zaczęły one rzucać jakieś zaklęcia i złorzeczyć wojskom koronnym, ale gdy jedną z owych kobiet zabito, a drugą (właśnie Sałochnę) wzięto w niewolę, tabor kozacki poszedł w rozsypkę. Tymczasem Stanisław Lanckoroński wyruszył w kierunku twierdzy Ostropol (zajętej przez powstańców) i wysłał posłów z żądaniem kapitulacji. Posłowie zostali zabici, więc Lanckoroński przystąpił do szturmu na twierdzę z trzech stron, lecz opanował ją dopiero nocą. Następnie wszystkim obrońcom dał do wyboru, albo przejście na służbę Rzeczpospolitej i złożenie przysięgi, albo śmierć. Wybrali to pierwsze, ale gdy wojska koronne odeszły spod Ostropola, ponownie przyłączyli się do Chmielnickiego. Podobna sytuacja była pod twierdzą Zwiahel. Tam książę Samuel Korecki i regimentarz Krzysztof Przyjemski zdobyli zamek i również pozostawili Kozakom do wyboru zmianę strony albo śmierć. Ci także wybrali to pierwsze, ale po odejściu Polaków ponownie przyłączyli się do Chmielnickiego. Nie udało się opanowanie Międzyborza, a na wieść o zbliżaniu się głównych sił Chmielnickiego, postanowiono połączyć się w twierdzy Zbaraż (dokąd przybył również z 3000 swoich żołnierzy książę Jeremi Wiśniowiecki. Notabene po utracie swych wielkich majątków na Łubnach i Wiśniowcu musiał się zapożyczać aby zapłacić wojsku żołd). Łącznie więc w Zbarażu znajdowało się ponad 10 000 żołnierzy polskich, a przeciw nim zmierzała 150-tysięczna kozacka armia Chmielnickiego.




Do Zbaraża regimentarze koronni przybyli 30 czerwca 1649 r. 9 lipca przybył tam Wiśniowiecki wraz ze swoimi oddziałami (ale odmówił objęcia dowództwa nad całością wojsk w twierdzy zbaraskiej, które było mu proponowane). Notabene w trakcie powitania Wiśniowieckiego doszło do drobnego incydentu, w wyniku którego pojawiły się plotki o złych wróżbach co do losu przyszłej bitwy. A mianowicie na spotkanie pana na Łubnach i Wiśniowcu wyjechał kasztelan Andrzej Firlej, ale jego koń czegoś się wystraszył i zrzucił Firleja ze swego grzbietu prosto w błoto. Początkowo wyglądało to dość komicznie i żołnierze nawet robili sobie z tego żarty że Firlej nie nadaje się na wodza, potem zaś zaczęto doszukiwać się w tym wydarzeniu złego omenu, odnosząc go do zbliżającego się starcia z Kozakami Chmielnickiego. W tym zaś czasie - 27 czerwca pod Zahalem koło Mozyrza stolnik litewski Wincenty Gosiewski rozbił osłonowe oddziały kozackie, wysłane na Polesie przez Chmielnickiego w celu obserwowania czy nie nadchodzi stamtąd odsiecz litewska pod Januszem Radziwiłłem (oddziałami tymi dowodził pułkownik rejestrowy Ilia Hołota). Jednocześnie list królewski polecił hetmanowi polnemu litewskiemu - Januszowi Radziwiłłowi (późniejszemu zdrajcy z czasów Potopu) ruszać na Ukrainę i wziąć Kijów. Tak też się stało i Radziwiłł wyruszył prawym brzegiem Dniepru na Kijów. Jednocześnie wieści o tym szybko rozeszły się wśród wojsk kozackich zdążających pod Zbaraż (a szczególnie taka przyśpiewka: "Wojsko litewskie pod Kijowem nieźle żonki kozackie po miasteczkach jako i szlacheckich dobrach macza"). Wywołało to niepokój w obozie Chmielnickiego i część jego wojsk chciała wracać na Ukrainę aby chronić swoje żony i dzieci, ale celem Chmielnickiego było zdobycie Zbaraża, gdzie znajdował się jego największy wróg - czyli książę Jeremi Wiśniowiecki. Chmielnicki posłał jednak na Ukrainę 10 000 konnych Kozaków pod dowództwem pułkownika rejestrowego Michała Krzyczewskiego (do którego dołączyło po drodze jeszcze 2000 Kozaków czehryńskich i niewielka ilość oddziałów z okolicznych fortec).

Krzyczewski planował nie tylko szybkie rozbicie wojsk Radziwiłła, ale również atak na Mozyr, Mińsk i Wilno, tak aby wrócić na Ukrainę na Świętego Marcina (11 listopada). Gdy jednak doszło do starcia pod Łojowem (31 lipca) atak wojsk Krzyczewskiego rozbił się o doskonałą obronę najemnych wojsk Radziwiłła (złożonych po części z Polaków, Niemców i Węgrów). Gdy zaś na polu bitwy pojawiły się oddziały stolnika litewskiego - Wincentego Korwina Gosiewskiego i porucznika Pawła Niewiarowskiego, doszło do pogromu wojsk kozackich. Wielu utopiło się też w pobliskiej rzece Łojówce. Od totalnej klęski ocaliła Kozaków tylko formacja taboru (za którą można było się schować) a którą było bardzo ciężko rozbić i Radziwiłł postanowił dokończyć dzieła w dniu następnym, ale nocą Kozacy szybko zwinęli tabor i uciekli, pozostawiając na placu boju i w rzece tysiące zabitych oraz wielu ciężko rannych (w tym samego Krzyczewskiego). Krzyczewski miał dwie śmiertelne rany, dostał w bok i w głowę i leżał w gorączce. Medycy Radziwiłła starali się go utrzymać przy życiu przynajmniej na tyle, aby mógł zeznawać, ale to im się nie udało i 3 sierpnia Krzyczewski zmarł (ponoć przed śmiercią, gdy pytano go czy wzywać popa aby udzielił ostatnich namaszczeń, ten odrzekł że potrzeba by było tutaj 30 popów, a gdy zapytano go w takim razie czy chce księdza katolickiego, stwierdził że woli wiadro zimnej wody). Natomiast dowództwo nad rozbitymi Kozakami przejął Eustachy Pieszko. Radziwiłł nie podjął pościgu, zresztą siły które uszły spod Łojowa były nieliczne i nie stanowiły większego zagrożenia, gorzej było z brakiem prochu i aprowizacji dla wojska, a poza tym żołnierze domagali się żołdu, który płacony był nieregularnie. Biorąc to pod uwagę, Janusz Radziwiłł postanowił wycofać się w rejon Turowa, aby tam szarpać ewentualne zagony przeciwnika i uniemożliwić im atak na Wielkie Księstwo.


NIEZWYCIĘŻONA HUSARIA
(NAJLEPSZA KONNA FORMACJA BOJOWA W DZIEJACH) 



Tymczasem pod Zbarażem Chmielnicki dysponował armią liczącą ok. 150 000 żołnierzy (z czego samych Kozaków było jakieś 70 000 plus liczna czeladź, a resztę stanowili Tatarzy). Wojsko koronne zamknięte w twierdzy liczyło zaś ok. 10 000 żołnierzy (w tym tylko 2000 piechoty, resztę zaś stanowiła jazda, niewiele przydatna podczas obrony twierdzy). Oczywiście dochodziła do tego również czeladź i mieszkańcy miasta, co podwyższyłoby tę liczbę najwyżej do jakichś 18 000. Do pierwszego starcia (jeszcze w sporej odległości od twierdzy) doszło 9 lipca, gdy pisarz polny Andrzej Sierakowski na czele piętnastu chorągwi starł się z nieprzyjacielem. Podjazd ten jednak zakończył się porażką Polaków (straty wynosiły 29 żołnierzy i 60 ludzi z czeladzi). Do kolejnego starcia doszło dnia następnego, gdy pod murami Zbaraża zjawił się 2000 oddział kozacko-tatarski. Firlej wysłał przeciwko nim 150 polskich Tatarów, którzy wykazali się nieprawdopodobną odwagą i determinacją w walce, robili cuda aby tylko walczyć jak równy z równym z przeważającymi siłami wroga (łączyli się, a następnie rozdzielali i tak kilka razy w trakcie walki), ostatecznie... prawie wszyscy zginęli. Tych nielicznych ocaliło uderzenie polskiej jazdy, która ruszyła bezpośrednio na 30 000 oddziały kozacko-tatarskie spychając je w kierunku obozu chana Islam Gireja. Walka trwała aż do nocy 10 lipca i zakończyła się zwycięstwem strony polskiej, co znacznie podniosło ducha oblężonych w twierdzy (a pole pod umocnieniami zapełniły setki zabitych żołnierzy wroga). W nocy z 10 na 11 lipca Wiśniowiecki w twierdzy urządził przyjęcie na cześć zwycięskich wojsk, regimentarzy oraz spodziewanej królewskiej odsieczy. Wznoszono toasty za zdrowie króla i wystrzeliwano fajerwerki (a jednocześnie z murów twierdzy trwała kanonada artyleryjska).




W tym zaś czasie w obozie kozacko-tatarskim trwała narada wojenna. Stwierdzono zgodnie że zdobycie twierdzy Zbaraż szturmem jest mało możliwe, dlatego - jak radził chan Islam Girej - należy okopać się minami, basztami i szańcami i nieustannie ostrzeliwać aż obrońcy utracą ducha. Mimo to 11 lipca podjęto szturm, licząc że być może uda się masą ludzką przełamać umocnienia twierdzy. Tak się nie stało, szturm został odparty, ale widok niezliczonych zastępów nieprzyjaciela powodował pierwsze oznaki strachu (żeby nie powiedzieć paniki) w obozie oblężonych. Wtedy też pojawili się księża, idący z Najświętszym Sakramentem i to zupełnie odmieniło Polaków. Znów w ich serca wlała się odwaga i chęć sprostania temu niezwykle ciężkiemu zadaniu, jakim było utrzymanie twierdzy Zbaraż aż do chwili nadejścia królewskiej odsieczy. 12 lipca Kozacy i Tatarzy ponowili szturm, ale znów zakończył się on ich porażką. 13 lipca Chmielnicki znów ponowił szturm (swoją drogą jego działania były sprzeczne z podjętym na naradzie z Tatarami planem przetrzymania obrońców. Ciekawe dlaczego tak śpieszno było mu opanować twierdzę?). Szturm znów został odparty, ale tym razem na odcinku bronionym przez Andrzeja Firleja Kozacy aż siedmiokrotnie wdzierali się na mury i co prawda siedmiokrotnie byli odpierani, ale ostatecznie Firlej zamierzał nawet wycofać się do zamku i dopiero wsparcie, jakiego udzielił mu Wiśniowiecki, zmieniło jego plany. 14 lipca miał miejsce kolejny szturm, a tym razem główny atak skierowany został na pozycje zajmowane przez Wiśniowieckiego. Tym razem porażka Kozaków była jeszcze większa i setki ich trupów zasiały pole bitwy. Po południu 14 lipca, widząc piętrzące się problemy i coraz większe straty wśród mahometan, Islam Girej stwierdził iż nie przywiódł tutaj prawowiernych aby ginęli, tylko aby zdobyli łupy, dlatego też - wbrew opinii Chmielnickiego - posłał do obozu Polaków swego sługę Sefer Gaziego agę, który miał zażądać poddania się twierdzy. Na spotkanie z Sefer Gazim agą wyjechał Wiśniowiecki wraz z Markiem Sobieskim i nie tylko odrzucił żądania Tatarów, ale jeszcze namawiał ich do odstąpienia Chmielnickiego. Rozmowy więc nie przyniosły żadnych efektów, a cały kolejny dzień (15 lipca) Kozacy przeznaczyli na kopanie umocnień i palisad, przygotowując się pod długie oblężenie.


OBRONA ZBARAŻA



Tego też dnia do obozu Islam Gireja dołączyli Tatarzy akermańscy, budziaccy i rumelscy wraz z Artimir bejem. Spodziewano się teraz szybkiego upadku twierdzy, jako że pewien uciekinier stamtąd stwierdził, że wojsko koronne jest osłabione i myśli tylko o ucieczce, a poza tym zaczyna brakować mu żywności. Nocą z 15 na 16 lipca w kilku miejscach Kozacy spróbowali szczęścia. Szturm ponownie został odparty, a straty kozackie wyniosły 3000 ludzi. Przez cały 16 lipca trwały kolejne prace ziemne nad umocnieniami i budową hulajgrodów. 17 lipca pułkownikowi kozackiemu Iwanowi Fedorenko Bohunowi w czasie gęstej mgły udało się dostać na wały i przedostać do obozu, a wraz z nim poszli inni Kozacy. Natychmiast ruszyli przeciwko nim wszyscy żołnierze będący w okolicy, a także czeladź i mieszkańcy miasta, a w ciężkiej walce udało się odeprzeć kolejny kozacki atak na twierdzę. Jednocześnie polski wypad za mury odniósł ogromny sukces, udało się bowiem spalić wszystkie wcześniej przygotowane przez Kozaków hulajgrody. Niedziela 18 lipca upłynęła spokojnie (poza kilkoma drobnymi incydentami). Kolejne dni znamionował jedynie ostrzał artyleryjski twierdzy, ale nie dochodziło już do szturmów. 23 lipca Polacy wysłali do obozu Chmielnickiego posła z żądaniem aby Kozacy zaprzestali buntu i podporządkowali się Rzeczpospolitej. Wbrew obawom poseł ten został przyjęty dobrze, nawet obdarowany jakimiś prezentami, ale ostrzał Zbaraża zaczął się natychmiast po jego powrocie do twierdzy. Następnego dnia zaś Kozacy wyszli z propozycją, aby dziś do nich nie strzelać, a oni zrewanżują się tym samym. Zgodzono się i doszło do niesamowitej sytuacji, a mianowicie na wałach zaczęły się rozmowy pomiędzy stronami tego konfliktu. Ci, którzy do tej pory pałali do siebie tak wielką nienawiścią i tak okrutnie się mordowali, teraz rozmawiali ze sobą jakby nigdy nic, wręcz można powiedzieć jak przyjaciele. Pytano się bowiem o swoich bliskich, o pozostawione domy, a nawet Polacy częstowali Kozaków tabaką. Do obozu Chmielnickiego zaś wysłany został rotmistrz Mikołaj Zaćwilichowski wraz z chorążym nowogrodzkim Mikołajem Kisielem. Został tam przyjęty bardzo dobrze, a Chmielnicki stwierdził nawet że póki Zaćwilichowski będzie rotmistrzem, będzie miał wsparcie w wojsku zaporoskim i proponował mu nawet przejście na swoją stronę, co Zaćwilichowski odrzucił.

W kolejnych jednak dniach powrócono do walki, z tym że otwartych szturmów nie było, a raczej takie podchody powiązane z ostrzałem artyleryjskim (Kozacy np. udawali że zwijają obóz i że się wycofują, pragnąc wciągnąć Polaków z zasadzkę, albo że czynią przygotowania do zatopienia twierdzy wodą ze stawu zbaraskiego). 26 lipca Polacy wysłali posła do obozu chana, proponując mu porzucenie Kozaków, na co on oczywiście nie przystał, a nawet stwierdził że twierdza do jutra ma skapitulować, bo jak nie to wszystkich stamtąd "wyciągnie za łeb". Kozacy używali też... czarów, przeciwko czemu modły wznosili księża. 28 lipca ponownie wysłano poszła do chana, twierdząc że Kozacy są niestali i wkrótce znów podejmą wyprawy przeciwko Chanatowi. Poza tym polski poseł stwierdził, że wyprawa chana nie uzyskała aprobaty sułtana, na co tamten odpowiedział gniewem, żądając natychmiastowej kapitulacji twierdzy, inaczej - jak twierdził - wszystkich karze ściąć. Poseł Janicki odrzekł że najpierw to oni muszą tam wejść, a to nie jest takie łatwe, bo jeśli zechcą "ściąć nam głowy, to sami mogą stracić swoje". Ostatecznie Janicki przystał na możliwość zapłacenia Tatarom sporego okupu za wycofanie się spod Zbaraża, oraz obdarowaniem na pięć lat z góry zwyczajowymi podarkami. W nocy z 29 na 30 lipca Polacy podjęli spory wypad na pozycje kozackie, ale ci byli czujni i atak nie powiódł się (zginęło prawie 30 żołnierzy oraz bliżej nieznana liczba czeladzi obozowej), jednak gdy Kozacy próbowali pójść za ciosem i ruszyć na wały twierdzy, ponieśli jeszcze większe straty. 31 lipca Kozacy podjęli atak na umocnienia miejskie, ale i tutaj nie udało im się ich przełamać i zostali odparci. Minął właśnie trzeci tydzień oblężenia. Pozycja obrońców była coraz gorsza, zaczęło brakować żywności i amunicji i jedyne na co liczono, to na szybką odsiecz królewską. 1 sierpnia Chmielnicki wytoczył beczki z piwem i gorzałką i obdarował nimi swoich żołnierzy, a wieczorem pijanym wydał rozkaz do szturmu. Ponownie zostali odparci.




2 sierpnia Chmielnicki wysłał do Zbaraża swego legata z listem do Wiśniowieckiego. List jednak był jedynie pretekstem, bowiem głównym celem posła kozackiego było namówienie będących w obozie żołnierzy najemnych (głównie Niemców) do przejścia na stronę Kozaków. Fortel ten jednak się nie udał, gdyż niemieccy oficerowie opowiedzieli o wszystkim Wiśniowieckiemu. Tymczasem położenie oblężonych było już tak złe, że należało czym prędzej powiadomić króla i przekonać go do jak najszybszego przyjścia z odsieczą. Pierwszy śmiałek który się tego podjął, został jednak schwytany przez Kozaków i zamordowany, o czym Chmielnicki poinformował załogę twierdzy. Kolejnej nocy podjął się tego trudnego zadania inny śmiałek, był nim towarzysz pancerny Mikołaj Skrzetuski, który przebrany za chłopa, przepłynął nocą przez rzekę, cały kolejny dzień czaił się w lesie i dopiero następnej nocy przedarł się między gromadami Kozaków i Tatarów i popędził do króla. Król przebywał wówczas (7 sierpnia) pod Toporowem, nieopodal Zbaraża. Tymczasem po niepowodzeniu ataku z 1 sierpnia, Kozacy i Tatarzy nie podejmowali już szturmów, a jedynie ostrzeliwano mury twierdzy z armat. Obrońcy wpadli też na pomysł oświetlania terenu wokół twierdzy za pomocą zapalonych barwion i maźnic (ponoć było to prekursorskie zastosowanie tego typu oświetlenia w tamtym czasie), tak więc Kozacy nie zbliżali się do twierdzy, ponieważ nie mogli już wykorzystać elementu zaskoczenia. 5 sierpnia tatarski dowódca Seijid Ali przyprowadził ze sobą dwa wielkie działa oblężnicze, które miały "kruszyć nawet góry", ale szybko, bo jeszcze tego dnia zostały one unieszkodliwione śmiałym wypadem obrońców, w czasie którego położyli oni trupem ok. 300 Zaporożców i Tatarów i zdobyli aż 16 chorągwi (co wlało nieco ducha w serca obrońców). Zabrano ze sobą też siedmiu jeńców kozackich, których potem przesłuchano (jak to zwykle bywało - na torturach) aby wyjawili zamiary Chmielnickiego. 6 sierpnia rozpoczął się wielki szturm kozacko-tatarski na Zbaraż (główne jego natarcie skupione było na odcinek broniony przez Mikołaja Ostroroga). Pchając wielkie wozy i prowadząc drabiny, udało się 400 Kozakom wedrzeć na wał i zatknąć tam sztandary, jednak po dwóch godzinach walki zostali stamtąd wyparci. 7 sierpnia na pozycje kozackie próbował szczęścia Andrzej Firlej, ale jego wypad był chaotyczny i szybko został odparty. Nocą Kozacy usypali siedem szańców wyższych od polskich umocnień, dzięki czemu mogli swobodnie ostrzeliwać znajdujących się wewnątrz obrońców.




Obrońcy byli bardzo zmęczeni, brakowało już żywności, a ta, która była, była na wagę złota. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę co się stanie, jeśli król szybko nie pośpieszy z odsieczą. Od 9 sierpnia zaczęły się ulewy, co spowodowało że ani Tatarzy ani Kozacy ani Polacy nie przejawiali chęci do walki w takim deszczu. W nocy z 11 na 12 sierpnia Wiśniowiecki raz jeszcze wysłał posła do króla, był nim rotmistrz Stempowski. Udało mu się (wraz z przydanymi do pomocy dwoma polskimi Tatarami i Kozakiem będącym na usługach księcia Wiśniowieckiego) przepłynąć staw zbaraski, przedrzeć się przez linie nieprzyjaciela i dotrzeć do króla. Obrońcy byli tak zdeterminowani jedyną nadzieją odsieczy, że widzieli w niej wszystkie przegrupowania wojsk nieprzyjaciela i za każdym razem podnosili z tego powodu radość, twierdząc że skoro Chmielnicki wycofał część obozu, to pewnie król już jest blisko (notabene Kozacy i Tatarzy dziwili się że będący w tak ciężkim położeniu obrońcy, co jakiś czas wznoszą okrzyki radości, jakoby spodziewając się odsieczy i tak jakby już zwyciężyli). 12 sierpnia na naradzie wojennej u Tatarów postanowiono że należy wyprzedzić ewentualną odsiecz i pomaszerować z Chmielnickim na spotkanie z królem, pod obozem zostawiając tylko część wojska. Wysłano jednak tylko podjazdy, które co prawda przynosiły jeńców, ale wszyscy oni mówili różne i często wykluczające się informacje o liczebności wojsk królewskich. Wśród Tatarów pojawiło się silne zwątpienie iż ta wyprawa wcale nie musi zakończyć się sukcesem. W niedzielę 15 sierpnia pewien zdrajca uciekłszy z obozu, poinformował Kozaków że atak tego dnia będzie najbardziej optymalny, gdyż obrońcy pójdą na mszę i nie będzie komu walczyć. Ci jednak byli przygotowani, a poza tym spadł rzęsisty deszcz i atakującym odechciało się walki ("bo się chłopi suszyć woleli niż strzelać"). Kozacy próbowali innych sposobów wdarcia się do twierdzy. Próbowali podkopów (tak aby hakami rozrywać umocnienia i wozy taborowe, które obrońcy spięli że sobą łańcuchami). Tego też dnia - 15 sierpnia - przypadkowo wystrzelona kula nieprzyjacielska o mały włos nie zabiła księcia Wiśniowieckiego, a ledwie drasnęła go w policzek. 16 sierpnia w prawosławne święto dnia Spada, obrońcy podjęli wycieczkę za mury, licząc na to, że strzały, które dochodzą z obozu kozacko-tatarskiego, znamionują odsiecz królewską. Zostali jednak zasypani strzałami, ale paradoksalnie wszyscy wrócili bez szwanku i nikt nie zginął, ani nikt nie został ranny. Teraz Kozacy podjęli kolejny szturm i ponownie został on odparty (determinacja obrońców wynikała z tego, że doskonale wiedzieli co ich czeka jeśli wpadną w ręce Kozaków, czyli śmierć w męczarniach. Tatarzy przynajmniej wzięli by ich w jasyr i potem zażądali zapłaty od rodziny czy króla, ale tamci by ich okrutnie zamordowali, a taka myśl nawet w sytuacji braku żywności i amunicji powoduje, że w człowieka wstępują nowe siły).


TAK JAK MÓWIŁ ONUFRY ZAGŁOBA: "CIESZCIE SIĘ CHAMY ŻE NIE JESTEM W SZARŻY, ZDOBYŁEM CHORĄGIEW W TEJ BITWIE... NIE ZNAŁEM WŁASNEGO MĘSTWA" 😊



17 sierpnia rotmistrz Mikołajewski przed swoim posterunkiem znalazł strzałę z przyczepioną doń karteczką, na której było napisane: "Będąc szlachcicem, w niewoli pomiędzy hultajstwem, oznajmuję Waszmościom, że Król Jegomość jest w Zborowie, z wielką bardzo potęgą: kilkakroć Ordę i Kozaków gromił. Chmiel jest w obozie. Wczorajszy triumf był na postrach Waszmościom. Bądźcie ostrożni przez kilka dni. Będzie - da Bóg - dobrze. Już to trzeci raz ostrzegam Waszmościów". Pewnie poprzednie wiadomości nie zostały wysłane, albo też nie były odnalezione przez obrońców. W tym liście również spodziewano się podstępu kozackiego, ale posłużył on też jako zwiastun dobrej nadziei dla oblężonych żołnierzy. Zresztą szpiegów i dezerterów łapano codziennie po kilku (również szlachciców - jednemu z nich, właśnie 17 sierpnia za próbę ucieczki z obozu odrąbano rękę i nogę). 18 sierpnia wieczorem (po wcześniejszej próbie kolejnego zaatakowania obozu przez Kozaków), Wiśniowiecki wysłał swoich ludzi na rekonesans, w czasie którego zdobyto dziewięciu jeńców, zabito też wielu nieprzyjaciół przy bardzo małych stratach własnych. 19 sierpnia z polskiego obozu znowu wyszła "wycieczka", której udało się zadać nieprzyjacielowi znaczne straty i wyprzeć go z dwóch umocnień. Straty wśród Kozaków i Tatarów były coraz większe. Chan był wściekły na Chmielnickiego, że ten przywiódł go tutaj aby wytracić wyznawców Allaha - obiecał przecież że już na drugi dzień (czyli 11 lipca) będą w polskim obozie, a tutaj minął ponad miesiąc i nic. Ale i w obozie oblężonych było bardzo ciężko, brakowało już totalnie wszystkiego, a codziennie kilku (a nawet kilkunastu - głównie spośród czeladzi) zbiegało do Chmielnickiego, aby informować go o nastrojach obrońców. 20 sierpnia wypuszczono z obozu ok. 4000 chłopów, którzy wcześniej znaleźli schronienie w Zbarażu, ale teraz brakowało dla nich żywności. Liczyli na pomoc Chmielnickiego ale srogo się zawiedli, gdy tylko znaleźli się za murami twierdzy, zostali schwytani przez Tatarów i wzięci w jasyr (co może ocaliło im życie, ale odtąd musieli być niewolnikami). 21 sierpnia Kozacy podjęli kolejny szturm na twierdzę i po raz kolejny zostali odparci, a obie strony przerwały walkę gdy tylko spadł rzęsisty deszcz. Strony teraz siedziały w swoich obozach i nawet armaty nie strzelały. Czekano aż deszcz przestanie padać i walka zostanie wznowiona. Nagle pod umocnieniami obozu zjawił się tatarski poseł który krzyczał aby do niego nie strzelać, gdyż w Zborowie zawarto pokój z Królem Jegomością i nastał koniec wojny. 

Początkowo nie chciano mu wierzyć, więc Wiśniowiecki wysłał swojego posła aby wybadał sprawę. Romaszkiewicz potwierdził słowa tatarskiego posła, ale nie chciał dokładnie wyjawić warunków ugody zborowskiej, twierdząc że o wszystkim opowiedzą komisarze, którzy znajdują się w obozie Chmielnickiego. Wreszcie, gdy Tatarzy stwierdzili że dopiero po zapłacie kilkuset tysięcy złotych (zgodnie z warunkami ugody zborowskiej) odstąpią od twierdzy, odpowiedział im Wiśniowiecki że nikt tutaj nie zamierza się poddawać i nie zamierza też płacić Tatarom ani grosza. Ponownie więc wywiązała się bitwa, ale Kozacy i Tatarzy po raz kolejny zostali odparci. 22 sierpnia było już spokojnie. Obrońcy zaczęli nawet wychodzić poza mury twierdzy i rozmawiać z Kozakami, a nawet robić z nimi handel, kupując żywność i konie (które przed bitwą o Zbaraż wypchnięto z obozu, co potem poskutkowało tym, że zabrakło koniny aby napełnić brzuchy obrońców). Wszyscy, a szczególnie Tatarzy byli pod ogromnym wrażeniem odwagi obrońców i twierdzili że pod Zbarażem jeden Lach mógł "zjeść" 10 Tatarów. Handel trwał również w ciągu kolejnych dni, ale gdy okazało się że nikt z obrońców nie zamierza płacić chanowi za odstąpienie od twierdzy, nastroje znowu opadły i szykowano się do walki. 25 sierpnia w środę Kozacy i Tatarzy (bez otrzymania zapłaty) wymęczeni długim oblężeniem zwinęli swoje obozy i odeszli spod Zbaraża. Nocą zaś z 26 na 27 sierpnia obrońcy także wyszli z twierdzy i wyruszyli przez Tarnopol do Lwowa. Bitwa była wygrana, aczkolwiek Chmielnicki i Tatarzy jeszcze nie rozgromieni (stanie się to dopiero pod Beresteczkiem, w jednej z największych bitew nowożytnej Europy)




CDN.

02 lipca 2026

O RETY - KABARETY! - Cz. VI

KOLEJNE ZABAWNE SKECZE KABARETOWE


KABARET ZDOLNI I SKROMNI 


"ŚLĄSKA RANDKA W CIEMNO"


1:50 - "Powiedz od jak dawna szukasz miłości?"

"Od kiedy matka mi fucy: masz 30 lat na karku jesteś staro ema, nie mosz chopa" 🤭

2:30 - "Panowie, na początek dwa zdania o sobie, zacznijmy od kandydata numer jeden"

"Mom na imię Darek, je żech biznesmenem, mam żonę i trójkę dzieci (...) Ona nie wie żech tu jest (...) 😄. Widzę że ty też masz takie fajne poczucie humoru, jak moja kochanka" 😂

4:00 - "Sorry, ja żech się dupnął, wczoraj żech był na castingu do tego programu "Magia nagości". Ale mnie nie wybrała, ty, zaczęła marudzić "co to ma być za pulok, takie małe" 🤣. Moja wina że tam było zima".

7:40 - "Pytanie do kandydata numer dwa. Jaki żeś w swoim życiu odniósł największy sukces?"

"Największy sukces to mistrzostwo Europy w boksie"

"To musisz być niezły paker!?"

"Nie, ja to bez treningu, wystarczyło się za babę przebrać" 😂

9:20 - "Jakie jest twoje największe, ukryte marzenie łóżkowe? I pierwszy niech odpowie kandydat numer dwa"

"W sumie to mam takie jedno marzenie, że chciołbym być w trójkącie. Znaczy ja już raz miął, ale teraz chciołbym żeby była chociaż jedna baba" 😭

10:15 - "dobra, to ten trzeci niech też coś wymamle, jak już musi"

"Ja mam takie jedno marzenie, żebyś się złożyła w literę "O", ja bym się wtedy złożył w literę "I" i wspólnie ruchami posuwisto-zwrotnymi sprowokowalibyśmy łóżko do skomentowania naszej przyjemności. "io", "io" 😉

12:25 - "Co to ma być, miały być same ciacha, a jest jeden wafel i dwa zakalce" 🥳





FORMACJA CHATELET


"REKLAMA"


3:35 - "WITAM PANI WANDO, ALE SPÓŹNIŁA SIĘ PANI TROSZECZKĘ"

"WIDZI PAN, BO U MNIE Z ZEGARKIEM TO TAK JAK Z BIELIZNĄ - NIE NOSZĘ" ☺️

5:25 - "KOCHANI DO ROBOTY, MAMY DO ZROBIENIA REKLAMĘ NA PODSTAWIE LEGENDY O WANDZIE, CO NIE CHCIAŁA NIEMCA. PROSTA RZECZ, DWIE ROLE DO OBSADZENIA TAKŻE ZACZNIJMY"

"A KOGO JA BĘDĘ GRAŁA?" 😄

"PANI WANDO, JA MAM TAKĄ PROPOZYCJĘ, MOŻE BY PANI ZAGRAŁA WANDĘ, TO SIĘ PANI NIE BĘDZIE MYLIĆ" 🥴

6:10 - "OCZYWIŚCIE PAN GRA NIEMCA!"

"DLACZEGO JA ZNOWU GRAM NIEMCA?"

"JAK SIĘ MA MORDĘ FASZYSTY" 😆

8:55 - "WANDA! ICH LIEBE DICH, CHCE TWOJA RĘKA!"

"NIE, NIE, NIE, NIE KOCHAM CIĘ I NIE WYJDĘ ZA NIEMCA!"

"JEŚLI TEGO NIE ZROBISZ, SPALĘ TWÓJ LUD!" 🥵

"WYBIERAM ŚMIERĆ I RZUCAM SIĘ W RZEKI TOŃ, HOP-HOP"

(...)

14:15 - "ALE PAN SAM POWIEDZIAŁ ŻEBY DODAĆ TROCHĘ EROTYKI"

"TROCHĘ EROTYKI, A PANI MI TUTAJ PORNOSA Z NIEMCEM ODWALA" 🤣

"CZYLI ŻE CO... MAM SIĘ ZAPIĄĆ?" 😭🤭

15:20 - "A CZYJ BŁĄD?"

"MÓJ, MÓJ BŁĄD, WY DOBRZE, JA ŹLE TŁUMACZĘ!!!"

"KOMPLETNIE PAN SOBIE NIE RADZI PANIE REŻYSERZE" 😂





KABARET JURKI


"ZDJĘCIE ŚLUBNE"


1:45 - "PROSZĘ PAŃSTWA ZDJĘCIA BĘDZIEMY ROBIĆ TUTAJ!"

"TUTAJ? ALE OBIECAŁ PAN SZLACHECKI DWOREK, FONTANNY, SZETLANDZKIE KUCE, ANTYCZNE RZEŹBY?"

"OWSZEM PROSZĘ PANA, OBIECAŁEM, ALE POTEM DOSZEDŁEM DO WNIOSKU ŻE NIE MA TAKIEGO MIEJSCA" 🤭 (...) JA TU JESTEM ARTYSTĄ I PROSZĘ MI WIERZYĆ - PAŃSKA TWARZ NIE PASUJE DO SZLACHECKIEGO DWORKU. PAŃSKA TWARZ PASUJE DO ROZPADAJĄCEJ SIĘ CHATY, DO KOPCA BURAKÓW, DO KARTOFLISKA I DO KRZAKÓW WYTARTYCH PRZEZ DZIKI" 😝

2:45 - "CO JEST GRANE, MIAŁ BYĆ DWOREK, MIAŁY BYĆ FONTANNY. A TU NIE MA DWORKA, NIE MA FONTANIEN!" ☺️

"OD RAZU PANA POLUBIŁEM I BĘDĘ Z PANEM SZCZERY... NIE STAWIA SIĘ ŚWINI NA TLE SZKLANEGO WIEŻOWCA! CO INNEGO PAN. PAN MA KLASĘ BELGIJSKIEGO KSIĘCIA" 😂

(...)

4:27 - "JA KIEDYŚ CHCIAŁAM BYĆ MODELKĄ"

"NAPRAWDĘ? LUDZIE MAJĄ RÓŻNE DZIWNE MARZENIA" 🤭

5:15 - "WYEKSPONUJ KWIATY, MUSI BYĆ COŚ ŁADNEGO NA ZDJĘCIU" 🤭🤣

6:17 - "PIĘKNE REKINIE OCZY, KOŃSKIE ZĘBY" 👍

7:15 - "ŚLINA MI CIEKNIE" 😭

"PRZYKRYJ TO KWIATAMI" 🤭

10:10 - "WEDŁUG MNIE WSZYSCY SIĘ UŚMIECHAJĄ, A "DZIKI" SZCZERZY KŁY" 😬

10:40 - "O NIE, TO MOI RODZICE ZAPŁACILI ZA TE ZDJĘCIA I NIE BĘDZIESZ SIĘ NA MOICH ZDJĘCIACH SZCZERZYŁ" 🤓





01 lipca 2026

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... - Cz. IV

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ





IV
WSPOMNIENIA BARBARY KUBICKIEJ
(CZĘSTOCHOWA)


 "Halo, halo! Tu Polskie Radio Warszawa. Nadajemy komunikat specjalny". Spokojny głos spekera nieco wolniej i dobitniej informował: "Dziś rano o godzinie 4:45 wojska niemieckie przekroczyły granicę Rzeczpospolitej..." Było to już oficjalne powiadomienie społeczeństwa o rozpoczęciu wojny. Mówiło się o niej, zwłaszcza od marca, kiedy kilkuletni sprzedawcy gazet przekrzykiwali się by zyskać nabywców: "Wojna na Zachodzie, Wojna na Wschodzie!". Trudno było przejść obojętnie obok nich, trudno nie kupić gazety, tak sensacyjnie zapowiadanej. Wojna! Uczyłyśmy się o niej na lekcjach historii, ale zawsze działa się gdzieś daleko, kiedyś dawno, bardzo dawno. Teraz dotarła do nas. Jeszcze nie odczułyśmy jej grozy. Irka z maturalnej klasy nawet cieszyła się, że bez egzaminów otrzyma maturę, bo kto będzie zajmował się prozą życia wobec tak ważnych wydarzeń? Halina z naszej klasy już w maju otrzymała promocję, bo wyjeżdżała do Londynu. Była najbogatszą dziewczyną w mieście. Ojciec jej zmarł nagle pod wpływem wieści o spaleniu Żydów w synagodze w Bytomiu. Nam zdawało się to niemożliwe. A jednak... Nie spotkałyśmy się nigdy więcej.

Wakacje były normalne. Po raz pierwszy brałam udział w obozie harcerskim, zorganizowanym przez naszą ukochaną profesorkę/polonistkę. Niezapomniane przeżycia: warty nocne, podchody, ogniska wieczorne, budzenie echa w górach... Poczucie swobody na tle przepięknej przyrody nad Jeziorem Żarnowieckim, wschody i zachody słońca, nasłuchiwanie śpiewu ptaków nocnych, dalekie wędrówki piesze z Kartoszyna do Wejherowa po zakupy i lato, obłędnie urocze lato wolne od jakichkolwiek kłopotów.

W tym nastroju przygotowywałyśmy książki i zeszyty na nowy rok szkolny. Białe kołnierzyki i mankiety do mundurka, wstążki do warkoczy wyprasowane i poukładane równiutko, gotowe na uroczyste rozpoczęcie zajęć. A tu ten komunikat radiowy. Nie będzie zajęć. Nie będzie szkoły. Nie będzie tego wszystkiego, do czego przywykliśmy w ciągu lat. A co będzie? Co to znaczy wojna?

Najpierw - opuszczenie mieszkania i wędrówka w nieznane. Nie ma ustalonych pór posiłków, nie ma wygodnych łóżek do spania w nocy, ani krzeseł do siedzenia. Zatłoczonymi drogami trzeba przedzierać się dniami i nocami, byle dalej, byle na wschód, byle ujść przed nacierającymi Niemcami, o których zachowaniu krążą przerażające wieści. Mamy ze sobą niewygodne i ciężkie maski gazowe i lekkie, ręcznie szyte z flanelki w ostatnim tygodniu. W plecakach - niezliczoną ilość skarpet i mydło. Nie było czasu go wyjąć. Szliśmy w nieprzeliczonym tłumie dorosłych i dzieci, starych i młodych, zdrowych i chorych, jeśli tylko mogli poruszać się jako-tako.

Nagle dał się słyszeć warkot samolotów. Ktoś krzyknął "Alianci! Alianci! Pomoc nadchodzi". Samoloty nadleciały, zniżyły nieco swój lot, więc machaliśmy rękami, powiewali chustami, czym kto mógł. Przecież nie zapomnieli o nas, nie zostawią nas samych! Po kilku zniżonych okrążeniach najniespodziewaniej zaczęto strzelać z karabinów maszynowych do tłumu. Niemcy, po zrobieniu historycznych zdjęć, jak to Polacy witają entuzjastycznie swych wybawców, nie żałowali bomb i jak do kaczek strzelali do bezbronnej ludności. Potem polecieli dalej pełnić swą potworną misję niesienia zagłady.

To właśnie była wojna. Ciągła niepewność, świadomość niebezpieczeństwa, zagrożenie, które czaiło się wszędzie, więc nie było przed nim schronienia.



V
FRAGMENT PAMIĘTNIKA FRANCUSKIEGO DZIENNIKARZA I KORESPONDENTA POLITYCZNEGO ROBERTA de SAINT-JEAN'A
(MAJ 1940)




5 MAJA

 Widziałem Reynauda (Paul Reynaud był wówczas premierem Francji) w Święto Joanny d'Arc, przed pomnikiem na Rue de Rivoli. Ciekawy widok: ten mały człowieczek (...) z przebiegłą orientalną maską, skośnymi oczami i drwiącymi ustami, oddający hołd bohaterce narodowej. To był sceptycyzm oddający cześć wierze, polityka kłaniająca się mistycyzmowi.

To, co nigdy nie przestaje zadziwiać w Joannie d'Arc, to niezwykłe połączenie nadziei silniejszej od wszelkiego rozsądku i jednocześnie przyziemnego zdrowego rozsądku. Podczas gdy wpływowi dżentelmeni jej czasów dowodzili jej, argumentując, że sytuacja jest beznadziejna, ta mała pasterka, niższa od nich urodzeniem i wiedzą, nie dała się przekonać ich sentencjonalnym oświadczeniom. Sama przeciwko wszystkim utrzymuje swoje stanowisko, a wydarzenia potwierdzają jej rację. Gdyby przenieść tę scenę do naszych czasów, chłopka, nagle przeniesiona do rezydencji premiera i spotykająca się tam z generałem Gamelinem, powiedziałaby im obojgu: "Nie, nic nie rozumiecie, i jedyne, co możecie zrobić, to…"

Jednocześnie ta pełna natchnienia młoda kobieta udziela niezwykle precyzyjnych wskazówek i praktycznych porad dotyczących właściwego postępowania. A później, gdy przebiegli prawnicy poddają ją najbardziej zdradzieckiemu przesłuchaniu, będzie wytrącać z równowagi tych, którzy na każdym kroku dążą do jej upadku, udzielając równie błyskotliwych, co śmiałych odpowiedzi. Czy którykolwiek wirtuoz debaty parlamentarnej kiedykolwiek popisywał się tak błyskawicznymi ripostami, jak Joanna d'Arc podczas procesu?

Mistycyzm i rozum, te dwie siły zjednoczyły się w tej, która wyzwoliła Francję. Wśród tych, którzy rządzą Francją, przynajmniej wśród najlepszych, od wielu lat przemawia tylko rozum, rozum krótkowzroczny. Ale o mistycyzmie, albo, jak kto woli, po prostu o namiętności - ani śladu.

Polityka już dawno zredukowała religię we Francji w jej najskromniejszym przejawie: brak mszy śpiewanych, jedynie cicha msza od czasu do czasu. Mamy dwa święta narodowe – Joannę d'Arc i Dzień Bastylii – ale to pierwsze nigdy nie miało takiego znaczenia jak drugie. Dzień Bastylii to święto przyjemności i łatwego życia w najpiękniejszym kraju świata, i niech żyje Dzień Bastylii, jego latarnie, muzyka i kawiarnie na świeżym powietrzu! Dzień Joanny d'Arc natomiast przypomina o wszystkich wysiłkach i poświęceniach, które ukształtowały Francję i pozwoliły jej stać się później tętniącą życiem Francją współczesnych obchodów Dnia Bastylii.


7 MAJA

 Reynaud, pomimo nieobecności Izby, odczuł tak silny niepokój wywołany wiadomościami o naszych niepowodzeniach w Norwegii, że chciał chwycić byka za rogi i nagle zwołać parlament (...). Bezpośredni współpracownicy premiera zdołali odwieść go od kontynuowania tego projektu, wierząc, że posłowie obaliliby ministerstwo, nie dając się zastraszyć zuchwałej inicjatywie premiera. Krótko mówiąc, pozycja gabinetu Reynauda, która poprawiła się dzięki inwazji na Danię i Norwegię, pozostawała potajemnie bardzo niepewna. W środku wojny panował stan ukrytego kryzysu ministerialnego. Rząd pozostał u władzy, ponieważ okoliczności uniemożliwiły jego otwarte obalenie, ale jego przetrwanie było mało pewne. Był jak skazaniec, którego ułaskawienie odnawiało się z dnia na dzień… Reynaud powtarzał, że sytuacja się poprawi, że większość się umocni, ale miewał chwile zwątpienia i zniechęcenia. I nie tylko los jego ministerstwa go martwił.

Kilka dni temu padło dość osobliwe wyznanie: "Ach! Gdybym tylko mógł kupić pokój tanio…". Nagle "silny człowiek" zaczął myśleć jak Daladier w chwilach przygnębienia, a nawet mówić jak zwolennicy pozornego pokoju. Jest pewien że jesteśmy daleko od celu i że pod względem militarnym wynik nie jest widoczny… Z drugiej strony, kilku jego doradców, którzy nie wierzą w możliwość zwycięstwa, szepcze, że "powinniśmy dojść do porozumienia", nie wskazując zresztą w najmniejszym stopniu, na czym kompromis mógłby polegać. Jednocześnie premier nadal nawołuje do energii… Wydaje się, że chwilowo podnosi to jego morale, ale innym razem jego ton się zmienia… Premierowi najbardziej służy widok dowódcy wojskowego, który przemawia do niego z determinacją. Wtedy wyobraża sobie siebie jako architekta zwycięstwa… Jednak rzadko odwiedza armię, co pozbawia go możliwości zobaczenia żołnierzy z bliska i uniemożliwia mu sprawdzenie osobiście, czy to, co powiedzieli mu generałowie, jest prawdą. Być może dlatego, że nie jest człowiekiem, który łatwo zgadza się z masami, Reynaud rzadko pojawia się publicznie.


10 MAJA

"To wszystko": to wszystko, co słyszeli w Paryżu od rana. Innymi słowy, Niemcy o świcie zaatakowały Holandię i Belgię. Wiele miast i lotnisk zostało zbombardowanych w samej Francji: w szczególności Nancy, Calais, Lille, Abbeville i Lyon; na froncie trwał silny ostrzał artyleryjski wroga. Gabinet się zebrał, ale posiedzenie Rady Ministrów zostało przełożone. Zwyczajny człowiek ma o wiele większe zaufanie niż przywódcy, zarówno polityczni, jak i wojskowi. Armia przychodzi Belgom z pomocą, mimo że Belgia nie zwróciła się do nas wcześniej. Zaskakująca decyzja, biorąc pod uwagę ostrożność Gamelina i jego częste uwagi przez całą zimę: "Kto pierwszy z nas, Francuz czy Niemiec, wyjdzie ze swojej skorupy, jest skończony". Być może głównodowodzący zrobił wyjątek od swojej doktryny, ponieważ uważał że presja na interwencję, zarówno ze strony szefa rządu, jak i zwykłego żołnierza, była dla nas zbyt silna… Mógł oprzeć się temu? Nie był człowiekiem, który pozostawałby osamotniony w swoich poglądach, a kiedy zapadła decyzja o wyprawie do Norwegii, oświadczył: "Ulegam presji opinii publicznej i umywam od tego ręce".

Kiedy dotarła do nas wiadomość o wkroczeniu wojsk francuskich i angielskich do Belgii, moment był wzruszający; jedynym powodem do nadziei było wojsko, w którym od lat pokładano wielkie zaufanie (jedną skazą na tym obrazie są słabości sił powietrznych). Krążą pogłoski, że Niemcy osiągnęli już ten czy inny punkt, ale nie ma na to potwierdzenia. Wiadomo jedynie, że dziesiątki dużych samolotów transportowych przyleciały i wylądowały z niemieckimi żołnierzami w okolicach Hagi. Rządy Holandii i Belgii odmówiły kapitulacji przed nazistowskim ultimatum, a wielka księżna Charlotte opuściła Luksemburg.

(...) W Londynie panuje kryzys na szeroką skalę; Chamberlain odchodzi, a ostatecznie ogłoszono dojście Churchilla do władzy. Gamelin zostaje "skonsolidowany" przez Hitlera (podobnie jak Reynaud 9 kwietnia) i wydaje żołnierzom rozkaz generalny, przypominając im, że przewidywał dzisiejszą ofensywę od początku wojny. W sztabie generalnym i biurze operacyjnym, panuje poważne zaniepokojenie, że współpraca z armią belgijską i holenderską będzie musiała zostać niemal całkowicie improwizowana.

 Hitler w proklamacji oświadczył, że wydarzenia na polu bitwy zadecydują o losie narodu niemieckiego na tysiąc lat. To była jego liczba, często jej używał; taki właśnie okres przydzielił swojemu reżimowi, ani więcej, ani mniej. Tego wieczoru Reynaud powiedział krótko przez radio: "Armia francuska dobyła miecza, Francja pogrążona jest w żałobie… itd." Szacuje się, że w Holandii maszeruje około trzydziestu niemieckich dywizji.


12 MAJA

Jeden z fortów twierdzy Eben Emael został schwytany przez wroga, który podobno zdołał już przekroczyć Mozę z jednej strony i Kanał Alberta z drugiej. To przekreśla nadzieje dowództwa, które liczyło na znacznie dłuższy opór. Niemieckie czołgi przeprawiają się albo przez mosty, które nie zostały zniszczone (zaskoczone), albo przez mosty pontonowe. W Amsterdamie i Rotterdamie widziano agentów piątej kolumny wyłaniających się grupami z niektórych budynków, strzelających do policji i torujących drogę spadochroniarzom.

Wizyta u Dautry'ego, w jego biurze (...) Minister Uzbrojenia nie zniechęca się, choć niektóre fabryki poniosły już znaczne szkody, ale telegramy otrzymywane od kierownictwa firm są bardzo zachęcające: "Produkcja utrzyma tempo pomimo poniesionych szkód. Morale pracowników jest doskonałe" itd. Kiedy rozmowa schodzi na temat maszyn i samolotów zamówionych w Stanach Zjednoczonych, twarz ministra ciemnieje, ponieważ minie dużo czasu, zanim zostaną dostarczone znaczące ich ilości. Popełniono ogromny błąd w planowaniu, jakby byli pewni, że będą w stanie utrzymać ten wysiłek przez lata, a ponadto, ze względów ekonomicznych, woleli budować fabryki we Francji i kupować obrabiarki w Ameryce. Stąd długie opóźnienia. Nie wzięli też pod uwagę, że oprócz czasu, będzie to wymagało powrotu do fabryk żołnierzy, którzy musieliby zostać wezwani z frontu. Kiedy zapytałem Dautry'ego, czego najbardziej potrzebuje w Ameryce, odpowiedział: "Wszystkiego!". Bez komentarza… Podsekretarze stanu zostali "zdymisjonowani": Rząd jest zdecydowanie tworem ciągłym, a nowi ministrowie są stale dodawani do pierwotnej listy. To robi złe wrażenie na opinii publicznej… Byłoby lepiej, gdyby… raz na zawsze utworzyć rząd wojny o ograniczonym zasięgu, coś w rodzaju "Komitetu Ocalenia Publicznego", ale Reynaud podejmował ten pomysł stopniowo, z ostrożności.

Kiedy Ministerstwo Informacji musiało poinformować dziennikarzy o bombardowaniach przeprowadzonych w różnych częściach kraju przez niemieckie siły powietrzne, otrzymało od dowództwa rozkaz sugerowania, że wróg celował wyłącznie w cele wojskowe. W rzeczywistości nigdy nie przeprowadza się nalotów wyłącznie na cele wojskowe, a bomby zawsze trafiają w kościoły, szkoły czy szpitale, zabijając cywilów… Krótko mówiąc, to kwestia interpretacji. Potwierdza się, że Nancy bardzo ucierpiało w ciągu ostatnich dwóch dni.


14 MAJA 

 Bardzo złe wieści. Na wojskowej konferencji prasowej zorganizowanej dla zagranicznych dziennikarzy w Ministerstwie Wojny, umniejszają oni jak tylko mogą, prawdę, która przewyższa wszelkie nasze obawy. Armia Corapu poniosła poważny cios; region Sedan po raz kolejny stał się synonimem katastrofy. Rezerwiści, którzy tam byli, spóźnili się na swoje pozycje i nie utrzymywali ich bezpiecznie (...). To niemieckie natarcie, którego się nie spodziewano, ponieważ uważano że Ardeny zbytnio spowolnią natarcie kolumn zmotoryzowanych i że obiorą inną trasę, zagraża armii, która z Giraudem na czele wróciła już do południowej Holandii. Uchodźcy tłoczący się na drogach w Belgii znacznie utrudnili ruchy wojsk brytyjskich. Francuskie czołgi napotkały niemieckie czołgi w Belgii, w pobliżu Saint-Trond, ale było ich zbyt mało. W sumie zderzyłoby się ze sobą półtora tysiąca pojazdów. Wszędzie brakuje nam czołgów i staramy się wykorzystać te, które mamy, jak najmniej, aby zachować je na decydujący moment… Przypomniałem sobie uwagę Daladiera na temat Gamelina, o której mi doniesiono, a na którą nie zwróciłem wystarczającej uwagi: "Czego ode mnie oczekujesz?. Gamelin nie lubi czołgów".

Jeśli chodzi o samoloty, oficer powracający dziś wieczorem z bitwy mówi, że najczęściej słyszanym pytaniem wśród żołnierzy jest: "Ale gdzie są nasze?" I oczy podnoszą się ku niebu, skąd niemieckie samoloty przelatywały z dużą prędkością, ostrzeliwując bezładnie kolumny cywilów i kolumny żołnierzy.

(...) Daladier udał się do króla Leopolda, aby spróbować rozwiązać problem Belgów, ponieważ nie dało się walczyć z pojedynczą armią niemiecką, mając kilka armii wykonujących różne rozkazy. Słabości, które pozwoliły Belgii stopniowo wyrwać się z orbity angielsko-francuskiej i zająć niezależną pozycję - to znaczy, w istocie, pozycję korzystną dla Niemiec - były dziś drogo okupione. Trudno będzie później wytłumaczyć, w jaki sposób alianci, po strasznej lekcji z 1914 roku, pozostawili Belgię poza kontrolą militarną… Brak instynktu samozachowawczego wśród demokracji był czymś przerażającym.

To, co wydarzyło się w kilku holenderskich miastach, było, jak się wydaje, niewiarygodnie okrutne, z Niemcami bezlitośnie niszczącymi i mordującymi. Liczba ofiar cywilnych jest szacowana na tak ogromną, że aż trudno w to uwierzyć… Tysiące Holendrów przemierzyło Belgię i wraz z jeszcze większą liczbą Belgów uciekło drogami Francji.


"A WTEM LOTNICTWO SIĘ POJAWIŁO, Z GÓRY SZEREGI WSPIERAJĄC SWE, 
A NASZYCH ORŁÓW WIDAĆ NIE BYŁO, CO NAS ZMUSIŁO COFNĄĆ SIĘ" 😟



15 MAJA

 Od czasu zdobycia Sedanu, bitwa nad Mozą nazywana jest "bitwą graniczną"... Niemieckie przyczółki zostały zaatakowane, lecz bezskutecznie, a czołgi nieustannie przybywają na brzeg, który wróg już mocno obsadził... Dowódca armii holenderskiej, Winkelman, zażądał zaprzestania walk, ale wiadomo że flota królowej Wilhelminy będzie nadal bronić kolonii holenderskich .

Uważa się, że Niemcy mają co najmniej dziesięć tysięcy czołgów, my mamy ich tylko siedemset. Jeśli chodzi o stosunek samolotów, to wynosi on w przybliżeniu jeden samolot francuski na dziewięć niemieckich.

(...) Sedan był wyborem celowym, z założeniem, że w każdej chwili może nastąpić kontrofensywa, która zagrozi flankom wroga; jednak, według zebranych informacji nie było mowy o tak zakrojonym na szeroką skalę przedsięwzięciu. Niemniej jednak tłum nie mógł się powstrzymać od wyobrażenia sobie powtórki "cudu", jakby cuda mogły się powtarzać na zawołanie!

Generał Giraud dowodzi Dziewiątą Armią, po tym jak Corap został odwołany. Odwrót armii, która wkroczyła do Belgii, wydaje się bardzo trudny. Co ciekawe, ustalono, że podczas natarcia armia ta nie została zbombardowana przez Niemców… Król Belgów nadal odmawia podporządkowania swojej armii francuskiemu dowódcy: jest to zasada "każdy sam dla siebie" z przedwojennej dyplomacji , która obecnie rozciąga się na sprawy wojskowe.


DALSZĄ CZĘŚĆ PAMIĘTNIKA de SAINT-JEAN'A BĘDĘ KONTYNUOWAŁ W KOLEJNYCH CZĘŚCIACH I POPROWADZĘ GO AŻ DO KAPITULACJI FRANCJI W CZERWCU 1940 r.



STYCZEŃ 1939
Cz. II




2 stycznia amerykański tygodnik społeczno-polityczny "Time" w okładkowym artykule pt. "Adolf Hitler, the man of the year 1938" napisał: "Najważniejsze wydarzenia 1938 r. miały miejsce 29 września, kiedy czterej politycy spotkali się w rezydencji Führera w Monachium, żeby przerysować mapę Europy. Na tę historyczną konferencję przybyli premier Wielkiej Brytanii Neville Chamberlain, premier Francji Éduard Daladier, dyktator Włoch Benito Mussolini. Jednak wbrew pozorom najważniejszą postacią w Monachium był niemiecki gospodarz Adolf Hitler. Wódz narodu niemieckiego, naczelny dowódca niemieckiej armii, marynarki wojennej i lotnictwa, kanclerz III Rzeszy, pan Hitler zebrał tego dnia w Monachium żniwo zuchwałej, prowokacyjnej, bezwzględnej polityki, którą prowadził przez 5 i pół roku. Złamał postanowienia traktatu wersalskiego. Uzbroił Niemców po zęby, ukradł Austrię na oczach przerażonego i bezsilnego świata. Wszystkie te wydarzenia wstrząsnęły narodami, które zaledwie 20 lat temu pokonały Niemców na polach bitwy. Nic tak jednak nie przestraszyło świata, jak bezwzględne metodyczne działania nazistów wobec Czechosłowacji, które latem i jesienią ubiegłego roku zagroziły wojną światową. Kiedy więc bez rozlewu krwi Hitler obrócił Czechosłowację w swoje marionetkowe państwo, wymusił drastyczną rewizję europejskich sojuszów obronnych i uzyskał obietnicę od Wielkiej Brytanii (a potem Francji) o wolnej ręce w Europie Wschodniej, bez wątpienia stał się człowiekiem roku 1938. Większość innych postaci wraz z końcem roku traciła na znaczeniu".




W nocy z 1 na 2 stycznia zmarł Roman Dmowski (ur. w 1864 r.) polski polityk, dyplomata, przywódca obozu narodowego. Zmarł w majątku swoich przyjaciół Marii z Lutosławskich i Mieczysława Niklewiczów w Drozdowie na ziemi łomżyńskiej. Pierwotnie przywódcy Stronnictwa Narodowego (Kazimierz Kowalski i prof. Władysław Folkierski) zamierzali uzyskać zgodę od prymasa kardynała Augusta Hlonda, aby ciało Romana Dmowskiego złożyć w poznańskiej Złotej Kaplicy Bolesława Chrobrego, lecz gdy kardynał odmówił, uznano że ciało przywódcy obozu narodowego spocznie w grobie rodzinnym na bródnowskim cmentarzu w Warszawie. 4 stycznia trumna z ciałem Dmowskiego została wystawiona we dworze Niklewiczów (w salonie przerobionym na kaplicę). Przed budynkiem gromadziła się spora grupa ludzi którzy po raz ostatni chcieli pożegnać Dmowskiego. Następnie trumnę przeniesiono na sanki i konno zwieziono do katedry łomżyńskiej. 

Izabella z Lutosławskich-Wolikowa (siostra Marii) tak zanotowała to wydarzenie w swoim pamiętniku: "Kiedy orszak wkracza w ulice miasta, za trumną idą już ogromne tłumy. W takt marsza żałobnego Chopina kondukt z trudem posuwa się naprzód. Trumnę z ramion działaczy narodowych przejęli przedstawiciele obywatelstwa łomżyńskiego. W bogato przybranej katedrze złożono na wyniosłym katafalku zwłoki Wielkiego Polaka. Obok ustawiono dwa wielkie miecze Chrobrego, okryte czernią". Po uroczystościach żałobnych w Łomży, trumnę z ciałem Dmowskiego ustawiono w wagonie-kaplicy pociągu udającego się do Warszawy. Po drodze (podobnie jak prawie cztery lata wcześniej w owe dni majowe 1935 r. gdy żegnano Marszałka Józefa Piłsudskiego - który jednocześnie był antagonistą Dmowskiego, choć wydaje się że ów spór obu panów trwał bez wzajemnej nienawiści. Spotkali się po raz pierwszy jeszcze w 1893 r. w Wilnie, a poróżniła ich głównie miłość do tej samej kobiety - Marii Juszkiewiczowej. Zwycięsko z tego boju wyszedł Piłsudski, a Maria sześć lat później została jego żoną. Poza tym różniły ich też kierunki polityki zagranicznej, Piłsudski twierdził bowiem że przede wszystkim należy rozbić Imperium Rosyjskie, bo bez tego nie narodzi się wolna Polska, Dmowski zaś największe zagrożenie widział w Niemcach. Piłsudski również dążył do odbudowy nowej Rzeczypospolitej Jagiellońskiej, Dmowski zaś uważał że należy inkorporować zajęte terytoria i je "spalszczać", a tych których nie da się spolszczyć - odrzucić (innymi słowy te ziemie na Wschodzie, gdzie żywioł niepolski dominowałby nad polskim i nie byłoby szans na jego polonizację, należało oddać Rosji).

Jednak w książce "Myśli nowoczesnego Polaka" z 1903 r. (Notabene, z tego co słyszałem od swoich znajomych z Niemiec, to dopiero niedawno została ta książka przetłumaczona na język niemiecki) znalazło się wiele odniesień Dmowskiego, które doskonale można przełożyć na czasy współczesne. Jak choćby te: "W społeczeństwie naszym, nawet wśród szlachetniejszej jego części oświeconej, jest o wiele więcej kosmopolitów, niż nam się zdaje (...) zamiast bliskiego sobie społeczeństwa stawiają sobie na ołtarzu oderwaną ludzkość z jej niepochwytnymi prawami i interesami, zamiast realnego życia - fikcję, która nic w życiu nie zawadza, bo do niczego nie zobowiązuje". Albo: "Wszystko co polskie jest moje: niczego się wyrzec nie mogę. Wolno mi być dumnym z tego, co w Polsce jest wielkie, ale muszę przyjąć i upokorzenie, które spada na naród za to, co jest w nim marne". Albo: "Na głębszych podstawach oparty patriotyzm nie potrzebuje też żywić się i wspierać przekonaniem o wyższości swego narodu nad innymi, a poczucie niższości własnego narodu pod jakimkolwiek względem nie może zmniejszyć jego moralnej siły". Albo: "Najpopularniejsze u nas hasło: nie drażnić wrogów - jest hasłem narodu pragnącego sobie zapewnić spokojną wegetację, nie życie, bo wszelkie przejawy naszego życia, naszej energii czynnej z natury rzeczy najsilniej tych wrogów drażnią". Albo: "Nasza moralność narodowa przy pewnym jałowym sentymentalizmie dziś polega przeważnie na braku zupełnym czynnej miłości ojczyzny". Trudno się nie podpisać pod tymi stwierdzeniami.

Tak więc po drodze trasy pociągu z trumną Romana Dmowskiego zbierały się olbrzymie tłumy. 6 stycznia trumna została umieszczona w kaplicy katedralnej w Warszawie, a uroczystość pożegnalna odbyła się w owej katedrze 7 stycznia (nabożeństwo transmitowano również za pomocą głośników na Rynku Starego Miasta i na ulicy Świętojańskiej). Następnie ruszył kondukt żałobny (który otwierało 58 kapłanów) idący na cmentarz bródnowski. Było mnóstwo najróżniejszych stowarzyszeń (na czele oczywiście ze Stronnictwem Narodowym), obecny był również były prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski. W sumie kondukt żałobny tworzyło jakieś 100 tys. ludzi (nie było tylko prezydenta Ignacego Mościckiego i członków rządu - mimo wszystko... nie rozumiem - dlaczego). Ojciec Bonawentura Podhorecki tak scharakteryzował postać Romana Dmowskiego: "Szanując jednostkę, szanował naród. Widział w narodzie twór Boży, wierzył w posłannictwo narodu i starał się je z tła dziejów odczytać. Mimo że znał wady swego narodu na wylot, nigdy narodu swego z błotem nie zmieszał, nigdy nie opluł. Naród nie był dlań stadem zwierząt, które trzeba popędzać batem, ale zbiorem wolnych jednostek, które należy wychowywać podsuwaniem wartości i stawianiem ideałów przed oczy".




5 stycznia w Obersalzbergu minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej Józef Beck spotkał się z kanclerzem Rzeszy Adolfem Hitlerem. Tak tę wizytę opisywał "Ilustrowany Kurier Codzienny" (czyli popularny "Ikac"): "Wizyta ministra Becka u kanclerza Hitlera nie jest nagłą niespodzianką, lecz logiczną konsekwencją polskiej polityki zagranicznej i stosunków łączących Polskę z Rzeszą... Przyjęcie, jakiego minister Beck doznał w Obersalzbergu i okazane mu honory uważane są za wyrazy dążenia rządu Rzeszy do utrzymania z Polską jak najbardziej przyjaznych stosunków". Tak naprawdę podczas tego spotkania Hitler zdecydowanie postawił kwestię zwrotu Niemcom Gdańska i budowy eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez polskie Pomorze do Prus Wschodnich. Stwierdził: "Gdańsk jest niemiecki, zawsze pozostanie niemiecki i wcześniej czy później stanie się cząstką Niemiec". Dodał jednak że Niemcom zależy na dobrych stosunkach z Polską i nie zamierzają wszczynać z tego powodu wojny. Beck odmówił przyłączenia Gdańska do Rzeszy, a w swych pamiętnikach zapisał: "Po mojej spokojnej, ale uzasadnionej odmowie cofnął się jeszcze, tym razem nie stawiając sztywnych formuł ani definitywnych żądań". 6 września Józef Beck spotyka się z ministrem spraw zagranicznych Rzeszy - Joachimem von Ribbentropem i on raz jeszcze formułuje te same żądania co dzień wcześniej Hitler, tylko w ostrzejszej formie. Beck raz jeszcze odmawia, ale po powrocie do Warszawy zdaje relację prezydentowi i marszałkowi Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu ze swych niemieckich negocjacji, podkreślając że to wszystko może prowadzić do wojny. Podczas narady na Zamku zapada ostateczna decyzja co do dalszego postępowania w kwestii niemieckich żądań - po pierwsze stanowczość, po drugie zachowanie spokoju i określenie wyraźnej granicy między prowokacją a non possumus. Przyjęcie niemieckich żądań byłoby bowiem jednoznaczne z uznaniem Polski za wasala lub też satelitę Niemiec, a na to ludzie którzy 20 lat wcześniej odzyskali niepodległą Polskę nie mogli sobie pozwolić.

7 stycznia w "Kurierze Warszawskim" ksiądz doktor Zygmunt Wędłowski ubolewa nad niepokojącymi przesłankami w kwestii przyrostu naturalnego, pisząc: "Jednym z najbardziej niepokojących przejawów naszego życia narodowego jest spadek przyrostu naturalnego (...) Ojcostwo i macierzyństwo staje się pogardzane i znienawidzone. Strach przed dzieckiem przeradza się w nienawiść do dziecka. Dziełem tej nienawiści jest wielkie żniwo śmierci nienarodzonych. I u nas wytworzony stan rzeczy musi budzić przerażenie. Czystość pojęć o celu małżeństwa zanika w Polsce coraz bardziej. Przewrotność występku w tej dziedzinie zaczyna tracić swą grozę. Ludzie przestają się już wstydzić czynów przeciwnych naturze. Odwrotnie, wyrafinowana propaganda, idąca pod hasłem tak zwanego świadomego macierzyństwa, uczyniła z tych występów przedmiot mody, wyraz rzekomego postępu społecznego i kulturalnego (...) te występki zyskują coraz szersze prawo obywatelstwa i bywają przez niektórych podnoszone do rangi nowego obyczaju narodowego. Szerzą się one nie tylko wśród naszej inteligencji, ale dzięki propagandzie przeniknęły do sfer robotniczych i na wieś (...) polska rodzina, będąca dotychczas obrazem zdrowia moralnego i płodności, zaczyna ulegać tej chorobie. Coraz mniej małżeństw i coraz mniej dzieci". No proszę, jakby wyjęte ze współczesności.

8 stycznia pilot Tadeusz Góra został uhonorowany najwyższym odznaczeniem szybowniczym przyznawanym przez Międzynarodową Federację Lotniczą - medalem Otto Lilienthala (medal ten został wówczas wręczony po raz pierwszy). Tadeusz Góra zdobył go, wykonując w maju poprzedniego roku swobodny przelot szybowcem PWS-101 na trasie o długości 577 km. między Bezmiechową Górną w Bieszczadach a Solecznikami. Był też szykowany na planowaną w 1940 r. Olimpiadę w Helsinkach. We wrześniu 1939 r. dostał się do niewoli sowieckiej, z której zbiegł i po licznych perypetiach dotarł do Wielkiej Brytanii. Tam latał w polskich dywizjonach myśliwskich 305, 306 i 315, zaś na liście zwycięstw powietrznych znalazł się na 220 pozycji (na 447 miejsc). Po wojnie w stopniu porucznika wrócił do Polski (a raczej do polskiej komunistycznej rzeczywistości). W 2007 r. dostał awans na generała brygady w stanie spoczynku.


POLACY TWORZYLI NAJBARDZIEJ SKUTECZNE FORMACJE BOJOWE W BITWIE LOTNICZEJ O WIELKĄ BRYTANIĘ W ROKU 1940



11 stycznia w pamiętniku Romany Oszczakiewicz znalazł się zapis: "Zwlekałam z rozpoczęciem w tym roku notatek chcąc ten rok zapoczątkować na wesoło. Właściwie mogłabym, bo życie dało mi wiele różnych radości, ale moje samopoczucie pozbawia mnie beztroskiego tonu. Może winę ponosi za to brak zdrowia. Dziwnie jednak podobny jest mój niepokój, a nawet strach z okresu, jaki poprzedzał nagłą śmierć Marszałka. Świadomość tego podobieństwa potęguje jeszcze trwożne oczekiwanie czegoś przykrego. Przykrego to określenie nieudolne, ale nie chcę roztrząsać nastrojów wynikłych być może z neurastenii. Parę dni temu minister Beck wracając z wczasów na wybrzeżu francuskim zatrzymał się w Niemczech. Bardzo serdeczna rozmowa z Hitlerem trwała trzy godziny. Mimo tej serdeczności gazety nadal donoszą o ekscesach niemieckich. A nasza delegacja, która pojechała do Berlina w sprawie nieszczęśliwej mniejszości Polskiej wróciła z niczem. Wyszła też broszura niemiecka w języku angielskim skierowana przeciwko Polsce z mapką, na której Pomorze i Poznańskie należą do Niemiec, a wschodnia część kraju do Ukraińców. O czym więc mówił Beck z Hitlerem? Czy Beck jest patriotą, czy zdrajcą?"
 



14 stycznia w Hotelu Europejskim w Warszawie już po raz 16 bawiono się na balu mody, zorganizowanym przez Związek Autorów Dramatycznych. Było to wydarzenie na które przygotowywały się już od listopada-grudnia roku poprzedniego nie tylko domy mody, ale również światek artystyczny i polityczny ówczesnej Rzeczypospolitej. Szykowano sobie wspaniałe kreacje na to wydarzenie, gdyż ukoronowaniem owego balu miał być wybór królowej mody i balu, a w roku 1939 została nią 40-letnia aktorka Maria Malicka (właścicielka Teatru Malickiej, znajdującego się przy ul. Marszałkowskiej 8 w Warszawie). Jej koronkowa krynolina (z domu mody Goussin Cattley), wzbudziła powszechny zachwyt. Królową piękności została zaś aktorka i tancerka Loda Halama, a magistrem elegancji dziennikarz Stefan Kwaśniewski (zginie walcząc w Powstaniu Warszawskim 2 października 1944 r., już po zawieszeniu broni), który wystąpił we fraku od Ludwika Jasieńskiego.


LODA (ALICJA) HALAMA Z CZESŁAWEM KONARSKIM NA SCENIE PODCZAS TAŃCA MEKSYKAŃSKIEGO



CDN.

30 czerwca 2026

MEMORIAM - Cz. XXI

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. VI






CO Z TYM WSCHODEM?


 Po podpisaniu pokoju w Dardanos (85 r. p.n.e.) wydawało się że konflikt Rzymu z królem Pontu - Mitrydatesem VI Eupatorem ostatecznie się zakończył, ale ci, którzy tak myśleli byli w wielkim błędzie. Po pierwsze pokój z Dardanos (król Pontu musiał zrezygnować ze wszystkich swoich dotychczasowych zdobyczy w Azji Mniejszej, uznać Grecję i prowincję Azję za część składową Imperium Romanum, zapłacić 3000 talentów odszkodowania i wydać Rzymianom całą swoją flotę) nie satysfakcjonował żadnej ze stron; Mitrydates wciąż pozostawał najpotężniejszym władcą hellenistycznego Wschodu i czekał sposobności ponownego podporządkowania sobie reszty małoazjatyckich królestw; rzymski Senat zaś nie mógł ścierpieć faktu, iż zmuszony był pozostawić u władzy króla, który dopuścił się nieprawdopodobnych zbrodni na Rzymianach i Italikach zamieszkujących prowincję Azję (dawne Królestwo Pergamonu - "Państwo Słońca" jak o nim mawiano jeszcze w czasach hellenistycznych). Dla obu stron było więc pewne, że zawarty w Dardanos pokój był jedynie krótkotrwałym zawieszeniem broni, celem wzmocnienia się obu stron przed kolejnym starciem. O tym, że Rzymianie nie zamierzają odpuścić, przekonał się Mitrydates już w dwa lata później, gdy namiestnik Azji - Lucjusz Licyniusz Murena zaatakował jego królestwo (83 r. p.n.e.) pod pozorem niewypełnienia postanowień traktatu z Dardanos. Atak ten został odparty, ale to wcale nie zniechęciło Mureny do dalszych działań i już w następnym roku (82 p.n.e.) ponownie zaatakował Pont, tym razem pod pretekstem zawarcia przez Mitrydatesa sojuszu z władcą Kapadocji - Ariobarzanesem. I ten atak został odparty, zaś nie mogąc liczyć na wsparcie Rzymu i Italii (w której to toczyła się wojna domowa optymatów z popularami), a także buntem Sertoriusza w Hiszpanii, Murena został zmuszony na początku 81 r. p.n.e. do ponownego zawarcia pokoju ze znienawidzonym królem Pontu, ale nie chcąc się z nim widzieć twarzą w twarz, uczynił to przez pośrednika (wybrał do tego zadania władcę Kapadocji - Ariobarzanesa, z którym wcześniej Mitrydates zawarł sojusz; teraz zaś Ariobarzanes występował w roli pośrednika pomiędzy Rzymem a Pontem i w imieniu Republiki podpisał pokój).




Ta krótkotrwała wojenka (zwana w historiografii szumnie "Drugą wojną z Mitrydatesem") zakończyła się ostatecznie sukcesem króla Pontu, jako że podporządkował on sobie plemiona żyjące w rejonie Bosforu, które już wcześniej pragnął ujarzmić. Murena zaś (człowiek Sulli, pozostawiony w charakterze namiestnika Azji w 84 r. p.n.e. i mający pilnować na Wschodzie interesów dyktatora) większe sukcesy odniósł w walkach z piratami na morzu, niż z królem Pontu. W 83 r. p.n.e. (tuż przed atakiem na Mitrydatesa) kazał on umieścić trzy kamienne inskrypcje w języku greckim (w Kaunos, na Rodos i w Mesenii) w których to nazywał się: "Dobroczyńcą", "Opiekunem" i "Zbawcą" Hellady; a owym zbawcą stać się miał właśnie po pokonaniu karyjskich piratów pod wodzą Moagetesa, tyrana Kibyry. Nie wiadomo na ile jest to prawdziwe osiągnięcie, jako że Kibyrowie raczej nie parali się piractwem, zaś sam Moagetes (choć rzeczywiście był tyranem tertapolis w południowej Anatolii - rejon ten na wyżej zaprezentowanej mapce oznaczony jest słowem "Pirates" i leży na zachód i północ od Licji), najprawdopodobniej nie przewodził piratom (tutaj jednak należy poprzestać na domysłach, jako że z braku źródeł nie mam na ten temat pełnej wiedzy). W każdym razie Murena ogłosił się pogromcą piratów i tak już zostało, zaś po niepowodzeniu ataku na Pont i zakończeniu swego namiestnictwa, powrócił on do Italii (81 r. p.n.e.) nie rozwiązawszy wielu istotnych spraw, wciąż gnębiących tamtejszych Rzymian i Greków (np. nierozwiązana kwestia miasta Mityleny na Lesbos), za to w glorii sławy "pogromcy piratów". Jego miejsce w prowincji Azji zajął Marek Minucjusz Termus, który szybko rozgościł się na Wschodzie (szczególnie zaś w pięknej willi w Kolofonie, z której to był wspaniały widok na miejscowy port; podziwiał go - przybyły tam również w 81 r. p.n.e. - 19-letni wówczas Gajusz Juliusz Cezar. Cezarowi bardzo się tam spodobało, szczególnie że to właśnie w Kolofonie (mieście leżącym na północny-zachód od Efezu) po raz pierwszy zetknął się ze zbytkiem i (często) zniewieściałością Orientu, jakże różnej od życia w Rzymie, gdzie wciąż jeszcze ideałem była chłopska pracowitość, oszczędność, ofiarność dla sprawy publicznej i męstwo. Podstawowe cechy Rzymianina brzmiały: Wierność, Męstwo i Praca (swoją drogą Timagenes - grecki historyk i retor z Aleksandrii, wzięty przez Rzymian jako jeniec w 55 r. p.n.e. i potem wyzwolony przez Oktawiana Augusta - jako przyczynę upadku hellenistycznych królestw upatrywał (m.in.) ich zniewieściałość i pod tym względem skrycie podziwiał Rzymian, którzy wciąż utrzymali dawne, patriarchalne cnoty, dzięki którym ich kraj stał się potęgą. Timagenes jednak - choć pół życia spędził w Rzymie - nigdy nie uległ urokowi tego miasta i zawsze gdy Rzymianie toczyli boje z jakimś ludem na Wschodzie, brał stronę owych "barbarzyńców". Kiedyś stwierdził nawet, że pożary Rzymu smucą go tylko z tego powodu, że na miejsce starych gmachów, powstaną nowe, jeszcze wspanialsze. Wyzwolony przez Oktawiana, należał do ścisłej elity intelektualnej ówczesnego Rzymu, którego do swej śmierci nie przestał nienawidzić).




Nowy rzymski namiestnik Azji wytyczył sobie cel ostatecznego zdobycia Mityleny - miasta na wyspie Lesbos, które (w 88 r. p.n.e.) przyłączyło się do Mitrydatesa VI i które do tej pory było wrogie Rzymowi, niczym bolesna zadra tkwiąca w palcu. Co prawda Minucjusz Termus posiadał sporą flotę (rozbudował ją Murena), ale wydawała się ona niewystarczająca do całkowitego odcięcia miasta i zmuszenia go do kapitulacji, dlatego też wysłał młodego Cezara na dwór króla Bitynii - Nikomedesa IV. Tam też, w Nikomedii Cezara olśnił zbytek Wschodu, którego nie widział nawet w Kolofonie. Na jego powitanie Nikomedes nakazał rozsypać po drodze płatki róż, zaś mijane marmurowe posągi z pozłacanymi obręczami, sprawiały wrażenie niezwykłości a nawet nieziemskości. Jakże inaczej było w surowym Rzymie, gdzie budynki były wznoszone w najprostszy sposób z myślą głównie o użyteczności sakralnej i codziennej. Jakże złe wrażenie robił na tym młodym człowieku jego rodzinny Rzym, gdzie nieczystości były wylewane wprost na ulice, a samo miasto wciąż przypominało dużą wieś otoczoną pewną ilością murowanych świątyń i gmachów publicznych, niż typową hellenistyczną metropolię. Tu, w Nikomedii Cezar nie widział chodzących po ulicach kur, kóz czy świń, których w Rzymie było mnóstwo i które nie rzadko wchodziły do domów co poniektórych mieszkańców grodu Romulusa. Tam, w pałacu Nikomedesa Cezar stracić miał kontrolę i oddać się wyuzdanym orgiom, które przygotował dla niego władca Bitynii i ponoś oddawał się tam "miłości greckiej", która w świecie hellenistycznym nie była już uważana za niewłaściwą (choć wcześniej homoseksualizm był w Grecji często praktykowany, ale głównie dotyczył relacji pan-niewolnik lub dorosły mężczyzna-chłopiec, zaś w epoce hellenistycznej te zasady moralne już dawno ustąpiły i nikt nie zwracał uwagi na detale "męsko-męskiej miłości"), jednak wśród Rzymian nie było to popularne ani akceptowane (pisałem już kiedyś o tym, jak siostrzeniec Sulli zakochał się w pewnym oficerze, a jego "amory" były zbyt nachalne, co doprowadziło do śmierci owego młodzieńca. Sulla nie tylko nie zganił owego żołnierza i nie ukarał go za zabójstwo, ale dowiedziawszy się powodu zabicia swego siostrzeńca, przyznał mu jeszcze nagrodę), dlatego też, gdy Cezar powrócił z Nikomedii, za nim już podążała plotka, jakoby stał się tam kochankiem króla Nikomedesa i żołnierze Minucjusza Termusa żartowali sobie, mówiąc o młodym Cezarze: "Oto kochanka Nikomedesa, oto królowa Bitynii". W każdym razie Cezar sprowadził z Nikomedii potrzebną Termusowi flotę, przy pomocy której ów wódz zmusił Mitylenę do kapitulacji (80 r. p.n.e.). Wkrótce potem Termus został odwołany z namiestnictwa w Azji i wrócił do Rzymu (zaś Cezar - na krótko - powrócił... na dwór Nikomedesa 🥴). Jego miejsce zajął (79 r. p.n.e.) prokonsul Gajusz Klaudiusz Neron - za którego rządów powstała nowa rzymska prowincja - Cylicja, obejmująca ziemie Pamfilii i Cylicji Górzystej, zaś bez terenów Cylicji właściwej - przeto nowa prowincja nie odzwierciedlała prawdziwego zasięgu owej krainy; zaś pierwszym jej namiestnikiem został wybrany Gnejusz Korneliusz Dolabella.




W roku 78 p.n.e. król Mitrydates Eupator postanowił jakoś porozumieć się z Rzymianami i poprosić Senat o przyznanie mu statusu "przyjaciela" ("amicus") Ludu Rzymskiego, ale wysłanych posłów nie miał kto przyjąć i Senat odmówił im posłuchania (stwierdzono wówczas że senatorowie są zbyt zajęci by przyjąć posłów, co było jawną deklaracją nieprzyjaźni i publicznym policzkiem wymierzonym człowiekowi, który dziesięć lat wcześniej nakazał wymordowanie wszystkich Rzymian i Italików w zdobytej przez siebie prowincji Azji). Gest ten był nad wyraz jasny i widoczny dla wszystkich - Rzym nie ma zamiaru czynić z mordercy swego przyjaciela i wciąż traktuje go jako wroga ("hostis"), a nie wszczyna z nim wojny tylko dlatego że zajęty jest na innych frontach, ale gdy tylko się umocni, natychmiast odnowi wojnę z Pontem. Wiedział o tym sam Mitrydates (który w rozmowie z królem Partów otwarcie przyznał: "Rzym nie zaatakował mnie wówczas tylko dlatego, że przeszkodziły mu w tym kłopoty w innych częściach tego państwa"). Wojna była więc pewna i należało dobrze się do niej przygotować i król Pontu tak właśnie uczynił. Zlikwidował nieefektywne wielojęzyczne, niezdyscyplinowane oddziały, zastępując je karnymi jednostkami sformowanymi na kształt rzymskiego legionu. Również w polityce Mitrydates dobrze przygotował się do pewnej konfrontacji z Rzymem, zawiązując sojusze z wieloma państwami i ludami (swoje córki: Nysę i Mitridatis wydał za faraona Ptolemeusza XII Auletesa [ojca królowej Kleopatry VII] i jego brata Ptolemeusza władcę Cypru; ten jednak sojusz, gdy już przyszło do wojny - na niewiele się zdał, jako że Egipt był wówczas politycznie i militarnie uzależniony od Rzymu, a Rzym uzależniony był od dostaw egipskiego zboża). Sprzymierzył się Mitrydates z Sarmatami, Scytami z Azji, z mieszkańcami Taurydy, z Trakami i oczywiście z... piratami, którzy już w poprzednich wojnach wyświadczali mu spore usługi. W 75 r. p.n.e. posłał Mitrydates do Hiszpanii dwóch byłych żołnierzy z armii Gajusza Flawiusza Fimbrii (stronnika Cynny i Mariusza, wysłanego w 86 r. p.n.e. na Wschód do walki zarówno z królem Mitrydatesem, jak i z Korneliuszem Sullą), byli to: Lucjusz Magiusz i Lucjusz Fanniusz; ich celem było zawarcie sojuszu z rzymskim renegatem Kwintusem Sertoriuszem (byłym oficerem Gajusza Mariusza, od 80 r. p.n.e. sprawującym niepodzielną władzę quasi-królewską w Hiszpanii i toczącym wojnę z Rzymem, oraz zwycięskim stronnictwem optymatów dyktatora Sulli). I tak właśnie się stało, Sertoriusz posłał Mitrydatesowi jednego ze swoich oficerów - Marka Mariusza (który miał koordynować przekształcenie armii pontyjskiej na sposób rzymski), oraz oddał królowi wolną rękę w Bitynii, Kapadocji, Galacji i Paflagonii w zamian za co król Pontu obiecał Sertoriuszowi posłanie pieniędzy i okrętów do Hiszpanii (tak mówi oficjalny przekaz historyczny, realnie jednak należy pamiętać że Sertoriusz mimo wszystko nie był zdrajcą, a to, czego by się dopuścił w tym układzie, było jawną zdradą rzymskich interesów a przede wszystkim zdradą Ludu Rzymskiego. Wydaje się więc że sojusz z Mitrydatesem - jeśli w ogóle do niego doszło - był efemeryczny).


MITRYDATES VI EUPATOR



Rzymianie wciąż jednak nie podejmowali rzuconej im rękawicy i choć w prowincji Azji stacjonowały dwa legiony, nie poczyniono wówczas większych przygotowań do obrony, sądząc zapewne że władca Pontu nie zdecyduje się na atak. W tym czasie walki toczyły się na innych ziemiach rzymskiego Wschodu i tak w 77 r. p.n.e. nowy namiestnik Cylicji - Publiusz Serwiliusz Watia zajął wybrzeża Licji i Pamfilii, umacniając tym samym granice swojej prowincji; zaś namiestnik Macedonii - Appiusz Klaudiusz Pulcher skutecznie walczył z ludami Skodrysków i Rodopanami. W 75 r. p.n.e. nowy namiestnik Macedonii - Gajusz Skryboniusz Kurion rozpoczął kampanię przeciwko Dardanom (ludowi zamieszkującemu ziemie dzisiejszej południowej Albanii i Macedonii), a w ciężkich walkach dotarł wówczas aż do Dunaju (prawdopodobnie po raz pierwszy w rzymskich dziejach), ale zdobyczy swoich nie był w stanie utrzymać, jako że wojsko odmówiło dalszej walki (jak pisał Fronton: "Gdy konsul Gajusz Kurion prowadził kampanię przeciwko Dardanom w okolicach Dyrrachium, jeden z pięciu legionów wszczął bunt, odmówił dalszej służby i stwierdził, że nie będzie brał udziału w trudnej i niebezpiecznej ekspedycji, rozkazał pozostałym czterem legionom uzbroić się i stanąć w szyku pod bronią, tak, jak do bitwy"). Bunt ten został stłumiony siłą (przez zastraszenie mniejszej liczby buntowników, część żołnierzy została ukarana - nie wiadomo jednak w jaki sposób - wiadomo tylko że zbuntowany legion brał udział w walkach już kilka lat i żołnierzom nie uśmiechało się dalej walczyć z "barbarzyńskimi" plemionami i pragnęli zostać wycofani na tyły. Swoją drogą takie bunty w armii rzymskiej wcale nie należały do rzadkości i żołnierze buntowali się dość często przeciwko wojnom, których nie pojmowali i poświęceniu, którego wówczas od nich wymagano). Jednak zdobycze Kuriona w kraju Dardanów przepadły. W owym 75 r. p.n.e. namiestnik Cylicji dalej kontynuował walki i doszedł do gór Taurus, pokonując tam lud Izaurów. A tymczasem w Poncie trwały gorączkowe przygotowania do wojny, wykuwano broń, masowo ścinano lasy pod budowę nowych okrętów i szkolono rekrutów. Mitrydates wiedział że ta konfrontacja zadecyduje o przyszłości Wschodu na kilka dekad i czynił wszystko, by usunąć jakiekolwiek błędy i niedoskonałości w swojej armii, które w poprzednich latach były powodem jego militarnych klęsk w starciu z rzymską machiną wojenną.




A tymczasem w 74 r. p.n.e. w Nikomedii ostatnie tchnienie wydał stary zbereźnik, król Bitynii - Nikomedes IV Filopator (który utrzymywał w swoim pałacu harem złożony z młodych niewolników obojga płci i który swym zbytkiem i nieskrępowaną niczym seksualną ekspresją tak zauroczył Cezara). Ponieważ Nikomedes (pomimo "bzykania" wszystkiego na prawo i lewo) nie pozostawił po sobie następców (ponoć nie miał też i córek), w swym testamencie całe Królestwo zapisał Rzymowi (podobnie jak prawie sześćdziesiąt lat wcześniej uczynił król Pergamonu - Attalos III Euergetes). Teraz, namiestnik prowincji Azja - Marek Junkus Sylanus przygotowywał się do przejęcia Bitynii i zamienienia jej w kolejną rzymską prowincję, ale opanowanie tej ziemi oznaczałoby że Rzymianie całkowicie kontrolowaliby cieśniny wychodzące z Pontus Euxinus (Morza Czarnego) na Morze Trackie i Morze Egejskie, a to doprowadziłoby do zamknięcia Pontu w "kotle" z którego trudno byłoby się wydostać. Dlatego też Mitrydates nie uznał testamentu Nikomedesa i sprzeciwił się opanowaniu tej krainy przez Rzymian (sam bowiem miał ochotę zająć tę ziemię i to niekoniecznie w wyniku podboju, uważał bowiem że również ma prawo do tronu bityńskiego i to jemu właśnie - po śmierci ostatniego króla z rodu Basydów - przypaść powinna korona). W Rzymie tymczasem w owym 74 r. p.n.e. konsulat sprawowali - Marek Aureliusz Kotta i Lucjusz Licyniusz Lukullus, który w czasach Sulli wsławił się walkami z królem Pontu i teraz pragnął powtórzyć i powiększyć swą sławę. Wojna jednak wciąż nie była oficjalnie rozpoczęta, a król Mitrydates - niezwykle ostrożny - nie zamierzał zaczynać konfliktu bez pomocy swych sojuszników i czekał na ich przybycie do Pontu. Głównym portem kraju (i miejscem w którym najczęściej przebywał Mitrydates ze swoim dworem) była Synopa (ponoć Mitrydates z tamtejszego pałacu miał widok nie tylko na port i morze, ale również na pobliską lagunę), którą od reszty kraju oddzielała rzeka Halys. Synopa leżała zaś w kraju zwanym Paflagonia, którego to północne regiony opanowali Pontyjczycy, ale reszta tej krainy mogła sprawiać pewne problemy w przypadku dotarcia sojuszniczych kontyngentów do Synopy, dlatego też pierwszym zadaniem Mitrydatesa stało się opanowanie całej Paflagonii. Była to nieduża kraina, leżąca na wschód od Bitynii, ale miała kluczowe znaczenie pod względem strategicznym, dlatego też szybkim marszem władca Pontu opanował Gangrę (stolicę i największe miasto Paflagonii), przyłączając tę krainę do swego Królestwa. Tak oto Junkus Sylanus zaczął urządzać się w Bitynii, zaś Mitrydates w Paflagonii i zarówno jedna jak i druga strona nie zamierzały tego tolerować. Dla Rzymian wreszcie pojawiła się okazja wyeliminowania mordercy kobiet i dzieci (okrucieństwo jakiego dopuścili się wówczas Pontyńczycy i ci Grecy, którzy przyłączyli się do owych mordów na Rzymianach i Italikach - w dużej liczbie starcach, kobietach i dzieciach - można porównać z tym, co działo się na Wołyniu w latach 1943-1945, tym bardziej że skala tych mordów była również ogromna), zaś dla Mitrydatesa owa wojna była okazją do zjednoczenia całej Azji Mniejszej pod swymi rządami i stworzenia tam nowego, hellenistyczno-irańskiego królestwa zdolnego zatrzymać rzymskie postępy uczynienia z Mare Internum (Morza Śródziemnego) Mare Nostrum ("Naszego" czyli rzymskiego Morza).




PS: Jako ciekawostkę warto jeszcze nadmienić, że na początku 74 r. p.n.e. Gajusz Juliusz Cezar wypłynął z Rzymu na Rodos, aby pobierać tam studia retoryczne w szkole sławnego Molona, u którego wcześniej terminował Cyceron. Po drodze jednak miał pecha, w pobliżu wysepki Farmakusa jego okręt został zaatakowany przez piratów a Cezar dostał się do ich niewoli. Pozwolili oni Cezarowi posłać swoje sługi do miast greckich, celem zebrania okupu. W tym czasie Cezar zdołał przekonać swych porywaczy że im nie ucieknie i nie trzymali go cały czas pod strażą, a nawet grywał z nimi w kości i dowcipkował. W czasie tych "przyjaznych" biesiad, niby w żartach mówił, że gdy tylko odzyska wolność, każe ich wszystkich ukrzyżować. Traktowali oni owe słowa nie jako pogróżki, a jako dobry żart, tym bardziej że młody Cezar nie tylko nie dysponował żadną siłą wojskową, ale nie pełnił też żadnego politycznego urzędu, dającego mu jakąkolwiek władzę. Ponoć piraci zażądali za uwolnienie Cezara ogromnej sumy 2 talentów, ale ten uznał to za zniewagę jego rodu (wywodzącego się przecież od Askaniusza/Julusa syna Eneasza, uciekiniera spod Troi) i podwyższył okup za siebie do... 50 talentów. Gdy po 40 dniach niewoli okup ten został zebrany i dostarczony (przez sługi Cezara) do rąk piratów, Cezar został uwolniony i odstawiony do portu w Milecie. Tam natychmiast (bez chwili wytchnienia) nakazał obsadzić okręty stojące w tamtejszym porcie opłaconymi przez siebie ochotnikami i sam wypłynął na ich czele w pościg za niedawnymi porywaczami. Zaskoczył ich przy tej samej wysepce Farmakusie (na której był przetrzymywany) i po krótkiej walce (kilka pirackich okrętów zatopiono, większość poddała się prawie bez walki) ci sami piraci stali się teraz jeńcami Cezara. Odstawił on ich do Pergamonu, gdzie wyrok na nich (zgodnie z prawem) wydać miał namiestnik prowincji Azji - Marek Junkus Sylanus. Tego jednak nie było, przebywał wówczas w Nikomedii, gdzie przygotowywał Bitynię pod przejęcie przez rzymskich prokuratorów. Cezar wysłał do niego list, żądając ukarania piratów i skazania ich na ukrzyżowanie, ale Sylanus (powodowany zapewne ambicją i zawiścią, jakoby jakiś młokos wydawał mu polecenia co też ma uczynić) oficjalnie odmówił i polecił piratów sprzedać jako niewolników. Cezar jednak nie czekał na odpowiedź namiestnika i polecił zarządcy więzienia natychmiastowe wykonanie wyroku śmierci na piratach (oczywiście deklarując że taki był rozkaz Sylanusa). Gdy więc posłaniec z Nikomedii wjeżdżał w bramy Pergamonu z listem namiestnika w sprawie piratów, ci wisieli już na krzyżach. Tak oto Cezar urzeczywistnił groźbę, która wówczas dla jego porywaczy wydawała się być zwykłą groteską.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...