WYŚWIETLENIA

12 czerwca 2026

KONCEPCJE MITTELEUROPY - Cz. I

JAK ONE WYGLĄDAŁY W TEORII
I JAK PRÓBOWANO
(I NADAL PRÓBUJE SIĘ)
REALIZOWAĆ JE W PRAKTYCE




 "Polska kultura prawna i przemiany po 1989 r. zostały zainspirowane i były wspierane przez niemiecką myśl prawniczą. Na tym opierało się konstruowanie w Polsce nowoczesnego państwa prawa, mechanizmów ochrony praw człowieka i demokracji. Na tym opieraliśmy naszą integrację europejską. Ale to powoduje - po stronie mentora - także szczególną odpowiedzialność. Jak w przypowieści z "Małego Księcia". Jeśli oswoi się zwierzątko, to nie można go później porzucić" - oto mądrości Adama Bodnara (byłego już Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego), który na spotkaniu w Getyndze w roku 2021 (wówczas jeszcze jako Rzecznik Praw Obywatelskich), na którym odebrał nagrodę Dialogpreis - przyznawaną przez Federalny Związek Towarzystw Polsko-Niemieckich, wygłosił takie właśnie zdanie, i dalej: "Aktualny kryzys w Polsce już teraz oznacza wiele złego dla Polaków, sędziów, prokuratorów, działaczy społecznych. Ale on może stać się także zarzewiem kryzysu egzystencjalnego dla Unii Europejskiej. Właśnie ze względu na tragiczne doświadczenia historyczne, właśnie na Niemcach i na Republice Federalnej Niemiec spoczywa szczególna odpowiedzialność za przyszłość Unii Europejskiej - całej Europy, w tym państw na wschód od dawnej Żelaznej Kurtyny". Oto właśnie, w najczystszej konsystencji został przedstawiony wytwór polskiej elity, stworzonej po roku 1989. Ja oczywiście rozumiem aluzje do tego, że Polska po 1989 r. została "ukształtowana" na nowo przez Niemcy, jako: "kraj taniej siły roboczej" - o czym wspominał kilka lat temu niemiecki ekonomista - Reinhard Petzold (oto link do artykułu na ten temat: "Zbudowaliśmy Polskę jako kraj taniej siły roboczej"), ale nie pojmuję ile można mieć w sobie niechęci, czy wręcz nienawiści do Narodu Polskiego, aby płaszczyć się przed tymi, od których (w takiej lub innej formie) jesteś zależny - tego nie rozumiem (inna sprawa że mamy w kraju od 14 do 17% obywateli, którzy realnie... nienawidzą Polski i wydaje mi się że to jest poważny kłopot który należy rozwiązać w ciągu kolejnych lat, jeśli nie chcemy mieć poważnych problemów). Przecież za komuny wielu Polaków wysługiwało się Moskwie dla władzy i pozycji, ale i tak ogromna większość z nich nie wchodziła Sowietom do tyłka, a i często krytykowała "porządki" panujące w Kraju Rad. Wcześniej było podobnie - magnaci i szlachta, którzy brali pieniądze od obcych dworów (by na sejmach forsować plany zgodne z linią polityczną swoich mocodawców), wcale nie byli ślepo zapatrzeni ani w Prusy, ani w Austrię, ani tym bardziej w Rosję (choć do carycy Katarzyny II odwoływano się, jako do obrończyni "wolności szlacheckich" w Rzeczpospolitej). A teraz mamy przypadki takiego skundlenia, bo przecież Adam Bodnar to nie jedyna osoba publiczna, która w sposób wręcz upokarzający wchodzi Niemcom (a obecnie również Ukraińcom) w tyłek.

Kilkanaście lat temu przeczytałem (zdaje się na łamach "Polityki") tekst prawdopodobnie Ireneusza Krzemińskiego (choć dziś już nie mam pewności czy on był jego autorem), który zatytułowany został następująco: "Mijają wieki mijają lata, a Polak ma za Odrą brata" i odnosił się do braterstwa, jakie zapanowało po upadku komunizmu między Polakami a Niemcami. Już wtedy wydało mi się to mocno naciągane (jak przysłowiowa plandeka na Żuka, w końcu Jak to mówił Bogdan Łazuka w filmie "Halo Szpicbródka": "Myśmy już różnych braci znali, Kain i Abel z Biblii, znasz?") i jakoś tak mocno podejrzane.




A potem przyszły jasne deklaracje panów: Radosława Sikorskiego - który jako Minister Spraw Zagranicznych w rządzie Donalda Tuska, wygłosił 28 listopada 2011 r. w Berlinie swoisty hołd poddańczy wobec Niemiec, twierdząc że: "... z racji rozmiarów i historii Waszego kraju, ponosicie specjalną odpowiedzialność, aby chronić pokój i demokrację na naszym kontynencie. Jak mądrze stwierdził Jurgen Habermas, "Jeśli projekt europejski upadnie, pojawi się pytanie jak wiele trzeba będzie czasu, aby odzyskać status quo. Przypomnijmy sobie rewolucję niemiecką z 1848 r.: po jej klęsce potrzeba było stu lat, aby doprowadzić do tego samego poziomu demokracji". Co, jako minister spraw zagranicznych Polski, uważam za największe zagrożenie dla bezpieczeństwa i dobrobytu Europy dziś, w dniu 28 listopada 2011 roku? Nie jest to terroryzm, nie są to Talibowie, i już na pewno nie są to niemieckie czołgi. Nie są to nawet rosyjskie rakiety, którymi groził Prezydent Miedwiediew, mówiąc, że rozmieści je na granicy Unii Europejskiej. Największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa i dobrobytu Polski byłby upadek strefy euro. I domagam się od Niemiec tego, abyście - dla dobra Waszego i naszego - pomogli tej strefie euro przetrwać i prosperować. Dobrze wiecie, że nikt inny nie jest w stanie tego zrobić. Zapewne jestem pierwszym w historii ministrem spraw zagranicznych Polski, który to powie: Mniej zaczynam się obawiać niemieckiej potęgi niż niemieckiej bezczynności. Niemcy stały się niezbędnym narodem Europy. Nie możecie sobie pozwolić na porażkę przywództwa". Zaś potem, gdy były podnoszone (jak zwykle w dość nieudolny sposób) kwestie odszkodowania, jakie Niemcy winni są Polsce za II Wojnę Światową, za zniszczenia, obozy, za deportacje ludności, za  kradzież i germanizację polskich dzieci, a przede wszystkim za masowe zbrodnie i śmierć milionów ludzkich istnień (Ja jestem przekonany że - poczynając od dziś, aby nie doprowadzić do całkowitej katastrofy niemieckiego budżetu - lekko licząc przez kolejne tysiąc lat Niemcy nie byliby w stanie spłacić swoich win wobec Polski), to wówczas pan Sikorski stwierdził również że: ""Niemcy stracili na naszą rzecz 20 proc. swego przedwojennego terytorium"". Argument zupełnie niepasujący do kontekstu i nielogiczny.




Po pierwsze - to Niemcy (i Sowieci) rozpętali II Wojnę Światową, przy całkowitej uległości wielu innych państw Europy i Świata, zaś Polska jako pierwsza stanęła na drodze postępu totalitarnego zamordyzmu nazistów i komunistów. Po drugie - Niemcy tę wojnę przegrały; gdyby jednak ją wygrały, nie tylko nasze granice wyglądałyby dziś inaczej, ale żadnej Polski (i kilku innych krajów - głównie Europy Wschodniej) już by nie było; zresztą nie tylko krajów ale i ich narodów - które zostałyby fizycznie eksterminowane przez "europejską" i "cywilizowaną" niemiecką "Rasę Panów". Po trzecie - Polska sama straciła znacznie większe tereny na Wschodzie, kosztem Związku Sowieckiego i krajów które powstały na gruzach "sowieckiego imperium", a ziemie zachodnie miały być (według Stalina) zrekompensowaniem tych strat. Natomiast, co się tyczy zniszczeń i zbrodni, jakie Niemcy popełnili w Polsce na Polakach i Żydach, sprawiedliwości nigdy nie stało się zadość - NIGDY, aż do dziś. Zresztą ziemie, które Niemcy stracili po II Wojnie Światowej, to tak naprawdę były ziemie polskie, które Niemcy podbili i konsekwentnie przez wieki germanizowali, więc ich odzyskanie, to był zwykły powrót do Macierzy (same Niemcy tak naprawdę należałoby cofnąć jeszcze bardziej na Zachód - za Łabę, gdyż tamte tereny również należały do Słowian, którzy zostali przez to "cywilizowane" germańskie plemię po prostu wymordowani - to samo Hitler i jego banda chcieli uczynić po wojnie z Polakami, Rosjanami, Ukraińcami, Białorusinami i kilkoma innymi narodami, których po części zamieniono by w niewolników pracujących na rozległych latyfundiach nowej, nazistowskiej elity, oraz w gospodarstwach niemieckich chłopów; po części próbowano by zgermanizować; a po części po prostu by wymordowano w obozach zagłady i w ten sposób zbudowano by nową, "niemiecką Europę" - w morzu krwi i cierpienia, ładny akt założycielski - prawda? 😔).

Ale Radosław Sikorski i Adam Bodnar to nie jedyni tacy "podległościowcy", którym marzy się współcześnie powrót do koncepcji niemieckiej Mitteleuropy i w ogóle niemieckiej Europy. Kolejnym jest jeszcze choćby prezydent Warszawy - Rafał Czaskoski Trzaskowski, który przed wyborami prezydenckimi w 2020 r. stwierdził że: "Mamy gigantomanię Premiera Mateusza Morawieckiego, który proponuje lotnisko w szczerym polu. W Berlinie udało się po latach i będziemy mieli lotnisko, które... no trudno będzie z nim konkurować". Innymi słowy - po co nam polskie lotnisko (Centralny Port Komunikacyjny - mający być największym tego typu portem lotniczym w całej Europie Środkowo-Wschodniej, łącznie z Niemcami), skoro w Niemczech, w Berlinie budowane jest podobne? Dla mnie wypowiedzi tych panów można podsumować następująco: mentalność kolonialnego niewolnika, który wykształcony w szkołach swego pana, uważa się teraz za lepszego od pozostałych swych rodaków - zwanych tubylcami - i za przywilej służenia panu, jest gotów pluć na własny kraj bez zastanowienia się i bez końca. 




Oczywiście największy pro-niemiecki polityk, pół-Niemiec (w końcu jego ciotka od strony babki zginęła na Wilhelm Gustloff w 1945 r., gdzie wpuszczano tylko Niemców, Polak nie miał szans dostać się na ten statek żeby zostać ewakuowanym. Babka zaś do końca życia mówiła tylko po niemiecku, i do końca życia żałowała że Gdańsk jest polski, oraz wspominała listy pisane do jej męża przez cesarza Wilhelma II i syna przez Hitlera, jako coś niezwykle wzniosłego) Donald Tusk. Ten człowiek jest ewidentnym szkodnikiem, ewidentnym i zastanawiam się co trzeba mieć w głowie (mam tutaj oczywiście na myśli wyborców całej tej Platformy czy też Koalicji Obywatelskiej - która z obywatelskością ma tyle wspólnego, co ja czarną Afryką), żeby raz jeszcze sprowadzić nam takie zło (nie bójmy się tego słowa), skoro w 2015 r pozbyliśmy się go raz na zawsze. Oczywiście rozumiem że PiS należało ukarać za to co robił w pandemii i potem jako "słudzy narodu ukraińskiego", ale ta kara jest zbyt duża, zbyt bolesna dla całego naszego Państwa i Narodu. Brak słów, ale może społeczeństwo wreszcie przejrzy na oczy, jakie to "cywilizowane" towarzystwo nami zarządzało przez te wszystkie lata (przecież Adam Bodnar wprost porównał Polaków do zwierząt, nad którymi stoi niemiecki treser z batem w ręku i szkoli całe to "polskie bydło") i nareszcie odeśle te osoby do ich mocodawców, za Odrę, czy może za Bug - gdziekolwiek, byle z dala od naszego kraju.




Jednak idąc tropem mentalności volksdeutscher'ów, postanowiłem zająć się niemiecką koncepcją Mitteleuropy i wszystkimi jej wprowadzanymi w życie realiami (począwszy od Generalnego Gubernatorstwa z czasów I Wojny Światowej, poprzez Polskę stworzoną pod niemiecką kontrolą w akcie dwóch cesarzy - Wilhelma II i Franciszka Józefa I z 5 listopada 1916 r., której żywot był dość krótki i zakończył się wraz z kapitulacją Niemiec - 11 listopada 1918 r. i odradzaniem się niepodległej Polski; następnie Generalne Gubernatorstwo tworzone od 26 października 1939 r. na okupowanych przez Niemcy ziemiach Środkowej Polski - zachodnie ziemie zostały bowiem przyłączone do Rzeszy, a wschodnie do kraju "wszelkiej szczęśliwości" czyli do ZSRS. Jako ciekawostkę opowiem także o planach stworzenia na ziemiach polskich - szczególnie podczas I Wojny Światowej, lecz również i w czasie Drugiej - niemiecko-żydowskiego państwa, zwanego umownie "Judeopolonią" - ale to już tylko na marginesie. Na końcu przejdę wreszcie do tego, co nastąpiło po tzw.: "transformacji ustrojowej", czyli po umownym i całkowicie kontrolowanym (oczywiście wiadomo jest że wszystkiego się do końca nie dopilnuje i w pewnym momencie te procesy zaczynają żyć własnym życiem, więc "całkowicie kontrolowane" tylko do pewnego etapu) "upadku komuny" i początkach naszej III Rzeczpospolitej Polski. Swoją drogą zastanawiające jest, że tyle sił - zarówno w przeszłości jak i obecnie - było i jest nam wrogich, a my wciąż żyjemy, wciąż trwamy na tym skrawku Środkowej Europy. Mało tego - ośmielamy się również myśleć o stworzeniu nowego "Imperium Intermare" - czyli centrum Idei Polskiej, promieniującej nie tylko na całą Europę, ale również na cały świat (jak bowiem brzmiały słowa błogosławionego ojca Bronisława Markiewicza, które wypowiedział on podczas wizji przyszłości, jaka została mu ukazana w 1863 r.: "Wy, Polacy, przez niniejszy ucisk oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogim. I tym sposobem wprowadzicie dotąd niewidzialne braterstwo ludów, Bóg wyleje na was wielkie łaski i dary, wzbudzi między wami ludzi świętych i mądrych i wielkich mistrzów, którzy zajmą zaszczytne stanowiska na kuli ziemskiej. Języka waszego będą się uczyć w uczelniach na całym świecie". Nieznana zaś z imienia mistyczka z Podlasia w podobnej wizji przyszłości rzekła w 1932 r.: "Nie do Germanów, lecz do Słowian należy przyszłość Europy. Polska jest wezwana do wielkiej misji i dlatego powinna stać się wzorem dla innych narodów"). Cesarz Napoleon Wielki stwierdził niegdyś (do swego sekretarza Bourrienne'a) iż: "Bez niezawisłej Polski nigdy nie będzie trwałego pokoju w Europie", ale nie tylko - należy bowiem dodać, że Europa przyszłości (wolna Europa przyszłości, już bez ciągłego zagrożenia islamskiego i bez dyktatury antykulturowych marksistów) to bez wątpienia Europa "Ducha Idei Polskiej" - i skorzystają na tym wszyscy: Niemcy, Francuzi, Włosi, Szwedzi, Brytyjczycy i Rosjanie. Amen!


Zatem do dzieła z nową serią tematyczną




CDN.

11 czerwca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LIII

KONTYNENT AMERYKAŃSKI
HISTORIA POLITYCZNA
ok. 25 000 r. p.n.e. - 12 500 r.p.n.e. 
Cz. I





AMERYKA PÓŁNOCNA
(REJON RZEKI MISSISIPI i MEKSYK)
KOLONIZACJA TOLTECKA




Po zagładzie cywilizacji OHUM (ok. 40 000 r. p.n.e.), zniszczonej przez katastrofalną powódź (po ok. 400 latach istnienia tej cywilizacji), długo nie nastąpiła kolejna kolonizacja tego kontynentu. Ameryka Północna (i Południowa), były to ziemie wówczas bardzo niebezpieczne ze względu na ukształtowanie terenu. Wyżyna Meksykańska czy góry Andy jeszcze wówczas nie istniały, ziemie niewiele wystawały ponad poziom morza, przez to dochodziło tutaj do bardzo częstych powodzi, tornad a także trzęsień ziemi. Nie były to więc tereny które chciano by szybko skolonizować. Jednak, jeśli odniesiemy się do channelingów, to istnieje informacja, że pierwsza grupa ludności przemierzała ten kontynent już ok. 27 000 r. p.n.e. Prawdopodobnie (gdyż nie ma na ten temat informacji) była to ludność Biała. Skąd takie moje przypuszczenie, skoro nie ma informacji o ich pochodzeniu ani kolorze skóry? Uznałem że to była ludność Biała, gdyż w tym samym czasie w Imperium Ujghur miały miejsce wstrząsy wewnętrzne, które doprowadziły do opuszczenia Azji przez duże grupy ludności (Białej - aryjskiej ludności). Prawdopodobnie więc ta pierwsza grupa przybyszy, którzy przemierzali kontynent od północy ku brzegom Atlantyku (by osiedlić się na Atlantydzie), była rasą Białą (nie tworzyli oni też żadnych miast czy osad na mijanych przez siebie ziemiach).

Prawdziwa kolonizacja (oczywiście jak większość na tym kontynencie) zaczęła się dopiero po roku 25 000 p.n.e., czyli po zagładzie Lemurii. Uciekinierzy z MU zaczną zakładać tutaj pierwsze osady, które jednak nie będą miały większego znaczenia (po zagładzie MU, ludność pochodząca z tamtego kontynentu, której uda się dostać do Ameryki - cofnie się w swym rozwoju) aż do 16 000 r. p.n.e. Wówczas to powstaną dwa wielkie miasta MITLA (w dorzeczu Missisipi) i TULA (północny Meksyk i południowe tereny Kalifornii i Teksasu). Przed powstaniem tych dwóch wielkich miast, Toltekowie z Ameryki Północnej nie wytworzą żadnej znaczącej kultury, cofną się w swym rozwoju i początkowo będą nawet mieszkać z szałasach, namiotach, a nawet jaskiniach. Potem dopiero zaczną się łączyć w większe grupy i pod przewodnictwem królów/kapłanów zakładać pierwsze prowizoryczne osady. Pamięć o tragedii MU wciąż będzie ich jednak determinować, choć kolejne pokolenia tracić będą już wiedzę na temat tego, co dokładnie się wydarzyło. Tę wiedzę będą sobie przekazywali jedynie królowie/kapłani w ścisłym, hermetycznym gronie, która nie będzie mogła zostać wyjawiona na zewnątrz pod groźbą najstraszliwszych tortur i śmierci. W czasach jeszcze późniejszych wiedza o tragedii MU zostanie zamknięta za murami świątyń i we wnętrzach piramid, do których wstęp będą mieli jedynie kapłani najwyższego rzędu.


TOLTEKOWIE
WYBRAŃCY OCALALI Z ZAGŁADY IMPERIUM MU



Po inwazji Corteza i podboju tych ziem przez Hiszpanów po 1519 r., a szczególnie w wieku XX, gdy te świątynne inskrypcje zostały szczegółowo zbadane i przetłumaczone, można się dowiedzieć ciekawych rzeczy. Mianowicie w słynnym kodeksie Chimalpopoca (wyrytym także w jednej ze świątyń) czytamy: "Było to słońce Nahui-Atl. Wtedy zginęła cała ludzkość i została zatopiona. Niebo zbliżyło się do wody. W jednym dniu wszystko zginęło, a dzień Nahui-Xochtil pożarł naszą rasę. Nawet góry zapadły się w morze". Według tych przekazów jest tam również informacja o człowieku NACIE i jego żonie NENIE, których ocalili "bogowie", nakazując im udać się na kontynent amerykański. Channelingi nie mówią nic o tych osobach, ale nie można wykluczyć że istnieli naprawdę, tym bardziej że (jak już w poprzednich częściach pisałem) TJehooba ocaliło przed zagładą kilku (kilkunastu - kilkuset?) obywateli Imperium MU, ewakuując ich początkowo na Marsa, oraz na inne tereny Ziemi. Wielu jednak uciekło na własną rękę, kierując się głównie ku brzegom Ameryki Północnej i Jukatanu. 

Tak więc Toltekowie przed 16 000 r. p.n.e. nie wytworzyli żadnej większej cywilizacji, która byłaby choćby cieniem dawniejszej cywilizacji Imperium MU. Dopiero po tej dacie następuje gwałtowne "przyspieszenie" i "odrodzenie" cywilizacyjne tego ludu. Powstają dwa wielkie miasta-państwa Mitla (z której później przybędzie m.in.: lud Azteków), oraz Tula. Ale owe "odrodzenie" nie wzięło się z niczego, coś się musiało stać, że w końcu do niego doszło. Owszem - stało się! W tym właśnie czasie do Ameryki przybył syn Enkiego - Ningiszzida z Edenu. Wśród ludów amerykańskich znany on jest pod imieniem... QUETZALCOATLA - Pierzastego Węża (o tym jednak w kolejnej części)



JUKATAN 
i INWAZJA ITARA
ok. 25 000 r. p.n.e.


JUKATAN W OKRESIE ROZKWITU CYWILIZACJI MAJÓW 
(ok. 350 r. p.n.e. - ok. 900 r.)



Kim byli Majowie? Skąd pochodzili? Dlaczego na Półwyspie Jukatan stworzyli tak dalece rozwiniętą cywilizację? Jakie były ich korzenie i dlaczego ich pierwotne dzieje nikną nam w mgle przypuszczeń i niepewności, związanych z ich pojawieniem się? Lud MAYA był po prostu jedną wielką grupą... Białej ludności II Imperium Atlantydy (prowadzonej przez dziesięciu mężów, zwanych ATLANAMI), która została skierowana ze stolicy z misją kolonizacji całego Zachodu (czyli ówczesnego kontynentu amerykańskiego). Przywódcą Atlanów był ITAR, który swe okręty skierował ku brzegom Jukatanu. Miało to miejsce niedługo po zniszczeniu przez Atlantów kontynentu Lamar, czyli ok. 25 000 r. p.n.e. Pierwszym miastem które wzniósł Itar (obrany tytularnym władcą nowej krainy - 9 dalszych wodzów weszło zaś w skład jego rady przybocznej) na amerykańskiej ziemi, stało się miasto CHITZEN-ITZA (czyli "Krynica Węża"). To była pierwsza stolica nowej prowincji II Imperium Atlantydy, zaś Itar stał się pierwszym jej władcą (mianowanym z polecenia atlantyckiego monarchy). W mieście - jako jedną z pierwszych - bardzo szybko wzniesiono świątynię zakonu "Synów Beliala", która stała się centralnym punktem miasta. 

Gdy w XVI wieku hiszpańscy konkwistadorzy zajęli rejon dzisiejszego Jukatanu, na tych terenach żyła już ludność Czerwonoskórych Indian (których przodkowie pochodzili z zatopionego Cesarstwa MU, a którzy docierali na kontynent i osiedlali się tam, łącząc się z pierwotnymi Białymi kolonistami z Atlantydy od 25 000 r. p.n.e. do ok. 10 500 r. p.n.e. Przez cały ten czas trwała intensywna kolonizacja Jukatanu przez grupy Czerwonoskórych, najpierw z MU, potem z północnej Ameryki, a częściowo nawet z... Indii Nagów. Gdy Hiszpanie przybyli do opuszczonych już wówczas miast-państw Majów (upadek cywilizacji Majów jest dosyć dziwny i niewytłumaczalny, w każdym razie Hiszpanie przybyli na Jukatan w momencie, w którym cywilizacja Majów już nie istniała, co najwyżej jej jakieś niewielkie pozostałości), lokalne grupki Indian żyły już na o wiele niższej stopie, niż nie tylko ich przodkowie w czasach Itara i późniejszych, lecz także byli bardziej prymitywni niż ich pobratymcy z ówczesnej północy - terenów środkowego Meksyku, czy zachodnich brzegów Ameryki Południowej, gdzie powstały wielkie cywilizacje Azteków i Inków. Ci właśnie potomkowie dawnych Majów, opowiadali hiszpańskim zdobywcom że miasto Chitzen-Itza (i wiele jemu podobnych) powstało: "Nim jeszcze słońce zaświeciło na niebie". Czyli w czasach, których oni sami nie byli w stanie ogarnąć pamięcią przekazywaną z pokolenia na pokolenie (o tym dlaczego współcześni ludzie żyją zaledwie 100-120 lat opowiem w temacie ostatecznego zniszczenia Firmamentu Niebieskiego - o którym jasno mówi Biblia - a który to był głównym powodem wydłużenia wieku niezliczonych pokoleń, żyjących tutaj w czasach przedhistorycznych). Tak więc kolonia Jukatanu (choć rządzona przez Białych władców) szybko zdominowana zostanie przez Czerwonoskórych mieszkańców z głębi kontynentu.

Dr. August le Plongeon, który w XIX wieku badał starożytny język Majów, powiedział otwarcie: "Jedna trzecia tego języka, to jest czysta greka". Dodał także że język Majów nie jest też pozbawiony słów pochodzących z języka sumeryjskiego i staro-asyryjskiego. Mało tego, dr. Plongeon wykazał również że pierwotną ludnością, zamieszkującą tereny Jukatanu, była... ludność Biała - europejska, a nie Czerwonoskóra - indiańska. Zresztą ostatnie znaleziska czaszek (do tej pory znaleziono kilka takich czaszek, najstarszą jest czaszka tzw.: Białego "Człowieka z Kennewick"), mających po kilkadziesiąt tysięcy lat, które brano za należące do ludności Czerwonoskórych Indian, okazały się... czaszkami Białych ludzi. Skąd Biali w Ameryce przed Kolumbem? Owszem, przybywali tam wcześniej Wikingowie, no ale głównie na tereny Ameryki Północnej i ich obecność ograniczała się jedynie do terenów nadbrzeżnych, nie zapuszczali się w głąb kontynentu, a ich rajdy miały miejsce dopiero kilkadziesiąt tysięcy lat po odnalezieniu owych czaszek. Natomiast te czaszki (skrupulatnie złożone w ziemi), znalezione zostały w głębi kontynentu i pochodziły z czasów znacznie odległych, nim jeszcze Wikingowie pojawili się w Skandynawii. Świat nauki do dziś stara się rozwikłać zagadkę "Białych ludzi w Ameryce przed Kolumbem i Wikingami", niewielu zaś jest w stanie przyjąć do wiadomości, że Biała ludność pojawiła się tam znacznie wcześniej niż Czerwonoskórzy wybrańcy, ocaleni z kontynentu Lamar.


"CZŁOWIEK Z KENNEWICK"
REKONSTRUKCJA TWARZY "BIAŁEGO AMERYKANINA"
SPRZED ok. 12 000 lat




CDN.


PS: A na zakończenie chciałbym jeszcze wyrazić swoje zdanie na temat Orderu Orła Białego który prezydent Karol Nawrocki obiecał odebrać temu ukraińskiemu pajacowi. Tak więc uważam że jak najszybciej należy to uczynić, gdyż to jest jedynie gest symboliczny. W tym przypadku zaś, jeżeli Ukraińcy jawnie już odwołują się do tradycji nazistowskiej i czczą morderców kobiet i dzieci - którzy w znanej nam historii ludzkości mordowali małe dzieci tak okrutny i odrażający sposób, że nawet Niemcy nie byli w stanie wytrzymać widoku kilkuletnich dzieci, przecinanych piłami na pół albo mającymi gwoździe wbite w czaszki. Jeśli więc Ukraina nie potrafi odrzucić swojej morderczej, nazistowskiej przeszłości, to ja już nie mam słów i ja takiej Ukrainy nie widzę nigdzie, ani w NATO ani w Unii Europejskiej, ani nawet... w Europie.



DEMETRIUSZ, PYRRUS, ARATOS... - Cz. V

PRAWDZIWI "CELEBRYCI" 
EPOKI HELLENISTYCZNEJ





I
DEMETRIUSZ POLIORKETES
(337-283 r. p.n.e.)
Cz. V






U BOKU OJCA
Cz. III


 Nie od razu Antygon Jednooki ruszył na nową wojnę z Alketasem i Attalosem (którzy wraz z Eumenesem z Kardii tworzyli swoistą trójcę przyjaciół i wodzów byłego regenta Perdikkasa - poległego nad Nilem w 321 r. p.n.e.). Pokonawszy Eumenesa i zamknąwszy go w twierdzy Nora (leżącej w górach Taurus), Antygon przejął również jego armię jak i skarbiec, przez co stał się najsilniejszym i najbogatszym macedońskim satrapą, a co za tym idzie najbardziej pewnym siebie i najbliższym zdobycia spodziewanej władzy regenta. Co prawda sędziwy już Antypater wciąż jeszcze żył, ale jego gwiazda coraz szybciej blakła, podupadał też na zdrowiu i było pewnym że jego dni są policzone. W tej sytuacji należało się spodziewać wyznaczenia nowego regenta i pojawiało się natychmiast pytanie - który z byłych wodzów Aleksandra Wielkiego jest najbardziej godnym tego tytułu. Bez wątpienia najbliżej władzy był Poliperchon Epirota, syn Symmiasza z Tymfai (mający jakieś powiązania z królewskim rodem władców Epiru), który od śmierci Aleksandra (323 r. p.n.e.) pełnił funkcję namiestnika Macedonii i miał kontrolę nad Helladą i głównymi jej miastami-twierdzami (tzw: "kajdanami Hellady"). Był on prawie rówieśnikiem Antygona. Antygon zaś stał się teraz najsilniejszym pretendentem do roli regenta, posiadał największą armię i złoto - które to mógł użyć w walce o tę władzę (będącą tylko wstępem do zapewnienia sobie i swemu rodowi odrębnej korony i wypowiedzenia posłuszeństwa marionetkowym królom Macedonii). Każdy zresztą z wodzów Aleksandra teraz działał coraz wyraźniej na własną rękę i tak naprawdę Antypater był ostatnim z wodzów, który pragnął utrzymania w całości dawnego Imperium. W walce o regencję liczył się jeszcze co prawda Ptolemeusz, ale ten całkowicie już skupił się na Egipcie i nie pragnął większej władzy. Zdając sobie doskonale sprawę że Fenicja i Syria stanowią doskonałą bazę do ataku na Egipt, zapragnął posiąść te krainy (aby wyeliminować owe zagrożenie) i z początkiem 320 r. p.n.e. posłał tam swego wodza i przyjaciela Nikanora, który szybko podporządkował sobie Syrię, biorąc do niewoli tamtejszego satrapę - Laomedonta (wyznaczonego w traktacie w Tripadejsos z 321 r. p.n.e.) i pozyskał porty Fenicji, zapewniając Ptolemeuszowi kontrolę nad całym ogromnym terytorium Celesyrii.




W tej mojej wyliczance ewentualnych pretendentów do roli regenta, pominąłem jeszcze postać Kassandra - syna Antypatra, który dotąd pełnił funkcję dowódcy jazdy w armii podległej Antygonowi. Z końcem 320 lub z początkiem 319 r. p.n.e. został on wezwany przez ojca do Pelli, by mu pomagał w sprawowaniu funkcji regenta, licząc zapewne na to, że ojciec jemu właśnie przekaże ten tytuł. Kassander był rówieśnikiem Aleksandra Wielkiego i wydawało się że jest w sile wieku aby pełnić tę funkcję (miał bowiem 35/36 lat). Do Macedonii wysłany został (oczywiście za zgodą Antygona) również w tym czasie (320/319 r. p.n.e.) poseł i najwierniejszy przyjaciel zamkniętego w twierdzy Nora Eumensa, jego rodak - Hieronim z Kardii. Wszyscy oni znajdowali się w Pelli w czasie, gdy stan zdrowia Antypatra mocno już podupadł. Wiosną lub wczesnym latem 319 r. p.n.e. leżąc już na łożu śmierci (po zaledwie dwóch latach sprawowania regencji), Antypater prosił zebranych przy jego łożu, aby utrzymali w całości Imperium Aleksandra, oraz aby nigdy nie pozwolili kobiecie stanąć na czele Królestwa (chodziło oczywiście o Olimpias - matkę Aleksandra, która w tym czasie przebywała wraz z Tessaloniką - córką swego zmarłego małżonka a ojca Aleksandra Wielkiego - Filipa II i Nikesipolis w Epirze. Jej własna córka - Kleopatra przebywała bowiem nadal w Sardes w Azji Mniejszej). Umierając latem 319 r. p.n.e. Antypater wyznaczył na nowego regenta nie swego syna Kassandra (zapewne uważał że jest na to jeszcze zbyt młody i niedoświadczony) tylko właśnie Poliperchona i tak też rozpoczęła się nowa regencja. Kassander jednak nie zamierzał pogodzić się z wolą ojca (oczywiście potwierdzoną potem przez Zgromadzenie Macedończyków, na którym to oficjalnie już Poliperchon został obrany regentem) i potajemnie sprzymierzył się z Antygonem oraz Ptolemeuszem, szukając możliwości obalenia nowego regenta. Natomiast Poliperchon przypadł do gustu Hieronima, który w imieniu Eumenesa przysiągł mu wierność.




W tym też czasie zamknięci w twierdzy Nora żołnierze Eumensa nudzili się niemiłosiernie. Jedzenia i wody co prawda nie brakowało, ale wszystko było monotonne, a posiłki stały się jednakowe. Poza tym nie było miejsca aby prowadzić normalne ćwiczenia wojskowe i wojsko się nieco Eumenesowi "rozłaziło". Aby nie dopuścić do swoistego "skapcowacenia" swoich żołnierzy, Eumenes czynił wszystko aby upewnić ich w przekonaniu, że los jaki ich spotkał jest tymczasowy i wkrótce to oni będą ponownie "dzielić i rządzić". Posiądą też złoto, kobiety i oczywiście sławę wojenną. Jadał wraz z nimi, codziennie kogoś nowego zapraszając do swego stołu i z nim dyskutując. Tym zaś, którzy przy nim wytrwali w twierdzy Nora, przyznał prawo do noszenia purpurowych płaszczy i purpurowych kapeluszy na wzór królów macedońskich. Największy budynek twierdzy przeznaczył też do ćwiczeń wojskowych (nie był on duży a żołnierze maszerowali w kółko, co okrążenie przyspieszając kroku. Była to bodajże jedyna rozrywka jaką mieli tam żołnierze). Największy jednak problem był ze zwierzętami (a konkretnie z końmi) gdyż długie miesiące pozostawania w stajni w bezruchu nie służyły ich przydatności bojowej. Ponieważ jednak w twierdzy nie było miejsca do eskapad konnych, Eumenes wymyślił inny sposób na podtrzymanie sprawności swych koni, a mianowicie za pomocą skomplikowanego systemu rzemieni, pasów i drewnianych bloków (specjalnie w tym celu skonstruowanych), powiązywał ze sobą stojące w jednym boksie konie w taki sposób, że dźwignia podnosiła je lekko do góry, jednocześnie wymuszając na nich aby cały ciężar ciała oparły na tylnych kopytach (przednie lekko tylko dotykały ziemi). Po kilkunastu takich ćwiczeniach konie przyjmowały pozycje jak do galopu i starały się utrzymać przednimi kopytami w taki sposób aby dotknąć ziemi. Trwało to tak długo, aż z ich pyska zaczęła lecieć ślina a ciało pokrywało się potem. Eumenes zdawał sobie sprawę że takie ćwiczenia są niezbędne aby utrzymać sprawność fizyczną koni w odpowiednim stanie, tak, aby, jak już opuszczą twierdzę, były zdolne do działań bojowych. Tak też mijały miesiące i nadeszła jesień 319 r. p.n.e. a wszyscy z ogromną niecierpliwością wypatrywali powrotu Hieronima, spodziewając się że ten przywiezie wreszcie dobre wieści, które pozwolą opuścić im tę maleńką twierdzę.




Hieronimus jednak w swej drodze powrotnej do Nory został zatrzymany przez Antygona, który zaprosił go do siebie i przyjął nazbyt serdecznie jako przyjaciela Eumenesa. Obsypywał go tam darami i zaszczytami a nawet poprosił aby Hieronim zaprzestał wyjazdu do Nory i pozostał przy nim. Hieronimus - powołując się na swą przyjaźń z Eumenesem - odmówił, ale obiecał że zawiezie do Nory przesłanie Antygona, w którym ten prosił Eumensa o sojusz wymierzony przeciwko nowemu regentowi Poliperchonowi i wsparcie dla Kassandra. W zamian Antygon oferował Eumenesowi nie tylko żądaną przez niego Kapadocję ale i znacznie więcej krain, oraz przyznawał mu pierwsze miejsce w radzie wojennej jeśli tylko wyrazi zgodę na sojusz. Hieronim wyjechał więc do Nory, gdzie został przyjęty z wielką radością i nadziejami, ale gdy przedstawił Eumenesowi propozycję sojuszu jaką zaproponował mu Antygon, ta radość nie była już tak wielka. Co prawda pięknie brzmiały obietnice przekazania Eumenesowi Kapadocji i tych krain, których zapragnie, ale był jeden mały, aczkolwiek bardzo istotny haczyk w tym wszystkim. Otóż Eumenes miał złożyć przysięgę wierności Antygonowi (oczywiście dodano tam też frazy o wierności królom, ale były one coraz mniej warte w szybko zmieniających się, niepewnych czasach). Na tym właśnie miał polegać sojusz, na podporządkowaniu się Eumenesa Antygonowi. Powstał więc problem jak taką decyzję przedstawić żołnierzom, od miesięcy zamkniętym w tej łupinie orzecha jaką była Nora. Odmówić złożenia przysięgi oznaczało pozostać tam nie wiadomo jeszcze jak długo, złożyć ją, to związać się na zawsze planami wyznaczonymi przez Antygona a tym samym zapewne złamać wcześniej złożone przyrzeczenie dane Aleksandrowi Wielkiemu i jego następcom. Cóż więc było robić? Eumenes wpadł na trzecie wyjście, nie mógł odmówić złożenia przysięgi, bo to oznaczało dalsze przebywanie w twierdzy w której nikt już dłużej przebywać nie chciał. Postanowił jednak Eumenes zmienić ją nieco w swym brzmieniu tak, aby przysięga została złożona królom, czyli Filipowi III Arridajosowi i maleńkiemu (czteroletniemu) Aleksandrowi IV. Oczywiście imię Antygona zostało w tekście zachowane, ale spadło na dalsze pozycje. Taki tekst został więc przedstawiony dowódcy Antygona oblegającemu Norę i po złożeniu przysięgi, ku wielkiej radości żołnierze Eumenesa opuścili wreszcie (po roku) tę przeklętą dla nich twierdzę i udali się do Kapadocji, gdzie napływali również inni dawni weterani armii Eumenesa, uciekając głównie z oddziałów Antygona.




A tymczasem do Antygona przybył z Macedonii Kassander. Ten powitał go niczym prawdziwego regenta, obiecał mu swą pomoc i wsparcie oraz przyznał na początek 35 okrętów wojennych i 4000 żołnierzy. Natomiast Poliperchon zdołał na Zgromadzeniu Macedończyków przyjąć uchwałę, określającą zbiegłego Kassandra mianem zdrajcy i aby wzmocnić własną pozycję (oraz wyczuwając do czego dąży Antygon, próbujący osłabić władzę centralną), zaprosił do Macedonii królową-matkę Olimpias (tym samym łamiąc dane na łożu śmierci Antypatrowi słowo, iż żadnej kobiety do władzy nie dopuści) aby zajęła się opieką swego wnuka - króla Aleksandra IV. Olimpias (która od dawna pragnęła władzy) oczywiście pozytywnie przyjęła zaproszenie Poliperchona, ale obawiając się wpływów Kassandra jak również królowej małżonki Filipa III Arridajosa - Eurydyki, nadal pozostała w kraju Molossów w Epirze (należy też dodać, że imię Olimpias zostało również wymienione w tekście przysięgi, jaką Eumenes złożył na ręce wodza Antygona opuszczając Norę). Wkrótce potem (koniec 319 lub początek 318 r. p.n.e.) do Eumenesa do Kapadocji przyszedł list od Poliperchona, w którym ten proponował mu sojusz przeciwko Antygonowi, przyjazd do Macedonii i objęcie wraz z nim wspólnych rządów regencyjnych. Jeśli zaś Eumenes postanowiłby pozostać w Azji, otrzymałby naczelne dowództwo nad znajdującą się tam armią oraz skarb królewski znajdujący się w mieście Kyinda w Cylicji, wraz z ochraniającymi go 3000 doborowego oddziału macedońskich Srebrnych Tarcz. Eumenes przystał na tę propozycję i pomaszerował do Cylicji, obejmując w posiadanie ów skarb, jak i dowództwo nad Srebrnymi Tarczami. Weterani armii Wielkiego Króla (którzy wcześniej otrzymali rozkaz z podpisem Filipa III i Aleksandra IV) powitali Eumenesa z radością. Miał on wówczas bowiem opinię "Niezwyciężonego", ulubieńca bogini Tyche, którego los wywindował na najwyższe zaszczyty. Każdy zaś żołnierz woli służyć pod dowódcą któremu dopisuje szczęście nawet wówczas gdy przegrywa bitwę, niż takim, który pomimo zwycięstwa ostatecznie nie potrafi go wykorzystać i ponosi klęskę. Pomimo jednak całej swej niezwyciężoności i sławy, Eumenes miał jeden poważny defekt w oczach żołnierzy Aleksandra, a mianowicie był Grekiem a nie Macedończykiem, a poza tym wciąż ciążył na nim wyrok śmierci, wydany przez Zgromadzenie Macedończyków jeszcze w Tripadejsos (a w zasadzie to jeszcze nad Nilem w Egipcie w 321 r. p.n.e.) który wciąż nie został odwołany (Poliperchon co prawda obiecał że się tym zajmie ale niewiele poczynił w tym temacie). Zatem pomimo sławy, ciężko było Eumenesowi zapanować nad macedońską armią, a tym bardziej nad jej dowódcami, którzy przecież uważali się za lepszych i bardziej predestynowanych do dowodzenia Srebrnymi Tarczami i całą królewską armią Azji od jakiegoś Greka. Ale jak już pisałem wcześniej Eumenes był nie tylko dobrym wodzem, nie tylko dopisywało mu szczęście, nie tylko dbał o tężyznę fizyczną i sprawność bojową, ale przede wszystkim był inteligentnym i bystrym człowiekiem który niejednokrotnie wykorzystywał siłę własnego intelektu aby dopomóc losowi, który potem uważano za zrządzenie bogów. I tak też się stało tym razem.




To on oficjalnie miał objąć dowództwo nad całą armią Azji, ale zdając sobie sprawę z trudności jakie się z tym wiązały, postanowił podzielić się tym dowództwem w dość przemyślny sposób, jednocześnie pozostawiając je w swych rękach na rzymskiej zasadzie Primus Inter Pares - czyli pierwszy wśród równych. Przybywszy do Kyindy w Cylicji, natychmiast poinformował tamtejszych dowódców formacji Srebrnych Tarcz, że w nocy przyśnił mu się król Aleksander Wielki siedzący na swym złotym tronie i wydający wojsku rozkazy. Przesłanie było więc jasne - Aleksander (już jako bóg) jest z nimi nadal i to on wciąż podejmuje decyzje, on dowodzi, a skoro dowodzi któż mógłby się mu sprzeciwić, któż mógłby wystąpić przeciwko jego militarnemu geniuszowi i jego królewskiej woli. Eumenes był więc tutaj tylko przekaźnikiem woli samego boga, który wciąż dowodziłby swoją armią - trudno o bardziej miłą sercu weteranów tego króla wizję, w której to już nie jakiś tam Grek dowodził będzie macedońską armią, ale sam Wielki Król, który teraz stał się bogiem. Eumenes stwierdził więc że bogu Aleksandrowi należy wystawić przepiękny namiot w którym ustawi się jego złoty tron, a na nim położy jego diadem. Obok ustawi się ołtarz, na którym codziennie wodzowie składać będą ofiary ku jego czci, a On będzie z nimi podczas walk i przyniesie im zwycięstwo. Tak więc teraz wodzem stał się sam Aleksander a Eumenes był jednym z wielu członków jego sztabu (choć tak naprawdę miał głos decydujący), piękne i jakże zmyślne kupienie sobie wdzięczności zarówno dowódców (których taka wizja całkowicie satysfakcjonowała) jak i żołnierzy - dawnych weteranów Wielkiego Króla. W tym czasie większość wodzów starała się już dopasować do wizerunku króla-boga Aleksandra. Pierwszym z nich był niejaki Leonnatos (dowódca doborowego oddziału konnych hetajów), który zaraz po śmierci Aleksandra zgolił brodę i nie zamierzał zapuszczać jej już nigdy. W jego ślady poszli teraz inni wodzowie, w tym Eumenes (który golił się na gładko), jak również Antygon, a szczególnie jego syn - Demetriusz. Brodaty mężczyzna, który do tej pory był symbolem mądrości, siły i doświadczenia (szczególnie wojennego), teraz ustąpił miejsca całkowicie ogolonej męskiej twarzy, która wcześniej tożsama była z twarzą młodzieńca wykorzystywanego do homoseksualnych zabaw. Skoro jednak Aleksander stał się bogiem i trafił na Olimp (gdzie przebywał wraz z największymi Olimpijczykami), to było oczywiste że jeśli zamierzano podążać Jego śladem, to szczególnie należało utożsamić się do niego fizycznie. Oczywiście na tym nie poprzestano i już wkrótce zaczęto tworzyć przy swoich obozach wojskowych swoiste dwory, które były wyznacznikami nowego modelu rządów w rozrywanym na części Imperium Wielkiego Króla. A latem 318 r. p.n.e. nowa Druga Wojna Diadochów (czyli wodzów Aleksandra) zaczęła się już na całego.




Warto też dodać nieco na marginesie, że w tym samym czasie za Adriatykiem Synowie Grodu Wilczycy toczyli od 326 r. p.n.e. wojnę z Samnitami, którzy w 321 r. p.n.e. zadali im upokarzającą klęskę w wąwozie Kaudium (na wschód od Kapui). Rzymianie zostali zmuszeni do kapitulacji na upokarzających warunkach złożenia całej broni i przejścia pod jarzmem. Spowodowało to kilkumiesięczny chaos i żałobę jaka zapanowała w Rzymie, w ciągu roku wybrano też dwóch dyktatorów, którzy nie byli w stanie przeprowadzić wyborów, tak bardzo społeczeństwo rzymskie dotknięte zostało ową klęską i hańbą. Dopiero na początku 320 r. p.n.e. wybrano nowych konsulów - Kwintusa Publiusza Filona i Lucjusza Papiriusza Kursora (ten ostatni swój przydomek "Cursor" czyli biegacz, wziął z niezwykłej wytrwałości w zawodach sportowych, głównie w biegach. Był też uważany za dobrego wodza, a nawet za rzymskiego odpowiednika Aleksandra Wielkiego i typowany był jako ten, który właśnie miał się zmierzyć z Wielkim Królem w bitwie, gdyby tamten skierował się na podbój Italii).


RZYMSKI LEGIONISTA 
(z II wieku p.n.e.) 
w starciu z MACEDOŃSKIM FALANGITĄ



CDN.

09 czerwca 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. IX

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. IX




 Szalejąca inflacja była prawdziwym wyzwaniem dla każdego nowego rządu w roku 1923. Choć dotknęła ona wiele innych krajów Europy Środkowej (w tym Austrię i Węgry) to jednak największe spustoszenie poczyniła w Niemczech, a na drugim miejscu była właśnie Polska. 20 czerwca Ministerstwo Skarbu nie widziało już innego wyjścia, jak zamknięcie giełd pieniężnych i zawieszenie obrotu walutami. W czerwcu za jednego dolara płacono 140 tys. marek polskich, w lipcu już 230 tys. Pieniądze coraz bardziej traciły na wartości, a to powodowało że podatki również stawały się fikcją (np. w drugiej połowie 1923 r. podatek gruntowy za 1 hektara wynosił mniej więcej równowartość jajka). Wprowadzenie proponowanej przez Władysława Grabskiego (który pozostał na swoim stanowisku w nowym rządzie) reformy finansowej państwa, było odkładane przez rząd Chjeno-Piasta, gdyż politycy ci obawiali się że najbardziej uderzy owa reforma właśnie w ich wyborców. Z tego powodu Grabski podał się do dymisji 30 czerwca 1923 r. a jego miejsce zajął Hubert Linde, który rozpoczął urzędowanie od dodruku pieniądza, co jeszcze bardziej spotęgowało inflację. Ceny zmieniały się dosłownie z dnia na dzień, co jeszcze bardziej dezorganizowało gospodarkę. Rozpleniła się spekulacja i pojawiły się różnego rodzaju gospodarcze afery. Rząd próbował z tym walczyć metodami policyjnymi, co oczywiście nie mogło przynieść zamierzonych skutków na dłuższą metę. Inflacja oczywiście najbardziej uderzyła w ludzi najuboższych i tych, którzy wykonywali zawody tzw. fizyczne i którzy z reguły nie mieli wartości nie ulegających deprecjacji (jak np. złoto lub ziemia). Te same procesy wystąpiły w Niemczech, z tym że na znacznie większą skalę. Pieniądze stały się bezwartościowym świstkiem papieru, który nadawał się co najwyżej do ogrzania mieszkania w piecu, lub do wykonania z niego stroju (np. na przyjęcie karnawałowe lub sylwestrowe). Rozliczeń dokonywano w Niemczech w zasadzie jedynie w walucie stałej (czyli np. w złocie) lub też w walutach obcych (głównie w dolarach lub frankach), ewentualnie powrócił handel wymienny, czyli towar za towar.

Nieporadność rządu Witosa na polu gospodarczym, starano się w jakiś sposób przykryć amnestią, która miała wejść w życie 24 lipca 1923 r. Jednak na wniosek rządu Sejm 26 czerwca przyjął, iż planowana amnestia nie będzie obejmowała "wywrotowców powyżej 17 roku życia, skazanych za dążenie do rozpowszechniania zasad ustroju komunistycznego". Jednocześnie dwa dni później Sejm przyjął uchwałę na temat osoby Marszałka Józefa Piłsudskiego, w której można było przeczytać: "Sejm stwierdza, że Marszałek Józef Piłsudski jako Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz zasłużył się narodowi".

Z końcem czerwca Marszałek złożył również przewodnictwo w Ścisłej Radzie Wojennej (była to ostatnia z piastowanych przez Niego funkcji publicznych). A 3 lipca 1923 r. w Sali Malinowej hotelu "Bristol" w Warszawie, na pożegnalnym przyjęciu z oficerami z którymi przez lata współpracował, dał upust swemu zniesmaczeniu polską polityką po zakończeniu Wojny z bolszewikami. Tam właśnie znalazły się sławne potem słowa o "Zaplutym karle z rodzimych bagien, który bity po pysku przez zaborcę, sprzedajny, teraz wszystko chce sprowadzić do swojego poziomu". Marszałek mówił: "Gdziekolwiek indziej wódz naczelny który jest zwycięzcą, jest czczony i czyni się wysiłki, aby błyszczał. U nas przeciwnie. Wódz musi iść do błota i dopiero gdy wystarczająco się tego błota napije, staje się godny Polski. (...) O co tu idzie? Tu idzie o plucie! Zapluty karzeł z bagien rodzimych pluje. Bity niegdyś po pysku przez zaborcę, sprzedajny, teraz wszystko stara się sprowadzić do swojego poziomu".




Piłsudski po rezygnacji ze wszystkich urzędów wojskowych i politycznych, wycofał się do podarowanego mu przez Naród dworku w Sulejówku (zwanego Milusinem). Pani Aleksandra Piłsudska pisała potem, że to były najlepsze chwile w ich życiu, gdy mąż był w domu i gdy bawił się z córkami. Piłsudski uwielbiał ogród którym zajmowała się jego małżonka, ale sam nie potrafił zajmować się kwiatami (pani Aleksandra pisała też, że mąż pewnego razu próbował zająć się ogrodem i cały dzień kopał w ziemi, a potem na drugi dzień nie mógł się ruszyć z łóżka) i uwielbiał patrzeć jak robi to jego małżonka. Około godziny 21:00 Piłsudski siadał do pisania książek lub też przemówień z których rodzina żyła (bowiem Piłsudski zrezygnował z wszelkich uposażeń twierdząc, że nie ma prawa swoimi problemami finansowymi obarczać odrodzone Państwo). Ale i tutaj sam osobiście nie pisał, jedynie dyktował, chodząc wokół pokoju (najczęściej wokół stołu - bo to było rodzinne u Piłsudskich. Oni bowiem, jak mieli do rozważenia jakiś kłopot, to wzajemnie chodzili wokół stojącego na środku pokoju stołu i dla pani Aleksandry wyglądało to wówczas nieco komicznie). Pisaniem oczywiście zajmowała się Aleksandra Piłsudska, Marszałek tylko dyktował (i to często tak szybko, że nie nadążała za Nim). Kończono ową pisaninę ok. drugiej w nocy i udawano się do łóżek. Warto też dodać (już na marginesie) że Marszałek bardzo bał się duchów i szczególnie w Belwederze sypiał przy zapalonej lampce (twierdził bowiem że nocami po korytarzach Belwederu przechadzał się arcyksiążę Konstanty Pawłowicz, brat cara Aleksandra I i Mikołaja I, który w latach 1815-1830 był realnym władcą Królestwa Kongresowego. Jeszcze mała dygresja odnośnie Milusina. Według wspomnień publicysty i dziennikarza Ryszarda Wojny urodzonego w 1920 r. w końcu lat sześćdziesiątych przebywał on akurat w rejonie Sulejówka i pisał tak: "Było to w końcu lat sześćdziesiątych. Wojskowy gazik wiózł mnie do wojsk pancernych pod Sulejówkiem. Kiedy wyjechaliśmy w pierwsze uliczki, rzekłem - właściwie sam do siebie - to gdzieś tutaj mieszkał Piłsudski. Towarzyszący mi major, "politruk" zapytał z miejsca: "Chce pan zobaczyć tę willę?" Przytaknąłem. Młody kierowca wiedział, jak tam dojechać. Dom, w którym mieściło się wówczas przedszkole, był ładnie utrzymany. W ogrodzie bawiły się dzieci. Major z nieskrywaną dumą mówił, że to pancerniacy opiekują się obejściem, a wskazując ręką na duży kwiatowy klomb, dodał: "Powiedziano nam, że to jest grób Kasztanki, więc sadzimy tam kwiaty". Oniemiałem. Jak się miała oficjalna ideologia do poczucia ciągłości historii Polski?!"




Wcześniej, bowiem 24 czerwca 1923 r. ok. godz. 22:00 Krakowskim Przedmieściem wstrząsnęła potężna eksplozja. Bomba wybuchła w Gmachu Porektorskim Uniwersytetu Warszawskiego, w którym nie tylko wyleciały szyby z okien, ale również zawalił się dach. Biorąc pod uwagę wcześniejsze detonacje w czasie których nie było ofiar śmiertelnych (o których pisałem w poprzedniej części) tym razem była ofiara śmiertelna. To ciężko ranny profesor Roman Orzęcki, który szybko przywieziony do szpitala św. Rocha, zmarł tam nie odzyskawszy przytomności (odszedł znakomity ekonomista, który wcześniej - jeszcze w czasie zaborów będąc na Ukrainie, nie krył się ani ze swoją katolicką wiarą, ani też z polskim patriotyzmem). Siła wybuchu owej bomby lątowej (jak potem stwierdził ekspert, kapitan Zessel z Oddziału IV Sztabu Generalnego Wojska Polskiego) była bez porównania większa niż wcześniejsze detonacje. Nie tylko bowiem zawalił się dach budynku, ale również zniszczone zostały schody łączące poszczególne piętra. Ci, którzy zostali uwięzieni na wyższych piętrach, byli potem ściągani przez strażaków za pomocą drabin. Policja gorączkowo szukała sprawców, a politycy w Sejmie przerzucali się oskarżeniami kto mógł spowodować owe ataki. Jedni twierdzili że byli to z pewnością komuniści, inni zaś uważali że to endecja, jeszcze inni że to zwolennicy Marszałka itd. Prawda zaś była taka, że atakowano zarówno budynki należące do prawicy jak i lewicy oraz Żydów, co realnie wprowadzało zamęt i niepewność. Już bowiem dnia następnego 25 czerwca ktoś przekazał informację o podłożeniu kolejnej bomby pod lokalem jednej z żydowskich organizacji. Policja przeszukała teren i rzeczywiście znaleziono ładunek który nie eksplodował. Studenci na Uniwersytecie Warszawskim zorganizowali pikietę, która miała być odpowiedzią na barbarzyńską śmierć lubianego przez nich profesora. Rektor uczelni Jan Łukasiewicz apelował o wyprowadzenie polityki z uczelni, ostatecznie wykłady zawieszono na dwa dni. Brak postępu w śledztwie kompromitował przede wszystkim rządzącą formację Chjeno-Piasta, dlatego politycy naciskali na komendanta policji, aby ten wreszcie dał im winnego, którego oni mogliby przedstawić społeczeństwu. Ostatecznie więc aresztowano pewnego studenta, u którego znaleziono w domu materiał wybuchowy, oraz piekarza, u którego policja znalazła siedem innych ładunków wybuchowych. 4 sierpnia z trybuny sejmowej minister spraw wewnętrznych Władysław Kiernik ogłosił, że wreszcie ujęto sprawców zamachów bombowych z Krakowa i Warszawy. Dodał również, że w nocy z 1 na 2 sierpnia aresztowano 10 członków tajnej organizacji - wśród których było dwóch oficerów Wojska Polskiego - którzy planowali kolejne zamachy i którzy byli powiązani z siatką komunistyczną. Posłowie lewicy ostro protestowali wobec takim faktom, twierdząc że ataki ustały z chwilą dojścia prawicy do władzy, czyli innymi słowy przestały być potrzebne.


ZAWALONY DACH 
GMACHU POREKTORSKIEGO 
UNIWERSYTETU WARSZAWSKIEGO



Ostatecznie na ławie oskarżonych zasiadło pięciu mężczyzn, w tym pirotechnik i jeden podporucznik. Ponoć miała ich rozpoznać adwokat Helena Dziewianowska, która tego dnia przechodziła obok budynku Uniwersytetu i widziała dwóch mężczyzn, których opisała jako oskarżonych. Uznano ich za agentów komunistycznych działających na zlecenie, ale wiele faktów było bardzo niespójnych, tym bardziej że gdy doszło do konfrontacji i Dziewianowska ponownie przyglądała się rekonstrukcji wydarzeń z tamtego feralnego dnia, już nie była taka pewna czy to owi mężczyźni są tymi, których należy oskarżyć o udział w zamachu. Poza tym ten, który miał być komunistą, okazał się bohaterem z czasów Wojny z bolszewikami, który otrzymał Krzyż Walecznych za męstwo w boju. Inny ze sprawców miał się okazać policyjnym agentem, który miał za zadanie przeniknąć do struktur Komunistycznej Partii Robotniczej Polski i ją zinwigilować. Ostatecznie tylko trzech mężczyzn usłyszało wyroki skazujące na 15 lat więzienia, byli to Mieczysław Krasiński, Mieczysław Rotter i Lucjan Maśliński (jednak zostali oni oczyszczeni z zarzutu ostatniego zamachu i śmierci profesora Orzęckiego). Natomiast porucznik Walery Bagiński i podporucznik Antoni Wieczorkiewicz skazani zostali na karę śmierci, gdyż miano im udowodnić przynależność do KPRP i dążenie do "wielkiej rewolucji społecznej" i chęć przyłączenia ziem polskich do ZSRS. Ostatecznie nie zostali zabici, gdyż prezydent Wojciechowski zastosował prawo łaski, mieli też być wymienieni na przetrzymywanych na moskiewskiej Łubiance polskiego konsula w Gruzji Józefa Łaszkiewicza wraz z rodziną i księdza Bronisława Usasa. Do wymiany jednak nie doszło, gdyż gdy byli tam transportowani (w 1925 r.) Bagiński i Wieczorkiewicz zostali zastrzeleni przez eskortującego ich przodownika policji Wincentego Muraszkę (zapewne kolejny sowiecki szpicel), który potem tłumaczył się iż "nienawidzi komunistów śmiejących się Polakom prosto w twarz". Został uniewinniony przez sąd. Według mnie jednak za tymi atakami od początku do końca stali Sowieci z grupy zamachowców Władimira Milutina. Oczywiście żadnych dowodów na to nie mam i mieć nie mogę, aczkolwiek należy pamiętać że właśnie wówczas (1923/1924) sowiecki wywiad dążył do wywołania w Polsce jak największego politycznego chaosu, a co za tym idzie również wszelkiego typu ataków bombowych i innych (w tym i zabójstw) w celu sprowokowania wojny domowej i umożliwienia sowieckiej interwencji w Polsce, która mogłaby dojść co najmniej do Niemiec. Oczywiście zamachy te miano przeprowadzać rękoma tutejszych komunistów, ewentualnie ludzi zwerbowanych lub przekupionych jak oficerowie, żołnierze czy studenci. Tak uważam i takie jest moje zdanie.

24 lipca 1923 r. w Lozannie zwycięskie mocarstwa I Wojny Światowej podpisały pokój z Turcją, na mocy którego wojska brytyjsko-francuskie wycofały się z Konstantynopola. Jednocześnie - po przegranej wojnie z Turkami - swoje ziemie (na których żyli tam od tysięcy lat) musieli opuścić Grecy. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie temu, aby Turcję uczynić republiką i znieść ostatecznie sułtanat osmański.




16 sierpnia władze polskie w Wielkopolsce i na Pomorzu rozwiązały niemiecki Związek Nauczycieli. Sprzedano również Zakłady Żyrardowskie francuskiej spółce Marcela Boussaca. Skarb Państwa poniósł na tej inwestycji duże straty, jako że sprzedaż nie uwzględniła dramatycznego spadku kursu marki polskiej. 

1 września 1923 r. straszliwe trzęsienie ziemi nawiedziło Japonię. Budynki w okolicach Kobe i Osaki waliły się jak domki z kart a rozszalałe pożary i uderzenia gigantycznych fal morskich, odbitych od poruszonego dna Pacyfiku, ostatecznie spowodowały śmierć 143 000 ludzi. Było to bez porównania największe trzęsienie ziemi w dotychczasowej historii Japonii.






W sierpniu 1923 r. Marszałek Józef Piłsudski wziął udział w II Zjeździe Związku Legionistów w Krakowie. Miesiąc później udzielił Marszałek wywiadu dziennikarzowi Władysławowi Baranowskiemu, w którym to żalił się, iż w odrodzonym państwie ogromne pole do popisu ma nie tylko obca agentura, ale również rodzimi inwigilatorzy (żalił się bowiem na podsłuchy telefoniczne i na ciągłą obserwację Jego osoby), mówił: "Widzę tu, pętające się dookoła mego domu rozmaite indywidua i coraz to nowe twarze. (...) Znam się na tym. Robią to przy tym tak niezgrabnie, nowicjusze. Inwigilują Naczelnego Wodza. (...) Mam w tym względzie swój pogląd i na wszystko jestem przygotowany" a po cichu dodał: "Mordercy".

W dniach 19 września - 2 października 1923 r. w miejscowości Bolszewo pod Moskwą odbył się II Zjazd Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Był to jednocześnie ostatni zjazd, na którym delegaci zostali wybrani w miarę demokratycznie, każdy następny skład partii był już z góry narzucany przez Moskwę. Ostatecznie wybrano 49 delegatów, a atmosfera zjazdu upływała pod znakiem bliskiego wybuchu rewolucji komunistycznej w Niemczech. W obradach uczestniczył również przewodniczący Komitetu Wykonawczego Kominternu Grigorij Zinowiew, który zapowiadał: "Rewolucja niemiecka jest nieunikniona i w najkrótszym zapewne czasie rozegrają się tam wypadki rozstrzygające. Stanie się to za parę miesięcy, być może wcześniej, raczej wcześniej niż później". Zinowiew z takim przekonaniem głosił rozpoczęcie rewolucji niemieckiej, gdyż wiedział już doskonale że na Kremlu zapadła decyzja o wsparciu sotni (zenturien) Brandlera - przywódcy niemieckich komunistów - który miał rozpocząć rewolucję najpierw w Dreźnie i w Saksonii, następnie w Hamburgu, potem w Berlinie i ostatecznie w całych Niemczech. Zinowiew podczas swej przemowy wielokrotnie podkreślał konieczność takiej rewolucji, a jednocześnie stwierdzał że: "Rosyjska partia komunistyczna, nasza Republika sowiecka, nawet gdyby tego chciała, nie mogłaby, nie potrafiłaby oddzielić swych losów od losów rewolucji niemieckiej". Oczywiście na końcu deklamował że: "my jesteśmy za pokojem", czyli stara śpiewka komunistów nawołujących do rewolucji wszędzie gdzie tylko można, a jednocześnie podkreślających że oni to są gołąbkami pokoju (swoją drogą jeszcze nie pisałem na temat gołębi, dlaczego to stały się symbolami pokoju. Gołębie bowiem są bardzo agresywnymi zwierzętami i raczej nie powinny być uważane za symbol pokoju, ale to opowieść na zupełnie inny temat). Komunistyczna Partia Robotnicza Polski jednocześnie na tym zjeździe deklarowała powrót do "haseł patriotycznych". Oczywiście uznawano polską niepodległość, ale deklarowano jednocześnie, że prawdziwa niepodległość będzie wtedy, gdy Polska opsze swą koncepcję na bratnim sojuszu z rewolucją niemiecką i rosyjską, na utworzeniu "Federacji Wolnych Republik Robotniczo-Chłopskich Europy" (czyli to, co mamy dziś, tylko w wydaniu Unii Europejskiej). Oczywiście uznawano że wschodnia granica Rzeczpospolitej musi zostać zmieniona, gdyż Ukraińcy, Białorusini i Litwini pragną "połączenia z ich braćmi po drugiej stronie słupów granicznych". Natomiast wyciszono negację zachodniej granicy Polski. Do 16-osobowego składu Komitetu Centralnego wybrano: Adolfa Warszawskiego-Warskiego, Marię Koszucką, Maksymiliana Horowitz-Waleckiego, Saula Amsterdama-Henrykowskiego, Henryka Bitner-Bicza, Juliana Bruna, Aleksandra Danieluk-Stefańskiego, Franciszka Fiedlera, Franciszka Grzelszczaka, Romana Jabłonowskiego, Władysława Stein-Krajewskiego, Osipa Kriłyk-Wasilkiw, Stanisława Mertens-Skulskiego, Ludwika Szabatowskiego, Jerzego Sochacki-Czeszejko i Wacława Wróblewskiego.




Sowieckie Politbiuro wyznaczyło datę wybuchu rewolucji w Niemczech na 9 listopada 1923 r. W tym celu do Niemiec przerzucono najróżniejszych agentów i współpracowników Razwiedupra (wywiadu wojskowego), INO (oddziału zagranicznego), GPU i Kominternu. Zakładano tam tajne bazy z bronią, formowano i szkolono oddziały bojowe Komunistycznej Partii Niemiec, a przede wszystkim przeznaczono na ten cel kwotę 300 milionów rubli w złocie, która była bez wątpienia astronomiczna, a jednocześnie pokazywała jak bardzo Sowietom zależało na wybuchu rewolucji w Niemczech i (po zwycięstwie) na połączeniu dwóch komunistycznych państw w celu dalszej ekspansji na Europę.

22 września w Bułgarii tamtejsi komuniści podjęli nieudaną próbę wszczęcia rewolucji komunistycznej. Bułgaria należała do państw, które znalazły się w obozie przegranych I Wojny Światowej. Przystąpiła do wojny 6 października 1915 r. po stronie Niemiec i Austro-Węgier (notabene wejście do wojny Bułgarii doprowadziło do załamania się obrony Serbów i zajęcia kraju przez wojska austro-węgierskie i bułgarskie). Gdy jednak wojna na Zachodzie dobiegała zwycięskiego dla aliantów końca, 29 września 1918 r. w Salonikach Bułgaria podpisała zawieszenie broni i wycofała się z wojny, 3 października abdykował dotychczasowy car Ferdynand I a jego miejsce zajął 24-letni syn Borys III. Kraj następnie został zajęty przez wojska francuskie, brytyjskie i włoskie, wprowadzono też stan wyjątkowy w całym kraju. Do tego dochodziły powojenne trudności gospodarcze, ogromna drożyzna i braki podstawowych towarów żywnościowych a także opałowych. Wszystko to stwarzało doskonałe podglebie dla wybuchu rewolucji komunistycznej. 27 lipca 1919 r. Bułgaria podpisała w Neuilly pod Paryżem układ pokojowy, na mocy którego traciła znaczne tereny na korzyść Królestwa Serbów Chorwatów i Słoweńców (czyli późniejszej Jugosławii), Rumunii i Grecji. W kraju nazwano to "Drugą katastrofą narodową" (pierwszą była klęska w wojnie z koalicją bałkańską i Turcją w roku 1913). W kolejnych latach trwała gospodarcza penetracja Bułgarii przez wielki międzynarodowy kapitał, to zaś doprowadziło iż już w 1921 r. wszystkie banki, cukrownie i prawie wszystkie kopalnie węgla oraz rud były w obcych rękach. W 1921 r. przyszło jeszcze załamanie gospodarcze, w wyniku którego wiele osób straciło pracę. Kryzys potęgował się i był to wymarzony czas dla Moskwy. Rządząca w kraju socjal-ludowa partia zemedelców Aleksandra Stambolijskiego wybitnie sobie nie radziła z tymi problemami. W kraju panowała też obawa przewrotu (czy to prawicowego czy lewicowego), tym bardziej że stacjonowały tu oddziały rosyjskiej, białogardyńskiej Armii gen. Wrangla, które przybyły tutaj na początku 1920 r. z Krymu. Ostatecznie rząd Stambolijskiego zmusił ich do złożenia broni i rozwiązania się, mimo to w kraju panowała atmosfera wrzenia. Domagano się aresztowania i surowego osądzenia sprawców klęsk z 1913 i 1918 roku (sprawcy wciągnięcia Bułgarii w wojnę w 1915 już wówczas zostali osądzeni i trafili do więzień), wręcz domagano się krwi za narodowe krzywdy. W nocy z 8 na 9 czerwca 1923 r. z poparciem cara Borysa, przeprowadzony został wojskowy zamach stanu przeciwko rządom zemedelców. Wojsko (i junkrowie Szkoły Wojskowej w Sofii) aresztowali wielu przedstawicieli tego stronnictwa, sam premier Stambolijski przybywał wówczas w swej rodzinnej wsi Sławowica, gdzie zorganizował opór chłopów, który załamał się już 11 czerwca. Aresztowany, został przewieziony do swej willi w Sławowicy, gdzie rozpoczęły się wielogodzinne tortury. Ostatecznie został tam też zamordowany. Nowym premierem 9 czerwca został Aleksander Cankow, organizator "Narodowego Porozumienia" (złożonego z partii demokratycznej, ludowej i radykalnej). By poprawić sytuację ekonomiczną kraju, nowy rząd zamierzał przede wszystkim zwiększyć liczbę godzin pracy, jednocześnie obniżając pensję robotnikom. 12 września aresztowano 2000 komunistów bułgarskich, gdyż spodziewano się przewrotu komunistycznego. Rzeczywiście doszło do niego w nocy z 22 na 23 września 1923 r. głównie w północno-zachodniej Bułgarii. Ostatecznie do 29 września (po krwawych walkach o kilka tamtejszych miast) rewolucja komunistyczna zakończyła się klęską, a sami rewolucjoniści z Georgij Dymitrowem na czele uciekli do Jugosławii.




10 października w Moskwie na Międzynarodowym Kongresie Chłopskim utworzono Międzynarodówkę Chłopską (Kriestintern) której to zastępcą sekretarza generalnego w latach 1923-1928 był działacz KPRP Tomasz Dąbal.


CDN.

08 czerwca 2026

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XIV

WOLNA WOLA a PRZEZNACZENIE


ZIELONE WZGÓRZA NAD SOLINĄ" - ULUBIONA PIEŚŃ MEGO OJCA
(który zginął straszną śmiercią - zgnieciony przez dwa autobusy.
(Zdążyłem się jeszcze z Nim pożegnać gdy konał na moich oczach)



Czym jest Przeznaczenie? Czy jest to efekt tego, co koniecznie musi nas spotkać w życiu?, a jeśli tak, to jak można łączyć z tym pojęcie Wolnej Woli, którą (według różnych religii) człowiek został obdarzony przez Boga? Przecież logicznie myśląc Przeznaczenie i Wolna Wola... wzajemnie sobie przeczą. Weźmy przykład: idziemy do wróżki i prosimy ją by nam powróżyła co też spotka nas w przyszłości. Ona zaś dostrzega czekające nas w niedługim czasie nieszczęście, lub nawet śmierć. Jednak do zapowiadanego przez ową wróżkę nieszczęścia nie dochodzi. My oddychamy z ulgą i... uważamy że ktoś wystrychnął nas na dutka, każąc sobie za to jeszcze płacić. Ale czy to prawda? Czy rzeczywiście (przy założeniu że wizja lub sen wróżki, lub też jakiejkolwiek innej osoby był prawdziwy, a nie stanowił jedynie łatwego sposobu na dorobienie się) istnieje coś takiego jak Przeznaczenie, które od początku do końca wyznacza nasz ludzki los? Oczywiście Przeznaczenie istnieje, lecz jeśli tak, to jak jednocześnie może istnieć Wolna Wola, którą również ma posiadać człowiek? Ja sam, będąc dzieckiem, zawsze wierzyłem, że to właśnie ludzie poprzez swoje wybory - stanowią o własnym życiu, że każdy z nas jest: "kowalem własnego losu". Lecz jednocześnie (szczególnie od dziadków) słyszałem że: "Tam, w Niebie jest wszystko zapisane". Dziwiło mnie to i nie potrafiłem pojąć ani zaakceptować owego, wzajemnie się wykluczającego paradoksu. Jak to możliwe, by jednocześnie coś "było zapisane" i by to ludzie sami dokonywali wyborów dróg własnego życia - wówczas było to dla mnie nie do pogodzenia.

Wówczas! Dziś bowiem zupełnie nie dostrzegam żadnego paradoksu, ani wzajemnie wykluczających się pojęć, dziś widzę że istnieje zarówno Przeznaczenie (które jest z góry ułożone i "zapisane"), oraz Wolna Wola, która determinuje i kształtuje nasze wybory, a co za tym idzie - nasz los. Jeśli w przepowiedni ktoś (lub my sami) ujrzał naszą śmierć, czy inne nieszczęście, a tymczasem do tego wydarzenia nie doszło - o czym to świadczy? Że wróżka nas oszukała? Niekoniecznie, ona po prostu... ujrzała jedną z alternatywnych dróg naszego życia, lecz to my sami zdecydowaliśmy (często zupełnie nieświadomie) o zmianie naszego losu. Dlatego też należy stwierdzić (gdyż nie jest to domysł czy przypuszczenie, lecz pewność), że przeznaczenie owszem istnieje i jest zapisane "Tam" w "Zaświatach", lecz to właśnie Wolna Wola decyduje o jego kształcie. To Wolna Wola tworzy nasze przeznaczenie, gdyż to my sami decydujemy jak potoczy się nasze życie. Jakąkolwiek jednak wybierzemy drogę - będzie ona po prostu jedną z wielu alternatywnych rozwiązań w naszym życiu - nie tylko wcześniej "zapisanym", lecz także dokładnie przeanalizowanym i omówionym w "Świecie Dusz" (podczas przeglądu nowego życia - o czym już wcześniej pisałem). Są jednak ludzie, którzy nie tylko twierdzą że nie posiadają żadnej Wolnej Woli, czyli żadnego wpływu na bieg toczących się w ich życiu wydarzeń, lecz uważają jednocześnie że są jak te kłody, rzucone do rzeki przeznaczenia, której prąd wszystko znosi w jednym kierunku, bez możliwości zatrzymania się, czy chociażby zmiany jego kierunku.

Ludzie ci - widząc iż nie mają wpływu by pomóc cierpiącej i umierającej najbliższej im osobie - często sądzą że są właśnie jak te kłody rzucone do rzeki. Na nic nie mając wpływu, płyną z prądem przeznaczenia od swych narodzin do śmierci. Szczególnie silnie taki stan powoduje niemożność udzielenia pomocy cierpiącej ukochanej osobie, lub utrata najbliższych (rodziców, krewnych, czy - co szczególnie bolesne - własnych dzieci). Ale w tym przypadku my zapominamy o jednej bardzo ważnej rzeczy, jaką jest Wolna Wola. Myślimy że tylko my sami ją posiadamy. Opisujemy świat z punktu widzenia nas samych - czyli My i Reszta Świata. Przy tym wszystkim jednak zapominamy że osoby nam najbliższe, ukochane, nasze dzieci, rodzice, dziadkowie, wujkowie, przyjaciele - oni wszyscy również posiadają Wolną Wolę. Jeśli przydarzyło im się nieszczęście, które doprowadziło w konsekwencji do ich śmierci - to był ich wybór, to była jedna z dróg, którą podążyli. Oni zadecydowali - my decydujemy o naszym życiu. Podam przykład: kobieta w ciąży schodzi z piętra swego mieszkania po schodach drogą którą przemierzała wielokrotnie razy wcześniej. Teraz jednak w pewnym momencie się potyka i spada z owych schodów - w konsekwencji traci dziecko. Pytanie brzmi - czy gdyby nie zdecydowała się wówczas na zejście na dół, uratowałaby swą ciążę? - zapewne, lecz mogłaby wówczas wejść w inną "alejkę", która doprowadziłaby ją do jeszcze gorszego zakończenia (np. wpadłaby pod samochód, spiesząc się do pracy czy uczelni, gdyż... zaspała i pospiesznie rzuciła się przed siebie). Oczywiście wszystko mogłoby się również zakończyć szczęśliwie.

My jesteśmy panami własnego losu, to my decydujemy o tym jak zakończy się nasze życie (choć oczywiście jako żyjący ludzie - w ogóle sobie tego nie uświadamiamy). Musimy pamiętać że Przeznaczenie to jest suma wszystkich naszych uczynków spełnianych przez tysiące lat niezliczonych inkarnacji. Wszystkie te uczynki były spowodowane naszym własnym wyborem - Wolną Wolą. Dlatego też należałoby tu powiedzieć iż to Wolna Wola kształtuje nasze Przeznaczenie, zaś Przeznaczenie stanowi sumę wszystkich naszych Wolnych Wyborów. Jedno wynika z drugiego, jedno tworzy drugie - nie ma mowy o sprzeczności czy paradoksie. Poza tym zupełnie nie bierzemy pod uwagę, że owe nienarodzone jeszcze dziecko... może właśnie miało zginąć, będąc jeszcze w łonie swej matki, gdyż taki właśnie podjęło wybór. Są dusze, które aby się czegoś nauczyć, nie muszą wcale "się narodzić", wystarczy im wejść do niemowlęcego płodu, by już doświadczać. Na nasze własne wybory nakładają się również wybory karmiczne, oraz doświadczenia z poprzednich żywotów (lecz to my decydujemy o tym kiedy, jak i gdzie cokolwiek się stanie, oraz... czy stanie się właśnie w tym wcieleniu). Każda dusza, nim jeszcze wniknie do będącego w łonie matki ciała nienarodzonego jeszcze dziecka - już wie, czy ów płód zginie czy przeżyje, czy matka dokona aborcji, czy też zginie w wyniku "nieszczęśliwego zdarzenia losu" (oczywiście ta wiedza nie jest w 100%, o wszystkim bowiem decyduje nasz Wolny Wybór, są to raczej prawdopodobieństwa. Inną kwestią jest również fakt, że pewnych rzeczy w naszym życiu nie zdołamy uniknąć i musimy je przeżyć, gdyż są one konieczne dla naszego rozwoju, ale pomniejsze sytuacje do nich wiodące - tak zwane "dróżki" - zależą już bezpośrednio od nas samych).

Dlatego też musimy pamiętać, że to, co nas spotyka - to suma nie tylko naszych własnych wyborów (często karmicznych pozostałości z poprzednich wcieleń) które tworzą nasze własne Przeznaczenie, lecz również nasze wybory łączą się z wyborami innych ludzi (innych dusz) wchodzących z nami w korelacje za życia. Suma tych wyborów - wpływa na to co przyniesie nam (wszystkim) przyszłość. Jest jeszcze jedna rzecz, o której - my - żyjący ludzie często zapominamy. Prócz Wolnej Woli, która wyznacza nasze Przeznaczenie, wszyscy ludzie (w zasadzie wszystkie istoty rozumiane jako całość, ale skupmy się na ludziach) są chodzącymi... budkami telefonicznymi. Co to znaczy? Spójrzmy na poszczególne światowe religie - wielu ludzi którzy kiedyś byli głęboko religijnymi osobami, na pewnym etapie swego życia porzuciło wiarę i wyznawaną wcześniej religię. Stali się ateistami lub agnostykami. Ci, którzy w wierze wytrwali straszą tamtych iż będą się po śmierci "smażyć w ogniu piekielnym", lub że nie doczekają Armageddonu i nie będzie im dane nowe życie w raju na Ziemi, który oferuje im Jahwe/Jehowa (po wcześniejszym zgładzeniu wszystkich niewierzących i odstępców - czyli w przekonaniu "wiernych" - wszelkiego zła). Takie wzbudzanie lęku (lub przynajmniej ostrzeżenia typu: "Chodź z nami bo zginiesz"), na pewno nie powodują zmiany nastawienia odstępców, a wręcz przeciwnie, tym gorzej ustosunkowują ich do danej wiary i religii.

Lecz tak naprawdę nie ma najmniejszego znaczenia to, jaką religię wyznajemy, w jakim obrządku się modlimy i którym bogom składamy ofiary. Nie ma znaczenia że nie potrafimy "naukowo" udowodnić istnienia Boga, by przekonać tych niewierzących. Tak naprawdę znaczenie ma tylko jedno - wszyscy jesteśmy... budką telefoniczną. Piszę trochę kolokwialnie, gdyż pragnę przez to powiedzieć że MY WSZYSCY zawsze i w każdym momencie, z każdym problemem możemy zwrócić się do... Wyższej Instancji (i nie ma znaczenia jak Ją nazwiemy - Bogiem/Źródłem, Aniołem Stróżem/Przewodnikiem, Losem czy Przypadkiem. Ja jednak preferuję abyśmy głównie zwracali się do naszych Przewodników lub Opiekunów, ale nawet jeśli zwracamy się bezpośrednio do Boga to to nie ma też większego znaczenia, te myśli i modły i tak zostaną przechwycone przez naszych Opiekunów). Każdy z Nas, bez znaczenia wierzący czy niewierzący, Katolik, Muzułmanin, Żyd, Buddysta, Świadek Jehowy czy ktokolwiek inny - każdy z nas może zawsze i w każdym momencie swojego życia - połączyć się właśnie z ową Wyższą Instancją (i nie ma najmniejszego znaczenia czy w nią wierzy). To piszę nie jako osoba pomagająca sobie wynikami sesji hipnoterapeutycznych, ale jako "ja" sam we własnej osobie. Wszystko to o czym teraz piszę - doświadczyłem na sobie samym, przeżyłem i przeżywam to wciąż. A na czym polega owe "połączenie telefoniczne" skoro nie trzeba nawet wierzyć w istnienie owej Wyższej Instancji? Na prośbie. Trzeba niestety się przemóc i poprosić o pomoc (choćby "krasnoludków z zaczarowanego lasu", jeśli nie chcemy używać słowa "Bóg"). Ja tego doświadczyłem wielokrotnie (i wciąż doświadczam) i powiem... TO DZIAŁA (działa cholernie skutecznie).

Często było tak, że stawałem przed problemami które (z mojego punktu widzenia) wydawały się beznadziejne. Były tak diabelnie trudne do rozwiązania, że bałem się w ogóle je zaczynać i próbować rozwiązywać. Wówczas w duchu prosiłem (Boga-Źródło-Przewodnika-Opiekunów) o pomoc, o wsparcie. Prosiłem o radę i wskazanie odpowiedzi, jak powinienem postąpić, lecz przede wszystkim o pomoc w rozwiązaniu problemu. Wiem, że to co teraz napiszę, zabrzmi głupkowato, ale nie było momentu, nie było prośby która by została (przez ową Wyższą Instancję) zlekceważona (aby ten proces przyspieszyć, pamiętajmy żeby w naszej głowie powstała myśl, która będzie myślą skończoną danego wydarzenia, innymi słowy powinno to brzmieć następująco: "Dziękuję wam moi Opiekunowie za to, że zdałem egzamin na prawo jazdy, albo za to że odwiedziłem moją dawno nie widzianą znajomą" i w głowie natychmiast pojawia się myśl spotkania z tą znajomą i zakończenia pozytywnie tego egzaminu na prawo jazdy, choć realnie jeszcze do tego nie doszło. To jest technika którą wykorzystują również najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie tego świata - umiejętność używania własnego mózgu w połączeniu z opieką naszych Przewodników). Wówczas wszystkie problemy, które wydawały mi się na początku tak trudne że prawie nie do rozwiązania, z czasem (nie wiem jak długim, ale zwykle dość krótkim) - rozwiązywały się po prostu same. Ja prosiłem o wsparcie i pomoc i ona ZAWSZE przychodziła. Nie pamiętam sytuacji, gdy o coś poprosiłem (oczywiście  rzadko myślałem o rzeczach materialnych, lecz skupiałem się na wsparciu i podpowiedzi, jak rozwiązać ten jeden - jedyny kłopot, przed którym w danym momencie stawałem, chociaż, czasem było również i tak że miałem pewne problemy finansowe, na przykład kontrahent nie dokonał przelewu a ja nie miałem pieniędzy żeby zapłacić ludziom pensję, wówczas odnosiłem się właśnie do tej sytuacji że te pieniądze już są na koncie i jednocześnie prosiłem o to Opiekunów. Nie powinno się jednak prosić ich o rzeczy materialne, wiem o tym, ale... niekiedy robię pod tym względem wyjątki 😉), by to następnie jakoś samo się nie rozwiązało.

I mogę z tego miejsca powiedzieć - TO SIĘ NIGDY NIE SKOŃCZY, nigdy nie "przeciągnę struny", jeśli tylko moje myśli będę kierował w stronę konkretnych spraw, tyczących mnie, moich bliskich, przyjaciół i innych ludzi z którymi wchodzę w interakcje. Nam się bowiem wydaje że ten świat tu na Ziemi jest pełen cierpienia i bólu, że nasze życie szybko się kończy i nawet jeśli wracamy w "Zaświaty", to znów przygotowujemy się do kolejnych "narodzin w piekle". Tak naprawdę cała tajemnica wyraża się w ciągłym dążeniu do doświadczania, ale... nie oznacza to że my koniecznie MUSIMY cierpieć i doznawać tych wszystkich trudów naszego życia. My jesteśmy częścią Światła, które nie pragnie wcale naszego cierpienia i bólu (nawet jeśli jest to kwestia doświadczenia - trudno to wytłumaczyć, więc na razie sobie odpuszczę). Źródło (Bóg/Stwórca/Demiurg Wszechrzeczy) pragnie naszego szczęścia, pragnie jak najszybszej z nami bliskości. Ale nim to się stanie, czeka nas trudna droga przez bezdroża Przeznaczenia. My jadąc wozem o nazwie Wolna Wola, czujemy się na tej drodze (i każdej innej w którą skręcamy) trochę zagubieni, zdezorientowani i niepewni. Tak niewiele świateł, tak wiele ciemnych zaułków iż nie potrafimy powstrzymać uczucia lęku. Lecz my w "swym pojeździe" mamy zamontowany "system nawigacyjny" i "CB Radio", z którego jednak większość z nas nie chce skorzystać, a inni nie uświadamiają sobie nawet tego, że coś takiego ze sobą posiadają.


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...