WYŚWIETLENIA

02 czerwca 2026

"JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. II

CZYLI, JAK TO W POLSCE 
NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?





PRZED PIERWSZĄ ELEKCJĄ




 Od śmierci króla Kazimierza III Wielkiego i objęcia władzy przez Ludwika Węgierskiego (Andegawena), teoretycznie kolejni władcy Polski musieli przed wstąpieniem na tron uzyskać zgodę od panów szlachty - czyli od narodu (działo się tak od czasu zjazdu w Koszycach i wydanego tam przywileju dla szlachty z września 1374 r.), ale w praktyce tron nadal był dziedziczny, a różnica była tylko taka, że teraz każdy król musiał czymś obłaskawić szlachtę (niekoniecznie całą, wystarczyło bowiem oprzeć się na kilku magnatach, oferując im urzędy lub ziemie, aby pełnili funkcję adwokatów wyboru królewskiego syna). Tak też na tron wstąpiła córka Ludwika - Jadwiga Andegaweńska (panowała w latach 1384-1399), która potem (za radą panów szlachty) poślubiła księcia pogańskiej Litwy - Jogaiłłę (pomimo swej początkowej miłości do austriackiego księcia - Wilhelma Habsburga). Jogaiłła został ochrzczony (15 lutego 1386 r.) i przyjął imię Władysław, a następnie (18 lutego) poślubił królową (a raczej króla, bowiem Jadwiga panowała jako król Polski) Jadwigę. 




Teoretycznie przez cały okres małżeństwa z nią, pozostawał Jagiełło jedynie jej mężem i nikim więcej, realnie jednak był królem od czasu swej koronacji (4 marca 1386 r.) i co prawda po jej śmierci (lipiec 1399 r.) powstał problem czy uznać dalsze panowanie Władysława II Jagiełły, czy też wybrać nowego króla, ale ostatecznie nikt nie ośmielił się podważyć jego prawa do korony i został uznany prawowitym monarchą. Panował długo, bo aż do czerwca 1434 r., a zmarł w wieku ok. 80 lat (istnieją pewne rozbieżności co do daty jego urodzin). To właśnie on był założycielem nowej (po Piastach) wielkiej polskiej dynastii - Jagiellonów. Czterokrotnie żonaty, lecz synów i następców doczekał się dopiero ze związku ze swoją czwartą żoną - Zofią (Sonką) Holszańską - również wywodzącą się z Litwy. Został ojcem w podeszłym wieku (pierwszy syn - Władysław/Władko urodził się w 1424 r., drugi - Kazimierz/Kaźko w 1427 r.). I wówczas też synowie jego byli pewnymi kandydatami do tronu, ale żeby uzyskać oficjalne tego potwierdzenie, musiał Jagiełło poświęcić nieco czasu i energii na "przekonanie" do tego zarówno panów z rady królewskiej, jak i biskupa krakowskiego - Zbigniewa Oleśnickiego. Musiał również stoczyć walkę dyplomatyczną ze swym kuzynem, wielkim księciem Litwy - Witoldem, który - namówiony przez cesarza rzymskiego Zygmunta Luksemburskiego - zapragnął korony królewskiej dla Litwy (1429 r.), co automatycznie oznaczało zerwanie unii z Polską i odbierało potomstwu Jagiełły prawo dziedziczenia Wielkiego Księstwa Litewskiego, które było - w przeciwieństwie do Polski - bezpośrednim, dziedzicznym patrymonium dynastii Giedymina (z której wywodzili się zarówno Jagiełło jak  Witold). Sprawę tę rozwiązał dopiero zgon Witolda (październik 1430 r.) a to otworzyło drogę do objęcia tronu przez synów Władysława Jagiełły zarówno w Polsce jak i na Litwie.


WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO
(1386 - 1434)
Był człowiekiem bardzo przesądnym, co wówczas uważano za element pogaństwa. Jednocześnie nigdy nie pijał wina, a w jego kielichach zawsze była czysta woda. Często też się kąpał, praktycznie codziennie.



Problem z następstwem pojawił się też po śmierci najstarszego syna Jagiełły - Władysława III Warneńczyka, który (również jako król Węgier) poległ w bitwie z Turkami Osmańskimi pod Warną (10 listopada 1444 r.), ale i wówczas - choć bezkrólewie trwało w Polsce aż trzy lata, podczas których oczekiwano na powrót króla Władysława, gdyż na polu bitwy nie odnaleziono jego ciała - koronę zaproponowano młodszemu bratu Władysława, panującemu wówczas na Litwie - Kazimierzowi, który ostatecznie koronował się na króla Polski w czerwcu 1447 r. jako Kazimierz IV Jagiellończyk. Jego zaś synowie i następcy nie mieli już zupełnie żadnych problemów w objęciu tronu Polski i Litwy, a gdy Kazimierz zmarł (czerwiec 1492 r.), tron w Polsce objął jego najstarszy syn - Jan I Albrecht (Olbracht), na Litwie zaś Aleksander Jagiellończyk. Gdy i Janowi zmarło się bezpotomnie w czerwcu 1501 r., Polacy automatycznie wybrali swym królem wielkiego księcia Litwy - Aleksandra, lecz i on wkrótce zmarł bezpotomnie (sierpień 1506 r. Było to też z pewnością spowodowane nadużywaniem przygodnych stosunków seksualnych, gdyż zarówno Jan jak i Aleksander cierpieli na syfilis). Wówczas korona przypadła kolejnemu z synów Kazimierza IV - Zygmuntowi Jagiellończykowi. Ten król, który ostatecznie zmusił Zakon Krzyżacki do sekularyzacji i złożenia mu hołdu lennego (to wydarzenie przeszło do historii pod nazwą Hołdu Pruskiego i było przykładem triumfu Korony Polskiej nad agresywną niemczyzną zakonną, której to pierwszy etap upadku nastąpił w bitwie pod Grunwaldem w 1410 r. za króla Władysława Jagiełły - od tej to bitwy narodziła się potęga Królestwa Polskiego i Rzeczypospolitej Obojga Narodów, która trwała prawie trzy stulecia, stąd jest ona tak ważna w polskich dziejach, gdyż Polska i Litwa starły się tam nie tylko z Zakonem Niemieckim, ale również z rycerstwem Rzeszy, Francji, północnych Włoch i Anglii. Król Władysław po bitwie jednak puścił wolno wszystkich schwytanych rycerzy zachodnich, przyjmując od nich jednak przysięgę na ich honor, że już nigdy więcej nie dobędą miecza przeciw Koronie Polskiej) - eliminując tym samym stałe zagrożenie na północy Królestwa (kwiecień 1525 r.), poślubił też (kwiecień 1518 r.) włoską księżniczkę - Bonę z rodu Sforzów, która swym niecodziennym zachowaniem i podejściem do polityki, oburzała wielu z panów szlachty, ale za to potrafiła konsekwentnie stawiać na swoim. 






Przerażona faktem, że po śmierci Zygmunta I jej syn - Zygmunt August może nie objąć tronu, postanowiła zaradzić temu zawczasu i (mając poparcie swego małżonka) już w grudniu 1522 r. (gdy Zygmunt August miał zaledwie dwa lata) uzyskała zgodę panów litewskich na wybór Augusta na wielkiego księcia Litwy po śmierci Zygmunta I. Ale to jej nie wystarczyło, dlatego też siedem lat później (październik 1529 r.) doprowadziła do wyboru Zygmunta Augusta na drugiego księcia Litwy, jeszcze za życia Zygmunta I, oraz na króla Polski (grudzień 1529 r.). Koronacja młodego Zygmunta Augusta nastąpiła 20 lutego 1530 r. i od tej chwili, aż do śmierci Zygmunta I Jagiellończyka (kwiecień 1548 r.) Polska i Litwa miała dwóch władców jednocześnie - ojca i syna. Wszystko to za sprawą ambicji i miłości matczynej królowej Bony Sforzy, która potrafiła skutecznie stawiać na swoim (za co też była znienawidzona wśród polskich panów). Zygmunt II August po śmierci ojca panował samodzielnie do lipca 1572 r. Był trzykrotnie żonaty, ale żadna z żon nie dała mu upragnionego syna i dziedzica korony. Pierwsza małżonka - Elżbieta Habsburg nie była kochana przez Zygmunta, gdyż cierpiała na padaczkę i nie należała do kobiet urodziwych, dlatego też Zygmunt August często wyjeżdżał i zostawiał ją samą w Krakowie lub w Wilnie. Była też jego żoną bardzo krótko, zaledwie dwa lata (1543-1545). Druga żona - Barbara Radziwiłłówna zmarła też bardzo szybko, wkrótce po swym wyniesieniu na tron (1550-1551). Była to kobieta którą August naprawdę kochał i której śmierć (maj 1551 r.) bardzo przeżył (do końca swego życia ubierał się na czarno w dowód żałoby po Barbarze, a nawet miał doprowadzić do wywołania jej ducha, aby raz jeszcze ją ujrzeć). Była to wielka, nieszczęśliwa miłość, gdyż nie godzili się na nią nie tylko rodzice Zygmunta Augusta - a szczególnie Bona Sforza - ale również magnateria, szlachta i Kościół. Król jednak zmusił ich wszystkich do uległości i uznania faktu małżeństwa oraz koronacji Barbary, ale był bezsilny wobec przeznaczenia jakie było jej pisane i do końca życia cierpiał z tego powodu. Trzecia żona - Katarzyna Habsburg - siostra jego pierwszej małżonki Elżbiety, również nie była akceptowana przez Zygmunta, a poślubił ją tylko z powodów politycznych (aby Habsburgowie nie zawarli sojuszu z Moskwą). Jednak nie kochał jej, a gdy się okazało że jest bezpłodna i oszukuje go w kwestii ciąży, całkowicie się od niej odseparował i odtąd żyli oddzielnie (jego wstręt do tej kobiety potęgował również fakt, że cierpiała na epilepsję). Była jego małżonką w latach 1553-1566 (wówczas to wyjechała z Polski do Wiednia, choć oficjalnie była żoną Augusta do swej śmierci w lutym 1572 r.). Co prawda na wieść o jej zgonie Zygmunt August miał nawet zapłakać, ale byli tacy którzy twierdzili, że płakał bardziej z radości niż z żalu (jeden z naocznych świadków stwierdził wręcz: "Płacz niemały udał się królowi"), nie pozwolił jednak (czego domagał się cesarz rzymsko-niemiecki) aby ciało Katarzyny spoczęło na Wawelu. Cesarz Maksymilian nie ustępował jednak, czego efektem było to, że ciało Katarzyny przez długie lata nie zostało pochowane. Ostatecznie pogrzeb odbył się w Linzu, lecz dopiero w 1614 r., czyli... 42 lata po jej śmierci. 






Nie mając potomków i czując zbliżającą się śmierć, postanowił król na trwale zjednoczyć Polskę i Litwę. Już w 1563 r. Zygmunt August zrzekł się swych praw dziedzicznych do Litwy, a to otworzyło drogę do politycznej i prawnej unifikacji Korony z Litwą. Na sejmie lubelskim, zwołanym 10 stycznia 1569 r., króla powitał marszałek sejmowy Stanisław Sędziwój Czarnkowski mową, w której wyraził takie oto zdanie: "Zdrowie twoje królu, żywot to i zdrowie nasze, śmierć twoja, to śmierć nasza!". Po raz pierwszy radzili tam wspólnie Polacy z Litwinami (do tej pory sejmy zwoływane były oddzielnie w Koronie i oddzielnie na Litwie). Nie było jednak zgody co do kształtu przyszłej unii realnej, gdyż Litwini obawiali się o ziemie ruskie, które Polacy chcieli posiąść, zaś Polacy nie zamierzali zbytnio angażować się we wschodnie konflikty, jakie Litwa toczyła przede wszystkim z Moskwą (ale też i z Tatarami), mawiając iż: "Trudno byłoby od Krakowa kłusać się do Litwy na wojnę". Litwini głośno podnosili sprawę nienaruszalności swych granic, mówiąc iż Wielkie Księstwo nie umniejszone, ale powiększone winnym być. Twierdzili też, że zarówno ich ziemie w całości jak i w częściach nie mogą być darowane Polakom, gdyż są oni wolnymi ludźmi, na co Polacy odpowiadali: "Myśmy się Waszmościom, Waszmoście też i nam, spólnie darowali". Ostatecznie pewnej nocy Litwini opuścili Sejm i wyjechali z Lublina, sądząc że bez ich udziału nie zostaną uzgodnione żadne postanowienia. Ale Polacy stwierdzili że Litwini dobrowolnie zgodzili się na Sejm i muszą teraz przyjąć wszystko, co się tam postanowi - nawet bez ich udziału. Ostatecznie więc król zgodził się na wcielenie z Litwy do Korony Podlasia (5 maja), następnie (26 maja) przy współudziale wojewody wołyńskiego - księcia Aleksandra Czartoryskiego, przyłączono do Korony Wołyń. 6 czerwca włączono całe województwo kijowskie (Ukrainę) za zgodą wojewody kijowskiego, księcia na Ostrogu - Konstantego Wasyla Ostrogskiego. Gdy okazało się że większą część ziem ruskich Litwa utraciła na rzecz Korony, posłowie litewscy wrócili do Lublina (28 czerwca) i upadłszy królowi do stóp, ze łzami w oczach prosili go, aby: "do reszty nie byli poniżeni i posromieni". August oświadczył Litwinom, że wszystko czynił: "ku mocniejszemu zachowaniu spólnego obu narodów dobra, ku pomnożeniu spólnej, braterskiej miłości". Dodał też: "Gdybyśmy znali, aby to niosło wam, jednym czy drugim, jakie obelżenie, albo zniewolenie, nigdy byśmy do tego nie wiedli, bo dobrze to znamy, żeśmy obojem państwu jednako powinni". Ostatecznie Litwini zostali udobruchani, ale pojawił się też problem z Prusakami (Pomorzanami) gdyż 16 marca 1569 r. Prusy Królewskie zostały ostatecznie zunifikowane z resztą ziem polskich (ziemie te włączono do Korony Królestwa Polskiego po wojnie z Zakonem Krzyżackim w roku 1466 i do tej pory cieszyły się odrębnością), ale ich także dało się szybko przekonać co do podpisania wspólnego aktu Unii, który nastąpił dnia 1 lipca 1569 r. Król Zygmunt August zatwierdził akt 4 lipca i od tej chwili pojawiło się zupełnie nowe państwo - zjednoczona (choć złożona z dwóch oddzielnych krajów) Rzeczpospolita Obojga Narodów.






Na mocy tych postanowień: "Król polski, wielki książę litewski, ruski, pruski, mazowiecki, żmudzki, kijowski, wołyński, podlaski, inflancki, spólnemi głosy obrany w Polsce, a w Krakowie koronowany, miał odtąd wiecznymi czasy, jako jedna głowa, jeden pan i jeden król, rozkazywać wszystkim". Obieranie osobne wielkiego księcia litewskiego ustawało na zawsze. Wiecznym węzłem połączone ze sobą narody polski i litewsko-ruski miały odtąd wspólny Sejm, wspólną politykę i wspólne wojny oraz przymierza, jak również wspólny pieniądz. Zaręczona została wolność wzajemna nabywania gruntów i osiedlania się tak Polaków na Litwie jak Litwinów w Polsce, a cła i myta graniczne pomiędzy tymi dwoma krajami zostały ostatecznie zniesione. Odrębne jednak zachowano urzędy (zawsze istniał marszałek wielki i marszałek nadworny w Koronie oraz na Litwie, tak samo, jak istniał urząd hetmana wielkiego i polnego w Koronie i na Litwie, a także kanclerza koronnego i kanclerza litewskiego - oraz inne, mniejsze urzędy), skarb (oddzielny dla Litwy w Wilnie i dla Korony w Krakowie), wojsko i sądownictwo. Król jednak nie był do końca zadowolony z owej Unii i dążył do rozszerzenia jej postanowień o takie kwestie jak określenie wyboru monarchy, o wysokość podatków, o urządzenie stałej obrony najbardziej zagrożonych najazdem tatarskim ziem południowo-wschodnich, o szkoły i o reformę sądownictwa. Szczególnie postulował nad wprowadzeniem stałego podatku, ale akurat ten temat był niemiły zarówno magnaterii jak i szlachcie, która godziła się jedynie na okresowe i jednorazowe podatki, określane na Sejmie Wielkim przez posłów delegowanych tam przez sejmiki ziemskie, natomiast co do obrony krajowej, to twierdzono że wszyscy w razie konieczności "potężną gębą nadstawią gardła swoje". Gdy zaś padły oskarżenia że owego podatku szlachta i tak: "daje tylko ile chce, bo ich żaden o to nie pozwie i starosta egzekucji nie uczyni", pewien poseł z województwa ruskiego - Drohojowski, na te słowa do kija się porwał i rzekł: "Dość już tych sideł na wolności szlacheckie! (...) dosyć tych anszalgów na swobody ludzkie!". Sejm został rozwiązany ostatecznie 12 sierpnia 1569 r. i każdy rozjechał się do domów, a wcześniej jeszcze (11 sierpnia) król złożył uroczyście akt Unii i 88 ustaw na Sejmie zawartych w Kościele Dominikanów w Lublinie, a potem - na pamiątkę aktu zjednoczenia - postawiono tam słup kamienny, na którym widniały posągi Jadwigi i Jagiełły oraz godła Polski i Litwy. Od tej pory miejscem zebrania sejmów miała być Warszawa - wówczas jedno z większych miast województwa mazowieckiego, gdzie na polu sejmowym na Woli wznoszono namiot senatorski i szeroką salę drewnianą, która miała pomieścić tysiące posłów. Król zmarł niedługo po dokonaniu owego aktu zjednoczenia - 7 lipca 1572 r. a wówczas pojawił się problem. Po raz pierwszy w dziejach nie było bowiem wcześniej uzgodnionego następcy, a z chwilą śmierci króla ustawały wszelkie sądy (sędziowie wydawali przecież wyroki, powołując się na królewski majestat) a to oznaczało bezkrólewie i anarchię. Należało więc czym prędzej wybrać nowego króla, gdyż czas naglił, wciąż trwała wojna z Moskwą a i Tatarzyn czekał sposobnej chwili do kolejnego najazdu. 


PS: Na marginesie pragnę jeszcze dodać, że gdy Anglicy i Szkoci zamierzali złączyć się wspólną Unią na początku wieku XVIII, to aby to uczynić wysłano posłów do Polski, do Krakowa, a mieli oni za zadanie dokładnie zbadać jak Polacy i Litwini wcześniej zawarli Unię, która łącznie przetrwała 400 lat (i trwała nawet w czasach zaborów). Opierając się na polskich doświadczeniach w 1707 r. Anglia i Szkocja (oraz Irlandia) zawarły Unię, tworząc nowe państwo: Wielką Brytanię.




CDN.

MEMORIAM - Cz. XX

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. V






SPARTAKUS POKONANY


 Po zwycięstwie pod Mutiną nad armią prokonsula Galii Przedalpejskiej - Lucjusza Kasjusza (lipiec 72 r. p.n.e.), niewolnicza armia Spartakusa zajęła owe miasto, gdzie uzupełniła zaopatrzenie w żywność i broń. Stając już nad Padem (sierpień 72 r. p.n.e.) Spartakus był o krok od wolności, wystarczyło tylko przekroczyć rzekę i rozpuścić niewolników ku ziemiom, skąd ich wcześniej Rzymianie pochwycili. W Rzymie zapanowało przerażenie, była to bowiem już kolejna zwycięska bitwa odniesiona przez niewolników, których zastępy wciąż zasilane były przez nowych zbiegów. Stojąc nad Padem, zapewne zastanawiał się Spartakus co czynić dalej, był już o krok od wyjścia z Italii, tej znienawidzonej dla mnóstwa zniewolonych ludów ziemi. Dlaczego więc nie przekroczył rzeki i nie uszedł, tylko zawrócił z powrotem na południe? Nie ma co do tego zgodności, ale prawdopodobnie zadecydowała tu po prostu ludzka chęć dalszego grabienia bezbronnej Italii i zyskiwania tym samym krótkotrwałych zdobyczy (gdyż zapewne wodzowie powstania - Spartakus, Gannikus, Kastus czy Oenomaos - musieli zdawać sobie sprawę z faktu, że utrzymać się w Italii długo nie zdołają). Spartakus był pewien że jedynym ratunkiem jest opuszczenie Italii i powrót niewolniczej armii do ich domów rodzinnych, tylko że nie wszystko było takie proste. Część niewolników nie chciała wracać, gdyż posmakowawszy łatwego i przyjemnego życia grabieżców, musiałaby teraz z niego zrezygnować, część zaś nie miała dokąd wracać, gdyż urodziła się już w Italii i nie pamiętała swych ziem rodzinnych. Dlatego też ci właśnie niewolnicy najgłośniej i najbardziej zdecydowanie zaprotestowali przeciwko dalszemu posuwaniu się ku północy i przekraczaniu Padu. Chcieli oni dalej plądrować Italię, a Spartakusa uczynić przywódcą bandy rabusiów, on natomiast miał ambicje stać się wodzem armii (w rzeczywistości Spartakus karał i powstrzymywał zbójeckie nawyki swoich ludzi, nie wolno im było również posiadać złota i innych cennych przedmiotów na własność, gdyż wszystko to szło na zakup broni i innych, niezbędnych dla tak wielkiej masy ludzkiej środków. Żywność zaś zdobywano głównie w wielkich latyfundiach, ogołacając je ze wszystkiego, co mogło się nadać do zjedzenia).
 



Spartakus początkowo pragnął urzeczywistnić swój plan wyjścia z Italii i był gotowy nawet na kolejne podzielenie sił (tak jak wówczas, gdy wcześniej odłączył się oddział który poszedł za Kriksosem rabować Italię, a potem został rozbity w bitwie pod górą Garganus w Apulii przez wojska konsularne Lucjusza Gelliusza Publikoli), ale ostatecznie uległ przewadze innych i zgodził się z powrotem zawrócić na południe. Od razu jednak zaznaczył, że taki marsz będzie morderczy i dodatkowo niewolnicy zostaną narażeni na ciągłe ataki Rzymian, dlatego w jego głowie pojawiła się myśl marszu na Rzym, zdobycia go i dzięki temu uniknięcia kolejnych ewentualnych konsekwencji dalszych morderczych walk. Myśl ta jednak, jak szybko się pojawiła, tak i szybko musiała zgasnąć, gdyż armia niewolnicza nie dysponowała odpowiednim sprzętem oblężniczym do szturmowania takiego miasta jak Rzym (w ogóle nie posiadała żadnego sprzętu oblężniczego), a Miasto Wilczycy miało co prawda stare, lecz wciąż solidne mury obronne (Spartakus jednak nie wiedział że Rzymianom brakowało ludzi do ich pełnego obsadzenia). Ostatecznie więc szybko pojawił się plan trzeci, marszu na południe, najlepiej na Sycylię i stamtąd (po odpowiednim dogadaniu się z cylicyjskimi piratami) transport morzem do cieplejszych niż na północy krajów Wschodu. Nie był to plan doskonały, podobnie zresztą jak i wcześniejsze (choć pierwotny plan wyjścia z Italii był bodajże najlepszym z możliwych), ale niewolnicy nie mieli już innego wyjścia, jak tylko szybkie wydostanie się w Italii, z północy lub z południa (być może ostatecznie Spartakusa przekonała wizja zimowania pod zaśnieżonymi Alpami, w sytuacji gdy nagle należałoby zdobyć ciepłą odzież, zapewnić schronienie i wyżywienie prawie 100 tys. armii niewolniczej, wśród której były również kobiety i dzieci. A zima na północy nie przypominała tej z południowej czy środkowej Italii i właśnie taka wizja mogła rzeczywiście zadecydować o ostatecznym obraniu drogi na południe). Droga powrotu była znana (niewolnicy kroczyli tą samą trasą, którą wcześniej podążali ku Mutinie) i mimo sukcesów w dotychczasowych starciach z rzymską armią konsularną, Spartakus był bardzo ostrożny, obawiając się kolejnego niespodziewanego ataku. Marsz trwał jednak bez większych przeszkód (choć przetransportowanie takiej masy ludzkiej z północy na południe musiało zająć wiele czasu, wliczając w to postoje, gdzie rozbijano co najmniej kilka obozów aby pomieścić w nich wszystkich idących za Spartakusem) i czym prędzej posuwano się na południe, byle dalej na Sycylię.




A tymczasem w Rzymie senatorowie nie byli zadowoleni z osiągnięć dotychczasowych konsulów (Gnejusza Korneliusza Lentulusa i Lucjusza Gelliusza Publikoli) i odebrali im dowództwo nad armią, powierzając je teraz w ręce ambitnego męża - Marka Licyniusza Krassusa. Ponieważ jeszcze (z obawy przez Spartakusem i jego armią) niewielu było chętnych do starania się o urząd pretora (na rok 71 p.n.e., wybory zaś odbywały się na jesieni roku poprzedniego), a jednym z nielicznych był właśnie Krassus - otrzymał on i tę funkcję. Natychmiast przystąpił do przeprowadzenia zaciągu (skupiając się głównie na weteranach z poprzednich wojen) i tym sposobem zebrał wojsko w sile sześciu legionów (ok. 30 000 żołnierzy). Dodatkowo dołączył pod swoją komendę cztery legiony pobitych konsulów (które jednak nie miały pełnych składów osobowych ze względu na klęski jakie odniosły. Dlatego też można powiedzieć, że realnie były to nie cztery, a dwa legiony dodatkowe). Łącznie więc dysponował siłą ok. 45-50 000 żołnierzy. Była to największa siła, jaką Rzym kiedykolwiek wystawił w walkach prowadzonych ze zbuntowanymi niewolnikami. Opierając się na weteranach, Krassus miał pewność że nie zawiodą go oni w walce i nie uciekną jak niedoświadczone młokosy po pierwszym starciu, przerażeni samą legendą niezwyciężoności spartakusowej armii. Niestety, nie wszystko poszło tak, jakby sobie tego życzył. Ruszył bowiem do Picenum (północno-wschodnia Italia, jednym z miast głównych tej krainy była Ankona) z zamiarem wyjścia na tyły armii Spartakusa. Przodem zaś wysłał swego legata - Mummiusza z dwoma legionami, zabraniając mu przyjmowania bitwy. Ten jednak, pewny swej siły i chcący się popisać sławą pogromcy Spartakusa, zastąpił drogę jego armii i bitwę podjął. Klęska Rzymu znów była ogromna, a sam Mummiusz pierwszy uchodził z pola walki. Gdy dotarł do obozu Krassusa, ten przyjął go chłodno, każąc za niesubordynację, jednocześnie - aby wieści o pierwszej przegranej bitwie pod jego dowództwem nie rozeszły się zbyt szybko po armii i nie podważyły jej morale - powrócił do dawno nie praktykowanej zasady decymacji. Wybrał 500 żołnierzy z legionu, który pierwszy rzucił się do ucieczki, podzielił żołnierzy na pięćdziesiąt dziesiątek i poddał losowaniu. Każdy z nich podchodził do urny, w której było 10 gałek (dziewięć białych i jedna czarna). Który z żołnierzy wyciągnął czarną gałkę - podlegał karze śmierci, wykonywanej w okrutny i hańbiący sposób na oczach całego wojska. W ten sposób okrutnie zamęczono na śmierć 50 legionistów (chociaż Appian podaje liczbę nawet 4000, co wydaje się wierutną bzdurą, gdyż byłby to prawie legion i nie byłoby sensu zabijać tylu żołnierzy, którzy mogliby okazać się przydatni w dalszej walce). Ten przykład podziałał jednak wystarczająco silnie na legionistów, którzy odtąd bardziej bali się takiej właśnie kary, niż legendy o niezwyciężonym Spartakusie.




Szybko też żołnierze Krassusa udowodnili że milej im stawić czoła niebezpieczeństwu wroga (gdzie przecież wcale nie musieli ginąć), niż pewnym być śmierci za tchórzostwo z rąk swego dowódcy (które już pewnym było) i pokazali to w kolejnej bitwie, gdzie natarli na zaledwie 10 000 oddział niewolniczy, wysłany przez Spartakusa na poszukiwanie żywności. Co prawda nie rozbili ich doszczętnie (co też jeszcze nie świadczy dobrze o ich sprawności i morale, tym bardziej że Rzymianie dysponowali tam zdecydowaną przewagą liczebną), ale w boju legło prawie 4000 zbuntowanych niewolników (straty Rzymian są nieznane) i była to tak naprawdę pierwsza zwycięska bitwa Rzymian, stoczona z armią Spartakusa. W tej sytuacji Spartakus jeszcze bardziej przyspieszył (o ile tylko było to możliwe z kobietami, starcami i dziećmi) marsz ku Sycylii. Udało mu się opanować miasto Consentia, leżące na głównej drodze z Kapui do Regium. Z braku jakichkolwiek machin oblężniczych, opanował to miasto dzięki podstępowi (pozyskał jakąś grupę niewolników w mieście, a sam wprowadził do Consentii swoich ludzi, przebranych za kupców). Uzupełniono tam przede wszystkim brakujące zapasy żywności i wody. Spartakus rozesłał również swych szpiegów na Sycylię, aby przygotowali tam grunt pod opanowanie wyspy przez niewolników (na Sycylii został pochwycony niejaki Gawiusz - szpieg Spartakusa, który jednak był wolnym człowiekiem, a to oznaczało że zamieszani w ten bunt byli też ludzie nie będący niewolnikami, co mogło budzić jeszcze większą grozę wśród Rzymian). Namiestnik Sycylii - Gajusz Werres (który wkrótce potem został skazany przed Senatem za okrutne zdzierstwa, których dopuszczał się podczas sprawowania swego namiestnictwa na Sycylii, a głównym jego oskarżycielem był Marek Tulliusz Cyceron, który co prawda nie wygłosił mowy oskarżycielskiej - nie było na to czasu, gdyż pretorzy - przyjaciele Werresa, wyznaczyli termin rozprawy na ostatni dzień swego urzędowania, aby nie można było wygłosić oskarżeń i jednocześnie ogłosić wyroku - lecz Cyceron, gdy przyszła jego kolej na zabranie głosu, patrząc się w stronę Werresa stwierdził tylko, iż "słów tu nie trzeba" po czym przyprowadził świadków i zmusił sędziów do przeprowadzenia głosowania jeszcze tego samego dnia), zarządził prace nad zabezpieczeniem Wyspy od ewentualnej próby desantu morskiego ze strony armii Spartakusa. Rozmieszczono więc posterunki obserwacyjne i zaczęto sypać wały od strony Messany (gdzie spodziewano się desantu, jako że było to najwęższe miejsce oddzielające Sycylię od Italii). W kilku miejscach Sycylii wybuchły jednak lokalne niewolnicze bunty (które zapewne miały ułatwić przeprawę armii Spartakusa na Sycylię), ale pozbawione wsparcia, szybko zostały stłumione.
 



W lochach Sycylii siedzieli również (oczekując na egzekucje po zdobyciu pirackiej wieży i twierdzy w Olympos przez Publiusza Serwiliusza Izauryjskiego, skąd - jak pisał Strabon - "widać całą Licję, Pamfilię, Pizydię i Milyas". Notabene Werres został oskarżony m.in. o przywłaszczenie sobie bogatych skarbów Zenitekosa - ówczesnego wodza piratów cylicyjskich, które nagle "zniknęły" po ich przewiezieniu na Sycylię) pochwyceni piraci, a ich ziomkowie starali się ich stamtąd wydostać. W tej sytuacji stali się oni naturalnym sojusznikiem Spartakusa i jego niewolniczej armii. Podjęto rozmowy i w zamian za pewną część nagromadzonych podczas rabunku Italii bogactw, zgodzili się Cylicyjczycy przetransportować armię niewolniczą z Regium na Sycylię w dwóch, a nawet w trzech rzutach (tych ludzi było bowiem tak dużo, że przerastało to możliwości organizacyjne piratów). Pierwotnie zamierzano przerzucić na Sycylię 2000 mężczyzn, którzy mieli doprowadzić do wybuchu powstania niewolniczego na Wyspie, następnie kolejnych kilkanaście tysięcy wojowników i ostatecznie całą resztę ludności. Znów nie był to plan doskonały, jako że w przypadku przewiezienia oddziałów Spartakusa na Wyspę, ograniczano ich liczebność w Italii, a to stwarzało zagrożenie ataku sił Krassusa, dlatego też Spartakus starał się ograniczyć przeprawę do przynajmniej dwóch rzutów, lecz było to niewykonalne przy możliwościach floty pirackiej. Piraci domagali się pełnej zapłaty od razu, jako że twierdzili iż muszą przygotować okręty i ludzi na tak wielki desant morski. Spartakus i jego ludzie byli temu przeciwni, ale ostatecznie - nie mając innego wyjścia - przystali na propozycję piratów. Ci zaś wzięli pieniądze i... odpłynęli, pozostawiając Spartakusa i tę całą jego niewolniczą armię w Regium (w tym czasie prowadzili piraci potajemne rozmowy z Werresem, który zgodził się uwolnić ich towarzyszy, w zamian za porzucenie przez nich Spartakusa. Nie wiadomo czy rozmowy te prowadził ów sławny pirat Niko, kompan Zenitekosa, który wsławił się ucieczką z rzymskiej niewoli, pochwycony wcześniej przez Serwiliusza Izauryjskiego. Nie ma na to żadnych dowodów i być może byli to też i inni ówcześni piraccy przywódcy, jak choćby - wymienieni przez Cycerona - Magius czy Fannius). W każdym razie Spartakus i jego ludzie zostali w tym momencie wystawieni na łaskę bogów. Któż bowiem inny im pozostał? Król Pontu - Mitrydates VI, który co prawda toczył wojnę z Rzymem i wiązał się sojuszem z piratami, ale czy zniżyłby się do tego stopnia, by uznać się za równego... gladiatorom i niewolnikom? Było to bardzo mało prawdopodobne, nawet gdyby Spartakusowi udało się z nim skontaktować, a właśnie to mu się nie powiodło (swoją drogą - wracając jeszcze do piratów - nawet sam Cyceron twierdził, że w kontaktach z nimi nie obowiązują Rzymian wszelkie prawa, tyczące się ludzkiego traktowania pokonanych, gdyż są oni "niewdzięcznymi wrogami całej ludzkości").




Nie było wyjścia, należało przezimować na południu, w Regium, oczekując że wiosną uda się ponownie podjąć próbę przeprawy na Sycylię. Tymczasem Krassus postanowił zamknąć niewolników w jednym miejscu, odcinając ich od jakiegokolwiek surowcowego zaplecza. Zimą (72/71 r. p.n.e.) wpadł na pomysł budowy wielkiego muru, przecinającego wzdłuż najwęższy odcinek Bruttium, wiodący na południe od miasta Scylletium i na północ od Hipponium. Spartakus ze swoimi ludźmi był teraz w klatce na niewielkiej przestrzeni, zamknięty zarówno od strony lądu, jak i morza. Krassus uznał że w tej sytuacji nie będzie potrzebował toczyć bitew i narażać się na straty, a wystarczy tylko poczekać kilka, może kilkanaście miesięcy, nim w obozie Spartakusa zapanuje głód, co skłoni go do pochopnego i samobójczego ataku na mur, który był bardzo dobrze broniony i otoczony wieloma pułapkami. Krassus nie przewidział tylko jednego - że ma do czynienia w osobie Spartakusa z nieprzeciętną jednostką, która zupełnie nie pasowała do niewolniczej roli, jaka stała się jego udziałem. Raz jeszcze podjęto rozmowy z piratami (styczeń 71 r. p.n.e.), którzy jednak twierdzili że zimowe sztormy, panujące o tej porze roku w Zatoce Messyńskiej (uchodzącej przecież za mityczną cieśninę dwóch potworów Scylli i Charybdy) uniemożliwiły im terminowe wykonanie zadania. Domagali się jednak więcej złota. Ostatecznie nie dogadano się w tej sprawie (Spartakus i jego ludzie twierdzili bowiem, że piraci już wcześniej otrzymali zapłatę za usługę, której nie wykonali, a piraci rzekli że jeśli nie dostaną więcej złota, to zerwą rozmowy i odpłyną) i piraci odpłyneli, pozostawiając niewolników samych sobie. Wówczas Spartakus postanowił przerzucić swą armię na Sycylię własnymi siłami i nakazał karczowanie okolicznych lasów pod budowę prowizorycznej floty transportowej (w jego oddziałach nie brakowało przecież rzemieślników, znających się na tego typu pracach). Rozpoczęły się więc wielkie prace szkutnicze, przy czym nie budowano dużych okrętów, tylko małe, prymitywne łodzie, tratwy, a nawet wykorzystywano... beczki po piwie jako środek transportu na drugi brzeg cieśniny. Brakowało jednak wielu sprzętów (np. lin do wiązania tratw, co powodowało że w zastępstwie stosowano pnącze winorośli). Pomysł przepłynięcia cieśniny nie był wcale głupi, nawet przy tak wielkiej ilości ludzi, ale był jeden zasadniczy kłopot, który od razu niweczył całą akcję. Na drodze do Sycylii nie stała bowiem rzeka (nawet największa), lecz wzburzone morze, a to oznaczało że przeprawa - jeśli nawet się powiedzie - będzie w większości katastrofą, utonie bowiem zbyt wielu ludzi, co może być porównywalne z klęską w wielkiej bitwie. Mimo to postanowiono spróbować i wysłano pewną grupę ochotników aby przekroczyli cieśninę. Większość z nich utonęła i tylko nieliczni z powrotem wydostali się na plaże Regium.




Było więc oczywiste że tą drogą nie uda się pokonać cieśniny i że oznaczałoby to skazanie całej armii i wszystkich ludzi idących za Spartakusem na zagładę w morskich odmętach. Byłaby to eksterminacja całej armii i to bez żadnego udziału Rzymian. Paradoksalnie jednak odium winy za nieudaną przeprawę spadł na Spartakusa, co było pierwszym przejawem w odczuciu wiernych mu dotąd ludzi, że coś się zaczyna zmieniać, że bogowie nie stoją już na ich wodzem tak, jak stali dotąd. Sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna, gdyż zarówno przeprawa przez cieśninę, jak i atak na wzmocniony nowymi posiłkami (wysłanymi z Rzymu) i najeżony licznymi pułapkami mur, były tak samo przedsięwzięciem samobójczym. A niewolnicza armia Spartakusa musiała się stamtąd wydostać, jeśli chciała przetrwać i nie doświadczyć kanibalizmu. I tutaj znów ujawnił się geniusz Spartakusa, stawiający go na równi z wielkimi mężami naszych dziejów (staram się utrzymać konwencję opowiadania, jaką przyjąłem na samym początku tej serii). Początkowo próbował on małymi grupami uderzać na różne punkty muru, ale w żadnym z nich nie osiągnął pozytywnego skutku (Appian znów daje upust swej wyobraźni, twierdząc że w tych walkach zginęło 12 000 żołnierzy Spartakusa i tylko... trzech Rzymian). Ważne też było utrzymanie morale w niewolniczej armii i aby zmobilizować swoich ludzi do walki, Spartakus u stóp muru kazał ukrzyżować pojmanego rzymskiego jeńca, jako przestrogę dla swoich, co ich czeka, jeśli przegrają. Oczywiście wciąż podejmowane ataki nic nie dawały i w końcu spadł obfity śnieg. Spartakus tylko na to czekał i gdy zaczęła się śnieżyca, nakazał zarzucić rowy stojące przy murze, wszystkim co było pod ręką (ziemią, drewnem, padłymi zwierzętami i poległymi w boju wojownikami). Przygotowano kilka pokazowych ataków w różnych miejscach muru, które miały odwrócić uwagę Rzymian od tego głównego, planowanego przekroczenia tej uciążliwej dla niewolników zapory. Wreszcie ruszono do szturmu na głównej (planowanej) pozycji przekroczenia muru i użyto przy tym wszystkiego, co było pod ręką (prowizorycznych taranów, haków, lin, drabin, a także w kilku miejscach skutecznie udało się go podpalić). Wreszcie powstał upragniony wyłom, który był coraz mocniej poszerzany. Gdy większość niewolniczej armii została przerzucona przez ten wyłom, Rzymianie opuścili swoje pozycje, a zwycięscy niewolnicy znosili ostatnie posterunki.
 



Bogowie znów im dopomogli i wkrótce potem Spartakus przerzucił całą swoją armię przez mur i wszedł do Lukanii. Krassus, dotąd tak pewny swego zwycięstwa i zagłodzenia niewolników na śmierć, teraz popadł w zwątpienie (niektórzy historycy twierdzą, że dopadła go krótkotrwała depresja). Napisał nawet list do Senatu, w którym apelował że należy czym prędzej posłać do Hiszpanii po Pompejusza i do Macedonii po Lukullusa, inaczej Rzym będzie zagrożony upadkiem. Takie słowa w ustach człowieka, który miał się za równego Pompejuszowi i pragnął sławy oraz uwielbienia jakie dałaby mu zwycięska wojna (bowiem wielki majątek już wcześniej zyskał na proskrypcjach dyktatora Sulli, stworzył nawet pierwszą publiczną straż pożarną w Rzymie, złożoną z własnych niewolników i tym samym pobierał ogromne sumy za gaszenie pożarów, które często jego ludzie sami zapruszali), była jednak czymś wyjątkowym. Ale pragnienie sławy jest częste wśród ludzi ambitnych. Taki Cyceron przecież, wracając z Sycylii (gdzie pełnił urząd kwestora w latach 75-74 r. p.n.e. i gdzie wsławił się swymi działaniami na rzecz obrony mieszkańców Wyspy przed oskarżeniami o tchórzostwo podczas wojny domowej), myślał że sława jego czynów dotarła już do Rzymu i że jest tam wprost wynoszony na ołtarze. Gdy więc w drodze powrotnej w Neapolis spotkał pewnego szlachetnego rodem Rzymianina i zapytał go, co o nim mówią i myślą w Rzymie, ten, bardzo zdziwiony spytał: "A gdzieś to, Cyceronie, byłeś w ostatnich czasach?" To uświadomiło mu, że pycha nie jest dobrym doradcą, a sława kroczy różnymi ścieżkami i w późniejszych latach był już bardziej krytyczny co do swojej osoby. Tak też zwątpienie Krassusa szybko przeszło, gdy dowiedział się on iż część sił odłączyła się od armii Spartakusa, który po zajęciu Petelii, Thurioj i Metapontum, skierował sie teraz ku porcie w Brundyzjum (co oznaczało że wciąż dążył do jak najszybszego opuszczenia Italii przez niewolniczą armię, którą miał pod swoim dowództwem). I znów wielu było takich, którzy pragnęli pozostać w Italii i dalej bezkarnie grabić tą ziemię. Odłączyli się oni od głównych sił Spartakusa i rozłożyli obozem u jeziora lukańskiego (dowodzili nimi Gannikus i Kastus). Krassus zaatakował ich i rozbił (w bitwie polec miało ok. 12 300 byłych niewolników), ale nie udało mu się ich całkowicie wytępić, gdyż zjawił się Spartakus (któremu doniesiono o ruchach legionów Krassusa) i uniemożliwił pełną zagładę odłączonych sił, rozbijając część atakujących rzymskich formacji (pod dowódzwem Licynniusza Kwinkcjusza i Tremeliusza Skofry). A tymczasem okazało się, że z Hiszpanii powrócił właśnie (po pokonaniu Gajusza Sertoriusza i jego nieudolnego następcy - Perpenny) z wojskiem sam Gnejusz Pompejusz, natomiast z Macedonii wracał też Lucjusz Lukullus (wiosna 71 r. p.n.e.). W tej sytuacji Spartakus nie miał innego wyjścia, jak tylko uderzyć na wojska Krassusa i je rozbić. Podobnie zresztą bitwę pragnął stoczyć Krassus (który to uświadomił sobie, że w chwili słabości postąpił nierozsądnie, domagając się od Senatu by ten przywołał Pompejusza i Lukullusa, gdyż w przypadku zwycięstwa, gloria sławy spłynęłaby na "pomagających", nie zaś na niego).




Zbuntowani niewolnicy nie wyciągnęli żadnych wniosków z faktu, jak długo sprzyjali im bogowie i postanowili wystawić ich cierpliwość na szwank. Wymusili więc na Spartakusie rezygnację z próby przepłynięcia kolejnej cieśniny (tym razem Otranto) i marsz w kierunku Krassusa, by go ostatecznie rozbić. Postawiony przed faktem dokonanym (nie miał Spartakus tak naprawdę gdzie uciec, gdyż nawet jeśliby przedostał się do Grecji, to i tam ścigałaby go armia Lukullusa, a być może również i Krassusa), postanowił wódz niewolników stoczyć kolejną bitwę, a po rozbiciu sił Krassusa, wystąpić przeciwko Pompejuszowi, a następnie Lukullusowi (lub na odwrót). Ambitne cele przed sobą stawiał, należy jednak zaznaczyć że nie miał on innego wyjścia. Nikt z owych rzymskich wodzów nie pozwoliłby mu opuścić Italii, więc jego jedynym wyjściem była dalsza walka na śmierć i życie. Do starcia doszło nad rzeką Bradanus w Lukanii i Apulii (jest to rzeka graniczna pomiędzy tymi dwiema krainami, jednak dokładne miejsce bitwy nie jest znane), a Krassus zastąpił tam Spartakusowi drogę, uniemożliwiając mu dalszy marsz. Doszło do krwawej i bardzo ciężkiej bitwy, gdyż obie strony dobrze wiedziały o co walczą i nikt nie liczył na łaskę w przypadku klęski. Zbuntowani niewolnicy byli mocno zdeterminowani, ale poniesione wcześniej straty i brak możliwości (w przeciwieństwie do Rzymian) ciągłego ich uzupełniania, działały ewidentnie na korzyść Rzymian. W trakcie walki Spartakus próbował przebić się w kierunku Krassusa i po drodze położył trupem jego dwóch centurionów (a centurionowie nie stali obok siebie i musiał też przy okazji pokonać wielu innych legionistów). W pewnym momencie został on ugodzony włócznią w udo, co sprawiło że musiał przyklęknąć i osłaniając się tarczą, wciąż walczył z nacierającym przeciwnikiem. Ostatecznie otoczony, został zasieczony mieczami i legł pośród tysięcy swoich towarzyszy (jego ciała nigdy nie odnaleziono). Poległo prawie 50 000 żołnierzy Spartakusa i ok. 8000 Rzymian (do tego należy doliczyć dodatkowe 15 000 rannych, co daje dość wysoką liczbę legionistów wycofanych z walki). Straty te spowodowały, że Krassus nie był w stanie wykonać natychmiastowego pościgu za 5000 wojowników, którzy przedarli się przez rzymskie okrążenie i uszli w dal. Dopadł ich i ostatecznie rozbił dopiero Pompejusz, który zaraz potem napisał do Senatu znamienne słowa: "Krassus wygrał bitwę, lecz to ja zakończyłem wojnę". Wzburzony tym niepełnym zwycięstwem Krassus, kazał 6000 pochwyconych w bitwie byłych niewolników ukrzyżować wzdłuż Via Appia, a sam musiał zadowolić się skromną owacją (podczas której wielu Rzymian zaczęło z niego drwić, iż stał się "pogromcą niewolników", zaś Pompejusz począł ubiegać się o triumf za swoje zwycięstwo w Hiszpanii i takowe otrzymał. A to jeszcze bardziej wzbudziło nienawiść w tych dwóch mężach, do których wkrótce dołączył i mąż trzeci, szybko przerósłszy ich dwóch razem wziętych - był to oczywiście Gajusz Juliusz Cezar.




CDN.

31 maja 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LII

II IMPERIUM ATLANTYDY 
Cz. V





OKRES IMPERIALNY
i WIELKIE PODBOJE
25 000 r. p.n.e. - 12 500 r. p.n.e.
Cz. I






II DYNASTIA 
i WIELKA WOJNA ATLANTÓW Z IMPERIUM MU
25 000 r. p.n.e
Cz. I


II Dynastia złożona była z ludzi odznaczających się o wiele większą brutalnością niż I Dynastia. Było to spowodowane faktem, że ród założyciela II Dynastii - Agrusa, nie miał w sobie domieszek innej krwi, a jego przodkowie wywodzili się w prostej linii z planety Malona. Przedstawiciele I Dynastii bowiem zmieszali swe geny z Białymi przybyszami z Alpha Centauri, co je nieco "złagodziło". Atlantyda więc, pod rządami II Dynastii była państwem agresywnym i zmilitaryzowanym. Młodzież kształcono w szkołach przede wszystkim do walki o poszerzanie granic Imperium (i nie miał tutaj znaczenia wyuczony zawód, czy sprawowana funkcja - żołnierz tak samo był szkolony do walki jak naukowiec czy kapłan do rozwoju nauki w celach militarnych). Władcy Imperium MU (w którym to państwie, mimo ciągłej Białej kolonizacji, wciąż dominowali Czerwonoskórzy władcy i elita tamtejszego społeczeństwa) spoglądali w stronę Atlantydy z obawami i lękami, uważając tamtejsze społeczeństwo za tzw.: "Kraj Wschodu" o kulturze wybitnie materialistycznej, nastawionej na ciągły konflikt (celem władców Atlantydy stało się bowiem opanowanie całego ówczesnego świata).

Ok. 25 000 r. p.n.e. czyli wówczas, gdy rozpoczął się wzajemny konflikt dwóch mocarstw, prócz Atlantydy i MU istniały jeszcze inne imperia, które zarówno Atlanci jak i Lemurianie z MU - pragnęli pozyskać, lub przynajmniej zneutralizować. Było to np. ogromne Imperium Ujghur (głównie tereny dzisiejszych Chin i Tybetu, z tym że było to Imperium ludności Białej, z niej bowiem wzięli się tzw. Indoeuropejczycy/ Ariowie/Słowianie/Celtowie, w Wedach nazwa w imperium Ujghur funkcjonuje jako tzw "Kolebka"), czy Imperium Nagów (dzisiejsze Indie). Reszta państw się nie liczyła, gdyż nie miała statusu "imperium" i nie mogła wybitnie zagrozić potędze obu skonfliktowanych ze sobą krajów. Pierwszy ruch w celu pozyskania ewentualnych sojuszników w przyszłej wojnie wykonało Imperium Atlantydy, wysyłając swych przedstawicieli na dwór królewski do Kara-Koty, stolicy Imperium Ujghur, proponując wspólny sojusz i podział wpływów po rozbiciu Imperium MU. Władca tego mocarstwa - NORTAN, nie tylko odmówił wsparcia inwazji Atlantów na MU, ale zagroził że jeśli do tego dojdzie, to jego kraj udzieli napadniętym pomocy militarnej. To spowodowało zamrożenie stosunków Atlantydy z Kara-Kotą (już wtedy prawdopodobnie powstały plany podboju tego państwa, ale wojna na dwa fronty przeciwko dwóm imperium nie wchodziła wówczas w rachubę).

Z Imperium Nagów nie prowadzono żadnych rozmów, ale Atlanci - świadomi ewentualnego konfliktu na dwa fronty i praktycznie pewnej klęski - skierowali swe kroki ku mezopotamskiemu Imperium Marduka w Edenie. Ten obiecał im swe wsparcie, a nawet przekazał Atlantom ogromną broń z planety/okrętu Nibiru, która była w stanie w jednej chwili unicestwiać ogromne obszary ziemi (np. całe miasta), pozostawiając jedynie spalone zgliszcza. Ofiarowanie Atlantom tej broni było ze strony Marduka szaleństwem, ale ten wówczas także pragnął zapanować nad światem i Atlanci (pochodzący zresztą z tego samego świata, który niegdyś jego mieszkańcy tak bezmyślnie unicestwili - z Malony. Gadzie przekleństwo Maldeka zostało teraz przeniesione na Ziemię) wydali mu się w tym doskonałymi sojusznikami. Ale Atlantom było mało sojuszników, chcieli się zabezpieczyć z każdej strony i jednocześnie uziemić ewentualną pomoc, oferowaną Imperium MU ze strony Ujghurów. Zawarto więc sojusz ze zbrojnymi placówkami Alpha Centauri i... Plejad. Może to zabrzmi dziwnie, ale Plejadianie również uznali za właściwe unicestwienie Imperium MU i udzielili Atlantom ogromnego wsparcia ze strony swych gwiazdolotów. Przy takiej koalicji los Imperium MU był już przesądzony.




W przekazach channelingowych Plejadianie przyznają - "Udzieliliśmy wsparcia, zniszczyliśmy Lemurię", a dlaczego? Na tak postawione pytanie odpowiadają: "Oszukano nas!". Plejadianie mieli uwierzyć zapewnieniom Atlantów, że Imperium MU stanowi zagrożenie dla wszelkiego życia na Ziemi i należy mu się z całą siłą przeciwstawić. Jak do tego doprowadzili? Ich flota gwiezdna zniszczyła jeden z księżyców w Naszej Galaktyce, a jego szczątki nakierowali na kontynent Lamar, czym spowodowali prawdziwą katastrofę (ogromne bryły zaczęły spadać Lemurianom na głowy, natychmiast niszcząc wszystko co tam żyło). Ale nim do tego doszło, najpierw Atlanci przygotowali i wyposażyli flotę i armię inwazyjną, po czym całą swą potęgą zaatakowali Imperium MU.


GWIAZDOLOTY PLEJADIAN 
NISZCZĄ JEDEN Z KSIĘŻYCÓW W 
NASZEJ GALAKTYCE, 
A ODŁAMKI NAKIEROWUJĄ NA KONTYNENT LAMAR
(Wizja artysty)



"ZIEMIĘ, MORZE I NIEBO WYKRZYWIŁY POTĘŻNE SIŁY (...)
FALE ROSŁY, WIATR DĄŁ, DESZCZ PADAŁ, GRZMOT GRZMIAŁ, 
METEORYTY SPADŁY NA WYSPĘ"

Kataklizm opisujący upadek Lemurii, zaczerpnięty z mitów Rapa-Nui (Wyspy Wielkanocnej)


Gdy Lemurianie z MU dowiedzieli się o wielkiej inwazyjnej flocie Atlantów zmierzającej ku ich Wyspie, natychmiast postawili w stan gotowości własne siły zbrojne, szczególnie zaś okręty, które miały za zadanie zatrzymać pochód Atlantów ku Lemurii. Do bitwy morskiej doszło z dala od Wyspy (jakieś 2000 km. od Lamar). Atlanci dysponowali ogromną siłą ognia, generowaną przez kryształy mocy (o których pisałem we wcześniejszych tematach). Mieli też do dyspozycji broń przekazaną im przez Marduka z Edenu, to wszystko razem wzięte czyniło ich praktycznie niepokonanymi. Okręty Lemurian były co prawda zaopatrzone w tzw.: "systemy zabezpieczające" przed promieniowaniem, ale siła ognia Atlantów była tak wielka, że na nic się one zdały. Okręty Lemurian paliły się więc jeden za drugim, zmuszając ich załogi do ratowania się w morskich odmętach. Ale Lemurianie też dysponowali pewną siłą, np. generatorami, które były w stanie naprawiać wyłomy w polu energetycznym chroniącym okręty, oraz tzw.: "Igłami" - czyli wiązkami ognia, wystrzeliwanymi z okrętów w postaci cienkich, migotliwych wiązek i "tnącymi" wszystko dookoła niczym papier. Bitwa miała trwać przez kilka godzin, jednak potęga kryształów w połączeniu z siłą broni przekazanej przez Marduka, brała coraz wyraźniej górę nad "igłami", a pole ochronne nabierało coraz większych "dziur", których nie były już w stanie naprawiać owe generatory. Bitwa zakończyła się więc całkowitą klęską Lemurian i zagładą całej ich floty morskiej. 




Po zwycięstwie Atlanci wylądowali na Lemurii i zdobyli jeden z większych portów morskich tej Wyspy, będący jednocześnie silnie bronioną twierdzą. Bitwa musiała trwać dość długo, a po zdobyciu twierdzy w ręce Atlantów wpadło kilkadziesiąt tysięcy jeńców (głównie kobiet i dziewcząt, gdyż większość mężczyzn zginęła w bitwie. Były one w fatalnym stanie fizycznym, ranne, głodne i wynędzniałe długim oblężeniem). Wszystkie one trafiły do niewoli. Jednak straty, jakie ponieśli Atlanci zarówno w czasie bitwy morskiej, jak i podczas zdobywania portu/twierdzy na lemuriańskiej ziemi, uświadomiły im że zdobycie Wyspy jest nieopłacalne, gdyż pociągnęłoby to za sobą ogromne straty tak w ludziach jak i w sprzęcie. Postanowiono więc zniszczyć całą Wyspę. Tak więc wycofano z Lemurii cała swą armię i dzięki energii kryształów nakierowano na Wyspę ogromną asteroidę (jednocześnie Plejadianie ściągnęli tam rozbity przez siebie księżyc). Asteroidę (podobnie jak i księżyc) rozbito na mniejsze kawałki, które następnie zrzucono na kontynent Lamar. Deszcz meteorytów w połączeniu z pozostałościami księżyca, zaczął spadać Lemurianom na głowy, niszcząc miasta i wsie, wszelkie życie jakie tam istniało. Ów atak wywołał również ruchy tektoniczne ziemi, które doprowadziły do trzęsień i potężnych fal. W przeciągu kilku miesięcy wojny cała Lemuria pogrążyła się w wodach Oceanu Spokojnego. To był koniec Imperium MU.

Przez ten cały czas trwała masowa ucieczka ludności z tego kontynentu. Większość uciekinierów schroniła się na terenach Ameryki Południowej, Środkowej i Północnej, Australii i wyspach Oceanii, niektóre grupy ludności dotarły do Północno-Zachodniej i Środkowej Europy. Tragedia Lemurii zachowała się w formie mitów i legend przeróżnych ludów zamieszkujących okoliczne ziemie, jak choćby mieszkańców Wyspy Wielkanocnej, czy też australijskich Aborygenów, którzy opowiadają legendę o "Mu-Mu-Na", płonącym tęczowym wężu który spadł z nieba na ziemię, aby wywołać światowy potop. W ich legendach jest jeszcze opowieść o mitycznym raju na ziemi, zwanym - "BARALKU", który zatonął w odmętach oceanu. Prawie dokładnie ten sam przekaz występuje wśród Indian Okanagon (ze stanu Waszyngton), oraz Tahitańczyków. Natomiast przekazy pochodzące od Plejadian (pomimo iż to właśnie na nich opieram historię Atlantydy, gdyż to właśnie Oni mówią na ten temat najwięcej) są w tym miejscu dość skąpe i ograniczają się jedynie do informacji że doszło do takiego ataku, oraz stwierdzenia: "Zniszczyliśmy Lemurię! (...) Oszukano Nas".

O wiele więcej na ten temat można się dowiedzieć od... Tjehooba. Znajduje się w tych channelingach nie tylko opis bitwy morskiej i zdobycia portu/twierdzy na lemuriańskim wybrzeżu, lecz także informacja o samej katastrofie. Według nich, gdy doszło do wojny, na tronie Imperium Mu zasiadał cesarz Lationusi. Nagle powietrze przeszył tępy, dudniący dźwięk (Aborygeni mawiali jeszcze że katastrofę poprzedzał przerażający dźwięk, który oni nazwali "ryczący byk"). Wszyscy mieszkańcy Savanasy zbiegli się, by zaobserwować skąd on dochodził. Ujrzano ogromne kawałki meteorytów i pozostałości skalnych, które spadały z nieba, leciały prosto na nich. Wybuchła panika, ludzie tratowali się nawzajem próbując uciec z wyspy nim dojdzie do zderzenia. Cała służba z Pałacu Cesarskiego również uciekła, a Cesarz - otoczony tylko kilkoma z ludzi swej świty - próbował dostać się na pobliskie lotnisko. Udało mu się co prawda tam dostać i nawet wsiąść do wcześniej przygotowanego statku powietrznego, jednak nim gwiazdolot wzbił się w powietrze, lotnisko na którym stał zaczęło się zapadać, ziemia zaczęła pękać i zaczął się tworzyć gigantyczny krater. Gwiazdolot Lationusiego zapalił się więc i wybuchł, zabijając samego cesarza i całą jego świtę, po czym gwiazdolot (i inne które stały razem z nim) zaczęły wpadać do pogłębiającej się przepaści. 




W samej stolicy też sytuacja nie była dobra. Ziemia zaczęła pękać ludziom pod nogami a spadające odłamki skalne potęgowały skalę zniszczenia. W pewnym momencie Wielka Piramida w Savanasie zaczęła się chwiać, a następnie, w ułamku kolejnych sekund zapadła się w powstający ogromny krater. Budynki zapadały się jak domki z kart. Całe dzielnice znikały pod ziemią, a po nich gigantyczne kawałki całego kontynentu Lamar. Ludzie chwytali się rozpaczliwie ostatnich stojących jeszcze wraków budynków, czy wyżej położonych partii górskich. Na niewiele im się to zdało. Skali potwornego zniszczenia, której nie dokonały spadające kawałki meteorytów oraz trzęsienia ziemi, dokonały fale Oceanu Spokojnego, zatapiając wszystko, co przetrwało tę nawałnicę. To był ostateczny koniec kontynentu Lamar i wielkiej cywilizacji Imperium MU. Według przekazów z channelingów od Tjehooba, część mieszkańców tego ginącego świata została przez nich ocalona i wywieziona gwiazdolotami na... Marsa. Jednak zwycięstwo Atlantów było całkowite, a wsparcie jakie otrzymali od innych państw i ras (Alpha Centauri czy głównie Plejady), zaowocowało większą pewnością siebie i przekonaniem o swej nieomylności i potędze. 

Gdy Atlantom jeszcze raz przyjdzie do głowy sprowadzenie na Ziemię asteroidy (ok. 12 500 r. p.n.e.), tym razem w celu zniszczenia Hellady (którą próbowali podbić, a o której to zwycięskiej dla Greków walce pisał Platon w swym dialogu "Timaeus"), Plejadianie powiedzą "STOP". "Sprawa Atlantydy" trafiła wówczas pod obrady Federacji Galaktycznej, która... wysłała na Ziemię okręt/planetę Nibiru z zadaniem zmiany trajektorii lotu asteroidy skierowanej na Helladę. Pod wpływem działalności Nibiru zakłócono promień trakcyjny Atlantów, który ściągał asteroidę i skierowano ją... przeciwko samej Wyspie. Efekt był podobny do zagłady Lemurii - Atlantyda została całkowicie zniszczona, a resztki tej wielkiej cywilizacji spoczęły na dnie Oceanu Atlantydzkiego. Ale jak na razie to odległa przyszłość, trzymajmy się (w miarę oczywiście możliwości, bo nie zawsze mi się to udaje) chronologii dalszych wydarzeń.


PS: W kolejnej części opiszę co stało się z uciekinierami z Imperium MU z kontynentu Lamar i dokąd ci rozbitkowie najczęściej zmierzali.


CDN.

MACZKÓW - POLSKIE MIASTO W NIEMCZECH

POLSKA ENKLAWA W EMSLANDZIE
1945-1948





"PODCZAS OKUPACJI TRAKTOWANO NAS NIEMAL JAK ZWIERZĘTA GOSPODARSKIE (...) SZCZEGÓLNIE WREDNA BYŁA JEDNA FRYZJERKA, KTÓRA MIAŁA ZAKŁAD NIEDALEKO NASZEGO OBOZU. ILEKROĆ NAS ZOBACZYŁA, ZAWSZE SŁYSZAŁYŚMY "SCHWEINE", "HURE" ("ŚWINIA", "KU...A"). SYTUACJA ZMIENIŁA SIĘ PO WYZWOLENIU. GDY OTRZYMAŁYŚMY SWÓJ PIERWSZY ŻOŁD, PIERWSZE KROKI SKIEROWAŁYŚMY DO FRYZJERA. SPECJALNIE POSZŁYŚMY WŁAŚNIE DO TEJ NIEMKI. GDY NAS WTEDY ZOBACZYŁA, W MUNDURACH, Z ORZEŁKAMI NA CZAPKACH I NAPISEM "POLAND" NA RAMIENIU, DOSŁOWNIE ZSIUSIAŁA SIĘ ZE STRACHU. MYŚLAŁA ŻE ZARAZ JĄ ZASTRZELIMY (...) 

JEJ I POMOCNICOM RĘCE SIĘ TRZĘSŁY GDY NAS CZESAŁY. POTEM PODPATRZONYM U JANKESKICH CHŁOPAKÓW POGARDLIWYM GESTEM RZUCAŁYŚMY ZAPŁATĘ, MÓWIĄC: "KEEP YOUR CHANCE". TAKA BYŁA NASZA ZEMSTA. I PODZIAŁAŁA PIORUNUJĄCO. NIEMKA I JEJ PRACOWNICE KŁANIAŁY NAM SIĘ OD TEJ PORY W PAS. JUŻ NIE BYŁYŚMY "PODLUDŹMI", TYLKO WIELCE SZANOWNYMI "SOLDAT-FRAUEN"

FRAGMENT RELACJI Z MACZKOWA ANNY PRZYBYSZ, WYWIEZIONEJ NA ROBOTY DO NIEMIEC PODCZAS II WOJNY ŚWIATOWEJ DO OBOZU W POBLISKIM WUPPERTALU. PO WYZWOLENIU OBOZU, SŁUŻYŁA W POLSKICH KOBIECYCH (POMOCNICZYCH) FORMACJACH WOJSKOWYCH POD OPIEKĄ AMERYKANÓW



Maczków, czyli niemieckie miasto Haren, leżące w dorzeczu Emslandu, wchodzącego w skład Dolnej Saksonii - kraju związkowego Niemieckiej Republiki Federalnej, rozpoczęło swą polską epopeję dnia 19 maja 1945 r. wkrótce po kapitulacji III Rzeszy (a właściwie samego Wehrmachtu, bowiem Niemcy po dziś dzień nie podpisały aktu kapitulacji). Wówczas to na ulicach miasta zawisły plakaty, informujące niemiecką ludność o niezwłocznym opuszczeniu swych domów, przy czym w domach należało zostawić wszystkie meble i wystrój mieszkań. Tego dnia bowiem do Haren wkroczyła 1 Dywizja Pancerna gen. Stanisława Maczka, tzw.: "Czarne Diabły" (która wsławiła się chociażby w bitwach pod Falais - gdzie Polacy z tej dywizji stanowili istny "korek" zatykający zamknięte w wielkim "worku" dywizje niemieckie i uniemożliwiając im wycofanie się na zachód, pod Górą Ormel oraz w walkach w Belgii, Holandii i północnych Niemczech). Żołnierze polscy z 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka niedawno powrócili z portu w Wilhelmshaven, którego kapitulację przyjęli (5 maja 1945 r.) i w drodze powrotnej dotarli do Haren, które to miasto miało stać się ostoją polskości w północnych Niemczech. Zgodę na założenie polskiej enklawy wydał wcześniej brytyjski marszałek polny - Bernard Law Montgomery i teraz przystępowano do tworzenia polskiego miasta w dorzeczu rzeki Ems (stąd właśnie kraj ten zwano Emslandem).


Gen. Stanisław Maczek i rotmistrz Tadeusz Wysocki podczas ćwiczeń 1 Dywizji Pancernej w Scarborough, przed lądowaniem sił alianckich w Normandii
(1944)



Pierwszego dnia, gdy żołnierze wkroczyli do miasta, było ustalone z burmistrzem aby na urzędach i domach publicznych wywieszono białe flagi, symbol kapitulacji. Tak też się stało, choć jednocześnie burmistrz zaprotestował przeciwko planom wysiedlenia mieszkańców z ich domów, ale od razu dano mu do zrozumienia że w tej kwestii nie ma nic do powiedzenia. W kolejnych dniach nastąpiło zorganizowane wysiedlanie niemieckich rodzin z ich domów, które teraz miały zostać przekazane polskim pracownikom przymusowym (ściąganym i zmuszanym siłą do ciężkiej pracy w Niemczech od września 1939 r. czyli od początku wojny), jeńcom wojennym i więźniom obozów koncentracyjnych z tej części Niemiec. 1 Dywizja Pancerna objęła władzę nad sporą częścią Dolnej Saksonii i kilkoma innymi miastami (dowództwo 1 Dywizji rozlokowano w Meppen a dowództwo 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej w Bersenbruck), lecz jedynie Haren miało zostać polskim miastem w Niemczech. Zaraz po wysiedleniu Niemców Haren przemianowano na Lwów, zmieniając jednocześnie nazwy ulic. I tak oto powstały nowe ulice: Armii Krajowej, Legionów, Jagiellońska, Zygmuntowska, Lwowska, Łyczakowska, Wileńska, Polna, Ogrodowa, Kopernika, Mickiewicza, Akademicka czy Aleje Ujazdowskie. Szybko jednak (4 czerwca 1945 r.) ponownie zmieniono nazwę miasta na Maczków, tym samym honorując dowódcę 1 Dywizji Pancernej - Stanisława Maczka. Założono tam polski uniwersytet, dwa gimnazja (jedno o profilu mechanicznym), liceum, teatr, szkołę, straż pożarną i katolicką parafię. Wychodziła polska prasa: "Dziennik" i "Defilada".


Wręczenie sztandaru 1 Samodzielnej Brygadzie Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego w Cupar (Szkocja)
(1944)



Wydano całkowity zakaz wstępu Niemców do miasta. Były niemiecki burmistrz Haren musiał zająć się teraz przesiedleniem niemieckich rodzin z miasta i znalezieniem im miejsc do osiedlenia w innych miastach Emslandu (całkowicie kontrolowanego przez Polaków). Nie dał jednak rady, to zadanie go przerosło. Był to czas gdy wszystkiego brakowało, żołnierze polscy dzielili się swymi kontyngentami z ludnością Maczkowa, ale Niemcy w wielu innych miastach Dolnej Saksonii zaczęli odczuwać skutki wywołanej przez nich wojny, choć nie było im aż tak źle, zważywszy że część z nich po prostu wyrzucała ofiarowany chleb prosto na podłogę, jak bowiem wspominała w pamiętnikach jedna z Polek pracujących w Haren: "Karmiliśmy głównie Polaków, ale pamiętam, że przychodziły też i niemieckie dzieci. "Bitte Kaugummi, bitte", "Bitte Bonbon, bitte" - prosiły. Chodziło im o amerykańską gumę do żucia i słodycze, jakie dostawaliśmy (...) Któregoś dnia dałam jednemu niemieckiemu dzieciakowi, który tak prosił, kawał chleba z masłem, a ten wyrzucił to na ziemię, że chleb to on ma, a chce "Kaugummi". Wkurzyłam się i naskarżyłam polskiemu wartownikowi, a ten pognał małego Fryca. Zirytowało nas to, że tutaj są ludzie po kacetach, ledwo żywi, a ten szczeniak jeszcze wybrzydza".


Ćwiczenia polskich żołnierzy z 
1 Samodzielnej Kompanii "Commando" w Szkocji
(1942)



Mimo to część Niemców (a raczej Niemek) aby poprawić swoje położenie, zaczęła wchodzić w kontakty towarzyskie z Polakami. Było ich sporo, bowiem znajomość z Polakami - jako jedną ze zwycięskich nacji II Wojny - dawała niekiedy korzyści, chociażby w postaci otrzymania bardziej luksusowych towarów. Polacy jednak byli rozbitkami politycznymi, bez ojczyzny, bez domu i bez nadziei na powrót. Polska wówczas została bowiem już zajęta przez Armię Czerwoną i całkowicie podporządkowana Moskwie. Nie było więc już drogi powrotu, nikt bowiem nie chciał wracać do kraju rządzonego przez Sowietów i ich polskie marionetki. Z czasem jednak alianci zachodni zaczęli dawać (początkowo nieoficjalnie, potem bardziej zdecydowanie) znaki, że może już czas wrócić do kraju, że wojna już się skończyła i nie ma potrzeby by dłużej pozostawać na obczyźnie. Niektórzy na to poszli i wrócili do komunistycznej Polski (wielu z nich potem przeszło ciężkie tortury i wieloletnie więzienia, a inni stracili życie za wydumane oskarżenia typu: "A ty to amerykański szpicel jesteś").




Część wyjechała do Anglii i Stanów Zjednoczonych, a tylko niewielka część Polaków zdecydowała się pozostać dalej w Haren - od 1948 r. już z powrotem pod władzą Niemców. Wojsko zaczęto wycofywać do Anglii od połowy 1946 r. (3 maja 1946 r. zorganizowano jeszcze w Maczkowie wielką defiladę wojskową na cześć 155 rocznicy uchwalenia pierwszej nowożytnej Konstytucji w Europie i drugiej na świecie po Stanach Zjednoczonych, o której to amerykański historyk Robert Howard Lord powiedział iż: "Konstytucja 3 Maja stanowi bezcenny skarb wartości duchowych", zaś XIX-wieczny niemiecki historyk Friedrich Raumer stwierdził: "Jakże wielką jest przeto dla Polaków chwałą (...) iż umieli nadać sobie konstytucję, w której lepiej, aniżeli w jakiejkolwiek innej próbie tego rodzaju, prawdziwe zasady rozsądku i nauki politycznej zdają się być urzeczywistnione"). Ostatecznie Maczków przestał istnieć 10 września 1948 r. gdy Niemcy powrócili do miasta i ponownie zmienili jego nazwę na Haren. Tak oto zakończyła się krótka polska epopeja w północnych Niemczech.


Powitanie polskich żołnierzy z 1 Dywizji Pancernej 
którzy wyzwolili holenderskie miasto Bredę
(1944)



Należy jednak również dodać, że na obszarze kontrolowanego przez Polaków Emslandu wprowadzono nieco podobne obostrzenia, jakie w Polsce stosowali niemieccy okupanci. Na przykład Niemcy nie mogli podróżować pociągiem, chyba że w towarzystwie Polaka, były też specjalne miejsca siedzące w tramwajach dla Polaków, Niemcy musieli stać. Całe też rozdawnictwo aprowizacji dla ludności niemieckiej tych ziem, przechodziło oczywiście przez polskie władze wojskowe Emslandu. Niekiedy - choć bardzo rzadko - stosowano też szykany, jako odreagowanie za to, co Niemcy robili w okupowanej Polsce. Tak więc był obowiązek kłaniania się Polakom przez Niemców poprzez zdjęcie czapki lub kapelusza, a także schodzenia z chodnika gdy szli nim polscy żołnierze lub cywile. Niemcy często pisali skargi na Polaków do Brytyjczyków i Amerykanów, ale trafiały one w próżnię (np. jeden z oficerów Armii USA po zajęciu Monachium powiedział do ludności cywilnej, pytającej jakie prawa będą posiadali pod amerykańską okupacją: "Prawa! Nie macie żadnych praw. Jesteście pokonani, słyszycie?"). Żeby więc żyć trochę lepiej niż reszta, wiele niemieckich kobiet po prostu oddawało się Amerykanom, Brytyjczykom, Francuzom i Polakom za nowe rajstopy, tabliczkę czekolady czy nawet lepszy chleb. Amerykański ppłk. Gerald F. Beane powiedział, że gwałt nie stwarza żadnych problemów żandarmerii wojskowej, bo: “trochę żywności, tabliczka czekolady lub kostka mydła nie wymagają gwałtu". Szef Hunter College - dr. George N. Shuster tak pisał po wizycie w amerykańskiej strefie okupacyjnej w Niemczech: "Za wyjątkiem tych, którzy chcą utrzymywać kontakty z wojskiem, Niemcy nie dostają nic poza mydłem i butami. Nic dziwnego, że młode dziewczyny, niezamężne, błąkają się i dobrowolnie ofiarują się za żywność lub łóżko. Mówiąc bardzo prosto, mają jedyną rzecz na sprzedaż, i sprzedają ją. Jako sposób na umieranie, to może być gorsze niż głód, ale odłoży to śmierć na miesiąc, może rok".




Przez długi czas Polacy liczyli jeszcze na to (zresztą Niemcy też) że dojdzie do wybuchu III wojny światowej ze Związkiem Sowieckim i dzięki temu Polska (oraz inne kraje zniewolonej Europy Środkowej) zostanie wyzwolona. Winston Churchill początkowo pragnął takiej wojny (napiszę o tym również w innej serii), ale z każdym kolejnym miesiącem a szczególnie z każdym kolejnym rokiem ta wizja zaczęła się oddalać. Ostatecznie więc po likwidacji matkowa i rozwiązaniu innych polskich oddziałów wojskowych stacjonujących zarówno w Niemczech jak i we Włoszech, o żołnierze i oficerowie Wojska Polskiego mieli wybór - albo wrócić do zniewolonego przez Sowietów kraju i tam zostać aresztowanym a być może również zamęczonym na śmierć w kazamatach Urzędu Bezpieczeństwa i Informacji Wojskowej (o NKWD nawet nie wspominając), albo właśnie pozostać na emigracji.






 Jeśli decydowali się na ten drugi krok, to często musieli podjąć w cywilu jakąś pracę aby się utrzymać. Gen. Stanisław Maczek pozbawiony jakichkolwiek środków do życia, musiał podjąć pracę najpierw jako sprzedawca a następnie barman w hotelach "Dorchester" i "Learmonth" w szkockim Edynburgu. 
 

gen. STANISŁAW MACZEK



Gen. Stanisław Sosabowski, twórca i dowódca 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej (pierwszej tego typu jednostki w armii alianckiej, bowiem Brytyjczycy i Amerykanie zaczęli je tworzyć dopiero po sformowaniu polskiej jednostki), pracował jako magazynier w fabryce. 


Gen. STANISŁAW SOSABOWSKI



A przecież Polacy, według brytyjskiego historyka Petera Caddick'a Adamsa, byli: "Najlepszymi wojownikami spośród wszystkich armii alianckich", co udowodnili w wielu zwycięskich bitwach (wystarczy wymienić tylko te z ostatniego okresu wojny lat 1944/45): Bitwa pod Falaise, Bitwa o Monte Cassino (po której to bitwie Stalin wpadł we wściekłość, słysząc o zdobyciu tak trudnego, górskiego regionu przez Polaków, na którym wcześniej poległo wiele armii alianckich - Francuzi, Brytyjczycy, Kanadyjczycy, Australijczycy, Nowozelandczycy i Amerykanie), Bitwa o Górę Ormel, wyzwolenie Ancony, Bolonii i wielu innych miast we Włoszech, północnej Francji i Holandii.




Spotkanie generałów: Władysława Andersa i George'a S. Pattona w Egipcie
(1944)



Maczków zaś był jedynym takim domem i jednocześnie substytutem dawnej Polski wśród politycznych tułaczy oraz wyrzutków, jakimi stali się polscy żołnierze po zakończeniu II Wojny Światowej. 




Żołnierze 6 Pułku Pancernego "Dzieci Lwowskich" organizują Święta Bożego Narodzenia dla włoskich dzieci z miejscowości Bibbiena w Toskanii (jako Święty Mikołaj wystąpił podchorąży Edward Wojtczak)
(1944)


ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...