WYŚWIETLENIA

31 maja 2026

MACZKÓW - POLSKIE MIASTO W NIEMCZECH

POLSKA ENKLAWA W EMSLANDZIE
1945-1948





"PODCZAS OKUPACJI TRAKTOWANO NAS NIEMAL JAK ZWIERZĘTA GOSPODARSKIE (...) SZCZEGÓLNIE WREDNA BYŁA JEDNA FRYZJERKA, KTÓRA MIAŁA ZAKŁAD NIEDALEKO NASZEGO OBOZU. ILEKROĆ NAS ZOBACZYŁA, ZAWSZE SŁYSZAŁYŚMY "SCHWEINE", "HURE" ("ŚWINIA", "KU...A"). SYTUACJA ZMIENIŁA SIĘ PO WYZWOLENIU. GDY OTRZYMAŁYŚMY SWÓJ PIERWSZY ŻOŁD, PIERWSZE KROKI SKIEROWAŁYŚMY DO FRYZJERA. SPECJALNIE POSZŁYŚMY WŁAŚNIE DO TEJ NIEMKI. GDY NAS WTEDY ZOBACZYŁA, W MUNDURACH, Z ORZEŁKAMI NA CZAPKACH I NAPISEM "POLAND" NA RAMIENIU, DOSŁOWNIE ZSIUSIAŁA SIĘ ZE STRACHU. MYŚLAŁA ŻE ZARAZ JĄ ZASTRZELIMY (...) 

JEJ I POMOCNICOM RĘCE SIĘ TRZĘSŁY GDY NAS CZESAŁY. POTEM PODPATRZONYM U JANKESKICH CHŁOPAKÓW POGARDLIWYM GESTEM RZUCAŁYŚMY ZAPŁATĘ, MÓWIĄC: "KEEP YOUR CHANCE". TAKA BYŁA NASZA ZEMSTA. I PODZIAŁAŁA PIORUNUJĄCO. NIEMKA I JEJ PRACOWNICE KŁANIAŁY NAM SIĘ OD TEJ PORY W PAS. JUŻ NIE BYŁYŚMY "PODLUDŹMI", TYLKO WIELCE SZANOWNYMI "SOLDAT-FRAUEN"

FRAGMENT RELACJI Z MACZKOWA ANNY PRZYBYSZ, WYWIEZIONEJ NA ROBOTY DO NIEMIEC PODCZAS II WOJNY ŚWIATOWEJ DO OBOZU W POBLISKIM WUPPERTALU. PO WYZWOLENIU OBOZU, SŁUŻYŁA W POLSKICH KOBIECYCH (POMOCNICZYCH) FORMACJACH WOJSKOWYCH POD OPIEKĄ AMERYKANÓW



Maczków, czyli niemieckie miasto Haren, leżące w dorzeczu Emslandu, wchodzącego w skład Dolnej Saksonii - kraju związkowego Niemieckiej Republiki Federalnej, rozpoczęło swą polską epopeję dnia 19 maja 1945 r. wkrótce po kapitulacji III Rzeszy (a właściwie samego Wehrmachtu, bowiem Niemcy po dziś dzień nie podpisały aktu kapitulacji). Wówczas to na ulicach miasta zawisły plakaty, informujące niemiecką ludność o niezwłocznym opuszczeniu swych domów, przy czym w domach należało zostawić wszystkie meble i wystrój mieszkań. Tego dnia bowiem do Haren wkroczyła 1 Dywizja Pancerna gen. Stanisława Maczka, tzw.: "Czarne Diabły" (która wsławiła się chociażby w bitwach pod Falais - gdzie Polacy z tej dywizji stanowili istny "korek" zatykający zamknięte w wielkim "worku" dywizje niemieckie i uniemożliwiając im wycofanie się na zachód, pod Górą Ormel oraz w walkach w Belgii, Holandii i północnych Niemczech). Żołnierze polscy z 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka niedawno powrócili z portu w Wilhelmshaven, którego kapitulację przyjęli (5 maja 1945 r.) i w drodze powrotnej dotarli do Haren, które to miasto miało stać się ostoją polskości w północnych Niemczech. Zgodę na założenie polskiej enklawy wydał wcześniej brytyjski marszałek polny - Bernard Law Montgomery i teraz przystępowano do tworzenia polskiego miasta w dorzeczu rzeki Ems (stąd właśnie kraj ten zwano Emslandem).


Gen. Stanisław Maczek i rotmistrz Tadeusz Wysocki podczas ćwiczeń 1 Dywizji Pancernej w Scarborough, przed lądowaniem sił alianckich w Normandii
(1944)



Pierwszego dnia, gdy żołnierze wkroczyli do miasta, było ustalone z burmistrzem aby na urzędach i domach publicznych wywieszono białe flagi, symbol kapitulacji. Tak też się stało, choć jednocześnie burmistrz zaprotestował przeciwko planom wysiedlenia mieszkańców z ich domów, ale od razu dano mu do zrozumienia że w tej kwestii nie ma nic do powiedzenia. W kolejnych dniach nastąpiło zorganizowane wysiedlanie niemieckich rodzin z ich domów, które teraz miały zostać przekazane polskim pracownikom przymusowym (ściąganym i zmuszanym siłą do ciężkiej pracy w Niemczech od września 1939 r. czyli od początku wojny), jeńcom wojennym i więźniom obozów koncentracyjnych z tej części Niemiec. 1 Dywizja Pancerna objęła władzę nad sporą częścią Dolnej Saksonii i kilkoma innymi miastami (dowództwo 1 Dywizji rozlokowano w Meppen a dowództwo 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej w Bersenbruck), lecz jedynie Haren miało zostać polskim miastem w Niemczech. Zaraz po wysiedleniu Niemców Haren przemianowano na Lwów, zmieniając jednocześnie nazwy ulic. I tak oto powstały nowe ulice: Armii Krajowej, Legionów, Jagiellońska, Zygmuntowska, Lwowska, Łyczakowska, Wileńska, Polna, Ogrodowa, Kopernika, Mickiewicza, Akademicka czy Aleje Ujazdowskie. Szybko jednak (4 czerwca 1945 r.) ponownie zmieniono nazwę miasta na Maczków, tym samym honorując dowódcę 1 Dywizji Pancernej - Stanisława Maczka. Założono tam polski uniwersytet, dwa gimnazja (jedno o profilu mechanicznym), liceum, teatr, szkołę, straż pożarną i katolicką parafię. Wychodziła polska prasa: "Dziennik" i "Defilada".


Wręczenie sztandaru 1 Samodzielnej Brygadzie Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego w Cupar (Szkocja)
(1944)



Wydano całkowity zakaz wstępu Niemców do miasta. Były niemiecki burmistrz Haren musiał zająć się teraz przesiedleniem niemieckich rodzin z miasta i znalezieniem im miejsc do osiedlenia w innych miastach Emslandu (całkowicie kontrolowanego przez Polaków). Nie dał jednak rady, to zadanie go przerosło. Był to czas gdy wszystkiego brakowało, żołnierze polscy dzielili się swymi kontyngentami z ludnością Maczkowa, ale Niemcy w wielu innych miastach Dolnej Saksonii zaczęli odczuwać skutki wywołanej przez nich wojny, choć nie było im aż tak źle, zważywszy że część z nich po prostu wyrzucała ofiarowany chleb prosto na podłogę, jak bowiem wspominała w pamiętnikach jedna z Polek pracujących w Haren: "Karmiliśmy głównie Polaków, ale pamiętam, że przychodziły też i niemieckie dzieci. "Bitte Kaugummi, bitte", "Bitte Bonbon, bitte" - prosiły. Chodziło im o amerykańską gumę do żucia i słodycze, jakie dostawaliśmy (...) Któregoś dnia dałam jednemu niemieckiemu dzieciakowi, który tak prosił, kawał chleba z masłem, a ten wyrzucił to na ziemię, że chleb to on ma, a chce "Kaugummi". Wkurzyłam się i naskarżyłam polskiemu wartownikowi, a ten pognał małego Fryca. Zirytowało nas to, że tutaj są ludzie po kacetach, ledwo żywi, a ten szczeniak jeszcze wybrzydza".


Ćwiczenia polskich żołnierzy z 
1 Samodzielnej Kompanii "Commando" w Szkocji
(1942)



Mimo to część Niemców (a raczej Niemek) aby poprawić swoje położenie, zaczęła wchodzić w kontakty towarzyskie z Polakami. Było ich sporo, bowiem znajomość z Polakami - jako jedną ze zwycięskich nacji II Wojny - dawała niekiedy korzyści, chociażby w postaci otrzymania bardziej luksusowych towarów. Polacy jednak byli rozbitkami politycznymi, bez ojczyzny, bez domu i bez nadziei na powrót. Polska wówczas została bowiem już zajęta przez Armię Czerwoną i całkowicie podporządkowana Moskwie. Nie było więc już drogi powrotu, nikt bowiem nie chciał wracać do kraju rządzonego przez Sowietów i ich polskie marionetki. Z czasem jednak alianci zachodni zaczęli dawać (początkowo nieoficjalnie, potem bardziej zdecydowanie) znaki, że może już czas wrócić do kraju, że wojna już się skończyła i nie ma potrzeby by dłużej pozostawać na obczyźnie. Niektórzy na to poszli i wrócili do komunistycznej Polski (wielu z nich potem przeszło ciężkie tortury i wieloletnie więzienia, a inni stracili życie za wydumane oskarżenia typu: "A ty to amerykański szpicel jesteś").




Część wyjechała do Anglii i Stanów Zjednoczonych, a tylko niewielka część Polaków zdecydowała się pozostać dalej w Haren - od 1948 r. już z powrotem pod władzą Niemców. Wojsko zaczęto wycofywać do Anglii od połowy 1946 r. (3 maja 1946 r. zorganizowano jeszcze w Maczkowie wielką defiladę wojskową na cześć 155 rocznicy uchwalenia pierwszej nowożytnej Konstytucji w Europie i drugiej na świecie po Stanach Zjednoczonych, o której to amerykański historyk Robert Howard Lord powiedział iż: "Konstytucja 3 Maja stanowi bezcenny skarb wartości duchowych", zaś XIX-wieczny niemiecki historyk Friedrich Raumer stwierdził: "Jakże wielką jest przeto dla Polaków chwałą (...) iż umieli nadać sobie konstytucję, w której lepiej, aniżeli w jakiejkolwiek innej próbie tego rodzaju, prawdziwe zasady rozsądku i nauki politycznej zdają się być urzeczywistnione"). Ostatecznie Maczków przestał istnieć 10 września 1948 r. gdy Niemcy powrócili do miasta i ponownie zmienili jego nazwę na Haren. Tak oto zakończyła się krótka polska epopeja w północnych Niemczech.


Powitanie polskich żołnierzy z 1 Dywizji Pancernej 
którzy wyzwolili holenderskie miasto Bredę
(1944)



Należy jednak również dodać, że na obszarze kontrolowanego przez Polaków Emslandu wprowadzono nieco podobne obostrzenia, jakie w Polsce stosowali niemieccy okupanci. Na przykład Niemcy nie mogli podróżować pociągiem, chyba że w towarzystwie Polaka, były też specjalne miejsca siedzące w tramwajach dla Polaków, Niemcy musieli stać. Całe też rozdawnictwo aprowizacji dla ludności niemieckiej tych ziem, przechodziło oczywiście przez polskie władze wojskowe Emslandu. Niekiedy - choć bardzo rzadko - stosowano też szykany, jako odreagowanie za to, co Niemcy robili w okupowanej Polsce. Tak więc był obowiązek kłaniania się Polakom przez Niemców poprzez zdjęcie czapki lub kapelusza, a także schodzenia z chodnika gdy szli nim polscy żołnierze lub cywile. Niemcy często pisali skargi na Polaków do Brytyjczyków i Amerykanów, ale trafiały one w próżnię (np. jeden z oficerów Armii USA po zajęciu Monachium powiedział do ludności cywilnej, pytającej jakie prawa będą posiadali pod amerykańską okupacją: "Prawa! Nie macie żadnych praw. Jesteście pokonani, słyszycie?"). Żeby więc żyć trochę lepiej niż reszta, wiele niemieckich kobiet po prostu oddawało się Amerykanom, Brytyjczykom, Francuzom i Polakom za nowe rajstopy, tabliczkę czekolady czy nawet lepszy chleb. Amerykański ppłk. Gerald F. Beane powiedział, że gwałt nie stwarza żadnych problemów żandarmerii wojskowej, bo: “trochę żywności, tabliczka czekolady lub kostka mydła nie wymagają gwałtu". Szef Hunter College - dr. George N. Shuster tak pisał po wizycie w amerykańskiej strefie okupacyjnej w Niemczech: "Za wyjątkiem tych, którzy chcą utrzymywać kontakty z wojskiem, Niemcy nie dostają nic poza mydłem i butami. Nic dziwnego, że młode dziewczyny, niezamężne, błąkają się i dobrowolnie ofiarują się za żywność lub łóżko. Mówiąc bardzo prosto, mają jedyną rzecz na sprzedaż, i sprzedają ją. Jako sposób na umieranie, to może być gorsze niż głód, ale odłoży to śmierć na miesiąc, może rok".




Przez długi czas Polacy liczyli jeszcze na to (zresztą Niemcy też) że dojdzie do wybuchu III wojny światowej ze Związkiem Sowieckim i dzięki temu Polska (oraz inne kraje zniewolonej Europy Środkowej) zostanie wyzwolona. Winston Churchill początkowo pragnął takiej wojny (napiszę o tym również w innej serii), ale z każdym kolejnym miesiącem a szczególnie z każdym kolejnym rokiem ta wizja zaczęła się oddalać. Ostatecznie więc po likwidacji matkowa i rozwiązaniu innych polskich oddziałów wojskowych stacjonujących zarówno w Niemczech jak i we Włoszech, o żołnierze i oficerowie Wojska Polskiego mieli wybór - albo wrócić do zniewolonego przez Sowietów kraju i tam zostać aresztowanym a być może również zamęczonym na śmierć w kazamatach Urzędu Bezpieczeństwa i Informacji Wojskowej (o NKWD nawet nie wspominając), albo właśnie pozostać na emigracji.






 Jeśli decydowali się na ten drugi krok, to często musieli podjąć w cywilu jakąś pracę aby się utrzymać. Gen. Stanisław Maczek pozbawiony jakichkolwiek środków do życia, musiał podjąć pracę najpierw jako sprzedawca a następnie barman w hotelach "Dorchester" i "Learmonth" w szkockim Edynburgu. 
 

gen. STANISŁAW MACZEK



Gen. Stanisław Sosabowski, twórca i dowódca 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej (pierwszej tego typu jednostki w armii alianckiej, bowiem Brytyjczycy i Amerykanie zaczęli je tworzyć dopiero po sformowaniu polskiej jednostki), pracował jako magazynier w fabryce. 


Gen. STANISŁAW SOSABOWSKI



A przecież Polacy, według brytyjskiego historyka Petera Caddick'a Adamsa, byli: "Najlepszymi wojownikami spośród wszystkich armii alianckich", co udowodnili w wielu zwycięskich bitwach (wystarczy wymienić tylko te z ostatniego okresu wojny lat 1944/45): Bitwa pod Falaise, Bitwa o Monte Cassino (po której to bitwie Stalin wpadł we wściekłość, słysząc o zdobyciu tak trudnego, górskiego regionu przez Polaków, na którym wcześniej poległo wiele armii alianckich - Francuzi, Brytyjczycy, Kanadyjczycy, Australijczycy, Nowozelandczycy i Amerykanie), Bitwa o Górę Ormel, wyzwolenie Ancony, Bolonii i wielu innych miast we Włoszech, północnej Francji i Holandii.




Spotkanie generałów: Władysława Andersa i George'a S. Pattona w Egipcie
(1944)



Maczków zaś był jedynym takim domem i jednocześnie substytutem dawnej Polski wśród politycznych tułaczy oraz wyrzutków, jakimi stali się polscy żołnierze po zakończeniu II Wojny Światowej. 




Żołnierze 6 Pułku Pancernego "Dzieci Lwowskich" organizują Święta Bożego Narodzenia dla włoskich dzieci z miejscowości Bibbiena w Toskanii (jako Święty Mikołaj wystąpił podchorąży Edward Wojtczak)
(1944)


29 maja 2026

POLSKI ODWET - "A OD ŚMIERCI SILNIEJSZY BYŁ GNIEW" - Cz. I

O AKCJACH POLSKIEJ SAMOOBRONY
NA WOŁYNIU I KRESACH WSCHODNICH




"To była ładna, młoda dziewczyna - Ukrainka: "Twardy" zadecydował że najlepszą karą za jej ukraińskie pochodzenie będzie, gdy wszyscy trzej dopuścimy się na niej gwałtu (...) Jednak na samym gwałcie się nie skończyło i choć "Twardy" rzeczywiście darował jej życie, to przedtem przyciągnął ją nagą do kuchni i rozgrzawszy do czerwoności pogrzebacz, na goły tyłeczek takie jej smary sprawił, że aż czerwone pręgi zaczęły się pokazywać. I w takim stanie, zupełnie nagą, wyrzucił biedną dziewczynę na dwór. Ratując ostatkiem sił swoje życie, w śniegu po kolana, w trzaskający mróz pobiegła do sąsiadów". To jedna z niewielu relacji polskich żołnierzy, biorących udział w akcjach samoobrony na Wołyniu i Polesiu przeciwko ukraińskim mordercom spod znaku Bandery, Konowalca i Doncowa. Tak, to prawda - Polacy nie dawali się spokojnie zarzynać we własnych domach i na własnej ziemi niczym bydło prowadzone na rzeź. Podejmowaliśmy również akcje obronne i odwetowe, ale w żadnym razie nie można tutaj stawiać znaku równości pomiędzy mordami ukraińskich bandytów, a tym co robili Polacy Ukraińcom w ramach akcji odwetowych, tym bardziej że za owym znakiem równości nie przemawia skala. Według "oficjalnych" (znacznie zaniżonych) danych, Ukraińcy na samym Wołyniu wymordowali ponad 60 tys. Polaków, realnie jednak było to od 100 do 300 tys. ludzi narodowości polskiej. Natomiast dane co do strat ludności ukraińskiej w latach 1943-1944 to ok. 3000 osób. Nawet jeśli brać pod uwagę tę najmniejszą liczbę z "polskiej strony" - 60 tys. to i tak bezmiar ukraińskiej masakry jest tu nie do porównania z działaniami polskiej samoobrony, gdyż pokazuje że na (co najmniej) 20 pomordowanych Polaków przypadał jeden Ukrainiec.

Oczywiście ktoś powie, każde życie jest cenne i nie należy tego tak zestawiać, nie należy porównywać, bowiem zbrodnia pozostaje zbrodnią. Ja się oczywiście z tym zgadzam, ale... spróbujcie wytłumaczyć człowiekowi, który na własne oczy widział jak na żywca zarzynano jego rodziców, jak jego braci i siostry wbijano na pale czy gałęzie drzew, jak je żywcem ćwiartowano, jak masakrowano, jak się znęcano, jak maltretowano jego bliskich - spróbujcie mu wytłumaczyć że teraz powinien może nie tyle zapomnieć, ale spróbować wybaczyć mordercom popełnione przez nich zbrodnie. Spróbujcie takiemu człowiekowi, który wręcz kipi chęcią zemsty, wytłumaczyć, że powinien wybaczyć - komu wybaczyć? Ludziom którzy powszechnie chwalą się popełnionymi zbrodniami, którzy wręcz się tym szczycą? Wybaczyć można, owszem, ale człowiekowi który albo o to wybaczenie sam poprosi, albo też wie że wyrządził komuś wielkie zło i żałuje tego czego się dopuścił. Jak można wytłumaczyć człowiekowi, który sam cudem uniknął śmierci z rąk banderowskich bandytów, aby teraz starał się komukolwiek z nich wybaczyć? Pamiętajmy też że na tych ziemiach nie było wówczas żadnej polskiej władzy, była wojskowa władza niemiecka, a Niemcom nie zależało na godzeniu Polaków z Ukraińcami, wręcz przeciwnie - lepiej dla nich było aby Ukraińcy wymordowali Polaków własnymi rękoma, bowiem według nazistowskich planów, nasz naród był następnym do fizycznej eksterminacji zaraz po Żydach.

 Gdy przegląda się rozkazy ówczesnych niemieckich władz, bije z nich w dużej mierze rozczarowanie, że Polaków jest jednak zbyt dużo, aby można było przeprowadzić ich całkowitą fizyczną eksterminację. Zakładają więc, że nawet po zwycięskiej dla Niemiec wojnie, będzie trzeba jeszcze przez jakiś (bliżej nie sprecyzowany) czas, utrzymywać całkowicie podległe, zarządzane przez Niemców "polskie państewko" - czyli Generalną Gubernię, gdzie Polacy mają być sprowadzeni jedynie do roli parobków i taniej siły roboczej, bez możliwości kształcenia się (jedynie mają się nauczyć kilku słów po niemiecku i umieć się podpisać - aby mogli zrozumieć komendy wypowiadane przez nowych, niemieckich panów tych ziem). Aborcja dla Polaków na okupowanych przez Niemców terenach II Rzeczypospolitej, była wręcz zalecana (mimo że w całej III Rzeszy dopuszczenie się aborcji przez Niemki karane było śmiercią). Teatrzyki "dla Polaków" grały z reguły jakieś pełne erotyzmu i obyczajowej wulgarności, wymyślone na poczekaniu "sztuki" (o jakiejkolwiek kulturze wyższej można było zapomnieć), Polacy zresztą mogli się kształcić jedynie do kilku klas szkoły podstawowej, a potem mieli stać się darmową siłą roboczą dla niemieckich panów w Rzeszy lub na nowej "marchii wschodniej" (czyli ziemiach polskich, włączonych i okupowanych przez Niemcy). 

Dla polskich kobiet była przeznaczona jeszcze jedna rola - erotycznych niewolnic dla żołnierzy Wehrmachtu (w tym celu podczas łapanek na ulicach polskich miast, wydzielano młode Polki i kierowano je do domów publicznych dla niemieckich żołnierzy). Oczywiście nie piszę tutaj już o masowych rozstrzeliwaniach (100 Polaków za 1 Niemca), szykanach (w środkach komunikacji publicznej były albo wagony "Tylko dla Niemców", albo też wszystkie siedzenia w tramwaju lub autobusie były tylko dla nich przeznaczone), obozach koncentracyjnych (samo Auschwitz, które było pierwotnie pomyślane jako obóz zagłady dla Polaków i takowym był od chwili powstania w 1940 do 1945, w latach 1942-1944/45 zaczęto w nim również eksterminować Żydów). Był również obowiązek (dotyczący tak Polaków jak Żydów) kłaniania się Niemcom na ulicy, poprzez zdejmowanie czapek lub kapeluszy, a także schodzenia z chodnika, gdy idą nim Niemcy. Nic dziwnego że Niemcom wcale nie zależało na tym, aby chronić Polaków na Wołyniu (czy na innych terenach II Rzeczypospolitej) przed ukraińskimi bandziorami, którzy często służyli wcześniej w ukraińskich jednostkach, formowanych przy udziale i za zgodą Wehrmachtu. Potem, gdy już było wiadome że Niemcy tej wojny nie wygrają, dochodziło do dezercji Ukraińców z tych oddziałów, którzy zaczynali teraz organizować walkę o "wyzwolenie Ukrainy". Częścią tej "walki" była właśnie fizyczna eksterminacja polskiej ludności cywilnej Kresów Wschodnich.

Nic więc dziwnego że zaczęto pospiesznie organizować (oraz ściągać z innych terenów przedwojennej Rzeczypospolitej) polskie formacje wojskowe Armii Krajowej, które miały za zadanie zapewnienie ochrony ludności polskiej na Wołyniu i Polesiu. Bowiem w roku 1943 Polacy na Wołyniu byli zupełnie nieprzygotowani militarnie do jakiejkolwiek konfrontacji z UPA (Ukraińską Powstańczą bandycką Armią Bandery), zresztą czego mieli się bać mieszkający tam Polacy - głównie Niemców i nadciągających ze wschodu Sowietów, ale ze strony mieszkających na tych ziemiach po sąsiedzku - znajomych, przyjaciół, braci a często członków rodzin nie spodziewali się jakiejkolwiek agresji. Zresztą ja przyznam się szczerze że nie mieści mi się to w głowie. Ile bowiem musi w człowieku pojawić się nienawiści i skąd ona się właściwie bierze, skoro w normalnych warunkach i normalnych czasach pomiędzy tymi ludźmi często nawet nie było sąsiedzkich sporów, a zgoda i zwykłe, normalne stosunki, tak jak pomiędzy mieszkającymi obok siebie sąsiadami - i co? I nagle zamieniają się oni w krwiożercze bestie, żądne krwi i mordu - ale nie zwykłego mordu, im nawet nie chodziło o to, aby tych Polaków po prostu zastrzelić, nie - im chodziło o to, aby się w sposób wręcz nieludzki poznęcać nad i tak przeznaczonymi do likwidacji ludźmi. To nawet w Niemcach, nawet w Sowietach z ich metodami zadawania bólu i uśmiercania, nie było tej zwierzęcej potrzeby sprawienia umierającemu dodatkowych cierpień - po co to było? Ja nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie i sądzę że Ukraińcy również nie potrafili by na to pytanie odpowiedzieć. 




Nacjonalizm ukraiński spowodował ogromne zło i doprowadził do tragedii wielu rodzin (bardzo często w przypadku łączonych polsko-ukraińskich małżeństw, gdy do danej wsi wkraczali banderowcy - mąż musiał na ich oczach mordować żonę i swoje dzieci, lub żona męża, w zależności od tego kto był Ukraińcem a kto Polakiem, aby samemu nie podzielić ich losu. A ilu było takich Ukraińców, którzy oddali życie za mordowanych Polaków - należy to głośno powiedzieć - byli tacy Ukraińcy którzy swym życiem i postawą sprzeciwili się złu spod znaku Bandery, którzy ukrywali Polaków i którzy niejednokrotnie wybierali śmierć z rąk bandytów, aby nie musieć samemu mordować swych najbliższych. Co bowiem przyniosła Ukraińcom ta masakra? Nic, nie udało im się niczego osiągnąć, nie powstała żadna niepodległa Ukraina, nasze ziemie, ziemie zaludnione przez narody wchodzące niegdyś w skład Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów - przez Rzeczpospolitan, stały się nagle miejscem wybuchu nacjonalistycznego ukraińskiego zła. Nie wiem czy potęgującego się przez te wszystkie lata, czy powstałego nagle - nie pojmuję bowiem że człowiek może realnie zamienić się w bestię, w krwiożerczą bestię. I to człowiek któremu się ufa, bowiem wielu z tych biorących potem udział w masakrach na Polaków - Ukraińców, to byli ludzie którzy na co dzień byli bardzo mili, mówili "dzień dobry", kłaniali się, rozmawiali jak sąsiad z sąsiadem - i nagle ci wszyscy ludzie, których wydaje ci się że znasz i lubisz, w nocy przychodzą do twego domu i zmieniają się w krwiożercze bestie w ludzkich powłokach, mordują twoich bliskich, którym jeszcze rano się kłaniali - jak to w ogóle pojąć, ja nie potrafię tego objąć własnym umysłem.

 I w tych właśnie warunkach bezpośredniego zagrożenia życia z rąk sąsiadów - zaczęły się tworzyć ośrodki polskiej samoobrony, a w połowie 1943 r. Armia Krajowa zaczęła ściągać na Wołyń niektóre swoje (partyzanckie) jednostki, takie jak chociażby 27 Wołyńska Dywizja Piechoty. Ale tutaj należy jedno wyjaśnić - Polacy nigdy nie dążyli do narodowościowej czy etnicznej eliminacji jakiegokolwiek narodu z terenów które były częścią II Rzeczypospolitej. Nigdy nie dochodziło do jakichkolwiek akcji ksenofobicznych i rasistowskich, nigdy nie miały miejsca ukazane w niemieckich "serialach historycznych" wydarzenia, podczas których żołnierze Armii Krajowej uwalniają pociąg pełen Żydów i... zamykają drzwi mówiąc że to Żydzi i że są: "Gorsi nawet od Niemców" (co zostało chociażby ukazane w niemieckim gniocie propagandowym: "Nasze Matki, Nasi Ojcowie"). Należy bowiem sobie wyjaśnić, że na ziemiach polskich Żydzi żyli od wieków w ogromnych liczbach (w 1939 r. na początku II Wojny Światowej było ich w Polsce ponad 3 miliony, najwięcej ze wszystkich krajów świata) i wcale nie chcieli stąd wyjeżdżać, nawet wówczas gdy nie było już Polski (podzielonej przez trzech zaborców - Prusy, Rosję i Austrię), pamięć dawnej wielkiej Polski, pamięć jedności mieszkających tam ludów - wciąż była silna jeszcze na początku XX wieku. Odbudowaliśmy Polskę ogromnym trudem krwi i poświęceń - stworzyliśmy nowe państwo, które szybko się rozwijało i starało się pełnić rolę obrońcy innych, mniejszych państw i narodów w Europie Środkowo-Wschodniej. A potem z Zachodu i Wschodu przyszły diabły w ludzkich skórach, pełne nienawiści i chęci mordu. Zniszczyli ten piękny świat, zamieniając go w rzeki krwi, ruin i ludzkich tragedii.


PS: W następnej części przejdę już bezpośrednio do polskich działań samoobrony na Kresach Wschodnich - szczególnie na Wołyniu i Polesiu.


 "I WTEDY PRZYSZLI PRZYJACIELE NASZYCH PRZYJACIÓŁ
Z DŁOŃMI UNURZANYMI WE KRWI NASZYCH BRACI
(...)
NIE BYŁO POWROTU DO STAREGO ŚWIATA
MUSIELIŚMY GO STWORZYĆ OD NOWA

PRZETRWALIŚMY - POZOSTALIŚMY WOLNI
CHOĆ NAJCZĘŚCIEJ BYŁA TO TYLKO 
WOLNOŚĆ WYBORU RODZAJU ŚMIERCI"



CDN.

"SĄSIEDZI"

MORDY WOŁYŃSKIE 
OCZAMI ŚWIADKÓW


STEPAN BANDERA




 Z okazji faktu iż prezydent Rzeczypospolitej Karol Nawrocki wszczął procedurę odebrania orderu Orła Białego ukraińskiemu fircykowi - który już jawnie deklaruje się banderowcem - czyli Wołodymyrowi Żełenskiemu, postanowiłem przypomnieć Czytelnikom tego bloga co też nasi nazistowscy bracia z Ukrainy wyprawiali na polskich Kresach Wschodnich w czasie II Wojny Światowej. Przyznać się też muszę - również przed samym sobą, gdyż dla mnie samego jest to w dużej mierze zaskakujące - jak bardzo zmieniła się moja postawa w stosunku do Ukrainy od początku tego konfliktu, który tam trwa czyli od lutego 2022 r. Pamiętam że był taki okres, że chciałem nawet wyjechać na Ukrainę i zaciągnąć się do oddziałów sojuszniczych walczących z moskiewskim najazdem. Potem mi przeszło szczególnie gdy zauważyłem jaki jest prawdziwe stosunek u zarówno ukraińskich władz jak i w dużej mierze ukraińskich obywateli (nie wszystkich i to pragnę podkreślić, a oto DOWÓD) do nas Polaków i do Polski. Początkowo nie chciałem w to uwierzyć, wypierałem to ze swojej świadomości, starając się znaleźć jakieś pozytywne aspekty wzajemnej współpracy i tego, jak bardzo Polacy pomogli Ukrainie w tej wojnie, i nie chodzi już tylko o fakt, że przyjęliśmy do siebie ponad 3 miliony ukraińskich uchodźców, i to nie do obozów dla uchodźców czy imigrantów, ale do własnych domów. Daliśmy im domy, daliśmy im darmową opiekę medyczną, daliśmy im wyrównanie na dziecko (tak zwane 500 a teraz 800+), chyba nie ma takiej rzeczy której Ukraińcy w Polsce po roku 2022 by nie dostali, i to za darmo.






Do dzisiaj Polska (w ogromnej większości bo nie tylko) finansuje starlinki Elona Muska które posiada Ukraina, mało tego realnie z Polski budżet utrzymuje nie tylko dwa narody, ale tak naprawdę dwa państwa, a przecież to tak naprawdę i tak nie jest najważniejsze. Bez Polski bowiem - nie chodzi już tylko o pomoc materialną czy humanitarną, ale w ogóle bez Polski Ukraina nie istnieje! Wystarczy zamknąć lotnisko w Jasionce i już Ukraińcy mają problem i to duży problem. Gdyby zaś Polska w tym konflikcie była choćby tylko neutralna, Ukraina nie przetrwałaby nawet miesiąca a Moskale byliby już dawno w Kijowie. Przez Polskę bowiem przebiega życiodajna droga dla Ukrainy, to jest wręcz kroplówka, dzięki której to państwo jeszcze istnieje, gdyż żadna inna trasa jest niemożliwa aby dostarczyć jakąkolwiek pomoc dla Ukrainy, ŻADNA INNA!

I tutaj dochodzimy do sedna całej sprawy, gdyż odradzający się coraz szybciej na Ukrainie banderyzm (jeszcze w czasie Majdanu kijowskiego w 2004 banderowskie czerwono-czarne szmaty nigdzie tam nie powiewały, w 2014 zaczęło się to zmieniać choć jeszcze było to na niewielkim poziomie, natomiast od 2022 mamy wręcz wysyp ukraińskiego nazizmu, wysyp swastyk które na swych ciałach tatuują sobie ukraińscy żołnierze, wysyp odniesień do ukraińskich formacji SS walczących po stronie Niemiec w czasie II Wojny Światowej (z tymi zagranicznymi formacjami SS to też jest ciekawa sprawa, bowiem uczestniczyły w niej przedstawiciele Narodów prawie całej Europy, w tym również Rosjanie. Jedynie dwa narody nie wzięły udziału w tych zbrodniczych formacjach. Pierwszym to są Anglicy - z wiadomych powodów, gdyż Wielka Brytania nie została zajęta przez III Rzeszę, a drugim narodem są oczywiście Polacy, którzy jako jedyni spośród okupowanych przez Niemców krajów, nie wystawili swojej formacji SS) i innych tego typu zbrodniczych, całkowicie nieakceptowanych dla żadnego Polaka praktyk. Banderyzm to jest bowiem czysty nazizm! Powiem więcej, to jest gorzej niż nazizm niemiecki, gdyż hitlerowcy mordowali w miarę jeszcze w jakiś humanitarny sposób (jeżeli w ogóle można to tak nazwać), te zaś bydlaki zabijali dla samej żądzy mordu. To była potworna dzicz ukraińska, mało tego, ta dzicz nie była w stanie realnie sprostać normalnym oddziałom wojskowym i swój banderowski "bohateryzm" (Żeleński w końcu nadał jednej z jednostek walczących teraz na Wschodzie imię "bohaterów UPA" - czyli Ukraińskiej Powstańczej Armii - banderowców/nazistów) prezentowała tylko w starciu z nieuzbrojoną ludnością cywilną polskich Kresów Wschodnich (głównie Wołynia), a w większości były to kobiety i dzieci, mnóstwo dzieci. Polacy z Armii krajowej którzy podejmowali walki z Ukraińcami zarówno na Wschodzie jak i podczas Powstania Warszawskiego, mówili zgodnie, Ukraińcy gdy tylko konfrontowali się z regularnym wojskiem, szybko porzucali walkę, rzucając się do ucieczki i tak mówili zarówno żołnierze zgrupowania "Motyl" w czasie Powstania Warszawskiego (którzy w większości pochodzili właśnie z terenów wschodnich), jak i te oddziały Armii Krajowej które na Wołyniu rozbijały ukraińskie bandy upa.

Ukraiński nazizm obecnie odradza się na Ukrainie i tak być nie może! Ukraina banderowska nie jest bowiem Polsce do niczego potrzebna! To jest nawet nie przeciwnik, to jest po prostu wróg, podobnie jak byłoby to w sytuacji gdyby Ukrainę zajęli Moskale. Jeśli Ukraińcy nie mają pozytywnych wzorów w swej historii (chociażby w osobie Semena Petlury, ale nie tylko, skoro nawet ja znalazłem kilka naprawdę pozytywnych przykładów w historii Ukrainy to co, Ukraińcy nie mogą znaleźć?) jeśli nie potrafią ich znaleźć w swoich dziejach to może niech przestaną być narodem i wrócę do swojej kozackiej czerni, którą należałoby po prostu rozproszyć kijami!

Co zaś się tyczy głównego ideologa ukraińskiego nazizmu, czyli Stepana Bandery, to należy również przypomnieć,  w jakich ten miłośnik małych chłopców warunkach przebywał w niemieckim obozie koncentracyjnym Sachsenhausen (gdzie trafił w lipcu 1941 r. i przebywał tam do września roku 1944). Otóż Bandera przebywał w pojedynczej celi w której na ścianach wisiały obrazki, miał możliwość pisania (dostarczano mu papier i przybory do pisania), specjalnie dla niego kucharz gotował oddzielne dania, mógł swobodnie spacerować, mógł przyjmować gości, żył doprawdy  w luksusowych warunkach (jeśli można tak nazwać przebywanie w niemieckich obozach koncentracyjnych). Więc niech się Ukraińcy nie posiłkują faktem, że ten ideologiczny zbrodniarz, który realnie przecież też nikogo nie zabił (podobnie jak nikogo osobiście nie zabił Hitler, Goering, Goebbels czy Himmler - który notabene bał się nawet widoku krwi) w tym czasie siedział w obozie koncentracyjnym, nie, on był na wakacjach w czasie gdy jego bojowcy wprowadzali w życie morderczy plan wymordowania wszystkich Polaków, Żydów i wielu innych którzy przebywali na polskich Kresach Wschodnich, żeby zostawić te ziemie dla... Ukrainy.

Cóż więc jeszcze można dodać do tego?  Może warto by sobie w ogóle zadać pytanie dlaczego doszło do tych strasznych mordów, do tych nieludzkich rzezi? I naprawdę brak jest na to logicznej odpowiedzi, tym bardziej że Ukraińcy mordowali również samych Ukraińców którzy byli w związkach z Polakami (albo im samym kazali mordować własną żonę lub własnego męża, nie mówiąc już o dzieciach). To był jawny morderczy nazizm w swej strasznej odczłowieczonej postaci i brak na to jakichkolwiek logicznych argumentów. Można przecież też zadać sobie inne pytanie, a dlaczego doszło do Holokaustu Żydów na ziemiach polskich? I tutaj również pozwolę sobie na małą refleksję. Prof. Witold Kieżun, żołnierz Armii Krajowej, uczestnik Powstania Warszawskiego, dwukrotnie odznaczony (Krzyżem Walecznych i Orderem Virtuti Militari), bohater który w czasie walk o Warszawę sam jeden wziął do niewoli 14-osobowy oddział Niemców (zdobywając tym samym 14 karabinów oraz 2000 sztuk amunicji), po latach, na jednym z wykładów w Kanadzie, został zaczepiony przez pewnego Amerykanina i zapytany dlaczego w Polsce w czasie II Wojny Światowej zostały zbudowane obozy zagłady dla Żydów, bowiem jak ów człowiek konkludował, w żadnym innym kraju by się na to nie zgodzono, dlaczego stało się to w Polsce i dlaczego Polacy wyrazili na to zgodę? Tak, takie właśnie pytanie padło, które według mnie owego mężczyznę dyskwalifikuje z jakiejkolwiek dalszej rozmowy czy jakiejkolwiek polemiki - ten człowiek bowiem już nie zasługuje nawet na to, aby mu podać rękę, a co dopiero odpowiadać. A dlaczego nie zasługuje? Na to pytanie odpowiedział dobitnie przedwojenny polski Żyd - Sławomir Libowicz, który przysłuchiwał się rozmowie Witolda Kieżuna z owym mężczyzną. Podbiegł do niego, wyrwał Witoldowi z rąk mikrofon i powiedział: "Ja tu się zwracam do szefa naszej konferencji, żeby tego Amerykanina natychmiast wyrzucić, ponieważ on nie ma zielonego pojęcia o teorii organizacji i on skompromitował się w taki sposób, że już nie można z nim dalej dyskutować. Ja jestem polskim Żydem, nas w Polsce było 3 200 000, a Żydów w Niemczech było 150 000, a we Francji 120 000, trzeba być idiotą, aby nie rozumieć że obozy stawia się tam, gdzie jest najwięcej Żydów, a nie wozi się ich do innych krajów". 


WITOLD KIEŻUN PODCZAS POWSTANIA WARSZAWSKIEGO 
(23 sierpnia 1944)
{Zdjęcie pokolorowane}



WYPOWIEDŹ ARCHIWALNA 
WITOLD KIEŻUN zmarł w czerwcu 2021 r. w wieku 99 lat)

"NIE POWINNIŚMY OPŁAKIWAĆ ZMARŁYCH, POWINNIŚMY RACZEJ DZIĘKOWAĆ BOGU ŻE TACY LUDZIE KIEDYKOLWIEK ŻYLI"

GEORGE S. PATTON



Już Otto von Bismarck mówił (na Sejmie Pruskim w 1847 r.): "Gdyby Żydom dano możliwość emigrowania z Poznańskiego w głąb Niemiec, nie skorzystaliby z niej masowo, gdyż beztroska polskiego charakteru w odniesieniu do spraw tego świata uczyniła z Polski eldorado dla Żydów". Konkretnie - dlaczego więc doszło do Holokaustu, obozów koncentracyjnych na ziemiach polskich i Rzezi Wołyńskiej? Odpowiedź jest wręcz banalnie prosta - dlatego że... zabrakło polskiej władzy, nie było państwa polskiego i Niemcy, Ukraińcy, Rosjanie robili co chcieli - mordowali, palili, gwałcili, dokonywali nieludzkich eksperymentów, wysiedlali, niszczyli, bo mogli - Polski, z jej wielowiekową tradycją tolerancji i współpracy najróżniejszych ludów już wówczas nie było - zniszczyli ją te totalitarne, zbrodnicze sukinsyny, aby dać upust swej żądzy mordu. Tak więc podsumowując ten temat - gdyby 1 września - Niemcy, a 17 września - Sowieci (Rosjanie) nie weszli do Polski, nigdy by na tych ziemiach nie powstały żadne obozy koncentracyjne, obozy zagłady, nie doszłoby do mordów niewinnych ludzi i potwornych zupełnie odhumanizowanych rzezi. To właśnie Polska spajała te ludy - gdy Jej zabrakło, gdy zabrakło państwa - niemieckie, ukraińskie i rosyjskie demony w ludzkich skórach z ich idiotycznymi ideologiami - nazizmem, komunizmem, nacjonalizmem banderowskim, połączonymi (jak w przypadku Ukraińców) również z religią prawosławną, dały upust swym morderczym instynktom.


A oto niektóre przykłady jakie stosowali zbrodniarze banderowscy na bezbronnej ludności Wołynia i Galicji wschodniej (były takie wioski, gdzie każdego mieszkańca zabijano w zupełnie inny sposób):


1. Wbijanie dużego i grubego gwoździa do czaszki głowy.

2. Zdzieranie z głowy włosów ze skórą (skalpowanie).

3. Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czaszkę głowy.

4. Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czoło.

5. Wyrzynanie na czole "orła".

6. Wbijanie bagnetu w skroń głowy.

7. Wyłupywanie jednego oka.

8. Wyłupywanie obu oczu.

9. Obcinanie nosa.

10. Obcinanie jednego ucha

11. Obrzynanie obydwu uszu.

12. Przebijanie zaostrzonym grubym drutem ucha na wylot drugiego ucha.

13. Obrzynanie warg.

14. Obcinanie języka.

15. Pieczenie żywcem w piecu chlebowym.

16. Podrzynanie gardła i wyciąganie przez otwór języka na zewnątrz.

17. Podrzynanie gardła i wkładanie do otworu szmaty.

18. Wybijanie zębów.

19. Łamanie szczęki.

20. Rozrywanie ust od ucha do ucha.

21. Kneblowanie ust pakułami przy transporcie jeszcze żywych ofiar.

22. Podcinanie szyi nożem lub sierpem.

23. Zadawanie ciosu siekierą w szyję.

24. Pionowe rozrąbywanie siekierą głowy.

25. Skręcanie głowy do tyłu.

26. Robienie miazgi z głowy przez wkładanie głowy w ściski zaciskane śrubą.

27. Obcinanie głowy sierpem.

28. Obcinanie głowy kosą

(...)

65. Łamanie kości rąk w kilku miejscach tępym narzędziem.

66. Łamanie kości nóg w kilku miejscach tępym narzędziem .

67. Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską, obłożonego z dwóch stron deskami.

68. Przecinanie tułowia na wpół specjalną piłą drewnianą.

69. Obcinanie piłą obu nóg.

70. Posypywanie związanych nóg rozżarzonym węglem.

71. Przebijanie gwoździami rąk do stołu, a stóp do podłogi.

72. Przybijanie w kościele na krzyżu rąk i nóg gwoździami.

73. Zadawanie ciosów siekierą w tył głowy, ofiarom ułożonym uprzednio twarzą do podłogi.

74. Zadawanie ciosów siekierą na całym tułowiu.

75. Rąbanie siekierą tułowia na części.

76. Łamanie na żywo kości nóg i rąk w tzw. kieracie.

77. Przybijanie nożem do stołu języczka małego dziecka, które później wisiało na nim.

78. Krajanie dziecka nożem na kawałki i rozrzucanie ich wokół.

79. Rozpruwanie brzuszka dzieciom.

80. Przybijanie bagnetem małego dziecka do stołu.

81. Wieszanie dziecka płci męskiej za genitalia na klamce drzwi.

82. Łamanie stawów nóg dziecka.

83. Łamanie stawów rąk dziecka.

84. Zaduszenie dziecka przez narzucenie na nie różnych szmat.

85. Wrzucanie do głębinowych studni małych dzieci żywcem.

86. Wrzucanie dziecka w płomienie ognia palącego się budynku.

87. Rozbijanie główki niemowlęcia przez wzięcie go za nóżki i uderzenie o ścianę lub piec.

88. Powieszenie za nogi zakonnika pod amboną w kościele.

89. Wbijanie dziecka na pal. 

90. Powieszenie na drzewiach kobiety do góry nogami i znęcanie się nad nią poprzez odcięcie piersi i języka, rozcięcie brzucha i wybieranie oczu oraz odcinanie nożami kawałków ciała.

91. Przybijanie gwoździami małego dziecka do drzwi.

92. Wieszanie na drzewie głową do góry.

93. Wieszanie na drzewie nogami do góry.

94. Wieszanie na drzewie nogami do góry i osmalanie głowy od dołu ogniem zapalonego pod głową ogniska.

95. Zrzucanie w dół ze skały.

96. Topienie w rzece.

97. Topienie poprzez wrzucenie do głębinowej studni.

98. Topienie w studni i narzucanie na ofiarę kamieni.

99. Zadźganie widłami, a potem pieczenie kawałków ciała na ognisku.

100. Wrzucenie dorosłego w płomienie ogniska na polanie leśnej, wokół którego ukraińskie dziewczęta śpiewały i tańczyły przy dźwiękach harmonii.

101. Wrzucanie do klozetowego szamba żywych ofiar oraz bicie żelaznym narzędziem po głowie i ciskanie ich w głąb tego szamba.

102. Podwieszanie pod pachy na drzewie w lesie i palenie pod ofiarą gałęzi i chrustu.

103. Wiązanie rąk drutem i zadawanie na całym ciele ran kutych.

104. Oskalpowanie - ściągnięcie skóry z głowy i twarzy - wraz z wybraniem oczu, obcięciem uszu, przecięciem krtani i wyciągnięciem przez nią języka.

105. Obcięcie genitaliów, wydłubanie oczu i skucie całego ciała cienkimi igłami.

106. Porąbanie ośmiomiesięcznego dziecka na cztery części.

107. Rozbieranie do naga, związywanie ofiary drutem kolczastym i wpychanie do przerębli pod lód rzeki.

108. Przybicie bagnetem do stołu kilkumiesięcznego dziecka i włożenie mu do ust kawałka niedojedzonego kiszonego ogórka.

109. Duszenie sznurem zakładanym na szyję i zabijanie ciosem noża w serce.

110. Wyrywanie księżom wyznania rzymsko-katolickiego pulsujących serc z piersi, a niekiedy prezentowanie ich widzom i odliczanie na zegarku czasu trwania agonii.

111. Duszenie drutem kolczastym.

112. Wypruwanie dzieciom wnętrzności i rozwieszanie jelit na ścianie w jakiś nieregularny sposób wraz z kartką wiszącą na gwoździu z napisem w ukraińskim języku: "Polska od morzu do morza!".

113. Przybijanie dzieci do ściany z rozkrzyżowanymi rękami.

114. Wyłamywanie dzieciom stawów rąk i nóg i przybicie martwego dziecka do stołu - na oczach dorosłych osób.

115. Pozbawienie życia dwudziestoma dwoma i więcej ciosami noża.

116. Przymocowanie tułowia do oparcia i rzucanie w nie nożami.

117. Wiązanie - skuwanie rąk drutem kolczastym.

118. Zadawanie śmiertelnych uderzeń łopatą.

119. Przybijanie rąk do progu mieszkania.

120. Przebijanie kołami dzieci na wylot.

121. Wleczenie ciała po ziemi za nogi związane sznurem.

122. Przybijanie małych dzieci dookoła grubego, przydrożnego drzewa, tworząc w ten sposób tzw. "wianuszki".


Niedobrze się robi gdy się to czyta, ale to nie jest scenariusz tortur do jakiegoś filmowego horroru, tylko rzeczywistość jakiej doświadczali Polacy, Żydzi, Ukraińcy i inne narody, które zasiedlały tereny Wołynia i Podola w 1943 i 1944 r. Wówczas to Ukraińcy dopuścili się tych strasznych, nieludzkich zbrodni.



A TERAZ ZAPRASZAM DO LEKTURY WSPOMNIEŃ OSÓB, KTÓRE MIAŁY NIESZCZĘŚCIE DOŚWIADCZYĆ TEGO PIEKŁA


JERZY KRASOWSKI

"W pierwszym zabudowaniu znaleźliśmy wstrząsający widok. Wbitego na ostry słup przy furtce kilkuletniego chłopca. Na parkanie był napis: "Litak Sikorskoho" ("Samolot Sikorskiego"). Przed progiem domu leżały trupy mężczyzn i dwóch kobiet okrutnie porąbanych siekierą"


 MARIANNA SOROKA

"Trójka moich dzieci: Stanisława, Janek i Leon, została zabita przez Ukraińców morderców. Ja zaś ze swoim najmłodszym synkiem na ręku wybiegłam ze stodoły. Biegłam, biegłam. Usłyszałam huk i w tym samym czasie okropny krzyk mojego dziecka Józia. Upadłam, trzymając dzieciaka na ręku. Poczułam ból w ramieniu lewej ręki. Krew sączyła się z rany. Kula dum-dum przeszyła mięsień i kość ramienia lewej ręki. Nie zdawałam sobie sprawy, czy mój syn Józio żyje, czy też nie. Byłam bardzo osłabiona z upływu krwi. Nie pamiętam, ile trwało to omdlenie. Wkrótce poczułam pragnienie, więc zaczęłam się czołgać. Na moje szczęście pojawił się cudem ocalały brat mojego męża Aleksander Soroka. On to przyniósł mi wody, którą ugasiłam pragnienie. Postanowiłam dowlec się do swojego domu, by tam umrzeć. Cóż mi pozostało. Ci, których kochałam najbardziej, odeszli na zawsze. Chciałam się z nimi połączyć tam, na drugim Świecie, u pana Boga..."


WINCENTY ROMANOWSKI

"W jednej z wiosek w pobliżu Deraźnego po pogromie znaleziono w chacie małe dziecko z wyprutymi wnętrznościami. Jelita były rozpięte na ścianie w jakiś nieregularny sposób, a na jednym z gwoździ wisiała kartka z napisem: "Polska od morza do morza


IRENA GAJOWCZYK

"Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą. Mama upadła i wypuściła z rąk brata Tadzia, a ja z przerażeniem krzyczałam. Mama czołgając się, przygarnęła do siebie płaczącego i zakrwawionego Tadzia, dała mu pierś. Po niedługiej chwili ponownie podbiegli banderowcy do mojej mamy i podcięli jej gardło. Jeszcze żyła, kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali jej piersi. Mama i Tadzio bardzo się męczyli. Mama z bólu powyrywała sobie długie włosy z głowy, była strasznie zmieniona, bałam się jej. Pobiegłam do tatusia i widziałam, jak bardzo go bili. Widziałam, jak naszej sąsiadce, Wasylkowskiej, odrąbywali na pieńku głowę. Mój krzyk był tak przerażający, że jeden z banderowców podbiegł do mnie i z rozmachem wbił mi nóż troszeczkę poniżej gardła, a ja dalej krzyczałam i ze strachu nie mogłam się ruszyć z miejsca. Banderowcy krzyczeli po imieniu do ojca, a ojciec też po imieniu błagał Iwana, bo ciągle przychodził do naszego tatusia jako przyjaciel. Kiedy po raz drugi mnie ujrzeli, postanowili skończyć ze mną, raniąc prawą dłoń nożem i przebijając na wylot, a lewą rękę raniąc przed łokciem dwa razy. Upadłam. Jeden z banderowców chwycił mnie za skórę na plecach, tak jak się łapie kota, i tyle, ile miał skóry w garści, odciął nożem. Potem jeszcze dwa razy ugodził nożem w łopatki i wrzucił mnie w ogromny kopiec mrówek. Chyba straciłam przytomność i jak się ocknęłam, bardzo byłam obolała, a mrówki tak mnie pogryzły, że byłam bardzo spuchnięta. Odrąbana i leżąca obok głowa sąsiadki była cała pokryta mrówkami"


LEOKADIA SKOWROŃSKA

"W 1943 r. (miałam wówczas dziesięć lat) nasza wieś Aleksandrówka boleśnie doświadczyła kilku napadów rezunów ukraińskich wywodzących się z naszych i sąsiednich wiosek. Najtragiczniejszy z nich miał miejsce 15 lipca około godz. 9 wieczorem. Bandyci - uzbrojeni w widły, siekiery, maczugi, noże oraz broń palną, okrążyli naszą wioskę i zaczęli spędzać ludzi w jedno miejsce. Rozbiegliśmy się w różne strony. Gdy dobiegłam do pszenicznego zagonu, padł strzał i poczułam straszny ból w nodze. Karabinowa kula przeszła przez stopę. Porażona postrzałem upadłam i zaczęłam się czołgać przez zboże do najbliższej wysokiej miedzy, pod którą wygrzebałam jamę i w niej przeleżałam do świtu. Do poranka słychać było odgłosy strzelaniny i przerażające krzyki męczonych i mordowanych ludzi. Noga coraz gorzej bolała. Byłam bliska omdlenia. Po tygodniu, w niedzielę czy poniedziałek - nie pamiętam dokładnie - usłyszałam we wsi jakieś odgłosy. Po chwili rozpoznałam głos Ukrainki - Ulany Sidor, naszej sąsiadki, z którą rodzice moi dobrze żyli, a ja nawet nazywałam ją "ciocią". Głodna i obolała odważyłam się pójść do niej, ale nie mogłam stanąć na zranioną nogę, która mocno spuchła i bardzo mnie bolała. Z trudem doczołgałam się na pobliskie podwórze, na którym była owa "ciocia", i ze łzami w oczach zaczęłam ją prosić o kawałek chleba. Ona groźnie popatrzyła na mnie i z nienawiścią w oczach na cały głos wyrzuciła z siebie: "Ty polska mordo, jeszcze żyjesz?!". Następnie chwyciła za stojącą przy ścianie motykę. Ze strachu nie czułam bólu okaleczonej nogi, tylko poderwałam się i zaczęłam uciekać. Mściwa Ukrainka, goniąc za mną, zgubiła mój ślad. Chyba myślała, że uciekłam na drogę, a ja, klucząc między zabudowaniami, powróciłam do swojej kryjówki w zbożu pod miedzą. Noga bardzo spuchła i tak bolała, że nie mogłam się ruszyć. Pod opuchlizną w ogóle nie było widać stopy. Żywiłam się tylko ziarnami zboża i - stale się modląc tak, jak nauczyła mnie mama - coraz częściej myślałam o śmierci"


ZOFIA ARASZEWICZ

"Przy jednym z trupów kobiet siedziało dwoje małych dzieci, które rozpaczliwie wołały: "Mamo, mamo! Obudź się! Jesteśmy głodne! Chodź z nami do domu"


GRACJAN ADAMOWICZ

"Zauważył mnie jeden z banderowców i z bliska strzelił do mnie, ale chybił. Dalsze strzały też nie były celne, udało mi się uciec. Ojciec i brat również uciekali z domu. Brat został zastrzelony. Banderowiec na koniu dogonił ojca i zamordował go. Mama stała w sieni z małym dzieckiem na ręku. Banderowcy strzelali przez zamknięte drzwi. Jedna z kul trafiła dziecko w pierś i mamę w rękę. Mama wyskoczyła przez okno, położyła martwe dziecko na ziemi i wczołgała się w krzaki róży obok domu. Banderowcy po wyłamaniu drzwi splądrowali mieszkanie i podpalili zabudowania. Gdy dach się zawalił, zgliszcza opadły aż do róż, tak że mama została dotkliwie poparzona. Tak dopełniła się tragedia naszej rodziny"


ALFREDA MAGDZIAK

"Tata mówił do banderowca: "Panowie, co złego wam zrobiliśmy? Czego od nas chcecie?". Banderowiec uderzył ojca kolbą i obrzucił wyzwiskami. Chwilę później usłyszałam przeraźliwy bełkot naszego sąsiada - niemego. Ożenił się i miał normalne, ładne dzieci. Bili ich pałami, słyszałam głośne uderzenia. Chyba czymś kłuli, bo ofiary krzyczały przeraźliwie. Za chwilę zaczęli bić Irkę i Paulinkę. Coś im robili okrutnego, bo rozległ się pisk okrutny. Ojca zaczęli mordować chwilę później. Słyszałam jego głuchy krzyk, jęki, rzężenie i odgłosy uderzeń pośród pokrzykiwań i śmiechu. Zatkałam uszy. Po chwili spojrzałam przez szparę w płocie, zauważyłam kogoś leżącego, zakrwawionego. To na pewno był mężczyzna. Może ojciec? Szeptałam bez przerwy: "Boże ocal, zakryj przed ich wzrokiem. Matko Boska, ratuj". Krzyki ucichły. Słychać było tylko głosy Ukraińców - rozmawiali, śmiali się, kopali na podwórzu dół dla pomordowanych. W pewnej chwili powietrze przeszył przeraźliwy krzyk kobiety: "Jezus Maria, dziecko!". To był głos mojej starszej siostry. Miała półroczną córeczkę. Po krzyku rozległy się strzały i pisk dziecka. Potem już była cisza"


MICHAŁ WOJCZYSZYN

"Nad ranem znalazłem na podwórzu zwłoki mojego ojca. Leżał w pobliżu pnia służącego do rąbania drewna i miał poderżnięte gardło. Matkę znalazłem w mieszkaniu. Miała ślady kilku uderzeń młotkiem w głowę, a na gardle ranę kłutą bagnetem na wylot. Siostra Helena otrzymała głęboki cios siekierą w głowę, tak że morderca pozostawił w niej siekierę. Najmłodszy z braci, Edzio - lat 2 - leżał cały we krwi z roztrzaskaną główką i wbitym nożem w piersi. Obok leżał 16-letni brat Bronek. To jego głos, błagający o litość, słyszałem w nocy najdłużej. Kiedy go oglądałem, sprawiał wrażenie bryły zmasakrowanego mięsa. Nogi i ręce miał połamane. To nad nim mordercy znęcali się najdłużej


JADWIGA KRAJEWSKA

"Podczas "Gloria" padły pierwsze strzały do księdza Bolesława Szawłowskiego i do wiernych. W kościele byłam z siostrą. Jak usłyszałam, że mordercy chodzą po kościele i mówią: "O toj jeszcze żywyj", to szybko złapałam jakąś czapkę umoczoną w ciepłej, lepkiej krwi i potarłam nią twarz sobie i siostrze, udawałyśmy zabitych. Dym bardzo dusił, zatem ludzie usiłowali uciekać z kościoła. Ukraińcy krzyczeli: "Wychadi chto żywyj", a wychodzących zabijali w drzwiach. Usiłowano kościół wysadzić w powietrze, ale poczuliśmy tylko okropny wstrząs i wszystko ucichło"


ZYGMUNT MAGUZA

"Dziadek zawsze mnie uspokajał. Mówił: "Ja już starszy jestem, babcia też, a Weronika to 11-letnie dziecko. Więc nas chyba nie zabiją. Bo po co mieliby to robić?"... Na podłodze w kuchni leżał trup babci i porąbane zwłoki małej Weroniki. Dziadek leżał w pokoju. Wszystko było we krwi. Z relacji sąsiadów udało nam się odtworzyć przebieg bestialskiego mordu. Bandyci kazali dziadkowi położyć się na podłodze sypialni i tu go zatłukli. Ich córka wyskoczyła przez okno i zaczęła uciekać. Ukrainiec strzelił jej w nogę. Wtedy upadła. Ukrainiec podbiegł do niej i za nogę przyciągnął do domu dziadków. Rzucili ją na ciało babci, czyli jej mamy, i zarąbali siekierą. Ona strasznie krzyczała: "Nie zabijajcie!". Mordowali ich uderzeniami w plecy, rąbiąc na kawałki. Dziadkowi oprawca obuchem siekiery wbił dosłownie głowę do płuc. Kiedy obróciliśmy dziadka na plecy, by wynieść na podwórko, żeby pochować, i wziąłem go pod pachy, to mózg dziadka z krwią chlusnął mi na pierś. Było gorąco i krew nie zastygała. Coś jej jeszcze w dziadku zostało, mimo że cała podłoga w pokoju była nią zalana, a do ściany były przylepione kawałki kości i mózgu, które rozprysły się we wszystkie strony, gdy bandyta walił w głowę siekierą


HENRYK KLOC

"Zostało nas już tylko około 100 osób: kobiet, dzieci, starców. Do stojących przy drzwiach uzbrojonych morderców podeszła jedna z kobiet - matka trojga dzieci - i zwróciła się do nich z prośbą: "Patrzcie, została nas mała garstka, pozwólcie nam żyć. Spójrzcie na te dzieci, one są niewinne, ich oczy błagają o litość, miejcie więc litość dla nich". Wtedy jeden z oprawców powiedział - oczywiście po chachłacku - (w przybliżeniu): "Wy, Polacy. My was wszystkich wyrżniemy, a wasze domy spalimy. Nic po was nie zostanie". W odpowiedzi na te okrutne słowa ta kobieta rzuciła w twarz oprawcom przekleństwa: "Bądźcie przeklęci po wszystkie czasy. Niechaj krew naszych niewinnych dzieci spadnie na was, na wasze dzieci, wnuki i prawnuki". Mordercy zrezygnowali z mordowania pojedynczo każdej osoby z osobna i postanowili załatwić to zbiorowo. Do izb lekcyjnych, w których byliśmy zgromadzeni, zaczęto wrzucać granaty i strzelać z pistoletów maszynowych. Już pierwsze strzały i wybuchy granatów zabiły część osób, innych poraniły. Znaleźliśmy się jak gdyby w kręgu piekielnych czeluści: jęk rannych, płacz dzieci, rozdzierający krzyk matek, huk strzałów, wreszcie dym. Zbrodniarze spod znaku tryzuba podpalili budynek szkolny. W upalny sierpniowy dzień płonął jak pochodnia; ci jeszcze żywi znaleźli się w pułapce bez wyjścia skazani na śmierć w płomieniach. Nie sposób wyrazić słowami grozy tej sytuacji, język jest tu zbyt ubogi. Mnie śmierć jakoś omijała. Leżałem na podłodze rozpłaszczony do granic możliwości. Obok leżała sąsiadka Bohniaczka. Rozległ się kolejny huk. Granat ją rozszarpał. Jej krew i poszarpane ciało chlusnęło na mnie. Byłem w szoku, podczołgałem się do mojej siostry Ani. Potrąciłem ją. Już nie żyła. Kula u wylotu z czaszki wyrwała duży otwór. Otępiałem, straciłem poczucie rzeczywistości. Podniosłem głowę i ujrzałem leżącą i krwawiącą matkę. Jeszcze żyła. Jeszcze raz przytuliłem się do matki. Była przytomna, ofiarowała mnie Bogu i Najświętszej Marii Pannie, bo tylko cud boski mógł mnie wyprowadzić z tych piekielnych czeluści. Mama nie mogła się poruszać, granat rozszarpał jej stopy, krwawiła, spłonęła żywcem. Nie pamiętam, jak znalazłem się w drugiej izbie lekcyjnej. Na podłodze strzępy ludzkich ciał i dużo, bardzo dużo krwi. Nie miałem już nikogo z najbliższych. Zapragnąłem też umrzeć, zacząłem krztusić się dymem, pomyślałem: "Nałykam się dymu, uduszę i będzie koniec". Ale gdzie tam, zakrztusiłem się raz i drugi, i nic. A tymczasem zaczął płonąć strop budynku, zrobiło się ogromnie gorąco. Przeraziłem się tego ognia, lada chwila ten płonący strop mógł runąć na mnie. W ostatniej chwili wyskoczyłem przez okno. Rozległ się strzał, upadłem, poczułem silny ból, czoło zaczęło krwawić. Żar bijący od płonącego budynku zmuszał mnie do odczołgiwania się od niego. Leżałem w ogrodzie szkolnym pełnym trupów i rannych. Ciężko ranni błagali oprawców, by ich dobili. Ukraińcy z ogromną pasją pastwili się nad rannymi, kiedy na to patrzyłem, chciałem wstać i krzyczeć. Strach przykuł mnie do ziemi, bałem się już nie śmierci, lecz tych męczarni, jakie oni rannym zadawali. Byłem cały umazany krwią cudzą i własną. Trzykrotnie przewracali mnie i kopali, ale nie zorientowali się, że jeszcze żyję. Obok mnie leżała kobieta - Maria Jesionek, matka trojga dzieci, dwóch synów, jeden ośmio-, drugi pięcioletni i niemowlę ośmiomiesięczne. Ona też wyskoczyła z płonącego budynku wraz z dziećmi tuż przede mną. Morderca ugodził ją kulą, leżała martwa na swym uduszonym niemowlęciu. Jej ośmioletni syn został też zastrzelony, ten zaś pięcioletni siedział tuż przy martwej matce, szarpał ją i wołał: "Mamo, wstawaj! Chodźmy do domu". Płakał. Podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i strzelił. Dzieciak przewrócił się na plecy matki, a przywarłszy do jej pleców swoje plecy, wyciągnął ręce do góry jak w modlitwie"     


WŁADYSŁAW TOŁYSZ

"Widziałem zamordowanego swego kolegę, a jednocześnie wspaniałego ucznia. Nazywał się Prończuk. Gdy banderowcy zamordowali jego matkę, rzucił się jej na pomoc. Oprawcy odrąbali mu ręce i nogi, i położyli na taborecie. Umarł z upływu krwi"


ADAM KOWNACKI

"Na Wielkanoc do Hermanówki na rezurekcję poszło 20 chłopaków. Żaden z nich nie wrócił. Wszyscy zostali pomordowani i to w okrutny sposób. Najstarszy z nich miał tylko głowę przekręconą w drugą stronę. Młodszych Ukraińcy męczyli w bardziej wyrafinowany sposób. Mieli obcięte języki, genitalia, obdzierano ich ze skóry. Byliśmy tym wstrząśnięci"



UWAGA!
A NA ZAKOŃCZENIE DRASTYCZNE ZDJĘCIA POMORDOWANYCH MIESZKAŃCÓW POLSKICH KRESÓW WSCHODNICH
(Tylko dla ludzi o bardzo mocnych nerwach)











28 maja 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. VIII

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. VIII



 Wiosna roku 1923, to był czas coraz intensywniej projektowanej nowej rewolucji i nowej wojny polsko-sowieckiej. Biuro Polityczne Komitetu Centralnego Partii bolszewickiej planowało w tym roku wybuch rewolucji komunistycznej w Niemczech, a co za tym idzie wsparcie tej rewolucji - czyli atak na Polskę. W tym celu potrzebna była Rosji sowieckiej destabilizacja (szczególnie) wschodnich regionów państwa polskiego. Organizowano więc specjalne grupy bojowe, które miały przenikać na terytorium Polski i prowadzić tam akcje dywersyjne. Do aktywniejszych z nich należały grupy dowodzone przez Stanisława Aleksiejewicza Waupszasowa (Wajpszaca) i Kiryła Prokifijewicza Orłowskiego. Celem tych akcji sabotażowych (a raczej terrorystycznych) miało być przygotowanie gruntu pod wystąpienia powstańcze, gdyż w planach Moskwy było wywołanie ogólnonarodowego powstania Białorusinów, Żydów, Litwinów i Ukraińców przeciwko państwu polskiemu. Cel minimum owych akcji zakładał ostatecznie przyłączenie wschodnich ziem Rzeczpospolitej do Związku Sowieckiego (czyli Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi), natomiast cel maksimum zakładał przeniesienie wystąpień rewolucyjnych na teren całej Polski i ostateczne wciągnięcie nas w orbitę wpływów sowieckich. Takie były założenia, teraz pozostawało tylko wprowadzić je w czyn.

Z początkiem maja "Ilustrowany Kurier Codzienny" donosił: "Rosya, Niemcy, Litwa i Czechy spiskują przeciwko Polsce (...) musimy zgodni i zjednoczeni stać z bronią u nogi". Wkrótce gazety zaczęły krzyczeć takimi oto nagłówkami: "Agenci komunistyczni w Krakowie", "Bandy znów uderzyły pod Lwowem", "Niemiecka prowokacja na Śląsku". W atmosferze tej niepewności i niestabilności (szczególnie na Wschodzie) zaczęły pojawiać się w Sejmie propozycje stworzenia siły, mającej zabezpieczyć wschodnie granice Rzeczpospolitej - choć na razie były one jeszcze w powijakach. Natomiast wielu posłów wygłaszało dosyć ostre przemowy sejmowe, jak choćby poseł ludowców - Jan Brodacki, który perorował: "Pienią się w bezsilnej złości Niemcy - wtórują im bolszewicy, Ukraińcy i Białorusini, chcą zagarnąć owe wyspy ziemi polskiej na wschodzie, a Polaków tam z dawien dawna osiadłych wygnać precz za Bug i za San. Żydzi podnieśli wrzask na cały świat, że Polacy śmią głośno oddychać i kichnąć się u siebie nie wstydzą. Różne krety i turkucie podjadki żyją na tej naszej polskiej grzędzie, mimo że mamy wolną i niepodległą Polskę, Polski nie przybywa, ale wciąż ubywa, zalewa ją fala obca, podmywa i podrywa brzegi". Poseł ksiądz Kazimierz Lutosławski wprowadził również pod obrady Sejmu projekt ustawy, wprowadzającej numerus clausus na wyższych uczelniach polskich, zakładający ograniczenie liczby studentów obcego pochodzenia (historia lubi się powtarzać 😉). Projekt ten został zaakceptowany i dobrze przyjęty w zachodnich regionach Polski, ale 21 kwietnia 1923 r. podczas komisji oświatowej odrzuciły go uczelnie Warszawy, Krakowa i Wilna. Twierdzono bowiem, że nadreprezentacja studentów (głównie) pochodzenia żydowskiego bierze się stąd, że Żydzi mają lepsze "materyalne uposażenie". Należy więc zorganizować pomoc dla dzieci robotników, chłopów i inteligencji pracującej, aby im umożliwić naukę na wyższych uczelniach, natomiast nie wprowadzać ograniczeń w liczbie studentów, bo to niczemu nie służy. Ksiądz Lutosławski nie był zadowolony z tego typu wyjaśnień i stwierdził że odrzucenie jego projektu ustawy przez wschodnie uczelnie, wzięło się właśnie z nadreprezentacji tam żywiołu niepolskiego.

Tego samego 21 kwietnia 1923 r. w godzinach wieczornych, ogromny huk zbudził mieszkańców kamienicy przy ulicy Studenckiej w Krakowie. Bomba wybuchła w bramie budynku należącego do profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego Władysława Natansona (pochodzenia żydowskiego). Tego naukowca specjalizującego się w optyce, teorii kinetycznej gazów i teorii elektronów oraz promieniowania, natomiast zupełnie nie interesowały go walki polityczne. W zasadzie można powiedzieć że nie popierał on żadnej ze stron politycznego sporu, skupiając się głównie na nauce. Bomba zaś zniszczyła elewację, cokół kamienny i potężne dębowe drzwi. Nikt co prawda nie zginął, ale wokół mnóstwo było szkła z powybijanych szyb z sąsiednich kamienic (gdyż wybuch bomby zniszczył szyby nawet w filii pobliskiego urzędu pocztowego). Natansona ocaliły drugie żelazne drzwi bramy, które znajdowały się w wewnętrznej sieni budynku. Zaalarmowany wybuchem (i mieszkający w sąsiedniej kamienicy) prezydent miasta Krakowa - Jan Kanty Fedorowicz, natychmiast pośpieszył z pomocą. Wcześniej zaś próbował powiadomić komendanta miejskiej policji, ale ten nie odbierał telefonu. W ogóle policja bardzo opieszale zbierała się do przybycia na miejsce zdarzenia (miejsca tego przez dłuższy czas pilnowało tylko dwóch stójkowych). Ostatecznie sprawcy nie odnaleziono, ale stworzyło to też okazję do snucia podejrzeń na temat przyczyn owego zamachu. W krakowskich kawiarniach (przy małej czarnej, albo czymś mocniejszym) opowiadano sobie różne niestworzone historie. Twierdzono że zamachu dokonali żydowscy faszyści, gdyż profesor Natanson miał popierać wprowadzenie numerus clausus. Inni twierdzili że to byli polscy faszyści, gdyż profesor nie popierał wprowadzenia numerus clausus (i jedni i drudzy mieli rację, gdyż prof. Władysław Natanson nigdy nie wypowiadał się w tym temacie, co znów dawało okazję do snucia najróżniejszych podejrzeń). Twierdzono też że celem miał być sam prezydent miasta, a zamachu dokonać mieli jego polityczni przeciwnicy (bomba była bowiem całkiem widoczna, zamachowiec nie pokusił się nawet o ukrycie jej lub owinięcie w cokolwiek). Twierdzono też że była to zemsta mieszkańców miasta, gdyż prezydent zamiast polewać ulicę wodą, to kazał je skraplać jakimś specyfikiem, który miał niezbyt przyjemną woń. Najróżniejszym spiskowym teoriom nie było końca (najbardziej zabawną teorią spiskową była ta, iż zamachu dokonali szklarze, bowiem w wyniku wybuchu mieli pełne ręce roboty). Wkrótce miało się okazać, że nie była to ostatnia bomba która wybuchła w grodzie Kraka. 

27 kwietnia Sejm uchwalił ustawę o Trybunale Stanu, powołując tę instytucję do polskiego porządku prawno-publicznego.

2 maja 1923 r. do Polski przybył marszałek Francji - Ferdynand Foch. Prasa oczywiście rozpisywała się jakiego to Polska ma sojusznika na Zachodzie, gdyż przyjazd tego bohatera Francji, jednego z symboli zwycięstwa Ententy w I Wojnie Światowej, był doniosłym wydarzeniem. Należy jednak pamiętać że Foch nie był zwolennikiem podpisanej 19 lutego 1921 r. w Paryżu polsko-francuskiej umowy sojuszniczej, która miała na celu udzielenie sobie wzajemnej pomocy w sytuacji agresji Niemiec na jedno z tych dwóch państw. Ferdynand Foch twierdził bowiem że pakt ów związuje ręce Francji i nie służy jej interesom, ale gdy sytuacja Francji zaczęła się pogarszać, gdy konflikt niemiecko-francuski potężniał w Zagłębiu Ruhry, sojusz ten mógł się przydać i dlatego rząd francuski zlecił Foch'owi misję wyjazdu do Polski w celu przestawienia polskich planów obronnych z Rosji sowieckiej na Niemcy. Foch spotkał się oczywiście z szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego Marszałkiem Józefem Piłsudskim i starał się go namówić na przyjęcie francuskiego planu obronnego z roku 1918, polegającego na wojnie pozycyjnej z Niemcami. Piłsudski stwierdził iż nie wierzy że Niemcy w ciągu kolejnych lat mogą stanowić realne zagrożenie dla Polski czy Francji, natomiast Rosja sowiecka takie zagrożenie bezwzględnie stwarza. Dodał również że francuski plan wojny pozycyjnej nie może być zastosowany na wielkich obszarach polskiego Wschodu, gdzie może być prowadzona jedynie wojna szybka, manewrowa. Ostatecznie więc uzgodniono jedynie podstawy na wypadek ewentualnej wojny z Niemcami i koordynacji wspólnych wysiłków wojennych. Poza tym Ferdynand Foch został też mianowany marszałkiem Polski i 4 maja wrócił do swojego kraju.

6 maja o godzinie 21:30 wybuchła w Krakowie druga bomba. Eksplozja nastąpiła na krakowskim Kazimierzu, w hotelu należącym do Abraham Majer Keller, na drugim piętrze, przed pokojem w którym wówczas nikt nie przebywał. Na pierwszym zaś piętrze znajdował się lokal wynajmowany przez socjalistyczny Bund - czyli organizację żydowską nawołującą do nie asymilowania się Żydów z polską kulturą i podkreślania na każdym kroku swej odrębności. Nie wiadomo dlaczego ktoś podłożył ładunek wybuchowy pod drzwi pokoju w którym nikt nie przebywał, a nie umieścił go na pierwszym piętrze, pod drzwiami lokalu zajmowanego przez członków Bundu. W każdym razie i w tym ataku nikt nie zginął, natomiast policja prowadząc śledztwo, zrobiła dokładną rewizję w owym hotelu i znaleziono tam najróżniejsze broszury komunistyczne, oraz inne treści o charakterze antypaństwowym. Kilka osób zostało aresztowanych.

17 maja podpisano w Warszawie porozumienie polityczne pomiędzy przedstawicielami Polskiego Stronnictwa Ludowego "Piast", Związku Ludowo-Narodowego i Chrześcijańskiej Demokracji, powołującego większość sejmową złożoną z partii prawicowych (rozmowy w tej sprawie toczyły się od lutego 1923 r. w pałacyku w Lanckoronie, stąd też pakt ów nazwano lanckorońskim). Pakt owych partii przewidywał iż samorząd powinien odzwierciedlać narodowy charakter kraju, a rząd tworzyć winni jedynie Polacy. Poza tym zakładano wzmocnienie polonizacji Kresów Wschodnich, zwiększenie roli Kościoła w państwie, wprowadzenie rozdziału liczby miejsc w szkolnictwie według stosunku ludności w państwie i przyśpieszenie parcelacji majątków rolnych.

Dwa dni wcześniej, bowiem 15 maja w Krakowie doszło do wybuchu trzeciej bomby. Tym razem celem ataku była redakcja "Nowego Dziennika" (polskojęzycznej gazety żydowskiej). Co prawda lokal został zdemolowany w wyniku wybuchu, ale i tym razem nikt nie zginął, gdyż pracownicy redakcji wyszli z budynku na kilka minut przed wybuchem owej bomby. Nie wiadomo co miały znaczyć owe ataki? Wygląda jednak na to, że temu, który ich dokonywał, nie zależało na ofiarach śmiertelnych, a jedynie na demonstracji lub zastraszeniu. W każdym razie wybuch trzeciej bomby w Krakowie mocno przeraził mieszkańców. 18 maja z Warszawy przybyło do Krakowa dwóch oficerów śledczych, którzy mieli wesprzeć miejscową policję w prowadzeniu dochodzenia w sprawie wykrycia sprawców owych ataków. Minister spraw wewnętrznych obiecał 3 miliony marek polskich za pomoc w ujęciu sprawców (potem podniósł tę kwotę do 5 milionów). Niewiele to jednak dało, choć aresztowano czterech działaczy Młodzieży Wszechpolskiej, ale z braku dowodów musiano ich wypuścić. Ostatecznie policja nie znalazła sprawcy owych wybuchów.

19 maja bomba wybuchła tym razem w Łodzi, w zakładzie wyrobów masarskich przy ulicy Głównej 26 (dziś aleja Józefa Piłsudskiego). Wybuch nastąpił również w nocy, po zamknięciu zakładu i również w tym przypadku nikt nie zginął - chociaż lokal został poważnie zniszczony. W tym przypadku także nie wiadomo co było celem zamachowców i jaki mieli w tym swój interes. Bez wątpienia jednak jak dotąd ofiar śmiertelnych nie było.

Ostatecznie zamachowcy uderzyli w samej Warszawie, gdzie 23 maja o 20:40 w lokalu "Kurjera Polskiego" i "Rzeczpospolitej" przy ul. Szpitalnej 12 wybuchła kolejna bomba. Po raz kolejny lokale zostały zniszczone, szyby w całym budynku i okolicznych domach wypadły, ale ofiar śmiertelnych ponownie nie było. Zastanawiano się dlaczego tym razem zamachowcy uderzyli w gazety, które reprezentowały prawicowo-narodowy światopogląd. Potem się okazało że była jeszcze jedna bomba, podłożona przy ul. Zgody 5, w lokalu "Gazety Warszawskiej" i "Głosu Porannego 2 grosze". Ta jednak nie wybuchła, gdyż skutecznie uniemożliwił to woźny, który odnalazł bombę w budynku i zgasił lont. Kilka dni później do redakcji popularnego IKC-a (czyli Ilustrowanego Kuriera Codziennego - bodajże największej i najpopularniejszej gazety w międzywojennej Polsce, której główna siedziba mieściła się w Krakowie w tamtejszym Pałacu Prasy, a założycielem owej gazety był Marian Dąbrowski który stworzył prawdziwe Imperium IKC-A - wychodziło pięć wydań dziennie w samym Krakowie, a także w 12 innych oddziałach w Polsce: Warszawa, Bydgoszcz, Toruń, Gdynia, Łódź, Lwów, Wilno, Poznań, Katowice, Sosnowiec, Zakopane i Nowy Sącz, były też oczywiście prenumeraty zagraniczne), tak więc do redakcji IKC-A dostarczono anonim o następującej treści: "Hukiem bomb chcemy obudzić ginące społeczeństwo nasze, które nie dostrzega strasznego żydostwa komunistycznego. Zaczynamy straszliwą obronę. W razie wrogiego przeciw nam wystąpienia i wyjścia poza kronikarskie przedstawienie sprawy, będziemy zmuszeni obrócić broń naszą przeciw wam". Dalej twierdzono że sprawcy owych zamachów nie są związani z żadną partią polityczną, ale popierają wprowadzenie numerus clausus na uczelniach wyższych i że jeśli ukażą się artykuły ich szkalujące, wówczas użyją swej broni przeciwko redakcjom (gdyż takie anonimy wysłane zostały nie tylko do IKC-A ale również do kilku innych gazet, w tym do konserwatywnego "Czasu", pps-owskiego "Naprzód", czy demokratycznej "Nowej Reformy". Gazety oczywiście w większości zignorowały owe ostrzeżenia i opublikowały treść anonimów na swoich łamach.


KRAKOWSKIE IMPERIUM
MARIANA DĄBROWSKIEGO 



Obawiano się jednak że za owymi atakami może kryć się agentura sowiecka lub niemiecka, która podszywa się pod zwolenników wprowadzenia numerus clausus. W owym 1923 r. dowódca Okręgu V Korpusu w Krakowie gen. Józef Czikiel stwierdził: "Państwo nasze jest obecnie zalane szpiegami, zwłaszcza niemieckimi i bolszewickimi. Państwa te wiadomości zdobyte o Polsce i naszej armii wzajemnie sobie komunikują". 

Rzeczywiście, Niemcy i Rosja sowiecka nawiązały kontakty na długo przed podpisaniem układu w Rapallo (16 kwietnia 1922 r.). Jeszcze w 1918 r. w Niemczech przebywał Karol Radek. Ten zrusyfikowany polski Żyd miał początkowo za zadanie wesprzeć rewolucję komunistyczną w Niemczech, a po jej upadku miał nawiązać kontakty z kołami wojskowymi Republiki Weimarskiej. Spotkał się nawet z gen. Seecktem - szefem sztabu Reichswehry, gdzie dyskutowano nad ewentualną współpracą tej formacji z Armią Czerwoną - oczywiście przeciwko Polsce. Co prawda Radek został aresztowany przez niemiecką policję w lutym 1919 r. ale jak sam pisał, stosunek niemieckich władz więzienia do jego osoby zmieniał się - od surowego do uprzejmego. Ostatecznie został zwolniony i mieszkał krótko w domu barona Eugena von Reibnitza, z którym snuł plany o podziale Polski. Od końca 1919 r. w Berlinie przebywał współpracownik Lwa Trockiego - Wiktor Kopp. Jako półoficjalny reprezentant rządu sowieckiego, nawiązywał kontakty z przedstawicielami niemieckiego biznesu zbrojeniowego, by zachęcić ich do produkcji broni w Rosji sowieckiej. Nawiązał też współpracę z radcą niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych - Ago von Maltzanem, z którym dywagował na temat: "możliwości skonstruowania wspólnej kombinacji zwalczania Polski". 7 kwietnia 1921 r. w swym raporcie do Trockiego Kopp informował iż lotnicze zakłady "Albatrosa" zamierzają produkować w Rosji samoloty, przedsiębiorstwo Bloehm-Voss okręty podwodne, a Krupp amunicję. Latem 1921 r. na prośbę Kopp'a do Rosji sowieckiej przybyła delegacja pod przewodnictwem majora dr. Oskara Rittera von Niedermayera (ps. "Neumann"), zaufanego człowieka gen. Seeckta. Miała ona zbadać warunki produkcji niemieckiej broni w Rosji, ale po wizycie w kolejnych zakładach i zapoznaniu się ze złym stanem oraz zacofaniem owych fabryk, stwierdzono że na razie jest to niemożliwe. W końcu września 1921 r. do Berlina wysłany został sekretarz do spraw handlu zagranicznego Leonid Krassin, który spotkał się z pułkownikiem Otto von Hasse w mieszkaniu majora Kurta von Schleichera przy Mathaeikirchstrasse. Powołano wówczas stowarzyszenie "Gefu" - organizację nadrzędną wobec wszystkich niemieckich przedsiębiorstw znajdujących się na terenie Rosji sowieckiej, które to miały doprowadzić do modernizacji sowieckich zakładów. 8 grudnia 1921 r. sowiecka delegacja spotkała się samym gen. Seeckt'em (ten był niechętny owemu spotkaniu, jako że zdawał sobie sprawę że jest obserwowany zarówno przez Francuzów jak i Brytyjczyków). Sowieci proponowali Niemcom sojusz i wspólne działania na zaplanowany na wiosnę 1922 r. atak na Polskę. Seeckt odmówił, twierdząc że taki atak wplątał by Niemcy w wojnę z Francją i Czechosłowacją. Ale już w kwietniu 1922 r. uzyskał on od rządu niemieckiego 150 mln. marek dla konsorcjum Junkersa na rozpoczęcie budowy samolotów w Rosji sowieckiej. Od dalszych etapach współpracy niemiecko-sowieckiej informował będę w kolejnych częściach tej serii. 

24 maja 1923 r. do Polski dotarł pierwszy transport rękopisów wywiezionych do Rosji po roku 1772 i pierwszym rozbiorze Rzeczpospolitej. Rosja sowiecka miała zwrócić te skarby polskiej kultury na mocy traktatu ryskiego, podpisanego w marcu 1921 r. po zakończeniu Wojny polsko-bolszewickiej.

A tymczasem 19 maja wspierani przez Francję secesjoniści nadreńscy, zamierzali proklamować autonomiczną Republikę Nadreńską w Trewirze (do owych secesjonistów należał również późniejszy kanclerz powojennych Niemiec - Konrad Adenauer). Jednak policja niemiecka udaremniła ową próbę. Była to dopiero pierwsza próba, kolejne nastąpią już wkrótce.

26 maja w Le Mans we Francji rusza pierwszy 25-godzinny wyścig samochodowy. Zwycięski wóz marki "Chanard et Walcker" osiąga szybkość 92 km/h i pokonuje 2209 km.




Tego dnia upada też rząd gen. Władysława Sikorskiego. Rząd gen. Sikorskiego został obalony podczas debaty nad budżetem, stosunkiem głosów 279 do 117. Prezydent Stanisław Wojciechowski dwa dni później (28 maja) powierzył misję stworzenia nowego rządu Wincentemu Witosowi. 11 dni wcześniej przewodniczący PSL "Piast" spotkał się w Lanckoronie (w rezydencji senatora Ludwika Hemmerlinga z "Piasta". Potem jednak wywiązał się ostry spór - szczególnie na łamach prasy - pomiędzy lewicą a prawicą właśnie o owego Hemmerlinga. Lewica zarzucała prawicy, że ta mając na sztandarach hasła antyżydowskie, jednocześnie dochodzi do władzy przy pomocy Żyda Hemmerlinga, który w czasie I Wojny Światowej będąc w USA miał prowadzić akcję na rzecz Niemiec) z przedstawicielami Związku Ludowo-Narodowego i Chrześcijańskiej Demokracji, który łącznie dawał im przewagę w Sejmie stosunkiem 239 na 444 głosy. Do obalenia rządu Sikorskiego przyłączyły się jednak jeszcze inne ugrupowania (w tym dwóch komunistów z KPRP którzy zawsze głosowali przeciwko stabilizacji w Polsce), ale w dniu w którym sformował się rząd Wincentego Witosa "pakt lanckoroński" osłabił się poprzez secesję 14 posłów z Janem Dąbskim na czele, którzy wystąpili z PSL "Piast" i utworzyli własne koło sejmowe PSL "Jedność Ludowa". Tak więc teraz przewaga sejmowa nowego rządu liczyła jedynie 225 posłów. W każdym razie 28 maja 1923 r. powstał niesławny potem rząd Chjeno-Piasta, którego reaktywacja w maju 1926 r. doprowadziła do sprzeciwu Marszałka Józefa Piłsudskiego i zamachu majowego.

Od razu też zarysował się konflikt nowego rządu z Marszałkiem, szczególnie gdy ministrem spraw wojskowych został gen. Stanisław Szeptycki. Piłsudski już 30 maja złożył dymisję ze stanowiska szefa Sztabu Generalnego (którą piastował od grudnia 1922 r.) i poprosił o zwolnienie go z wojska, po czym wyjechał do Sulejówka (do "Milusina") i na trzy lata wycofał się z życia politycznego i wojskowego kraju. Potem okaże się że od czerwca 1923 r. wywiad sowiecki planował zorganizowanie zamachu na Piłsudskiego, którego celem było oskarżenie o to Narodowej Demokracji. Bolszewiccy zamachowcy mieli być przebrani za członków organizacji prawicowych po to, aby doprowadzić do fermentu politycznego w Polsce, a nawet wybuchu wojny domowej, która ułatwiła by Armii Czerwonej interwencję oraz kolejny marsz na Zachód. Piłsudski zapewne obawiał się takiego scenariusza, gdyż zawsze sypiał z rewolwerem pod poduszką (te nawyki pozostały mu jeszcze z czasów konspiracji i walki z rosyjskim zaborcą w Polskiej Partii Socjalistycznej - Frakcji Rewolucyjnej). Ów już przygotowywany zamach nie doszedł ostatecznie do skutku, gdyż na najwyższym szczeblu w Moskwie zablokował go sam szef bezpieki - Feliks Dzierżyński ("Wspaniałym kumplem był dla nas Felek"). Należy tutaj też zaznaczyć że rodziny Dzierżyńskich i Piłsudskich znały się dobrze, a nawet były ze sobą w pewnym stopniu spokrewnione. Trzeba jednak powiedzieć jasno i otwarcie że jeżeli Sowieci (czy ktokolwiek inny) planowali zabić Marszałka, to w zasadzie nie mieliby z tym wiele trudności. Piłsudski bowiem praktycznie nie korzystał z ochrony. W późniejszym okresie, gdy był już szefem Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych, to często wychodził na miasto i chodził sobie swobodnie ulicami bez żadnej ochrony. Natomiast oczywiście ochronę miał, a żołnierz który miał Go chronić, musiał przede wszystkim dobrze się kamuflować, gdyż gdyby Piłsudski zobaczył że chodzi on za Nim, to by po prostu dostał - że tak powiem - opr. Jednocześnie Marszałek w kieszeni swego płaszcza zawsze miał odbezpieczony rewolwer, mimo to gdyby ktokolwiek chciał zorganizować akcję zamordowania Go, to nie miałby z tym większych kłopotów.




My tutaj mówimy o bolszewikach, Sowietach, ewentualnie "polskich" komunistach, lecz okazuje się że Piłsudski był również inwigilowany przez nowy rząd Wincentego Witosa. Gdy bowiem w 1924 r. ministrem spraw wojskowych został gen. Władysław Sikorski, ujawnił on, iż na jesieni 1923 r. II Oddział Sztabu Generalnego za czasów Stanisława Szeptyckiego rozpoczął inwigilację Jego osoby. Porucznik Stanisław Błoński, referent II Oddziału ujawnił, że jego szef - major Eugeniusz Pieczonka polecił mu w październiku 1923 r. inwigilować Marszałka Piłsudskiego. Poinformować o tym miał również kilku wyższych stopniem oficerów. Potem doszło do procesu, gdyż gen. Stanisław Haller wytoczył Błońskiemu sprawę sądową za złożenie fałszywego meldunku. 21 marca 1924 r. jako świadek zeznania składał sam Piłsudski i stwierdził: "Istotnie byłem inwigilowany, o ile to pojęcie inwigilacji oznacza obserwację mojej osoby, zarówno w Sulejówku, gdzie mieszkałem, jak też moje wprawne oko, które mam wyrobione z przeszłych doświadczeń, stwierdzało to i w innych miejscach". Piłsudski dodał również o podsłuchu jaki miał na telefonie: "Jedna stacja rembertowska, która była połączona z moim mieszkaniem, miała nakaz podsłuchiwania". Ostatecznie 19 listopada 1924 r. dochodzenie umorzono, gdy prokuratura wojskowa wycofała oskarżenie porucznika Błońskiego.


CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...