WYŚWIETLENIA

24 kwietnia 2026

MEMORIAM - Cz. XVIII

VIRGINES VESTALES i TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. III





ILU NIEWOLNIKÓW, 
TYLU WROGÓW!


Wytęskniony przez wszystkich pokój, który miał nastać po zakończeniu sullańskich proskrypcji (z lat 82-81 p.n.e.), śmierci Korneliusza Sulli (78 r. p.n.e.) i stłumieniu rebelii Lepidusa (77 r. p.n.e.), wcale nie zamierzał nawiedzać italskiej ziemi. Wręcz przeciwnie, na Zachodzie, w Hiszpanii wciąż trwały walki ze zbuntowanym Sertoriuszem, na Wschodzie zaś wybuchła kolejna wojna (74 r. p.n.e.) z władcą Pontu, królem Mitrydatesem Eupatorem. Toczyła się również walka z piratami, którą prowadził pretor (roku 74 p.n.e.) Marek Antoniusz Kreteński. Ten wódz, wzorem Serwiliusza Izauryjskiego i swego ojca Marka Antoniusza Retora, prowadził teraz walki na Krecie (tamci walczyli z piratami w Cylicji) - przeciw tamtejszym piratom, zaś w tym samym czasie Gajusz Skryboniusz Kurion toczył mężne boje w Tracji z barbarzyńskimi Dardanami. A poza tym Italię nawiedziły wówczas trzy dodatkowe ciosy, które spadły na Rzym, niczym grom z jasnego nieba. Zaczęło się od klęski głodu w samym Rzymie (75 r. p.n.e.), spowodowanej zatrzymaniem transportów zboża dla miasta i przecięciem szlaków morskich z Afryki (Sertoriusz) i Egiptu (Mitrydates, piraci). Pompejusz słał wówczas rozpaczliwe listy do Rzymu, sugerujące że senatorowie pragną zagłodzić jego armię w Hiszpanii i groził porzuceniem walki z Sertoriuszem oraz powrotem do Italii. Kryzys ten został nieco załagodzony, gdy prokonsul Sycylii - Gajusz Licyniusz Sacerdos doprowadził do spadku cen sycylijskiego zboża (74 r. p.n.e.), dzięki czemu władze mogły je wykupić po znacznie zaniżonych cenach (co jednak nie spotkało się z aprobatą Sycylijczyków i doszło tam do wielu protestów, które groziły nawet wybuchem jakieś lokalnego buntu). Zresztą tego roku (74 p.n.e.) zima była niezwykle ostra i nierzadko zdarzały się nawałnice, które uszkodziły wiele domostw w samym Rzymie i w całej Italii. Nikt jednak nie podejrzewał, że jest to dopiero początek tego, co miało nadejść.

Rzym w tym czasie żył jednak głównie sprawami obyczajowymi, takimi jak afera Cetegusa, czy próba zmobilizowania ludu do walki z ustrojem sullańskim i przywrócenia praw braci Grakchów, podjęte z inicjatywy trybuna ludowego - Lucjusza Kwinkcjusza. Warto na moment zatrzymać się nad sprawą Cetegusa (gdyż demagogia Kwinkcjusza, który pewnie chętnie wszedłby w buty Lepidusa i ruszył na Rzym - gdyby tylko uzyskał podobne do niego poparcie i zebrał wojsko), ponieważ jego konflikt z Lucjuszem Licyniuszem Lukullusem spowodował wyjście na jaw pewnych haniebnych praktyk. Otóż ów Publiusz Korneliusz Cetegus - który wcześniej pełnił funkcję menniczego i został umieszczony na liście proskrypcyjnej dyktatora Sulli, jednak udało mu się (nie jest wyjaśnione w jaki dokładnie sposób) wykupić od śmierci i pojednać z Sullą - po zgonie Sulli ów Cetugus zdobył sobie spore poparcie polityczne i zaczął ostro uderzać w Lukullusa oraz ganić go za błędy wojenne, popełnione na Wschodzie. Jednocześnie urządzał w swej willi uczty dla wybranych, podczas których dochodziło do najbardziej haniebnych praktyk seksualnych, jak brutalna defloracja młodych dziewcząt i chłopców (z reguły byli to niewolnicy), oraz oddawanie się zbiorowym praktykom orgiastycznym. Gdy sprawa ujrzała światło dzienne (ujawnił ją właśnie Lukullus), Cetegus utracił dotychczasowe poparcie ludu i wycofał się w cień, czekając na okazję do zemsty (ta nadarzyła się dopiero dziesięć lat później - w 63 r. p.n.e. podczas spisku Katyliny). Natomiast Lukullus znacznie zyskał w oczach ludu i tym samym umocnił swą popularność (konkurował o nią z Pompejuszem i Krassusem). I właśnie wówczas, gdy już wydawało się że niegodziwe postępki zostały ujawnione i skutecznie zakończone - wtedy właśnie spadł na państwo cios drugi.




Dwie dziewice Westy (Virgines Vestales) zostały przyłapane na złamaniu ślubów i potajemnym spotykaniu się z mężczyznami. Czterdzieści lat wcześniej (114 r. p.n.e.) doszło do podobnego świętokradztwa popełnionego przez trzy westalki: Emilię, Licynię i Marcję - pochodzące ze znanych i szanowanych rodów (wspominałem już o tym we wcześniejszych częściach). Wówczas jednak - pomimo prób ocalenia dwóch ostatnich kobiet (które wywodziły się z możnych rodów i które nie były prowodyrkami owych spotkań, a jedynie dały się na nie namówić), ostatecznie dzięki determinacji sędziego Lucjusza Kasjusza (autora stwierdzenia że winnych należy szukać przede wszystkim wśród tych, którzy najwięcej na danej sprawie skorzystali - były to sławne słowa: "cui bono" - "na czyją korzyść"), zostały one skazane zgodnie z prawem na zakopanie żywcem w grobowcu na Polu Zbrodniczym. I nie pomogli im wówczas wpływowi krewni (Marek Emiliusz Lepidus, Lucjusz Licyniusz Krassus czy Marcjusz Filip), nie pomógł nawet sam Najwyższy Kapłan (Lucjusz Cecyliusz Metellus), gdyż obawa przed gniewem bogini Westy była tak silna, że nie sposób było owe kobiety ocalić. Teraz jednak, czterdzieści lat po tamtych wydarzeniach gdy sytuacja się powtórzyła, okazało się że westalki, które dopuściły się tak wielkiego świętokradztwa, zyskały spore grono obrońców i wyrokiem sądu zostały oczyszczone z zarzutów. Bogini jednak patrzy dalej niż ludzie i dostrzega niegodziwość w sercach tych, którzy bezczelnie łamią jej śluby. Gniew bogini również jest srogi i spaść musi na krnąbrne miasto, łamiące boże prawa i przykazania. Tak było gdy pierwsza westalka - Optimia złamała śluby i bogowie odrzucili ofiary (485 r. p.n.e.), tak było, gdy Orbinia dopuściła się aktu nieczystości (472 r. p.n.e.) i bogowie zesłali na miasto zarazę (głównie dotknęła ona wówczas kobiety w ciąży), tak było, gdy westalka Minucja umiłowała sobie kolorowe suknie (334 r. p.n.e. - notabene nie udowodniono jej wówczas winy cudzołóstwa, a skazano na śmierć jedynie za noszenie kolorowych sukien i biżuterii, co też - według arcykapłana - miało prowokować mężczyzn do czynów świętokradczych), sześćdziesiąt lat później (273 r. p.n.e.) w jej ślady poszła niejaka Sekstylia (też nie została skazana za oddanie się mężczyźnie, a jedynie za "prowokowanie ubiorem i zachowaniem"). U progu pierwszej wojny z Kartaginą (264 r. p.n.e.) o zhańbienie przybytku Westy oskarżono młodą Kapparonię - która aby nie doświadczyć upokarzającej śmierci zakopania żywcem w grobowcu, popełniła samobójstwo. Po sromotnej klęsce kannijskiej (z 216 r. p.n.e. zadanej Rzymianom przez Hannibala), ujawniono cudzołóstwo dwóch kolejnych westalek: Opimii i Floronii (co miało być powodem kary bożej). I one skończyły w ziemi. Potem przez kolejne sto lat był spokój, aż do ujawnienia zbrodni świętokradztwa Emilii, Licynii i Marcji (114 r. p.n.e.).




Uniewinnienie owych dwóch westalek (w 73 r. p.n.e.), choć zdarzało się już w przeszłości (np. uniewinnienie starszej kapłanki Emilii w 178 r. p.n.e. gdy znużona poszła spać, a straż przy zniczu "wiecznego ognia" pozostawiła nowicjuszce, która go nie dopilnowała i ogień zgasł. Była to zbrodnia najłagodniej karana chłostą, najdotkliwiej zaś - karą śmierci. Emilia została wówczas oczyszczona z zarzutów, ale owa nowicjuszka otrzymała karę chłosty, którą oczywiście wykonywał Najwyższy Kapłan - Pontifex Maximus. Innym znów razem - data nieznana - oskarżono o cudzołóstwo niejaką Tukcję, ale gdy przeszła próbę niewinności - darowano jej życie) okazało się jednak błędem, który szybko się zemścił. Tego samego bowiem roku, w Kapui, w szkole gladiatorów niejakiego Lentulusa Batiatusa doszło do buntu tamtejszych niewolników prowadzonych przez Traka Spartakusa, Gala Kriksosa i drugiego Gala Ojnomaosa. Wraz z nimi zbiegło z Kapui 64 gladiatorów, którzy (po zdobyciu pewnej ilości broni) schronili się na górze Wezuwiusza. Nie można było tego faktu nie połączyć z zemstą bogini Westy na świętokradztwo wyświadczone przez Rzymian, którzy uniewinnili kapłanki łamiące śluby dziewictwa (Westa była bowiem boginią ogniska domowego, zaś niewolnicy byli częścią familiares, czyli właśnie ognisk domowych. Dla Rzymian sprawa była więc jasna). Gladiatorami stawali się najczęściej jeńcy wojenni z innych ludów, zbrodniarze skazani na arenę, dezerterzy z rzymskiej armii a także wolni ludzie, którzy (z różnych względów - najczęściej w wyniku jakiegoś życiowego niepowodzenia, bankructwa, długów, lub po prostu chęci zarobienia trochę pieniędzy i przeżycia "męskiej przygody") dobrowolnie zgłaszali się do szkół gladiatorskich (tych ostatnich zwano auctorati i byli to ludzie wolni, którzy nie musieli sypiać na terenie szkoły i mogli udać się na noc do swoich domów i żon - jeśli je posiadali - po czym rankiem ponownie zgłaszać do odbycia szkolenia. Jednak fakt iż byli wolni, wcale nie chronił ich przez chłostą za przewinienia, zakuwaniem w kajdany, a nawet... karą śmierci - jeśli na to zasłużyli. Od chwili bowiem gdy podpisali umowę, do czasu aż spłacili uzgodnione wcześniej wykupne - podlegali takiej samej surowej dyscypilnie na równi z innymi niewolnikami).

Podczas ćwiczeń gladiatorom nie dawano do rąk prawdziwej broni, a jedynie drewniane jej imitacje. Było to spowodowane nie tyle obawą przed buntem gladiatorów (które zdarzały się bardzo rzadko i w zasadzie prócz buntu Spartakusa, z tych najsławniejszych można jeszcze wymienić ucieczkę prawie 80 gladiatorów ok. 280 r. naszej ery w czasach rządów cesarza Marka Aureliusza Probusa) ile troską o ich życie (każdy niewolnik który stawał się gladiatorem, otrzymywał darmowe jedzenie i kobiety, a w zamian musiał jedynie walczyć na arenie dla swego protektora i sławić jego szkołę. Natomiast wielu gladiatorów desperacko odbierało sobie życie, byleby tylko uwolnić się z owej niewoli. Niektórzy - nie mogąc przebić się mieczem podczas ćwiczeń - uciekali się do takich praktyk, jak wkładanie głowy pomiędzy szprychy jadącego wozu, lub też wbijanie sobie w szyję ostrych kawałków drewna. Niektórzy dokonywali zbiorowego samobójstwa już na arenie - jak to miało miejsce w 391 r., gdy 29 jeńców z ludu Saksonów, własnoręcznie przebiło się bronią którą dano im do walki. Takie przykłady "walk bez nienawiści" - jak to ujmują rzymskie źródła, też czasem się zdarzały). Walki na arenie nie zawsze kończyły się śmiercią (a nawet powiem że bardzo rzadko, jako że wyszkoleni gladiatorzy byli po prostu dobrymi pracownikami, którzy przynosili swemu panu krociowe zyski. Dlatego też starano się raczej unikać walk na śmierć i życie, ale nie oznacza to, że ich nie było. Podczas wielkich uroczystości, organizowanych z okazji świąt lub na cześć zwycięskiego wodza, cesarza czy patrona który zamówił igrzyska - krew rzeczywiście lała się gęsto. Wówczas przeciwko sobie walczyli nie tylko gladiatorzy, ale i dzikie zwierzęta, a nawet organizowano walki łączone - gladiatorów z dzikimi zwierzętami lub inscenzowano sławne bitwy z historii. A poza tym organizowano wspaniałe naumachie - czyli bitwy morskie, które najczęściej odbywały się na okolicznych jeziorach (w czasach Cesarstwa czasem w sztuczne jezioro zamieniano Koloseum w Rzymie). Największą zaś naumachię w dziejach Rzymu urządził na Jeziorze Fucyńskim cesarz Klaudiusz w 52 r. W tej walce wzięło udział ponad 100 okrętów wojennych i 19 000 gladiatorów. Ci co przeżyli bitwę - zostali potem ułaskawieni).




Informacja o buncie w Kapui bardzo szybko obiegła okoliczne posiadłości, z których zaczęli zbiegać niewolnicy i przyłączać się do gladiatorów Spartakusa. Ich liczba bardzo szybko rosła, a wieści o ucieczkach zaczęły lawino spływać do Rzymu (np. w jednym z dokumentów właścicielka zbiegłego niewolnika żali się w piśmie do Senatu, że ten niewolnik dotąd był jej wierny, bowiem został przez nią odziedziczony po jej ojcu. Żali się więc, że zapewne musiał posłuchać "jakichś ludzi" i opuścił jej dom oraz pozycję, jaką mu ona tam stworzyła - twierdzi że uczyniła go zarządcą reszty niewolników i że traktowała go bardzo dobrze, miał nawet własną komnatę do spania. Owa dama dodaje jeszcze, że ów zbiegły niewolnik okradł ją, gdyż zabrał ze sobą nie tylko te rzeczy, które osobiście mu ofiarowała, ale i te, które do niego nie należały). Dochodziło również do ataków na panów ze strony niewolników (jeden taki - z czasów późniejszych, bowiem z końca I wieku naszej ery - przedstawia śmierć pretora Larcjusza Macedo, człowieka którego ojciec był jeszcze wyzwoleńcem, a on sam - już jako obywatel Rzymu - doszedł do znacznego majątku. Postępował jednak okrutnie ze swymi niewolnikami. Pliniusz Młodszy pisał o nim: "Był to zresztą pan pełen pychy i okrutny, którego ojciec był niewolnikiem, a on zbyt mało o tym pamiętał. (...) Podczas kąpieli w swojej willi podmiejskiej został otoczony przez niewolników, z których jeden począł go dusić, drugi bić po twarzy, trzeci miażdżył pierś, brzuch i genitalia. Wreszcie rzucili go na gorącą podłogę, aby sprawdzić, czy jeszcze żyje. Macedo zemdlony, lub udając omdlenie pozostał bez ruchu, więc go zabrano do domu sądząc, że jest martwy. Tam ocknął się w otoczeniu niewolników, którzy pozostali mu wierni, i swoich konkubin". Wówczas większość niewolników zbiegła - według prawa bowiem, w chwili mordu popełnionego na Rzymianinie, wszyscy niewolnicy obecni tego dnia w jego domu byli skazywani na śmierć. Większość niewolników została jednak schwytana w ciągu kilku kolejnych dni i poddana torturom oraz uśmiercona. Larcjusz Macedo osobiście nadzorował te tortury, ale nie było mu już dane pożyć zbyt długo. W wyniku odniesionych obrażeń również zmarł w jakiś czas potem. W końcu - jak pisał Seneka - "Niewolnicy to też ludzie", choć większość Rzymian i tak traktowała ich jak "mówiące przedmioty". Zdarzały się jednak wyjątki, jak na przykład gdy zamordowano pewnego senatora z I wieku naszej ery i 400 jego niewolników - przebywających w domu - zostało skazanych na śmierć, wówczas wielu Rzymian zaczęło pisać listy do władz, w których proszono o ich ułaskawienie, gdyż - jak uważano - nie powinno się karać wszystkich za zbrodnię popełnioną przez jednego człowieka lub grupę ludzi. I rzeczywiście tamci niewolnicy ocalili wówczas życie).




Spartakus - tracki wojownik z plemienia Majdów, który zapewne (ok. lat 84-78 p.n.e.) walczył w szeregach trackich oddziałów służących u boku Rzymian, ale potem się zbuntował (oczywiście nie sam jeden, gdyż właśnie w latach 78-76 p.n.e. mają miejsce częste bunty trackich plemion przeciwko Rzymowi. Między innymi zbuntowało się wówczas plemię Majdów) i dostał do niewoli (ok. 77 r. p.n.e.). Po czym za zdradę został zesłany do szkoły gladiatorów w Kapui. Do niewoli trafił wraz ze swą żoną, wieszczką i ponoć kapłanką Dionizosa (Plutarch tak o nim pisze: "Był to z pochodzenia Trak, z ludu Majdów, pewny siebie i bardzo silny, a także rozumem i kulturą stojący ponad swym losem, bardziej grecki, niżby wskazywało jego pochodzenie"), ale wkrótce zostali ze sobą rodzieleni, on trafił do szkoły gladiatorów, a po niej wszelki ślad zaginął. Jako były żołnierz, potrafił Spartakus dobrze władać bronią i jego przyuczenie nie kosztowało Batiatusa zbyt wiele. Jednak teraz, gdy już się zbuntował, stał się prawdziwym zagrożeniem dla Rzymu, a wieści o jego napadach na okoliczne majątki (zapewne aby zdobyć żywność, gdyż wzrastająca liczba zbiegłych niewolników musiała przecież coś jeść) rozprzestrzeniała się bardzo szybko po całej Kampanii ("Ponieważ dzielił się równo łupami, szybko skupił koło siebie mnóstwo ludzi" - jak dodaje Plutarch). Doszło też do pierwszych starć z żołnierzami z Kapui (ale nie z regularnym wojskiem, a raczej z rezerwistami w rodzaju pospolitego ruszenia) i na nich Spartakus również zdobył sporo nowej broni. Wreszcie rozbił - wysłane przeciwko niemu - siły z Rzymu (w liczbie ok. 3000 żołnierzy), którymi dowodził propretor - Klaudiusz Glaber (był on tak pewny siebie i w takiej pogardzie miał przeciwnika, że nie rozstawił nawet straży nocnej, oraz nie zadbał o zbudowanie obozu lub choćby umocnień od strony Wezuwiusza). Buntownicy dokonali wówczas śmiałego czynu, spuszczając się w dół na porosłej górskie szczyty dzikiej winorośli (a nie było to zadanie łatwe, gdyż spuścić się ze stromej góry na cienkich linach sporej grupie niedoświadczonych ludzi - doprawdy było nie lada wyczynem, tym bardziej że nikt wówczas nie zginął ani nie został ranny) i dokonali prawdziwej rzezi wśród wojsk Glabera. Wielu żołnierzy nie zdołało nawet dobyć broni i ginęli pogrążeni we śnie. Mimo to i tak prawie połowa Rzymian zdołała uciec i dotarłszy do Rzymu, poinformowała Senat o poniesionej klęsce. 




Teraz dopiero okazało się że niewielka rebelia niewolników z Kapui nie jest tylko lokalną ruchawką i nie wystarczy skierować tam siły kilku weteranów z biczami, którzy rozgonią niewolników na cztery wiatry. Teraz stało się jasne że Italia a nawet sam Rzym stał się częścią nowej wojny, która nie toczyła się już gdzieś daleko - w Hiszpanii, Azji czy na Krecie. Ona toczyła się w samym sercu Imperium Rzymskiego, na italskiej ziemi, a Rzym mógł stać się celem tej nowej, rosnącej w siłę, niewolniczej armii. Należało więc podjąć zdecydowane środki i czym prędzej wysłać przeciwko buntownikom regularną armię (należy jednak dodać gwoli ścisłości, że bunt gladiatorów Spartakusa i te jego dwuletnie walki w Italii {bardzo popularne - spopularyzowane również przez kulturę popularną} nie były największą wojną jaką toczyli Rzymianie z niewolnikami. Bezwzględnie największe powstanie wywołał na Sycylii niejaki Eunus Syryjczyk, porwany przez piratów z okolic Apamei gdzie mieszkał, a następnie sprzedany jako niewolnik niejakiemu Antygenesowi z Enny - Grekowi z pochodzenia. Eunus miał tam bardzo dobrą pozycję, był bowiem traktowany znacznie lepiej niż reszta niewolników, a to głównie dlatego, że potrafił przepowiadać przyszłość {twierdził że prorocze wizje zsyła mu bogini Atargatis}. Jego pan pozwolił mu nie tylko mieszkać we własnej, oddanej do jego dyspozycji części domu, ale również zezwolił Eunusowi poślubić kobietę, którą ten zapragnął. Eunus był bohaterem przyjęć jakie organizował Antygenes, na których połykał on ogień, a przede wszystkim przepowiadał przyszłość. Podczas jednego z takich spotkań, Eunus stwierdził że w przyszłości zostanie królem, co tylko wywołało radość wśród gości Antygenes a, którzy zaczęli go prosić - gdy już zostanie tym królem - aby wówczas okazał im miłosierdzie. Kpili z niego, ale on miał przysiąc że wszyscy tutaj zgromadzeni zachowają życie, gdy już przepowiednia się spełni. Gdy więc wywołał bunt, a następnie przejął kontrolę nad dużą częścią środkowej Sycylii ze stolicą w Ennie, wówczas ogłosił się królem i przyjął imię Antioch {na pamiątkę Antiocha III Wielkiego z rodu Seleucydów, o którym pamięć była bardzo silna w Syrii gdy Eunus był jeszcze chłopcem}. Ten wróżbita, przez 3 lata opierał się całej potędze Rzymskiej Republiki {135-132 r. p.n.e.}, a jego armie przez długi czas były niezwyciężone i można rzec, że Spartakus przy nim to... mały pikuś. Aha, oczywiście wszystkich Rzymian i Greków którzy byli obecni w domu Antygenesa - gdy Eunus twierdził że zostanie królem i obiecał im darowanie życia - dotrzymał danego słowa i oni życie zachowali).




CDN.

23 kwietnia 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XLVII

II IMPERIUM ATLANTYDY





PATRIARCHA ALTO z QUOAUDY 
PRZYWÓDCA II REBELII 
"SYNÓW BELIALA"





PS: Pragnę na początku wyjaśnić, że pisząc o narodzinach i początku drogi samego Beliala - twórcy owego zakonu jego imienia (o czym pisałem dwie części temu w tej serii) miałem na myśli właśnie Alta z Quoaudy, a nie Beliala. Przepraszam więc, moja pomyłka (zbyt dużo pracy, co powoduje że pewne informacje które utkwiły mi w głowie, niekiedy się mylą i ze sobą plączą 🥴). Natomiast informacji o samym Belialu jako takim - nie posiadam



Znów należy powrócić do Edgara Cayce'a i jego sesji (odczytów) na temat wybuchu samej II rebelii "Synów Beliala", oraz polityczno-religijnego przywództwa tego ruchu. Mowa jest tam o niejakim - ALCIE z QUOAUDY, który był patriarchą i głównym przywódcą zakonu w czasie rebelii. Według Cayce'a (choć w tym przypadku te informacje są lekko pogmatwane), ALTO urodził się na prowincji (w ziemi Quoauda), w rodzinie wyznawców "Jednego Prawa". Był również kształcony na kapłana w jednej z prowincjonalnych świątyń (Cayce pisze że: "Służył w świątyni, podczas budowy świątyni "Jednego Prawa"). Nie bardzo jednak wiadomo, co się stało, że stanął na czele konkurencyjnego (wobec świątyni), ugrupowania religijnego - "Synów Beliala" i poprowadził ich do II rebelii? Cayce mówi co prawda o miłości Alta do jednej z dziewcząt, wywodzącej się od wyznawców zakonu, ale czy był to jedyny powód jego konwersji? Na to pytanie Cayce nie udziela nam już odpowiedzi. 

Historia Alta zaczyna się więc już jako patriarchy zakonu "Synów Beliala" ok. 50 750 r. p.n.e. Był to czas kompletnego upadku moralności i obyczajów w społeczeństwie Atlantów. Kapłani i kapłanki "Jednego Prawa" coraz bardziej odchodzili od uniwersalnej duchowości (która cechowała pierwotną religię Atlantów) i zwracali się ku materializmowi religijnemu, uosabiającemu się w najróżniejszych kultach, misteriach i obrzędach. Jednocześnie towarzyszyło temu wszystkiemu wszechobecne rozpasanie seksualne kapłanów "Jednego Prawa", co powodowało odwracanie się społeczeństwa od dawnej religii ku nowym prądom (m.in. właśnie "Synom Beliala" - jako najpotężniejszej, konkurencyjnej siły wobec oficjalnej religii). Kapłani coraz częściej otaczali się luksusowymi przedmiotami, które wbrew prawu, zaczęli traktować jak swoją prywatną (a nie świątynną) własność. Stawali się gnuśni i leniwi i coraz bardziej zdemoralizowani. Byli właścicielami ogromnej ilości złota, ziemi i niewolników. To otwierało drogę wyznawcom nowej religii, która notabene wcale nie była lepsza.




Solarna religia "Jednego Prawa", która początkowo opierała się na założeniu że dusza ludzka została przekazana przez Stwórcę do życia w dwóch formach - fizycznej i duchowej i samodoskonaleniu tak duszy jak i ciała na drodze ku ponownym zjednoczeniu z Bogiem - została kategorycznie odrzucona przez zakon "Synów Beliala". Ci głosili że Bóg (czy też Bogowie, gdyż bardzo szybko przypisano wszelakie atrybuty indywidualnym "boskim formom") jest podobny człowiekowi, a ludzkie ciało stanowi najwartościowsze i najpełniejsze odwzorowanie boskiego dzieła (tutaj pragnę tylko dodać, że we Wszechświecie obecnie dominują rasy humanoidalne, a wszelkie inne stanowią totalny margines - tak gwoli wyjaśnienia). W świątyniach "Synów Beliala" bardzo wiele było posągów przedstawiających bogów, którym przypisano poszczególne atrybuty (np. ogień, woda, powietrze, ziemia itd.), które to posągi były często wykonywane na podobieństwo największych patriarchów zakonu. Oddawano im cześć boską i palono dla nich kadzidła. Głoszono że tylko zakon jest w stanie przynieść wiernym łaskę bogów i wieczne zbawienie po śmierci. Uwiedli wielu, bardzo wielu z dotychczasowych wyznawców "Jednego Prawa", zgorszonych rozpustą i upadkiem obyczajów swoich kapłanów i kapłanek. To był jeden z powodów, dla których zakon zwyciężył II rebelię "Synów Beliala".

Rebelia (według Cayce'a), rozpoczęła się na prowincji, w kraju, który potem otrzyma nazwę Eden. Wybuchła ona (też według Cayce'a) w roku 50 720 p.n.e. i trwała przez osiem lat. Sama stolica - Atlantyda, miała paść po dwóch latach rebelii (ok. 50 718 r.p.n.e.?), natomiast definitywna klęska w kraju Atlan, którą poniósł ostatni (toltecki) król Atlantydy - Axtell, miała miejsce w piątym roku rebelii (50 715 p.n.e.?). Ostateczny eksodus do Egiptu i upadek twierdzy Axtella w Bel-Ra nastąpił właśnie w roku 50 712 p.n.e. Po tej dacie I Imperium Atlantydy, założone (ok. 70 000 r. p.n.e.) przez czerwonoskórych przybyszy z kontynentu Lamar (na którym powstało potężne cesarstwo MU) - zakończyło swe istnienie. Odtąd rozpoczął się okres rządów zakonu "Synów Beliala", który będzie trwał przez ponad 10 000 lat, do ok. 40 000 r. p.n.e. Po tej dacie Atlantyda wejdzie w okres największego w swych dziejach - rozkwitu, tak politycznego, terytorialnego, militarnego i technologicznego. Rozpocznie się "Złoty Wiek" II Imperium Atlantydy, który będzie trwał do ostatecznego zatopienia wyspy w odmętach oceanu (ok. 12 500 r. p.n.e.).


BEL-RA
 OSTATNIA TWIERDZA KRÓLA AXTELLA 
I WYZNAWCÓW "JEDNEGO PRAWA" NA ATLANTYDZIE




TEOKRACJA "SYNÓW BELIALA"
RZĄDY PATRIARCHÓW
(ok. 50 712 - ok. 40 000 r. p.n.e.)



Alto (według Edgara Cayce'a), miał być pierwszym patriarchą zakonu "Synów Beliala", który władał całą Atlantydą. Odtąd, przez ponad 10 000 lat Atlantyda będzie teokracją, rządzoną przez kapłanów wybieranych spośród najwyższych władz zakonu, którzy przybierali tytuł patriarchów. Jest to okres, o którym wiadomo stosunkowo niewiele, jako że zarówno same channelingi jak i zapiski Ceyce'a skupiają się głównie na okresie późniejszym - tzw.: okresie "Złotego Wieku" Atlantydy, w którym władza kapłanów została znacznie ograniczona, a przywódcami wyspy byli dziedziczni monarchowie z I dynastii Atlantydy, pochodzący z rodu Torvallów (począwszy od pierwszego Białego króla wyspy - Torvalla). Nie znaczy to jednak że zakon "Synów Beliala" ucierpiał na tej zmianie. Ograniczono jedynie władzę i pozycję kapłanów, lecz nie zmieniło to w żadnym razie podstaw religii zakonu. Zmiana polegała więc na tym, że odtąd to królowie będą dzierżyli tytuł "patriarchy". Stanie się to jednak dopiero ok. 40 000 r. p.n.e.




Tymczasem Alto wprowadził pierwsze fundamentalne zmiany tak w strukturze państwowej, jak i społeczno-religijnej kraju. Jedną z kluczowych, wręcz najważniejszych zmian (które potem m.in.: doprowadzą do wielkiego powstania niewolników na wyspie), będzie zakaz sprawowania funkcji kapłańskich przez kobiety. Po przejęciu władzy przez zakon i po tej dacie (50 712 r. p.n.e.?) nie występują już na Atlantydzie kapłanki. Wprowadzono też drastyczne kary w przypadku niepodporządkowania się nowym prawom - czyli ulegania wpływom dawnej religii ("Jedno Prawo") przez ukrywających się kapłanów, głoszenia jakichkolwiek publicznych kazań poza świątyniami, nieprzestrzegania surowego prawa zakonnego (ścisła segregacja kobiet i mężczyzn), oraz właśnie kapłaństwa kobiet. Niszczono wszelkie ślady dawnej religii i kultów, lecz jednocześnie trwała odbudowa tak samej stolicy, jak i innych miast, które uległy zniszczeniu podczas II rebelii "Synów Beliala". Wkrótce Atlantyda odzyskała dawne piękno, choć nie wszystko odbudowano (jak na przykład Błękitnej Świątyni z II Sfery). A co najważniejsze (i co przyniosło ludziom dużą ulgę), wybito wreszcie zwierzęce potwory, kończąc tym samym wojnę ze zwierzętami.

 
MERUVIA 
STOLICA ZAKONU



Prócz odbudowy stolicy i innych miast Imperium ze zniszczeń wojennych, zakon "Synów Beliala" przystąpił w tym czasie do stworzenia miasta zakonnego, które byłoby nowym centrum religijnym Atlantydy, podobnym do dawnego Atla-Ra. Rozpoczęto więc budowę miasta świątynnego - Meruvii, w której wzniesiono wielką świątynię zakonu "Synów Beliala", zwaną: "Świątynią Oczyszczenia". Była ona ukształtowana w formie sześciokąta a każdy z jej boków stanowił drogę wiodącą ku świątyni. Powstała ona w podzięce "bogom" za zwycięstwo w wojnie ze zwierzętami. Tam kształcono nowych kapłanów, tam też rozpoczęto badania nad ulepszaniem nowych rodzajów broni, tam stworzono kryształy. Kryształy generowały wielką energię i mogły być użyte zarówno do celów medycznych, komunikacyjnych, grzewczych, oświetleniowych i przesyłowych jak i destrukcyjnych - niszczących. Polegało to na tym że w kryształach kumulowała się energia słoneczna (pozyskiwana bezpośrednio ze słońca dzięki technologii Atlantów) jak i energia księżyca oraz innych gwiazd. We wnętrzu tych kryształów odbywał się nieustanny magiel energetyczny. Tworzyło to z nich zarówno pożądane źródło światła, ciepła, a nawet dźwięku (za ich pomocą odtwarzano muzykę oraz fotografowano i przesyłano obrazy - także te będące za ścianą). Cała potęga II Imperium Atlantydy oparta była na technologii wykorzystania i przetwarzania energii kryształów. Świątynia przetrwała aż do zagłady wyspy i jej zatonięcia w oceanie (ok. 12 500 r. p.n.e.).



BUNT i WIELKIE 
POWSTANIE NIEWOLNIKÓW


ATLANT - LYSSAR



W tym też okresie (ok. 47 000 r. p.n.e.), wybuchło na Atlantydzie wielkie powstanie niewolników. Powstanie było efektem powszechnego sprzeciwu Czerwonoskórych mieszkańców Atlantydy, którym albo nie udało się ewakuować z wyspy w czasie II rebelii "Synów Beliala", albo też z własnej woli pozostali oni na Atlantydzie. Wszyscy Czerwonoskórzy mieszkańcy wyspy, bez względu na to, czy wywodzili się od Praturańczyków, Prasemitów, Rmoahalów, Tlawatlów czy Tolteków (ostatnich władców wyspy), po przejęciu władzy przez zakon "Synów Beliala" (złożony w ogromnej mierze z Białej ludności - dawnych uciekinierów z planety Malona, czy przybyszy z Alpha Centauri oraz Syriusza), zostali oni zamienieni w niewolników. Czerwonoskórzy utracili wszelkie prawa polityczne i społeczne, stali się własnością nowych Białych panów Atlantydy. Dawni mieszkańcy wyspy, którzy do niedawna sami posiadali niewolników i częstokroć wywodzili się z wpływowych kapłańskich rodzin ("Jedno Prawo"), sami teraz (lub ich potomstwo) stali się niewolnikami nowej kapłańskiej elity, która stosowała wobec nich ogromny ucisk.

Na czele buntu i późniejszego powstania - które przerodziło się w wojnę niewolniczą - miał stanąć (według Edgara Cayce'a) niejaki LYSSAR. Nie był on jednak niewolnikiem, lecz wolnym, Białym człowiekiem i sam początkowo posiadał wielu niewolników. Następnie uwolnił ich wszystkich i rozpoczął próbę zniesienia niewolnictwa na wyspie i równouprawnienia pozostałej Czerwonoskórej ludności z nowymi władcami. Nie udało mu się to, lecz swym działaniem zyskał taką popularność wśród niewolników, że ci ogłosili go swym przywódcą, a potem... królem. Przyjął więc dawny tytuł królewski - ATLANTA i stanął na czele buntu. Według Cayce'a, miał niebieskie oczy i białą skórę. Wzniecił bunt do którego bardzo szybko dołączali niewolnicy z innych dzielnic państwa. Ruszył z tą nowo stworzoną armią niewolniczą ku centrum kraju, tam planował stworzyć nowe państwo, w którym wolność uzyskają wszyscy dawni niewolnicy. Rozpoczął tam też budowę miasta-stolicy, którą nazwano - EMERAD (zwane również "Małą Atlantydą"). Nowy władca poślubił jedną z wyzwolonych tolteckich kobiet o imieniu - KAATIDE. Stworzył też silną armię, zdolną opierać się atakom sił zbrojnych zakonu. W jego armii służyli tak mężczyźni jak i kobiety.


EMERAD
("MAŁA ATLANTYDA")



Udało się powstańcom opanować całą prowincję PEOS. Przeprowadzili też kilka mniej lub bardziej udanych prób ataku na dwie pozostałe prowincje - SUS i ALTĘ, jednak nie udało im się ich opanować. Powstanie trwało dość krótko ok. 30 lat (co w porównaniu z ówczesną długością życia Atlantów, która przekraczała 1000 lat, nie było zbyt długim okresem czasu). Wiadomo jedynie że powstańcy ponieśli klęskę w ziemi Peos, oraz że po rocznym oblężeniu upadło - Emerad. Nic nie wiadomo o losach Lyssara i jego małżonki po zakończeniu buntu. Natomiast pozostałych przy życiu zbuntowanych niewolników ukarano bardzo brutalnie - pozbawiając ich ciała krwi. W późniejszych latach (po 25 000 r. p.n.e.), już po wprowadzeniu "Odnowy Religijnej" kapłana Ozyrysa, wybuchnie kolejne powstanie (tym razem jednak Białej ludności wyspy), które zakończy się deportacją buntowników na ziemie dzisiejszej Grecji - jako IONÓW (co znaczyło - buntowników).




CDN.

22 kwietnia 2026

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XIII

NARODZINY




 Tak więc dusze czekające na swoje nowe życie, ostatni raz śmieją się, dowcipkują i przekomarzają w gronie swych znajomych, swojej "paczki". Są też takie dusze, które w tym "ostatnim" momencie pozostają ciche i spokojne, całkowicie skupione na oczekiwaniu tego, co ma nadejść, czyli - "nieuchronnych" ponownych narodzin. Ostatni raz cieszą się wszechwiedzą którą tutaj nabyli (a raczej jedynie przypomnieli sobie). Wiedzą dobrze że wraz z ponownym "wejściem" do fizycznego ciała - utracą tę pamięć i to częstokroć powoduje żal przed opuszczeniem "Tamtego Świata", a zwłaszcza przed rozłąką z przyjaciółmi. Niektórzy wręcz dla żartów "robią zakłady" (jeśli można to w ogóle tak nazwać), typu: "Zobaczysz, jak tu powrócisz, to też nie będziesz niczego pamiętał, tak jak poprzednio", albo: "Żeby was ponownie ujrzeć, znów będę musiał umrzeć, to takie nieprzyjemne uczucie - nie lubię umierać!" itp. Potem (lub w międzyczasie) krótka rozmowa z Przewodnikiem i dopracowanie ostatnich szczegółów, ostatnich wskazówek (to wszystko trochę przypomina żołnierzy szykujących się do kolejnej misji lub bitwy). Na pytanie hipnoterapeuty: "Co czujesz w tej chwili, tuż przed swoimi narodzinami?", kobieta poddana hipnozie odpowiedziała: "Jestem podekscytowana, znów przez to przechodzę, ale... nie mogę się już tego doczekać".

Gdy Przewodnik stwierdzi że: "Już czas", następuje z reguły... kolejne, już "ostatnie" pożegnanie z grupą (świadczy to o niezwykłej bliskości członków grupy względem siebie - zresztą trudno się temu dziwić, skoro inkarnują ze sobą od początku). Gdy zakończymy pożegnanie i jesteśmy gotowi do "skoku" w kolejne ciało (niektóre osoby poddane hipnozie właśnie tak nazywają ów moment wejścia duszy do nowego ciała), zaczynamy powoli unosić się w górę, ponad naszą grupę. Towarzyszy nam oczywiście nasz Przewodnik i to on odprowadza nas w stronę "życia fizycznego". Unoszą się razem - dusza i jej Przewodnik, wzbijanie zaczyna też nabierać tępa i szybkości. Szybkość się wzmaga, tak, że w pewnym momencie nasz Przewodnik musi już nas opuścić, dalej "płyniemy" (a raczej pędzimy) sami. Wracamy tą samą drogą, którą tutaj przyszliśmy, przez pas gęstych chmur (które opisałem we wcześniejszych częściach). Zaczynają pojawiać się fałdy i kolory tracą swą przejrzystość a pozostają jedynie różne odcienie bieli. Przyspieszamy jeszcze bardziej, obraz staje się zamazany i mało widoczny, ale my pędzimy dalej, aż wreszcie... koniec drogi - spadamyyyy!

Jesteśmy w ciemnym tunelu (najprawdopodobniej jest to ten sam "tunel", przez który przeszliśmy po naszej ostatniej śmierci). Dokoła nas panuje ciemność, ale nie trwa to długo, zresztą nic nie czujemy, nic, wcale - zaraz, zaczynamy coś odczuwać, tak, czujemy - CIEPŁO, tak nam ciepło! Gdzie jesteśmy? Co to za ciasne miejsce? Ciasne, ale tak ciepłe, tak przyjemne - co to może być? Rozglądamy się na boki - no tak, jesteśmy już w łonie naszej przyszłej mamy. Ale My, gdzie My dokładnie jesteśmy? Na tak postawione pytanie hipnoterapeuty, badana kobieta odpowiedziała: "Jestem tam w środku, jestem w niemowlaku, a raczej... ja jestem niemowlęciem". Teraz jest czas na "przywyknięcie do fizyczności". Nasze ciało (fizyczne) nie jest jeszcze ukształtowane, kształtuje się powoli, a my widzimy jak rosną nam paluszki, jak powoli zaczyna zmieniać się nasz wygląd, jak rośniemy. Przez ten czas otula nas ciepło matczynego łona, spokój i błogostan. Ten czas jest przeznaczony właśnie na aklimatyzację w fizyczności, zaakceptowanie ponownego materialnego "kostiumu" i odpowiednie jego "dopasowanie". Ten czas "aklimatyzacji", ma nas przygotować do czegoś gorszego, co dopiero przed nami - do narodzin.

Narodziny (i potwierdzają to osoby poddane sesjom hipnoterapeutycznym), to najgorsza rzecz, jaka nas spotyka na tym świecie (tak mówią ci ludzie i dodają, że narodziny są o wiele gorsze i straszniejsze dla duszy "zamkniętej" w ciele noworodka - nawet od samego momentu śmierci). Taka dusza jest przerażona, a dlaczego tak się dzieje? Najpierw oślepiające światło szpitalnych lamp, potem pojawia się coś dużego i nieprzyjemnego, co chwyta nas i wyciąga z naszego miłego i ciepłego miejsca - to oczywiście ręce lekarza albo tego, kto przyjmuje poród. Wychodzimy na światło dzienne, światło jest oślepiające, poza tym zaczynamy nabierać powietrza, to jest... takie dziwne? Powietrze "leci" nam do ust i nosa, zaczynamy się krztusić (długo nieprzyzwyczajeni do takiego oddychania - wcześniej oddychaliśmy w łonie matki). Wszyscy nas dotykają, to takie nieprzyjemne, te łapska - zaczynamy płakać, nie chcemy odchodzić z matczynego, ciepłego łona. Ale już jesteśmy na zewnątrz, lekarz przecina pępowinę i mama bierze nas na ręce - to moja mama? - zapytujemy. Co ciekawe, przebywając w łonie matki, dusza nie od razu łączy się z fizycznym (kształtującym się) mózgiem noworodka, dzieje się to trochę później, jednak już w chwili narodzin zarówno nasz duchowy umysł, jak i "nasz" fizyczny mózg - stanowią odtąd jedno i to samo.

Zaczyna się z nami dziać coś dziwnego i nie mam tu na myśli obłapiających nas po całym ciele - wielkich ludzkich rąk; zaczyna się coś innego, niewidocznego - nasza dusza powoli zaczyna... zapominać to, co przeżyła w "Zaświatach". Tworzy się też nasze indywidualne ego, które kształtuje się na zasadzie obawy o przeżycie w tych dziwnych warunkach. Nasze ego "fizyczne" powoli, lecz bardzo intensywnie - zaczyna "zagłuszać" nas samych, czyli umysł naszej niefizycznej duszy. Zaczynamy odbierać świat w kategoriach: "Ja i to wszystko wokół mnie". Leżymy więc w pobliżu kobiety, w której łonie spędziliśmy ostatnie dziewięć miesięcy i myślimy sobie: "Słuchajcie, jestem głodny, dajcie mi jeść, a w ogóle, przeciąg tu jakiś czy co - zimno mi w tym kocyku, dajcie jakieś ubranko". Tak właśnie zaczynamy odbierać świat, już wraz z pierwszym naszym oddechem - indywidualistycznie i niestety coraz bardziej egoistycznie. A to dopiero przedsmak tego, co czeka nas w kolejnych latach naszego życia, gdy nasz egocentryzm jeszcze bardziej się umocni - "A tak w ogóle to czy nie uzgadnialiśmy z kimś jakichś celów, jakiegoś zadania, jakiejś lekcji do odrobienia? - nieważne dajcie mi mleka i... podkręćcie wreszcie to ogrzewanie!" (🥴) I tak zaczynamy kolejną "zabawę" naszego życia!



"SYNCHRONIZACJA" - DUSZY I CIAŁA




O co chodzi i na czym polega owa "synchronizacja duszy i ciała?" Czyżby dusza miewała problemy z "dogadaniem" się z ciałem fizycznym nim nastąpi moment narodzin? My, żyjący już ludzie, raczej nie widzimy w tym większego problemu (zresztą - rzadko kiedy widzimy jakiekolwiek "problemy" duszy), gdyż uważamy że (jeśli dusza istnieje) proces zjednoczenia jej z ciałem powinien być naturalny i oczywisty, a w każdym razie - zupełnie bezproblemowy. Otóż okazuje się właśnie, że ów proces wcale nie jest taki bezproblemowy (a przynajmniej nie we wszystkich przypadkach). Należy bowiem pamiętać że dusza posiada Wolną Wolę. Prócz niej posiada jaźń, którą możemy nazwać "EGO". Ale tworzące się ciało fizyczne noworodka również zaczyna kształtować coś, co można by określić jako szczątkowe ego. Dusza, która wchodzi (wpływa) do ciała nienarodzonego jeszcze płodu, napotyka na swej drodze owo szczątkowe ego, którym jest... tworzący się mózg dziecka. Teraz należy "tylko" dostroić się do "częstotliwości" dziecięcego mózgu i proces synchronizacji będzie zakończony. Tylko...? To jest właśnie najtrudniejsze zadanie z jakim musi sobie poradzić dusza na tym etapie fizycznego rozwoju ciała.

Pewien mężczyzna poddany hipnozie tak opisuje moment wejścia do ciała nienarodzonego płodu, w którym przyjdzie mu po narodzinach żyć: "Na początku, gdy wchodzę do łona mej matki, delikatnie podrażniam zwoje mózgowe płodu. Szukam, sonduję, badam - muszę wiedzieć o nim jak najwięcej". Dzięki temu można odebrać nie tylko wiadomości z niewykształconego mózgu noworodka, lecz także odczucia matki na poziomie emocjonalnym. Wiemy wówczas czy dziecko jest chciane czy niechciane, czy matka spodziewa się jego narodzin, czy też cała ta ciąża jest dla niej ogromnym brzemieniem, a dziecka najchętniej by się pozbyła. Bardzo ważne w tym momencie jest dopasowanie i synchronizacja duszy i dziecięcego mózgu, gdyż niedopasowanie może skutkować pewnymi psychicznymi "urazami" już po narodzinach. Ważne jest też, by dusza - która wnika do nienarodzonego jeszcze płodu, nie traktowała owych "matczynych reakcji" jak prawdy objawionej i nie alienowała się od niej (zdarza się tak właśnie w przypadku braku synchronizacji), ani będąc w łonie, ani potem już po narodzinach.

Jeśli dusza uzna, że pomimo jej wytężonych wysiłków, nie zdoła zsynchronizować swego umysłu z mózgiem dziecka przed jego narodzinami, może poprosić o... zmianę ciała. Chodzi tutaj o to, że inna dusza zajmuje miejsce tej pierwszej w nienarodzonym płodzie, a nasza opuszcza je bez żalu. Ważne jednak by stało się to jeszcze przed narodzeniem dziecka. Gdy dziecko się urodzi, wszelka zmiana jest już niemożliwa, nawet jeśli duszy nie udało się doprowadzić synchronizacji do końca. A co jeśli nie dojdzie do owej synchronizacji? Odpowiedź nie jest trudna, wystarczy przejrzeć listę seryjnych morderców, gwałcicieli, maniaków i szalonych dyktatorów (typu Hitler, Stalin, Kim Dzong-il). Oczywiście brak synchronizacji nie oznacza równocześnie, że dane ciało w którym przebywa dusza, będzie na pewno jednym z wyżej wymienionych. Nie! Ale właśnie wówczas istnieje największe prawdopodobieństwo że tak się może stać (co nie znaczy że się stanie). Wszystko zależy od innych bodźców, od procesu wychowania, socjalizacji, otoczenia dziecka i wielu innych zewnętrznych czynników, na które sama dusza nie ma najmniejszego wpływu.

Ale właśnie tak ma być, gdyż to też jest część planu jaki my musimy przejść. Ciała które mamy do wyboru w "Świecie Dusz", nie są wzięte "z księżyca". Każdy z nich odpowiada pewnym naszym właściwościom charakteru i dlatego łączą zarówno nasze wady jak i zalety. Chodzi o to, by stworzyć specyficzną, złożoną osobowość, pełną najróżnorodniejszych przeciwieństw, a jednocześnie by dusza, która "steruje ciałem", potrafiła na tyle zapanować nad ową "kierownicą", by cały "pojazd" (ciało fizyczne) nie "wpadał w poślizg", lub by nie "wypadał z drogi po której jedzie". Do tego właśnie służy ten skomplikowany i trudny proces synchronizacji duszy i ciała. Pewna kobieta - podczas sesji hipnoterapeutycznej - tak właśnie opisuje (z perspektywy siebie, czyli duszy) swój związek z kobiecym ciałem fizycznym: "Będąc w niej, czuję się jakbym jechała kolejką górską pod górę. Jest taka lekkomyślna i taka niespokojna. Wciąż wplątuje się w tyle najróżniejszych i nieprzemyślanych sytuacji, których potem nie potrafi zakończyć. Wielokrotnie próbuję ją powstrzymać przed popełnianiem najróżniejszych głupot, ale nie zawsze mnie słucha. Mimo to mam z nią dużo frajdy. Ten ciągły pęd za czymś nowym, ta pogoń za nieznanym. Ale jazda!"

A dlaczego "nie zawsze jej słucha?" Dlaczego ciało nieraz robi jedno, choć dusza chce by uczyniło coś innego? A dlaczego w samochodzie czasem puszcza układ hamulcowy i trudno jest zapanować nad pojazdem, lub dochodzi do jakiejś innej niespodziewanej okoliczności np. wyciek oleju? W przypadku samochodu ważny jest przegląd i dbanie by wszystkie elementy ze sobą współpracowały (czyli by były sprawne), tak samo jest z fizycznym ciałem i próbującą nad nim zapanować duszą. Tu nieodzowna jest SYNCHRONIZACJA. Są jednak ludzie, którzy po usłyszeniu o owej dwoistości (duszy i ciała), oraz braku niekiedy elementów którymi dusza może zapanować nad "swoim pojazdem", dochodzą do wniosków że jednak... jesteśmy śmiertelni. To znaczy że ciało, które również posiada swe własne pragnienia i ciągoty i które realizuje je niekiedy wbrew duszy - to właśnie jesteśmy my, zaś owa dusza to "coś innego", jakiś obcy twór, lecz nie wiadomo dokładnie jaki. Twierdzą że jeśli jest tak, że dusza może mieć problem z "poskromieniem ciała" to wszystko co nas spotyka za życia, jest jedynie wrażeniem doczesnym ciała, których dusza doświadcza tylko w niewielkiej ilości.

Jest to błędna konstrukcja myślowa. Błędna, gdyż osobowość ciała - które umiera - nie jest kształtowana jedynie przez to ciało, lecz przede wszystkim przez duszę (brak synchronizacji w niczym tu na dobrą sprawę nie przeszkadza). Owszem, ciało umiera, ale... wszystko co przeżyło, czego doświadczyło, czego spróbowało i co zaważyło na jego losach za życia, to wszystko jest "zmagazynowane" w pamięci duszy (nie fizycznego mózgu, który również nie jest trwały). To dusza właśnie zabiera tę zmagazynowaną pamięć do "Świata Dusz", to dusza później wielokrotnie "Tam" odtwarza relacje które przeżyła i których doświadczyła w ludzkim ciele tu na Ziemi (np. tworząc domki, zamki, lasy, góry, lub przybierając takie inkarnacje, w jakich kiedyś żyła a które najbardziej polubiła - o tym wszystkim pisałem w poprzednich tematach). Ciało umrze i potem nastąpi jego naturalny biologiczny rozkład - lecz dusza, która nie posiada ani początku, ani końca - nigdy nie zapomni tego, co przeżyła na Ziemi w określonym ciele, czasie i miejscu. Ta pamięć będzie z nią przez cały czas, aż do momentu, gdy w końcu powróci do Domu i zjednoczy się z Bogiem (czyli... z częścią samej siebie, rozumianą jako Źródło-Całość-Zbiorowość).

Dusza, która wchodzi do ciała nienarodzonego jeszcze płodu, od razu próbuje złączyć się z mózgiem noworodka. Jednak nie zawsze się to udaje i proces ten niekiedy trwa dość długo, nim mózg "zaakceptuje" nowego współlokatora (tym współlokatorem oczywiście jest dusza). Pewien mężczyzna poddany hipnozie, tak opisuje swój pierwszy kontakt z niewykształconym jeszcze mózgiem płodu: "Gdy łączę się z mózgiem nienarodzonego płodu, zwykle proces ten przebiega sprawnie, a ja bardzo szybko zostaję zaakceptowany jako nowy współlokator. Ale trzy życia temu połączyłem się z wyjątkowo tępym mózgiem. Uważał on moje pojawienie się za inwazję". Hipnoterapeuta zapytał: "Skoro uznał cię za "obcy element", to czy chciał od razu się ciebie pozbyć?", "Nie!" - odpowiada mężczyzna - "To był bardzo gęsty umysł, zamglony obszarami gęstej energii. Poszczególne jego strefy były pooddzielane od siebie - to właśnie spowodowało opór przed zaakceptowaniem mnie. Takie ospałe umysły kosztują mnie po prostu więcej pracy". "Co było dalej?" - zapytuje hipnoterapeuta. "Zacząłem pobudzać go do działania, lekko podrażniając zwoje mózgowe, ale wyczułem jednocześnie że on nie chce być przeze mnie pobudzany. W ogóle nie chce mu się myśleć, do czego go prowokowałem". "A spodziewałeś się że to pójdzie gładko?" - zapytuje hipnoterapeuta. "Podczas wyboru nowego życia, widziałem już ukształtowany mózg dorosłego mężczyzny - końcowy rezultat mojej pracy. Ale nie spodziewałem się że będę miał tyle kłopotów z dostrojeniem się do umysłu nienarodzonego dziecka".

W końcu udało się duszy tego mężczyzny "pobudzić" mózg niemowlęcia do działania i został przez niego zaakceptowany. Jak jednak wygląda owo dostrajanie się i synchronizacja duszy i ciała? Dusza nigdy (przynajmniej hipnoterapeuci nie mówią o żadnym takim przypadku) nie wchodzi do nienarodzonego płodu przed trzecim miesiącem ciąży. Nie czyni tego, gdyż nie ma to większego sensu. Mózg płodu jest bowiem jeszcze w fazie szczątkowej - a to właśnie on będzie głównym kluczem, który ma wprowadzić duszę do fizycznego ciała. Dusze wchodzą do ciał pomiędzy czwartym a szóstym miesiącem ciąży (i znowu, hipnoterapeuci mówią że nie spotykają dusz, które uczyniłyby to później, gdyż wówczas miałyby zbyt mało czasu na dostrojenie się do umysłu niemowlęcia i synchronizację z nim). Moment wejścia wygląda następująco. Dusza, która właśnie "wpłynęła" do łona swej przyszłej matki, natychmiast po wejściu do płodu, wytwarza duże pokłady energii (a konkretnie ciepłej "czerwonej energii"), kierując jej strumień w kierunku kręgosłupa niemowlęcia. Energię tę dusza rozprowadza po całym kręgosłupie w górę i w dół, cyklicznie wzdłuż sieci neuronów prowadzących bezpośrednio do mózgu. Dzięki temu dusza poznaje efektywność transmisji myśli i nerwów czuciowych płodu. Następnie delikatnie "podrażnia" zewnętrzną tkankę mózgową. To, co w tym momencie czyni dusza, przypomina (jak wyraził się o tym cytowany wyżej mężczyzna) "włączenie świateł w ciemnym pokoju", gdyż mózg dziecka przed tą czynnością jest ciemno-szary.

Gdy praca ta zostaje ukończona, poszczególne przewody mózgowe powoli zaczynają świecić, czyli oddziaływać, a co za tym idzie - myśleć. Teraz przychodzi kolej na uporanie się z "drzewem" (to też określenie owego mężczyzny). Owe "drzewo" to nic innego jak pień mózgowy nienarodzonego płodu. Dusza umiejscawia się pośrodku obu półkul mózgowych, a potem delikatnie przesuwa się wokół jego zwojów, sprawdzając tym samym funkcjonowanie poszczególnych obwodów. Sprawdza gęstość energii we włóknach kory mózgowej w poszukiwaniu zatorów (zbyt gęsta ilość energii w dużych połaciach kory mózgowej powoduje blokadę neuronową, a to automatycznie zmniejsza sprawność myślenia i działania mózgu). Gdy dusza napotyka zbyt gęste pokłady energii w zwojach kory mózgowej, przystępuje do "odkurzania", czyli usuwania tej nagromadzonej i niepotrzebnej energii w celu skuteczniejszego pobudzenia do działania fal mózgowych noworodka. Gdy ta praca zostanie doprowadzona do końca, następuje dopasowywanie poziomów oscylacyjnych (są to medyczne sformułowania, gdyż ów mężczyzna ma właśnie wykształcenie medyczne, w innym przypadku opisy nie byłyby tak fachowe) do naturalnych rytmów fal mózgowych noworodka. Gdyby jeszcze zwiększyć prędkość połączeń neuronalnych mózgu, żyjący człowiek byłby w stanie rozwinąć sztukę telepatii (to już powolutku następuje, poszczególne dusze mają ponoć coraz łatwiejsze zadania i w pewnej - być może niezbyt odległej - przyszłości, dusze będą już mogły zwiększać szybkość tych połączeń, umożliwiając ludziom komunikowanie się na odległość za pomocą myśli, a nie tylko mowy werbalnej).

Kształtujący się mózg płodu, nim przeniknie do niego dusza, jest - można by tak rzec - całkowicie prymitywny. Nie zdaje sobie sprawy nie tylko ze swojego położenia (ani miejsca w którym się znajduje - czyli łona matki), ale także nie ma zielonego pojęcia że w niedalekiej przyszłości czekają go narodziny. Jeśli dusza pojawia się wówczas, gdy zarówno mózg jak i ciało płodu są już w dużej mierze ukształtowane, wejście do ciała nie jest wtedy łatwe i szybkie (i nie powinno takie być, gdyż niektóre niedoświadczone, młode dusze nic sobie z tego nie robiąc, "pakują się do środka" niemowlaka "na siłę", mimo że ten nie wie nawet kim jest to, co właśnie przed sobą ujrzał - a to powoduje pewnego rodzaju opór przed połączeniem z ową duszą). Dusza doświadczona, nim wejdzie do mózgu takiego już prawie wykształconego niemowlęcia, najpierw wita się z nim i (co ciekawe) odpowiada na jego pytania. Płód, w końcowym okresie ciąży, ma już na tyle wykształcony mózg (choć nadal nie zdający sobie sprawy co się wokół niego dzieje), że może... zadawać pytania. Widząc duszę, która nagle objawiła mu się przed oczami, próbuje jej dotknąć, a gdy to się nie udaje, pyta (wysyła komunikat w formie myśli oczywiście): "Kim ty jesteś i czego chcesz ode mnie?". Dusze z reguły odpowiadają: "Cześć, jestem Twoim Przyjacielem. Przyszedłem tutaj aby się z Tobą pobawić. Wpuść mnie do siebie, a zobaczysz jak fajnie będziemy się razem bawili".

Hipnoterapeuta - na tak udzielone wyjaśnienie, dotyczące sposobu przenikania duszy do już prawie ukształtowanego ciała niemowlęcia, zapytał: "Czy swoim nagłym pojawieniem się nie powodujesz u dziecka uczucia strachu?". "Nie" - odpowiedział mężczyzna, "Mózg dziecka jest jeszcze zbyt prymitywny, by mógł odczuwać strach, on nie wie nic, co się wokół niego dzieje. Gdy więc się z nim witam i wysyłam myśli o miłości i przyjaźni - niemowlę akceptuje mnie natychmiast i uznaje za część siebie. Tylko nieliczni dłużej się opierają". "Ale czy ty go przypadkiem nie wprowadzasz w błąd, mówiąc że chcesz się z nim pobawić, gdy tymczasem opanowujesz jego umysł?" - zapytuje dalej hipnoterapeuta. "Czy ty naprawdę traktujesz mnie jak jakiś "obcy element? Przecież to ciało powstało właśnie dla mnie, po to abyśmy byli razem - on i ja będziemy wkrótce stanowili jedność, a teraz musimy się do tego po prostu przygotować" - odpowiedział pacjent poddany hipnozie. "Rozumiem że w momencie narodzin zarówno mózg dziecka, jak i umysł twej duszy są już połączone w jedno i proces o którym mówisz, jest już zakończony?" - dopytuje hipnoterapeuta. "Widzisz, nie do końca! Tak naprawdę funkcjonujemy trochę oddzielnie. Ja na przykład złączyłem swój umysł z mózgiem dziecka w tym wcieleniu w czwartym roku życia, choć były i takie życia, gdzie łączyłem się nawet i w piątym-szóstym roku życia dziecka. Zbyt szybkie, gwałtowne złączenie naszych umysłów, nie jest bowiem korzystne dla mózgu niemowlęcia" - odpowiada mężczyzna.


CDN.
 

21 kwietnia 2026

PRZEPOWIEDNIA...

...z TĘGOBORZA!





Dnia 23 września 1893 r. we wsi Tęgoborze (w dzisiejszym powiecie nowosądeckim) odbył się seans spirytystyczny z udziałem hrabiego Władysława Wielogłowskiego. Hrabia spisał ową przepowiednię, podobnie jak i wcześniejsze swe "rozmowy z duchami" i zamknął w swym prywatnym archiwum. Tekst przepowiedni po raz pierwszy został upubliczniony w roku 1912 w "Gazecie Narodowej" wychodzącej we Lwowie. Ponownie powtórzony został 27 marca 1939 r. w przedwojennym IKC-u (Ilustrowanym Kurierze Codziennym)
Oto ona.

Poniżej prezentuję jej tekst - wraz z własną interpretacją słów po każdej zwrotce:



"W dwa lat dziesiątki nastaną te pory,
Gdy z nieba ogień wytryśnie.
Spełnią się wtedy pieśni Wernyhory,
Świat cały krwią się zachłyśnie"


Słowa te można interpretować jako zapowiedź nadciągającej katastrofy, którą dla tamtego świata tzw.: "ancien regime'u" stanowił wybuch I Wojny Światowej. Wybuchła ona bowiem w "dwa lat dziesiątki" licząc od 1893 r. czyli w 1914 r. I Wojna Światowa była prawdziwą hekatombą i pochłonęła życie milionów ludzi i to zarówno żołnierzy jak i cywilów (była to bowiem pierwsza nowoczesna wojna, w której wrogami byli nie tylko żołnierze przeciwnych armii, lecz także cywilni obywatele wrogich państw).






"Polska powstanie ze świata pożogi,
Trzy orły padną rozbite,
Lecz długo jeszcze los jej jest złowrogi,
Marzenia ciągle niezbyte"


Polska odzyskała swą niepodległość w listopadzie 1918 r. w chwili gdy wszystkie trzy zaborcze imperia "padły rozbite" (godłem wszystkich trzech państw Prus/Niemiec, Austrii/Austro-Węgier i Rosji był dwugłowy, czarny orzeł stylizowany w różnych formach w zależności od państwa). "Lecz długo jeszcze los jej jest złowrogi" - po zakończeniu I Wojny Światowej jeszcze przez kilka lat odrodzona Rzeczpospolita musiała walczyć o swój byt, o "prawo do życia" pośród innych narodów Europy.






"Gdy lat trzydzieści we łzach i rozterce
Trwać będą cierpienia ludu,
Na koniec przyjdzie jedno wielkie serce
I samo dokona cudu"


"Gdy w lat trzydzieści..." - te słowa można interpretować począwszy od roku w którym owa przepowiednia została wygłoszona, czyli od 1893 przez "30 lat" (przepowiednie mają to do siebie, że nie zawsze odnoszą się konkretnie do zjawisk, miejsc czy dat, tak, jak to formułują), zatem owe 30 lat można odnieść do roku 1920, zaś stwierdzenie "Na koniec przyjdzie jedno wielkie serce i samo dokona cudu" - jako odniesienie do postaci Józefa Piłsudskiego i stworzonej przez niego Armii, która rozbiła bolszewicki marsz na Europę u bram Warszawy w sierpniu 1920 r.



"Gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi,
Skrzydła rozłoży złowieszcze,
Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi,
Siła przed prawem jest jeszcze"


Tutaj mamy już oczywiste odniesienie do hitlerowskiej swastyki, którą jako swój symbol przyjęli niemieccy narodowi socjaliści - "Gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi" (swastyka - splugawiony krzyż - a "czarny orzeł" to oczywiście Niemcy których jest godłem). "Skrzydła rozłoży złowieszcze" - odniesienie do nazistowskiej idei Lebensraumu (przestrzeni życiowej dla Niemiec). "Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi, Siła przed prawem jest jeszcze" - ta część przepowiedni odnosi się niewątpliwie do upadku "dwóch państw" - aneksji Austrii przez hitlerowskie Niemcy w marcu 1938 r. oraz upadku Czechosłowacji od października 1938 r. do marca 1939 r. Hitler stosował politykę "faktów dokonanych", twierdząc że "silnego nikt z jego działań rozliczał nie będzie".



"Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje;
Gdy oczy na wschód obróci
Krzyżackie szerząc swoje obyczaje,
Z złamanym skrzydłem powróci"


"Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje, Gdy oczy na wschód obróci" - odnosi się zapewne do wojny na dwa fronty, przeciwko Wielkiej Brytanii, a potem Stanom Zjednoczonym i ich sojusznikom, oraz przeciw Związkowi Sowieckiemu, którego zaatakują Niemcy 22 czerwca 1941 r. "Krzyżackie szerząc swoje obyczaje" - chodzi tutaj zapewne o przytoczenie dawnych krwawych najazdów i gwałtów zadawanych przez rycerzy Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, czyli "Krzyżaków" w czasie ich podboju Prus, Pomorza, Kujaw i porównanie ich z niewyobrażalnymi zbrodniami dokonywanymi przez "bohaterski Wehrmacht" na wschodzie Europy. "Z złamanym skrzydłem powróci" - zapowiedź niemieckiej klęski ataku na Związek Sowiecki.


 
"Krzyż splugawiony razem z młotem padnie.
Zaborcom nic nie zostanie.
Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie,
A w Gdańsku port nasz powstanie"


"Krzyż splugawiony razem z młotem padnie" - jest to zapewne zapowiedź klęski dwóch największych totalitaryzmów w historii ludzkości - Niemiec w 1945 r. - "splugawiony krzyż" i Związku Sowieckiego w latach 1989/1991 - "młot". Dalsza część zwrotki odnosi się do wskrzeszenia Polski po II Wojnie Światowej.



"W ciężkich zmaganiach z butą Teutona
Świat morzem krwi się zrumieni.
Gdy północ wschodem będzie zagrożona
W poczwórną jedność się zmieni"


"W ciężkich zmaganiach z butą Teutona (Niemcy) Świat morzem krwi się zrumieni" - kolejne odniesienie do tragedii II Wojny Światowej, Holocaustu i masowych mordów Polaków, Rosjan i innych Słowian w Europie Środkowo-Wschodniej. "Gdy północ wschodem będzie zagrożona" - tu już mamy zapowiedź "zimnej wojny", zaś "północ" to tzw.: kraje NATO, Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych (czyli "półkuli północnej" - czyli Sojuszu Północnoatlantyckiego), zaś "wschód" to oczywiście Związek Sowiecki. "W poczwórną jedność się zmieni" - odniesienie do powstania Organizacji Narodów Zjednoczonych, które grupują państwa ze wszystkich czterech kontynentów naszej planety (choć obecnie ONZ już wyczerpało swoją formułę i nie spełnia swej pierwotnej roli).



"Lew na zachodzie nikczemnie zdradzony
Przez swego wyzwoleńca
Złączon z kogutem dla lewka obrony
Na tron wprowadzi młodzieńca"


"Lew na zachodzie" - prawdopodobnie określenie odnoszące się do Wielkiej Brytanii, choć sądzę iż raczej chodzi tu o USA. "Nikczemnie zdradzony" - trochę pogmatwane, jak to w przepowiedniach, sądzę jednak że mowa tu jest o porzuceniu USA i koncepcji euroatlantyckiej "przez swego wyzwoleńca", czyli przez Francję (Francja bowiem, wraz z objęciem prezydentury przez Charlesa de Gaulle'a, wystąpiła ze struktur wojskowych NATO w 1966 r. i zaczęła zbliżać się ku Wschodowi, realizując koncepcję de Gaulle'a tzw.: "Europy od Atlantyku do Uralu" i "Trzeciej drogi", lub też "Trzeciej siły". Chodziło oczywiście o zbudowanie państw u boku Francji, jako tzw.: "trzeciej drogi", która byłaby siłą mogącą konkurować zarówno z NATO jak i z Układem Warszawskim). Oczywiście stwierdzenie "wyzwoleniec" odnosi się do wyzwolenia Francji głównie przez siły amerykańsko-brytyjskie podczas II Wojny Światowej (Amerykanie i Brytyjczycy dwa razy w XX wieku pomogli Francuzom uniknąć niemieckiej niewoli, być może dlatego dzisiaj Francuzi tak bardzo za to nienawidzą USA. Nikt bowiem nie lubi mieć długów wdzięczności). "Złonczon z kogutem dla lewka obrony Na tron wprowadzi młodzieńca" - prawdopodobnie chodzi tu o objęcie władzy przez prezydenta USA Johna F. Kennedyego i jego próby ponownego "pozyskania" Francji. Może się to też odnosić do zniesienia francuskiego weta dla wejścia Wielkiej Brytanii do dzisiejszej Unii Europejskiej, a ówczesnych Wspólnot Europejskich. (Wlk Brytania weszła do WE w 1973 r. już po śmierci de Gaulle'a, głównego przeciwnika jej obecności we Wspólnocie).






"Złamana siła mącicieli świata
Tym razem będzie na wieki.
Rękę wyciągnie brat do swego brata,
Wróg w kraj odejdzie daleki"


Prawdopodobnie zapowiedź długiego okresu pokoju, który nastał po zakończeniu II Wojny Światowej i trwał do 28 lutego 2026 r. czyli dnia w którym rozpoczęła się III wojna światowa (w której obecnie żyjemy), oraz powstanie wszelkich międzynarodowych instytucji kontrolujących i stabilizujących światowe reżimy (już dawno te instytucje przestały pełnić swoje pierwotne zadania, a dziś głównie służą do wdrażania różnych form zniewolenia ludzkości, jak choćby powszechna pandemia Covid 19) - "Złamana siła mącicieli świata Tym razem będzie na wieki" - jak widać, to jeszcze nie jest ten czas.



"U wschodu słońca młot będzie złamany.
Pożarem step jest objęty.
Gdy orzeł z młotem zajmą cudze łany
Nad rzeką w pień jest wycięty"


Kolejne odniesienie do II Wojny Światowej (tak mi się przynajmniej wydaje, lub też mowa o przyszłych wydarzeniach o których jeszcze nie mamy pojęcia) - "Gdy orzeł z młotem zajmą cudze łany" - niemieckie i sowieckie agresje przeciwko różnym państwom europejskim, także odniesienie do paktu Ribbentrop-Mołotow i podziału Europy pomiędzy "orła i młota" - 23 sierpnia 1939 r. "Pożarem step jest objęty (...) Nad rzeką w pień jest wycięty" - zapowiedź "niemieckiej zdrady" i ataku na ZSRS, zaś drugi człon tej przepowiedni odnosi się do niemieckiej klęski w bitwie pod Stalingradem, położonym nad wielką rzeką Wołgą, gdzie Niemcy zostali "w pień wycięci". "U wschodu słońca młot będzie złamany" - upadek i rozpad Związku Sowieckiego w czasie tzw.: "Jesieni Ludów" - 1989/1991 r.






"Bitna Białoruś, bujne Zaporoże,
Pod polskie dążą sztandary.
Sięga nasz orzeł aż po Czarne Morze
Wracając na szlak swój prastary"


To stwierdzenie nie odnosi się już do wydarzeń historycznych, lecz jest prawdopodobnie zapowiedzią przyszłych wydarzeń, które być może są jeszcze przed nam. "Bitna Białoruś, bujne Zaporoże pod polskie dążą sztandary. Sięga nasz orzeł aż po Czarne Morze" - może odnosić się to do wskrzeszenia piłsudczykowskiej koncepcji Międzymorza, zjednoczenia państw Europy Środkowej od Finlandii, przez Białoruś i Ukrainę, po Węgry a nawet może i Grecję, w tzw.: "Unii Jagiellońskiej" (to już kolejna przepowiednia która mówi o tym, że w niedalekiej przyszłości - co bardzo ważne - w drugiej połowie XXI wieku, Polska będzie jednym z największych potęg na świecie, nie tylko w Europie, a w języku polskim będą pisane prawa obowiązujące w świecie i ta przepowiednia nie jest jedyna, podobną miał ojciec Czesław Klimuszko i śpiący prorok Marian Węcławek - który swoje przepowiednie dostawał w czasie snu. Wyślił nawet dokładnie rok, miesiąc i dzień własnej śmierci i tak też się stało. Swoją drogą to trochę przerażające wiedzieć dokładnie kiedy umrzesz, ale z drugiej strony możesz do tego czasu zdążyć się pożegnać i załatwić sprawy, których do tej pory nie zdążyłeś uporządkować. W końcu przybywamy tutaj tylko na chwilę i to nie jest nasz Dom - musimy to sobie uświadomić, ale ponieważ przybywamy tutaj często po naukę i doświadczenia, musimy o to miejsce dbać). Byłby to sojusz wolnych i równych państw, zjednoczonych ideą środkowoeuropejską i połączonych wspólnymi, nazwijmy je - jagiellońskimi korzeniami historycznymi (choć bardziej wydaje mi się że te państwa się po prostu zjednoczą z Polską na zasadzie wspólnego tworu zwanego Rzeczpospolitą, ale podobnie jak tamten twór z czasów Wielkiej Rzeczypospolitej Obojga Narodów - będzie to ponownie projekt polski) - "Wracając na szlak swój prastary". Cóż historia kołem się toczy - "To, co jest, już było, a to, co ma być kiedyś, już jest" - jak mówi Księga Koheleta (Koh 3:15)



"Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy
To Europy bastiony,
A barbarzyńca aż po wieczne czasy
Do Azji ujdzie strwożony"


Zapowiedź przyszłych wydarzeń - Ukraina, a za nią prawdopodobnie Białoruś wejdą w skład Unii Jagiellońskiej czyli nowej Rzeczypospolitej, zaś pozycja Rosji będzie malała - "A barbarzyńca aż po wieczne czasy do Azji ujdzie strwożony". Odpadniecie Ukrainy i Białorusi a także innych państw np. na Kaukazie, spowoduje że Rosja zostanie "zepchnięta w głąb Azji" a i tam będzie miała sporo problemów.



"Warszawa środkiem ustali się świata,
Lecz Polski trzy są stolice.
Dalekie błota porzuci Azjata,
A smok odnowi swe lice"


"Warszawa środkiem ustali się świata" - powtarzam, to już kolejna z wielu przepowiedni które mówią o tak wielkim wywyższeniu naszego kraju, który ma nastąpić po zakończeniu owego okresu "walk i niepokojów" a przede wszystkim po zakończeniu obecnie trwającej III wojny światowej. "Lecz polski trzy są stolice" - jest to ponowne odniesienie do "Unii Jagiellońskiej" czyli nowej Rzeczpospolitej o granicach sięgających daleko na Wschód, oraz tych na zachodzie opartych o Odrę i Nysę (w czasie jednej wizji ojca Klimuszko, opowiadał on, że idąc korytarzem swojego klasztoru, nagle zobaczył że podłoga i ściany rozstępują się w cudowny sposób i ukazuje mu się widok niesamowitych pól, ciągnących się hen na Wschód, stwierdził że to jest Polska, i dawał że nie może dostrzec końca naszej granicy na Wschodzie. Ojciec Czesław Klimuszko zmarł w 1980 r.). Trzy stolice mogą oznaczać tzw.: "Twarde Jądro Unii", czyli np.: Warszawę, Kijów i Wilno. Kto wie? "Dalekie błota porzuci Azjata A smok odnowi swe lice" - to są właśnie owe kłopoty które czekają Rosję w Azji. Pozycja Chin, czyli "smoka" będzie wzrastała, wreszcie może dojść do oderwania od Rosji Syberii (już teraz osadnictwo chińskie stanowi bardzo poważny problem dla Rosji, a cóż dopiero w przyszłości). Wcześniej czy później "chińska Syberia" może ogłosić niepodległość, lub przyłączyć się do Chin. Jest to bardzo prawdopodobna wizja.



"Niedźwiedź upadnie po drugiej wyprawie.
Dunaj w przepychu znów tonie.
A kiedy pokój nastąpi w Warszawie,
Trzech królów napoi w nim konie"


Czyli Rosja wcześniej czy później zostanie pokonana - "Niedźwiedź upadnie po drugiej wyprawie". "A kiedy pokój nastąpi w Warszawie" - "Polska będzie decydować o losach świata" - jak twierdził Marian Węcławek. "Trzech królów napoi w nim konie" - mowa zapewne o nieznanych jeszcze uczestnikach przyszłej konferencji pokojowej, zwycięskich uczestnikach oczywiście.



"Trzy rzeki świata dadzą trzy korony
Pomazańcowi z Krakowa,
Cztery na krańcach sojusznicze strony
Przysięgi złożą mu słowa"


Wydarzenia są pomieszane, tutaj znów mamy odniesienie do czasów "zimnej wojny" (tak mi się przynajmniej wydaje). "Trzy rzeki świata dadzą trzy korony Pomazańcowi z Krakowa" - mowa tu jest o Karolu Wojtyle, który "z Krakowa" został wybrany jako "boży pomazaniec" na papieża w 1978 r. (trzy korony są na papieskiej tiarze). "Cztery na krańcach sojusznicze strony Przysięgi złożą mu słowa" - jest to zapowiedź misyjnej i misjonarskiej działalności Jana Pawła II/Karola Wojtyły, który odwiedził wszystkie kontynenty świata, a jego pontyfikat był bez wątpienia unikalnym w najnowszej historii papiestwa.



"Węgier z Polakiem, gdy połączą dłonie,
Trzy kraje razem z Rumunią.
Przy majestatu polskiego tronie
Wieczną połączą się unią".


Kolejne odniesienie do koncepcji "Międzymorza", czy też jak ja to widzę "Idei Jagiellońskiej" - "Przy majestatu polskiego tronie Wieczną połączą się unią" - Jagiellonowie panowali nad ogromnymi ziemiami Polski, Litwy, Ukrainy, Białorusi, Łotwy, Estonii, Czech i Węgier, a także podporządkowane im były ziemie dzisiejszej Rumunii (Mołdawia i Wołoszczyzna). Przyjaźń polsko-węgierska też jest już bowiem legendarna, nasze kraje są w jakiś przedziwny sposób ze sobą związane i nie sposób "rozerwać" tego przymierza



"A krymski Tatar, gdy dojdzie do rzeki,
Choć wiary swojej nie zmieni,
Polski potężnej uprosi opieki
I stanie się wierny tej ziemi"


Czyżby na Krymie w przyszłości powstało państwo tatarskie?Kto wie co przyniesie przyszłość, sądzę jednak że Krym długo nie będzie przyłączony do Rosji. Czyżby więc Krym też miał wejść w skład "Unii Jagiellońskiej?"



"Powstanie Polska od morza do morza.
Czekajcie na to pół wieku.
Chronić nas będzie zawsze łaska boża,
Więc cierp i módl się człowieku"


"Polska od morza do morza" - bez wątpienia zapowiedź Unii Międzymorza, czy też "Unii Jagiellońskiej". "Czekajcie na to pół wieku" - na pewno nie odnosi się to do roku 1893, być może chodzi tu o jakąś inną datę, może 1989 - co wydaje się bardziej prawdopodobne. 



To tyle jeśli chodzi o przepowiednię z Tęgoborza, na koniec - dla podkreślenia tego faktu (zresztą powrócę jeszcze do serii o przepowiedniach, gdyż wydaje mi się ona bardzo interesująca, szczególnie w obecnym czasie) zapraszam na kanał Krzyśka Woźniaka "Atora" i przepowiedni śpiącego proroka Mariana Węcławka o tym, jak będzie wyglądała przyszła Wielka Polska



NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...