WYŚWIETLENIA

13 marca 2026

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. V

CZYLI CO SPOWODOWAŁO
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





PLANY I MARZENIA
Cz. IV



ENTENTE CORDIALE
CZYLI CAŁY W TYM AMBARAS, 
ABY DWOJE CHCIAŁO NARAZ 
Cz. I





"DUŻA NIEMIECKA FLOTA I ZŁE NIEMIECKIE MANIERY TO WIĘCEJ NIŻ MOŻEMY ZNIEŚĆ"

ANGIELSKIE POWIEDZENIE Z POCZĄTKU XX WIEKU



Na początku nowego - XX stulecia, stosunki brytyjsko-francuskie były jak najgorsze. Wszędzie można było znaleźć tak silne punkty zapalne, które wówczas wydawały się nie do pogodzenia nawet dla największych optymistów i rzeczników sojuszu obu tych krajów. Konsekwentna polityka Otto von Bismarcka - który celowo popychał Francję na drogę ekspansji kolonialnej, zdając sobie sprawę że musi to (wcześniej czy później) spowodować konflikt z Wielką Brytanią (która posiadając najsilniejszą flotę na świecie i kontrolując 1/6 ziemskiego globu, uważała się za prawdziwe centrum świata). I rzeczywiście, osamotnieni w Europie po klęsce z 1870 r., przyblokowani przez Niemcy od wschodu i skonfliktowani z Włochami o podział Północnej Afryki, za swą jedyną drogę ekspansji uznali Francuzi zdobycie i rozbudowę nowych kolonii zamorskich, oraz utrzymanie tych już istniejących. Republikańsko-oportunistyczny rząd Juliusza Ferry'ego zdecydowanie postawił na ekspansję kolonialną i w 1881 r. wojska francuskie wylądowały w Tunezji, zajmując Tunis i wymuszając na tamtejszym beju - Muhammadzie as-Sadiqu, zawarcie traktatu, w którym Francuzi brali sobie Tunezję we władanie jako swój protektorat (traktat w Bardo pod Tunisem). W 1882 r. Włoch w służbie francuskiej - Piotr Brazza przyłączył do francuskiego Imperium kolonialnego Gabon (wówczas zwany Kongiem Francuskim). W tym samym roku Francuzi opanowali większość kluczowych osad Malgaszów na Madagaskarze, zmuszając tym samym ostatnią królową tego ludu - Ranavalonę III, do uznania francuskiego protektoratu (1885 r.). Podobnie było na Dalekim Wschodzie, gdzie do utworzonej w południowym Wietnamie w 1862 r. prowincji Kochinchina (Sajgon zajęli Francuzi już w 1859 r.), dołączyli prowincję Annam (Wietnam środkowy) i Tonking (Wietnam północny), zajmując w 1883 r. Hanoi (w tym samym czasie sprawowali już protektorat nad Kambodżą od 1863 r.). W 1885 r. wymusili zrzeczenie się przez Chińczyków zwierzchnictwa nad Wietnamem (traktat w Tien-tsin), a w 1886 r. połączyli Kochinchinę, Annam, Tonking i Kambodżę we francuską Unię Indochińską (do której w 1893 r. przyłączyli jeszcze Laos - jako swój protektorat).

Konfrontacja brytyjsko-francuska skumulowała się jednak w Egipcie oraz Sudanie, o które to kraje trwała dyplomatyczno-finansowa batalia Londynu i Paryża. W 1851 r. Brytyjczycy uzyskali od regenta Egiptu - Abbasa I (wnuka Mohammeda Alego - władającego Egiptem od 1805 r.) koncesję na remont linii kolejowej Aleksandria-Suez, ale w 1854 r. francuski przedsiębiorca i dyplomata - Ferdynand de Lesseps, zdołał przekonać wicekróla Mohammeda Saida, aby ten przydzielił mu koncesję na budowę i wykorzystanie Kanału Sueskiego. Prace przy przekopie tego kanału (to właśnie tam pracował jako inżynier, ojciec Stasia Tarkowskiego z powieści Henryka Sienkiewicza "W pustyni i w puszczy") trwały piętnaście lat i ostatecznie zakończyły się hucznym otwarciem Kanału Sueskiego (w obecności cesarza Napoleona III i cesarzowej Eugenii) 27 listopada 1869 r., gdzie wśród strzelających w niebo sztucznych ogni, grających orkiestr i świetlnych iluminacji, przepłynęło tamtędy 51 okrętów (na czele z cesarskim jachtem, wiozącym na pokładzie Napoleona i Eugenię). Od chwili budowy do otwarcia, kanał był pod kontrolą Francuzów (choć władcy Egiptu posiadali 177 tys. z 400 tys. akcji Towarzystwa Kanału Sueskiego), zaś Brytyjczycy (dla których droga do Indii zależała właśnie od tego skrótu, gdyż skracała podróż od 18 do 24 dni, w zależności od trasy podróży. Było to tempo prawdziwie rewolucyjne i godne wręcz Juliusza Verne'a) starali się odkupić od Francuzów udziały i przejąć Kanał Sueski dla siebie. Rząd premiera Benjamina Disraelego podjął decyzję o natychmiastowym zakupie akcji Towarzystwa i gdy pewnego niedzielnego popołudnia 14 listopada 1875 r. - który premier Disraeli spędził na przyjęciu w domu bankierów, przy kieliszku mocnej angielskiej brandy - przyszła doń propozycja od kolejnego wicekróla Egiptu - Isma'ila Paszy, sprzedaży jego 177 tys. akcji Kanału Sueskiego (wcześniej Disraeli złożył propozycję kupna francuskich udziałów, ale rząd francuski zabronił ich sprzedaży swym udziałowcom). Ism'ail był człowiekiem rozrzutnym. Rozmiłowany w przyjemnościach stołu i łoża, zajmował się głównie przebywaniem w swoim haremie, na który wciąż potrzebował pieniędzy. Za sprzedaż swych akcji, zażądał 4 milionów funtów, a takich pieniędzy nie było wówczas gotówką w Banku Anglii (poza tym Parlament miał przerwę w obradach, a istniał przepis że Bank Anglii może udzielić rządowi pożyczki jedynie podczas obrad Parlamentu). Nie było więc innego wyjścia i Disraeli skierował się prosto do... banku Rotschildów.




Baron Lionel de Rotschild tego dnia właśnie wypoczywał na werandzie swej willi i zajęty był jedzeniem winogron. Gdy Disraeli przybył i poprosił o 4 miliony funtów, usłyszał pytanie: "A co dostanę w zastaw?", na co brytyjski premier odparł bez zastanowienia: "Rząd Jej Królewskiej Mości". Rotschild się zgodził i dobili targu (oczywiście po wcześniejszym uzgodnieniu wysokości spłacanych odsetek). Dzięki tej inwestycji Brytyjczycy zdominowali Towarzystwo Kanału Sueskiego, bo choć posiadali jedynie 44 proc. akcji, to jednak jako jeden podmiot (rząd Wielkiej Brytanii) zdobyli najwięcej udziałów (pozostały pakiet większościowy, choć oczywiście należał głównie do Francuzów, był rozproszony pomiędzy wielu poszczególnych udziałowców) i to oni teraz zdobyli decydujący głos w sprawie Kanału Sueskiego (co prawda jeszcze nie w 100 procentach). A tymczasem sprawy wokół Kanału Sueskiego i Egiptu zaczęły nabierać tempa, gdy już w roku następnym (1876) wicekról Isma'il ogłosił bankructwo swego kraju. W ciągu zaledwie roku zdołał stracić 4 miliony funtów i znów nie miał pieniędzy, co zmusiło go do podjęcia tak radykalnego kroku. Niestety, Egipt był zadłużony po uszy (głównie we francuskich i brytyjskich bankach) zaś ogłoszenie bankructwa automatycznie oznaczało wstrzymanie spłaty rat kredytów. A na to nie było zgody zarówno w Paryżu jak i w Londynie. Francja oraz Wielka Brytania (przy akceptacji Niemiec, Austro-Węgier, Włoch i Imperium Osmańskiego) powołały do życia Międzynarodową Komisję (ds. egipskiego) Długu, która starała się wymusić na Isma'ilu spłatę pożyczek, a gdy to się nie powiodło, w 1879 r. przekonano sułtana Abdul Hamida II (który był zwierzchnikiem egipskiego wicekróla) by pozbawił go stanowiska i na jego miejsce powołał kogoś bardziej uległego. Tak też się stało i opróżnione miejsce po Isma'ilu zajął jego syn - Taufik Pasza, który był już całkowicie uzależniony od swych europejskich wierzycieli i bezdyskusyjnie wykonywał ich polecenia. Ponowne uzależnienie Egiptu od Brytyjczyków i Francuzów nie spodobało się jednak egipskiej armii i imamom, którzy podburzyli lud do buntu przeciwko władzy wicekróla Taufika - jako zależnej od niewiernych marionetki. Doszło wówczas do rozruchów, w trakcie których zabito pewną liczbę Europejczyków (początek 1882 r.), oraz poturbowano dyplomatów z kilku europejskich krajów. Na czele zbuntowanego ludu stanął pułkownik Ahmed Arabi, który dokonał zamachu stanu, wtargnął do siedziby egipskiego rządu i oblawszy atramentem ministrów, kazał im skakać z okien (na szczęście dla nich był to parter). Od tej chwili przejął pełnię władzy, zamykając wicekróla w swoistym areszcie domowym.

Rozpoczął też przygotowania do nieuniknionej konfrontacji zbrojnej z Brytyjczykami i Francuzami, nakazując umocnienie fortyfikacji Aleksandrii. Wkrótce potem zjawiła się tam brytyjska eskadra okrętów wojennych, wycelowując działa na umocnione tereny fortu i wystosowując ultimatum do pułkownika Arabi o zakończenie prześladowań Europejczyków w Egipcie, oraz o podporządkowanie się wyrokom Międzynarodowej Komisji d/s Długu. Ultimatum to zostało odrzucone i 11 lipca 1882 r. brytyjskie działa okrętowe otworzyły ogień, dokonując ogromnych spustoszeń nie tylko wśród egipskich stanowisk ogniowych w forcie, ale również w samej Aleksandrii. Pod wieczór w aleksandryjskim porcie wylądowała brytyjska piechota morska, która zajęła miasto (po kilku godzinach intensywnej artyleryjskiej kanonady). W kilka tygodni później Brytyjczycy opanowali również sam Kanał Sueski (wbrew protestom Ferdynanda Lessepsa), zaś 13 września, w bitwie pod Tell el-Kebir z armią Arabiego, brytyjski generał - Garnet Wolseley - odniósł całkowite zwycięstwo i mógł z całą pewnością powtórzyć słowa, wypowiedziane wcześniej przez młodego francuskiego generała o nazwisku Bonaparte sprzed 84 lat: "Żołnierze! znad tych piramid spogląda na was czterdzieści wieków". Teraz jednak nie byli to żołnierze z przypiętymi do klapy granatowych mundurów "trikolorami" i w bikornach na głowach. Byli to przebrani w jaskrawo-krwiste uniformy "dżentelmeni z Eton College" w białych hełmach, którzy nadzwyczaj szybko podporządkowali sobie kraj nad Nilem. Wkrótce potem nowy brytyjski premier - William Gladstone (z Partii Liberalnej), ogłosił że Brytyjczycy nie zamierzają długo pozostawać w Egipcie, a ich obecność związana jest jedynie z "zapewnieniem ochrony istniejących praw, czy to dotyczących sułtana, chedywa (wicekróla), czy też narodu angielskiego i zagranicznych wierzycieli". Stwierdził również że siły brytyjskie opuszczą ten kraj: "tak szybko, jak tylko pozwoli na to stan kraju", dodając że Wielka Brytania nigdy nie miała i nie ma zamiaru okupować Egiptu: "Ze wszystkich rzeczy na świecie to właśnie jest ta jedna, której na pewno nigdy nie uczynimy". Brytyjska okupacja Egiptu zakończyła się jednak dopiero w... 1936 r., zaś ostatnie brytyjskie oddziały wojskowe opuściły kraj nad Nilem w 1956 r. Rzeczywiście, dość "szybko" opuścili oni Egipt, biorąc pod uwagę że inne terytoria okupowali znacznie dłużej bez mrugnięcia okiem (jednocześnie niszcząc lokalne gospodarki i zmuszając pozostałych mieszkańców Imperium "Nad którym nigdy nie zachodzi Słońce", aby zaopatrywali się w najróżniejsze bibeloty właśnie w Anglii. Przecież już William Pitt Starszy grzmiał, iż nie pozwoli angielskim kolonistom w Ameryce wyprodukować "ani jednego gwoździa". Efektem takiej właśnie polityki był bunt amerykańskich stanów i powstanie USA.


"CZERWONE KURTKI"
JAK NAZYWANO BRYTYJSKICH ŻOŁNIERZY 
TUTAJ BRYTYJCZYCY Z CZASÓW INWAZJI NA EGIPT I WOJEN Z ZULUSAMI W AFRYCE



A TU BRYTYJSKI ŻOŁNIERZ Z CZASÓW WOJNY O NIEPODLEGŁOŚĆ USA



 Gdy więc Brytyjczycy podporządkowali sobie Egipt i (jak rzekł premier Gladstone już w roku 1883) "stali się egipskim rządem", jednocześnie objęli kontrolę nad Sudanem (który od 1874 r. pozostawał pod kontrolą Egiptu). Powstała jednocześnie dość dziwna sytuacja że co prawda Brytyjczycy kontrolowali egipskie państwo (choć formalnie nie pokusili się o żadne uprawomocnienie swojej okupacji, a pierwszy brytyjski protektorat utworzono tam dopiero w 1914 r. po wybuchu I Wojny Światowej), to jednak Egipt kontrolował Sudan. Powstało więc pytanie: czy Brytyjczycy mają również prawa do Sudanu, skoro i tak okupują Egipt? Gladstone był przeciwny zajmowaniu Sudanu, twierdząc że jest to "bezużyteczna ziemia", pustynny i górzysty "kraj czarnych" barbarzyńców i łowców niewolników. Jednak dla wielu brytyjskich urzędników stało się jasne, że rozciągnięcie kontroli nad Sudanem może okazać się korzystne pod względem finansowym, gdyż tamtejsi łowcy niewolników (napadający na afrykańskie wioski i wystawiający uprowadzony "heban" na niewolniczych rynkach w Chartumie, Omdurmanie czy Suakinie) musieli opłacać się egipskim gubernatorom, którzy przymykali oko na ich działalność, a ci zaś opłacali się brytyjskiemu gubernatorowi Egiptu. Powstała samonapędzająca się spirala łatwych pieniędzy, czerpana z ludzkiej rozpaczy, poniżenia i niegodziwości, której Anglicy nie zamierzali przeciwdziałać a wręcz ją wspomagali, mając jednocześnie w głębokiej pogardzie miejscowe ludy (podobnie jak i Egipcjan, zresztą angielskie kobiety, które przybyły do Egiptu lub Indii wraz ze swymi mężami, gdy tylko zachodziły w ciążę, natychmiast pierwszym statkiem wracały do Anglii, aby dziecko nie musiało potem mieć przez całe życie wpisane jako miejsce urodzenia jakiś Wisakhapatnam, Srirampur, Rangun, Omdurman czy inny Bombaj. Znacznie lepiej w brytyjskich kręgach "dżentelmenów z Eton" widziane było miejsce urodzenia w Hertford, Reading, Aldershot czy Hull. Zresztą Brytyjczycy z początku XX wieku uważali siebie samych i swój kraj za prawdziwy pępek świata, powtarzając często że "Dzikusy zaczynają się już w Calais" 😂).




Imperium Brytyjskie było wówczas największym imperium na świecie, choć należałoby wyjaśnić czymże było to imperium? Na to pytanie odpowiedzi udzielił lord Rosebery, który stwierdził: "Imperium jest to przewaga jednej rasy nad inną rasą", a Imperium Brytyjskie było bezwzględną dominacją białej rasy nad każdą inną. W swych orientalnych pałacach brytyjscy gubernatorzy podbitych prowincji, byli niczym udzielni książęta, a świat jaki ich otaczał (wraz z ich kobietami, dziećmi, personelem i innymi "Europejczykami z Eton"), mógł się wydawać dość tajemniczy i jednocześnie dość romantyczny. Bowiem ci biali brytyjscy koloniści, w swych kaskach zdobionych piórami, wsparci przez swych miejscowych służących (często w turbanach), przemierzali chaszcze Dekanu czy afrykańskie pustynie w poszukiwaniu tygrysów i lwów, a w wolnych chwilach grywali w krykieta czy polo w swych kolonialnych posiadłościach i wypijali w upalne dni litry "Whisky" lub "Sherry". W taki to mniej więcej obrazkowy sposób upływało kolonialne życie brytyjskich elit imperialnych na podbitych prowincjach tego wielkiego Imperium. Należy też pamiętać, że owe elity były niezwykle rasistowskie (biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, choć w tamtych czasach nie było to wcale żadnym problemem a za rasistów nie uważali Brytyjczyków nawet ich przeciwnicy polityczni czy wrogowie, jak np. Mahatma Gandi czy jemu podobni. Zauważmy jaka w tamtym czasie panowała swoboda wypowiedzi i wolność słowa) i to do tego stopnia, że uważali za "białych ludzi" tylko Europejczyków i Amerykanów (czyli mieszkańców żyjących w kręgu jedynej cywilizacji - jak mniemali).

Tak na dobrą sprawę wydaje się jednak że ów rasizm nie był domeną jedynie ówczesnych elit, ale że był obecny (zresztą do dzisiaj na swój sposób jest) w całym brytyjskim społeczeństwie. Wystarczy bowiem przytoczyć słowa, jakie padły w Izbie Gmin ok. 1900 r. Brzmiały one tak: "Wśród wszystkich Anglików (...) istnieje głębokie przekonanie podzielane zarówno przez najmożniejszych, jak i najmniej znaczących (...) przekonanie głęboko zakotwiczone w duszy, a mówiące, że przynależą oni do rasy, którą Bóg wybrał do rządzenia". Brytyjczycy doprawdy mieli prawo wierzyć w swój geniusz i swoją "dziejową i boską misję w świecie", jako że do 1914 r. nie przegrali żadnej większej wojny (poza wojną w obronie posiadłości amerykańskich, która to jest znana jako Wojna o Niepodległość Stanów Zjednoczonych Ameryki). Ich wynalazki zalewały cały cywilizowany świat, a kultura i język wypierały francuski i stawały się międzynarodowym (Alfred Austin na pytanie jak wyobraża sobie Raj, odpowiedział: "Siedzę w ogrodzie i przyjmuję posłańców przynoszących wiadomości o brytyjskich zwycięstwach: raz na morzu, raz na lądzie". Zresztą przekonanie o wyjątkowości Brytyjczyków wśród innych narodów i ludów świata, brało się również z wychowania, z domu i ze szkoły. W szkole bowiem wszczepiano młodym ludziom przywiązanie do brytyjskiej wspólnoty imperialnej, do cywilizacji, która (w mniemaniu wykładowców) była jedyną cywilizacją postępu ludzkości. Ale siła i potęga rodzi również odpowiedzialność, zatem Brytyjczycy muszą być odpowiedzialni za losy świata i innych ludów. Owa brytyjska arogancja rodziła się więc również w akademickich salach Cambridge, Oxfordu i Eton.




Imperium Brytyjskie w 1914 r. liczyło ponad 31 mln. km. kw. i posiadało jedną czwartą ludności globu. Brytyjczycy dysponowali najpotężniejszą flotą handlową i wojenną świata, szereg rozsianych baz morskich, ułatwiających zarówno prowadzenie międzynarodowego handlu jak i długotrwałej wojny morskiej, londyńskie City stało się z początkiem XX wieku najpotężniejszym centrum finansowym świata, co sprawiało że Wielka Brytania była też największym inwestorem i globalną potęgą przemysłową. Na czele państwa stał monarcha, który jednak nie posiadał realnej władzy ("Król panuje ale nie rządzi" - jak mówiło brytyjskie przysłowie). W 1901 r. zmarła długoletnia królowa i jednocześnie pierwsza cesarzowa Indii - Wiktoria (zmarła w wieku 81 lat, z czego panowała przez 63 lata, zaś cesarzową Indii była przez 24 lata). Jej następcą został syn - Edward VII (którego ona trzymała z dala od władzy i w konsekwencji nowy król był praktycznie nieprzygotowany do pełnienia swoich obowiązków). Król Edward zmarł w maju 1910 r. a jego miejsce zajął syn i wnuk Wiktorii - król Jerzy V, który panował będzie aż do 1936 r. (jego następcą zostanie najstarszy syn - Edward VIII, który zostanie obalony poprzez wspólną akcję wywiadów polskiego i amerykańskiego - bowiem istniało niebezpieczeństwo jego zbytnich proniemieckich sympatii. Stało się tak zgodnie z ostatnią wolą Marszałka Piłsudskiego, który na łożu śmierci w maju 1935 r. polecił ministrowi spraw zagranicznych - Józefowi Beckowi: "Musisz wciągnąć Brytyjczyków do wojny, słyszysz! To jest nasza jedyna szansa", dlatego też proniemiecki monarcha był tu przeszkodą, którą należało usunąć i... usunięto).


 JÓZEF PIŁSUDSKI i DOUGLAS MACARTHUR 
W OTOCZENIU OFICERÓW
(1932 r.)



EDWARD VIII i WALLIS SIMPSON NA WAKACJACH
(1936 r.)



Wplątanie się Brytyjczyków w sprawy Egiptu spowodowało wybuch kolejnego buntu (1881 r.), tym razem prowadzonego przez pustynnego ascetę z wyspy Aba na Białym Nilu (już za życia uważanego za "umiłowanego przez Allaha" czyli muzułmańskiego świętego) Mohammeda Ahmeda zwanego "Mahdim" (prorokiem). Tak oto rozpoczynało się krwawe powstanie, które trwało w Sudanie aż do 1899 r. i zakończyło się okupacją i podporządkowaniem egipskiego Sudanu przez Brytyjczyków. Ostatecznie po długotrwałej wojnie z derwiszami Mahdiego, a po jego śmierci w 1885 r. kalifa Abdullahiego (analfabety, który doskonale potrafił prowadzić działania partyzanckie i kierować uzbrojonymi w oszczepy i łuki zwolennikami świętości Mahdiego), Brytyjczycy (pod dowództwem gen. Horatio Kitchenera) zdobyli Dongolę (21 września 1896 r.), Abu Hamed (7 sierpnia 1897 r.) i rozbili mahdystów w bitwach nad rzeką Atbarą (8 kwietnia 1898 r.) i pod Omdurmanem nad Nilem (2 września 1898 r.), To właśnie po zakończeniu tej ostatniej bitwy o mało co nie doszło do wybuchu znacznie większego konfliktu, który z pewnością odmieniłby przyszłość Europy i Świata. Otóż w Faszodzie (obecnie Kodok) w południowym Sudanie, doszło do poważnej konfrontacji pomiędzy dwiema ekspedycjami: brytyjskiej flotylli kanonierek, płynącej pod dowództwem gen. Kitchenera w górę Nilu i francuskiej kolumny kapitana Jeana-Baptiste'a Marchanda, idącej drogą lądową z Dakaru do Dżibuti. Konflikt ten trwał prawie pół roku i choć obie kolumny nie otwierały do siebie ognia, to jednak żadna ze stron nie zamierzała się wycofać, co jedynie potęgowało wzajemny konflikt i w dłuższej perspektywie groziło wybuchem otwartej wojny brytyjsko-francuskiej (na co bez wątpienia liczył Berlin), tym bardziej że brytyjska Royal Navy już się szykowała do uderzenia na francuską Marine Nationale na Morzu Śródziemnym. Wówczas zadziałał jednak zdrowy rozsądek i za sprawą kilku polityków (przede wszystkim zaś Teofila Delcasse - francuskiego ministra spraw zagranicznych, który świadomy rosnących wpływów niemieckich, otwarcie dążył do zbliżenia Paryża z Londynem) udało się zakończyć ten konflikt (21 marca 1899 r. zawarto porozumienie uznające prawa Wielkiej Brytanii do całej doliny Nilu, a korpus kapitana Marchanda został wycofany z Faszody na polecenie ministra Delcasse'go).


Lord gen. HORATIO KITCHENER



KAPITAN JEAN-BAPTISTE MARCHAND



Co się tyczy lorda Kitchener'a to jako swoistą ciekawostkę dodam jedynie, że miał on dosyć oryginalny fetysz seksualny, a mianowicie lubił spółkować z pokojówkami i to nie tylko ze swoimi własnymi, ale również tymi, które służyły w domach jego przyjaciół lub też tych, których odwiedzał podczas przyjęć i rautów. Zdarzało się też nierzadko, że lord Kitchener ganiał po posiadłości swoich znajomych uciekające przed nim pokojówki, które nie godziły się na jego niekonwencjonalne fantazje seksualne (a mianowicie uwielbiał seks analny i... tak właśnie rozdziewiczał owe dziewczęta 😘).




Wracając jednak do tematu, porozumienie zawarte w marcu 1899 r było pierwszym krokiem na drodze późniejszego zbliżenia Paryża i Londynu, choć kolejny krok ku temu wyszedł teraz ze strony Anglików (za czasów urzędowania przy Quai d'Orsay ministra Gabriela Hanotaux - poprzednika Delcasse'go i zwolennika zbliżenia zarówno z Rosją jak i z Niemcami, oraz stworzenia bloku kontynentalnego, złożonego z tych trzech państw, a wymierzonego przeciw Brytyjczykom - Wielka Brytania znalazła się w izolacji i na gwałt poszukiwała sojuszników). Rozładowanie konfliktu z Faszody stwarzało doskonałą okazję pod wygaszenie narosłych przez wieki uprzedzeń oraz przezwyciężanie stereotypów narodowych (bardzo silnych w obu tych krajach), w celu realnego zbliżenia polityczno-militarnego Francji i Wielkiej Brytanii. I w tym dziele znacznie wykazał się nowy król (od 22 stycznia 1901 r.) Wielkiej Brytanii (koronowany 9 sierpnia 1902 r.) - Edward VII. Po raz pierwszy od 64 lat na tronie brytyjskim zasiadł mężczyzna, gdyż długoletnie rządy jego matki, królowej Wiktorii - zdążyły już przyzwyczaić Anglików że "Monarchia jest kobietą" (notabene, podobnie jak w czasach Elżbiety II). Anglicy rodzili się za panowania Wiktorii i umierali za panowania Wiktorii, która w pewnym momencie stała się dla nich już nie tyle żywą osobą, co wręcz pewnym symbolem czasów wielkiej brytyjskiej prosperity i rozwoju kolonialnego. To właśnie Wiktoria wprowadziła Anglię w wiek kolei (po raz pierwszy przyjechała się koleją w roku 1842 wraz z mężem), fotografii, pierwszych samochodów i samolotów. To właśnie za jej panowania powstały największe od czasów Tudorów arcydzieła brytyjskiej literatury. Królowa Wiktoria była więc symbolem nie tylko monarchii, ale wręcz brytyjskiego Imperium i wszystkich żyjących w nim ludów. Teraz zaś na tron wstępował sześćdziesięcioletni (skutecznie odsuwany przez matkę od spraw politycznych), nieco przysadzisty mężczyzna o skłonnościach do kleptomanii (nie jest do końca wiadome czy to prawda czy też plotka, ale istnieją przypuszczenia że książę Edward lubił dokonywać drobnych kradzieży w sklepach, a żeby sprawy te nie ujrzały nigdy światła dziennego, szedł za nim specjalny urzędnik dworu i na miejscu regulował ceny za skradzione przedmioty). Mimo to, jeśli chodzi o charakter, to nowy monarcha wcale nie przypominał swej nudnej (noszącej czarne suknie od śmierci swego męża w grudniu 1861 r. - czyli przez kolejne 40 lat aż do swej śmierci królowa Wiktoria nosiła tylko czarne suknie, podobnie jak cesarzowa Austro-Węgier Elżbieta {Sisi}, po 30 stycznia 1889 r. i tragedii w pałacu Mayerling - gdzie samobójstwo popełnił jej jedyny syn i miłość jej życia - Rudolf wraz ze swą kochanką. Od tego czasu aż do swej śmierci w 1898 r. cesarzowa Sisi nosiła też tylko czarne suknie. Zresztą zarówno Wiktoria jak i Elżbieta nie były jedynymi które nie potrafiły pogodzić się ze stratą najbliższych sobie osób. Podobnie było cesarzową Meksyku, córką króla Belgii - Marią Charlottą Koburg, która po egzekucji swego małżonka Maksymiliana przez nowe republikańskie władze Meksyku w 1867 r. wróciła do Francji jako lekko szalona osoba. Trzymała wokół siebie rzeczy po zmarłym małżonku i twierdziła że wciąż z nim rozmawia, również nosiła jedynie czarne suknie i kontakt z nią był często niemożliwy ze względu na jej dewocyjne zachowania. Napoleon III cesarzowa Eugenia pozwolili jej jednak pozostać we Francji. Jeszcze jedną osobą z tego grona była właśnie owa Eugenia, której życie realnie skończyło się po śmierci jej syna, miłości i nadziei jej życia - Ludwika Napoleona, który zginął służąc w Armii Brytyjskiej w roku 1879 w Południowej Afryce na wojnie z Zulusami. Nadzieja dynastii Bonaparte, Napoleon IV odszedł wówczas w wieku 23 lat, czym złamał życie swej matki, która również od tego czasu nosiła - głównie - czarne suknie) matki, której niewiele rzeczy było w stanie zadowolić (szczególnie pod koniec swego długiego życia, Wiktoria stawała się nieco zgorzkniała i marudna) i która często powtarzała podczas publicznych przedstawień, organizowanych na królewskim dworze: "Nie jesteśmy zabawieni". O Edwardzie można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że był nudny.


KRÓL WIELKIEJ BRYTANII - EDWARD VII



Kochał życie i dawał się lubić (miał skłonność przyciągania do siebie ludzi). Gdy jeszcze jako młody mężczyzna (w wieku 19 lat) wyjechał do Stanów Zjednoczonych, był tam witany jak zwycięski amerykański prezydent, a tłumy kłębiły się, aby tylko, choć z oddali ujrzeć księcia. Jako pierwszy brytyjski przedstawiciel dynastii panującej, złożył kwiaty na grobie Jerzego Waszyngtona, czym od razu przekonał do siebie amerykańską prasę i elity ze Wschodniego Wybrzeża. Zaś podczas oficjalnego przyjęcia w Chicago, taki tłum gości oczekiwał przyjazdu księcia że w budynku... zarwała się podłoga i 200 osób pospadało do znajdującej się niżej sali teatralnej, wprost na krzesła parteru. Nikt co prawda nie zginął, ale było wielu poważnie rannych. Amerykanie tak zakochali się w Edwardzie, że powstała nawet propozycja wysunięcia go jako kandydata w wyborach na prezydenta USA (to były te same wybory, które wygrał Abraham Lincoln i które pośrednio doprowadziły do rozpadu Unii i wybuchu Wojny Secesyjnej). Książę uwielbiał życie i zabawy, a przede wszystkim uwielbiał płeć piękną i wdawał się w liczne romanse (będąc na przykład w Paryżu, wprowadził swoje całkiem nagie kochanki - które notabene pochodziły z brytyjskiej elity arystokratycznej - okryte jedynie w wymyślne futra, na wieżę Eiffla). Spotykał się też (a potem długie lata korespondował) ze znaną kurtyzaną Katarzyną Walters. Książę był również bardzo inteligentnym człowiekiem i nawet swoją mowę tronową wygłosił własnymi słowami (a nie odczytywał jej z deklaracji Wilhelma IV z 1831 r.), czym wzbudził ogromną radość swych poddanych. Nowy król na nowe czasy (wszyscy myśleli że nowe, XX stulecie, także będzie wiekiem Brytanii), monarcha władający Imperium złożonym z 400 milionów poddanych - to właśnie on (i może jeszcze sekretarz stanu do spraw kolonii w rządzie Artura Balfoura - Joe Chamberlain, ojciec Austena i Neville'a - tego, który po powrocie z Monachium w 1938 r. twierdził że zgodą za oddanie Hitlerowi Czechosłowacji przywiózł: "Pokój naszych czasów") stał sie autorem zgody z Francją, która przeszła do historii jako "Entente Cordiale" ("Serdeczne Porozumienie"). Cóż się zresztą dziwić, skoro to właśnie we Francji książę Edward przeżył swe najlepsze, erotyczne doświadczenia.




CDN.

12 marca 2026

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XII

WYBÓR NOWEGO CIAŁA




Na wstępie już od razu pragnę wyjaśnić, że na "Tamtym Świecie" nikt nas do niczego nie zmusza, to my sami decydujemy czy już jesteśmy gotowi by się ponownie narodzić. Ze strony naszych Przewodników mogą być jedynie pewne aluzje - że należy już zdecydować się co do wyboru kolejnego życia. Zdarza się jednak że niektóre dusze, które "posmakowały Tamtego Świata", nie są wcale skore wracać do kolejnego, fizycznego życia na Ziemi, co wtedy? Nic, tak jak napisałem - nie ma żadnego przymusu, jeśli nie chcesz ponownie inkarnować fizycznie - nie musisz, ale... oznacza to jednocześnie że musisz się o wiele dłużej uczyć, gdyż najlepszą i najszybszą możliwością uczenia się na własnych błędach, jest fizyczne doświadczanie przeciwieństw. Dusze decydujące się nie inkarnować ponownie, są pozbawione doświadczeń fizyczności (głównie bólu i cierpienia), a to oznacza że muszą uczyć się na doznaniach innych dusz, aby zrozumieć ich sens. Taki sposób nauki trwa niestety bardzo długo (to zresztą oczywiste, wystarczy tylko uświadomić sobie że często rodzice czy dziadkowie - którzy przeżyli pewne wydarzenia, uświadamiają swoje dzieci czy wnuki żeby postępowali inaczej, bo oni sami się sparzyli. Ale dzieci - nie mając ich doświadczeń - często traktują te ich ostrzeżenia jako "gadanie starych ludzi" i... popełniają te same błędy. Zresztą jak spojrzymy na historię, to zobaczymy że ludzkość praktycznie non stop popełnia błąd za błędem, które wcześniej były już popełnione przez ich przodków. Zresztą czas jest swoistą elipsą i prawdziwym jest stwierdzenie że jeśli człowiek żyłby wiecznie, to... "umarł by z nudów", gdyż te same mechanizmy non stop występują co któreś pokolenie). Najlepszym sposobem jest doświadczyć wszystkiego osobiście, a szczególnie w ciałach osób kalekich, zdeformowanych, ubogich, zmagających się z fizycznym bólem i psychiczną traumą. Dla nas, żyjących, jest to nie do pomyślenia, by można było zdecydować się na takie życie - a jednak, właśnie takie inkarnacje powodują iż posuwamy się niezwykle szybko na naszej ewolucyjnej drodze do Boga.

Paradoksalnie więc, takie ciężkie życie wybierają nie tylko te dusze, na których ciąży karmiczna konieczność odebrania wcześniej popełnionych niegodziwości, ale i takie, które same we wcześniejszych wcieleniach nie dopuściły się żadnej zniewagi w stosunku do innych dusz na Ziemi. Na początku więc (z reguły) to Przewodnicy (gdy przyjdzie czas) delikatnie dają do zrozumienia czy dana dusza nie uważa, że nadszedł już moment, by ponownie się narodzić. Przebywanie na "Tamtym Świecie" jest tak wspaniałe, tak piękne, tak lekkie, jesteśmy otoczeni wszechogarniającą nas Miłością, brakiem barier i wszechobecną życzliwością - że żadna dusza nie pragnie stamtąd odchodzić. Ale Opiekunowie nalegają, tłumaczą, starają się nas przekonać i oczywiście (poza nielicznymi wyjątkami) zawsze im się to udaje. I gdy już uświadomimy sobie, że wreszcie powinniśmy znów narodzić się na Ziemi (z reguły dusze które inkarnują na Ziemi, nie zmieniają swego stałego miejsca narodzin i bardzo rzadko się zdarza by "ziemska dusza" zdecydowała się narodzić na innej planecie - zresztą Ziemia jest wystarczająco dobrym miejscem dla dalszej nauki, gdyż pełno na niej jest niegodziwości, zła, niechęci, odrzucenia, obłudy, a jednocześnie empatii, życzliwości, dobroci, poświęcenia, miłości), musimy zastanowić się nad tym "gdzie", "kiedy" i w "jakim ciele", chcielibyśmy spędzić kolejne życie.

W tym celu udajemy się do miejsca, gdzie... będziemy mogli przyjrzeć się ewentualnym ciałom i obejrzeć jak (w ogólnych zarysach, gdyż to my dopiero będziemy wybierać prawdziwe drogi życia dla owego ciała), będzie wyglądało nasze życie. Najpierw decydujemy o okresie, czyli czasie w którym pragniemy się narodzić. Potem zaś - "gdzie" mają mieć miejsce nasze narodziny, dopiero na samym końcu zaczynamy "przeglądać" dostępne w tym okresie i miejscu ciała. To może brzmieć nieco komicznie, gdyż w pewnym sensie przypomina to wizytę w sklepie, w którym zastanawiamy się nad wyborem koszuli, marynarki, krawata, bądź sukienki. Ale przecież te nasze ciała to nic innego jak takie "kostiumy", w których przyjdzie nam spędzić kolejne życie, dlatego też muszą być "wygodne" i nam odpowiadać. Aby więc dobrać sobie najbardziej dla nas odpowiednie ciało, udajemy się wraz z naszym Przewodnikiem do specjalnego miejsca, w którym będziemy mogli "obejrzeć" sobie kolejne ciała i związane z nimi (ewentualne) wydarzenia na Ziemi. Pewien mężczyzna, zapytany przez hipnoterapeutę czy boi się tego miejsca?, odpowiedział: "Nie, chyba będzie ciekawie, zresztą byłem tu już tyle razy. Ciekaw jestem co mi teraz zaproponują". Na "ścianach" owego przybytku znajdują się wielkie "lustra", przypominające "ekrany" (pisząc ściany - lustra - ekrany, należy pamiętać że zupełnie nie przypominają one naszych ziemskich przedmiotów, a jedynie są pewnym ich eterycznym odwzorowaniem).

Gdy decydujesz się na określony czas i miejsce, w jakim pragniesz się narodzić, ekrany "ożywają", czyli zaczynają puszczać "film" o owym miejscu - jak ono wygląda. Ty kontrolujesz przebieg owego "filmu", jego długość i wszystko to, co pragniesz ujrzeć o owym czasie i miejscu. Jeśli chcesz zatrzymać ujęcie - zatrzymujesz, jeśli pragniesz przyśpieszyć - przyspieszasz. Na ekranach widać różne alternatywne wybory naszego przyszłego życia, oraz to, jak mogą się one potoczyć w przyszłości (o tym jak się rzeczywiście potoczą, decydujemy już sami). Jeśli zatrzymujesz daną scenę by się jej dokładniej przyjrzeć, możesz... stać się jej częścią, to znaczy że możesz "wpłynąć" do tego momentu i obserwować dane (wybrane przez ciebie wcześniej) miejsce - bezpośrednio, unosząc się nad głowami poruszających się ludzi (jednocześnie nadal pozostajesz w owym przybytku - to jest to o czym wcześniej pisałem, możliwość dzielenia własnej energii i przebywania w kilku miejscach jednocześnie). Co ciekawe, nie wszystko jednak zostanie nam pokazane - pewne elementy naszego przyszłego życia mogą zostać przed nami ukryte, a wszystko po to, byśmy sami podjęli właściwe wybory i znaleźli na nie rozwiązania już za życia (z tego jesteśmy także "rozliczani" po śmierci).

Można zadać pytanie, dlaczego nie pokazuje się nam całego naszego życia (czyli wszystkich możliwych alternatyw i ewentualnych "niespodziewanych zawirowań" w przyszłym życiu), skoro i tak po narodzinach o niczym nie będziemy pamiętali? Tak, po narodzinach (z reguły - choć nie zawsze, niektórzy później w wieku 3-4-5 lat) tracimy pamięć czasu spędzonego w "Zaświatach", to jednak posiadamy coś, co na pewnym etapie może pozwolić nam przypomnieć sobie pewne wydarzenia. To "podświadomość", klucz do pamięci naszego umysłu, a więc także klucz do pamięci o czasie spędzonym na "Tamtym Świecie". Podświadomość ma nam służyć i pomagać w naszym rozwoju, gdyż ilekroć nie jesteśmy pewni co dalej w życiu robić, możemy wyciszyć się w sobie, odpocząć, usiąść i spokojnie pomyśleć o tym gdzie już byliśmy, jednocześnie porównując to z tym gdzie chcielibyśmy się udać w przyszłości - (p)odpowiedź przyjdzie do nas sama. Tak więc w owym "sanktuarium" wybieramy sobie następne życie, czerpiąc ze wszystkich dostępnych w owym czasie i miejscu ciał (możemy zawsze zmienić zarówno czas jak i miejsce przyszłych narodzin). Gdy już dokonamy wyboru, nasz Przewodnik (wraz z Założycielami), pyta nas, czy jesteśmy zadowoleni z przyszłej inkarnacji? Jeśli odpowiemy twierdząco, nie oznacza to wcale że musi to już być nasze kolejne wcielenie, Oni bowiem dają nam znów czas do namysłu, czy naprawdę chcemy tego życia.

Udajemy się więc z powrotem do naszej grupy, do naszych przyjaciół z "paczki" (z grupy docelowej), by wspólnie zastanowić się czy ów wybór był dla nas właściwy. W tym celu możemy wspólnie (z przyjaciółmi) udać się do miejsca, gdzie można "doświadczyć cielesności", nim jeszcze rzeczywiście się narodzimy. To są kanały czasoprzestrzenne o różnych tunelach (o których już zresztą wspomniałem we wcześniejszych tematach). Niektóre są jaśniejsze, inne ciemniejsze (jaśniejsze to miejsca gęsto zaludnione, ciemniejsze to tereny, gdzie większość czasu możemy spędzić praktycznie samotnie, lub tylko w gronie najbliższych przyjaciół z naszej grupy). W tych tunelach możemy doświadczyć cielesności, wybierając sobie poszczególne życie, które jednak... nie jest ludzkim wcieleniem. Nie jest też wcieleniem zwierzęcym, a raczej organicznym, jak ogień (płomień ognia), strumień wody, lub płatki śniegu. Ten wybór nie ma znaczenia (gdyż podejmujemy go tylko po to, by "doświadczyć" życia w formie materialnej, nim rozpoczniemy kolejną inkarnację w ludzkim wcieleniu) i trwa z reguły tak długo jak zapragniemy. Nie musi też odbywać się na Ziemi, możemy udać się na inną planetę (np. wulkaniczną), by jako strumień gorącej lawy doświadczać fizycznych przyjemności przed narodzinami. Wbrew pozorom takie praktyki nie służą tylko przygotowaniu do kolejnego wcielenia, a np... zabawie. Dusze bardzo często udają się na niezamieszkałe planety i na odludne regiony, by po prostu wspólnie dobrze się bawić. Nie zawsze przybywają tam w swej formie duchowej (bezcielesnej), czasem także w postaci lawy, deszczu, powietrza lub śniegu - co kto lubi.




Są też dusze, które decydują się z góry na wybór ciężkiego (pełnego chorób, przemocy i biedy) życia, ale za to krótkiego. Pewien mężczyzna poddany hipnozie opowiedział że w poprzednim wcieleniu zmarł z głodu w wieku 7 lat. "To mi wystarczyło" - powiedział, "szukałem krótkiego, lecz treściwego życia, w którym będę mógł nauczyć się pokory - to właśnie było idealne". Zresztą łatwe i przyjemne żywoty są swoistym "fizycznym odpoczynkiem" dla duszy pomiędzy "trudniejszymi" wcieleniami (pełnymi bólu i psychicznej traumy - może to być np. życie wojownika lub żołnierza, które łączy w sobie przyjemności cielesne z możliwie odniesionymi ranami fizycznymi). "Cięższe" i "trudniejsze" życie powoduje bowiem nasz szybszy rozwój - przyspieszamy na naszej drodze wiodącej ku zjednoczeniu z Bogiem, zaś życie pełne dostatku i wygód - niewiele wnosi w nasz rozwój (bywa więc raczej wytchnieniem "pomiędzy", niźli nagrodą za dobrze przeżyte poprzednie wcielenie). Dusze same więc częściej wybierają te "cięższe" żywoty, pełne codziennej walki o godność i przeżycie (np. ciała kalekie, bardzo chore, zdeformowane lub zmagające się z problemami psychicznymi, uzależnieniami własnymi lub członków rodziny).

Problem polega jednak na tym, że z chwilą narodzin taka dusza (której w postaci eterycznej łatwo przychodzi wybór "ciężkiego" życia, gdyż ona wówczas nie doświadcza bólu fizycznego, a otoczona jest wszechogarniającą Miłością i całkowitą akceptacją jej zamierzeń i celów), żyjąc już w ciele fizycznym, często nie rozumie swojego położenia. Nie rozumie dlaczego Bóg (lub los), tak ją ukarał, dlaczego dał jej tak marne, biedne, kalekie, chore lub pełne biedy i przemocy - życie. Ludzie wówczas o swoje wybory najczęściej oskarżają więc kogo... oczywiście Boga, gdyż nie pamiętają że jedynym winowajcą, do którego mogą mieć jakiekolwiek pretensje, są - oni sami.



PRZYGOTOWANIE DO NOWEGO CIAŁA




Tak więc, gdy podejmiemy już decyzję dotyczącą wyboru kolejnego ciała, udajemy się do grupy naszych przyjaciół, by wspólnie rozważyć wszystkie "za" i "przeciw" naszego nowego życia. Zresztą wszyscy z grupy docelowej danej duszy - znają się doskonale, wiedzą o swoich słabościach i mocnych stronach charakteru, o swych dawnych klęskach i sukcesach, oraz o tym na co powinniśmy uważać w nowym życiu. Nie ma tam niechęci czy zazdrości, pomiędzy członkami grupy panuje Jedność, wyrażająca się w całkowitej akceptacji naszych wyborów i dokonań (nie oznacza to jednak, że nie wyrażają oni swych krytycznych uwag dotyczących naszego zachowania w byłych i przyszłych żywotach, ale zawsze jest to krytyka konstruktywna, zmierzająca do wspólnego poradzenia sobie z owym problemem, a nie w celu upokorzenia nas, lub wyśmiania naszych porażek, jak to często ma miejsce za życia). Nie zawsze jednak tylko omawiamy przyszłą inkarnację w gronie przyjaciół z "naszej paczki". Niekiedy przybywają członkowie innych grup, ci, którzy wybrali ciała, które w przyszłym życiu będą miały wpływ na korelacje z naszym ciałem. Gdyż nie tylko my mamy coś wynieść z nowego życia, ale także nowe wcielenie jest nauką dla innych dusz i nie tylko tych z naszej grupy. Wszyscy mamy się czegoś nauczyć, każdy (raczej) czegoś innego.

Gdy więc wspólnie ustalimy wszystkie "za" i "przeciw", oraz wyjaśnimy wątpliwości, udajemy się z tymi duszami, z którymi będziemy wchodzić w bliższe lub dalsze interakcje za życia, do specjalnego miejsca, w którym musimy wysłuchać ostatniej przed narodzinami... przemowy. Wchodzimy (raczej wpływamy) do dużego "audytorium" z podium na samym środku. Podium to przynależne jest tylko naszej grupie dusz, z którymi mamy się narodzić i wspólnie żyć. Są też i inne "podia" i inne grupy dusz, które słuchają swych własnych mówców. Istoty które na owym podium do nas przemawiają, udzielają nam ostatnich osobistych wskazówek. Dają nam znaki, byśmy mogli się "rozpoznać" za życia, oraz udzielają szczegółowych wskazówek - tych które nie zostały nam pokazane podczas przeglądania przez nas nowego życia. Znaki dotyczyć będą najróżniejszych fizycznych i materialnych szczegółów, jak choćby mimika twarzy danej osoby, szczególny rodzaj śmiechu lub ulubiony wisiorek noszony na szyi "nagle" napotkanej na ulicy osoby. Ale głównym miejscem w którym rozpoznać możemy bliską nam duszę (np. Bratnią Duszę), są oczy. Nie na darmo mówi się że to właśnie oczy są zwierciadłem duszy.

Te wszystkie znaki są ważne (nawet bardzo ważne), ale należy pamiętać, że my nie musimy wcale im ulegać. Nawet jeśli nie pójdziemy za "głosem" owej wskazówki, nie oznacza to dla nas katastrofy życiowej, po prostu nasze życie będzie... inne - czy lepsze czy też gorsze, trudno orzec. Być może nie będzie tak intensywne jak wówczas, gdybyśmy ów "sygnał ostrzegawczy" w porę dostrzegli. Zresztą do wydarzeń z naszego życia nie powinniśmy podchodzić w sposób ściśle analityczny. Wiele z naszych decyzji podejmujemy pod wpływem osobistego przeczucia, czyli instynktu. Powinniśmy im ulec i dać się im ponieść. Powinniśmy czerpać garściami wszelkie wrażenia, jakie niosą ze sobą chwile naszego życia. Zdarzają się błędy które popełniamy w życiu, ale nawet one nie są "czasem straconym", gdyż każdy z owych "błędów" uczy nas i wzmacnia, a przede wszystkim stanowi doskonały impuls do dalszego rozwoju. Gdy w naszym życiu ma się zdarzyć jakiś szczególnie ważny i przełomowy moment, to z reguły i tak się zdarzy. Wszystkie alternatywne wydarzenia z naszego życia, zostały przez nas "obejrzane" i omówione. Teraz my tylko decydujemy w jakim kierunku potoczą się nasze losy, którą z alternatyw wybierzemy i czy nasze życie przeżyjemy na tyle dobrze, by czuć się spełnionymi, a jednocześnie nie krzywdzić innych dusz, wchodzących z nami w interakcje.




Gdy więc już wysłuchamy mowy dla nas (i dusz z nami inkarnujących) przeznaczonej, udajemy się na kolejne spotkanie, do miejsca w którym byliśmy zaraz po śmierci (opisałem je we wcześniejszych tematach) - do "Rady Starszych" (czyli "Założycieli"). Tam po raz ostatni zapytują nas czy jesteśmy zadowoleni z wybranego przez nas życia, oraz przypominają o wytrwałości w dążeniu do wcześniej wypracowanych założeń, a także podkreślają korzyści z trzymania się ściśle określonego systemu wartości. To jest już ostatnia mowa przed narodzinami, po jej zakończeniu Założyciele przesyłają nam potężną dawkę pozytywnej energii, jako swoisty "prezent urodzinowy" i proszą byśmy starali się pohamować nasze negatywne uczucia, które pojawią się wraz z otrzymaniem fizycznego ciała. Pewien mężczyzna poddany hipnozie, tak wyraził się o owym spotkaniu ze "Starszymi" (Założycielami): "Gdy jestem przed obliczem tych wyjątkowych istot, na myśl przychodzi mi źródło wszelkiego stworzenia". Założyciele - jak wspomniałem wcześniej, otoczeni są niezwykle jasnym światłem, emanuje od nich zrozumienie i szacunek dla wszelkich naszych błędów i wypaczeń, oraz niekończąca się Miłość dla nas, jako indywidualnych bożych istot. Są bezpośrednią emanacją samego Źródła. Jedyna różnica (między Nimi a Bogiem) polega na fakcie obdarzenia ich indywidualizmem (Wolną Wolą). Co ciekawe - przybierają oni niekiedy również określoną płeć, choć nie ma to dla nich większego znaczenia i nie przywiązują do tego większej wagi.

Po opuszczeniu miejsca w którym po raz ostatni wysłuchaliśmy Założycieli, z powrotem udajemy się do naszej grupy przyjaciół by wspólnie oczekiwać "przydzielenia" do wybranych wcześniej ciał. Czas "oczekiwania" wykorzystujemy na wzajemne psoty, żarty i przekomarzania. Po raz ostatni (przed narodzinami) cieszymy się wszechwiedzą nabytą na "Tamtym Świecie", oraz żegnamy się z przyjaciółmi mówiąc: "Do zobaczenia" (są też figlarze, którzy dodają do tego - "...po śmierci" 🤭). Humor i figle mają ukryć prawdę, którą jest niechęć do ponownych narodzin i opuszczania "naszej paczki". Oczekujemy więc na "pierwszy szkolny dzwonek", który ponownie pozwoli nam udać się do "szkoły". Szkoły zwanej Ziemią.


CDN.

11 marca 2026

MEMORIAM - Cz. XV

TAK PRZEMIJA
SŁAWA ŚWIATA





SULLANUM REGNUM




W latach 82-80 p.n.e. Lucjusz Korneliusz Sulla rozbił całą opozycję i opanował wszystkie ziemie w których dotąd schronili się jego polityczni przeciwnicy. W pierwszej połowie roku (82 p.n.e). legat Sulli - Lucjusz Filip zajął Sardynię i pokonał tam zwolennika popularów, pretora - Kwintusa Antoniusza. Do Hiszpanii wysłany został Gajusz Anniusz, który dość szybko (jeszcze w tym samym 82 r. p.n.e.) zajął cały kraj i wypędził stamtąd jednego z najlepszych oficerów armii Gajusza Mariusza - Kwintusa Sertoriusza (wsławionego w wojnach z Cymbrami i Italikami). W roku następnym zdobyta została Sycylia, stanowiąca dotąd największe centrum oparcia dla wygnanych popularów. Zarządca Sycylii - pretor Marek Perperna, utworzył tam centrum mobilizacyjne dla wojsk, które ponownie miały dokonać inwazji na Italię i odbić Rzym z rąk Sulli i jego stronników. Do Perperny dołączył zarówno zbiegły z Rzymu konsul Gnejusz Papiriusz Karbon, jak i Marek Juniusz Brutus (który jednak wpadł w pułapkę pod Lilibaeum w zachodniej Sycylii i aby uniknąć niewoli, popełnił samobójstwo). Sulla skierował na Sycylię Gnejusza Pompejusza, który z 30 000 armią przeprawił się tam i bez walki opanował wyspę (gdyż Perperna pospiesznie wycofał się przed nim do Afryki). Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia i do niewoli Pompejusza wpadli zarówno Karbon jak i Kwintus Waleriusz. Ten ostatni był znanym w Rzymie uczonym, historykiem i poetą - mimo to Pompejusz obu ich skazał na śmierć (ponoć Karbon rozpłakał się przed egzekucją, a Waleriusza do ostatka Pompejusz zwodził, wdając się z nim nawet w dysputy literackie, póki ostatecznie nie oddał go w ręce kata). Po zdobyciu Sycylii pozostawała jeszcze Afryka, która teraz stanowiła ostatni już bastion oporu zbiegłych mariańczyków. Tam dowodził Gnejusz Domicjusz Ahenobarbus (odległy przodek późniejszego cesarza Nerona). Zgromadził on tam znaczne siły (głównie dzięki weteranom Mariusza z założonych przez niego w Afryce kolonii), wsparte jeszcze kontyngentami sycylijskimi Perperny i posiłkami przysłanymi przez króla Numidii - Hiarbasa, który wcześniej zdetronizował swego brata Hiempsala, zmuszając go do ucieczki z kraju. Pompejusz dokonał szybkiej inwazji na Afrykę (druga połowa 81 r. p.n.e.), dysponując 120 okrętami wojennymi i 800 statkami transportowymi, obładowanymi żywnością i bronią (najważniejsza na wojnie jest logistyka). Najpierw zajął Utykę, potem ruiny dawnej Kartaginy i tutaj na jakiś czas musiał się zatrzymać, ponieważ żołnierzy ogarnęła prawdziwa "gorączka złota".

Otóż okazało się, że w czasie obsadzania terenu, jacyś żołnierze natknęli się na zakopany w ziemi skarb, a wiadomość o tym bardzo szybko rozeszła się i wkrótce cała armia Pompejusza nie robiła niczego innego, jak tylko rozkopywała ziemię w poszukiwaniu zakopanych tam - jak sądzono - skarbów z płonącej Kartaginy. Niczego jednak więcej nie znaleziono i wojsko ruszyło w dalszą drogę. W jakiś czas potem doszło do bitwy (80 r. p.n.e.) z siłami Domicjusza Ahenobarbusa i Perperny, która to toczyła się w strugach rzęsistego deszczu i była ponoć niezwykle krwawa. Sam Pompejusz zmuszony został walczyć z bronią w ręku wśród swych żołnierzy (dla niepoznaki, aby nie można było rozpoznać że jest wodzem - ściągnął swój hełm i walczył z gołą głową). Bitwa zakończyła się całkowitym zwycięstwem armii Pompejusza i zdobyciem obozu popularów. Zginęło wielu żołnierzy przeciwnika, w tym sam Ahenobarbus (Perperna zdołał uciec). Następnie Pompejusz ukarał kilka miast i kolonii - wiernych dotąd popularom - i wkroczył do Numidii, gdzie obalił Hiarbasa i przywrócił na tron Hiempsala - zawierając z nim traktat korzystny dla Rzymu. W przeciągu 40 dni od swego zwycięstwa nad Ahenobarbusem i Perperną, w wieku 25 lat, stał się Pompejusz panem ogromnych terenów, obejmujących zarówno całą prowincję Afrykę, zależną od Rzymu Numidię, oraz Sycylię (którą w czasie nieobecności Pompejusza zarządzał Gajusz Memmiusz). Pompejusz uważał też, że przed potęgą Rzymu powinni drżeć nie tylko jego wrogowie, ale również okoliczne zwierzęta i po zakończeniu działań wojennych urządził wielkie polowania na lwy i słonie. Gdy zaś powrócił już do Utyki, otrzymał rozkaz Sulli, który nakazywał mu rozwiązanie wojska (prócz jednego legionu) i oczekiwanie na przyjazd swego zastępcy, który wkrótce miał przybyć z Rzymu. Sulla, który wielokrotnie bardzo cenił Pompejusza i wychwalał jego geniusz, nazywając (ku zazdrości innych wodzów) "imperatorem", chyba ostatecznie zaczął obawiać się wzrastającej popularności tego młodego człowieka, a sam fakt, że Pompejusz w tak młodym wieku został przez wojsko okrzyknięty "Wielkim" - również dawało Sulli sporo do myślenia.




Rozkaz Sulli osobiście bardzo dotknął Pompejusza, choć jednocześnie starał się tego nie okazywać i polecił żołnierzom podporządkować się rozkazom dyktatora. Wojsko jednak odmówiło wykonania rozkazu, a tyle przekleństw, jakie wówczas padły w kierunku Sulli, próżno było wcześniej szukać wśród wiernych mu wojsk. Ostatecznie Pompejusz musiał zagrozić odebraniem sobie życia, jeśli żołnierze nie posłuchają rozkazu i wówczas dopiero wojsko podporządkowało się jego poleceniom. Gdy więc przybył kolejny namiestnik, Pompejusz zdał mu dowództwo i przez Sycylię powrócił do Rzymu, gdzie jednocześnie wystąpił przed Senatem o prawo przyznania mu triumfu za zwycięstwa na Sycylii i w Afryce. Sulla co prawda powitał go z radością i nawet użył słowa "Magnus", nakazując też by stał się on odtąd oficjalnym przydomkiem Pompejusza (a wcześniej tylko dwóch Rzymian nosiło przydomek "Wielki". Pierwszym był Publiusz Waleriusz który w 449 r. p.n.e. ułagodził gniew ludu - zwany Drugą Secesją Plebejuszy na Świętą Górę, która miała miejsce w 45 lat po Pierwszej Secesji. Konflikt ten wybuchł z miłości pewnego patrycjusza - Appiusza Klaudiusza do plebejskiej dziewczyny o imieniu - Wirginia, a owocem tej tragicznie zakończonej, nieszczęśliwej miłości, było pierwsze spisanie rzymskiego prawa, przez specjalnie w tej kwestii wybraną komisję decemwirów, które to prawo wcześniej obowiązywało jedynie w formie tradycji ustnej i przez to było wielokrotnie łamane na niekorzyść plebejuszy. Drugim zaś, któremu Senat i lud nadali przydomek "Magnus", był niejaki Fabiusz Rullus. Pełniąc urząd cenzora w 304 r. p.n.e. oczyścił on Senat z wyzwoleńców, którzy znacznie się wzbogaciwszy, kupowali sobie głosy wyborcze). Sulla jednak nie wyraził zgody na odbycie triumfu przez Pompejusza, tłumacząc to tym, że prawo do triumfu mają jedynie konsulowie lub pretorzy, natomiast Pompejusz nie sprawował wówczas żadnego z tych urzędów. Powoływał się też na przykład historyczny, mówiąc że przecież sam Korneliusz Scypion Afrykański po swych zwycięstwach w Hiszpanii nad braćmi Hannibala, nie mógł odbyć triumfu, choć osiągnięcia jego - jak twierdził Sulla - były bez porównania większe niźli Pompejusza w Afryce. Poza tym Pompejusz to jeszcze "szczeniak". Jakby więc to wyglądało, gdyby pozwolił takiemu młokosowi na prawo triumfu, podczas gdy wiek nie upoważniał go nawet do wejścia do Senatu.




Takie postawienie sprawy bardzo wzburzyło Pompejusza, który twierdził że w Afryce osobiście przelewał krew, walcząc dla swego wodza, a ten zupełnie tego nie docenia. Podczas jednego z oficjalnych przyjęć pozwolił sobie Pompejusz nawet na pewne śmiałe porównanie, twierdząc że większa liczba ludzi czci słońce wschodzące, a nie zachodzące. Był to bezpośredni policzek wymierzony Sulli, gdyż to właśnie on miał być owym "zachodzącym słońcem". Gdy zaś dyktator usłyszał te słowa, wielce wzburzony krzyknął bezosobowo w kierunku Pompejusza: "Niech więc triumfuje, skoro taki śmiały!" Pompejusz postawił na szali wszystko co miał (zapewne także i swoje życie) i zwyciężył, Sulla ostatecznie przyznał mu prawo do triumfu, ale jednocześnie powstał kolejny problem. Zaczęły napływać skargi innych wodzów Sulli, którzy protestowali przeciwko przyznaniu Pompejuszowi takiego wyróżnienia - jako powód przytaczając właśnie jego młody wiek. Ten jednak nic sobie z tego nie robił, mając zgodę Sulli, zamierzał uczynić swój triumf jeszcze wspanialszym, ku własnej chwale i na pohybel wszelkim malkontentom. Prawdziwą furię wywołał, gdy stwierdził że jego rydwan będzie ciągnięty nie przez konie - jak to było dotychczas - a właśnie przez, sprowadzone z Afryki w sporych ilościach słonie. Niestety, pojawił się problem natury technicznej. Oto bowiem brama wjazdowa do Rzymu, którą miał jechać Pompejusz, była zbyt wąska, aby pomieścić tak duże zwierzęta idące w parach. Musiano więc zarzucić koncepcję zaprzęgnięcia do rydwanu słoni i powrócono do koni. Triumf się odbył, a sława Pompejusza jaśniała coraz bardziej. Teraz, gdy całe Imperium było już w rękach Sulli i jego zwolenników (optymatów), a niedobitki popularów ukrywały się gdzieś po afrykańskich pustyniach (jak Sertoriusz czy Perperna), lub starały się przeżyć z dala od Rzymu po italskich wioskach - głodni, zarośnięci i pozbawieni nadziei - nie mieli szans w obecnych warunkach odbudować swych sił. Wielu też wpadało podczas ucieczki (jak choćby były konsul z roku 83 p.n.e. - Gajusz Norbanus, rozpoznany i schwytany na Rodos, który, aby uniknąć śmierci z rąk swych wrogów, sam popełnił samobójstwo. Inny zaś - Mutullus - przedostał się do Rzymu, pragnąc wrócić do rodziny, lecz jego żona - Bastia, kazała zaryglować wejście i tym samym uniemożliwiła mu powrót, obawiając się że kara śmierci dotknie za to całą rodzinę, a szczególnie dzieci. Zrozpaczony Mutullus popełnił samobójstwo u drzwi własnego domu). W rękach optymatów były teraz wszystkie prowincje: Sycylia, Korsyka i Sardynia, obie Hiszpanie (Bliższa i Dalsza), Afryka, Galia Zaalpejska i Galia Przedalpejska, oraz Macedonia, Azja i Cylicja - a Sulla jako dyktator, był panem życia i śmierci wszystkich obywateli Imperium.

Warto tutaj raz jeszcze podsumować nowy ustrój, jaki zaprowadził Sulla po zajęciu Rzymu (w 82 r. p.n.e.). Otóż, była to tzw.: "Druga Restauracja" rządów Senatu, zwana również "dyktaturą nobilitas" (pierwsza restauracja miała miejsce tuż po obaleniu reform Gajusza Semproniusza Grakcha w 121 r. p.n.e. i trwała do 87 r. p.n.e.). Opierała się ona (szczególnie ta druga dyktatura Senatu, trwająca aż dwanaście lat) na dominacji Senatu, przy czym kolejni senatorowie (w liczbie 600) mieli zostać uzupełniani nie poprzez opinię cenzorów - jak dotychczas - lecz w wyniku samoistnej kooptacji. Urząd cenzora (choć nie został zniesiony), przestał realnie funkcjonować, podobnie jak urząd trybuna ludowego - który automatycznie zamykał wszelką dalszą karierę polityczną. Sądownictwo zostało odebrane ekwitom i ponownie powierzone nobilitas (tym samym naruszono zasadę rozdziału władzy prawodawczej i sądowniczej), a jednocześnie podzielono sądy na poszczególne komisje sądowe, odpowiedzialne za określone przestępstwa (np. o obrazę majestatu, o kradzież, o przekroczenie władzy, o okradanie państwa, o gwałt, o morderstwo, o mężobójstwo - które to było traktowane specjalnie i wydzielone z komisji zajmującej się sprawami morderstw - już zresztą Katon Starszy twierdził, że mężczyzna, jeśli tylko zastanie swą małżonkę na zdradzie, ma prawo zabić obu kochanków na miejscu, natomiast żona nie może tego uczynić mężowi, gdyż nie tylko nie jest do tego zdolna fizycznie, ale i nie ma też takiego prawa). Ekwitom odebrano jeszcze prawo dzierżawy dochodów z prowincji (na czym zarabiali krocie) i zastąpiono je normalnym podatkiem publicznym (co było prawdziwym fiskalnym błogosławieństwem dla brutalnie łupionych prowincji). Władza wojenna została oddzielona od cywilnej, a konsulowie zostali realnie pozbawieni prawa dowodzenia armią w prowincji - zaś dopiero po zakończeniu swojej kadencji, gdy otrzymali swoje prowincje, to jako prokonsulowie lub propretorzy mogli dowodzić tamtejszymi wojskami. Konsulat można było ponownie piastować po upływie dziesięciu lat od ostatniego (czym wracano do pierwotnej tradycji, dawno już zresztą zapomnianej i często nieprzestrzeganej). Wzrosła też liczba pretorów (urzędników sądowych) z dwóch do ośmiu, zaś Trybunat Ludowy stał się wydmuszką, pozbawioną realnej władzy i prawa wnoszenia jakichkolwiek ustaw pod głosowanie ludowe, bez zgody Senatu. Była to więc całkowita dominacja arystokracji senatorskiej i nawet prawo darmowego przydziału zboża dla ludu zostało mu odebrane (Sulla twierdził że to karmienie "nierobów", kosztem ciężko pracującej ludności prowincji - która to właśnie składała się na chleb dla ubogich Rzymian, a ponieważ Sulla sam doświadczył w młodości wiele biedy - uważał że tylko ciężka praca kształtuje charakter i wyrabia w człowieku męstwo) i tak to trwało przez lata (aż do roku 70 p.n.e.), do czasów konsulatu Pompejusza i Marka Licyniusza Krassusa, kiedy to wreszcie zniesiono "dyktaturę nobilitas", przywracając wcześniejszy ustrój grakchański.




Sulla był dyktatorem, którego jedno słowo mogło oznaczać czyjeś życie lub czyjąś śmierć. Miał wielką władzę i opływał w dostatki, ale... co ciekawe, nie zamierzał utrzymywać jej w nieskończoność. Był bowiem zwolennikiem legalizmu i wiedział że jego władza ma charakter jedynie tymczasowy, gdyż został on powołany dla potrzeby chwili - czyli przywrócenia porządku i bezpieczeństwa w Republice. Nie zawsze jednak bywał konsekwentny w tym co czynił. Wprowadził bowiem podatek od zbytku i zakazał urządzania wystawnych przyjęć, oraz noszenia kolorowych ubrań (to prawo "przeciwko zbytkowi" było w dziejach Rzymskiej Republiki wielokrotnie wprowadzane i odwoływane). Natomiast jego stronnicy opływali w bogactwa i majętności, zagrabione (lub kupione za bezcen) w wyniku wojny domowej (sama żona Sulli - Cecylia Metella, była właścicielką kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu rzymskich kamienic), natomiast Sulla rzeczywiście żył dość skromnie. Wszystko co było mu potrzebne - miał przy sobie, więcej dla siebie nie pragnął. Ale łamał też swój zakaz urządzania wystawnych przyjęć, gdyż lubił się dobrze zabawić w otoczeniu przyjaciół i swoich zwolenników. Podczas jednego z takich bankietów (80 r. p.n.e.), urządzonego po złożeniu publicznej ofiary na cześć Herkulesa z dziesiątej części jego majątku - Sulla urządził dla rzymskiego ludu wspaniałe przyjęcie, podczas którego każdy mógł jeść i pić ile tylko zechciał (wielu zaś nie było w stanie przejeść tego, co tam serwowano i jeszcze kilka dni po uczcie część pozostawionych potraw musiano wyrzucać do Tybru - bo nikt nie chciał już ich zabrać). Wina dla ludu serwowano najdostojniejsze i najwykwintniejsze jakie tylko były (ponoć nawet czterdziestoletnie i starsze). Sulla opływał w dostatek i szczęście (nie na darmo kazał sobie dodać przydomek "Felix" - "Szczęśliwy"). Sulla Szczęśliwy, jego żona i dzieci (jakie miał z Cecylią Metellą) także były szczęśliwe, co sugerowały ich imiona: Faustus i Fausta (oboje byli bliźniakami). Wojna domowa została wygrana, wrogowie rozbici i unieszkodliwieni, państwo wracało do stabilizacji, a rodzina Sulli - czując silne poparcie wojska i 10 000 osobistych niewolników, jakich Sulla odebrał proskrybowanym popularom i uczynił z nich swoją osobistą ochronę - mogła spokojnie patrzeć w przyszłość, nawet po ewentualnym zrzeczeniu się dyktatorskiej władzy przez Sullę. Niestety - jak to w życiu - nie wszystko ułożyło się szczęśliwie.




W tym samym roku (80 p.n.e.) młoda Cecylia Metella poważnie zapadła na zdrowiu i wkrótce okazało się że jej dni życia są policzone. Sulla kochał żonę i chciał być przy jej łóżku, ale kapłani kategorycznie mu tego wzbraniali, twierdząc że uświęcony prawem dyktator, nie może splamić swego imienia żadną żałobą. Zabraniano mu więc wstępu do własnej sypialni i do możliwości pożegnania się z umierającą żoną, a zrozpaczony Sulla - słuchając podszeptów - wreszcie wysłał jej list rozwodowy (aby w chwili jej śmierci nie stać się żałobnikiem) i natychmiast wyniesiono ją z jego domu, przenosząc do innego. Wkrótce potem przyszła do niego wiadomość o śmierci Cecylii Metelli, co spowodowało że swój smutek topił w winie, upijając się do żywego. Gdzie się podziali bogowie, którym przez lata oddawał cześć i którzy czynili go zwycięzcą (a należy pamiętać że Korneliusz Sulla była bardzo zabobonny, nosił przy sobie różne talizmany oraz małe figurki bogów, których uważał za swych patronów). Teraz ci sami bogowie odebrali mu żonę, a on już nie wyglądał na szczęśliwego. Przez kolejne miesiące pił i oglądał występy aktorów lub błaznów, starając się zagłuszyć narastający ból. Aż pewnego razu - podczas igrzysk gladiatorskich - obok niego siadła młoda dziewczyna. W pewnym momencie sięgnęła ręką i wyciągnęła z jego togi nitkę, po czym - na pytanie, dlaczego to zrobiła - rzekła: "Bez powodu panie. Chciałam tylko zabrać ze sobą odrobinę twojego szczęścia", po czym odeszła. Miała na imię Waleria i była córką Marka Waleriusza Messalli Nigra, oraz rozwódką - niedawno rozstała się ze swym mężem. Sulla był pod wrażeniem tej kobiety i kazał się o niej wszystkiego dowiedzieć, po czym zaczął z nią korespondować listownie, wymieniając się miłosnymi wyznaniami. Ostatecznie pojął ją za żonę i Waleria - po śmierci Cecylii Metelli - zajęła miejsce nowej pierwszej damy Rzymu. Nie wiadomo jakie były powody, którymi kierowała się Waleria, aby wyjść za rzymskiego dyktatora (tym bardziej że mogłaby być nie tylko jego córką, ale jak niektórzy historycy twierdzą - również i wnuczką), wiadomo natomiast co Sullę pchnęło ku niej. Jej uroda, gibkie, młode ciało i delikatność. Poza tym Waleria mówiła mu to, co pragnął usłyszeć i zachowywała się tak, jak przystało na cnotliwą i wierną żonę (natomiast Sulla, nawet po ślubie, nie zrezygnował ze swych miłostek z aktorkami i niewolnicami).




Takie życie coraz bardziej podobało się dyktatorowi i ostatecznie postanowił on zrezygnować z dyktatorskiej władzy (79 r. p.n.e.) i udać się na odpoczynek do swej wiejskiej posiadłości w Kampanii, gdzie delektował się słońcem, łowieniem ryb w słomkowym kapeluszu, miłością swej nowej żony, a od czasu do czasu występami aktorskimi. Czasami też urozmaicał sobie wiejskie życie przelotnymi miłostkami z tancerkami i sprowadzanymi specjalnie dla niego prostytutkami - ale czynił tak już znacznie rzadziej niż wcześniej. Składając dyktatorską władzę, stwierdził że pragnie żyć teraz jak zwykły obywatel i za takiego chce też być uważany, a to oznacza że jeśli ktoś ma do niego żal za decyzje podjęte w czasie jego rządów, może mu nawet wytoczyć sprawę przed sądem. Nikt się jednak nie ośmielił poważyć na taki krok, choć niejeden miał żal do Sulli za krwawe proskrypcje, wywłaszczenia, drakońskie podatki, zniesienie darmowego przydziału zboża dla najuboższych Rzymian czy też po prostu - za wprowadzanie na jego polecenie prawa, którego on sam często nie przestrzegał. Być może odstraszała ewentualnych oskarżycieli (jak również zamachowców) obawa konfrontacji z owymi 10 000 prywatnych ochroniarzy Sulli, gdyż - mimo że stał się teraz "zwykłym obywatelem" - to jednak wciąż rządzili ludzie z jego nadania, weterani zaś byli gotowi powstać na jedno jego skinienie ręki (co ciekawe, zaczęło im się już nudzić życie na wsi - na zagrabionej prawowitym właścicielom ziemi, którą ofiarował im Sulla w nagrodę - a wiele gospodarstw doprowadzili do ruiny, nie odnajdując się w wiejskim życiu rolnika i tylko czekali gdy ich wódz wezwie ich ponownie, by mogli w jakiś inny sposób zdobyć bogactwo). Nikt więc się nie odważył wystąpić przeciwko Sulli, ani nawet spróbować dokonać zamachu na jego życie. Pewnego jednak dnia, Sulla udał się w słomkowym kapleuszu na ryby, a gdy długo nie wracał, zaczęto go szukać. Znaleziono martwego (78 r. p.n.e.) choć nie było na ciele żadnych ran, zaczęto podejrzewać otrucie. Ale gdy okazało się że posiłki osobiście kontrolowała Waleria przed podaniem ich mężowi, wykluczono i tę hipotezę (chyba że młodej kobiecie przestało się podobać życie u boku starca - ale to tylko spekulacje, a może - co już zakrawa o zupełne spiskowe teorie - była ona swoistym myślicielem popularów, celowo wystawionym w pobliżu Sulli aby zawrócić mu w głowie, rozkochać go w sobie i poślubić, a potem otruć. W końcu kto by podejrzewał małżonkę, która nie odstępowała swego męża na krok i zawsze była dla niego wsparciem). 

Prawdopodobnie więc powodem jego śmierci były wrzody, które niemiłosiernie go trapiły, a szczególnie w ostatnich miesiącach życia. Jego szaty i włosy codziennie były pełne zgnilizny i cuchnących wydzielin, tak, iż służba nie nadążała z czyszczeniem łaźni (gorące kąpiele pomagały tylko na krótki czas). Robactwo wręcz się z niego wysypywało, szczególnie we włosach miał mnóstwo wszy i gnid, których ciążko było się pozbyć. Poza tym - zaczął cuchnąć i to tak bardzo, że trudno było przy nim wytrzymać (czyżby więc Waleria przyspieszyła nieco jego zgon?). W ostatnich tygodniach, a szczególnie w ostatnich dniach przed swoją śmiercią, Sulla skończył pisać "Wspomnienia", w których powiadał (na dwa dni przed śmiercią) że przyśnił mu się jego syn - zmarły jako chłopiec jeszcze przed śmiercią swej matki Cecylii Metelli - który, przyodziany w nędzny strój, prosił ojca aby porzucił już to życie i poszedł z nim do matki, by odtąd wieść niezmącony spokój. Tak oto, w wieku 60 lat zakończył życie człowiek, który gdyby zmarł cztery lata wcześniej (przed 82 r. p.n.e.) przeszedłby do historii jako jeden z największych rzymskich mężów stanu, polityków i wodzów. Krwawe proskrypcje, rabunek i nieszczęście jakie sprowadził on na Rzym - kładą się niestety ujmą na jego życiorysie. Oby tylko bogowie potrafili przebaczyć mu jego zbrodnie, bo doprawdy, do dziś jeszcze żyją ludzie, którzy przeklinają czasy dyktatorskich rządów Lucjusza Korneliusza Sulli.


TUTAJ POKAZANA JEST SCENA ŚMIERCI SULLI - KTÓRA OCZYWIŚCIE NIGDY NIE MIAŁA MIEJSCA W TAKI SPOSÓB. ALE UKAZANY JEST TEŻ TU WĄTEK KONFLIKTU Z POMPEJUSZEM, GDYŻ SULLA ZMIENIŁ O NIM SWE ZDANIE I Z WCZEŚNIEJ STAWIANEGO ZA WZÓR, OSTATECZNIE - JAKO JEDYNY Z WODZÓW SULLI - ZOSTANIE POMPEJUSZ POZBAWIONY JAKIEGOKOLWIEK ZAPISU W TESTAMENCIE DYKTATORA



Trzydzieści lat później (49 r. p.n.e.) przekraczający Rubikon Cezar, stwierdził że Sulla był głupcem, skoro zrezygnował z władzy jaką zdobył, by odtąd żyć jak zwykły obywatel. Pięć lat później, ów Cezar leżał zamordowany w senacie, u stóp posągu Pompejusza Wielkiego. Tak oto przemija sława świata - można by dodać na zakończenie (wielkość tak jak małość lub nijakość tonie w rzygowinach i krwi)



CDN.

10 marca 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XX

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XVII



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XVII






PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE:
SŁOWIANIE
(CYWILIZACJA FILISTYŃSKA)
(ok. 1200 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)
Cz. V



FILISTEA
CZASY EKSPANSJI
(ok. 1100 - 925 r. p.n.e.)
Cz. IV



SAMUEL, SAUL i WOJNA O ARKĘ PRZYMIERZA
(1050 - 1042 r. p.n.e.)


Przyszły sędzia Samuel miał się urodzić w rodzinie niejakiego Elkany (Alkanesa) z plemienia Efraima z miasta Ramataim. Miał on dwie żony - Annę i Fenannę, a Samuel był dzieckiem tej pierwszej kobiety, która ponoć miała być bezpłodna, ale modląc się gorliwie w przybytku świątynnym boga Jahwe w Szilo, zaszła wreszcie w ciążę i urodziła synka. Rodzice poświęcili Samuela Bogu, a on sam w młodym wieku złożył śluby nazireatu (czyli wstąpił do sekty religijnej nazirejczyków, którzy m.in. ślubowali nie strzyc sobie włosów) podobnie jak wcześniej uczynił tak sędzia Samson. Samuel trafił pod opiekę kapłana Helego i uczył się w Szilo posługi kapłańskiej, ale z biegiem lat jego działalność zaczęła nabierać cech coraz bardziej profetycznych a on sam zaczął jawić się nie jako kapłan, a prorok ("nawi" lub też "ro'e" - czyli "widzący"). Prorocy byli wyjątkowo niebezpieczną grupą ludzi, gdyż jawnie mogli krytykować przywódców plemiennych, jako że przez ich usta miał przemawiać sam Jahwe. Samuel powrócił do Ramataim gdzie zaczął pełnić funkcję proroka (zwano ich też "dziećmi Izraela") a za swoją działalność pobierał wynagrodzenie i dopiero gdy jego sława wyszła poza mury rodzinnego miasta, a on sam zdobył szacunek poprzez swoje przepowiednie, zaczął otwarcie namawiać Izraelitów do wytępienia plemienia Amalekitów z Południa - spokrewnionych z Edomitami. Samuel jednak - pomimo jego rosnącej pozycji w religijno-politycznej hierarchii ludu Izraela - nie mógł zająć miejsca kapłana Helego, gdyż kapłaństwo dziedziczono w ramach jednej rodziny, wywodzącej się od Aarona (brata Mojżesza) i jego dwóch synów Eleazara i Itamara. Heli zaś był pierwszym kapłanem wywodzącym się z młodszej linii kapłańskiej (z rodu Itamara), a stało się tak, gdy ród Eleazara już wymarł (po nim kapłaństwo sprawował jego syn Finees, następnie Abiezer, potem Bokki i Ozis - ostatni z rodu Eleazara). Wtedy to właśnie na plemię Izraela spadła dotkliwa klęska, która doprowadziła do śmierci kapłana Helego oraz do potwierdzenia dominacji, jaką w Kanaanie posiadali Filistyni.

Oto bowiem (czy to pod wpływem kapłana Helego, czy też zjednoczeniowych apeli Samuela) większość plemion Izraela (ponoć nawet wszystkie dwanaście, co wydaje się mocno naciągane i nieprawdziwe) zjednoczyło się we wspólnej walce z dominacją filistyńsko-danicką (plemię Dan-Danuna - Dnynw) pod przewodnictwem miast Ekron i Aszdod. Doszło do wojny, której wynikiem była bitwa pod Afek (Eben-Ezer), miejscowości leżącej na północ od Ramataim - (rodzinnego miasta proroka Samuela) ok. 1050 r. p.n.e. która zakończyła się całkowitą klęską i pogromem plemion Izraela (w poprzedniej części napisałem że była to bitwa pod Mizpą, co wydaje się błędne, jako że prawdopodobnie pod Mizpą odbyła się kolejna bitwa, a pomyłka wzięła się stąd, że miasto Eben-Ezer jest różnie identyfikowane w Starym Testamencie: raz w okolicach Afek [1 Sm. 4] a raz w okolicy Mizpy w obrębie plemienia Beniamina [1 Sm. 7,12]). Klęska ta spowodowała zajęcie przez Filistynów Szilo, zburzenie tamtejszej świątyni i narzucenie Izraelowi wysokiej daniny. W Szilo zaś w ręce Filistynów (a raczej Danitów, gdyż przybytek ów trafił pierwotnie do miasta Ekron - które prawdopodobnie przewodziło wówczas antyhebrajskiej koalicji) wpadła święta dla Izraelitów Arka Przymierza (do dziś nie wiadomo czym była Arka Przymierza. Uważa się jednak, że była to jakaś silnie napromieniowana skrzynia, będąca w istocie bronią pochodzącą prawdopodobnie z czasów przedhistorycznych, czyli z okresu "Wojen Bogów" - w tym Wojen Piramidowych, które to opiszę w temacie Historii Wszechświata. W każdym razie nie ulega wątpliwości że ci, którzy zanadto zbliżyli się do Arki, umierali w męczarniach, jakby trafieni zostali "gniewem Boga"). Arka Przymierza umieszczona została w świątyni Baal-Zebuba w Ekronie, a następnie została przeniesiona (gdy okazało się jak bardzo jest niebezpieczna) do świątyni Dagona w Aszdod. Zniszczenie zaś Szilo doprowadziło nie tylko do śmierci kapłana Helego (który pod wrażeniem owej klęski miał umrzeć z rozpaczy po stracie syna, który poległ w tej bitwie), ale do rozpadu pierwszej dużej federacji plemion Izraela, co najmniej od czasu sędzi Debory (czyli ok. 1120 r. p.n.e.), choć akurat to nie jest właściwym porównaniem, gdyż wówczas wiele hebrajskich plemion wyłamało się z owej federacji. Klęska zaś Izraelitów pod Afek doprowadziła do realnego podporządkowania całego plemienia Beniamina Filistynom z Aszdod, a ci wznieśli sobie w Gibea cytadelę, będącą symbolem ich panowania nad całą Doliną Cedronu idącą do Morza Martwego (tam też mieściła się Jerozolima, czyli wówczas Jebuz - miasto Jebuzytów).


WYDAJE MI SIĘ ŻE DOSYĆ DOKŁADNA MAPA TERENÓW BIBLIJNYCH Z CZASÓW OD MOJŻESZA DO SAULA
(Inne podobne dokładne mapy ziem Izraela i Judy, aż do czasów Chrystusa - postaram się również tutaj prezentować)



Okupacja Filistynów jednak nie miała trwać długo, bowiem ciemiężeni podatkami Hebrajczycy zebrać się mieli w Mizpie na wspólnych modłach do Jahwe, jakie odprawiał tam Samuel. Mocno zaniepokoiło to Filistynów, którzy uznali że w Mizpie szykują się Izraelici do buntu i zrzucenia filistyńskiej zależności. Postanowili więc uderzyć, a ponieważ Izraelici zdążyli się przygotować na atak, bitwa zakończyła się klęską Filistynów (w Starym Testamencie jest zapisane, że to Jahwe sprowadził na nich klęskę, doprowadzając do trzęsienia ziemi i gromów bijących z nieba w nieprzyjaciół "Narodu Wybranego". Przekazy te jednak są jedynie wymyślną próbą ubóstwienia sukcesu, jaki wówczas odnieśli Żydzi - ok. 1045 r. p.n.e. co doprowadziło do chwilowego zrzucenia filistyńskiej kontroli oraz odzyskania części osad, m.in. Bet-Szemesz). Po tym zwycięstwie Samuel wybrany został na nowego sędziego Izraela, a i wówczas zapewne odzyskano Arkę Przymierza (mieli ją zwrócić sami Filistyni, jako że w Aszdod [a potem w kilku innych miastach] wybuchła zaraza, która zbierała śmiertelne żniwo i połączono jej pojawienie się ze ściągnięciem do Aszdod Arki Przymierza - ponoć kto zbyt blisko zbliżył się do owej Arki, zapadał na dziwną chorobę i wkrótce potem umierał). Zwrócono więc Arkę Izraelitom, a ci umieścili ją właśnie w zdobytym Bet-Szemesz (oczywiście ofiary Arki Przymierza były również i po stronie Izraelitów, ale niepomiernie mniejsze, jako że kapłani od dawna wiedzieli jak należy zachowywać się w pobliżu Arki i że nie wolno się do niej zbyt blisko zbliżać, a już na pewno nie wolno jej dotykać). Mimo tych sukcesów, Hebrajczycy nie byli zadowoleni. Wciąż bowiem byli rozdrobnieni na szereg mniejszych i większych plemion i pomimo niewiele znaczącego sukcesu pod Mizpą, ciągle ekonomicznie, kulturowo i politycznie uzależnieni byli od filistyńskiego Pentapolis i ludów z nim sprzymierzonych.

Zaczęto więc szukać wyjścia z tej sytuacji i ostatecznie (pod wpływem sędziego Samuela) postanowiono (choć początkowo niechętnie - szczególnie wśród starszyzny - jako że oznaczało to utratę dotychczasowej rodowej kontroli nad plemionami) wybrać sobie wspólnego króla, który zjednoczy rozbite plemiona i poprowadzi je do wspólnej walki o wolność z Filistynami, Danitami, Amalekitami czy Edomitami. Ponieważ synowie Samuela okazali się niegodni pozycji ojca jako sędziego i proroka, wybór Samuela padł na młodego mężczyznę, pochodzącego z plemienia Beniamina (szczególnie doświadczonego przez Filistynów), który wsławił się w ostatniej bitwie pod Mizpą i miał charyzmę przywódcy. Był to niejaki Saul, syn Kiszy, którego Samuel wybrał na króla Izraela (choć późniejsza relacja biblijna twierdziła, że Samuel sprzeciwiał się wyborowi Saula, gdyż, jak twierdził: "Jedynym królem Izraela jest Jahwe", ale przekaz ten został spisany w latach, gdy znaczenie władzy królewskiej w Palestynie mocno podupadło, a królowie okazywali się często ludźmi nie przestrzegającymi prawa Mojżeszowego, co musiało doprowadzić do pewnych negatywnych ku nim reakcji zarówno kapłanów jak i ludu. Dlatego taki lapsus znalazł się też w Starym Testamencie, ale według mnie jest mało możliwe aby Samuel sam nie wybrał i nie namaścił Saula na króla, tym bardziej że jako prorok i "widzący" zdecydowanie dążył do konfrontacji z zależnymi od Filistynów Amalekitami). Samuel namaścił Saula nieopodal filistyńskiej twierdzy Gibea (która nie została zdobyta po zwycięstwie Izraelitów pod Mizpą), co też jest zarówno wymowne, jak i... dość dziwne, a nawet niezrozumiałe (przynajmniej dla mnie). Można bowiem uznać, że namaszczenie olejem Saula pod twierdzą Gibea było jawną deklaracją polityczną, rzuconą Filistynom - jako wrogom Izraela, ale... późniejsze zachowania Saula temu zdecydowanie przeczą, co powoduje pewne komplikacje, a szczególnie brak odpowiedzi na pytanie: po co to było czynione (jako akt polityczny, demonstracja wojenna, czy próba aktywizacji starszyzny plemiennej wokół nowego władcy?).




Przyznam się szczerze - nie rozumiem tego, bo Saul po namaszczeniu na pierwszego króla Izraela (ok. 1040 r. p.n.e. - być może był to 1042 r. p.n.e. - choć jego realna władza sprowadzała się jedynie do samego plemienia Beniamina - inne bowiem z pozostałych 11 plemion Izraela nie uznały jego władzy) jako swą siedzibę obrał sobie właśnie miasto... Gibea, kontrolowane przez Filistynów. Można więc uznać że jego bojowy, anty-filistyński przekaz był jedynie na pokaz i tak naprawdę potrzebował on opieki lub wsparcia Filistynów, którzy - pomimo mało znaczącego wydarzenia, jakim była ich klęska pod Mizpą - wciąż dominowali w całym Kanaanie. Wydaje się jakoby Saul ciągle był zależny od władców filistyńskiego Pentapolis (być może - bo nie ma tu żadnej pewności - od serenów z Ekronu - gdzie było najbliżej do Gibea, lub z Aszdod), tym bardziej że jego walki z Filistynami (o jakich wiemy z Biblii) nie miały charakteru ekspansywnego, a były jedynie pewnymi lokalnymi niesnaskami, które - pomimo kilku sukcesów Saula - ostatecznie skończyły się jego całkowitą klęską pod Gilboa (ok. 1006 r. p.n.e.), co też pokazuje że Hebrajczycy nie potrafili dokonać ekspansji na filistyńskie ziemie, nawet zjednoczeni w formie monarchii i dopiero po zniszczeniu Filistei przez faraona Szeszonka I w 925 r. p.n.e. mogli zająć filistyńskie tereny. Zresztą, jak możliwe było zrzucenie zależności, gdy Filistyni kontrolowali nawet dostarczanie Izraelitom broni i narzędzi gospodarczych, o czym mówi choćby Księga Samuela: "W całej ziemi izraelskiej nie można było znaleźć kowala, gdyż Filistyńczycy uważali, że Hebrajczycy mogliby sobie sporządzić miecze lub oszczepy. Więc cały Izrael chodził do Filistyńczyków, jeśli chcieli sobie naostrzyć swój lemiesz czy motykę, czy siekierę, czy oścień. Gdyż naprawa wyszczerbionych ostrzy lemieszów i motyk, i trójzębnych wideł, i siekier i nasadzanie ościeni na drągi u nich tylko było możliwe. Toteż czasu wojny nie było ani miecza, ani oszczepu w ręku całego zastępu, który był z Saulem i Jonatanem. Tylko Saul i Jonatan, jego syn, mieli je". Filistyni wprowadzili więc całkowity monopol nawet na lemiesze, motyki, widły, siekiery i drągi, ale przecież nie tylko, wydaje się bowiem że również produkty innego rodzaju dostarczane były do Kanaanu przez Filisteę, a Filistyni całkowicie kontrolowali przepływ tych towarów i mogli je wstrzymać jeśli tylko tego chcieli. Z tej perspektywy już bardziej jasnym jest fakt, dlaczego Saul pozostał w roli żydowskiego "księcia" u boku filistyńskiego komendanta twierdzy Gibea (Saul zwracał się do niego słowem "dôd" - co można przetłumaczyć jako "stryj").





Nim przyjdziemy do czasów panowania Saula, Dawida i Salomona oraz ich następców w królestwie Izraela i Judy, ważne jest według mnie ukazanie granic stref wpływów filistyńskiego Pentapolis, rozwój miast filistyńskich w tym okresie ekspansji (czyli po 1040 r. p.n.e.) oraz ukazanie również miast Judei


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...