WYŚWIETLENIA

08 marca 2026

DZIEŃ KOBIET W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE

CZYLI TESMOFORIE I MATRONALIA





"PIĘKNYCH KOBIET JEST BEZ LIKU, 
ALE KOBIECE KOBIETY SĄ NIEZWYKLE RZADKIE"
 
HELEN ANDELIN
AUTORKA "FASCYNUJĄCEJ KOBIECOŚCI" z 1963 r.
(Jednej z kluczowych anty-feministycznych pozycji dla kobiet)


Z okazji przypadającego dzisiaj Międzynarodowego Dnia Kobiet, zapraszam do zapoznania się z tym, jak to starożytni Grecy i Rzymianie obchodzili ten właśnie dzień:






DZIEŃ KOBIET, MATEK I MĘŻATEK, CZYLI:


TESMOFORIE


Jedenastego, dwunastego i trzynastego dnia miesiąca pyanepsjon (koniec października, początek listopada) świętowano w Antycznej Grecji (szczególnie zaś w Atenach) prawdziwy Dzień Kobiet. A było to tzw. święto Tesmoforiów, czyli uroczystości ku czci bogini Demeter Tesmofore (patronki płodności) i jej córki Persefony-Kory. Były to uroczystości przeznaczone jedynie dla kobiet i żaden mężczyzna nie mógł w nich uczestniczyć, jeśli nie chciał znieważyć samej bogini - co było wówczas uważane za poważne przestępstwo. Ponieważ mężczyźni nie uczestniczyli w tych uroczystościach, zaś kobiety albo były niepiśmienne, albo nie zajmowały się spisywaniem dziejów i obyczajów epok w których żyły (bardzo niewiele kobiet było poetkami w Antycznej Grecji, ja doliczyłem się jedynie... trzech - Myrtis, Korynna i Safona - z czego ta pierwsza jest dziś już praktycznie całkowicie zapomniana, gdyż nie zachowało się nic z jej twórczości, poza naganą jej uczennicy - Korynny, która miała jej za złe, że: "Będąc kobietą z Pindarem śmiała w poezji się zmierzyć", notabene Pindar również miał być uczniem Myrtis), dlatego też nie ma pewnych informacji co też kobiety w owe święto czyniły i w jaki sposób wielbiły swą boginię (choć oczywiście można przytoczyć - i uczynię to niżej - trzy "fazy" tego święta). Stworzyło to szereg domysłów i mniej lub bardziej "spiskowych" teorii o obliczu Tesmoforiów (czego dowodem była chociażby komedia Arystofanesa "Kobiety świętujące Tesmoforie", wystawiona po raz pierwszy na święcie Lenajów w Atenach w 411 r. p.n.e. Sztuka ta od początku miała wybitnie mizoginiczne oblicze, choć - paradoksalnie - nie była wymierzona w kobiety. Arystofanes bowiem napisał "Tesmoforie" aby wbić szpilę w twórczość Eurypidesa - któremu zarzucał zbytnie sfeminizowanie i zohydzenie greckiej tragedii. Arystofanesa raziło - czego dawał wyraz w swych komediach, m.in. w "Acharnejczykach", "Chmurach" czy w "Lizystracie" - nowatorstwo Eurypidesa, wprowadzanie postaci kobiecych i ukazywanie miłości bohaterów - w tym również miłości seksualnej - unikanie patosu religijnego i wprowadzanie elementów życia codziennego do utworów literackich, a przede wszystkim Arystofanes miał za złe Eurypidesowi, iż ten "upokarzał" herosów i królów i ukazywał ich postawy w obliczu ludzkiej nędzy i kalectwa. Arystofanes uważał że takie przypadki "ludzkich ułomności" nie powinny pojawiać się w sztuce wysokiej, jaką bez wątpienia był grecki dramat. Dlatego też wyśmiewał te oto tematy, twierdząc na przykład, że jedyne co kobiety robią podczas święta Tesmoforiów, to - upijanie się winem do nieprzytomności i leżenie we własnych rzygowinach).

Grecy uważali też, że kobieta jest kłębowiskiem emocji i seksualnych odruchów, dlatego też jest aż dziesięciokrotnie bardziej podatna na bodźce seksualne i czerpiąca dziesięciokrotnie większą radość z seksu, niż mężczyzna. Innymi słowy kobiety, jako "wrażliwe i wciąż niedopieszczone istoty" (trudno się dziwić, skoro były zamykane na klucz w specjalnych pokojach im przeznaczonych - gyneceach - a z mężami kontaktowały się sporadycznie i jak pisał Ksenofont w swym "Ekonomikonie", przytaczając rozmowę Sokratesa z Kritobulosem, ten pierwszy pytał: "Czy znasz jakichś ludzi, z którymi mniej byś rozmawiał niż z własną żoną?", na co tamten odpowiada: "Wcale takich nie ma!") powinno się trzymać je pod kluczem i kontrolować zarówno ich seksualność jak i pracę. Inaczej - jak uważano - kobiety wejdą mężom na głowy i doprowadzą do anarchizacji oraz demoralizacji życia społecznego i politycznego. Ponieważ mężczyźni mieli szereg możliwości i okazji do "zrzucenia" z siebie napięcia seksualnego (organizowanie sympozjów - czyli przyjęć z udziałem heter, wizyty w domach publicznych, czy też stosunki z niewolnicami, a także - paradoksalnie - wyprawy wojenne), a kobiety miały bardzo niewiele tego typu okazji i możliwości (nie wolno im było nawet uczestniczyć z mężami podczas rodzinnych przyjęć i musiały siedzieć we własnym gronie w gyneceach, a jeśli już od czasu do czasu pojawiały się na sympozjonach, to jedynie aby nadzorować służbę nalewającą gościom wina i podającą potrawy. Nie mogły nawet udać się ze swoim mężem w odwiedziny do jego znajomych, gdyż takie coś było uważane za wybitnie niemoralne i... wpychające kobiety w odmęty erotycznego szaleństwa, dlatego też mężowie - zamykając swe żony na klucz w gyneceach - powtarzali im, niczym Menander w "Dziewczynie z obciętymi włosami", iż: "Uczciwa kobieta powinna przebywać w domu, ulica jest dla kobiet nic nie wartych". Pod tym więc względem, Rzymianki miały nieporównanie więcej praw i swobód, niż kobiety Hellady). Dlatego też greckie żony nie miały zbyt wielu okazji do rozładowania seksualnego napięcia i być może często zachowywały się mało racjonalnie i w oczach Greków mogły wyglądać na zdemoralizowane i całkiem uzależnione od seksu nimfomanki.




Dlatego przygotowując się do święta Tesmoforiów, musiały wykazać swoją czystość, a to oznaczało że już na kilka dni przed ową uroczystością nie mogły współżyć seksualnie ze swoim mężem lub innym mężczyzną (co akurat dla Greków nie stanowiło żadnego problemu, gdyż sypianie z własną żoną dla przyjemności w łożu, uważali oni za... co najmniej nieetyczne, żeby nie powiedzieć niemoralne. Żona miała tylko urodzić synów - aby przedłużyć ród swego męża, do zabaw seksualnych były zaś hetery i inne kochanki). Pierwszego dnia - zwanego Anodos ("Droga pod górę"), kobiety piekły ciastka z wyobrażeniem węży (jako symbolu męskich genitaliów) oraz żeńskich organów płciowych i składały je na ołtarzu bogini. Drugiego dnia, zwanego Nesteja, przypadał post i kobiety piły jedynie wodę lub wino (stąd potem zarzuty o pijaństwo), oraz powstrzymywały się od spożywania wszelkich potraw. Trzeciego dnia (noszącego nazwę Kalligeneja - czyli "Piękne pokolenie") również pito wino, oraz ofiarowywano bogini wszelkie rodzaje płodów ziemi, a także ser. Opowiadano sobie również sprośne żarty i bawiono się figurkami żeńskich organów płciowych i węży. Ostatnim przejawem tego święta, był... zbiorowy akt masochizmu, gdy kobiety obnażały swe piersi (a być może nawet rozbierały się całkiem do naga) i wzajemnie biczowały zielonymi gałązkami granatu - co miało pobudzać ich płodność. To tyle co wiadomo na temat święta Tesmoforiów. Warto jednak zaznaczyć również, że pomimo całego swego ubezwłasnowolnienia jako żony i matki, miały kobiety greckie o wiele większe możliwości realizowania się w sferze religijno-duchowej, niż np. Żydówki, które tylko mogły im zazdrościć tej swobody (tak na marginesie chciałbym na szybko dodać jedną rzecz, która bardzo mocno rzuca mi się w oczy w temacie "biblijnym". A mianowicie w kontekście chrześcijaństwa czasem pojawia się określenie religii "judeochrześcijańskiej", mającej mieć wspólny ze sobą, nierozerwalny związek. W tym kierunku podążają też niektórzy protestanci w USA, upatrując w judaizmie swoistego drogowskazu dla chrześcijaństwa - stąd też politycy amerykańscy, wywodzący się w tych właśnie kręgów {m.in. Donald Trump}, często ulegają wpływom diaspory żydowskiej, sądząc iż w ten sposób przybliżają się do samego Boga i "Ziemi Obiecanej". Cóż, nie chcę być złośliwy, ale powiem tylko że są w wielkim błędzie. Nie istnieje bowiem coś takiego jak religia judeochrześcijańska, gdyż chrześcijaństwo - mimo wspólnych korzeni {odnosząc się również do sfery poza religijnej, a skupiając chociażby na channelingach, judaizm, jak również misja Syna Człowieczego Jezusa Chrystusa, wysłane zostały przez ten sam gwiezdny lud TJehooba, z tym że w tym drugim przypadku również uczestniczyli Plejadianie - ale to już tak na marginesie jako ciekawostka} - powstało w zdecydowanej KONTRZE do judaizmu. Jezus Chrystus występował przeciwko kapłanom Świątyni Jerozolimskiej i za to właśnie został przez nich zamordowany, a chrześcijaństwo jest religią stworzoną na zupełnie innych fundamentach niż judaizm. Dlatego też nie kaleczmy uszu takimi nieprawdziwymi i nieistniejącymi sformułowaniami, jak "judeo-chrześcijaństwo". Notabene niedługo Wielkanoc, moje ulubione chrześcijańskie święto, czyli święto Zmartwychwstania. Postaram się również - opierając się chociażby na przekazach z channelingów - w innym temacie opowiedzieć jak doszło do Zmartwychwstania).


MÓJ MISTRZU - PRZEDE MNĄ DROGA, KTÓRĄ PRZEBYĆ MUSZĘ TAK, JAK TY. 
MÓJ MISTRZU - WOKOŁO LUDZIE, KTÓRYCH KOCHAĆ MUSZĘ TAK, JAK TY 



Jedna z bohaterek Eurypidesa z "Melanipe Desmotis", kapłanka bogini Ziemi - Demeter, wygłasza piękną deklarację, zachowaną do naszych czasów, która jest właśnie dowodem emancypacji greckich kobiet w religii. Oto ona, przytoczona w całości: "Tak w służbie bożej - to uważam przecież za najważniejsze - udział my bierzemy zazdrości godny. Wszak w przybytku Feba kobieta ludziom myśl objawia, u czystych progów Dodonejskich, w cieniu świętego dębu też niewiasta słowo oznajmia Zeusa tym Hellady synom, co go żądają. Też ofiary Mojrom - wraz z obrzędami bogiń bezimiennych - nie wolno mężom do nich się przybliżać, kobiety same świętość im nadają. Tak prawo swoje przed obliczem bogów myśmy zyskały w całej jego pełni, czy słusznie zatem wy poniewieracie niewieścim rodem?" W porównaniu do Greczynek, "córy Izraela" nie miały żadnych możliwości religijnej ekspresji i mogły - podobnie jak owa protestantka (która to religia w dużej części czerpie z pierwotnego judaizmu) rzec otwarcie: "Nie dziw, że nam kobietom dzieje się tak źle na świecie - przecież Bóg sam jest mężczyzną". Katoliczki nie mogą tak powiedzieć, gdyż mają one swoją "boginię", swoją orędowniczkę w Niebie - Marię, matkę Jezusa. Zresztą chrześcijaństwo w ogóle jest religią bardzo feministyczną, tak jakby stworzoną właśnie dla kobiet (już sam ten fakt, iże Jezus inaczej traktował niewiasty niż czynili to kapłani Świątyni i uczeni w Piśmie - pokazuje dobitnie że działał On na przekór judaizmowi). A ponieważ chrześcijaństwo jest religią kobiecą (powiedziałbym wręcz że wybitnie kobiecą) przeto przez całe wieki mężczyźni musieli mieć wykutą w nim dla siebie jakąś niszę, która oddawałaby istotę ich charakteru i temperamentu (szczególnie młodych mężczyzn, których rozsadza testosteron). Temu właśnie służyła gorliwość religijna i poświęcenie za wiarę, oraz krucjaty w celu odbicia, a następnie obrony Grobu Świętego w Jerozolimie. Mężczyźni musieli się w chrześcijaństwie nieco "wyszaleć", gdyż religia ta w swym podstawowym trzonie nie była realnie skierowana do nich (oczywiście nie chcę być źle zrozumiany, Dobra Nowina jaką głosił Chrystus była skierowana do wszystkich ludzi na Ziemi, ale przede wszystkim właśnie do kobiet. Zresztą w otoczeniu Chrystusa było wiele kobiet i nie można wykluczyć faktu że oprócz 12 uczniów, Chrystus miał również wiele uczennic), w przeciwieństwie np. do judaizmu czy islamu. Teraz zaś, gdy Kościół staje się taką papką politpoprawnościową dla każdego, to właśnie mężczyźni są grupą, która najczęściej wypisuje się z Kościoła, gdyż nie ma On dla nich nic do zaoferowania i nie stanowi żadnego wyzwania. Niegdyś bowiem mężczyźni wyruszali do boju z imieniem Jezusa i Matki Bożej na ustach i z wizerunkiem Maryi na ryngrafach - "i ruszała wiara w pole, od Chicago do Tobolska" - jak śpiewał Jan Pietrzak. A dziś? Jakie wyzwania współczesny Kościół stawia przed mężczyznami? Na to pytanie (i nie tylko to) Kościół jeszcze nie znalazł odpowiedzi. Cóż, czekamy.
 
  

 

W TROSCE O ŻONY I MATKI, CZYLI:




MATRONALIA


 "Hilarion śle serdeczne pozdrowienia siostrze Alis, pani matce Berus, i małemu Apollonkowi. Dowiedz się, że jeszcze i teraz jestem w Aleksandrii. (...) Proszę cię i upominam: dbaj o dziecko, a gdy tylko dostaniemy wynagrodzenie, poślę ci na miejsce. (...) Powiedziałaś do Afrodisias: "Nie zapomnij o mnie!" Jakże ja mogę ciebie zapomnieć! A więc proszę cię, abyś się nie martwiła" ("Epistulae privatae Graecae". Jest to list greckiego robotnika z Egiptu - który wyjechał w poszukiwaniu pracy do Aleksandrii - do jego żony Alis, którą, zgodnie z egipskim zwyczajem nazywa on swoją "siostrą". List ten został spisany z końcem I wieku p.n.e., czyli w czasach rządów Oktawiana Augusta, gdy Egipt należał już do Imperium Rzymskiego). Wyżej przytoczony fragment listu jest przykładem tego, jak mężowie troszczyli się o swe żony (większą część listu jednak pominąłem, gdy Hilarion pyta się o zdrowie żony i prosi ją by dbała o dziecko, choć jednocześnie - zapewne ze względów finansowych - pisze jej, że jeśli urodzi się chłopiec to dobrze, a jeśli dziewczynka, to... lepiej jej się "pozbyć"). Przejdźmy zatem teraz do rzymskiego święta kobiet, czyli owych Matronaliów. Rzymianie bardzo radośnie świętowali swoje urodziny i każdy dzień urodzin mężczyzny był świętem jego osobistego Geniusza, a poza tym dzień mężczyzn obchodzono uroczyście 17 marca, w tzw.: Liberalia (czyli święto boga Libera, do którego również wznoszono modły gdy chłopcy osiągali pełnoletność i stawali się młodymi mężczyznami, zrzucając dziecięcą purpurową togę i otrzymując czysto-białą "togę wolności" ["togam liberam"], będącą dowodem uzyskania przez nich pełni praw obywatelskich i wstąpienia w szeregi mężczyzn - Kwirytów). Jednak, podobnie jak świętowano każdy dzień urodzin męża, tak i obchodzono uroczyście również dzień urodzin żony, matki, siostry czy córki, a dzień ten był świętem jej osobistej opiekunki, boskiej Junony. I podobnie jak istniało "święto mężczyzn", tak i istniało w Starożytnym Rzymie "święto kobiet", zwane właśnie Matronalia - które obchodzono 1 marca. Jednak ponieważ (podobnie jak to było w Grecji) rolę kobiety nierozerwalnie łączono z rolą matki, przeto było to również święto matek.



KORNELIA - MATKA BRACI GRAKCHÓW:
TYBERIUSZA I GAJUSZA 
(IDEAŁ KOBIETY I MATKI, KTÓRĄ RZYMIANIE STAWIALI ZA WZÓR SWOIM ŻONOM I CÓRKOM)



Tego dnia każda żona i matka otrzymywała od swego małżonka drobne upominki, a następnie pary udawały się by wspólnie złożyć ofiary i modlić się o pomyślność w małżeństwie - do świątyni Junony Luciny, której to przybytek znajdował się na Eskwilinie (wzniesiony w roku 275 p.n.e., gdy Rzym toczył mordercze walki z królem Epiru - Pyrrusem. Był to zresztą jeszcze czas, gdy wprowadzano drakońskie kary za zbytni przepych i ostentacyjne się nim popisywanie. Na przykład w tym właśnie roku jeden z senatorów został usunięty z kurii tylko za to, że posiadał złote naczynia o zbyt dużej wartości. Potem nieco ograniczano ustawy przeciw zbytkowi, a ostatecznie obarczono nimi same... kobiety, którym w 215 r. p.n.e. - w czasie śmiertelnej wojny z Hannibalem - zakazano noszenia kolorowych sukien, powożenia w obrębie miasta rydwanem zaprzężonym w dwa konie [chyba że kobieta udawała się do świątyni, albo jeśli była pasażerką u boku swego męża, brata lub syna], nie mogła również posiadać przy sobie kwoty większej niż semuncję złota [13,65 kg.]. Z tego powodu w 195 r. p.n.e. doszło w Rzymie do prawdziwego "buntu kobiet" - o którym zresztą już pisałem - i gdy panie obległy ulice i place prosząc senatorów o cofnięcie tych przepisów - pomimo niezadowolenia Marka Porcjusza Katona - prawo to zostało ostatecznie uchylone, gdyż senatorowie doszli do wniosku że nie godzi się zabraniać zbytku jedynie kobietom, gdy oni sami i ich dzieci temu prawu nie podlegają). Małżonek przynosił swej połowicy głównie kwiaty (a Rzym w I i II wieku naszej ery tonął w różach, o czym pisał chociażby Marcjalis w "Epigramach": "Tak go miła woń kwiatów i wdzięk wiosny wszędy, tak piękno zachwyciło róż spod Pestum grzędy. Gdziekolwiek rzuci okiem, poniesie go noga, wszędzie od róż mu ciętych rumieni się droga. Więc Nilu, zawstydzony rzymską zimą nuże - swoje zboże nam przyślij, my ci damy róże"), ale rzymskie matrony otrzymywały od swych mężów zapewne również i inne podarki. W każdym razie - jak pisał Owidiusz: "Strójcie kwiatami boginię: są miłe bogini tej kwiaty. Matko, i własną skroń wiankiem kwiecistym też strój. Módlcie się słowami takimi: "Ty światło, Lucyno, nam dałaś" (...) O wejrzyj na położnice swe".




Rzymianie niezwykle cenili kobiecą wierność i oddanie mężowi oraz rodzinie. Od czasów Oktawiana Augusta (18 r. p.n.e.), kobieta, która urodziła co najmniej trójkę dzieci - była według prawa równa swemu mężowi. Istniało również szereg przywilejów w zależności od liczby posiadanego potomstwa, a poza tym kobieta - w przypadku rozwodu - mogła zatrzymać przy sobie swoje dzieci (oczywiście po wcześniejszej rozprawie sądowej, gdy jej pełnomocnik przekonał do tego sędziów), wcześniej bowiem dzieci pozostawały pod całkowitą władzą ojca (w Grecji oddanie dzieci kobiecie było wręcz nie do pomyślenia). Matronalia poświęcone były również oddaniu kobiet dla swych mężów, gdyż bardzo ceniono oddanie żon w obronie, lub też w obliczu jakiegoś nieszczęścia, jakie spadło na jej męża. Pliniusz Młodszy (którego stryj - Gajusz Pliniusz Starszy - zginął w 79 r. w Pompejach, próbując - jako dowódca floty w Misenum, ratować ludzi z zalewanego przez lawę miasta) pisał pod koniec I wieku: "Jeździłem właśnie łodzią po mym Komańskim Jeziorze, kiedy pewien starszy ode mnie wiekiem przyjaciel zwrócił mą uwagę na willę (...) która wznosi się nad jeziorem. To stąd właśnie - powiedział - pewnego dnia jedna z naszych rodaczek rzuciła się wraz ze swym mężem. Zapytałem o powód. Mąż miał wrzód narządów intymnych. Jego żona zażądała, aby pozwolił go jej zobaczyć, bowiem nikt nie powie bardziej szczerze, czy możliwe jest wyleczenie. Zobaczyła, straciła wszelką nadzieję, związała się z mężem i wraz z nim rzuciła się do jeziora". Wielu rzymskich poetów ceniło też i inne przykłady niewieściej miłości, wierności i poświęcenia (choć może niekoniecznie kosztem własnego życia - wyżej wymieniony przypadek był wyjątkiem, nawet dla Rzymian i dlatego budził sensację). Marcjalis np. bardzo wychwalał Klaudię Rufinę, która choć urodziła się w Galii - a konkretnie na ziemiach dzisiejszej Bretanii (wciąż dla autora krainie dzikiej, mimo że Galia zdobyta została przez Cezara i od tego czasu konsekwentnie romanizowana, na prawie sto lat przed jego narodzinami), to jednak - jak pisał: "ma duszę prawdziwie latyńską". Bardzo cenił też przywiązanie do męża niejakiej Nigriny: "szczęśliwszej niż Euadne czy Alcesis", której miłość porównywał do czystej duszy Sulpicji, z którą nie mogła się równać żadna kobieta. Również Pliniusz Młodszy cenił spore grono kobiet, co to miłość do męża i wierność rodzinie stawiały ponad wszystko.






Matronalia kończyły się wspólną kolacją spędzoną w gronie rodzinnym, w otoczeniu kwiatów i podarków ofiarowanych przez małżonka (i dzieci zapewne też). Tak też kończył się ów "dzień kobiet-matek", zaś 17 marca obchodzono "dzień męskiego Geniusza" ("dzień mężczyzn") i wówczas żona miała możliwość zrewanżować się swemu małżonkowi za okazane jej dobro. Jak jednak wyglądały owe Liberalia? To już temat na zupełnie inną opowieść





WSZYSTKIM CZYTELNICZKOM MOJEGO BLOGA (I W OGÓLE WSZYSTKIM PANIOM) ŻYCZĘ RADOSNEGO I SZCZĘŚLIWEGO DNIA KOBIET - OBY KAŻDY DZIEŃ PRZYNOSIŁ WAM POGODĘ DUCHA I RADOŚĆ ORAZ WIARĘ W PRAWDZIWĄ MOC KOBIECOŚCI, DRZEMIĄCĄ W KAŻDEJ Z WAS.



07 marca 2026

PIERZASTY WĄŻ NADCIĄGA ZE WSCHODU - Cz. V

W POSZUKIWANIU ELDORADO





SZESNASTOWIECZNA MAPA TENOCHTITLANU



Po śmierci wielkiego króla Tezozomoca (1426 r.) władcy plemienia Tepaneków z Azcapotzalco (najsilniejszej wówczas konfederacji indiańskich plemion w Dolinie Anahuac - czyli Dolinie Meksyku), nowym królem został - Tayatzin - ulubieniec ojca. Jednak drugi z synów Tezozomoca - Maxtla, ostro przeciw temu zaprotestował. Aby utrzymać pokój, starszyzna plemienia wymogła na Tayatzinie ustąpienie i przeniesienie się do Coyohuacanu, a na tron wstąpił młodszy brat Maxtla. Był to młody, żądny zwycięstw i chwały mężczyzna, którego musiało obawiać się zarówno plemię Mechicas (Me:szikas - czyli Azteków) jak i Tepanekowie z Tlacopan, oraz konfederacja Acolhuacanów z Tetzcoco. Celem Maxtli było bowiem całkowite podporządkowanie sobie tych miast i narzucenie im znacznie większych danin, niż płacili oni dotychczas. Zdając sobie sprawę z grożącego niebezpieczeństwa, tlatoani (Azteków) przybył do Azcapotzalco na coroczne święto bogini Uixtocihuatl ("Bogini Soli"), by wziąć udział w "Małej uczcie Panów". Gdy więc zajęto miejsca przy płonącym ogniu i raczono się pulgue (niskoprocentowy alkohol, pijany przez ówczesnych Indian Mezoameryki) podziwiając tańczące kobiety, które uwijały się wokół jednej z wybranek z Domu Pieśni, przybranej w suknię Bogini Soli - która po zakończeniu tego święta (odbywało się ono pomiędzy 13 czerwca a 2 lipca) miała zostać złożona na ołtarzu ofiarnym - wówczas to mój przodek (trzymam się bowiem rozpoczętego już kanonu opowieści Montezumy II) Chimalpopoca, rozmówił się z Tayatzinem, pytając dlaczego ten godzi się na odebranie sobie władzy. Aby jednak utrzymać pokój - choć przecież krew poległych wojowników zrosiłaby ołtarze i wzmocniła bogów - zaproponował mu by zwabił Maxtlę do siebie i tam narzucił mu wieniec z kwiatów na szyję, którym miał go następnie udusić. Niestety jednak, Maxtla został powiadomiony o owym spisku i uderzył pierwszy, zabijając swego brata dokładnie tak samo, jak obmyślił to wcześniej Chimalpopoca. Teraz zamierzał uderzyć właśnie w niego i ostatecznie podporządkować sobie cały lud Mechikanów.

Najpierw więc porwał kobiety należące do Chimalpopoki - które przybyły do Azcapotzalco na święto Bogini Soli - przechadzające się po ulicach i rozmawiające z dziewczętami należącymi do innych panów. Maxtla uprowadził te kobiety i zapowiedział im że za zbrodnię, której chciał się dopuścić Chimalpopoca, cały lud Mechikanów zostanie wytępiony, a one wkrótce staną się jego własnością. Kobiety rozpłakały się, choć Maxtla wkrótce uwolnił je by zaniosły tę wiadomość swemu panu. Gdy rozpoczęła się "Wielka uczta Panów" (trwająca od 3 do 22 lipca) a w Azcapotzalco wojownicy tańczyli w erotycznych spazmach ze swymi kobietami i nierządnicami i gdy złożono już w ofierze młody kaczan kukurydzy, oraz poświęcono na ołtarzach największych pijaków (jak się spojrzy na dzieje indiańskich ludów z Ameryki Środkowej z czasów przedkolumbijskich, to można je sprecyzować w zaledwie trzech słowach: krew, krew i jeszcze więcej krwi. Były to bowiem cywilizacje całkowicie odhumanizowane - nawet porównując je z najbardziej barbarzyńskimi cywilizacjami starożytności, gdzie również składano ofiary na ołtarzach bogów. Co ciekawe, jakkolwiek by na to nie spojrzeć, dopiero właśnie chrześcijaństwo narzuciło prawdziwą uzdę niepohamowanej i często bardzo okrutnej ludzkiej naturze, zmuszając ludzi do przynajmniej przemyślenia swoich czynów. Powiem też że doprawdy nie należy wcale żałować iż przybysze z Europy - jakkolwiek okrutni - położyli wreszcie kres tym indiańskim cywilizacjom śmierci i bezrozumnej chęci mordu z Ameryki Środkowej i Południowej). 


W TYM SKECZU JEST WŁAŚNIE W ZABAWNY SPOSÓB POKAZANE, JAK TO WIKINGOWIE PRAGNĄC WYJECHAĆ NA SWÓJ ŁUPIEŻCZY RAJD, ABY GWAŁCIĆ, MORDOWAĆ, PALIĆ I RABOWAĆ, OSTATECZNIE REZYGNUJĄ Z GWAŁTÓW (PO ROZMOWIE Z ŻONAMI), A GDY DOWIADUJĄ SIĘ ŻE PRZYJĘLI CHRZEST I ODTĄD STALI SIĘ CHRZEŚCIJANAMI, A CO ZA TYM IDZIE NIE MOGĄ ROBIĆ RESZTY TYCH WSZYSTKICH "FAJNYCH RZECZY" (BO JAK SAMI MÓWIĄ "W KOŃCU TO JEST ŚREDNIOWIECZE, NETFLIXA WYMYŚLĄ ZA 1000 LAT" 🤭) DO KTÓRYCH SIĘ PRZYZWYCZAILI, PRAWIE REZYGNUJĄ Z WYPRAWY
(Można włączyć angielską ścieżkę dźwiękową)



Gdy możni z Azcapotzalco karmili lud tamale z zielonej kukurydzy - przyprawionej owocami lub miodem, mieszkańcom Tenochtitlanu wcale nie było do śmiechu. Ciążyła nad nimi bowiem zemsta władcy potężnych Tepaneków, więc nie mieli z czego się radować. Chimalpopoca, aby ocalić swój lud przed Maxtlą, postanowił poświęcić się - wraz ze swym synem Tecuhtlehuacatzinem - na ołtarzu boga wojny Huitzilopochtli. Nie doszło jednak do tego, gdyż wcześniej Chimalpopoca został pochwycony przez ludzi Maxtli i przeniesiony do Azcapotzalco, gdzie tam zamknięto go w klatce na czas świątecznych uroczystości, po których zakończeniu Maxtla odesłał Chimalpopokę do Tenochtitlanu. Wkrótce potem został on tam (zapewne za zgodą i wiedzą jego stryja - Itzcoatla) złożony w ofierze na ołtarzu Huitzilopochtli (1427 r.). Władzę objął teraz Itzcoatl ("Obsydianowy Wąż"), brat Huitzilihuitla - ojca Chimalpopoki, zrodzony jednak z niewolnicy - co było do pewnego stopnia ujmą. Dążył on do wojny z Azcapotzalco i śmierć Chimalpopoki bardzo mu się w tym momencie przydała. Jednocześnie pozbawił jego synów (w tym owego Tecuhtlehuacatzina) prawa do tronu, a nawet sprowadził ich do roli plebejuszy. Natomiast oparł się na braciach zmarłego władcy - Montezumie Ilhuicaminie, a szczególnie na Tlacaelelu - któremu nadał tytuł cihuacoatla (co oznaczało - "żeńska połówka" - czyli najważniejszego doradcy króla).




Kolejnym wrogiem którego Maxtla zamierzał teraz pozbawić życia, był władca miasta Tlatelolco (leżącego na tej samej wyspie co Tenochtitlan, a założonego w 1358 r. W 1473 r. miasto to zostało zdobyte przez azteckiego władcę - Axayacatla - wnuka Itzcoatla, a ostatni tlatoani z Tlatelolco - Moquihuix, został zrzucony ze schodów Wielkiej Piramidy na oczach swego ludu, zaś jego miasto włączono jako jedną z dzielnic do Tenochtitlanu) - Tlacateotl. Wiedząc co spotkało Chimalpopokę, postanowił się ratować, kryjąc się na łodzi wśród trzcin jeziora Texcoco. Został jednak dopadnięty przez ludzi Maxtli i utopiony w najgłębszym miejscu jeziora (1427/1428). Następny był tlatoani z Tetzcoco - Nezahualcoyotl, który za młodu (ukryty w konarach drzewa) był świadkiem klęski i śmierci swego ojca - Ixlilxochitla, a zabił go właśnie Maxtla. Od lat polował on na młodego Nezahualcoyotla, ale ten zawsze zdołał mu się wymknąć. Po śmierci Chimalpopoki schronił się w mieście Xuexotzinco. Jednocześnie Maxtla zażądał od Machikanów (Azteków) ogromnego trybutu, znacznie przekraczającego ówczesne możliwości naszych przodków. Spowodowało to że Itzcoatl nie miał innego wyjścia, jak tylko złożyć swe insygnia sprawiedliwości (łuk i strzały) przed ołtarzem Huitzilopochtli i podjąć walkę z Tepanekami. Lud Mechikanów był jednak wówczas zbyt słaby aby w pojedynkę móc pokonać taką potęgę, jaką posiadał władca "Miasta-Mrowiska" (chodzi tutaj o Azcapotzalco, które w owym czasie było najludniejszym i największym miastem spośród wszystkich osiedli w rejonie Doliny Anahuac, stąd mawiano że jest to właśnie miasto-mrowisko), dlatego też musieli postarać się o sojuszników. Tych na szczęście akurat nie brakowało, gdyż wiele już ludów miało dość potęgi Tepaneków z Azcapotzalco, narzucania przez nich nowych danin i mordowania lokalnych władców. Nawet Tepanekowie z Tlacopan - najbliżej z nimi spokrewnieni - nie byli w stanie dłużej znieść tych zniewag. Najsilniejsze wsparcie oczywiście mieli Mechikanie w Tetzcoco - którego tlatoani był ścigany przez Maxtlę niczym głodny szakal na wydmach. Wkrótce potem do Tetzcoco zaczęły dołączać kolejne miasta.




Zbuntowali się Cuauhtitlanie z wrzosowisk Acolhuakanu, jak również Huexotzincanie z górskich jezior. Dołączyli też Tlaxcalanie - słynący ze swej odwagi, których miasto - Tlaxcalla, leży daleko za doliną Anahuac i ośnieżonymi szczytami gór Ixtactepetl i Popocatepetl, idąc ku wschodowi w kierunku Wielkiego Morza. Wsparcie przysłało również Chalco - miasto kukurydzy i sztucznych wysp, wówczas z nami skłócone (ostatecznie Aztekowie zdobędą Chalco w 1465 r.). Dość szybko więc anty-tepanecka koalicja została zawiązana (1428 r.) i Mechicanie poważyli się wykonać pierwszy krok, który byłby jawnym pretekstem do wywołania wojny. Oto wysłali do Azcapotzalco swych posłów, którzy w imieniu Itzcoatla złożyli Maxtli hańbiące go dary (kobiece suknie i bluzki wykonane z włókien agawy). Taki krok nie był jednak całkiem popularny w Tenochtitlanie, gdyż istniało również pokaźne "stronnictwo pokojowe", które nawoływało do poddania się Tepanekom. Wielu powtarzało: "Czyż nie widzicie ile tu starych ludzi, ile dzieci, które będą zmuszone znosić straszne cierpienia, gdy wybuchnie wojna? Kraj nasz mały, lud nieliczny, na każdego z nas wypada dziesięciu wojowników z miasta-mrowiska, jeśli podejmiemy walkę, czeka nas zagłada. Żyjąc na wyspie, nie mamy nawet gdzie ukryć naszych kobiet i dzieci - co się z nimi stanie, gdy przyjdą Tepanekowie? Czyż nie lepiej nam żyć jak dotąd w spokoju, pod panowaniem Azcapotzalco?". Król Itzcoatl był przeciwnikiem pokoju, ale miał przy sobie sławnego mówcę i reformatora - Tlacaelela, który go wspierał - również przeciwnika utrzymania pokoju z Tepanekami. Zabrał on tedy głos i przemówił do ludu Mechikanów tymi oto słowy: "Powiadacie że jesteśmy słabi i kraj nasz niewielki aby sprostał potędze władców z krwi Tepanecatla? Być może tak jest i być może jesteśmy od nich znacznie słabsi i być może nawet przegramy nadchodzące starcie, ale czy godzi się ludowi wybranemu przez Kolibra Południa przyjąć życie w hańbie poddaństwa? Okażmy nasze męstwo, a jeśli pisana nam jest śmierć, a nasze szeregi stopnieją - zabijmy nasze żony, nasze dzieci i naszych starców, by nikt już nie mógł oglądać hańby, jaką przyniosłaby nasza porażka. Żaden z nas nie będzie już jadał na brudnych, potrzaskanych skorupach, a krew nasza zrosi pola na chwałę bogów. Jeśli jednak wyjdziemy z tej walki zwycięsko, zdobędziemy żyzne pola, jeńców na ofiary i kobiety. I nigdy więcej już lud, którego wybrał sobie Koliber Południa - wielki Huitzilopochtli, przed nikim nie zegnie karku - od teraz, aż do skończenia świata!" Mowa ta zrobiła wrażenie i Mechikanie podjęli walkę.




W wybranym dniu, przystrojony w swój łuk wojenny, pióropusz i bęben, na którym miał dać znak do wymarszu - stał Itzcoatl na grobli wiodącej w stronę lądu, w kierunku Azcapotzalco - oczekując na przybycie sojuszników. Wkrótce ujrzano czółna wypełnione po brzegi przybranymi na biało wojownikami Tetzcoco pod wodzą Nezahualcoyotla i tymi o turkusowych piórach z Huexotzinco. Następnie pojawili się Tlaxcalanie - którymi władali potomkowie Cuicuitacatla. Dołączył do nich również władca miasta Tlatelolco - Cuauhtlatoatl ze swymi wojownikami. Grobla na jeziorze została opuszczona przez tepaneckie straże, gdyż zapewne Tepanakowie przerazili się słów Tlacaelela, który wcześniej na grobli rzucił w ich stronę te oto słowa: "Słuchajcie mnie Tepanakowie! Spotka was wielkie szczęście - umrzecie wszyscy i nie zostanie z was nikt. Wygaśnie nawet pamięć o mieszkańcach Azcapotzalco", po czym udało mu się umknąć - ścigającym go aż do pierwszych zabudowań Tenochtitlanu - tepaneckim strażom. Armia sprzymierzona miała atakować w trzech rzutach. Na północy w Tepayac stanęli Acolhuacanie z Tetzcoco, wsparci przez Tlaxcalan. Na południu uderzał Montezuma, siłami wojowników Mechikanów z zadaniem zdobycia tepanackiego Tlatelolco (nie było bowiem pewności czy władca tego miasta opowie się przeciwko, czy za Azcapotzalco), zaś główna armia pod wodzą Itzcoatla i wspierajacych go wojowników z Huexotzinco, uderzać miała na Azcapotzalco. Acolhuacanie i Tlaxcalanie byli ubrani w białe szaty (niektórzy dodatkowo owinęli sobie głowy sznurem, aby rozpoznać się w bitwie), Mechicanie zaś walczyli przystrojeni w pióropusze Huitzilopochtli, ale najlepiej prezentowali się wojownicy z Azcapotzalco. Pomalowani w barwy wojenne krwistą czerwienią, przystrojeni w pióropusze o barwach białych, czarnych, żółtych i czerwonych, oczekiwali starcia, a było ich tak wielu, że zajmowali tereny od jeziora, aż po zalesione wzgórza wzdłuż Tlacopan. Na ten widok wielu wojownikom sprzymierzonych ludów zimny pot oblewał twarz, choć słońce wzeszło radośnie, wśród gór Wschodu, a bogini Jutrzenka oblekła ich swym blaskiem. Itzcoatl następnie dał bębnem znak do rozpoczęcia bitwy i tak oto zaczął się pierwszy dzień walki o wyzwolenie spod tepanackiego jarzma...




CDN.

06 marca 2026

DOMINATORKI - Cz. VIII

CZYLI RZECZ O ZNANYCH
I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII,
KTÓRE POTRAFIŁY 
RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE
MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA





DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPTU
Cz. VIII






TEJE
KRÓLOWA-LWICA 
Cz. I


Pomiędzy śmiercią królowej Hatszepsut (ok. 1458 r. p.n.e.) a narodzinami Wielkiej Małżonki Królewskiej Teje (ok. 1400 r. p.n.e.), upłynęło prawie sześćdziesiąt lat. Był to czas w historii starożytnego Egiptu obfitujący w bogate doświadczenia. To właśnie wówczas realnie ukształtowało się i umocniło egipskie Imperium, którego twórcą był faraon Mencheperre Totmes III. To on, poczynając od (ok.) 1457 r. p.n.e. rozpoczął wielkie kampanie zdobywcze i to zarówno w Syro-Palestynie jak i w Nubii. Panowanie Hatszepsut opierało się bowiem na utrzymaniu pokojowej koegzystencji, połączonej z oficjalnym uznaniem egipskiej kontroli nad Syro-Palestyną (która to jednak została sprowadzona jedynie do sfery symbolicznej), a przez te dwadzieścia lat jej rządów większość lokalnych władców skutecznie zdążyło się usamodzielnić. Poza tym pojawienie się w tym czasie w Syrii wojowniczych Hurytów, całkowicie zmieniło sytuację na niekorzyść Egiptu. Na czele buntu przeciw egipskiej dominacji stanął władca miasta Kadesz - leżącego nad rzeką Orontes - do którego dołączyli inni książęta Syrii i Palestyny (zachęcani dodatkowo suto sypanym im przez Mitannijczyków złotem). W czasie pierwszej kampanii wojennej Totmes III zajął nadbrzeżne miasta Gazę i Jaffę, a następnie w bitwie pod Megiddo rozgromił koalicję syro-palestyńskich książąt, co spowodowało ponowne podporządkowanie Egiptowi kraju Retenu (w Palestynie). Władca Kadesz zdołał zbiec z pola bitwy, lecz utracił w walce większość swych wojowników i nie był już tak skory do osobistego uczestnictwa w wojnie z Egiptem. W latach 1456-1451 p.n.e. Totmes III przeprowadził cztery kolejne kampanie wojenne, tym razem wymierzone przeciwko królestwu Dżahy (trzy pierwsze niczego nie osiągnęły, dopiero czwarta, ta z ok. 1452/1451 r. p.n.e. zakończyła się bezwzględną pacyfikacją i podbojem kraju Dżahy). Faraon (prócz bogatych łupów) uprowadził także synów władcy tej krainy, aby wychować ich na swym dworze na wiernych i lojalnych poddanych Egiptu.






VI kampania wojenna "Napoleona Egiptu" (taki przydomek nadali Totmesowi III historycy), skierowana była przeciwko głównemu prowodyrowi wszelkich antyegipskich koalicji - królestwu Kadesz. Faraon spadł na to miasto, niczym sokół na swą ofiarę (jak twierdzą hieroglify ze świątyni grobowej tego władcy w Dolinie Królów) i zdobył je, zgarniając ogromne łupy (oraz oczywiście synów pokonanego władcy Kadesz). Kampania ta została przeprowadzona ok. 1450 r. p.n.e. W tym samym czasie Totmes zorganizował również wyprawę wojenną do Nubii, gdzie dotarł do IV katarakty Nilu (a konkretnie do dzisiejszej miejscowości al-Barkas), gdzie też nakazał postawić stelę graniczną. VII kampania wojenna do Syrii miała miejsce ok. 1449/1448 r. p.n.e. i skierowana została ku Fenicji. Faraon zajął wówczas główne miasta i porty tego kraju (Tyr, Byblos, Sydon, Akkę, Sareptę i Dor), gdzie utworzył morskie bazy wypadowe dla swej floty (Totmes III był pierwszym władcą w dziejach Egiptu, który realnie doceniał siłę floty wojennej i dążył do jej rozbudowy). 






VIII kampania była bez wątpienia największą ze wszystkich dotychczasowych. Rozpoczęła się ok. 1447/1446 r. p.n.e. a jej celem stało się potężne królestwo Mitanni, którego złoto finansowało wszystkie dotychczasowe antyegipskie bunty i powstania w Azji Zachodniej. Teraz jednak faraon - który skończył 39 rok życia - stanął u granic państwa, którego podbój otworzyłby mu drogę w głąb Azji i wówczas mógłby poczuć się kontynuatorem dzieła sławnego Senusreta III z XII Dynastii, który panował czterysta lat wcześniej i według legendy podbił całą daleką Azję (w rzeczywistości faraon Chacheperre Senusret III - zwany również po grecku Sesostrisem - nigdy nie dotarł tak daleko i co najwyżej stanął nad Eufratem, jednak w czasach w których żył, jego podboje sprawiały wrażenie olśniewających i przetrwały w literaturze egipskiej tego okresu jako niezwykłe, zaś legendy które przy tym narosły, mówiły że ów władca dotarł aż na "kres świata"). Pod miastem Chaleb (Aleppo) zastąpiła mu drogę armia Hurytów, prowadzona przez następcę mitannijskiego tronu, syna króla Parszatara I. Doszło do wielkiej bitwy (podobnej do tej spod Megiddo sprzed dziesięciu lat) która zakończyła się wielkim zwycięstwem armii Totmesa (w czasie tej bitwy poległ ów mitannijski książę). Teraz droga w głąb państwa Mitanni stała otworem, lecz gdy faraon podszedł pod twierdzę Karkemisz, spotkała go niespodzianka, gdyż tam oczekiwał go już sam król Parszatar z nową armią. Pod Karkemisz Totmes III starł z powierzchni ziemi całą potęgę mitannijskiego państwa (uderzenie egipskich rydwanów wojennych na odsłonięte pułki huryckiej piechoty przeważyło szalę zwycięstwa) i bez wątpienia zasłużył sobie na miano "Napoleona Egiptu". Mitannijski król ratował się ucieczką przez Eufrat, a Totmes w pogoni za nim nakazał swej armii przeprawić się na tratwach na drugi brzeg i kontynuował atak. Doszedł jednak tylko do twierdz Charran i Churri - które zdobył, na tym jednak już poprzestał (być może obawiał się zbytniego oddalenia od Egiptu i rozciągnięcia linii walk na obcym terenie). Po złożeniu mu bogatych danin i podarunków, oraz oficjalnej przysięgi królewskiej że Mitanni nie będzie więcej popierać wrogów Egiptu, faraon zrezygnował z ataku na stolicę tego kraju - Waszszuganni. Ponownie przeprawił się przez Eufrat (gdzie postawił własną stelę graniczną i odnowił stelę swego dziada Totmesa I) po czym z ogromnymi łupami powrócił nad Nil.






Podbój tych terenów dostarczył Egiptowi wiele ogromnych bogactw i ponownie uzależnił lokalne ludy, dając im nauczkę że bunt oznacza zagładę. Teraz znów corocznie spływały do królewskich Teb daniny składane zarówno przez podbite ludy, jak i te, które chciały utrzymać przyjaźń z Egiptem (podarki przysyłano z Babilonii, Asyrii, kraju Hatti i Mitanni ale także z Krety, Cypru i Rodos, które dosłownie prześcigały się w wysyłaniu Totmesowi wspaniałych darów - aby tylko zyskać jego przychylność). W latach 1445-1441 p.n.e. corocznie wyprawiał się Totmes do Syrii i Palestyny, by podkreślić stałą egipską obecność na tych ziemiach (łączył te kampanie z podróżami inspekcyjnymi po swym Imperium, dlatego też bardzo rzadko przebywał w Tebach, pozostawiając rządy właściwie w ręku arcykapłanów Amona-Re, a konkretnie w rękach Wielkiego Kapłana Mencheperreseneba, który zastąpił arcykapłana Hapuseneba - stronnika Hatszepsut. Totmes III po swym wstąpieniu na tron - ok. 1458 r. p.n.e. - mścił się na wszystkich zwolennikach jego ciotki, dlatego też Hapuseneb - który niegdyś koronował Hatszepsut na faraona - musiał za to zapłacić i został pozbawiony swego stanowiska. Notabene Hapuseneb był pierwszym wielkim arcykapłanem Amona-Re, którego pozycja i majętności stały się ogromne i nigdy wcześniej nie spotykane. Można zatem przyjąć że to właśnie królowa Hatszepsut stworzyła klasyczną egipską kastę kapłańską). Ok. 1445 r. p.n.e. "Boski Ojciec" Mencheperreseneb zmarł, zaś jego następcą został mianowany niejaki Mery (w tym czasie władza arcykapłanów Amona była już tak wielka, że przypominała współczesną pozycję szefów ponadnarodowych korporacji, których kapitał częstokroć jest większy od budżetu wielu współczesnych państw świata). Zajęty sprawami wewnętrznymi państwa i dokonujący corocznych, wielkich inspekcji faraon Totmes III nie zauważył, gdy syn i następca władcy Mitanni - Szauszatara, uważający że nie wiąże go ojcowska przysięga wobec Egiptu, począł formować kolejną antyegipską koalicję syro-palestyńskich książąt. Gdy Totmes się o tym dowiedział, natychmiast przystąpił do projektowania kolejnej, już XIV wyprawy wojennej do Syrii. Doszło do niej w czterdziestym roku panowania władcy (ok. 1440 r. p.n.e. - licząc od chwili jego oficjalnego wstąpienia na tron ok. 1479 r. p.n.e. w wieku 6 lat). Totmes zdobył twierdzę Tunip i ponownie miasto Kadesz, zmuszając buntowników do uległości.


MENCHEPERRE TOTMES III



W latach 1439-1437 p.n.e. przeprowadził Totmes jeszcze trzy kampanie do Syrii, ostatecznie uśmierzając wszelkie bunty i utwierdzając egipskie panowanie na rzece Eufrat. Łącznie "Napoleon Egiptu" przedsięwziął aż 17 wypraw wojennych do Azji - czego przed nim nie dokonał żaden inny faraon - i stworzył potężne Imperium, które marzyło się już jego dziadowi. W pięćdziesiątym roku swego panowania (ok. 1430/1429 p.n.e.) poprowadził jeszcze drugą kampanię wojenną do Nubii, gdzie dotarł aż do V katarakty Nilu i podbił Kuszytów, a także narzucił swą zwierzchność krajowi Punt (dokąd czterdzieści lat wcześniej wyprawę handlową zorganizowała Hatszepsut). W tej wyprawie wziął udział jego 15-letni syn i następca Amenhotep. Trzy lata później faraon uczynił syna współrządcą i ofiarował mu własny harem (czym Amenhotep zdążył pochwalić się na zachowanej do dziś steli). Ok. 1425 r. p.n.e. Totmes III zakończył swój żywot i 20-letni Aacheperure Amenhotep II objął pełnię władzy w kraju. Był to władca odznaczający się dużą siłą fizyczną (ponoć nikt nie był w stanie naciągnąć cięciwy jego łuku). Jego matka - Meryetre, która była nałożnicą faraona, stała się matką następcy tronu, gdy ok. 1445 r. p.n.e. zmarł (w wieku ok. 17 lat) pierworodny syn Totmesa III, książę Amenemhat, (zrodzony z innej nałożnicy o imieniu Satiah). Rozpacz z powodu śmierci jednego syna, przeplatała wówczas radość z narodzin kolejnego, a był nim właśnie Amenhotep - ów barczysty młodzieniec, który odziedziczył wiele z charakteru swego ojca. Zaraz po jego wstąpieniu na tron (i odczekaniu 70 dni żałoby, przeznaczonych na balsamowanie i złożenie do grobu ciała Totmesa III) wybuchł w Syrii bunt tamtejszych książąt, którzy uznali że młody i niedoświadczony faraon nie będzie zdolny do podejmowania szybkich decyzji i dowodzenia armią w polu tak, jak to czynił jego ojciec. Jednak zebranie armii nie zajęło Amenhotepowi dużo czasu i ok. 1425/1424 r. p.n.e.) wyruszył on zbrojnie na buntowników. Zdobył i spalił wielkie miasto w ziemi Kanaan: Szemesz-Edom, po czym doszedł do rzeki Orontes, gdzie zebrała się koalicyjna armia syryjskich książąt. Bitwa zakończyła się zwycięstwem Egipcjan, po czym faraon opanował miasta: Nyy i Ugarit leżące nad Morzem Śródziemnym. W drodze powrotnej do Egiptu zniszczył jeszcze kilka innych zbuntowanych miast i przywrócił egipskie panowanie na Północy (walki te odznaczały się niezwykłą gwałtownością, a pokonani byli często mordowani tuż po bitwie. Amenhotep może nie był tak genialnym wodzem jak jego ojciec, ale z pewnością przewyższał go zarówno siłą fizyczną, jak i... okrucieństwem).


AACHEPERURE AMENHOTEP II



Ok. 1420 r. p.n.e. wybuchło w Syrii kolejne, znacznie większe niż poprzednio antyegipskie powstanie, co zmusiło Amenhotepa do ponownej wyprawy nad Orontes. Zdobył tam zbuntowane miasta: Ipek i Mapasiu oraz spustoszył tereny plemienia Chatyczana w Samarii. Jako jeńców przywiózł do Egiptu siedmiu syryjskich książąt, a następnie sześciu z nich osobiście... złożył w ofierze Amonowi-Re w królewskich Tebach, siódmego zaś polecił przewieźć Nilem do Napaty (głównego miasta Nubii) i tam również polecił stracić, a ciało powiesić na murach - by tym samym pokazać Kuszytom co ich czeka w przypadku buntu (i rzeczywiście, nie zbuntowali się). Okrucieństwo jakiego jednak dopuszczał się faraon, mobilizowało Syryjczyków do kolejnych buntów i w 9 roku jego panowania (ok. 1418/1417 r. p.n.e.) wybuchło kolejne powstanie (mocno zraszane złotem Szauszatary z Nahariny - jak Egipcjanie nazywali Królestwo Mitanni). Amenhotep ruszył w bój i zdobył kolejno miasta: Gazę, Kumidi i Simarę, jednak nie udało mu się opanować Katny, Nyy i Tunip, co spowodowało że po raz pierwszy musiał zawrzeć (nieoficjalny) układ z władcą Mitanni i cofnąć się znad Eufratu. Była to pierwsza porażka Egiptu na tych ziemiach od dziesięcioleci, dlatego też dodała pewności siebie lokalnym książętom, choć układ zawarty z Mitanni zabraniał tamtejszym władcom podburzać zależne od Egiptu księstwa do buntu, a w zamian Egipt godził się wycofać znad Eufratu i oddać Mitanni miasta: Karkemisz oraz Chaleb. Szauszatara zmarł ok. 1410 r. p.n.e. a jego syn Artatama I i wnuk Szuttarna II, respektowali zasady zawartego wcześniej układu (notabene nie był to układ spisany, gdyż nie ma na ten temat żadnej wzmianki, zapewne była to więc "dżentelmeńska" umowa pomiędzy władcami). Do końca życia Amenhotepa II panował niczym niezmącony pokój, a kraj bogacił się na zdobytych wcześniej łupach i corocznie spływających daninach. Amenhotep zmarł ok. 1397 r. p.n.e. po prawie trzydziestu latach swego panowania. Gdy więc zabalsamowane ciało "Potężnego Byka" składano do komory grobowej w jego świątyni w Dolinie Królów, do władzy już przymierzał się syn i następca tego władcy - Mencheperure Totmes IV.


GRANICE EGIPTU Z CZASÓW AMENHOTEPA II (od ok. 1417 r. p.n.e.) i JEGO NASTĘPCÓW



Totmes IV był synem haremowej nałożnicy swego ojca - Tii. Na początku panowania stanął przed dwiema, niezwykle ważnymi sprawami, które musiał czym prędzej rozwiązać. Po pierwsze: w wieku ok. 90 lat zmarł dotychczasowy arcykapłan Świątyni Amona-Re w Tebach - Mery. Przez prawie pięćdziesiąt lat pełnił on swą funkcję, pomnażając ogromne bogactwo (do Świątyni Amona-Re w Zębach należały już wówczas nieprzebrane ilości stad bydła, kóz, świń, koni, dwa duże okręty nilowe i kilka mniejszych barek procesyjnych oraz tysiące niewolników). Następcą arcykapłana Merego, faraon Totmes IV mianował teraz 60-letniego kapłana niższego rzędu - który dotąd wyrabiał sandały w Świątyni Amona-Re w Karnaku (Świątynia bez wątpienia była największym pracodawcą - i to zarówno w mieście jak i na wsi - dającym chleb setkom a nawet tysiącom "podwykonawców", choć nadmiar niewolników w niektórych okresach nieco zmniejszał popyt na pracę ludzi wolnych, to jednak i tak kler świątynny był najlepszym i najbardziej przez wszystkich pożądanym pracodawcą) o imieniu Amenemhat. Wybór władcy spowodowany był zapewne tym, że Amenemhat - jako człowiek pochodzący z ludu - nie miał większych ambicji politycznych i nie próbował narzucać młodemu faraonowi własnych opinii, a poświęcał się w całości sprawom religijnym i służbie bogu. Całkowicie też podporządkował się Totmesowi, jako swemu suwerenowi i protektorowi. Drugą kwestią, przed jaką stanął młody monarcha, był... kolejny bunt w Syrii (to już należało do swoistej tradycji że z każdą zmianą władzy w Egipcie, automatycznie buntowali się lokalni książęta w Syro-Palestynie, a czasem również i w Nubii, bowiem następował swoisty reset i to zarówno w polityce - każdy Nowy władca mógł był młodszy i mniej doświadczony niż jego poprzednik - jak i w mentalności ludzi tamtego czasu - śmierć faraona, czyli czas chaosu z którego można coś wykroić dla siebie). Jednak tym razem nie uzyskali oni wsparcia Mitanni, które już tradycyjnie (niczym George Soros wszelkiego rodzaju NGO-sy) finansowało anty-egipskie ruchawki. Dlatego też gdy tylko faraon przekroczył z wojskiem Synaj, natychmiast wszyscy buntownicy złożyli broń i ponownie podporządkowali się nowemu władcy, wysyłając Totmesowi bogate dary w ramach "zgody". 


MENCHEPERURE TOTMES IV



Totmes IV panował krótko (jeśli weźmiemy pod uwagę lata rządów jego poprzedników), bowiem zaledwie dziewięć lat. Przez ten czas zdążył jednak nawiązać przyjazne kontakty z Mitanni (ponoć aż siedmiokrotnie starał się o rękę córki króla Mitanni - Artatamy I i wreszcie za ostatnim razem dopiął swego). Efektem zawartego przymierza było małżeństwo Totmesa z księżniczką Mutemweią. Już samo przybycie jej w orszaku na królewski dwór do Teb, wzbudziło spore zamieszanie, ale skoro arcykapłan nie zaprotestował wobec tego małżeństwa (Mutemweia przywiozła bowiem wraz ze sobą nie tylko swych rodaków - jako otoczenie jej królewskiej osoby, ale przede wszystkim swoich huryckich bogów solarnych), inni więc też siedzieli cicho. Księżniczka przybyła wraz ze swym orszakiem, odziana cała w białą suknię, tak, iż nawet jej głowa owinięta była białym woalem, przez co nie można było poznać jej urody. Owa Mitannijka mówiła niezrozumiałym dla Egipcjan językiem, a ludzie z jej orszaku ubierali się inaczej niż przywykli do tego Egipcjanie. Ślub się odbył a ten związek został uznany przez arcykapłana (który ponoć radził królowi by, podobnie jak jego przodkowie, wziął sobie do łoża damę z haremu z którą spłodzi następcę, gdyż ślub z heretyczką wyznającą wiarę w innych bogów, może być źle odebrany przez lud. Totmes jednak uparł się i ponoć zagroził że jeśli ślub się nie odbędzie, to wówczas odwoła arcykapłana z jego urzędu). Faraon miał zadbać by Mutemweia poznała egipskich bogów i przyjęła wiarę męża, jednak owa konwersja postępowała obustronnie (Totmes również zaakceptował bogów Mitanni, szczególnie wiarę w bóstwo słoneczne). Wkrótce potem Mitannijka zaszła w ciążę i urodziła syna, następcę egipskiego tronu - księcia Amenhotepa. To on właśnie poślubi bohaterkę naszego opowiadania - Teje i razem już wkrótce przejmą władzę w kraju nad Nilem.


PS: Totmes IV był również tym władcą, któremu (jeszcze przed wstąpieniem na tron) ukazał się we śnie Wielki Sfinks, zakopany w Gizie przez piaski pustyni. Gdy więc został władcą, odnalazł i odkopał Sfinksa, który stoi tam po dziś dzień




CDN.

05 marca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XXXIX

FEDERACJA GALAKTYCZNA
CZYLI
"STRAŻ WSZECHŚWIATA"
PLANETY - RADY - FRAKCJE 
 Cz. I





Postanowiłem zrezygnować ze szczegółowego przedstawiania kolejnych światów, ras i galaktyk, gdyż większość najważniejszych już opisałem, a te, o których jeszcze nie napisałem - zamierzam "zmieścić" w temacie tyczącym się bezpośrednio Federacji Galaktycznej. Dlaczego tak? Ponieważ nie dysponuję już zbyt wieloma informacjami (pochodzącymi z channelingów) o tych światach, natomiast te, które posiadam... są nieliczne, wręcz szczątkowe. Nie ma więc sensu tworzyć dla ich opisu oddzielnych części i można je przedstawić w jednym, większym temacie - np. właśnie dotyczącym Federacji Galaktycznej jako największej i najpotężniejszej organizacji we Wszechświecie.

 Nim jednak zacznę swój opis, pozwolę sobie na chwilkę zastanowienia do której z frakcji w Radzie Federacji (które szczegółowo opiszę) dołączymy My - Ziemianie (a będziemy mieli do wyboru dwie, może trzy frakcje w Radzie), gdy osiągniemy już odpowiedni stopień rozwoju tak technologicznego jak i duchowego, oraz gdy uświadomimy sobie że nasze geny nie pochodzą z Ziemi, a my stanowimy część większej całości międzygalaktycznych istot, zjednoczonych we wspólnej rodzinie ludów - zwanej Federacją Galaktyczną.


Federacja Galaktyczna jest najpotężniejszą organizacją "polityczno-militarną" w całym Wszechświecie. Jest również w ponad 95% (channelingi mówią o 96%) zdominowana przez Galaktyczną Ludzkość, lub też istoty humanoidalne, swym wyglądem zbliżone do ludzkiego. Nazywana jest "Strażą Wszechświata", gdyż nie ma drugiej, podobnej jej ani zasięgiem, ani potęgą, ani też możliwościami oddziaływania - organizacji międzygalaktycznej. Do klęski Reptilian w III Wielkiej Wojnie Galaktycznej - mógł się z nią równać jedynie Sojusz Anchara, lecz obecnie ta "gadzia" organizacja już nie istnieje. Za to teraz istnieją dwie duże reptiliańskie "rady". Pierwszą i najpotężniejszą jest Rada Tubanu na Tyfonie (w galaktyce Alpha Draconis), a drugą Związek Oriona. Organizacje te (wzajemnie się zwalczające), nie są jednak w stanie zagrozić potędze Federacji w konflikcie militarnym, jednak mogą osłabiać ją w inny sposób. Mianowicie Federacja Galaktyczna jest niezwyciężona, ale... tylko jako monolit, jako jedność. Tę jedność niestety bardzo rzadko udaje się wypracować, gdyż w samej Radzie (mieszczącej się na planecie Toleka w galaktyce Syriusza A) istnieje kilka potężnych, oraz kilkadziesiąt pomniejszych frakcji. Te frakcje bardzo często mają wykluczające się wzajemnie interesy, co łatwo mogą wykorzystywać Reptilianie by osłabiać i rozgrywać względem siebie całą Wspólnotę. Tak więc Federacja Galaktyczna jest silna i jednocześnie słaba swą wielością.



Teraz zaprezentuję poszczególne frakcje i planety, wchodzące w ich skład:



RADA 
ANDROMEDY




Jest to jedna z najpotężniejszych frakcji w Radzie Federacji Galaktycznej, składa się aż ze 133 systemów planetarnych. Siedzibą Rady Andromedy jest planeta Paa-Tal, stolica całej galaktyki noszącej tę nazwę. Jest tak potężna, że inne, pomniejsze frakcje w Radzie Federacji są jej podporządkowane (i przez nią chronione). A są to: Rada Arktura, Rada Antares, Sojusz Procjona, Federacja Wegi, Sojusz Capelli, Rada Polaris, Rada Syriusza (A), Związek Deneb, Sojusz Tau Ceti, Rada Alheny, oraz planety będące bezpośrednio pod ochroną Andromedy - Legola i znajdująca się w systemie Oriona, a zasiedlona przez Galaktyczną Ludzkość - planeta Etorth. Jest też jedna planeta, która nie posiada prawa głosu w Radzie Andromedy, gdyż nie należy do niej sensu stricte, lecz ma charakter (można by to tak nazwać) "obserwatora". Jest to planeta Mirach.

Co prawda Andromedanie mało interesują się losem Ziemi i jej mieszkańców, mimo to jednak (pod wpływem innych członków swej organizacji, jak choćby Syrian, czy Arkturian) otwierają przed nami możliwość dołączenia do ich sojuszu i potężnej frakcji w Radzie Federacji Galaktycznej (oczywiście, gdy osiągniemy już odpowiedni poziom samorozwoju, bo jak na razie wciąż jesteśmy na poziomie rozwoju kilkuletniego dziecka, którego np. trzeba pilnować żeby "nie włożył palców do gniazdka", innymi słowy - żeby nie rozpętał nuklearnej zagłady na planecie, na której żyje). Alex Collier, który w latach 90-tych kontaktował się zarówno z Andromedanami jak i Plejadianami (poprzez channelingi), twierdzi że organizacja ta (on nazywa ich Ashtar), jest przez Plejadian uważana za gwiezdnych piratów, którzy "wchodzą im w paradę" m.in.: również i w naszym Układzie Słonecznym, który to Plejadianie uważają za swoje "podwórko". Według Colliera, Andromedanie liczą że to sami Ziemianie poproszą o możliwość członkostwa w ich organizacji. Twierdzą również (w dużej mierze zgodnie z prawdą), że Plejadianie nie ochronią Ziemian przed żadnym niebezpieczeństwem, gdyż... zabrania im tego prawo Wszechświata, które jest wytycznym prawa Federacji Galaktycznej. "Nauczcie się sami dbać i chronić swój świat, gdyż... nie będzie Zbawiciela z Nieba" - mówi Collier, który jedynie powtarza słowa Andromedan, zaczerpnięte z channelingów. Innymi słowy Andromedanie twierdzą, że to Plejadianie wprowadzają Ludzi na Ziemi w błąd, przekazując im puste zapewnienia o pomocy i ochronie, które godzą w prawo Wszechświata, a tym samym nie mogą zaistnieć (chociaż to Prawo Wszechświata kilkukrotnie było łamane przez potężne frakcje, jak choćby TJehooba - którzy {wraz z Plejadianami} wysłali na Ziemię misję "Syna Człowieczego", wcześniej zaś stworzyli religię judaistyczną, czy Syrian którzy {głównie - bo byli tam obecnie również Plejadianie} doprowadzili do zagłady Atlantydy na Ziemi).



KONFEDERACJA
ARKTURA




Konfederacja Arktura jest jedną ze składowych części Rady Andromedan w Federacji Galaktycznej. Jest to jedna z tych ras, która nie uczestniczy w politycznych rozgrywkach i militarnych konfliktach we Wszechświecie, z tego względu jest niezwykle ceniona i wykorzystywana jako ewentualny pośrednik w sporze. Jest to stara i mądra rasa, choć nie wywodząca się bezpośrednio z Liry. Posiadają ogromne wpływy w Radzie Federacji i są cenieni jako doskonali fachowcy, zarówno pod względem technologicznym, jak (a może przede wszystkim) duchowym. 

Ich wygląd różni się nieco od wyglądu Lirian, Plejadian, Andromedan czy TJehooba. Ich głowa jest bardziej wydłużona, pozbawiona owłosienia i posiadająca po bokach dwie wypustki, tkwiące tam niczym rogi. Nie są to jednak rogi, a... uszy, które u nich umiejscowione są prawie na czubku głowy. Za to nos i oczy podobne do ziemskich. Posługują się językiem, którego tonacja zbliżona jest do chińskiego czy wietnamskiego. Ich głównym światem i siedzibą ich Konfederacji - jest planeta - PITOLLA.




Arkturianie są bardzo aktywni na Ziemi. To oni (do spółki z Andromedanami) stoją za większością "zbożowych kręgów" na ziemskich polach. Po co to robią? Z różnych względów - np. pragnąc ostrzec ludzkość przed jakimś poważnym zagrożeniem, albo by podnieść ziemskie wibracje, łagodząc i dążąc do rozładowania ziemskich napięć. Arkturianie są jedną z tych międzygalaktycznych ras, które pragną przygotować ludzkość na Ziemi do pierwszego kontaktu z przedstawicielami Federacji Galaktycznej i uświadomić nas (w sposób jak najłagodniejszy) o naszej roli, pochodzeniu i przyszłości. Do tego (m.in.) służą właśnie "zbożowe kręgi".



CYWILIZACJA
 TAU-CETI




Tau-Cetanie są z kolei obrońcami ludzi przed tzw.: "Szarakami". "Greys" są bowiem hybrydalną rasą niewolniczą, stworzoną przez Reptilian po to tylko, by zdobywali jak najwięcej informacji o Ziemianach (do tego służą również niektóre z uprowadzeń ludzi przez UFO). Tau-Cetanie mają prawdziwego "bzika" na punkcie Szaraków. Tropią ich wszędzie gdzie mogą i uniemożliwiają porwania (nie zawsze im się to jednak udaje). Tau-Cetianie mają skórę białą jak śnieg. Nie zawsze jednak byli tak wspaniałomyślni i wielkoduszni jak dziś - niegdyś należeli do bardzo wojowniczej rasy. Brali udział w wojnach z Gadami, a pomiędzy nimi napadali na inne światy, zasiedlone przez Galaktyczną Ludzkość. Tau-Cetanie niejednokrotnie w przeszłości napadali i mordowali bezbronne światy, uprowadzając ich potomstwo w niewolę. Dziś ich wola walki została zneutralizowana, poprzez przynależność do Federacji Galaktycznej, a szczególnie do Rady Andromedy. Odtąd ich wysiłek, skupił się na poszukiwaniu i przeganianiu (lub likwidacji) okrętów "Szaraków".


REPTILIANIN
("Rasa Panów" która kieruje Szarakami)




To tyle informacji jakie posiadam na temat światów zjednoczonych w Radzie Andromedy. 

W kolejnym temacie zaprezentuję jej konkurenta w Federacji Galaktycznej:

Radę Plejad





CDN.

04 marca 2026

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. IX

CZYLI JAK TO KRÓL
RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV
PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE
CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO
W KONSTANTYNOPOLU





1645 r.
IMPERIUM OSMAŃSKIE
Cz. V




Z początkiem 1635 r. sułtan Murad IV przygotowywał się do wojny z Persją o odzyskanie Bagdadu, w tym celu gromadził więc silną armię. Wysłał też "zaproszenie" do udziału w wojnie dla chana tatarskiego Dżanibek Gireja, który jednak sułtanowi Muradowi... odmówił. Oczywiście nie bezpośrednio, ale zasłaniał się swą niedołężnością i podeszłym wiekiem (miał już 67 lat). Odmowa udziału w kampanii przeciw Persji została jednak potraktowana przez Murada jako osobisty policzek wymierzony jego władzy przez jednego z lenników. Stwierdził więc że jeśli Dżanibek Girej jest tak stary i niedołężny, to nie powinien władać państwem i musi ustąpić miejsca młodszym - na słowach nie poprzestał. Zorganizował zamach stanu, który w kwietniu 1635 r. obalił starego chana i w jego miejsce wprowadził młodszego Inajet Gireja, syna jednego z twórców potęgi Chanatu Krymskiego - Gazi II Gireja (który panował w latach 1588-1596 i 1597-1607). Od razu też zażądał od niego udziału w wojnie przeciwko Persji - ale z tym był mały problem. W Chanacie bowiem znów ujawnił się Kantymir, który zebrał swych zwolenników i rozpoczął powstanie przeciwko rządom Inajet Gireja, przez co ten nie mógł wypełnić swych zobowiązań póki w jego kraju trwał bunt, zresztą potrzebował też pieniędzy na dalszą walkę. Wysłał więc poselstwo do Rzeczpospolitej, prosząc o wsparcie finansowe, a jako pretekstu używając argumentu że Tatarzy w roku ubiegłym mocno szarpali Moskwę (spustoszyli Orzeł, Kursk i Mceńsk). Król i szlachta Rzeczypospolitej nie mieli jednak teraz głowy do "sprawy tatarskiej", jako że na sejmie (styczeń-marzec 1635 r.) postanowiono (m.in.:) zająć się kwestią kozacką i ukrócić ich samowolę. 

W wielką bowiem moc urośli Kozacy zaporoscy (w samych dobrach hetmana Koniecpolskiego na Ukrainie było już ponad tysiąc kozackich wsi), przyciągani na te tereny wizją albo łatwego wzbogacenia się na handlu rybami, miodem, zbożem lub futrami, albo też na odbijaniu tatarskich łupów. Rosła ludność polskiej Ukrainy i tak ok. 1635 r. było już 80 000 Kozaków którzy mogli w błyskawicznym tempie wystawić siły do boju. Okoliczni panowie polscy nęcili jeszcze najróżniejszych zbiegów i łotrów z całego kraju, ofiarowując im bezpieczeństwo i łatwy zarobek w swych dobrach. Rosła Ukraina, wyswobodzona polskim orężem, teraz upiększana polskim pługiem i ludem (który jednak częściej przyjmował prawosławie). Ale Kozakom mało było urodzajności ziemi, możliwości handlu i wojennej sławy, zdobytej w wypadach przeciwko Tatarom. Chcieli możliwości "kozakowania", czyli wypraw wojennych na Turczyna i Tatara, pirackich rajdów po Morzu Czarnym, palenia tureckich miast i miasteczek, oraz nowych z tego łupów. Gdy w marcu 1635 r. do Warszawy na Sejm (pod laską Jerzego Ossolińskiego) przybyła delegacja Kozaków, domagając się możliwości "kozakowania" i większych praw dla ludności ruskiej, potraktowano ją wyjątkowo oschle. Posłów kozackich nie dopuszczono przed oblicze króla i zakomunikowano im wręcz iż są oni dla Rzeczpospolitej: "jak paznokcie do przycięcia" (jak śpiewał Kaczmarski w "Kniazia Jaremy nawróceniu": "Krew dla ciebie, nie zaszczyty, wzgarda dla ruskiego księcia - my, dla Rzeczypospolitej, jak paznokcie do przycięcia"). Takie potraktowanie posłów, jak również odmowa przyznania Kozakom większych praw, doprowadziło że już w sierpniu tego roku wybuchło na Ukrainie powstanie kozackie pod przewodem atamana Kozaków zaporoskich - Iwana Sulimy.




Kozacy mieli za złe również że wielu polskich panów poczęło ich uważać (bez względu czy byli "rejestrowi" - czyli wpisani do rejestru wojskowego - dającego pewne przywileje, czy też nie) za chłopów, a oni za chłopów się nie uważali. Co jakiś czas dochodziło również na Ukrainie do małżeństw pomiędzy Kozakami a polskimi szlachciankami (takie mezalianse zdarzały się dość często, a niekiedy było to widać w publicznych zachowaniach, np. jedna szlachcianka która wyszła za chłopa, publicznie pokazywała swoją wyższość, choćby przez to, iż sama jechała konno, albo powoziła konnym wozem, a swemu małżonkowi kazała... za sobą biec). Bunt Sulimy zapoczątkował jego atak na nieukończoną, zaporoską twierdzę w Kudaku (na Porohach). Wymordował załogę a dowódcę twierdzy, Francuza - Mariona, kazał wbić na pal. We wrześniu bunt rozszerzył się na Perejesław (gdzie powstali Pawluk i Skindan, gromadząc wokół siebie nierejestrowych mołojców i mordując urzędników królewskich - Sawę Kunowicza i Onuszkiewicza). Przyłączyli się kolejni przywódcy kozaccy - Murko, Nosek, Horościel i Pierog, ale już w październiku powstanie upadło. Powodem tego stanu rzeczy była wieść, że na Ukrainę zmierza z ciężkozbrojnymi hetman Koniecpolski, co spowodowało że przerażeni Kozacy sami uwięzili Iwana Sulimę i wydali go Polakom w zamian za przebaczenie win. Sulima został publicznie stracony w Warszawie 12 grudnia 1635 r. W tym mniej więcej czasie do Warszawy przybył poseł chana krymskiego, prosząc o wsparcie finansowe dla swojego pana. Z tego co mówią o tym spotkaniu kroniki, upłynęło ono w dość przyjaznej atmosferze, a na pożegnanie posła (30 października 1635 r.) wyprawiono bankiet i obiecano mu wsparcie (z początkiem 1636 r. na Krym z pieniędzmi wyjechał polski poseł Krzysztof Dzierżek). 




A tymczasem w czerwcu 1635 r. sułtan Murad IV wyruszył na wojnę z Persją. Jego celem był jednak nie Bagdad, ale Erywań, którego bronił Emir Gune. Po miesiącu oblężenia i ostrzeliwania zamku erywańskiego i murów miasta z dział, sułtan obiecał wszystkim obrońcom przebaczenie, jeśli tylko złożą broń. 8 sierpnia twierdza Erywań skapitulowała a sułtan dotrzymał danego słowa (Emir Gune został przez niego mianowany walim Aleppo). Teraz planował ruszyć do Tebryzu, ale wcześniej postanowił załatwić jedną sprawę, która od dłuższego czasu spędzała mu sen z powiek. A mianowicie wysłał do Konstantynopola dwóch posłów, jeden miał zawiadomić dwór i stolicę o zwycięstwie sułtana, a drugi wiózł... rozkaz zamordowania jego braci - Bajazyda i Sulejmana, który miał zostać przyćmiony euforią wielkiego zwycięstwa (wszelkie niekorzystne decyzje polityczne większość władców i despotów dokonywała w euforii jakiegoś innego sukcesu, a dowodem tego niech będzie fakt, iż marksistowskie plany stworzenia totalitarnej Unii Europejskiej też były wprowadzane w życie na falach euforii - pierwszej po upadku komunizmu w Europie Środkowo-Wschodniej w latach 1989-1990, gdy w 1992 r. uchwalono tzw.: Traktat z Maastricht, wprowadzający w ramach luźnej federacji Wspólnot Europejskich, jedną Wspólnotę Europejską {wszedł w życie po ratyfikacji w 1993 r.}, po raz drugi na fali euforii podczas pierwszego wielkiego rozszerzenia Wspólnoty na Wschód w 2004 r., gdy opracowano "Konstytucję dla Europy", która przepadła w referendach we Francji i w Holandii w 2005 r. ku ogólnemu rozgoryczeniu marksistów (trockistów). Ale wiadomo, rewolucja musi trwać dalej, dlatego też w 2007 r. opracowano "mini-konstytucję" - która była po prostu przepisaniem tej pierwszej i jedynie usunięciem najbardziej jaskrawych, choć mało znaczących sformułowań, została ratyfikowana w 2009 r. i od tego dopiero czasu można mówić o powstaniu Unii Europejskiej. Tak więc zawsze wszelkie niepopularne projekty, wprowadza się pod osłoną wszelakich "sukcesów").




Książęta Bajazyd i Sulejman zostali zamordowani na rozkaz sułtana jeszcze w sierpniu 1635 r. Nie były to dzieci Kosem, więc nie wywarło to na niej większego wrażenia, tym bardziej że teraz to tylko jej synowie mieli otwartą drogę do tronu. Bez wątpienia jednak musiała się obawiać czy w przyszłości sułtan nie skaże na śmierć również i swych braci rodzonych - Kasima i Ibrahima. A tymczasem we wrześniu padł Tebryz (który został zniszczony przez osmańską armię). Dalsze postępy wojenne zaprzepaściła choroba sułtana, która przykuła go do łoża (potworne bóle podagryczne trapiły go przez całe dwa tygodnie). Z początkiem 1636 r. armia perska odzyskała Erywań, co w zasadzie niwelowało jakiekolwiek osmańskie sukcesy poprzedniego roku. W grudniu 1635 r. Murad IV powrócił do Konstantynopola, gdzie był witany jako triumfator i mógł ujrzeć swego syna - spłodzonego z Semsisah Kadin (gruzińską księżniczką z rodu Mingrelya, która trafiła do haremu z początkiem 1634 r. jako 15-letnia dziewczyna). Synowi dał na imię - Alladyn (żył on tylko niecałe dwa lata). Rok 1636 upłynął dość spokojnie, w każdym razie wciąż trwały wielkie przygotowania na wyprawę bagdadzką, która jeszcze nie doszła do skutku. Sułtan jednak nudził się w stolicy niemiłosiernie i jeśli nie znajdowano go na placu do ćwiczeń strzelniczych, gdzie zarówno strzelał z broni palnej, jak i ciskał włócznią (dzirytem) do tarczy, to snuł się po ulicach miasta w otoczeniu spahisów, wjeżdżał konno w tłum ludzi na placach, doprowadzając do ich rozejścia się, całe zaś noce spędzał na hulankach w haremie, lub po prostu skazywał na śmierć swych urzędników i wielmożów za najdrobniejsze przewinienia (nie tylko zresztą ich, skazał również na śmierć przez wbicie na pal tłumacza francuskiego posła, który niezbyt nisko skłonił się podczas jego powitania - a ceremoniał dworu osmańskiego mówił, że poseł musi dotknąć twarzą ziemi na powitanie sułtana. Poseł więc został odprawiony z dworu osmańskiego dosłownie w samym kaftanie, nie pozwolono mu zabrać żadnej innej rzeczy i siłą wsadzono na statek, a jego tłumacza wbito na pal). Sułtan prowadził bardzo niezdrowy tryb życia, balował do późna w nocy, pijąc dużo wina i zajadając się tłustymi i słonymi potrawami, które ze względu na stan jego zdrowia (jeszcze nie wiedział że ma marskość wątroby) nie były wskazane.




A tymczasem z początkiem 1637 r. Kozacy zdobyli twierdzę Azow nad Donem, paląc miasto i mordując wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci uprowadzając zaś w niewolę. Zajęli też zamek w Kaffie, gdzie przez całą zimę 1637 r. spędzali czas aż do chwili gdy do Kaffy został wysłany serdar Muhammed Pasza - wówczas opuścili to nadmorskie miasto na Krymie, paląc za sobą zamek. Wcześniej jeszcze, 9 marca 1637 r. wsparli w bitwie pod Akermanem, chana krymskiego - Inajeta, przeciwko siłom beja Kantemira, który został pokonany i musiał się ratować ucieczką do Turcji. W ten sposób wojna domowa w państwie krymskim została ostatecznie rozstrzygnięta na korzyść chana Inajeta, ale bracia Kantemira - operujący w Dobrudży, zwrócili się z prośbą o pomoc do Rzeczpospolitej, obiecując uznanie protekcji króla Władysława IV. Tymczasem również Inajet zamierzał zwrócić się o pomoc do Polski, ściągając do siebie Kozaków zaporoskich pod wodzą Pawła Pawluka. Nim ci jednak przybyli, Pawluk rozpoczął kolejne powstanie przeciw Polsce na Ukrainie (12 sierpnia 1637 r. wydał odezwę wzywającą do buntu Kozaków w Kryłowie). Znów Ukraina zapłonęła ogniem. Mordowano księży katolickich i Żydów. Strażnik bracławski (syn wojewody bracławskiego - Jakuba Potockiego) Mikołaj Potocki, ruszył na Ukrainę z armią liczącą 4000 żołnierzy, odpowiadając na uniwersał, wydany przez hetmana Koniecpolskiego w Barze (4 września), wzywający do tępienia rebeliantów. 16 grudnia 1637 r. doszło do ostatecznego starcia pod Kumejkami, gdzie w taborze zamknęło się 21 000 Kozaków. Potocki rozerwał tabor - tracąc ok. 100 żołnierzy (Kozaków zaś poległo ok. 6000, część uciekła). 18 grudnia Potocki zdobył i spalił Czerkasy, stolicę kozactwa, reszta z nich zaś uciekła nad Dniepr, pod Borowicę. Tam szarpał ich porucznik Żółtowski ze swoim oddziałem i ostatecznie zmusił do złożenia broni. Wielu chciało teraz położyć kres kozakowaniu, ostatecznie rozwiązać Sicz, zamienić Kozaków w chłopów, ale inni radzili aby opanować gorące głowy i przywiązać ich do wspólnej Ojczyzny, przyciągnąć do Unii (w 1596 r. w Brześciu Litewskim dokonano realnego zjednoczenia dwóch odrębnych nurtów tej samej religii - katolicyzmu i prawosławia, tworząc Kościół Unicki, zwany również Grekokatolickim. Była to pierwsza, w miarę skuteczna próba zjednoczenia obu tych religii, pozostających we wrogich sobie relacjach od Wielkiej Schizmy 1054 r.).




Sejm 1638 r. (marzec-maj) ograniczył rejestr z 8000 do 6000 Kozaków, przy czym najwyższe w nim stopnie mieli piastować polscy szlachcice (pomniejsze funkcje wyznaczono dla wiernych Rzeczypospolitej atamanów). Całą resztę Kozaków zamieniono w chłopów. Zabroniono im mieszkać w miastach i chodzić na Zaporoże. Tak spacyfikowani Kozacy raz jeszcze się zbuntują w marcu 1638 r. pod przywództwem Jakuba Ostranicy i Dymitra Huni, ale niczego nie wskórają (zastaną rozbici pod Żłoninem - czerwiec, oraz nad rzeką Starzec i pod Krzemieńczukiem - sierpień), co zaowocuje likwidacją samorządu wojskowego Kozaków w grudniu 1638 r., choć dano im również możliwość wyboru własnego atamana, co było dużym ustępstwem na rzecz kozaczyzny. Tak więc chan Inajet, który zawierzył kozackiemu wsparciu, musiał sobie mocno pluć w brodę, jako że oficjalnie sprzeciwił się sułtanowi, odmawiając mu wsparcia w wojnie z Persją. Teraz, gdy stało się jasne że Kozacy nie przybędą z odsieczą, osobiście wybrał się do Konstantynopola, chcąc błagać o przebaczenie Murada IV za swoje zachowanie. Nie udało mu się to. Rozgniewany sułtan kazał wtrącić Inajeta do lochu, gdzie wkrótce potem został uduszony (był to jednocześnie pierwszy i jedyny w historii przypadek zamordowania chana tatarskiego przez Turków). Miało to miejsce w czerwcu lub lipcu 1637 r. Nowym zaś chanem został mianowany Bahadur (czerwiec 1637 r.) Co ciekawe, niepomny losów poprzednika, Bahadur również nawiązał kontakty z polskim dworem, prosząc o wsparcie w celu zrzucenia tureckiej zwierzchności i obiecując oddanie Polsce Mołdawii, Wołoszczyzny i Siedmiogrodu (czyli dzisiejszych Węgier i Rumunii). W tym celu w drugiej połowie 1637 r. do Bakczysaraju przybył polski poseł od króla Władysława IV, który jednak (w wyniku niechęci szlachty polskiej do wojny z Imperium Osmańskim) niczego nie zdziałał. Widząc że niczego nie wskóra, z początkiem 1638 r. chan Bahadur obiecał sułtanowi Muradowi IV swą pomoc w wojnie z Persją. Sułtan przygotowywał się do niej niezwykle starannie, a głównym celem kampanii miało być ponowne odzyskanie utraconego czternaście lat wcześniej Bagdadu.




 CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...