WYŚWIETLENIA

17 lutego 2026

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. VI

NIM JESZCZE 
NAD KONSTANTYNOPOLEM
ZAŁOPOTAŁ ZIELONY
SZTANDAR MAHOMETA





I
JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM
(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"
NA RZYMSKIM PALATYNIE)
Cz. V





"I CO JA ZROBIŁEM TAK STRASZNEGO?"



Rządy Marka Dydiusza Juliana od samego początku były bardzo niepopularne wśród ludu, a rzymska ulica widziała jedyne wybawienie dla Miasta i Imperium w namiestniku Syrii - Gajuszu Pescenniuszu Nigrze. Problem polegał jednak na tym, że oprócz niego swoich wodzów okrzyknęły imperatorami również legiony naddunajskie i legiony w Brytanii - Niger nie był więc jedynym konkurentem do cesarskiej purpury. Najbliżej do Rzymu miał z Panonii właśnie Septymiusz Sewer i to on pierwszy w połowie kwietnia (podobnie jak przed stu-dwudziestu-czterema laty Antoniusz Primus) wyruszył w drogę do Italii (w tym samym czasie jego konkurenci - Pescenniusz Niger i Klodiusz Albin dopiero co otrzymali wiadomość o zamordowaniu cesarza Pertynaksa i ledwie co rozpoczynali mobilizację). Sewer minął Alpy (Dydiusz Julian nie zdążył nawet obsadzić górskich przełęczy) i wszedł do doliny Padu, gdzie również nie napotkał żadnego oporu (tamtejsze miasta masowo otwierały przed nim swe bramy - zresztą było im zupełnie obojętne który z kandydatów do cesarskiej purpury będzie nimi władał), podobnie dalsza droga w głąb Italii przypominała spacerek. Julian nie miał wystarczająco dużo wojsk i w zasadzie w samym Rzymie musiał polegać głównie na pretorianach, mimo to - aby zachować godność i powagę - słał gniewne listy do Sewera nakazując mu zawrócić, strasząc, iż w razie odmowy, zostanie uznany za wroga ludu. Oczywiście Sewer nie zawrócił i Julian zmusił Senat by go ogłosił wrogiem ludu (innymi słowy - wyjętym spod prawa bandytą), jednocześnie wyznaczając jego żołnierzom termin złożenia broni, po upływie którego również i oni zostaliby uznani za wyjętych spod prawa. To jednak nie skutkowało a Julian pragnął się zabezpieczyć w każdy możliwy sposób. Na początku zmusił Senat by ten przyznał jego małżonce - Manli Skantilli i córce - Dydi Klarze tytuły august. Jednocześnie usamodzielnił swą córkę i przekazał jej część swego majątku (w razie gdyby przegrał, wówczas majątek córki nie podlegałby konfiskacie) a jej męża - Korneliusza Repentyna uczynił prefektem miasta. 




Starał się też Dydiusz Julian pobić Septymiusza Sewera w inny sposób. Nie rezygnował nawet z... zaklęć magicznych, które miały uderzyć w jego konkurenta. Gdy to nie pomogło, wysłał do obozu Sewera zabójcę, z rozkazem zgładzenia wodza naddunajskich legionów. Oczywiście takie próby nie mogły się powieść, a to z tego względu że każda "nowa gęba" w obozie od razu rzucała się w oczy i bardzo szybko tacy ludzie byli demaskowani. Julian zdawał sobie doskonale sprawę, że prócz legionów Sewera, ma też przeciwko sobie lud rzymski, a to oznacza że lojalność pretorian stoi pod wielkim znakiem zapytania. Imał się więc najróżniejszych sposobów aby utrzymać ich przy sobie. Uwięził i skazał na śmierć Kwintusa Letusa - prefekta pretorium i jednego ze sprawców mordu na (uwielbianym przez pretorian) Kommodusie. Podobnie uczynił z Marcją (która poślubiła wówczas byłego niewolnika Kommodusa, niejakiego Elektusa i miała z nim dziecko), uznając winną zdrady cesarza, którego niegdyś była niewolnicą. Gdy i to okazywało się niewystarczające, postanowił porozumieć się z Sewerem, ofiarowując mu współrządy (pytanie tylko po co tamten miałby się na to godzić, skoro już i tak był zwycięzcą, zaś pozycja Juliana z dnia na dzień stawała się coraz słabsza). Ostatecznie zarządził więc obronę Rzymu i zamienienie miasta w twierdzę. W tym celu ściągał okoliczne oddziały skąd tylko mógł, nawet z floty w Misenum (w czasach Cesarstwa utrzymywanie floty wojennej, a szczególnie w Italii, nie miało większego sensu, choćby dlatego że już do zamierzchłej przeszłości odeszły czasy, gdy na przybrzeżnych wodach grasowali piraci, dlatego też zarówno gwardia pretoriańska jak i korpus floty w Misenum - nie przypominały formacji wojskowych, a tamtejsi żołnierze głównie opływali w dostatki i organizowali parady, natomiast całkowicie odwykli od trudów jakiejkolwiek wojaczki). Problem polegał na tym, że ci żołnierze byli kompletnie nie przygotowani do walki, ponoć nie potrafili nawet ćwiczyć. Podobnie wyglądały próby umacniania Rzymu, które wśród mieszkańców budziły ogromne politowanie i mnóstwo śmiechu (ściągnięto co prawda nawet i słonie bojowe do wzmacniania stanowisk, a i tak wszystko to na darmo, gdyż brakowało zarówno dobrego planu operacyjnego, jak i wykonania a przede wszystkim żołnierskich umiejętności).




Żołnierzy z gwardii pretoriańskiej do działania mobilizowała tylko jedna rzecz, niepewność jak w stosunku do nich zachowa się nowy władca Imperium. Gdyby tylko dał im jakiś znak że pozwoli zachować dotychczasowe przywileje, natychmiast (albo jeszcze szybciej) porzuciliby Dydiusza Juliana i przeszli pod rozkazy Sewera. Septymiusz Sewer doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że nawet najgorsze, najbardziej rozleniwione wojsko, będzie walczyć odważnie i dzielnie, jeśli od tego zależeć będzie życie tych żołnierzy. Po co więc ma tracić siły na niepotrzebne przelewanie krwi, lepiej ogłosić że pretorian nie spotka żadna kara, jeśli tylko obalą Dydiusza Juliana i jego uznają za cesarza. Wysłał więc do Rzymu swego oficera, który miał pretorianom złożyć taką właśnie propozycję - zachowacie życie, jeśli obalicie Juliana. Tych nie trzeba było długo namawiać, sami oczekiwali właśnie takiego gestu, gdyż nie zamierzali walczyć (człowiek który opływa w dostatki, nie ma wcale ochoty, ani nie widzi też sensu by walczyć i ginąć. Jedynym wyjątkiem jest bezpośrednie zagrożenie życia, ale w każdym innym przypadku taki człowiek jest gotów pójść na wszelakie ustępstwa). Natychmiast ruszyli na Palatyn, wyciągnęli Dydiusza Juliana z pałacu cesarskiego i uśmiercili go (ponoć w ostatnich słowach Julian miał zadać im pytanie: "I co ja zrobiłem tak strasznego?"), był 1 czerwca 193 r. (upłynęło więc dokładnie pół roku od zamordowania Kommodusa). Natychmiast też w Ateneum zebrał się Senat, który wydał uchwałę skazującą Juliana na śmierć (ten panował tylko 65 dni), odebrał jego małżonce i córce tytuły augusty oraz zaliczył Pertynaksa (w którego imieniu występował Septymiusz Sewer) w poczet bogów. Przyznał też wszelkie tytuły i zaszczyty Sewerowi, który rozłożył się obozem pod miastem.

Dlaczego cesarz nie wkracza do Rzymu? Co jest powodem tej zwłoki? - zapewne wielu mieszkańców, senatorów i pretorian zadawało sobie wówczas to pytanie. A Septymiusz Sewer zwlekał. Wreszcie wydał rozkaz: wszyscy pretorianie mają się stawić pod miastem w celu złożenia przysięgi wierności nowemu panu Imperium i na znak czci przybyć w strojach paradnych, ale bez broni. Budziło to pewne podejrzenia, ale przecież nie można było postąpić wbrew cesarskiemu rozkazowi, dlatego też żołnierze karnie stawili się w wyznaczonym miejscu, pięknie przyodziani z gałązkami wawrzynu w dłoniach zamiast mieczy. Ustawili się na środku placu w zwartych szeregach, oczekując pojawienia się cesarza i złożenia mu przysięgi wierności (którą wiarołomnie składali i łamali już wielokrotnie). Po ich bokach zaś rozlokowali się żołnierze z legii naddunajskich, którzy coraz bardziej zacieśniali krąg wokół zgromadzonych. Gdy wreszcie otoczyli ich zupełnie, wysunęli przeciwko nim ostrza włóczni. Przerażenie ogarnęło pretorian, nie mieli przecież przy sobie broni (jedynie paradne mieczyki, nie nadające się do walki). I wtedy właśnie ukazał im się nowy cesarz - Septymiusz Sewer, który ozwał się do zgromadzonych szeregów niedawnej jeszcze wojskowej elity, tymi oto słowy: "Zamordowaliście Pertynaksa, dostojnego starca i znakomitego władcę, choć waszym świętym obowiązkiem było strzec i osłaniać go przed wszelkim niebezpieczeństwem. Sprzedawaliście potem za pieniądze godność cesarza rzymskiego, którą dotąd zawsze okrywał majestat. Zdradziliście jednak nawet swego wybrańca. Zasługujecie więc na śmierć po tysiąckroć. Ja wszakże oszczędzę was, aby nie stać się naśladowcą waszych zbrodni. (...) Nie jesteście już żołnierzami. Złożycie tu i teraz cały strój i odejdziecie jak najdalej od Rzymu, a którykolwiek z was ośmieliłby się w przyszłości pojawić bliżej niż sto mil od miasta, zostanie ukarany śmiercią". Tak więc dotychczasowa wojskowa "elita" stała się pośmiewiskiem, upokorzona i zmuszona do porzucenia intratnej służby. Pretorianom odebrano wszystko co posiadali - miecze, pancerze, włócznie, nawet nagromadzone kosztowności. Musieli też porzucić swe konie (niektóre nie chciały odejść od swych panów) i od tej pory żyć jak zwykli, ubodzy wieśniacy.




Dopiero po rozprawieniu się z pretorianami mógł Septymiusz Sewer swobodnie wjechać w mury Rzymu, gdzie od kilku dni oczekiwał go Senat i Lud. Był 9 czerwca 193 r. gdy w uroczystym orszaku wkraczał nowy pan Imperium w mury Wiecznego Miasta (początkowo jechał konno, jak wódz w zbroi, ale tuż przed samymi murami wdział togę i szedł już pieszo, tym samym zamierzając pokazać iż szanuje tradycję i rzymskie - dawno już zapomniane - republikańskie obyczaje). Kasjusz Dion pozostawił relację z tego wydarzenia: "Było to najwspanialsze widowisko jakie kiedykolwiek oglądałem. Wieńce z kwiatów, wawrzyny, różnobarwne kobierce zdobiły całe miasto. Wszędzie pełno było świateł i płonęły kadzidła. Mieszkańcy jasno odziani i promieniejący weselem wznosili radosne okrzyki. Żołnierze prezentowali się znakomicie, gdy maszerowali w swych zbrojach jak podczas uroczystego pochodu świątecznego. Także my, senatorzy, kroczyliśmy w porządku, tłum natomiast kłębił się i cisnął, wszyscy bowiem pragnęli ujrzeć cesarza i usłyszeć jego słowa". Uroczysty pochód oczywiście udawał się na Kapitol, gdzie po złożeniu ofiar Jowiszowi Najlepszemu Największemu, cesarz Septymiusz Sewer oddał cześć innym bogom. Dopiero wieczorem (lub zgoła w nocy) udał się do swych cesarskich komnat w pałacu na Palatynie - był to pierwszy dzień jego rządów. Dnia następnego (10 czerwca) wygłosił w Senacie uroczystą mowę, jednocześnie podkreślając że jego panowanie będzie okresem sprawiedliwości i szczęścia dla obywateli (który władca i która władza nie uważa własnych rządów za najlepsze i najsprawiedliwsze dla poddanych?). Oczywiście obiecał wolność słowa i zakazał wszelkich donosów (każdy "cesarz" - nawet ci nam współcześni, którzy uważają się za demokratów - tak właśnie zaczynają. A jak kończą? Oto jest pytanie? "Nie jest ważne jak mężczyzna zaczyna, ale jak kończy" - rzekł niegdyś pewien klasyk).
 



WKROCZENIE DO RZYMU NADDUNAJSKICH LEGIONÓW SEWERA, PRZYPOMINAŁO TRIUMF RZYMSKIEGO WODZA



Mimo tych szumnie zapowiadanych deklaracji, cesarz zrobił kilka wyjątków. Po pierwsze, córce Dydiusza Juliana - Dydi Klarze odebrano majątek ojca, który ten wcześniej jej przekazał. Po drugie, swemu zaufanemu oficerowi - Plaucjanowi, nakazał odnaleźć i uwięzić dzieci Pescenniusza Nigra - który obecnie stanowił poważne zagrożenie, jako potencjalny kandydat do cesarskiej purpury. Septymiusz Sewer przeprowadził też reformę gwardii pretoriańskiej, przyznając służbę w tej elitarnej jednostce, nie jak dotąd zblazowanym mieszkańcom Rzymu i Italii, którzy nie zamierzali służyć długich lat w niebezpiecznych regionach, tylko od razu załatwiali sobie "ciepłą posadkę" w formacji doskonale opłacanej a przy tym nie mającej praktycznie żadnych obowiązków. Odtąd do pretorian można było wysłać jedynie wyróżniających się żołnierzy z formacji nadgranicznych (notabene, który dowódca chciałby się też pozbywać dobrego żołnierza?). To rozwiązanie budziło pewien sprzeciw w Senacie, ale niezbyt głośny, gdyż w mieście wciąż jeszcze przebywali legioniści znad Dunaju, którzy dla Rzymian niewiele różnili się od barbarzyńskich ludów spoza granicznego limesu. Byli nieokrzesani, wulgarni, a poza tym mieli miecze i jak chcieli coś mieć, to... po prostu sobie to brali - któż mógłby im bowiem zabronić? To oni zwyciężyli, to oni teraz stanowili prawo w Rzymie. A tymczasem cesarz Sewer postanowił urządzić dwie wielkie uroczystości, które miały znamionować chwałę nowych rządów. Pierwszą był majestatyczny, ponowny pochówek cesarza Pertynaksa. Rzymianie od bardzo dawna nie oglądali takiego święta przy takiej obstawie i splendorze. Na Forum Romanum stanął budynek otoczony czterema kolumnami ze złota i kości słoniowej. W jego środku ustawiono trumnę ze zwłokami cesarza Pertynaksa, złożoną na przetykanych złotem i srebrem kobiercach. Ciało Pertynaksa co prawda nie nosiło jeszcze oznak rozkładu, ale bez wątpienia nie pachniało zbyt dobrze, przez co przyciągało szereg drobnych insektów, szczególnie much. Potrzebny więc był ktoś, kto stojąc przy zwłokach będzie odganiał owe muchy. Wybrano do tej roli przystojnego młodzieńca, przebranego w śnieżnobiałą tunikę (choć oczywiście Pertynaks twarz miał przykrytą woskową podobizną). 

Nim rozpoczęła się cała uroczystość, najpierw przebrany w czarny, żałobny strój, do trumny zbliżył się cesarz Septymiusz Sewer wraz z małżonką - Julią Domną, by oddać cześć swemu przybranemu ojcu (Sewer zaliczył się bowiem do rodu Pertynaksa i panował odtąd jako: Imperator Cezar Lucjusz Septymiusz Sewer Pertynaks Augustus). Następnie kroczyli wszyscy senatorowie (wraz z małżonkami), potem ekwici (z małżonkami) i wreszcie lud cały, który z oddali (aby nie uszkodzić ciała ani wzniesionego naprędce budynku) przyglądał się zamordowanemu z końcem marca tego roku, władcy. Następnie ubrane w czerń kobiety weszły do przybytku, mężczyźni zaś stanęli na zewnątrz i rozpoczęła się uroczystość pogrzebowa (która była raczej demonstracją potęgi nowego władcy). Pertynaks - jako triumfator, miał "doglądać" przechodzącej przed jego trumną parady wielkich rzymskich zdobywców, wodzów i polityków z dawnych wieków, których niesiono teraz posągi. Następnie pojawił się chór, złożony z mężczyzn i chłopców - śpiewających żałobne pieśni ku czci zmarłego. Potem prezentowano wszystkie podbite przez Rzymian ludy, których postaci (przybrane w rodzime stroje) uwidocznione zostały na kolejnych posągach. Następnie przemaszerowały kolegia zawodowe (w tym również członkowie tak popularnych w Rzymie frakcji cyrkowych, specjalizujących się w wyścigach rydwanów. Były cztery takie frakcje - Czerwoni, Zieloni, Biali i Błękitni, przez pewien czas istniała też frakcja Złotych - a kibice każdego z nich potrafili nawet wzajemnie się mordować podczas swoistych "kibolskich ustawek"). Za nimi pojawiły się wizerunki sławnych Rzymian, którzy przeszli do historii jako wielcy poeci, twórcy i wynalazcy. Pochód zamykali żołnierze w pełnych zbrojach, następnie dary pogrzebowe jakie miano złożyć na ołtarzu ku czci Pertynaksa, oraz niesiony złoty ołtarz, przetykany drogimi kamieniami i kością słoniową, sprowadzaną aż z Indii. Gdy dopełniono tych wszystkich uroczystości i złożono dary na stosie pogrzebowym (na którym spoczęło też ciało cesarza Pertynaksa), konsulowie wzięli pochodnie w dłonie i cisnęli je na mary które stanęły w płomieniach (w tym momencie z klatki umieszczonej pod ołtarzem wypuszczono orła, który miał symbolizować ulatującego ku niebiosom cesarza). Bez wątpienia musiało to być niezwykłe widowisko.




Drugim, równie wielkim przedstawieniem, były wspaniałe munera, urządzone podczas czerwcowego święta (obchodzonego zwykle 24 czerwca) ku czci bogini Fortuny. Rzymianie, po dopełnieniu obowiązków związanych z pielgrzymowaniem tego dnia do dwóch pod-rzymskich świątyń bogini (najczęściej płynięto tam łodzią po Tybrze, była to też okazja dla zakochanych by ci spędzili ze sobą trochę czasu), mogli następnie uczestniczyć w trwających kilka dni cesarskich munera, odbywających się zarówno w Cyrku Wielkim (wyścigi rydwanów) jak i w Koloseum (walki gladiatorów, walki z dzikimi zwierzętami). W tym ostatnim miejscu cesarz urządził swemu ludowi prawdziwy crème de la crème - czyli naumachię, pokaz walk morskich (w tym celu część Koloseum zostało wypełnione wodą i wciągnięto tam okręty, których składy złożone były oczywiście z gladiatorów). Okres niekończących się zabaw i radości na koszt państwa trwał do początku lipca 193 r. Wciąż było bowiem trzech władców Imperium a pozycja Sewera - mimo zdobycia Rzymu - wcale nie była taka pewna, tym bardziej że Pescenniusz Niger wciąż był bardzo popularny, a wdzięczność ludu (za owe igrzyska i uroczystości) szybko poszłaby w zapomnienie, gdyby tylko tamten przedostał się z wojskiem do Italii. Należało więc działać błyskawicznie, gdyż teraz każda zwłoka mogła już kosztować życie. Aby nie prowadzić wojny na dwóch frontach, Sewer musiał najpierw rozwiązać kłopotliwy problem słabszego (posiadającego mniejsze wojska) Klodiusza Albina, który, jak na razie, nie przeprawił się jeszcze z Brytanii na kontynent i można go było próbować przekupić. Głównym zagrożeniem zaś był Niger, bowiem on też nie próżnował i zgromadził sporą armię, szykując się do wyprzedzającego ataku na Italię.




CDN.

16 lutego 2026

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. IV

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII
ISTNIAŁ MATRIARCHAT?


NIM PRZYJDĘ DO TEMATU, CHCIAŁBYM TEN UTWÓR DEDYKOWAĆ PREMIEROWI DONALDOWI TUSKOWI ZA JEGO WYBITNIE PRO-POLSKĄ POLITYKĘ





I
STAROŻYTNY EGIPT
BOSKIE MAŁŻONKI AMONA-RE
(ok. 1140 r. p.n.e. - 525 r. p.n.e.)
Cz. IV





"ROZDZIELIŁ NAS GOŚCINIEC PŁYNNEGO SZAFIRU,
TY W TEBACH, JA DOPIERO WYPŁYWAM Z KAIRU.
SPODZIEWAŁEM SIĘ NIEGDYŚ, ŻE MIŁO NAM BĘDZIE
ZŁĄCZYĆ NA NILU SKRZYDŁA OKRĘTÓW ŁABĘDZIE,
RAZEM ODWIEDZAĆ MUMIÓW BALSAMICZNE SKŁADY,
RAZEM OCZY W NILOWE RZUCAĆ WODOSPADY (...)
BO GDYM O TYM ROZMAWIAŁ Z NADNILOWYM ŻEŃCEM,
RZEKŁ MI: "NIMFA, LOTOSÓW USTROJONA WIEŃCEM,
SIEDZĄC SMUTNA NAD SKAŁĄ CZARNYCH ETYJOPÓW,
OSTROŻNIE SĄCZY DZBANEM OJCA NASZYCH SNOPÓW (...)
AŻ SIĘ NA POLACH NASZYCH STRUMIENIEM ROZTOCZY.
POWIEDZ MI, CZY WIDZIAŁEŚ TĘ NIMFĘ NA OCZY?"

JULIUSZ SŁOWACKI
("NA ŁÓDCE NILOWEJ")
1836 r.



W 586 r. p.n.e. umiera dotychczasowa Boska Małżonka Amona-Re - Nitokris I. Powoduje to, że oddana jej na wychowanie (wybrana przez nią na następczynię) córka faraona Psametyka II i siostra faraona Apriesa, prawie dziesięcioletnia Anchnesneferibre obejmuje wówczas pełnię władzy kapłańskiej. Na młodą dziewczynę spadają wówczas obowiązki, które często przerastają jej możliwości, gdyż musi ona odtąd zadbać o organizację i oprawę wszelkich świąt które odbywają się w Tebach, jak również spadają na nią obowiązki kontroli administracyjnej południa kraju (choć realnie wówczas już Górny Egipt był ponownie podporządkowany faraonom z Sais, to jednak pozycja Boskiej Małżonki jako osoby praktycznie równej władcy na południu, wciąż się utrzymywała w społecznej świadomości Egipcjan tego regionu). Musiała bowiem uczestniczyć w największych świętach związanych z kultem boga Amona-Re (jak również odnoszących się do tradycji południa kraju), należały do nich święto Opet i święto "Wyjścia Sotisa", będące jednocześnie świętem Nowego Roku w Egipcie (zwane również świętem "Początku Czasu"). Rok egipski zaczynał się bowiem pierwszego dnia pierwszego miesiąca Dżehutimesa (pierwszy miesiąc wylewów Nilu), czyli boga Totha (występującego pod nazwą Dżehutimesa - jako sprawcy i opiekuna życiodajnych wylewów Nilu). Zresztą każdy aspekt życia człowieka był całkowicie związany z bóstwem i wszystko było poświęcone oraz czynione na chwałę bóstw. Pojęcia życia świeckiego (w takim znaczeniu, w jakim to funkcjonuje obecnie) zupełnie nie istniało. Od swych narodzin do śmierci każdy człowiek był związany z bogami - związany nierozerwalnie i żaden przejaw ludzkiego życia nie mógłby zostać z niego wyłączony.

Gdy więc się czyta niezwykle piękne modlitwy, jakimi ludzie (byli to głównie albo sami kapłani, albo też ludzie wywodzący się z dworu królewskiego lub arystokracji) zwracają się do bogów, pokazują jedynie jak silny był związek człowieka ze sferą nadprzyrodzoną. Oto przykład, znaleziony na ścianie świątyni grobowej z lat 30-tych XIV wieku p.n.e. napisany odręcznie: "O radości mego serca, o Amonie, który walczysz o ubogiego, który jesteś ojcem sieroty i mężem wdowy! Jak dobrze jest wymieniać twe imię! Ono jest jak smak życia, jak smak chleba dla dziecka, jak szata dla nagiego, jak woń kwiatów latem. O łaskawy! Zwróć się ku nam ponownie, Panie Wieczności. Byłeś tu wszak, gdy jeszcze niczego nie było, i będziesz tu, gdy wszystko się skończy (...) O jak dobrze jest iść za tobą, Amonie (...) Rozpędź strach, daj radość ludzkim sercom!". Oczywiście nie wszyscy ludzie modlili się w tak wyszukany sposób, większość bowiem tych, którzy uczęszczali do świątyń, na pielgrzymki do świętych miejsc oraz brali udział w ludycznych procesjach religijnych, nie potrafiła się wyrażać w ten sposób. Ba, większość nie potrafiła ani czytać ani pisać, więc wchodząc do świątyni (użyłem tutaj pewnego uproszczenia, bowiem "wejść do świątyni" prosty lud mógł jedynie w dni świąteczne, ale tylko na świątynny dziedziniec. W dni powszednie modlono się przed pylonem świątyni - za bramą) otrzymywali tabliczki z napisanym na niej słowem, które (głównie) brzmiało: "ir nefer, ir nefer" powtarzane cyklicznie, co znaczyło "zrób dobrze". I na tym w większości kończyła się główna modlitwa ludu. Potem odbywało się składanie ofiar i prywatne prośby złożone do kapłanów o wstawiennictwo bóstwa. Oczywiście nie oznacza to też, że nie istniały bardziej złożone modlitwy, które ludzie otrzymywali przed świątyniami - owszem, tylko że większość z nich nie potrafiła ich odczytać, więc i tak im się nie przydawały.




Ale wracając do święta Dżehutimesa ("Początku Czasu"), jaki musiała każdego roku odbywać młoda Boska Małżonka Amona - Anchnesneferibre. Otóż Egipcjanie dzielili rok na 365 dni (10 dni tygodnia - z czego dwa ostatnie dni były wolne od pracy, 30 dni w miesiącu, oraz 3 pory roku liczące po 4 miesiące - pora wylewów, pora wzrostu i pora żniw, co łącznie dawało 360 dni w roku, do których dodawano 5 "dni świętych". Tak więc kalendarz egipski liczył sobie 365 dni w roku, więc co jakiś czas musiano korygować ten kalendarz, aby data Nowego Roku była zbieżna z kalendarzem gwiezdnym, liczącym 365 dni i jedną czwartą dnia (co cztery lata 365-dniowy kalendarz liczy więc o jeden dzień więcej, ostatecznie usystematyzował to dopiero grecki faraon Ptolemeusz III Euergetes w wydanym w 238 r. p.n.e. tzw.: "Dekrecie z Kanopus", wprowadzającym co cztery lata stały szósty dzień epagomenalny. To właśnie na tym kalendarzu wzorował się potem Gajusz Juliusz Cezar, który przybył do Egiptu w latach 48-47 p.n.e. i wprowadził go następnie w Imperium Rzymskim w 45 r. p.n.e. Ten kalendarz obowiązywał aż do 1582 r. i reformy przeprowadzonej przez papieża Grzegorza XIII, tworzącej obecnie istniejący kalendarz gregoriański. Ostatnimi krajami które go przyjęły była w 1917 r. Rosja Sowiecka i komunistyczne Chiny w 1949 r.).




Co ciekawe, w Egipcie na 365 dni w roku, było łącznie aż 126 dni świątecznych, wolnych od pracy. Nowy Rok bowiem nie zaczynał się 1 stycznia, tak jak obecnie, ale w połowie lipca (19 dzień tego miesiąca), gdy Nil występował ze swego koryta i zalewał pola (było to połączone z nadejściem gwiazdy Sotisa - czyli Syriusza). Był to okres w dużej mierze wolny od pracy w polu (w tym czasie część rolników przenoszono jednak do innych zajęć, np. przy budowie świątyń, pałaców lub do kamieniołomów) i większość czasu, który trwał do listopada, rolnicy spędzali albo na wypoczynku, albo też zajmowali się innymi zajęciami. W listopadzie następowała "pora wzrostu", czyli wody Nilu zaczęły się cofać, więc przystępowano do obsiewania pól. Żniwa rozpoczynały się w połowie marca i trwały do kwietnia. Następnie znów zaczynał się okres wyczekiwania (od kwietnia do lipca) i znów przenoszono rolników do innych zajęć. "Wyjście Sotisa" - czyli święto Nowego Roku, obchodzono uroczyście, a poprzedzało je zapalenie lamp w świątyniach w ostatnim dniu starego roku, następnie odpalano od nich pochodnie i udawano się na cmentarze (które tego dnia również były oświetlone), aby zmarli uczestniczyli wraz z żywymi w wielkim święcie nadejścia Nowego Roku. Całą noc świątynie i cmentarze były w ten sposób oświetlone, zaś nad ranem, nim jeszcze wzeszło słońce, kapłani wnosili na dach świątyni posąg bogini Hathor, tak, aby wstające słońce oświetliło ją pierwszą i w ten sposób miała się połączyć z Amonem-Re. Potem była procesja, modlitwy dziękczynne (składane przez ludzi za doczekanie Nowego Roku), tańce, muzyka (połączone z popisami akrobatycznymi tancerek świątynnych), a następnie dzień kończył się zabawą wśród ludu połączoną z piciem wina i ogólną "rekreacją" ciała. 

To było tylko jedno z wielu bardzo podobnych świąt, z których organizacją musiała sobie poradzić młoda dziewczyna, nowa Boska Małżonka Amona-Re. Przez większość lat panowania jej brata - faraona Apriesa, kraj się rozwijał i panował w nim pokój (pomimo wojennego zaangażowania się Egipcjan w politykę anty-babilońską w Palestynie i wspieraniu Jerozolimy, a po jej upadku w 587/586 r. p.n.e. we wspieraniu 13-letniego oporu Tyru - 586 r. p.n.e. - 573 r. p.n.e.). Jednak w 571 r. p.n.e. doszło do wydarzenia, które mogło zostać szybko rozwiązane, a zakończyło się detronizacją króla. Otóż w Cyrenajce - greckiej kolonii położonej na zachodzie Egiptu - w Libii, od dawna źle się działo. Grecy (podobnie jak Żydzi) osiedlali się na egipskiej ziemi we własnych ośrodkach miejskich, które sami zakładali. Nie mogło się to jednak podobać miejscowym, zarówno Egipcjanom jak i Libijczykom, dlatego też dość często dochodziło do wzajemnych kłótni, niesnasek a nawet walk. Jedno z nich wybuchło właśnie w Cyrenajce, gdzie wzburzony libijski tłum zaatakował greckich kolonistów, którzy schronili się w greckim mieście Cyrene (Kyrene), skąd wyszła odsiecz dla Greków, która zmasakrowała Libijczyków. Odgłosy tych wydarzeń dotarły na dwór królewski w Sais. Libijczycy poprosili faraona Apriesa o pomoc w wyparciu Greków z ich ziemi, ten jednak miał duży dylemat jak postąpić. Najlepszymi żołnierzami jego armii byli właśnie najemni Grecy. Nie mógł on jednak wysłać ich na wyprawę przeciwko ich współziomkom, gdyż obawiał się że zamiast walczyć, jedni i drudzy po prostu się połączą. Dlatego też skierował do Cyrenajki wojsko, złożone z rodowitych Egipcjan, na których czele postawił sławnego wodza - rdzennego Egipcjanina - Amazisa, który, jako młody dowódca wsławił się podczas kampanii nubijskiej z 593 r. p.n.e. (tej, o której pisałem w poprzedniej części).




Wyprawa ta jednak nie miała większych szans w starciu ze zdyscyplinowanymi i posługującymi się zupełnie inną taktyką wojskową, greckimi hoplitami, dlatego też, gdy już doszło do starcia, armia Amazisa została rozbita. Był to poważny cios dla narodowej dumy Egipcjan, którzy przecież deklarowali że są lepsi od greckich barbarzyńców (i dla których dyshonorem było użycie jakiejkolwiek rzeczy, którą wcześniej posiadał Grek czy Żyd, o podaniu im ręki nie wspominając). Dlatego też należało z tego wyjść z twarzą i oto pokonany Amazis o niepowodzenie kampanii i klęskę, oskarżył samego faraona, zarzucając mu iż potajemnie wspierał Greków - których też nie brakowało na jego dworze i którzy donosili swym współbraciom z Cyrenajki usłyszane w pałacu wieści. Winnym więc jest nie on, Amazis, wódz który wyruszył na wojnę z Grekami, próbującymi narzucać innym swą kulturę, ale władca, który ich tu sprowadził i osiedlił (notabene, Grecy osiedlali się w Egipcie jeszcze za czasów pradziada Apriesa - faraona Psametyka I). Zbuntował się więc przeciwko monarsze i szybko zyskał spore grono zwolenników, zaś Apries z każdym dniem był coraz słabszy. Gdy opuściło go wojsko i gdy z pałacu zaczęli uciekać jego słudzy, on sam postanowił zbiec, i aby ratować życie, uciekł wówczas do Babilonu (571 r. p.n.e.). Nowym władcą został Amazis II (Ahmose). Był to człowiek który miał wiele słabości, np. uwielbiał wino i często się upijał, oraz utrzymywał (jeszcze nim został władcą) prawdziwy harem nałożnic, ale jednocześnie był sprawnym dowódcą i dobrym administratorem, a kraj pod jego ponad czterdziestoletnimi rządami rozwijał się wyśmienicie.




Jednak przez pierwsze lata swego panowania, musiał się liczyć z próbą odzyskania tronu przez Apriesa, który znalazł wsparcie samego Nabuchodonozora II - władcy Babilonu. Sprawą palącą było podporządkowanie południa, czyli zmuszenie do uległości zarządzającej tym regionem Anchnesneferibre. Boska Małżonka nie miała wyjścia, musiała uznać władzę Amazisa i zadeklarować mu swoją wierność, a jednocześnie mogła liczyć że jej bratu uda się odzyskać tron. W 568 r. p.n.e. ruszyła babilońska ofensywa na Egipt, w skład której wchodził również Apries. Amazis, który deklarował chęć przywrócenia godności Egipcjanom i ich pozycji, wystawił armię złożoną z samych Egipcjan, aby udowodnić wszystkim że rodowici mieszkańcy też potrafią obronić swój kraj. Niestety, bitwa do której doszło w Delcie Nilu, zakończyła się porażką Egipcjan. Od zupełnej klęski i utraty tronu przez Amazisa, uratowała go jedynie śmierć Apriesa, który zginął podczas walk. Nie mający więc powodu aby dalej kontynuować walkę, Babilończycy, po uzyskaniu daniny i zawarciu pokoju, wycofali się do siebie. Tak oto Amazis II pozostał na tronie, ale musiał teraz ponownie posklejać rozdarty kraj. Na początek zabrał ciało Apriesa do Sais i pochował je zgodnie z zasadami przodków, jako wielkiego faraona. Rodzinie jego okazywał względy, a nawet poślubił jedną z jego córek - Tanetchetę, co miało sugerować iż jego panowanie jest przedłużeniem poprzedniej dynastii. Teraz przyszła pora na rozwiązanie innych, znacznie poważniejszych kwestii. 


PODBOJE CYRUSA WIELKIEGO



Trzeba było jakoś pogodzić ze sobą Egipcjan i Greków, gdyż nie można było skutecznie i bezpiecznie władać rozdartym wewnętrznie krajem. Zawarł więc Amazis sojusz z władcą greckiej Cyreny - Battusem II i na znak przyjaźni poślubił jego córkę - Ladike (wielożeństwo było czymś wówczas zupełnie naturalnym). Tak oto zaczęło się nowe panowanie, które jednocześnie będzie już (przed)ostatnim przed perską inwazją roku 525 p.n.e. Po 550 r. p.n.e. Amazis II wchodził w najróżniejsze układy polityczne, mające uchronić Egipt od najazdu coraz potężniejszego perskiego mocarstwa, dlatego też zawarł wiele korzystnych sojuszy, dzięki którym mógł czuć się bezpiecznie. Najpierw sprzymierzył się z królem Krezusem z Lidii. Jednak w 547 r. p.n.e. kraj ten został podbity przez Persów, na których czele stał śmiały wojownik - Cyrus II, już za życia zwany Wielkim. Następnie zawarł sojusz z Nabonidem I z Babilonu, który to został podbity przez Persów w 539 r. p.n.e. Próbował jeszcze szczęścia w sojuszu z Samos i Spartą, ale te greckie polis nie były w stanie udzielić mu skutecznej pomocy w walce z nadciągającą perską nawałnicą. Gdy w 529 r. p.n.e. gruchnęła wieść że Cyrus Wielki został zamordowany w Azji, nad Nilem odetchnięto z ulgą, ale wkrótce okazało się że radość była przedwczesna. Syn Cyrusa - Kambyzes II, który wstąpił na tron, okazał się równie wojowniczo usposobiony i żądny nowych podbojów, co jego ojciec.




A tymczasem Anchnesneferibre żyła sobie w swoich Tebach, otoczona luksusami, jakie przynależały do Boskich Małżonek Amona-Re. Wybrała sobie na swoją następczynię, córkę Apriesa - Nitokris II, którą przygotowywała do roli kolejnej już, siódmej Boskiej Małżonki Amona (od czasu Szapuseneb I - 754 r. p.n.e.). W 526 r. p.n.e. po 45 latach panowania, zmarł Amazis II. Jego następcą został syn (zrodzony z królowej Tenechtety) - Psametyk III. Wkrótce potem zmarła również sędziwa Anchnesneferibre, a jej miejsce zajęła Nitokris II. W kilka tygodni po tej ostatniej zmianie, ruszyła z całą siłą perska inwazja na Egipt. Siły inwazyjne zgrupował Kambyzes II pod Akką w Palestynie. A tymczasem zagrożony Psametyk III chwytał się wszystkich możliwych wyjść, aby uniknąć lub przynajmniej powstrzymać inwazję. Poprosił o pomoc Greków, obiecując im ulgi podatkowe w handlu (których nie posiadali Egipcjanie) i przyznając nowe miejsca do lokacji greckich kolonii w Egipcie. Dowódcą jego armii (która w ogromnej większości składała się z greckich najemników) był Grek - Fanes z Halikarnasu, który radził królowi aby wycofał się wgłąb kraju i tam przygotował obronę, wciągając Persów w pułapkę. Psametyk III nie chciał jednak o tym słyszeć, bowiem nie zamierzał oddawać wrogom połowy kraju praktycznie bez walki i zmuszał Fanesa aby ten zorganizował obronę samych granic.


BITWA POD PELUSIUM 
525 r. p.n.e.

(Ponoć aby sparaliżować Egipcjan, Kambyzes II nakazał na pierwszej linii swych oddziałów ustawić mnóstwo kotów - jako symbol bogini Bastet. I choć głównym trzonem zarówno egipskiej jak i perskiej armii były najemne oddziały greckie - które nie czciły bóstw o głowach zwierząt - to jednak Egipcjan udało się tym sposobem skutecznie sparaliżować)




Niesnaski pomiędzy królem a dowódcą trwały w najlepsze, gdy armia perska zbliżała się już do Egiptu. Wówczas, nie przygotowany do walki i obrażony na władcę Fanes, zbiegł do obozu perskiego, przekazując Kambyzesowi plany egipskiej obrony. Po ucieczce dowódcy, z armii zdezerterowało wielu innych greckich najemników, tak więc gdy doszło do samej bitwy pod Peluzjon, zakończyła się ona klęską sił egipskich (swoją drogą po obu stronach walczyli wówczas greccy najemnicy). Król Psametyk III zamknął się w twierdzy w Memfis. Nie był jednak w stanie kontynuować obrony i poddał twierdzę Persom, jednocześnie popełniając samobójstwo. Zwycięski Kambyzes zajął cały Egipt i choć sam przyjął większość tytulatury egipskich władców, oraz pozostawił kastę kapłańską jako tę, która miała utrzymywać lud w posłuszeństwie - jednocześnie zamienił Egipt w perską satrapię, a także rozwiązał funkcję Boskiej Małżonki Amona-Re (nie wiadomo co się wówczas stało z Nitokris II i jakie były jej dalsze losy, w każdym razie była ona ostatnią Boską Małżonką w egipskich dziejach). W taki oto sposób przestał istnieć matriarchalny urząd religijny, przekazywany tak z pokolenia na pokolenie w linii żeńskiej.




CDN.

15 lutego 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XXXV

CESARSTWO - MU
(LAMAR)




Po zniszczeniu antarktycznej cywilizacji miast-państw GOR (ok. 450 000 lat temu), co było wynikiem dokowania księżyca na orbicie okołoziemskiej przez Nibiruan pod przywództwem Anu, oraz jego synów Enlila i Enkiego, przez długi okres czasu największą cywilizacją ziemską, pozostawała cywilizacja nibiruańska w EDENIE, ABZU i w dorzeczu rzeki Indus. Ten stan rzeczy trwał przez ok. 200 000 lat. Nie oznacza to jednak że Nibiruanie byli jedynymi wówczas mieszkańcami Ziemi. Przetrwali również (poważnie napromieniowani - co odbiło się na kolorze ich skóry) dawni Bakaratinianie z rasy Czarnych. Były to już jednak niewielkie skupiska ludzi żyjących w stanie na wpół dzikim. Czas jaki minął od zniszczenia cywilizacji hyperboreańskiej, oraz występujące w międzyczasie kataklizmy, spowodowały zmianę koloru skóry (mutację), spowodowaną radiacyjnym promieniowaniem. Dawna rasa Czarnych stała się teraz zupełnie inną, odmienioną rasą - dzisiejsi australijscy Aborygeni są ich bezpośrednimi przodkami. Byli to już jednak ludzie żyjący na bardzo prymitywnej stopie cywilizacyjnej (mieszkali w jaskiniach, uciekali przed błyskawicami i ogniem, żyli w stanie na wpół dzikim). Zamieszkiwali oni (w ogromnej większości) kontynent LAMAR (zwany również MU). Przetrwali też nieliczni Żółci w rejonie dzisiejszej rzeki Huang-Ho w Chinach (lecz i oni ulegli zmianom fizycznym na skutek promieniowania radioaktywnego i działalności sił natury). Lecz owi Żółci także nie rozwinęli żadnej większej cywilizacji i żyli w niewielkich, dzikich plemionach koczowników i łowców. Tak więc jedyną cywilizacją wówczas na Ziemi pozostawali Nibiruanie z baz Edenu.

Ale ok. 250 000 lat temu, sytuacja ta uległa zmianom, gdyż to właśnie wówczas przywódcy planety AREMO z galaktyki Syriusza (o tragicznym losie tej planety pisałem we wcześniejszych tematach), postanowili wysłać wyprawę badawczą w rejon naszego Systemu Słonecznego, celem wybrania nowych miejsc pod przyszłą kolonizację (planecie groziło bowiem przeludnienie). Po przybyciu do naszej galaktyki, pierwszą planetą na jakiej założyli oni swą bazę, był Mars. Tam jednak już od dłuższego czasu funkcjonowała placówka plejadiańska (rodowici Marsjanie zeszli do podziemnych tuneli by tam żyć i mieszkać, a powodem tego było zniszczenie atmosfery na planecie, spowodowane zagładą Malony). Dla nich więc nie starczało już tam miejsca, tym bardziej że planeta nie nadawała się na przyszłą kolonizację. Dotarli więc na Ziemię, lądując swymi gwiazdolotami w okolicach dzisiejszych Chin. Gdy dawni Bakaratinianie z Żółtej rasy (teraz żyjący jako na wpół dzikie plemiona) ujrzeli statki gwiezdne Aremonian, wpadli w panikę, lecz zamiast uciekać, postanowili zaatakować przybyszów. Jednak ich prymitywna broń nie mogła się równać broni będącej w posiadaniu Aremonian. Ci zostali zmuszeni do jej użycia, co spowodowało masakrę wśród atakujących (ci, którym udało się przeżyć, uciekli stamtąd w popłochu). Aremonianie nie przybyli tu jednak w celach militarnych (załogi ich okrętów gwiezdnych stanowili głównie naukowcy, których zadaniem było określenie możliwości ewentualnej kolonizacji), dlatego też cała ta sytuacja i masakra do jakiej zostali zmuszeni, zniechęciła ich do prób kolonizacji w tym miejscu (był to prawdopodobnie rejon dzisiejszej rzeki Huang-ho).

Odlecieli więc stamtąd, szukając innego (przyjaźniejszego lub bezludnego) miejsca pod przyszłe osiedlenie. Tak przybyli na kontynent Lamar, gdzie tamtejsze grupki plemienne dawnych Czarnych Bakaratinian, ze strachu - uciekały na ich widok. Pozwoliło im to nie niepokojonym, założyć stanowisko badawcze na kontynencie Lamar, a po przeprowadzeniu pierwszych badań, doszli oni do wniosku że ziemia ta jest wprost wymarzonym miejscem na przewiezienie ok. miliona swych rodaków z planety Aremo. Najpierw jednak, by móc bezpiecznie przewieźć swych pobratymców, należało założyć bazę na najbliższej Ziemi satelicie, która byłaby takim łącznikiem i zapewniała ochronę całego przedsięwzięcia. Druga wyprawa wysłana z Aremo na Ziemię, miała już za zadanie zbudować na Księżycu bazę gwiezdną, ułatwiającą deportację Aremonian na kontynent Lamar. Rozpoczęli więc wdrażanie swego planu w życie, ale... na księżycu była już jedna gwiezdna baza. Nibiruańska baza IGGI, założona przez Anu, która służyła za punkt przerzutowy wydobywanego na Ziemi złota na planetę-okręt Nibiru. Obie grupy jednak nie wchodziły sobie w drogę, a budowa i zakładanie stacji gwiezdnej, zajęło Aremonianom 50 ziemskich lat. Założenie księżycowej bazy miało miejsce wówczas, gdy na Ziemi, w Edenie doszło do buntu Nibiruan i zwołania Wielkiej Rady, która powierzyła Enkiemu misję stworzenia prymitywnego robotnika (LU-LU). Po założeniu owej bazy, zaczęto zasiedlać cały kontynent Lamar (zwany od teraz MU), który bardzo szybko został opanowany w całości przez Aremonian (pierwotne plemiona Czarnych Bakaratinian z czasem również weszły w skład społeczeństwa utworzonego Cesarstwa MU).

Tymczasem rozpoczęto budowę wielkich miast (podobnych do tych, które były na Aremo), wytyczanie kanałów i budowę sieci nowoczesnych dróg. Drogi budowano posługując się ogromnymi płytami kamiennymi, które były tak gładkie i tak ze sobą zespolone, że nie sposób było dostrzec choćby szparki, będącej granicą jednej i drugiej płyty (po tych drogach poruszały się pojazdy, które nie dotykały jej powierzchni, unosząc się kilkanaście centymetrów w powietrzu). Aremonianie zaczęli też sprowadzać na Ziemię nie tylko naukowców, inżynierów, lekarzy, budowlańców i kolonistów, lecz także różne gatunki zwierząt, wcześniej nie występujących na naszej planecie. Któż bowiem wie, że zwierzę które dziś powszechnie występuje w naszych domach lub zabudowaniach i które przez wielu z nas jest uważane za najlepszego przyjaciela człowieka - pochodzi z planety Aremo? Tak - psy pochodzą z Aremo. Ale nie tylko one, również świnie, dziki (zdziczałe świnie), wilki i pancerniki, także pochodzą z tamtej planety. Gdy pobudowano pierwsze miasta, zaczęto przesiedlać kolonistów z Aremo na większą skalę (dziś potomkami dawnych Aremonian są przede wszystkim: Indianie amerykańscy i Polinezyjczycy). Powstało w sumie 19 wielkich ośrodków miejskich. Z tych 19 miast - siedem z nich było wielkimi stolicami, które przewodziły siedmioma dzielnicami, wchodzącymi w skład późniejszego Cesarstwa MU.


RZĄD i USTRÓJ




Na czele Imperium MU stał Cesarz (Imperator), który pełnił również funkcję Najwyższego Kapłana. Rezydował w ogromnym megamieście, stolicy Imperium - SAVANASIE, lecz jego władza nie była dyktatorska. Imperator był wybierany w dość demokratyczny sposób. Mianowicie zaczynało się już podczas głosowania w referendum wiejskim i dzielnicowym (w miastach głosowano dzielnicami). Każda wioska i każda dzielnica wybierały własnego - "Męża Prawości" (kandydat musiał spełniać podstawowe wymagania - ukończyć 35 rok życia, cieszyć się w swoim środowisku niezmąconą opinią i szlachetnością oraz udzielać się aktywnie w sprawach społecznych). Następnie owych "wybrańców" kierowano na kolejne wybory do stolicy danej dzielnicy, gdzie obywatele spośród wszystkich kandydatów wybierali 60 (w całym kraju). Potem tych 60 zwożono do stolicy, gdzie dzielili się na dziesięć sześcioosobowych grup. Spośród nich, mieszkańcy stolicy głosowali na jednego z dziesięciu grup. Potem z owych dziesięciu wybierano jeszcze siedmiu. Następnie z pozostałej siódemki wyznaczano tego jednego - jedynego, któremu nadawano tytuł Imperatora, Najwyższego Kapłana i Najwyższego Przywódcy. Władza cesarska była jednak dziedziczna (w wyżej wymieniony sposób wybierano Imperatora tylko wówczas, gdy poprzedni władca zmarł nie pozostawiwszy następcy lub następczyni). Cesarz jednak nie rządził, on jedynie panował - rządził rząd, a obywatele mieli prawo zdetronizować z tronu władcę (również w referendum), jeśliby tylko powstało podejrzenie iż zamierza on wprowadzić rządy absolutne.

Na czele rządu stało siedmiu mężów o nieskazitelnej uczciwości (wybieranych w sposób zbliżony do wyborów monarchy). Nie reprezentowali oni żadnych partii politycznych, ani też nie pobierali za swą pracę na rzecz obywateli - żadnych gratyfikacji materialnych. Sześciu z nich było (można to tak określić ) ministrami, siódmy zaś był najważniejszym z nich (kimś w rodzaju premiera) i zwany był: "Najwyższym Sędzią". Najwyższy Sędzia obdarowywał każdego kolejnego Imperatora oficjalną akceptacją Rady Siedmiu (bez której monarcha nie mógłby panować) i brał udział w niezwykle uroczystej koronacji w Savanasie (władza Imperatora - ograniczała się jedynie do funkcji reprezentacyjnych i religijnych). Sama koronacja była niezwykle uroczystym wydarzeniem w całym kraju. Zjeżdżali się wówczas do stolicy mieszkańcy z najodleglejszych części Cesarstwa, by ujrzeć monarchę i podziwiać piękno i przepych jego koronacji. Cesarz podczas koronacji otrzymywał wspaniałą koronę, która z wyglądu mogła przypominać dawną papieską tiarę, oraz tytuł religijny - "Ziemskiego Reprezentanta Wielkiego Ducha". Jednak po koronacji Cesarz zamykał się w imponującym pałacu i pojawiał ponownie jedynie w czasie świąt, jako gwarant stabilności i jedności państwa (oraz łącznik pomiędzy światem ludzkim a duchowym). Władzę nad krajem sprawował rząd, który dbał o powszechną edukację obywateli (szkoła "podstawowa" była obowiązkowa do 21 roku życia, potem jeszcze siedmioletnie studia w "Szkole Obywatelskiej", jako przygotowanie do życia w społeczeństwie). Po ukończeniu 28 roku życia "student" otrzymywał tytuł: "Obywatela Imperium" i odtąd zyskiwał wszelkie prawa polityczne.

  
AREMONIANIE
OBYWATELE IMPERIUM MU
(szkic)



RELIGIA IMPERIUM


Co się tyczy kasty kapłańskiej, jaka wytworzyła się w Imperium MU, to należy stwierdzić iż była ona po prostu przeniesieniem starych zwyczajów religijnych Aremonian na kontynent Lamar (MU). Kapłani cieszyli się w społeczeństwie Lamarian z MU dość dużą pozycją, nazywano ich "Opiekunami". Co prawda - Najwyższym Kapłanem w Imperium pozostawał Cesarz (była to jednak funkcja jedynie symboliczna), lecz prawdziwe obowiązki kapłańskie wykonywali właśnie "Opiekunowie". Jedynym Bogiem i Stwórcą Wszechrzeczy w Cesarstwie MU - był THAORA - zwany również "Wielkim Bogiem Duchem" (pamięć o tym bogu i o tej wierze przetrwała później w tradycjach religijnych chociażby indiańskich plemion, wierzących w "Wielkiego Ducha" lub "Wielkiego Manitu"). Był On uosobieniem życiodajnej siły Słońca, oraz Stwórcą wszystkich rzeczy fizycznych i niefizycznych. Kapłani nie gromadzili bogactw i nie rozbudowywali świątyń. Przebywali na stałe w Wielkiej Piramidzie, wzniesionej w centrum stolicy Imperium - Savanasy (i w podobnych piramidach, wzniesionych w innych miastach Imperium), zajmując się nie tylko sprawami duchowymi i nauką o reinkarnacji dusz, lecz także leczeniem chorych i cierpiących, oraz sprawowaniem pieczy nad spisanym prawem państwowym. Ich medycyna stała na bardzo wysokim poziomie, choć w leczeniu dolegliwości wykorzystywali głownie naturalne środki, jakie oferowała przyroda, niż jakiekolwiek leki czy medykamenty.

Kapłani nosili długie, luźne tuniki w kolorze żółto-złotym lub pomarańczowo-złotym. Głowę przyozdabiali czepkami w kolorze szafranu - nie nosili obuwia. Kapłani dokonywali również zaślubin i pochówków, lecz w czasie pogrzebu panowała radosna atmosfera, cieszono się i śmiano (nie jak u nas, płakano i rozpaczano), gdyż wiedza o "Etapach Ludzkiego Życia" była dzięki naukom "Opiekunów" powszechna w społeczeństwie i wiedziano iż śmierć rozpoczyna jedynie kolejny etap drogi wiodącej ku Stwórcy. Kapłani mogli żenić się i posiadać potomstwo. Często odwiedzali dwór królewski i udzielali Cesarzowi napomnień lub pochwał w odniesieniu do polityki jaką prowadził wobec swych poddanych. Chodzili wszędzie, gdzie chcieli i nawet do pałacu cesarskiego byli wpuszczani bez pytania. Funkcję kapłańską pełnili zarówno mężczyźni jak i kobiety, a z ich zdaniem musiał się liczyć i Cesarz i rząd, gdyż mogli doprowadzić do zwołania referendum, które pozbawiłoby władzy każdego, kto nie reprezentowałby woli społeczeństwa. Jak już wspomniałem - nie gromadzili bogactw i żyli bardzo skromnie (państwo finansowało ich utrzymanie). Kapłani byli najbardziej pacyfistyczną z instytucji tworzących Imperium MU i sprzeciwiali się jakimkolwiek wojnom czy podbojom (a ponieważ ich zdanie często przesądzało o polityce państwa, stąd Imperium MU należało do najspokojniejszych i najbardziej pacyfistycznych państw w historii ziemskich cywilizacji i było zupełnym przeciwieństwem społeczeństwa... Atlantydy. Notabene, to również doprowadziło ich do katastrofy). 


SAVANASA
STOLICA IMPERIUM

 


Savasana została wzniesiona ok. 200 000 lat temu (czyli jakieś 50 000 lat po przybyciu Aremonian na Ziemię), od razu z myślą, iż stanie się nową, majestatyczną stolicą Cesarstwa. W samym centrum stolicy wzniesiono ogromną piramidę (nieporównywalnie większą od Piramidy Cheopsa w Gizie, która ma ok. 147 m wysokości). Wielka Piramida w Savanasie liczyła aż 440 m wysokości. Kamienie, które posłużyły do budowy owej piramidy, wydobywano z kamieniołomów Holatan, znajdujących się tam... gdzie dziś istnieje Wyspa Wielkanocna. Kamienie były wycinane i obrobione z dokładnością do jednej piątej milimetra, a ich powierzchnia była tak gładka, że nie sposób było odnaleźć na niej choćby maleńkie wgłębienie, choćby niewielką górkę czy wypaczenie - bloki skalne wycinano bowiem za pomocą drgań ultradźwiękowych. W całym Imperium były tylko dwa takie kamieniołomy, jeden - Holatan na południowym-wschodzie wyspy, a drugi Notora - na północnym-zachodzie (z tym, że tamtejszy rodzaj kamienia był o wiele gorszej jakości). Olbrzymie bloki skalne nie były ciągnięte po ziemi, siłą ludzkich mięśni, lecz transportowano je za pomocą sił antygrawitacyjnych (uruchamiano bloki antygrawitacyjne, umiejscowione na drogach, o których pisałem wyżej, co powodowało że owe wielkie bloki kamienne "leciały" na wysokości ok. 20 centymetrów, nie dotykając ziemi, jeden za drugim - aż do celu). Imperium MU posiadało najlepszą i najdoskonalszą sieć dróg ze wszystkich ówcześnie istniejących cywilizacji ziemskich.

Równie majestatyczny co Wielka Piramida - był Pałac Cesarski, który miał dachy pokryte szczerym złotem. Był ogromny (w zasadzie był miastem w mieście), posiadał niezliczoną liczbę wież, portali, tuneli, ogrodów i fontann. Pałac był co prawda własnością Cesarza, ale nie znaczyło to że Imperator całkowicie izolował się w nim od społeczeństwa - wręcz przeciwnie. Pałacowe ogrody były ogrodami publicznymi, dostępnymi dla wszystkich obywateli Imperium. Wielka Piramida i Pałac Cesarski stanowiły centrum Savanasy i były połączone ze sobą "Drogą Tharoa" (zwaną również w skrócie "Drogą RA"), najważniejszą w całym Imperium. Wokół tej drogi wzniesiono ogromne posągi o głowach byłych i obecnych władców Imperium - (owe posągi, były bardzo podobne do tych "dziwnych głów", budowanych później na Wyspie Wielkanocnej, jedyna różnica była taka, że tamte posągi były ogromne - o wiele większe od tych z Wyspy Wielkanocnej). Po "miejskich drogach" w Savanasie (w tym również po Drodze RA) ludzie podróżowali na kilka sposobów - pieszo, w pojazdach przypominających coś na kształt samochodów przyszłości (z tym tylko że maszyny te nie posiadały kół i nie dotykały podłoża a utrzymywały się w powietrzu i poruszały za pomocą siły antygrawitacyjnej). Trzecim sposobem było podróżowanie konno, lub... na nieistniejących dziś stworzeniach, zwanych Akitepayos (czworonóg z głową podobną do pyska delfina i ogonem jak u pawia. Tylne nogi zwierzęcia były krótsze niż przednie, a cały był on pokryty sierścią. Jego galop przypominał galop wielbłąda. Także był zwierzęciem sprowadzonym z planety Aremo).

Domy mieszkańców stolicy (podobnie jak i innych miast Imperium), były różnej wielkości i koloru. Każdy miał jednak taras widokowy lub przynajmniej balkon i zatopiony był w uwielbianej przez Aremonian zieleni (prawie wszędzie gdzie mogli sadzili oni drzewa lub ozdabiali domy, balkony, pokoje - kwiatami). Prócz drzew i kwiatów, trzymano w domach różnego rodzaju zwierzęta (najczęściej ptaki). Społeczeństwo tworzące cywilizację MU, składało się w ogromnej większości z rasy czerwonej (tzw.: indiańskiej), pochodzącej z planety Aremo. Nie oznacza to jednak że inne rasy nie mogły wchodzić w skład Obywateli Imperium. Mogły - szczególnie zastana na kontynencie Lamar prymitywna rasa czarna, pochodząca od dawnych kolonistów z Bakaratini, z czasem została ucywilizowana i weszła na równoprawnych zasadach w skład społeczeństwa MU. Rasy te zaczęły się ze sobą krzyżować, choć "Czarnych" było niewielu i stanowili wybitną mniejszość. Ok. 74 000 lat temu na kontynent Lamar przybyła jeszcze jedna rasa - biała rasa pochodząca od niedobitków z kolonii zniszczonej planety Malona. Te trzy rasy Czerwona - Czarna i Biała wymieszały się ze sobą i ukształtowały wygląd dzisiejszych mieszkańców Polinezji czy Indian obu amerykańskich kontynentów.




Kontynent MU był pokryty głównie równinami. Savanasa leżała jednak na (jednym z trzech na kontynencie) wzniesień, zwanym Hamakulia (często w channelingach - ta nazwa jest tożsama z nazwą samej stolicy, lub używa się dwóch nazw wymiennie). Hamakulia ulokowana była w rejonie północnego-wschodu wyspy (trochę bliżej środka). Obok niej istniały jeszcze dwa wzniesienia - jeden na południowym-zachodzie a drugi na południowym-wschodzie wyspy. Savanasa początkowo została wzniesiona z dala od morza, ale ok. 80 000 lat temu wyspę nawiedziła potworna katastrofa, która spowodowała zatopienie części kontynentu i pochłonęła miliony ludzkich istnień (był to przedsmak tego, co potem spotka Atlantydę, ale w ich przypadku nie był to kataklizm naturalny, ale celowe działanie, spowodowane głównie przez Syrian i Plejadian, a powodem owej zagłady najsławniejsze wyspy świata, było niezwykle agresywne i całkowicie już niehumanitarne społeczeństwo Atlantów II Cesarstwa. O tych potopach - bo były dwa wielkie - i o historii Noego również opowiem w kolejnych częściach). To spowodowało że stolica stała się miastem portowym, a zatokę, która powstała po potopie, nazwano Suvatu. Port morski Savanasy był wielki i majestatyczny (jak sama stolica), a codziennie wpływało do niego wiele najróżniejszych okrętów z najodleglejszych stron wyspy i innych krain. Wszystkie drogi w całym Imperium krzyżowały się właśnie w stolicy. Wielka Piramida pełniła rolę nie tylko "Domu Opiekunów", lecz służyła także jako centrum komunikacji międzygalaktycznej z innymi światami - w tym z rodzinną planetą przybyszów - Aremo (planeta ta, została zniszczona w wyniku wojny nuklearnej, a ludzie którzy tam przeżyli, cofnęli się w rozwoju technologicznym do czasów pierwotnych. Sami też stali się zwierzyną łowną dla wielkiej ilości agresywnych i ogromnych - w wyniku napromieniowania radioaktywnego - karaluchów i potwornych mrówek żyjących na Aremo. Kolonie tych owadów zostały zniszczone - podobnie jak wcześniej na Bakaratini - dzięki interwencji TJehooba, którzy zostali uznani tam za bogów - pisałem już o tym w poprzednich tematach). Zagłada planety Aremo, miała miejsce jednak dużo później, już po upadku na Ziemi Imperium MU.


CESARSTWO MU
Przed i po I katastrofie - mającej miejsce ok. 80 000 lat temu
(tereny oznaczone ciemniejszym kolorem, zatopione przez ocean)





PS: Gwoli wyjaśnienia chciałem dodać, że po prawie tygodniu męczącego wirusa jaki nie dopadł i który totalnie ściął mnie z nóg - już jest znacznie lepiej. Oczywiście zdaję sobie sprawę że moje problemy zdrowotne (takie to już jest życie, jednego dnia funkcjonujesz normalnie, a drugiego dnia nie możesz się ruszyć 😉) nikogo nie interesują, i bardzo dobrze, ale mimo wszystko uznałem że warto się również tym podzielić z Czytelnikami mojego bloga.


CDN.



12 lutego 2026

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. X

MUZYKA
(I Inne Przyjemności)
JAKO KWINTESENCJA NASZEGO 
JESTESTWA


W poprzednich tematach przedstawiłem różne typy spędzania przez dusze swego wolnego czasu. Opisałem zarówno wizyty na Ziemi w "celach rekreacyjnych" (np. doświadczenia ponownej przyjemności morskiej wody), jak i czas jaki dusze spędzają w "Świecie Dusz" z samym sobą. Nawiązują w ten sposób nowe "znajomości" wśród dusz, które nie stanowią części ich własnej grupy docelowej (a z którymi być może "spotkają się" w kolejnych wcieleniach). Wzajemne flirty, zabawy, gonitwy, oraz tworzone "Tam" obrazy tego co doświadczyliśmy i gdzie szczęśliwie żyliśmy na Ziemi (czyli np. pięknych łąk wokół wysokich gór, wspaniałych posiadłości - również zamków - otoczonych kwietnymi ogrodami, miast czy też zwykłych domków w których wyrośliśmy). Nie napisałem jednak wszystkiego. A szczególnie nie napisałem o najważniejszym sposobie spędzania wolnego czasu, jakim jest... wzajemny śpiew. Śpiew i muzyka stanowią w "Świecie Dusz" niezwykle ważny aspekt spajający dusze ze sobą i czyniący ich wspólną Jednością oraz jednocześnie Odrębnością - jak wyraził się o tym jeden z poddanych hipnozie mężczyzn: "Gdy rozpoczynamy taniec, nasze energie splatają się nawzajem i jednocześnie rozplatają. Gdy zaś taniec się kończy, energie rozłączają się definitywnie, dzięki czemu znów można dostrzec naszą odrębność".

Wydaje się że taniec, a szczególnie śpiew - ma FUNDAMENTALNE ZNACZENIE dla duszy na "Tamtym Świecie". Ponoć nie ma takiej duszy, która po śmierci fizycznego ciała (nawet jeśli za życia była kompletnym muzycznym beztalenciem), nie potrafiła śpiewać i tańczyć. Tam można śpiewać zawsze i wszędzie i każda dusza osiąga od razu w tym perfekcję (i to bez potrzeby nauki śpiewu, co jest sporą ciekawostką, gdyż innych rzeczy dusza musi się po kolei uczyć pod kierunkiem swych Przewodników, zaś śpiew i taniec przychodzą jej od razu - i to przychodzą w stanie idealnym, perfekcyjnym bez najmniejszej dozy "nieczystości" i fałszerstw). Już samo to, coś o Nas świadczy. Jeśli duszy tak łatwo przychodzi śpiew i to śpiew w stanie perfekcyjnym (jak już pisałem, nie ma znaczenia czy ktoś za życia potrafił śpiewać czy nie - każda dusza nie tylko to potrafi, ale czyni wręcz wrażenie jakby sama była muzyką), to kim możemy być jako dusze? Czy tylko energią? W moim poprzednim temacie z tej serii, opisałem relację kobiety, która próbowała opowiedzieć hipnoterapeucie "Jak wygląda Bóg?" Opisała Go jako "Coś" (Białe Światło), z którego wychodzi przepiękna i niezwykle czysta muzyka "wszystko utrzymująca". Czyżby więc Bóg był...muzyką? To na pewno w jakiś sposób tłumaczy zamiłowanie dusz (które przecież są częścią Boga) do śpiewu, tańców i muzyki.

Oczywiście nie wszystkie dusze oddają się muzyce, ale WSZYSTKIE potrafią pięknie i czysto śpiewać (choć indywidualnie). Aby stworzyć pieśni zbiorowe, utrzymane w jednej tonacji, tworzy się (dla przyjemności) chóry, które wymagają swoich dyrygentów. Są to dusze, które prawie zawsze poświęcają się muzyce i śpiewom, one to utrzymują chóry i nimi dyrygują. Do takich chórów przystać może każda dusza (jeśli tego zapragnie - a często tak się dzieje, jako że chęć śpiewu jest ogromną potrzebą każdej z dusz, KAŻDEJ - nawet takiej, która bardzo rzadko śpiewa i tańczy), wówczas jej melodyjna, indywidualna tonacja, splata się z tonacją całego chóru, pod "batutą" dyrygentów. Chóry oczywiście także tworzone są dla przyjemności w czasie wolnym. Należy się jednak bardziej zastanowić nad całym tym zjawiskiem - bo skoro każda dusza potrafi śpiewać "sama z siebie", bez potrzeby nauki śpiewu (i każda także potrafi tańczyć), niezależnie od swych możliwości taneczno-wokalnych za życia - to czym My, jako dusze jesteśmy? Energią, powstałą pod wpływem wibracji muzycznych, tworzonych przez Źródło/Boga, o którym opowiadała w jednym z moich poprzednich postów - owa kobieta poddana hipnozie (zresztą nie tylko ona). Bardzo wiele wskazuje właśnie na to że... My jesteśmy MUZYKĄ, a przynajmniej MUZYKA jest kwintesencją Nas samych.


MUZYKA + ŚPIEW + TANIEC = 
ŹRÓDŁO/BÓG/ ZJEDNOCZENIE



A teraz przejdę do kolejnych przyjemności, jakich w "Zaświatach", poddają się dusze w swoim wolnym czasie. Jedną z ulubionych zabaw duszy, są... materialne transformacje. Co to takiego i o co dokładnie w tym chodzi? Dusze, które pragną "doświadczyć fizyczności" (jeszcze nim się narodzą), udają się do pewnego miejsca w "Świecie Dusz", które umożliwia im stanie się dowolnym fizycznym obiektem - ożywionym bądź nieożywionym. Dusza która tam przybywa, najpierw skupia swe myśli na tym, czego potrzebuje doświadczyć lub co pragnie przeżyć. Wówczas dusza zostaje przyciągnięta przez pasma energetyczne strumienia energii całej tej sfery i... wpada do otworów (niektórzy z poddanych hipnozie nazywają je "Ekranami Energii Współczucia"), przez które mogą już stać się tym, czym zapragną. Na przykład kroplą wody w oceanie, iskierką płonącego ognia, częścią chmury na niebie, lekkim podmuchem wiatru lub częścią wulkanicznej lawy (wybór możliwości oczywiście jest o wiele większy i zależy od indywidualnych życzeń danej duszy).

Dusze, które decydują się "doświadczyć fizyczności" i przejść "materialne transformacje", czynią to (w ogromnej większości) dla własnej przyjemności i zabawy. Prócz tego istnieje cała paleta najróżniejszych gier, w które bawią się dusze. Do najpopularniejszych należą... wyścigi. Dusze ścigają się wzajemnie pędząc w linii prostej, by nagle gwałtownie skręcić w jedną bądź drugą stronę - inne dusze, mają za zadanie ich doścignąć i "dotknąć". Niektóre dusze są prawdziwymi mistrzami w tej konkurencji i nie pozwalają się doścignąć, dzięki umiejętnemu manewrowaniu przy: przyspieszaniu, zawracaniu, zatrzymywaniu się i cofaniu do tyłu. Te wyścigi dusze odbywają na "wcześniej umówionym terenie", czyli np. u jednej z dusz, w stworzonym przez nią na swe dawne ziemskie środowisko obszarze. Biegną, pływają lub latają w tym środowisku które same stworzą dla swej frajdy. Do równie popularnych zabaw należy "wspinaczka". Dusze wspinają się na ogromne (stworzone przez jedną z nich) drzewa, skały lub góry, bawią się wzajemnie w wysokiej trawie, gdzie skutecznie można ukryć się przed inną duszą (bawiąc się np. w chowanego). Co ciekawe, podczas tych zabaw, dusze mogą... same tworzyć nowe przedmioty, np.: nowe drzewa, lub więcej trawy, by skutecznie ukryć się w jej "gęstwinie", a także tworzyć inne przeszkody, utrudniające "ścigającej" ją duszy - skuteczne jej odnalezienie.

Poza tym jest jeszcze inna zabawa, polegająca na "zbijaniu" przeciwnika. Jak to wygląda? Dusze dzielą się na dwie "drużyny" i ustawiają naprzeciw siebie w dwóch długich rzędach. Wytyczają linię, która dzieli obie te "drużyny", a następnie... ciskają w przeciwników stworzonymi przez siebie "kulami energetycznymi". Zabawa polega na tym, że nie mogąc opuścić wyznaczonego przez siebie obszaru gry, muszą jednocześnie tak manewrować, by uniknąć kul przeciwnika. Najważniejsze to nie dać się "strącić", poza tym dusze mogą robić najróżniejsze uniki, lub też samemu przechwytywać wymierzone w nie kule i odrzucać je w stronę przeciwników. Nie chodzi tu jednak o zwycięstwo jednych i porażkę drugich, lecz o umiejętności duszy i dobrą zabawę. Oznacza to, że trafiona taką "kulą" dusza, nie wypada z gry i nie "schodzi z boiska", lecz stara się na drugi raz być zwinniejszą (dusze niekiedy liczą sobie "punkty trafień"). Jednak "uderzenie" kuli o duszę, przypomina o jej złożoności energetycznej, czyli (innymi słowy), na zaledwie moment - oddziela tą energię, która tworzy daną duszę od siebie. Przypomina to rozerwanie i rozczłonkowanie ciała. Oczywiście trwa to zaledwie przez moment i po chwili energia duszy znów jest na swoim miejscu.

Inne gry to np.: gra w "przełamywanie szeregu". Polega ona na tym, że dwie grupy ustawiają się naprzeciw siebie w rzędach (jeden za drugim), a następnie ruszają przeciw sobie, próbując przełamać szereg przeciwnej drużyny. Z reguły jednak wzajemnie się od siebie odbijają i wracają na koniec rzędu swojej drużyny, by kontynuować "natarcie". Co jest celem tej gry? Celem jest stworzenie skondensowanej energii, która łączy energię wszystkich członków gry w jedno - jako zespolenie całej energii spotęgowanej świadomości wszystkich graczy. Ta skondensowana energia, którą dusze wytwarzają podczas gry, umożliwia im (na moment), doświadczyć tej Jedności, do której dążą wszystkie dusze, a która uosabia się w Indywidualnym Zjednoczeniu z naszym Źródłem - czyli z Bogiem. Jest też gra w "kule". Jej reguły są (trochę) podobne do ziemskich gier w kulki, lub w kręgle. Zabawa polega na tym, że dusze ustawiają się w ogromnym kręgu i stwarzają kule energetyczne, podobne do tych, które opisałem w grze "w zbijanego". Tutaj jednak każdy z graczy swoją kulę delikatnie popycha w kierunku środka okręgu, po niewielkim zagłębieniu. Kule odbijają się następnie od siebie, tworząc... wielobarwne promieniowanie (wyjaśnić należy że kule, które każda dusza stwarza, mają indywidualne kolory, uosabiające charakter i osobowość danej duszy - dlatego też, podczas zderzenia powstają różnokolorowe wiązki promieni świetlnych). A następnie wpadają do różnych wgłębień. Oznacza to że Nasza kula może wpaść do "dołka" któregoś z naszych przyjaciół lub znajomych, a ten który ją dostanie... poznaje osobiste cechy duszy, która je wytworzyła. Ta zabawa jest bardzo popularna w "Świecie Dusz", gdyż pozwala nie tylko miło spędzić wolny czas, lecz także przygotować się do kolejnych narodzin i wybrać tych - którzy najbardziej nam do tego przypasują. Poznanie zawartości kuli, pomaga nam zrozumieć siebie nawzajem - tak, jakbyśmy już byli jednością.





PS: Jakieś choróbsko mnie dopadło, co powoduje że jestem tak osłabiony, że muszę spędzać czas w łóżku - ale mam nadzieję że lada dzień mi przejdzie.


CDN.

11 lutego 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XVI

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XIII



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XIII






PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE:
SŁOWIANIE
(CYWILIZACJA FILISTYŃSKA)
(ok. 1200 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)
Cz. I



FILISTEA
OSADNICTWO, KONSOLIDACJA I INTEGRACJA
(ok. 1200 - ok. 1100 r. p.n.e.)
Cz. I



W Starym Testamencie panuje pewne pomieszanie pojęć, dlatego też bardzo często napotkać można najróżniejsze problemy w interpretacji zdarzeń i oczywiście w próbach chronologicznego uporządkowania tematu związanego z Filistynami. Nieustannie bowiem łączy się tam Filistynów z Kananejczykami i to w taki sposób, iż wydaje się że jest to jedna i ta sama ludność. Nic zatem dziwnego, że w Biblii mówi się wprost o Filistynach jako o autochtonach ziemi Kanaan, zaś lud, który pod przewodnictwem Mojżesza opuścić miał Egipt - pokazywany jest na kartach Starego Testamentu jako lud najeźdźców. Tu już następuje swoiste pomieszanie pojęć, jako że grupy tworzące zbiorowość zwaną jako Apiru (Habiru) wywodziły się w ogromnej większości właśnie z ziem Kanaanu (lub Synaju), zaś Filistyni (Peleset) przybyli tutaj jako najeźdźcy, o czym zresztą piszą nie tylko egipskie ale i hetyckie i syryjskie kroniki z okresu migracji tzw. Ludów Morza. Dlaczego jednak Stary Testament przedstawia te wydarzenia zupełnie na odwrót i dlaczego Filistyni są tam traktowani jako autochtoni, zaś Żydzi (Apiru-Habiru-Hebrajczycy, innymi słowy "pokryci piaskiem") pokazani są jako najeźdźcy? Wydaje się że jest to spowodowane co najmniej kilkoma kwestiami. Po pierwsze - warto uświadomić sobie, że gdy Stary Testament był spisywany, Filistyni zamieszkiwali nie tylko Kraj Nadmorski, ale również Szefelę i odległy kraj Danitów (Danaoi) na północy Palestyny i rzeczywiście byli uważani już wówczas za autochtonów (np. Danici w IX wieku p.n.e. ulegli stopniowej hebraizacji), a pamięć kulturowa Hebrajczyków nie sięgała czasów pojawienia się Filistynów w Palestynie. Po drugie - proces integracji najeźdźców z autochtonami przebiegał sprawnie i szybko i praktycznie zakończył się w ciągu dwóch pierwszych pokoleń po najeździe, tak, iż rzeczywiście trudno było wówczas odróżnić Filistyna od Kananejczyka. Po trzecie wreszcie - lud Habiru był ludem złożonym z koczowniczych plemion, które zamieszkiwały miedzy Beer-Szebą a Sychem i które niewiele ze sobą łączyło, prócz - religii mojżeszowej, stanowiącej wówczas jedyne lepiszcze, spajające tych, którzy wyszli z niewoli egipskiej i powrócili na ziemie, skąd niegdyś ich przodkowie wywędrowali do Egiptu.

Najpierw jednak należy stwierdzić, że skoro Hebrajczycy/Żydzi przyjęli sobie za przodka niejakiego Abrama (Abrahama) który wywędrował z miasta Ur w Mezopotamii (wraz ze swym ojcem - Terachem co zmarł w czasie podróży w mitannijskim Charranie, oraz żoną Saraj, bratem - Lotem i swymi sługami) i przybył najpierw do Sychem, potem do Betel, do Hebronu i wreszcie do Gerar, to w czasie kiedy on przemierzał ten szlak (ok. 1850-1840 r. p.n.e.) Filistynów w Kanaanie jeszcze nie było. Księga Rodzaju co prawda mówi głównie o Kananejczykach, Amorytach (którzy bez wątpienia byli największym ludem przed eksodusem Żydów do Palestyny i przed pojawieniem się tam tzw. Ludów Morza) którzy zamieszkiwali nie tylko Hebron, ale i Jebus (czyli ówczesną Jerozolimę) czy Anakitach, to jednak Filistyni również są wymienieni w tych czasach i co prawda w Hebronie Abram sprzymierza się z trójką braci Amorytów: Mamre, Eszkolem i Anerem, to już w Gerar (miasto na południowy wschód od Gazy i północny zachód od Beer-Szeby) oddaje swą żonę - Saraj, filistyńskiemu władcy tego miasta - Abimelekowi (czasem Abimelek jest zamieniany na faraona, któremu podczas podróży Abrama do Egiptu również spodobała się Saraj i zapragnął ją posiąść. Abram w obawie o swoje życie oddaje żonę faraonowi i władcy Gerar - Abimelekowi - twierdząc że to jego siostra). Skąd jednak w XIX stuleciu p.n.e. wzięli się w Palestynie Filistyni, skoro przywędrowali oni dopiero z końcem wieku XIII p.n.e., a osiedlili się na dobre w Kanaanie w pierwszych dekadach XII wieku p.n.e.). I to jest właśnie ten błąd o którym piszę - pomieszanie pojęć jakie występuje w Starym Testamencie. Łączenie Filistynów z Kananejczykami stało się czymś naturalnym (o filistyńskości Abimeleka z Gerar otwarcie mówi Księga Rodzaju 26,1), wydaje się więc że dla tych, którzy spisywali tę Księgę, wydawało się oczywistym że Filistyni byli tutaj przed wyjściem Izraelitów z Egiptu i tak właśnie opisywali tamte wydarzenia. Podobnie rzecz ma się z poszukiwaniem żony dla Izaaka, gdzie wszystko również odbywa się na filistyńskiej ziemi (Rdz. 26).




Wszędzie tam dominuje narracja, że Filistyni (Kananejczycy, Amoryci) są panami miast (Sychem, Hebron, Gerar) a Hebrajczycy muszą żyć na peryferiach - ale jest to wyraźne odwzorowanie wydarzeń już z czasów po eksodusie, gdy rzeczywiście dominacja Filistei była niepodważalna, a szybka integracja "najeźdźców z Północy" z lokalnymi autochtonami umożliwiła im ekspansję na całą Palestynę (do czego jeszcze wrócę w kolejnych częściach). Należy bowiem pamiętać, że choć dzieje Abrama/Abrahama, Izaaka i Jakuba zostały napisane jako historia jednej rodziny, to tak naprawdę opowiada ona o wydarzeniach dziejących się w okresie ok. 1850 r. p.n.e. do ok. 1360 r. p.n.e. (gdy Izraelici mieli przywędrować do Egiptu). Pięć stuleci obejmuje historia trzech mężów (i ich kobiet) będącymi jedynie symbolami dominacji ludów, z których potem nastąpiła migracja do Egiptu, a były to: Abraham tożsamy z Hebronem (miastem Amorytów), Izaak z Beer-Szewą (osada Peryzytów) i Jakub z Sychem (miasto Hiwitów - czcicieli bogini Hebat). Najprawdopodobniej to z tych terenów powędrowała główna migracja do Egiptu w czasach panowania w tym kraju faraona - Nebmaatre Amenhotepa III (za jego to rządów odnotować można postać niejakiego Aper-Ela jako królewskiego wezyra, który z pewnością - świadczy o tym imię, miał semickie pochodzenie i należał do ludu Habiru, a co za tym idzie, był odwzorowaniem biblijnego Józefa, dlatego też migrację ludu Habiru do Egiptu wyznaczyłem na ok. 1360 r. p.n.e. czyli właśnie rządy Amenhotepa III (choć z pewnością pierwsze migracje z Kanaanu do Egiptu miały miejsce już za czasów Hyksosów ok. 1730- ok. 1550 r. p.n.e., był też w tym czasie okres, w którym Egiptem rządziła dynastia amorycka z Kanaanu). Początkowo Kananejczykom żyło się dość dobrze w Egipcie, ale potem przyszły zawirowania okresu rewolucji religijnej i wprowadzania solarnego kultu Atona (od ok. 1345 r. p.n.e.) przez faraona Nefercheperure Amenhotepa IV (Echnatona) i gdy ostatecznie tebański kler Amona-Re odniósł zwycięstwo (ok. 1330 r. p.n.e.), to wówczas nie tylko wyznawcy znienawidzonego Atona poddani zostali represjom, ale i inni obcy, wyznający nie egipskich bogów. Kananejczycy/Habiru nie byli tutaj wyjątkiem i zapewne właśnie wtedy obrócono ich w niewolników. Kolejne pokolenia Apiru - aż do wyjścia z Egiptu pod wodzą Mojżesza, zapewne ok. 1210 r. p.n.e. żyły w Egipcie i z Egiptem się ściśle utożsamiały (nawet jako niewolnicy) i nie znali innego życia, ani innych ziem (tak jak ci wszyscy nieszczęśnicy, urodzeni w Korei Północnej) - stąd potem tak łatwo dochodziło do najróżniejszych rozłamów w tej luźno ze sobą zjednoczonej grupie. Rozbicie owe było też powodem faktu, że po wejściu do Kanaanu musieli oni żyć na peryferiach nowej, filistyńsko-kananejskiej cywilizacji (bo o żadnych walkach - jak choćby tych, opisanych w Księdze Jozuego nie mogło być wówczas mowy - jest to więc wymysł późniejszych twórców, którzy pragnęli pokazać niezwykłość "ludu wybranego" i wsparcie, jakiego udzielił mu bóg Jahwe w zdobyciu wrogiej ziemi). A tymczasem pierwszy okres zasiedlania Kanaanu przez Filistynów postępował w najlepsze. Oto jak proces ten wyglądał w miastach:


BIBLIJNY JÓZEF - TERAZ JAKO EGIPSKI WEZYR - SPOTYKA PONOWNIE SWOICH BRACI, KTÓRZY WCZEŚNIEJ SPRZEDALI GO DO EGIPSKIEJ NIEWOLI 
(Józef jest z pewnością odpowiednikiem Aper-Ela, wezyra Dolnego Egiptu z czasów faraona Amenhotepa III)




ASZDOD / TELL MOR
(ta druga nazwa jest niesemicka)
  

"Panowie miast" - czyli Filistyni doskonale się zorganizowali i po zajęciu Aszdod bardzo szybko zezwolili ludności miejscowej (kananejskiej) na powrót do miasta i wspólne jego odbudowanie (po zniszczeniach wojennych) i zasiedlanie (miało to zapewne związek z faktem, że Filistynów nie było wówczas aż tak wielu i opierali się oni również na wsparciu ludności lokalnej, stąd późniejsza tak szybka asymilacja i stopienie się ze sobą jednej i drugiej strony). Ok. 1170 r. p.n.e. miasto to ponownie stało się silnym ośrodkiem gospodarczym i militarnym. Tutejsza twierdza górowała nad całą doliną Ela, a cały Kraj Nadmorski (z przyległymi ziemiami Szefeli) to było wówczas centrum cywilizacyjne Palestyny, zaś tereny za rzeką Bet-Choron (ziemia Efraima), czy też na wschód od Ekronu i Gat - to były peryferie z którymi nawet nie prowadzono wymiany handlowej, bo tamtejsze ludy nie dysponowały niczym, czym warto było handlować.



ASZKELON / ASKELON  


O Aszkelonie w tym okresie niewiele można dodać, poza tym, co pisałem w poprzedniej części. Jego znaczenie wzrośnie dopiero w epoce filistyńskiej ekspansji (ok. 1100 - 925 r. p.n.e.). Z tym miastem wiąże się również postać sędziego Izraela - Samsona (o czym w następnej części).



EKRON / AKIR 


W epoce osadnictwa i integracji Ekron (Akir - niesemicka nazwa miasta) skupiał się również na handlu. W mieście tym urodził się olbrzym Goliat, ale tu znów wkraczamy już w czasy ekspansji.



GAT / ZAFIT


Leżał na południe od Ekronu i na wschód od Aszdodu. Gat rozwinie się w epoce ekspansji i będzie ważnym ośrodkiem w czasach rządów króla Izraela - Dawida. Był to najdalej na wschód wysunięty duży ośrodek filistyński, dlatego też w jego pobliżu znajdował się kamień graniczny o nazwie Haezer - symbolizujący koniec "cywilizacji miast" i początek peryferii zamieszkałych przez barbarzyńców.


 
GAZA


Miasto odebrane Chiwijczykom (wcześniej nosiło nazwę Bejt-Eglaim). Potężny ośrodek wojskowy i jedno z najważniejszych miast filistyńskiego Pentapolis. 



A tymczasem - nim przejdziemy do następnego okresu historycznego - warto na moment zatrzymać się przy plemieniu Habiru, które to ok. 1170 r. p.n.e. weszło do ziemi Kanaan. Otóż wkraczali oni do ziemi swych przodków bardzo niepewnie i bardzo powoli. Oczywiście nie było mowy o toczeniu żadnych walk i bitew, gdyż lud ten był słabo ze sobą zjednoczony i bardzo podatny na wszelkie tendencje odśrodkowe (takie jak na przykład lokalne kulty religijne). Nie doszło również do biblijnego zdobycia Jerycha (którego mury miały zawalić się pod wpływem dźwięku trąb), gdyż to wielkie niegdyś miasto... w tym czasie już leżało w ruinie (badania archeologiczne dowodzą, że ostatnie miasto zostało tu zniszczone przed 1300 r. p.n.e. i potem nie zostało już odbudowane). Plemię Habiru (którego jedynym spoiwem - i to nie zawsze pewnym - była religia mojżeszowa) aby przetrwać w kraju zdominowanym przez Filistynów i lokalne plemiona im się wysługujące (Amorytów, Moabitów, Edomitów, Ammonitów czy Amalekitów) podzieliło się na dwanaście klanów: Józefa, Beniamina, Lewiego, Symeona, Rubena, Judy, Issachara, Zewuluna, Dana i Neftalego oraz Gada i Aszera. Klany te nie żyły ze sobą, żyły jakby obok siebie i raczej szukały porozumienia z lokalnymi plemionami na ziemiach których się znajdowały, niż dążyły do jakiejś "ogólnonarodowej" jedności wszystkich Hebrajczyków (zgromadzenie narodowe ustanowione przez Jozuego w Sychem jest mitem z czasów późniejszych, bowiem świadomość wspólnotowa "narodu wybranego" kształtowała się przez dekady i swój ostateczny kształt przybrała dopiero w czasach króla Saula (ok. 1042 - 1006 r. p.n.e.) i króla Dawida (ok. 1006 - ok. 965 r. p.n.e.). 

Najwyższą władzą w klanie była rada starszych, zaś w wyjątkowych sytuacjach zagrożenia wojennego wybierano sędziów (szoftim), ale chronologiczna lista sędziów (począwszy od Jozuego, który miał objąć władzę w 1576 r. p.n.e., poprzez kolejnych sędziów: Otonjela, Aoda, Deborę - swoją drogą jedyna kobieta-sędzia, Baraka, Gedeona, Abimela, Tola, Jaira, Jeftego, Abesena, Elona, Abdona, Samsona i Heliego) jest błędna, dlatego nie przytaczam oficjalnych lat ich rządów. Być może ci sędziowie rzeczywiście istnieli (na pewno zaś tak zwani "sędziowie więksi", czyli - Otoniel, Debora, Gedeon, Jefty i Samson), ale lata ich rządów (obejmujące okres od 1576 r. p.n.e. do 1120 r. p.n.e. są całkowicie błędne. Sędziowie ci bowiem często rządzili obok siebie w różnych klanach, dlatego też nie należy ich utożsamiać z całością ludu Habiru. O dalszych losach tego plemienia opowiem w kolejnym temacie, który będzie dotyczył epoki ekspansji Filistynów na cały Kanaan i pokażę niszę, jaką próbowali sobie wytworzyć Hebrajczycy, aby przetrwać ze swą wiarą w jednego boga Jahwe w tym morzu słowiańskiej cywilizacji w Palestynie.




CDN.

09 lutego 2026

O RETY - KABARETY! - Cz. V

ŚMIECH TO ZDROWIE!


DZIŚ KABARET: 


HRABI


"DELEGACJA"


1:00 - "Powiem ci Romek że nigdy tak nie miałam, będę cię polecała koleżankom"

"Super, się polecam" 🥳

2:00 - "Ewa powiedz mi że to nie jest prawda, że to nie jest prawda to, co ja tutaj widzę!"

"Tylko, nie wiem co akurat widzisz?" 🤭

"Co on robi w naszym łóżku, Co wy tutaj robicie?"

"No, a ty?" 😂 "Co tutaj Krzysiek robisz? To tak wyglądają twoje delegacje?" 🤣

"Pociąg mi uciekł!"

"Ale co, wystraszył się na twój widok?"

"Spóźniłem się!"

"To czemu zwalasz na pociąg? Ja nie wiem, może zaraz wszyscy będziemy winni oprócz ciebie? Może ty do mnie masz jeszcze jakiś żal? 😂 (...) A może do Romana?" 

"Też mam!"

"Kurde, ja byłem punktualnie!" 😉

"Krzysiek zastanów się nad sobą, powiedziałeś że jedziesz do Gdańska bo handlujesz płetwami, to jedź, a nie nagle rezygnujesz. I co, wracasz i dezorganizujesz to, co zorganizowane" 🤭

"Wracasz i w jakim ty ją w świetle stawiasz?" 😂

"Przecież nie było mnie 25 minut"

"I postawiłeś mnie w złym świetle w ciągu 15 minut".☺️ Człowieku, co ty myślisz że jak ty wyjeżdżasz tutaj życie zamiera?" 🙆

4:25 - "Ewa, ty jesteś z Romanem w łóżku!"

"A ty byś wolał żebym z obcym była? Co ty chcesz ze mnie dziwkę zrobić? 😭

4:45 - "Krzysztof ty się trochę uspokój, ogarnij się, pohamuj emocje, bo ja rozumiem jesteś poddenerwowany - pociąg ci uciekł, ale się nie drzyj na Ewę przecież to nie ona jest zawiadowcą" 😄

5:25 - "Nie wierzę już go bronisz, już się zwąchaliście? Chłopy pany! A na początku było tylko: "żeby się tylko Krzysiek nie dowiedział, Ewa, żeby się Krzysiek nie dowiedział!"

"A to ja jestem z Romanem w łóżku?"

"Proszę, bierz go sobie. Będzie ci jęczał w łóżku: "tylko nie mów Ewie..."





"NARWANA KOBIETA"


"Mówi się że kobieta jest słabsza i delikatniejsza od mężczyzny"

"Bo tak jest!"

"Czyli w razie czego będziesz nas bronił?"

"Oczywiście ale... Unikajmy "w razie czego"

0:50 - "Ale frajerzy, Ja pierdzielę!" 🤭

"Ciszej, bo nas usłyszą"

"Takie mają tępe ryje, nawet się nie zorientują że o nich mówię. Co się lampisz pajacu!" 😂

"Lepiej stąd chodźmy!"

"Ty się ich boisz? Kochanie, ty ich przerastasz: wykształceniem, obyciem, kulturą - to szmaciarze są!" 😭

2:37 - "E, zamknijcie mordy bo jak się Darek wkurzy to macie taki wpierdziel..." 🤭😂

3:05 - "Frajerze, twoja dupa nas wkurza!"

"Ja was bardzo przepraszam za moją dupę" 🤭

3:40 - "Kobietę? (...) Darek a on mnie uderzył! Oczywiście ty sobie leżysz, a mnie biją" 😂





"WYBACZ!" 😂👍





PS: Joanna Kołaczkowska - jedyna kobieta w kabarecie Hrabi, zmarła w lipcu 2025 r. po przegranej walce z ciężką chorobą nowotworową 😮‍💨


"GŁUPOTĄ I BŁĘDEM JEST OPŁAKIWANIE POLEGŁYCH, POWINNIŚMY RACZEJ DZIĘKOWAĆ BOGU ŻE TACY LUDZIE KIEDYKOLWIEK ŻYLI"

GEORGE S. PATTON


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...