Poniżej przedstawiam sylwetkę niezwykłego człowieka ("niezwykłego" - pod wieloma względami, a głownie ze względu na swą... długowieczność). Jego długowieczność do dziś jest niewyjaśnionym fenomenem historii (uznaje się go za czarownika lub tajemnego maga). Pojawił się on w epoce Henryka VIII (król Anglii 1509 - 1547) i Franciszka I (król Francji 1515 - 1547), choć nie wiadomo jakie wówczas nosił nazwisko (a nazwiska zmieniał często, prawie... 80 razy). Skąd więc wiadomo że żył w tej epoce? Z jego własnych opowieści w latach późniejszych. Były one tak dokładne i prezentowały tak wyszukane detale (m.in.: życia dworskiego i obyczajowości tamtych czasów, a także wyglądu i charakteru poszczególnych osób - iż trudno było zrozumieć skąd ów mężczyzna posiada taką wiedzę. Zresztą jego opowieści dotyczyły również czasów znacznie wcześniejszych, np. twierdził że uczestniczył w bitwie pod Grunwaldem w 1410 r. po stronie rycerstwa polskiego, jak również że przebywał w Palestynie w czasach Chrystusa). Człowiek ten zmarł w 1784 r. A jak się zwał? (to znaczy pod którym ze swych licznych nazwisk przeszedł do historii). Nie znamy jego imienia, pewnym jest że po raz pierwszy został opisany w 1710 r. Wówczas to (jako markiz Balletti) widziany był podczas karnawału w Wenecji. Widziały go tam i opisały potem w swych wspomnieniach dwie osoby - kompozytor Jean-Phillippe Rameau i młodziutka hrabianka de Georgy. Oboje opisali go jako człowieka w średnim wieku (ok. 40 lat).
A teraz mała ciekawostka - był rok 1710 gdy markiz Balletti został po raz pierwszy opisany już wówczas jako ok. 40-letni mężczyzna. A zmarł w 1784 r. Ile musiał mieć lat w chwili śmierci? Co najmniej 110. A teraz przyjrzyjcie się proszę temu obrazowi, przedstawiającemu markiza Balletti (choć wówczas występował już pod innym nazwiskiem, pod którym przeszedł do historii):
A czy wiadomo w którym roku został namalowany ów obraz? W 1783, na rok przed śmiercią markiza. 1783 r. a jak wygląda jego twarz, czy przypomina ona twarz ponad 110-letniego starca? (lekko licząc). Czy z tego obrazu nie spogląda na nas mężczyzna ok. 40, może 45-letni? Zresztą w 1760 r. hrabina de Georgy (wówczas już ponad siedemdziesięcioletnia staruszka) ponownie spotkała markiza na francuskim dworze w Wersalu, który jak oznajmiła... nie zmienił się od ich ostatniego spotkania w Wenecji w 1710 r. i nadal wygląda na ok. 45 lat. To właśnie jej relacja jest niezwykle ważna i rzucająca światło na tego (owianego nimbem tajemniczości) człowieka. 50 lat upłynęło pomiędzy pierwszym a drugim spotkaniem hrabiny de Georgy z, no właśnie, z kim? Bowiem w 1760 r. dawny markiz Balletti już się tak nie nazywał. Teraz zwał się (i to właśnie pod tym nazwiskiem przeszedł do historii):
HRABIA de SAINT-GERMAIN
Przytoczę tutaj jego niezwykłą historię, która zdumiewa po dziś dzień - jak choćby fakt, iż dopiero na początku lat 80-tych XVIII wieku hrabia de Saint-Germain stwierdził publicznie (na jednym z bali które wyprawiał w swym zamku), z żalem w głosie że: "Zaczynam się starzeć". Zmarł zaś nagle dnia 27 lutego 1784 r. straciwszy przytomność (w objęciach dwóch swoich pokojówek), której już nie odzyskał. Był niezwykle, wprost bajecznie bogaty. Posiadał kilkanaście dużych zamków (nie licząc kilkudziesięciu mniejszych posiadłości), a swymi majętnościami wprawiał w zdumienie i zazdrość władców ówczesnej Europy i Świata. Nic dziwnego, skoro na prywatnym pokazie w Wersalu dla króla Ludwika XV na jego oczach mnożył diamenty (dzięki wiedzy alchemicznej i obróbce kamieni szlachetnych, którą posiadł w latach wcześniejszych, podczas swej podróży do Indii i Persji - a przynajmniej tak twierdził).
Miał nieskazitelne maniery, był przystojny (z tego co wiemy z opisów m.in.: hrabiny de Georgy). Doskonale grał na skrzypcach i fortepianie, oraz był poliglotą (znał kilkanaście europejskich języków - m.in.: język polski oraz klasyczną grekę, łacinę, język arabski, chiński, hinduski i wiele lokalnych narzeczy z krajów, które przez swe długie życie odwiedzał). Ubierał się z niezwykłą wprost gracją i prostotą, choć ciężko było o prosty ubiór, gdy same jego sprzączki do butów kosztowały 200 tys. ówczesnych franków (kwota wprost bajońska), a do tego należy doliczyć brylanty, które używał jako... guziki od mankietów koszuli i płaszcza - których wartość była jeszcze większa.
Hrabia de Saint-Germain jest niezwykle zagadkową i dziwną postacią historyczną. Wiadomo że przyjaźnił się z Madame de Pompadour (faworytą króla Francji Ludwika XV). Potem był powiernikiem i przyjacielem królowej Marii Antoniny (którą ponoć ostrzegał przed wybuchem... Rewolucji Francuskiej, na długo zanim się zaczęła). Królowa nie uwierzyła mu i traktowała te ostrzeżenia jako kolejną z jego niesamowitych opowieści. Trudno zresztą było brać jego słowa na poważnie, gdy opowiadał o swej przyjaźni z królową Katarzyną Aragońską, pierwszą żoną Henryka VIII i o tym jak jej miejsce zajęła Anna Boleyn (ponoć miał się też pojawić w celi, w której siedziała Maria Antonina tuż przed jej egzekucją na gilotynie w 1793 r. Pojawił się nagle, co też jest ciekawym zjawiskiem i może sugerować że ten człowiek mógł być, chociażby... podróżnikiem w czasie - a przynajmniej takie jest moje przypuszczenie).
Opowiadał to wszystko z taką dokładnością szczegółów i faktów, iż zebranych arystokratów wprawiał w zdumienie, przechodzące w osłupienie - skąd on może znać te wszystkie szczegóły. Mówił np. o tym, że uczestniczył w podróży Henryka VIII i Anny Boleyn do Calais i Boulogne (spędzili tam razem miesiąc - od 11 października do 12 listopada 1532 r.), podczas której w niedzielę 27 października Anna Boleyn wraz ze swą siostrą Marią Boleyn (wówczas już Carey), hrabiną Derby, lady Fitzwater, lady Rochford (Jane Boleyn - wcześniej Parker, żoną jej brata Jerzego), lady Lisle i lady Wallop - wykonały taniec w maskach i w stylizowanych na antyczne sukniach z satyny - przed Henrykiem VIII i Franciszkiem I, królem Francji. Opowiadał o szczegółach tej uroczystości, tak, jakby był tam obecny (co zresztą sam przyznał).
Takie opowieści co prawda zabawiały króla i arystokratów nudzących się w Wersalu, ale zapewne ogromna większość z nich nie brała ich na poważnie. Zresztą jego opowieści nie ograniczały się tylko do czasów Tudorów. Dla Polaków ciekawe powinny być jego rozważania na temat... samotności królowej Anny Jagiellonki, którą odtrącał "mąż wciąż toczący wojny z Wielkim Wschodem" (mowa jest tu zapewne o królu Stefanie Batorym, który uciekał jak najdalej od podstarzałej i niezbyt urodziwej Anny Jagiellonki, angażując się w nowe wojny z Rosją Iwana IV Groźnego w latach 1579-1582). Ale nie tylko. W prawdziwe zdumienie wpędzał obecnych, gdy opowiadał o tym jak naprawdę wyglądała Kleopatra - królowa Egiptu, oraz co naprawdę myślał o Żydach i Jezusie - Poncjusz Piłat (wbrew temu co zostało zapisane w Biblii - niechęć Poncjusza Piłata do skazania Chrystusa według mnie została wymyślona później, w czasach gdy św. Paweł nawracał pogan i gdy spisywano pierwsze Ewangelie. Wówczas potrzebny był właśnie taki pozytywny przykład w osobie rzymskiego namiestnika, który był sceptyczny wobec skazania i śmierci Chrystusa. Przykład taki był potrzebny, aby innym poganom pokazać że wina nie leży ani w rzymskich władzach, ani osobiście w poganinie Poncjuszu Piłacie. Ja oczywiście w żaden sposób nie umniejszam tu winy Żydów, którzy oczywiście dążyli do pozbycia się Chrystusa, którego uważali za niebezpiecznego wichrzyciela, aczkolwiek należy pamiętać że Poncjusz Piłat był sadystycznym bydlakiem który skazywał na śmierć tysiące ludzi w Palestynie i w ciągu 10 lat swych rządów na tym krajem (26-36 r.) zamienił tę krainę w las krzyży).
Hrabia de Saint-Germain bardzo często zjawiał się w tych krajach i na tych dworach, na których ktoś uległ ciężkiej chorobie, lub był bardzo nieszczęśliwy - jednak jego kontakty (w ogromnej większości) ograniczały się jedynie do samych monarchów, ludzi z ich otoczenia, lub arystokracji i szlachty, bardzo rzadko zaś widziany był w towarzystwie mieszczan czy chłopów, choć i takie kontakty się zdarzały. Saint-Germain był nie tylko wielkim bogaczem, poliglotą i człowiekiem nauki - miał również wielkie serce i wielokrotnie to udowadniał. Chłopom i mieszczanom rozdawał swe dukaty, a arystokratom ofiarowywał diamenty, jeśli tylko im się podobały (a mało komu się nie podobały).
O ile opowieści o Henryku VIII, Annie Boleyn czy Annie Jagiellonce były traktowane w miarę pobłażliwe przez obecnych, o tyle opowiadania o Kleopatrze czy Poncjuszu Piłacie (wszystkie jego opowieści zawierały mnóstwo informacji z uwzględnieniem najdrobniejszych detali - dziś byłby skarbnicą wiedzy dla historyków, lecz wówczas nikt jego słów nie spisywał), wprawiały króla i arystokratów w lekką konfuzję. Skąd on to wszystko wie, naczytał się o tym? Ale gdzie? (wówczas nie było jeszcze książek tak wszystko dokumentujących). Gdy pytano go skąd ma te informacje, odpowiadał że widział to na własne oczy, a gdy pytano go ile właściwie ma lat - odpowiadał ze śmiechem że nie pamięta, a potem dodawał: "Starszy jestem chyba nawet od Matuzalema" (biblijny Matuzalem był najstarszym człowiekiem wymienionym w Starym Testamencie - miał żyć 969 lat).
Hrabia de Saint-Germain żył (prawdopodobnie) prawie... 2000 lat (jeśli przyjmiemy za fakt że rzeczywiście żył przez cały czas, bowiem pojawiał się on nagle i nagle znikał, z reguły nie przebywał długo na danym obszarze, co najwyżej kilkanaście miesięcy, czasem kilka lat) Niemożliwe? Dla jemu "współczesnych" (to znaczy arystokratów z XVIII wieku) też było to nie do przyjęcia - niemożliwe, lecz trudno było zrozumieć skąd on wie tak wiele. Żadne książki o tym wówczas nie pisały (a podawał np. w co byli ubrani królowie i książęta podczas ważnych przyjęć i uroczystości). Prawdopodobnie wymyślał to sobie - tak też większość myślała. Lecz co począć z jego ostrzeżeniami dotyczącymi przyszłości (np. właśnie Rewolucji Francuskiej), to również przez współczesnych było traktowane jako co najmniej niesmaczna opowieść. My dziś wiemy że ta opowieść była aż nadto realna, ale dla żyjących ówcześnie arystokratów była niczym opowieści science fiction. Saint-Germain proponował też królowej Marii Antoninie wyjazd z Francji nim dojdzie do katastrofy, a innych arystokratów przestrzegał przed mającym nadejść "gniewem ludu" z powodu ich samowoli, zdzierstw i niesprawiedliwości. Mówił że to co nadchodzi, zniszczy stary świat i spowoduje iż krew będzie płynąć strumieniami, a ulice pełne będą zwłok zamordowanych arystokratów - "To będzie koniec waszego świata" - dodawał. Skąd jednak hrabia Saint-Germain się wziął i jakie były (znane, czyli spisane), koleje jego życia?
FRAGMENT LISTU KRÓLOWEJ PRUS LUIZY DO CARA ROSJI ALEKSANDRA I, BŁAGAJĄCY GO ABY PRZYSZEDŁ Z POMOCĄ UPADAJĄCYM PRUSOM
(Listopad/Grudzień 1806 r.)
Królowa Prus (małżonka króla Fryderyka Wilhelma III) bez wątpienia była jedną z najpiękniejszych kobiet swojej epoki i jednocześnie bodajże największym wrogiem Napoleona w Królestwie Prus. To niewątpliwie ona w tym związku nosiła spodnie, bowiem zmanierowany i chwiejny Fryderyk Wilhelm III był nie tylko słabym władcą (Napoleon mówił o nim że: "jest głupi jak feldfebel" a gdy wreszcie -na prośbę cara Aleksandra - Napoleon przyjął go w swym namiocie w Tylży {26 czerwca 1807 r.} rozmawiali o... guzikach munduru huzarów, choć król Prus miał nadzieję że i jego dopuszczą do rokowań pokojowych i chodził za Napoleonem i Aleksandrem jak zbity pies). Królowa Luiza była przeciwieństwem swego męża, była bowiem dzielna i błyskotliwa, do tego swą urodą zniewalała koronowane (i nie tylko) głowy Europy. Fryderyk Wilhelm III był na tyle głupi, że nie domyślił się nawet, iż jego żona spędziła kilka upojnych chwil w ramionach cara Aleksandra, gdy ten w październiku 1805 r. przybył do Berlina, aby namówić Prusy do wojny z Francją - była to zresztą już jego druga wizyta w Prusach. Ten czas spędzony w towarzystwie Aleksandra, musiał być dla królowej bardzo przyjemny, bowiem potem w liście pisała do niego: "Aby wierzyć w doskonałość, trzeba znać Ciebie" lub: "Nie da się opisać mojego głębokiego smutku po pańskim wyjeździe. Pocieszam się tylko nadzieją że za dwa lata znów spotkamy się z Waszą Wysokością", w swych pamiętnikach zaś odnotowała ich pierwsze spotkanie z 10 czerwca 1802 r.: "Czekałam na cara - ucałował moją dłoń, pochyliłam się by mógł mnie uściskać (...) Znajomość z Nim jest warta znacznie więcej niż wszystkie góry świata (...) Każda jego decyzja wywołuje radość, każdym spojrzeniem uszczęśliwia ludzi, dzięki swojemu wdziękowi i życzliwości" - i niech mi ktoś powie że takie listy nie pisze zakochana, lub przynajmniej mocno oczarowana kobieta.
Aleksander istotnie był bawidamkiem, uwielbiał flirtować z kobietami, a ponieważ głowę jego zdobiła cesarska korona jednego z największych europejskich mocarstw ówczesnych lat, tym bardziej przez jego łoże przetaczał się tabun najróżniejszych niewiast (Aleksander lubił kokietować kobiety, przebierając się np. w mundur oficerski). Uwielbiał Polki (podobnie zresztą jak i jego młodszy brat wielki książę Konstanty Pawłowicz) i to z nimi najczęściej tańczył i przebywał na cesarskich balach otwierających przyjęcie, co nie podobało się rosyjskim oficerom i rosyjskim damom. Ale Aleksander bywał też nieznośny, gdy np. tańczył z jakąś damą, zmuszał ją do nawet kilkunastu ukłonów w jednym tańcu, niekiedy też specjalnie deptał damom po nogach, co one udawały że nie dostrzegają. Mimo to królowa Luiza była weń wpatrzona niczym w bóstwo i naprawdę wierzyła że jest on jedynym zbawieniem dla Prus, które to ona sama wplątała w tę tragiczną kabałę. Wojna z Francją Napoleona nie była bowiem Prusom do niczego potrzebna, gdyż polityka Napoleona nie kolidowała nawet z polityką Prus, a wręcz przeciwnie, pod Austerlitz w grudniu 1805 r. rozbił on Austriaków, co w Berlinie przyjęto niezwykle radośnie, gdyż osłabiało to Austrię w konfrontacji z Prusami o wpływy w Niemczech. Wojny nie pragnął też król, ale bardzo pragnęła jej królowa i pruski sztab generalny, oraz armia jako taka, bowiem Prusy od 1792 r. nie uczestniczyły w europejskim "podziale łupów" i bezczynnie obserwowały przebieg wydarzeń. A przecież to była dawna armia Fryderyka Wielkiego, armia niezwyciężona - jak sama się nazywała. Napoleon pobił jakichś tam Austriaków czy Rosjan? No to co? Ich i tak wszyscy zawsze bili, jeśliby się zaś miał zmierzyć z potężną armią pruską, zostałby szybko pokonany. Tak właśnie rozumowano i tak też myślała królowa Luiza, która często ubierała mundur i dokonywała przeglądu swych wojsk niczym wódz (gen. Blucher stwierdził też że na czele tych oddziałów królowa wkroczy do Paryża).
Sytuacja jednak przyjęła znacznie inny obrót. Wojna wybuchła 8 października 1806 r. gdy Prusy wypowiedziały ją Francji, spodziewając się szybkiego i łatwego zwycięstwa. 14 października w niecały tydzień po wypowiedzeniu wojny, pruska armia... przestała istnieć. W dwóch symultanicznie stoczonych tego dnia bitwach armie gen. Friedricha Hohenlohego pod Jeną i Karola Wilhelma Brunszwickiego pod Auerstadt, zostają rozbite przez Napoleona i marszałka Luisa Davota (bodajże najlepszy napoleoński marszałek). Koniec, wojna skończona Prusy skończone, mit armii Fryderyka Wielkiego budowanej przez poprzednie dekady, rozwiał się w zaledwie... tydzień. O trzeciej nad ranem 15 października 1806 r. Napoleon pisze list do Józefiny: "Moja przyjaciółko (...) Wczoraj odniosłem ogromne zwycięstwo. Było tam sto pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy, wziąłem dwadzieścia tysięcy jeńców, zdobyłem setkę dział i sztandary. Byłem w pobliżu króla Prus, o krok od schwytania jego i królowej (...) Czuję się wspaniale. Żegnaj, moja przyjaciółko, życzę Ci zdrowia i kochaj mnie". Fryderyk Wilhelm jest załamany i w bardzo złym stanie psychicznym, królowa, pomimo grozy sytuacji w znacznie lepszym, choć też podupadła na zdrowiu, oboje (choć innymi drogami) zdążają teraz do Królewca. Sytuacja była jednak dramatyczna, nie tylko bowiem stracono armię, waliło się całe państwo. Natomiast Francuzi odnosili zwycięstwo za zwycięstwem, bez wystrzału poddawały im się tak potężne pruskie twierdze jak Magdeburg czy Szczecin (obsadzony przez 10 000 żołnierzy i posiadający 160 dział, a zdobyty przez 300 huzarów z "Piekielnej Brygady" Ludwika Antoniego de Lasalle, która nigdy się nie cofała, raz, gdy to uczyniła w bitwie pod Gołyminem 26 grudnia 1806 r. de Lasalle zastosował karę wyjątkową, ustawił swych żołnierzy z wyciągniętymi szablami naprzeciwko rosyjskich armat i kazał im tak stać kilka kwadransów, sam stojąc wraz z nimi. Brygada została zdziesiątkowana rosyjskimi kartaczami, ale potem już nigdy się nie cofnęła - Napoleon był pod wrażeniem tego sukcesu i wkrótce potem napisał do Joachima Murata, dowódcy francuskiej kawalerii {a prywatnie swego szwagra} taki oto zabawny list: "Jeśli pańscy huzarzy zdobywają fortece, nie pozostaje mi nic innego, jak rozpuścić korpus inżynieryjny i stopić artylerię oblężniczą").
Fryderyk Wilhelm (pod którym zabito trzy konie), uciekał non stop przez 26 godzin w kierunku Magdeburga. 18 października przybył do twierdzy w Kostrzynie nad Odrą, tymczasem królowa Luiza (wraz z dziećmi) obrała drogę dłuższą i bardziej wyczerpującą, do Kostrzyna przyjechała dopiero z końcem października, potem para królewska razem ruszyła do Królewca. 24 października Napoleon był już w Sans-Souci letniej rezydencji władców Prus, zwiedził pokoje i taras, przyglądał się obrazom i scenom batalistycznym Fryderyka Wielkiego, noc spędził w tej samej sypialni, w której w listopadzie 1805 r. sypiał car Aleksander I podczas pobytu w Prusach. Nazajutrz Cesarz dokonał przeglądu swojej armii na pałacowym dziedzińcu i zapowiedział że: "Ta wojna musi być już ostatnią", oraz wzywał żołnierzy do jeszcze jednego wysiłku: "Żołnierze, Rosjanie chwalili się, że przyjdą do nas. Pomaszerujemy im na spotkanie, oszczędzimy im połowy drogi. Znajdą Austerlitz w środku Prus". 27 października Napoleon był już w Berlinie, tymczasowo zamieszkując w pałacu Charlottenburg (gdzie w apartamencie królowej Luizy znalazł jej listy. Upokorzył ją, ale jeszcze niewystarczająco, jeszcze będzie musiała zapłacić mu za wszystkie złe słowa, jakie kiedykolwiek wypowiedziała pod jego adresem {a tych nie brakowało} - i będzie to dzień jej ogromnego upokorzenia.
Napoleon lubił lekko szczypać wszystkie swoje kochanki (ich pełną listę postaram się przedstawić począwszy od kolejnej części tej serii, choć niewątpliwie jest to dość ciężka praca i w tym celu będę musiał przejrzeć dzieła historyków francuskich, polskich i innych - nie wiem też czy uda mi się zrobić pełną listę jego faworyt, ale podejmę to wyzwanie), natomiast królową Luizę Pruską uszczypnie wkrótce tak mocno, że zrozumie ona iż godność jest tak samo ważna zarówno dla kobiety jak i mężczyzny, dla królowej, czy też dla zwykłego oficera Rewolucji, który zdobył koronę cesarską tylko dzięki swym talentom militarnym i politycznym ("To pomyłka, moje szlachectwo bierze się od Marengo" - jak miał stwierdzić Napoleon w odpowiedzi na słowa cesarza Austrii - Franciszka I Habsburga, wywodzącego jego ród od dynastii panującej w XVI wieku w Treviso, zaś na enuncjacje francuskich dziejopisów i genealogów, wywodzących ród Bonapartego od bizantyjskiej dynastii Komnenów, człowieka w żelaznej masce z czasów Ludwika XIV czy nawet od... Juliusza Cezara, Cesarz odpowiedział krótko: "Brednie, mój dom zaczyna się ode mnie". To bez wątpienia prawda i wiedzieli o tym członkowie rodu Bonaparte długo po upadku Napoleona i utraty władzy nad Francją i Europą. Księżniczka Zenajda Letycja Julia Bonaparte, córka starszego brata Napoleona Józefa Bonaparte - króla Neapolu a potem Hiszpanii; na pytanie dlaczego wciąż wielbi swego stryja, choć to przez niego ród Bonaparte nie może powrócić do Francji, odpowiedziała z niezwykłą wprost szczerością: "Gdyby nie mój stryj, dziś pewnie sprzedawałabym kapary, na jakimś straganie w Ajaccio". A tak to nawet wygnani, Bonaparte wciąż byli rodziną cesarską z tytułami książęcymi).
Królowa Luiza była więc kolejną kobietą która igrała z ogniem, podobnie jak królowa Neapolu z rodu Burbonów - Maria Karolina, małżonka króla Neapolu - Ferdynanda I Burbona i siostra zgilotynowanej podczas Rewolucji Francuskiej królowej Marii Antoniny; która miała w 1805 r. oświadczyć ambasadorowi Francji, iż pragnie aby Królestwo Neapolu stało się zapałką, która wywoła pożar niszczący Cesarstwo Francji. Oj, nieładnie bawić się zapałkami, skoro nie ma się pewności że przy okazji nie podpali się własnego domu. Tak też się stało z Królestwem Neapolu i Marią Karoliną, uciekającą wraz z mężem i dziećmi na podstawionych angielskich okrętach, gdy armia francuska już wkraczała do Neapolu (listopad 1805 r.), zaś 30 marca 1806 r. Napoleon uczynił nowym władcą Neapolu swego brata - Józefa. To samo wkrótce spotka też niepokorną amazonkę, królową Prus Luizę, za jej słowa, takie jak te: "Napoleon to tylko potwór, który wyszedł z błota". A tymczasem klęska Prus z dnia na dzień z tygodnia na tydzień tylko się pogłębiała. Napoleon rozkazał aby pruscy oficerowie, którzy buńczucznie ostrzyli swe szable o schody francuskiej ambasady przed wybuchem wojny, a którzy dostali się do francuskiej niewoli, teraz kroczyli jako jeńcy pomiędzy dwoma szpalerami francuskich wojsk, podczas parady z 27 października 1806 r. Król Prus próbował jeszcze cokolwiek zdziałać, błagając Austrię aby przyłączyła się do wojny z Napoleonem. Wysłany do Wiednia pułkownik Gotzen z listem od króla Fryderyka Wilhelma III apelował i prosił Franciszka I o pomoc, argumentując że na upadku Prus Wiedeń niczego nie zyska, a wręcz przeciwnie, tym bardziej że niejasna jest też "kwestia polska", w każdej chwili może też w Galicji wybuchnąć polskie powstanie, dlatego należy działać wspólnie, zarówno przeciwko Napoleonowi jak i przeciw Polakom. Austria jednak zachowała w tym konflikcie neutralność - cesarz wciąż pamiętał niedawną klęskę spod Austerlitz, a poza tym armia austriacka jeszcze nie była gotowa do kolejnej wojny.
Pozostawała więc jedynie Rosja, w której pomoc mocno wierzyła królowa Luiza, śląc list za listem do cara Aleksandra i deklarując w nich swe poparcie i niezachwianą wiarę w jego "doskonałość" (nazywała go w listach "Zbawicielem Prus"). Dla Rosji jednak pomoc Prusom było pewnym problemem, stawiało to bowiem cara Aleksandra jako tego, który nie potrafi nigdy wybrać sobie właściwych sojuszników (zawsze stawia na przegranych, tak było w grudniu 1805 z Austrią pod Austerlitz i tak jest obecnie), poza tym armia rosyjska także jeszcze nie została w pełni odtworzona po armageddonie jaki był jej udziałem pod Austerlitz, tak wiec car zapewne nie powinien jeszcze wkraczać do walki (pomimo całej sympatii - w tym oczywiście erotycznej, jaką darzył królową Luizę), ale do tej wojny musiał wówczas wejść, czy chciał czy też nie. I to nie dlatego że łączył go z Prusami układ o wzajemnej pomocy z lipca 1806 (car Aleksander traktował układy jak świstki papieru i dotrzymywał ich tylko wówczas, jeśli były mu one akurat na rękę). Musiał wejść do tej wojny z innego powodu, a raczej... z kilku powodów. Jednym z nich było oczywiście uczucie jakim darzył królową Luizę, ale nie było ono najważniejszym powodem i śmiało mogło zostać pominięte. Najważniejszym powodem wejścia Rosjan do wojny w obronie Prus, była obawa Aleksandra o swoją reputację w społeczeństwie rosyjskim (oczywiście jeśli piszę o "społeczeństwie rosyjskim" mam na myśli rosyjską szlachtę). Doskonale wiedział jak zginął jego ojciec, car Paweł I. Słyszał potworne krzyki mordowanego przez gwardzistów ojca (zresztą nie tylko on, jeden z morderców cara, Mikołaj Zubow, zmęczony mordowaniem, wyszedł z sali sypialni gdzie dokonywał się mord, podszedł do okna i spoglądając się miał powiedzieć do stojącego "na czatach" gen. Benningsena: "Boże, jak ten człowiek krzyczy!"), któremu skakano po brzuchu, kopano i sieczono na oślep pałkami i szablami, aby szybciej wyzionął ducha. Twarz cara Pawła po dokonanym morderstwie (23 marca 1801 r.) nie przypominała już ludzkiej, była bowiem kawałkiem zakrwawionego mięsa. Aleksander dobrze o tym wiedział, gdyż był członkiem owego oficerskiego spisku na życie swego ojca, którym pogardzał. To on wreszcie był tym, który ochronił morderców, a nawet dał im nowe tytuły i ziemskie nadania.
ALEKSANDER I ROMANOW
Zresztą w Rosji mordowanie władców należało do tradycji. Tak też zginęła babka Aleksandra I, caryca Katarzyna II, która zdechła siedząc na przerobionym na wychodek, dawnym tronie polskich władców (w poduszce ukryte były ostrza, gdy wiec Katarzyna osiadła na sedesie, ostrza się wysunęły, powodując jej zgon w ciężkich męczarniach). Cały dwór znał sprawców (Maria Fiodorowna - matka Aleksandra i żona cara Pawła I, pewnego razu na widok przywódców szajki morderców Pahlena i Panina zemdlała, polecono im więc dyskretnie aby udali się do swych włości i opuścili dwór, poza tym nie spotkała ich żadna kara, wręcz przeciwnie zostali nawet nagrodzeni przez Aleksandra), a hrabina de Bonneuil (Francuzka przebywająca na rosyjskim dworze) pisała do ministra francuskiej policji Josepha Fouchego: "Mówią u nas, że gdy młody cesarz wychodzi, to przed nim idą siepacze dziada, za nim mordercy ojca, a obok ci, którzy wnet dobiorą się do niego samego". Dlatego też car Aleksander nie mógł sobie pozwolić na utratę twarzy, szczególnie po klęsce pod Austerlitz i musiał szybko kolejną wielką bitwą zmazać tamtą hańbę, jeśli nadal chciał panować, jeśli nadal chciał żyć. Drugim bardzo ważnym powodem było jawne naruszenie interesów Rosji w regionie. Nastąpiło ono zarówno w Polsce (na ziemiach zaboru pruskiego) jak i w Turcji (z którą Rosja rozpoczynała wówczas wojnę), gdzie wybitnie na rzecz Francji działała pewna kobieta, prawdopodobnie francuska odaliska, wchodząca w skład haremu sułtana Selima III, namawiając go właśnie do konfrontacji z Rosją. Utrata wpływów w dawnej Polsce lub próba odbudowania Polski (nawet w niewielkim kształcie), oraz zagrożenie rosyjskich interesów na Bałkanach, było głównym powodem do przyłączenia się cara do wojny z Napoleonem w obronie Prus.
Tymczasem Aleksander - choć wiedział że czas nagli, nie spieszył się z podjęciem decyzji - oddając się przyjemnościom (szczególnie balom - Aleksander uwielbiał tańczyć i często spraszał na owe przyjęcia damy... bez ich mężów, aby z nimi flirtować, a może i coś więcej), postanowił więc najpierw zabawić się w dyplomatę. Wysłał do Napoleona swego oficera, generała Zastrowa, który w imieniu króla Fryderyka Wilhelma III prosił Cesarza o zakończenie walk i rozpoczęcie negocjacji pokojowych. Napoleon wyraził zgodę na podjęcie rozmów pokojowych, ale najpierw pragnął ukarać króla i królową za ich butę, poza tym wojska rosyjskie szykowały się do wkroczenia w granice Prus w celu wyparcia stąd wojsk Napoleona, pokój więc jak na razie był jedynie pobożnym życzeniem. 29 października 1806 r. "Piekielna Brygada" huzarów gen. Lassale'a zajęła twierdzę Szczecin, 7 listopada padła twierdza Magdeburg oraz Lubeka, w ten sposób cała zachodnia część państwa pruskiego była już w rękach Napoleona. Królowi i królowej Prus pozostały już tylko wschodnie prowincje ich państwa, czyli ziemie gdzie jeszcze przed jedenastu laty była dawna Rzeczpospolita Polska. Nieciekawie więc rysowała się przyszłość monarchii pruskiej bez pomocy rosyjskiej, tym bardziej że w Poznaniu i całej Wielkopolsce wybuchło polskie powstanie zbrojne (6 listopada 1806 r.) pod wodzą Jana Henryka Dąbrowskiego i Antoniego Amilkara Kosińskiego. Wkrótce (do 23 lutego 1807 r.) cała Wielkopolska została wyzwolona z pruskich wojsk okupacyjnych i wkrótce w Poznaniu i innych miastach dawnej Rzeczpospolitej rozbrzmiały głosy: "Niech żyje Cesarz, niech żyje wolna Polska". Zaś 1 stycznia 1807 r. drogę cesarskiej karocy zastąpił powóz hrabiny Marii Walewskiej, która rzekła do Cesarza te oto słowa: "Witaj Sire, witaj po tysiąckroć na naszej ziemi, która czeka na Ciebie, aby na nowo powstać!"
Tyrani zachodnich greckich polis z tak zwanej Wielkiej Grecji (czyli greckich kolonii w Italii, na Sycylii i Sardynii) opierali się na nieco innych środowiskach, niż ich odpowiednicy w Grecji Centralnej. Tamci bowiem, pochodząc najczęściej z arystokratycznych rodów, opierali swoje rządy na sile ludu, któremu przeciwstawiali potęgę oligarchicznych rodów najbardziej niechętnych ich władzy. Tyranii zachodni zaś zupełnie na odwrót, swoją potęgę opierali na arystokracji i wykorzystywali przeciwko wszelkim wolnościowym dążeniom ludu. Już Gelon sprzedawał najbiedniejszych mieszkańców sycylijskich polis w niewolę, zaś jego brat Hieron oparł na tym swoją ideę rządów i opierając się na słowach swego brata (który stwierdzić miał iż: "Prosty lud to najniewdzięczniejszy współmieszkaniec") jak tylko mógł gnębił najbiedniejszych współobywateli, zarówno przesiedlając ich do innych miast lub czyniąc niewolnikami pracującymi w majątkach arystokratów, albo też gnębił ich różnego rodzaju opłatami fiskalnymi. Do tego oczywiście dochodziła wszechobecna kontrola, polegająca na donoszeniu jeden na drugiego (donosiciele byli dobrze wynagradzani). Oczywiście działali również zawodowi szpiedzy, którzy wyszukiwali wszelkiego rodzaju niepochlebne słowa o panującej władzy i donosili o tym tyranowi. Zachodnich tyranów przerażała bowiem forma kontroli ich władzy poprzez wszelkie nowości ustrojowe związane z większą władzą daną ludowi. A już myśl o tym, że lud mógłby się zbuntować i sam przejąć władzę wprowadzając rządy demokratyczne, budził w nich realne przerażenie. Dlatego też z takim niepokojem przyglądali się temu, co działo się w Tarencie - dużym doryckim polis założonym ok. 708 r. p.n.e. przez Lacedemończyków w południowo-wschodniej Italii (jako ciekawostkę dodam, że Tarent był jedyną spartańską kolonią, która jednak założona została przez partenian - byli to potomkowie spartańskich kobiet i periojków, czyli wolnych mężczyzn osiadłych w Sparcie, nie posiadających obywatelstwa. Pozwolono na takie związki w czasach trwania I wojny meseńskiej {743-724 p.n.e.} aby zwiększyć liczbę ludności, ale po jej zakończeniu ci nie-obywatele byli uważani za obcych i wręcz życzono sobie aby stąd odeszli. Pod wpływem tych nawoływań niejaki Falantos - partenin, wraz z grupą innych nie-obywateli Sparty, wypłynął do południowej Italii i w 708 r. p.n.e. założył miasto które nazywał Taras - na cześć mitycznego herosa, syna boga morza Posejdona. Nazwę Tarent {Tarentum} nadali temu miastu dopiero Rzymianie - którzy zajęli miasto po 10-letniej wojnie w której Tarentyjczykom pomagał władca Epiru Pyrrus, a która rozpoczęła się konfliktem o miasto Turioj, skąd Rzymianie zostali wyparci przez Taryntyjczyków w 282 r. p.n.e. a gdy Senat posłał do Tarentu posłów na rozmowy, zostali oni pohańbieni przez mieszkańców miasta, a jeden z nich "postawił klocka" na środku placu, po czym podtarł się togą rzymskiego posła. Ten wypowiedział wówczas słowa, na które czekać trzeba było aż 10 lat, a mianowicie: "Zmyjesz to własną krwią"). Tam bowiem w 473 r. p.n.e. miał miejsce atak illiryjskich Japygów (zasiedlających ziemie późniejszej Apulii) na Tarent i sprzymierzony z nim Regium w Zatoce Mesańskiej. Tarent od swych narodzin rządzony był przez doryckich arystokratów (potomków Falantosa i pierwszych kolonistów), którzy posiadali nie tylko pełnię władzy, ale również opływali w największe dobra i majątki. Teraz zaś, w obliczu zagrożenia najazdem barbarzyńców to właśnie oni wystawili największe siły mające odeprzeć atak. Do bitwy doszło gdzieś w rejonie, w którym potem przebiegać będzie rzymska via Appia, prowadząca z Tarentu do portu w Brundisium i zakończyła się ona klęską Tarentian. Poległo mnóstwo arystokratów a straty były tak wielkie, że miasto realnie pozbawione zostało władzy mogącej obronić mieszkańców przed atakiem barbarzyńców. I wówczas do głosu doszedł lud, który sam zorganizował obronę odparł najazd i przejął władzę w mieście wprowadzając pierwsze w Italii rządy demokratyczne.
Powstanie pierwszego demokratycznego polis w Italii, i to tak potężnego jak Tarent, musiało spędzać sen z powiek wielu sycylijskich tyranów. Nic więc dziwnego że gdy trzeci z braci Dejnomenidów, który objął władzę w Syrakuzach (467 r. p.n.e.) Trazybulos, to wówczas wprowadził jeszcze większą kontrolę i jeszcze bardziej gnębił lud niż jego bracia. Karał śmiercią za najmniejszą krytykę swej władzy a także torturował tych, których uważał za demagogów prowokujących bunt. Doprowadziło to do ogromnego niezadowolenia ludu, który realnie zbuntował się przeciwko władzy Trazybulosa i rozpoczął z nim walkę. Tak oto w 466 r. p.n.e. Syrakuzy zapłonęły (Trazybul kontrolował tylko wschodnią część miasta wraz z portem, gdzie sprowadzał swych stronników z Etny - którą władał jego małoletni bratanek Dejnomenes - i ściągał najemników). Szybko okazało się jednak że syrakuzański demos uzyskał potężne wsparcie w takich miastach jak: Gela, Akragas, Himera i Selinunt. Sporą część najbiedniejszej populacji Geli w 484 r. p.n.e. Gelon przesiedlił do Syrakuz, ale najwidoczniej tamtejsi oligarchowie nie byli w stanie przeszkodzić udzieleniu pomocy Syrakuzańczykom przez ich własny lud. W Akragas (po obaleniu Trasydajosa - syna długoletniego tyrana Terona ok. 470 r. p.n.e.) jeszcze Hieron wprowadził pierwsze na Sycylii rządy demokratyczne (o czym wspomniałem w poprzedniej części). Podobnie było w Himerze (też rok 470 p.n.e. należy uznać za początek "rządów ludu"). Co się zaś tyczy Selinuntu, to niewiele na ten temat wiadomo, aczkolwiek po 480 r. p.n.e. miasto to należało do strefy wpływów Terona - czyli zapewne było bardzo wrażliwe na wszelkie zmiany ustrojowe zachodzące w Akragas czy w Himerze. Tak więc oparciem dla Trazybulosa była jedynie Etna (dawne Naksos - założone jeszcze w 735 r. p.n.e.) i częściowo Mesana (dawne Zankle), gdzie władali synowie tyrana Anaksilasa - nad którymi pieczę sprawował najpierw Hieron a teraz Trazybul. Mimo to był on pewny swego, kontrolował przecież najważniejsze części samych Syrakuz - wyspiarską Ortygię (gdzie znajdowały się najważniejsze miejskie świątynie w tym Ateny i Apolla) i Achradinę (gdzie znajdowała się chociażby miejska Agora). Lud zaś przejął władzę w dwóch dzielnicach, które leżały poza murami miejskimi, a były to Neapolis i Tycha. Walki o miasto były niezwykle krwawe, ale póki Trazybul posiadał swoją flotę i miał zapewniony dzięki temu dopływ najemników, był pewien że wojnę tę wygra.
Mimo to zjednoczonej flocie Selinuntu, Akragas i Himery udało się pokonać w bitwie syrakuzańską flotę Trazybula, co oznaczało że został on odcięty i zamknięty w mieście jak w puszce, w której mógł się już tylko udusić, wykrwawiając się w walkach o miasto. Słał on wiadomość za wiadomością do swego bratanka - Dejnomenesa, aby ten przyszedł mu z odsieczą, ale odpowiedź nie nadchodziła, nie było też odsieczy. Widząc w jak tragicznej sytuacji się znalazł, postanowił Trazybul uciec z miasta, dostać się do Etny, przejąć tam władzę a następnie z powrotem, na czele tamtejszych sił ruszyć na Syrakuzy. Jego plan polegał na tym, aby nocą na małym statku wymknąć się z oblężonego portu i wypłynąć na morze, nim wrogowie odkryją jego podstęp. To my się jednak nie udało, plan wypłynięcia z Portu Mniejszego (czyli głównego portu Syrakuz) zakończył się fiaskiem, a Trazybul musiał wrócić do swego pałacu na Achradinie. Gdy zaczęli dezerterować najemnicy i opuścili go już jego dotychczasowi stronnicy, przymuszony głodem w zamian za zachowanie życia, zaproponował przywódcom ludu że zrzeknie się swej władzy w mieście, jeśli pozwolą mu je opuścić i nie będą go ścigać. Ci przystali na tę propozycję, Tranzybulos zrzekł się swej władzy w Syrakuzach w imieniu swoim i swych potomków (początek 465 r. p.n.e.) a następnie pozwolono mu odpłynąć do wybranego przez niego miasta w Italii - były to Lokry Epizefryjskie gdzie dokończył swego żywota. Po wygnaniu tyrana Syrakuzańczycy wprowadzili w swym mieście rządy demokratyczne. Nakazali też złożyć broń wszystkim najemnikom i dotychczasowym stronnikom rodu Dejnomenidów (nie wszyscy podporządkowali się temu rozkazowi w obawie o swoje życie, co doprowadziło do tego, że w niektórych częściach miasta wybuchały jeszcze sporadyczne walki z byłymi stronnikami i najemnikami Trazybulosa). Wprowadzono też w mieście kult Zeusa Eleutheriosa ("Wyzwoliciela"), a ludności wcześniej wysiedlonej przez tyranów pozwolono wrócić do swych dawnych miast. Diodor pisze, że po zaprowadzeniu demokracji nastały czasy "pokoju i pomyślności", niestety jednak nie było tak różowo, jak pragnął to widzieć ów historyk. Po zaprowadzeniu demokracji pojawiło się bowiem szereg nowych problemów przed którymi musieli stanąć i z którymi musieli się uporać nowi władcy miasta, czyli miejski demos. Jednym z nich było zabezpieczenie władzy tak, aby w przyszłości nie pojawili się kolejni tyrani.
Aby temu zapobiec przejęto z Aten instytucję ostracyzmu, która w Syrakuzach zwała się petalizmem (a to z tego powodu, że imiona osób które według ludu zagrażały demokracji, pisano nie jak w Atenach na skorupkach rozbitych naczyń lub kawałkach kamieni zwanych ostrakonami, tylko na liściach oliwki, które w języku greckim nosiły nazwę petalos). Nie była to jedyna różnica dzieląca ateńską i syrakuzańską demokrację, gdyż w Atenach po głosowaniu ostrakonami dany polityk szedł na wygnanie na lat dziesięć (przy czym zachowywał oczywiście prawa do swojego majątku, do którego mógł powrócić po zakończeniu czasu swego wygnania), w Syrakuzach zaś dany delikwent szedł na wygnanie jedynie na lat pięć. Było to jedyne zabezpieczenie nowego ustroju przed pojawieniem się jakiegoś kolejnego tyrana, ale nowy ustrój nie doprowadził jednocześnie do marginalizacji starych majętnych arystokratycznych rodów, a wręcz przeciwnie - starano się dawne rody włączyć w nowy ustrój, zapewniając im nawet pierwszeństwo przy podziale ziemi. Dla Greków jednak wszelka zmiana (czy to polityczna czy rodzinna) musiała mieć silne umocowanie w religii, dlatego też poparcie bogów było nieodzowne w rozpoczęciu jakiegokolwiek przedsięwzięcia, a już szczególnie tak ważnego jak wprowadzenie nowego ustroju. Wielu poetów czy nawet historyków tamtego okresu (VI i pierwsza połowa V wieku p.n.e) traktowała mity nie jako pewien zbiór baśni kształtujących kulturę i elementarną cywilizację społeczności helleńskiej, ale jako rzeczywistość, która była niegdyś (bajanie o Złotym Wieku cywilizacji do którego ludzkość powinna wciąż dążyć), która minęła (gdy z ziemi odeszli bogowie i herosi) i która istnieje (m.in. na Olimpie) obok tej obecnej cywilizacji ludzkiej. Oczywiście nie wszyscy w to wierzyli, ale nie mało było ludzi wykształconych, którzy twierdzili że mity są podaniami autentycznymi a co za tym idzie, że to, co było, należy brać dosłownie. Nic więc dziwnego że zwykli ludzie traktowali kwestie związane z bogami jeszcze bardziej poważnie i z większym pietyzmem oraz strachem (greccy bogowie byli bowiem przede wszystkim bardzo samolubni i łatwo ich było urazić, jeśli więc człowiek był nawet dobry, pomagał innym i żył nie wadząc nikomu, a obraził bogów, mógł być pewien że ci ześlą na niego wszelkie możliwe plagi. Przynajmniej tak to sobie wyobrażano). Dlatego też, aby zadowolić bogów natychmiast przystąpiono do budowy nowych świątyń (w Syrakuzach rozbudowano świątynię Ateny a w latach 50-tych V wieku p.n.e. wzniesiono świątynię Hery Lakinii, w Geli zaczęto budować nową świątynię Ateny, w Akragas dokończono budowę świątyni Zeusa Olimpijskiego, prace rozpoczęto ok. 500 r. p.n.e. a potem przerwano).
Nie zmieniono jednak kształtu i wartości monet używanych dotąd przez tyranów (np. poeta Pindar chwalił pod niebiosa stabilność gospodarczą i bezpieczeństwo w czasach Hierona, czego dowodem miała być srebrna dekadrachma - nazwana w czasach demokracji demaratejon na cześć bogini Demeter {tak na marginesie Pindar był też w sowicie opłacany przez Hierona - jak to mówił Stalin: "Musimy znaleźć zajęcie dla każdego utalentowanego bydlaka" - czasy się zmieniają a cel zawsze ten sam - propaganda ponad wszystko}. Wszystko więc, nawet ekonomia związane było z bogami). Najwięcej problemów nastręczała jednak zgoda nowych, demokratycznych władców Syrakuz na powrót dawnych mieszkańców innych polis do swoich miast, szczególnie zaś zwrot ich dawnych majętności. Były to problemy które rodziły nowe konflikty powstałe w miejsce starych ran. Gela postanowiła odbudować dawną Kamarinę (zniszczoną jeszcze w 485 r. p.n.e. przez Gelona - o czym pisałem w poprzednich częściach), a do Katany też zmierzała dawna, wysiedlona stamtąd ludność. Problem stanowili też byli najemnicy. Co prawda zostali rozbrojeni ale jednak wciąż stanowili pokaźną i niebezpieczną grupę, która nie była mile widziana w żadnym polis. Ostatecznie po 461 r. p.n.e. przeniosą się oni do Messany, gdzie stworzą bractwo wojskowe (swoisty zakon) które będzie kontrolowało miasto pod nazwą "Synów Marsa" - Mamertynów - oczywiście jest to ich rzymska nazwa, sami zwali się zapewne bractwem Aresa (to właśnie oni staną się przyczyną wybuchu I Wojny Punickiej pomiędzy Rzymem a Kartaginą w 264 r. p.n.e.). Większość greckich polis na Sycylii i w Italii została uwolniona spod władzy tyranów, pozostały tylko dwa miasta w których jeszcze oni rządzili: Etna (Naksos) i Messana. Miasta te były izolowane, gdyż cała reszta nie chciała z nimi utrzymywać żadnych kontaktów. Duży problem stanowili również Sykulowie - rodzime plemię sycylijskie zamieszkujące wschodnią część Wyspy. Co prawda pomogli oni Grekom syrakuzańskim w wypędzeniu tyrana, ale teraz stanowili zbyt duże zagrożenie aby można ich było lekceważyć. Do tego dochodziło jeszcze niebezpieczeństwo etruskie (szczególnie ich flota stanowiła pokaźne zagrożenie na wodach okalających Sycylię). Wszystko to razem wzięte nie mogło stworzyć nowych czasów "pokoju i pomyślności" - jak chciał Diodor.
W 461 r. p.n.e. niejaki Duketios - wódz plemienia Sykulów, zawarł sojusz z Syrakuzami i postanowił zająć miasto Etna - wciąż rządzone przez tyrana Dejnomenesa. Przed atakiem doszło do podziału wpływów i ziemi w zdobytej Etnie. Miasto miało przypaść Syrakuzom, ale ludność stałaby się własnością Duketiosa. Tak też się stało, miasto zostało zdobyte, Dejnomenes prawdopodobnie poległ albo zbiegł (w każdym razie wszelki słuch o nim zaginął), Syrakuzańczycy przejęli miasto, a Duketios wyprowadził stamtąd ludność i przesiedlił do sykulskiej Inessy (głównym miastem tego plemienia była Henna). Ok. 460 r. p.n.e. skończyła się też władza synów Anaksilasa w Messanie (doszło tam do pro-demokratycznego buntu mieszkańców miasta, wspieranego przez Syrakuzy). Zaraz po tym przewrocie doszło w tymże polis do poważnych zaburzeń ekonomicznych, związanych z biciem złotej monety. Zaczęto bowiem wybijać nie tylko dotychczasowe monety z napisem Messana, ale również wrócono do starej nazwy Zankle, co powodowało bardzo wiele negatywnych perturbacji o charakterze gospodarczym i społecznym, ponieważ nie wszystkie monety były akceptowane przez nowe demokratyczne władze miasta, a to znowu rodziło problemy z tą częścią ludności, która już te monety posiadała i wprowadzała do obiegu. Konflikt zrodził się więc na samej górze nowej władzy ponieważ jedni pragnęli pozostać przy nowej nazwie, inni zaś chcieli wrócić do starej, a to generowało problemy natury społeczno-gospodarczej. Do tego doszła jeszcze zgoda Syrakuz na osiedlenie się w Messanie byłych najemników Trazybulosa. Problemy Messany żywo odbijały się również w jej bratnim mieście, położonym po drugiej stronie cieśniny - w Rhegion. Tam nowe demokratyczne władze przyjęły też nowy wizerunek monet, przedstawiający zaprzęg mułów na awersie i zająca na rewersie. Nie spodobało się to mieszkańcom miasta i wymusili oni powrót do starego systemu, wprowadzonego jeszcze przez tyrana Anaksilasa - czyli głowy lwa. Demokratyczne władze Rhegion nie mogły jednak pozwolić aby symbol tyrana dalej widniał na monetach miejskich, wprowadzono więc kompromis bijąc nowe monety, tym razem przedstawiające legendarnego założyciela miasta Jokastosa
Obalenie tyranii w dwóch ostatnich sycylijskich miastach Etnie i Messanie (oraz w Rhegion) powinno pozytywnie wzmocnić nowe, demokratyczne władze Syrakuz. Tak się jednak nie stało i już w roku 461 p.n.e. doszło w tym polis do poważnych konfliktów i niepokojów społecznych, związanych z ustalaniem list obywatelskich i podziałem ziemi. Jak już wcześniej wspomniałem, dawne arystokratyczne rody które wspierały ustrój tyrański, suchą stopą przeszły sobie do demokracji bez żadnych uszczerbków, a jednocześnie przedstawiciele tych rodów byli przy podziale ziemi lepszej jakości. Rodziło to silne niezadowolenie społeczne a trybunem ludu został wówczas niejaki Tyndarides, który otwarcie nawoływał aby lud sam wziął sobie to, co mu się należy. Tyndarides pragnął jednak - niesiony wrogością ludności Syrakuz do nowego podziału ziemi - przejąć władzę i i odnowić ustrój tyrański, z sobą jako nowym władcą Syrakuz. System petalizmu (czyli owego syrakuzańskiego ostracyzmu) nie został jeszcze dobrze przetestowany, więc nowe władze były bezbronne wobec rosnącej liczby zwolenników Tyndaridesa. Jedyną bronią przeciwko rosnącej w siłę tyranii - która miała ponownie nastąpić w mieście, wprowadzona populistycznymi hasłami - była... tępa siła i do tego właśnie odwołały się nowe władze miasta. Podczas jednego z zebrań zwolenników Tyndaridesa, na którym nawoływał on do sprzeciwu wobec podziału ziemi preferowanego przez demokratów - władze skierowały ludzi z kijami, którzy napadli Tyndaridesa i jego stronników i zlinczowali go na miejscu (ok. 460 r. p.n.e.). To właśnie po tym wydarzeniu i ogólnym wzburzeniu ludności owym morderstwem, zaczęto na większą skalę stosować petalizm. W ciągu kolejnych sześciu lat w czasie których używano tej formy zabezpieczenia ustroju demokratycznego, skazano na wygnanie szereg obywateli, których uznano za potencjalnie niebezpiecznych dla nowej władzy. Nie przeszkodziło to jednak wielu ambitnym mieszkańcom miasta w stosowaniu populistycznej retoryki w celu walki ze swymi przeciwnikami politycznymi i wykorzystywania w tym celu petalizmu jako oręża. Wreszcie uznano go za na tyle niebezpieczną formę walki politycznej, że ostatecznie zniesiono petalizm w 454/453 r. p.n.e. Nie tylko Syrakuzy w tym czasie były wystawione na niebezpieczeństwo zamachu stanu i upadku słabego jak dotąd systemu demokratycznego, który z wielkimi trudami przyjmował się wśród Greków Zachodnich. W Akragas ogromne wpływy zdobył filozof Empedokles, który co prawda zreformował Radę Tysiąca (nadając jej bardziej demokratyczny charakter), ale jednocześnie jego osobisty wpływ na rządy był tak wielki, że realnie pełnił on nieoficjalnie władzę tyrańską (a niektórzy współobywatele zaproponowali mu nawet koronę królewską, lecz on odmówił jej przyjęcia). Empedokles swą nieprawdopodobną pozycję polityczną i władzę, jaką nieoficjalnie sprawował w Akragas, zawdzięczał swym umiejętnościom medycznym (leczył on bowiem ludzi, a ponieważ czynił to znacznie lepiej niż większość lekarzy, uważany był wręcz za cudotwórcę, a niektórzy wierzyli wręcz, iż jest posłańcem bogów - szczególnie zaś Asklepiosa - boga medycyny).
Empedokles był bez wątpienia człowiekiem niezwykle wielu umiejętności, gdyż oprócz znajomości medycyny stosował na szeroką skalę również retorykę (którą jego uczeń Gorgiasz z Leontinoi utożsamiał z magią, gdyż w podobny sposób miała działać na ludzi). Empedokles był też ekscentrykiem, który częstokroć prowokował najróżniejsze podejrzenia względem siebie. Ubierał się np. w purpurowe szaty, a przy tym twierdził, że dzięki posiadanej przez siebie wiedzy stał się ubóstwiony (równy bogom), co wielu ludzi od niego odstręczało, gdyż było to na granicy obrazy bogów. Empedokles bywał również arogancki i trzeba było odpowiednio trafić na jego dobry humor, aby go do siebie pozytywnie przekonać (innymi słowy, aby podjął się na przykład leczenia danej osoby, należało trafić na jego dobry dzień). Był to jednak jednocześnie człowiek o dwóch twarzach, gdyż z jednej strony uważał siebie za równego bogom - dzięki swym talentom i posiadanej wiedzy, z drugiej zaś uważał że wszystkie żywe istoty znajdują się na tym samym poziomie rozwoju duchowego i że wszyscy mogą stać się boscy, dlatego też za swe nauki nie pobierał pieniędzy, twierdząc że w ustroju demokratycznym wszyscy mają taką samą możliwość zdobycia wiedzy, bez względu na to czy byli majętni czy ubodzy. Jednak jego ciągłe zapewnienia że jest nieśmiertelny i że jest równy bogom wielu ludzi obrażało, ostatecznie zaś - aby im udowodnić że jest tym za kogo się uważał - postanowił ukazać im swoją nieśmiertelność... skacząc do wulkanu. Tak się też stało i miał wewnątrz owej Etny zginąć (w 434 r. p.n.e. w wieku 60 lat). Ale nim nazwiemy go szaleńcem, musimy wziąć również pod uwagę inną ewentualność, a mianowicie taką, że upozorował on swoją śmierć w taki właśnie sposób, aby rzeczywiście ludzie uwierzyli że jest równy bogom, a przynajmniej że do bogów powrócił. Istnieją bowiem pewne wzmianki w niektórych źródłach żeby Empedoknes przeniósł się następnie do Grecji właściwej i tam też zmarł wiele lat później w ciszy i spokoju (ponoć dożył wieku 109 lat, czyli wychodziłoby że zmarł dopiero w 385 r. p.n.e.). Jeśli więc tak się stało, rzeczywiście można go nazwać najbardziej sprytnym ze wszystkich "bogów".
Świadomość słabości rządów demokratycznych i silna obawa przed zamianą ich w czasie rewolucji populistycznej na starą formę - czy to oligarchii czy też tyranii, nie opuszczała Greków sycylijskich w tamtym czasie. Do tego dochodziło niebezpieczeństwo rosnącego w siłę plemienia Sykulów pod rządami Duketiosa (który ok. 459 r. p.n.e. ogłosił się królem owego plemienia). W tym czasie założył on swoje miasto Menajnon na terytorium należącym do Greków nieopodal miasta Leontinoj, zaledwie kilka kilometrów na północny-zachód od Syrakuz. W 458 r. p.n.e. zdobył Morgantinę (ostatnie nie podlegające jego władzy miasto plemienia Sykulów). Wciąż utrzymywał sojusz z Syrakuzami, ale jego ekspansja była bardzo niebezpieczna dla wszystkich helleńskich polis na Sycylii i było pewne że wcześniej czy później musi dojść miedzy nimi do konfrontacji. Początkowo jednak dążył on do kompromisu i gdy Syrakuzańczycy zaprotestowali przeciwko wdzieraniu się plemienia Sykulów na greckie ziemie - podając jako przykład miasto Menajnon, Duketios zapowiedział że opuści owe miasto i rzeczywiście tak uczynił, budując na południu nowe o nazwie Palike i przesiedlając tam ludność z opuszczonego Menajnon (453 r. p.n.e.). W tym też czasie zaczął bić własne monety na wzór grecki, tytułując się na nich królem Sykulów i Helenów, a to przesądziło o zerwaniu sojuszu i teraz wojna stała się faktem.
FILARY SPOŁECZNEGO ROZWOJU LUDZKOŚCI I METODY PATOLOGIZACJI NA PRZESTRZENI WIEKÓW
TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. X
SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. X
SŁOWIANIE W ANATOLII, NA BLISKIM WSCHODZIE I W EGIPCIE
(ok. 1200 r. p.n.e. - ok. 1180 r. p.n.e.)
Cz. V
BLISKI WSCHÓD W OGNIU SŁOWIAŃSKICH ŻAGIEW
(ok. 1200 r. p.n.e. - 1170 r. p.n.e.)
Cz. VI
EXODUS
CZYLI KTO BYŁ PIERWSZY W PALESTYNIE?
Pojawienie się w Palestynie pierwszych plemion z tzw. grupy Ludów Morza, nastąpiło dopiero w kilka lat po wcześniejszym spustoszeniu przez nie ziem syryjskich. Pytanie brzmi jednak, z jakimi ludami przyszło im się tutaj skonfrontować i czy rzeczywiście tutejsza trasa ich pochodu znamionowała wielkie zniszczenia i eksterminację całej ludności (tak, jak to miało miejsce w niektórych przypadkach wymienionych wcześniej). Ciekawym do ustalenia pozostaje również problem, czy przybywszy do ziemi Kanaan, Ludy Morza zetknęły się tutaj z Hebrajczykami, którzy w tym (mniej więcej czasie) opuścić mieli już Egipt? Pytanie brzmi więc - kto był pierwszy w Palestynie: idące z Północnej Europy tzw. Ludy Morza, czy też masy uchodźców (bo jeszcze wówczas trudno by ich było nazwać ludem), które co prawda w większości wywodziły się z ziemi Kanaan, ale były tak naprawdę zlepkiem różnych (przyłączających się do nich po drodze) nomadów (nie jest więc prawdą - jak podaje Księga Wyjścia, że Hebrajczycy przybyli na tereny Palestyny jako obcy i podporządkowali sobie tę ziemię, wydzierając ją autochtonom. Tak naprawdę większość przybyłych tutaj potomków Izraelitów także była autochtonami pochodzącymi z tej ziemi, aczkolwiek urodzonymi i zamieszkałymi już w Egipcie i tam zatrudnionymi - a raczej zmuszonymi do pracy - przy budowie miast: Pi-Ramzes i Pitom w "kraju Goszem", na "polach Tanis" i w "kraju Ramses" - jak głoszą różne teksty biblijne). Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie - kto był pierwszy? - należałoby ustalić dokładnie daty wyjścia Hebrajczyków, czyli po prostu ludu "Habiru" (ewentualnie "Ibri" - a jest to egipska nazwa i znaczy tyle samo co: "pokryci piaskiem", lub po prostu "zakurzeni" - co by odpowiadało temu, iż zostali sprowadzeni do roli niewolników i dla Egipcjan byli po prostu "pokrytymi piaskiem" i zmuszonymi do ciężkiej pracy robotnikami). Było jeszcze jedno egipskie określenie tego "ludu", a mianowicie "Szosu" - czyli "dzielni", "waleczni", co by sugerowało że byli oni również zatrudniani w charakterze oddziałów najemnych - ale akurat ta ostatnia nazwa jest znacznie rzadziej spotykana w źródłach.
W tradycji patriarchalnej jest powiedziane że "pobyt" (czyli niewola) Hebrajczyków w Egipcie trwać będzie 400 lat (tak Jahwe miał rzec, zawierając przymierze z Abrahamem). Ale już w Księdze Wyjścia (czyli księdze mojżeszowej) pojawia się liczba 430 lat niewoli. Nie było to wcale bez znaczenia, gdyż słowa Boga musiały być przyjmowane dosłownie, więc nie mogła istnieć żadna ku temu rozbieżność. A jednak się pojawiła - jak więc to tłumaczyła egzegeza rabiniczna? Stwierdzono że tak naprawdę niewola egipska trwała 210 lat, przy czym szybko dodano do tego 5 kolejnych lat, które dzieliły narodziny synów Józefa: Efraima i Manassesa, od przybycia do Egiptu ich dziadka - Jakuba, co łącznie dawało 215 lat. Ale, jak tłumaczono - Bóg pragnąc skrócić cierpienia swego ludu, liczył dnie i noce jako oddzielne, co też dawało łącznie 430 lat niewoli i taka to liczba stała się ostateczną (nie zdołano jednak wytłumaczyć rozbieżności pomiędzy liczbą lat 400 a 430). Oczywiście są to wyjaśnienia potrzebne kapłanom, by w jakiś sposób uprawdopodobnić tę datę, która przecież wyszła z ust samego Jahwe i nie mogła ulec zmianie (według mnie niewola egipska trwała krócej niż 150 lat). O ile jednak kwestia długości lat niewoli egipskiej Żydów została w jakiś sposób "wyjaśniona", o tyle zupełnie nie ma pewności co do okresów historycznych, w których miało dojść do przybycia Jakuba i jego synów do Egiptu na zaproszenie Józefa, oraz tego, kiedy miał miejsce ów mojżeszowy exodus (gwoli ciekawostki dodam że premier Izraela Golda Meir w czasie swej wizyty w Niemczech Zachodnich w 1973 r. wypowiedziała takie oto słowa: "My, Żydzi, mamy pretensje do Mojżesza, że prowadząc nas z Egiptu na Bliski Wschód, wybrał jedyne miejsce na tym obszarze, gdzie nie ma ropy" 😄). Tu bowiem padają bardzo różne daty. Najczęściej można spotkać przypuszczenie, że wyjście z Egiptu nastąpiło ok. 1550 r. p.n.e. wraz z wygnaniem stamtąd Hyksosów. Hipoteza ta miałaby sens pod jednym warunkiem - gdyby można było udowodnić, że Egipcjanie mogli wówczas kontrolować północno-wschodnią część Delty, a tego uczynić nie można, gdyż tak nie było, a ziemią tą władali wówczas Hyksosi, zatem Hebrajczycy musieli być albo niewolnikami Hyksosów (i wraz z nimi zostać wypędzonymi z kraju - co wydaje się śmieszne), albo datacja ta jest nieprawidłowa (poza tym, na terenach na których wzniesiono potem Pi-Ramzes, istniała twierdza Hyksosów - Awaris). Drugą propozycją (tzw.: hipotezą górną) jest przyjęcie opuszczenia Egiptu przez Habiru na ok. 1470 r. p.n.e., a data ta ma się wiązać z wybuchem wulkanu na Therze (według mnie jest to nieprawdziwa data wybuchu wulkanu i zniszczenia Thery). To jednak też nie trzyma się kupy, jako że: po pierwsze w Księdze Wyjścia powiedziane jest iż niezadowolony z utraty tylu niewolników faraon, postanowił ich ponownie pojmać i w tym celu ruszył za nimi w pogoń aż do Morza Czerwonego. Problem polega na tym, że w proponowanym roku Egiptem władała kobieta-faraon Hatszepsut, a jej bratanek - Totmes III miał zapewne wówczas ok. piętnastu lat i był za młody by osobiście dowodzić armią. Datacja ta więc jest równie nieprawdopodobna.
Idźmy jednak dalej. Kolejną datę wyjścia przyjmuje się na ok. 1450 r. p.n.e., czyli na kombinowaną datację wzniesienia Świątyni Jerozolimskiej na 480 lat od wyjścia Żydów z Egiptu (tu też jest według mnie bardzo duża obsuwa czasowa). Idąc jednak tym tropem (i uwzględniając odstęp 300 lat od wojny przeciwko Sichonowi Amorycie - władcy Cheszbonu, a epoce Jeftego - jednego z sędziów Izraela) napotykamy kolejne przeszkody, jako że w tym właśnie okresie Totmes III prowadził swoje zwycięskie kampanie w Syro-Palestynie, a ok. 1447/6 r. p.n.e. przekroczył Eufrat i najechał głównego prowodyra wszystkich tutejszych antyegipskich buntów - czyli królestwo Mitanni (zwane przez Egipcjan Nahariną). Nie wyobrażam sobie opuszczenia Egiptu przez niewolników w sytuacji, gdy w Syrii i Palestynie grasowałaby silna armia pod wodzą samego faraona - ta datacja też jest więc wykluczona. W takiej sytuacji należy przejść do hipotezy dolnej, a to oznacza przeniesienie exodusu na XIII wiek p.n.e. czyli czasy panowania faraona Ramzesa II Wielkiego. W Biblii znajduje się wskazówka, mówiąca że w tym właśnie czasie Egipcjanie przymusili Hebrajczyków do budowy "miast na składy" o nazwach: Pitom i Pi-Ramzes (Wj.1,11). Jest jeszcze jedna wskazówka uprawdopodabniająca hipotezę dolną, a mianowicie fakt, że w siódmym roku panowania Ramzesa II (ok. 1273/2 r. p.n.e.) zmarł pierworodny syn faraona - Amonherchapeszef, który wraz z młodszym bratem - Chaemuasetem, towarzyszył ojcu w jego kampanii do Syrii i Dolnej Nubii (upamiętnionej na ścianach świątyni w Beit el-Wali). Ok. roku 1272 p.n.e. Amonherchapeszef już nie żył, co można połączyć z biblijnymi "plagami egipskimi" i śmiercią wszystkich pierworodnych synów Egipcjan (w tym syna faraona - oczywiście kierując się wyjaśnieniem biblijnym, a nie historycznym, które takiego zjawiska nie odnotowało). Można więc pokusić się o bardzo ostrożne stwierdzenie, że pierwszy (i wcale nie jedyny) exodus Hebrajczyków z Egiptu, miał miejsce wkrótce potem (ok. 1270 r. p.n.e.). Jeśli w ogóle do niego wówczas doszło, to musiał być nieliczny. Prawdopodobnie takich "wyjść" było kilka w ciągu XIII wieku, ale jeśli już mówimy o tym głównym, pod przewodem samego Mojżesza, to według mnie nastąpił on dopiero ok. 1210 r. p.n.e. czyli już po śmierci Ramzesa II, gdy Egiptem władał jego syn - Merenptah. Wyjście to było zapewne związane z osłabieniem Egiptu (około tego roku na Egipt ruszyli przecież Libijczycy, którzy wówczas sprzymierzyli się z pierwszą falą Ludów Morza, o których to pisałem w poprzednich częściach). Nastał więc dobry czas do wyjścia, ale Habiru nie dotarli wówczas do Kanaanu (o czym pisze również Księga Wyjścia, dodając że przez 40 lat "naród wybrany" błąkał się po Synaju i dopiero kolejne pokolenie, już nie zrodzone w niewoli i nie obawiające się Egipcjan, ani też innych wrogów - weszło do "Ziemi Obiecanej"). Ma to jakieś uzasadnienie, tym bardziej że w Biblii faraon wyruszył w pościg za uchodzącymi Żydami, zaś Merenptah (po pokonaniu Libijczyków ok. 1209 r. p.n.e. i stłumieniu buntu w Nubii) wyruszył do Syro-Palestyny i odniósł tam spory sukces, czym chwalił się potem na swej sławnej steli triumfalnej (z ok. 1207 r. p.n.e.) w której zapisano:
"Książęta padli na twarz mówiąc pokój!
Pomiędzy Dziewięciu Łukami nikt nie podnosi głowy,
Tehenu jest spustoszona, Hatti jest w pokoju.
Aszkelon uprowadzony w niewolę, opanowano Gezer.
Janoam jest jakby jej nie było.
Izrael został zniszczony, nie ma już nasienia.
Charu jest jak wdowa wobec Egiptu.
We wszystkich krajach zaprowadzono pokój"
Okres bytności "narodu wybranego" na Synaju może być prawdziwy, jako że - biorąc pod uwagę, iż w chwili wejścia Hebrajczyków do Kanaanu, zamieszkiwał tam już lud Filistynów, którzy bez wątpienia byli jednym z plemion Ludów Morza (Šardana - Szerdana). Potwierdza to choćby Księga Jozuego, w której znajduje się taki oto fragment: "Od Szichoru, który płynie na wschód od Egiptu, aż do północnej granicy Ekronu jest pięciu książąt filistyńskich z Gazy, z Aszdodu, z Aszkalonu, z Gat, z Ekronu, nadto Awwijczycy na południu; cała ziemia kananejska oraz Meara, która należy do Sydończyków, aż do Afek, aż do granicy Amorejczyków" (Joz 13.3-4). Były tam więc już ludy, które w Biblii uważane są za "autochtonów" (do tej kategorii - co ciekawe - zaliczani są również Filistyni) i które Jahwe miał wydać na zatracenie swemu ludowi - Hebrajczykom/Izraelitom (jest w Biblii bowiem i taki fragment: "Bo Gaza będzie opuszczona, a Aszkelon spustoszony, w biały dzień wyrzucą obywateli Aszdodu, Ekron zaś będzie do szczętu zburzony. Biada wam, mieszkańcy kraju nadmorskiego, narodzie Kreteńczyków! Przeciwko wam odzywa się słowo Pana. Zniszczę cię, Kanaanie, kraju Filistynów, tak że będziesz bez mieszkańców. I stanie się kraj nadmorski wygonami dla pasterzy i szałasami dla trzód. I przypadnie kraj nadmorski resztce domu Judy, aby popasali w nim, wieczorem zaś odpoczywali w domach Aszkelonu, gdyż Pan, ich Bóg, nienawidzi ich i odmieni ich los" (So 2.4-7). Albo też taki fragment: "Wystrzegaj się, byś nie zawierał przymierza z mieszkańcami ziemi, do której idziesz, by się nie stali dla ciebie pułapką. Przeciwnie, zburzcie ich ołtarze, potłuczcie ich pomniki i wytnijcie ich święte drzewa. Gdyż nie będziesz się kłaniał innemu bogu. Albowiem Pan, którego imię jest "Zazdrosny", jest bogiem zazdrosnym" (Wj 34,12-15). Wygląda więc na to, że Habiru - czyli "pokryci piaskiem" weszli do Kanaanu dopiero ok. 1170/65 r. p.n.e., czyli na długo, nim słowiańskie plemię Filistynów (ludy Szerdana i Danuna - przedstawicielem tego ostatniego ludu, również zaliczanego do Ludów Morza - który osiadł na północ od Samarii i kraju nadmorskiego, w rejonie późniejszej Galilei - miał być ów sławny olbrzym Goliat, którego to pokonał i zabił w walce Dawid, późniejszy król Izraela) rozgościło się już w tamtejszych miastach, szczególnie zaś w Kraju Nadmorskim i w innych regionach.
CHASOR
(ok. 1190 r. p.n.e.)
To potężne kanaanejskie miasto, leżące na niewysokim wzgórzu dominującym nad rzecznym szlakiem łączącym Jezioro Galilejskie z wodami Meromu - leżące na szlakach handlowych biegnących z Północy na Południe i z Zachodu na Wschód - teraz pierwsze doświadczyło furii najeźdźców z Północy. To miasto bowiem (jako bodaj jedno z nielicznych w tym okresie), zostało doszczętnie zniszczone i wyludnione, a jego unicestwienie datowane jest na początek wieku XII p.n.e. Niektórzy bibliści twierdzą, że zniszczenie Chasor dokonane zostało przez Izraelitów (Hebrajczyków) pod wodzą Jozuego, ale jest to praktycznie niemożliwe, jako że - uwzględniając 40 letni pobyt "narodu wybranego" na Synaju i biorąc za punkt wyjścia z Egiptu rok 1210 p.n.e., jest to fizycznie niemożliwe, zważywszy że Chasor, to było miasto północnego Kanaanu - jedno z najpotężniejszych w całej Palestynie. Zresztą nie ma co ukrywać, ale nawet wejście Izraelitów do Kanaanu nie oznaczało zdobywania przez ten lud poszczególnych miast, gdyż plemię Habiru wciąż było zbyt słabe, aby porywać się na takie potęgi jak Chasor, Sychem, Gezer, Megiddo czy Jebuz/Jerozolima (dlatego też w Księdze Jozuego przypisuje się zdobycie Kanaanu nie ludziom, a Bogu, który miał oddać tą ziemię swemu narodowi wybranemu). W rzeczywistości bowiem osiedlanie się Hebrajczyków w Kanaanie miało bardzo pokojowy przebieg i trwało przez dekady, w czasie których ludy okoliczne przyjmowały religię i kulturę tego ludu (następowała więc odwrócona asymilacja). Do walk dochodziło sporadycznie i to dopiero wówczas, gdy lud Izraela znacznie się umocnił (czasy Saula, Dawida i Salomona), jednak zdominowanie Filistynów przez Izrael i tak nastąpiło dopiero po 925 r. p.n.e., czyli po sławnej wyprawie wojennej faraona Szeszonka do Palestyny. Biorąc więc pod uwagę fakt, iż wejście Żydów do Kanaanu nastąpiło dopiero ok. 1170 r. p.n.e., a także fakt, że Jerozolima (wówczas zasiedlona przez lud Jebuzytów - zwała się Jebuz) została zdobyta przez Izraelitów ok. 1000 r. p.n.e. przez króla Dawida, zaś polityczne uzależnienie Filistynów nastąpiło po 925 r. p.n.e. - to pokazuje, że Izraelici przez długie dekady byli tylko jednym z wielu lokalnych plemion w Kanaanie i to wcale nie największym i nie najważniejszym. O żadnych też walkach (takich jak przytoczone choćby w Księdze Jozuego) mowy być nie mogło, gdyż lud ten nadal był zlepkiem różnych nomadycznych plemion (m.in. z Synaju) i wcale nie był jednolity, a to rodziło wzajemne konflikty (o czym można przeczytać w Księdze Wyjścia, gdy dochodziło do wielu buntów i rozłamów już po opuszczeniu Egiptu). Siłą spajającą tę zbieraninę, stała się religia mojżeszowa, która odróżniała Habiru od całej reszty kanaanejskich plemion, gdyż owa religia pozwoliła im przetrwać we wspólnocie i nie roztopić się wśród innych ludów.
Wracając zaś do samego Chasor, należy stwierdzić że był to potężny ośrodek handlowy, o którym pierwsza wzmianka w tekstach pisanych sięga wieku XVIII p.n.e. i znaleziona została na tabliczkach handlowych w Mari (również centrum handlowym, leżącym na granicy Syrii i Mezopotamii). W latach swej świetności, Chasor liczyło nawet 40 000 mieszkańców i kontrolowało szlaki handlowe wokół Jeziora Galilejskiego i Jeziora Merom (co oznaczało, że musiało utrzymywać też sporą załogę wojskową). Potęga władców Chasor była tak duża, że równali się oni pozycją z hetyckimi wicekrólami z Karkemisz, zaś faraon Amenhotep IV (Echnaton) żalił się w listach z Amarny, że władca Chasor nie chce mu płacić daniny i uważa się za władcę całej północnej doliny Jordanu. Jednak w czasach o których opowiadam, Chasor było już w dużej mierze cieniem swej dawnej wielkości. Co prawda wciąż należało do najbogatszych miast Kanaanu, ale i ono nie uchroniło się od konfliktów społecznych, związanych z nierównym podziałem bogactw (zapewne wytworzyła się tam taka sytuacja - podobnie zresztą jak i w innych miastach ówczesnej Azji Mniejszej i Bliskiego Wschodu - że powstała elitarna grupa bardzo zamożnych mieszkańców i cała reszta mniejszej lub większej biedoty, a taki podział generował jedynie konflikty i walki wewnętrzne. Izraelski archeolog - Sharon Zuckerman twierdzi wprost, że najazd obcych plemion na Chasor mógł być pokłosiem konfliktów wewnętrznych, toczonych pomiędzy elitą a resztą obywateli miasta, gdyż największe zniszczenia znajdowały się właśnie w dzielnicy królewskiej, zamieszkałej przez możnych). Jak więc było naprawdę? Bezwzględnie samo miasto zostało doszczętnie zniszczone ok. 1190 r. p.n.e., a ponieważ już więcej się nie odrodziło, zatem ludność musiała zostać albo wymordowana, albo wysiedlona i zamieniona w niewolników (albo i jedno i drugie), co raczej bardziej sugeruje najazd obcych ludów, niż konflikt wewnętrzny.
MEGIDDO
(ok. 1190 r. p.n.e.)
Megiddo (położone na południowy zachód od Chasor) wzniesione zostało na wysokim wzgórzu, nieopodal góry Karmel - czym dominowało nad całą równiną Jezreel. Miasto kontrolowało szlak handlowy, biegnący od strony morza rzeką Kison i przełęczą Megiddo, aż do równiny Saron, przez co było niezwykle ważnym centrum strategicznym (nie na darmo wśród Świadków Jehowy mówi się, że to właśnie pod Megiddo nastąpi ostateczne starcie sił Dobra i Zła). Nie sposób było opanować i kontrolować Kanaanu bez zdobycia (lub podporządkowania sobie) Megiddo, przeto przez te tereny w ciągu wieków przetoczyło się wiele armii. Oczywiście samo miasto nie mogłoby przetrwać w takich warunkach, gdyby nie postawiło na silną obronę. Władcy Megiddo dbali o to, aby miasto posiadało silne i grube mury (gdy na te ziemie ruszył ze swą armią faraon Totmes III Wielki, Megiddo miało już mury o szerokości ośmiu metrów). Poza tym było ono doskonale zaopatrzone w wodę, dzięki sieci kanałów biegnących do jeziora Kison - przeto mogło wytrzymać bardzo długie oblężenie. W XV wieku p.n.e. w rejonie góry Karmel, tam, gdzie rzeka Kison wpada do Morza Śródziemnego - powstała achajska (grecka) kolonia handlowa, z którą mieszkańcy Megiddo utrzymywali ożywione stosunki. W tym też czasie doszło do sławnej bitwy pod Megiddo, gdzie armie zbuntowanych książąt Kanaanu (pod przewodem władcy Megiddo), starły się z wojskiem faraona Totmesa III, który pomimo wspaniałego zwycięstwa, nie był w stanie zdobyć potężnych murów miasta (w których to schronili się uciekający z pola bitwy żołnierze). Mimo to miasto musiało przyjąć egipską "opiekę" i stan ten przetrwał właściwie aż do najazdu Ludów Morza, z tym że od czasów amarneńskich (druga połowa XIV wieku p.n.e.) Megiddo realnie było w pełni niezależne (poza faktem wysyłania do Teb czy Pi-Ramzes pewnej ilości danin - dla świętego spokoju).
BITWA pod MEGIDDO
(1457 r. p.n.e.)
Miasto zostało zdobyte aż dwa razy w ciągu XII wieku p.n.e. Pierwszy atak miał miejsce właśnie ok. 1190 r. p.n.e. czyli zaraz na początku tego stulecia i był z pewnością związany z przemieszczaniem się na Południe Ludów Morza. Drugi atak - już definitywnie niszczący miasto - nastąpił ok. 1130 r. p.n.e. Nas jednak w tym momencie interesuje ten pierwszy atak (warstwa osadnicza VIIB), który - w przeciwieństwie do Chasor - nie oznaczał zniszczenia całego miasta, a jedynie dzielnicy zamieszkałej przez tutejszych możnych i króla. Pałac królewski stanął w ogniu jako jeden z pierwszych budowli w mieście (archeolodzy twierdzą, że w wyniku pożaru komnaty pałacu zostały wypełnione gruzem do wysokości ok. półtora metra). Mieszkańcy jednak nie zostali wymordowani ani wysiedleni (jak to miało miejsce w Chasor) i miasto rozkwitło ponownie, aż do chwili kolejnego, już ostatecznego najazdu ok. 1130 r. p.n.e. (do którego jeszcze powrócę w kolejnych częściach).
BETH-SZEAN
(OCALAŁ)
O Beth-Szean piszę dla przykładu, ponieważ okazuje się że wiele dużych miast kanaanejskich ocalało i przetrwało najazd Ludów Morza praktycznie bez szwanku. I tak też się stało z leżącym na południowy wschód od Megiddo w rejonie góry Gilboa - Beth-Szean. Miasto to pełniło (od co najmniej czasów Totmesa III) rolę egipskiej bazy wojskowej i utrzymywano tutaj garnizon, który miał przypominać Megiddo czy Chasor - o wysyłaniu na egipski dwór corocznych danin. Miasto było otoczone linią podwójnych murów obronnych i było dobrze zaopatrzone w wodę z nieodległego Jordanu, co spełniało wszelkie warunki umożliwiające wytrzymanie długiego oblężenia i być może właśnie dlatego zostało oszczędzone (choć z drugiej strony najeźdźcy z Północy oszczędzili wiele innych miast tej ziemi, znacznie gorzej przystosowanych do obrony).
SYCHEM
(OCALAŁ)
Na południowy zachód od Beth-Szean leżało miasto Sychem, wzniesione u stóp góry Gerizim. Miasto to było równie ważne ze względu na swoje strategiczne położenie, gdyż kontrolowało szlaki z Północy na Południe (przez przełęcz biegnącą między górami Gerizim i Ebal), a także ze Wschodu na Zachód. Miasto to także miało potężne mury obronne, które jednak nie uchroniły go przed najeźdźcami, jacy w połowie XVI wieku p.n.e. napadli na Sychem i je zniszczyli. Nie wiadomo kim byli ówcześni najeźdźcy (mogli to być Egipcjanie, np. jedna z wypraw Ahmose I lub jego syna Amenhotepa I - ale z drugiej strony gdyby to byli Egipcjanie, zapewne zostaliby oni zapamiętani, a tak się akurat nie stało). Miasto szybko odbudowano, ale w XIV wieku p.n.e. doszło tam do rozruchów społecznych, w wyniku których władzę zdobył wódz o imieniu Labaja (czyli "Człowiek-Lew"), który założył dynastię królów-wojowników, opanowawszy cały region późniejszej Samarii, aż do Betel na Południu, rzeki Kison na Północy, doliny Saron na Zachodzie i rzeki Jordan na Wschodzie. Labaja nie płacił daniny Egiptowi, ale też nie buntował się przeciw władzy faraonów w Palestynie i nawet zawarł układ, na mocy którego on będzie wspierał Egipcjan w ujarzmieniu innych miast, a w zamian zostanie zwolniony z wszelkich danin na rzecz faraona (notabene Labaja łamał ten układ notorycznie, gdy tylko uznał że będzie mu to się opłacało, a nawet sam podpuszczał innych, aby zbuntowali się przeciw Egipcjanom). Ostatecznie został zamordowany (być może w polecenia faraona), ale jego synowie i wnukowie kontynuowali tę samą politykę.
GEZER
(OCALAŁ)
Gezer to równie ważne miasto leżące na styku szlaku handlowego, wiodącego z wybrzeża (Kraju Nadmorskiego) ku Jerozolimie. Wzniesione na niewielkim wzgórzu, było doskonałym centrum obserwacyjnym całego pasa regionu, który w późniejszych czasach będzie stanowił południowo zachodnią granicę Izraela z królestwem Judy.
W ten oto sposób opuszczamy już ziemie północno-zachodniego Kanaanu i wkraczamy na tereny bezpośrednio nas interesujące - z punktu widzenia najeźdźców - czyli na tereny Jerozolimy, Jerycha, Lakisz i miast Kraju Nadmorskiego, w którym to właśnie Filistyni (czyli lud Szerdana) utworzyli swoje królestwa, będące przez kolejne 250 lat prawdziwym hegemonem całej Palestyny.