WYŚWIETLENIA

02 stycznia 2026

NIEMCY O NAZIZMIE - Cz. III

CZYLI CO SĄDZILI ZWYKLI NIEMCY O USTROJU NARODOWO-SOCJALISTYCZNYM


Dziś dalsza część opowieści i wspomnień Niemców z czasów III Rzeszy i II Wojny Światowej. Gdy opowiadamy o tych czasach należy pamiętać, że Hitler bardzo dbał o swój naród. Nie był on jak Stalin, który przede wszystkim mordował własnych obywateli/poddanych, Hitler chciał mieć odżywiony i zadowolony naród pod swymi rządami, tak, aby ten niemiecki naród opanował dla niego cały świat.





II
JUTTA RÜDIGER




Jutta urodziła się 14 czerwca 1910 r. w Berlinie, jako córka inżyniera. Jej rodzina wkrótce potem przyniosła się jednak do Düsseldorfu, gdzie Jutta spędziła młodość. Po zdaniu matury w 1929 r. w roku następnym podjęła studia na Uniwersytecie w Würzburgu, gdzie studiowała ekonomię, psychologię i filozofię. Bardzo wcześnie związała się z ruchem nazistowskim, już bowiem w 1931 r. wstąpiła do Narodowo- Socjalistycznego Niemieckiego Stowarzyszenia Studentów, a w 1932 r. założyła Grupę Roboczą Narodowo-Socjalistycznych Studentek. W 1933 r. skończyła studia, a w roku następnym uzyskała doktorat z psychologii u dr. Karla Marbego i podjęła pracę zawodową.

Najciekawsze są jednak jej wspomnienia z fascynacją ruchem narodowo-socjalistycznym, tym bardziej że ona do końca życia pozostała nazistką, a zmarła w marcu 2001 r. w wieku 90 lat. Oto co pisała mniej więcej od 1932 r:


PIERWSZE PUBLICZNE SPOTKANIE Z HITLEREM
(1932)




"To była ogromna sala i wszyscy czekali na przybycie Hitlera (...) Muszę powiedzieć że była to elektryzująca atmosfera (...) Jeszcze przed 1933 rokiem wszyscy czekali na niego jak na zbawiciela. Potem wszedł na mównicę. Pamiętam że wszystko ucichło i zaczął mówić poważnym głosem. Spokojnie, powoli, a potem coraz bardziej entuzjastycznie. (...) Nie pamiętam co dokładnie powiedział. Ale potem odniosłam takie wrażenie: "to jest człowiek, który niczego dla siebie nie chce, tylko myśli o tym, jak może pomóc narodowi niemieckiemu".

W 1935 r. Jutta została szefową Niemieckiej Ligi Dziewcząt (Bund Deutscher Mädel - żeńskiego odpowiednika Hitlerjugend) w regionie Zagłębie Ruhry Dolny Ren. Przestrzegano tam ściśle narodowo-socjalistycznych kanonów kobiecości i jak pisał Richard Grunberger w swojej "Historii społecznej III Rzeszy": "Obowiązki wymagane od Jungmädel polegały na regularnym przebywaniu na terenie klubu i zebraniach sportowych, uczestnictwie w podróżach i życiu obozowym. Idealny typ kobiety z Niemieckiej Ligi Dziewcząt był przykładem wyobrażeń z początku XIX wieku co stanowiło istotę dziewictwa. Dziewczętom, które naruszyły kodeks, robiąc sobie trwałą ondulację zamiast warkoczy lub "greckiego" wianka z warkoczy, poddawano ceremonialnemu goleniu głowy za karę".

Natomiast córka amerykańskiego ambasadora w Niemczech Williama Edwarda Dodd'a (pełnił tę funkcję w latach 1933-1937) - Martha Dodd, tak podsumowała ideał kobiety panujący w Niemieckiej Lidze Dziewcząt oraz w całym ówczesnym państwie niemieckim: "Młode dziewczęta od dziesiątego roku życia były przyjmowane do organizacji, gdzie uczono je tylko dwóch rzeczy: dbać o swoje ciała, aby mogły mieć tyle dzieci, ile potrzebowało państwo, oraz być lojalnym i posłusznym wobec narodowego socjalizmu. Mimo iż z biegiem czasu naziści zostali zmuszeni do uznania, że z powodu braku mężczyzn nie wszystkie kobiety mogą wyjść za mąż, to jednak co roku udzielane były ogromne pożyczki małżeńskie, dzięki którym umawiające się strony mogły pożyczyć znaczne sumy od rządu które miały być spłacone stopniowo w niewielkich ratach lub całkowicie anulowane po urodzeniu wystarczającej liczby dzieci".


LIDERKA NIEMIECKIEJ LIGI DZIEWCZĄT
(1937)

 


Gdy pierwsza liderka Niemieckiej Ligi Dziewcząt - Trude Mohr (pełniła tę funkcję od czerwca 1934 r.) została zmuszona do rezygnacji ze stanowiska po wyjściu za mąż i zajściu w ciążę, to właśnie Jutta Rüdiger zajęła jej miejsce w listopadzie 1937 r. (w tym też czasie Jutta wstąpiła w szeregi NSDAP po bezowocnych próbach podejmowanych od 1933 r.). Jej ambicją stało się uczynienie z Niemieckiej Ligi Dziewcząt wzorowej organizacji kobiecej w której ideał nazistowskiego piękna byłby reprezentowany w całej pełni, dlatego też sprzeciwiała się podporządkowaniu kierowanej przez siebie organizacji "Narodowosocjalistycznemu Związkowi Kobiet", kierowanemu przez Gertrudę Scholtz-Klink. W tej kwestii nieocenione wsparcie uzyskała od przywódcy Młodzieży Rzeszy - Baldura von Schirach'a, z którym się zaprzyjaźniła (pisała potem że Schirach w rozmowie z nią często twierdził: "Wy dziewczyny powinnyście być ładniejsze… Kiedy czasem patrzę na kobiety wysiadające z autobusu - stare, nadęte baby - myślę sobie, że powinnyście być ładniejsze i milsze. Każda dziewczyna powinna być ładna. Nie musi być fałszywą, oblepioną kosmetykami pięknością, ale my, niemieccy mężczyźni chcemy piękna pełnego wdzięku w ruchach ciała oraz jasnego, łagodnego i miłego oblicza twarzy niemieckich dziewcząt". Jutta Rüdiger z pełnym poświęceniem angażowała się w budowę takich właśnie kanonów kobiecego piękna).

W swojej pierwszej mowie, wygłoszonej po objęciu szefostwa w Niemieckiej Lidze Dziewcząt (24 listopada 1937 r.), Jutta Rüdiger powiedziała: "Zadaniem naszej Ligi jest wychowanie młodych kobiet do przekazywania narodowosocjalistycznej wiary i narodowosocjalistycznej filozofii życia. Dziewczęta, których ciała, dusze i umysły pozostają w harmonii, których zdrowie fizyczne i zrównoważona natura jest wcieleniem tego piękna, które dowodzi nam wszystkim, że ludzkość została stworzona przez Wszechmogącego... Chcemy szkolić dziewczyny, które z dumą myślą, że pewnego dnia zdecydują się dzielić swoje życie z walczącymi mężczyznami. Chcemy dziewcząt, które bez zastrzeżeń wierzą w Niemcy i Fuhrera i zaszczepią tę wiarę w sercach swych dzieci. Wtedy narodowy-socjalizm, a tym samym Niemcy, będą trwać wiecznie".

Heinrich Himmler narzekał jednak (w rozmowie z Juttą) na kształt i formę ubrań noszonych w Niemieckiej Lidze Dziewcząt, twierdził otwarcie że są zbyt "maskulinistyczne" i za mało kobiece ("Uważam to za katastrofę. Jeśli nadal będziemy maskulinizować kobiety w ten sposób, to tylko kwestia czasu, zanim różnica między płciami, biegunowość, całkowicie zniknie"). W sprawie więc wymiany strojów w których sukienki miały sięgać do kolan a bluzki podkreślać dziewczęce piersi, Himmler osobiście rozmawiał z Hitlerem i ten przyznał mu rację, mówiąc: "Zawsze powtarzałem firmie Mercedes, że dobry silnik to za mało dla samochodu, potrzebne jest też dobre nadwozie", potem Jutta stwierdziła publicznie, iż jest bardzo dumna z tego, że Führer "porównał nas do samochodu Mercedes-Benz".

Tylko raz Jutta Rüdiger stwierdziła, że ją i jej koleżanki z organizacji nieco zaskoczyło i zdziwiło stwierdzenie Hitlera, który w 1939 r. powiedział, że mężczyźni walczący na froncie powinni mieć prawo nie tylko do oficjalnej żony ale również do innej "przyjaciółki" z którą będą mieć więcej dzieci: "Dobrzy mężczyźni o silnym charakterze, zdrowi fizycznie i psychicznie, powinni rozmnażać się wyjątkowo hojnie… Nasze organizacje kobiece muszą wykonać niezbędną pracę oświecenia…. Muszą rozpocząć regularny kult macierzyństwa, a w nim nie ma różnicy między kobietami, które są zamężne… a kobietami, które mają dzieci z mężczyzną, z którym są związane przyjaźnią… Na specjalną prośbę mężczyźni powinni mieć możliwość wejścia w wiążący związek małżeński nie tylko z jedną kobietą, ale także z innymi, które wtedy otrzymałyby jego nazwisko bez żadnych komplikacji". Jutta zapisała wtedy w pamiętniku: "Muszę powiedzieć że wszystkie moje koleżanki z organizacji siedziały tam wówczas na sali z włosami stojącymi dęba". Ale miłość do Hitlera i wprowadzonego przez niego ustroju społeczno-politycznego w Niemczech, okazała się silniejsza. 


WOJNA I UPADEK III RZESZY




W 1941 r. również Heinrich Himmler zaczął przekonywać Ligę Niemieckich Dziewcząt do zaaprobowania pomysłu wielożeństwa. Mówił bowiem: "Na tej wojnie zginie wielu dobrych mężczyzn i dlatego naród potrzebuje więcej dzieci, a nie byłoby tak źle, gdyby mężczyzna oprócz żony miał również dziewczynę, która też urodzi jego dzieci". Innymi słowy Himmler twierdził, że po zwycięstwie III Rzeszy będzie znaczna nadwyżka kobiet nad mężczyznami i aby wyrównać ten poziom należałoby wprowadzić możliwość posiadania przez jednego mężczyznę kilku żon (oficjalnych i nieoficjalnych), czyli uprawomocnić wielożeństwo. Jutta oburzyła się również na to, że jeden z mężczyzn stwierdził, iż będzie musiała bawić dzieci swego przyszłego męża zrodzone z innej kobiety.

W 1942 r. Martin Bormann zasugerował utworzenie przez Ligę Niemieckich Dziewcząt batalionów kobiecych do obrony Niemiec . Rüdiger odpowiedziała mu oficjalnie: "To nie wchodzi w rachubę. Nasze dziewczęta mogą iść prosto na front i tam pomóc naszym dzielnym mężczyznom, mogą iść wszędzie, ale nie powinno się tworzyć osobnego batalionu kobiecego, które z bronią w ręku walczyłyby na własną rękę. To wykluczone, nie byłoby to bowiem żadne wsparcie. Jeśli Wehrmacht złożony z mężczyzn nie może wygrać tej wojny, to bataliony kobiet też nie pomogą. (...) Kobiety powinny dawać życie, a nie je odbierać. Po to przyszłyśmy na ten świat". Jednak gdy Armia Czerwona zbliżała się do Berlina w 1945 r. Rüdiger poinstruowała dziewczęta z Ligi, aby nauczyły się strzelać w ramach samoobrony.




Wojnę Jutta Rüdiger przeżyła, uciekając na zachód, gdzie została aresztowana przez wojska amerykańskie. Następnie spędziła dwa i pół roku w więzieniu kobiecym w Ludwigsburgu, oczekując na proces. Ale ponieważ nie udowodniono jej żadnych zbrodni nigdy nie stanęła przed sądem i została zwolniona z więzienia. Następnie podjęła pracę jako psycholog dziecięcy w Düsseldorfie. Okres młodości i czas spędzony w Lidze Niemieckich Dziewcząt zawsze wspominała bardzo dobrze i do końca życia pozostała zdeklarowaną (choć nie afirmującą się) nazistką. Zmarła 13 marca 2001 r. w Bad Reichenhall. 


Jej przypadek dokładnie pokazuje jak powojenne państwo niemieckie rozliczyło się z nazizmu. Oficjalnie niemieckie władze twierdzą że ten temat mają już przepracowany i że teraz są "moralnym mocarstwem". W rzeczywistości jednak żadnego rozliczenia z nazizmem nie było, ukarano tylko grupkę bezpośrednich decydentów (tych na samej górze), natomiast cała reszta znalazła ciepłe posadki w różnych instytucjach nowych, demokratycznych Niemiec (czyli Republice Federalnej Niemiec). Już sam fakt że w takim miejscu jak Auswärtiges Amt (czyli Ministerstwo Spraw Zagranicznych) po wojnie pracowało... więcej nazistów niż w czasach III Rzeszy, świadczy dobitnie o tym, jak realnie Niemcy rozliczyli się z epoką nazizmu. Czy nie należy się więc teraz rozliczyć z przeszłością? Wypłacić odszkodowania ofiarom i ostatecznie zamknąć temat, jednocześnie potępiając ludzi (tylko ich ofiary mogą im bowiem wybaczyć lub nie), którzy po wojnie wielokrotnie pełnili funkcję burmistrzów, nadburmistrzów, prezydentów różnych niemieckich miast, a w czasie wojny byli zwykłymi mordercami. Cóż, zegar bije - czas ucieka, wieczność czeka.


Któż bowiem wie, że niemiecki żołnierz stojący po prawej stronie tego zdjęcia i celujący w młodego chłopca z Getta Warszawskiego, to Josef Blösche pseudonim "Frankenstein" - wyjątkowy bydlak, który miał na swoim koncie wielokrotne gwałty na kobietach i śmierć mężczyzn (i kobiet). Znany był z tego, że pijany jeździł po Warszawie dorożką i strzelał do przypadkowych przechodniów, w tym również do kobiet w ciąży. Po wojnie mieszkał przez ponad dwie dekady w Niemieckiej Republice Demokratycznej, pracując na kopalni, gdzie doznał wypadku, w wyniku czego jego twarz została zdeformowana (co paradoksalnie pozwoliło mu uniknąć sprawiedliwości). Rozpoznany właśnie dzięki owemu zdjęciu, trafił do więzienia i został skazany na śmierć w roku 1969 strzałem w tył głowy - tak jak zabijał swoje ofiary



Josef Blösche na jednym zdjęciu wraz z Jurgenem Stroop'em - dowódcą likwidacji Powstania w Getcie Warszawskim (kwiecień - maj 1943 r.) Na tym zdjęciu Blösche również stoi z prawej strony



  
"ROZMOWY Z KATEM"
AUTENTYCZNE RELACJE ZE WSPÓLNEJ CELI SPISANE PRZEZ KAPITANA WOJSKA POLSKIEGO (ARMII KRAJOWEJ) KAZIMIERZA MOCZARSKIEGO, KTÓREGO KOMUNISTYCZNE WŁADZE LUDOWEJ POLSKI WRZUCIŁY DO JEDNEJ CELI Z NIEMIECKIM ZBRODNIARZEM WOJENNYM - JURGENEM STROOP'EM, LIKWIDATOREM GETTA WARSZAWSKIEGO. DZIĘKI OPOWIEŚCIOM STROOP'A MOCZARSKI WYDAŁ PO LATACH KSIĄŻKĘ pt.: "ROZMOWY Z KATEM" Z KTÓREJ MOŻNA PRZECZYTAĆ TAKIE MYŚLI NIEMIECKIEGO ZBRODNIARZA JAK: "ŻYDZI TO NIE SĄ LUDZIE TACY JAK MY"... SĄ TO PRAWIE ZWIERZĘTA" itp. 




CDN.

01 stycznia 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XI

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW


PS: JEST TO MÓJ PIERWSZY WPIS JUŻ PO ZMIANIE ADRESU BLOGA, TAK WIĘC WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW (TYCH, KTÓRYM JESZCZE CHCE SIĘ CZYTAĆ MOJE TEKSTY 🤔) BARDZO PRZEPRASZAM ZA ZWŁOKĘ





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. VIII



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. VIII






SŁOWIANIE W ANATOLII, NA BLISKIM WSCHODZIE I W EGIPCIE 
(ok. 1200 r. p.n.e. - ok. 1180 r. p.n.e.)
Cz. III



BLISKI WSCHÓD W OGNIU SŁOWIAŃSKICH ŻAGIEW
(ok. 1200 r. p.n.e. - 1170 r. p.n.e.)
Cz. IV



CYPR
(CO TAM SIĘ STAŁO?)




Właśnie! Kto najechał Cypr? Do dziś nie wiadomo, choć zniszczenia z okresu - co ciekawe - poprzedzającego pierwszą inwazję "Ludów Morza" są na wyspie ewidentne. Czy atak nastąpił ze strony owych najeźdźców z Północy, którzy mogli przecież grasować w tym rejonie już znacznie wcześniej, niż podaje to oficjalnie historia i archeologia? Według archeologa - Vassosa Karageorgisa, który na początku lat 90-tych XX wieku badał tamtejsze zabytki, okazuje się, że do najazdu mogło dojść już ok. 1225 r. p.n.e. czyli jeszcze przed pierwszym atakiem przybyszów z Północy na Egipt. Według Karageorgisa powodem zniszczeń, które niewątpliwie należy odnotować - choć, co ważne, nie doprowadziły one wówczas do upadku tamtejszej cywilizacji - mogły być... tłumy achajskich uchodźców, którzy w tym czasie (w obawie przed najazdem aryjskich Dorów/Gorów) masowo opuszczali Grecję i osiadali na wyspach, w tym także na Cyprze (choć nie wyklucza on jednak również i ataku na wyspę tzw.: "Ludów Morza"). Wydaje mi się jednak, że jego koncepcja jest błędna, a postaram się to wytłumaczyć w następujący sposób. Otóż przygotowując się do tego tematu, szukałem informacji na temat zniszczeń spowodowanych działalnością najeźdźców w Syrii i Palestynie i wówczas natrafiłem na - z pozoru może mało istotny - list, wysłany przez lokalnego władcę wyspy (Alaszija - czyli Cypru) z Kition, w którym ten oskarża o ataki na cypryjskie miasta i osady... okręty przybyłe z Ugarit. A miasto to i wielki port syryjski, leżący tuż u wrót do królestwa Kizzuwatny (południowa Anatolia - późniejsza Cylicja) był wielką handlową i militarną potęgą w tym właśnie czasie. Udało mi się zdobyć sporo informacji na temat samego Ugarit i opierając się na współczesnych badaniach archeologicznych, mogę opisać kształtowanie się tego miasta, począwszy od... VII tysiąclecia p.n.e., czyli jeszcze od epoki neolitu.

List władcy Alasziji z Kition nie powinien być bagatelizowany, gdyż potęga Ugarit opierała się nie tylko na handlu, ale również na dominacji politycznej, szczególnie zaś wśród najbliższych temu miastu ludów. A jeśli przyjmiemy, że Ugarit była mocno związana sojuszem z Hetytami i wiadomo już (o czym pisałem w poprzednich częściach) że Hetyci przynajmniej dwukrotnie wyprawiali się na Cypr (wyprawa Tuadhaliji IV z ok. 1230 r. p.n.e., a następnie jego syna - Suppiluliumy II z ok. 1205 r. p.n.e.), to wówczas łatwiej przyjdzie nam połączyć pewne fakty, gdyż jakoś dziwnie owe zniszczenia na Cyprze z ok. 1230/1225 r. p.n.e. pokrywają się z interwencjami hetyckimi w Alasziji. A to, że w działaniach tych musiała wówczas uczestniczyć flota z Ugarit, jest więcej niż pewne, jako że było to państwo formalnie sojusznicze (a realnie w pewnej zależności od Hetytów, która to forma ulegała zmianie z biegiem lat), więc musiało ono uczestniczyć w takiej wyprawie. Co prawda dysponuję również relacją niejakiego Ammurapiego (Hammurabiego, zapewne następcy niejakiego Nikmadu III - króla Ugarit), który wysłał list do władcy Alasziji i tytułował go w nim swym "ojcem" ("Ojcze, czy nie widziałeś, że wszystkie moje siły stacjonują w kraju Hetytów, a wszystkie moje okręty nadal stoją w Lukka - kraju Libijczyków - i jeszcze nie powróciły. Ten kraj jest więc pozostawiony sam sobie"). List ten napisany został z końcem XIII wieku p.n.e., zapewne właśnie wówczas, gdy Egipt zmagał się z naporem Libijczyków i wspierających ich Ludów Morza, zaś Anatolia cierpiała głód i pogrążana była w chaosie, a następnie stanęła w płomieniach, zaatakowana przez "białych jak śnieg" najeźdźców z Północy. Pozostaje więc pytanie, czy Cypr został uzależniony przez Hetytów w czasie ich pierwszego ataku i następnie oddany "w zarząd" władcom z Ugarit? Nie można tego wykluczyć, choć dowodów na potwierdzenie tej tezy nie ma żadnych, tym bardziej że doszło jeszcze do drugiego ataku Hetytów na wyspę. To co wiadomo, to fakt, iż cywilizacja Alasziji nie została zniszczona tymi atakami i przetrwała (co mogłoby świadczyć że w ataku tym jednak nie brały udziału Ludy Morza), choć bez wątpienia zniszczenia były poważne (mury Kition i Enkomi zostały zburzone, a duża część budynków spalona, również poważnie ucierpiały miasta: Sinda, Maroni, Ma-Paleokastro czy Kavalos-Agios Dimitrios - nazwy oczywiście współczesne). Ale cywilizacja cypryjska nie zniknęła, a wręcz przeciwnie, odrodziła się z tego upadku i przetrwała jeszcze przez kolejne półtora wieku, aż do ok. 1050 r. p.n.e. kiedy to nastąpił jej ostateczny i definitywny upadek.




Takiego szczęścia nie mieli mieszkańcy miast-państw Syrii i Kanaanu, którzy ok. 1180 r. p.n.e. musieli się zmierzyć z potężnym najazdem aryjskich plemion Północy, a miasta takie jak Ugarit, Sydon, Kadesz, Chasor, Megiddo, Lakisz i Aszkelon - płonęły niczym zapalone pochodnie, zaś Egipt doświadczył kolejnego ataku, który o mało co nie skończył się jego upadkiem. Zdobywcy potem osiedli na podbitych ziemiach (Libia, Anatolia, Palestyna) stanowiąc odtąd stałe zagrożenie dla tamtejszych pierwotnych ludów (np. długi konflikt ludu Apiru za zdobywcami spod znaku dziwnych prostych i rogatych hełmów, zwanymi następnie Filistynami [lud Peleset - co samo w sobie nasuwa się z określeniem... Polacy] został również opisany w Biblii, w Księdze Sędziów, jak choćby w opowieści o siłaczu Samsonie, a także o walce Dawida z Goliatem - do tego jednak również z czasem przejdziemy)





UGARIT
(ok. 1190 r. p.n.e.)
Cz. I




Dawno minęły czasy potęgi wielkich władców Jamhadu i Syria tradycyjnie już weszła w strefę wpływów poszczególnych bliskowschodnich mocarstw. Co prawda czasy świetności Jamhadu trwały aż trzysta lat (od ok. 1757 r. p.n.e., gdy władca Babilonii - Hammurabi zdobył i zburzył potężne miasto-państwo Mari, które było głównym konkurentem handlowym Aleppo, co też pozwoliło władcom z tego miasta wejść na drogę ku potędze, a najlepszy swój czas przeżywała Syria za rządów Idrimiego I [ok. 1510 - ok. 1480 p.n.e.], lecz już po jego śmierci nastąpił stopniowy upadek, zakończony ostatecznie poddaniem się miast-państw Jamhadu pod dominację Egiptu ok. 1447 r. p.n.e. W tym czasie faraon Totmes III Wielki przedsięwziął już 7 wypraw wojennych do Syrii - począwszy od 1457 r. p.n.e., ósma wielka kampania przeciwko Królestwu Mitanni miała miejsce właśnie w 33 roku panowania tego władcy, czyli 1447/1446 {Totmes bowiem liczył czas od śmierci swego ojca Totmesa II, pomijając całkowicie lata rządów swojej ciotki - królowej Hatszepsut, choć realnie objął władzę dopiero 20 lat później, ok. 1458 r. p.n.e.}). Syria tradycyjnie zawsze podlegała silniejszym od siebie krajom, gdyż sama nigdy nie potrafiła się zjednoczyć i zawalczyć o dominację na wschodnim basenie Morza Śródziemnego, dlatego też okres wielkości miast-państw Jamhadu (Aleppo i Alalach) jest pewnego rodzaju ewenementem w dziejach antycznej Syrii. Jednak Jamhad tylko symbolicznie zdołał podporządkować sobie fenickich mieszkańców Ugarit - potężnego miasta portowego, leżącego u wrót do Kizzuwatny (Cylicji) i kontrolującego handel morski z wieloma śródziemnomorskimi ośrodkami. Miasto to było bardzo stare (badania archeologiczne odsłoniły warstwy zasiedlenia, sięgające aż VII tysiąclecia p.n.e.), ale pierwszy okres jego potęgi rozpoczął się dopiero ok. 2000 r. p.n.e., gdy miasto zostało realnie zasiedlone i przestało przypominać dużą wieś otoczoną fortyfikacjami obronnymi. W ciągu kolejnych 300 lat miasto przeżywało okres rozkwitu, a w tym czasie powstały dwie monumentalne świątynie (Baala i Dagona), choć według archeologów budowle te bez wątpienia powstały na miejscu wcześniejszych tego typu przybytków, tyle że znacznie mniejszych i mniej trwałych. Upadek zaczął się ok. 1700 r. p.n.e. - wraz z migracją Hyksosów na południe i postępował przez kolejne dziesięciolecia, czego efektem był zanik handlu i szlaków morskich, a co za tym idzie - znaczne zubożenie ludności miasta i jej emigracja.

Kolejne odrodzenie nastąpiło ok. 1450 r. p.n.e. wraz z egipską ekspansją militarną w kierunku Eufratu. Gdy dywizje Amona, Re, Ozyrysa, Seta i Ptaha zmierzały na czele z Mencheperre Totmesem III ku Waszszuganni (stolicy państwa Mitanni), dla Ugarit zaczynał się kolejny "złoty wiek", gdyż miasto to znalazło się w obrębie wpływów Egiptu i mogło do woli handlować z wszystkimi ośrodkami Lewantu (będącymi w obrębie wpływów Egiptu) oraz - po raz pierwszy - z Ahhijawą (Grecją Achajską). Pomimo że władcy Ugarit często lawirowali pomiędzy Egiptem a Mitanni czy potem krajem Hatti, to jednak polityka ta w niczym nie przeszkadzała robieniu wielkich interesów i bogaceniu się zarówno dworu królewskiego (w tym okresie np. powstał w Ugarit imponujący pałac królewski), jak i jego mieszkańców. To też świadczyło o tym, że miasto - pomimo oficjalnie deklarowanej podległości jednemu lub drugiemu mocarstwu, tak naprawdę było w dużym stopniu niezależne i prowadziło swoją własną politykę - oczywiście o tyle, o ile pozwalały na to okoliczności i zasoby (ludzkie, finansowe oraz gospodarcze) jednego (choć dużego) lewantyńskiego miasta. Upadek rządów egipskich w Syrii, w okresie tzw.: "Amarneńskiej Reformy Religijnej" Echnatona (ok. 1350-1320 r. p.n.e.), jeszcze bardziej przysłużył się potędze miasta, które teraz zaczęło rozciągać swe wpływy (handlowe, choć często szła za tym również i dominacja polityczna) na inne miasta dawnego Jamhadu (nie tylko zresztą tam). W tym mniej więcej czasie (połowa XIV stulecia p.n.e.) władcy Ugarit zaangażowali się w tzw.: "Ruch Abdiaszirty" z Amurru (a konkretnie z miasta Sumur), który opowiedział się przeciwko Egiptowi i dążył do niezależności miast-państw Syrii lub przynajmniej "lekkiej" dominacji Hetytów, w zamian za ich pomoc w zrzuceniu egipskich kajdan (w rzeczywistości Egipcjanie nie okupowali ziem syryjskich, ograniczając się jedynie do utrzymywania kilku stałych posterunków wojskowych i polegania na władcach, wychowanych od dziecka w Tebach lub Memfis {tak aby przysiąknęli egipską kulturą i jednocześnie nawykli do posłuszeństwa wobec kraju faraonów} i wprowadzonych na lokalne trony z poparciem faraona). Jednak była to zaledwie zagrywka polityczna bez większego znaczenia w dziejach Ugarit, a okres lat 1350-1260 p.n.e. (czyli walki o dominację nad Syrią Egiptu i Hetytów), oraz ok. 1260-1190 r. p.n.e. (Ugarit w strefie wpływów hetyckich, szczególnie od czasu zawarcia owego słynnego traktatu pokojowego, pomiędzy Ramzesem II a Hattusilisem III z 1258 r. p.n.e.) to były najlepsze i najświetniejsze lata dla miasta. Swoista cisza przed (słowiańską) burzą, która nieuchronnie zmierzała już ku Syrii.




Warto też nadmienić, że władcy Ugarit nikną w mrokach dziejów i pierwszym poświadczonym oficjalnie na odnalezionej pieczęci, jest niejaki - Nikmadu, oraz jego syn Jakarum (obaj żyjący w XIX wieku p.n.e.). Nie wiadomo nic o dynastiach Ugarit, a stała lista królów obejmuje ostatnich władców tuż przed zagładą miasta (a należy pamiętać, i do tego jeszcze powrócę, że była to zagłada totalna, która uśmierciła miasto na... ponad sześć stuleci, oraz że ocaleli z pogromu mieszkańcy, którzy uciekli na prowincję, nigdy już nie powrócili do ruin Ugarit, mimo że wielu z nich zakopało tam swoje kosztowności - odnalezione potem przez archeologów). A są to kolejno: Ammisztamru I (panował w czasach rządów w Egipcie faraona Echnatona i pisywał do niego listy, odnalezione następnie w ruinach Achetatonu). Jego syn i następca Nikmadu II, który zerwał stosunki z Egiptem jeszcze za czasów Echnatona i związał się z Hetytami (miało to miejsce ok. 1340 r. p.n.e. lub nieco później). Jednak władcy z Hattusas - w zamian za "ochronę" przed Egiptem, zmusili Nikmadu II do "podzielenia" się zyskami, jakie miasto ciągnęło z rozwiniętego handlu i przeżywającego rozkwit rzemiosła i nałożyli na Ugarit srogi haracz. Król jednak przerzucił ten wątpliwy obowiązek na barki zależnej od Ugarit ludności okolicznych miast i wsi (zachowała się lista ok. 80 miejscowości, na które Nikmadu II nałożył daninę aby spłacić haracz "słońcu", bo na taki cel zbierano środki, co łatwo można było połączyć z władcami kraju Hetytów, którzy taki właśnie tytuł nosili). Dwaj kolejni władcy: Archalba i Nikmepa byli synami Nikmadu II i panowali krótko (szczególnie ten pierwszy, który postanowił zaprzestać płacenia daniny Hetytom i odzyskać pełną niezależność. Skończyło się to jego upadkiem i zastąpieniem nowym władcą, jego przyrodnim bratem Nikempą). Król Nikempa, wstępując na tron po swym bracie, musiał się zgodzić na utratę części terytorium jaka dotąd należała do Ugarit i podporządkować się hetyckiemu wicekrólowi z Karkemisz. Ale w zamian uzyskał zmniejszenie daniny, co było dużym sukcesem dla miasta i jego mieszkańców. W tym mniej więcej czasie wojska z Ugarit wzięły też udział - u boku Hetytów - w bitwie z Egiptem pod Kadesz (1274 r. p.n.e.).




Ostatecznie tron objął Ammisztamru II (syn Nikmepy), za którego to panowania (ok. 1250 - 1220 r. p.n.e.) miał miejsce poważny skandal obyczajowy. Oto bowiem król ożenił się z córką władcy Amurru - Bentesziny, czyli było to zwykłe w tamtych czasach małżeństwo polityczno-dynastyczne. Ale małżonka Ammisztamru (jak odnotował to w swym - spisanym w języku akadyjskim - dokumencie król Hetytów Tuadchalija IV, który chwalił się że: "Przed moim majestatem (...) Ammisztamru król Ugarit, pojął za żonę córkę Bentesziny, króla Amurru, ale ona wysilała się tylko aby przyprawić Ammisztamru o ból głowy") nie należała do najwierniejszych niewiast. Ów eufemizm, iż przyprawiała króla "o bólu głowy" skrywa w sobie fakt, że nowa żona władcy Ugarit po prostu była mu niewierna. Oczywiście w takich warunkach Ammisztamru zapragnął czym prędzej się rozwieść, tym bardziej że miał podejrzenia co do syna którego z nią spłodził - imieniem Utriszarruma. Jednak rozwód z winy żony oznaczał przejęcie jej posagu przez męża i wydalenie jej do ojca, a to już powodowało poważne reperkusje polityczne w całym regionie, gdyż król Benteszina odgrażał się, że jeśli Ammisztamru wypędzi jego córkę, będzie to równoznaczne z wypowiedzeniem wojny. Tuadchalija IV nie mógł sobie pozwolić aby pod jego nosem wybuchł konflikt dwóch wasali, który mógł się przerodzić w poważniejszą wojnę w całej Syrii. Dlatego też co prawda zezwolił Ammisztamru na oddalenie małżonki (jeśli on miał pewność, że ta rzeczywiście przyprawiła go "o ból głowy"), ale w takim razie musiał zwrócić jej cały posag, a Utriszarrumę wyznaczyć swym następcą - chyba że syn zapragnąłby podążyć za matką. Konkretne sprawy majątkowe miał jeszcze osobiście dopracować wicekról z Karkemisz, ale wybuch wojny nie wchodził w grę - świadczyłby bowiem o upadku znaczenia kraju Hetytów i ich nieumiejętności zapanowania nad wasalami. Ostatecznie córka Bentesziny została wydalona z Ugarit, zaś Utriszarruma nie objął tronu po swym ojcu (musiał więc pójść z matką, albo... nieszczęścia chodzą po ludziach - jak to się zwykło mówić), a następcą Ammisztamru II został jego syn, spłodzony z innej kobiety - Ibiranu. O rządach tego władcy wiadomo tylko tyle, że wysłał wojska na pomoc Hetytom walczącym z Asyryjczykami na wschodzie. Po nim zaś tron objęli jego dwaj synowie, najpierw - Nikmadu III, a następnie Hammurapi (Ammurapi), który to doczekał owego feralnego dnia, gdy Ugarit ostatecznie stanęło w ogniu i już nigdy więcej się nie odrodziło.




Znane są przynajmniej trzy duże domy handlowe z miasta Ugarit (trzy rody kupieckie), istniejące mniej więcej pomiędzy bitwą pod Kadesz, a upadkiem miasta. Były to.: "Dom Rapanu" (w którym znaleziono szereg tabliczek klinowych z zawartymi umowami handlowymi z wieloma krajami od Grecji, po Egipt i aż do Asyrii). Drugim był "Dom Jabninu" (gdzie też znaleziono tabliczki w języku akadyjskim i ugaryckim), a także "Dom Urtenu". Nazwy tych wszystkich domów biorą się od imion ich przedstawicieli, ale należy pamiętać że owe trzy wymienione rody zapewne nie były jedyne i zamożność Ugarit budowało o wiele więcej kupców, których stać było na wystawienie własnych statków do przewozu towarów. A handlowano wszystkim co było wówczas potrzebne i na co można było znaleźć popyt, a więc: winem, oliwą z oliwek, pszenicą, luksusowymi naczyniami, bronią a także - jakżeby inaczej - niewolnikami. W Mykenach oraz Tirynsie zaopatrywano się w ceramikę, a także przedmioty codziennego użytku, w Egipcie kupowano najczęściej pszenicę oraz wonności, a sprzedawano niewolników. Asyryjczycy pożądali zaś pięknie barwionych szat z lnu lub wełny, z których słynęło miasto Ugarit. W kraju Hetytów kupowano zaś doskonałą broń żelazną, która coraz częściej wypierała dotychczasową broń wykonaną z brązu (żelazne miecze, włócznie i strzały były znacznie trwalsze i znacznie mocniejsze niźli te zrobione z brązu, a czasem zdarzało się też, że żelazny miecz przecinał w pół miecz brązowy w trakcie walki). Miasto prowadziło kontakty handlowe w zasadzie aż do chwili swego upadku, czego dowodem są zapisane tabliczki klinowe z czekającymi na wysłanie do odbiorców towarami (czyli można uznać że najazd "Ludów Morza" zastał ich zupełnie nieprzygotowanych do obrony). Niestety, nigdy już do nich nie dotarły, gdyż na miasto spadł najazd "Ludów Północy", który zamienił kwitnący ośrodek handlowy w stertę ruin - a miejsce to stało się zapewne przeklęte nawet dla tych, którzy w porę zdążyli je opuścić (ponoć uciekło prawie 8000 ludzi, czyli wcale nie tak mało). Nigdy już tam nie powrócili, nigdy nie odzyskali swej własności, a kolejne miasto, jakie powstanie na tych ziemiach, zostanie założone dopiero w czasach... perskich, czyli ponad sześć stuleci po przejściu przez Syrię pochodu "Ludów Morza". 


UGARIT



Ale o tym, jak wyglądała zagłada Ugarit (i kilku innych najbliższych miast) opowiem w kolejnej części, a także wyjaśnię dlaczego uważam rok 1190 p.n.e. (a nie 1177 p.n.e.) za najbardziej prawdopodobny do dokonania tego najazdu. A potem przejdziemy do opisu innych miast Syrii i Palestyny, aż ostatecznie dojdziemy do Egiptu, a wtedy przekonamy się czy Egipcjanie, którzy tak bardzo chełpili się swym zwycięstwem nad najeźdźcami z Północy (np. stela faraona Ramzesa III) rzeczywiście odnieśli tak wielkie i decydujące zwycięstwo, o jakim piszą? Opowiem też o kolonizacji zdobytych ziem przez "Ludy Morza" i o tym, jaki to odcisnęło wpływ na dzieje Europy oraz na współczesną kulturę.


CDN.


WSZYSTKIM CZYTELNIKOM TEGO BLOGA (I TYM, KTÓRZY ZAGLĄDAJĄ TUTAJ TYLKO OD CZASU DO CZASU 😉) ŻYCZĘ WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NOWYM 2026 ROKU 🍾🥂

28 grudnia 2025

WSPOMNIENIA... - Cz. I

...WYRWANE PIASKOM CZASU


W tej serii tematycznej pragnę zaprezentować znane lub całkowicie nieznane (a często wręcz zapomniane) pamiętniki, wspomnienia, relacje i opowiadania ludzi (jak i o ludziach), którzy żyli na długo przed nami, a którzy dzięki spisanym dziejom swego życia - unieśmiertelnili się w oczach potomnych. Relacje i wspomnienia które tutaj zamierzam opublikować, starał się będę wybierać w taki sposób, aby były sprzed 1914 r czyli sprzed wybuchu I Wojny Światowej, aczkolwiek nie jest to dogmat którym zamierzam się w stu procentach kierować, raczej coś na wzór założenia, a jak to będzie w praktyce, zobaczymy.  W pierwszej części tej serii zamierzam zaprezentować Pamiętniki pani Margaret Hill Morris czasów Wojny o Niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej



I
DZIENNIK PANI MARGARET HILL MORRIS


PONIŻSZY OBRAZEK PRZEDSTAWIA SCENĘ Z WOJNY SECESYJNEJ, A NIE Z WOJNY O NIEPODLEGŁOŚĆ USA, ALE POMIMO TEGO TRZYMA SIĘ KLIMATU DZISIEJSZEGO TEMATU, DLATEGO GO TUTAJ UMIEŚCIŁEM



Gdy mówimy o amerykańskiej Wojnie o Niepodległość, najczęściej pojawiają nam się przed oczyma bohaterscy amerykańscy patrioci walczących o wolność dla siebie, swych potomków i niepodległość swej ziemi, która pragnie być wolna od jakiejkolwiek tyranii (choćby nawet ów tyran nosił koronę królewską). Pięknie ten motyw utrwalił nam chociażby film "Patriota" z Melem Gibsonem z 2000 roku, w którym pokazane jest jak (początkowo) garstka idealistycznych zapaleńców pragnie wyzwolić swoją ziemię spod tyranii okrutnych Brytyjczyków. Ale jak wiemy życie nie pisze tak czarno-białych scenariuszy i każda wojna przynosi ze sobą okropne morze cierpienia, szczególnie dla cywili (choć oczywiście w tamtych wojnach głównie jednak ginęli żołnierze). Wojna amerykańsko-brytyjska z lat 1775-1781/83 jest tutaj wyjątkowym przykładem, ponieważ idealistyczna wizja amerykańskich pięknoduchów walczących za Ojczyznę i brytyjskich morderców nie jest (do końca) prawdziwa. Tak naprawdę nie można powiedzieć że jedna strona była "tą dobrą" a druga "tą złą", ponieważ obie strony w tej wojnie dopuszczały się nieprawdopodobnych wręcz okrucieństw i zbrodni. Spalenie kościoła z zamkniętymi w środku ludźmi (z filmu "Patriota") jest tego dobitnym przykładem, ale tak postępowali również Amerykanie - czyli ci, którzy walczyli o niepodległość własnej ziemi. Jedna i druga strona dopuszczała się potwornych okrucieństw i trudno ten konflikt porównać z jakimkolwiek innym, nawet z późniejszą Wojną Secesyjną z lat 1861-1865 (która również była niezwykle brutalna). Dlatego mówienie o pięknoduchostwie tamtych Amerykanów służy tylko i wyłącznie umacnianiu ducha patriotyzmu w narodzie (jeśli w ogóle możemy jeszcze dzisiaj tak określić mieszkańców Stanów Zjednoczonych). Inną sprawą jest fakt, że wcale nie wszyscy Amerykanie tak chętnie podjęli walkę o niepodległość. Było wśród nich wielu niezdecydowanych i równie wielu zdeklarowanych zwolenników Korony, którzy ów bunt i wszczętą w jego wyniku wojnę, uznali za zdradę wobec króla i ojczyzny. Oczywiście, zwolenników Niepodległości było więcej, ale to wcale nie oznacza że ta druga strona nie była równie zdeterminowana i gotowa do wsparcia dla wojsk Jego Królewskiej Mości, króla Jerzego III.




Kwestia Niepodległości była bardzo żywym tematem w tamtym czasie i dosłownie dzieliła między siebie rodziny do tego stopnia, że syn stawał przeciwko ojcu, brat przeciw bratu, rozpadały się małżeństwa, ojcowie wychodzili w pole by walczyć o Niepodległość, a synowie przyłączali się do zwolenników Korony - albo na odwrót. Najbardziej intensywne walki pomiędzy tymi dwoma przedstawicielami ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa, miały miejsce w New Jersey, gdzie walka między wigami (w większości zwolennikami Niepodległości) i torysami (w większości zwolennikami Korony) wydawała się najbardziej zacięta i spektakularna. W tym właśnie regionie (z chwilą gdy Armia Brytyjska zdobyła Nowy Jork - koniec sierpnia 1776 r. z tym że Armia Kontynentalna pod dowództwem Jerzego Waszyngtona utrzymała się na Bronksie do połowy października), miasto to stało się głównym centrum zrzeszającym lokalnych zwolenników Korony. Wielu lojalistów wyjechało więc tam, gdzie uczucia patriotyczne nie były tak silne jak na prowincji (choćby we Freehold, miasteczku gdzie patrioci powiesili kilku prominentnych torysów - swoich sąsiadów - a większość z nich wtrącili do więzienia). To właśnie w Nowym Jorku założono kompanię wojskową pod nazwą "Stowarzyszenie Lojalistów" którą dowodził William Temple Franklin (syn Benjamina Franklina - tego który wynalazł piorunochron i który już w 1754 r. czyli na 20 lat przed wybuchem Amerykańskiej Rewolucji - która tak naprawdę rewolucją nie była, ale nie o tym teraz - w "Pensylvannia Gazette" umieścił karykaturę podzielonego na 13 części węża z podpisem "zjednoczenie albo śmierć"), a który został mianowany przez króla gubernatorem New Jersey (to był właśnie jeden z przytoczonych przeze mnie wyżej przykładów dzielących rodziny, tym bardziej że konflikt pomiędzy starszym a młodszym Franklinem był dosyć ostry). Lojaliści co prawda byli w mniejszości, ale należy pamiętać że zwolennicy Niepodległości z 4 lipca 1776 r. nie gwarantowali owej równości - o której pisali - dla wszystkich ludzi, a wręcz przeciwnie - w dużej mierze "Amerykańska Rewolucja" była rewolucją bogatych, chociaż oczywiście krew w bitwach najczęściej przelewali najbiedniejsi (wśród których pojawiały się też i takie głosy, że ci z "Filadelfii nas sprzedali"). Zresztą pierwotnie Kongres Kontynentalny nie chciał wcale uchwalenia Niepodległości i jeszcze w 1775 r. wzdragał się przed taką myślą, deklarując jednocześnie swoją wierność Koronie. Potem oczywiście to się zmieniło ze względu na nieustępliwość króla Jerzego, ale lojalistów mimo to było bardzo wielu i o jednej z takich osób pragnę opowiedzieć.




Pani Margaret Hill Morris mieszkała w Burlington i była kwakierką (owo zgromadzenie religijne wyrzekało się m.in. przemocy - co oczywiście nie oznaczało że kwakrzy nie uczestniczyli w tej wojnie). Była też gorącą zwolenniczką Korony czyli lojalistką. W swych pamiętnikach opisuje pewne wydarzenie, które miało miejsce w styczniu 1777 r. a w którym ona osobiście uczestniczyła, ukrywając jednego ze ściganych lojalistów w swoim domu. Pani Morris była majętną wdową mieszkającą (wraz z dwoma synami) w dzielnicy Green Bank, jednej z najpiękniejszych części Burlington z widokiem na rzekę. W jej domu przebywał nawet gubernator Franklin, z czego była bardzo dumna. Prawdopodobnie też jej zmarły małżonek zbudował w tym domu pewne ukryte pomieszczenie, do którego wchodziło się przez szafę na bieliznę (chociaż było ono przestronne i wygodne). Aby się do niego dostać, należało zdjąć pościel z półek, wyciągnąć półki i otworzyć małe drzwiczki z tyłu szafy, tak, że do tego ciemnego pokoju można było wejść tylko mocno się schylając. Człowiek który uzyskał schronienie w jej domu (i ukrywany był w tym właśnie pomieszczeniu) nazywał się Jonathan Odell i był rektorem Kościoła Mariackiego w Burlington. Był on zarówno pastorem, lekarzem jak i torysem - czyli lojalistycznym zwolennikiem Korony. Gdy do Burlington wcześniej wkroczyły najemnę oddziały niemieckie (służące w Armii Brytyjskiej) z Hesji-Darmstadt, to właśnie dzięki jego autorytetowi miasto nie zostało przez nich splądrowane, czym niezwykle wsławił się wśród mieszkańców. Gdy zaś do miasta wkroczyli "patrioci", Odell musiał się ukryć (bo inaczej zapewne zostałby powieszony), a ową kryjówkę znalazł właśnie w domu pani Margaret Hill Morris. Ona to prowadziła pamiętnik w którym opisała całe to zdarzenie (dziś przytoczę kilka fragmentów z tego pamiętnika, przy czym takie określenia jak "wróg" czy "gondole" odnoszą się zarówno do zwolenników Niepodległości, jak i do amerykańskich kanonierek). Pani Morris zapisała:

"Od 13 do 16 stycznia otrzymaliśmy różne doniesienia o zbliżaniu się i wycofywaniu wroga; grupy uzbrojonych ludzi brutalnie wkroczyły do miasta i przeprowadzono pilne poszukiwania torysów. Część szlachty gondolowej włamała się i splądrowała dom Reda Smitha około południa tego dnia. 

Straszna relacja o tysiącach przybywających do miasta, a teraz faktycznie widzianych na Gallows Hill: mój nieostrożny syn chwycił lunetę i pobiegł w stronę młyna, żeby im się przyjrzeć".




Syn pani Morris szukał najpierw dobrego miejsca skąd mógłby obserwować zbliżających się do miasta żołnierzy Armii Kontynentalnej, ale nie udało mu się takowego znaleźć i poszedł nad rzekę, skąd obserwował płynące gondole. Tam został jednak dostrzeżony i ruszono za nim w pogoń, a on uciekał w stronę domu. Grupka mężczyzn pobiegła w tym kierunku i zaczęła głośno pukać do drzwi domu pani Morris (gdzie też schował się jej syn). Ta, będąc śmiertelnie przerażoną, otworzyła drzwi i spytała czego od niej chcą, a gdy powiedzieli jej że widzieli szpiega, który ich obserwował i że zapewne schronił się w tym domu; wtedy stwierdziła, że to był tylko jej syn, który jako chłopiec był ciekawy tego, co się dzieje, zabrał lunetę z domu i chciał zobaczyć żołnierzy. Nie jest on jednak ich wrogiem i nie wspiera torysów ani tym bardziej Brytyjczyków. Żołnierze powiedzieli że mimo to szukają pewnego ukrywającego się tutaj w okolicy "uchodźcy" (tak zwolennicy Niepodległości nazywali lojalistów), a w tym czasie już Jonathan Odell przebywał w jej domu w owym ukrytym pokoju. Widząc że żołnierze mają ochotę wejść i przeszukać jej posiadłość, zapytała:

- "Mam nadzieję że nie jesteście Hesjanami?" (niemieccy najemnicy słynęli z tego, że byli dosyć brutalni. Zresztą trudno się dziwić, skoro byli najemnikami i zależało im tylko na tym, co można zdobyć - skoro wojna była tylko biznesem).

- "Czy wyglądamy na Hesjan?" - zapytał żołnierz.

- "Tego nie wiem?" odpowiedziała kobieta.

- "Czy widziałaś kiedyś Hesjanina?"

- "Nie, nigdy w życiu. Ale z tego co wiem, to oni są ludźmi i wy jesteście ludźmi i możecie być Hesjanami. Ale pójdę z wami do domu pułkownika Koxa, chociaż tam w młynie to rzeczywiście był mój syn, który nic złego nie robił i chciał tylko zobaczyć żołnierzy".

Ponieważ dom pułkownika Coxa był pusty, a klucz znajdował się u pani Morris, zaprowadziła ona tych żołnierzy właśnie tam, gdyż tego chcieli, a po dokonaniu rewizji przeszukali jeszcze dwa sąsiednie domy i niczego nie znalazłszy odpuścili sobie przeszukiwanie domu pani Morris, zdając sobie sprawę że zapewne i tam niczego nie znajdą. Dzięki temu ukryty tam Jonathan Odell mógł ujść bezpiecznie, ale i tak jeszcze tej samej nocy - w obawie że żołnierze powrócą, pani Morris zaprowadziła pastora Odell'a do miasta, gdzie jego ochroną zajęli się inni ludzie. Potem udało mu się przedostać do Nowego Jorku będącego w rękach Brytyjczyków. Dalej jednak w swym pamiętniku pani Morris daje upust refleksjom moralnym na temat tej toczącej się wojny.

"14 stycznia. Słyszałam, że gen. Howe wysłał prośbę do Waszyngtona, prosząc o trzydniowe zaprzestanie walki w celu opieki nad rannymi i pogrzebania zmarłych, czego mu jednak odmówiono: jakąż żałosną tendencją jest wojna, która zatwardza ludzkie serce przeciwko delikatności ludzkich uczuć. Cóż, można to nazwać okropną sztuką zmieniania natury człowieka. Myślałam, że nawet narody barbarzyńskie żywią pewien rodzaj religijnego szacunku dla swoich zmarłych".




Gdy jakiś czas potem generał Putnam przybył do Burlington aby sądzić tutaj kilku schwytanych torysów, przywiózł też ze sobą (płynąc na gondolach) znaczną ilość chorych i słabych żołnierzy, którymi opiekowały się ich żony (zapewne zabrane tam charakterze kucharek i pielęgniarek). Ponieważ liczyli że w Burlington znajdą zawodowych lekarzy, mocno się zdziwili, gdy okazało się że żadnych lekarzy nie ma w mieście, bowiem ci, którzy wspierali patriotów, poszli do Armii Kontynentalnej, a reszta dołączyła do wojsk brytyjskich. Opieką medyczną musiały więc zajmować się lokalne kobiety, które leczyły za pomocą herbat ziołowych, domowych plastrów i mikstur. Oczywiście pani Morris była jedną z najbardziej zaangażowanych w pomoc medyczną kobiet z miasta Burlington. Wszyscy sobie chwalili jej życzliwość i pomoc oraz to, że realnie pełniła tam rolę lekarza. Właśnie wówczas (z gen. Putnamem) przybyli do miasta żołnierze chorzy na malarię, wśród których lady Morris poznała dwóch z tych, którzy wcześniej chcieli ukarać jej syna za podglądanie ich nad brzegiem rzeki. Pani Morris tak to opisała:

"Myślałam, że otrzymałam całą moją zapłatę, kiedy z wdzięcznością przyjęli całą moją dobroć, ale wkrótce potem do drzwi podszedł bardzo szorstki, źle wyglądający mężczyzna i zapytał o mnie. Kiedy do niego podeszłam, on odciągnął mnie na bok i zapytał, czy mam jakichś przyjaciół w Filadelfii. Pytanie to mnie zaniepokoiło, sądząc, że szykuje się jakaś krzywda temu biednemu miastu, ale spokojnie odpowiedziałam:

- Mam starego teścia, kilka sióstr i innych bliskich przyjaciół. 

- No cóż - powiedział mężczyzna, - Czy chcesz ich wysłuchać lub wysłać im coś w ramach pokrzepienia? Jeśli tak, zajmę się tym i przyniosę ci wszystko, o co poślesz.  

Byłam oczywiście bardzo zaskoczona i myślałam, że chcę tylko zaopatrzyć się w prowiant na gondole, kiedy powiedział mi, że jego żonie dałam lekarstwa i że tylko w ten sposób mógł mi zapłacić za moją dobroć. Serce podskoczyło z radości i zabrałam się za przygotowanie czegoś dla moich drogich, nieobecnych przyjaciół. Wkrótce przyniesiono ćwiartkę wołowiny, trochę cielęciny, drobiu i mąki, a około północy przyszedł człowiek i zabrał je na swoją łódź".

Dwie noce później rozległo się intensywne pukanie do jej drzwi, tak to opisała:

"Otwierając okno usłyszeliśmy męski głos mówiący: 

- Zejdź cicho i otwórz drzwi, ale nie wnoś światła. 

Było coś tajemniczego w takim wezwaniu, więc postanowiliśmy zejść na dół i zapalić świecę w kuchni. Kiedy dotarliśmy do drzwi wejściowych, zapytaliśmy: 

- Kim jesteś? 

Mężczyzna odpowiedział:

- Przyjaciel, otwórzcie szybko.

Więc drzwi się otworzyły, a kto to powinien być, jeśli nie nasz uczciwy gondolista z listem, korcem soli, dzbankiem melasy, torbą ryżu, trochę herbaty, kawy i cukru i trochę szmatek na płaszcz dla moich biednych chłopców - wszystko przysłane przez moje dobre siostry. Jak nasze serca i oczy przepełniły się miłością do nich i wdzięcznością naszemu Ojcu Niebieskiemu za tak szczodre zapasy. Obyśmy nigdy o tym nie zapomnieli. Będąc teraz tak bogaci, uznaliśmy za swój obowiązek rozdać trochę biednym wokół nas, którzy opłakiwali brak soli, więc podzieliliśmy buszel i daliśmy po kuflu każdemu biednemu, który po niego przyszedł".

Pani Margaret Hill Morris przeżyła tę wojnę i dopiero po jej zakończeniu (czyli po upadku Yorktown w 1781 r.) mogła bezpiecznie odwiedzić swoich bliskich w Filadelfii. Teraz byli oni już obywatelami nowego państwa (chociaż jeszcze oficjalnie nie był on zjednoczony, ale zwycięska Wojna o Niepodległość dała ku temu asumpt) czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki, uznanego przez Koronę brytyjską dopiero w 1783 r. w pokoju paryskim.




CDN.

JAK OBCHODZONO NOWY ROK...? - Cz. II

W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE





ANTYCZNA GRECJA
(CZYLI KAŻDY SOBIE RZEPKĘ SKROBIE)
Cz. II


LIKURG
PRAWODAWCA SPARTY



Sparta - miasto wojowników. Jakże tam obchodzono Nowy Rok? W Lacedemonie ostatni miesiąc ateńskiego roku czyli Skiroforion (maj-czerwiec) nosił nazwę Fliasios, a pierwszy miesiąc ateńskiego Nowego Roku Hekatombajon (czerwiec-lipiec) w kraju nad Eurotasem zwano Hekatombeus, nie był on jednak początkiem roku dla Spartan. Dla nich ostatnim miesiącem w roku był Panamos (sierpień-wrzesień) który w ateńskim kalendarzu nosił nazwę Boedromion. Panamos następował po Karnejosie (w Atenach miesiąc ten zwano Metageition, czyli lipiec-sierpień). Karnejos warto tutaj wymienić, ponieważ w tym właśnie miesiącu wypadało najważniejsze święto całej Sparty i tak jak Panatenaje były największym i najważniejszym świętem Ateńczyków, tak Karnea była takim świętem dla Lacedemończyków. Karnea przypadała na 7 dzień miesiąca Karnejos (koniec lipca) i poświęcona była bogu Apollinowi Karnejskiemu. Święto to było bardzo stare, ponoć Apolla Karnejskiego czcili jeszcze Achajowie, którzy zasiedlali Peloponez przed inwazją Dorów z których to wyłonili się (m.in.) Lacedemończycy (Dorów/Gorów, pamiętajmy bowiem że migracja tych ludów nastąpiła z północnej Europy ok. 1200 r. p.n.e. i z ogromnym prawdopodobieństwem można stwierdzić że Dorowie/Gorowie byli plemieniem słowiańskim). Tak więc Karnea rozpoczynała się 7 dnia miesiąca Karnejos i trwała dziewięć dni. Było to oczywiście święto wojenne, wychwalające cnoty wojskowe, tak więc pierwszego dnia rozbijano wokół Lacedemonu 9 namiotów a w każdym z nich zamieszkiwało dziewięciu mężczyzn wykonujących rozkazy herolda. Przed namiotami umieszczano na łodzi - ozdobiony girlandami - posąg Apolla Karnejskiego (łódź była nawiązaniem do mitycznego przejścia Dorów z Naupaktos na Peloponez, o którym to pisałem w temacie Ludów Morza). Ofiary bogu składał w tym czasie kapłan noszący nazwę agetes, który do pomocy miał pięciu nieżonatych mężczyzn, zwanych karneatami (którzy pełnili tę funkcję przez cztery kolejne lata i przez ten czas nie mogli się żenić). Każda z dziewięciu grup toczyła ze sobą udawane walki zręcznościowe, których celem było wyłonienie zwycięzcy igrzysk Karnei. Oczywiście nie tylko zmagania wojskowe były istotne, równie ważne były chociażby konkursy muzyczne (najsławniejszym autorem greckiej muzyki klasycznej i jednocześnie poezji lirycznej był niejaki Terpander z Lesbos, który przybył do Sparty w czasie, gdy ta toczyła II Wojnę Meseńską z lat 685-668 p.n.e. i podczas festiwalu Karnei zdobył pierwsze miejsce w zawodach poezji lirycznej ok. 676 r. p.n.e. potem zamieszkał w Lacedemonie i stał się jednym z najsławniejszych obywateli tego grodu). Podczas trwania Karnei żaden Spartiata nie miał prawa opuścić miasta z bronią w ręku, dlatego też Spartanie odmówili pomocy Ateńczykom, gdy ci w 490 r. p.n.e. przybyli do nich z prośbą o pomoc właśnie podczas Karnei, w czasie inwazji Persów na Attykę.




Karnejos był przedostatnim miesiącem spartańskiego kalendarza, ostatnim zaś był Panamos, ale nic nie wiadomo na temat odbywających się w tym miesiącu świąt. Pierwszym miesiącem nowego roku dla Spartan był zaś Herazjusz (w ateńskim kalendarzu Pianapsjon) czyli wrzesień-październik, ale również wówczas w Lakonii i Mesenii nie obchodzono żadnych świąt. Po prostu dla Lacedemończyków Nowy Rok następował i tyle (były jeszcze dwa godne uwagi spartańskie święta, ale nie wypadały one akurat w miesiącach które nas teraz interesują).


ANTYCZNA SPARTA
(Miasto to zostało otoczone murem obronnym dopiero w III wieku p.n.e. wcześniej Lacedemończycy szczycili się tym, że "Żadna kobieta znad Eurotasu, nie widziała nigdy oręża obcego wojownika")



Delos - mała wysepka na Morzu Egejskim, na której Nowy Rok przypadał najbliżej naszej rachuby czasu, czyli w miesiącu Lenajon (grudzień-styczeń). W Atenach miesiąc ten nosił nazwę Gamelion i był bardzo modny na urządzanie wesel. Nie posiadam niestety informacji jak świętowano Lenajon na Delos, w każdym razie był to zapewne jedyny zimowy miesiąc, w którym w Helladzie obchodzono Nowy Rok. W Beocji zaś (czyli m.in. w Tebach) Nowy Rok obchodzono w miesiącu Panamos, który w przeciwieństwie do Sparty wypadał w miesiącach lipiec-sierpień (gdy w Lacedemonie świętowano Karneę). Niestety, tak jak wyżej i tak jak przy kolejnych greckich regionach, nie mam już żadnych informacji na temat obchodzonych w tych miastach świąt. W Delfach, w świętym okręgu Apollina Nowy Rok przypadał na miesiąc Herajos (wrzesień-październik). Na Rodos był to Dalios (sierpień-wrzesień). W Bitynii miesiąc Herajos (sierpień-wrzesień). W Milecie był to Metageition (lipiec-sierpień). W Macedonii miesiąc Hiperberetajos (wrzesień-październik). Wydaje się że nie ma sensu wymieniać kolejnych regionów Hellady, gdyż nie wnoszą one już nic ciekawego do tego tematu. Przejdźmy zatem do Rzymu.





STAROŻYTNY RZYM
(SŁOŃCE TO, CZY KSIĘŻYC JEST NAD NAMI?)
Cz. I





"TEN, KTO NIE WIE, CO SIĘ WYDARZYŁO, NIM PRZYSZEDŁ NA ŚWIAT, POZOSTANIE NA ZAWSZE DZIECKIEM. BO CÓŻ WARTE JEST NASZE ŻYCIE, JEŚLI PRZEZ ZNAJOMOŚĆ HISTORII NIE WIĄŻE SIĘ Z ŻYCIEM NASZYCH PRZODKÓW"

CYCERON
"ORATOR"
(46 r. p.n.e.)



Kiedy Rzymianie obchodzili Nowy Rok? Odpowiedź najprostsza brzmi - gdy władzę obejmowali kolejni konsulowie. A kiedy to następowało? No właśnie, z tym już jest większy problem, ponieważ najprostszą odpowiedzią byłby - 1 styczeń, gdyż rzeczywiście w tym dniu konsulowie obejmowali urząd. Ale działo się tak dopiero od roku 153 p.n.e., wcześniej zaś 1 stycznia nie był początkiem Nowego Roku, gdyż tego dnia konsulowie nie tylko nie obejmowali urzędu, ale w pierwszych latach Republiki i w czasach Monarchii rzymskiej... styczeń w ogóle nie istniał w rzymskim kalendarzu. Od czasów Romulusa pierwszym miesiącem Nowego Roku był marzec (martius), który swą nazwę zawdzięczał bogu wojny - Marsowi. Teoretycznie więc pierwotny rzymski kalendarz liczył 305 dni, czyli 10 miesięcy w roku (zaraz wyjaśnię dlaczego napisałem "teoretycznie"). Pierwszym miesiącem w roku był więc marzec, czyli martius, ale dlaczego pominięto dwa zimowe miesiące (choć realnie one istniały). Żeby sobie odpowiedzieć na to pytanie, to trzeba się cofnąć w odległą przeszłość, czyli do początków Rzymu. Rzym za Romulusa składał się z kilku pierwotnie od siebie niezależnych osad, budowanych na kształt dominującej na tym terenie wówczas kultury Villanowa (czyli na ogół okrągłych drewnianych domków) i pierwotnie składał się z trzech nad-tybrzańskich wzgórz: Kapitolu, Palatynu i części Celiusa. Według tradycji Romulus miał panować w latach 753-717 p.n.e. i choć Rzym wciąż wówczas nie przypominał jeszcze klasycznego miasta (i długo, długo nie będzie przypominał), to jednak pewne dotychczasowe tradycje musiały ulec zmianom. Do nich należało bowiem zaprzestanie grzebania zmarłych poza osadami dotychczasowych wzgórz, gdyż utrudniało to rozwój miasta. Wszystko to odtąd miało być ager publicus (czyli ziemią publiczną), a granice miasta określało zaoranie etrusco ritu (to właśnie podczas wyznaczania granicy miasta miało dojść do konfliktu pomiędzy Romulusem a jego bratem Remusem, który zakończył się śmiercią tego drugiego. Swoją drogą warto tutaj przedstawić ciekawą opowieść, która przekazywana była sobie przez starożytnych Rzymian, a dotyczyła właśnie obu braci. Mianowicie pewnego razu leżąc na polanie, spoglądali oni w niebo licząc napływające chmury. Miał być to bowiem znak, któremu z braci bogowie bardziej sprzyjają. Remus doliczył się tylko sześciu chmur, a Romulus dwunastu. Tą przypowieść zaczęto interpretować w formie przepowiedni o tym, że w przypadku gdyby to Remus objął władzę, miasto miało się cieszyć sześcioma wiekami chwały, gdyby zaś Romulus został królem - aż dwunastoma. Zapewne ta historyjka została wymyślona dużo później, aczkolwiek wpasowuje się w ważne dla Rzymu wydarzenia. Sześć wieków chwały, to upadek Rzymu w czasie najazdów Cymbrów i Teutonów z ostatniej dekady II wieku p.n.e. Rzymian ocalił wówczas Gajusz Mariusz reformując armię i tworząc z niej wojsko zawodowe w miejsce dotychczasowej armii republikańskiej. Natomiast dwanaście wieków Romulusa, to upadek Rzymu mniej więcej w połowie V wieku naszej ery, czyli - tak jak to się stało w rzeczywistości - w 455 r. spustoszenie miasta przez Wandalów, a w 476 r. obalenie ostatniego, małoletniego cesarza - Romulusa Augustulusa). Dlatego też należało od tej pory chować zmarłych poza murami wspólnego miasta, czyli poza etrusco ritu.

 


Ale nie to było głównym powodem, dla którego to właśnie marzec był pierwszym miesiącem Nowego Roku dla Rzymian w tamtym okresie (bowiem kalendarz zmieniał się jeszcze co najmniej dwukrotnie - oczywiście wyjaśnię też dlaczego napisałem "co najmniej"). Głównym powodem dla którego to właśnie marzec stał się pierwszym miesiącem roku dla Rzymian, był fakt związany z pierwotnym na tym terenie prawem długu. Na początku marca, tuż przed rozpoczęciem cyklu rolniczego, chłopi (którzy w większości nie posiadali ani sprzętu rolniczego, ani zwierząt którymi mogli uprawiać ziemię) mogli to wszystko uzyskać od majętniejszych sąsiadów, na zasadzie zwyczajowego prawa mancypacji. Wyglądało to następująco - otrzymywali zwierzę (lub narzędzie rolnicze potrzebne im do pracy) i nie musieli za nie płacić od razu, tylko składali przed Saturnem (potem ten bóg ziemi został utożsamiony z greckim Kronosem) uroczystą przysięgę, że po zakończeniu cyklu rolniczego (czyli jesienią tego samego roku) oddadzą właścicielowi wypożyczonej rzeczy lub zwierzęcia, określoną kwotę z własnych plonów (oczywiście wówczas jeszcze - a mówimy o VIII wieku p.n.e. pieniądze nie istniały - przynajmniej na terenach o których mówimy, tak więc wszelka wymiana odbywała się w naturze). Spłata długu wypadała zawsze na dzień przed rozpoczęciem Saturnaliów (grudzień), a już w listopadzie rozpoczynano trzydziestodniowe odliczanie terminu spłaty. Ci zaś dłużnicy, którzy nie zebrali wystarczających plonów aby oddać dług, kończyli marnie, bowiem składając przysięgę Saturnowi, w tym momencie łamali dane bogu słowo. Karą była śmierć, a owi nieszczęśnicy byli rytualnie składani w ofierze Saturnowi z końcem grudnia (czyli w czasie Saturnaliów). To okrutne prawo składania ludzi w ofierze bogom zniósł następca Romulusa, drugi król Rzymu (panujący w latach 715-673 p.n.e., rok 716 miał być rokiem bezkrólewia) Sabińczyk z pochodzenia - Numa Pompiliusz (prócz tego że pochodził on z plemienia Sabinów - które wraz z Latynami budowało nowe miasto nad Tybrem - to miał liczne kontakty w miastach etruskich i wydaje się że był też spokrewniony z etruskimi klanami, a jego żona Lukrecja z pewnością była kobietą z ludu Etrusków. O Etruskach też jeszcze zamierzam napisać i ich jakże ukrywanym do dzisiaj pochodzeniu, chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują że lud ten - podobnie zresztą jak Dorowie/Gorowie na Peloponezie, przybył z Europy Środkowej). Wprowadził on wiele reform do zwyczajnego prawa pierwotnego Rzymu, rozszerzył etrusco ritu (pierwotnie zasiedlił z plemieniem Sabinów - Kwirynał) aż po Janiculum (gdzie też został pochowany) i założył pierwsze zgromadzenie westalek (początkowo były tylko dwie owe święte niewiasty, służebnice bogini Westy). On też właśnie zamienił rytualne składanie ofiary z dłużnika na ołtarzu Saturna, na bardziej ekonomicznie opłacalną dla pożyczkodawcy niewolę (oczywiście nie wyglądało to tak, że człowiek który trafiał do niewoli stawał się już niewolnikiem, wręcz przeciwnie. Był nim tylko teoretycznie przez 60 dni zimowych - od 23 grudnia do 23 lutego - na które to był zamykany w podziemnym pomieszczeniu i traktowany jak nieżywy - choć oczywiście karmiono go tam. W tym czasie jego synowie lub krewni musieli spłacić dług - a dokonać tego mogli trzykrotnie, na początku, w połowie i na końcu sześćdziesięciodniowego okresu niewoli - jeśli tego nie uczyniono, wierzyciel miał prawo postąpić z nim według własnej woli (czyli np. mógł go zagłodzić w owej celi, lub też - jeśli obaj się porozumieli - mógł go sprzedać za Tyber, np. do Etrusków, uzyskując wówczas zwrot poniesionych przez siebie kosztów).


RZYM ZA PIERWSZYCH CZTERECH LATYŃSKO-SABIŃSKICH KRÓLÓW
(753 p.n.e. - 617 p.n.e.)



Biorąc pod uwagę ten właśnie fakt, można wtedy zrozumieć dlaczego w czasach Romulusa rzymski kalendarz liczył tylko 10 miesięcy i pozbawiony był dwóch miesięcy zimowych (styczeń, luty), które poświęcone były bogom podziemnym i w czasie których zamierała cała natura. Po prostu tych dni nie świętowano i traktowano tak, jakby ich w ogóle nie było, (co oczywiście nie znaczy że ich nie było 👍). Aż do czasu wielkiej reformy rzymskiego kalendarza z czasów Juliusza Cezara (który wszedł oficjalnie w roku 45 p.n.e. a został skopiowany przez Cezara z wzorców egipskich - o których też jeszcze napiszę, a z których Cezar zapewne czerpał pełnymi garściami podczas swych wojaży po Nilu z Kleopatrą) i który po raz pierwszy był kalendarzem słonecznym, liczącym 365 dni, wcześniejsze kalendarze rzymskie były kalendarzami księżycowymi, a tutaj cykl przypada na 355 dni w roku. Oczywiście pojawia się też pewien problem. Można bowiem założyć, że te 355 dni dzielone były w następujący sposób na poszczególne miesiące: 31 dni liczyły marzec, maj, lipiec i październik, 29 dni styczeń, kwiecień, czerwiec, sierpień, wrzesień, listopad i grudzień. Jedyny miesiąc który liczył 28 dni to był luty (to był ewenement w rzymskim kalendarzu, gdyż po reformie Cezara Rzymianie nie stosowali już liczb parzystych, uważając je za pechowe). Wydaje się jednak że zarówno za Romulusa jak i za Numy Pompiliusza rzymski rok liczył 365 dni, gdyż pięć grudniowych dni (Saturnalia) nie były oficjalnie wliczone do cyklu kalendarzowego, podobnie jak pięć lutowych dni (Terminalia). Zresztą za Romulusa było tylko 10 miesięcy które miały swoje nazwy i dopiero Numa Pompiliusz (na wzór etruski - co też bardzo ważne) dorzucił (czy też raczej nadał imiona dwóm nienazwanym dotąd, bo traktowanym jako miesiące przeznaczone dla bogów podziemi, miesiące wegetatywne, gdy cała natura obumiera) miesiące styczeń, luty. Ale wróćmy jeszcze do początku, bo wydaje mi się że jeszcze nie wyczerpałem tego tematu. Mianowicie rok romulański zaczynał się 17 marca. Rok po reformie Numy Pompiliusza również, z tym tylko, że miesiące zimowe miały już swoje nazwy, co było bardzo ważne z chwilą nastania Republiki, ponieważ nowi konsulowie rozpoczynali swoje rządy zarówno 17 marca, jak i... 1 stycznia (zresztą mogli objąć swoją władzę w każdy kolejny dzień marca i stycznia, gdyż nie było to w żaden sposób ujednolicone i sprecyzowane, aż do roku 222 p.n.e., o czym zresztą będę jeszcze pisał). Bez wątpienia data styczniowa została sprowadzona do Rzymu z tradycji etruskiej i chociaż głównie skupiam się tutaj na święcie Nowego Roku, to jednak warto wymienić również poszczególne miesiące, jakie przypadały w rzymskim kalendarzu.


NUMA POMPILIUSZ



Od czasów Romulusa Nowy Rok rozpoczynał się 17 marca (Martius - miesiąc poświęcony bogu Marsowi). Tego dnia odbywało się bowiem święto początku roku związanego z Marsem i zwanego agonalia (święto to po raz pierwszy wprowadził Numa Pompiliusz). Mars był pierwotnym bogiem latyńskim i choć nie miał ani swoich wizerunków, ani też nie miał swojej świątyni przez bardzo długi czas (wydaje się że pierwszą świątynię Marsa zbudowano dopiero w czasach Republiki), to bez wątpienia był bogiem pierwotnym gminy latyńskiej, bogiem zarówno wojny jak i urodzaju związanego z dobrymi plonami. Pierwotnie utożsamiany był tylko poprzez włócznię i tarczę, które trzymano w Regii. Ponieważ zaś zarówno prace na roli jak i wyprawy wojskowe Rzymianie odbywali w miesiącach marzec-październik (w zimie jak wiadomo, miesiącu bogów podziemia, wypraw wojennych nie urządzano, a Mars wówczas drzemał - a przynajmniej tak myślano). Wiosną lub wczesnym latem, z nastaniem wyprawy wojennej, król (lub w późniejszych czasach konsul) wchodził do Regii, potrząsał włócznią i tarczą i mówił: "Marsie, czuwaj!" tym samym budząc go do życia i zyskując jego wsparcie podczas wojny. W przypadku zaś katastrof (zarówno naturalnych jak i wojennych), na ołtarzu Marsa natychmiast należało złożyć dary, zarówno z płodów rolnych, jak i... z ludzi (oczywiście z chwilą zniesienia krwawych ofiar z ludzi za Numy Pompiliusza, odbywało się to w nieco inny sposób; ale również w wiekach późniejszych zdarzało się że Rzymianie powracali do tej barbarzyńskiej praktyki. Ostatni raz w swoich dziejach Rzymianie złożyli krwawe ofiary z ludzi w roku 216 p.n.e. po straszliwej klęsce zadanej im przez Hannibala pod Kannami, gdzie polec miał aż... 80 000 Rzymian, co było totalną katastrofą i każde hellenistyczne mocarstwo na Wschodzie po takiej klęsce już by się nie podniosło. Rzymian też ogarnęło przerażenie, część senatorów zawiązała spisek, mający na celu opuszczenie miasta - wraz z żonami i dziećmi, dobytkiem i zaufanymi ludźmi - i przeniesienie się gdzieś do południowej Galii, albo północnej Hiszpanii i tam założenie "Nowej Romy". Plany te zostały udarnione przez młodego, bo zaledwie 20-letniego Publiusza Korneliusza Scypiona - który 14 lat później pod Zamą pokonał Hannibala - a w owym czasie, wraz z innymi młodzieńcami, zmusił owych senatorów {przekładając im miecze do gardeł} aby poniechali planu opuszczenia Rzymu. Szukając jednak winnych całej tej katastrofy kannejskiej, Rzymianie poświęcili wówczas dwójkę schwytanych cudzoziemców, Gala i Galijkę oraz Greka i Greczynkę - zakupując ich żywcem do ziemi). Ofiary z roślin, warzyw i zwierząt składano natychmiast, natomiast ludzi poświęcano Marsowi jeszcze jako dzieci, a gdy podrośli, musieli opuścić miasto i udać się na poszukiwanie nowego życia w inne regiony Italii. Oczywiście wiązało się to niechybnie z koniecznością podjęcia walki na nowym terenie (bo nie każdy chciał przyjąć do siebie uchodźców czy wygnańców) i to właśnie było dopełnieniem ofiary Marsa. Zapewne tak też założony został Rzym przez dwóch braci i ich towarzyszy, którzy wyszli z rodzinnego miasta Alba Longa (położonego w górach albańskich, na południe od Rzymu). Odpowiednikiem Marsa dla Sabinów (czyli drugiego ludu, który wraz z Latynami stworzył Rzym) był bóg Kwirynus (od którego to imienia otrzymało nazwę wzgórze Kwirynału). Miał dokładnie te same atrybuty co Mars, choć były i drobne różnice, jak choćby fakt, że od najdawniejszych czasów ten bóg miał na Kwirynale swoją świątynię, ale obchody jego święta były bardzo blade w porównaniu z tymi, które odprawiano na cześć Marsa. Poza tym w czasach Republiki opowiadano sobie taką legendę, że gdy Romulusa porwała burza i zaginął, pewien senator (w obawie o oskarżenia że mógł zostać zabity przez senatorów) o imieniu Prokulus Julus stwierdził, że Romulus został żywcem wzięty do nieba i stał się Kwirynem (w każdym razie Romulusa bardzo często później utożsamiano z Kwirynem). Rzymianie zaś zaczęli siebie samych nazywać kwirytami (było to określenie obywatelskie, stwierdzenie pokojowej wspólnoty ludów tworzących miasto nad siedmioma wzgórzami).


RZYM W CZASACH KRÓLÓW ETRUSKICH i PIERWSZYCH WIEKACH REPUBLIKI
(616 p.n.e. - 387 p.n.e.)



Drugim miesiącem pierwotnego rzymskiego kalendarza księżycowego, był Aprilis - czyli kwiecień - innymi słowy "zalany słońcem". Trzeci miesiąc to Majus (rzymska konotacja tej nazwy nie jest mi znana), czwarty - Julus czyli czerwiec (jego pierwotne pochodzenie też nie jest mi znane) i na tym w zasadzie kończą się nazwy poszczególnych rzymskich miesięcy kalendarza romulańskiego (swoje nazwy otrzymają jeszcze styczeń i luty, ale do tego dojdziemy). Kolejne miesiące był już tylko liczone, czyli piąty, szósty, siódmy aż do dziesiątego (z tym że po wprowadzeniu zmian i dodaniu miesięcy lutowych, a potem przejściu na kalendarz słoneczny wyglądało to dosyć komicznie, bo piąty miesiąc był miesiącem siódmym, szósty ósmym itd.). Zatem kolejne miesiące to Quintilis (lipiec), Sextilis (sierpień), September (wrzesień), October (październik), November (listopad) i December (grudzień). Zapewne Rzymianom nie chciało się już wymyślać oddzielnych nazw pod te miesiące (podobnie zresztą postępowali w rodzinach, tylko czterej pierwsi synowie otrzymywali swoje imiona, piąty już zwany był Kwintusem, szósty - Sekstusem itd. w przypadku córek ten proces zaczynał się już od trzeciej - Tertia). Zaś dodane za Numy Pompiliusza dwa miesiące zimowe nosiły nazwy: Januarius (styczeń), od nazwy Janusa - boga wszelkiego początku i Februarius (luty), nazwa pochodzi od februs - magicznych rzemyków których kapłani (flamini) używali do rytualnego oczyszczania miasta. Rzymskie społeczeństwo z czasów trzech pierwszych królów: Romulusa, Numy Pompiliusza i Tullusa Hostiliusza (wnuka Hersylii, Sabinki porwanej jeszcze za czasów Romulusa, panować miał w latach 673-642 p.n.e.) składało się z w miarę jednolitego stanu latyńsko-sabińskiego (z którego potem potworzyły się rody patrycjuszowskie). Ale częste wojenne wyprawy czwartego króla - Ankusa Marcjusza (wnuka Numy Pompiliusza, panował w latach 641-617 p.n.e.) doprowadziły do uformowania się w mieście nowej warstwy społecznej, zwanej plebejuszami (a wzięło się to z faktu, że król po prostu atakował, podbijał i przesiedlał ludność okolicznych miasteczek, takich jak Politoria, Fikania czy Tellen do Rzymu. I choć od Ankusa Marcjusza wpływy etruskie w Rzymie były coraz silniejsze (nie chodzi tutaj tylko o kalendarz, ale również chociażby o jasne rozgraniczenie na dobro i zło, a raczej na demony i anioły, które w kulturze etruskiej występowały, natomiast w pierwotnej kulturze rzymskiej ich nie było), to jednak ludność etruska - która również napływała do tego miasta, nie była traktowana jako warstwa rządząca, a wręcz przeciwnie - zasilała szeregi plebejuszy. Społeczność latyńsko-sabińska (patrycjuszowska - pierwotnie jednak stworzona z... chłopów,) żyła odseparowana od społeczności plebejsko-etruskiej, czego dowodem był choćby fakt, że w czasach Republiki jedni konsulowie na początek swoich rządów wybierali etruski miesiąc styczeń, a drudzy latyńsko-sabiński marzec (poza tym wprowadzono całkowity zakaz małżeństw pomiędzy patrycjuszami i plebejuszami, ale o tym konflikcie opowiem w kolejnej części.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...