WYŚWIETLENIA

06 grudnia 2025

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. XVI

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. XVI




Teraz na północy Sycylii tworzyć się zaczęło drugie przymierze (zwane północnym lub jońskim), a jego centrum stało się miasto-państwo Rhegion (leżące w Italii, nad Cieśniną Mesyńską). Władał tam (jako tyran) arystokrata meseński (wówczas jeszcze miasto to zwało się Zankle) Anaksilas. W 494 r. p.n.e. pomógł on kolonistom z Samos opanować swoje rodzinne miasto - Zankle (leżące po drugiej stronie Cieśniny Mesyńskiej) licząc na wspólny sojusz, ale ponieważ Samijczycy nie byli chętni wchodzić z Anaksilasem w układy, ostatecznie wyprawił się przeciwko nim zbrojnie, zdobył Zankle, przepędził Samijczyków i założył miasto na nowo, teraz już pod nazwą Messana (ok. 488 r. p.n.e.). Teraz Anaksilas kontrolował już całą Cieśninę, a wkrótce potem zawarł układ z Himerą (miastem leżącym daleko na północny-zachód od Messany), dawnej kolonii Zankle (założonej ok. 650 r. p.n.e.). Anaksilas poślubił też córkę tyrana tego miasta - Terillosa. Tak oto narodziło się przymierze północne, którego celem stało się niedopuszczenie do opanowania całej Sycylii przez Gelona i jego teścia Terona.

A tymczasem w 490 r. p.n.e. miało miejsce pewne wydarzenie, które zmieniło równowagę sił na Sycylii. Otóż, w tym czasie mieszkańcy Syrakuz wypędzili z miasta lokalną arystokrację (zwaną gamoroi) która rządziła tymże polis od założenia miasta w 734 r. p.n.e. przez Archiasa z Koryntu (gamoroi to była nazwa potomków Archiasa i tych rodów osadników, którzy wraz z nim zakładali miasto, reszta mieszkańców zwała się po prostu killichiroi). W Syrakuzach wprowadzono demokrację na kształt ateński, a wypędzeni oligarchowie (wraz z rodzinami) znaleźli schronienie w mieście o nazwie Kasmene (leżące na południowy zachód od Syrakuz). Gelon postanowił to wykorzystać, a ponieważ darzył on pogardą ludzi ubogich (i postępował z nimi okrutnie) przeto wystąpił jako obrońca i mąż opatrznościowy wypędzonych syrakuzańskich arystokratów. Zaproponował im że zdobędzie Syrakuzy i pozwoli im na powrót do miasta, pod warunkiem jednak, że uznają go swoim władcą. Arystokraci zgodzili się na taki układ, ale mniej chętne były władze miasta Kasmene - które co prawda obawiały się zbyt ekspansjonistycznej polityki Syrakuz (które przecież w 550 r. p.n.e. zdobyły i zniszczyły swoją własną kolonię - Kamarinę, która sprzeciwiła się władzy swej metropolii. Kamarina została odbudowana dopiero za rządów tyrana Geli - Hippokratesa w 498 r. p.n.e., po jego zwycięstwie nad armią Syrakuz w bitwie nad rzeką Eloros), jednak strach przed Syrakuzami był mniejszy, od strachu przed rosnącą potęgą Geli i przymierza południowego, które realnie zagrażało teraz suwerenności Kasmene. Dlatego też władze miasta odrzuciły propozycję Gelona. Ten jednak wyjątkowo źle przyjmował wszelkie odmowy i ok. 485 r. p.n.e. pomaszerował zbrojnie na owe polis, zdobył je i włączył do swego południowego imperium sycylijskiego. Teraz zaś przyszła kolej na Syrakuzy. Miasto, otoczone z morza i lądu (armia Gelona składała się z 20 000 hoplitów, 2000 jazdy, 2000 łuczników, tyleż samo procarzy i tyle samo lekkozbrojnej piechoty, wyćwiczonej do walki u boku jeźdźców; a poza tym dysponował 200 okrętami wojennymi - trójrzędowcami) broniło się dzielnie przez kilka miesięcy, ostatecznie jednak pozbawione wsparcia musiało się poddać (co prawda tyran miasta Kyme - Aristodemos obiecywał wsparcie - sam w końcu też przejął władzę w wyniku zamachu stanu w 505 r. p.n.e. i wymordował wszystkich dotąd rządzących miastem oligarchów, ale ostatecznie takiej pomocy nie udzielił. Tym bardziej że sam miał już problem z niejakim Tarkwiniuszem Pysznym, wypędzonym dwadzieścia pięć lat wcześniej ostatnim królem Rzymu, któremu udzielił schronienia i który teraz stanowił dla niego znaczne obciążenie - zarówno polityczne jak i wizerunkowe).




Po kapitulacji Syrakuz (pod koniec 485 r. p.n.e.) Gelon przeniósł swój dwór do tego miasta i tam ogłosił się tyranem, czyniąc z Syrakuz swoją stolicę i główną siedzibę (a ponieważ był dość pamiętliwy, przeto nie zapomniał o obietnicy Aristodema z Kyme udzielenia pomocy najechanym Syrakuzańczykom i uruchomił przeciw niemu opozycję, wysyłając swe złoto na wsparcie arystokratów z Kyme, zbiegłych i poukrywanych w kampańskich miastach i wioskach. Dzięki tym pieniądzom stworzył z nich armię, która wkrótce potem (ok. 485/84 r. p.n.e.) zdobyła Kyme, zabijając Aristodemosa i po dwudziestu latach tyranii, ponownie przywracając w mieście rządy oligarchiczne. Władzę zaś w Geli powierzył Gelon swemu bratu - Hieronowi, a sam przeprowadził do Syrakuz wielu mniej zamożnych Gelijczyków (Herodot pisze o "astoi" a nie o "politai" co znaczy że przesiedleni zostali chłopi i tzw. klasa pracująca, natomiast nie możne rody Geli), wszystkich mieszkańców Kamariny (a ich miasto zburzył - osobiście mordując sprzeciwiającego się temu tyrana Kamariny - Glaukosa, którego wcześniej sam tam zainstalował, a który był też bokserem i zwycięzcą Igrzysk Olimpijskich. Glaukos z Karystos na Eubei swoje pierwsze i jedyne zwycięstwo na Igrzyskach Olimpijskich odniósł w 520 r. p.n.e., jeszcze jako młody mężczyzna, wówczas pokonał wszystkich swoich przeciwników ale i sam na tym ucierpiał, będąc mocno poranionym. Poza tym dwa razy zwyciężył na igrzyskach pytyjskich w Delfach, osiem razy na nemejskich w Nemei i osiem na istmijskich na Istmie Korynckim, był bodaj najsławniejszym bokserem swoich czasów, chociaż nie wiadomo dlaczego tylko raz wystąpił na Igrzyskach Olimpijskich), oraz zamożnych obywateli Kasmene (wraz syrakuzańskimi oligarchami), zaś tych niezamożnych po prostu sprzedał w niewolę (jak wcześniej pisałem - Gelon gardził niezamożnymi ludźmi i uważał ich za równych niewolnikom), a uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczył na rozbudowę i utrzymanie swej armii. Dzięki tym przesiedleniom, uczynił Gelon z Syrakuz najludniejsze miasto greckiego świata. Wzniósł też nowe, potężne mury obronne (które przez prawie trzy stulecia uczyniły to miasto nie zdobytym, aż do zajęcia Syrakuz przez Rzymian w 212 r. p.n.e. Syrakuzy wówczas wspomagał swymi wynalazkami jeden z największych konstruktorów starożytności - Archimedes, póki rzymski miecz nie rozłupał mu głowy). Gekon znacznie się też wzbogacił dzięki łupom, sprzedawanym w niewolę najbiedniejszym mieszkańcom podbijanych polis, jak również dzięki nakładanym podatkom. Stał się teraz najpotężniejszym władcą greckiego świata, a Syrakuzy pragnął uczynić stolicą tego świata.




Oczywiście nie zrezygnował też z nowych podbojów i już w 483/482 r. p.n.e. napadł na Megarę Hybleę (miasto założone ok. 720 r. p.n.e. przez doryckich najemników, którzy przybyli na Sycylię w poszukiwaniu nowego zajęcia i lepszego życia). Miasto broniło się kilka miesięcy, ale ponieważ nie miało szans na jakąkolwiek odsiecz, było zdane na klęskę. Ostatecznie (po długich negocjacjach) miasto skapitulowało. Oligarchów - którzy dotąd władali miastem i mobilizowali lud do walki z nim - przesiedlił Gelon do Syrakuz nadając im obywatelstwo, biedotę zaś ponownie sprzedał w niewolę (część została sprzedana poza Sycylię, ale część - zamieniona w niewolników - miała odtąd pracować na roli wokół miasta dla swoich nowych panów z Syrakuz). Następnie (jeszcze w tymże 483 r. p.n.e.) Gelon wyruszył zbrojnie przeciwko miastu Euboa, zdobył je i postąpił dokładnie tak, jak wcześniej z Kasmene i Megarą Hybleą, miasto zaś zburzył doszczętnie tak, iż do dziś trudno jest ustalić dokładnie jego położenie. A tymczasem zięć Gelona - tyran Akragas - Teron również nie próżnował. W tym samym czasie, gdy Gelon podbijał Syrakuzy i inne okoliczne polis, Teron obległ i zdobył Himerę, miasto przymierza północnego, zarządzane przez Terillosa (który stamtąd uciekł do swego zięcia Anaksilasa z Rhegion). Teraz wpływy Terona sięgały Fitnery na północy Sycylii, a Gelona całego pasa południowo-wschodniego osadnictwa dorycko-jońskiego z największym miastem - Syrakuzami na czele. Tak oto przymierze południowe odniosło zwycięstwo, choć wojna nie została jeszcze zakończona i należało spodziewać się wzmożonego oporu, tym bardziej że Terillos pragnął odzyskać Himerę, a Anaksilas również widział się jako przywódca całej greckiej Sycylii (i aby to osiągnąć musiał pokonać Gelona). Jak jednak tego można było dokonać? Odpowiedź nasuwała się sama - zawrzeć sojusz z kartagińskimi emporiami na Zachodzie oraz z samym Kart Hadaszt. W 481 r. p.n.e. Anaksilas i Terillos wyprawili poselstwo do grodu bogini Tanit i tam zostali przyjęci i wysłuchani przez lokalną arystokrację rządzącą Kartaginą (Grecy zwali ich gerontami, Rzymianie senatem, zaś w języku punickim ich instytucja - czyli Rada Starszych - zwała się h'drm, co można tłumaczyć jako hederim - o czym już wspominałem) oraz oczywiście przez samego króla Hamilkara I (trzeciego władcę z rodu Magonidów, panującego od ok. 510 r. p.n.e.). Postanowili oni przyjść Jonom z odsieczą oraz wspomóc ich w walce z Gelonem i Teronem.




Jednocześnie w tym samym czasie (481 r. p.n.e.) do Syrakuz przybyło poselstwo z Grecji właściwej, z prośbą o przysłanie - w imię jedności wszystkich Hellenów - wsparcia polis kontynentalnych, zagrożonych nową inwazją Persów. Ponoć Gelon miał się wówczas żalić, że gdy on dziesięć lat wcześniej prosił miasta Grecji właściwej o pomoc w walce z Kartagińczykami w imię "jedności Greków" i pomszczenia śmierci Dorieusa że Sparty, to wówczas owego wsparcia mu nie udzielono. Zapowiedział też, że przyjdzie z pomocą kontynentalnym polis, jeśli tamci Grecy wybiorą go naczelnym dowódcą anty-perskiej krucjaty, na co ci nie mogli się zgodzić i do sojuszu nie doszło (bez żalu ze strony Gelona, który miał przecież na głowie wojnę z przymierzem północnym i ich sojuszem z Kartagińczykami). Obawiając się jednak zarzutu o "medyzm" (czyli zdradę greckiego świata i sprzyjanie Persom - w mentalności Greków - będących barbarzyńcami), posłał Gelon do Delf swego zaufanego człowieka imieniem Dorieus (noszący to samo imię, co poległy w bitwie z Elymami pod Eryksem w 510 r. p.n.e. brat królów Sparty - Kleomenesa I i Leonidasa) z pokaźną ilością złota dla tamtejszej amfiktionii i cichą prośbą do tamtejszych kapłanów boga Apollina, aby wieszczka tego boga zabroniła Syrakuzańczykom wyprawy na Persów, wróżąc tym niepomyślne znaki. Tak też się stało (złoto najwidoczniej zawsze czyni cuda 😉), a Gelon zyskał czas na przygotowanie się do nieuniknionej konfrontacji ze swymi sycylijskimi wrogami. Kartagińczycy bowiem na wiosnę 480 r. p.n.e. rozpoczęli wyprawę na Sycylię (matką króla Hamilkara I Magonidy była grecka arystokratka z Syrakuz, był on więc po części Hellenem i szybko znalazł wspólny język z Terillosem z Himery, a Anaksilas z Rhegion posłał mu nawet swoje dzieci jako zakładników, aby udowodnić że ma czyste intencje i nie knuje spisku ani nie zawrze z Gelonem i jego teściem separatystycznego pokoju). Niestety, w drodze ku zachodnio-sycylijskim emporiom kartagińską flotę (złożoną z ok. 100 okrętów) dosięgła burza, która mocno nadwyrężyła ich szeregi, zatapiając kilka okrętów i poważnie uszkadzając kolejnych kilkanaście. Gelon dowiedziawszy się o tym, postanowił wykorzystać to propagandowo, rozgłaszając po całej Sycylii że bogowie są niezadowoleni z greckich zdrajców i renegatów spod znaku przymierza północnego i tak jak o mały włos nie unicestwili kartagińskiej armii i floty, tak z pewnością zniszczą ów "nikczemny sojusz" (Gelon celowo głosił takie rzeczy, aby odwrócić uwagę greckiego świata od siebie samego i nieudzielenia wsparcia Hellenom z kontynentu przeciw perskiej inwazji Króla Królów Kserksesa I).




Kartagińczycy, dotarłszy do portu w Panormos, wysadzili na brzeg swoją armię (ok. 30 000 zbrojnych, z czego zapewne jakaś część utonęła w morzu podczas przeprawy). Armia złożona była z rodowitych Kartagińczyków (zapewne ochotników) i jakiejś części libijskich najemników (nie była to więc - jak potem oskarżano króla w Kartaginie - "prywatna wyprawa Hamilkara", ta wojna miała poparcie Rady Starszych i zapewne sporej części kartagińskiego społeczeństwa, choć należała raczej do wypraw awanturniczo-przygodowych i nie była istotna z punktu widzenia żywotnych interesów grodu bogini Tanit). Król Hamilkar do Panormos (punickiego emporium w północno-zachodniej Sycylii) ściągnął posiłki, złożone z Fenicjan, rdzennego plemienia sycylijskich Elymów oraz Greków z miasta Selinunt (leżącego na południu Sycylii, bliżej portów kartagińskich na zachód od Akragas, ale i tak bardziej obawiającego się owego greckiego polis niż kartagińskich emporiów) i na czele tej armii ruszył wzdłuż północnego wybrzeża wyspy ku Himerze (jego plan zakładał zdobycie miasta i zwrócenie go Terillosowi, a następnie połączenie się z armią Anaksilasa pod Messaną i wspólny marsz na Syrakuzy). Gelon najmniejsze poparcie miał wśród marynarzy swej floty (złożonej z Syrakuzańczyków, którzy nie widzieli w Kartagińczykach dla siebie żadnego zagrożenia), dlatego też nie wyprowadzał swej liczniejszej (złożonej z 200 okrętów) floty na morze by zaatakować Kartagińczyków pod Panormos, bo obawiał się zdrady w tych szeregach. Jednak armia była jego oczkiem w głowie (szczególnie wierna mu była konnica, obsadzona przez przedstawicieli wielkich rodów z Syrakuz czy Geli) i całkowicie na niej polegał.

Pod Himerą wojska Terona z Akragas (które okupowały miasto) postanowiły przyjąć bitwę i hoplici wyszli z miasta w pole, ale Kartagińczycy szybko zmusili ich do ucieczki i powrotu do miasta. Dla Hamilkara było jasne, że miasto szybko się nie podda i trzeba je będzie zmusić do kapitulacji oblężeniem, dlatego też kazał założyć obóz pod miastem i wyciągnąć swe okręty na brzeg - otaczając je ochronną palisadą. Gelon tymczasem zdążał już pod Himerę, prowadząc prawie całą swoją armię - 20 000 hoplitów, 2000 jazdy i 6000 lekkozbrojnych piechurów. Greccy (a potem macedońscy) hoplici przez długie wieki od mniej więcej połowy VI wieku p.n.e. uważani byli za najdoskonalszych żołnierzy swoich czasów, a ich uzbrojenie za idealne i godne prawdziwego wojownika. Owi "mężowie spiżowi" zakuci w hartowany metal ze swoją włócznią, tarczą i mieczem (oraz nagolennikami i często nałokietnikami) byli tożsami ze średniowiecznymi rycerzami i przez długi czas (do połowy II wieku p.n.e.) stanowili najdoskonalszą siłę militarną Antyku (potem ich miejsce zajęli rzymscy legioniści - zdobywając przewodzenie mniej więcej od bitwy pod Kynoskefalaj z 197 r. p.n.e., Magnezją z 190 r. p.n.e. a ostatecznie od bitwy pod Pydną z 168 r. p.n.e. gdzie już definitywnie rzymski legion okazał się lepszy od grecko-macedońskiej falangi). Gelon zjawił się pod Himerą i założył własny obóz po wschodniej stronie miasta.


REPUBLIKAŃSKI LEGION OBYWATELSKI Z II WIEKU P.N.E. 
OSTATECZNIE ROZBIJA ZAWODOWĄ MACEDOŃSKĄ FALANGĘ 
W BITWIE POD PYDNĄ 
(168 r. p.n.e.)



Do bitwy doszło w pogodny, letni dzień o wschodzie słońca. Armie wyszły w pole i stanęły naprzeciw siebie, ale o ile Grekami osobiście dowodził Gelon, o tyle król Hamilkar wyznaczył do bitwy swoich oficerów, a sam pozostał w obozie, rozpalając wielki stos i składając w ofierze Melkartowi (punickiemu Herkulesowi) kilkadziesiąt sztuk bydła (potem za ów czyn był Hamilkar przez greckich historyków wyszydzany, gdyż w ich wyobrażeniu wódz powinien zagrzewać swoich żołnierzy do walki, a ofiary składać przed bitwą, a nie w jej trakcie. Ci, którzy tak pisali - np. Eforos czy Diodor z Halikarnasu - zupełnie nie rozumieli punickiej mentalności i religijności, która znacznie różniła się od greckiej. Król dla Kartagińczyków co prawda był wodzem naczelnym, ale przede wszystkim był kapłanem i do jego obowiązku należało zapewnić przychylność bóstw dla wojska i całej kampanii właśnie w trakcie bitwy. W punickiej religijności bardzo ważnym aspektem była obrzędowość i ofiarność - w rozumieniu składania ofiar, a nie łożenia na biednych i potrzebujących. Kohanim - czyli puniccy kapłani, byli służebnikami swych strasznych bogów i nie mogli zapomnieć czy pominąć żadnej ofiary, przewidzianej dla bogini Tanit, boga Baal Hammona, Melkarta, Eszmuna, Reszefa, Szadrapy, Istarty, Jama, Dagona czy wielu pomniejszych bóstw. Czasem, w przypadku wielkiej katastrofy naturalnej czy poważnej klęski militarnej składano też ofiary z ludzi - niekiedy, choć rzadko, również z kapłanów. Niestety, punicka religijność pozbawiona była tego, co u Greków wprowadzone zostało drogą filozofii i literatury a u Rzymian drogą papugowania Greków - czyli elementu bożego miłosierdzia [oczywiście zarówno u Greków jak i u Rzymian było ono bardzo prymitywne, dlatego potem chrześcijaństwo tak łatwo zdobyło poklask wśród ciemiężonych warstw rzymskiego społeczeństwa, gdyż dawało ludziom nadzieję na zbawienie i lepsze życie po śmierci. W "Quo Vadis" Sienkiewicza, Marek Winicjusz zapytuje się chrześcijan: "Grecja dała światu piękno, Rzym siłę, a co wy przynosicie?" i odpowiedział mu św. Piotr: "My przynosimy Miłość"]. Kartagina pozbawiona była nawet tego ułomnego, "filozoficznego" pojęcia bożego miłosierdzia (o kartagińskiej i punickiej religijności oraz wierze w życie pozagrobowe mógłbym nieco więcej napisać, ale nie czas teraz na to w tym temacie. Warto może nadmienić tylko, że tuż po śmierci Dariusza Wielkiego w październiku 486 r. p.n.e. i objęciem władzy przez jego syna - Kserksesa, ale jeszcze przed perską inwazją na Grecję z 480 r. p.n.e. do Kartaginy przybyło poselstwo od Króla Królów. Przywieźli oni skargę i jednocześnie żądanie od swego władcy, aby Kartagińczycy zaprzestali "składać ofiary z ludzi i zjadać psie mięso". Nie wiadomo czy to poselstwo było powodem, ale rzeczywiście od V wieku p.n.e. w Kartaginie coraz rzadziej składano ofiary z ludzi, coraz częściej zaczęto palić zwłoki niż grzebać w ziemi oraz ponoć zaprzestano spożywania psiego mięsa).




Bitwa pod Himerą trwała cały dzień. Kartagińczycy starali się przełamać linie greckiej falangi, ale wszędzie napotykali pancerną ścianę z wyciągniętych ku nim włóczni i tarcz. Król Hamilkar przez cały dzień - aż do zapadnięcia zmroku - wrzucał w ogień kolejne zarżnięte ofiary z cieląt, kóz i owiec aby Melkart (mający również cechy solarne) dopomógł jego wojom w zwycięstwie. Niestety, bóg pozostał głuchy na owe prośby i krwawe ofiary. Gdy więc słońce poczęło zachodzić a mrok nadchodzącej nocy zaczął otaczać pole bitwy, Hamilkar już wiedział że bitwa jest przegrana (choć kartagińskie szeregi jeszcze nie zostały rozbite). Kartagińczycy bowiem toczyli bitwy zawsze w dzień, przy słonecznym blasku, bowiem zapadająca noc przynosiła triumf nadchodzącego chaosu (a wówczas żadne ofiary nie miały już znaczenia). Puniccy wojownicy również tak myśleli i gdy tylko słońce zaszło za horyzont, oni... rzucili się do ucieczki. Wówczas dopiero doszło do rzezi, gdyż najwięcej Punitów padło właśnie podczas ich panicznej ucieczki z pola bitwy (co jest naturalnym zjawiskiem, zawsze najwięcej poległych jest w trakcie ucieczki a nie w trakcie samej bitwy). Widząc że jego armia się rozpadła, król Hamilkar nad ofiarnym stosem popełnił rytualne samobójstwo, rzucając się w płonący stos. Na placu boju polegli prawie wszyscy kartagińscy wojownicy (tylko garstce udało się uciec i schronić w zachodnich punickich emporiach), Grecy spalili też całą kartagińską flotę. Była to jedna z największych klęsk militarnych grodu bogini Tanit w historii, Grecy zaś odnieśli pełne zwycięstwo a przymierze południowe ostatecznie zatriumfowało na Sycylii. Rada Starszych (Hederim) całą winę za klęskę zrzuciła na zmarłego władcę, zarzucając mu przy tym, że bez jej zgody podjął się tej wyprawy (wypędzono też z miasta jego syna - Giskona, który osiadł w greckim Selinuncie). Władza królewska została też znacznie osłabiona (prawdopodobnie w ogóle zaprzestano używania słowa król czyli "milk", a władców z rodu Magonidów zaczęto nazywać sędzią ["szofet" l.m. "szofetim" czyli sufet). W 396 r. p.n.e. ponownie dokonano reformy i podzielono urząd króla i sufeta - ten drugi przejął wszystkie urzędowe i religijne uprawnienia władcy, królowi pozostało "tylko" dowodzenie wojskiem na polu bitwy i funkcje ceremonialne, zaś po 308 r. p.n.e. w ogóle zniesiono monarchię, pozostawiając w to miejsce dwóch (zaś po klęsce Kartaginy w wojnie z Rzymem w 201 r. p.n.e. wprowadzono aż czterech) wybieranych co roku sufetów. Tak oto monarchia w Kart Hadaszt przestała istnieć.




Ale nim to nastąpiło, królowie wciąż jeszcze byli wybierani (zawsze z rodu Magonidów). Wina, jaką Hederim chcieli obarczyć Hamilkara, nie mogła jednak przekroczyć pewnych granic, bowiem król ten postąpił honorowo - popełniając rytualne samobójstwo i rzucając się w ogień (podobnie jak przed wiekami uczyniła to założycielka Kartaginy - Dodona). Poza tym lud uważał go za bohatera (a niektórzy wręcz za boga) i zaczęto stawiać mu pomniki w wielu kartagińskich emporiach na Sycylii, a nawet na Sardynii i w samej Kartaginie. Bitwa pod Himerą była jednak dla Kartagińczyków poważnym ciosem nie tylko militarnym i gospodarczym (o czym zaraz powiem), ale również mentalnym i metafizycznym. Oto bowiem okazało się, że pomimo tylu złożonych ofiar, Melkart nie usłuchał modlitw Hamilkara i nie dopomógł Kartagińczykom odnieść zwycięstwa. To było dla nich dojmujące i niewytłumaczalne przeżycie, które nieco zmieniło ich zapatrywania religijne. Oto bowiem dotychczasowi potężni bogowie: Baal Hammon i Melkart ustąpili miejsca bogini Tanit (która już wcześniej była czczona, ale zawsze znajdowała się na boku owych dwóch głównych bogów). To pomogło nieco złagodzić psychiczną traumę odwrócenia się bogów od mieszkańców Kart Hadaszt, a Kartaginę odtąd zwano "grodem bogini Tanit". Była to więc - jak się zdaje - wielka, zbiorowa terapia psychologiczna mieszkańców tego miasta, terapia uzdrawiająca bo nic tak nie dołuje człowieka, jak świadomość że bogowie (lub Bóg) się od niego odwrócili. Po klęsce pod Himerą nastąpiła też dość poważna (ale krótkotrwała) stagnacja gospodarcza, o czym świadczą uboższe nagrobki wystawiane w Kartaginie po 480 r. p.n.e. I choć zasada ta utrzymała się dość długo (praktycznie do końca istnienia tego miasta), to twierdzenie iż panował tam odtąd permanentny kryzys nie wytrzymuje krytyki, tym bardziej, że dość majętne nagrobki wciąż były wystawiane w kartagińskich emporiach na Sycylii, Sardynii, Korsyce, Balearach czy nawet w Małej Syrcie. Jedynie stan taki utrzymał się w Kartaginie, więc jeśli nawet pojawił się kryzys gospodarczy, to był on krótkotrwały, ale jednocześnie doprowadził do stałego ograniczenia zbytku cmentarnego Kartagińczyków (być może wydane zostało prawo, które obowiązywało w samym mieście i jego okolicy, że należy ograniczyć wystawność pogrzebów oraz wkładanie do grobu cennych przedmiotów. To tylko moja hipoteza, ale wydaje mi się ona jak najbardziej logiczna).


KART HADASZT
(MIASTO BOGINI TANIT)



Co się zaś tyczy Gelona, to odniósł on pod Himerą swoje najwspanialsze zwycięstwo, jednak nie zamierzał (wbrew radom swego teścia) kontynuować tej wojny i gdy tylko przybyli doń posłowie z Kartaginy z zamiarem podpisania pokoju, szybko na to przystał (dalsza wojna wzmacniałaby raczej Terona, a szczególnie opanowanie kartagińskich emporiów na zachodzie). Kartagina zapłaciła kontrybucję w wysokości 2000 talentów (czyli ponad 50 ton srebra) i ofiarowali złoty wieniec dla Damarete (małżonki Gelona) która oficjalnie występowała w imieniu Kartaginy jako łagodząca konflikt. Jednak posiadłości Kartaginy na Sycylii nie zostały uszczuplone (tym bardziej że tamte fenickie emporia wciąż jeszcze były mocno niezależne od Kartaginy). Anaksilaos z Rhegion pogodził się z Gelonem, zaś Terillos z Himery zginął w dziwnych i do końca niewyjaśnionych okolicznościach. W Selinuncie zawarto sojusz z Akragas i Syrakuzami. Gelon stał się odtąd bardzo sławny w greckim świecie, wystawił też na własny koszt trzy nowe świątynie (w Himerze, Akragas i Syrakuzach), ale wciąż było mu mało, tym bardziej po zwycięstwie Greków kontynentalnych w bitwach z Persami pod Salaminą (480 r. p.n.e.) i Platejami (479 r. p.n.e.). Wciąż mu się wydawało, że w Grecji nazywają go "medystą" (sojusznikiem Persów) co go bardzo irytowało. Zaczął więc rozgłaszać (a ponieważ jego skarbiec był pełen złota i srebra, znalazł do tego wielu chętnych poetów, pisarzy i mówców) po całej Helladzie, że nie mógł przyjść z odsieczą, ponieważ walczył na Sycylii z takim samym zagrożeniem, z jakim zmagali się Grecy z kontynentu. Mało tego, to właśnie od niego wyszła plotka (potem powtarzana przez kilku greckich pisarzy, jak choćby wspomniani wcześniej: Eforos i Diodor z Halikarnasu, choć już Herodot o tym nie wspomina) że Kartagina była w ścisłym sojuszu z Persami i wspólnie pragnęli oni zgnieść Hellenów od Wschodu i Zachodu. Ta plotka miała zamknąć usta tym wszystkim, którzy oskarżali Gelona o "medyzm", ale realnie była bzdurą. Kartagińczykom wcale nie zależało na zwycięstwie Persów nad Grecją, bo wtedy powstałaby tam perska satrapia, a kolejnym etapem perskiej zachłanności stałaby się zapewne Sycylia - a tam przecież były fenickie emporia sprzymierzone z Kartaginą. Jaki sukces odniosłaby więc Kartagina w takiej sytuacji, musząc zmierzyć się z wielonarodową potęgą Króla Królów (który już stawiał Kartagińczykom warunki we wspomnianym wyżej poselstwie). Co prawda być może Persowie chcieliby zawrzeć taki anty-grecki sojusz, ale Kartagińczycy nie wyrazili na niego zgody i nawet jeden okręt z Kart Hadaszt nie popłynął na Wschód na pomoc Persom w bitwie z Grekami (głównie Ateńczykami) pod Salaminą. Miasto bogini Tanit nie życzyło sobie perskiej obecności w pobliżu własnych portów i perskich interesów, które kolidowałyby z ich własnymi. Dlatego też pogląd że doszło do zawarcia persko-kartagińskiego sojuszu jest zwykłą propagandową... lipą.


POD TERMOPILAMI
(480 r. p.n.e.)



Ale Gelon miał ten kompleks, czego przejawem było ufundowanie przez niego w Świątyni Apolla w Delfach złotego trójnoga i posągu bogini Nike z napisem: "Poświęcił Apollonowi Gelon, syn Dejnomedesa, Syrakuzanin, wykonał zaś trójnóg i posąg Nike Bion, syn Diodora, Milezyjczyk". Podobny trójnóg i posąg wystawili w tej świątyni po bitwie pod Platejami Ateńczycy i Spartanie. Gelon zmarł wkrótce potem (jeszcze w 478 r. p.n.e.) u szczytu swej sławy, pozostawiając władzę nad stworzonym przez siebie sycylijskim imperium, swemu bratu - Hieronowi, który kontynuował ekspansywną politykę brata. 


WYROCZNIA APOLLINA W DELFACH



 CDN.

04 grudnia 2025

MÓJ OJCIEC "KRÓL POLSKI" - Cz. I

CZYLI HISTORIA NAZISTOWSKIEGO ZBRODNIARZA, OPOWIEDZIANA PRZEZ JEGO SYNA




"Matka (...) Przyjechała po nas trzy, cztery dni po powieszeniu ojca. Był chłodny, słoneczny dzień, druga połowa października 1946 roku, a ona była ubrana w kwiecistą wiosenną sukienkę. Zabrała nas na spacer. Szedłem obok niej po prawej stronie, a Michael i Gitti po drugiej. Powiedziała wesołym głosem, że tata nie żyje, jest w niebie i jest bardzo szczęśliwy. "Spójrzcie! Ja mam się dobrze. Jestem w wiosennej sukience". Moje rodzeństwo zaczęło strasznie płakać, a ja nie. "Popatrzcie na Niklasa. On też nie płacze" - powiedziała do Michaela i Gitti, ale jednocześnie bardzo mocno ścisnęła mi rękę, pytając dlaczego nie płaczę. A ja wiedziałem, podobnie jak moi bracia i siostry, że nasz ojciec musi spodziewać się wyroku śmierci"


Taką rodzinną historię ze swego życia przedstawił Niklas Frank, najmłodszy syn generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich - Hansa Franka, który został skazany na karę śmierci i powieszony w Norymberdze - 16 października 1946 r. Miał wówczas 46 lat. Ostatnie miesiące jakie spędził w więzieniu sprawiły, że stał się bardzo religijny. Codziennie się modlił, a gdy przyszedł dzień jego egzekucji, jego ostatnie słowa brzmiały: "Proszę Boga, by zabrał moją duszę. Oby Pan przyjął mnie litościwie. Jestem wdzięczny za to, jak traktowano mnie w więzieniu", a gdy kat Armii Stanów Zjednoczonych, krępy Teksańczyk, zacisnął na jego szyi powróz i założył kaptur na jego głowę, to nim nakazał zwolnić zapadnię, Hans Frank zdołał jeszcze rzec: "Chryste, zlituj się" i potem już zamilkł

Niklas Frank był jedynym spośród dzieci nazistowskiego zbrodniarza, który szczerze nienawidził ojca za to co robił, i często zarówno ojca jak i matkę określał różnymi epitetami. Podczas jednego z wywiadów mówił np.: "Mój ojciec sam został powieszony, a jednocześnie jakby powiesił swoją rodzinę. My, cała piątka jego dzieci, bardzo ucierpieliśmy. Nie było nam łatwo żyć. Zaraz po wojnie, w 1945 roku, kiedy został aresztowany, nie było rodziny, w której ktoś nie zginąłby na wojnie. Wszędzie widać było okaleczonych - bez nogi, ręki, oka. Każde dziecko znało kogoś, kto zginął. Ale kiedy jest się rodziną, w której ojciec przeżył, lecz został aresztowany i codziennie rozpisują się o nim gazety, a potem zostaje skazany jako zbrodniarz wojenny i powieszony - to jest to coś zupełnie innego. Dla większości z nas było to trudne. (...) Mój brat Norman powiedział kiedyś: "Wiesz, dlaczego mieliśmy tak wysokie poczucie własnej wartości? Bo wcześniej mieliśmy służbę". Wtedy, gdy ojciec był generalnym gubernatorem okupowanych ziem polskich, żyło nam się znakomicie. Nie byłem świadkiem ani jednego aktu wojny, ani jednego bombardowania czy ucieczki. Byłem księciem Polski i było mi dobrze. Mój brat Michael, o czym dowiedziałem się po jego śmierci, opowiadał swoim dzieciom, jacy to Frankowie byli kiedyś wielcy i jak to w Polsce było wspaniale. Norman i Sigrid nie zachwycali się życiem w Polsce w taki sposób. Oni bardziej cierpieli z powodu śmierci - jak mówili - swojego "niewinnego ojca". O swej matce Brigitte Niklas mówił zaś tak: "Trzeba przyznać, że harowała dla nas i cenię to. Mogła przecież być taką fanatyczką jak żona Goebbelsa i nas zamordować. Później uświadomiłem sobie, że moja matka była jedną z bardzo niewielu, a może jedyną znaną mi osobą, która żyła tylko tu i teraz: bogactwo się skończyło, jest bieda i co z tym teraz zrobię? Dlatego nie pamiętam żadnych jej westchnień za przeszłością (...) W czasach Trzeciej Rzeszy moja matka była bezwzględna. Człowiekiem stała się dopiero wtedy, gdy straciła cały majątek i męża, i kiedy byliśmy naprawdę biedni. Doceniam, że nigdy nie gloryfikowała ani mojego ojca, ani tego wspaniałego czasu, który naprawdę przeżyła, jeśli pominiemy moralność. (...) Ze wszystkich sił starała się utrzymać przy życiu piątkę dzieci i poprowadzić je dalej. Zmarła w wieku zaledwie 63 lat".

Takie i temu podobne relacje i doświadczenia potomków nazistowskich zbrodniarzy, zebrał i umieścił w swej książce "Dzieci Hitlera. Jak żyć z piętnem ojca nazisty" - Gerald Posner. W książce tej jest wiele ciekawych przykładów i bardzo wiele różnych prób wytłumaczenia, zarówno przed swym własnym sumieniem jak i swoim otoczeniem, czynów popełnianych przez ojców, którzy okazywali się być potworami w ludzkiej skórze. Ja jednak w tym temacie chciałbym się skupić tylko i wyłącznie na tym jednym jedynym przykładzie Hansa Franka i tego, jak widziały go jego własne dzieci (szczególnie zaś ów najmłodszy Niklas Frank). Zapraszam zatem do opowieści o wykształconym człowieku, prawniku, osobie kulturalnej która jednak zamieniła się w bydlaka, w mordercę zza biurka i zbrodniarza wojennego. Niklas twierdził, że jego ojciec był katolikiem nim uwierzył w nazizm i Hitlera, następnie porzucił religię, ale wrócił do niej po upadku swego bożka. Niklas dodał że jego ojciec zawsze potrzebował mieć jakiegoś Boga, albo tego w niebiosach, albo boga fuhrera. Oto jego historia:





TYSIĄC LAT WINY
HANS FRANK - GENERALNY GUBERNATOR POLSKI, 
I JEGO SYNOWIE NIKLAS I NORMAN


Hans Frank nie okazywał już zdenerwowania. Były generalny gubernator Polski w czasie procesu norymberskiego wykonywał rozgorączkowane ruchy, ale w noc egzekucji był spokojny. Kiedy strażnicy zjawili się w jego celi, by odprowadzić go na szafot, klęczał, pogrążony w modlitwie. Było kilka minut po pierwszej w nocy, 16 października 1945 roku, kiedy ruszył
z dwoma komandosami i księdzem przez więzienne skrzydło i zaciemniony
korytarz do hali sportowej. Ręce miał skute za plecami. Gdy wchodził na
salę, mocne, jaskrawe światło sprawiło, że zamrugał oczyma, ale jako jedyny
ze skazanych zdobył się na uśmiech.

Jego spojrzenie natychmiast zatrzymało się na trzech ustawionych
w rzędzie czarnych szubienicach. Alfred Rosenberg i Ernst Kaltenbrunner już
wisieli, ale jeszcze nie umarli. Frank zerknął w stronę kilku stołów, przy
których cisnęli się świadkowie, reporterzy i przedstawiciele alianckich władz.
Wziął haust wilgotnego powietrza przesyconego dymem papierosowym
i aromatem kawy i pośpiesznie pokonał trzynaście schodków. Żołnierz
w randze podpułkownika poprosił go o podanie nazwiska, a potem
poprowadził do środkowej szubienicy. Tam czekali oficjalny kat armii
Stanów Zjednoczonych i dwaj ochotnicy. Zastąpili kajdanki czarnymi
sznurowadłami i spytali Franka, czy chciałby coś powiedzieć. Poszedł za radą
udzieloną mu przez księdza i wypowiedział zdania: "Proszę Boga, by zabrał moją duszę. Oby Pan przyjął mnie litościwie. Jestem wdzięczny za to, jak
traktowano mnie w więzieniu".

Sierżant John Woods, gruby Teksańczyk z czerwoną twarzą, który
w piętnastoletniej karierze powiesił trzystu czterdziestu siedmiu ludzi,
postąpił krok naprzód i umieścił pętlę na szyi Franka. W tym samym czasie
asystent związał kostki skazańca komandoskim paskiem, a na głowę opuszczono mu wielki czarny kaptur. Amerykański pułkownik wykonał
dłonią szybki ruch, jakby coś przecinał, i Woods pociągnął za dźwignię.
Frank krzyknął przez tkaninę: "Jezu, zlituj się!", i w tej samej chwili zniknął,
jakby go piekło wessało.

Hans Frank miał czterdzieści sześć lat, kiedy go stracono. Był gruntownie
wykształconym prokuratorem, człowiekiem dobrze wychowanym
i odznaczającym się wysoką kulturą osobistą, ale to nie uchroniło go przed
popełnieniem zbrodni przeciwko ludzkości. Jego wypowiedzi na temat
eksterminacji Żydów i wykorzenienia polskiego społeczeństwa zaliczają się
do najbrutalniejszych spośród wszystkich zanotowanych w czasie wojny. Jak
ktoś tak wysublimowany mógł skończyć na szafocie, fascynowało
historyków i gnębiło jego rodzinę.




Frank miał pięcioro dzieci. Sigrid, najstarsza z nich, mieszkała w Afryce
Południowej i przyjęła nazwisko męża. Brigitte, trzecia z kolei, zmarła
w 1981 roku w wieku czterdziestu sześciu lat. Była chora na raka, lecz
rodzina podejrzewa, że popełniła samobójstwo. Zawsze powtarzała, że nie
będzie żyła dłużej niż ojciec. Michael, starszy od Brigitte, solidaryzował się
z ojcem, wierząc, że wiele nazistowskich zbrodni zostało wyolbrzymionych.
Z dwoma pozostałymi braćmi długo rozmawiałem o wielu sprawach.

Niklas Frank, najmłodszy z całej piątki, urodził się 9 marca 1939 roku. Choć
to człowiek towarzyski i ciepły, o ojcu wyrażał się jak najsurowiej.
"Nienawidzę go" - mówi. "Nie potrafi pan sobie nawet wyobrazić, jak
bardzo go nienawidzę". W 1987 roku Niklas opublikował książkę o swoim
ojcu. Nosiła tytuł Mój ojciec Hans Frank. W Niemczech spotkała się
z gwałtowną krytyką z powodu jawnego obrzydzenia, jakie Niklas
deklarował wobec ojca. Nazywał go między innymi "słabą, próżną,
pozbawioną charakteru, lichą kreaturą', "tchórzliwą marionetką", "oślizłym
hipokrytą i głupcem" oraz "mordercą". Niklas zastanawia się, czy ojciec był
"ukrywającym swoją orientację homoseksualistą", a także opisuje Hansa
Franka jako "żałosnego lizusa", "półgłówka" i "durnia". Te emocjonalne
wyznania, w połączeniu z szorstkim stylem Niklasa, narobiły sporo szumu.

Autor snuł fantazje o ojcu uprawiającym seks z Hitlerem, streścił
podniecające go sny o egzekucji Hansa Franka i żywo odmalował swoich
rodziców w piekle. Wyszło na to, że nie cierpi matki tak samo mocno jak
ojca, "z tym, że ona nie była równie zniewieściała jak on". Ze wszystkich
dzieci nazistów, z którymi rozmawiałem, jedynie Niklas darzył rodziców
pogardą. Jako jedyny też bez wahania odpowiedział "tak" na pytanie, czy
wydałby ojca, gdyby ten się ukrywał.


HANS I BRIGITTE Z MAŁYM NIKLASEM
(1941)



Najstarszy syn Hansa Franka, Norman, urodził się 3 czerwca 1928 roku i był ulubieńcem ojca. To cichy i refleksyjny człowiek, fizycznie
i emocjonalnie w niczym nie przypominający towarzyskiego Niklasa. Był
niższy od mierzącego sto osiemdziesiąt centymetrów brata. Ten wówczas
szczupły sześćdziesięciodwulatek (Norman zmarł w 2007 roku),
nieco przygarbiony, cierpiący z powodu wrzodów i związanych z nimi
dolegliwości, spędzał większość czasu w zaciemnionym gabinecie w swoim
bawarskim domu, bo był bardzo wrażliwy na światło. Norman bardzo kochał
swojego ojca. W trakcie wywiadu twierdził, że nadal go kocha, choć poczuł
się zdradzony, gdy po zakończeniu wojny dowiedział się, co zrobił.

"Wszystko zmieniło się, kiedy zobaczyłem pierwsze zdjęcia z Auschwitz
i dotarło do mnie, co się naprawdę wydarzyło" - wspominał. Zdumiewało go,
że ojciec był pełen sprzeczności. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy,
pokazał mi dwa zdjęcia: jedno idylliczne, przedstawiające całą rodzinę,
a drugie ukazujące Hansa Franka w Norymberdze eskortowanego przez
amerykańskiego komandosa w białym hełmie. Te dwie fotografie dowodzą,
z czym zmagał się Norman. Pokazują różnicę pomiędzy kochającym
i poważanym rodzicem a zbrodniarzem wojennym. Norman nie mógł
przestać o tym myśleć.
"Często płacze z powodu ojca" - mówiła jego żona Elizabeth. "On
zrujnował mu życie. Uważa, że przez to, co zrobił Hans Frank, nie ma prawa
do szczęścia". "Myślę o nim każdego dnia" - przyznał Norman. "Ale nie mógłbym napisać książki jak Niklas. Cieszę się, że się tak z tym uporał, ale ja myślę o ojcu inaczej".

Ci niepodobni do siebie bracia zmagali się z tym samym dziedzictwem.
Ich ojciec Hans Frank, drugi z trojga rodzeństwa, urodził się w katolickiej
rodzinie z klasy średniej 23 maja 1900 roku w Karlsruhe. Był synem
prawnika, którego pozbawiono uprawnień adwokackich, "słabeusza i kobieciarza", jak mówił Norman. Niklas dodał, że był to człowiek
podstępny. Matka porzuciła rodzinę, by zamieszkać z niemieckim
profesorem w Pradze, i jako nastolatek Hans Frank kursował między
rodzicami. Z powodu młodego wieku podczas pierwszej wojny światowej był
w wojsku tylko rok i nigdy nie znalazł się na linii frontu. W 1919 roku, już
jako student monachijskiego uniwersytetu, wstąpił do prawicowej Deutsche Arbeiterpartei (Niemieckiej Partii Robotników), a gdy w 1923 roku
przekształciła się ona w partię nazistowską, automatycznie został
szturmowcem. Jego dziennik z tamtego okresu dowodzi, że miał obsesję na
punkcie niemieckości i postrzegał niemiecką naukę, literaturę i muzykę jako
lepsze od wszystkich innych. Był zaciekłym nacjonalistą, pompatycznie
komentującym upadek zachodniej cywilizacji i konieczność zbudowania
silnych Niemiec.

 


W tym czasie Hans Frank poznał też swoją żonę Brigitte, która pracowała
jako stenotypistka w parlamencie Bawarii. Była od niego o pięć lat starsza.
Pobrali się po ośmiu miesiącach znajomości. Niklas postrzegał matkę jako
"podstępną diablicę, która wiedziała, czego chce, i zawsze to dostawała".
Nawet w podróż poślubną zabrała swojego kochanka (Frank nie wiedział
o tym związku), syna hamburskiego potentata armatorskiego. Zachowały się
ich wspólne fotografie z miesiąca miodowego Franków, które zrobił sam
Hans, według Niklasa "pozbawiony charakteru kretyn". Norman nie
podzielał zdania brata na temat ich matki, nie uważał jej za manipulantkę. "Z
upływem czasu kocham matkę coraz bardziej" - twierdził. "Rzeczywiście
wiedziała, czego chce, ale musiała na to zapracować. Była bardzo silną
kobietą, w tym małżeństwie to ona miała bez porównania silniejszą
osobowość. Ojciec się jej bał, a ona jego nie". 

Frank, który w trakcie wojny
stoczył gorzką potyczkę rozwodową, podczas pobytu w Norymberdze napisał
o niej w liście zaadresowanym do matki. Wyznał, że ożenił się z Brigitte wyłącznie pod wpływem "erotycznego upojenia" i że od tamtej pory nieustannie tkwił w "mentalnej niewoli". List wysłano omyłkowo do Brigitte. Niklas pamiętał, że była wściekła i "chciała rozebrać mury Norymbergi, cegła po cegle, żeby się tam dostać". Ojciec Sixtus O’Connor, katolicki
kapelan więzienny, powiedział później Niklasowi: "Nawet w celi dalej
obawiał się twojej matki". Ale w końcówce lat 20. XX wieku problemy małżeńskie jeszcze się nie ujawniły. 

Franka pochłaniała kariera zawodowa. W 1927 roku, kilkanaście miesięcy po zdaniu egzaminu w niemieckiej adwokaturze, zobaczył w nazistowskiej gazecie ogłoszenie. Poszukiwano prawnika do obrony członków partii. Przyjął sprawę i uzyskał dla oskarżonych łagodne wyroki.
Zagwarantowało mu to więcej pracy w charakterze prawnika nazistów,
"odrażającego krzykacza", jak to ujął Niklas. Hans Frank bronił setek
nazistów, głównie w sprawach dotyczących pobicia komunistycznych rywali. Raz wezwał Hitlera na świadka. Przyszły Führer był pod wrażeniem
retorycznych zdolności prawnika, choć jego zdaniem miał on trochę za
wysoki głos. Hitler zatrudnił go jako osobistego adwokata i Frank
reprezentował nazistowskiego przywódcę podczas ponad stu pięćdziesięciu
procesów.

Jemu też powierzono zadanie delikatnej natury. Miał obalić szerzone przez przeciwników plotki, jakoby Hitler miał żydowskich przodków. "Mój ojciec do samego końca był głupio dumny z tych
prawniczych osiągnięć" - mówił Niklas. Za lojalną służbę nagradzano Franka szybkimi awansami. W 1939 roku był już Reichsleiterem (naczelnikiem) partii nazistowskiej. W ciągu trzech lat
po tym, jak Hitler został kanclerzem, Frank otrzymał całe mnóstwo ważnych
stanowisk. Został między innymi przewodniczącym Akademii Prawa
Niemieckiego (którą założył) oraz Międzynarodowej Izby Prawnej,
mianowano go też ministrem sprawiedliwości w Bawarii. 

W 1925 roku Frank wszedł w związek małżeński, a dwa lata później urodziło się jego pierwsze dziecko, Sigrid. Norman, który przyszedł na świat rok później, sięgał pamięcią do roku 1932, gdy miał cztery lata, a partia nazistów zyskała
przewagę w niemieckim parlamencie. "Moje najwcześniejsze wspomnienie
dotyczące rodziny jest takie, że miałem tylko matkę" - opowiada. "Ojciec był
zawsze zajęty. Później dowiedziałem się, że był to czas wielu politycznych
starć. Należeliśmy zdecydowanie do wyższej klasy średniej, nasz dom był
bardzo duży, z wielkimi, ładnie urządzonymi pokojami. Zarówno moja
siostra, jak i ja mieliśmy nianie, ale nie pamiętam żadnej z nich, tylko matkę".

Norman poszedł do szkoły w Monachium w 1934 roku, w wieku sześciu
lat. Ten rok okazał się nadzwyczaj ważny dla jego ojca. W czerwcu Hitler
postanowił dokonać czystki wśród przywódców Oddziałów Szturmowych
NSDAP (SA), organizacji zrzeszającej dwa i pół miliona członków. Kazał aresztować Ernsta Röhma, swojego długoletniego przyjaciela i poplecznika, a także setki innych oficjeli. Hitler przyleciał z Bonn do
Monachium 30 czerwca, by osobiście nadzorować zatrzymanie Röhma.
Wszyscy aresztowani przywódcy zostali zabrani do monachijskiego
więzienia Stadelheim podlegającego jurysdykcji Franka. Sześcioletni
wówczas Norman zapamiętał ten dzień tak: "W "noc długich noży" siedziałem z ojcem w prowadzonym przez szofera
mercedesie, na drodze niedaleko Monachium. Hitler podszedł do auta,
wsunął głowę przez okno i coś do niego powiedział".

Sprawa osiągnęła punkt krytyczny, kiedy dwa dni później Hitler wysłał
do więzienia Stadelheim oddziały SS, żeby przeprowadziły egzekucję
niektórych przywódców SA, mimo że nie postawiono im żadnych zarzutów.
Przejęty Frank zadzwonił do Hitlera, a następnie do Hessa. Jako minister
sprawiedliwości i zarządzający więzieniem zaprotestował przeciwko
wykonywaniu takich wyroków bez procesu. Hitler nie chciał go słuchać.
Podniesionym głosem wyjaśniał, dlaczego więźniowie przebywają
w Stadelheim: "nie znalazłem innego odpowiedniego miejsca, w którym
mógłbym ich umieścić. Są jedynie twoimi gośćmi. Ja i Rzesza mamy nad
nimi pełną władzę, nie Bawaria”. Frank się wycofał i przekazał dziewiętnastu
mężczyzn katom z SS. Röhma zamordowano w jego celi następnego dnia.

To, co Norman zobaczył w samochodzie dwa dni wcześniej, to był początek
morderczej działalności ojca.
"To był moment, w którym ojciec się sprzedał" - powiedział. "Moment
całkowitej deprawacji, kiedy padł na kolana przed Hitlerem. Od tamtej chwili
wszystko kręciło się wokół pieniędzy i władzy, a on nie był już prawnikiem.
Wiem, że żałował tej decyzji. Wiem tak, jak tylko syn może to wiedzieć. Mój
ojciec cierpiał, ponieważ był za słaby. Nie umiał się sprzeciwić Hitlerowi".
Niklas całkowicie zgadza się w tej sprawie z bratem, ale jest oczywiście
surowszy w ocenie. "Kompletnie zignorował prawo, choć - co jest tym
bardziej hańbiące - doskonale je znał. Od tamtej pory był jednym z nich,
miał krew w gardle, na rękach, w duszy i na sumieniu".


HANS FRANK JAKO WIELKORZĄDCA POLSKI



Choć Frank przystał na czystkę w SA, jego początkowe wahanie
rozczarowało Hitlera. W styczniu następnego roku Führer mianował go
ministrem Rzeszy, ale bez teki. Było to prestiżowe stanowisko, choć
praktycznie niezwiązane z rządzeniem. Tym niemniej wymagało
przeprowadzki do Berlina. Norman, wówczas siedmioletni, ma wyraźne
wspomnienia z kolejnych czterech lat spędzonych w stolicy. "Ojciec wciąż piął się w górę. Wiedziałem, że jest ważny. Musiałem wiedzieć. Mieliśmy
trzy duże limuzyny z szoferami, adiutantów i tym podobne udogodnienia.
Nawet z rejestracji samochodów wynikało, że ojciec jest kimś szczególnym.
Mieliśmy też bardzo dużą willę z wielkim ogrodem, ale obok nas nikt nie
mieszkał. Musiałem się bawić z szoferami. Podczas przerw uczyli mnie boksować i palić papierosy. Grałem też w tenisa, sam ze sobą, odbijając piłeczkę od ściany. Ojciec był stale w rozjazdach, a matkę pamiętam albo w ciąży, albo podczas pobytów w szpitalu. A nawet gdy przebywała w domu, miała mnóstwo obowiązków jako żona ministra. Jej także nie widywałem
zbyt często. Nie miałem żadnych kolegów ze szkoły, bo nasza willa znajdowała się na uboczu i nikt mnie nigdy nie odwiedzał. Trzymałem ze
starszą siostrą, ale ona była bardziej towarzyska ode mnie, miała wielu
przyjaciół i często wychodziła. W Berlinie było bardzo miło, bardzo
spokojnie, ale też czułem się bardzo samotnie".

Norman uciekał w książki. Jego ojciec również był zapalonym
czytelnikiem, lubił dzieła historyczne, filozoficzne i beletrystykę. "W tamtym
czasie najważniejszymi książkami, jakie przeczytałem, były Przygody Tomka
Sawyera i Przygody Hucka Finna, wydane w jednym tomie" - wspomina
Norman. "Od tej pory byłem stracony dla Trzeciej Rzeszy. Myślami
uciekałem do Jima, nad rzekę Missisipi. To było dla mnie zupełnie
wyjątkowe doświadczenie, miało na mnie ogromny wpływ. Ten świat tak
bardzo różnił się od tego, który znałem. Indianie, po prostu wszystko.
Wydawało mi się to dziwne, ale wspaniałe. Przeczytałem tę książkę w wieku dziewięciu lat i wciąż doskonale ją pamiętam. Miałem rozwiniętą wyobraźnię i bardzo wyraźnie widziałem wszystkie sceny. Wolałbym być tam niż
w Berlinie". Norman uważał świat stworzony przez Marka Twaina za cudowny i nie zdawał sobie sprawy, że jego własne dzieciństwo również było dość niezwykłe.

Ze względu na swoją pozycję rodzice często przyjmowali ważnych nazistów. Norman poznał Goebbelsa w Ministerstwie Propagandy
i Oświecenia Publicznego, a Göringa podczas monachijskiego karnawału.
Himmlera też spotkał w Monachium. Mussolini, bliski przyjaciel ojca,
odwiedził ich berliński dom. "Mussolini to jedyny znajomy ojca, którego nie
polubiłem. Wszyscy inni byli dla mnie bardzo mili. Göring zawsze robił na
mnie wrażenie bardzo błyskotliwego, bardzo inteligentnego. Ale nie
znosiłem tych spotkań. Nienawidziłem ich. Zazwyczaj byłem zażenowany,
bo rozlewałem gorącą czekoladę albo robiłem coś w tym rodzaju. Nauczono
mnie, żebym siedział cicho, zachowywał się poprawnie, prezentował
nienaganne maniery, ale zawsze się bałem, że zrobię coś nie tak. Podczas
tych wieczorów, gdy zjawiało się sześćdziesięcioro lub więcej gości,
musiałem stać razem z rodziną w rzędzie i ze wszystkimi się witać. To było
okropne. Często chciałem uciec do kuchni i przebywać z obsługą. Byłem
bardzo zamkniętą osobą w bardzo otwartym domu".

Po latach Norman ciągle czuł zawstydzenie, gdy przypominał sobie, jak
wybrano go, by wręczył Mussoliniemu bukiet kwiatów na dworcu. Setki
partyjnych dygnitarzy wyczekiwały Il Duce, a on był przerażony, że popełni
jakiś błąd, którym zhańbi zarówno siebie, jak i ojca. "Powiedziałem matce,
że wolałbym zjeść zgniłe brzoskwinie niż wręczać kwiatki Mussoliniemu" -
wspominał. Pozwoliła mu zrezygnować z tego wątpliwego zaszczytu.
W tych krótkich chwilach, gdy widywał rodziców, Norman zdołał
wyrobić sobie zdanie na ich temat. Pamiętał, że oboje byli wybuchowi, ale
potrafili się kontrolować i rzadko się przy nim kłócili. Uczucia i religia nie
zajmowały w domu ważnego miejsca. 

"Mój ojciec był bardzo inteligentny,
bardzo dowcipny, lepiej wykształcony niż matka, ale ona okazała się od
niego sprytniejsza w codziennym życiu i znała się na ludziach" - mówił.
"Bardzo się od siebie różnili. On był prawnikiem, pianistą, pisarzem, koneserem sztuk pięknych. Każdego dnia grał klasyczne utwory na
fortepianie lub organach. Potrafił zagrać wszystko po jednokrotnym
wysłuchaniu". "Ojciec nie bujał w obłokach. Był bardzo praktyczny, pamiętam, że na początku rozprawiał o polityce nawet przy kolacji. Był nierozważny i mówił o rzeczach, których nie powinien zdradzać. Zawsze czułem, że nie jest przekonany o zwycięstwie Niemiec. Sądzę, że od początku miał wątpliwości. Zrobił, co musiał, co do niego należało, ale nie sądzę, by wierzył
w ostateczną wygraną". Norman jest jedynym członkiem rodziny, który odniósł wrażenie, że ojciec od początku miał chwile zawahania. Berlińscy koledzy Hansa Franka twierdzą, że podchodził do swojej pracy gorliwie i był oddanym
zwolennikiem narodowego socjalizmu, a Hitlerowi okazywał niewolnicze
przywiązanie.


HANS FRANK NA WAWELU W KRAKOWIE 



"POLSKIE DROGI"

2:05 - "MÓWIONO MI DZIŚ, ŻE NASI ŻOŁNIERZE TRZYMAJĄ WARTĘ PRZED GROBEM PIŁSUDSKIEGO NA ZAMKU GUBERNATORA"

"NA ZAMKU WAWELSKIM!"

"TAK SIĘ NAZYWAŁ?"

"TAK SIĘ NAZYWA!"



W 1936 roku Hans Frank i Norman wzięli udział w ceremonii otwarcia
igrzysk olimpijskich. Ojciec miał tak napięty grafik, że na rozgrywki zabierał
ośmiolatka adiutant. "Moim ulubieńcem był Jesse Owens, bo zdobył trzy
złote medale. W tamtym czasie nie wiedziałem, że nazistowscy hierarchowie
są niechętni czarnoskóremu Owensowi. Nie dotyczyło to zwykłych Niemców, wszyscy go lubili. Tylko jego pamiętam z tamtej olimpiady. Zapomniałem nawet, jak wyglądała ceremonia otwarcia, choć podobno była spektakularna". Norman twierdzi, że w szkole pozycja ojca nie zapewniała mu specjalnego traktowania. "Chłopiec siedzący obok w ławce był Żydem. Wiedziałem o tym, bo ja jako katolik, a on jako Żyd nie mogliśmy chodzić razem na lekcje religii. Urządzaliśmy sobie zatem długie spacery. Lubiliśmy się. W 1938 zniknął. Nie dowiedziałem się wtedy dlaczego. Nikt o nic nie pytał ani nic nie powiedział. Ale nie sądziłem, że to niezwykłe, bo w szkole uczyło się wiele dzieci dyplomatów i ludzi, którzy często przyjeżdżali
i wyjeżdżali".

Rok 1938 był także rokiem nocy kryształowej, aktu terroru, podczas
którego bandy nazistów zniszczyły tysiące synagog i żydowskich
przedsiębiorstw. Norman pamiętał również to listopadowe wydarzenie
i reakcję swojego ojca. "Ojciec przyleciał z Monachium, a ja pojechałem
z matką autem, żeby go odebrać. Gdy do nas podszedł, matka od razu
spytała: "Hans, czy miałeś z tym coś wspólnego?". On odparł szybko: "Nie,
przysięgam ci, że nie mam z tym nic wspólnego. Moja matka, jak każdy
przyzwoity Niemiec, była tym zszokowana. Ludzie nie akceptowali takiego wandalizmu. Ale ze strony Hitlera było to bardzo sprytne posunięcie, bo w tamtym czasie nikt z nas nie wiedział, że to on za tym stoi. Sądziliśmy, że to Goebbels. Od tamtego momentu to nie była już prawdziwa Trzecia Rzesza.
Rozpoczęła się wojna przeciwko licznym środowiskom i pojedynczym
ludziom".

Norman i Niklas nie są zgodni co do tego, czy ich rodzice lubili
berlińskie życie na świeczniku w otoczeniu nazistów. Norman opierał swoje
przypuszczenia na obserwacjach z okresu, kiedy z nimi mieszkał. Niklas
czytał zapiski rodziców, wysłuchał licznych świadków i przestudiował setki
dokumentów z tamtych czasów. Norman wierzył, że rodzice mieli
"obowiązek angażować się w życie publiczne, ale woleliby zachować
prywatność. Ojciec chętniej by czytał, niż zabawiał gości. Matka wolałaby,
gdyby jej mąż wciąż miał małą kancelarię w małym mieście. Tego właśnie
chciała i to by ją uszczęśliwiło. Oczywiście każda kobieta jest dumna, kiedy jej mąż robi taką karierę, ale nie było to jej pragnieniem. Obserwowałem
i słyszałem różne rzeczy w naszym domu. Wiem, że mam rację". Norman twierdzi, że ojciec zmienił się dopiero po 1940 roku. "W Polsce gromadzenie władzy i bogactwa stało się dla niego ważne, ale wcześniej było inaczej".

Niklas uważa, że jego rodzicom od zawsze na tym zależało. "Matka
kochała władzę, stanowiska, pieniądze i swoją pozycję" - twierdził.
"Uwielbiała też to, że może rządzić ojcem, służbą, Żydami w getcie". Syn
potępiał oboje za "dorobienie się na łupach" w czasie, gdy ojciec był
generalnym gubernatorem, a ona pierwszą damą podbitej Polski.
"Zgromadziła tam cały magazyn futer" - twierdził Niklas. "Kazała się
nazywać "Frau Minister". Ale łatwo potrafię sobie wyobrazić, jak w latach
1933–1939 zabiega o kolejne dobra, kupuje suknie, pije herbatkę w Carltonie
i jeździ z przyjaciółkami wielkim mercedesem". Jeśli chodzi o ojca, Niklas
nie ma wątpliwości, że umiłowanie prestiżu i władzy kompletnie go
zdeprawowało. "Zaprzedał duszę, żeby znów stać się ważny. Przed
mianowaniem na generalnego gubernatora był politycznym trupem. Zabiegał o takie stanowisko, kiedy przebywał w Berlinie".




Punkt kulminacyjny kariery Hansa Franka przypadł na 26 września 1939
roku, zaledwie siedem miesięcy po narodzinach Niklasa. Hitler mianował go
generalnym gubernatorem okupowanej Polski. Ukląkł wtedy w Berlinie
przed żoną na jedno kolano i powiedział: "Brigitte, będziesz królową Polski". Ona wraz z dziećmi wróciła do domu w południowej Bawarii, znajdującego
się nieopodal przepięknego jeziora i górskiego miasteczka Schliersee, a jej
mąż udał się na wschód, do Krakowa. Trzydziestodziewięcioletni generalny
gubernator ustanowił swoją kwaterę na Wawelu. Zamek, pełen antyków
i cennych dzieł sztuki, uważano za miejsce święte. We wcześniejszych
wiekach w jego murach odbywały się koronacje polskich królów, były tam
ich groby, którymi się z czcią opiekowano. Urządzając się w budynku
z widokiem na Kraków, ale też polską prowincję, Frank zaczął wzorować
swoje nowe królestwo na państwie nazistowskim. Wkrótce po przybyciu
ustanowił swoje zasady: "Polska powinna być traktowana jak kolonia; Polacy
powinni być niewolnikami wielkiego imperium niemieckiego".




CDN.

03 grudnia 2025

PRYWATNE ŻYCIE DYKTATORÓW - Cz. I

CZYLI JAK ŻYLI: HITLER, STALIN,

MUSSOLINI, MAO ZEDONG...



 

Dziś zapraszam na nową serię tematyczną, która obejmować będzie przede wszystkim prywatne życie dyktatorów (często największych i najkrwawszych dyktatorów, takich jak Hitler, Stalin, Mao Zedong czy Pol Pot). Oprócz informacji ściśle prywatnych na temat danych dyktatorów, omówię również wydarzenia dziejące się w danym momencie historycznym w państwach, którymi władali, a także opiszę prywatne upodobania i talenty jakie owi dyktatorzy często przejawiali, a były one różnorakie (Stalin np. pisał świetne wiersze, Hitler dobrze malował, a szczególnie szkicował, a Mao także pisał piękne wiersze, szczególnie o miłości). Wydaje się to dziwne że takie potwory w ludzkiej skórze zdolni byli do tak wzniosłych i często pięknych dzieł, ale jeśli uświadomimy sobie, że tak naprawdę to wszystko jest naszym wspólnym czyśćcem, który niektórzy zamieniają w swój prywatny raj, tworząc jednocześnie piekło dla innych, wtedy zapewne przyjdzie nam łatwiej się z tym pogodzić i nie uważać tego za dziwne, że w jednym człowieku znajdują się zawsze dwie siły wzniosła i podła, on zaś sam decyduje której stronie własnej natury pozwoli wziąć górę. To jest temat na inną rozmowę i nie chciałbym się nad tym dłużej skupiać w tym temacie, warto jednak uświadomić sobie że nawet najgorsza ludzka menda ma prawo do miłości, gdyż z tej Miłości pochodzi i do tej Miłości wrócić pragnie, choć czasem jest to poprzedzone milionami ofiar. Nie da się opuścić owego czyśćca (czy też dla niektórych piekła), tego naszego ziemskiego czyśćca w inny sposób, niż tylko poprzez Miłość (i to bezinteresowną miłość do wszystkich istot), wielu zaś o tym zapomina i szuka czegoś innego, czegoś co mogłoby zastąpić ową Miłość - która jest jedynym wyjściem z naszej podróży przez wcielenia, i dlatego rodzą się potem takie idiotyzmy jak komunizm, nazizm, faszyzm czy inne tego typu "izmy".

W każdym razie w tym temacie chciałbym się skupić bezpośrednio na prywatnym życiu dyktatorów i na ich miłostkach, słabościach czy też pasjach, a także obawach i lękach. Zacznę też od Stalina, jako że wydaje mi się on w tym momencie najbardziej interesujący, biorąc pod uwagę fakt, ile mitów narosło na temat jego życia - jego ascetycznego życia, bo w Rosji do dzisiaj pokutuje przekonanie, że Stalin żył bardzo skromnie. Nosił codziennie ten sam mundur, jadł i pił niewiele, sypiał na twardym żołnierskim łóżku i otrzymywał pensję na poziomie wysoko wykwalifikowanego robotnika. To wszystko są mity w jakie wierzą miliony Rosjan, a także wielu innych sierot po komunizmie. Warto co nieco odkłamać w tym i w innych tematach (np. Hitler był ekscentrykiem i nieco dziwakiem stroniący od ludzi. Nazistowska propaganda zaś starała się z tych jego przywar uczynić zalety dobrego niemieckiego męża, rozmiłowanego we własnym domu na niemieckiej ziemi itd.). Przejdźmy zatem do sedna:



STALIN
W ŚWIĄTYNI BESTII
Cz. I




"A CO NAM LUDZI ŻAŁOWAĆ, 
LUDZI ZAWSZE MOŻEMY ZROBIĆ"

Fragment wystąpienia Stalina do oficerów Armii Czerwonej 
(Kreml 4 maja 1935 r.) 


Zacznijmy może od ukazania życia Stalina w latach jego największej popularności, gdy dzierżył w swym ręku całość władzy w Rosji sowieckiej, a dopiero potem przejdziemy do opowieści o jego życiu na tle zmieniających się uwarunkowań politycznych.

Otóż zacznijmy od tego, że Stalin praktycznie nie miał żadnych kontaktów z pieniędzmi w czasach gdy władał Związkiem Sowieckim a potem podbitą połową Europy. On (podobnie zresztą jak Hitler od połowy lat 20-tych) nie musiał martwić się ani o wydatki, ani w ogóle zajmować się kwestiami finansowymi. Wszystko bowiem czego zapragnął, wszystko czego chciał, w magiczny sposób pojawiało się w jego otoczeniu, ot, na pstryknięcie palcem. Nie nosił przy sobie żadnych pieniędzy ponieważ nie potrzebował tego czynić i tak nic za nie nie kupował i nigdzie nie wychodził - wszystko co miał wokół siebie opłacało państwo sowieckie, a Stalin żył tam w ogromnym przepychu, wbrew temu co twierdziła propaganda i co powielali później ludzie w swej głupocie. Nie miał pieniędzy, a miał wszystko wokół siebie, dosłownie wszystko. Na pstryknięcie palcem miał sprowadzane do jego apartamentów kobiety - takie, jakie chciał i jakie mu się podobały. Miał prywatne plaże, specjalnie dobranych ludzi i pałace w których toczyło się normalne życie, tak jakby przebywał w każdym z nich jednocześnie (nigdy bowiem nie było wiadomo w której rezydencji nagle się zjawi). Josif Wissarionowicz Dżugaszwili - czyli Stalin posiadał 18 pałaców i rezydencji w całej sowieckiej Rosji (niektóre z nich były zamienione w twierdze). Rezydencje te były oczywiście odizolowane od świata, otoczone kilkoma ogrodzeniami (np. drutem kolczastym, metalowym płotem i zasiekami) oraz oczywiście pilnowane 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu przez specjalnie dobrane oddziały NKWD (liczące nawet, w niektórych największych pałacach Stalina - kilka tysięcy osób). A przecież nie byli oni jedyną ochroną dyktatora, bowiem na terenie samego pałacu (każdego pałacu) działała prywatna ochrona Stalina, niezależna od tamtej.

Każda rezydencja miała stały personel obsługi przynależny tylko danemu miejscu. W każdej też byli zatrudnieni kucharze, kelnerzy, lekarze (nawet toksykolodzy, mający sprawdzać jakość jedzenia podawanego Stalinowi do stołu), pielęgniarki, kierowcy, ogrodnicy. Z reguły stały personel każdej takiej rezydencji przekraczał 50 osób, ale z chwilą gdy zjawiał się w niej Stalin, stan osobowy zwiększał się co najmniej dwukrotnie, a często trzykrotnie. Wszystkie 18 rezydencji jakie posiadał do swego użytku Józef Stalin, to były: Kuncewo, Siemionowska, Zubałowo (wszystkie w Moskwie), następnie Nowa Macesta, Puzanówka, Riwiera, Blinowka (w Soczi), dalej Zimna Rzeczka, Ritza, Nowy Afon (ta wzniesiona w górach Kaukazu rezydencja, posiadała specjalny podziemny tunel wiodący do pięknej, prywatnej plaży), Suchumi, Missiury (znajdowała się tam specjalna porcelanowa wanna w pięknie urządzonej łazience, która dla komfortu Stalina nieustannie miała podgrzewać wodę, tak, aby nie pozwolić jej ostygnąć), Borżomi (tutaj zbudowano schody w taki sposób, aby ułatwić cierpiącemu na bóle korzonek Stalinowi wchodzenie na piętro), Tzchabato (wszystkie w Gruzji), następnie Koreiz, Gorłowinka, Trapeznikowo i Jewejnaja (na Krymie). Jako ciekawostkę należy dodać że nie wszystkie z tych rezydencji Stalin odwiedził w czasie swych rządów, w niektórych nigdy nie był, w innych był tylko raz w życiu, mimo to wszystkie one funkcjonowały tak, jakby generalissimus Związku Sowieckiego był tam stale obecny.

Stół sowieckiego dyktatora uginał się od wszelkiego rodzaju przysmaków. Ryby przywożono ze specjalnych stawów hodowlanych, przeznaczonych tylko i wyłącznie dla niego i w czasie gdy na Ukrainie ludzie zjadali trawę lub korę drzew (a często też dochodziło do przypadków kanibalizmu) bo niczego innego nie było w czasie Wielkiego Głodu z lat 1932-1933, Stalin miał wszystko, czego mógł sobie zażyczyć, a nawet więcej. Bez względu na to w której ze swych rezydencji przebywał, codziennie miał tam dostarczane samolotem świeże owoce prosto z Gruzji, jak również wino gruzińskie które lubił. Wszystkie inne przysmaki które spożywał Stalin (w tym bażanty, czy specjalnie pieczone na wolnym ogniu barany) pochodziły z odpowiednio wybranych i sprawdzonych hodowli, przeznaczonych tylko i wyłącznie na potrzeby Stalina i jego otoczenia (rodziny, ewentualnie najbliższych przyjaciół). Wszystko to oczywiście kosztowało niebagatelne sumy, którymi Stalin się nie przejmował, bo on za to nie płacił (zajmował się tym specjalny wydział zaopatrzeniowy NKWD). Wszystko co otaczało Stalina, było najwyższej jakości, począwszy od potraw (które oczywiście były skrupulatnie sprawdzane przed podaniem dyktatorowi), a skończywszy na wystroju apartamentów w jego rezydencjach. Meble były wykonane z najlepszego drewna (w Moskwie zajmował się tym specjalnie wybrany i sprawdzony przez NKWD zakład meblarski), kryształy, lampy a nawet narożniki wykonano z taką starannością o szczegóły i dbałością nie tylko o to, aby przypodobać się dyktatorowi, ale przede wszystkim aby nie mógł on zrobić sobie przy nich żadnej krzywdy. Oczywiście było to w stu procentach niemożliwe do wykonania, ale sam fakt że starano się to robić z taką myślą, też pokazuje atmosferę strachu, jaka panowała w sowieckiej Rosji. Przecież gdyby Stalin potknął się chociażby o dywan w swoim apartamencie, to producent owego dywanu w najlepszym przypadku skończyłby w "uzdrowisku" na Magadanie, a tam - jak mówił pułkownik Kwiatkowski - zdycha się głęboko pod ziemią.




Wszyscy ludzie pracujący w rezydencjach Stalina (począwszy od sprzątaczek a na lekarzach skończywszy) to byli specjalnie dobrani, etatowi pracownicy NKWD, którzy dzięki temu że byli blisko Stalina mieli specjalne przywileje. Przysługiwał im np. dostęp do sklepów z deficytowymi towarami z zagranicy (w Polsce z czasów stalinizmu mówiło się o takich sklepach "za żółtymi firankami", a potem, w latach 70-tych i 80-tych to były sklepy towarowe: Pewex i Baltona - gdzie można było, oczywiście za prawdziwe pieniądze, czyli za dolary, marki, funty czy franki - kupić towary oficjalnie na rynku niedostępne, np. prawdziwe czekolady (a nie wyroby czekoladopodobne, które smakowały jak rozpuszczony smar. Zresztą cały ten komunistyczny ustrój to był jeden wielki wyrób czekoladopodobny).


REKLAMY BALTONY i PEWEXU z PRL-u





Pracownicy prywatnych willi Stalina mieli możliwość nie tylko robienia zakupów w specjalnych sklepach z deficytowymi towarami (niedostępnych w Związku Sowieckim dla zwykłych ludzi), ale również wysokie zarobki i własne, prywatne bezpieczeństwo. Stąd też wielu marzyło o tym, aby dostać taką pracę, ale nie było to łatwe, gdyż przede wszystkim dobrą opinię musiała ci wystawić służba bezpieczeństwa, która sprawdzała nie tylko daną osobę, ale również jej rodzinę, dalszych i bliższych krewnych oraz wszystkich znajomych. Jakiekolwiek podejrzenie natychmiast eliminowało taką osobę z kręgu kandydatów. A rezydencje pracowały 24 godziny na dobę (czy był tam Stalin, czy go nie było), dlatego też ekipy musiały się zmieniać co najmniej raz dziennie. Nie było też mowy o tym, żeby popełniono jakikolwiek błąd i zatrudniono osobę, która mogłaby w jakikolwiek sposób zaszkodzić dyktatorowi. To w ogóle nie wchodziło w rachubę, dlatego też odsiew kandydatów - nawet wśród już sprawdzonych osób - był niezwykle duży. Obsługa też była szkolona do szybkiej i bezszelestnej pracy (chodziło o to, aby lokatorom wieczornych i nocnych popijaw zapewnić maksimum komfortu). Bowiem Stalin swoje nocne popijawy urządzał z reguły ok. 22:00 lub 23:00 a kończył około 5:00 nad ranem. Stoły oczywiście uginały się od wszelkich smakołyków, ale najwięcej było tam trunków, począwszy od gruzińskich win (szczególnie Chwanczkara - ulubione wino Stalina), likierów, koniaków, szampanów i oczywiście wódek, hektolitry wódek. I wszyscy musieli pić, bowiem Stalin nie ufał tym, którzy odmawiali picia i tacy mogli być pewni że w najbliższym czasie stracą zaufanie wodza, a wraz z nim bezpieczeństwo i zapewne życie (w czasie tych popijaw Stalinowi do głowy przychodziły różne myśli, np. pewnego razu Stalin powiedział w żartach że jednego z obecnych przy stole towarzyszy należałoby powiesić za jaja i dodał że jeśli ów narząd wytrzyma ciężar jego ciała, to puszczą go wolno. Co prawda nie powieszono go w taki sposób, ale kilka dni po owym zakrapianym spotkaniu na Kremlu owego mężczyznę aresztowało NKWD).




Po północy (lub tuż ok. godziny 1:00 w nocy) obsługa z reguły zmieniała zastawę (oczywiście na wcześniejsze wezwanie Stalina), gdy czterech kelnerów chwytało obrus z wszystkich czterech stron, łącznie z potrawami, sztućcami i trunkami jakie się tam znajdowały, zabierano to wszystko i lądowało to w worku, po czym rozkładano nowy obrus i przynoszono nowe potrawy: kotlety, kapustę po gruzińsku, smażone przepiórki i kolejne hektolitry wódki, wina i koniaków. Wszystko było ponownie gorące i gotowe do spożycia. Pijana ekipa rozchodziła się ok. 4:00 lub 5:00 nad ranem (niektórzy wręcz byli wynoszeni), ale Stalin miał silną głowę do alkoholu i był w stanie wytrzymać wielogodzinną popijawę.




Stalin był więc prawdziwym carem, nowym bolszewickim carem i choć oficjalnie po rewolucji 1917 r. na rozkaz Lenina miano zrezygnować z wysokich uposażeń urzędników państwowych, to jednak szybko okazało się to niewykonalne, gdyż urzędnicy i tak pobierali drugą (a często trzecią) pensję w formie łapówek. Ludzkiej natury nie dało się zmienić i nie można jej zmienić w taki sposób, chociaż bolszewicy utrzymywali że są ludźmi wyjątkowymi i innymi od całej reszty ludzkości, a jak mówił Stalin jeszcze w 1921 r.: "Jesteśmy nową arystokracją" i rzeczywiście, mnóstwo bolszewików w to wierzyło, a nawet niektórzy próbowali żyć w sposób ascetyczny, tak jak nakazywały ideały bolszewizmu (np. Feliks Dzierżyński "Krwawy Felek" - twórca CZEKA  - poprzedniczki NKWD i jednocześnie człowiek który co najmniej dwukrotnie ocalił życie Józefowi Piłsudskiemu - żył bardzo skromnie. A gdy zmarł w 1926 r. - zamordowany najprawdopodobniej z polecenia Stalina - to nie było w czym go pochować, bo nie miał nawet przyzwoitego garnituru. Nosił tylko jeden mundur wojskowy który nie nadawał się do takiej uroczystości, dlatego też trzeba było specjalnie uszyć mu do trumny garnitur). Stalin miał już zupełnie gdzieś dbanie o pozory bolszewickich utopii z książek dla marksistowskich intelektualistów. On wprowadzał bolszewizm bezpośrednio w życie, a bolszewicy według niego byli nową arystokracją, więc mieli prawo żyć tak, jak żyła dawna arystokracja, a on jako przywódca partii miał prawo żyć jak car. I tak też żył (i wszystko jak zwykle rozbija się o to, kto jest na górze i kto wydaje polecenia, a wszystkie te rewolucje tak naprawdę mają za zadanie jedynie zmianę tyłka, który siada na tronie).



 
CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...