WYŚWIETLENIA

04 grudnia 2025

MÓJ OJCIEC "KRÓL POLSKI" - Cz. I

CZYLI HISTORIA NAZISTOWSKIEGO ZBRODNIARZA, OPOWIEDZIANA PRZEZ JEGO SYNA




"Matka (...) Przyjechała po nas trzy, cztery dni po powieszeniu ojca. Był chłodny, słoneczny dzień, druga połowa października 1946 roku, a ona była ubrana w kwiecistą wiosenną sukienkę. Zabrała nas na spacer. Szedłem obok niej po prawej stronie, a Michael i Gitti po drugiej. Powiedziała wesołym głosem, że tata nie żyje, jest w niebie i jest bardzo szczęśliwy. "Spójrzcie! Ja mam się dobrze. Jestem w wiosennej sukience". Moje rodzeństwo zaczęło strasznie płakać, a ja nie. "Popatrzcie na Niklasa. On też nie płacze" - powiedziała do Michaela i Gitti, ale jednocześnie bardzo mocno ścisnęła mi rękę, pytając dlaczego nie płaczę. A ja wiedziałem, podobnie jak moi bracia i siostry, że nasz ojciec musi spodziewać się wyroku śmierci"


Taką rodzinną historię ze swego życia przedstawił Niklas Frank, najmłodszy syn generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich - Hansa Franka, który został skazany na karę śmierci i powieszony w Norymberdze - 16 października 1946 r. Miał wówczas 46 lat. Ostatnie miesiące jakie spędził w więzieniu sprawiły, że stał się bardzo religijny. Codziennie się modlił, a gdy przyszedł dzień jego egzekucji, jego ostatnie słowa brzmiały: "Proszę Boga, by zabrał moją duszę. Oby Pan przyjął mnie litościwie. Jestem wdzięczny za to, jak traktowano mnie w więzieniu", a gdy kat Armii Stanów Zjednoczonych, krępy Teksańczyk, zacisnął na jego szyi powróz i założył kaptur na jego głowę, to nim nakazał zwolnić zapadnię, Hans Frank zdołał jeszcze rzec: "Chryste, zlituj się" i potem już zamilkł

Niklas Frank był jedynym spośród dzieci nazistowskiego zbrodniarza, który szczerze nienawidził ojca za to co robił, i często zarówno ojca jak i matkę określał różnymi epitetami. Podczas jednego z wywiadów mówił np.: "Mój ojciec sam został powieszony, a jednocześnie jakby powiesił swoją rodzinę. My, cała piątka jego dzieci, bardzo ucierpieliśmy. Nie było nam łatwo żyć. Zaraz po wojnie, w 1945 roku, kiedy został aresztowany, nie było rodziny, w której ktoś nie zginąłby na wojnie. Wszędzie widać było okaleczonych - bez nogi, ręki, oka. Każde dziecko znało kogoś, kto zginął. Ale kiedy jest się rodziną, w której ojciec przeżył, lecz został aresztowany i codziennie rozpisują się o nim gazety, a potem zostaje skazany jako zbrodniarz wojenny i powieszony - to jest to coś zupełnie innego. Dla większości z nas było to trudne. (...) Mój brat Norman powiedział kiedyś: "Wiesz, dlaczego mieliśmy tak wysokie poczucie własnej wartości? Bo wcześniej mieliśmy służbę". Wtedy, gdy ojciec był generalnym gubernatorem okupowanych ziem polskich, żyło nam się znakomicie. Nie byłem świadkiem ani jednego aktu wojny, ani jednego bombardowania czy ucieczki. Byłem księciem Polski i było mi dobrze. Mój brat Michael, o czym dowiedziałem się po jego śmierci, opowiadał swoim dzieciom, jacy to Frankowie byli kiedyś wielcy i jak to w Polsce było wspaniale. Norman i Sigrid nie zachwycali się życiem w Polsce w taki sposób. Oni bardziej cierpieli z powodu śmierci - jak mówili - swojego "niewinnego ojca". O swej matce Brigitte Niklas mówił zaś tak: "Trzeba przyznać, że harowała dla nas i cenię to. Mogła przecież być taką fanatyczką jak żona Goebbelsa i nas zamordować. Później uświadomiłem sobie, że moja matka była jedną z bardzo niewielu, a może jedyną znaną mi osobą, która żyła tylko tu i teraz: bogactwo się skończyło, jest bieda i co z tym teraz zrobię? Dlatego nie pamiętam żadnych jej westchnień za przeszłością (...) W czasach Trzeciej Rzeszy moja matka była bezwzględna. Człowiekiem stała się dopiero wtedy, gdy straciła cały majątek i męża, i kiedy byliśmy naprawdę biedni. Doceniam, że nigdy nie gloryfikowała ani mojego ojca, ani tego wspaniałego czasu, który naprawdę przeżyła, jeśli pominiemy moralność. (...) Ze wszystkich sił starała się utrzymać przy życiu piątkę dzieci i poprowadzić je dalej. Zmarła w wieku zaledwie 63 lat".

Takie i temu podobne relacje i doświadczenia potomków nazistowskich zbrodniarzy, zebrał i umieścił w swej książce "Dzieci Hitlera. Jak żyć z piętnem ojca nazisty" - Gerald Posner. W książce tej jest wiele ciekawych przykładów i bardzo wiele różnych prób wytłumaczenia, zarówno przed swym własnym sumieniem jak i swoim otoczeniem, czynów popełnianych przez ojców, którzy okazywali się być potworami w ludzkiej skórze. Ja jednak w tym temacie chciałbym się skupić tylko i wyłącznie na tym jednym jedynym przykładzie Hansa Franka i tego, jak widziały go jego własne dzieci (szczególnie zaś ów najmłodszy Niklas Frank). Zapraszam zatem do opowieści o wykształconym człowieku, prawniku, osobie kulturalnej która jednak zamieniła się w bydlaka, w mordercę zza biurka i zbrodniarza wojennego. Niklas twierdził, że jego ojciec był katolikiem nim uwierzył w nazizm i Hitlera, następnie porzucił religię, ale wrócił do niej po upadku swego bożka. Niklas dodał że jego ojciec zawsze potrzebował mieć jakiegoś Boga, albo tego w niebiosach, albo boga fuhrera. Oto jego historia:





TYSIĄC LAT WINY
HANS FRANK - GENERALNY GUBERNATOR POLSKI, 
I JEGO SYNOWIE NIKLAS I NORMAN


Hans Frank nie okazywał już zdenerwowania. Były generalny gubernator Polski w czasie procesu norymberskiego wykonywał rozgorączkowane ruchy, ale w noc egzekucji był spokojny. Kiedy strażnicy zjawili się w jego celi, by odprowadzić go na szafot, klęczał, pogrążony w modlitwie. Było kilka minut po pierwszej w nocy, 16 października 1945 roku, kiedy ruszył
z dwoma komandosami i księdzem przez więzienne skrzydło i zaciemniony
korytarz do hali sportowej. Ręce miał skute za plecami. Gdy wchodził na
salę, mocne, jaskrawe światło sprawiło, że zamrugał oczyma, ale jako jedyny
ze skazanych zdobył się na uśmiech.

Jego spojrzenie natychmiast zatrzymało się na trzech ustawionych
w rzędzie czarnych szubienicach. Alfred Rosenberg i Ernst Kaltenbrunner już
wisieli, ale jeszcze nie umarli. Frank zerknął w stronę kilku stołów, przy
których cisnęli się świadkowie, reporterzy i przedstawiciele alianckich władz.
Wziął haust wilgotnego powietrza przesyconego dymem papierosowym
i aromatem kawy i pośpiesznie pokonał trzynaście schodków. Żołnierz
w randze podpułkownika poprosił go o podanie nazwiska, a potem
poprowadził do środkowej szubienicy. Tam czekali oficjalny kat armii
Stanów Zjednoczonych i dwaj ochotnicy. Zastąpili kajdanki czarnymi
sznurowadłami i spytali Franka, czy chciałby coś powiedzieć. Poszedł za radą
udzieloną mu przez księdza i wypowiedział zdania: "Proszę Boga, by zabrał moją duszę. Oby Pan przyjął mnie litościwie. Jestem wdzięczny za to, jak
traktowano mnie w więzieniu".

Sierżant John Woods, gruby Teksańczyk z czerwoną twarzą, który
w piętnastoletniej karierze powiesił trzystu czterdziestu siedmiu ludzi,
postąpił krok naprzód i umieścił pętlę na szyi Franka. W tym samym czasie
asystent związał kostki skazańca komandoskim paskiem, a na głowę opuszczono mu wielki czarny kaptur. Amerykański pułkownik wykonał
dłonią szybki ruch, jakby coś przecinał, i Woods pociągnął za dźwignię.
Frank krzyknął przez tkaninę: "Jezu, zlituj się!", i w tej samej chwili zniknął,
jakby go piekło wessało.

Hans Frank miał czterdzieści sześć lat, kiedy go stracono. Był gruntownie
wykształconym prokuratorem, człowiekiem dobrze wychowanym
i odznaczającym się wysoką kulturą osobistą, ale to nie uchroniło go przed
popełnieniem zbrodni przeciwko ludzkości. Jego wypowiedzi na temat
eksterminacji Żydów i wykorzenienia polskiego społeczeństwa zaliczają się
do najbrutalniejszych spośród wszystkich zanotowanych w czasie wojny. Jak
ktoś tak wysublimowany mógł skończyć na szafocie, fascynowało
historyków i gnębiło jego rodzinę.




Frank miał pięcioro dzieci. Sigrid, najstarsza z nich, mieszkała w Afryce
Południowej i przyjęła nazwisko męża. Brigitte, trzecia z kolei, zmarła
w 1981 roku w wieku czterdziestu sześciu lat. Była chora na raka, lecz
rodzina podejrzewa, że popełniła samobójstwo. Zawsze powtarzała, że nie
będzie żyła dłużej niż ojciec. Michael, starszy od Brigitte, solidaryzował się
z ojcem, wierząc, że wiele nazistowskich zbrodni zostało wyolbrzymionych.
Z dwoma pozostałymi braćmi długo rozmawiałem o wielu sprawach.

Niklas Frank, najmłodszy z całej piątki, urodził się 9 marca 1939 roku. Choć
to człowiek towarzyski i ciepły, o ojcu wyrażał się jak najsurowiej.
"Nienawidzę go" - mówi. "Nie potrafi pan sobie nawet wyobrazić, jak
bardzo go nienawidzę". W 1987 roku Niklas opublikował książkę o swoim
ojcu. Nosiła tytuł Mój ojciec Hans Frank. W Niemczech spotkała się
z gwałtowną krytyką z powodu jawnego obrzydzenia, jakie Niklas
deklarował wobec ojca. Nazywał go między innymi "słabą, próżną,
pozbawioną charakteru, lichą kreaturą', "tchórzliwą marionetką", "oślizłym
hipokrytą i głupcem" oraz "mordercą". Niklas zastanawia się, czy ojciec był
"ukrywającym swoją orientację homoseksualistą", a także opisuje Hansa
Franka jako "żałosnego lizusa", "półgłówka" i "durnia". Te emocjonalne
wyznania, w połączeniu z szorstkim stylem Niklasa, narobiły sporo szumu.

Autor snuł fantazje o ojcu uprawiającym seks z Hitlerem, streścił
podniecające go sny o egzekucji Hansa Franka i żywo odmalował swoich
rodziców w piekle. Wyszło na to, że nie cierpi matki tak samo mocno jak
ojca, "z tym, że ona nie była równie zniewieściała jak on". Ze wszystkich
dzieci nazistów, z którymi rozmawiałem, jedynie Niklas darzył rodziców
pogardą. Jako jedyny też bez wahania odpowiedział "tak" na pytanie, czy
wydałby ojca, gdyby ten się ukrywał.


HANS I BRIGITTE Z MAŁYM NIKLASEM
(1941)



Najstarszy syn Hansa Franka, Norman, urodził się 3 czerwca 1928 roku i był ulubieńcem ojca. To cichy i refleksyjny człowiek, fizycznie
i emocjonalnie w niczym nie przypominający towarzyskiego Niklasa. Był
niższy od mierzącego sto osiemdziesiąt centymetrów brata. Ten wówczas
szczupły sześćdziesięciodwulatek (Norman zmarł w 2007 roku),
nieco przygarbiony, cierpiący z powodu wrzodów i związanych z nimi
dolegliwości, spędzał większość czasu w zaciemnionym gabinecie w swoim
bawarskim domu, bo był bardzo wrażliwy na światło. Norman bardzo kochał
swojego ojca. W trakcie wywiadu twierdził, że nadal go kocha, choć poczuł
się zdradzony, gdy po zakończeniu wojny dowiedział się, co zrobił.

"Wszystko zmieniło się, kiedy zobaczyłem pierwsze zdjęcia z Auschwitz
i dotarło do mnie, co się naprawdę wydarzyło" - wspominał. Zdumiewało go,
że ojciec był pełen sprzeczności. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy,
pokazał mi dwa zdjęcia: jedno idylliczne, przedstawiające całą rodzinę,
a drugie ukazujące Hansa Franka w Norymberdze eskortowanego przez
amerykańskiego komandosa w białym hełmie. Te dwie fotografie dowodzą,
z czym zmagał się Norman. Pokazują różnicę pomiędzy kochającym
i poważanym rodzicem a zbrodniarzem wojennym. Norman nie mógł
przestać o tym myśleć.
"Często płacze z powodu ojca" - mówiła jego żona Elizabeth. "On
zrujnował mu życie. Uważa, że przez to, co zrobił Hans Frank, nie ma prawa
do szczęścia". "Myślę o nim każdego dnia" - przyznał Norman. "Ale nie mógłbym napisać książki jak Niklas. Cieszę się, że się tak z tym uporał, ale ja myślę o ojcu inaczej".

Ci niepodobni do siebie bracia zmagali się z tym samym dziedzictwem.
Ich ojciec Hans Frank, drugi z trojga rodzeństwa, urodził się w katolickiej
rodzinie z klasy średniej 23 maja 1900 roku w Karlsruhe. Był synem
prawnika, którego pozbawiono uprawnień adwokackich, "słabeusza i kobieciarza", jak mówił Norman. Niklas dodał, że był to człowiek
podstępny. Matka porzuciła rodzinę, by zamieszkać z niemieckim
profesorem w Pradze, i jako nastolatek Hans Frank kursował między
rodzicami. Z powodu młodego wieku podczas pierwszej wojny światowej był
w wojsku tylko rok i nigdy nie znalazł się na linii frontu. W 1919 roku, już
jako student monachijskiego uniwersytetu, wstąpił do prawicowej Deutsche Arbeiterpartei (Niemieckiej Partii Robotników), a gdy w 1923 roku
przekształciła się ona w partię nazistowską, automatycznie został
szturmowcem. Jego dziennik z tamtego okresu dowodzi, że miał obsesję na
punkcie niemieckości i postrzegał niemiecką naukę, literaturę i muzykę jako
lepsze od wszystkich innych. Był zaciekłym nacjonalistą, pompatycznie
komentującym upadek zachodniej cywilizacji i konieczność zbudowania
silnych Niemiec.

 


W tym czasie Hans Frank poznał też swoją żonę Brigitte, która pracowała
jako stenotypistka w parlamencie Bawarii. Była od niego o pięć lat starsza.
Pobrali się po ośmiu miesiącach znajomości. Niklas postrzegał matkę jako
"podstępną diablicę, która wiedziała, czego chce, i zawsze to dostawała".
Nawet w podróż poślubną zabrała swojego kochanka (Frank nie wiedział
o tym związku), syna hamburskiego potentata armatorskiego. Zachowały się
ich wspólne fotografie z miesiąca miodowego Franków, które zrobił sam
Hans, według Niklasa "pozbawiony charakteru kretyn". Norman nie
podzielał zdania brata na temat ich matki, nie uważał jej za manipulantkę. "Z
upływem czasu kocham matkę coraz bardziej" - twierdził. "Rzeczywiście
wiedziała, czego chce, ale musiała na to zapracować. Była bardzo silną
kobietą, w tym małżeństwie to ona miała bez porównania silniejszą
osobowość. Ojciec się jej bał, a ona jego nie". 

Frank, który w trakcie wojny
stoczył gorzką potyczkę rozwodową, podczas pobytu w Norymberdze napisał
o niej w liście zaadresowanym do matki. Wyznał, że ożenił się z Brigitte wyłącznie pod wpływem "erotycznego upojenia" i że od tamtej pory nieustannie tkwił w "mentalnej niewoli". List wysłano omyłkowo do Brigitte. Niklas pamiętał, że była wściekła i "chciała rozebrać mury Norymbergi, cegła po cegle, żeby się tam dostać". Ojciec Sixtus O’Connor, katolicki
kapelan więzienny, powiedział później Niklasowi: "Nawet w celi dalej
obawiał się twojej matki". Ale w końcówce lat 20. XX wieku problemy małżeńskie jeszcze się nie ujawniły. 

Franka pochłaniała kariera zawodowa. W 1927 roku, kilkanaście miesięcy po zdaniu egzaminu w niemieckiej adwokaturze, zobaczył w nazistowskiej gazecie ogłoszenie. Poszukiwano prawnika do obrony członków partii. Przyjął sprawę i uzyskał dla oskarżonych łagodne wyroki.
Zagwarantowało mu to więcej pracy w charakterze prawnika nazistów,
"odrażającego krzykacza", jak to ujął Niklas. Hans Frank bronił setek
nazistów, głównie w sprawach dotyczących pobicia komunistycznych rywali. Raz wezwał Hitlera na świadka. Przyszły Führer był pod wrażeniem
retorycznych zdolności prawnika, choć jego zdaniem miał on trochę za
wysoki głos. Hitler zatrudnił go jako osobistego adwokata i Frank
reprezentował nazistowskiego przywódcę podczas ponad stu pięćdziesięciu
procesów.

Jemu też powierzono zadanie delikatnej natury. Miał obalić szerzone przez przeciwników plotki, jakoby Hitler miał żydowskich przodków. "Mój ojciec do samego końca był głupio dumny z tych
prawniczych osiągnięć" - mówił Niklas. Za lojalną służbę nagradzano Franka szybkimi awansami. W 1939 roku był już Reichsleiterem (naczelnikiem) partii nazistowskiej. W ciągu trzech lat
po tym, jak Hitler został kanclerzem, Frank otrzymał całe mnóstwo ważnych
stanowisk. Został między innymi przewodniczącym Akademii Prawa
Niemieckiego (którą założył) oraz Międzynarodowej Izby Prawnej,
mianowano go też ministrem sprawiedliwości w Bawarii. 

W 1925 roku Frank wszedł w związek małżeński, a dwa lata później urodziło się jego pierwsze dziecko, Sigrid. Norman, który przyszedł na świat rok później, sięgał pamięcią do roku 1932, gdy miał cztery lata, a partia nazistów zyskała
przewagę w niemieckim parlamencie. "Moje najwcześniejsze wspomnienie
dotyczące rodziny jest takie, że miałem tylko matkę" - opowiada. "Ojciec był
zawsze zajęty. Później dowiedziałem się, że był to czas wielu politycznych
starć. Należeliśmy zdecydowanie do wyższej klasy średniej, nasz dom był
bardzo duży, z wielkimi, ładnie urządzonymi pokojami. Zarówno moja
siostra, jak i ja mieliśmy nianie, ale nie pamiętam żadnej z nich, tylko matkę".

Norman poszedł do szkoły w Monachium w 1934 roku, w wieku sześciu
lat. Ten rok okazał się nadzwyczaj ważny dla jego ojca. W czerwcu Hitler
postanowił dokonać czystki wśród przywódców Oddziałów Szturmowych
NSDAP (SA), organizacji zrzeszającej dwa i pół miliona członków. Kazał aresztować Ernsta Röhma, swojego długoletniego przyjaciela i poplecznika, a także setki innych oficjeli. Hitler przyleciał z Bonn do
Monachium 30 czerwca, by osobiście nadzorować zatrzymanie Röhma.
Wszyscy aresztowani przywódcy zostali zabrani do monachijskiego
więzienia Stadelheim podlegającego jurysdykcji Franka. Sześcioletni
wówczas Norman zapamiętał ten dzień tak: "W "noc długich noży" siedziałem z ojcem w prowadzonym przez szofera
mercedesie, na drodze niedaleko Monachium. Hitler podszedł do auta,
wsunął głowę przez okno i coś do niego powiedział".

Sprawa osiągnęła punkt krytyczny, kiedy dwa dni później Hitler wysłał
do więzienia Stadelheim oddziały SS, żeby przeprowadziły egzekucję
niektórych przywódców SA, mimo że nie postawiono im żadnych zarzutów.
Przejęty Frank zadzwonił do Hitlera, a następnie do Hessa. Jako minister
sprawiedliwości i zarządzający więzieniem zaprotestował przeciwko
wykonywaniu takich wyroków bez procesu. Hitler nie chciał go słuchać.
Podniesionym głosem wyjaśniał, dlaczego więźniowie przebywają
w Stadelheim: "nie znalazłem innego odpowiedniego miejsca, w którym
mógłbym ich umieścić. Są jedynie twoimi gośćmi. Ja i Rzesza mamy nad
nimi pełną władzę, nie Bawaria”. Frank się wycofał i przekazał dziewiętnastu
mężczyzn katom z SS. Röhma zamordowano w jego celi następnego dnia.

To, co Norman zobaczył w samochodzie dwa dni wcześniej, to był początek
morderczej działalności ojca.
"To był moment, w którym ojciec się sprzedał" - powiedział. "Moment
całkowitej deprawacji, kiedy padł na kolana przed Hitlerem. Od tamtej chwili
wszystko kręciło się wokół pieniędzy i władzy, a on nie był już prawnikiem.
Wiem, że żałował tej decyzji. Wiem tak, jak tylko syn może to wiedzieć. Mój
ojciec cierpiał, ponieważ był za słaby. Nie umiał się sprzeciwić Hitlerowi".
Niklas całkowicie zgadza się w tej sprawie z bratem, ale jest oczywiście
surowszy w ocenie. "Kompletnie zignorował prawo, choć - co jest tym
bardziej hańbiące - doskonale je znał. Od tamtej pory był jednym z nich,
miał krew w gardle, na rękach, w duszy i na sumieniu".


HANS FRANK JAKO WIELKORZĄDCA POLSKI



Choć Frank przystał na czystkę w SA, jego początkowe wahanie
rozczarowało Hitlera. W styczniu następnego roku Führer mianował go
ministrem Rzeszy, ale bez teki. Było to prestiżowe stanowisko, choć
praktycznie niezwiązane z rządzeniem. Tym niemniej wymagało
przeprowadzki do Berlina. Norman, wówczas siedmioletni, ma wyraźne
wspomnienia z kolejnych czterech lat spędzonych w stolicy. "Ojciec wciąż piął się w górę. Wiedziałem, że jest ważny. Musiałem wiedzieć. Mieliśmy
trzy duże limuzyny z szoferami, adiutantów i tym podobne udogodnienia.
Nawet z rejestracji samochodów wynikało, że ojciec jest kimś szczególnym.
Mieliśmy też bardzo dużą willę z wielkim ogrodem, ale obok nas nikt nie
mieszkał. Musiałem się bawić z szoferami. Podczas przerw uczyli mnie boksować i palić papierosy. Grałem też w tenisa, sam ze sobą, odbijając piłeczkę od ściany. Ojciec był stale w rozjazdach, a matkę pamiętam albo w ciąży, albo podczas pobytów w szpitalu. A nawet gdy przebywała w domu, miała mnóstwo obowiązków jako żona ministra. Jej także nie widywałem
zbyt często. Nie miałem żadnych kolegów ze szkoły, bo nasza willa znajdowała się na uboczu i nikt mnie nigdy nie odwiedzał. Trzymałem ze
starszą siostrą, ale ona była bardziej towarzyska ode mnie, miała wielu
przyjaciół i często wychodziła. W Berlinie było bardzo miło, bardzo
spokojnie, ale też czułem się bardzo samotnie".

Norman uciekał w książki. Jego ojciec również był zapalonym
czytelnikiem, lubił dzieła historyczne, filozoficzne i beletrystykę. "W tamtym
czasie najważniejszymi książkami, jakie przeczytałem, były Przygody Tomka
Sawyera i Przygody Hucka Finna, wydane w jednym tomie" - wspomina
Norman. "Od tej pory byłem stracony dla Trzeciej Rzeszy. Myślami
uciekałem do Jima, nad rzekę Missisipi. To było dla mnie zupełnie
wyjątkowe doświadczenie, miało na mnie ogromny wpływ. Ten świat tak
bardzo różnił się od tego, który znałem. Indianie, po prostu wszystko.
Wydawało mi się to dziwne, ale wspaniałe. Przeczytałem tę książkę w wieku dziewięciu lat i wciąż doskonale ją pamiętam. Miałem rozwiniętą wyobraźnię i bardzo wyraźnie widziałem wszystkie sceny. Wolałbym być tam niż
w Berlinie". Norman uważał świat stworzony przez Marka Twaina za cudowny i nie zdawał sobie sprawy, że jego własne dzieciństwo również było dość niezwykłe.

Ze względu na swoją pozycję rodzice często przyjmowali ważnych nazistów. Norman poznał Goebbelsa w Ministerstwie Propagandy
i Oświecenia Publicznego, a Göringa podczas monachijskiego karnawału.
Himmlera też spotkał w Monachium. Mussolini, bliski przyjaciel ojca,
odwiedził ich berliński dom. "Mussolini to jedyny znajomy ojca, którego nie
polubiłem. Wszyscy inni byli dla mnie bardzo mili. Göring zawsze robił na
mnie wrażenie bardzo błyskotliwego, bardzo inteligentnego. Ale nie
znosiłem tych spotkań. Nienawidziłem ich. Zazwyczaj byłem zażenowany,
bo rozlewałem gorącą czekoladę albo robiłem coś w tym rodzaju. Nauczono
mnie, żebym siedział cicho, zachowywał się poprawnie, prezentował
nienaganne maniery, ale zawsze się bałem, że zrobię coś nie tak. Podczas
tych wieczorów, gdy zjawiało się sześćdziesięcioro lub więcej gości,
musiałem stać razem z rodziną w rzędzie i ze wszystkimi się witać. To było
okropne. Często chciałem uciec do kuchni i przebywać z obsługą. Byłem
bardzo zamkniętą osobą w bardzo otwartym domu".

Po latach Norman ciągle czuł zawstydzenie, gdy przypominał sobie, jak
wybrano go, by wręczył Mussoliniemu bukiet kwiatów na dworcu. Setki
partyjnych dygnitarzy wyczekiwały Il Duce, a on był przerażony, że popełni
jakiś błąd, którym zhańbi zarówno siebie, jak i ojca. "Powiedziałem matce,
że wolałbym zjeść zgniłe brzoskwinie niż wręczać kwiatki Mussoliniemu" -
wspominał. Pozwoliła mu zrezygnować z tego wątpliwego zaszczytu.
W tych krótkich chwilach, gdy widywał rodziców, Norman zdołał
wyrobić sobie zdanie na ich temat. Pamiętał, że oboje byli wybuchowi, ale
potrafili się kontrolować i rzadko się przy nim kłócili. Uczucia i religia nie
zajmowały w domu ważnego miejsca. 

"Mój ojciec był bardzo inteligentny,
bardzo dowcipny, lepiej wykształcony niż matka, ale ona okazała się od
niego sprytniejsza w codziennym życiu i znała się na ludziach" - mówił.
"Bardzo się od siebie różnili. On był prawnikiem, pianistą, pisarzem, koneserem sztuk pięknych. Każdego dnia grał klasyczne utwory na
fortepianie lub organach. Potrafił zagrać wszystko po jednokrotnym
wysłuchaniu". "Ojciec nie bujał w obłokach. Był bardzo praktyczny, pamiętam, że na początku rozprawiał o polityce nawet przy kolacji. Był nierozważny i mówił o rzeczach, których nie powinien zdradzać. Zawsze czułem, że nie jest przekonany o zwycięstwie Niemiec. Sądzę, że od początku miał wątpliwości. Zrobił, co musiał, co do niego należało, ale nie sądzę, by wierzył
w ostateczną wygraną". Norman jest jedynym członkiem rodziny, który odniósł wrażenie, że ojciec od początku miał chwile zawahania. Berlińscy koledzy Hansa Franka twierdzą, że podchodził do swojej pracy gorliwie i był oddanym
zwolennikiem narodowego socjalizmu, a Hitlerowi okazywał niewolnicze
przywiązanie.


HANS FRANK NA WAWELU W KRAKOWIE 



"POLSKIE DROGI"

2:05 - "MÓWIONO MI DZIŚ, ŻE NASI ŻOŁNIERZE TRZYMAJĄ WARTĘ PRZED GROBEM PIŁSUDSKIEGO NA ZAMKU GUBERNATORA"

"NA ZAMKU WAWELSKIM!"

"TAK SIĘ NAZYWAŁ?"

"TAK SIĘ NAZYWA!"



W 1936 roku Hans Frank i Norman wzięli udział w ceremonii otwarcia
igrzysk olimpijskich. Ojciec miał tak napięty grafik, że na rozgrywki zabierał
ośmiolatka adiutant. "Moim ulubieńcem był Jesse Owens, bo zdobył trzy
złote medale. W tamtym czasie nie wiedziałem, że nazistowscy hierarchowie
są niechętni czarnoskóremu Owensowi. Nie dotyczyło to zwykłych Niemców, wszyscy go lubili. Tylko jego pamiętam z tamtej olimpiady. Zapomniałem nawet, jak wyglądała ceremonia otwarcia, choć podobno była spektakularna". Norman twierdzi, że w szkole pozycja ojca nie zapewniała mu specjalnego traktowania. "Chłopiec siedzący obok w ławce był Żydem. Wiedziałem o tym, bo ja jako katolik, a on jako Żyd nie mogliśmy chodzić razem na lekcje religii. Urządzaliśmy sobie zatem długie spacery. Lubiliśmy się. W 1938 zniknął. Nie dowiedziałem się wtedy dlaczego. Nikt o nic nie pytał ani nic nie powiedział. Ale nie sądziłem, że to niezwykłe, bo w szkole uczyło się wiele dzieci dyplomatów i ludzi, którzy często przyjeżdżali
i wyjeżdżali".

Rok 1938 był także rokiem nocy kryształowej, aktu terroru, podczas
którego bandy nazistów zniszczyły tysiące synagog i żydowskich
przedsiębiorstw. Norman pamiętał również to listopadowe wydarzenie
i reakcję swojego ojca. "Ojciec przyleciał z Monachium, a ja pojechałem
z matką autem, żeby go odebrać. Gdy do nas podszedł, matka od razu
spytała: "Hans, czy miałeś z tym coś wspólnego?". On odparł szybko: "Nie,
przysięgam ci, że nie mam z tym nic wspólnego. Moja matka, jak każdy
przyzwoity Niemiec, była tym zszokowana. Ludzie nie akceptowali takiego wandalizmu. Ale ze strony Hitlera było to bardzo sprytne posunięcie, bo w tamtym czasie nikt z nas nie wiedział, że to on za tym stoi. Sądziliśmy, że to Goebbels. Od tamtego momentu to nie była już prawdziwa Trzecia Rzesza.
Rozpoczęła się wojna przeciwko licznym środowiskom i pojedynczym
ludziom".

Norman i Niklas nie są zgodni co do tego, czy ich rodzice lubili
berlińskie życie na świeczniku w otoczeniu nazistów. Norman opierał swoje
przypuszczenia na obserwacjach z okresu, kiedy z nimi mieszkał. Niklas
czytał zapiski rodziców, wysłuchał licznych świadków i przestudiował setki
dokumentów z tamtych czasów. Norman wierzył, że rodzice mieli
"obowiązek angażować się w życie publiczne, ale woleliby zachować
prywatność. Ojciec chętniej by czytał, niż zabawiał gości. Matka wolałaby,
gdyby jej mąż wciąż miał małą kancelarię w małym mieście. Tego właśnie
chciała i to by ją uszczęśliwiło. Oczywiście każda kobieta jest dumna, kiedy jej mąż robi taką karierę, ale nie było to jej pragnieniem. Obserwowałem
i słyszałem różne rzeczy w naszym domu. Wiem, że mam rację". Norman twierdzi, że ojciec zmienił się dopiero po 1940 roku. "W Polsce gromadzenie władzy i bogactwa stało się dla niego ważne, ale wcześniej było inaczej".

Niklas uważa, że jego rodzicom od zawsze na tym zależało. "Matka
kochała władzę, stanowiska, pieniądze i swoją pozycję" - twierdził.
"Uwielbiała też to, że może rządzić ojcem, służbą, Żydami w getcie". Syn
potępiał oboje za "dorobienie się na łupach" w czasie, gdy ojciec był
generalnym gubernatorem, a ona pierwszą damą podbitej Polski.
"Zgromadziła tam cały magazyn futer" - twierdził Niklas. "Kazała się
nazywać "Frau Minister". Ale łatwo potrafię sobie wyobrazić, jak w latach
1933–1939 zabiega o kolejne dobra, kupuje suknie, pije herbatkę w Carltonie
i jeździ z przyjaciółkami wielkim mercedesem". Jeśli chodzi o ojca, Niklas
nie ma wątpliwości, że umiłowanie prestiżu i władzy kompletnie go
zdeprawowało. "Zaprzedał duszę, żeby znów stać się ważny. Przed
mianowaniem na generalnego gubernatora był politycznym trupem. Zabiegał o takie stanowisko, kiedy przebywał w Berlinie".




Punkt kulminacyjny kariery Hansa Franka przypadł na 26 września 1939
roku, zaledwie siedem miesięcy po narodzinach Niklasa. Hitler mianował go
generalnym gubernatorem okupowanej Polski. Ukląkł wtedy w Berlinie
przed żoną na jedno kolano i powiedział: "Brigitte, będziesz królową Polski". Ona wraz z dziećmi wróciła do domu w południowej Bawarii, znajdującego
się nieopodal przepięknego jeziora i górskiego miasteczka Schliersee, a jej
mąż udał się na wschód, do Krakowa. Trzydziestodziewięcioletni generalny
gubernator ustanowił swoją kwaterę na Wawelu. Zamek, pełen antyków
i cennych dzieł sztuki, uważano za miejsce święte. We wcześniejszych
wiekach w jego murach odbywały się koronacje polskich królów, były tam
ich groby, którymi się z czcią opiekowano. Urządzając się w budynku
z widokiem na Kraków, ale też polską prowincję, Frank zaczął wzorować
swoje nowe królestwo na państwie nazistowskim. Wkrótce po przybyciu
ustanowił swoje zasady: "Polska powinna być traktowana jak kolonia; Polacy
powinni być niewolnikami wielkiego imperium niemieckiego".




CDN.

03 grudnia 2025

PRYWATNE ŻYCIE DYKTATORÓW - Cz. I

CZYLI JAK ŻYLI: HITLER, STALIN,

MUSSOLINI, MAO ZEDONG...



 

Dziś zapraszam na nową serię tematyczną, która obejmować będzie przede wszystkim prywatne życie dyktatorów (często największych i najkrwawszych dyktatorów, takich jak Hitler, Stalin, Mao Zedong czy Pol Pot). Oprócz informacji ściśle prywatnych na temat danych dyktatorów, omówię również wydarzenia dziejące się w danym momencie historycznym w państwach, którymi władali, a także opiszę prywatne upodobania i talenty jakie owi dyktatorzy często przejawiali, a były one różnorakie (Stalin np. pisał świetne wiersze, Hitler dobrze malował, a szczególnie szkicował, a Mao także pisał piękne wiersze, szczególnie o miłości). Wydaje się to dziwne że takie potwory w ludzkiej skórze zdolni byli do tak wzniosłych i często pięknych dzieł, ale jeśli uświadomimy sobie, że tak naprawdę to wszystko jest naszym wspólnym czyśćcem, który niektórzy zamieniają w swój prywatny raj, tworząc jednocześnie piekło dla innych, wtedy zapewne przyjdzie nam łatwiej się z tym pogodzić i nie uważać tego za dziwne, że w jednym człowieku znajdują się zawsze dwie siły wzniosła i podła, on zaś sam decyduje której stronie własnej natury pozwoli wziąć górę. To jest temat na inną rozmowę i nie chciałbym się nad tym dłużej skupiać w tym temacie, warto jednak uświadomić sobie że nawet najgorsza ludzka menda ma prawo do miłości, gdyż z tej Miłości pochodzi i do tej Miłości wrócić pragnie, choć czasem jest to poprzedzone milionami ofiar. Nie da się opuścić owego czyśćca (czy też dla niektórych piekła), tego naszego ziemskiego czyśćca w inny sposób, niż tylko poprzez Miłość (i to bezinteresowną miłość do wszystkich istot), wielu zaś o tym zapomina i szuka czegoś innego, czegoś co mogłoby zastąpić ową Miłość - która jest jedynym wyjściem z naszej podróży przez wcielenia, i dlatego rodzą się potem takie idiotyzmy jak komunizm, nazizm, faszyzm czy inne tego typu "izmy".

W każdym razie w tym temacie chciałbym się skupić bezpośrednio na prywatnym życiu dyktatorów i na ich miłostkach, słabościach czy też pasjach, a także obawach i lękach. Zacznę też od Stalina, jako że wydaje mi się on w tym momencie najbardziej interesujący, biorąc pod uwagę fakt, ile mitów narosło na temat jego życia - jego ascetycznego życia, bo w Rosji do dzisiaj pokutuje przekonanie, że Stalin żył bardzo skromnie. Nosił codziennie ten sam mundur, jadł i pił niewiele, sypiał na twardym żołnierskim łóżku i otrzymywał pensję na poziomie wysoko wykwalifikowanego robotnika. To wszystko są mity w jakie wierzą miliony Rosjan, a także wielu innych sierot po komunizmie. Warto co nieco odkłamać w tym i w innych tematach (np. Hitler był ekscentrykiem i nieco dziwakiem stroniący od ludzi. Nazistowska propaganda zaś starała się z tych jego przywar uczynić zalety dobrego niemieckiego męża, rozmiłowanego we własnym domu na niemieckiej ziemi itd.). Przejdźmy zatem do sedna:



STALIN
W ŚWIĄTYNI BESTII
Cz. I




"A CO NAM LUDZI ŻAŁOWAĆ, 
LUDZI ZAWSZE MOŻEMY ZROBIĆ"

Fragment wystąpienia Stalina do oficerów Armii Czerwonej 
(Kreml 4 maja 1935 r.) 


Zacznijmy może od ukazania życia Stalina w latach jego największej popularności, gdy dzierżył w swym ręku całość władzy w Rosji sowieckiej, a dopiero potem przejdziemy do opowieści o jego życiu na tle zmieniających się uwarunkowań politycznych.

Otóż zacznijmy od tego, że Stalin praktycznie nie miał żadnych kontaktów z pieniędzmi w czasach gdy władał Związkiem Sowieckim a potem podbitą połową Europy. On (podobnie zresztą jak Hitler od połowy lat 20-tych) nie musiał martwić się ani o wydatki, ani w ogóle zajmować się kwestiami finansowymi. Wszystko bowiem czego zapragnął, wszystko czego chciał, w magiczny sposób pojawiało się w jego otoczeniu, ot, na pstryknięcie palcem. Nie nosił przy sobie żadnych pieniędzy ponieważ nie potrzebował tego czynić i tak nic za nie nie kupował i nigdzie nie wychodził - wszystko co miał wokół siebie opłacało państwo sowieckie, a Stalin żył tam w ogromnym przepychu, wbrew temu co twierdziła propaganda i co powielali później ludzie w swej głupocie. Nie miał pieniędzy, a miał wszystko wokół siebie, dosłownie wszystko. Na pstryknięcie palcem miał sprowadzane do jego apartamentów kobiety - takie, jakie chciał i jakie mu się podobały. Miał prywatne plaże, specjalnie dobranych ludzi i pałace w których toczyło się normalne życie, tak jakby przebywał w każdym z nich jednocześnie (nigdy bowiem nie było wiadomo w której rezydencji nagle się zjawi). Josif Wissarionowicz Dżugaszwili - czyli Stalin posiadał 18 pałaców i rezydencji w całej sowieckiej Rosji (niektóre z nich były zamienione w twierdze). Rezydencje te były oczywiście odizolowane od świata, otoczone kilkoma ogrodzeniami (np. drutem kolczastym, metalowym płotem i zasiekami) oraz oczywiście pilnowane 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu przez specjalnie dobrane oddziały NKWD (liczące nawet, w niektórych największych pałacach Stalina - kilka tysięcy osób). A przecież nie byli oni jedyną ochroną dyktatora, bowiem na terenie samego pałacu (każdego pałacu) działała prywatna ochrona Stalina, niezależna od tamtej.

Każda rezydencja miała stały personel obsługi przynależny tylko danemu miejscu. W każdej też byli zatrudnieni kucharze, kelnerzy, lekarze (nawet toksykolodzy, mający sprawdzać jakość jedzenia podawanego Stalinowi do stołu), pielęgniarki, kierowcy, ogrodnicy. Z reguły stały personel każdej takiej rezydencji przekraczał 50 osób, ale z chwilą gdy zjawiał się w niej Stalin, stan osobowy zwiększał się co najmniej dwukrotnie, a często trzykrotnie. Wszystkie 18 rezydencji jakie posiadał do swego użytku Józef Stalin, to były: Kuncewo, Siemionowska, Zubałowo (wszystkie w Moskwie), następnie Nowa Macesta, Puzanówka, Riwiera, Blinowka (w Soczi), dalej Zimna Rzeczka, Ritza, Nowy Afon (ta wzniesiona w górach Kaukazu rezydencja, posiadała specjalny podziemny tunel wiodący do pięknej, prywatnej plaży), Suchumi, Missiury (znajdowała się tam specjalna porcelanowa wanna w pięknie urządzonej łazience, która dla komfortu Stalina nieustannie miała podgrzewać wodę, tak, aby nie pozwolić jej ostygnąć), Borżomi (tutaj zbudowano schody w taki sposób, aby ułatwić cierpiącemu na bóle korzonek Stalinowi wchodzenie na piętro), Tzchabato (wszystkie w Gruzji), następnie Koreiz, Gorłowinka, Trapeznikowo i Jewejnaja (na Krymie). Jako ciekawostkę należy dodać że nie wszystkie z tych rezydencji Stalin odwiedził w czasie swych rządów, w niektórych nigdy nie był, w innych był tylko raz w życiu, mimo to wszystkie one funkcjonowały tak, jakby generalissimus Związku Sowieckiego był tam stale obecny.

Stół sowieckiego dyktatora uginał się od wszelkiego rodzaju przysmaków. Ryby przywożono ze specjalnych stawów hodowlanych, przeznaczonych tylko i wyłącznie dla niego i w czasie gdy na Ukrainie ludzie zjadali trawę lub korę drzew (a często też dochodziło do przypadków kanibalizmu) bo niczego innego nie było w czasie Wielkiego Głodu z lat 1932-1933, Stalin miał wszystko, czego mógł sobie zażyczyć, a nawet więcej. Bez względu na to w której ze swych rezydencji przebywał, codziennie miał tam dostarczane samolotem świeże owoce prosto z Gruzji, jak również wino gruzińskie które lubił. Wszystkie inne przysmaki które spożywał Stalin (w tym bażanty, czy specjalnie pieczone na wolnym ogniu barany) pochodziły z odpowiednio wybranych i sprawdzonych hodowli, przeznaczonych tylko i wyłącznie na potrzeby Stalina i jego otoczenia (rodziny, ewentualnie najbliższych przyjaciół). Wszystko to oczywiście kosztowało niebagatelne sumy, którymi Stalin się nie przejmował, bo on za to nie płacił (zajmował się tym specjalny wydział zaopatrzeniowy NKWD). Wszystko co otaczało Stalina, było najwyższej jakości, począwszy od potraw (które oczywiście były skrupulatnie sprawdzane przed podaniem dyktatorowi), a skończywszy na wystroju apartamentów w jego rezydencjach. Meble były wykonane z najlepszego drewna (w Moskwie zajmował się tym specjalnie wybrany i sprawdzony przez NKWD zakład meblarski), kryształy, lampy a nawet narożniki wykonano z taką starannością o szczegóły i dbałością nie tylko o to, aby przypodobać się dyktatorowi, ale przede wszystkim aby nie mógł on zrobić sobie przy nich żadnej krzywdy. Oczywiście było to w stu procentach niemożliwe do wykonania, ale sam fakt że starano się to robić z taką myślą, też pokazuje atmosferę strachu, jaka panowała w sowieckiej Rosji. Przecież gdyby Stalin potknął się chociażby o dywan w swoim apartamencie, to producent owego dywanu w najlepszym przypadku skończyłby w "uzdrowisku" na Magadanie, a tam - jak mówił pułkownik Kwiatkowski - zdycha się głęboko pod ziemią.




Wszyscy ludzie pracujący w rezydencjach Stalina (począwszy od sprzątaczek a na lekarzach skończywszy) to byli specjalnie dobrani, etatowi pracownicy NKWD, którzy dzięki temu że byli blisko Stalina mieli specjalne przywileje. Przysługiwał im np. dostęp do sklepów z deficytowymi towarami z zagranicy (w Polsce z czasów stalinizmu mówiło się o takich sklepach "za żółtymi firankami", a potem, w latach 70-tych i 80-tych to były sklepy towarowe: Pewex i Baltona - gdzie można było, oczywiście za prawdziwe pieniądze, czyli za dolary, marki, funty czy franki - kupić towary oficjalnie na rynku niedostępne, np. prawdziwe czekolady (a nie wyroby czekoladopodobne, które smakowały jak rozpuszczony smar. Zresztą cały ten komunistyczny ustrój to był jeden wielki wyrób czekoladopodobny).


REKLAMY BALTONY i PEWEXU z PRL-u





Pracownicy prywatnych willi Stalina mieli możliwość nie tylko robienia zakupów w specjalnych sklepach z deficytowymi towarami (niedostępnych w Związku Sowieckim dla zwykłych ludzi), ale również wysokie zarobki i własne, prywatne bezpieczeństwo. Stąd też wielu marzyło o tym, aby dostać taką pracę, ale nie było to łatwe, gdyż przede wszystkim dobrą opinię musiała ci wystawić służba bezpieczeństwa, która sprawdzała nie tylko daną osobę, ale również jej rodzinę, dalszych i bliższych krewnych oraz wszystkich znajomych. Jakiekolwiek podejrzenie natychmiast eliminowało taką osobę z kręgu kandydatów. A rezydencje pracowały 24 godziny na dobę (czy był tam Stalin, czy go nie było), dlatego też ekipy musiały się zmieniać co najmniej raz dziennie. Nie było też mowy o tym, żeby popełniono jakikolwiek błąd i zatrudniono osobę, która mogłaby w jakikolwiek sposób zaszkodzić dyktatorowi. To w ogóle nie wchodziło w rachubę, dlatego też odsiew kandydatów - nawet wśród już sprawdzonych osób - był niezwykle duży. Obsługa też była szkolona do szybkiej i bezszelestnej pracy (chodziło o to, aby lokatorom wieczornych i nocnych popijaw zapewnić maksimum komfortu). Bowiem Stalin swoje nocne popijawy urządzał z reguły ok. 22:00 lub 23:00 a kończył około 5:00 nad ranem. Stoły oczywiście uginały się od wszelkich smakołyków, ale najwięcej było tam trunków, począwszy od gruzińskich win (szczególnie Chwanczkara - ulubione wino Stalina), likierów, koniaków, szampanów i oczywiście wódek, hektolitry wódek. I wszyscy musieli pić, bowiem Stalin nie ufał tym, którzy odmawiali picia i tacy mogli być pewni że w najbliższym czasie stracą zaufanie wodza, a wraz z nim bezpieczeństwo i zapewne życie (w czasie tych popijaw Stalinowi do głowy przychodziły różne myśli, np. pewnego razu Stalin powiedział w żartach że jednego z obecnych przy stole towarzyszy należałoby powiesić za jaja i dodał że jeśli ów narząd wytrzyma ciężar jego ciała, to puszczą go wolno. Co prawda nie powieszono go w taki sposób, ale kilka dni po owym zakrapianym spotkaniu na Kremlu owego mężczyznę aresztowało NKWD).




Po północy (lub tuż ok. godziny 1:00 w nocy) obsługa z reguły zmieniała zastawę (oczywiście na wcześniejsze wezwanie Stalina), gdy czterech kelnerów chwytało obrus z wszystkich czterech stron, łącznie z potrawami, sztućcami i trunkami jakie się tam znajdowały, zabierano to wszystko i lądowało to w worku, po czym rozkładano nowy obrus i przynoszono nowe potrawy: kotlety, kapustę po gruzińsku, smażone przepiórki i kolejne hektolitry wódki, wina i koniaków. Wszystko było ponownie gorące i gotowe do spożycia. Pijana ekipa rozchodziła się ok. 4:00 lub 5:00 nad ranem (niektórzy wręcz byli wynoszeni), ale Stalin miał silną głowę do alkoholu i był w stanie wytrzymać wielogodzinną popijawę.




Stalin był więc prawdziwym carem, nowym bolszewickim carem i choć oficjalnie po rewolucji 1917 r. na rozkaz Lenina miano zrezygnować z wysokich uposażeń urzędników państwowych, to jednak szybko okazało się to niewykonalne, gdyż urzędnicy i tak pobierali drugą (a często trzecią) pensję w formie łapówek. Ludzkiej natury nie dało się zmienić i nie można jej zmienić w taki sposób, chociaż bolszewicy utrzymywali że są ludźmi wyjątkowymi i innymi od całej reszty ludzkości, a jak mówił Stalin jeszcze w 1921 r.: "Jesteśmy nową arystokracją" i rzeczywiście, mnóstwo bolszewików w to wierzyło, a nawet niektórzy próbowali żyć w sposób ascetyczny, tak jak nakazywały ideały bolszewizmu (np. Feliks Dzierżyński "Krwawy Felek" - twórca CZEKA  - poprzedniczki NKWD i jednocześnie człowiek który co najmniej dwukrotnie ocalił życie Józefowi Piłsudskiemu - żył bardzo skromnie. A gdy zmarł w 1926 r. - zamordowany najprawdopodobniej z polecenia Stalina - to nie było w czym go pochować, bo nie miał nawet przyzwoitego garnituru. Nosił tylko jeden mundur wojskowy który nie nadawał się do takiej uroczystości, dlatego też trzeba było specjalnie uszyć mu do trumny garnitur). Stalin miał już zupełnie gdzieś dbanie o pozory bolszewickich utopii z książek dla marksistowskich intelektualistów. On wprowadzał bolszewizm bezpośrednio w życie, a bolszewicy według niego byli nową arystokracją, więc mieli prawo żyć tak, jak żyła dawna arystokracja, a on jako przywódca partii miał prawo żyć jak car. I tak też żył (i wszystko jak zwykle rozbija się o to, kto jest na górze i kto wydaje polecenia, a wszystkie te rewolucje tak naprawdę mają za zadanie jedynie zmianę tyłka, który siada na tronie).



 
CDN.

02 grudnia 2025

BOHATEROWIE WRZEŚNIA - Cz. I

OSTATNI BÓJ





Dziś chciałbym rozpocząć nową serię opowiadającą o żołnierzach broniących tamtej, wywalczonej po 123 (150) latach zaborów, odrodzonej w krwawych bojach I Wojny Światowej i Wojny z bolszewikami roku 1920 - Polski. Będę tutaj prezentował wybrane ciekawe opisy bitew oraz mniejszych starć całych formacji, jak również poszczególnych żołnierzy w tym piekielnym wrześniu roku 1939, ostatnim (na długie dekady) miesiącu wolnej Polski. Zamierzam tutaj również pokazać przypadki jawnej zdrady i kolaboracji z najeźdźcą, jakie miały miejsce szczególnie na polskich Kresach Wschodnich w czasie Wojny Obronnej 1939 r. (oczywiście nie będę się tu tylko skupiał na Wschodzie, gdyż na polskich Ziemiach Zachodnich, szczególnie na Pomorzu i Śląsku mniejszość niemiecka była bardzo aktywna w ostatnich dniach przed wybuchem wojny jak i już w jej trakcie). Nie mógł to być miły obrazek dla żołnierzy codziennie przelewających krew najpierw z niemieckim, a potem jeszcze z rusko-sowieckim najeźdźcą, gdy widzieli wioski na wschodzie (w większości zamieszkałe przez Ukraińców, Białorusinów i Żydów), w których ludność wznosiła pośpiesznie skręcone łuki triumfalne dla Armii Czerwonej. Jakże odrażający musiał być to widok. Ja sam osobiście - choć mam tak wiele szacunku dla ludzkiego życia i ludzkiej godności - puszczałbym od razu takie wsie z dymem, a jeśli lokalna ludność próbowałaby jeszcze strzelać do żołnierzy zza węgła, natychmiast prowoderów należałoby unieszkodliwić, rozbroić i rozstrzelać. Za zdradę należy zapłacić (szczególnie w trakcie wojny), tym bardziej jeśli idzie ona na równi z ludzką głupotą (łuki triumfalne dla wkraczających bandytów ze Wschodu, których celem było zniewolenie tych samych mieszkańców, którzy z takim oddaniem witali swoich nowych ciemiężców? Cóż głupich nie sieją sami się rodzą!). Tak też postępowały te jednostki które akurat wkraczały do wsi, gdzie już oczekiwano nadejścia Sowietów. Tylko lokalni mieszkańcy mieli pecha, bo przyszło Wojsko Polskie, wróciła Polska, która co prawda przegrywała, ale jeszcze ostatnim wysiłkiem kąsała swych wrogów i tych spośród zdrajców, którzy nagle się ujawnili.

Na początek pozwolę sobie jedynie zaprosić na krótki filmik, zrealizowany kilka lat temu na cześć 3 Pułku Strzelców Konnych im. Hetmana Polnego Koronnego Stefana Czarnieckiego. W filmie pt.: "Ostatni bój" jest przedstawiony cały jego szlak bojowy we wrześniu i pierwszych dniach października 1939 r. Są angielskie napisy, zatem również i ktoś "nie posiadający języka polskiego" (jak to kiedyś dość kolokwialnie wyraził się Tadeusz Drozda) będzie mógł zorientować się w sytuacji o której film opowiada. Zapraszam zatem na film o tragicznych losach tamtej Polski której już nie ma, a co najwyżej przetrwała w sercach i umysłach współcześnie żyjących Jej synów i córek.




CDN.
 

01 grudnia 2025

O RETY - KABARETY! - Cz. II

SKECZE ŚMIESZNE I MNIEJ ŚMIESZNE STARSZE I NOWSZE



KOLEJNE ZABAWNE SKECZE



KABARET NEO-NÓWKA


"TELEEXPRESS"


2:20 - "PANIE POŚLE, KIERUJĘ DO PANA PIERWSZE PYTANIE - DLACZEGO PAN TU SIEDZI?"

"BY DAĆ ŚWIADECTWO TEGO ŻE MAMY DOBRY SEJM, WYBITNYCH FACHOWCÓW, GOSPODARKA IDZIE DO PRZODU A LUDZIOM ŻYJE SIĘ CORAZ LEPIEJ"

"OCZYWIŚCIE. PRZEPRASZAM ALE WKRADŁ MI SIĘ TU CHOCHLIK, PYTANIE MIAŁO BRZMIEĆ - DLACZEGO PAN JESZCZE NIE SIEDZI?"

3:50 - "CZY ZGODZI SIĘ PAN ZE STWIERDZENIEM, ŻE ZAWÓD POSŁA JEST SWEGO RODZAJU MISJĄ?"

"TAK! (...) JA CODZIENNIE RANO PODCHODZĘ DO LUSTRA I MÓWIĘ - TY, WŁAŚNIE TY MOŻESZ ZROBIĆ DZIŚ COŚ DOBREGO DLA TEGO KRAJU. IDĘ DO SEJMU, ROBIĘ TO, WRACAM DO DOMU I DO LUSTRA MÓWIĘ - TY, WŁAŚNIE TY ZROBIŁEŚ DZIŚ COŚ DOBREGO DLA TEGO KRAJU, DZIĘKUJEMY! A POZA TYM MAMY DOBRY RZĄD, WYBITNYCH FACHOWCÓW, GOSPODARKA IDZIE DO PRZODU, A LUDZIOM ŻYJE SIĘ CORAZ LEPIEJ" DODAM JESZCZE COŚ OD SIEBIE: JESTEM KOMPETENTNY I UCZCIWY"

4:55 - "KOMPETENTNY I UCZCIWY", TY ZAPLUTY KŁAMCO, TY DZIADU PIE...NY, WYPIER...AJ STĄD!!! 😂 (...) MI H...J JE..Y CIŚNIENIE PODNIÓSŁ, ILE MOŻNA SŁUCHAĆ TEGO PIER...A! 😅 (...) NIE LUBIĘ JAK MI SIĘ OKRES SPÓŹNIA"





KABARET MŁODYCH PANÓW 


"POWRÓT PIŁKARZY"


0:55 - "MOŻE PAN WOJTEK SZCZĘSNY CO SIĘ STAŁO?"

"NIC SIĘ NIE STAŁO, MIAŁO BYĆ BEZ NAZWISK" 🥴

1:35 - "MY JAKO POLSKI ZWIĄZEK PIŁKI NOŻNEJ NIE MAMY SOBIE NIC DO ZARZUCENIA, 8 MILIONÓW DOLARÓW PRZYTULONE, TAKŻE NA PLUS" 👍

"MOŻE TRZEBA BYŁO SIĘ BARDZIEJ POSTARAĆ, TAK JAK SENEGAL - MIELI SWOJEGO SZAMANA"

"U NAS TEŻ BYŁ BISKUP, POŚWIĘCIŁ AUTOKAR, WSPÓLNIE MODLILIŚMY SIĘ ABY BYĆ DŁUŻEJ NIŻ NIEMCY I SIĘ UDAŁO" 😄

2:15 - "ALE MOŻE TRZEBA BYŁO JESZCZE BARDZIEJ SIĘ POSTARAĆ, TAK JAK MEKSYK, ONI MIELI PROSTYTUTKI I JAK GRALI!"

"PANIE REDAKTORZE MY DBAMY O NASZYCH PIŁKARZY, JADĄ Z AUTOKAREM KILKAKROTNIE SIĘ ZATRZYMYWALIŚMY..." 😘


3:15 - "JAK MAM SIĘ DO PANA ZWRACAĆ?"

"TO MOŻE ORZEŁ"

"ROZUMIEM, ORŁY NAWAŁKI"

"NIE ROZŚMIESZAJ MNIE, ORZEŁ BO MI TO LATA" 😅

"W TAKIM RAZIE, CO NIE ZAGRAŁO?"

"STARY, TAM NIC NIE GRAŁO OD POCZĄTKU, JUŻ NA EURO Z NAS WYCISNĘLI WSZYSTKO, POTEM CZTERY LATA NA 200%, TO NIE MA Z CZEGO 😄

4: 50 - "WZIELIŚMY W NOCY TEGO NAWAŁKĘ DO BAGAŻNIKA I DAWAJ Z NIM DO LASU, WYCIĄGAMY GO I MÓWIMY "CHŁOPIE, KOPIESZ GRÓB... PRZEPRASZAM, ALE TEN GŁOS TAKI FAJNY, PONIOSŁO MNIE" 😂

6:35 - "GLIK NIE MÓGŁ GRAĆ!"

"CZYLI NIE BYŁ W FORMIE?"

"ON BYŁ W SZCZYTOWEJ FORMIE, ON PO TRZY, CZTERY REKLAMY DZIENNIE GRAŁ... CO ON REKLAMOWAŁ - ANTYPERSPIRANT, KUPIŁBYŚ ANTYPERSPIRANT OD SPOCONEGO GLIKA?" 😄

7:10 - CZYLI NAWAŁKA POSTAWIŁ NA PIŁKARZY MEDIALNYCH, A MOŻE POWINIEN POSTAWIĆ NA TYCH CO TRENUJĄ?"

"NAWAŁKA ZAWSZE POWTARZA ŻE TRENUJĄ TYLKO CI, CO NIE UMIĄ" 😂

9:00 - "PO CO WYŚCIE TAM W OGÓLE POJECHALI?"

"TEN MUNDIAL, TO BYŁY NAJLEPIEJ ZORGANIZOWANE WCZASY W ŻYCIU, NIGDY SIĘ TAK DOBRZE NIE BAWILIŚMY" 😎

"ALE JAK TO, PRZECIEŻ JUŻ PO PIERWSZYM MECZU WSZYSCY WIDZIELIŚMY U WAS ŁZY"

:ŁZY, ŁZY - WSZYSCY LALIŚMY ZE ŚMIECHU, BO KAŻDY WIDZIAŁ JAK GRAMY... ALE TIAGO ZAŁAMANY BYŁ, ZAŁAMANY, JA MÓWIĘ CHŁOPIE NIE ŁAM SIĘ, KAŻDEMU SIĘ ZDARZY - CO KAŻDEMU SIĘ ZDARZY, TO JUŻ TRZECIA SZYBKA W IPHONIE W TYM TYGODNIU" 😂

"ALE TO CO, NIE CHCIELIŚCIE WYJŚĆ Z GRUPY?"

"CHCIELI, NIE CHCIELI - CHŁOPAKI MIELI JUŻ ŻYCIE POUKŁADANE, PAZDAN NA LIPIEC MALARZY MIAŁ ZAMÓWIONYCH W DOMU. POWIEM TAK - TEN MUNDIAL NAS TROCHĘ ZASKOCZYŁ" 😁

"PRZECIEŻ WIEDZIELIŚCIE O TYM JUŻ CZTERY LATA WCZEŚNIEJ?!"

"JAK SIĘ KTOŚ PIŁKĄ INTERESUJE TO WIE" 👏

11:55 - "ALE TO MOŻE TRENER NAWAŁKA BYŁ ZAŁAMANY I COŚ WAM POWIEDZIAŁ?"

"PO PIERWSZYM MECZU Z SENEGALEM TRENER WSZEDŁ DO AUTOKARU, MYŚLELIŚMY ŻE BĘDZIE ZJEBKA, A TEN RYCZY ALE ZE ŚMIECHU, BO SIĘ OKAZAŁO ŻE W INTERNECIE TAKI FILMIK WIDZIAŁ, JAK TRENER WCHODZI DO SZATNI I PIŁKARZOM PO RYJU Z LIŚCIA DAJE" 💪

12:55 - "ALE JAK, PRZYJEŻDŻACIE AUTOKAREM DO HOTELU I TRENER NIC NIE POWIEDZIAŁ?"

"NIE, TAM JUŻ BYŁO POWAŻNIE, TRENER ZEBRAŁ NAS WSZYSTKICH I POWIEDZIAŁ: CHŁOPAKI PODCHODZIMY DO SPRAWY PROFESJONALNIE, JAK SIĘ KTÓRYŚ JESZCZE NIE ROZPAKOWAŁ, TO NIECH TEGO NIE ROBI" 🤣

15:30 - "A NAJLEPSZE BYŁO TO, BO MARADONA NIGDY NIE WYPIŁ POLSKIEJ WÓDKI, 5:00 RANO Z CHŁOPEM NIE MA KONTAKTU, MY DO NIEGO PO MARADOŃSKU - GDZIE MIESZKASZ, GDZIE MIESZKASZ?

16:35 - "TEN MUNDIAL NIEKTÓRYM CHŁOPAKOM NA PSYCHIKĘ SIADŁ, SAM SŁYSZAŁEM W HOTELU JAK NIERAZ KRZYCZELI TE TEKSTY Z REKLAM... A NAJGORSZE JAK LEWY KIEDYŚ WYDARŁ SIĘ PRZEZ SEN: ANIA JA MAM ŁUPIEŻ!" 😂👏👍





KABARET JURKI


 "WIGILIA"


3:40 - "CZAS PRZEŁAMAĆ SIĘ OPŁATKIEM"

"JA DZIĘKUJĘ"

"JAK DZIĘKUJESZ? PRZECIEŻ ŚWIĘTA SĄ, COCA-COLA NA STOLE, KEVIN SAM W TELEWIZORZE, A TY SIĘ Z NAMI NIE CHCESZ OPŁATKIEM PRZEŁAMAĆ?" 🥳

(...)

"MY HINDUIŚCI NIE PRZEŁAMUJEMY SIĘ OPŁATKIEM"

4:35 - "MOJA DROGA SIOSTRO, Z OKAZJI TYCH OTO ŚWIĄT, ŻYCZĘ TOBIE DUŻO ZDROWIA I ŻEBY TA TURBANOWA SEKTA JAK NAJSZYBCIEJ OPUŚCIŁA TWOJE MIESZKANIE. WIDZISZ ŚWIĘTA, CZAS WZRUSZEŃ. GŁOWĘ UMYJ!" ,😂

5:25 - "A CO MY TU MAMY? RYBKA PO GRECKU, KARPIK PO ŻYDOWSKU, ŚLEDZIK PO JAPOŃSKU, WÓDKA FINLANDIA - PRAWDZIWA POLSKA WIGILIA BO HINDUSKIEGO NIC NIE MA" 🤭

5:55 - "CZĘSTUJ SIĘ SZWAGIER!" 😜

"PRZECIEŻ DZISIAJ JEST WIGILIA, TO JEST CZAS POJEDNANIA, ZROZUMIENIA - STUL MORDĘ - I MIŁOŚCI" 😙

8:20 - "KOCHANIE, OJCIEC CHCE ZOSTAĆ HINDUSEM (...) UWALNIAM CIĘ MARKU, ALE GDYBYŚ CHCIAŁ MNIE I WOJTUSIOWI ZROBIĆ PREZENT, TO ZOSTAŃ"

"MÓGŁBYM ZOSTAĆ, ALE POD WARUNKIEM ŻE TWÓJ BRAT JUŻ NIGDY WIĘCEJ DO NAS NIE PRZYJDZIE!"

"ZGADZAM SIĘ!"

"ALE MNIE SPRYTNIE Z RODZINY WYP...Ł" 😂👍


 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. IX

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. VI






SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. VI






SŁOWIANIE W ANATOLII, NA BLISKIM WSCHODZIE I W EGIPCIE 
(ok. 1200 r. p.n.e. - ok. 1180 r. p.n.e.)
Cz. I


BLISKI WSCHÓD W OGNIU SŁOWIAŃSKICH ŻAGIEW
(ok. 1200 r. p.n.e. - 1170 r. p.n.e.)
Cz. II



Faraon Ramzes III w swej inskrypcji z ok. 1177 r. p.n.e. twierdził, że cały znany ówczesny świat został najechany przez dziwne, tajemnicze i nieznane ludy z Północy, które niszczyły wszystko na swej drodze, a poruszały się zarówno drogą lądową, jak i morską. Pierwotnie sądzono że obcy przybywają z wysp takich jak Kreta (w inskrypcji Ramzesa jest bowiem zapisane: "Obce ludy uczyniły na swych wyspach spisek"), ale dziś jest już pewne, że wyspy te, był tylko drobnym etapem w ich niszczycielskiej podróży na Południe, począwszy od Grecji i Anatolii, poprzez Syrię, a skończywszy na Egipcie i Libii. Wówczas cały wschodni basen Morza Śródziemnego został doszczętnie zniszczony, dotychczasowe układy polityczne i gospodarcze uległy zanikowi i doszło też do pewnych zmian kulturowych, jak choćby fakt, że na ziemiach Anatolii wcześniej używano mezopotamskiego pisma klinowego, zaś po przejściu "Ludów Morza" pismo klinowe w takiej formie już na te ziemie nie powróciło. Faraon pisał również, że: "Żaden kraj nie oparł się ich broni, począwszy od Hatti, Kode (Kizzuwatna), Karkemisz, Arzawa także Alaszija - naraz zniszczone. (...) Szli na Egipt i fala ognia szła przed nimi. (...) Położyli ręce na krajach całego świata (w rozumieniu Egipcjan), a ich serca były pełne wiary i dufności". Jak więc ów niszczycielski marsz wyglądał na terenie Anatolii? Oto odpowiedź:



HATTUSAS




Ponieważ główne źródła z okresu poprzedzającego inskrypcję Ramzesa III, odnoszą się głównie do dwóch miast Anatolii - Troi i Hattusas - stolicy kraju Hetytów, przeto na nich to właśnie zamierzam się skupić i jako że o Troi pisałem już wcześniej, teraz przeto zajmę się Hattusas. Lecz tutaj następuje pewna chronologiczna niespójność. A mianowicie, o ile atak "Ludów Morza" na Troję i na miasta ówczesnej Hellady miał miejsce właśnie ok. 1180 r. p.n.e., o tyle bez wątpienia należy stwierdzić, że upadek Hattusas nastąpił co najmniej dwadzieścia kilka lat wcześniej (czyli jedno pokolenie wstecz). Jest to jednak o tyle zrozumiałe, że pierwsza (mniejsza) fala najazdu ludów Północy, miała miejsce w czasach rządów w Egipcie faraona Merenptaha - syna Ramzesa II Wielkiego, mniej więcej ok. 1207 r. p.n.e. (z tego bowiem roku pochodzi inskrypcja faraona, mówiąca o pokonaniu przez niego wielu ludów, którą tu zacytuję: "Książęta padli na twarz mówiąc: pokój! Pomiędzy Dziewięciu Łukami nikt nie podnosi głowy. Tehenu (Libia) jest spustoszona, Hatti jest w pokoju. Aszkelon uprowadzony w niewolę, opanowano Gezer. Janoam jest jakby jej nie było. Izrael został zniszczony, nie ma już nasienia. Charu (Palestyna) jest jak wdowa wobec Egiptu. We wszystkich krajach zaprowadzono pokój"). Oczywiście nie ma tam żadnych dowodów, jakoby Egipt zmagał się wówczas z owymi "Ludami Morza", ale świadomość ich pojawienia się jest starsza niż owa stela Merenptaha i w innych dokumentach mówi się już o walkach toczonych o Cypr (Alaszija), a także prezentuje nazwy ludów, które pojawiły się w Anatolii i na greckich wyspach, siejąc tam spustoszenie i panikę. Jednak nie była to jeszcze ta główna fala ataku, która nadejdzie ok. trzydziestu lat później, mimo to również ona doprowadziła do ogromnych przetasowań politycznych i pojawienia się zupełnie nowych podmiotów które wyrosły w Anatolii na gruzach dawnego Królestwa Hetytów.

Zacząć jednak należy od początku, czyli od wyjaśnienia sobie w jakim stanie był kraj Hetytów tuż przed inwazją "Ludów Morza" i które konkretnie ludy dokonały ataku na Anatolię ok. 1200 r. p.n.e. Tak jak pisałem w poprzedniej części, Hetyci przeżywali wówczas załamanie gospodarcze, które przełożyło się również na utratę wpływów politycznych w Kizzuwatnie oraz w Syrii (czego dowodem było zawarcie przez króla Hetytów - Suppiluliumę II układu na zasadach politycznej równorzędności obu władców, z uniezależnionym już wicekrólem Karkemisz, co wcześniej było nie do pomyślenia, tym bardziej że wicekról z Karkemisz kontrolował duży obszar dawnego państwa Mitanni, oraz jako suweren nadzorował bogate, portowe miasto Ugarit, które mogło wystawić flotę nawet 150 okrętów wojennych). Nie doszłoby zapewne do tego, gdyby nie widoczny upadek politycznego znaczenia kraju Hetytów, które jednak było spowodowane kryzysem gospodarczym oraz powstałym w jego wyniku ogromnym niezadowoleniem społecznym. Już ok. 1230 r. p.n.e. król Tuadhalija IV (syn Hattusilisa III - wcześniej kapłana bogini Isztar z Samuhy) musiał się zmierzyć w wojnie domowej ze swym kuzynem - Kuruntą, który na krótki okres zdołał nawet pozbawić go władzy. Wraz ze wstąpieniem na tron Suppiluliumy II (syna Tuadhaliji IV) ok. 1207 r. p.n.e. kraj Hetytów był już pogrążony w kryzysie gospodarczym. Pojawił się też głód, który wygenerował konflikty społeczne pomiędzy elitą władzy a resztą poddanych "Wielkiego Króla". Odnaleziony w piecu do wypalania glinianych tabliczek w ruinach syryjskiego Ugarit - list z ok. 1200 r. p.n.e. informuje nas właśnie o klęsce głodu, jaka zapanowała w Hatti i wtargnięciu do tego kraju nieprzyjaciół, obcych, nieznanych ludów (co ciekawe - tabliczka ta zachowała się właśnie dlatego, że w porę nie została wyjęta z pieca - zapewne nie miał jej już wówczas kto wyjąć, gdy w tym właśnie czasie na Ugarit spadł najazd plemion Północy, a miasto zostało wówczas zniszczone i w ten sposób owa tabliczka przeleżała sobie w piecu ponad... 3000 lat).

Panujący wówczas w Anatolii głód i konflikty społeczne, w ogromnej mierze dopomogły "Ludom Morza" w swobodnym podejściu pod Hattusas i zdobyciu tej potężnej twierdzy. Gdyby Hetyci byli zjednoczeni i silni, jak to było jeszcze za rządów Hattusilisa III, zapewne ów lud, który to skierował się w głąb Anatolii, tak łatwo nie dokonałby tych zniszczeń. Piszę "lud", ale zapewne było to co najmniej kilka plemion, z pewnością zaś wiadomo o jednym - o plemieniu Meszwesz (Mešweš - a ponieważ w języku egipskim zasób spółgłosek był znacznie ograniczony, przeto lud ten został przez Egipcjan zapisany jako: Mšwš). Lecz nim do niego przejdę, kilka słów o samej twierdzy Hattusas. Miasto dzieliło się na dwie części: Górne i Dolne. Miasto Górne było zasiedlone przez króla i dworską elitę Hetytów. Znajdował się tam Pałac królewski i posiadłości wielmożów. Dolne Miasto zaś - znacznie większe i bardziej rozbudowane - mieściło pozostałą ludność. Pomiędzy Górnym a Dolnym Miastem znajdował się (otoczony osobnymi murami) Akropol królewski i kilka świątyń. Miasto otoczone było dodatkowo masywnymi murami (w tym każda dzielnica swymi własnymi), a stało ono na wysokim wzgórzu, którego zdobycie było bardzo trudne. A jednak powiodło się to ludowi Meszwesz (choć niektórzy historycy twierdzą że wspomagał ich w tym lud Kasków - z którymi Hetyci walczyli od dziesięcioleci, lub nawet że to sam lud Kasków zdobył Hattusas). A jak w ogóle do tego doszło? Według tego, co można odnaleźć w ruinach miasta, okazuje się że zniszczeniu uległa stosunkowo niewielka jego część którą strawił ogień. Najwięcej zniszczeń jest w Górnym Mieście i na Akropolu królewskim, natomiast Dolne Miasto prawie w całości ocalało. Czyżby więc zajęcie Hattusas było tylko symboliczne, a prawdziwy atak miał miejsce wcześniej, nim jeszcze plemię Meszwesz podeszło pod mury twierdzy? Wydaje się wielce prawdopodobne, że tak też mogło się stać, gdyż zniszczeniu uległy jedynie budynki publiczne w tym Pałac królewski - co mogłoby świadczyć iż doszło tam do walki pomiędzy elitami a ludem. Dlaczego tak sądzę? Ponieważ okazuje się że w spalonych budynkach nie znaleziono wielu nieodzownych rzeczy, którymi na co dzień otaczali się ludzie możni - takimi jak pierścienie, bogato wykończone tarcze, sztylety, biżuteria etc. etc. Wygląda więc na to, że Hattusas zostało opuszczone przez elitę wcześniej niż nastąpił sam atak "Ludów Morza". Zapewne więc ewakuując się (czy to pod wpływem buntu ludu, czy też na wieść o zbliżaniu się plemienia Meszwesz) ogołocili oni swe pałace z kosztowności i uciekli, a za nimi podążyła potem reszta ludności miasta. Zresztą już wcześniej rodzina królewska opuściła Hattusas. Było to za panowania Muwatallisa II (który to starł się z Ramzesem II w sławnej bitwie pod Kadesz z ok. 1274 r. p.n.e.) i on właśnie opuścił Hattusas wraz ze swoją rodziną oraz możnymi i osiadł w mieście Tarhuantassa na granicy z Kizzuwatną (dopiero syn Muwatallisa - Mursilis II ponownie wrócił do dawnej stolicy).




Skąd jednak wiadomo, że to właśnie lud Meszwesz zaatakował wówczas kraj Hetytów? Otóż Suppiluliuma II toczył z nimi walki o Cypr już ok. 1205 r. p.n.e. i szczycił się potem na swej steli, jak to ich rozbił (pisałem już o tym wcześniej, ale tylko przypomnę co ów władca pisał: "Ja, Suppiluliuma, Wielki Król, natychmiast [ruszyłem] na morze. Okręty Alasziji trzy razy spotkały mnie w bitwie na morzu. Pokonałem je. Zdobyłem owe okręty i spaliłem pośrodku morza. Kiedy ponownie przybyłem na suchy ląd, wówczas wróg z wyspy Alaszija ponownie tłumnie stanął przeciwko mnie"). Wiadomo dziś, że był to lud Meszwesz (nazwę tego plemienia przytacza tekst egipski z czasów Merenptaha, który to władca był żywo zainteresowany walkami Hetytów w rejonie Cypru). Pytanie tylko brzmi, czy był to jedyny lud, jaki wówczas najechał kraj Hatti? Wydaje się że nie, choć w przypadku pozostałych plemion które uderzyły wówczas na Anatolię w pierwszej fali (a których to nazwy podawałem we wcześniejszych wpisach) nie ma już takich pewności co do ich nazw. Warto też pamiętać, że ta pierwsza fala, miała miejsce na jakieś dwadzieścia kilka lat przed tą główną falą ataku tzw.: "Ludów Morza", czyli było to pokolenie wstecz przed właściwą inwazją na Troję i na greckie miasta, takie jak Mykeny, Tiryns, Argos czy Pylos. Innymi słowy, gdy doszło do spalenia Troi, Imperium Hetytów już wówczas nie istniało od co najmniej dwudziestu lat. Na jego gruzach powstały nowe kraje, które reprezentowały już zupełnie inną kulturę (należy jednak pamiętać, że wielu Hetytów doskonale odnalazło się w nowej rzeczywistości, szczególnie zaś cenieni byli ci specjaliści, którzy potrafili metal zmieniać w żelazo i wykuwać wspaniałe miecze, których technologii zdobywcy bardzo potem strzegli - przykładem niech będzie fakt, że Filistyni, którzy podbili Izraelitów i traktowali ich jak swoich niewolników, nigdy nie wyjawili im "tajemnicy" wykuwania żelaznych mieczy, tarcz oraz włóczni, zaś według Biblii ów gigant Goliat z którym to zmierzył się Dawid - dzierżył właśnie w dłoni potężną żelazną tarczę i włócznię, a u boku miał miecz wykuty z żelaza. Takiego sprzętu Izraelici króla Saula wówczas nie posiadali, gdyż ich broń wciąż wykuwano z brązu, a w starciu orężnym miecz z żelaza i miecz z brązu nie były sobie równe, ten pierwszy był w stanie bowiem przeciąć na pół ostrze z brązu, czego nie potrafił ten drugi).

A teraz przejdźmy do odpowiedzi na pytanie, skąd pewność że lud Meszwesz był... słowiańskim ludem? Bardzo pomocne w tej kwestii są opisy egipskie, gdyż Egipcjanie zapisywali nazwy danych ludów tak, jak je sami rozumieli i jak mogli je potem wypowiedzieć. Zapis typu "Mšwš" jest dla nas bardzo trudny do wymówienia, gdyż brakuje kluczowych samogłosek, które ułatwiłyby wypowiedzenie owej nazwy, oraz spółgłosek, które zostały pominięte, jako że dla egipskiego ucha ton samogłosek bezdźwięcznych nic nie znaczył prócz dość dziwnego szumu, który trudno było im zapisać. Tak więc słowo: "Meszwesz" jest fonetycznym rozwinięciem Mšwš, przy dodaniu odpowiednich samogłosek i spółgłosek. Egipcjanie nie znali spółgłoski "sz", "", "cz", dlatego też zapisali to tak, jak rozumieli, czyli bez użycia niektórych samogłosek i spółgłosek bezdźwięcznych. Stąd też wyszła taka karykatura językowa, która trudna jest do wymówienia w języku słowiańskim, a szczególnie w języku lechickim (co ciekawe, Rosjanie twierdzą, że język polski, poprzez częste używanie spółgłosek bezdźwięcznych - "sz", "cz" oraz "ś", "ć", "ź", "" - przypomina język... węży, jako że "Lachy wciąż syczą"). Idąc więc tym tropem, możemy rozwinąć egipski zapis: "Mšwš" nie tylko na mało zrozumiałe słowo "Meszwesz", ale poprzez dodanie odpowiednich spółgłosek uzyskamy właściwą nazwę tego ludu, która brzmi: "Medźwedź". A to jest już bardziej zrozumiałe słowo dla nas, żyjących współcześnie - i to pomimo upływu 3200 lat - niż dla żyjących w tamtym czasie Egipcjan, dla których "Medźwedź" znaczył tyle samo, co dla nas obecnie "Mšwš". Tak więc Anatolię w tamtym czasie nawiedziło słowiańskie plemię "Niedźwiedzi" (czyli ludu okrywającego swe ciała skórami upolowanych "miśków" 😉). Co ciekawe, tacy wojownicy - otuleni skórami niedźwiedzi (choć nieliczni) również są ukazani na ścianach świątyni Ramzesa III w Medinet Habu - czyżby wiec to był przypadek?

Ludem bardzo podobnym do "Medźwedźi", który również uprawiał kult niedźwiedzia (noszenie skór zdartych z tych zwierząt miało przede wszystkim znaczenie kultowe i było okazaniem szacunku dla ich siły oraz potęgi, a nie służyło jedynie okryciu swego ciała - bo gdyby tak było, to po co ludy te nosiłyby skóry w ciepłych rejonach Anatolii i Bliskiego Wschodu?) był lud o (egipskiej) nazwie: "šklš" (Šekeleš). Skąd ten lud pochodził? Jego nazwa jest bardzo symboliczna i dość jasno sugeruje gdzie były jego pierwotne korzenie. Jednak, aby to sobie uzmysłowić, należy zrozumieć, że był to lud Północny, który przybył z ziem dość licznie wówczas zasiedlonych, który jednak zapewne po bitwie w Dolinie Dołęży (ok. 1250 r. p.n.e.) nie mógł znaleźć dla siebie miejsca i był wypychany przez sąsiadów (być może właśnie zwycięzców w owym starciu). Jego zaś siedzibą były (z pewnością) ziemie leżące wokół góry Ślęży - której wyjątkowe (wręcz magiczne) znaczenie, znane było jeszcze za pierwszych chrześcijańskich Piastów, potomków Mieszka I, a reakcja pogańska z lat 1037-1038 - podczas której niszczono kościoły i mordowano księży w celu wyplenienia chrześcijaństwa i powrotu kraju do pogaństwa - opierała się właśnie o te dwie główne, święte góry słowiańskiej religii: Ślężę i Łysiec. Śląsk, to była w średniowieczu dzielnica bardzo dobrze rozwinięta i licznie zamieszkana, bogata i warta przelanej za nią krwi. Niewielu jednak wie, że Śląsk był licznie zaludniony już też w dalekiej starożytności, gdyż stanowił główną drogę wiodącą z Zachodu na Wschód i z Północy na Południe. Wyjątkowego znaczenia dodawał Śląskowi również fakt, że na jego terenie była ulokowana właśnie owa "święta góra", która stanowiła jedno z największych ośrodków kultowych w słowiańskiej Europie. Do dziś znajduje się tam mnóstwo archeologicznych skarbów, w tym kamiennych rzeźb (w tym również rzeźb niedźwiedzi). Można wręcz stwierdzić, że Stonehenge to przy Ślęży klocki ustawione przez dzieci dla zabawy. Tam było centrum cywilizacji słowiańskiej i stąd ruszały wyprawy na wszystkie strony świata, głównie zaś na Południe, do Grecji, Anatolii i na Bliski Wschód. Dlatego też lud, który Egipcjanie zapisali pod nazwą "šklš" wywodził się z rejonu Śląska, z terenów leżących wokół góry Ślęży i stąd też nosił nazwę: "Ślężan"




Prawdopodobnie więc Ślężanie szli razem z "Medźwiedziami", jako że pierwotne siedziby obu plemion znajdowały się właśnie w rejonie góry Ślęży. Można więc przypuszczać, że skoro Medźwiedzie uderzyli na Anatolię i zdobyli Hattusas, to również wspomagali ich w tym dziele Ślężanie i to oni potem byli nowymi panami tych ziem (zapewne przez jakiś czas), tworząc na zgliszczach Imperium Hetytów swoje nowe państwa (które szybko się zorientalizowały). Warto też pamiętać, że nie tylko Hattusas wówczas spalono. Do tego miasta dołączyło też kilka innych hetyckich ośrodków, jak choćby Karaoglan, Alisar a także mniejsze osady w centralnej Anatolii.     


 
KIZZUWATNA




W czasach Hetytów była to niezwykle bogata i potężna prowincja, która leżała w południowej Anatolii (rejon Cylicji). Krainą tą władali królowie, którzy co prawda byli zależni od władców z Hattusas, ale posiadali bardzo daleko idącą autonomię wewnętrzną, zaś w traktatach zawsze byli wymieniani jako równorzędni z Hetytami. Poza tym bogactwo, jakie owi królowie zdobywali na handlu lewantyńskim powodowało, że kraina ta była niezwykle ważna dla Imperium Hetytów i to nawet wówczas, gdy podjęli oni walkę z Egiptem o Syrię i nieco mniejszą uwagę przykładali do spraw Kizzuwatny. Największym i najbogatszym miastem tej krainy było Ura w zachodniej części kraju. Głównym miastem zaś i siedzibą władcy była Tarsa (Tars). Wiadomo że "Ludy Morza" zniszczyły tutaj miasto Malluma, leżące na południowy-wschód od Tarsy, oraz samą Tarsę.   



CO BYŁO DALEJ?




Prawdopodobnie ludy słowiańskie, które przeorały całą Anatolię, nie osiedliły się na jej terenie, lub też osiedliły się na krótko i pomaszerowali dalej do Syrii i ku Egiptowi. Faktem jednak jest, że kultura krajów powstałych na zgliszczach państwa hetyckiego, przestała opierać się o mezopotamskie pismo klinowe - jak było dotychczas - i wytworzyła nowy rodzaj pisma, zwanego dziś "hieroglificznym luwijskim" lub "hetyckim". Stosowano je jednak głównie do uroczystych inskrypcji spisywanych na kamieniu i praktycznie przestano wykorzystywać je do zapisywania relacji handlowych (które w tamtym czasie znacznie podupadły). Pojawiły się zaś małe królestwa neo-hetyckie (niestety nie wiadomo czy północni najeźdźcy również się tam osiedlali i można na ten temat jedynie dywagować) które powstały wokół miast: Adany - księstwo Kue (jest to moja osobista nazwa ustrojowa, jako że w starożytności, w przeciwieństwie do średniowiecza, nie dzielono władców na tych noszących korony i tych będących książętami. Tak naprawdę nawet najmniejszy wielmoża, władający zaledwie kilkoma miastami mógł się tytułować królem i za takiego był wówczas uważany, a dopiero w średniowieczu wprowadzono hierarchię, określając relację lenną pomiędzy królami-suwerenami władającymi całymi państwami i ich lennikami - książętami, odpowiedzialnymi za określone, często rodowo im przypisane domeny). W rejonie miasta Malatya powstało księstwo Melid, dalej na południe od niego księstwo Kummuhi, następnie księstwo Gurgum z ośrodkiem w Maras (na ziemiach północno-zachodniej Kizzuwatny), potem Hillaku i Tabal i jeszcze kilka mniejszych. Przetrwały one ponad 300 lat, do czasu, aż rosnąca w siłę Asyria po kolei je wszystkie sobie podporządkowała (w IX wieku p.n.e.). A tymczasem po dokonaniu inwazji na mykeńską Grecję i Troję i wcześniejszym spustoszeniu Anatolii, kolejna fala plemion z Północy ruszyła w kierunku Syrii i Egiptu.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...