WYŚWIETLENIA

27 listopada 2025

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. VI

PROCES ROZWOJU DUSZY




 W jaki sposób odbywa się proces rozwoju duszy? Krótko można by powiedzieć - w bardzo... ciekawy sposób. Należy zacząć od zobrazowania "modelu" rozwoju i bytności dusz (czyli nas wszystkich) w sposób jak najbliższy ludzkiemu procesowi kojarzenia i pojmowania, czyli na przykładzie symbolu. Weźmy "młodą duszę", która dopiero od niedawna rozpoczęła proces inkarnacyjny, a teraz porównajmy ją z "duszą zaawansowaną", czyli (najczęściej) duszą Przewodnika lub nawet... Założycieli i postarajmy się je jakoś uszeregować pod względem "ważności". Najlepszym do tego sposobem by w sposób obrazowy i symboliczny pokazać stopnie rozwoju dusz - jest model piramidy (najbliższy bowiem ludzkiemu pojęciu), czyli proces rozwoju duszy od podstawy do wierzchołka. Podstawą oczywiście są młode dusze od poziomu pierwszego, następnie średniego i wyższego, potem dusze poziomu średniego i trzech wymienionych podpoziomów, następnie dusze zaawansowane (jak wyżej), by wreszcie dojść do samego wierzchołka - Przewodników o barwie fioletowej (czyli tych, których aura świeci na kolor ciemnofioletowy, pisałem o tym w poprzednich tematach). Na samym zaś czubku owej piramidy moglibyśmy umieścić Założycieli oraz samo Źródło, czyli Boga. Model piramidalny jest najbliższy ludzkiej wyobraźni, gdyż szereguje proces rozwoju duszy na kolejnych szczeblach, będących jednocześnie szczeblami "ważności" duszy.

Lecz ten wyżej opisany model rozwoju dusz jest... całkowicie nieprawdziwy. Dlaczego? Okazuje się bowiem że nie ma czegoś takiego jak stopień ważności dusz, nie ma dusz "lepszych" i "gorszych" (czyli tych, które są jeszcze na początkowym etapie rozwoju). Wszystkie dusze są równe względem siebie, jedyna różnica polega na tym, iż jedne nabrały więcej doświadczeń i tym samym osiągnęły wyższy poziom rozwoju, przybliżający ich do zjednoczenia ze Źródłem (w opisach ludzi poddanych hipnozie wciąż przewija się właśnie ogromna chęć powrotu do Domu - napiszę o tym niżej), zaś innych droga jest dłuższa, bardziej "wyboista", ale nie stanowi to zupełnie dowodu, przemawiającego za obniżeniem rangi tych dusz względem dusz rozwiniętych, lub nawet dusz Założycieli. Jak już pisałem - wszystkie dusze są względem siebie równe, te które "przyspieszyły" na swej drodze do Domu, zobligowane są pomagać tym, którzy wloką się w ogonie (oczywiście nie jest to przymus, jednak pomagając innym duszom można osiągnąć wyższy rozwój duchowy i nabrać więcej doświadczeń, sami jednocześnie przyspieszamy i przybliżamy wówczas nasz moment powrotu do Boga). Dusze bowiem nie rozwijają się w sposób "piramidalny", pionowo - od "podstawy do wierzchołka" - tylko (co ciekawe) w kierunku poziomym, w bok. Aby jednak posłużyć się przykładem, można wyobrazić sobie ogromny, wełniany sweter, z którego wystaje w kierunku poziomym nieskończona ilość nitek. Nitki to my, sweter to Źródło (Bóg), cel - "zwinąć" się z powrotem do Domu.

Żadna z tych nitek, choćby nie wiadomo jak długa, nawet na moment nie traci kontaktu z samym swetrem. Nasze życie tu na Ziemi, to tylko jeden z "odprysków", wielu takich naszych żyć, dziejących się w tym samym czasie w różnych alternatywnych Wszechświatach - wszystkie te życia - łączy jeden "składnik" - My. My prawdziwi, będący wciąż zjednoczeni z Bogiem - czyli nasza Wyższa Jaźń. Ta Jaźń, oczekuje powrotu każdego ze swych "cząstek" (wielokrotnie na opisanie jakiegoś elementu używam cudzysłowu, jest to jednak związane z brakiem możliwości wytłumaczenia poprzez ludzki język - prawdziwości tej, dla nas niezwykle skomplikowanej, a tak naprawdę całkowicie prostej zasady rządzącej całym tym procesem). Teraz jednak chciałbym opisać proces rozwoju duszy od samego momentu "stworzenia", czyli jak to się dzieje że zaczynamy inkarnować w ciałach fizycznych? Jak już wcześniej pisałem - dusza ma możliwość dzielenia swej energii - i to zarówno w ciałach fizycznych (możliwość jednoczesnego przebywania w dwóch lub nawet trzech ciałach, które posiadają niezależne od siebie żywoty, oraz znajdują się często na przeciwległych biegunach - np. można być biedną Indianką w Peru i w tym samym czasie w drugim życiu - np. gangsterem z Pruszkowa), jak również (i co jest czymś zupełnie naturalnym dla duszy) możliwość dzielenia swej energii tak, by dusza przebywała w nieskończenie wielu miejscach na Ziemi (już po śmierci, a jeszcze przed udaniem się na "Tamtą Stronę"), jeśli oczywiście tego zapragnie.

Nie należy się zatem dziwić że również nasza Wyższa Jaźń (czyli prawdziwi My) również ma możliwość dzielenia swej energii na nieskończoną ilość nowych dusz (będących Jej kopią), przeznaczonych do procesu inkarnacji w tym i jemu podobnych alternatywnych Wszechświatach. I to właśnie w tym przypadku można mówić o "procesie stwarzania duszy", gdyż dusza główna (Wyższa Jaźń) istnieje bez początku i bez końca, wciąż zjednoczona z Bogiem. Jak zatem wygląda proces "stwarzania" duszy? (czyli dzielenia energii naszej Jaźni). Nowa, dopiero co "podzielona" dusza, pozbawiona jest ego, jest "czystą kartą" przeznaczoną do "zapisania" (czyli zdobycia tak wielu doświadczeń, które umożliwią jej powrót do Źródła i ponowne Zjednoczenie z Wyższą Jaźnią, co jest równoznaczne z powrotem do Boga). Nowa dusza, musi zatem "nauczyć się być". Zaraz po podziale trafia ona do miejsca, w którym zostanie jej nadane ego, czyli własna, częściowo oddzielna od swojej Wyższej Jaźni - świadomość siebie samego. Nadanie ego odbywa się na zasadzie łączenia i "składania" energii. To właśnie w tym miejscu (które jeden z poddanych hipnozie mężczyzn nazwał "Światem Pozbawionym Ego") - dusza nabiera sensu swego istnienia, nadana jej zostaje osobowość, która będzie jej towarzyszyć, aż do ponownego Zjednoczenia z Wyższą Jaźnią i z Bogiem (dusza jednocząc się ze swą Jaźnią, nie traci swej osobowości, którą nabyła w "Świecie Pozbawionym Ego" - osobowość ta jest po prostu łączona z osobowością Wyższej Jaźni - którą w ten sposób wzbogaca).

Dusza, która uzyskała już osobowość - jest gotowa do uczynienia pierwszego kroku na swej drodze ku samodoskonaleniu i zdobywaniu doświadczenia - może rozpocząć proces inkarnacyjny (oczywiście nie od razu, zaraz po opuszczeniu "Świata Pozbawionego Ego", udaje się do miejsca, w którym przygotowuje się do swego pierwszego wcielenia, poznaje swoją grupę docelową, z którą będzie przebywać aż do przejścia na poziom duszy średnio-zaawansowanej i duszy zaawansowanej. Gdy powróci do Źródła i zjednoczy się z Bogiem, wzbogaci swymi doświadczeniami swą Wyższą Jaźń.



NARODZINY DUSZY


Teraz chciałbym opisać ów cały proces "stworzenia" duszy i "nadania" jej osobowości (E-G-O). Jak więc się to odbywa? Dużo na temat swego stworzenia mogą powiedzieć młode dusze, które pamiętają jeszcze jak "powstawały". Początek jest najtrudniejszy i niewiele dusz o tym opowiada (gdyż niewiele z nich sięga pamięcią aż tak daleko), jednak te, które mówią o prapoczątkach swego stworzenia, opowiadają o... Oceanie, Oceanie Energii. Jedna z tych młodych dusz (mężczyzna poddany hipnozie) opowiada jak jego dusza została stworzona jako maleńka cząstka energii, która oddzieliła się od: "Tego intensywnego, niebieskawo-żółto-białego Światła". Mężczyzna ów opowiada, że jego dusza powstała (podobnie zresztą jak i inne dusze) z burz pulsacyjnych, tworzących się wokół owego Światła. Wszystko to jest Pulsacyjną Energią Światła, a te duchowe cząstki, które przeznaczone zostają do "obdarzenia świadomością", zostają "wyrzucone" pod wpływem burz pulsacyjnych "na zewnątrz" Światła i płyną odtąd szerokim strumieniem wokół Niego. Taka "wyrzucona duszyczka" nie jest jeszcze duszą w pełnym tego słowa znaczeniu, a jedynie duchową cząstką, choć (co ważne) w momencie wyrzucenia na zewnątrz Światła, zaczyna kiełkować w niej pewna szczątkowa dopiero, odrębna świadomość. Od chwili wyrzucenia przez ową pulsacyjną burzę, pamięć duszy staje się intensywniejsza (dusze częściej opowiadają dopiero o tym, co stało się od momentu ich oddzielenia od Światła).

A gdy już dusza oddzieli się od Światła, dokąd dalej zmierza? Ów przytoczony przeze mnie wyżej mężczyzna, stwierdza: "Nagle znalazłem się w jasnej, zamkniętej przestrzeni, gdzie bardzo życzliwie zajęły się mną jakieś przemiłe istoty". Cóż to za "istoty" i co to jest owa "jasna, zamknięta przestrzeń?". Z reguły pacjenci opisując miejsce do którego następnie przybywają, nazywają je... "wylęgarnią" (ludzie poddani hipnozie bardzo często na opisanie zjawisk zachodzących na "Tamtym Świecie" i miejsc do których się udają - używają znanych sobie z Ziemi określeń, służących jako odpowiedniki tego, co tam spotykają). Owa "wylęgarnia", to miejsce gdzie obok siebie znajdują się młode, dopiero co oddzielone od Światła duszyczki, takie iskierki, będące w czymś co przypomina błonę. Sama dusza (jeszcze wówczas maleńka iskierka) jest niczym jajko, pływające w owej błonie. Błony służą dojrzewaniu duszy, lecz dojrzewająca dusza zaczyna już rozumować w kategoriach jednostkowej świadomości, czyli EGO. Póki jednak dusza nie "wyjdzie" z owej otulającej ją błony, jej świadomość nie jest jeszcze wystarczająco rozwinięta. Zmienia się to wraz z opuszczeniem tego miejsca (inny mężczyzna poddany hipnozie stwierdził: "Moja świadomość narodziła się wraz z moją ciekawością"). Kim są jednak owe "istoty", które opiekują się młodymi duszyczkami w tej "wylęgarni?"

Dusze zwą je "Kochającymi i Pięknymi Matkami" (w rzeczywistości są to po prostu starsze dusze, które przeszły już długą inkarnacyjną drogę i teraz opiekują się owymi młodymi iskierkami, co nie znaczy oczywiście iż odtąd całkowicie zaprzestały kolejnych fizycznych inkarnacji). Jedna z takich Starszych Dusz, kobieta, poddana hipnozie, opowiadała jak w "Zaświatach" pełniła rolę "Matki" dla rodzących się duszyczek - a jednocześnie nadal inkarnowała fizycznie. W swym ostatnim życiu także zajmowała się opieką nad dziećmi. Co ciekawe, owa kobieta w poprzednim życiu żyła w Polsce. Po inwazji niemieckiej w 1939 r., kobieta zajęła się pomaganiem najuboższym, szczególnie dzieciom. Zgłosiła się w 1940 r. na ochotnika do niemieckiego obozu dla internowanych po to, by nieść pomoc najbardziej potrzebującym. Przydzielono ją do pracy w kuchni. Rozpoczęła ona zakrojoną na szeroką skalę pomoc ludziom (a szczególnie dzieciom, które cierpiały najbardziej) przetrzymywanym w tym obozie. Będąc ochotniczką, mogła w pierwszym roku opuścić obóz na własne życzenie, nie uczyniła tego jednak, a potem (w latach następnych) wyjście stąd było już niemożliwe. Kobieta zajmowała się pomocą polskim i żydowskim dzieciom. Wreszcie jej działalność została odkryta przez władze obozu i zatłuczono ją pałkami na śmierć.

Teraz owa kobieta (już w obecnym wcieleniu) opowiada hipnoterapeucie o czasie, jaki spędziła po swej fizycznej śmierci. Opisuje mu iż jest "Matką Inkubacyjną" dla młodych duszyczek i pomaga im opuszczać błonę, oraz nadzoruje początkowy etap dojrzewania duszy. Owe Dusze-Matki ("akuszerki"), przejawiają więcej "żeńskich" cech i to zarówno duchowych jak i fizycznych. Wcielają się więc głównie w ciała kobiet, które zajmują się opieką nad najsłabszymi, czynią to jednak w sposób podobny do tego, jak matki czuwające nad bezpieczeństwem swych dzieci. Wybierają ciała kobiece, gdyż łatwiej im wówczas spełniać się w "swych rolach". Opisuje ona swoją "pracę" jako Matki-Akuszerki nowych dusz, oraz opowiada o owym miejscu (jak ono wygląda) i "błonach" z których pomaga wydostawać się nowym duszom.

Dusze zaraz po "oddzieleniu" od Światła, przybywają (a raczej są ściągane) właśnie w kierunku owej "wylęgarni". Przybywają jako promyki białej energii, zamkniętej i otulonej w błonę, o której pisałem wyżej. Miejsce, do którego przybywają (czyli owa "wylęgarnia") przypomina... ogromny plaster miodu, który zdaje się nie mieć końca. Nad tym "plastrem" wiją się strumienie bardzo jasnej, stopionej, falującej energii (jakby energetyzowanej). Owa energia jest Energią Miłości i z niej "rodzą się" nowe dusze. Przypomina to ogromną fabrykę, w której kolejne pulsacyjne wybrzuszenia (burze), wyrzucają "z siebie" wciąż nowe duchowe iskierki. Nie wszystkie jednak "wychodzą", niektóre (te, którym podczas "wypchnięcia ze Światła" nie udało się osiągnąć pewnego szczątkowego stopnia indywidualności), są z powrotem wciągane do tego Światła. Nowe dusze zamknięte w swych błonach, przybywają więc do miejsca zwanego (umownie) "wylęgarnią" i tam czekają na swe "narodziny". Zresztą proces narodzin duszy jest bardzo zbliżony do fizycznych narodzin dziecka. Matki Inkubacyjne czekają, aż iskierka znajdująca się w błonie urośnie na tyle, by można było błonę otworzyć - wówczas dusza wychodzi na zewnątrz. Zaraz po "narodzinach" ta młoda duszyczka jest "otulana" energią miłości Dusz-Matek. Innymi słowy młoda dusza obdarzona zostaje współczuciem, zrozumieniem, ideami tego kim jest i kim może się stać. Dusze-Matki napełniają młode duszyczki świadomością ich istnienia.

Jednak nie obdarzają ich samoświadomością, gdyż tę dusza zaczyna kształtować już od momentu "wypchnięcia" ze Światła (choć na samym początku jej indywidualnego istnienia - nie ma ona jeszcze pojęcia kim jest, tego dowiaduje się dopiero od Matek Inkubacyjnych podczas "otulenia" energetycznego). Dla duszy moment otulania - to prawdziwy czas przebudzenia oraz poznania wiadomości o sobie samej i swej "przyszłości". Nie zawsze jednak udaje się w odpowiedni sposób młodej duszy przekazać właściwe i pełne "wibracje" energetyczne. Jeśli Matce Inkubacyjnej nie uda się owo "otulanie" (podobnie jak Przewodnicy, Dusze-Matki też uczą się opieki nad "iskierkami" i mają swoje stopnie umiejętności i doświadczenia), wówczas "do akcji" wkracza... "Mistrz-Pielęgniarz" (tak została ta istota opisana przez ową kobietę, poddaną hipnozie). On uczy i przygotowuje Dusze-Matki do ich zadań, lecz jeśli One popełnią gdzieś błąd, musi wkroczyć, gdyż w przeciwnym razie nowo narodzona duszyczka nie będzie znała pełni swego przeznaczenia i będzie się czuła "nieswojo" (zdarzają się także "wybrakowane" dusze, ale nigdy nie dzieje się to w momencie narodzin, a późniejszych oddziaływań inkarnacyjnych. Jeśli dana dusza wciąż przejawia destrukcyjne inklinacje np. w każdej z kolejnych inkarnacji generuje tylko, lub w ogromnej ilości negatywną energię bólu i cierpienia zadawaną innym duszom - wówczas taka dusza musi ponownie powrócić do Światła w celu... przemodelowania energetycznego, gdyż na pewnym etapie "dorastania" popełniono "błąd wychowawczy". Nie oznacza to jednak zniszczenia owej duszy (jak już pisałem - energii nie można zniszczyć), a jedynie "doładowanie" jej pozytywną energią (wyjaśnię to dokładniej w kolejnych tematach).

Co ciekawe, owa kobieta będąca w stanie hipnozy, opowiada że wyczuwa wokół siebie (jako dusza oczywiście) obecność Stwórcy, Boga, Źródła, Nieskończoności, lecz... jednocześnie twierdzi iż, to Światło, z którego powstają nowe dusze, nie jest Bogiem w pełnym tego słowa znaczeniu. To znaczy, inaczej - wszystko co istnieje jest częścią Boga, ale nie wszystko musi być Nim sensu stricte, a to znów oznacza, że podobnie jak poszczególne dusze obdarzane są samoświadomością swego jednostkowego bytu (mimo iż są częścią Źródła), tak i owe Światło też może posiadać indywidualną świadomość (kobieta nie wie tego na pewno, lecz twierdzi iż nie jest Ono Bogiem), mówi: "Czuję że Stwórca jest bardzo blisko, lecz... On nie zajmuje się aktem produkcji". Gdy hipnoterapeuta zapytuje kobiety: "Z tego co mówisz - nowe, rodzące się dusze na początku swego istnienia nie są doskonałe. Lecz gdyby powstawały już jako doskonałe byty, stworzone przez doskonałego Stwórcę/Boga - nie byłoby sensu aby inkarnowały, więcej nie byłoby sensu by w ogóle powstały". Kobieta na to odpowiedziała: "Tam wszystko jest doskonałością. Doskonałość jest też i w nowo-stworzonych duszach które nie są skażone żadnym pierwotnym błędem". Innymi słowy dusze "zanieczyszczają" się podczas kontaktu ze swą materialną powłoką, czyli swym ciałem, jednak nie oznacza to, iż stają się przez to złe, lecz dzięki doświadczaniu, wyrażaniu siebie i nauce - mają się wzmocnić, odrzucając wszelkie negatywne wibracje i otwierając się jedynie na Miłość.

A jak wyglądają dalsze "losy" młodziutkich duszyczek? Zaraz po wyjściu ze swych błon (owa kobieta poddana hipnozie określa je mianem... koszyczków, co dobitnie świadczy że różni ludzie w różny sposób przedstawiają te same wydarzenia z "Tamtego Świata", opisując je swoimi własnymi słowami). Najpierw Dusze-Matki dokładnie "oglądają" każdą nową duszyczkę, sprawdzają bowiem czy ilość posiadanej przez nie energii umożliwi im inkarnowanie w światach o dużej ilości cierpienia i bólu (jak choćby nasza Ziemia, choć są oczywiście światy znacznie gorsze od tej naszej planety, gdzie tego cierpienia jest jeszcze więcej, ale są też takie, gdzie prawie nie ma go wcale). Jeśli dusza nie może inkarnować w "światach cierpienia" (Ziemia zalicza się do tej kategorii) gdyż jej struktura energetyczna na to nie pozwala (taka dusza po urodzeniu w ciele fizycznym - nie przetrwałaby długo w tym świecie i wciąż ginęłaby, niewiele z tego osiągając i niewiele doświadczając - nawet w tzw.: "przyjemnych" ziemskich żywotach), wybiera się dla niej inne miejsca - światy nieco "łagodniejsze", gdzie może nauczyć się tego samego co inne dusze (choć nauka wówczas trwa nieco dłużej), nie będąc jednocześnie narażona na ciągłe "powtarzanie klasy" (przy nieodpowiedniej ilości energii duszy, taka osoba nie dożyłaby osiągnięcia wieku dojrzałego i to nie w jednej, dwóch kolejnych inkarnacjach, lecz we wszystkich następnych). Dobitnie świadczy to o fakcie, że to nie Bóg jest owym Światłem z którego powstają kolejne dusze, gdyż przydziela ono ilość energii danej "iskierce" w sposób dość... dowolny.

Gdy Dusze-Matki "rozdzielą" już nowo narodzone duszyczki (mam tu na myśli podział energetyczny na "światy cierpienia" i te łagodniejsze, gdzie nie ma aż tyle bólu co np. na Ziemi), dusze te nie od razu zostają "przydzielone" do swoich określonych grup z którymi będą potem wspólnie inkarnowały. Takich młodziutkich duszyczek nie rzuca się od razu na "głęboką wodę". Najpierw (już po opuszczeniu owej "wylęgarni") daje się im możliwość "doświadczenia fizyczności" w formie pół-materialnej, np. w postaci wiązki światła, podmuchu wiatru lub wiązki ognia. Z reguły na początek wybiera się dla nich światy "surowe", niezaludnione, młode, wulkaniczne planety, gdzie nie rozwinęło się jeszcze życie fizyczne. Młode dusze zostają tam "skierowane" nim jeszcze zaczną tworzyć jakąś wspólną grupę dusz i rozpoczną "naturalny" proces inkarnacyjny. Dusze, które w taki sposób uczą się wrażeń związanych z fizycznością, mogą w swej pół-materialnej formie robić to czego pragną, nie są im narzucane żadne ograniczenia, ani też zakazy. Tam uczą się porozumiewać ze sobą jako istoty żyjące w społeczności i są pod stałą obserwacją swych przyszłych Przewodników. Pewien mężczyzna, będący młodziutką duszą (zaledwie kilka wcieleń), opowiada hipnoterapeucie o czasie jaki tam spędził: "Panowała tam atmosfera wszechogarniającej Miłości i poczucia bezpieczeństwa, to był najłatwiejszy okres w całej mojej egzystencji. Już wkrótce mieliśmy rozpocząć życie w świecie pełnym samotności i cierpienia. Te wspomnienia pierwszych, miłych doznań, były dla nas bardzo pomocne".

Następnie, po odbyciu takiej "praktyki", dusza staje się częścią specjalnie złożonej grupy dusz, z którą odtąd będzie się wspólnie uczyć i inkarnować. Młode duszyczki poznają więc nie tylko swych kolegów z grupy, ale także swego Przewodnika (lub Przewodników), oraz udają się do miejsca swej dalszej nauki, czyli do - szkoły. To jak wygląda szkoła, zależy od... indywidualnych zapatrywań danej duszy ("miejsce szkolne" bardzo często się zmienia po kilku kolejnych wcieleniach) i dla jednej duszy może to być np. majestatyczna świątynia typu greckiego, dla innej gotycka katedra ze strzelistymi kopułami, dla jeszcze innej wielka hala, pełna szkła i kryształów - co kto lubi. Oczywiście te "budynki" jak już wspomniałem, mogą się zmieniać w obrębie jednej duszy po kolejnych inkarnacjach, gdyż stanowią one jedynie fizyczne wyobrażenia przeniesione w umyśle duszy na "Tamten Świat". Umysł duszy generuje wszystko, czego ona sama zapragnie. Jeśli pragnie "zjeść" jabłko, lub "skosztować" pomarańczy - nie tylko może to uczynić jako dusza, ale nawet jest w stanie poczuć soczystość owej pomarańczy i doświadczyć smaku tego jabłka - jeśli oczywiście tego pragnie. Tak więc młoda, dopiero co narodzona duszyczka staje się częścią grupy dusz, która odtąd będzie już jej grupą docelową.

Nie znaczy to jednak że nie spotyka ona innych grup dusz - często dusze po śmierci swego ciała, wracając do swych przyjaciół z grupy, mijają po drodze inne grupy dusz. Tamte dusze raczej nie zwracają na nią swej uwagi. Wyjątek stanowi jedynie ta dusza z innej grupy, która być może w jednej z poprzednich wcieleń była naszą znajomą, kolegą z wojska lub panem Kaziem, od którego kupowaliśmy mleko w sklepiku. Wówczas powita nas machaniem rąk, skinieniem głowy, uniesieniem w górę kciuka, okrzykami wyrażającymi radość z powrotu do "Świata Dusz", czy nawet... radosnym pocałunkiem na powitanie. Tak więc dusze zarówno po powrocie z ziemskiej inkarnacji, jak również młodziutkie duszyczki które dopiero co rozpoczynają naukę, udają się "na lekcję" do "szkoły". Co ciekawe, o ile zewnętrzne kształty owych "szkolnych budynków" różnią się od siebie w zależności od pamięci wyniesionej z fizycznych inkarnacji danej duszy, o tyle "wewnętrzne" jej sale - w przekazach hipnotycznych, są prawie zawsze takie same (nieliczne są wyjątki, gdy dusza przybywa do szkoły, mieszczącej się "pod gołym niebem", na polanie, lub nad morzem - być może ma to związek z naszymi przyzwyczajeniami za życia, niewielu z nas bowiem uczęszczało do szkoły "na powietrzu" i przyzwyczailiśmy się do postrzegania "szkoły" - jako budynku).


A o "Szkole", do której udają się dusze, napiszę więcej w kolejnych częściach


CDN.
 

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XXVII

WYBUCH III WIELKIEJ WOJNY GALAKTYCZNEJ





FAZA I
 NIEUDANA OBRONA ZBROJNEJ 
PLACÓWKI FEDERACJI NA PLUTONIE


Po zniszczeniu trzech kolonii Galaktycznej Ludzkości w naszym Układzie Słonecznym (Ziemi - Marsa i Wenus), jedyną ocalałą jeszcze placówką Federacji Galaktycznej w tym rejonie - była planeta Pluton. Była to niewielka międzygalaktyczna baza militarna, przeznaczona dla okrętów, które przybywały tutaj w celach patrolowych i kontrolnych. Baza była dobrze umocniona i uzbrojona, jednak w konfrontacji z całą zgromadzoną w naszym Systemie Słonecznym potęgą Ligii Anchara - nie miała żadnych szans. Jej przetrwanie zależało od pomocy udzielonej z zewnątrz przez siły zbrojne Federacji Galaktycznej (a to nie było takie proste, zważywszy że przebicie się do naszego Układu Słonecznego było wówczas utrudnione wobec skutecznej blokady "ziemskiej" Galaktyki od strony głównie Sagittariusa i Alpha Draconis, które otoczyły Lirę). Okręty z odsieczą zostały jednak wysłane i udało im się wejść do naszego Układu Słonecznego, jednak na niewiele się to przydało - gdyż owa flota ta została całkowicie zniszczona (o tym niżej). Będzie to i tak już po zniszczeniu placówki Federacji na Plutonie, której obrońcy, pomimo niewielkich zwycięstw uzyskanych w trakcie walki, poniosą całkowitą klęskę i albo zginą podczas walki, albo stanie się to już po zajęciu planety przez Reptilian.

Początkowo Gadoidy planowały zniszczenie całej planety za pomocą okrętu bojowego Chowty (nasz przyszły księżyc), zrezygnowano jednak z tego planu, zdając sobie sprawę z ogromnej przewagi, jaką w naszej Galaktyce osiągnął Sojusz Anchara nad Federacją Galaktyczną i zdecydowano się na zdobycie Plutona. Obrońcy (bez wsparcia z zewnątrz) byli skazani na klęskę. A mimo to walczyli ofiarnie (obrona Plutona stanie się potem jednym z ogniw jeszcze mocniej spajających różne Ludzkie rasy wchodzące w skład Federacji, które będą uczestniczyć w tzw.: Misji "Początek" - czyli dziele stworzenia człowieka "na obraz i podobieństwo Boga/ów"). Mimo to obrona planety zakończy się klęską i śmiercią wszystkich obrońców (pochodzących gównie z Liry i Plejad).



FAZA II
 PRZENIESIENIE DZIAŁAŃ WOJENNYCH NA INNE OBSZARY WSZECHŚWIATA -
PRÓBY ZATRZYMANIA REPTILIAŃSKIEJ OFENSYWY


TAK MOGŁA WYGLĄDAĆ KLĘSKA FLOTY FEDERACJI GALAKTYCZNEJ W 
BITWIE Z SOJUSZEM ANCHARA W NASZYM UKŁADZIE SŁONECZNYM




Nim przejdę do tematu chciałbym na początku coś wyjaśnić. Mianowicie aby być dobrze zrozumianym, należy jakoś przyporządkować te wydarzenia w czasie. To, co opisuję nie wydarzyło się w przeciągu roku, pięciu, dziesięciu, dwudziestu, stu, czy nawet pięciuset lat - III Wielka Wojna Galaktyczna trwała ponad 80 tysięcy lat i tak właśnie należy rozpatrywać dziejące się w jej trakcie wydarzenia. Pomiędzy jednym a drugim starciem niejednokrotnie upływały całe dekady, jeśli nie setki lat, dlatego też nie powinno dziwić że np. flota zbrojna Federacji przebiła się (przez Pas Kuipera) do naszego Układu Słonecznego tak późno i że stało się to dopiero po zniszczeniu zbrojnej placówki na Plutonie. Wydarzenie które teraz opiszę (bitwa pomiędzy flotą Federacji Galaktycznej a Sojuszem Anchara w naszej Galaktyce), miała miejsce setki lat po zniszczeniu Ziemi, Marsa, Wenus i Merkurego. Każde takie wydarzenie dzieliły setki (jeśli nie tysiące) ziemskich lat. Sama okupacja naszego Układu Słonecznego przez Reptilian trwała ok. 80 000 lat. W tym czasie zdążyli oni skolonizować większość planet (tych posiadających atmosferę) w naszej Galaktyce (m.in.: bardzo udana kolonizacja Wenus). Nie powiodła im się jedynie kolonizacja Marsa (zrezygnowano z tego planu, gdyż planeta ta, w wyniku upadku asteroidy - utraciła atmosferę), oraz kolonizacja Ziemi (została ona rozpoczęta, lecz "nadpobudliwość" płyt tektonicznych skorupy ziemskiej, powodowała, iż plany te nie mogły być do końca udane).

Tak więc, gdy okręty bojowe Federacji Galaktycznej dotarły wreszcie do naszego Układu Słonecznego, napotkały na swej drodze ogromną potęgę połączonych sił zbrojnych Maldeka, Sagittariusa, Alpha Draconis i Bellatrix (dawnego Oriona). Doszło do bitwy, która zamieniła się w masakrę sił Federacji i ich całkowitą klęskę. Klęska ta, była o tyle poważna, że umożliwiła Gadom przeprowadzenie wielkiej ofensywy w inne rejony Wszechświata i na inne Galaktyki. Nasz Układ Słoneczny (choć skierowano tutaj pierwszy atak) miał być jedynie początkiem wielkiego planu eliminacji Ludzkości ze wszystkich światów i galaktyk. Przed rozpoczęciem konfliktu zbrojnego (czyli przed wybuchem III Wojny Galaktycznej) obszary Wszechświata opanowane przez Gady były następujące: cała Galaktyka Oriona (w tym Bellatrix), Galaktyka Smoka (Alpha Draconis), Galaktyka Sagittariusa, Ursa Minor i Ursa Major, Galaktyka Sestans (co spowodowało że Lira została w dużej mierze "wzięta w kleszcze" przez galaktyki Smoka i Sagittariusa), Galaktyki Fornax i Sculptor. Nasz Układ Słoneczny i nasza Galaktyka była w centrum opanowanych wcześniej przez Reptilian terenów - dlatego atak tutaj był przeprowadzony jako pierwszy. Gdy jednak zniszczono całą flotę bojową Federacji Galaktycznej, nie tylko cały Układ Słoneczny należał już do Gadów, ale wytworzyła się sytuacja kontynuowania przez nich zwycięskiej ofensywy na inne rejony Wszechświata. Tak też uczyniono.


UPADEK SYRIUSZA A
KOLEJNA KLĘSKA FEDERACJI GALAKTYCZNEJ



To, co wydarzyło się po opanowaniu naszej Galaktyki przez Sojusz Anchara, nie nastąpiło zaraz po zwycięskiej dla Gadów bitwie gwiezdnej, lecz było rozciągnięte w czasie i trwało od kilku do kilkunastu-kilkudziesięciu tysięcy lat. Nim jednak przejdę do tej części tematu - wrócę na moment do tego, co już wcześniej opisywałem - czyli do ucieczki części Gadów z ich rodzimego świata i próby ostrzeżenia przez nich Federacji Galaktycznej przed spodziewaną inwazją. Gadoidy te nie zostały wówczas wysłuchane, gdyż uznano ich za prowokatorów, którzy pragną zmusić Federację do wykonania pierwszego ataku, by potem oskarżyć Ją o rozpętanie galaktycznego konfliktu. Jednak gdy wojna już wybuchła i Federacja straciła cały Układ Słoneczny - ci Reptilianie, którzy wcześniej próbowali ostrzec Ludzkość przed atakiem - zostali uhonorowani przyjęciem ich, jako pełnoprawnych mieszkańców w poczet ludów okrętu-planety Nibiru (w której żyły miliardy rożnego rodzaju istot, reprezentujących najróżniejsze rasy i gatunki we Wszechświecie). Tym samym stali się oni członkami Federacji Galaktycznej i na równi z innymi mieszkańcami Nibiru - podejmowali decyzje tyczące dalszych działań (w tym również bojowych), tego planetarnego gwiazdolotu. A tym czasem, po tych pierwszych wielkich klęskach doznanych od Gadów (szczególnie tej ostatniej w Układzie Słonecznym), Federacja Galaktyczna znalazła się w nieustannym odwrocie i skupiła się na działaniach obronnych, nie mogąc przerwać okrążenia Smoka i Sagittariusa.

Kolejny atak skierowano w kilku kierunkach. I tak "na zachód" od naszego Słońca - zajęto Galaktykę Alpha Centauri (dokonując tam niesamowitych zniszczeń i eliminując wszelkie ludzkie cywilizacje w tamtych rejonach Wszechświata), oraz w kolejnej wielkiej bitwie gwiezdnej zajęto Galaktykę Altair. Więcej kłopotów miały Gady tylko przy próbie zdobycia Syriusza, gdzie galaktyczni Syrianie stawili zacięty opór - próba ta jednak nie przyniosła im sukcesu. Galaktyka Syriusza została opanowana przez Reptilian. Jedyną porażkę, którą odnotowały Gady w tej fazie wojny, była nieudana próba opanowania Plejad. Planeta Erra stała się wkrótce przykładem bohaterskiego oporu i zdeterminowała Radę Federacji do podjęcia bardziej zdecydowanych kroków militarnych, które doprowadzą w konsekwencji (dopiero w III, ostatniej fazie wojny) do zniszczenia Maldeka i klęski wszystkich Gadoidów). Plejady były jednak "samotną wyspą" na morzu opanowanych już przez Reptilian galaktyk, a planeta Erra uniknęła zniszczenia przez Chowtę tylko dlatego, że ten nasz późniejszy księżyc został skierowany na drogę którą podążała planeta Nibiru, by przeszkodzić jej w próbie zatrzymania reptiliańskiej ofensywy.


BITWA o ERRĘ 
PIERWSZE ZWYCIĘSTWO FEDERACJI
PODCZAS PRÓBY OPANOWANIA PLEJAD PRZEZ GADY




 DALSZE PODBOJE I REPTILIAŃSKA KOLONIZACJA


Zwycięstwo w bitwie o Errę, było jedynie drobnym szczegółem w tej długiej batalii, której celem ostatecznym była zagłada Ludzi lub Gadów we Wszechświecie. Wojna trwała więc w najlepsze a reptiliańska ofensywa okazała się nie do zatrzymania. Tymczasem osiągnięcia Gadów były nie do przecenienia - opanowali wszystkie galaktyki leżące do miliona lat świetlnych od Ziemi - nasz Układ Słoneczny, galaktykę: Alpha Centauri, Altair, Syriusz, Procjon - co razem z galaktykami Smoka, Ursa Minor, Ursa Maior, Sextans, Sagittariusa, Oriona (Bellatrix) i Fornaxa - dawało ogromny teren kontrolowany teraz jedynie przez Gady, oraz otaczało i izolowało całkowicie Lirę i Wegę. Kolejnym celem ataku była galaktyka Andromedy. Andromedanie nie spodziewali się najazdu. Zresztą ich galaktyka była położona tak daleko od miejsc trwającego konfliktu, że nie brano w ogóle pod uwagę przedostania się Gadów w ten rejon Wszechświata. Sądzono tam raczej, że pierwszym celem ataku będzie właśnie galaktyka Liry. Andromedanie do tego stopnia nie spodziewali się ataku, że pozwolili sobie nawet na... lokalną wojenkę z galaktyką Triangulum (również zasiedloną przez Galaktyczną Ludzkość), niszcząc jeden z jej księżyców. Dopiero pojawienie się pierwszego zwiadu Gadoidów w galaktyce Andromedy spowodowało początkowo zaskoczenie i przerażenie, a potem intensywne przygotowania do odparcia agresji (Andromedanie już potem pomyłkowo zniszczą jedną z planet Syriusza B, na której wciąż przebywali ludzcy koloniści - o co następnie oskarżą pokonanych Reptilian. Ale wówczas Gady będą już pobici i można będzie ich oskarżać o wszystkie możliwe zbrodnie).

Nim jednak do tego doszło, Reptilianie rozpoczęli zakrojoną na wielką skalę kolonizację Wszechświata. W naszym Układzie Słonecznym zajęto jedynie dwie planety - Wenus i Ziemię. Planowano jeszcze kolonizację Marsa, ale skutki jakie spowodowała wysłana przez Reptilian asteroida, okazały się o wiele poważniejsze od zaplanowanych. Z planety zniknęła cała atmosfera, woda wyparowała, jak również prawie wszelkie roślinne życie. Nie nadawała się już odtąd do zasiedlenia (nie wiedziano jednak że pod powierzchnią planety, w jej wydrążonych długich korytarzach, tunelach i podziemnych miastach - wciąż przebywają uratowani z pogromu ludzie, dawni mieszkańcy Marsa). Kolonizacja Wenus okazała się jednak prawdziwym sukcesem, pobudowano miasta (również podziemne) umocnienia na wypadek ataku Federacji Galaktycznej i oficjalnie włączono planetę w obręb wpływów Ligii Anchara. Stąd też planowano kolonizację Ziemi. Lecz z tą planetą wciąż były jakieś problemy. Po katastrofie spowodowanej uderzeniem asteroidy i zagładą cywilizacji hyperboreańskiej, planeta bardzo długo "dochodziła do siebie". Mimo to rozpoczęto pierwszą próbę kolonizacji, która wkrótce okazała się katastrofalna dla Reptilian. Ok. 1 318 000 lat temu (czyli jakieś 2000 lat po zagładzie cywilizacji hyperboreańskiej) doszło na Ziemi do pierwszej wielkiej katastrofy. Na planecie wybuchły wszystkie wulkany, powstały też gigantyczne trzęsienia ziemi, które spowodowały zatopienie części kontynentu Hyperborei przez ocean (pozostałością po dawnej ziemi jest m.in.: na Pacyfiku Wyspa Wielkanocna). Pojawił się też inny ląd, który wynurzył się z wody - Lamar.

W jednej chwili cała rodząca się cywilizacja reptiliańska została zniszczona przez siły natury, a tych, którzy w porę nie uciekli z tego pobojowiska, pochłonęła woda, ziemia, ogień lub lawa. Pierwsza "gadzia" kolonizacja Ziemi zakończyła się więc niepowodzeniem. Potem przez długi czas Gady nie będą ryzykować ponownego zasiedlenia, choć w końcówce wojny spróbują zając Ziemię po raz drugi (na krótko, ze względu na swą militarną klęskę w tym konflikcie). Natomiast poza naszym Układem Słonecznym kolonizacja przebiegała też z bardzo różnym skutkiem. Nie powiodła się próba zasiedlenia ani Syriusza, ani Alpha Centauri, jedynie Altair i Procjon został zasiedlony do czasu klęski Gadów. Dalsze próby kolonizacji poza tym obszarem nie były jednak prowadzone. Mimo to zajęto i okupowano znaczny teren. Odcięto całkowicie Lirę (główną bazę Galaktycznej Ludzkości) i kontynuowano atak w kierunku galaktyk Andromedy i Triangulum (2 miliony lat świetlnych od Ziemi). Dawało to pokaźny rejon zasiedlonego Wszechświata i poważnie ograniczało ludzkie działania kolonizacyjno-militarne.



FAZA III
 KONTROFENSYWA FEDERACJI GALAKTYCZNEJ


BITWA GWIEZDNA o ANDROMEDĘ



Andromedanie (po początkowym zaskoczeniu) dobrze przygotowali się do obrony przed spodziewaną inwazją Gadoidów (otrzymali również pomoc z innych galaktyk, w tym również z galaktyki Triangulum, z którą to wcześniej toczyli wojnę). Dzięki dobremu przygotowaniu i wsparciu pozostałej floty Federacji Galaktycznej - Andromedanie pokonali inwazyjną flotę Reptilan w walnej bitwie o Andromedę. Klęska Gadów była ogromna, gdyż wcześniej uznano że zdobycie galaktyk Andromedy i Triangulum jest kluczowe w dalszej wojnie, dlatego też skierowano tutaj największe dotychczasowe siły inwazyjne. Klęska tej floty spowodowała zwrot w wojnie, gdyż odtąd to Gady będą się bronić i wycofywać z zajmowanych przez siebie pozycji. Natomiast w Radzie Federacji, zaraz po zwycięstwie przegłosowano decyzję o... natychmiastowym zniszczeniu wszystkich Reptilian we Wszechświecie. Aby to jednak urzeczywistnić, należało wygrać wojnę, a to było trudne bez wsparcia potężnego gwiazdolotu, jakim była planeta Nibiru. Polecono więc Nibiru (która to pojawiała się cyklicznie co 3600 lat), by na czele floty wojennej Federacji - zlikwidowała wrogą cywilizację.

Dzięki wsparciu Nibiru, rozpoczęła się wielka kontrofensywa Federacji Galaktycznej. Wszędzie przełamywano obronę Reptilian, powodując ogromne zniszczenia (jak np. w galaktyce Ursa Minor, gdzie ponownie rozbito ich potężną flotę, czym otworzono sobie drogę m.in.: do naszego Układu Słonecznego. W galaktyce Smoka zniszczono dwie planety, w galaktyce Sextans - sześć. Odzyskano Procjon, Syriusz i Alpha Centauri, wreszcie dotarto do ziemskiego Układu Słonecznego. Tam doszło do ostatecznego starcia pomiędzy Nibiru a Maldekiem i Chowtą.


KONTROFENSYWA FEDERACJI GALAKTYCZNEJ



CDN.

25 listopada 2025

KRONIKI OSHARA - Cz. I

OPOWIADANIE FANTASY





TO JEST JEDNO Z KILKU MOICH OPOWIADAŃ, KTÓRYCH JESZCZE NIE PUBLIKOWAŁEM NA TYM BLOGU. TEMATYKA FANTASY Z ELEMENTAMI EROTYKI 😘



ROMERIA I WELIMIR




Witajcie szlachetni mężowie i niewiasty, którym przyjdzie czytać spisane przeze mnie dzieje i opowieści z czasów sprzed Zjednoczenia. Zwą mnie Oshar i jestem kronikarzem i doradcą wielkiego króla Timura - władcy Północnych Plemion, oraz szczęśliwego małżonka królowej Zemfiry - najwyższej kapłanki Wielkiej Bogini z miasta Antaria, leżącego w krainie zwanej Nemea. Piszę te słowa w czternastym roku Zjednoczenia, w siódmym dniu miesiąca Lwa. Choć wydaje się to dziś oczywiste, to, że udało się doprowadzić w końcu do zjednoczenia obu tak różnych ze sobą światów, zakrawa wręcz na cud. Tylko nie wiadomo któremu z bogów należałoby za to podziękować. Jak już bowiem wspomniałem, pan mój - Timur i królowa Zemfira to ogień i woda, dzieliło ich wszystko, łączyło niewiele. Obaj żyli w innych światach - On w krainie Północnych Plemion, zwanej Romeria; Ona na Wschodzie, w królestwie Nemea, którą władał Zakon kapłanek-wojowniczek Wielkiej Bogini. Romeria to kraina północnych gór, gdzie żyją twardzi górale, wyznający kult boga wojny - Gunnara. Zamieszkiwali oni osady nielicznych dolin, wciśniętych pomiędzy liczne góry pokrywające Romerię. Żyli oni głównie z najazdów i rabunków okolicznych krain, w tym również Nemei. Każdy romeryjski chłopiec od najmłodszych lat doskonalił się w sztuce władania bronią (łukiem, włócznią, mieczem i oczywiście toporem - który jest symbolem Gunnara). Śmierć na polu walki jest najwyższą chwałą i oznacza dołączenie do Świętego Kręgu Gunnara, tam, w Zaświatach.




Północne Plemiona Romerii nie zjednoczyły się i nie utworzyły miast do czasu objęcia wodzostwa nad jednym z tychże plemion - Cymrów - przez ojca króla Timura - Welimira Mężnego lub Okrutnego (zwanego też przez niektórych Welimirem Heretykiem, jako że pierwszy dopuszczał kult innych bogów - i ponoć się nawet do nich modlił). Welimir podbił lub podporządkował swej władzy wszystkie góralskie plemiona Romerii i koronował się na pierwszego króla tej ziemi. Utworzył też silną, stała armię, która była zdolna do rozpoczęcia podboju sąsiednich krain. Romeryjscy górale pod jego panowaniem zamienili się z hordy barbarzyńskich najeźdźców w zorganizowaną i zdyscyplinowaną armię zagrażającą wszystkim okolicznym ludom. Welimir najeżdżał też królestwo Nemei, szczególnie jeden z takich najazdów prawie zakończył się zdobyciem Antarii i likwidacją tego królestwa. Nemejczyków ocaliło tylko złożenie bogatej daniny w złocie i srebrze (ponoć na ten cel ograbiono świątynię Wielkiej Bogini z wszelkich kosztowności) oraz poświęcenia się Wielkiej kapłanki Zakonu - Tahminy, która w zamian za życie swego ludu, zgodziła się zostać żoną Welimira - przynajmniej tak to właśnie miało wyglądać. Nie na darmo jednak zwano Welimira okrutnym. Miast bowiem ja poślubić, zamknął ja w klatce w swym pałacu, w nowo zbudowanym przez siebie mieście o nazwie - Gunnaria (na cześć Boga Gunnara) i trzymał ją tam nagą, zawieszoną w klatce kilka metrów nad podłogą i wypuszczał ją tylko wówczas, by zadowoliła jego pożądanie. Z czasem Tahmina (nie mają innego wyjścia) przyzwyczaiła się do życia w klatce, a raczej do tego, że mogła przebywać poza nią tylko wówczas, gdy była potrzebna Welimirowi - odtąd swemu panu życia i śmierci. Starała się więc zwrócić nań swą uwagę, chciała być potrzebna, nawet jeśli oznaczało to klęczenie u jego stóp przez kilka godzin dziennie. Robiła wszystko, aby tylko jak najmniej czasu spędzać sama w klatce.




Welimirowi podobała się jej delikatna skóra, jej kruczoczarne włosy opadające na jej krągłe, piękne piersi i nieziemskie zielone oczy, w których można było się utopić. Welimir lubił przyglądać się jej nagiemu ciału, potrafił godzinami zmuszać ją do klęczenia przed jego tronem i pozostawania w bezruchu. Szybko się do tego przyzwyczaiła, zresztą wolała to, niż przebywanie w małej klatce, w której nie mogła ani się wyprostować, ani nawet położyć. Przyzwyczaiła się że należy teraz do niego i może on z nią zrobić co tylko mu się spodoba. Sama wcześniej była wielką kapłanką i sama miała swoich niewolników i choć początkowo trudno było jej się odnaleźć w nowej roli, nie miała innego wyjścia jak szybko to zaakceptować i podporządkować się losowi. Teraz jej ciało było placem zabaw dla Welimira i nie należało już do niej. Ponieważ lubił ją oglądać w pełnej krasie jej uległości i całkowicie odsłoniętej kobiecości, karał ją chłostą bardzo rzadko, zresztą znacznie skuteczniejszym elementem dyscypliny była obawa przed ponownym zamknięciem jej do klatki i aby tego uniknąć, gotowa była uczynić wszystko, czego tylko od niej wymagał. Nie mogła patrzeć mu prosto w oczy a jedynie wzrok jej mógł sięgać do wysokości jego pasa.

Piersi miała jędrne choć niezbyt duże, Welimir lubił bawić się jej różowymi, nabrzmiałymi sutkami, gdy zaś miał ochotę na seks, układał ją na brzuchu na wysokim stole, tak, że miał ją przed sobą ze wszystkimi jej atutami. Najbardziej lubił stosunek analny a z jej przedniej szparki korzystał bardzo rzadko, wręcz się chełpił że nie jest mu potrzebna i możnaby ją... zaszyć. Dał jej wybór, jeśli będzie mu niemiła lub opierać się będzie jego władzy, sprzeda ją handlarzom niewolników z dalekiego Kashiru - krainy położonej na Południu i zamieszkałej przez czarnoskórych koczowników, w których społeczeństwie stosuje się okaleczanie narządów rodnych kobiet. Nic dziwnego że Welimir zwany był okrutnym, ale nawet on nie był pozbawiony uczuć. Z biegiem czasu, gdy uległość Tahminy stała się naturalna i przestała być wymuszana, nabrał do tej kobiety uczucia sympatii która z czasem zmieniła się w miłość. Oczywiście było to specyficzne uczucie miłości i polegało na całkowitej dyscyplinie i podporządkowaniu, ale bez wątpienia coraz bardziej zaczęło mu na niej zależeć. Spędzał z nią więcej czasu, brali wspólne kąpiele a nawet sypiali w jednym łożu (choć ona po stosunku musiała udać się do przygotowanego dla niej kojca i spała tam przy jego łożu na podłodze). Mimo to wiele się zmieniło, zniknęła klatka w której ją zamykał i pozwalał jej nosić stroje okrywające ciało, a nawet sam takowe jej sprowadzał (ale były to suknie w których zawsze miał do niej łatwy dostęp). 

Gdy zaszła w ciążę poślubił ją, a ona urodziła mu syna, któremu nadał imię Timur. To właśnie on zjednoczył oba królestwa, poślubiając kapłankę Wielkiej Bogini - Zemfirę. Nim do tego jednak doszło, warto opisać - choćby pobieżnie - społeczeństwo Nemei, zarządzanej przez Zakon kapłanek-wojowniczek Wielkiej Bogini.



NEMEA, ZAKON I WIELKA BOGINI




Kraina o nazwie Nemea, była niegdyś zasiedlona przez szczepy okolicznych rybaków, zajmujących się połowem i handlem owocami morza. Co prawda ziemi uprawnej w Nemei było sporo, to jednak rolnictwo nie było tak rozpowszechnione jak rybołówstwo, a kraina ta żyła głównie z handlu. Ludy Nemei były podzielone, ale żyły ze sobą w większości w zgodzie i do wzajemnych walk dochodziło sporadycznie. Życie tu biegło spokojnie i monotonnie aż do czasu, gdy krainę tę nawiedziła okrutna zaraza, która ze zwierząt przeniosła się na ludzi. Przyniosła ona mnóstwo ofiar a ludzie nie wiedzieli jak uchronić się przed tym nieszczęściem. Starzy, rodzimi bogowie nie pomagali a ludność popadała w coraz większe przygnębienie i rozpacz. I wówczas, gdzieś, w jakiejś nemejskiej wiosce, pojawiła się młoda dziewczyna, która twierdziła że nawiedziła ją Wielka Bogini i przykazała co czynić, aby uniknąć zakażenia, bolesnej choroby i śmierci. Początkowo nikt nie chciał jej wierzyć, twierdzono że jest szalona, z czasem jednak, gdy jej rady okazywały się skuteczne, wokół niej zaczął gromadzić się krąg wyznawców Wielkiej Bogini, który rósł adekwatnie do tempa wygaszania epidemii. Owa dziewczyna zaś - której nikt wcześniej nie znał, a ona sama twierdziła że osobiście widziała Wielką Boginię, choć niektórzy opowiadali że przybyła tutaj z innego świata, a potem nie potrafiła lub nie chciała tam powrócić - została pierwszą wielką kapłanką swojej bogini. Zwała się ona Azala (Azalia) i dobrawszy sobie krąg sióstr - stworzyła pierwszy Zakon kapłanek, który z czasem przerodził się w Zakon kapłanek-wojowniczek.

Tak rozpoczęła się Pierwsza Era Świątyni, gdy przybytek ten został wzniesiony w nowo założonym przez Azalę mieście - Antarii. Elitą rządzącą Nemei stał się teraz Zakon kapłanek-wojowniczek i tylko one miały prawo wejść do Świątyni, a do jej najbardziej świętego i tajemniczego miejsca - tylko trzy osoby: wielka kapłanka, wybrana przez nią następczyni oraz niewolnik pozbawiony języka (aby nie opowiedział o tym, co tam ujrzał) potrzebny do kultowych posług. Mimo to, pojawiło się wiele plotek na temat tego, co tam się znajduje. Niektórzy opowiadali, że znajdowały się tam dziwne i tajemnicze przedmioty służące do odprawiania kultu ku czci Bogini. Były tam przyrządy zarówno do ratowania życia, jak i do jego odbierania, dziwne mikstury, tajemne urządzenia i inne dziwy, które nie przetrwały do naszych czasów. Wielka kapłanka bardzo o nie dbała i każda jej następczyni miała przykazane, aby ich tajemnicę zachować do grobu. Po śmierci pierwszej wielkiej kapłanki (której rządy trwały 22 lata Pierwszej Ery Świątyni, a ona sama zmarła nie mając lat 50) jej następczynią została córka (były to bowiem czasy, gdy stanowisko wielkiej kapłanki dziedziczone było bezpośrednio w rodzie Azali) - Isilena. To właśnie ona zamieniła Świątynię w Zakon kapłanek-wojowniczek, choć objęła władzę mając zaledwie dziesięć lat. Przez pierwsze lata wspierały ją najbardziej doświadczone i najstarsze kapłanki, lecz gdy skończyła lat 19, przejęła Isilena pełną władzę nad Zakonem i Nemeą.




Cała ziemia uprawna należała do Zakonu Wielkiej Bogini, a uprawiali ją niewolnicy, pozyskiwani dzięki zasobom srebra zgromadzonym w Świątyni, a pochodzącym ze sprzedaży płodów rolnych i z danin nałożonych na rodzimych kupców morskich. Isilena założyła również świątynne ogrody, dokąd sprowadziła do pracy najprzystojniejszych niewolników. Ona to też zmieniła dotychczasowe, przygodne kontakty seksualne kapłanek z niewolnikami, w coś bardziej urozmaiconego. Każda kapłanka mogła bowiem wybrać sobie na noc tego niewolnika, który jej się spodobał (przy czym ten sam niewolnik dwie noce z rzędu nie mógł przebywać u jednej kapłanki) i w ramach tzw. "aktu oddania" musiał zadowolić ją seksualnie. Jeśli tego nie uczynił, kapłanka miała prawo ukarać go według własnej woli (ale tak, aby go trwale nie okaleczyć). Niewolnik nie mógł też dotykać ciała kapłanki swymi rękoma, gdyż ona była emanacją bogini i dotknięcie jej ciała przez niewolnika było uważane za świętokradztwo i karane śmiercią. Dlatego też często kapłanki przed stosunkiem wiązały ręce swym niewolnikom, aby nawet przez przypadek ich nie dotknęli. Część jednak kapłanek Zakonu zakochiwała się w niewolnikach i w wielkiej tajemnicy pozwalała im się dotykać (w przypadku gdyby wyszło to na jaw, niewolnik ukarany zostałby śmiercią, a kapłanka musiałaby opuścić Zakon w niesławie).

Kapłanka Isilena zmarła w wieku lat 60, z czego panowała nad Zakonem lat 50. Jej następczynią została córka - Reiza. Objęła rządy mając lat 24. Miała ona jeszcze dwóch starszych braci. Jeden z nich był zarządcą niewolników pracujących na polach należących do Świątyni, drugi zajmował się handlem. Wolnym mężczyznom Nemei wolno było żenić się z innymi kobietami lub pozostać stanu wolnego. Mogli też posiadać własnych niewolników i współżyć z niewolnicami, jednak w przypadku synów wielkiej kapłanki ich małżeństwa były wcześniej specjalnie dobierane. Oczywiście kapłanki nie mogły wychodzić za mąż, dlatego też męskim potomkom wielkich kapłanek dobierano jako kandydatki na żony, córki majetnych lub slawnych Nemejczyków i rzadko kiedy żeniono ich z kobietami z innych krajów. Kapłanka Reiza znacznie rozbudowała Świątynię, dodając do niej wysoką wieżę, z której widok roztaczał się nie tylko na całe miasto Antarię, ale i na okoliczne regiony. Panowała przez 34 lata. Miała dwie córki, starszą Harimę i młodszą Enorę. Harima była wojowniczką, Enora bardziej nadawała się na kapłankę, ale matka swą następczynią uczyniła najstarszą córkę i Harima objęła władzę nad Zakonem w wieku lat 24, podobnie jak wcześniej Reiza. W tym czasie Enora miała dopiero sześć lat. Harima była pierwszą kapłanką Wielkiej Bogini, która zorganizowała ataki na sąsiednie kraje: Liwonię - piękną, skąpaną w słońcu krainę wielu rzek, jezior i urodzajnych pól; Redanię - krainę koni i jeźdźców czy Argolidę - krainę wielu miast i bogatych kupców. W tym celu utworzyła spośród niewolników tzw. korpus posiłkowy.




Jej panowanie trwało przez 27 lat i choć sama miała dwie córki: Atlantę i Isilenę, to teraz ich ciotka - Enora upomniała się o władzę. Tak oto rozpoczął się konflikt, zakończony wybuchem wojny domowej między kapłankami i po 133 latach zakończyła się Pierwsza Era Świątyni a rozpoczął okres upadku, zwany Czasem Chaosu. Spowodował on nie tylko znaczne zubożenie przychodów Świątyni, rebelię i ucieczkę wielu niewolników, ale przede wszystkim utratę świętych narzędzi Wielkiej Bogini z czasów pierwszej kapłanki Azali. Przedmioty te bowiem zostały zabrane ze Świątyni przez kapłanki wierne córkom Harimy, aby nie wpadły w ręce Enory, a potem zaginęły. Enora zdobyła Antarię i zajęła Świątynię, gdzie ogłosiła się nową wielką kapłanką. Zebrała wokół siebie niewolników z korpusu posiłkowego, stworzonego przez Harimę i obiecała im wolność w zamian za poparcie. Niektórzy twierdzą, że Enora przestała czcić Wielką Boginię, cofnęła wiele zakazów - w tym zakaz dotyku ciała kapłanki przez niewolników - i dlatego przezwano ją Enorą Uzurpatorką lub Enorą Niewierną. Tak oto w Nemei rozpoczęła się krwawa wojna domowa, która trwała sześć lat i pochłonęła wiele ofiar a kraj doprowadziła do ruiny. W pierwszym etapie Enora odniosła spore sukcesy, nie tylko wypędziła swe siostrzenice z miasta i Świątyni, ale zdobyła uznanie dla ogłoszenia siebie samej wielką kapłanką (w chwili śmierci matki Atlanta miała 22 lata a Isilena 18 i były uważane za zbyt młode do objęcia władzy najwyższej). W trzecim roku wojny, gdy wiele kapłanek zbulwersowały nowe prawa ogłaszane przez Enorę, całkowicie zmieniające te, ustanowione jeszcze przez pierwszą wielką kapłankę (ponoć nakazała wyzwolenie wszystkich męskich niewolników i poślubiła w tajnej ceremonii dowódcę korpusu posiłkowego, złożonego z niewolników-wojowników i zaszła z nim w ciążę) zaczęły one dołączać do obozu córek Harimy, które to stały się teraz obrończyniami prawdziwej wiary. 




Atlanta i Isilena wzmocnione w ten sposób, pokonały wojska wierne Enorze w bitwie nad potokiem nieopodal Antarii, ale nie były w stanie odbić stolicy (trzeci rok Czasu Chaosu). Próba oblężenia i zdobycia Antarii podjęta w czwartym roku, też zakończyła się fiaskiem i dużymi stratami, a dodatkowo w czasie walk śmiertelną ranę odniosła Atlanta. Teraz z córek Harimy jedynie Isilena pozostała kandydatką do tronu Wielkiej Bogini. A tymczasem Enora powiła własne dzieci. W drugim roku wojny urodziła syna - Sigberta, a w czwartym roku córkę - Nemirę. Poślubiła swego niewolnika, dowódcę korpusu posiłkowego - Eryka i z nim miała owe dzieci. Ich relacja była jednak dość dziwna, a mianowicie publicznie on okazywał jej szacunek jako kapłance Wielkiej Bogini, ale prywatnie, za zamkniętymi drzwiami ich sypialni ponoć robił z nią co chciał. Nie tylko było słychać że wydaje jej polecenia, ale miał nawet założyć jej na szyję żelazną obrożę i kazał jej chodzić przy swej nodze, jak suce. Jej ciało nosiło też liczne ślady uderzeń bicza (szczególnie pośladków), skrupulatnie ukrywane przez Enorę pod ciężkimi sukniami. Erykowi najwidoczniej sprawiało radość obserwowanie jak jego wybranka z obolałą pupą, musi godzinami siedzieć na swym tronie i wysłuchiwać skarg mieszkańców Antarii. Czasem jak byli sami, sam siadał na tym tronie, a ją sadzał sobie na kolanach i traktował jak małą dziewczynkę. Nikt tego nie potwierdza, ale istnieją plotki, że często to ona klęczała przed nim, siedzącym na tronie, modląc się do niego, jak do boga. Eryk zresztą miał zamiar koronować się na pierwszego króla Nemei, likwidując Zakon i wiarę w Wielką Boginię. Sam bowiem pochodził z krainy hybernejskiej, leżącej daleko na północy, gdzie lato trwa tak krótko, że praktycznie jest to kraina wiecznego śniegu i lodu. Tam wyznawano wiarę w boga Mitrę i ten kult Eryk pragnął przenieść do Nemei




A tymczasem nadszedł piąty rok wojny i Isilena ponownie pokonała wojska swej ciotki, lecz wciąż nie była w stanie zdobyć miasta. Wydawało się że ponowna próba oblężenia skończy się kolejną klęską i jeszcze większymi stratami. Jej nadzieja tym razem opierała się o wierne jej kapłanki, które przebywały w mieście. Miały one otworzyć bramy, gdy wojsko Isileny ukryje się w okolicznych lasach i będzie mogło pod osłoną nocy wejść do miasta. Nawiązanie kontaktów z wiernymi kapłankami zajęło Isilenie trochę czasu, ale ostatecznie w szóstym roku wojny udało się ponownie podejść pod Antarię i wierne Isilenie oddziały weszły do miasta wcześniej otwartą bramą. Nim informacje o tym dotarły do Enory, śpiącej słodko w ramionach Eryka, było już za późno aby podjąć walkę w mieście, można było tylko zabarykadować się w Świątyni, co też uczyniono. Szturm nie wchodził w grę, możliwość podpalenia także (wiązałoby się to bowiem z upadkiem całego dziedzictwa Wielkiej Bogini). Można było tylko głodem wziąć broniących się w Świątyni zwolenników Enory. Nim jednak do tego doszło, Eryk postanowił przebić się i sprowadzić odsiecz, wyzwalając niewolników z terenów zajętych przez Isilenę. Niestety nie udał mu się ten manewr, zginął trafiony kilkanaście razy strzałami wypuszczonymi z łuków kapłanek wiernych Isilenie, a jego odciętą głowę pokazano Enorze. Ta, w rozpaczy, kazała zabrać dzieci i tajnymi korytarzami wyprowadzić je ze Świątyni i z miasta, a sama rzuciła się z murów w dół, ponosząc śmierć na miejscu. Tak oto - po sześciu latach wojny, Isilena odzyskała dziedzictwo swej matki i objęła władzę nad miastem i Nemeą jako nowa kapłanka Wielkiej Bogini - Isilena II. Nie były to już jednak takie rządy, jak wcześniej, a okres ten zwany jest Drugą Erą Świątyni.




CDN.

24 listopada 2025

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. II

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE
OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W
STAROŻYTNOŚCI I W ŚREDNIOWIECZU,
ORAZ SKĄD I Z JAKICH 
WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ
POCHODZILI KANDYDACI 
NA NIEWOLNIKÓW





ANTYCZNA GRECJA 
I ŚWIAT HELLENISTYCZNY
(V wiek p.n.e. - II w. p.n.e.)
Cz. II






CHIOS 
PIERWSZE NIEWOLNICZE CENTRUM HELLADY
(V - IV wiek p.n.e. )
Cz. II



 "MYM WIELKIM SKARBEM JEST MIECZ TEN I WŁÓCZNIA, I PIĘKNA TARCZA, CO MI BOK OSŁANIA; TYM ORZĘ, PLON ZBIERAM, TYM SŁODKI SOK WYCISKAM Z GRONA I TO MNIE CZYNI MYCH PODDANYCH PANEM"

HYBRIAS
(KRETEŃSKA PIEŚŃ BIESIADNA)



Po okresie względnego upadku (ok. 610 r. p.n.e.) ponownie odrodził się wschodni handel, co spowodowało bardzo szybki wzrost dobrobytu na greckich wyspach Morza Egejskiego i w greckich miastach małoazjatyckich. Był on oczywiście związany z otwarciem się rynku wschodniego i południowego na towary wyspiarskie. Chios, podobnie jak Samos, Rodos, Naksos i Milet, bardzo szybko znów się bogacił i choć było to polis, które (w przeciwieństwie do sąsiadów, takiego Samos czy Miletu chociażby) praktycznie nie posiadało żadnych swoich kolonii zamorskich (wyjątkiem jest tutaj jedynie Maroneja, niewielka osada położona na wybrzeżu trackim pomiędzy wyspą Tazos a Chersonezem, która, podobnie jak Chios słynęła z wyśmienitego wina). Jednak w połowie VI wieku p.n.e. Chios i Samos, poczęły powoli ustępować ponownie miejsca takim rynkom jak: Korynt, Rodos, Kreta i spartańska Lakonia. Należy też dodać, że wyspa Chios była jedną z pierwszych w greckim świecie polis, które... wypuściły pieniądze, jako środek wymiany towarowej (pierwsza połowa VI wieku p.n.e.), dotąd bowiem wszelkie rozliczenia odbywały się na zasadzie handlu wymiennego - towar za towar. Jednak gdy w azjatyckim królestwie Lidii zaczęto po raz pierwszy bić złote i srebrne elektrony (lata 80-te VII wieku p.n.e.), greckie wyspy małoazjatyckie (w tym oczywiście Chios) same poczęły bić własne złote statery z wizerunkiem lwa, pszczoły i jelenia. Pierwszym człowiekiem, który rozpropagował pieniądz w greckim świecie, był król Argos - Fejdon. Jednak dopiero z początkiem VI wieku złote (a częściej srebrne) elektrony i statery, rozprzestrzeniły się w innych greckich polis (Ateny biły własną monetę od 593 r. p.n.e., Korynt od ok. 600 r. p.n.e., Chios, Cyrena, Samos, Milet, Efez i Fokaja zaś od 560 r. p.n.e., zaś od 550 r. p.n.e. własną monetę biły już greckie polis w Italii - Tarent, Sybaris, Metapontion, Kroton, Kaulonia i inne).

Bez wątpienia jednak najpiękniejszą i najczystszą monetę świata starożytnego (aż do czasów Filipa II Macedońskiego i jego syna Aleksandra Wielkiego) bili Persowie. Ich monety (zwane sżgloż - swoją drogą sama nazwa świadczy dobitnie, że Persowie mieli duże związki z... cywilizacją słowiańsko-lechicką z północnej Europy), były bez wątpienia najpiękniej wykonane i najwartościowsze w całym ówczesnym świecie antycznego biznesu. Rozwój pieniądza spowodował powstanie trzech grup helleńskich systemów monetarnych: pierwszy zwany jońskim obejmował Milet, Efez, Chios i Fokaję, drugi zwany egineckim - Eginę i okoliczne wyspy, zaś trzeci zwany korynckim - Korynt, Samos, Ateny i Eubeę. Były też miasta-państwa, które odmówiły wprowadzenia u siebie systemu pieniężnego i kontynuowały handel wymienny, były to - Sparta, Kreta i Byzantion, co też szybko doprowadziło do ich ekonomicznej zapaści (Kreta już się nie odrodzi jako ważny handlowy gracz, Sparta skupiła się na rozwoju sztuki wojennej, zaś Byzantion na długie dekady popadł w marazm i swoistą dekadencję - choć przez to miasto przepływały przecież nadczarnomorskie konwoje ze zbożem dla Grecji właściwej). Chios przez długie dekady nie angażował się w żadne konflikty polityczne i militarne, toczone w greckim świecie, przez co rządy nad wyspą sprawowała (nie tak, jak w sąsiednich wyspach i miastach arystokracja, wywodząca swe początki ze sławnych czynów wojennych) oligarchia kupiecka, gdzie "bogactwo zatarło urodzenie" - jak pisze Teogonis, a Alkajos dodaje: "pieniądz to człowiek i żaden biedak nie jest szlachetny ni godny szacunku". Nic więc dziwnego że wyspa ta, tak łatwo popadła w perską zależność, aby tylko czerpać zyski z ogromnego rynku perskiego Imperium. Rynku, który zapoczątkował wielki handel niewolnikami na Chios.




Na Chios nie było ani wielkich ośrodków kultowych helleńskiego świata, ani też żadnych minerałów (prócz może drewna, potrzebnego do budowy okrętów), dlatego też pieniądze trzeba było zarobić inaczej. Jak już wcześniej pisałem, Chios słynęła z wybornego wina i fig, które to stanowiły podstawę ich zamorskiego handlu, ale dopiero rozwój przemysłu niewolniczego (że tak się wyrażę) zapoczątkował prawdziwy napływ bogactwa na wyspę i uczynienie z niej swoistego "niewolniczego centrum handlowego" Hellady. Podbój Królestwa Lidii przez perskiego władcę - Cyrusa II Wielkiego w 546 r. p.n.e. spowodował upadek niezwykle korzystnego handlu małoazjatyckiego. Zdobycie przez Persów Egiptu w 525 r. p.n.e. oznaczało zaś upadek tamtejszych greckich emporiów - Naukratis i Cyreny, które były mocno związane handlem z Chios. Wyspa, która dotąd przeżywała długie lata rozkwitu i dobrobytu, teraz zaczęła powoli tracić na znaczeniu a jej mieszkańcy ubożeli. W 5r. p.n.e. doszło zaś do podwójnej katastrofy, która przesądziła o drodze uległości Chios względem Persji. Otóż ok. 520 r. p.n.e. wybuchł konflikt pomiędzy cyrenajskimi miastami - Cyreną i jej kolonią Barką. Królowa Cyreny - Feretima, chcąc doprowadzić do ponownego podporządkowania Barki swej władzy, poprosiła o pomoc satrapę perskiego Egiptu - Aryandesa, który w tymże 518 r. p.n.e. najechał Barkę, zdobył ją i spalił, zaś mieszkańców zabrał w niewolę (poza tymi, którzy należeli do rodu Battiadów - który panował w Cyrenie i których w zdobytej Barce osobiście ochroniła Feretima). Nie o to do końca chodziło królowej Feretimie, która teraz otrzymała propozycję nie do odrzucenia - albo podporządkuje się Persji i będzie płacić coroczną daninę, dzięki czemu zachowa władzę, albo jej miasto czeka podobny los. Dodatkowo król Persji Dariusz I Wielki nakazał jej zerwać jakiekolwiek handlowe związki z Grecją właściwą i greckimi wyspami. Feretima nie mając innego wyjścia, podporządkowała się Persom na ich warunkach, ale to już oznaczało poważną gospodarczą zapaść wyspy Chios.


FERETIMA z CYRENY


 


Drugim ciosem pośrednio wymierzonym w wyspę, była... zagłada Samos. W owym 518 r. p.n.e. Persowie bowiem obalili tyrana Samos - Sylosona (którego wcześniej sami powołali, ale gdy próbował zrzucić zależność, stracił i władzę i życie), przy okazji dokonując okrutnej rzezi mieszkańców miasta, po czym wcielono Samos do satrapii lidyjskiej, będącej pod zarządem satrapy Otanesa rezydującego w Sardes. Był to wyraźny sygnał wypuszczony do innych greckich wysp na Morzu Egejskim - "podporządkujcie się, albo zginiecie". Przerażenie wybuchło w całym greckim świecie, oto bowiem wkrótce po zniszczeniu Barki i rzezi Samos, król Dariusz I zwany Wielkim, wysłał wyprawę morską (pod wodzą Greka - Demokedesa z Krotony), aby zbadano wybrzeża Grecji właściwej i południowej Italii, gdzie najłatwiej jest... dokonać desantu morskiego. Od tej pory zagrożona była już cała grecka cywilizacja i nawet miasta tzw.: Wielkiej Grecji (południowa Italia) nie mogły czuć się bezpiecznie. Od 517 r. p.n.e. Chios i inne greckie wyspy (Lesbos, Rodos, Kos), znajdują się już pod perską władzą, deklarując wierność i coroczną daninę, w zamian otrzymując nieskrępowaną możliwość handlu w całym rozległym Imperium, co wkrótce ponownie zaczęło pobudzać gospodarkę wyspy. W 513 r. p.n.e. król Dariusz zorganizował wielką wyprawę na Scytów (ziemie dzisiejszej południowej Ukrainy), idąc szlakiem dunajskim przez Bałkany. I choć wyprawa ta zakończyła się porażką, oraz sprowokowała najazd Scytów na Chersonez (co doprowadziło wówczas do buntu kilka tamtejszych greckich polis), nie spowodowało upadku perskiej władzy nad Chersonezem, cieśninami i wyspami Morza Egejskiego. Buntownicy zaś (głównie Imbros i Lemnos) zostali ujarzmieni i wzięci w niewolę (509 r. p.n.e.). Swoją drogą ci właśnie greccy niewolnicy, staną się jednymi z pierwszych, którzy trafią na rozpoczynający swą działalność (od ok. 510 r. p.n.e.) wielki rynek niewolniczy na Chios.




Ogromny wzrost handlu niewolnikami nastąpił w czasie tzw.: "buntu jońskiego", mającego miejsce w latach 499 - 494 p.n.e. Persów nie interesowała ani forma rządów w podległych im greckich państewkach, ani też wyznawana przez Greków religia (bardzo często sami Persowie się hellenizowali, żeniąc się z Greczynkami i przyjmowali grecką wiarę oraz obyczaje - co nawet było popierane przez perski dwór królewski) pod dwoma wszakże warunkami - całkowitej wierności monarchii perskiej, oraz corocznym, stałym daninom, jakie miały płynąć do czterech stolic imperium: Persepolis, Ekbatany, Babilonu i Suzy. Ci, którzy podporządkowali się tej zasadzie, mogli spokojnie żyć, bogacić się i handlować na wielkim rynku, ciągnącym się aż do granic Indii, ale ci, którzy próbowali się zbuntować, kończyli smutnie (najczęściej byli mordowani, zaś dzieci i młodzież zamieniano w niewolników - młodych mężczyzn np. od razu kastrowano i kierowano do królewskich haremów, zaś dziewczęta przeznaczano na nałożnice Króla Królów - który posiadał haremy w kilku swych stolicach). W 501 r. p.n.e. w bogatej i wciąż niepodległej wyspie Naksos, doszło do zamachu stanu. Dotychczasowi władcy wyspy, bogaci oligarchowie, zostali obaleni przez lud pod przewodnictwem demokratycznych polityków (demagogów - jak bowiem pisał o nich Arystoteles: "Oni to, zwracając się ze wszystkim do ludu, powodują, że rządzą uchwały, nie prawa"). Uciekli więc do Miletu rządzonego przez tyrana (mianowanego przez Persów) Aristagorasa. Ten postanowił przysłużyć się Persom (i jednocześnie samemu wywyższyć, jako chociażby władcę Naksos, lub nawet zarządcę całych Cyklad), prezentując perskiemu satrapie Lidii - Artafarnesowi, plan podboju Cyklad. Twierdził że do tego potrzeba jedynie stu okrętów i jakichś 10 000 żołnierzy.

Artafarnes przedstawił całą sprawę królowi Dariuszowi w Suzie (dokąd się udał) i uzyskał od niego zgodę na zajęcie Naksos i innych greckich wysp Morza Egejskiego. Wystawiono więc flotę, składającą się z... 200 okrętów i ok. 20 000 żołnierzy (Persów, Medów, Fenicjan, Syryjczyków i Anatolijczyków, ale nie Greków), wodzem zaś został mianowany królewski krewny - Megabates, co było wyraźnym policzkiem dla Aristagorasa, który marzył że to właśnie on poprowadzi tę wyprawę. Wyprawa zakończyła się fiaskiem (Persom nie udało się nawet dokonać desantu i przez cztery miesiące roku 500 p.n.e. jedynie blokowali wyspę od strony morza, Naksyjczycy zaś wystawili 8 000 hoplitów gotowych do walki w obronie swej ojczyzny). Megabates wrócił z niczym, o niepowodzenie wyprawy oskarżając właśnie Aristagorasa, który miał ponoć ostrzec mieszkańców Naksos przed Persami. Ten, spodziewając się niechybnej kary i utraty władzy (a być może i życia), postanowił się zbuntować przeciwko perskiej władzy w Milecie (był ponoć do tego namawiany przez poprzedniego tyrana Miletu, swego zięcia Histiajosa, który od lat był przetrzymywany jako zakładnik w Suzie. Histiajos zapisał wiadomość do Aristagorasa, tatuując ją na... głowie swego niewolnika - wcześniej goląc go na łyso. Gdy włosy mu odrosły, wysłał go do Miletu). Na przełomie 500 i 499 r. p.n.e. rozpoczął Aristagoras wdrażanie swego planu. Miał bowiem na celu zrzucenie jarzma perskiego, wymordowanie greckich tyranów na usługach Persów i odparcie perskich załóg do Azji. Poza tym chciał odnowić Związek Joński na zasadach bardziej demokratycznych (sam zrzekł się swej funkcji tyrana Miletu i wydał rozkaz wymordowania wszystkich innych tyranów Jonii - co też się stało). Zwołał też radę Miletyjczyków, pytając się obywateli jak należy postąpić - walczyć czy poddać się Persji?




Prawie wszyscy opowiedzieli się na walką, jedynie historyk Hekatajos, który wcześniej dużo podróżował i zwiedził różne krainy perskiego Imperium, przestrzegał przed tym nierozważnym krokiem, twierdząc że perski monarcha ma tyle wojsk, iż nie sposób ich nawet zliczyć. Radził rozwagę i twierdził że miasto samo gotuje sobie zgubę, pytał się też: "Czy chcecie aby wasze żony i córki, jeśli wcześniej nie zostaną pohańbione, zostały oddane waszym niewolnikom" (jak to miało miejsce chociażby na Samos po sławnej rzezi mieszkańców z 518 r. p.n.e. żony i córki tych, którzy zginęli, zostały oddane jako nałożnice... swym niewolnikom, którzy teraz otrzymali prawa obywatelskie jako nowi mieszkańcy Samos). Niewiele jednak zdziałał, lud był za buntem, za zrzuceniem perskiego jarzma. Widząc że nie zdoła przetłumaczyć współobywatelom swych racji, dodał jedynie że jeśli chcą walczyć, to powinni przede wszystkim zadbać o silną flotę, jako że dzięki temu będą mogli ewentualnie ewakuować się na bezpieczne tereny. Nawoływał więc do budowy okrętów które ochronią miasto od strony morza i w razie potrzeby nierozważny lud na nich się wydostanie z płonącego miasta. Tymczasem wszystko na razie szło po myśli buntowników, miasta Jonii zrzuciły swych (mianowanych przez Persów) tyranów i podjęły się wspólnej walki z najeźdźcą. Hekatajos jednak wciąż był pesymistycznie nastawiony i radził swym współobywatelom: "Jeśli chcecie przeżyć, sięgnijcie po didymskie złoto" (w Didymie mieściła się wielka świątynia boga Apollina), ale Miletyjczycy uznali że byłoby to świętokradztwem i obrazą bogów, dlatego odmówili.


POWSTANIE JOŃSKIE
(499 - 494 p.n.e.)



Na przełomie 499/498 r. p.n.e. Aristagoras wyjechał do Grecji właściwej, szukając sprzymierzeńców. Początkowo skierował swe kroki do Sparty, której król Kleomenes już wcześniej groził Persji interwencją, jeśli ta odważy się napaść na greckie wyspy. Teraz jednak... wahał się. Nie był już tak skłonny do interwencji i pomocy Grekom małoazjatyckim. Ostatecznie odmówił Aristagorasowi swej pomocy (ponoć uczynił tak, gdy usłyszał że stolica Persji - Suza, jest odległa od wybrzeży Azji Mniejszej o trzy miesiące drogi. Zapewne zdawał sobie sprawę z rozmiarów owego państwa i tego, że jego armia na tak wielkim terenie z pewnością uległaby rozproszeniu). Następnie Aristagoras udał się do Argos (konkurenta Sparty na Peloponezie). Argiwczycy zwrócili się po radę do wyroczni delfickiej i otrzymali stamtąd... pogróżkę. Bóg Apollon miał im ponoć przekazać, że Milet, za swą nikczemność zostanie spalony, a jeśli oni mu dopomogą, pójdą w jego ślady. Aristagoras został czym prędzej przepędzony z Argos. Ostatecznie przybył do Aten i tutaj zyskał zrozumienie (Ateńczycy już i tak byli poróżnieni z Persją, odrzucając w 505 r. p.n.e. żądanie króla Dariusza o przywróceniu do władzy obalonego tyrana Hippiasza i spodziewali się perskiego najazdu). Ateńczycy jako pierwsi obiecali więc pomoc dwudziestu okrętów. Do Aten dołączyła Eretria, obiecując wysłanie pięciu okrętów. Zadowolony z chociaż takiego obrotu sprawy Aristagoras, powrócił do Miletu aby objąć dowództwo w walkach z Persami, a przede wszystkim wyprzedzić ich własny atak. Tymczasem przebywający w Babilonie król Dariusz I Wielki, otrzymawszy wiadomość o jońskim buncie i wsparciu ateńsko-eretryjskim, kazał sobie wciąż przypominać o tej zniewadze, nawet gdy siadał do stołu, niewolnik miał mu mówić: "Królu, pamiętaj o Ateńczykach". Zapamiętał, wkrótce wyruszy do Attyki z wielką armią inwazyjną.




Nim do tego doszło, najpierw trzeba było stłumić powstanie małoazjatyckich Greków pod przewodnictwem Miletu. Ale bunt ten (pomimo początkowych sukcesów, jak choćby zdobycie perskiej stolicy satrapii Lidii - Sardes w 498 r. p.n.e. czy przyłączenie się do buntu Greków znad Hellespontu i Byzantion), od początku skazany był na klęskę. Już w roku 497 p.n.e. Grecy ponieśli klęskę w bitwie morskiej próbując opanować Cypr. W tym samym roku padły wszystkie miasta Troady i cieśnin, a także poddały się miasta środkowo-małoazjatyckie. Od roku 496 p.n.e. w zasadzie tylko Milet i kilka innych miast w Jonii wciąż kontynuowało bunt. Ostatecznie w 494 r. p.n.e. flota perska (złożona w ogromnej większości z Fenicjan służących w armii króla Dariusza I) ostatecznie pokonała flotę Miletu i miast sprzymierzonych w bitwie morskiej pod wysepką Lade ,nieopodal Miletu (dziś już nie istniejącą, jako że linia brzegowa nieco się zmieniła i dawna wyspa Lade, to dziś wysunięty cypel ziemi, na który z Miletu można przejść suchą stopą). Sam Milet zaś, prowodyra buntu, zdobyto dzięki podkopom. Południowa dzielnica Miletu doszczętnie spłonęła, teraz rozpoczęła się prawdziwa rzeź mieszkańców miasta (oczywiście rzeź mężczyzn, gdyż kobiety i dzieci zostały wzięte w niewolę). Wyspa Chios jeszcze wówczas nie mogła partycypować w tym niezwykle korzystnym handlu, gdyż... sama była członkiem anty-perskiej koalicji, choć Chioci (podobnie jak Samijczycy i Lesbijczycy) czynili wszystko, aby tylko jak najszybciej zawrzeć pokój z Persami, nim ci ukarzą ich za bunt, ale Persowie nie zamierzali ich wówczas słuchać. Niewolników (a raczej niewolnice i ich dzieci) z Miletu, przewieziono następnie do Suzy, ulubionego miasta władców Persji i część sprzedano na tamtejszym targu niewolniczym, a części łaskę okazał król Dariusz i osiedlił w miejscowości Ampe nad rzeką Tygrys w Mezopotamii. 

W 493 r. p.n.e. Persowie ostatecznie wygasili ostatnie, tlące się jeszcze ośrodki buntu, dokonując chociażby ataku na Lesbos, Tenedos i Chios (gdzie żołnierze urządzali prawdziwe polowania na ludzi). Wszystko poszło z dymem, również i świątynie (szczególnie sławna, słynąca wcześniej z pro-perskich wizji świątynia Apollina z Branchidii, którą doszczętnie spalono a jej skarbiec ograbiono i wywieziono do Suzy). Mieszkańcy trzech wyżej wymienionych wysp, jak również Byzantion i Chalcedonu, zostali albo wymordowani, albo wzięci w niewolę (wyłapywano szczególnie chłopców, których kastrowano z przeznaczeniem do służby w królewskich haremach, oraz urodziwe dziewczęta, które miały zostać nałożnicami w owych haremach). Bunt i jego stłumienie, było ogromną katastrofą dla Greków wschodnich jak również Greków kontynentalnych (na których następnie skumulowała się perska zemsta za wcześniejsze wspieranie buntu małoazjatyckiego). Jednak ci, którzy przetrwali tę katastrofę, oficjalnie będąc już poddanymi Króla-Królów i tracąc wszelką suwerenność, w ciągu kilku lat zaczęli się odbijać od dna, a zamieniając Chios w centrum handlu niewolniczego, stali się na powrót bardzo majętni. Na Chios (i innych wyspach oraz w greckich miastach małoazjatyckich) zaczęły pojawiać się wschodnie zwyczaje, jak choćby namaszczanie ciała, zdobienie włosów (również złotem), przekuwanie uszu (również przez mężczyzn). Wyspą zaczął zarządzać mianowany przez Persów tyran a wszelka opozycja była brutalnie tłumiona. Za to pozwolono Chiotom do woli bogacić się w całym Imperium Perskim, z tym że z tej możliwości korzystali głównie majętni mieszkańcy wyspy. To oni zorganizowali prężny ośrodek handlu niewolnikami w mieście Chios (stolicy wyspy) i przez kolejne piętnaście lat (licząc od zajęcia Chios przez Persów w 493 r. p.n.e.), bogacili się na wschodnim handlu, ściągając niewolników głównie z Palestyny i Syrii.




Należy jednak pamiętać, że rynek chiocki był wciąż jeszcze rynkiem dopiero raczkującym i stąd często jest pomijany jako główny rynek handlu niewolniczego. I choć przetrwał do początków IV wieku p.n.e. to i tak dość szybko został zdominowany przez wschodzące rynki niewolnicze, do których należały: Efez, Byzantion, Tanais wreszcie Rodos i ostatecznie Delos. Jeśli więc porównamy chociażby rynek na Chios i na maleńkiej wysepce Delos, to ten chiocki był maleńki (na Delos targ mógł pomieścić do 10 000 niewolników jednorazowo). Zresztą prawdziwa prosperita Chios w handlu niewolniczym trwała dość krótko, zaledwie piętnaście lat. Rządy tyranów i bogacącej się na handlu lokalnej arystokracji spowodowały bunt, który dojrzewał. Zwolennicy anty-perskiej rebelii nabrali wiary w możliwość zwycięstwa, po greckich sukcesach militarnych pod Salaminą i Platejami. Wówczas to w lecie 479 r. p.n.e. do przebywającej pod Eginą koalicji Panhelleńskiej, przybyło sześciu wypędzonych przywódców opozycji z Chios, którzy poprosili króla Sparty - Leotychidasa o wyzwolenie Chios i innych wysp Jonii. Spartanin jednak odmówił pomocy, deklarując że na to przyjdzie jeszcze czas w przyszłości. Po greckim zwycięstwie pod Mykale w tym samym roku, odbył się kongres na wyzwolonym spod perskiej hegemonii Samos, w którym uczestniczyli wodzowie walczących z Persami greckich polis. Tam po raz drugi Spartanie zrazili do siebie Chiotów, deklarując iż Grecy kontynentalni nie mogą w nieskończoność chronić Greków małoazjatyckich, dlatego też postulowali przesiedlić wszystkich Jonów i Etolów do Hellady i obdarzyć ziemią, odebraną ludom które skompromitowały się uległością wobec Persów w czasie ich inwazji na Grecję (m.in.: Tessalom czy Beotom). Zdecydowane weto do tej propozycji postawili Ateńczycy, którzy uważali swoje miasto za praojczyznę wszystkich Jonów. Udzielono więc poparcia Samos, Chios i Lesbos dopuszczając te wyspy do uczestnictwa w Związku Hellenów, który (m.in.) doprowadził do obalenia tyranii na Chios i zainstalowania tam rządów demokratycznych.




Klęska Persji i wyzwalanie się poszczególnych ludów spod jej wpływów, wpłynął jednak negatywnie na dalszy rozwój handlu niewolniczego na Chios, które (wcześniej nie należąc do wielkich) teraz diametralnie jeszcze się zmniejszyło. Jednocześnie Ateńczycy, za sprawą Arystydesa Sprawiedliwego (tytuł ten otrzymał jako podkreślenie jego niezwykłej wprost uczciwości, co było {i jest} bardzo rzadkie w polityce), doprowadzili do zawarcia nowego paktu, który utworzyli jakoby wewnątrz Związku Hellenów i który oficjalnie nie kolidował z interesami Sparty czy jej sojuszników ze Związku Peloponeskiego. Był to tzw.: Związek Morski (potem nazwany po prostu "Ateńskim"), który został powołany jako forma zwykłej... zemsty. Ateńczycy chcieli się zemścić na Persach za spustoszenie przez nich Attyki i spalenie Aten (480 r. p.n.e.) i namawiali do tego inne doświadczone przez Persów greckie polis. Pierwotnym więc celem Związku Morskiego była chęć zemsty na Persach i uderzenia odwetowe na ich ziemie, oraz oczywiście chęć wyzwolenia, pozostających wciąż pod perską okupacją greckich ziem. Do tego powstającego nowego politycznego przymierza, spisanego w Byzantion na przełomie 479 i 478 r. p.n.e. weszła również wyspa Chios. Skarbiec Związku umieszczono na wyspie Delos (stąd Związek ów niekiedy zwany jest również "Delijskim") w tamtejszej świątyni Apollona i Artemidy, gdzie odbywały się też spotkania przedstawicieli Związku (do roku 454/453 p.n.e. gdy skarbiec Związku został oficjalnie przeniesiony do Aten, a sam Związek coraz częściej zaczął przypominać prywatne imperium ateńskie). Chios znalazło się w tymże Związku na dość szczególnych zasadach, które zostały utrzymane do wybuchu wojny peloponeskiej w 431 r. p.n.e., a mianowicie jako sprzymierzeńcy, dzięki czemu utrzymali wewnętrzną niezależność. Utracili jednak całkowicie prymat w handlu niewolnikami, a z początkiem IV wieku p.n.e. ze względu na bardzo silną konkurencję, całkowicie zaprzestali tego procederu.


PS: A w kolejnej części przeniesiemy się do pięknej krainy róż i słońca, która również stała się koszmarem dla tysięcy sprowadzanych na tamtejszy rynek niewolników - czyli na Rodos


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...