WYŚWIETLENIA

25 listopada 2025

KRONIKI OSHARA - Cz. I

OPOWIADANIE FANTASY





TO JEST JEDNO Z KILKU MOICH OPOWIADAŃ, KTÓRYCH JESZCZE NIE PUBLIKOWAŁEM NA TYM BLOGU. TEMATYKA FANTASY Z ELEMENTAMI EROTYKI 😘



ROMERIA I WELIMIR




Witajcie szlachetni mężowie i niewiasty, którym przyjdzie czytać spisane przeze mnie dzieje i opowieści z czasów sprzed Zjednoczenia. Zwą mnie Oshar i jestem kronikarzem i doradcą wielkiego króla Timura - władcy Północnych Plemion, oraz szczęśliwego małżonka królowej Zemfiry - najwyższej kapłanki Wielkiej Bogini z miasta Antaria, leżącego w krainie zwanej Nemea. Piszę te słowa w czternastym roku Zjednoczenia, w siódmym dniu miesiąca Lwa. Choć wydaje się to dziś oczywiste, to, że udało się doprowadzić w końcu do zjednoczenia obu tak różnych ze sobą światów, zakrawa wręcz na cud. Tylko nie wiadomo któremu z bogów należałoby za to podziękować. Jak już bowiem wspomniałem, pan mój - Timur i królowa Zemfira to ogień i woda, dzieliło ich wszystko, łączyło niewiele. Obaj żyli w innych światach - On w krainie Północnych Plemion, zwanej Romeria; Ona na Wschodzie, w królestwie Nemea, którą władał Zakon kapłanek-wojowniczek Wielkiej Bogini. Romeria to kraina północnych gór, gdzie żyją twardzi górale, wyznający kult boga wojny - Gunnara. Zamieszkiwali oni osady nielicznych dolin, wciśniętych pomiędzy liczne góry pokrywające Romerię. Żyli oni głównie z najazdów i rabunków okolicznych krain, w tym również Nemei. Każdy romeryjski chłopiec od najmłodszych lat doskonalił się w sztuce władania bronią (łukiem, włócznią, mieczem i oczywiście toporem - który jest symbolem Gunnara). Śmierć na polu walki jest najwyższą chwałą i oznacza dołączenie do Świętego Kręgu Gunnara, tam, w Zaświatach.




Północne Plemiona Romerii nie zjednoczyły się i nie utworzyły miast do czasu objęcia wodzostwa nad jednym z tychże plemion - Cymrów - przez ojca króla Timura - Welimira Mężnego lub Okrutnego (zwanego też przez niektórych Welimirem Heretykiem, jako że pierwszy dopuszczał kult innych bogów - i ponoć się nawet do nich modlił). Welimir podbił lub podporządkował swej władzy wszystkie góralskie plemiona Romerii i koronował się na pierwszego króla tej ziemi. Utworzył też silną, stała armię, która była zdolna do rozpoczęcia podboju sąsiednich krain. Romeryjscy górale pod jego panowaniem zamienili się z hordy barbarzyńskich najeźdźców w zorganizowaną i zdyscyplinowaną armię zagrażającą wszystkim okolicznym ludom. Welimir najeżdżał też królestwo Nemei, szczególnie jeden z takich najazdów prawie zakończył się zdobyciem Antarii i likwidacją tego królestwa. Nemejczyków ocaliło tylko złożenie bogatej daniny w złocie i srebrze (ponoć na ten cel ograbiono świątynię Wielkiej Bogini z wszelkich kosztowności) oraz poświęcenia się Wielkiej kapłanki Zakonu - Tahminy, która w zamian za życie swego ludu, zgodziła się zostać żoną Welimira - przynajmniej tak to właśnie miało wyglądać. Nie na darmo jednak zwano Welimira okrutnym. Miast bowiem ja poślubić, zamknął ja w klatce w swym pałacu, w nowo zbudowanym przez siebie mieście o nazwie - Gunnaria (na cześć Boga Gunnara) i trzymał ją tam nagą, zawieszoną w klatce kilka metrów nad podłogą i wypuszczał ją tylko wówczas, by zadowoliła jego pożądanie. Z czasem Tahmina (nie mają innego wyjścia) przyzwyczaiła się do życia w klatce, a raczej do tego, że mogła przebywać poza nią tylko wówczas, gdy była potrzebna Welimirowi - odtąd swemu panu życia i śmierci. Starała się więc zwrócić nań swą uwagę, chciała być potrzebna, nawet jeśli oznaczało to klęczenie u jego stóp przez kilka godzin dziennie. Robiła wszystko, aby tylko jak najmniej czasu spędzać sama w klatce.




Welimirowi podobała się jej delikatna skóra, jej kruczoczarne włosy opadające na jej krągłe, piękne piersi i nieziemskie zielone oczy, w których można było się utopić. Welimir lubił przyglądać się jej nagiemu ciału, potrafił godzinami zmuszać ją do klęczenia przed jego tronem i pozostawania w bezruchu. Szybko się do tego przyzwyczaiła, zresztą wolała to, niż przebywanie w małej klatce, w której nie mogła ani się wyprostować, ani nawet położyć. Przyzwyczaiła się że należy teraz do niego i może on z nią zrobić co tylko mu się spodoba. Sama wcześniej była wielką kapłanką i sama miała swoich niewolników i choć początkowo trudno było jej się odnaleźć w nowej roli, nie miała innego wyjścia jak szybko to zaakceptować i podporządkować się losowi. Teraz jej ciało było placem zabaw dla Welimira i nie należało już do niej. Ponieważ lubił ją oglądać w pełnej krasie jej uległości i całkowicie odsłoniętej kobiecości, karał ją chłostą bardzo rzadko, zresztą znacznie skuteczniejszym elementem dyscypliny była obawa przed ponownym zamknięciem jej do klatki i aby tego uniknąć, gotowa była uczynić wszystko, czego tylko od niej wymagał. Nie mogła patrzeć mu prosto w oczy a jedynie wzrok jej mógł sięgać do wysokości jego pasa.

Piersi miała jędrne choć niezbyt duże, Welimir lubił bawić się jej różowymi, nabrzmiałymi sutkami, gdy zaś miał ochotę na seks, układał ją na brzuchu na wysokim stole, tak, że miał ją przed sobą ze wszystkimi jej atutami. Najbardziej lubił stosunek analny a z jej przedniej szparki korzystał bardzo rzadko, wręcz się chełpił że nie jest mu potrzebna i możnaby ją... zaszyć. Dał jej wybór, jeśli będzie mu niemiła lub opierać się będzie jego władzy, sprzeda ją handlarzom niewolników z dalekiego Kashiru - krainy położonej na Południu i zamieszkałej przez czarnoskórych koczowników, w których społeczeństwie stosuje się okaleczanie narządów rodnych kobiet. Nic dziwnego że Welimir zwany był okrutnym, ale nawet on nie był pozbawiony uczuć. Z biegiem czasu, gdy uległość Tahminy stała się naturalna i przestała być wymuszana, nabrał do tej kobiety uczucia sympatii która z czasem zmieniła się w miłość. Oczywiście było to specyficzne uczucie miłości i polegało na całkowitej dyscyplinie i podporządkowaniu, ale bez wątpienia coraz bardziej zaczęło mu na niej zależeć. Spędzał z nią więcej czasu, brali wspólne kąpiele a nawet sypiali w jednym łożu (choć ona po stosunku musiała udać się do przygotowanego dla niej kojca i spała tam przy jego łożu na podłodze). Mimo to wiele się zmieniło, zniknęła klatka w której ją zamykał i pozwalał jej nosić stroje okrywające ciało, a nawet sam takowe jej sprowadzał (ale były to suknie w których zawsze miał do niej łatwy dostęp). 

Gdy zaszła w ciążę poślubił ją, a ona urodziła mu syna, któremu nadał imię Timur. To właśnie on zjednoczył oba królestwa, poślubiając kapłankę Wielkiej Bogini - Zemfirę. Nim do tego jednak doszło, warto opisać - choćby pobieżnie - społeczeństwo Nemei, zarządzanej przez Zakon kapłanek-wojowniczek Wielkiej Bogini.



NEMEA, ZAKON I WIELKA BOGINI




Kraina o nazwie Nemea, była niegdyś zasiedlona przez szczepy okolicznych rybaków, zajmujących się połowem i handlem owocami morza. Co prawda ziemi uprawnej w Nemei było sporo, to jednak rolnictwo nie było tak rozpowszechnione jak rybołówstwo, a kraina ta żyła głównie z handlu. Ludy Nemei były podzielone, ale żyły ze sobą w większości w zgodzie i do wzajemnych walk dochodziło sporadycznie. Życie tu biegło spokojnie i monotonnie aż do czasu, gdy krainę tę nawiedziła okrutna zaraza, która ze zwierząt przeniosła się na ludzi. Przyniosła ona mnóstwo ofiar a ludzie nie wiedzieli jak uchronić się przed tym nieszczęściem. Starzy, rodzimi bogowie nie pomagali a ludność popadała w coraz większe przygnębienie i rozpacz. I wówczas, gdzieś, w jakiejś nemejskiej wiosce, pojawiła się młoda dziewczyna, która twierdziła że nawiedziła ją Wielka Bogini i przykazała co czynić, aby uniknąć zakażenia, bolesnej choroby i śmierci. Początkowo nikt nie chciał jej wierzyć, twierdzono że jest szalona, z czasem jednak, gdy jej rady okazywały się skuteczne, wokół niej zaczął gromadzić się krąg wyznawców Wielkiej Bogini, który rósł adekwatnie do tempa wygaszania epidemii. Owa dziewczyna zaś - której nikt wcześniej nie znał, a ona sama twierdziła że osobiście widziała Wielką Boginię, choć niektórzy opowiadali że przybyła tutaj z innego świata, a potem nie potrafiła lub nie chciała tam powrócić - została pierwszą wielką kapłanką swojej bogini. Zwała się ona Azala (Azalia) i dobrawszy sobie krąg sióstr - stworzyła pierwszy Zakon kapłanek, który z czasem przerodził się w Zakon kapłanek-wojowniczek.

Tak rozpoczęła się Pierwsza Era Świątyni, gdy przybytek ten został wzniesiony w nowo założonym przez Azalę mieście - Antarii. Elitą rządzącą Nemei stał się teraz Zakon kapłanek-wojowniczek i tylko one miały prawo wejść do Świątyni, a do jej najbardziej świętego i tajemniczego miejsca - tylko trzy osoby: wielka kapłanka, wybrana przez nią następczyni oraz niewolnik pozbawiony języka (aby nie opowiedział o tym, co tam ujrzał) potrzebny do kultowych posług. Mimo to, pojawiło się wiele plotek na temat tego, co tam się znajduje. Niektórzy opowiadali, że znajdowały się tam dziwne i tajemnicze przedmioty służące do odprawiania kultu ku czci Bogini. Były tam przyrządy zarówno do ratowania życia, jak i do jego odbierania, dziwne mikstury, tajemne urządzenia i inne dziwy, które nie przetrwały do naszych czasów. Wielka kapłanka bardzo o nie dbała i każda jej następczyni miała przykazane, aby ich tajemnicę zachować do grobu. Po śmierci pierwszej wielkiej kapłanki (której rządy trwały 22 lata Pierwszej Ery Świątyni, a ona sama zmarła nie mając lat 50) jej następczynią została córka (były to bowiem czasy, gdy stanowisko wielkiej kapłanki dziedziczone było bezpośrednio w rodzie Azali) - Isilena. To właśnie ona zamieniła Świątynię w Zakon kapłanek-wojowniczek, choć objęła władzę mając zaledwie dziesięć lat. Przez pierwsze lata wspierały ją najbardziej doświadczone i najstarsze kapłanki, lecz gdy skończyła lat 19, przejęła Isilena pełną władzę nad Zakonem i Nemeą.




Cała ziemia uprawna należała do Zakonu Wielkiej Bogini, a uprawiali ją niewolnicy, pozyskiwani dzięki zasobom srebra zgromadzonym w Świątyni, a pochodzącym ze sprzedaży płodów rolnych i z danin nałożonych na rodzimych kupców morskich. Isilena założyła również świątynne ogrody, dokąd sprowadziła do pracy najprzystojniejszych niewolników. Ona to też zmieniła dotychczasowe, przygodne kontakty seksualne kapłanek z niewolnikami, w coś bardziej urozmaiconego. Każda kapłanka mogła bowiem wybrać sobie na noc tego niewolnika, który jej się spodobał (przy czym ten sam niewolnik dwie noce z rzędu nie mógł przebywać u jednej kapłanki) i w ramach tzw. "aktu oddania" musiał zadowolić ją seksualnie. Jeśli tego nie uczynił, kapłanka miała prawo ukarać go według własnej woli (ale tak, aby go trwale nie okaleczyć). Niewolnik nie mógł też dotykać ciała kapłanki swymi rękoma, gdyż ona była emanacją bogini i dotknięcie jej ciała przez niewolnika było uważane za świętokradztwo i karane śmiercią. Dlatego też często kapłanki przed stosunkiem wiązały ręce swym niewolnikom, aby nawet przez przypadek ich nie dotknęli. Część jednak kapłanek Zakonu zakochiwała się w niewolnikach i w wielkiej tajemnicy pozwalała im się dotykać (w przypadku gdyby wyszło to na jaw, niewolnik ukarany zostałby śmiercią, a kapłanka musiałaby opuścić Zakon w niesławie).

Kapłanka Isilena zmarła w wieku lat 60, z czego panowała nad Zakonem lat 50. Jej następczynią została córka - Reiza. Objęła rządy mając lat 24. Miała ona jeszcze dwóch starszych braci. Jeden z nich był zarządcą niewolników pracujących na polach należących do Świątyni, drugi zajmował się handlem. Wolnym mężczyznom Nemei wolno było żenić się z innymi kobietami lub pozostać stanu wolnego. Mogli też posiadać własnych niewolników i współżyć z niewolnicami, jednak w przypadku synów wielkiej kapłanki ich małżeństwa były wcześniej specjalnie dobierane. Oczywiście kapłanki nie mogły wychodzić za mąż, dlatego też męskim potomkom wielkich kapłanek dobierano jako kandydatki na żony, córki majetnych lub slawnych Nemejczyków i rzadko kiedy żeniono ich z kobietami z innych krajów. Kapłanka Reiza znacznie rozbudowała Świątynię, dodając do niej wysoką wieżę, z której widok roztaczał się nie tylko na całe miasto Antarię, ale i na okoliczne regiony. Panowała przez 34 lata. Miała dwie córki, starszą Harimę i młodszą Enorę. Harima była wojowniczką, Enora bardziej nadawała się na kapłankę, ale matka swą następczynią uczyniła najstarszą córkę i Harima objęła władzę nad Zakonem w wieku lat 24, podobnie jak wcześniej Reiza. W tym czasie Enora miała dopiero sześć lat. Harima była pierwszą kapłanką Wielkiej Bogini, która zorganizowała ataki na sąsiednie kraje: Liwonię - piękną, skąpaną w słońcu krainę wielu rzek, jezior i urodzajnych pól; Redanię - krainę koni i jeźdźców czy Argolidę - krainę wielu miast i bogatych kupców. W tym celu utworzyła spośród niewolników tzw. korpus posiłkowy.




Jej panowanie trwało przez 27 lat i choć sama miała dwie córki: Atlantę i Isilenę, to teraz ich ciotka - Enora upomniała się o władzę. Tak oto rozpoczął się konflikt, zakończony wybuchem wojny domowej między kapłankami i po 133 latach zakończyła się Pierwsza Era Świątyni a rozpoczął okres upadku, zwany Czasem Chaosu. Spowodował on nie tylko znaczne zubożenie przychodów Świątyni, rebelię i ucieczkę wielu niewolników, ale przede wszystkim utratę świętych narzędzi Wielkiej Bogini z czasów pierwszej kapłanki Azali. Przedmioty te bowiem zostały zabrane ze Świątyni przez kapłanki wierne córkom Harimy, aby nie wpadły w ręce Enory, a potem zaginęły. Enora zdobyła Antarię i zajęła Świątynię, gdzie ogłosiła się nową wielką kapłanką. Zebrała wokół siebie niewolników z korpusu posiłkowego, stworzonego przez Harimę i obiecała im wolność w zamian za poparcie. Niektórzy twierdzą, że Enora przestała czcić Wielką Boginię, cofnęła wiele zakazów - w tym zakaz dotyku ciała kapłanki przez niewolników - i dlatego przezwano ją Enorą Uzurpatorką lub Enorą Niewierną. Tak oto w Nemei rozpoczęła się krwawa wojna domowa, która trwała sześć lat i pochłonęła wiele ofiar a kraj doprowadziła do ruiny. W pierwszym etapie Enora odniosła spore sukcesy, nie tylko wypędziła swe siostrzenice z miasta i Świątyni, ale zdobyła uznanie dla ogłoszenia siebie samej wielką kapłanką (w chwili śmierci matki Atlanta miała 22 lata a Isilena 18 i były uważane za zbyt młode do objęcia władzy najwyższej). W trzecim roku wojny, gdy wiele kapłanek zbulwersowały nowe prawa ogłaszane przez Enorę, całkowicie zmieniające te, ustanowione jeszcze przez pierwszą wielką kapłankę (ponoć nakazała wyzwolenie wszystkich męskich niewolników i poślubiła w tajnej ceremonii dowódcę korpusu posiłkowego, złożonego z niewolników-wojowników i zaszła z nim w ciążę) zaczęły one dołączać do obozu córek Harimy, które to stały się teraz obrończyniami prawdziwej wiary. 




Atlanta i Isilena wzmocnione w ten sposób, pokonały wojska wierne Enorze w bitwie nad potokiem nieopodal Antarii, ale nie były w stanie odbić stolicy (trzeci rok Czasu Chaosu). Próba oblężenia i zdobycia Antarii podjęta w czwartym roku, też zakończyła się fiaskiem i dużymi stratami, a dodatkowo w czasie walk śmiertelną ranę odniosła Atlanta. Teraz z córek Harimy jedynie Isilena pozostała kandydatką do tronu Wielkiej Bogini. A tymczasem Enora powiła własne dzieci. W drugim roku wojny urodziła syna - Sigberta, a w czwartym roku córkę - Nemirę. Poślubiła swego niewolnika, dowódcę korpusu posiłkowego - Eryka i z nim miała owe dzieci. Ich relacja była jednak dość dziwna, a mianowicie publicznie on okazywał jej szacunek jako kapłance Wielkiej Bogini, ale prywatnie, za zamkniętymi drzwiami ich sypialni ponoć robił z nią co chciał. Nie tylko było słychać że wydaje jej polecenia, ale miał nawet założyć jej na szyję żelazną obrożę i kazał jej chodzić przy swej nodze, jak suce. Jej ciało nosiło też liczne ślady uderzeń bicza (szczególnie pośladków), skrupulatnie ukrywane przez Enorę pod ciężkimi sukniami. Erykowi najwidoczniej sprawiało radość obserwowanie jak jego wybranka z obolałą pupą, musi godzinami siedzieć na swym tronie i wysłuchiwać skarg mieszkańców Antarii. Czasem jak byli sami, sam siadał na tym tronie, a ją sadzał sobie na kolanach i traktował jak małą dziewczynkę. Nikt tego nie potwierdza, ale istnieją plotki, że często to ona klęczała przed nim, siedzącym na tronie, modląc się do niego, jak do boga. Eryk zresztą miał zamiar koronować się na pierwszego króla Nemei, likwidując Zakon i wiarę w Wielką Boginię. Sam bowiem pochodził z krainy hybernejskiej, leżącej daleko na północy, gdzie lato trwa tak krótko, że praktycznie jest to kraina wiecznego śniegu i lodu. Tam wyznawano wiarę w boga Mitrę i ten kult Eryk pragnął przenieść do Nemei




A tymczasem nadszedł piąty rok wojny i Isilena ponownie pokonała wojska swej ciotki, lecz wciąż nie była w stanie zdobyć miasta. Wydawało się że ponowna próba oblężenia skończy się kolejną klęską i jeszcze większymi stratami. Jej nadzieja tym razem opierała się o wierne jej kapłanki, które przebywały w mieście. Miały one otworzyć bramy, gdy wojsko Isileny ukryje się w okolicznych lasach i będzie mogło pod osłoną nocy wejść do miasta. Nawiązanie kontaktów z wiernymi kapłankami zajęło Isilenie trochę czasu, ale ostatecznie w szóstym roku wojny udało się ponownie podejść pod Antarię i wierne Isilenie oddziały weszły do miasta wcześniej otwartą bramą. Nim informacje o tym dotarły do Enory, śpiącej słodko w ramionach Eryka, było już za późno aby podjąć walkę w mieście, można było tylko zabarykadować się w Świątyni, co też uczyniono. Szturm nie wchodził w grę, możliwość podpalenia także (wiązałoby się to bowiem z upadkiem całego dziedzictwa Wielkiej Bogini). Można było tylko głodem wziąć broniących się w Świątyni zwolenników Enory. Nim jednak do tego doszło, Eryk postanowił przebić się i sprowadzić odsiecz, wyzwalając niewolników z terenów zajętych przez Isilenę. Niestety nie udał mu się ten manewr, zginął trafiony kilkanaście razy strzałami wypuszczonymi z łuków kapłanek wiernych Isilenie, a jego odciętą głowę pokazano Enorze. Ta, w rozpaczy, kazała zabrać dzieci i tajnymi korytarzami wyprowadzić je ze Świątyni i z miasta, a sama rzuciła się z murów w dół, ponosząc śmierć na miejscu. Tak oto - po sześciu latach wojny, Isilena odzyskała dziedzictwo swej matki i objęła władzę nad miastem i Nemeą jako nowa kapłanka Wielkiej Bogini - Isilena II. Nie były to już jednak takie rządy, jak wcześniej, a okres ten zwany jest Drugą Erą Świątyni.




CDN.

24 listopada 2025

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. II

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE
OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W
STAROŻYTNOŚCI I W ŚREDNIOWIECZU,
ORAZ SKĄD I Z JAKICH 
WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ
POCHODZILI KANDYDACI 
NA NIEWOLNIKÓW





ANTYCZNA GRECJA 
I ŚWIAT HELLENISTYCZNY
(V wiek p.n.e. - II w. p.n.e.)
Cz. II






CHIOS 
PIERWSZE NIEWOLNICZE CENTRUM HELLADY
(V - IV wiek p.n.e. )
Cz. II



 "MYM WIELKIM SKARBEM JEST MIECZ TEN I WŁÓCZNIA, I PIĘKNA TARCZA, CO MI BOK OSŁANIA; TYM ORZĘ, PLON ZBIERAM, TYM SŁODKI SOK WYCISKAM Z GRONA I TO MNIE CZYNI MYCH PODDANYCH PANEM"

HYBRIAS
(KRETEŃSKA PIEŚŃ BIESIADNA)



Po okresie względnego upadku (ok. 610 r. p.n.e.) ponownie odrodził się wschodni handel, co spowodowało bardzo szybki wzrost dobrobytu na greckich wyspach Morza Egejskiego i w greckich miastach małoazjatyckich. Był on oczywiście związany z otwarciem się rynku wschodniego i południowego na towary wyspiarskie. Chios, podobnie jak Samos, Rodos, Naksos i Milet, bardzo szybko znów się bogacił i choć było to polis, które (w przeciwieństwie do sąsiadów, takiego Samos czy Miletu chociażby) praktycznie nie posiadało żadnych swoich kolonii zamorskich (wyjątkiem jest tutaj jedynie Maroneja, niewielka osada położona na wybrzeżu trackim pomiędzy wyspą Tazos a Chersonezem, która, podobnie jak Chios słynęła z wyśmienitego wina). Jednak w połowie VI wieku p.n.e. Chios i Samos, poczęły powoli ustępować ponownie miejsca takim rynkom jak: Korynt, Rodos, Kreta i spartańska Lakonia. Należy też dodać, że wyspa Chios była jedną z pierwszych w greckim świecie polis, które... wypuściły pieniądze, jako środek wymiany towarowej (pierwsza połowa VI wieku p.n.e.), dotąd bowiem wszelkie rozliczenia odbywały się na zasadzie handlu wymiennego - towar za towar. Jednak gdy w azjatyckim królestwie Lidii zaczęto po raz pierwszy bić złote i srebrne elektrony (lata 80-te VII wieku p.n.e.), greckie wyspy małoazjatyckie (w tym oczywiście Chios) same poczęły bić własne złote statery z wizerunkiem lwa, pszczoły i jelenia. Pierwszym człowiekiem, który rozpropagował pieniądz w greckim świecie, był król Argos - Fejdon. Jednak dopiero z początkiem VI wieku złote (a częściej srebrne) elektrony i statery, rozprzestrzeniły się w innych greckich polis (Ateny biły własną monetę od 593 r. p.n.e., Korynt od ok. 600 r. p.n.e., Chios, Cyrena, Samos, Milet, Efez i Fokaja zaś od 560 r. p.n.e., zaś od 550 r. p.n.e. własną monetę biły już greckie polis w Italii - Tarent, Sybaris, Metapontion, Kroton, Kaulonia i inne).

Bez wątpienia jednak najpiękniejszą i najczystszą monetę świata starożytnego (aż do czasów Filipa II Macedońskiego i jego syna Aleksandra Wielkiego) bili Persowie. Ich monety (zwane sżgloż - swoją drogą sama nazwa świadczy dobitnie, że Persowie mieli duże związki z... cywilizacją słowiańsko-lechicką z północnej Europy), były bez wątpienia najpiękniej wykonane i najwartościowsze w całym ówczesnym świecie antycznego biznesu. Rozwój pieniądza spowodował powstanie trzech grup helleńskich systemów monetarnych: pierwszy zwany jońskim obejmował Milet, Efez, Chios i Fokaję, drugi zwany egineckim - Eginę i okoliczne wyspy, zaś trzeci zwany korynckim - Korynt, Samos, Ateny i Eubeę. Były też miasta-państwa, które odmówiły wprowadzenia u siebie systemu pieniężnego i kontynuowały handel wymienny, były to - Sparta, Kreta i Byzantion, co też szybko doprowadziło do ich ekonomicznej zapaści (Kreta już się nie odrodzi jako ważny handlowy gracz, Sparta skupiła się na rozwoju sztuki wojennej, zaś Byzantion na długie dekady popadł w marazm i swoistą dekadencję - choć przez to miasto przepływały przecież nadczarnomorskie konwoje ze zbożem dla Grecji właściwej). Chios przez długie dekady nie angażował się w żadne konflikty polityczne i militarne, toczone w greckim świecie, przez co rządy nad wyspą sprawowała (nie tak, jak w sąsiednich wyspach i miastach arystokracja, wywodząca swe początki ze sławnych czynów wojennych) oligarchia kupiecka, gdzie "bogactwo zatarło urodzenie" - jak pisze Teogonis, a Alkajos dodaje: "pieniądz to człowiek i żaden biedak nie jest szlachetny ni godny szacunku". Nic więc dziwnego że wyspa ta, tak łatwo popadła w perską zależność, aby tylko czerpać zyski z ogromnego rynku perskiego Imperium. Rynku, który zapoczątkował wielki handel niewolnikami na Chios.




Na Chios nie było ani wielkich ośrodków kultowych helleńskiego świata, ani też żadnych minerałów (prócz może drewna, potrzebnego do budowy okrętów), dlatego też pieniądze trzeba było zarobić inaczej. Jak już wcześniej pisałem, Chios słynęła z wybornego wina i fig, które to stanowiły podstawę ich zamorskiego handlu, ale dopiero rozwój przemysłu niewolniczego (że tak się wyrażę) zapoczątkował prawdziwy napływ bogactwa na wyspę i uczynienie z niej swoistego "niewolniczego centrum handlowego" Hellady. Podbój Królestwa Lidii przez perskiego władcę - Cyrusa II Wielkiego w 546 r. p.n.e. spowodował upadek niezwykle korzystnego handlu małoazjatyckiego. Zdobycie przez Persów Egiptu w 525 r. p.n.e. oznaczało zaś upadek tamtejszych greckich emporiów - Naukratis i Cyreny, które były mocno związane handlem z Chios. Wyspa, która dotąd przeżywała długie lata rozkwitu i dobrobytu, teraz zaczęła powoli tracić na znaczeniu a jej mieszkańcy ubożeli. W 5r. p.n.e. doszło zaś do podwójnej katastrofy, która przesądziła o drodze uległości Chios względem Persji. Otóż ok. 520 r. p.n.e. wybuchł konflikt pomiędzy cyrenajskimi miastami - Cyreną i jej kolonią Barką. Królowa Cyreny - Feretima, chcąc doprowadzić do ponownego podporządkowania Barki swej władzy, poprosiła o pomoc satrapę perskiego Egiptu - Aryandesa, który w tymże 518 r. p.n.e. najechał Barkę, zdobył ją i spalił, zaś mieszkańców zabrał w niewolę (poza tymi, którzy należeli do rodu Battiadów - który panował w Cyrenie i których w zdobytej Barce osobiście ochroniła Feretima). Nie o to do końca chodziło królowej Feretimie, która teraz otrzymała propozycję nie do odrzucenia - albo podporządkuje się Persji i będzie płacić coroczną daninę, dzięki czemu zachowa władzę, albo jej miasto czeka podobny los. Dodatkowo król Persji Dariusz I Wielki nakazał jej zerwać jakiekolwiek handlowe związki z Grecją właściwą i greckimi wyspami. Feretima nie mając innego wyjścia, podporządkowała się Persom na ich warunkach, ale to już oznaczało poważną gospodarczą zapaść wyspy Chios.


FERETIMA z CYRENY


 


Drugim ciosem pośrednio wymierzonym w wyspę, była... zagłada Samos. W owym 518 r. p.n.e. Persowie bowiem obalili tyrana Samos - Sylosona (którego wcześniej sami powołali, ale gdy próbował zrzucić zależność, stracił i władzę i życie), przy okazji dokonując okrutnej rzezi mieszkańców miasta, po czym wcielono Samos do satrapii lidyjskiej, będącej pod zarządem satrapy Otanesa rezydującego w Sardes. Był to wyraźny sygnał wypuszczony do innych greckich wysp na Morzu Egejskim - "podporządkujcie się, albo zginiecie". Przerażenie wybuchło w całym greckim świecie, oto bowiem wkrótce po zniszczeniu Barki i rzezi Samos, król Dariusz I zwany Wielkim, wysłał wyprawę morską (pod wodzą Greka - Demokedesa z Krotony), aby zbadano wybrzeża Grecji właściwej i południowej Italii, gdzie najłatwiej jest... dokonać desantu morskiego. Od tej pory zagrożona była już cała grecka cywilizacja i nawet miasta tzw.: Wielkiej Grecji (południowa Italia) nie mogły czuć się bezpiecznie. Od 517 r. p.n.e. Chios i inne greckie wyspy (Lesbos, Rodos, Kos), znajdują się już pod perską władzą, deklarując wierność i coroczną daninę, w zamian otrzymując nieskrępowaną możliwość handlu w całym rozległym Imperium, co wkrótce ponownie zaczęło pobudzać gospodarkę wyspy. W 513 r. p.n.e. król Dariusz zorganizował wielką wyprawę na Scytów (ziemie dzisiejszej południowej Ukrainy), idąc szlakiem dunajskim przez Bałkany. I choć wyprawa ta zakończyła się porażką, oraz sprowokowała najazd Scytów na Chersonez (co doprowadziło wówczas do buntu kilka tamtejszych greckich polis), nie spowodowało upadku perskiej władzy nad Chersonezem, cieśninami i wyspami Morza Egejskiego. Buntownicy zaś (głównie Imbros i Lemnos) zostali ujarzmieni i wzięci w niewolę (509 r. p.n.e.). Swoją drogą ci właśnie greccy niewolnicy, staną się jednymi z pierwszych, którzy trafią na rozpoczynający swą działalność (od ok. 510 r. p.n.e.) wielki rynek niewolniczy na Chios.




Ogromny wzrost handlu niewolnikami nastąpił w czasie tzw.: "buntu jońskiego", mającego miejsce w latach 499 - 494 p.n.e. Persów nie interesowała ani forma rządów w podległych im greckich państewkach, ani też wyznawana przez Greków religia (bardzo często sami Persowie się hellenizowali, żeniąc się z Greczynkami i przyjmowali grecką wiarę oraz obyczaje - co nawet było popierane przez perski dwór królewski) pod dwoma wszakże warunkami - całkowitej wierności monarchii perskiej, oraz corocznym, stałym daninom, jakie miały płynąć do czterech stolic imperium: Persepolis, Ekbatany, Babilonu i Suzy. Ci, którzy podporządkowali się tej zasadzie, mogli spokojnie żyć, bogacić się i handlować na wielkim rynku, ciągnącym się aż do granic Indii, ale ci, którzy próbowali się zbuntować, kończyli smutnie (najczęściej byli mordowani, zaś dzieci i młodzież zamieniano w niewolników - młodych mężczyzn np. od razu kastrowano i kierowano do królewskich haremów, zaś dziewczęta przeznaczano na nałożnice Króla Królów - który posiadał haremy w kilku swych stolicach). W 501 r. p.n.e. w bogatej i wciąż niepodległej wyspie Naksos, doszło do zamachu stanu. Dotychczasowi władcy wyspy, bogaci oligarchowie, zostali obaleni przez lud pod przewodnictwem demokratycznych polityków (demagogów - jak bowiem pisał o nich Arystoteles: "Oni to, zwracając się ze wszystkim do ludu, powodują, że rządzą uchwały, nie prawa"). Uciekli więc do Miletu rządzonego przez tyrana (mianowanego przez Persów) Aristagorasa. Ten postanowił przysłużyć się Persom (i jednocześnie samemu wywyższyć, jako chociażby władcę Naksos, lub nawet zarządcę całych Cyklad), prezentując perskiemu satrapie Lidii - Artafarnesowi, plan podboju Cyklad. Twierdził że do tego potrzeba jedynie stu okrętów i jakichś 10 000 żołnierzy.

Artafarnes przedstawił całą sprawę królowi Dariuszowi w Suzie (dokąd się udał) i uzyskał od niego zgodę na zajęcie Naksos i innych greckich wysp Morza Egejskiego. Wystawiono więc flotę, składającą się z... 200 okrętów i ok. 20 000 żołnierzy (Persów, Medów, Fenicjan, Syryjczyków i Anatolijczyków, ale nie Greków), wodzem zaś został mianowany królewski krewny - Megabates, co było wyraźnym policzkiem dla Aristagorasa, który marzył że to właśnie on poprowadzi tę wyprawę. Wyprawa zakończyła się fiaskiem (Persom nie udało się nawet dokonać desantu i przez cztery miesiące roku 500 p.n.e. jedynie blokowali wyspę od strony morza, Naksyjczycy zaś wystawili 8 000 hoplitów gotowych do walki w obronie swej ojczyzny). Megabates wrócił z niczym, o niepowodzenie wyprawy oskarżając właśnie Aristagorasa, który miał ponoć ostrzec mieszkańców Naksos przed Persami. Ten, spodziewając się niechybnej kary i utraty władzy (a być może i życia), postanowił się zbuntować przeciwko perskiej władzy w Milecie (był ponoć do tego namawiany przez poprzedniego tyrana Miletu, swego zięcia Histiajosa, który od lat był przetrzymywany jako zakładnik w Suzie. Histiajos zapisał wiadomość do Aristagorasa, tatuując ją na... głowie swego niewolnika - wcześniej goląc go na łyso. Gdy włosy mu odrosły, wysłał go do Miletu). Na przełomie 500 i 499 r. p.n.e. rozpoczął Aristagoras wdrażanie swego planu. Miał bowiem na celu zrzucenie jarzma perskiego, wymordowanie greckich tyranów na usługach Persów i odparcie perskich załóg do Azji. Poza tym chciał odnowić Związek Joński na zasadach bardziej demokratycznych (sam zrzekł się swej funkcji tyrana Miletu i wydał rozkaz wymordowania wszystkich innych tyranów Jonii - co też się stało). Zwołał też radę Miletyjczyków, pytając się obywateli jak należy postąpić - walczyć czy poddać się Persji?




Prawie wszyscy opowiedzieli się na walką, jedynie historyk Hekatajos, który wcześniej dużo podróżował i zwiedził różne krainy perskiego Imperium, przestrzegał przed tym nierozważnym krokiem, twierdząc że perski monarcha ma tyle wojsk, iż nie sposób ich nawet zliczyć. Radził rozwagę i twierdził że miasto samo gotuje sobie zgubę, pytał się też: "Czy chcecie aby wasze żony i córki, jeśli wcześniej nie zostaną pohańbione, zostały oddane waszym niewolnikom" (jak to miało miejsce chociażby na Samos po sławnej rzezi mieszkańców z 518 r. p.n.e. żony i córki tych, którzy zginęli, zostały oddane jako nałożnice... swym niewolnikom, którzy teraz otrzymali prawa obywatelskie jako nowi mieszkańcy Samos). Niewiele jednak zdziałał, lud był za buntem, za zrzuceniem perskiego jarzma. Widząc że nie zdoła przetłumaczyć współobywatelom swych racji, dodał jedynie że jeśli chcą walczyć, to powinni przede wszystkim zadbać o silną flotę, jako że dzięki temu będą mogli ewentualnie ewakuować się na bezpieczne tereny. Nawoływał więc do budowy okrętów które ochronią miasto od strony morza i w razie potrzeby nierozważny lud na nich się wydostanie z płonącego miasta. Tymczasem wszystko na razie szło po myśli buntowników, miasta Jonii zrzuciły swych (mianowanych przez Persów) tyranów i podjęły się wspólnej walki z najeźdźcą. Hekatajos jednak wciąż był pesymistycznie nastawiony i radził swym współobywatelom: "Jeśli chcecie przeżyć, sięgnijcie po didymskie złoto" (w Didymie mieściła się wielka świątynia boga Apollina), ale Miletyjczycy uznali że byłoby to świętokradztwem i obrazą bogów, dlatego odmówili.


POWSTANIE JOŃSKIE
(499 - 494 p.n.e.)



Na przełomie 499/498 r. p.n.e. Aristagoras wyjechał do Grecji właściwej, szukając sprzymierzeńców. Początkowo skierował swe kroki do Sparty, której król Kleomenes już wcześniej groził Persji interwencją, jeśli ta odważy się napaść na greckie wyspy. Teraz jednak... wahał się. Nie był już tak skłonny do interwencji i pomocy Grekom małoazjatyckim. Ostatecznie odmówił Aristagorasowi swej pomocy (ponoć uczynił tak, gdy usłyszał że stolica Persji - Suza, jest odległa od wybrzeży Azji Mniejszej o trzy miesiące drogi. Zapewne zdawał sobie sprawę z rozmiarów owego państwa i tego, że jego armia na tak wielkim terenie z pewnością uległaby rozproszeniu). Następnie Aristagoras udał się do Argos (konkurenta Sparty na Peloponezie). Argiwczycy zwrócili się po radę do wyroczni delfickiej i otrzymali stamtąd... pogróżkę. Bóg Apollon miał im ponoć przekazać, że Milet, za swą nikczemność zostanie spalony, a jeśli oni mu dopomogą, pójdą w jego ślady. Aristagoras został czym prędzej przepędzony z Argos. Ostatecznie przybył do Aten i tutaj zyskał zrozumienie (Ateńczycy już i tak byli poróżnieni z Persją, odrzucając w 505 r. p.n.e. żądanie króla Dariusza o przywróceniu do władzy obalonego tyrana Hippiasza i spodziewali się perskiego najazdu). Ateńczycy jako pierwsi obiecali więc pomoc dwudziestu okrętów. Do Aten dołączyła Eretria, obiecując wysłanie pięciu okrętów. Zadowolony z chociaż takiego obrotu sprawy Aristagoras, powrócił do Miletu aby objąć dowództwo w walkach z Persami, a przede wszystkim wyprzedzić ich własny atak. Tymczasem przebywający w Babilonie król Dariusz I Wielki, otrzymawszy wiadomość o jońskim buncie i wsparciu ateńsko-eretryjskim, kazał sobie wciąż przypominać o tej zniewadze, nawet gdy siadał do stołu, niewolnik miał mu mówić: "Królu, pamiętaj o Ateńczykach". Zapamiętał, wkrótce wyruszy do Attyki z wielką armią inwazyjną.




Nim do tego doszło, najpierw trzeba było stłumić powstanie małoazjatyckich Greków pod przewodnictwem Miletu. Ale bunt ten (pomimo początkowych sukcesów, jak choćby zdobycie perskiej stolicy satrapii Lidii - Sardes w 498 r. p.n.e. czy przyłączenie się do buntu Greków znad Hellespontu i Byzantion), od początku skazany był na klęskę. Już w roku 497 p.n.e. Grecy ponieśli klęskę w bitwie morskiej próbując opanować Cypr. W tym samym roku padły wszystkie miasta Troady i cieśnin, a także poddały się miasta środkowo-małoazjatyckie. Od roku 496 p.n.e. w zasadzie tylko Milet i kilka innych miast w Jonii wciąż kontynuowało bunt. Ostatecznie w 494 r. p.n.e. flota perska (złożona w ogromnej większości z Fenicjan służących w armii króla Dariusza I) ostatecznie pokonała flotę Miletu i miast sprzymierzonych w bitwie morskiej pod wysepką Lade ,nieopodal Miletu (dziś już nie istniejącą, jako że linia brzegowa nieco się zmieniła i dawna wyspa Lade, to dziś wysunięty cypel ziemi, na który z Miletu można przejść suchą stopą). Sam Milet zaś, prowodyra buntu, zdobyto dzięki podkopom. Południowa dzielnica Miletu doszczętnie spłonęła, teraz rozpoczęła się prawdziwa rzeź mieszkańców miasta (oczywiście rzeź mężczyzn, gdyż kobiety i dzieci zostały wzięte w niewolę). Wyspa Chios jeszcze wówczas nie mogła partycypować w tym niezwykle korzystnym handlu, gdyż... sama była członkiem anty-perskiej koalicji, choć Chioci (podobnie jak Samijczycy i Lesbijczycy) czynili wszystko, aby tylko jak najszybciej zawrzeć pokój z Persami, nim ci ukarzą ich za bunt, ale Persowie nie zamierzali ich wówczas słuchać. Niewolników (a raczej niewolnice i ich dzieci) z Miletu, przewieziono następnie do Suzy, ulubionego miasta władców Persji i część sprzedano na tamtejszym targu niewolniczym, a części łaskę okazał król Dariusz i osiedlił w miejscowości Ampe nad rzeką Tygrys w Mezopotamii. 

W 493 r. p.n.e. Persowie ostatecznie wygasili ostatnie, tlące się jeszcze ośrodki buntu, dokonując chociażby ataku na Lesbos, Tenedos i Chios (gdzie żołnierze urządzali prawdziwe polowania na ludzi). Wszystko poszło z dymem, również i świątynie (szczególnie sławna, słynąca wcześniej z pro-perskich wizji świątynia Apollina z Branchidii, którą doszczętnie spalono a jej skarbiec ograbiono i wywieziono do Suzy). Mieszkańcy trzech wyżej wymienionych wysp, jak również Byzantion i Chalcedonu, zostali albo wymordowani, albo wzięci w niewolę (wyłapywano szczególnie chłopców, których kastrowano z przeznaczeniem do służby w królewskich haremach, oraz urodziwe dziewczęta, które miały zostać nałożnicami w owych haremach). Bunt i jego stłumienie, było ogromną katastrofą dla Greków wschodnich jak również Greków kontynentalnych (na których następnie skumulowała się perska zemsta za wcześniejsze wspieranie buntu małoazjatyckiego). Jednak ci, którzy przetrwali tę katastrofę, oficjalnie będąc już poddanymi Króla-Królów i tracąc wszelką suwerenność, w ciągu kilku lat zaczęli się odbijać od dna, a zamieniając Chios w centrum handlu niewolniczego, stali się na powrót bardzo majętni. Na Chios (i innych wyspach oraz w greckich miastach małoazjatyckich) zaczęły pojawiać się wschodnie zwyczaje, jak choćby namaszczanie ciała, zdobienie włosów (również złotem), przekuwanie uszu (również przez mężczyzn). Wyspą zaczął zarządzać mianowany przez Persów tyran a wszelka opozycja była brutalnie tłumiona. Za to pozwolono Chiotom do woli bogacić się w całym Imperium Perskim, z tym że z tej możliwości korzystali głównie majętni mieszkańcy wyspy. To oni zorganizowali prężny ośrodek handlu niewolnikami w mieście Chios (stolicy wyspy) i przez kolejne piętnaście lat (licząc od zajęcia Chios przez Persów w 493 r. p.n.e.), bogacili się na wschodnim handlu, ściągając niewolników głównie z Palestyny i Syrii.




Należy jednak pamiętać, że rynek chiocki był wciąż jeszcze rynkiem dopiero raczkującym i stąd często jest pomijany jako główny rynek handlu niewolniczego. I choć przetrwał do początków IV wieku p.n.e. to i tak dość szybko został zdominowany przez wschodzące rynki niewolnicze, do których należały: Efez, Byzantion, Tanais wreszcie Rodos i ostatecznie Delos. Jeśli więc porównamy chociażby rynek na Chios i na maleńkiej wysepce Delos, to ten chiocki był maleńki (na Delos targ mógł pomieścić do 10 000 niewolników jednorazowo). Zresztą prawdziwa prosperita Chios w handlu niewolniczym trwała dość krótko, zaledwie piętnaście lat. Rządy tyranów i bogacącej się na handlu lokalnej arystokracji spowodowały bunt, który dojrzewał. Zwolennicy anty-perskiej rebelii nabrali wiary w możliwość zwycięstwa, po greckich sukcesach militarnych pod Salaminą i Platejami. Wówczas to w lecie 479 r. p.n.e. do przebywającej pod Eginą koalicji Panhelleńskiej, przybyło sześciu wypędzonych przywódców opozycji z Chios, którzy poprosili króla Sparty - Leotychidasa o wyzwolenie Chios i innych wysp Jonii. Spartanin jednak odmówił pomocy, deklarując że na to przyjdzie jeszcze czas w przyszłości. Po greckim zwycięstwie pod Mykale w tym samym roku, odbył się kongres na wyzwolonym spod perskiej hegemonii Samos, w którym uczestniczyli wodzowie walczących z Persami greckich polis. Tam po raz drugi Spartanie zrazili do siebie Chiotów, deklarując iż Grecy kontynentalni nie mogą w nieskończoność chronić Greków małoazjatyckich, dlatego też postulowali przesiedlić wszystkich Jonów i Etolów do Hellady i obdarzyć ziemią, odebraną ludom które skompromitowały się uległością wobec Persów w czasie ich inwazji na Grecję (m.in.: Tessalom czy Beotom). Zdecydowane weto do tej propozycji postawili Ateńczycy, którzy uważali swoje miasto za praojczyznę wszystkich Jonów. Udzielono więc poparcia Samos, Chios i Lesbos dopuszczając te wyspy do uczestnictwa w Związku Hellenów, który (m.in.) doprowadził do obalenia tyranii na Chios i zainstalowania tam rządów demokratycznych.




Klęska Persji i wyzwalanie się poszczególnych ludów spod jej wpływów, wpłynął jednak negatywnie na dalszy rozwój handlu niewolniczego na Chios, które (wcześniej nie należąc do wielkich) teraz diametralnie jeszcze się zmniejszyło. Jednocześnie Ateńczycy, za sprawą Arystydesa Sprawiedliwego (tytuł ten otrzymał jako podkreślenie jego niezwykłej wprost uczciwości, co było {i jest} bardzo rzadkie w polityce), doprowadzili do zawarcia nowego paktu, który utworzyli jakoby wewnątrz Związku Hellenów i który oficjalnie nie kolidował z interesami Sparty czy jej sojuszników ze Związku Peloponeskiego. Był to tzw.: Związek Morski (potem nazwany po prostu "Ateńskim"), który został powołany jako forma zwykłej... zemsty. Ateńczycy chcieli się zemścić na Persach za spustoszenie przez nich Attyki i spalenie Aten (480 r. p.n.e.) i namawiali do tego inne doświadczone przez Persów greckie polis. Pierwotnym więc celem Związku Morskiego była chęć zemsty na Persach i uderzenia odwetowe na ich ziemie, oraz oczywiście chęć wyzwolenia, pozostających wciąż pod perską okupacją greckich ziem. Do tego powstającego nowego politycznego przymierza, spisanego w Byzantion na przełomie 479 i 478 r. p.n.e. weszła również wyspa Chios. Skarbiec Związku umieszczono na wyspie Delos (stąd Związek ów niekiedy zwany jest również "Delijskim") w tamtejszej świątyni Apollona i Artemidy, gdzie odbywały się też spotkania przedstawicieli Związku (do roku 454/453 p.n.e. gdy skarbiec Związku został oficjalnie przeniesiony do Aten, a sam Związek coraz częściej zaczął przypominać prywatne imperium ateńskie). Chios znalazło się w tymże Związku na dość szczególnych zasadach, które zostały utrzymane do wybuchu wojny peloponeskiej w 431 r. p.n.e., a mianowicie jako sprzymierzeńcy, dzięki czemu utrzymali wewnętrzną niezależność. Utracili jednak całkowicie prymat w handlu niewolnikami, a z początkiem IV wieku p.n.e. ze względu na bardzo silną konkurencję, całkowicie zaprzestali tego procederu.


PS: A w kolejnej części przeniesiemy się do pięknej krainy róż i słońca, która również stała się koszmarem dla tysięcy sprowadzanych na tamtejszy rynek niewolników - czyli na Rodos


CDN.

23 listopada 2025

WIZYTA W CIENIU INWAZJI - Cz. II

CZYLI JAK PRZEBIEGAŁA WIZYTA SOWIECKIEJ DELEGACJI z CHRUSZCZOWEM NA CZELE w POLSCE w PAŹDZIERNIKU 1956 r.





" - Chcą nas oderwać od naszych wojsk w Niemczech Wschodnich - powiedział Chruszczow.
- Kto chce? - zapytał Gomułka.
- Polska! (...) Nie możemy do tego dopuścić, jeśli postawicie nas przed faktami dokonanymi, będziemy zmuszeni brutalnie ingerować"



W kraju coraz bardziej odczuwano nadciągający wiatr zmian. We wrześniu robotnicy Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu przystąpili - jako pierwsi - do oddolnego tworzenia rad robotniczych (wkrótce w ich ślady poszli robotnicy innych zakładów, a zamierzono takie rady wprowadzić w całej Polsce z dniem 1 stycznia 1957 r.). Było to coś wcześniej niespotykanego, jako że teraz to robotnicy sami, oddolnie, wybierali rady, a nie jak wcześniej dyrekcja była narzucana z góry. Władze początkowo przez palce patrzyły na taką samowolę, zupełnie niezgodną z komunistyczną teorią partii, jako "przewodniej siły narodu" (w tym okresie o którym obecnie piszę, już tak zapewne nie było - chociaż trudno do końca to sprawdzić i zapewne wciąż tacy ludzie się zdarzali, ale w okresie międzywojennym i powojennym wielu ideowych członków partii naprawdę wierzyło w nią jak w Boga i utożsamiało partię z Bogiem. Całe swe życie podporządkowywali partii, całą swą przyszłość, całą walkę z burżuazją, z "sanacją" upatrywali właśnie jako działanie na korzyść partii. Wszystko zaś co mogło doprowadzić do wykluczenia ich z partii, było dla nich katastrofą. Ci ludzie gdy zostawali wykluczeni z partii, targali się na swoje życie, oni nie widzieli sensu dalszego istnienia poza partią, bo jedyne życie było w partii - przynajmniej tak nasrane mieli w głowie. Przytoczę taką anegdotę, pewnego razu Mieczysław Hejman (prawdziwe imię Mordka), jeden z radiotelegrafistów kierownictwa Polskiej Partii Robotniczej, popadł kiedyś w konflikt z wykładowcą szkoły Kominternu. Zamknął się wtedy w pokoju i chciał popełnić samobójstwo z obawy, że zostanie wyrzucony z partii. Jego siostra, Eugenia Brun, wspominała: "Myśmy wywalili drzwi. On leżał na kanapie i jęczał a właściwie łkał. Wyglądał straszliwie. - Jak to - powiedział - ja całe życie, całą młodość oddałem partii. Nie mam nic innego poza partią, to mnie teraz wyrzucą z partii? Ja tego nie przeżyję!" Niezły świr, ale tak to jest, jak tworzymy sobie tutaj na ziemi własne bożki, aby zapełniły pustkę jaką mamy w duszy, pustkę odejścia od Boga. Ten okres można by nazwać w dość zabawny sposób określeniem "Kiedy partia była Bogiem" 😂).




Co zaś się tyczy Boga, to w tych właśnie dniach i tygodniach pojawiło się pytanie: co dalej z prymasem Stefanem Wyszyńskim? Wkrótce po śmierci Stalina, 26 września 1953 r. został on internowany przez komunistyczne władze, gdyż nie chciał potępić skazanego przez komunistów w sfingowanym procesie, ordynariusza kieleckiego biskupa Czesława Kaczmarka, któremu zarzucano szpiegostwo, działalność na szkodę Związku Sowieckiego oraz współpracę w czasie wojny z Niemcami. Skazano go na wieloletnie więzienie. Prymas Wyszyński zaś został początkowo osadzony w Rywałdzie, 12 października przewieziono go do Stoczka Warmińskiego, 6 października 1954 r. do Prudnika, a od 27 października 1955 r. znajdował się w klasztorze sióstr nazaretanek w Komańczy. W kwietniu 1956 r. po śmierci Bieruta Episkopat Polski wystosował list do władz partyjnych z prośbą o uwolnienie prymasa, ale komuniści nie odważyli się wówczas na to. 26 sierpnia wokół klasztoru na Jasnej Górze zgromadziło się kilkaset tysięcy wiernych, aby odnowić akt ślubów jasnogórskich króla Jana II Kazimierza z 1656 r. (w których oddawał siebie samego i całą Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Bożej). Symbolem nieobecnego prymasa Wyszyńskiego był tron, ze spoczywającą na nim wiązanką kwiatów. Doszło do odnowienia ślubów, a z kilkuset tysięcy gardeł dało się słyszeć słowa pieśni: "Boże coś Polskę przez tak liczne wieki, otaczał blaskiem potęgi i chwały, coś Ją osłaniał tarczą swej opieki, od nieszczęść które przygnębić Ją miały. Przed twe ołtarze zanosi błaganie, Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie..." Komuniści nie mogli już tego zbagatelizować. Mało tego przestraszyli się tych słów, a przede wszystkim tych tłumów i było oczywiste że zwolnienie Wyszyńskiego to już tylko kwestia tygodni (niekiedy ów strach przybierał formę żartobliwą, jak choćby wówczas gdy na jednym z posiedzeń rządu ktoś zapytał: "A co dalej z towarzyszem Wyszyńskim").




I tak oto nadszedł październik 1956 r. 9 października odsunięta od władzy została dotychczasowa twarz dawnej epoki odpowiedzialna za gospodarkę, czyli Hilary Minc (sam zrezygnował - zapewne nie mając innego wyjścia - z członkostwa w Biurze Politycznym i z funkcji wicepremiera). 12 października rozpoczęło swe posiedzenie Biuro Polityczne KC PZPR na które zaproszony został Władysław Gomułka i na którym już otwarcie zaczął domagać się dla siebie stanowiska I sekretarza partii, jednocześnie żądając usunięcia z jej szeregów dawnych współpracowników Bolesława Bieruta. 15 października (podczas obrad Biura Politycznego) Edward Ochab ogłosił oficjalnie, że gotów jest ustąpić ze stanowiska I sekretarza, jeśli jego następcą zostałby Gomułka. Gomułka określany był jako "prawdziwy komunista" i przeciwstawiany Bierutowi i jego ekipie. Postanowiono też na 19 października zwołać VIII Plenum Komitetu Centralnego, na którym wybrać miano nowe partyjne władze. 16 października Bolesław Piasecki czyli przedwojenny "faszysta" (należący do Obozu Narodowo-Radykalnego i Ruchu Narodowo-Radykalnego, a obecnie przewodniczący Stowarzyszenia "Pax") opublikował na łamach "Słowa Powszechnego" artykuł pt.: "Instynkt państwowy", w którym ostrzegał, że jeżeli obecny proces demokratyzacji nie zostanie ujęty w jakiejś ramy porozumienia ponad-frakcyjnego, to może się to skończyć wprowadzeniem stanu wyjątkowego, a nawet krwawymi represjami. 17 października sporządzono i rozesłano członkom Komitetu Centralnego listę nowych władz Biura Politycznego, a wiadomość o tym bardzo szybko się rozeszła i na drugi dzień mówiło już o tym Radio Wolna Europa. Oczywiście informacje te szybko dotarły też do Moskwy. Problem polegał na tym, że dotarły tam nie dzięki polskim towarzyszom, ale właśnie przez Wolną Europę. Moskwa była zarówno zaskoczona tempem zmian zachodzących w Polsce, jak i wściekła, okazało się bowiem że na I sekretarza Polacy zamierzali powołać Gomułkę, jakiegoś "nacjonalistę", niebezpiecznego człowieka. Moskwa musiała szybko interweniować. Oczywiście to nie tak że Sowieci nie znali wcześniej Gomułki, znali go. Był przecież przed wojną w Związku Sowieckim, a i w trakcie wojny tam przebywał i raczej miał stamtąd niezbyt przyjemne wspomnienia (szczególnie że nie mógł się dobrze ubrać, bo nie dano mu środków na ładny garnitur, tylko przyniesiono jakieś zużyte łachy z wytartym kołnierzem. Ta trauma pozostała w nim do końca życia i potem, gdy został już I sekretarzem kazał sobie szyć garnitury na miarę. Ale to była jedyna ekstrawagancja na którą się zdobywał, ogólnie rzecz biorąc był wrogiem wszelkiego zbytku i żył bardzo skromnie. Za niego to przecież zaczęto budować te sławne mieszkania z ciemną kuchnią bez okna i ze wspólną toaletą na korytarzu dla kilku rodzin. Już w latach 60-tych było to żenujące, nie mówiąc już o epoce Gierka. Gomułka lubił też oglądać filmy i czynił to również będąc w Związku Sowieckim, ale nie lubił golizny na ekranie i jak ją widział, to kazał wyłączać film mówiąc, że nic ciekawego nie ma do obejrzenia. Pewnego razu zwrócił uwagę aktorce Kalinie Jędrusik - będącej seksbombą lat 60-tych, że ubrała suknię ze zbyt dużym dekoltem. Ponoć na następny raz ubrała się w sukienkę zapiętą pod szyję, ale z takim wycięciem na plecach że sięgało aż do pupy). Tak więc Sowieci znali Gomułkę i nawet przez pewien czas stawiali na niego po śmierci Bieruta. Ale w tamtym czasie, w październiku 1956 r. uznali go za niebezpiecznego nacjonalistę, że pod jego rządami Polska wyjdzie z Bloku Wschodniego i postanowili interweniować.




18 października ambasador sowiecki w Polsce Pantelejmon Ponomarienko zażądał od Edwarda Ochaba przesunięcia terminu zjazdu VIII plenum Komitetu Centralnego partii, ten jednak odmówił. Zaś Nikita Chruszczow otrzymał informację, że w warszawskich fabrykach robotnikom rozdawana jest broń (co okazało się nieprawdą) i robotnicy przygotowują się do obrony stolicy przed wojskami sowieckimi, które tego właśnie dnia wyruszyły ze swych koszar w zachodniej i północnej Polsce ku Warszawie. Dowodził nimi - kto jak kto, ale "marszałek" Polski Konstanty Rokossowski. Wśród ludności gruchnęła zaś wiadomość, że są już sporządzone listy proskrypcyjne członków nowych władz Biura Politycznego, którzy mają zostać aresztowani i zapewne wywiezieni do Związku Sowieckiego. Te obawy były coraz silniejsze, tym bardziej że wojska sowieckie rzeczywiście zmierzały ku Warszawie. Gen. Edwin Rozłubirski zaproponował Gomułce i Spychalskiemu ochronę złożoną z "czwartaków" czyli żołnierzy z jego batalionu, ten jednak odmówił. Gomułka stwierdził bowiem: "Odmawiam i zabraniam wam robić cokolwiek wbrew mojej woli. Moje sprawy partyjne będą załatwione po partyjnemu, a nie pistoletami". Jednak część polskich oficerów podjęła się przygotowania obrony przed Sowietami, np. gen. Wacław Komar wraz z gen. Włodzimierzem Musiem postawili jednostki Wojsk Obrony Wewnętrznej i KBW w stan gotowości bojowej. Gen. Jan Frey-Bielecki nakazał podległej eskadrze bombowej z Poznania, zbombardowanie sowieckich jednostek pancernych, jeśli nie udałoby się doprowadzić do porozumienia. A kontradmirał Jan Wiśniewski nie wpuścił do Zatoki Gdańskiej krążownika "Żdanow" i kilku innych sowieckich okrętów, grożąc otwarciem ognia. W tej atmosferze w godzinach nocnych sowiecki ambasador poinformował członków Biura Politycznego - z Ochabem na czele - że do Polski dnia następnego rano przyjedzie sowiecka delegacja z Nikitą Chruszczowem. Było oczywiste że wizyta ta przebiegać będzie w cieniu już postępującej sowieckiej inwazji na Polskę.

Pierwszy samolot Tu-104 pojawił się na płycie warszawskiego lotniska Okęcie, dnia 19 października ok. 7:30 rano. Wysiedli z niego Mołotow i Mikojan. Ci byli spokojni i milczący, przywitali się z obecną na lotnisku polską delegacją złożoną z Ochaba, Cyrankiewicza i Zawadzkiego. Ok. godziny 8:00 drugim samolotem przyleciał Chruszczow i tutaj już zaczyna się ciekawie, a żeby nie umniejszyć nic z tamtych chwil, przyjdę teraz do opisu Edwarda Ochaba, który pozostawił taką oto relację z tamtych wydarzeń: "Ledwo wysiadł, zaczął ostentacyjnie, z daleka wygrażać nam pięścią. Podszedł do generałów radzieckich, których stał cały rząd, i z nimi najpierw się witał. Potem dopiero podszedł do nas i znowu zaczął mi wywijać pięścią pod nosem. Był to, oczywiście, afront skierowany nie tylko do mnie, ale do całej polskiej partii. Obok stała spora grupa ludzi: kilkudziesięciu szoferów, funkcjonariuszy Bezpieczeństwa, radzieccy wojskowi, członkowie polskiego kierownictwa. Jasne było że ten incydent stanie się publiczną tajemnicą. Wciąż wymachując mi pięścią pod nosem, nazwał mnie zdrajcą, podchodząc zaś do Gomułki drwiąco zapytał: - a to kto? Gdy powiedziałem że to towarzysz Gomułka i że będzie moim następcą, od tej pory to jemu już wygrażał pięścią. (...) Groził nam interwencją, był zły że nie uzgodniliśmy z nim przyjęcia Gomułki do Biura Politycznego. Przerwałem mu wtedy i powiedziałem, że wy towarzyszu Chruszczow też nie uzgadniacie z nami składu swojego Komitetu Centralnego. Zaczął wtedy rzucać przekleństwami" (to był rzeczywiście chamuś, ten jego słynny but na sesji Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku w 1960, gdy chcąc zaprotestować ściągnął z nogi but i zaczął nim uderzać w pulpit - jasno pokazuje że facet był zwykłym chamem). "W pewnym momencie towarzysz Gomułka stwierdził, że lepiej będzie pojechać do Belwederu i nie urządzać publicznie takiego spektaklu". W Belwederze umieszczono "jednostkę informacyjną" pod dowództwem pułkownika Zbigniewa Paszkowskiego, która miała na bieżąco informować przywódców partii i państwa o postępach wojsk sowieckich zmierzających do Warszawy. Miało to wywrzeć na delegacji sowieckiej wrażenie o nieustępliwości strony polskiej i gotowości do zapłacenia przez nią każdej ceny. Nie wiadomo jednak jak wyglądało pierwsze kilkanaście minut owego spotkania, ponieważ nie zachował się żaden na ten temat dokument. Natomiast szyfrogram z tego spotkania zaczęto spisywać dopiero po pół godzinie od rozpoczęcia rozmów, a spisywał go Jan Dzierżyński - syn Feliksa... Krwawego Felka.




Oto Jak wyglądała owa "rozmowa":
- "Wasz przyjazd jest ingerencją w nasze sprawy" - stwierdził Władysław Gomułka.
- "Chcą nas oderwać od naszych wojsk w Niemczech Wschodnich" - powiedział Chruszczow.
- "Kto chce? - zapytał Gomułka.
- "Polska! Macie zamiar usunąć z Biura Politycznego towarzyszy Rokossowskiego, Jóźwiaka, Nowaka, Gierka, a wprowadzić Morawskiego. Nie możemy do tego dopuścić. Jeśli postawicie nas przed faktami dokonanymi, będziemy zmuszeni brutalnie ingerować".
- "Polscy komuniści siedzieli w waszych więzieniach i widocznie znowu będą siedzieć" - stwierdził Ochab.
- "Ja tak nie powiedziałem, nie przekręcajcie" - przerwał Chruszczow - "Zrozumcie, że nie przyjechaliśmy po to, żeby was wykorzystać i coś wam zabrać. Nigdy nie wtrącaliśmy się do waszych spraw". 🤭
- "Chodzi o to, że skoro nie wtrącaliście się, to niech wszystko zostanie po staremu i teraz też się nie wtrącajcie" - powiedział Gomułka.
- "Wasza prasa oskarża nas, właśnie teraz, że pod koniec wojny wywieźliśmy z Polski jakieś drobiazgi, a faktycznie Związek Sowiecki zawsze pomagał i pomaga Polsce Ludowej" (oni naprawdę uwierzyli w tę swoją propagandę i to nie tylko społeczeństwo rosyjskie, ale również władze, czego dowodem jest chociażby Chruszczow. Tak naprawdę to po wojnie w Związku Sowieckim panowała ogromna bieda - ogromna, i żeby to w jakiś sposób usprawiedliwić przed swoimi niewolnikami, - bo tym w rzeczywistości dla Stalina i komunistów byli mieszkańcy Związku Sowieckiego - Stalin kazał rozgłaszać że to dlatego, że Związek Sowiecki musi pomagać innym krajom Bloku Wschodniego: Polsce, Węgrom, Rumunii, Bułgarii nawet Niemcom Wschodnim. Wszystkim pomagali, a sobie odbierali od ust - tak im wmawiano. I w to uwierzyli... a może naprawdę chcieli w to wierzyć?).
- "Mógłbym wręczyć wam, drogi towarzyszu Gomułka, listę osób zjedzonych w latach 1946-1947 podczas głodu na Ukrainie, gdy w tym czasie dawaliśmy wam zboże. Nie nadwyżki, ale odrywaliśmy je od żywego ciała naszego narodu (😂). Oto, jaki jest nasz stosunek do Polski".

Gomułka poprosił wówczas o dwu, trzygodzinną przerwę, w celu naradzenia się. Na odchodne polska delegacja usłyszała jeszcze od Chruszczowa:
- "Towarzyszu Gomułka, taki towarzysz jak Rokossowski zrobił dla wyzwolenia Polski nie mniej od każdego z was, a być może więcej. Odrzućcie emocje, wzburzone w wyniku naszej ostrej rozmowy i porozmawiajmy spokojnie. Zrozumcie, że bez Związku Radzieckiego Polska nie może zapewnić swojej niepodległości i nienaruszalności granic, a rewanżyści z Niemiec Zachodnich są coraz bardziej zuchwali" (i to jest to, czego Gomułka bał się przez wszystkie lata swoich rządów w Polsce, czyli przez 14 lat do 1970 r. Zdawał sobie bowiem doskonale sprawę że jeżeli nie będzie się trzymał Związku Sowieckiego, to może mieć problem z Niemcami, którzy zażądają zwrotu polskich ziem zachodnich czyli Ziem Odzyskanych. Obawiał się że bez wsparcia Moskwy, a wręcz przeciwnie przy poparciu Moskwy dla Niemców, dojdzie do próby przekazania tych ziem Niemcom Wschodnim. Dlatego zawsze kurczowo trzymał się Moskwy i jedyne czego pragnął, to swobody w sprawach wewnętrznych). Do dalszych rozmów wrócono po godzinie 12:00:
- "Nasi towarzysze są szczególnie zaniepokojeni uwagą towarzysza Chruszczowa o ingerencji" - zaczął Ochab - "Trzeba wyjaśnić o jakim ingerowaniu jest mowa".
- "Towarzyszu Ochab, wy, wracając z Chin, nie zatrzymaliście się w Moskwie żeby omówić pojawiające się rozbieżności" - stwierdził Mikojan. - "Nie ufacie nam? Poza tym amerykańskie Radio (Wolna Europa) podało komunikat o podziale w polskim Komitecie Centralnym na "stalinowców" i "zwolenników odwilży". (...) Związek Radziecki ekonomicznie nie potrzebuje Polski, ale cały obóz socjalizmu czeka na wasz węgiel. Przekazaliśmy wam nasze tajemnice wojskowe, kupujemy w Polsce statki. W zamian w Polsce uważają towarzysza Chruszczowa niemal za antysemitę. Czego potrzebujemy od Polski? Potrzebna nam jest wieczna polsko-radziecka przyjaźń (😝) którą w obliczu zagrożenia imperialistycznej agresji i wywrotowych działań imperialistów skierowanych przeciwko PRL, należy umacniać. Klęska socjalizmu w Polsce byłaby i naszą klęską" - podsumował swój wywód Mikojan.
- "Wszystkim towarzyszom wiadomo, że minęło zaledwie kilka tygodni od mojego powrotu do aktywnej polityki" - powiedział Gomułka. - "Skoro wróciłem, to właśnie po to, żeby naprawić sytuację. W ostatnim okresie było sporo nieprawidłowych nastrojów wśród niektórych członków partii i pisarzy, skierowanych przeciwko ZSRR. Nie negujemy tego. Rzecz w tym, żeby zjednoczyć partię, żeby odbudować zaufanie członków partii i społeczeństwa do kierownictwa partii. Obecny skład Komitetu Centralnego to sami aparatczycy, a robotników w jego składzie prawie nie ma. Ten skład KC jest odpowiedzialny za obecną sytuację w Polsce. Jeśli byłaby w nim określona liczba robotników, sprawa wyglądałaby inaczej. Ze wszystkich stron słychać żądania, żeby do kierownictwa weszli nowi ludzie. Dłużej czekać nie wolno. Trzeba spróbować zjednoczyć partię, również po to, aby ustanowić taką przyjaźń z ZSRR, o jakiej mówiłem wcześniej. To jest nie tylko mój pogląd, ale wszystkich naszych towarzyszy. O przyczynach sytuacji w Polsce nie będę mówił".

Nie ma sensu przedstawiać kolejnych przekomarzań, bo niewiele to wnosi. Warto tylko dodać że napięcie cały czas rosło, a nie malało. Wreszcie oburzony Chruszczow stwierdził:
- "Tak zaogniliście sytuację, że przyjazd delegacji radzieckiej ocenia się jako zagrożenie dla Polski. Kim jesteśmy, wrogami? Po co podnieśliście szum o radzieckiej ingerencji w sprawy Polski?"
- "Bo to jest ingerencja" - przerwał Gomułka - "Przyjechaliście po to, żeby wpłynąć na decyzję plenum KC i zatwierdzenie nowego składu kierownictwa".
- "Przyjechaliśmy wbrew waszemu życzeniu, jeśli o to chodzi, zgadzam się, że była to pewna ingerencja" - stwierdził Chruszczow - "Ale nie mogliśmy patrzeć spokojnie. Wy w słowach jesteście za przyjaźnią, a w rzeczywistości przeciwko nam".
Znowu ogłoszono przerwę, podczas której Gomułka powiedział coś przykrego o Bierucie, na co Chruszczow rzekł:
- "Towarzyszu Gomułka, nie opluwajcie towarzysza Bieruta. To był uczciwy, wspaniały komunista, jeden z lepszych synów narodu polskiego. Obyście mieli więcej takich Bierutów!"
Na co Mołotow dodał:
- "Pamiętajcie, towarzyszu Gomułka, że to, że jesteście wśród żywych, jest zasługą Bieruta".
- "Można człowieka aresztować i zabić, ale nie można zmusić do mówienia nieprawdy" - powiedział Gomułka.
- "Nie szkalujcie wszystkiego, co było za czasów towarzysza Bieruta" - dodał Mołotow - "Nie myślcie, że wtedy wszystko było złe, a wy teraz macie w kieszeni jakąś cudowną receptę. Za czasów towarzysza Bieruta PRL miał wielkie osiągnięcia, w zdobyciu których decydującą rolę odegrała klasa robotnicza".
W pewnym momencie rozmowy Gomułka stwierdził:
- "Właśnie otrzymałem komunikat o ruchach radzieckich i polskich czołgów. W jednym miejscu czołg zmiażdżył sekretarza terenowej organizacji partyjnej".
- "To tylko zwykłe jesienne manewry" - powiedział Chruszczow. - "Nie macie się czym martwić".
- "Towarzyszu Gomułka, nie bądźcie tacy strachliwi, nie przystoi to komuniście" - dodał Mołotow.
- "Towarzyszu Mołotow, nazywaliście Polskę bękartem, to już lepiej teraz byście się na te tematy nie wypowiadali" - odparł Gomułka (był to prztyczek do przemówienia Mołotowa z 31 października 1939 r. w której stwierdzał m.in.: "Koła rządzące Polski chełpiły się trwałością swego państwa i potęgą swojej armii. Okazało się jednak, że wystarczyło krótkie natarcie najpierw wojsk niemieckich, a następnie Armii Czerwonej, by nic nie pozostało po tym pokracznym bękarcie traktatu wersalskiego, żyjącym z ucisku niepolskich narodowości").




Atmosfera rozmów pomiędzy delegacją polską a sowiecką wcale nie słabła, a wręcz przeciwnie, momentami iskrzyła.

- "Chcecie tutaj sprowadzić rząd londyński, Mikołajczyka! Chcecie odwilży i wyrwania Polski z Układu Warszawskiego, a to stanowi dla nas poważne niebezpieczeństwo i na to nigdy się nie zgodzimy!" powiedział Chruszczow.
- "Towarzyszu Chruszczow, gdyby to była prawda, to polscy komuniści sami błagali by was o pomoc" - odpowiedział Gomułka.

Rzeczywiście, zarzut sprowadzenia do Polski przedstawicieli antykomunistycznego Rządu Londyńskiego, czy chociażby byłego premiera Stanisława Mikołajczyka, zakrawały o śmieszność. Ale jednocześnie pokazywały, że Sowieci realnie bali się wybuchu w Polsce jakiejś kontrrewolucji, która pociągnęła by za sobą inne kraje Bloku Wschodniego i realnie odcięła by Związek Sowiecki od wojsk sowieckich stacjonujących w Niemczech Wschodnich. Powrót Mikołajczyka był niemożliwy, jako że raz zdobytej władzy komuniści nie zamierzali oddawać już nigdy (o czym zresztą powiedział sam Gomułka, jeszcze w 1945 r.). Co zaś się tyczy samego Stanisława Mikołajczyka, to nie należy on do moich ulubionych postaci z tamtych czasów, głównie z tego powodu że był żałośnie naiwny i i miał jakąś tam nadzieję że uda się porozumieć z komunistami. Gen. Władysław Anders próbował Mikołajczykowi wyperswadować myśl o powrocie do kraju i próbach porozumienia z "rządem lubelskim" - a tak naprawdę z rządem moskiewskim, ale nie udało mu się tego dokonać. Stanisław Mikołajczyk powrócił do Polski w czerwcu 1945 r. Jako były premier (rządu Rzeczypospolitej na Uchodźstwie w Londynie od lipca 1943 do listopada 1944) od razu też wstąpił do reaktywnego w kraju (12 lipca 1945 r.) Polskiego Stronnictwa Ludowego. Po śmierci 31 października 1945 r. Wincentego Witosa, Mikołajczyk został prezesem tej partii, która bardzo szybko się rozwijała (przechodziło do niej wielu członków z dotychczasowej, koncesjonowanej przez komunistów formacji ludowej) i już w styczniu 1946 r. liczyła 500 tys. członków. Tworzono lokalne struktury partyjne, założono też "Gazetę ludową". O członkach PSL-u zaczęto mówić że są "oficerami bez armii", a rozwój tej partii bardzo niepokoił komunistów, którzy do pierwszego ataku ruszyli w czasie zorganizowanego 30 czerwca 1946 r. referendum na temat przyszłości Polski. 




Komuniści oczywiście obawiali się klęski wyborczej w wyborach do pierwszego powojennego Sejmu, dlatego też zorganizowali akcję referendalną, która miała przede wszystkim pokazać że PSL nie chce współpracować dla dobra Polski, a po drugie i najważniejsze, referendum było próbą przed totalnym sfałszowaniem wyborów do Sejmu. Tak więc do referendum stanęło z jednej strony Polskie Stronnictwo Ludowe, z drugiej zaś partie podporządkowane komunistom startujące w jednym bloku, czyli Polska Partia Robotnicza (komuniści) i przystawki: Polska Partia Socjalistyczna, Stronnictwo Ludowe, Stronnictwo Demokratyczne i Stronnictwo Pracy. Pytania referendalne zostały specjalnie tak ułożone, że nie można było na nie odpowiedzieć inaczej, niż "trzy razy tak", czyli tak jak chcieli komuniści. Pierwsze pytanie brzmiało: "Czy jesteś za zniesieniem senatu?" (notabene przed wojną PSL był za zniesieniem Senatu i każde wystąpienie w Sejmie przedstawiciele PSL-u kończyli stwierdzeniem: "A poza tym jestem za zniesieniem senatu", przywołującym na myśl słowa Katona Starszego, który tak samo mówił o zniszczeniu Kartaginy przed 149 r. p.n.e. Pytanie to było więc tak ułożone, żeby członkowie tej partii nie mogli na nie odpowiedzieć przecząco). Drugie pytanie brzmiało: "Czy chcesz utrwalenia w przyszłej konstytucji ustroju gospodarczego wprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienie podstawowych gałęzi gospodarki narodowej z zachowaniem podstawowych uprawnień inicjatywy prywatnej?" (na to pytanie też nie mogli zwolennicy PSL-u odpowiedzieć inaczej, niż tylko "tak", gdyż uchwalenie reformy rolnej - z korzyścią oczywiście dla chłopów - to była podstawa ich politycznej działalności w II Rzeczpospolitej). Ostatnie pytanie referendalne brzmiało zaś: "Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic państwa polskiego na Bałtyku, Odrze i Nysie łużyckiej?" I na to pytanie nie można było odpowiedzieć inaczej, niż tylko twierdząco, gdyż po utracie naszych Kresów Wschodnich i włączeniu ich do Związku Sowieckiego (a raczej do Republik sowieckich: ukraińskiej i białoruskiej), w sytuacji gdybyśmy nie otrzymali rekompensaty terytorialnej na Zachodzie, to wrócilibyśmy do czasów Księstwa Warszawskiego, czyli małego kadłubowego państewka. Poza tym ogrom zniszczeń i zbrodni niemieckich na ziemiach polskich był tak wielki, że nikt nawet nie zakładał że ziemie zachodnie mogłyby w tej sytuacji nie przypaść Polsce (zresztą nawet gdybyśmy nie utracili Ziem Wschodnich, to w polskich planach powojennych m.in. w planie "O co toczymy wojnę" było zapisane, że po zwycięstwie nad III Rzeszą Polska nie tylko odrodzi się w granicach sprzed 1939 r. ale otrzyma również całe Prusy Wschodnie, Górny Śląsk i znaczne tereny na Pomorzu Zachodnim, być może nawet pod samą Odrę). W tej sytuacji PSL nie mógł zagłosować inaczej niż "trzy razy tak" - czyli tak jak chcieli komuniści, ale to by oznaczało że realnie niczym by się od nich nie różnił. Dlatego też zapowiedziano że jedynie na pierwsze pytanie zwolennicy PSL-u powinni odpowiedzieć "nie", ponieważ w nowej sytuacji politycznej Senat byłby jednak jakąś przeciwwagą dla wszechwładzy komunistów. Referendum z 30 czerwca zostało sfałszowane (specjalnie w tym celu przyjechała z Moskwy grupa pod dowództwem płk. Arona Pałkina, która zajmowała się "kontrolą" wyborów w Związku Sowieckim, oczywiście przyjechali "z bratnią pomocą" - jak zawsze). Według oficjalnych danych na pierwsze pytanie "tak" odpowiedziało 68% biorących udział w referendum, na drugie 77%, a na trzecie 91%. Wiadomo tylko że przedstawicielom PSL-u władze uniemożliwiły udział we wszystkich komisjach wyborczych, a w tych, w których wzięli udział, stanowili mniejszość. Urny wyborcze "zabezpieczała" milicja i Urząd Bezpieczeństwa, w wojsku zaś głosowano jawnie, co oczywiście nie zachęcało do głosowania na "nie". Władzom komunistycznym zależało jednak na poznaniu prawdziwych wyników referendum i dlatego stworzyli oryginalną dokumentację referendum, z której można wywnioskować że na pierwsze pytanie "nie" odpowiedziało 69,5%, na drugie 55,5%, a na trzecie 31,7%


TAK POWINNA WYGLĄDAĆ POLSKA PO ZAKOŃCZENIU II WOJNY ŚWIATOWEJ 

(Realnie jednak nie było to możliwe, gdyż nie można było całego tego terytorium obsadzić ludnościowo, szczególnie po ucieczce oraz wysiedleniu Niemców z terenów zachodnich - gdyż nie można było dopuścić do tego, żebyśmy mieli w nowym państwie potężną piątą kolumnę. Mimo to bezwzględnie całe byłe Prusy Wschodnie, cały Górny Śląsk, spora część Pomorza Zachodniego i pewne skrawki ziem na Dolnym Śląsku)



Jeszcze przed owym referendum władze przypuściły nagonkę na PSL, a Władysław Gomułka nazwał Mikołajczyka "faszystą i zdrajcą". Następowały też aresztowania członków tej partii (przedstawiciel PSL-u w Krajowej Radzie Narodowej - Michał Głowacz również został aresztowany i oskarżony o kolaborację z Niemcami, wypuszczono go po trzech miesiącach). Wiece partyjne PSL-u były atakowane i rozbijane przez milicję i bezpiekę, zamordowano też ok. 140 członków tej partii, aresztowano ok. 10 tys. (w tym 149 kandydatów na posłów), w 10 okręgach wyborczych unieważniono PSL-owskie listy przed wyborami do Sejmu, na 6726 obwodów wyborczych, jedynie w 296 dopuszczono mężów zaufania z PSL (mimo to wyglądało to tak, że po zakończeniu głosowania wkraczała milicja i kazała przedstawicielowi PSL-u opuścić budynek, a jeśli nie chciał - wypychano go na siłę. Następnie do woli można było dosypać już przygotowane głosy wyborcze). W takiej też atmosferze odbyły się 19 stycznia 1947 r. wybory do Sejmu Ustawodawczego. Otwarcie w zakładach pracy, w wojsku i wszędzie gdzie to było tylko możliwe agitowano za tzw. "Blokiem Demokratycznym", złożonym z partii które wymieniłem wyżej. Ponownie sprowadzono z Moskwy grupę Pałkina, aby pomogła w "przygotowaniu" wyborów. Liczenie owych głosów trwało prawie dwa tygodnie i ogłoszono je dopiero 31 stycznia 1947 r. Oficjalnie w wyborach wzięło udział 90% uprawnionych, na Blok Demokratyczny (czyli na komunistów i przystawki) głosować miało 80% wyborców, na PSL 10%, na PSL "Nowe Wyzwolenie" 3,5%, na Stronnictwo Pracy 5% i półtora procent na pozostałe niewiele znaczące partyjki. Przekładało się to na 394 posłów dla PPR, PPS, SD i SL, 28 posłów dla PSL, 12 dla Stronnictwa Pracy, 7 dla PSL "Nowe Wyzwolenie" i 3 dla katolickiej grupy "Dziś i Jutro". Po wyborach PSL w dalszym ciągu był atakowany jako "zdrajcy", i "agenci reakcji", ostatecznie też uniemożliwiono jakąkolwiek działalność tej partii. Znów zaczęły się nowe aresztowania i w tej sytuacji Stanisław Mikołajczyk uznał, że jedyną szansą będzie ucieczka z kraju. W przeciwnym razie czeka go aresztowanie, publiczny proces, więzienie albo nawet kara śmierci. 20 października 1947 r. Stanisław Mikołajczyk - przy pomocy przedstawicieli ambasady USA - uciekł z Warszawy ciężarówką ambasady, dotarł do Sopotu i tam ukrył się na brytyjskim statku, którym odpłynął najpierw do Wielkiej Brytanii, a następnie do USA. W kraju oczywiście komuniści uznali go za zdrajcę i odebrali mu obywatelstwo. Organizowano też wśród chłopów masówki, na których potępiać oni mieli "szkodliwą działalność Mikołajczyka". Dlatego też twierdzenie, że mógłby on z powrotem wrócić do Polski, było nie tylko śmieszne, ale wręcz głupie ze strony Chruszczowa i całej tej jego ferajny.


STANISŁAW MIKOŁAJCZYK



Rozmowy oczywiście toczyły się po rosyjsku, ale w pewnym momencie Władysław Gomułka zaczął mówić po polsku i to przemawiał z taką pewnością siebie, z takim zaangażowaniem i przejęciem w głosie, że Chruszczow - choć nie rozumiał polskiego - to był pod wrażeniem jego przemowy. Gomułka mówił że partia potrzebuje odnowy, że potrzebuje nowego składu, przede wszystkim więcej robotników a mniej intelektualistów i inteligentów. W pewnym momencie jednak znów przyszły informacje o postępach wojsk sowieckich w drodze na Warszawę i o organizowaniu obrony przez robotników (szczególnie Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu). Gomułka wtedy powiedział:

- "Towarzyszu Chruszczow, nasze rozmowy tutaj nie mają żadnego sensu, skoro wasze wojska zmierzają ku Warszawie!".
- "Nie przyjechaliśmy do was po to, żeby z wami walczyć, tylko żeby wyjaśnić wam naszą sytuację" - powiedział Mikojan.
- "Skoro nie przyjechaliście żeby z nami walczyć, to dlaczego wasze wojska wciąż idą ku Warszawie?" - zapytał Gomułka.
- "Mówiłem wam, że to tylko jesienne manewry. Zresztą dowodzi nimi marszałek Rokossowski, którego wy chcielibyście się pozbyć z Biura Politycznego. Nie możemy do tego dopuścić, bo to by oznaczało że Polska zerwie z Układem Warszawskim" - stwierdził wzburzony Chruszczow.
- "Jak usunięcie jednego człowieka, albo nawet grupy ludzi może spowodować zerwanie Polski z Układem Warszawskim?" - dopytywał Gomułka.
- "Może!" - butnie stwierdził Chruszczow - "Wy już o tym dobrze wiecie, nie mydlcie mi tutaj oczu".
- "Towarzyszu Chruszczow, nasza rozmowa nie ma sensu, jeśli nadal wasze wojska będą szły ku Warszawie. Jeśli rzeczywiście są to tylko manewry, to możecie je przecież zatrzymać. Jeśli tego nie zrobicie uważam nasze spotkanie za zakończone!" - powiedział Gomułka.

Wzburzony Chruszczow podszedł do telefonu, wykręcił numer, połączył się z Rokossowskim i nakazał mu wstrzymać marsz sowieckich oddziałów na Warszawę. Wówczas zdziwiony Gomułka zapytał:

- "Jak to, przecież Rokossowski jest polskim ministrem obrony, a tutaj chodzi o żołnierzy radzieckich?"
- "Ale z was pedant" - kpiąco odrzekł Chruszczow.

Dalsze rozmowy nie miały już w sobie nic ciekawego i skupiały się na już wcześniej przedstawionych kwestiach które powtarzano do znudzenia, lecz ostatecznie Sowieci uznali, że nie ma sensu dalej się spierać, widząc determinację po polskiej stronie. Gomułka obiecał tylko że o pozostaniu Rokossowskiego w Biurze Politycznym zdecyduje głosowanie, a Chruszczow odebrał to jako zapewnienie że Rokossowski w Biurze Politycznym pozostanie. Rozmowy zakończyły się 20 października 1956 r. gdy zaczęło już świtać i delegacja sowiecka zbierała się do wyjazdu. Na odchodne jednak Chruszczow odwrócił się do Gomułki i reszty polskiej delegacji i rzekł:

- "Wyjeżdżamy zatrwożeni. Wy nam plunęliście w twarz. Ale nie jesteśmy niezguły i nie powiemy: dziękuję! Poszukamy wyjścia".

Sowieci odlecieli w godzinach rannych 20 października, nie uzyskawszy żadnych formalnych ustaleń. Warto zaznaczyć że co prawda wojska sowieckie zatrzymały się, ale wciąż stacjonowały nieopodal Warszawy i nie wracały do swoich koszar. Od 19 października zaś trwały obrady VIII Plenum Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Po zakończeniu rozmów z Sowietami, delegacja polska wraz z Gomułką wróciła na owe obrady, podczas których Władysław Gomułka wygłosił bodajże najostrzejszą krytykę stalinizmu w dziejach Polski Ludowej. Powiedział on bowiem (przemówienie to było transmitowane przez radio): "System ten gwałcił zasady demokratyczne i praworządność. Przy tym systemie łamano charaktery i sumienia ludzkie, deptano ludzi, opluwano ich cześć. (...) Wielu ludzi poddano bestialskim torturom. Siano strach i demoralizację. Na glebie kultu jednostki wyrastały zjawiska, które naruszały, a nawet przekreślały sens władzy ludowej (...) „Klasa robotnicza dała ostatnio kierownictwu partii i rządowi bolesną nauczkę. Robotnicy Poznania, chwytając za oręż strajku i wychodząc manifestacyjnie na ulice w czarny czwartek czerwcowy, zawołali wielkim głosem: Dosyć! Tak dalej nie można! Zawrócić z fałszywej drogi! Klasa robotnicza nigdy nie chwytała się strajku jako oręża walki o swoje prawa w sposób lekkomyślny. Tym bardziej teraz, w Polsce Ludowej, rządzonej w jej imieniu i w imieniu wszystkich ludzi pracy, nie zrobiła tego kroku lekkomyślnie. Najwidoczniej przebrała się miara. A miary nie można nigdy przebrać bezkarnie". Do głosowania doszło w niedzielę 21 października. I sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR wybrany został Władysław Gomułka, funkcje sekretarzy objęli: Jerzy Albrecht, Edward Gierek, Witold Jarosiński, Władysław Matwin i Edward Ochab. Do Biura Politycznego weszli zaś: Józef Cyrankiewicz, Władysław Gomułka, Stefan Jędrychowski, Ignacy Loga-Sowiński, Jerzy Morawski, Edward Ochab, Adam Rapacki, Roman Zambrowski. Nie weszli zaś: Konstanty Rokossowski (który otrzymał tylko 23 głosy na 75 możliwych), Jakub Berman, Franciszek Mazur, Zenon Nowak (było potem takie powiedzenie: "Tak czy owak Zenon Nowak" 🤭), Franciszek Jóźwiak i Stanisław Radkiewicz. Owe plenum przebiegało w charakterze olbrzymiego poruszenia społeczno-narodowego, w całym kraju organizowano masowe wiece poparcia dla nowych władz, a co ciekawe nie były one organizowane przez władze tylko spontanicznie i oddolnie przez ludzi, którzy naprawdę poczuli że zawiał wiatr zmian i ten wiatr przyniesie wreszcie coś dobrego dla Polski, tak umęczonej nieustannymi atakami, mordami i zniszczeniami od 17 lat. Przede wszystkim liczono - a wręcz domagano się - dalszej demokratyzacji życia społecznego i politycznego w kraju. To wszystko oznaczało że "natolin" ("chamy") rzeczywiście przegrał, natomiast frakcja "puławian" ("żydzi") rosła w siłę. Ale należy pamiętać że wojska sowieckie wciąż wówczas stacjonowały w okolicach Warszawy.




Dopiero 24 października Chruszczow zadzwonił do Gomułki i poinformował go o wycofaniu wojsk sowieckich z powrotem do koszar w zachodniej i północnej Polsce (dzień wcześniej do Moskwy przybył Liu Shaoqi, jeden z prominentnych członków Komunistycznej Partii Chin, który wypowiedział się zdecydowanie negatywnie przeciwko jakiejkolwiek sowieckiej interwencji przeciwko Polsce i zapowiedział że jeżeli do niej dojdzie, to Chiny oficjalnie zaprotestują, a tego akurat Moskwa chciała uniknąć, aby nie dawać Zachodowi satysfakcji z rozbicia wspólnego bloku komunistycznego - byłby to bowiem jawny przykład otwartych podziałów w tym bloku. Jednak o takim stanowisku Chin dowiedział się Gomułka dopiero 27 października od polskiego ambasadora w Chinach, któremu chińskie stanowisko w tej sprawie przekazał sam Mao Zedong). Tego też dnia (24 października) ok. godz. 15:00 na warszawskim Placu Defilad pod Pałacem Kultury i Nauki (imienia Stalina, notabene miesiąc później zlikwidowano ten dopisek), zebrały się ogromne tłumy, mówi się nawet o pół milionie Polaków, w każdym razie była głowa przy głowie. Wszyscy oczekiwali przemówienia nowego I sekretarza partii. Gdy pojawił się Gomułka wszyscy byli podekscytowani, ale nie on. On był blady, on był wręcz przerażony, on dygotał ze strachu. Sama myśl o owych tłumach i rozbudzonych nadziejach przyprawiała go o dreszcze. On tego nie chciał, on wolałby nie mieć takiego poparcia, tym bardziej że był zwykłym partyjnym aparatczykiem, a nie trybunem ludowym. Wolałby poprawiać położenie mas pracujących po cichu i powoli. Wystarczyłaby mu też ich wdzięczność, ich miłości zaś nie pragnął, a ten tłum, ten zebrany na Placu Defilad tłum rzeczywiście go pokochał. Dziś go kochają, a jutro rozbudzone nadzieje zażądają daleko idących zmian, których nie zaakceptuje Moskwa. Sądzę wręcz że ten dzień był jednym z najgorszych dni w jego życiu. Nim na trybunę wszedł Gomułka, stała tam już grupka partyjnych towarzyszy, wśród nich był marszałek Rokossowski, który zaczął przepychać się do przodu. Widząc to Stefan Staszewski poprosił go, żeby ten się cofnął bo to nie jest audytorium dla niego. Rokossowski zacisnął zęby i wrócił na swoje miejsce (Staszewski tak naprawdę obawiał się że ludzie, widząc Rokossowskiego na trybunie, czymś w niego rzucą, bo to byłoby skandalem i mogłoby ponownie sprowokować Moskwę do kolejnych burzliwych posunięć). Za plecami Gomułki stanął premier Józef Cyrankiewicz, który nerwowo palił papierosa, Gomułka zaczął swoje przemówienie:




"W ciągu ubiegłych lat nagromadziło się w życiu Polski wiele zła, nieprawości i bolesnych rozczarowań. Idee socjalizmu, przeniknięte duchem wolności człowieka i poszanowania praw obywatela, w praktyce uległy wypaczeniom. Słowa nie znajdowały pokrycia w rzeczywistości. Ciężki trud klasy robotniczej i całego narodu nie dawał oczekiwanych owoców. Wierzę głęboko, że te lata minęły bezpowrotnie w przeszłość. Kierownictwo partii nie chce i nie będzie rzucać narodowi pustych obiecanek. Zwracamy się z całym zaufaniem do swojej klasy, do klasy robotniczej, do inteligencji, do chłopów (...) Towarzysze! Nie pozwólmy reakcyjnym podżegaczom i różnym chuliganom stawać w poprzek naszej drogi. Wara im od czystego nurtu walki socjalistycznych i patriotycznych sił narodu! Pędźcie precz prowokatorów i reakcyjnych krzykaczy! (...) Dzisiaj zwracamy się do ludu pracującego Warszawy i całego kraju z wezwaniem: dość wiecowania i manifestacji! Czas przejść do codziennej pracy, ożywionej wiarą i świadomością, że partia zespolona z klasą robotniczą i narodem poprowadzi Polskę po nowej drodze do socjalizmu".

Ostatnie słowa nie spodobały się zebranym, oni chcieli realnie zmian trwałych i zmian coraz dalej idących, natomiast Gomułka oficjalnie już nawoływał do zakończenia tej kontrrewolucji i powrotu do pracy. On naprawdę bał się, że te setki tysięcy ludzi zebranych na placu Defilad w Warszawie i dziesiątki milionów w całej Polsce mogą zażądać od niego rzeczy, które okażą się niemożliwe do realizacji i pragnął aby uznali oni, że zmiana już nastąpiła i trzeba zakończyć dalsze żądania i dalsze próby reform ustrojowych. Tak więc naród - po zakończeniu przemowy Gomułki - zaczął krzyczeć "Spy-chal-ski, Spy-chal-ski!" pragnąc aby teraz on zabrał głos. Spychalski podszedł do mikrofonu na trybunie, ale wypadł fatalnie. Jąkał się, stękał trzy po trzy, także jak skończył mówić to chyba większość była z tego powodu uradowana. Wreszcie zebrany tłum zaczął krzyczeć: "Wy-szyń-ski do Biura". Sprawy zaczynały wymykać się spod kontroli i to, czego obawiał się na początku Gomułka, jakby zaczynało się sprawdzać. Tłum wysuwał bowiem coraz bardziej absurdalne żądania, bo jakże inaczej uznać owe słowa "Wyszyński do Biura", czyli co, kardynał Stefan Wyszyński do Biura Politycznego KC PZPR, to przecież niedorzeczność, i tak też myślał Gomułka. Polecił więc aby rozwiązano zgromadzenie, bo zabrany tłum coraz bardziej zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością. Sam zaś podziemnym przejściem wrócił do Pałacu Kultury, a potem od Sali Kongresowej odjechał do Komitetu Centralnego. Zgromadzenie zaś co prawda zostało rozwiązane, ale tłum się nie rozszedł, a wręcz przeciwnie, ruszył na ulicę Belwederską, gdzie mieściła się... ambasada sowiecka. Stefan Staszewski wspominał potem, że Gomułka: "Trząsł się przy telefonie. Dzwonił co chwila i pytał, czy ja ręczę, że ta manifestacja nie dojdzie do ambasady i nie skończy się rozruchami w Warszawie. W pewnym momencie wpadł na pomysł, by wezwać wojsko. - Nie ważcie się - powiedziałem - żadnego wojska nie chcę. Ludzie się uspokoją, rozumieją że nie można urządzać żadnych rozrób i demolować ambasady radzieckiej. Znowu pytanie: - Ręczycie?, Ręczę! - odpowiedziałem!". Tłum manifestantów rzeczywiście się uspokoił, a wkrótce uwagę ludzi przykuły wydarzenia dziejące się na Węgrzech i atak sowieckich jednostek pancernych na demonstrujące tłumy ludzi pragnących wolności, demokracji, sprawiedliwości i przede wszystkim niepodległości.




W Polsce zaczynała się nowa epoka, epoka Władysława Gomułki (która potrwa aż do grudnia 1970 r.). 27 października 1956 r. zlikwidowano tzw. "sklepy za żółtymi firankami", w których sprzedawano specjalne (zachodnie) towary dla elity partyjnej. 28 października kardynał Stefan Wyszyński został zwolniony z internowania (na którym przebywał od 26 września 1953 r.) i powrócił do Warszawy. Od 24 października rozpoczęto w sądach rewizję aktów oskarżeń w procesach poznańskich. Rozpoczęto również akcję rehabilitacji ludzi oskarżonych i skazanych na więzienie, roboty lub karę śmierci w czasach stalinizmu. Ministrowie i wysocy urzędnicy partyjni opuszczali dotychczasowe wille i przenosili się do mniejszych mieszkań (wszystko odtąd miało być skromne i proste, bez zbytku i bez zbytniego przymusu... no chyba że okaże się potrzebny. Gomułka nie lubił zbytku, więc dla niego nie miało to znaczenia. Był też niezwykle punktualnym, trzymał się zawsze określonego rytmu dnia i zawsze przychodził do pracy o tej samej godzinie i zawsze wychodził o tej samej godzinie. Na jego biurku zaś wszystkie dokumenty leżały zawsze w taki sam sposób i jeżeli któraś z sekretarek je ruszyła to bardzo się gniewał). Po październiku 1956 r. zniesiono w Polsce zakaz posiadania zagranicznych walut, złota i platyny. Zaprzestano zagłuszania Radia Wolna Europa (zaczęto je ponownie zagłuszać w 1970 r.). Do pracy na uczelniach wyższych zaczęto ponownie przyjmować zwolnionych wcześniej profesorów (np. Taylora, Górskiego, Elzenberga, Kostrzewskiego). 10 grudnia zniesiono nazwę Stalinogród (przyjętą 7 marca 1953 r.) i powrócono do starej nazwy Katowice. 17 grudnia 1956 r. podpisano w Moskwie układ regulujący stacjonowanie wojsk sowieckich w Polsce (wcześniej Sowieci stacjonowali tutaj po prostu, od tak sobie, bo mogli), w którym zapisano że "W niczym nie może ono naruszać suwerenności państwa polskiego i nie może prowadzić do ich ingerencji w wewnętrzne sprawy PRL". Ponownie przywrócono istnienie Związku Harcerstwa Polskiego i zaczęto używać krzyż harcerski, likwidując (istniejącą w czasach stalinizmu) Organizację Harcerską (będącą tylko przybudówką Związku Młodzieży Polskiej). Tak więc zaczynały się nowe czasy, ale rozbudzone ludzkie marzenia i nadzieje z października 1956 r. nigdy nie zostały spełnione.



NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...