WYŚWIETLENIA

23 listopada 2025

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. XIV

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. XIV



GWAŁT NA LUKRECJI



 Po klęsce Lacedemończyków w bitwie pod górą Eryks na zachodniej Sycylii i śmierci Dorieusa (510 r. p.n.e.) część jego towarzyszy przeżyła tę bitwę i następnie przez jakiś czas błąkali się oni po okolicy, niczym wyrzutki. Zebrali się oni pod przywództwem niejakiego Euryleona. Uznając że współwinnym klęski jest również tyran Selinusu - Pejtagoras, który miast udzielić wsparcia greckim "braciom" (tym bardziej że Selinus był konkurentem handlowym Segesty - głównego miasta plemienia Elymów, którzy to zadali Dorieusowi ową klęskę), pozostał bierny i tego nie uczynił. Teraz Euryleon i jego towarzysze postanowili go za to ukarać. Przybyli do Selinusu i udało im się dostać przed oblicze tyrana Pejtagorasa, a następnie Euryleon go zamordował, ogłaszając się nowym tyranem Selinusu. Rządy Lacedemończyków w tym mieście nie trwały jednak długo (ok. 509 r. p.n.e.), gdyż nie wzięli oni pod uwagę przywiązania ludu Selinusu do ich dotychczasowych partnerów handlowych, i o ile Segesta rzeczywiście była konkurentem handlowym Selinusu, o tyle już fenickie porty w zachodniej Sycylii to byli partnerzy, z którymi Grecy z Selinusu zawierali bardzo intratne dile handlowe i nie zamierzano teraz tego psuć (tym bardziej że na tym zarabiano). Dosłownie w kilka dni po zamordowaniu Pejtagorasa, lud Selinusu zbuntował się przeciwko nowemu tyranowi i Euryleon wraz z innymi Lacedemończykami zostali zabici. W tym samym mniej więcej czasie, w pierwszym roku rzymskiej Republiki (509 r. p.n.e.) zawarty został inny sławny traktat handlowy. Bowiem mieszkańcy kupieckiego miasta bogini Tanit (czyli Kartaginy), dostrzegli potencjał miasta położonego na siedmiu wzgórzach, mniej więcej już wówczas otoczonego murami serwiańskimi (nazwa pochodzi od imienia szóstego króla Serwiusza Tuliusza, który miał panować w latach ok. 578-535 p.n.e. Tak naprawdę nie wiadomo czy wówczas już powstały owe sławne mury, złożone z bloków żółtawego kamienia. Według archeologów zbadane fragmenty murów serwiańskich są młodsze o jakieś 200 lat od okresu panowania owego króla, można więc założyć, że jeśli cokolwiek powstało w jego czasach, to był to co najwyżej wał ziemny, a nie mur sensu stricte, który zbudowano później. W każdym razie Rzym w ramach murów serwiańskich zajmował powierzchnię 426 hektarów).




Było to już znaczne miasto, dużo większe niż wiele greckich polis na Sycylii, większe również od samej Kartaginy, która w VI wieku p.n.e. obejmowała zaledwie 100 hektarów zabudowań wokół Zatoki Kram (gdzie odnaleziono pierwszy tofet w tym mieście, czyli święte miejsce do składania ofiar) oraz wokół wzgórza Byrsa. Rzym - choć wówczas przypominał jeszcze dużą wioskę (w 90% wciąż drewnianą) musiał mimo wszystko zrobić na władzach Kartaginy spore wrażenie, skoro uznano że należy akurat z tym miastem (jednym z wielu wówczas w Lacjum) zawrzeć układ handlowy. Tym bardziej że rok 510-509 p.n.e., to był rok obalenia władzy królewskiej w mieście Romulusa. Stało się tak po 25-letnich rządach ostatniego (siódmego) rzymskiego króla - Lucjusza Tarkwiniusza Superbusa ("Pysznego"). Według rzymskiej tradycji ten król miał rządzić despotycznie, bez oglądania się na Senat czy lud. Do władzy miał dojść (ok. 535 r. p.n.e.) również w wyniku zamachu stanu i morderstwa. Sprzymierzył się bowiem z Tulią, córką poprzedniego króla Serwiusza Tuliusza, kobietą bezwzględnie ambitną i żądną władzy (władzy po trupach). Ona była żoną Arunsa Tarkwiniusza - brata Lucjusza Tarkwiniusza - on zaś był mężem jej młodszej siostry. Oboje zamordowali: ona swego męża, a on żonę, a następnie pobrali się i wspólnie dokonali zamachu na króla Serwiusza Tuliusza. Dokonać się to miało w następujący sposób: podczas obrad Senatu Lucjusz Tarkwiniusz wdarł się do sali obrad, a następnie siłą zrzucił króla z tronu i wyprowadził na zewnątrz, gdzie jego ludzie zadali mu śmiertelne ciosy sztyletami. Potem nadjechała Tulia swym rydwanem i nakazała woźnicy przejechać po ciele swego starego ojca. Teraz Lucjusz Tarkwiniusz został królem Rzymu a Tulia królową, szybko też zabrał się za "oczyszczenie" Senatu z ludzi, którzy byli przeciwni jego wstąpieniu na tron i oskarżali go o morderstwo - wszyscy oni zostali zabici. Nowy król szybko otoczył się gwardzistami (dla własnej ochrony i aby zapobiec kolejnemu zamachowi stanu - tym razem skierowanemu przeciwko niemu), pierwszy raz w dziejach Rzymu powołując coś w rodzaju gwardii pretoriańskiej. Rządził despotycznie, nie powoływał nowych senatorów i sam decydował o polityce wewnętrznej oraz zagranicznej, był także najwyższym sędzią (często skazując majętnych obywateli na śmierć, aby tylko przejąć ich włości). Wszczął wojny z innymi miastami Lacjum i większość z nich podporządkował swej władzy (czy to na zasadzie podboju czy też podstępem). Najmłodszy z jego trzech synów - Sekstus, udając konflikt z ojcem, uciekł do miasta Gabie, gdzie został dobrze przyjęty przez tamtejszych mieszkańców i wkrótce przejął władzę w mieście. Będąc jednak niedoświadczonym młodym królem, wysłał posła do ojca, aby spytać się go jak ma czynić ze swymi poddanymi. Lucjusz Tarkwiniusz zabrał posła do swego ogrodu, oprowadzając go w całkowitym milczeniu, ale co jakiś czas ścinał swą laską wystające ponad resztę maki. Poseł zdziwiony powrócił do Gabie i opowiedział Sekstusowi że król Tarkwiniusz nie udzielił mu żadnej rady, jedynie chodził i ścinał maki - Sekstus jednak zrozumiał jak należy postępować z poddanymi.




Po dokonaniu podbojów okolicznych miast, Lucjusz Tarkwiniusz ogłosił budowę wielkiej Świątyni Jowisza Najlepszego Największego na Kapitolu. Ściągnął więc inżynierów i kapłanów z miast Etrurii, a do budowy Świątyni zmusił rzymski plebs. Jeszcze podczas budowy tego przybytku, do pałacu króla Tarkwiniusza (który wówczas mieścił się na Eskwilinie, a nie na Palatynie) przybyła pewna staruszka, ofiarowując mu kupno dziewięciu zwojów i żądając w zamian znacznej kwoty. Tarkwiniusz wybuchł śmiechem, po czym ona trzy z owych zwojów wrzuciła do pałacowego kominka, a za resztę zażądała takiej samej kwoty. Król nazwał ją szaloną, po czym kolejne trzy zwoje wrzuciła w ogień i za ostatnie trzy żądała tej samej kwoty. Zaciekawiło to Tarkwiniusza, zapłacił jej i otrzymał spisane greckim heksametrem przestrogi i wyrocznie, które miały ocalić miasto na wypadek jakiegoś nieszczęścia. Król uznał że owa staruszka to słynna kapłanka boga Apollina z Kyme - Sybilla, a owe zwoje otrzymały nazwę ksiąg sybilińskich. Budowana Świątynia Jowisza na Kapitolu (gdzie złożone zostały owe księgi) co prawda poświęcona została Bogu burz, ale Tarkwiniusz - po raz pierwszy w rzymskich dziejach - ustawił w tej Świątyni (jeszcze nie ukończonej) posągi tzw.: "Trójcy Kapitolińskiej" czyli Jowisza, Junony i Minerwy (innymi słowy ojca, matki i córki). Po raz pierwszy rzymscy chłopi (bo przecież pierwotnie byli to okoliczni latyńsko-etruscy chłopi) ujrzeli na własne oczy posągi bóstw, których wcześniej nie znano, gdyż bogów utożsamiano jako potężne, ale jednak nieludzkie postacie (bardziej duchowe). Cykl ludzkiego życia wyznaczały pory roku, a co za tym idzie bogowie utożsamiali najróżniejsze żywioły i przeciwności ludzkiego losu, ale nie robiono im posągów i nie przedstawiano na ludzkie podobieństwo. Teraz to się zmieniło. Król jednak miał nie doczekać zakończenia prac budowlanych na Kapitolu.


ŚWIĄTYNIA NA KAPITOLU W CZASACH CESARSTWA 
TRIUMF TYTUSA - 71 r.

(Po lewej stronie widoczne Tabularium, a dalej znajdowało się Forum Romanum. Droga którą kroczy pochód wraz z łukiem triumfalnym, dochodziła do Forum Holitorium i dalej do Teatru Marcellusa)



 Król Tarkwiniusz, oprócz najmłodszego Sekstusa, miał również dwóch starszych synów, których wysłał w podróż do Grecji, do tamtejszej świątyni Apollina w Delfach (która w VI wieku akurat przeżywała swój rozkwit). W podróży towarzyszył im ich kuzyn - Lucjusz Juniusz (który ze względu na fakt, iż król nie lubił w swym otoczeniu ludzi wyróżniających się zarówno inteligencją, mądrością czy choćby odwagą, udawał głupca, aby nie był być narażonym na ewentualny królewski wyrok śmierci). Ponieważ ze względu na swe zachowanie, otrzymał on przezwisko "Brutus" (czyli "Prostak") nikt nie brał go na poważnie jako ewentualnego kandydata do tronu. Król chciał się dowiedzieć czy Bóg mu sprzyja i czy jego panowanie będzie spokojne i szczęśliwe - tego też mieli dowiedzieć się jego synowie, ale postanowili oni również zapytać się wyroczni delfickiej, który z nich zasiądzie na tronie po śmierci ojca. Pytia odpowiedziała: "Ten, który pierwszy pocałuje matkę". Bracia postanowili że nie będą się kłócić i nie będą ze sobą konkurować, a o tym kto pocałuje ich matkę, zadecyduje łut szczęścia w postaci losowania. Niewielu jednak zauważyło że w tym właśnie momencie Juniusz Brutus upadł na ziemię, co wyglądało jakby się potknął i wzbudziło wśród braci szydercze komentarze. Nie zauważyli oni jednak że w tym momencie pocałował on ziemię, na której stał. Wkrótce powrócili oni do Rzymu, ale obaj młodzieńcy nie cieszyli się dobrą opinią, a wręcz przeciwnie - wydawało się że każdy z nich jest równie zepsuty jak ich ojciec i matka. Myśleli tylko o własnej wygodzie i o tym, aby przejąć ojcowski tron (co uważali że należy mi się z racji urodzenia). Pewnego razu podczas uczty młodzieńcy chwalili się która z ich żon jest lepsza. Krewny królewiczów Tarkwiniusz Kollatyn stwierdził, że w całym Rzymie nie ma lepszej kobiety nad jego Lukrecję. Twierdził że jest to kobieta łagodna i posłuszna - postanowiono więc to sprawdzić. Udawszy się do komnaty w której biesiadowały panie, znaleziono tam wszystkie żony owych młodzieńców oprócz Lukrecji, ta bowiem siedziała w swoim domu przędąc wełnę i oczekując na małżonka. Zwycięstwo przyznano Kollatynowi, ale jednocześnie najstarszy z synów króla Tarkwiniusza (który również nosił imię Sekstus, tak jak jego najmłodszy brat - władca Gabii), zapragnął posiąść Lukrecję. Podczas gdy reszta mężczyzn biesiadowała, on nocą włamał się do domu Kollatyna, a następnie zgwałcił dziewczynę. Ta, nie mogąc znieść hańby, przebiła się sztyletem, a w jej pogrzebie wziął udział cały Rzym. Ludzie litowali się nad losem nieszczęsnej kobiety, która musiała ulec kaprysom pozbawionej wszelkich zasad rodzinie królewskiej - płakano i lamentowano nad nią. Wówczas do jej ciała - spoczywającego na marach pogrzebowych - podszedł ów Brutus i trzymając w ręku zakrwawiony sztylet przysiągł na jej krew, że nie pozwoli aby ród Tarkwiniuszy dalej rządził Rzymem. Przyjął również takową przysięgę od innych zebranych tam osób i... się zaczęło.



 
Króla Tarkwiniusza akurat wówczas nie było w mieście, był na jednej ze swych kampanii w obozie wojskowym pod Ardeą, ale w Pałacu na Eskwilinie przebywała królowa Tulia, która teraz została stamtąd wygnana, wśród okrzyków wzburzonego tłumu który zwał ją morderczynią. Ludzie przypominali jej świętokradztwo, jakiego dopuściła się na osobie jej zamordowanego ojca na ulicy, która od tej pory zwała się Zbrodniczą. Uciekła ona do obozu swego małżonka. Gdy król Tarkwiniusz wrócił do Rzymu, zastał bramy miasta zamknięte na cztery spusty, a lud - zebrany na Zgromadzeniu Ludowym (Komisjach Centurialnych) ogłosił zniesienie monarchii "po wsze czasy" i ustanowienie nowej formy rządów zwanej - Republiką. Miało to miejsce z końcem roku 510 p.n.e. Teraz władzę mieli sprawować wybierani przez lud corocznie dwaj konsulowie. Pierwszymi konsulami wybranymi na rok 509 p.n.e. byli Brutus i Kollatyn. A tymczasem król Tarkwiniusz nie złożył jeszcze broni i zamierzał zawalczyć o odzyskanie tronu, a w tym celu postanowił wykorzystać wpływy jakie posiadał wśród senatorów. Na początku więc zażądał zwrotu własnego majątku. W tej kwestii doszło w Senacie do sporów, jako że część uważała iż majątek tyrana przepada na rzecz państwa wraz z jego obaleniem, inni jednak twierdzili, że co prawda usunęliśmy króla, ale jakim prawem mamy zabierać również jego własność. Obrady się przedłużały, a w tym czasie wysłani przez króla posłowie (którzy mieli odzyskać jego majątek) w tym samym czasie urabiali tych, którzy mogli liczyć na nagrodę, gdy król ponownie zasiądzie na tronie. Do owego spisku wciągnięci zostali dwaj małoletni synowie Lucjusza Juliusza Brutusa (który, podobnie jak Kollatyn, spokrewniony był z Tarkwiniuszami). Uznali oni bowiem że ustrój republikański im nie służy, gdyż należą oni do rodu królewskiego, a król po powrocie na tron obdarzy ich swymi łaskami i nagrodzi. Spisek ten jednak został ujawniony dzięki jednemu z niewolników, a listy uczestników spisku szybko trafiły do konsulów i do Senatu. Ponieważ konsulowie mieli teraz prerogatywy sędziów (odebrane królowi), musieli zadecydować co uczynią ze spiskowcami. Wiadomo było że na listach są dwaj synowie Brutusa i powszechnie oczekiwano na jego decyzję. Ten najpierw nakazał wyczytać wszystkich uczestników spisku na Forum Romanum, a następnie zwrócił się do swych synów słowami: "Tytusie, Tyberiuszu, brońcie się!" Ponieważ młodzieńcy milczeli, trzykrotnie powtórzył te słowa, a że nie było reakcji z ich strony, oddał ich katu na śmierć przez zachłostanie. Ponoć przyglądał się ich egzekucji z kamienną twarzą i nawet jedna łza nie spadła z jego powiek. Inni uczestnicy spisku zostali ukarani w podobny sposób, a tym samym stłumiono pierwszy bunt w dziejach Republiki. 

Posłom królewskim oczywiście odmówiono w tych warunkach zwrotu królewskiej własności, a prywatne tereny króla Tarkwiniusza za miastem, zostały poświęcone pradawnemu rzymskiemu Bogu wojny - Marsowi i dzięki temu powstało tam sławne Pole Marsowe (Campus Martius), gdzie odtąd odbywały się Zgromadzenia Ludowe, a w zwykłym czasie igrzyska i ćwiczenia młodzieży. Wszystkich krewnych króla odesłano do jego obozu (w tym - z nieznanych powodów - również drugiego konsula Tarkwiniusza Kollatyna). Na opróżnione stanowisko drugiego konsula wybrano Publiusza Waleriusza, który wraz z Juniuszem Brutusem stali się ojcami nowego ustroju. Ale Republika (Res Publica - czyli "Rzecz Wspólna") była młodziutka, wręcz wydawała się być noworodkiem, któremu wszystko trzeba układać na nowo. Poza tym tak naprawdę nie była "Wspólna", o wszystkim decydowała i tak grupa najmocniejszych obywateli, a cała reszta ludu tak naprawdę pozbawiona była wpływu na politykę swego miasta (dysproporcja pomiędzy patrycjuszami a plebejuszami była również kwestii małżeństw, łączone małżeństwa pomiędzy tymi dwoma grupami były zakazane przez prawo, co również było jawnym symbolem dyskryminacji). Wiele panowało nieścisłości i niejasności np. w kwestii składania ofiar bogom. Kto teraz po - obaleniu monarchii - miał składać ofiary, skoro do tej pory tę funkcję pełnił król? Miał to czynić wybieralny na rok urzędnik polityczny? A co jeśli bogowie się obrażą na taką zniewagę i ześlą na miasto jakieś nieprawdopodobnie wielkie nieszczęścia? To wcale nie było bezpodstawne, ludzie wówczas żyli w ciągłym strachu przed bogami, gdyż wszystko co ich otaczało było groźne, a to prowadziło albo do znalezienia sposobu zapobieżenia niebezpieczeństwu, albo też jakiejś formy ochrony. Lucjusz Juniusz Brutus zaproponował więc powołanie dożywotniej funkcji kapłana z tytułem "rex sacrorum" (czyli "król ofiar"). Miało to zastąpić funkcję królewską przy składaniu ofiar bogom i jednocześnie... jakoby ich oszukać, aby nie zostali upokorzeni jednorocznym urzędnikiem w roli ofiarnika (to też pokazuje że Rzymianie swoich bogów mieli za mało inteligentnych 😉).




Jeszcze w tym samym 509 r. p.n.e. król Tarkwiniusz Pyszny postanowił zbrojnie odzyskać miasto. Zwerbował chętnych do tej walki (główni Etrusków) i wysłał do boju swego drugiego syna Arunsa Tarkwiniusza. Była to pierwsza bitwa Republiki stoczona pod Rzymem i zakończyła się ona co prawda zwycięstwem Rzymian, ale ich dowódca i jednocześnie konsul Lucjusz Juniusz Brutus poległ w tym starciu. Cały Rzym opłakiwał jego śmierć, a rzymskie matrony nosiły po nim żałobę przez cały rok, pamiętając jego wystąpienie w obronie czci Lukrecji. Nowym konsulem roku 509 p.n.e. został więc w miejsce poległego Brutusa Marek Horacjusz. Jego kolega na urzędzie Publiusz Waleriusz wprowadził zaś prawo, na mocy którego konsul nie mógł teraz samodzielnie skazać na śmierć obywatela rzymskiego, tylko musiał oddać go pod sąd ludu ("lex Valeria de provocatione" - czyli prawo Waleriusza o odwoływaniu czy też delegowaniu). Było to jednym z kośćców istnienia ustroju rzymskiego nie tylko w czasach Republiki, ale również w czasach Cesarstwa, a nawet po upadku Imperium Rzymskiego prawo to weszło do prawodawstwa państw narodowych, które powstały następnie w Europie. Oznaczało ono po prostu że nikt nie mógł skazać obywatela rzymskiego, który zawsze miał prawo odwołać się od decyzji sędziego do ludu, a potem do cesarza (z tego prawa skorzystał chociażby św. Paweł, który został oskarżony o wywołanie zamieszek w Świątyni Jerozolimskiej i przewieziony do więzienia w Cezarei Nadmorskiej, gdzie miał być sądzony i zapewne zostałby skazany na śmierć. Jako że jednak miał on obywatelstwo rzymskie, stwierdził że przysługuje mu prawo odwołania się do cesarza, co spowodowało że cesarz musiał osobiście rozpatrzyć jego sprawę, a z tego powodu został też przewieziony do Rzymu, gdzie ostatecznie został ułaskawiony). Był to więc jeden z fundamentów nowego ustroju państwa rzymskiego. Za tę ustawę Waleriusz otrzymał od ludu rzymskiego przydomek "Publicola" (czyli "Miłośnik ludu" czy też Dbały o lud"), oraz grunt na wzgórzu Welia. Ponieważ jednak - jak to często bywa przy tego typu przewrotach -wkrótce wśród obywateli gruchnęła plotka, że Waleriusz zamierza tam zbudować sobie zamek i żyć jak król, ponoć opuścił on to miejsce i wzniósł sobie dom u podnóża owego wzgórza. Jego zaś kolega na urzędzie Marek Horacjusz oficjalnie w idy wrześniowe (13 września 509 r. p.n.e.) otworzył wybudowaną wreszcie w całości Świątynię Jowisza Najlepszego Największego i Trójcy Kapitolińskiej. Była to największa i najlepsza świątynia w mieście, symbol państwowości i symbol ustroju. To właśnie tutaj złożone były zwoje ksiąg sybilińskich, to tutaj kapłani wznosili modły i składali ofiary za pomyślność Republiki (również w czasach Cesarstwa, bo należy pamiętać że praktycznie do okresu Dominatu bez względu na fakt że panowali już cesarze czyli jednowładcy, dla Rzymian ciągle istniała Republika. Nieco zmieniona oczywiście niż pierwotnie, ale wciąż była to Republika, dlatego też nazwa Cesarstwo nie funkcjonowała w czasach starożytnego Rzymu), to tutaj też każdy młody Rzymianin osobiście udawał się do owej Świątyni, aby złożyć ofiarę, gdy z chłopca stawał się mężczyzną, czyli przywdziewał togę męską (było to między 15 a 17 rokiem życia). To tutaj też kończyły się wszystkie triumfy. 

Świątynia była wręcz wbudowana w naturę Rzymian i Rzymu (doszło do tego, że gdy we wrześniu 394 r. Cesarz Flawiusz Teodozjusz Wielki pokonał nad rzeką Frygidus w północnej Italii, buntowników Arbogasta i Eugeniusza, a następnie zawitał na chwilę do Rzymu - wówczas przebywając prawie na stałe w Mediolanie lub w Konstantynopolu - to właśnie tutaj napotkał największy opór przy wprowadzaniu obowiązku wyznawania religii chrześcijańskiej. Wielu senatorów (nie mówiąc już o zwykłych mieszkańcach miasta) nie zamierzało rezygnować z religii swych praojców. Powstał wówczas spór pomiędzy senatorami a cesarzem właśnie na temat wyznawania pierwotnej religii rzymskiej. Deklarowano więc że Rzym istnieje już od 1200 lat nieprzerwanie właśnie dzięki łasce bogów i temu, że oddaje się im tu cześć i składa ofiary. Jeśli teraz zaniecha się tych praktyk, zgasi święty płomień Westy i przestanie oddawać cześć Jowiszowi Największemu, Najlepszemu - nie wiadomo co wówczas stanie się z miastem i całym rzymskim światem. Cesarz jednak nie dawał za wygraną, przyjął chrzest już na początku 380 r. leżąc obłożnie chorym w Tesalonice i oczekując śmierci lada dzień. Wyzdrowiał jednak i zaraz potem wydał swój pierwszy z wielu tego typu nakazów, a mianowicie określających religię chrześcijańską (rytu nicejskiego) za jedyną istniejącą w całym Cesarstwie i nakazywał wszystkim mieszkańcom Imperium, aby od tej pory wyznawali tylko chrześcijaństwo nicejskie. Było to pierwsze jeszcze nie tak dramatyczne, ale jednak już zerwanie z dotychczasową polityką tolerancji religijnej, która panowała od 313 roku (czyli od edyktu mediolańskiego cesarzy Konstantyna Wielkiego i Licyniusza, chociaż w Galii, Hiszpanii i Brytanii weszła w życie już w 311, w Italii i Afryce Północnej w 312 i dopiero potem w całym Imperium w 313), która po latach prześladowań i podziemnego wyznawania chrześcijaństwa, dopuszczała tę religię, jako pełnoprawną religię rzymską, wraz z innymi kultami pogańskimi. Od tej pory świątynie pogańskie stały obok kościołów chrześcijańskich i w ogromnej większości nie dochodziło między nimi do żadnych konfliktów. Edykt z Tesalonik Teodozjusza był pierwszym, który tę zasadę łamał. W lutym 391 r wydana została druga tego typu ustawa, która definitywnie zabraniała wyznawania religii pogańskiej, świątynie bogów miały być zamknięte lub zamienione w świątynie chrześcijańskie (w tym celu należało odpędzić dawne "demony", czyli taką świątynię należało całkowicie oczyścić). To właśnie wówczas tłum w Aleksandrii zniszczył Serapejon i Wielką Bibliotekę. 




Jednak dopiero w ustawie z listopada 392 r. cesarz Teodozjusz definitywnie zabraniał wyznawania jakichkolwiek kultów pogańskich. Ci, którzy nadal wyznawaliby dawne kulty, mieli mieć zamkniętą drogę kariery politycznej i wojskowej, ale przede wszystkim ustawa ta godziła w religię ludową, szczególnie wyznawaną na wsiach, gdzie powszechne były ołtarzyki ku czci bogów (również te falliczne). Teraz, jeśli ktokolwiek oplutł drzewo wstążkami, kto wzniósł niewielki ziemny ołtarzyk, kto położył tam kwiaty, kto wylał oliwę, nie mówiąc już o składaniu krwawych ofiar, ten tracił swoją posiadłość. I w ustawie tej nie było różnicy pomiędzy faktem, że właściciel posiadłości nie wiedział co też inni wyprawiają na jego ziemi, chociaż w tym przypadku przewidziane były kary finansowe. Wszyscy, którzy byli świadkami takiego świętokradztwa (jak twierdziła ustawa Teodozjusza), zobowiązani byli natychmiast poinformować o tym władze, ktokolwiek tego nie uczynił, był współwinny i był traktowany tak samo jak ci, którzy składali ofiary bogom. To właśnie ta ustawa pociągnęła za sobą definitywny upadek religii pogańskiej, która teraz - jeśli miała przetrwać - to albo musiała przejść do podziemia, albo się przeobrazić. Początkowo jeszcze przez parę lat, a czasem również dziesięcioleci udawało się zastosować tę pierwszą opcję (np. Igrzyska Olimpijskie w roku 393 już się nie odbyły, chociaż edykt Teodozjusza był tylko jednym z powodów dla których tak się stało i to wcale nie decydującym. Innym było wojenne wyludnienie znacznych połaci obszarów Mezji i Grecji, brak funduszy na kontynuowanie owych Igrzysk, a także obecność barbarzyńskich Wizygotów króla Alaryka nieopodal obszaru Olimpii, którzy w brutalny sposób rabowali, napadali i gwałcili okoliczną ludność. Tak więc kolejne Igrzyska Olimpijskie odbyły się dopiero latem 1896 r. w Atenach). W Nowy Rok 404 r. doszło do tragedii podczas munera organizowanych w Rzymie. Wówczas to na arenę Koloseum wszedł mnich Telemach, który zaczął rozdzielać walczących ze sobą gladiatorów, nawołując ich aby złożyli broń. Został zasieczony mieczami, a to spowodowało że cesarz Honoriusz definitywnie zakazał organizowania dalszych walk gladiatorów i rozwiązał wszystkie szkoły gladiatorskie w całym Imperium. Natomiast szkoła neoplatońska w Atenach działała aż do roku 529. Mimo to religia pogańska przestała być atrakcyjna i zaczęła ewoluować, dodając do chrześcijańskiego wyznania pogańskie zwyczaje i dzięki temu przetrwała, jako część religii ludowej.

Wracając jednak do Rzymu i zawarcia pierwszego układu handlowego z Kartaginą w roku 509 p.n.e. miasto z założone przez Romulusa, musiało w jakiś sposób przyciągnąć kupieckie władze Kart Hadaszt. Nim jednak przyjdziemy do Geli i Syrakuz oraz tamtejszych tyranów, a także wrócimy do Teb, Sparty i Aten, a następnie na dwór Wielkiego Króla do Persepolis i Suzy, oraz ostatecznie nad życiodajne tereny Nilu, warto słów kilka powiedzieć również o tym układzie, gdyż pomimo upadku monarchii w Rzymie, nowa rzymska Republika (która miała symboliczną twarz Lucjusza Juniusza Brutusa) pomimo utraty dotychczasowych latyńsko-etruskich powiązań i zależności z czasów monarchii, wciąż jednak była atrakcyjnym partnerem handlowym dla coraz bardziej rosnącej w siłę Kartaginy. Natomiast przydomek "Brutus" stał się synonimem republikańskich ideałów i bardzo dobrze wiedział o tym Gajusz Juliusz Cezar, który swego protegowanego (oraz syna swej kochanki Serwili) Marka Juniusza Brutusa, starał się Cezar nawet wysłać do Grecji, aby tylko jego nazwisko nie stało się symbolem walki z nowym ustrojem Rzymu jaki zamierzał wprowadzić Cezar. Ostatecznie mu się to nie udało.




CDN. 

21 listopada 2025

MEMORIAM - Cz. XI

ZEMSTA JEST ROZKOSZĄ BOGÓW




KRÓLESTWO CYNNY i KARBONA


Gdy w Idy stycznia (13 stycznia 86 r. p.n.e.) umierał w majakach ów starzec Gajusz Mariusz, Rzym był już wówczas w rękach drugiego konsula - Lucjusza Korneliusza Cynny. Terror, jaki nastał po zdobyciu miasta przez wojska popularów (czyli właśnie Mariusza i Cynny) już wówczas zupełnie ustał, choć oczywiście było pewne że ostateczna rozgrywka z toczącym walki w Grecji Lucjuszem Korneliuszem Sullą to tylko kwestia czasu. Można wręcz powiedzieć że od śmierci Mariusza walka toczyła się o panowanie nad Rzymem i Imperium dwóch linii rodowych tej samej rodziny - Korneliuszy. I rzeczywiście, o ile Sulla odpowiadał za zwycięskie zakończenie batalii z Mitrydatesem Pontyjskim na Wschodzie, o tyle w Rzymie i Italii zaczęły się niepodzielne rządy Cynny. Niepodzielne to mało powiedziane - było to prawdziwe królestwo Cynny. Przecież konsulem (zarówno on jak i Mariusz) nie został z wyboru, ale z... mianowania. Wybory zostały zawieszone a o obsadzie stanowisk decydowała osobista wola Lucjusza Korneliusza Cynny. Na opróżnione po Mariuszu stanowisko wybrał sobie jako kolegę na urzędzie Gnejusza Papiriusza Karbona. Senat też przyjmował wszystkie uchwały, jakie tylko zapragnął sobie konsul, posiadający władzę dyktatorską a zachowujący się jak udzielny władca. Przyjęto więc prawo (86 r. p.n.e.) wpisujące Italików do wszystkich 35 tribus na zasadzie równouprawnienia z Rzymianami (a nie jedynie do 8 tribus miejskich, jak pierwotnie zakładano, co realnie spowodowałoby iż Italikowie nie mieliby żadnego wpływu na kształtowanie polityki państwa, bowiem 8 tribus nie mogłoby w żadnym razie przegłosować pozostałych 27 tribus - a głosowano najpierw w obrębie danego tribus, a potem zliczano wszystkie tribus razem na zasadzie większości). Był to krok historyczny, gdyż od tego czasu mieszkańcy Italii realnie stali się obywatelami Rzymu. Rozwiązano też problem długów wśród obywateli (głównie stanu nobilitas, którzy byli zadłużeni często na ogromne sumy u ekwitów), umarzając 2/3 wszystkich zobowiązań. Przeprowadzono reformę monetarną i przywrócono przedwojenne kursy monet złotych i srebrnych, oraz wprowadzono nadzór nad operacjami bankowymi (rzymski sektor bankowy zdominowany był przez stan ekwitów - czyli klasę średnią, nowobogacką, która często dorabiała się na zdzierstwie i lichwie).

Konsulat Sulli i Karbona (rok 86 i 85 p.n.e.) upłynął spokojnie. Wybory się nie odbywały, bowiem uznano że w sytuacji wojennego zagrożenia należy całą władzę przekazać w ręce dowódców wojska (czyli głównie Cynny i dokooptowanego do niego Karbona). Po zdobyciu Aten i Pireusu (87-86 r. p.n.e.) przez Sullę, oraz jego zwycięstwach pod Cheroneą (86 r. p.n.e.) i Orchomenos (85 r. p.n.e.), w Rzymie jego przeciwnicy realnie zaczęli się obawiać nieuniknionej z nim konfrontacji. Karbon nakazał pobór do wojska (druga połowa 85 r. p.n.e.) wszystkich zdolnych do noszenia broni Rzymian i Italików. Pozwoliło to zebrać siłę w wysokości ponad 100 000 żołnierzy. Armia ta była ponad trzykrotnie liczniejsza od sił Sulli, ale miała jeden podstawowy minus - była niewyszkolona, niedoświadczona i nieobyta z wojną a rekruci często zostawali wcielani do oddziałów siłą. Senat, obawiający się kolejnych rzezi po ewentualnym zwycięstwie Sulli, postanowił się z nim jakoś porozumieć. Wysłano więc do Grecji poselstwo, które miało na celu załagodzenie konfliktu i powstrzymanie dalszego rozlewu bratniej krwi. Sulla przyjął senackich posłów w Ajdepsos, gdzie brał gorące kąpiele i wypoczywał, doglądając sztuk teatralnych. Poinformował on posłów iż gotów jest poddać się woli Senatu, pod warunkiem wszakże iż zgodę na powrót do Rzymu otrzymają wszyscy zeń wygnani przez Mariusza i Cynnę. Posłowie uznali że ta propozycja jest rozsądna, ale przybywszy do Rzymu szybko okazało się że nie zgadzają się na nią ani Cynna ani Karbon. Mało tego, Karbon złożył wniosek by wziąć w całej Italii zakładników, aby tym samym zapewnić sobie lojalność miast italskich, Senat jednak odrzucił ten postulat. Trwał więc w zawieszeniu okres tzw.: zbrojnego pokoju. Cynna i Karbon mianowali się konsulami na kolejne lata (85 i 84 p.n.e.).




W połowie roku 84 p.n.e. Cynna uznał, że już jest gotów przeprawić armię na drugi brzeg Adriatyku i dopaść Sullę w Grecji. Wojna przeciwko Sulli i jego weteranom nie była jednak popularna wśród oddziałów italskich, a prawdziwy gniew wśród żołnierzy wzbudził rozkaz Cynny, który nakazał by wojsko wsiadło na okręty i przeprawiło się do Grecji. Bunt wybuchł w Ankonie (w której przebywał Cynna, w oczekiwaniu na przeprawę na drugi brzeg Adriatyku). Cynnie udało się jednak stamtąd uciec, ale w drodze do Rzymu doścignął go pewien oficer i niepomny na błagania darowania życia i przekupstwa (Cynna miał ofiarować mu swój złoty pierścień), zakończył żywot Lucjusza Korneliusza Cynny. Teraz Karbon został jedynym konsulem i to na nim spoczęła odpowiedzialność załagodzenia konfliktu lub dalszej eskalacji wojny domowej. Udało się utrzymać dostawy zboża z Afryki do Rzymu dzięki Gajuszowi Fabiuszowi, który opowiedział się po stronie Karbona i popularów. To gwarantowało że w Rzymie nie dojdzie do buntu ludu i dawało Karbonowi czas na przygotowanie się do nieuniknionej walki z Sullą. Nadszedł straszny rok 1 100 rocznicy upadku Troi (83 r. p.n.e.), rok końca świata. Odnaleziono wówczas starą przepowiednię Sybilli, która brzmiała następująco: "Kiedy spełni się okres dla życia ludzkiego najdłuższy (...) wtedy o Rzymie, pamiętaj, choćbyś o sobie zapomniał. O tym co powiem pamiętaj (...) Cała zaś ziemia italska i cała kraina latyńska, berłu powolną twojemu, swój kark tobie odda pod jarzmo". Przerażenie wielkie ogarnęło lud, czyżby wieszczka przepowiadała zagładę Rzymu w dziesięć 110-letnich wieków od czasu spalenia Troi? W każdym razie oczekiwano najgorszego. I stało się! Pożar wybuchł nagle, a płomienie były tak wielkie, że nie sposób było je ugasić. W ogniu stanęła świątynia Jowisza Najlepszego Największego na Kapitolu, a wraz z nią spaliło się wszystko co w niej było, łącznie z przechowywanymi tam Księgami Sybillińskimi. Całe dziedzictwo religijne i historyczne Rzeczpospolitej przestało istnieć.




Świątynia Kapitolińska była bowiem rówieśnicą rzymskiej Republiki, a przechowywane tam Księgi, wyznaczały losy państwa przez kolejne wieki. Teraz wszystko poszło z dymem. Przypomniano sobie również przepowiednię o "trzech ciosach" wyprowadzonych w przeciągu kolejnych dziesięciu lat, po których państwo rzymskie miało upaść. Pierwszy cios został właśnie wyprowadzony, spłonęła Świątynia Kapitolińska - symbol rzymskiego państwa, na kolejne uderzenia oczekiwano z wzrastającym przerażeniem. Nie stwarzało to atmosfery służącej obronie i wpływało raczej zniechęcająco na lud. Karbon zarządził więc szybką odbudowę Świątyni, aby pokazać Rzymowi że bogowie nie zostawią ich na pastwę losu i nie pozwolą zginąć marnie. Zaczęto się zastanawiać czy przypadkiem nie doszło też do jakiegoś świętokradztwa i rozpoczęto od skrupulatnych kontroli zgromadzenia "Milczących Dziewic" - czyli westalek. Uważano bowiem że skądś się wziął ów gniew bogów. Pontifex Maximus (najwyższy kapłan) dokonywał przeglądów i kontroli, szukając najmniejszego choćby uchybienia. W normalnej sytuacji uchybienie ze strony westalki karane było karą chłosty, ale teraz, gdy lud ogarnęła obawa rozpadu państwa, bez wątpienia na tym by się nie skończyło. Taka dziewczyna, której udowodniono by jakąkolwiek winę - straciłaby życie i to zapewne w bardzo brutalny sposób. Nic jednak nie znaleziono. A przecież westalki poddane były bardzo surowym zasadom, nie tylko w kwestii zachowania dziewictwa (przez czas pełnienia tejże funkcji - czyli przez trzydzieści lat służby w zgromadzeniu, potem mogły wyjść za mąż i mieć dzieci, tym bardziej że do zgromadzenia trafiały jako małe dziewczynki - a żona, była westalka była niezwykle pożądaną partią. Spora część z nich jednak do końca życia pozostawała westalkami), ale także podczas służby "przy zniczu", udziału w modłach i ofiarach oraz sprzątania świątyni. To ostatnie mogłoby się wydawać nie warte odnotowania, jako że przybytek boskiej Wenery nie należał do dużych, ale "wieczne dziewice" nie mogły korzystać z miejskich akweduktów ani rzeki. Aby posiąść wodę, musiały westalki udać się do źródła Kamen niedaleko Porta Capena, jak w dawnych czasach króla Numy Pompiliusza (założyciela tego zgromadzenia). I tylko do tego świętego źródła udawała się kapłanka Westy z dzbankiem po wodę (a druga z Porta Capena do przybytku Wenery była dosyć długa). Sprzątanie też nie należało do łatwych, jako że nie wolno było westalce użyć zmiotki do wymiecenia śmieci, tylko musiały to czynić ręcznie, znosząc nieczystości w jedno miejsce (przy drodze kapitolińskiej) skąd były wrzucane do Tybru. 

Mimo to westalki były świętymi niewiastami i należąc do zgromadzenia, mogły nazywać się "siostrami", a także opuszczając świątynię towarzyszył im liktor, noszący rózgę dla powagi i ochrony. "Siostry" które spędziły w zgromadzeniu ponad dziesięć lat, miały także prawo do lektyki noszonej przez niewolników, a potęga ich wówczas była niesamowita. Skazani przestępcy, gdy upadli przed nimi na kolana błagając o łaskę, i gdy one im go udzieliły - musieli zostać uwolnieni, a wszelkie zarzuty anulowane. Poparcie westalki mogło również gwarantować politykowi zwycięstwo wyborcze. Wsparcia wśród "Milczących Dziewic" szukał również Karbon, ogłaszając decyzję o odbudowie świątyni Jowisza Kapitolińskiego. Nie było jednak zwojów Ksiąg sybillińskich, a bez tego Świątynia byłaby zupełnie bezwartościowa. Przypomniano sobie jednak że w małej mieścinie na brzegu Azji - w Erytre naprzeciw wyspy Chios, znajdują się podobne zwoje przepowiedni świętej oblubienicy Apollina - Sybilli i postanowiono zaraz po zakończeniu działań wojennych wysłać poselstwo do "czerwonego miasta" ("erythos" po grecku znaczy właśnie "czerwony") i ponownie przewieść te zwoje do Rzymu. Rok ten (83 p.n.e.) był jeszcze świadkiem innego, niecodziennego wydarzenia. Otóż Kwintus Sertoriusz - późniejszy buntownik, który postawił przeciw Rzymowi całą Hiszpanię, będący pod wrażeniem przepowiedni Sybilli o "trzech ciosach", po których ma nadejść odrodzenie i nowy wiek, w czasie którego ludzkość odnajdzie spokój na Wyspach Szczęśliwych, wyruszył okrętem na ich poszukiwanie i choć do nich nie dotarł, to jednak kolejna, finansowana przez niego wyprawa (bez jego udziału), minąwszy Słupy Herkulesa, dotarła do wysp, które uznało właśnie za owe miejsce wytchnienia dla ludzkości (były to Wyspy Kanaryjskie, skąd przywieziono białą łanię lernejską, z którą potem Sertoriusz się nie rozstawał, a często zamykał się z nią w jednym pomieszczeniu i przebywał tam godzinami, delektując się tym że owa łania mówi do niego językiem bogini Diany. Decyzje swoje zaś podejmował, kierując się z sympatiami i antypatiami owego zwierzęcia). A tymczasem w Grecji Lucjusz Korneliusz Sulla, biorąc gorące kąpiele i lecząc obolałe nogi, które pokryły się strupami, uniemożliwiając mu chodzenie - przygotowywał się do powrotu i zemsty na tych wszystkich, którzy upokorzywszy go i jego najbliższych, dopuścili się krwawych zbrodni i obrazy bogów




CDN.
 

WIZYTA W CIENIU INWAZJI - Cz. I

CZYLI JAK PRZEBIEGAŁA WIZYTA SOWIECKIEJ DELEGACJI z CHRUSZCZOWEM NA CZELE w POLSCE w PAŹDZIERNIKU 1956 r.





"Ledwo wysiadł, zaczął ostentacyjnie, z daleka wygrażać nam pięścią. Podszedł do generałów radzieckich, których stał cały rząd, i z nimi najpierw się witał. Potem dopiero podszedł do nas i znowu zaczął mi wywijać pięścią pod nosem"



 O tym, jak przebiegała w październiku 1956 r. - czyli w najbardziej zapalnym wówczas w Polsce okresie - wizyta sowieckiej delegacji z Nikitą Chruszczowem na czele, powstało wiele mitów i legend jeszcze w czasach PRL-u. Wielu ludzi opowiadało różne, często bardzo dziwne relacje z tego, co działo się na lotnisku rankiem 19 października 1956 r. gdy samolot z pierwszym sekretarzem Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego wylądował na płycie warszawskiego lotniska Okęcie. Relacje te były nie tylko często bardzo futurystyczne, ale również różniły się od siebie pod wieloma względami, ponieważ każdy twierdził, że zapamiętał to wydarzenie inaczej, a większość i tak słyszała to z drugiej lub trzeciej ręki. Niewątpliwym jednak jest, że w czasie gdy samolot wylądował na lotnisku, czekała tam już spora grupa ludzi złożona z kilkudziesięciu szoferów, funkcjonariuszy bezpieczeństwa, członków polskiej delegacji oraz sowieckich wojskowych. Tamta wizyta budziła sensację, ponieważ było oczywiste w jakim celu przyjeżdża tutaj Chruszczow i chociaż wszyscy znali odpowiedź na to pytanie, to i tak rodziły się najróżniejsze legendy związane z wizytą i trudno było doprawdy odsiać ziarno od plew i stwierdzić, co jest prawdą a co ubarwioną fikcją. Żyliśmy więc w tym nieuświadomieniu aż do 2008 r. gdy odnalazł się protokół z owej wizyty, w którym jasno jest napisane jak ona przebiegała, chociaż protokół ten spisany został dopiero pół godziny po przyjeździe delegacji sowieckiej do Belwederu. Jednak relacje świadków - takich jak choćby Edward Ochab, pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego Polski Zjednoczonej Partii Robotniczej w tamtym czasie i autor wyżej przeze mnie cytowanych słów - zdają się również przybliżać nam informacje o tym, co działo się tego poranka na samym lotnisku.

Nim jednak przyjdę do samego zdarzenia, warto tutaj przedstawić kilka słów o powodzie wizyty Chruszczowa i tej całej sowieckiej kamaryli w Polsce, a bezpośrednim powodem tej wizyty był człowiek o imieniu... Władysław Gomułka - komunistyczny aparatczyk, urodzony w 1905 r., członek Komunistycznej Partii Polski od 1926 r. Dwukrotnie aresztowany (raz uciekł z więzienia będąc na urlopie zdrowotnym w 1934 r. i udał się do Związku Sowieckiego, a drugi raz uwolniony został we wrześniu 1939 r. już w czasie wojny). W 1941 r. został członkiem Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) i publikował w lwowskiej gadzinówce wydawanej w języku polskim, czyli "Czerwonym Sztandarze". Latem 1941 r. wyjechał do Polski. Wiosną 1942 r. nawiązał kontakty z Polską Partią Robotniczą (czyli następczynią KPP). Od listopada 1943 do sierpnia 1948 r. pierwszy sekretarz Polskiej Partii Robotniczej (współwinny wszelkim okrucieństwom i bandytyzmowi jaki panował w tamtym czasie, można nawet powiedzieć że Gomułka wówczas był większym zwolennikiem krwawego rozprawiania się z żołnierzami Podziemia Niepodległościowego, niż taki Bierut czy Minc). W 1948 r. usunięty ze stanowiska, potem z partii i oskarżony o "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne". W sierpniu 1951 r. aresztowany i przewieziony do więzienia Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Miedzeszynie (było to luksusowe więzienie przeznaczone dla komunistów). W więzieniu nie był bity ani torturowany, a nawet częstokroć krzyczał na przesłuchujących go oficerów. Starano się oskarżyć go o działalność agenturalną na korzyść Zachodu, oskarżono go o to, że był agentem przedwojennego polskiego wywiadu (tzw. "Dwójki" czyli Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego), że do KPP wprowadził wielu agentów Dwójki, że potem w czasie okupacji współpracował z gestapo i dążył do rozbicia Polskiej Partii Robotniczej etc. etc. Aby zdobyć te oskarżenia i skazać Gomułkę (prawdopodobnie) na karę śmierci, torturowano ludzi z jego najbliższego otoczenia. Jego sekretarkę Wandę Podgórską zamknięto do celi, z której przez ścianę słyszała krzyki i jęki starej kobiety i młodej dziewczyny i powiedziano jej, że to jej matka i córka, a jeśli nie obciąży Gomułki zeznaniami, to one zostaną zamęczone. Podgórska płakała i kwiliła, co tylko powodowało radość wśród strażników. Myślała że oszaleje, wydawało jej się nawet że jest tukanem, że słyszy symfonię w swojej głowie, która zagłuszała jęki tamtych kobiet. Raz ubrała więzienne spodnie na ręce, a strażnicy śmiali się że właśnie odlatuje i mówili jej: "no pofruń, pofruń". Wreszcie zaczęła chodzić na czworakach, co jednak potęgowało tylko zabawę wśród personelu więzienia. Wreszcie podjęła głodówkę, ale na niewiele się to zdało, gdyż była przymuszana do jedzenia, a pokarm wlewano jej przez nos. Kilkukrotnie próbowała popełnić samobójstwo, próbując podciąć sobie żyły o kant sedesu lub łykając chlorek. Bezskutecznie.




Aresztowano i innych ludzi z bliskiego otoczenia Gomułki, jak choćby ministra aprowizacji Włodzimierza Lechowicza. Nad nim znęcano się w inny, "nowoczesny" sposób. Puszczano mu 24 godziny na dobę z magnetofonu słowa: "W dupę jebany minister aprowizacji", albo "Patrz jak on głośno połyka ślinę", lub "Ale się ślini". Efekt był taki że Lechowicz przestał połykać ślinę i dostawał silnego, kilkudniowego ślinotoku. Nocami zaś mówił do więziennego okna: "SOS, tu Lechowicz, tu minister Lechowicz, przestańcie szeptać". Stanisławę Sowińską wrzucono do karceru i wmawiano że wyrzekł jej się mąż, dawano jej jedną szczoteczkę do zębów wspólną dla innych więźniarek, zęby kruszyły jej się nawet na skórce od chleba. Zaś generałowi Józefowi Kuropiesce kazano w więzieniu stać przez 600 godzin, przez co doznawał halucynacji i majaczył. Gomułka był zaś traktowany o wiele lepiej od swoich współpracowników, miał nawet dostęp do książek, a czytywał bardzo dużo - co najmniej jedną książkę dziennie. Gomułka czasem płakał w celi, czasem dostawał ataków agresji lub szaleństwa. Często wrzeszczał na strażników, mówił że "oni" celowo zamknęli go w celi, że "oni" zakłamują rodowód polskiej lewicy, że "oni" nie rozumieją chłopstwa itd. Skarżył się też na powracające bóle postrzelonej podczas ucieczki przed policją w 1932 r. nogi. Deklarował też że nie popełnił niczego z zarzucanych mu oskarżeń. W latach 80 (jeszcze przed swą śmiercią w 1982 r.) opowiadał Marii Turlejskiej, że w czasie śledztwa trzymano w innej celi policjanta z Zagłębia który go aresztował w 1936 r. i chciano wymóc na nim, aby oskarżył Gomułkę o współpracę z przedwojenną policją. Pomimo tortur mężczyzna jednak nie obciążył go swymi zeznaniami, a Gomułka dodawał: "To był porządny człowiek, chociaż policjant". Władysław Gomułka siedział w więzieniu do grudnia 1954 r. (chociaż ostatni miesiące przebywał w szpitalu, jednak wciąż był pilnowany jak więzień). Przez cały ten czas nie postawiono mu żadnych zarzutów, nie wszczęto procesu, o nic nie oskarżono oficjalnie. Różne są opinie dlaczego tak postąpiono, niektórzy twierdzą że Gomułkę uratował Stalin, który chciał aby w PZPR powstała frakcja przeciwna Bierutowi z którą on musiałby się liczyć (oczywiście i Bierut i Gomułka byliby na pasku Stalina). Wydaje się jednak bardziej prawdopodobne co innego, a mianowicie to, że sam Bolesław Bierut (wówczas I sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) który osobiście nie znosił (a wręcz nienawidził) Gomułki i ten zresztą odpłacał mu się równą nienawiścią, że to on w przypadku braku ewidentnie obciążających Gomułkę dowodów, nie chciał doprowadzić do kompromitacji partii. Istnieje też i inne wyjaśnienie całej tej sytuacji. Bierut wiedział jaka jest struktura władzy w systemie komunistycznym i zdawał sobie sprawę że każdy komunista musi wcześniej czy później trafić do więzienia i zostać skazanym (za co, nie miało to już większego znaczenia, zgodnie z hasłem: "Dajcie mi człowieka, a paragraf sam się znajdzie"). Wiedział też, że on będzie następny. Stalin bowiem nie ufał wówczas nikomu i to nie tylko wśród swoich najbliższych towarzyszy, ale również wśród towarzyszy z partii sąsiednich ("bratnich" jak mawiano). Dopóki jednak nie skazano Gomułki, to nie mógł rozpocząć się proces Bieruta i wydaje mi się, że to było głównym powodem przeciągania śledztwa, aż do śmierci generalissimusa Josifa Wissarionowicza w marcu 1953 r. Zresztą słowa, jakie wypowiedział w październiku 1956 r. podczas owego spotkania Nikita Chruszczow, również były znamienne: "Towarzyszu Gomułka, nie opluwajcie towarzysza Bieruta. To był uczciwy, wspaniały komunista, jeden z lepszych synów narodu polskiego. Obyście mieli więcej takich Bierutów", na co Wiaczesław Mołotow dodał: "Pamiętajcie, towarzyszu Gomułka, że to, że zostaliście wśród żywych jest zasługą Bieruta".




Władysław Gomułka został oficjalnie zwolniony z więzienia (a raczej ze szpitala w którym był pilnowany) w Wigilię 1954 r. Trwała wówczas tzw. "odwilż postalinowska", choć nikt z owych komunistów nie wiedział jakie ona przybierze rozmiary i kogo pochłonie, a kogo wyniesie. Ucieczka w grudniu 1953 r do Berlina Zachodniego Józefa Światło - podpułkownika Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (który m.in. aresztował właśnie Gomułkę) i jego cotygodniowe seanse na falach Radia Wolna Europa, demaskujące rzeczywistość panującą w kraju (opowiadał m.in. o przywilejach władzy, o willach nowej komunistycznej elity, o sklepach za żółtymi firankami w których można było nabyć wszystko, w sytuacji gdy w kraju była prawdziwa powojenna bieda, ale przede wszystkim opowiadał o nieludzkich torturach i tym, czym zajmował się jako funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego). Wszystko to przeraziło ekipę Bieruta. Bolesław Bierut zmarł 12 marca 1956 r. w Moskwie, podczas wizyty na XX zjazd Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. Mówiono że "zabił go" referat Chruszczowa, potępiający Stalina i stalinizm. Nie wiadomo jaka jest prawda, wiadomo jednak że Bierut do końca pozostał zatwardziałym stalinistą i ten świat który nadchodził, ten nowy świat przerażał go. Nie potrafił się w nim odnaleźć, a do tego dochodziły jeszcze problemy ze zdrowiem, które zapewne spowodowały zgon. Przez ten czas od chwili wyjścia ze szpitala, Gomułka zyskiwał ogromnie na popularności. Jego dawni towarzysze, którzy w latach stalinizmu wyrzekali się go, oczerniali, a jego rządy nazywali "gomułkowszczyzną" lub "odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym", teraz na powrót chcieli być jego dobrymi kolegami, znajomymi, przyjaciółmi. W kwietniu 1956 r. - już po pochowaniu Bieruta - uchwalono w kraju amnestię i wypuszczono z więzienia 5000 osadzonych. Powoli dojrzewała nowa epoka, epoka w której rosło znaczenie Władysława Gomułki. Co ciekawe, to znaczenie Gomułki rosło bardziej wśród Polaków, niż wśród decydentów partyjnych. Polacy doznawali swoistej amnezji i na fali popularności jaką zyskiwał Gomułka, nie chcieli już pamiętać tego, że był on gorliwym współsprawcą tamtej epoki. Nie chciano pamiętać jego zaangażowania w uwięzienie i procesy żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Batalionów Chłopskich czy żołnierzy Drugiej Konspiracji (Żołnierzy Wyklętych, Niezłomnych). Nie chciano w nim widzieć komunisty, choć oczywiście zdawano sobie doskonale sprawę że w tamtych uwarunkowaniach politycznych ktoś, kto nie byłby komunistą, nie miałby żadnych szans uzyskać władzy. Wierzono jednak w to, że skoro Gomułka wycierpiał w więzieniu to, co inni w czasach, gdy był u władzy (choć akurat nie była to prawda, bo był traktowany zupełnie inaczej) to teraz doznał czegoś na wzór katharsis, wewnętrznego oczyszczenia, że się zmienił, że będzie inny. Że poprowadzi ich do nowego, lepszego świata, że może w ramach sojuszu ze Związkiem Sowieckim (co było oczywiste, bo nawet najwięksi optymiści nie zakładali wówczas że można wyjść z Układu Warszawskiego czy z RWPG) dojdzie do jakiejś głębszej zmiany, np. powstaną inne partie niż te, które do tej pory funkcjonowały i które były całkowicie sterowalne z Moskwy (czyli poza PZPR-em Stronnictwo Demokratyczne i Zjednoczone Stronnictwo Ludowe). To były rozbudzone marzenia, które potem Gomułka bezczelnie zgasi. Należy jednak pamiętać że nikt, żaden komunistyczny przywódca w Polsce nigdy nie miał takiego poparcia społecznego, jak Władysław Gomułka w październiku 1956 r.




Społeczeństwo polskie coraz otwarcie domagało się liberalizacji systemu komunistycznego, na co nadzieję pokładano chociażby w referacie wygłoszonym przez Chruszczowa na XX zjeździe KPZS. Szczególnie niezadowoleni byli robotnicy, którym podwyższano normy pracy, przy jednoczesnym pozostawieniu na takim samym poziomie głodowych pensji. 16 czerwca 1956 r. jako pierwsi przerwali pracę robotnicy Zakładów Przemysłu Maszynowego im. Stalina, a wkrótce dołączyli do nich pracownicy Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego oraz Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Poznaniu. Rozpoczął się więc strajk zakładów poznańskich. 14 czerwca do Polski powrócił z Londynu były premier Stanisław Cat-Mackiewicz, co również użsamiano z nastaniem nowych, bardziej liberalnych czasów i zamierzano przyśpieszyć ich pojawienie się, wymuszając na władzach ustępstwa. Aparat partyjny jednak w zakładach pracy nie zamierzał przychylić się do żądań robotników, a to spowodowało że robotnicy w czwartek 28 czerwca (potem nazwany "czarnym czwartkiem") wyszli na ulice Poznania. Strajkujący nieśli ze sobą flagi narodowe oraz transparenty z napisami "Chcemy chleba, sprawiedliwości i wolności", po drodze też do demonstrujących przyłączały się kolejne osoby, co spowodowało że wkrótce tłum protestujących urósł do 100 000 ludzi. W swym pochodzie tłum ten dotarł do Komitetu Wojewódzkiego PZPR, gdzie demonstranci zażądali przyjazdu przedstawicieli rządu. Władze partyjne wezwały milicję (co ciekawe, milicja miała prawo otworzyć ogień), ale milicjanci przeszli na stronę protestujących. Następnie robotnicy wysłali delegację na rozmowy z władzami miasta, ale szybko gruchnęła wśród protestujących wiadomość, że delegacja ta została aresztowana. Postanowiono więc zdobyć więzienie przy ulicy Młyńskiej. Udało się to osiągnąć bez walki, w wyniku czego uwolniono 250 więźniów (zdobyto też pewną ilość broni). Następnie ruszono pod budynek Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, znajdującego się na ulicy Kochanowskiego. Funkcjonariusze tego urzędu zabarykadowali się od środka, więc uczestnicy demonstracji obrzucili ich kamieniami. Ok. godziny 11:00 z budynku tego padły pierwsze strzały do robotników. Żołnierze KBW i ubecy strzelali do bezbronnych ludzi, robotników, tramwajarek niosących transparenty, a nawet do dzieci. Demonstranci zaczęli odpowiadać ze zdobycznej broni i wrzucać do budynku "koktajle Mołotowa". Zaczęto też budować barykady z przewróconych tramwajów i walki zaczęły się na całego. Początkowo na miejsce toczonych walk przybyli żołnierze Oficerskiej Szkoły Wojsk Pancernych i Zmechanizowanych, ale nie chcąc otwierać ognia do robotników, wycofali się do koszar (powstańcy za to - bo tak już należy ich nazywać - opanowali kilka czołgów). Wreszcie ściągnięto do Poznania 2 Korpus Pancerny i walki zaczęły się już w całym mieście. Mimo przeważającej siły ognia, powstańcom udało się opanować i rozbroić kilka posterunków Milicji Obywatelskiej.






Władze za najważniejszy cel postawiły sobie stłumienie tego ludowego powstania, dlatego też w nocy przybyły do miasta nowe posiłki. Łącznie z robotnikami i innymi mieszkańcami Poznania walczyło 2300 milicjantów oraz jakieś 10 000 żołnierzy, mających 360 czołgów i kilkadziesiąt pojazdów opancerzonych. Władze i dowódcy żołnierzom tym wmawiali że walczą przeciwko Niemcom, przeciwko niemieckiej rebelii jaka wybuchła w Poznaniu (swoją drogą to samo mówiono na Pomorzu w grudniu 1970 r.). Dlatego też żołnierze byli tak bezwzględni, bo rzeczywiście uwierzyli że walczą nie przeciwko swoim rodakom, a przeciwko Niemcom - być może nawet hitlerowcom. Pierwszego dnia walk powstańcy zniszczyli 31 czołgów, 8 samochodów pancernych i zdobyli 250 sztuk broni oraz znaczne ilości amunicji. Walki trwały również dnia następnego 29 czerwca, ale już w godzinach wieczornych milicja i ubecja wyciągali ludzi pochwyconych w trakcie walk, i po biciu, pakowali ich do milicyjnych suk i przewozili na posterunki. Tam zaczynał się kolejny etap tortur, a potem ładowano ich do wozów i wywożono do więzień, gdzie tortury rozpoczynała teraz służba więzienna. Do Zakładu Medycyny Sądowej przy ul. Święcickiego, zwożono zwłoki poległych w walce mieszkańców. Rodziny potem nadaremnie szukały swoich bliskich po kostnicach i szpitalach. 29 czerwca do Poznania przybył również premier Józef Cyrankiewicz, który tego samego dnia wygłosił swoje słynne przemówienie przez radio o tym, że ktokolwiek podnosi rękę na władzę ludową może być pewien, że mu tą rękę władza ludowa odrąbie... w interesie ludu pracującego oczywiście (potem, gdy na początku sierpnia Cyrankiewicz spotkał się z Gomułką na Pradze - nieopodal dawnego mieszkania Gomułki - i symbolicznie padli sobie w ramiona - bo spotykali się po raz pierwszy od chwili uwięzienia Gomułki, do czego Cyrankiewicz się w pewnym sensie przyczynił - ten właśnie wytknął mu mowę o odrąbywaniu ręki, po czym Cyrankiewicz stwierdził, że musiał tak powiedzieć po to, aby oni mogli się obaj dzisiaj tutaj spotkać. Twierdził że władza w czerwcu musiała pokazać swoją siłę przede wszystkim aby uspokoić Moskwę). 30 czerwca w Poznaniu było już spokojnie, chociaż aresztowania trwały nadal. Tego dnia na Cytadeli odbył się uroczysty pogrzeb pięciu zabitych w tych dniach żołnierzy KBW i ubeków (w tym pogrzebie uczestniczył Cyrankiewicz, a uroczystą przemowę wygłosił Edward Gierek - sekretarz Komitetu Centralnego PZPR, późniejszy I sekretarz partii). Nie wiadomo ile dokładnie ofiar pochłonęło Powstanie Poznańskie, szacuje się że między 70 a 100 osób zginęło wówczas (prace na ten temat trwają do dziś). Podczas pogrzebów ludzie również byli legitymowani przez milicję i ubecję, a aresztowania trwały w kolejnych dniach, bowiem szukano prowokatorów i agentów imperializmu (aresztowana 1 lipca Stanisława Sobańska tylko cudem przeżyła dwutygodniowe śledztwo i przesłuchanie, a po wyjściu z aresztu nigdy już nie powróciła do zdrowia i otrzymała pierwszą grupę inwalidzką). Śledztwa zaś ciągnęły się miesiącami.




A Gomułkę przez ten czas odwiedzali dawni towarzysze, którzy w czasach stalinizmu nie tylko się go wyrzekli, ale wręcz oskarżali o najróżniejsze agenturalne powiązania. "Towarzysz Wiesław" (bo taki m.in. Gomułka nosił pseudonim) sprawiał wrażenie jakby zapomniał dawne urazy, co tym bardziej powodowało, że stawał się coraz wyraźniejszym kandydatem nie tylko na premiera, ale również na I sekretarza Komitetu Centralnego Partii. Nie wszystkich jednak lubił i niekiedy wybuchał złością, jak choćby podczas jednej z rozmów ze swoją przyjaciółką Stanisławą Sowińską. Ona pytała: "Krążą pogłoski, że nie chcesz pertraktować z delegatami z kierownictwa, którzy przychodzą do ciebie?", na co Gomułka: "Za drzwi ich wyrzucam!", "Przeciąganie struny grozi rozlewem krwi, powinieneś rozmawiać", "Z kim?, z mordercami? Każdy z nich ma ręce we krwi unurzane, A ja mam ręce czyste! Na moich rękach nie ma ani jednej kropli krwi!", "Skoro nie ma lepszych w Biurze, należy mówić z tymi, którzy są", "Bzdury pleciesz! Będę ich wyrzucał za drzwi, tak, jak to zrobiłem przed Twoim przyjściem z Franciszkiem Mazurem. Specjalnie go nasłali, bo dobrze wiedzą że go szczególnie nienawidzę!", "Przecież nie jest gorszy od innych", "Ale Mazur to Żyd!", "Ukrainiec, nie Żyd", "Żaden Ukrainiec, to Żyd! Oszukali wszystkich, a mnie w pierwszym rzędzie. Kazali mu udawać Ukraińca. Chcieli mieć w Biurze Politycznym jeszcze jednego Żyda", do rozmowy wówczas włączyła się żona Gomułki Zofia: "Władek ma rację, Mazur to Żyd!". Franciszek Mazur nie był Żydem i rzeczywiście miał korzenie ukraińskie, natomiast Gomułce bardzo trudno było pewne rzeczy wyperswadować jak się przy czymś uparł. Natomiast tutaj uwidoczniła się niechęć Gomułki do Żydów, która zrodziła się jeszcze z czasów jego działalności w Komunistycznej Partii Polski w większości opanowanej przez Żydów, chociaż jego żona Zofia Szoken (którą poślubił w kwietniu 1951 r.) też była Żydówką.

Popularność Gomułki rosła jednak tak szybko, że przedstawiciele dwóch zwalczających się frakcji w PZPR czyli "natolińczyków" i "puławian" zaczęli zabiegać o jego "względy". Nazwa "natolińczycy" wzięła się od pałacyku w podwarszawskim Natolinie, dokąd zjeżdżali się przedstawiciele tej grupy. W czasach stalinowskich było to zarezerwowane tylko dla elity partyjnej, ale potem zaczęto "demokratyzować" partię i dopuszczać również doły partyjne, co powodowało że w Natolinie spotykali się członkowie partii ze środowisk wiejskich i robotniczych, tacy jak Wiktor Kłosiewicz, Franciszek Jóźwiak, Aleksander Zawadzki czy Kazimierz Mijal. Do nich też przylgnęło określenie "chamy". Uważali oni że nie było czegoś takiego jak stalinizm, a co najwyżej za wszystko zło obwiniali Stalina i Berię, w Polsce zaś Bieruta, Bermana i Minca. Nazwa zaś "puławianie" wywodzi się od ulicy Puławskiej w Warszawie, przy której - w dawnej kamienicy Wedla - mieszkało kilku przedstawicieli tej frakcji. Należeli do niej Leon Kasman, Roman Zambrowski, Julian Kole, Władysław Matwin, Roman Werfel i Jerzy Morawski - a ponieważ większość z nich miała korzenie żydowskie, to nazwano ich "żydami". I tak powstały dwie frakcje: chamy i żydy. O ile tamci jednak byli za utrzymaniem dotychczasowej linii partii, to puławianie nawoływali do liberalizacji systemu, mówili o samorządzie robotniczym, o zapewnieniu obywatelom bezpieczeństwa przed samowolą bezpieki, twierdzili że należy przeprowadzić reformy gospodarcze i uwzględnić przynajmniej częściowe elementy gospodarki kapitalistycznej, że w partii należy przeprowadzić demokratyczne wybory i wyłonić władze w ten właśnie sposób, a nie w sposób odgórny. Wszystko ładnie pięknie, problem polegał tylko na tym, że to właśnie puławianie byli najbardziej umoczeni w zbrodnie stalinizmu. Wtedy byli najbardziej stalinowscy, teraz stali się najbardziej liberalni, nie znali umiaru, ani wtedy ani teraz. Z puławianami utożsamiało się wielu działaczy młodszego pokolenia, studentów i inteligentów, natomiast z natolinem trzymał aparat biurokratyczny i nowy narybek partii pochodzący z awansu społecznego. Te dwie frakcje zaczęły ubiegać się teraz o względy towarzysza Wiesława.

Władysław Gomułka nie był zaś wrogiem Związku Sowieckiego. Późniejsza historiografia starała się w nim ujrzeć swoistego "polskiego komunistę", człowieka który przede wszystkim odwoływał się do - swoiście pojmowanego - ale jednak patriotyzmu i który był przeciwny internacjonalizmowi. Rzeczywiście wśród wypowiedzi Gomułki - nawet tych z lat 40-tych - można znaleźć wiele takich smaczków, które mogłyby potwierdzać wyżej przytoczone słowa. Należy jednak pamiętać że "nacjonalizm" Gomułki (jeśli w ogóle można to tak nazwać) opierał się tylko i wyłącznie na tym, aby Sowieci nie wtrącali się do spraw Polski (potem, gdy objął już funkcję pierwszego sekretarza, też przede wszystkim chciał mieć jak największą swobodę wewnętrzną i nie chciał żeby "radzieccy" - jak ich wówczas nazywano - wtrącali mu się spraw polskich. Tak jak to było wcześniej, za Bieruta czy również za Ochaba, który został I sekretarzem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej po śmierci Bieruta w marcu 1956 r. Zresztą należy pamiętać, że wówczas innego komunizmu nie znano jak tylko stalinowski, bo nie było wcześniej żadnych innych precedensów). Tak więc gdy w dniach 18-28 lipca odbyło się VII Plenum Komitetu Centralnego PZPR ("Siódme Plenum spółdzielni Zenum" - zabawne powiedzenie z "Misia"), doszło tam wówczas do starcia owych dwóch frakcji w PZPR-e czyli natolińczyków i puławian, którzy zabiegali o względy Władysława Gomułki (ten wrócił do życia politycznego po okresie uwięzienia, z początkiem maja 1956 r.). Natolińczycy (wspierający chociażby "marszałka" Polski Konstantego Rokossowskiego) w poznańskim Powstaniu (czy też raczej - jak oni mówili - buncie) z 28 czerwca, widzieli przede wszystkim działania o charakterze agenturalnym i kontrrewolucyjnym i to właśnie przedstawiciele tej frakcji dowodzili stłumieniem tego ludowego zrywu. Puławianie zaś (zgodnie z prawdą) twierdzili że w bunt był protestem o charakterze ekonomicznym. Ostatecznie podjęto kompromisową dyrektywę, że owe wydarzenia miały podwójne dno. Pierwszy szeroki, formowany przez robotników i pokojowy protest, przerodził się jednak w bunt, którym kierowali rebelianci i agenci Zachodu (nurt węższy). Podjęto więc decyzję o zwołaniu masówek w zakładach pracy (jak zwykle zresztą) i publicznym potępieniu przez robotników "wydarzeń czerwcowych" w Poznaniu. Na owym VII Plenum podjęto również decyzję o uchyleniu zarzutów i oddaniu legitymacji partyjnych Władysławowi Gomułce, Zenonowi Kliszko i Marianowi Spychalskiemu (wszyscy oni byli uwięzieni wraz z Gomułką, choć oczywiście przebywali w oddzielnych celach). Stało się to 2 sierpnia 1956 r. (choć oficjalnie poinformowano o tym dwa dni później).

Gomułka miał teraz pewien problem, ponieważ zarówno puławianie jak i natolińczycy zaczęli coraz bardziej natarczywie zabiegać o jego "względy". Lepszą dla niego opcją było oczywiście wsparcie natolińczyków, jako że to właśnie wśród puławian znaleźli się ci, którzy potępili go zarówno w 1948 r. (gdy oskarżono go o "odchylenie prawicowo nacjonalistyczne" i usunięto z partii, jak i potem, gdy został uwięziony w 1951 r.). Problem polegał jednak na tym, że ci niewiele byli w stanie mu dać, a poza tym nie gwarantowali mu niezależności od "radzieckich" (biorąc pod uwagę że wspierali takie postacie, jak choćby Rokossowski, Nowak czy Jóźwiak - za którymi mocno opowiadała się Moskwa). Znacznie więcej mógłby uzyskać od puławian, ale to znowu byli znienawidzeni przez niego "żydzi", którzy wcześniej doprowadzili do jego upadku. Puławianie zresztą z jednej strony mizdrzyli się do Gomułki, z drugiej się go bali i często go krytykowali (na przykład na Uniwersytecie Warszawskim w rozmowie ze studentami krytykowano różne postępowania "towarzysza Wiesława", a czynili to właśnie przedstawiciele tej frakcji w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej). Na początku sierpnia Gomułka spotkał się na Pradze z premierem Józefem Cyrankiewiczem (o czym wspomniałem wyżej). Poparł go też Edward Ochab (czyli obecny I sekretarz PZPR), też należący do frakcji puławian (a przynajmniej przez nią wspierany). Gdy Ochab we wrześniu 1956 r. wyjeżdżał na VIII zjazd Komunistycznej Partii Chin, spotkał się na lotnisku z Cyrankiewiczem, który stwierdził, że Gomułce należy zaproponować jakieś stanowisko, a Ochab dał Cyrankiewiczowi pod tym względem wolną rękę. Ten, na drugi dzień spotkał się z Gomułką i zaproponował mu stanowisko premiera, czyli swoje własne (Cyrankiewicz doskonale wiedział, że ambicje Gomułki są znacznie większe i sięgają I sekretarza i że nie przyjmie on stanowiska premiera. Tym samym doskonale ustawił się w pozycji drugiej osoby w państwie u boku Gomułki). I tak też się stało, Gomułka odrzucił ofiarowaną mu funkcję premiera rządu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Teraz pragnął już tylko największej władzy, władzy partyjnej (zresztą Ochab też zdawał sobie z tego sprawę i nie trzymał się kurczowo tego stanowiska). Sprawa była rozwojowa, ale żadnych z tych posunięć nie konsultowano z Moskwą - a to wkrótce miało się zemścić.


CDN.

20 listopada 2025

ŻONY ZE STEPFORD - Cz. I

NIEZWYKLE CIEKAWA 
KOBIECA INICJATYWA





"Żony ze Stepford" - o tej książce Iry Levina z 1972 r. słyszeli chyba wszyscy (a przynajmniej wielu), szczególnie że została ona aż dwukrotnie zekranizowana (w 1975 i 2004 r.). W każdym razie książka jak i film nie spodobały mi się. Wizja sterowalnego społeczeństwa, gdzie wszystkie czynności są wykonywane natychmiast przez żywe roboty, a w tym przypadku odgórnie kontrolowane kobiety, całkowicie ubezwłasnowolnione, ale nie będące ani w niewoli ani też nie wyrażające na to zgody, w ogóle do mnie nie przemawia. Nie lubię takich filmów, gdyż odbierają one człowiekowi przyjemność z doświadczania kobiecej uległości, nie będę więc rozpisywał się na temat książki Levina ani filmów Bryana Forbesa i Franka Oza (ten drugi z Nicole Kidman w roli głównej). Chciałbym się skupić na zupełnie innym temacie, a mianowicie na... realnie istniejącej kobiecej organizacji o tej samej nazwie ("Żony ze Stepford"), której członkinie za swój główny cel uważają powrót do relacji damsko-męskich z lat 50-tych i to nawet w niezwykle skrajnej formie. 

Organizacja działa w zachodnim Connecticut, a ja początkowo myślałem że jest to jakaś grupa pasjonatów i fanów filmu, lub też ludzi, którzy w taki sposób lubią spędzać swój wolny czas. Okazuje się jednak że byłem w błędzie - organizacja jest realna (nie hobbystyczna), a kobiety które ją tworzą, naprawdę pragną powrotu innych niż obecnie praktykowane przez feminizm, relacji z mężczyznami. Pozwolę sobie w punktach wypisać wszystkie postulaty, jakie panie Irene, Pree, Carolyn, Stephanie, Clarissa, Blair, Liz, Muff zwana Sisi, Jane, Maddy i Connie praktykują i wcielają w życie, aby poprawić swe relacje z mężami i stworzyć lepszy, cieplejszy dom dla rodziny. Oto one (na początek oficjalne cele):



CELE ORGANIZACJI


1) Organizacja Żon ze Stepford uznaje mężczyznę za głowę rodziny i pielęgnuje tradycyjną rodzinę. Wierzymy w to że tradycyjna rodzina jest nadal dobrym, zdrowym pomysłem, który można wprowadzić w dzisiejszy dzień wraz z nowymi rozwiązaniami.

2) Organizacja Żon ze Stepford wspiera pomysł pracy domowej żony, która nie jest tylko wesołą domową boginią, ale również fantastyczną modnisią, damą o dobrych manierach, dobrze wychowaną, posłuszną żoną, zawsze stawiającą swego mężczyznę na czele.

3) Organizacja Żon ze Stepford wspiera i promuje przebywanie matek w domu.

4) Organizacja Żon ze Stepford celebruje najlepsze wzorce z lat pięćdziesiątych.

5) Organizacja Żon ze Stepford wierzy w wolność każdego, kto chce realizować swoje marzenia. Nigdy nie krytykujemy decyzji innych ludzi co do ich sposobu życia. Jeśli mamy własną opinię - co się rzadko zdarza - mówimy o tym cicho do naszych mężów. Opinie naszych mężów są naszymi opiniami. 

6) Organizacja Żon ze Stepford uważa, że kobiety powinny starać się spędzać cały swój wolny czas na upiększaniu swej urody, ponieważ kobiety ze Stepford mają być widziane a nie słyszane. Milczymy i mówimy tylko wtedy, gdy komplementujemy i podziwiamy naszych mężów.




7) Organizacja Żon ze Stepford nie rozumie ruchu feministycznego i wyboru kobiet, które wolą wyjść w szorstki i profesjonalny świat mężczyzn, ale wspieramy te kobiety, które pracują poza domem, jeśli uzyskały one na to zgodę swych mężów.

8) Organizacja Żon ze Stepford uważa że my jako kobiety powinnyśmy czcić decyzje naszych mężów jako ostateczne, mające władzę nad naszym życiem. Nasi mężowie to nasi doradcy mody: decydują, w co się ubieramy. Są naszymi krytykami kulinarnymi: mówią nam co powinnyśmy ugotować a czego nie. Są naszymi doradcami politycznymi: decydują w jaki sposób powinnyśmy głosować. Są naszymi przewodnikami intelektualnymi: mówią nam co i jak powinnyśmy myśleć.

9) Organizacja Żon ze Stepford uważa, że my jako kobiety nie powinnyśmy myśleć o fizycznej przyjemności dla siebie. Wierzymy że każdego dnia powinnyśmy zachować naszą czystość, aby potem spełnić kaprysy naszych mężów. Nasi mężowie, jako mężczyźni, mają wyłączny dostęp do naszych ciał. Nauczyłyśmy się od dawna, że jako żony nie mamy prawa oczekiwać ani doświadczać fizycznej satysfakcji.

10) Organizacja Żon ze Stepford wierzy w doświadczenie naszych mężów i pozwala im podejmować wszystkie decyzje mające wpływ na nas i na nasze gospodarstwa domowe. Uważamy że nasi mężczyźni są najlepsi, są numerem 1. Są to nasi obrońcy, nasi rycerze, a także jak dodała Helen B. Andelin: "Krąg, wokół którego obracają się wszystkie inne czynności naszego życia"

11) Organizacja Żon ze Stepford nie jest w żaden sposób powiązana z grupami fetyszystycznymi, transseksualnymi, dewiacyjnymi lub alternatywnymi. Nie popieramy żadnych grup fetyszystycznych, transpłuciowych, gejowskich, dewiacyjnych ani alternatywnych. Nie propagujemy gier fabularnych, fantasy ani BDSM. Promujemy tradycyjne wartości rodzinne i pozytywne nastawienie do małżeństwa. Kobiety ze Stepford wierzą w czysty sposób życia, który promuje zdrowe środowisko dla małżeństwa i dzieci.   


 To tyle, jeśli chodzi o główne cele organizacji "Żon ze Stepford", a teraz opiszę wygląd, maniery i ubiór jakimi powinna wykazywać się kobieta, oraz obowiązki żony względem jej męża



 WYGLĄD


Bądź obrazem tradycyjnej kobiecości. Zrób sobie włosy i paznokcie i bądź cały czas dobrze ubrana, nawet jeśli idziesz na podjazd, żeby przynieść pocztę. Pamiętaj że musisz osiągnąć w tym perfekcję.


1) Zawsze noś makijaż.

2) Zawsze dbaj o włosy.

3) Jeśli nie jesteś dobrze wyposażona w obszarze tułowia, użyj wkładek do biustonoszy.

4) Jeśli nie jesteś za cienka, obwiąż piersi paskiem.

5) Noś ciasne, ale konserwatywnie przycięte ubrania, aby pokazać swoje "aktywa". Zawsze pamiętaj aby nosić fartuch podczas prac domowych.

6) Spójrz w lustro. Wyobraź sobie siebie jako dziewczynkę w reklamie telewizyjnej; powinnaś zawsze wyglądać bezbłędnie. Obraz żony ze Stepford jest obrazem osoby, która jest zdrowa i dba o siebie.






CZYNNOŚCI


Teraz jesteś gotowa na rozpoczęcie dnia. Jesteś domową boginią, twój dom jest twoją świątynią. Twój drugi dom, z dala od pierwszego to supermarket. Jedyna wyższa siła, przed którą się tłumaczysz ze swoich czynności, to mężczyźni w twoim życiu. To znaczy w kolejności: twój mąż, twój syn oraz inni mężczyźni.


1) Czystość, czystość i jeszcze raz czystość. Wszystko musi być bez skazy.

2) Gotuj.

3) W supermarkecie wszystkie rzeczy w koszyku muszą być przez ciebie dokładnie uporządkowane.



 MANIERY


Żony ze Stepford są wzorem etykiety. Są ciche i jeśli mówią to cicho. Używają dobrych manier, często przepraszają i są wiecznie wesołe. Uśmiech żon ze Stepford jest wyrazem ich uległości.


1) Zawsze zachowuj się w sposób uprzejmy i łagodny, nawet jeśli jesteś sama. Etykieta i dobre maniery zaczynają się właśnie w domu, gdy nikt nie patrzy.

2) Nigdy nie podnoś głosu.

3) Zawsze mów "proszę" i "dziękuję" za najmniejsze rzeczy, publicznie i prywatnie.

4) Zawsze przepraszaj za najmniejsze uchybienia, publicznie i prywatnie.

5) Nie miej żadnych mocnych opinii na żaden temat, chyba że wyrażasz entuzjazm co do produktów do czyszczenia, żywności lub przepisów.

6) Twój mężczyzna jest numerem 1. On jest najważniejszym elementem w twoim życiu. Odpowiadasz najpierw na jego pytania, potem na syna, a potem na innych mężczyzn (tylko wtedy, gdy z tobą rozmawiają). 

7) Nie czytaj, nie masz na to czasu.



OBOWIĄZKI ŻONY


Podstawowym obowiązkiem żony jest zadowolić swego męża.


1) Zawsze go witaj u drzwi z wesołą twarzą i delikatnym, kochającym głosem.

2) Umyj się, zrób makijaż, wyperfumuj się na jego powitanie.

3) Na początku poinformuj męża o dobrych wieściach, skargi (stopniowane) przekaż dopiero po miłym i dobrym obiedzie.

4) Zawsze ubieraj się tak, aby zadowolić swego męża. Jego i tylko jego, nikogo innego.

5) Podczas rozmowy z mężem, mów do niego miękkim, łagodnym głosem.

6) Nie ubieraj się dla innych kobiet, nie konkuruj z nimi. Ubieraj się jedynie dla męża.

7) Gdy gotujesz, sprzątasz, lub wykonujesz pracę wymagającą wysiłku fizycznego, zawsze staraj się nosić odpowiednie ubrania (pamiętaj o fartuchu podczas gotowania), ale gdy nim mąż wróci, wykąp się, przebież w jego ulubioną sukienkę, użyj jego ulubionych perfum i tak powitaj swego męża.

8) Nie proś męża o wiele niepotrzebnych rzeczy. Rozważ swoje potrzeby.

9) Zawsze staraj się zadowolić swoich gości i członków rodziny męża.

10) Nie utrzymuj przyjaźni z osobami, z którymi on tego nie czyni.

11) Nigdy nie pozwól, aby obcy mężczyźni zostali z tobą sam na sam, gdy męża nie ma w pobliżu. 

12) Jeśli twój mąż chce coś zrobić, albo chce abyś ty coś zrobiła, zrób to z uśmiechem. Powiedz "nie" tylko wtedy, gdy spowoduje to nieodwracalne uszkodzenie ciała, psychiki lub morale. 

13) Jeśli twój mąż jest zły, milcz. Zawsze pierwsza staraj się go przeprosić.

14) Nie wychodź z domu bez jego pozwolenia. Jeśli musisz wyjść, zadzwoń do niego i daj mu znać gdzie i kiedy będziesz.

15) Zawsze staraj się poprawić humor swemu mężowi, bądź mu posłuszna i podporządkowana.



PRZEWODNIK ORGANIZACYJNY  
"ŻON ZE STEPFORD"
POWITANIE MĘŻA, 
WRACAJĄCEGO Z PRACY


  • 16:30 - W ostatniej chwili sprawdź, czy kolacja jest już gotowa. 

  • 16:45 - 17:15 - Odśwież makijaż, uczesz włosy i upewnij się że twoja sukienka jest podniecająca.

  • 17:15 - 17:30 - Przygotuj jego ulubiony, orzeźwiający zimny napój i podaj go na małej tacy.

  • 17:30 - 17:35 - Twój maż jest już w domu! Zrób największy uśmiech jaki potrafisz i powitaj go, przytulając się do niego i powiedz: "Witaj w domu kochanie".

  • 17:35 - 17:40 - Pomóż mu zdjąć płaszcz i rozwiąż buty, podaj mu pantofle. Podaj mu drinka, który wcześniej przygotowałaś. Spytaj się jak minął mu dzień (jeśli niechętnie odpowiada, nie kontynuuj tematu, powiedz po prostu: "Cieszę się że już jesteś w domu").

  • 17:41 - 18:00 - Upewnij się że obiad jest ładnie ułożony na stole.

  • 18:00 - 18:45 - Twój mąż je obiad, staraj się mu dogodzić, jeśli cie poprosi abyś coś przyniosła z kuchni, zrób to. Jeśli przez to wystygnie ci twój obiad, to nic, zjesz później, zresztą to dobrze zrobi dla twojej talii.

  • 18:45 - 19:00 - Po obiedzie zapytaj męża czy jest jeszcze coś, czego pragnie i co mogłabyś spełnić, jeśli niczego nie chce, pozwól mu odpocząć, wróć do kuchni. Jeśli chce z tobą porozmawiać - usiądź i słuchaj. Nie przerywaj, nie odzywaj się póki nie skończy.





JAK POWINNAŚ SIĘ ZACHOWYWAĆ
WOBEC SWOJEGO MĘŻA, 
GDY JESTEŚ POZA DOMEM?


Wyjście ze swoim mężczyzną to jedna z przyjemności związku: nie tylko korzystasz z męskiej ochrony gdy jesteś w miejscu publicznym, ale także zyskujesz męskie uznanie i uprzejmość. Kiedy kobieta wychodzi z mężem, dynamika zachowań w miejscach publicznych jest nieskończenie inna niż wtedy, gdy idzie sama. Oto lista zachowań, które my, członkinie organizacji Żony ze Stepford powinnyśmy stosować, gdy jesteśmy z mężem poza domem.


1) Jeśli mąż podejmie decyzję, nie kwestionuj jej. Powiedz: "Myślę że to mądry wybór" lub po prostu: "Masz rację".

2) Przeproś swego męża za najmniejszą rzecz. Nie trzeba się wcale wysilać aby powiedzieć "przepraszam" z uśmiechem.

3) Zawsze ubieraj się dobrze, ale ubieraj się zachowawczo. Pamiętaj, że ubierasz się seksownie tylko w zaciszu swojego domu, dla swojego mężczyzny. 

4) Prezentuj się w sposób godny, czysty i skromny.

5) Zawsze dziękuj swojemu mężowi, gdy podstawia krzesło, trzyma drzwi lub pomaga tobie.

6) W restauracjach zawsze mężczyzna zamawia dla was obojga. Pozwól mu zdecydować co wybrać, lub jeśli cię zapyta co chcesz, spytaj go co według niego może być dobrym daniem. Zawsze akceptuj jego decyzje i pamiętaj podziękować mu za pyszny obiad, gdy wychodzicie z restauracji. 

7) Jeśli z jakiegoś powodu twój mężczyzna denerwuje się lub beszta cię przed obcymi, nie mów: "Czy możemy to omówić w domu?". Przyjmij odpowiedzialność i potulnie powiedz "przepraszam" z żalem i uśmiechem. 

8) Pamiętaj aby zawsze uśmiechać się do swojego mężczyzny. To pokazuje że jesteś tam aby go zadowolić






JAK POWINNAŚ SIĘ UBIERAĆ?


Pamiętajcie, że Żony ze Stepford ubierają się nie dla siebie, ale po to aby podobać się swemu mężczyźnie. Oto najpopularniejsze przykłady ubiorów, jakie powinny preferować Żony ze Stepford.


 "MAŁA DZIEWCZYNKA TATUSIA"

 Chociaż nie ma konkretnego sposobu ubierania się dla Żon ze Stepford, to jednak my, dziewczyny cenimy pewne style i symbole w naszych codziennych strojach. Zaczynamy od prostego stylu: "Mała dziewczynka tatusia". Przenosi on nas w czasy dzieciństwa, gdy byłyśmy niezamężnymi, małymi dziewczynkami, grzecznymi i posłusznymi męskim członkom naszego domostwa. Ten styl przypomina nam także, aby zawsze pozostać wiernym naszemu powołaniu jako żony. Ubieranie się w ten sposób pokazuje również naszym mężom, że wciąż jesteśmy małymi dziewczynkami, które teraz bawią się w naszym domu, dbając o mężów. 


UBRANIE:

 Nie ma konkretnego nakazu w tej kwestii, ale sukienki powinny mieć wiele wstążek, kokardek, falbanek i koronek. Ubrania powinny być zawsze czyste, ładne i młodzieńcze o jasnych (białych, różowych lub jasnozielonych, ewentualnie jasnoniebieskich) kolorach. Wszystko to podkreśli naszą kobiecą delikatność a jednocześnie pokaże naszym mężom, że aby utrzymać ładny wygląd, wkładamy w to mnóstwo pracy. Robimy to przecież dla naszych mężów, którzy na pewno to docenią.


 KOKARDA STEPFORD

 Żony ze Stepford preferują ubrania w tradycyjnym stylu z lat 50-tych. Sukienki, bluzki, garsonki powinny mieć schludną kokardę w jasnych kolorach. Kokarda sugeruje naszym mężom, że jesteśmy darami, gotowymi do rozpakowania, ale tylko w zaciszu naszych domów, za zamkniętymi drzwiami i tylko do dyspozycji naszych mężów. 


KODEKS STROJU ŻON ZE STEPFORD

Nie ma żadnego - możesz ubierać się w dowolny sposób, w jaki chce cię widzieć twój mąż, lub jaki ty sama wybierzesz (za jego pozwoleniem). Na przykład, jedna z naszych dziewcząt, Liz ma męża który bardzo lubi podróże lotnicze. Chociaż Matthew zajmuje się robotami budowlanymi i rzadko lata samolotem, to sympatia dla ładnych, wesołych stewardess została mu od dzieciństwa. Zanim Liz poznała Matthew, była starszym wiceprezesem w firmie finansowej na Manhattanie. Była to jednak praca pełnoetatowa, a Liz uważała, że traktowanie swego męża jak króla było zadaniem, które musiało zostać wykonane perfekcyjnie. Poprosiła więc Matthew o zgodę na porzucenie pracy i pozostanie w domu na pełny etat. Liz zauważyła, że jej służbowe garnitury bardzo przypominają uniformy stewardess. Zaniosła więc te ubrania swoim krawcowym, aby je lepiej dopasować. Matthew był zauroczony już pierwszego dnia, gdy wrócił z pracy, żona powitała go ubrana jak dyrektor generalny z listy 100 najbogatszych firm na giełdzie. Obdarzyła go uściskiem i pocałunkiem, a potem powiesiła mu kurtkę i klęknęła aby rozwiązać jego buty. Myśl, że młoda kobieta - która mogła podejmować przełomowe decyzje w międzynarodowych holdingach - porzuciła świat biznesu po to tylko, aby zająć się jego osobistymi potrzebami, wzmocniła jego męską dumę. Kiedyś była wiceprezesem, mającym pod sobą wielu pracowników (w tym także mężczyzn), a dziś kroczy entuzjastycznie u boku Matthew i oczekuje z niecierpliwością na każdy rozkaz swego biologicznego szefa. Takie jest prawo mężczyzny do decydowania o losie własnej żony i dania jej prawa do bycia na każde jego wezwanie. My, dziewczyny ze Stepford na pewno to popieramy. 


PAS DO POŃCZOCH

Pora nocna, to pora na kremy, odżywki na odchudzanie i różnorodne praktyki poprawy skóry, ale Żona ze Stepford również w łóżku powinna umieć ubierać się seksownie, aby powitać w nim swego mężczyznę. Pas do pończoch jest zasadniczo związany z męską fantazją (kobiety tak ubrane były na kalendarzach, plakatach i na amerykańskich bombowcach i myśliwcach podczas II Wojny Światowej), dlatego też, jeśli w garderobie żony znajduje się jakiś niezbędny element, to jest nim właśnie pas do pończoch. Noś swoje pasy wraz z pończochami, podobnymi jak te z epoki vintage. Możesz je wygodnie nosić do łóżka z pasującymi majtkami. Organizacja Żon ze Stepford zaleca, aby kobiety od czasu do czasu nosiły pasy do pończoch bez majtek, aby tym samym zachęcić swego męża do nocy pełnej spełnienia.






PRZEWODNIK PO WSPANIAŁYM SEKSIE
ŻON ZE STEPFORD


Czuję się trochę zakłopotana, gdy o tym piszę, ale jestem skłonna podzielić się tym, wierząc, że przyniesie radość i spełnienie niezliczonym żonkom. My, kobiety ze Stepford wspominaliśmy już wcześniej, że my, jako żony i kobiety, zrezygnowaliśmy z osobistej satysfakcji, aby skupić się w 100 procentach na sprawianiu przyjemności naszym mężom. Pamiętaj, że każda sekunda, którą tracisz na własne zadowolenie, oznacza utraconą sekundę przyjemności twego męża, należną mu z racji jego płci. Chociaż my tutaj w organizacji wszystkie uważamy, że obrzezanie kobiet jest barbarzyńskie, błędne i powinno być zabronione, uważamy również, że na pewnym poziomie pierwotna intencja i motywacja stojąca za praktyką, nie są aż tak dalekie od zasad, które kobiety podtrzymują w Stepford. Same zachowujemy się w podobny sposób, jak kobiety które realnie zostały obrzezane, co jest równoznaczne ze zmniejszeniem się libido i kojarzone z kulturalnymi ideałami kobiecości i skromności, które obejmują pojęcia: "Kobiety są czyste i piękne, po usunięciu części ciała które są uważane za "nieczyste". W naszym świecie dziewczęta w organizacji uważają, że danie mężczyźnie fizycznej satysfakcji jest jednym z największych kobiecych osiągnięć. Ogromna korzyść płynąca z tego, że dajemy mężczyźnie satysfakcję, jest już dla nas wystarczającą nagrodą. Nasze osobiste spełnienie seksualne nie jest warte rozważenia, w porównaniu do fizycznej przyjemności mężczyzny. Uważamy również, że gdy jesteśmy same, powinnyśmy powstrzymać się od samozadowolenia. Nadużywanie naszych ciał, pod nieobecność naszych mężów, jest nie tylko nieczyste, ale usuwa mężczyznę z przejęcia aktu seksualnego. Tylko nasi mężczyźni są jedynymi, którzy mogą zainicjować akt seksualny. Sekretem seksualnego spełnienia Żon ze Stepford jest właśnie mantra, powtarzana zawsze i wszędzie (w sypialni, kuchni, łazience, pralni): "Nie mam prawa". Dopóki pamiętasz te trzy słowa, szczerze wierzymy że osiągniesz najwyższy stopień spełnienia jako zamężna kobieta.   


 DOBRE MANIERY PRZY STOLE


Dziewczyny w naszej organizacji mają indywidualne zasady przy stole, choć jest jedna główna - nigdy nie jemy obiadu bez obecności naszych mężów, na tym podobieństwa się kończą. Na przykład Carolyn, moja siostra, zawsze krąży nad Jamesem, podając mu posiłek, dolewając drinka, potem siada i słucha jak minął mu dzień. Ja siedzę z pustym talerzem przed Charlesem gdy je. Nie wstaję, dopóki czegoś nie potrzebuje. To, czego Charles nie dokończy zjeść, zrzuca na mój pusty talerz i ja potem zjadam wszystko, to czego on nie dokończył. Zarówno Georgina jak i Jane pięknie się ubierają i siedzą cicho, uśmiechają się do swoich mężów, podczas gdy oni jedz. Niekiedy pan Thomas (mąż Georginy) mówi jej aby usiadła w drugim pokoju, póki on je. Większość dziewczyn nie jada wraz ze swymi mężami, gdyż wiedzą że najważniejsze jest dbanie o szczupłą figurę. Jedzą więc w kuchni, w trakcie przygotowywania posiłku dla swego mężczyzny. 






NACZELNE ZASADY ŻON ZE STEPFORD

"CZŁOWIEK Z AKSAMITU I STALI"
(1972 r.)


 "Człowiek z Aksamitu i Stali" został napisany w 1972 r. i chociaż jest przede wszystkim przewodnikiem dla mężczyzn, pomyśleliśmy, że podzielimy się naszymi wyróżnionymi fragmentami, ponieważ również jest to przewodnik dla kobiet ze Stepford, oto niektóre z ulubionych wśród naszych dziewcząt cytatów:


"Kobiety muszą wrócić do swoich domów i służyć swoim mężom. Za dużo myślą o tym co chcą robić, a nie o tym co powinny robić".

"Mężczyzna jest fizycznie, emocjonalnie i moralnie predestynowany do tego, aby przewodzić"

"Kobieta jest podporządkowana swemu mężowi we wszystkim. To on decyduje i trzyma wodze rodziny. A jednak kobieta w równym stopniu ponosi odpowiedzialność za rodzinę"

"Kobiety i dzieci potrzebują męskiej ochrony. Należy je uchronić przed sytuacjami, w których mogłyby zostać obrażone, poddane presji lub w jakikolwiek sposób narażone na przemoc"

"Kobieta może być zupełnie nieczuła w obecności zwykłych mężczyzn, ale spotykając męskiego, silnego mężczyznę, czuje się nagle jak kobieta i budzi on w niej podziw i respekt



 W KOLEJNEJ CZĘŚCI: CZY KOBIETY POWINNY GŁOSOWAĆ, CO CZYTAĆ i JAK POPRAWIĆ SWOJE RELACJE Z MĘŻEM i DZIEĆMI, BĘDĄC KOBIETĄ WYZWOLONĄ, WYCHOWANĄ W CZASACH FEMINIZMU i tzw.: RÓWNOUPRAWNIENIA? A TAKŻE... TAJEMNICZA, ANTYMISTYCZNA SZKOŁA DLA DZIEWCZĄT


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...