WYŚWIETLENIA

17 listopada 2025

KOSMICZNE OPOWIEŚCI - Cz. I

CZYLI NIEOFICJALNE DZIEJE LUDZKOŚCI
(SERIA BĘDĄCA UZUPEŁNIENIEM 
"HISTORII ŻYCIA, WSZECHŚWIATA,
WSZELKIEJ CYWILIZACJI")


W temacie który rozpocząłem, czyli "Historia Życia, Wszechświata, wszelkiej cywilizacji " opiszę nie tylko powstanie najsławniejszych (nie wiem czy wszystkich, bo takiej wiedzy mieć nie mogę) ludzkich cywilizacji z okresu przedhistorycznego - legendarnego lub też mitycznego. Opowiem jak narodził się Adam i Ewa, a w zasadzie Adam, Lilith i Ewa, skąd się wzięli Indianie w obu Amerykach, jakie są początki cywilizacji chińskiej i wreszcie skąd wzięły się plemiona europejskie. Jak rozwijała się a następnie zatonęła sławna Atlantyda, jak doszło do jej konfliktu z Imperium Mu itd. itp. Jest to kompleksowa wiedza na temat historii dziejów Ludzkości, a także - częściowo przynajmniej - historii Wszechświata (jeśli oczywiście uznamy że to wszystko jest prawdą, gdyż nie mamy żadnej pewności i gwarancji że informacje zawarte w channelingach są prawdziwe, a przynajmniej że są one w 100%, prawdziwe, gdyż nie znamy intencji istot które nam to przekazują. Ale ponieważ nie możemy tego zweryfikować, postanowiłem opisać to w taki sposób w jaki zostało przedstawione, oczywiście przy odpowiednim przetłumaczeniu i... własnej interpretacji pewnych szczegółów do których nie miałem pewności, a co też nie zostało wyjaśnione). Opiszę również misję Syna Człowieczego - Jezusa Chrystusa, ale tej serii postaram się ten właśnie ostatni temat uzupełnić dodatkowymi informacjami, jako że przy tworzeniu "Historii Życia..." opierałem się głównie na channelingach, książkach i stronach internetowych, ale były takie sytuacje że informacje które zostały tam zawarte były albo dla mnie zupełnie niezrozumiałe, albo też mało logiczne i dopiero sam starałem się opierając na własnym rozumowaniu w jakiś sposób to uporządkować, ale zawsze tam, gdzie nie miałem pewności co do przekazów channelingowych oraz treści w nich zawartych, zawsze tam zdecydowanie to podkreślam. W tej serii jednak pragnę uzupełnić informacje na temat Jezusa Chrystusa, potężnego Awatara, Wielkiej Duszy która przybyła tutaj z innego świata po to, aby podnieść wibracje naszej planety, zaszczepiając w ludziach potęgę Miłości. W tym temacie będę posiłkował się książkami takimi jak: "Diamentowy Lud" i "Księga Urantii".





I
KIM BYŁ/JEST - JEZUS? 


INFORMACJA PIERWSZA:
Z KSIĄŻKI: "KOSMICZNA PODRÓŻ
COURTNEY'A BROWNA

(Niebieską czcionką będę dodawał moje komentarze i uwagi)



W miarę jak nasze badania posuwały się naprzód, coraz bardziej stawało się dla mnie jasne, że ich implikacje będą fundamentalne dosłownie dla całej ludzkości. Postanowiłem więc dodać do naszej listy parę nowych celów. Cele te stanowiły osoby, które prowadziły ludzkość w krytycznych momentach naszej historii - nauczyciele, do których wielu zwracało się o radę. Jedną z takich osób był bez wątpienia Jezus. Na początku mój monitor wahał się, czy należy to uczynić. Myślę, że miał ku temu kilka powodów. Podchodziłbym do celu w ciemno, w tym sensie, że znałbym jedynie numery współrzędne sesji, mogłoby się więc wydawać, że nie jest to najwłaściwszy sposób zwracania się do Jezusa. Najbardziej jednak obawialiśmy się tego, że Jezus mógłby nie zechcieć wziąć udziału w naszych badaniach i że zignorowałby naszą prośbę o rozmowę. Szczerze mówiąc, nie wiedzieliśmy co może się żewydarzyć. Problem jeszcze bardziej komplikował fakt, że rozszerzyliśmy cel SRV (naukowa teleobserwacja - stanowi ona zbiór protokołów czy też procedur pozwalających nieświadomemu umysłowi na komunikację z umysłem świadomym, dzięki czemu następuje przekaz cennych informacji z jednego poziomu świadomości do drugiego. Informacje pochodzące z umysłu nieświadomego uważa się na ogół za intuicję, czyli odczucie w stosunku do spraw na których temat nie mamy określonej wiedzy) w stosunku do jego pierwotnej struktury. Pierwotnym celem SRV było uzyskanie opisowej informacji na temat miejsca fizycznego poprzez bierny akt obserwacji. Z chwilą, gdy zaczęliśmy poddawać teleobserwacji istoty myślące, świadomie staraliśmy się z nimi porozumieć. Nie było powodu, żeby przypuszczać, że nie da się tego dokonać, ponieważ byliśmy w stanie nawiązać kontakt z istotami nie-fizycznymi, na które przypadkowo natknęliśmy się podczas teleobserwacji. Jednak nigdy przedtem dialog nie stanowił celu sesji. Zatem sesja ta pomogła dokonać znaczącego postępu w rozwoju SRV. 

Obecnie wiemy z całą pewnością, że naukowej teleobserwacji można z powodzeniem użyć jako wiarygodnego środka komunikacji. Rozdział ten obejmuje dane z dwóch sesji, w których naszym celem był Jezus. Prawdę mówiąc, druga sesja okazała się konieczna, ponieważ mój monitor pod koniec sesji stracił głowę. Zanim zdążyłem zadać Jezusowi choćby jedno pytanie - przerwaliśmy doświadczenie. Gdy potem podał mi identyfikację celu, ja również byłem zaskoczony. Nie mogliśmy się nadziwić, że Jezus nie ma nic przeciwko temu, że zwracamy się do niego o radę w ściśle kontrolowanych warunkach Typu 4. Zainteresowało nas również to, że chętnie przystał na rolę nauczyciela w ramach protokołów SRV, w tym sensie, że zanim spotkaliśmy się z nim twarzą w twarz, urządził dla nas swego rodzaju pokaz. 

Data: 2 czerwca 1994. Miejsce: Atlanta, Georgia. Dane: Typ 4, sesja monitorowana na odległość. Współrzędne celu: 8863/8473. Dane wstępne początkowo wskazywały, że cel związany jest z mocną budowlą, wzniesioną przez człowieka.

COURTNEY BROWN: Słyszę jakąś maszynerię. Jest ciepło, czuć gorzki smak i zapach dymu. Wyczuwam tutaj dużo energii i aktywności, skupionych w jednym miejscu. Zapisuję to na AOL jako "miejsce budowy". Przechodzę do szkicu Fazy 3. Rysuję scenerię z budowlami. dymem, pojazdami i czymś w rodzaju szybu. 

MONITOR: Zapisz to jako własne wnioski i przejdź do Fazy 4. 

C.B.: W porządku. Czuję dym, spaleniznę, smród. Miejsce wydaje się zatłoczone. Odbywa się tu jakaś działalność. Jeśli chodzi o atmosferę emocjonalną, odczuwam gorączkowy niepokój. Widzę teraz co najmniej jeden pojazd. W środku są jakieś istoty. Noszą ubrania - robocze rzeczy, dżinsy. Na głowach mają kapelusze. Co do emocji, to znowu odbieram panikę związaną z tym miejscem. Nadal wydaje mi się, że jest to miejsce budowy. Zapiszę to jako AOL linii sygnału. 

MONITOR: Skup się na budowli. 

C.B.: Poczekaj... Ci ludzie coś robią. Budowlani się spieszą. Przenoszę się teraz w czasie do przodu... Widzę duży, błyszczący budynek. Odbieram silne AOL linii sygnału. To wygląda jak ta nowa przychodnia, którą budują tutaj na Uniwersytecie Emory. 

MONITOR: Wejdź do budynku i przeniknij do umysłów ludzi, których tam spotkasz. 

C.B.: Mają tu ważki problem zdrowotny, zmartwienie na skalę planety. Wydaje się, że istnieje jakieś połączenie między umysłami tych ludzi a Centrum Kontroli Chorób. Doznaję bardzo silnego AOL. Znam ten budynek. To nowy szpital, który jest w budowie w Emory, zaraz obok CDC. 

MONITOR: Możesz to zapisać jako AOL. Potem zajmij się problemem zdrowia. 

C.B.: Jest wiele problemów w wielu miejscach świata. To połączenie głodu z chorobą. Rozwinęły się nowe choroby, nowe formy bakterii, nowe wirusy, nawet mutacje popromienne. Ludzie w szpitalu usiłują wymyśleć jakieś sposoby opanowania sytuacji, która wymyka im się spod kontroli. 

MONITOR: Skup się na motywie przewodnictwa/pomocy. 

C.B.: OK. Poczekaj. Ludzie muszą wrócić do podstaw życia. Wychodzi na to, że doraźna pomoc techniczna na nic się nie przyda... Poczekaj, coś się dzieje. Teraz widzę, że informacje z całej sesji pochodzą od jakiejś istoty. Podchodzę do niej. Hmm. Jest półprzeźroczysta. Ma na sobie szatę, a jej włosy sprawiają wrażenie utkanych ze światła. Czuję potężną obecność duchową. Ten człowiek to chyba Jezus. Zapiszę to jako AOL linii sygnału. Odczuwam teraz wielką miłość, promieniującą od tej postaci. Mówi mi, że sytuacja została tak zaaranżowana, by nie istniało żadne rozwiązanie problemu. Chodzi o to, żeby wyrwać ludzi z ich fizycznej matni i w ten sposób ocalić rasę.


KOMENTARZ AUTORA


W tym punkcie sesji dało się zauważyć zmianę w głosie mojego monitora. Wydawał się zdenerwowany i szybko zdecydował o zakończeniu sesji. Zapytałem go, jaki był cel, a on po chwili odpowiedział: "Jezus". Wciąż jeszcze będąc w stanie bilokacji, odparłem: "Jezus? Nie żartujesz? Tym celem naprawdę był Jezus? Co on tam robił?" Mój monitor powiedział mi tylko, że to wielka chwila w jego życiu i w rozwoju teleobserwacji, oraz że musi przerwać rozmowę telefoniczną i przemyśleć następstwa tego wydarzenia. Zanim odłożył słuchawkę, wypaliłem: "Ale ten człowiek wydawał się raczej przyjazny i wyczułem u niego poczucie humoru (poczucie humoru jest swoistą rozpoznawalną odznaką  Wielkich Dusz). Miałem też wrażenie, że chciałby się ze mną spotkać ponownie. Przecież nie zdążyłem Go zapytać ani o Marsjan, ani o Szarych!" Mój monitor chciał się wyłączyć i przemyśleć to wszystko, więc się wycofałem. Kiedy powróciłem ze stanu bilokacji, zacząłem sobie zdawać sprawę z doniosłości tej sesji. Po pierwsze pokazała, że można z powodzeniem obrać za cel osobę, która kiedyś istniała fizycznie i umarła. Po drugie okazało się, że SRV to świetny sposób porozumiewania się między dwoma istotami (to znaczy między teleobserwatorami i kimś innym). Po trzecie stało się oczywiste, że obierana za cel osoba może czasami kontrolować przepływ informacji jakie docierają do teleobserwatora. W tym konkretnym przypadku, Jezus, zanim się ujawnił, zabrał mnie w podróż ukazującą zdrowotne problemy planety. Chciał nauczyć nas czegoś przy pomocy doświadczenia, a nie wykładu, zaaranżował więc pouczającą sytuację. Zdawałem sobie sprawę, że również inne osobistości, które dodaliśmy do listy mogą zdecydować się na zastosowanie podobnych technik porozumiewania się. Nie miałem pojęcia, kiedy mój monitor zaskoczy mnie nowymi celami, ale byłem pewny, że mogę oczekiwać kolejnej niespodzianki. Zaprezentowana nam lekcja sama w sobie ma ogromne znaczenie. Najwyraźniej istnieje jakiś związek pomiędzy problemami zdrowotnymi, jakim ludziom przyjdzie stawić czoło, a działalnością na Ziemi ET. Wydawało się, że ktoś rozpisał już role w tym skomplikowanym przedstawieniu obejmującym wiele postaci i grup. A chodzi o to, by zmusić ludzi do zmiany zachowania i podejścia do pewnych spraw, aby potem wprowadzić ich do szerszej społeczności galaktycznej i wdrożyć do obowiązków obywateli galaktyki (to jest również klucz w zrozumieniu tego, że my wszyscy jesteśmy jednością i wszelkie wojny między NAMI ludźmi, wydają się tak pozbawione sensu, biorąc pod uwagę że nie jesteśmy sami we Wszechświecie i istnieją inne gatunki oraz inne ludzkie rasy, i co? z wszystkimi mamy walczyć? Wzajemnie się mordować? Kluczem więc jest zrozumienie Jedności galaktycznej wszystkich Istot). Ale wówczas były to jedynie spekulacje. Żeby wyciągnąć ostateczne wnioski, musiałem dowiedzieć się czegoś więcej.

W około dwa tygodnie po pierwszej, monitorowanej sesji, której celem był Jezus, zdecydowałem się ją powtórzyć, tym razem w warunkach danych Typu 1 (solo i w oparciu o dane wstępne). W tym czasie już dość biegle posługiwałem się protokołami SRV, a moje umiejętności uzyskania dokładnych danych Typu 1 nie pozostawiały wątpliwości. Tak jak podczas innych sesji wykorzystujących dane Typu 1, przedstawiam informacje w formie narracji.

Data: 14 czerwca 1994. Miejsce: Atlanta, Georgia. Dane: Typ 1.

Moje początkowe wrażenia wiązały się z kolorami: niebieskim, białym i żółtym. Miejsce było przestronne. Wyczułem coś rozległego i łukowatego. W późniejszych etapach sesji odbierałem ogromną energię, której towarzyszyło niezwykłe poczucie spokoju. Początkowy obraz stanowiło duże okrągłe ciało, tworzące świetlną i promieniującą energią poświatę. Podążyłem za sygnałem do światła. Niedługo potem, zacząłem dostrzegać istoty i wyraźnie zrozumiałem, że na mnie czekają. Znowu owładnęło mną panujące wokół poczucie spokoju. Czułem się, jakbym przebywał w jakiejś strefie chronionej, miejscu zdrowienia (z czego, nie wiem). Idąc dalej za sygnałem, zbliżyłem się do twarzy przypominającej ludzką. Było tam pięć innych istot. Wszystkie nosiły białe, prześwitujące szaty, przez które wszystko można było zobaczyć. Namierzyłem centralną postać i zadałem pytanie, czego ode mnie chcą. Dali mi do zrozumienia, że chcą mnie gdzieś zabrać i żebym poszedł za nimi. Udaliśmy się do dużego pomieszczenia o półprzeźroczystych ścianach. Było tam wiele innych istot. W tym momencie doznałem silnego AOL, że była to kwatera główna Federacji, którą odwiedziłem wcześniej. Zdałem sobie sprawę, że obraz, jaki pojawił się na początku sesji w formie dużego, okrągłego, promieniującego energią ciała przypominał ciało, które dostrzegłem, zbliżając się do kwatery głównej w poprzedniej sesji. Wszyscy w pokoju nosili takie same półprzeźroczyste szaty jak owe pięć istot, które spotkałem wcześniej. W tym momencie doznałem dwóch silnych impulsów typu AOL. Po pierwsze, wydawało mi się, że była to jakaś główna sala dowodzenia. Po drugie, odniosłem nieodparte wrażenie, że była to kwatera główna typu wojskowego, w której wydawano rozkazy i sprawowano kontrolę nad różnymi działaniami. W sali były też stoły i krzesła. Stanąłem twarzą w twarz z tym samym ociężałym człowiekiem, przypominającym Buddę, z którym miałem do czynienia w czasie mojej poprzedniej wizyty w kwaterze głównej Federacji. Odniosłem wrażenie, że w jakiś sposób zarządzał tym miejscem. Kazał mi przeniknąć do swego umysłu, co zaraz uczyniłem. Po wejściu do jego umysłu, znalazłem się jednocześnie w innym wymiarze czy innej sferze. To było tak, jakby jeden wymiar znajdował się za drugim.


"Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd
(J 18, 36)



W tym innym miejscu skupiłem się na pojęciu przewodnictwa, gdyż to właśnie ono doprowadziło moją nieświadomość do Jezusa w trakcie poprzedniej sesji. Wtedy ujrzałem jego twarz. Czułem wyraźnie, że był zadowolony, iż sam wróciłem, żeby się z nim spotkać (to znaczy w sesji solo). Żeby uzyskać informacje od Jezusa w ramach struktury protokołów SRV, skupiłem się na stosunkach ludzi z Szarymi. Odpowiedź, jaką otrzymałem, była bardzo wyraźna, a nawet autorytatywna. Powiedział, że wszelkie spotkania ludzi z innymi istotami leżą w jego planie. Następnie stwierdził, że mamy pomóc jego dzieciom, kiedy do nas przyjdą. Nie rozumiałem, co Jezus miał na myśli, mówiąc o "swoim planie" czy "swoich dzieciach". Być może użył słów zrozumiałych dla szerszego grona, z którego część uważa go za postać religijną. Podejrzewam, że znaczenie jego słów nie było takie proste czy dosłowne. Czytelnicy mogą je różnie interpretować. Jezus powiedział następnie, że my - ludzie, jesteśmy obdarzeni wolną wolą i umiejętnością wyboru, która sprawi, że będziemy wiedzieć, jak postąpić z Szarymi. Odniosłem jednak wyraźne wrażenie, że wybory, jakich dokonamy, w dużym stopniu określą naszą przyszłość. Skoncentrowałem się następnie na naszych relacjach z Marsjanami i uzyskałem podobną odpowiedź, jak w przypadku Szarych. Potem skupiłem uwagę na pojęciu umysł i Sidhis. Jezus dał na to bardzo jasną odpowiedź. Powiedział, że istnieją niezliczone sposoby doprowadzania ducha do źródła. Przypomina to rzekę i jej dopływy. Nie ma jednej drogi, a praktykowanie Sidhis nie stanowi jedynego sposobu duchowej ewolucji człowieka. Dodał jednak, że medytacja jest korzystna dla ludzkiego umysłu, aczkolwiek niektóre jego typy widzą niefizyczną rzeczywistość bez uciekania się do ćwiczeń typu Sidhis. Metoda Sidhis jest zdecydowanie pożyteczna dla ludzi, natomiast nie dowiedziałem się, czy ma ona zastosowanie w układach pozaludzkich. 


"Zaprawdę powiadam wam: Bogaty z trudem wejdzie do królestwa niebieskiego. (...) Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, aniżeli bogaty wejdzie do królestwa niebieskiego
(Mt. 19, 24-25)


Skierowałem teraz nieświadomość na niebezpieczeństwa i otrzymałem odpowiedź, że chciwość jest śmiercią dla człowieka (pieniądze są niestety obecne we wszystkich światach typu 1, tak takich jak nasza planeta, gdyż na naszym prymitywnym stopniu rozwoju duchowego nie potrafimy obyć się bez pieniędzy. Ale im wyżej w strukturze duchowej Wszechświata, tym pieniądze znikają, nie są bowiem już potrzebne. Jest jeszcze jedna podstawowa zasada: "Nie oceniaj nikogo, żeby samemu nie być ocenianym. Niech każdy żyje własnym życiem, jeśli tylko nie łamie praw Wszechświata"). Nie idzie w parze z pozostałymi sferami życia. Miłość i chciwość są jak olej i woda – nigdy się ze sobą nie zmieszają. Nie odniosłem wrażenia, jakoby Jezus moralizował. To było zwykłe stwierdzenie życiowej prawdy. Jeżeli chodzi o ekologię, Jezus powiedział, że Bóg może tworzyć i odtwarzać życie. Celem życia jest ewolucja. Podążając tym tropem, zapytałem o Federację Galaktyczną. Jezus odrzekł, że istoty zaangażowane w Federację stoją na wyższym poziomie ewolucyjnym niż ludzie. Pracują one nad podniesieniem własnej ewolucji, a działalność ich jest tak samo ważna jak nasza. Co więcej, podkreślił, że nie pracują one specjalnie dla niego. Pracują dla siebie, dla swojego wzrostu. Jednak w większym stopniu niż ludzie postrzegają swój postęp jako drogę prowadzącą do przeznaczenia boskiego. Zapytałem następnie Jezusa, dlaczego znalazłem do niego drogę poprzez istoty z Federacji. Odparł, że stało się tak z powodu książki, którą piszę. Chciał mi w tym pomóc, ponieważ stanowi ona mój wkład w ewolucję. Poczułem, że jest to czyn, który może pomóc wielu innym. Nikt nie może posunąć się do przodu, o ile nie pomoże innym, którzy chwilowo pozostają w tyle. To prawo ewolucji; egoizm i chciwość są jego przeciwieństwem. 

Zapytałem następnie, czy ludzie powinni współczuć Szarym i Marsjanom. Odpowiedź brzmiała: tak. To idea pomocy innym. Chęć niesienia pomocy nie powinna znać żadnych granic. To jedno z najbardziej podstawowych przykazań. Uprzedzenia - rasowe, gatunkowe czy jakiekolwiek inne - po prostu nie mają prawa bytu u bardziej rozwiniętych form. Oto wyzwanie dla ludzi: wyrosnąć ponad własne intelektualne ograniczenia i nawyki przeszłości, które w ostatecznym rozrachunku okaleczają naszą wolność. W tym momencie podziękowałem Jezusowi i zakończyłem sesję. W moich notatkach z sesji podkreśliłem, że ogólny jej wydźwięk miał przełożenie praktyczne.


KOMENTARZ AUTORA


Jezus jest mocno zatroskany ewolucyjnym wzrostem ludzi. Co więcej, gotów jest bezpośrednio uczestniczyć przynajmniej w niektórych ludzkich przedsięwzięciach, mających na celu ustanowienie kontaktu. Z racji tego, że jest on ważną postacią historyczną, posługując się SRV, zasięgnąłem jego opinii co do doniosłych wydarzeń naszych czasów. Z odpowiedzi, jakiej mi udzielił, wynikało, że nic wielkiego się nie dokonało, a wyniki, które uzyskałem, w żaden sposób nie stanowią wyzwania dla istniejących koncepcji religijnych. Na przykład, nie trzeba koniecznie wierzyć, że Jezus stanowi chrześcijańską koncepcję Boga, żeby uznać jego poglądy za interesujące. Wiara taka niczego tu nie zmienia. Jezus istniał kiedyś na Ziemi jako istota fizyczna, a jego postać subprzestrzenna nadal żyje i ma się dobrze. Zjawisko to dotyczy zresztą każdego z nas - nasze subprzestrzenne postacie przeżyją swoje fizyczne ciała. 



INFORMACJA DRUGA:
Z KSIĘGI URANTII




I
NARODZINY I LATA NIEMOWLĘCE JEZUSA


JÓZEF I MARIA


Józef, ludzki ojciec Jezusa (Jeszuy ben Josef) był Żydem z Żydów, aczkolwiek miał wiele nieżydowskich domieszek rasowych, dodawanych do jego drzewa rodowego od czasu do czasu przez żeńskie linie przodków. Ród ojca Jezusa sięgał czasów Abrahama a poprzez tego czcigodnego patriarchę do wcześniejszych linii dziedzictwa, prowadząc aż do Sumerów i Nodytów i dalej, przez południowe plemiona pradawnego człowieka niebieskiego, do Andona i Fonty. Dawid i Salomon nie byli przodkami Józefa w linii prostej, ani też ród Józefa nie sięgał wstecz do Adama. Bezpośrednimi przodkami Józefa byli rzemieślnicy - budowniczowie, cieśle, kamieniarze i kowale. Sam Józef był cieślą a później przedsiębiorcą budowlanym. Jego rodzina należała do starej i znakomitej linii szlachetnych, zwykłych ludzi, którą cechowało pojawianie się co jakiś czas niezwykłych jednostek, wyróżniających się w związku z ewolucją religii na Urantii. 

Maria, ziemska matka Jezusa, wywodziła się z długiej linii niezwykłych przodków, obejmującej wiele najznakomitszych kobiet w rasowej historii Urantii. Chociaż Maria była przeciętną kobietą, jak dla swego czasu i pokolenia, obdarzoną dość normalnym temperamentem, zaliczała do grona swych przodków takie słynne kobiety jak Annon, Tamarę, Ruth, Batszebę, Ansie, Kloe, Ewę, Entę i Rattę. Żadna żydowska kobieta w tamtych czasach nie miała znakomitszych przodków, ani też ród żadnej nie sięgał wstecz do bardziej obiecujących początków. Ród Marii, podobnie jak Józefa, charakteryzował się zasadniczo silnymi, ale przeciętnymi jednostkami, urozmaicony tak teraz jak i dawniej licznymi jednostkami, wyróżniającymi się w rozwoju cywilizacji i progresywnej ewolucji religii. Z rasowego punktu widzenia trudno jest właściwie uważać Marię za Żydówkę. W swej kulturze i wierze była Żydówką, ale w cechach dziedzicznych była raczej mieszanką krwi syryjskiej, hetyckiej, fenickiej, greckiej i egipskiej - jej dziedzictwo rasowe było znacznie szersze niż Józefa.

Spośród wszystkich par żyjących w Palestynie, mniej więcej w czasie obdarzenia planowanego przez Michała, Józef i Maria posiadali najdoskonalszą kombinację szerokich powiązań rasowych oraz pierwszorzędne cechy osobowości przeciętnej klasy. Michał (w innych wersjach Jego imię brzmiało Emmanuel i pochodził On z planety TJehooba, a narodzić się miał na Ziemi właśnie pod imieniem Jezusa Chrystusa) planował pojawić się na Ziemi jako człowiek przeciętny, aby zwykli ludzie mogli go zrozumieć i zaakceptować; dlatego też Gabriel wybrał takie właśnie osoby jak Józef i Maria, aby zostali obdarzonymi rodzicami.


GABRIEL UKAZUJE SIĘ ELŻBIECIE


 Dzieło życiowe Jezusa na Urantii w rzeczywistości zaczęte zostało przez Jana Chrzciciela. Zachariasz, ojciec Jana, należał do żydowskiego kapłaństwa, podczas gdy jego matka, Elżbieta, była członkinią lepiej prosperującej gałęzi tej samej dużej grupy rodzinnej, do której należała też Maria, matka Jezusa. Zachariasz i Elżbieta wciąż pozostawali bezdzietni, choć wiele lat byli małżeństwem. Pod koniec czerwca, roku 8 p.n.e., pewnego dnia w południe, mniej więcej trzy miesiące po ślubie Józefa i Marii, Gabriel ukazał się Elżbiecie, podobnie jak później objawił swą osobę Marii. 

Gabriel powiedział: "Kiedy twój mąż, Zachariasz, stoi przed ołtarzem w Jerozolimie i gdy zebrani tam ludzie modlą się o przyjście wybawiciela, ja, Gabriel, przybyłem obwieścić, że wkrótce urodzisz syna, który będzie zwiastunem tego boskiego nauczyciela i powinnaś zwać swego syna Janem. On będzie dorastał, oddany Panu Bogu twojemu a gdy dojdzie do pełnoletności, będzie radował twoje serce, gdyż zwróci wiele dusz do Boga i będzie także obwieszczał przyjście uzdrowiciela dusz twojego narodu i duchowego wybawiciela całej ludzkości. Krewna twoja, Maria, będzie matką tego obiecanego dziecka i jej także się ukażę". Zjawa ta bardzo przestraszyła Elżbietę. Gdy Gabriel zniknął, ona wciąż wracała pamięcią do tego przeżycia, długo rozważając słowa majestatycznego gościa, ale nie mówiła o tym objawieniu nikomu, za wyjątkiem swego męża, aż spotkała się z Marią w początkach lutego następnego roku.

Tym niemniej, przez pięć miesięcy Elżbieta nie zdradziła swej tajemnicy nawet mężowi. Zachariasz był bardzo sceptyczny, gdy się dowiedział o wizycie Gabriela i tygodniami wątpił w całe to zdarzenie i uwierzył, choć bez przekonania w wizytę Gabriela u swojej żony, gdy nie mógł już dłużej mieć wątpliwości, że spodziewa się ona dziecka. Zachariasza bardzo dziwiło spodziewane macierzyństwo Elżbiety, ale mimo swego podeszłego wieku nie wątpił w uczciwość żony. Dopiero sześć tygodni przed narodzeniem Jana, na skutek snu, który wywarł na nim wielkie wrażenie, Zachariasz został w pełni przekonany, że Elżbieta ma zostać matką syna przeznaczenia, tego, który będzie przygotowywał drogę przyszłemu Mesjaszowi.

Gabriel zjawił się u Marii mniej więcej w połowie listopada, roku 8 p.n.e., gdy zajęta była obowiązkami domowymi w Nazarecie. Później, gdy Maria wiedziała już na pewno, że będzie matką, namówiła Józefa, żeby pozwolił jej na podróż do miasta Judy, położonego na wzgórzach ponad sześć kilometrów na zachód od Jerozolimy, żeby się spotkać z Elżbietą. Gabriel poinformował każdą z tych przyszłych matek o swoim pojawieniu się u drugiej. Było więc naturalne, że bardzo chciały się spotkać, porównać swe doświadczenia i porozmawiać na temat przypuszczalnej przyszłości swych synów. Trzy tygodnie spędziła Maria u swojej dalekiej kuzynki. Elżbieta zrobiła sporo, żeby umocnić wiarę Marii w objawienie Gabriela, więc Maria wróciła do domu lepiej przygotowana na to, że zostanie matką dziecka przeznaczenia, które już wkrótce miała zaprezentować światu jako bezradnego noworodka, przeciętne i normalne niemowlę tej domeny.

Jan urodził się w mieście Judei, 25 marca, roku 7 p.n.e. Zachariasz i Elżbieta bardzo się cieszyli, kiedy zdali sobie sprawę z tego, że urodził się im syn tak jak Gabriel obiecał a kiedy ósmego dnia poszli z dzieckiem do obrzezania, formalnie nazwali go Janem, jak im wcześniej nakazano. Przedtem jeszcze poszedł do Nazaretu siostrzeniec Zachariasza, niosąc wiadomość od Elżbiety dla Marii, że syn się jej narodził, oraz że będzie miał na imię Jan.

Od wczesnego dzieciństwa rodzice Jana ostrożnie oswajali go z ideą, że ma dorastać na duchowego przywódcę i nauczyciela religijnego. I gleba serca Jana zawsze była wrażliwa na posiew tych sugestywnych ziaren. Znajdowano go często w Świątyni, podczas nabożeństw prowadzonych przez jego ojca i gdy jeszcze był dzieckiem, pozostawał pod ogromnym wrażeniem ważności wszystkiego tego, co tam zobaczył.


ZWIASTOWANIE GABRIELA DLA MARII


Pewnego wieczoru, przed zachodem, zanim Józef wrócił do domu, Gabriel ukazał się Marii obok niskiego stołu kamiennego i po tym, jak odzyskała zimną krew, powiedział: "Przybywam z nakazu tego, który jest moim Panem i którego powinnaś kochać i dbać o niego. Przynoszę ci, Mario, radosne wieści, gdy ci obwieszczam, że poczęcie w tobie zarządzone jest przez niebo i w odpowiednim czasie zostaniesz matką syna; powinnaś zwać go Jeszua i zapoczątkuje on królestwo nieba na Ziemi i pośród ludzi. Nie mów o tym nikomu, za wyjątkiem Józefa i Elżbiety, twojej krewnej, której także się ukazałem i która też wkrótce narodzi syna o imieniu Jan, a będzie on szykował drogę tej wieści zbawienia, jaką twój syn będzie głosił ludziom z wielką mocą i głębokim przeświadczeniem. I nie wątp Mario w moje słowa, ponieważ dom ten został wybrany na ziemskie miejsce pobytu dziecka przeznaczenia. Wspiera cię moje błogosławieństwo, moc Najwyższych cię wzmocni, a Pan całej ziemi będzie cię osłaniał". 

Przez wiele tygodni Maria rozważała tę wizytę skrycie w swym sercu a gdy wiedziała już z pewnością, że jest brzemienna, ośmieliła się wyjawić to niezwykłe zdarzenie mężowi. Gdy Józef usłyszał o tym wszystkim, bardzo się zmartwił i nie mógł spać wiele nocy, choć w pełni ufał Marii. Z początku Józef wątpił w wizytę Gabriela. Później, gdy już się prawie przekonał że Maria naprawdę słyszała głos i widziała kształt boskiego posłańca, bił się z myślami, kiedy rozważał, jak takie rzeczy mogą mieć miejsce? Jak może potomek ludzkiej istoty być dzieckiem boskiego przeznaczenia? W żaden sposób Józef nie mógł pogodzić tych tak sprzecznych idei, aż po wielu tygodniach rozważań, obydwoje, on i Maria doszli do wniosku, że zostali wybrani, aby zostali rodzicami Mesjasza, choć raczej nie było to zgodne z żydowskim rozumowaniem, że spodziewany wybawiciel ma mieć boską naturę. Gdy doszli do tak ważnego wniosku, Maria nalegała, żeby iść i odwiedzić Elżbietę.

Po powrocie Maria odwiedziła swych rodziców, Joachima i Annę. Dwu jej braci i dwie siostry, podobnie jak jej rodzice, zawsze pozostawali bardzo sceptyczni odnośnie boskiej misji Jezusa, aczkolwiek nic wtedy oczywiście nie wiedzieli o wizycie Gabriela. Jednak Maria zwierzyła się swej siostrze Salome, że uważa, iż jej syn ma zostać wielkim nauczycielem. Zwiastowanie Gabriela dla Marii miało miejsce następnego dnia po poczęciu Jezusa i to było jedyne nadnaturalne zdarzenie, związane z całym donoszeniem i urodzeniem obiecanego dziecka.


SEN JÓZEFA


 Józef nie pogodził się z ideą, że Maria zostanie matką niezwykłego dziecka, aż do momentu, kiedy miał sen, który wywarł na nim bardzo głębokie wrażenie. We śnie ukazał mu się jaśniejący posłaniec niebiański, który oświadczył między innymi: "Józefie, zjawiam się z polecenia Tego, który teraz rządzi na wysokościach i mam cię pouczyć w sprawie syna, którego urodzi Maria, a który stanie się wielką światłością dla świata. W nim będzie życie a życie jego stanie się światłem dla ludzkości. Przyjdzie on najpierw do swego ludu, ale oni go prawie nie przyjmą; jednak tym, którzy go przyjmą, objawi, że są dziećmi Boga". Po tym zdarzeniu nigdy już Józef nie poddawał w wątpliwość wizyty Gabriela u Marii i obietnicy, że nienarodzone jeszcze dziecko stanie się boskim posłańcem dla świata.

We wszystkich tych nawiedzeniach nic nie było mówione o domu Dawida. Nigdy nie dawano do zrozumienia, że Jezus ma zostać "wybawicielem Żydów", czy nawet, że ma być długo wyczekiwanym Mesjaszem. Jezus nie był takim Mesjaszem, jakiego się Żydzi spodziewali, ale był wybawicielem świata. Jego misja była dla wszystkich ras i narodów, nie dla pewnej, pojedynczej grupy ludzi. Ród Józefa nie pochodził od króla Dawida. Więcej przodków Dawidowych miała Maria niż Józef. Prawdą jest, że Józef szedł do miasta Dawida, Betlejem, zarejestrować się w rzymskim spisie ludności, ale stało się tak dlatego, że sześć pokoleń wcześniej, przodek Józefa po linii ojca w tamtym pokoleniu, będąc sierotą, został adoptowany przez pewnego Sadoka, który z kolei był potomkiem Dawida w linii prostej; odtąd Józef został także zaliczony do "domu Dawida".

Większość tak zwanych mesjanistycznych proroctw Starego Testamentu zostało dostosowane do Jezusa długo po jego życiu przeżytym na Ziemi. Przez wieki prorocy żydowscy głosili przybycie wybawiciela i obietnice te były interpretowane przez kolejne pokolenia, jako odnoszące się do nowego żydowskiego władcy, który zasiadłby na tronie Dawida i rzekomymi cudownymi metodami Mojżesza umocnił Żydów w Palestynie jako potężny naród, wolny od wszelkiej obcej dominacji. Oprócz tego wiele symbolicznych urywków, znajdujących się w hebrajskim Piśmie Świętym, niewłaściwie odnoszono później do misji życiowej Jezusa. Wiele cytatów tak wypaczono, żeby wyglądało, iż pasują do jakiegoś epizodu z życia Mistrza na Ziemi. Jezus sam swego czasu publicznie zaprzeczył jakimkolwiek związkom z królewskim domem Dawida. Nawet cytat "panna urodzi syna" został przerobiony tak, że to "dziewica urodzi syna". Odnosiło się to także do wielu genealogii, zarówno Józefa jak i Marii, które zostały stworzone później, gdy Michał (Emmanuel) skończył swą misję na Ziemi. Wiele tych linii genealogicznych obejmuje znaczną ilość przodków Mistrza, jednak generalnie nie są one autentyczne i nie można na nich polegać jako na faktach. Wcześni wyznawcy Jezusa zbyt często ulegali pokusie przetwarzania wszystkich wypowiedzi proroczych tak, aby wyglądały, że znajdują swe wypełnienie w życiu ich Pana i Mistrza.




ZIEMSCY RODZICE JEZUSA


Józef był człowiekiem z natury łagodnym, nadzwyczaj sumiennym i w każdym względzie wiernym religijnym zasadom i zwyczajom swego narodu. Niewiele mówił, ale dużo myślał. Bolesna sytuacja narodu żydowskiego przysparzała wiele trosk Józefowi. Jako młodzieniec, w otoczeniu ośmiorga swych braci i sióstr, był bardziej radosny, jednak we wczesnych latach życia małżeńskiego (podczas dzieciństwa Jezusa) ulegał okresom lekkiego, duchowego zniechęcenia. Takie przejawy zmienności w usposobieniu ustąpiły w znacznym stopniu na krótko przed jego przedwczesną śmiercią oraz po tym, jak poprawiła się sytuacja ekonomiczna rodziny, dzięki jego awansowi z pozycji cieśli do roli dobrze prosperującego przedsiębiorcy budowlanego. 

Temperament Marii był zupełnym przeciwieństwem temperamentu jej męża. Była zazwyczaj radosna, bardzo rzadko bywała przygnębiona i miała zawsze pogodne usposobienie. Intensywnie i często wyrażała swe uczucia i nigdy nie widziano jej zasmuconej, aż do momentu nagłej śmierci Józefa. I nie ochłonęła jeszcze z tego szoku, kiedy poddała się natłokowi niepokojów i pytań, rozbudzonych przez nadzwyczajną działalność najstarszego syna, która tak nagle roztoczyła się przed jej zdziwionymi oczami. Jednak w czasie tych wszelkich, niezwykłych przeżyć, Maria pozostawała opanowana, odważna i dosyć rozsądna w swych relacjach z dziwnym i niewiele rozumianym, pierworodnym synem oraz z pozostałymi przy życiu jego braćmi i siostrami.

Jezus odziedziczył po swoim ojcu większość swej niezwykłej delikatności i zdumiewającego, pełnego sympatii zrozumienia natury ludzkiej; po matce odziedziczył dar wielkiego nauczyciela i silną tendencję do słusznego oburzania się. W swych uczuciowych reakcjach na otoczenie, podczas swego dorosłego życia, Jezus czasami był podobny do ojca, zamyślony i pełen czci, momentami cechował go dostrzegalny smutek; jednak znacznie częściej szedł naprzód sposobem matki, optymistycznie i z natury zdecydowanie. Generalnie, temperament Marii przeważał raczej w misji Boskiego Syna, gdy dorósł i zaczął realizować ważne zadania swego dojrzałego życia. W niektórych okolicznościach Jezus łączył przymioty rodziców, w innych wypadkach wykazywał cechy jednego z nich, w przeciwieństwie do cech drugiego. Od Józefa Jezus przyswoił dokładną wiedzę o obyczajach żydowskiej obrzędowości i niezwykłą znajomość hebrajskiego Pisma Świętego; od Marii pochodził jego poszerzony punkt widzenia na życie religijne oraz bardziej tolerancyjna koncepcja osobistej wolności duchowej. Zarówno rodzina Józefa jak i Marii posiadała dobre wykształcenie jak na tamte czasy. Józef i Maria byli wykształceni znacznie ponad przeciętną, jak dla ich czasu i pozycji życiowej. On był myślicielem, ona planistką, specjalistką od adaptacji i praktycznej, natychmiastowej realizacji. Józef był brunetem o czarnych oczach; Maria niemalże blondynką o oczach brązowych.

Gdyby Józef żył, bez wątpienia niezłomnie wierzyłby w boską misję swego najstarszego syna. Maria wahała się pomiędzy wiarą a zwątpieniem, będąc pod wpływem stanowiska zajmowanego przez resztę jej dzieci oraz przyjaciół i krewnych, ale gdy ostatecznie miała powziąć decyzję, zawsze umacniało ją wspomnienie wizyty Gabriela zaraz po poczęciu dziecka. Maria była mistrzynią w tkaniu i uzdolnioną ponad przeciętność w większości sztuk gospodarstwa domowego tamtych dni; była dobrą gospodynią i wspaniałą organizatorką ogniska rodzinnego. Zarówno Józef jak i Maria byli dobrymi nauczycielami i dbali też o to, aby ich dzieci były dobrze obeznane z wiedzą tamtych czasów. Gdy Józef był młodym człowiekiem, zatrudniony został przez ojca Marii do pracy przy budowie przybudówki do domu i tak naprawdę zaloty tej pary, która miała zostać rodzicami Jezusa, zaczęły się wtedy, gdy Maria przyniosła Józefowi kubek wody w czasie obiadu. Józef i Maria wzięli ślub zgodnie z żydowskimi obyczajami, w domu Marii, w okolicach Nazaretu, gdy Józef miał dwadzieścia jeden lat. Małżeństwo to sfinalizowało formalne zaloty, trwające prawie dwa lata. Krótko po tym małżeństwo przeprowadziło się do nowego domu w Nazarecie, zbudowanego przez Józefa z pomocą dwóch jego braci. Dom położony był u stóp pobliskiego wzniesienia, które wdzięcznie górowało nad całą okolicą. W tym, specjalnie przygotowanym domu, młodzi, przyszli rodzice myśleli powitać obiecane dziecko, nie zdając sobie sprawy z tego, że to doniosłe dla wszechświata zdarzenie nastąpi wtedy, gdy będą poza domem, w Betlejem Judzkim.

Większa część rodziny Józefa uwierzyła w nauki Jezusa, ale mało kto z rodziny Marii uwierzył w niego, zanim Jezus nie odszedł z tego świata. Józef przychylał się bardziej ku duchowej koncepcji spodziewanego Mesjasza, ale Maria i jej rodzina, zwłaszcza ojciec, trzymali się idei Mesjasza jako świeckiego wybawiciela i władcy politycznego. Przodkowie Marii utożsamiali się w znacznym stopniu z działalnością Machabeuszy, wtedy z niezbyt odległych czasów. Józef trzymał się mocno wschodnich albo babilońskich zapatrywań religii żydowskiej, Maria skłaniała się silnie ku bardziej swobodnym i rozbudowanym, zachodnim albo hellenistycznym interpretacjom Prawa i Proroków.


DOM W NAZARECIE


Dom Jezusa położony był w północnej części Nazaretu, niedaleko wysokiego wzgórza, w pewnej odległości od miejskiego źródła, znajdującego się we wschodniej części miasta. Rodzina Jezusa mieszkała na peryferiach miasta, co później znacznie ułatwiało Jezusowi częste wypady w okolice oraz wycieczki na szczyt pobliskiego wzniesienia, najwyższego ze wszystkich wzgórz w południowej Galilei, za wyjątkiem pasma górskiego Tabor na wschodzie i wzgórza Nain, które było mniej więcej tej samej wysokości. Dom ten znajdował się lekko na południe i wschód od południowego cypla wzgórza i prawie pośrodku pomiędzy podstawą wzniesienia a drogą wiodącą z Nazaretu do Kany. Ulubioną przechadzką Jezusa, oprócz wspinania się na wzgórze, było chodzenie wąskim szlakiem, wijącym się wokół podstawy wzgórza, w kierunku północno-wschodnim, aż do tego punktu, gdzie dochodziła droga na Seforis. 




Dom Józefa i Marii był jednopokojowym budynkiem z kamienia, z płaskim dachem i przylegającym do niego pomieszczeniem, służącym do trzymania zwierząt. Wyposażenie domu składało się z niskiego stołu kamiennego, wyrobów ceramicznych oraz kamiennych misek i garnków, warsztatu tkackiego, stojaka pod lampę, kilkunastu drobnych narzędzi i maty do spania na kamiennej podłodze. Na podwórzu, w pobliżu przybudówki dla zwierząt, było zadaszenie na piec i młyn do mielenia zboża. Do obsługi tego typu młyna potrzeba było dwóch osób, jednej do mielenia, drugiej do sypania zboża. Kiedy Jezus był małym chłopcem, często sypał zboże, podczas gdy jego matka obracała żarna. W późniejszych latach, kiedy rodzina się powiększyła, wszyscy zasiadali po turecku przy powiększonym stole kamiennym i jedli posiłki, nabierając ze wspólnej misy lub garnka z jedzeniem. W czasie zimy, przy kolacji, stół bywał oświetlany małą, płaską lampą glinianą, napełnianą oliwą z oliwek. Po urodzeniu Marty, Józef zbudował przybudówkę do tego domu, duży pokój używany na warsztat ciesielski w czasie dnia i jako sypialnia w nocy.




PODRÓŻ DO BETLEJEM


W marcu 8 roku p.n.e. (w tym miesiącu, gdy Józef i Maria wzięli ślub), cesarz August wydał dekret, że wszyscy mieszkańcy Cesarstwa Rzymskiego mają być policzeni, że należy zrobić spis, który mógłby zostać użyty do usprawnienia opodatkowania. Żydzi zawsze mieli wielkie opory przed wszelkimi próbami "liczenia ludzi" i to, w połączeniu z poważnymi trudnościami wewnętrznymi Heroda, króla Judei, przyczyniło się do jednorocznego opóźnienia spisu w Królestwie Żydowskim. Spis ten został przeprowadzony na obszarze całego Cesarstwa Rzymskiego w roku 8 p.n.e., za wyjątkiem palestyńskiego królestwa Heroda, gdzie był zrobiony w rok później, w 7 r. p.n.e.

Nie było potrzeby, aby Maria szła do Betlejem się zapisać - Józef upoważniony był do rejestracji całej swojej rodziny - ale Maria, będąc osobą śmiałą i wojowniczą, upierała się mu towarzyszyć. Obawiała się zostać sama, żeby dziecko nie urodziło się wtedy, kiedy Józefa nie będzie, a poza tym Betlejem nie leżało zbyt daleko od miasta Judy i Maria przewidywała możliwość radosnego spotkania ze swoją krewną, Elżbietą. Józef właściwie zabronił Marii iść razem z nim, ale na nic się to nie zdało; gdy pakowano jedzenie na podróż, na trzy czy cztery dni, Maria przygotowała podwójne porcje i była gotowa do drogi. Jednak zanim wyszli, Józef pogodził się z faktem, że Maria też z nim pójdzie i pogodnie wyszli z Nazaretu o świcie. Józef i Maria byli biedni a skoro mieli tylko jedno juczne zwierzę, Maria, będąc brzemienną, jechała na zwierzęciu razem z zapasami, podczas gdy Józef szedł obok prowadząc zwierzę. Budowa i meblowanie domu mocno nadszarpnęły zasoby Józefa, gdyż musiał on także dokładać do utrzymania swoim rodzicom, ponieważ jego ojciec od niedawna był niepełnosprawny. Tak więc ta żydowska para wyruszyła z ich skromnego domu, wczesnym rankiem 18 sierpnia roku 7 p.n.e., w drogę do Betlejem.

W pierwszy dzień podróży ich droga wiodła wokół pogórza góry Gilboa, gdzie obozowali nad rzeką Jordan, rozmawiając wiele o tym, jaki to syn im się urodzi; Józef obstawał przy koncepcji nauczyciela duchowego, Maria trzymała się idei żydowskiego Mesjasza, wybawiciela narodu hebrajskiego. Jasnym i wczesnym rankiem 19 sierpnia Józef i Maria znowu byli w drodze. Obiad zjedli u stóp góry Sartaba, górującej nad doliną Jordanu i poszli dalej, zostając na noc w Jerychu, gdzie zatrzymali się w zajeździe przy drodze, na peryferiach miasta. Po kolacji, podróżni z Nazaretu udali się na nocny odpoczynek, po wielu dyskusjach na temat ucisku rządów rzymskich, Heroda, rejestracji w spisie i porównywania wpływu Jerozolimy i Aleksandrii, jako centrów żydowskiego nauczania i kultury. Wczesnym rankiem 20 sierpnia znów byli w drodze, docierając przed południem do Jerozolimy, potem odwiedzili Świątynię, a idąc dalej prosto do celu, przybyli do Betlejem tuż po południu.




Zajazd był przepełniony, zatem Józef szukał zakwaterowania u dalekich krewnych, ale każdy pokój w Betlejem był zapełniony po brzegi. Wracając na dziedziniec zajazdu, Józef dowiedział się że stajnie dla karawan, wyciosane z boku w skale a położone tuż poniżej zajazdu, zostały opróżnione ze zwierząt i wyczyszczone na przyjęcie lokatorów. Zostawiwszy osła na dziedzińcu, Józef wziął na plecy worki z rzeczami i żywnością i zszedł z Marią po kamiennych stopniach do ich kwater poniżej. Zakwaterowali się w czymś w rodzaju magazynu zbożowego, znajdującego się przed przegrodami i żłobami. Rozwiesili zasłony namiotowe i uznali, że mają szczęście, znajdując tak wygodne kwatery. Józef chciał od razu wyjść i się zapisać, ale Maria była zmęczona; była bardzo niespokojna i błagała, żeby został przy niej, co też uczynił.




NARODZINY JEZUSA


 Przez całą tę noc Maria była niespokojna, tak, że żadne z nich nie spało wiele. O świcie bóle porodowe były bardzo wyraźne a w południe 21 sierpnia roku 7 p.n.e. Maria urodziła chłopczyka (jeśli więc mielibyśmy liczyć lata od narodzin Chrystusa jak się przyjęło, to mielibyśmy dziś rok 2032, a w zasadzie to już 2033, gdyby za pierwszy dzień nowego roku uznać 21 sierpnia), z pomocą i życzliwą posługą kobiet, towarzyszek podróży. Jezus z Nazaretu przyszedł na świat, został zawinięty w odzież, którą Maria zabrała ze sobą na taką ewentualność i położony w pobliskim żłobie. Obiecane dziecko urodziło się w ten sam sposób, jak przyszły na świat wszystkie dzieci tak przedtem jak i potem; a ósmego dnia, zgodnie z żydowskim zwyczajem, chłopiec został obrzezany i formalnie nazwany Jeszua (Jezus). 

Na drugi dzień po urodzeniu Jezusa, Józef zarejestrował się w spisie. Potem spotkał człowieka, z którym rozmawiali dwa dni wcześniej w Jerychu i został przezeń zaprowadzony do dobrze sytuowanego przyjaciela, który miał pokój w zajeździe i który powiedział, że chętnie zamieni się kwaterami z parą z Nazaretu. Tego popołudnia przeprowadzili się do zajazdu, w którym przemieszkali prawie trzy tygodnie, zanim znaleźli zakwaterowanie w domu dalekiego krewnego Józefa. Na drugi dzień po narodzeniu Jezusa, Maria posłała wiadomość Elżbiecie, że dziecko przyszło na świat i otrzymała odpowiedź, zapraszającą Józefa do Jerozolimy, dla omówienia wszystkich ich spraw z Zachariaszem. W następnym tygodniu Józef poszedł do Jerozolimy, aby spotkać się z Zachariaszem. Zarówno Zachariasz jak i Elżbieta żywili szczere przekonanie, że Jezus rzeczywiście zostanie żydowskim wybawicielem, Mesjaszem, a ich syn, Jan, będzie zwierzchnikiem jego popleczników, jego prawą ręką, człowiekiem przeznaczenia. Ponieważ Maria miała takie same przekonania, łatwo było nakłonić Józefa do pozostania w Betlejem, mieście Dawida, aby Jezus mógł tam dorastać i zostać następcą Dawida na tronie całego Izraela. Dlatego też pozostali w Betlejem ponad rok, Józef pracował w swym zawodzie cieśli. 

W czasie narodzin Jezusa, w południe, serafini z Urantii, zebrani pod kierunkiem swych przełożonych, śpiewali hymny chwały nad żłobem betlejemskim, ale ludzkie uszy nie słyszały tych głosów pochwalnych (zapewne chodzi o Ludzi-Aniołów z TJehooba, którymi przewodzą na wpół eteryczni Thaori). Ani pasterze, ani żadni inni śmiertelnicy nie przyszli składać hołdu dziecięciu z Betlejem, aż do dnia przybycia pewnych kapłanów z Ur, których Zachariasz przysłał z Jerozolimy. Jakiś czas wcześniej poinformował tych kapłanów z Mezopotamii pewien dziwny nauczyciel religijny z ich kraju, że miał sen, w którym otrzymał wiadomość, że "światło życia" ma się wkrótce pojawić na Ziemi, jako dziecko pośród Żydów. I trzej nauczyciele poszli we wskazanym kierunku, szukając tego "światła życia". Po wielu tygodniach daremnych poszukiwań w Jerozolimie, już mieli wracać do Ur, gdy spotkał ich Zachariasz i zwierzył im się ze swego przekonania, że to Jezus jest celem ich poszukiwań i posłał ich do Betlejem, gdzie spotkali dziecko i zostawili swe dary Marii, jego ziemskiej matce. W momencie ich wizyty dziecko miało prawie trzy tygodnie.




Mędrcy nie widzieli gwiazdy wiodącej ich do Betlejem. Ta piękna legenda o gwieździe betlejemskiej powstała w następujący sposób. Jezus urodził się 21 sierpnia w południe, w roku 7 p.n.e. 29 maja roku 7 p.n.e. miała miejsce niezwykła koniunkcja Jowisza i Saturna w konstelacji Ryb. Ciekawym faktem astronomicznym jest to, że podobne koniunkcje zdarzyły się 29 września i 5 grudnia tego samego roku. Na podstawie tych niecodziennych, ale zupełnie naturalnych zdarzeń, gorliwcy z następnego pokolenia, kierując się jak najlepszymi intencjami, stworzyli wzruszającą legendę o gwieździe betlejemskiej i o pełnych uwielbienia mędrcach, prowadzonych przez nią do żłobu, gdzie ujrzeli dziecię i cześć oddali nowo narodzonemu. Orientalne i bliskie orientalnym umysły lubują się w baśniowych historiach i wciąż przędą takie piękne mity o życiu swych przywódców religijnych i bohaterów politycznych. Kiedy nie było druku, gdy większość wiedzy ludzkiej przekazywana była z ust do ust, z jednego pokolenia na drugie, bardzo łatwo było mitom stać się tradycją a tradycji zostać w końcu uznaną za fakt.




PREZENTACJA W ŚWIĄTYNI


 Mojżesz nauczał Żydów, że każdy pierworodny syn należy do Pana, a zamiast jego ofiarowania, jak to było w zwyczaju u narodów pogańskich, syn taki może żyć, jeśli rodzice go okupią, płacąc pięć szekli dowolnemu, uprawnionemu do tego kapłanowi. Istniało także rozporządzenie Mojżeszowe, nakazujące, aby matka, po upływie odpowiedniego czasu, pojawiła się w Świątyni celem oczyszczenia (lub, aby ktoś za nią zrobił właściwą ofiarę). Zazwyczaj dopełniano obu tych obrzędów jednocześnie. Dlatego też Józef i Maria osobiście poszli do Świątyni w Jerozolimie, aby zaprezentować Jezusa kapłanom i dokonać jego okupienia, jak również, aby złożyć odpowiednią ofiarę dla obrzędowego oczyszczenia Marii z rzekomej nieczystości porodu. 

Kręciły się stale po dziedzińcach Świątyni dwie ciekawe postacie, pieśniarz Szymon i poetka Anna. Szymon był Judejczykiem, Anna Galilejką. Para ta często przebywała razem a oboje byli w zażyłości z kapłanem Zachariaszem, który zawierzył im tajemnicę Jana i Jezusa. Zarówno Szymon jak i Anna wyczekiwali przyjścia Mesjasza a ich zaufanie do Zachariasza sprawiło, że byli przekonani, iż to Jezus jest spodziewanym wybawicielem narodu żydowskiego. Zachariasz wiedział, w którym dniu można się było spodziewać, że Józef i Maria zjawią się w Świątyni razem z Jezusem i tak ułożył z Szymonem i Anną, że da znak, pozdrawiając podniesieniem ręki tego w procesji pierworodnych dzieci, który jest Jezusem. Na tę okoliczność Anna napisała wiersz, który Szymon zaśpiewał, ku wielkiemu zdumieniu Józefa, Marii i wszystkich, którzy zebrali się na dziedzińcu Świątyni. Tak brzmiał ich hymn okupienia pierworodnego syna:


"Niech będzie uwielbiony Pan, Bóg Izraela,
Że nawiedził lud swój i dokonał jego odkupienia;
Podniósł róg zbawienia dla nas wszystkich
W domu sługi swego, Dawida.
Jak zapowiedział przez usta swych świętych proroków
Że nas wybawi od nieprzyjaciół i z ręki wszystkich, którzy nas nienawidzą; 
Że miłosierdzie okaże ojcom naszym i wspomni na swoje święte przymierze
Na przysięgę, którą złożył ojcu naszemu Abrahamowi,
Że nam użyczy tego, iż z mocy nieprzyjaciół wyrwani, 
Bez lęku służyć mu będziemy,
W pobożności i sprawiedliwości przed nim po wszystkie dni nasze.
A ty, dziecię obiecane, prorokiem Najwyższego zwać się będziesz;
Bo pójdziesz przed obliczem Pana torując drogę królestwu jego;
Jego ludowi dasz poznać zbawienie
Przez odpuszczenie mu grzechów.
Radujcie się miłosierdziem serdecznym Boga naszego. 
Przez nie z wysoka wschodzące słońce nas nawiedza
By zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, 
Aby nasze kroki zwrócić na drogi pokoju.
A teraz, o Panie, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według słowa Twego
Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,
Któreś przygotował wobec wszystkich narodów;
Światło nawet na oświecenie pogan
I na chwałę ludu twego, Izraela"


CDN.

16 listopada 2025

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XXVI

WYBUCH III WIELKIEJ WOJNY GALAKTYCZNEJ





FAZA I
OPANOWANIE I OKUPACJA PRZEZ GADY CAŁEGO UKŁADU SŁONECZNEGO


SYSTEM GWIEZDNY - BELLATRIX



"I nastąpiła walka na niebie: 
Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem.
I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie"

(APOKALIPSA ŚW. JANA 12:7)


Maldek, to właśnie stamtąd wzięła swój początek niszcząca pożoga, która doprowadziła do niezwykle okrutnych i krwawych wydarzeń. Maldek był również tym miejscem, gdzie to wszystko się zakończyło. Po prawie 200 milionach lat trwania względnego "zbrojnego pokoju", ten stan rzeczy zaczął w końcu przeszkadzać gadzim istotom. Dążyli oni do nowej wojny, do której konsekwentnie się przygotowywali w ciągu poprzednich milionów lat. Przez ten czas rozwinęli tak niszczącą technologię, rozbudowali takie zbrojne umocnienia na planecie i zamienili Chowtę (nasz księżyc) w prawdziwą bazę wojskową, zdolną do działań międzyplanetarnych o niezwykle silnej mocy uderzeniowej (porównywalnej z siłą okrętu-planety Nibiru, będącego na usługach Federacji Galaktycznej), że znacznie przewyższyli to, co przez ten czas uczyniła w tym zakresie Federacja Galaktyczna. Jedyne co różniło Nibiru i Chowtę to rozmiary (Nibiru była nieporównywanie większa), mimo to niszcząca siła obu planet-okrętów była taka sama. Ok. 1 320 000 lat temu Gady były już gotowe do rozpoczęcia zbrojnego konfliktu. Wiedziano również gdzie ma nastąpić pierwsze uderzenie - w naszej Galaktyce, a pierwszym celem Reptilian miała być... nasza Ziemia. Dlaczego akurat Ziemia? Dlatego że o kierunku decydowały najpotężniejsze Reptoidy w Radzie Anchara - z systemu gwiezdnego Alpha Draconis (Smoka), a ci nie mogli zapomnieć Lirianom i Syrianom zniszczenia ich dinozaurowatych pobratymców sprzed 65 milionów lat. Poparły ich Reptoidy z Sagittariusa i jedynie Dinoidy z Bellatrix opowiedziały się za innym kierunkiem pierwszego uderzenia.

Przeważyło stanowisko Alpha Draconis i powzięto tam również decyzję o zniszczeniu wszelkiego ludzkiego życia na planecie Ziemia (i w całej naszej Galaktyce). Miało się to odbyć w ten sam sposób, który wcześniej doprowadził do zagłady ziemskich dinozaurów - przez ściągnięcie i nakierowanie na naszą planetę ogromnej asteroidy lub innej mniejszej satelity. Chodziło o to, by niszcząc ludzkie życie na planecie, nie zniszczyć jednocześnie samej Ziemi, którą zamierzano następnie skolonizować. Nim jednak doszło do sławnego "Piekielnego pierwszego kontaktu" Galaktycznej Ludzkości i Gadów (jak opisują początek wojny channelingi), miała miejsce niezwykła, wręcz niespotykana sytuacja. Otóż zarówno w reptiliańskich społeczeństwach z rożnych Galaktyk, jak również w samej Radzie Anchara na Bellatrix (system gwiezdny Bellatrix znajduje się najbliżej dawnej, zniszczonej przez Federację planety Gadów - Aln), znaleźli się i tacy, którzy nie pragnęli wojny z Galaktyczną Ludzkością. Tak długi okres pokoju, trwający prawie 200 milionów lat spowodował, że część gadzich społeczeństw przyzwyczaiła się do tego stanu rzeczy i nie pragnęła go zmieniać siłą. Uznano że zarówno Reptilianie jak i Ludzie mogą odnaleźć we Wszechświecie swoje miejsce i jedni nie muszą drugim wchodzić w drogę, a wszelkie punkty sporne pomiędzy naszymi rasami - można by było rozwiązywać na drodze pokojowej. Takie głosy podniosły się również w Radzie Anchara na Bellatrix - nie znalazły jednak poparcia i szybko zostały "zakrzyczane". Przez ten czas wspólnych ludzko-gadzich relacji wyrządzono sobie nawzajem zbyt wiele krzywd, by teraz nie pragnąć za to odwetu.

Najbardziej do wojny dążyły Reptoidy z Alpha Draconis, najmniej zaangażowane w ten konflikt były Dinoidy z Bellatrix, ale podział nie przebiegał pomiędzy tymi rasami, tylko w poprzek nich. Zarówno wśród Reptoidów z systemu Smoka i z Sagittariusa znaleźć można było niechętnych nowemu konfliktowi Gadoidów, jak również pośród Dinoidów z Bellatrix byli zwolennicy wojny i całkowitej eliminacji ludzkości we Wszechświecie. To właśnie ich zdanie przeważyło (zwolenników pokoju była zaledwie garstka). Oskarżono ich następnie o działanie na rzecz Ludzkości i uznano za zdrajców. Odtąd w samych gadzich społeczeństwach wyszukiwano zwolenników pokoju i prześladowano ich oraz zabijano. Nie mając innego wyjścia, część tych, którzy nie chcieli brać udziału w nadchodzącej wojnie, uciekła z Bellatrix. Ich celem stało się teraz ostrzeżenie Galaktycznej Ludzkości przed nadchodzącą katastrofą. Udało im się nawet stanąć przed Radą Federacji, ale... nie uwierzono im, uznając że są oni celowo wysłanymi agentami, mającymi wymusić na Federacji wykonanie pierwszego zbrojnego kroku, by potem można było oskarżyć Ludzkość o rozpoczęcie nowej wojny. Dlatego też natychmiast nakazano uwięzienie gadzich uciekinierów i planowano nawet wydać ich Gadom z Bellatrix, jednak nim to się stało, nastąpił ów "Piekielny pierwszy kontakt" i wybuchła wojna powodując masakryczne straty Federacji i zmuszając ją do ucieczki z "ziemskiego" Układu Słonecznego. Wówczas dopiero doceniono przysługę, jaką Ludzkości oddała ta zbiegła część Gadoidów.


KLĘSKA FEDERACJI GALAKTYCZNEJ


"I inny znak się ukazał na niebie:
Oto wielki Smok barwy ognia,
mający siedem głów i dziesięć rogów
- a na głowach jego siedem diademów.
I ogon jego zmiata trzecią część gwiazd nieba:
i rzucił je na ziemię"

(APOKALIPSA ŚW. JANA 12:3-4)


Wszystko już było gotowe do rozpoczęcia konfliktu, teraz wystarczył jedynie pretekst by ją wywołać. Takim pretekstem ok. 1 320 000 lat temu było natknięcie się gwiezdnego patrolu Federacji Galaktycznej ze zwiadem Reptilian. To właśnie wówczas wytworzyło się owe "Piekło pierwszego kontaktu". Patrol Federacji Galaktycznej wykonywał swą rutynową misję kontrolną i po jego dokonaniu miano opuścić "ziemski" Układ Słoneczny i powrócić do baz Federacji. To już jednak nie nastąpiło, gdyż zastąpił im drogę wysunięty zwiad Sojuszu Anchara. Wywiązała się bitwa (choć raczej należałoby tu użyć słowa prawdziwa masakra), w wyniku której okręty Federacji Galaktycznej zostały całkowicie zniszczone. Atak i zniszczenie okrętów Federacji prawdopodobnie nie były wcześniej zaplanowane, po prostu nadarzyła się okazja i Gady z niej skorzystały, ale ten krok nie oznaczał nic innego, jak jawne wypowiedzenie wojny. Zdawano sobie z tego sprawę zarówno w Radzie Anchara na Bellatrix jak i na Maldeku, skąd wyruszyła wysunięta szpica gadzich okrętów. Takiego posunięcia nie dało się ukryć czy zapomnieć - wojna stała się faktem. Postanowiono więc działać, nim jeszcze wieści o masakrze dotrą do Rady Federacji Galaktycznej mieszczącej się w systemie gwiezdnym Liry. Wydano wiec rozkaz rozpoczęcia ataku na Ziemię i inne planety naszego Układu Słonecznego w celu ich szybkiego opanowania.




ZAGŁADA HYPERBOREI


Tymczasem w hyperboreańskim mieście Czarnych - Ikirito, w tamtejszym obserwatorium astronomicznym dało się wyczuć pewne poruszenie. Astronomowie bowiem dostrzegli olbrzymich rozmiarów asteroidę, będącą na kursie kolizyjnym z Ziemią. Nie było jeszcze pewne że ta asteroida z całą pewnością uderzy w planetę (była jeszcze wówczas prawie niedostrzegalna, nawet przez najlepsze teleskopy na całej Hyperborei jakie posiadano w Ikirito), mimo to obawa że tak się może stać była bardzo prawdopodobna. Po dwóch miesiącach naukowcy nabrali pewności - asteroida z całą pewnością uderzy w Ziemię. Po dwóch kolejnych miesiącach można już było dostrzec ją gołym okiem - świecącą rozżarzoną, złowrogą czerwienią na tle rozgwieżdżonego nieba. Naukowcy skrupulatnie (biorąc pod uwagę tor lotu asteroidy) wyliczyli w którym miejscu i którego dnia spadnie ona na Ziemię. Miał to być teren dzisiejszej Południowej Ameryki (wówczas jeszcze nie istniał taki kontynent). Naukowcy przewidzieli wszystko, skrupulatnie co do dnia a nawet godziny, nie pomyśleli jednak o jednym szczególe. Że owa asteroida jest... sterowana przez obcą, potężną i wrogą im cywilizację oraz że może... zmienić kurs. Tego nie przewidziano i nie brano nawet pod uwagę, co potem zakończy się tragicznie dla Hyperboreańczyków. Nie było wyjścia, aby ocaleć należało czym prędzej przygotować się do ewakuacji.

Nie można jednak było ocalić całej ludności Hyperborei, gdyż okręty gwiezdne nie były w stanie ich wszystkich pomieścić - postanowiono ewakuować tylko ludzi najzdolniejszych - lekarzy, inżynierów, naukowców, cała zaś reszta ludności skazana była na zagładę. Rządy Czarnych z dzisiejszej Australii, Nowej Gwinei i Antarktydy (wchodzących wówczas w skład kontynentu hyperboreańskiego), wraz z Żółtymi z dzisiejszej Birmy, Zatoki Bengalskiej i Chin - podjęły się wspólnej pracy, mającej na celu ocalenie najzdolniejszych spośród siebie jednostek, po to, by po katastrofie byli w stanie ponownie odtworzyć cywilizację Hyperborei. W tym celu wyposażono i załadowano po brzegi 80 okrętów Czarnych i 98 okrętów Żółtych z Hyperborei (Czarni i Żółci mieszkańcy Afryki byli skazani na zagładę, gdyż ich o niczym nie poinformowano). Wcześniej wybrano najgodniejszych i najlepszych przedstawicieli obu ras, podczas wielogodzinnych głosowań, rozpatrując cały ich dorobek naukowy. Pozostałą ludność oczywiście ostrzeżono o spodziewanej zagładzie, ale nie poinformowano ich o ewakuacji najzdolniejszych specjalistów, w obawie przed powszechnymi rozruchami. Po jednym z miejsc w okrętach gwiezdnych przeznaczono również dla każdego z przywódców państwowych Czarnych i Żółtych, ale tylko dla nich. Ani ich rodziny, ani ministrowie i członkowie rządu nie uzyskali takiego przywileju.

Gdy do uderzenia asteroidy pozostało już 48 godzin, raz jeszcze poinformowano ludność o zbliżającej się katastrofie, jednocześnie bagatelizując jej rozmiary. Twierdzono że spadnie na tereny opustoszałe a jej skutki nie będą zbyt dotkliwe dla ludzi i że większość z nich przeżyje tę kosmiczną katastrofę. Dzięki temu nie odnotowano przykładów paniki, gdyż Hyperboreańczycy uznali, że skoro władze do których miano zaufanie - bagatelizują problem i nie przygotowują ewakuacji - zagrożenie nie jest tak poważne. Okazało się zupełnie inaczej. W planach było że 2 godziny przed spodziewanym uderzeniem wszystkie okręty wzbiją się w powietrze i przeczekają owe 12 tygodni (które mogły wytrzymać w przestrzeni kosmicznej okręty Hyperboreańczyków) na orbicie planety, by ponownie na niej wylądować i rozpocząć odbudowę. Uderzenie asteroidy przewidywano na godzinę 14-tą, dlatego też o godzinie 12-tej statki z "wybrańcami" miały wystartować i "zakotwiczyć" na orbicie planety. Obliczenia te okazały się błędne, jednak nie dlatego że źle wyliczono trajektorię i szybkość poruszania się śmiercionośnej skały, lecz dlatego że skała ta, będąc już blisko Ziemi... gwałtownie przyspieszyła. Stało się tak, ponieważ asteroida ta była od początku do końca sterowana przez Reptilian. Pojawiła się więc na niebie znacznie wcześniej, już ok. godziny 11-tej, świecąc niczym pomarańczowe słońce. Natychmiast ogłoszono alarm i wydano rozkaz ewakuacji (nie wszyscy jednak zdążyli się ewakuować).

Okręty wzbiły się w powietrze gdy asteroida już "muskała" pole grawitacyjne Ziemi, lecz by wzbić się w przestrzeń kosmiczną musiały najpierw skierować się w rejon "dziury grawitacyjnej", która wówczas znajdowała się na obszarze dzisiejszej Europy. Nie wszystkim okrętom udała się ta sztuka przed katastrofą, a w zasadzie to... nie udała się prawie nikomu. Ocalały jedynie trzy okręty Czarnych i cztery Żółtych, które zawczasu dotarły do pola grawitacyjnego i go przekroczyły (nim podmuchy wzbijającego w górę ognia i wody nie wessałyby ich z powrotem w dół) opuściły ziemską grawitację, cała reszta zginęła. Jednak nie tylko czas uderzenia się nie zgadzał, błędny był również kierunek uderzenia. Asteroida nie spadła tam, gdzie wcześniej zakładano, lecz przed samym uderzeniem rozbiła się na trzy olbrzymie kawałki, które spadły w trzy zupełnie oddalone od siebie miejsca na planecie. Kawałki asteroidy były specjalnie naprowadzane na najbardziej zaludnione ośrodki miejskie na Ziemi i tak najmniejszy z trzech części (o średnicy kilku kilometrów) spadł na osiedla Czarnych i Żółtych w Afryce (rejon dzisiejszego Morza Czerwonego), powodując natychmiastową zagładę wszelkiego tam życia. Drugi "odłamek", znacznie większy od poprzedniego, Gady naprowadziły na pozycje Czarnych Hyperboreańczyków w rejonie dzisiejszej Australii, a trzeci, największy, na ośrodki Żółtych niedaleko (dzisiejszych) wysp Galapagos.




 W jednej chwili powstało prawdziwe piekło i nastąpiły wybuchy o niezwykłej sile. W kilku miejscach odłamki asteroidy przebiły skorupę ziemską. Natychmiast wybuchły wszystkie wulkany na planecie. Powstały fale wodne o wysokości 300 metrów i zatopiły większą część Australii. Góry zaczynały się kruszyć jak domki z kart, a tam, gdzie dotąd były doliny, wyrastały nowe pasma górskie. W wyniku tych zawirowań - Tasmania oddzieliła się od Australii, duża część Antarktydy zatonęła w oceanie, tworząc dwa olbrzymie podwodne kaniony pomiędzy dzisiejszą Australią a Antarktydą. Z wód, które dotąd opływały Hyperboreę i kontynent afrykański, wyłonił się nowy kontynent (który później otrzyma nazwę Lamar i stanie się miejscem powstania kolejnej ziemskiej cywilizacji - Mu). Ogromna część Birmy zatonęła w oceanie, a w Afryce powstało Morze Czerwone na miejscu dawnych ludzkich osad Czarnych. W miejscu uderzeń trzech odłamków asteroidy wyrosły całe partie wulkaniczne, buchające rozgrzaną lawą z wnętrza planety. Cała Ziemia zmieniła nachylenie swej osi i zaczęła się obracać pod innym kątem. Większa cześć ludności pozostałej na planecie - zginęła - albo w wyniku samej katastrofy, albo jej późniejszych skutków, albo też w wyniku rozprzestrzeniających się po (prawie) całej planecie śmiercionośnych gazów wulkanicznych. Niektórym udało się przeżyć, lecz zostali napromieniowani przez odsłonięte złoża uranu. Spotkało to głównie Czarnych, których skóra zaczęła przypominać kolor, jaki mają dzisiejsi australijscy Aborygeni.

Tymczasem przebywające na orbicie okołoziemskiej ocalone okręty Czarnych i Żółtych, po upływie 12 tygodni musiały lądować, gdyż te statki nie wytrzymałyby dłuższego pobytu w Kosmosie. Jedyna w miarę dobra widoczność była na terenach dzisiejszej Europy, tam też postanowiono wylądować. Lecz samo lądowanie w warunkach powszechnego kataklizmu nie było wcale proste. Wybuchy wulkanów wyrzucały do atmosfery ogromne ilości pyłów i innych odłamków, uniemożliwiających swobodne manewrowanie pojazdami gwiezdnymi. Oceany też się gotowały, tworząc ogromne ilości pary wodnej, mieszającej się z chmurą wulkaniczną. Efektem tego były na ogromnych obszarach planety - nieprzeniknione ciemności - również w trakcie dnia. W efekcie tych wszystkich przeciwności losu, z siedmiu okrętów które podjęły się próby ponownego lądowania na Ziemi - udało się to... tylko jednemu z nich z 95 pasażerami Żółtych na pokładzie. Ponieważ lądowanie w Europie nie było możliwe ze względu na szalejące wiatry (dochodzące do prędkości 400 kilometrów na godzinę), wylądowano dalej, w rejonie dzisiejszej Grenlandii. Mimo to statek podczas lądowania został tak poważnie uszkodzony, że nie nadawał się już do dalszych podróży (i tak mieli dużo szczęścia - przynajmniej na początku - gdyż inne okręty pochwycone przez wichurę rozbiły się o ziemię z ogromną siłą). Po wylądowaniu rozpoczęto (zgodnie z wcześniejszymi założeniami) próbę odbudowy cywilizacji hyperboreańskiej, założono nawet małą osadę. Jednak nie przetrwała ona długo - miesiąc po lądowaniu wszystkich Żółtych - którzy przetrwali katastrofę - pochłonęło potężne trzęsienie ziemi (ziemia nagle rozpadła się im pod stopami). Tak oto przeminęła pierwsza ziemska cywilizacja z planety Bakaratini.


ZAGŁADA MARSA i WENUS


Tymczasem sukces zagłady ziemskiego życia został powitany przez Gadów z Maldeka z radością. Natychmiast też wysłano kolejne asteroidy, by zniszczyły wszelkie życie na dwóch pozostałych planetach naszego Układu Słonecznego - Marsie i Wenus. Marsjanie bardzo szybko rozpoczęli ewakuację ludności do wydrążonych zawczasu pod powierzchnią planety, ogromnych tuneli, których głębokość dochodziła do 2 kilometrów pod powierzchnią Marsa. Ci ludzie przeżyli zagładę, która zmieniła Marsa w dzisiejszą "Czerwoną Planetę". Ponieważ w wyniku ataku z Marsa zniknęła prawie cała atmosfera, Gady nie planowały kolonizacji tej planety (dzięki czemu Ludzkość na Marsie przetrwała w podziemnych bunkrach i korytarzach zniszczonych miast). Natomiast Wenus nie była zupełnie przygotowana do obrony swojej ludności, dlatego też asteroida zmiotła stąd wszelkie życie, unicestwiając pokojowo rozkwitającą cywilizację Noborin i po pewnym czasie Gadoidy rozpoczęły kolonizację Wenus (planeta ta nie została zniszczona w taki sposób, by nie można było się na niej osiedlić - nie przypominała jeszcze wówczas rozgrzanego do czerwoności "kotła", którym jest dzisiaj - wówczas jeszcze ucierpiała najmniej ze wszystkich trzech zniszczonych przez Reptilian planet). Nim jednak Gady rozpoczęły kolonizację Wenus i przygotowywały się do zasiedlenia niespokojnej Ziemi - musiały zmierzyć się z wysłaną przeciw nim potęgą Federacji Galaktycznej, która zareagowała dopiero po zniszczeniu trzech planet naszego Układu Słonecznego (Gady przeprowadziły bowiem błyskawiczną akcję eliminacji ludzkości i nim wieści o niej dotarły do systemu gwiezdnego Liry - było już po wszystkim).

Teraz potężne okręty zmierzały ku naszej Galaktyce z zamiarem jej odzyskania. Nie spodziewano się jednak jaką siłą dysponowały wówczas Gadoidy i myślano że Maldek i Chowta są osamotnione. Okazało się że zgromadzono tutaj ogromną potęgę z Alpha Draconis, Bellatrix i Sagittariusa - biorąc to wszystko pod uwagę, należy stwierdzić, że misja Federacji (choć liczna, dobrze przygotowana i uzbrojona), była w zasadzie misją samobójczą - o czym Galaktyczna Ludzkość wkrótce się przekonała, gdy zaczęła ponosić dalsze dotkliwe klęski w tej wojnie.




CDN.

SUŁTANAT KOBIET - Cz. V

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY





ELBISTAN
 (1449 r.)


Do jednej z sal pałacu w Elbistanie weszła tajemnicza kobieca postać. Twarz miała zasłoniętą, jak przystało na dobrą muzułmankę i ubrana była w długą suknię. Gdy przekroczyła próg komnaty, służba pałacowa natychmiast zamknęła za nią drzwi. W pomieszczeniu wraz z nią znajdowało się pięć równie dostojnie ubranych kobiet, choć te nie miały już zasłoniętych twarzy. Tajemnicza kobieta również (będąc jedynie w damskim towarzystwie) odsłoniła woale z twarzy i podeszła do stojących przed nią dziewcząt. Każdą bardzo dokładnie obejrzała, sondując ich urodę a następnie kazała się im obnażyć, by sprawdzić czy przypadkiem nie miały jakichś skaz na ciele. Wreszcie podeszła do jednej z nich i całując ją w oczy, włożyła na palec zaręczynowy pierścień. Dokonała wyboru, dziewczyna której szukała stanie się teraz żoną księcia Mehmeda Czelebiego, młodego następcy osmańskiego tronu (który już w dzieciństwie zdążył przez pewien czas zasiadać na sułtańskim tronie, do czasu aż jego ojciec - Murad II postanowił opuścić swoją samotnię i miast czytania książek i pisania wierszy - ponownie objął władzę). Tajemnicza kobieta, która dokonała tego wyboru oblubienicy księcia, była żoną namiestnika Amasyi - Chyzyr paszy. Jej zaś wybranka nosiła imię Sitt hatun i była córką Sulejmana bega - władcy maleńkiego muzułmańskiego księstwa w południowo-wschodniej Anatolii - Dulkadiru. Sulejman beg był przyjacielem Murada II a rody Osmanów i Zulkayr-oglu od dawna się ze sobą łączyły. Państwo Sulejmana bega było co prawda niewielkie, ale za to bardzo bogate a władca posiadał na swe rozkazy oddziały bitnych Turkmenów. Sulejman miał też trzy radości w życiu. Pierwszą były jego konie, posiadał bowiem najwspanialszą stadninę w całej Anatolii i jedną z najlepszych w Europie. Drugą radością było... jedzenie, Sulejman przez tę swoją słabostkę, był jednym z najgrubszych ówczesnych władców. Trzecią zaś radością był jego harem. Sulejman beg należał bowiem do grona wielkich lubieżników i jeśli tylko mógł, spędzał wolny czas wśród swoich kobiet.




Natomiast Sitt hatun odznaczała się zarówno urodą jak i dostojeństwem. Była córką znacznego beja, nic więc dziwnego że Murad II nakazał żonie Chyzyr paszy wręczyć jej zaręczynowy pierścień od swego 17-letniego syna (przebywającego wówczas w Manisie, w objęciach swojej niewolnicy którą szczerze kochał) księcia Mehmeda. Było pewne że jedna z pięciu córek Sulejmana zostanie przyszłą żoną Mehmeda, lecz nie wiadomo było tylko która z nich jest najpiękniejsza i czy nie posiada jakichś ukrytych skaz na ciele. Dlatego też zadanie żony namiestnika Amasyi było tak ważne i delikatne. Wręczyła dziewczynie zaręczynowy pierścień i opuściła Elbistan, kierując się w stronę Adrianopola, by zdać władcy osmańskiemu relację. Wysłuchawszy jej opowieści, Murad II polecił by raz jeszcze udała się do pałacu Sulejmana bega i przywiozła stamtąd narzeczoną jego syna. Druga wyprawa została przygotowana z większym rozmachem, a orszak zmierzający do Elbistanu był niezwykle bogaty. Na jego czele stanął niejaki Sarudza pasza - faworyt sułtana i jego osobisty doradca w wielu sprawach haremu. Prócz niego w podróży uczestniczyli wysocy dostojnicy państwa. Sulejman powitał wszystkich radośnie i oddał im swoją córkę. Pieczę nad dziewczyną sprawowała cały czas żona namiestnika Amasyi. Podróż była długa i choć kobiety jechały w przeznaczonej dla nich karocy, należało dopilnować, aby nikt i nic nie uchybiło ich godności w czasie drogi lub podczas postojów (a trzeba pamiętać że droga była długa, tym bardziej wiodła przez tereny górzyste jak również przez Dardanele, więc co jakiś czas trzeba było robić postoje). O to zadbał Sarudza pasza, który miał do dyspozycji swoich eunuchów do których zadań należało zabezpieczenie terenu przeznaczonego dla kobiet (oprócz oblubienicy Mehmeda i żony Chyzyr paszy, w podróży uczestniczyło również kilka niewolnic księżniczki Sitt hatun) tak, aby najprostsze czynności, jak mycie się lub załatwianie potrzeb fizjologicznych, nie powodowały wśród nich dyskomfortu i by żadne męskie oko nie mogło w tę stronę wejrzeć. Po przybyciu do Adrianopola, sułtan powitał przyszłą synową, po czym rozpoczęły się przygotowania do ślubu.
 




MANISA-DIMOTIKA
(1449 r.)


A tymczasem po oddaniu tronu ponownie swemu ojcu (Mehmed II był po raz pierwszy sułtanem od sierpnia 1444 do września 1446 r. i wstąpił na tron w wieku zaledwie 12 lat), Mehmed Czelebi (tak zwano książąt) usunął się do Manisy. Tam młody książę zakochał się w jednej ze swoich niewolnic o imieniu Gulbahar, która najprawdopodobniej pochodziła z Albanii (potem jednak propaganda osmańska głosiła, iż była ona uprowadzoną w niewolę córką króla Francji - Karola VII). Uczynił z niej swą faworytę jeszcze nim zaszła z nim w ciążę i urodziła mu syna. Faworyta sułtana co prawda stała znacznie niżej w haremowej hierarchii od jego żony (o matce nie wspominając), ale już cieszyła się sporymi przywilejami. Posiadała np. własne pieniądze (przyznane przez księcia lub sułtana), a to znaczy że sama mogła kupować suknie i biżuterię. Mogła też decydować w co się będzie ubierała (haremowe niewolnice i konkubiny z reguły nosiły dość proste i lekkie suknie, bez względu na porę roku, poza tym z reguły bardzo do siebie podobne. Nie mogły też zmieniać ani fasonów, ani kroju sukien ani też fryzur i nakryć głowy). Miała też prawo do wybrania sobie kilku niewolnic, które jej usługiwały. Gulbahar była jedyną faworytą księcia Mehmeda i nie miała żadnych innych konkurentek (przyciągnęła go do siebie swym śpiewem, tańcem i grą na instrumentach) do czasu, aż nie pojawiła się księżniczka Sitt hatun. 




W połowie 1447 r. Mehmed i Gulbahar wyjechali na zamek Dimotika (w dzisiejszej północno-wschodniej Grecji). Tam w grudniu 1447 r. powiła ona syna, który otrzymał imię - Bajazyd. Teraz, jako Gulbahar hatun stała się nie tylko faworytą, ale i matką przyszłego następcy osmańskiego tronu. Natomiast Bajazyd (który przejdzie do historii jako Bajazyd II) będzie dziadkiem sułtana Sulejmana Wspaniałego. Z Dimotiką los raz jeszcze zwiąże Mehmeda II, gdy w dwadzieścia lat później umieści w tym zamku, w prywatnym więzieniu - swoją siostrę, z którą mocno się poróżni - Hatice hatun. Hatice była bowiem okrutną sadystką i lubieżnicą, znęcała się nad swoimi niewolnicami w najbardziej barbarzyński sposób, a większość z nich i tak karała śmiercią tylko dla samej frajdy oglądania egzekucji (lubiła np. patrzeć, jak długo ciało może poruszać się bez głowy i aby to obejrzeć, skazywała kolejne niewolnice na ścięcie. Poza tym stworzyła sobie swój własny harem z wybranych przez siebie mężczyzn {tych zaś, którzy jej nie zadowoli, kazała kastrować} i był to bodajże pierwszy w dziejach Imperium Osmańskiego męski harem, a raczej selam - jeszcze do tego wrócę). Teraz jednak sułtan Murad II polecił Mehmedowi przybyć do stolicy (którą wówczas jeszcze był Adrianopol), by poślubić księżniczkę Sitt hatun z Dulkadiru. Choć czynił to niechętnie, musiał opuścić Gulbahar i wziąć udział w zaaranżowanym przez ojca małżeństwie. 





ADRIANOPOL
(1449 r.)


Instytucja haremów została przejęta przez Turków od Arabów i... Chińczyków. Na dworach kalifów dynastii Abbasydów czy cesarzy chińskich z dynastii Tang, Song oraz Mongołów z rodu Czyngis-chana, istniała bardzo daleko posunięta instytucja wiążąca kobiety w obrębie jednego haremu. Szczególnie Chińczycy wymyślili niezwykle rozbudową tradycję cesarskich burdeli (zwanych dla niepoznaki "Zieloną altaną"), oraz bardzo hermetyczny świat mężczyzn i kobiet. Chiński minister z czasów dynastii Han - Yang Chen pisał np. tak: "Mężczyźnie nie wolno przyjmować niczego bezpośrednio z rąk kobiet, i odwrotnie - kobieta niech niczego nie bierze z rąk mężczyzny (...) Jeśli mężczyzna chce coś kobiecie podać, niech kobieta podsunie mu bambusową tacę". Dlaczego? Ponieważ jak twierdził Yang Chen kobieta to stworzenie puste i skupione jedynie na sobie (opisuje dalej jak kobieta spędza długi czas przed lustrem czesząc włosy i upiększając ciało), oraz takie które: "narobi wyłącznie bałagan, wprowadzi zamęt". Nic wartościowego nie należy więc powierzać kobietom. Mąż (według Chena) nie powinien z żoną nawet rozmawiać w łożu, tylko ograniczyć się do miłości cielesnej, wydać polecenia odnoście spraw domowych i odesłać do pomieszczeń przeznaczonych dla kobiet. Zresztą stosunek z żoną należy ograniczyć do minimum i nim do niego dojdzie, "wzmocnić" swój męski potencjał yang - kilkoma konkubinami lub prostytutkami. Żona może raz, ewentualnie dwa razy w miesiącu obcować z mężem i to musi jej wystarczyć. Tak też funkcjonowały haremy cesarskie, gdy żona chińskiego władcy była mu sprowadzana tylko raz w miesiącu. Poza tym istniała specjalna funkcja "układających grafik", czyli tych kobiet, które wyznaczały innym nałożnicom cesarza czas i miejsce wizyt w jego alkowie (skrupulatnie wszystko zapisując w księdze). Nie było to wcale łatwe zadanie, bowiem trzeba było dobrać nałożnicę nie tylko według upodobania władcy, ale również według innych szczegółów - jak choćby czas menstruacji (która też była ściśle zaznaczana). Nie można było "zamienić" wizyty u cesarza (co próbowały czynić niektóre nałożnice), dlatego też po każdej wizycie u władcy dziewczęta były zaznaczane niejadalną (aby uniknąć zlizywania stempla) maścią z kory cynamonowej. 



  
Ani Arabowie ani Turcy nie posuwali się zaś do takich ekstremów. Turcy np. przez bardzo długi czas nawet nie nakazywali swym żonom zakrywać twarzy (czego wymagał islam), a żony miały pełną władzę w domu i to one decydowały o jego kształcie. Mogły nawet opuszczać pałac i poruszać się po mieście (w otoczeniu kilku ludzi z osobistej ochrony). Wszystko zmieniło się jednak w czasach sułtana Bajazyda I Błyskawicy. Po jego klęsce w bitwie pod Ankarą (która o mało nie doprowadziła do upadku młodej monarchii osmańskiej) w 1402 r., zwycięski wódz Mongołów - Timur, wziął sobie na nałożnicę - żonę Bajazyda (który też dostał się do niewoli) sułtankę Despinę. To spowodowało że pokonany turecki sułtan został całkowicie upokorzony i stracił swój honor. Od tej chwili jego synowie polecili, by ich żony zostały całkowicie odosobnione w specjalnie dla nich przeznaczonych pomieszczeniach zwanych haremlikami (część domu lub pałacu przeznaczona tylko dla kobiet). Była ona odgrodzona od części publicznej, przeznaczonej dla mężczyzn (zwanej selamik) i od tej pory żony władców nie miały prawa opuszczać tych pomieszczeń bez zgody męża, ojca, brata lub syna. Mało tego, została wydana ustawa zabraniająca na przyszłość sułtanom osmańskim żenić się, a pozwalająca jedynie brać sobie nałożnice ze sprowadzanych do ich haremlików niewolnic (o kolejnych małżonkach sułtanów osmańskich do czasów Murada II, postaram się również opowiedzieć w kolejnych częściach). Teraz jednak ta zasada miała zostać złamana i młody Mehmed poślubić miał księżniczkę Dulkadiru. Nie był jednak pierwszym, który złamał ten zakaz. Już jego ojciec - Murad II poślubił córkę beya Canicy - Yeni hatun, a potem córkę władcy beliku Jandaru - Halime hatun.




Uroczystość zaślubin i weselnych uroczystości trwała trzy miesiące. Młoda para nie przypadła jednak sobie do gustu, szczególnie niezadowolony z oblubienicy był Mehmed. Nie kochał jej i nie pragnął tego małżeństwa, kochał zaś Gulbahar, do której chciał czym prędzej wrócić. I tak też się stało, po zakończeniu trzymiesięcznego wesela, Mehmed zabrał nowo poślubioną żonę w drogę do Manisy. Młoda i odznaczająca się urodą Sitt przeżywała odtąd prawdziwe katusze, gdyż mąż praktycznie nie odwiedzał jej w alkowie, cały czas spędzając w towarzystwie Gulbahar lub Gulsah (innej swojej nałożnicy). Sitt hatun zaś dni i noce przebywała samotnie, otoczona jedynie swymi niewolnicami i haremowymi eunuchami. A gdy w lutym 1451 r. w wieku 47 lat zmarł sułtan Murad II i Mehmed (teraz już jako Mehmed II) objął władzę, przy jego boku stała nie Sitt hatun, ale właśnie Gulbahar. Zaś gdy w 1453 r. zdobył Konstantynopol (ostatecznie obalając dynastię Paleologów i niszcząc całą wielowiekową tradycję Imperium Rzymskiego i Cesarstwa Bizantyjskiego), zabrał ze sobą do nowego konstantynopolitańskiego haremu wszystkie nałożnice, oprócz... Sitt hatun, której nakazał pozostać w Adrianopolu. Zmarła tam w samotności (otoczona tylko służbą) w 1486 r. pięć lat po swoim okrutnym małżonku. 


CDN.

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. XIII

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. XIII


EFOROWIE 



 Dorieus - spartański książę który teraz (511 r. p.n.e.) płynął z lacedemońskimi kolonistami aby założyć osadę w zachodniej Sycylii, był synem króla Sparty z rodu Agiadów (Eurystenidów) - Anaksandridasa II, który wstąpił na tron w Lacedemonie ok. 560 r. p.n.e. Ponieważ Anaksandridas nie miał potomków ze swoją pierwszą żoną, przeto eforowie (w antycznej Sparcie było pięciu eforów wybieranych każdego roku, którzy pełnili rolę władzy wykonawczej, innymi słowy rządu spartańskiego) zaproponowali mu aby rozwiódł się ze swoją żoną i wziął sobie inną, skoro tamta nie może dać mu synów. Król Anaksandridas kochał jednak swoją małżonkę i odmówił oddalenia jej, wówczas to (w obawie przed realnym wygaśnięciem linii Agiadów, zapoczątkowanej przez Eurystenesa - wnuka Hyllosa, który sam miał być z synem Heraklesa) eforowie zaproponowali mu, aby wziął sobie drugą żonę. Poligamia co prawda nie była uznawana w Sparcie, ale w tym jednym przypadku postanowiono zrobić wyjątek, aby ocalić dynastię. Anaksandridas przystał na ten pomysł i wziął sobie drugą żonę, a była nią córka Prinetadesa, spokrewniona z niezwykle wówczas wpływowym eforem spartańskim (roku 556 p.n.e.) - Chilonem (jej imię, podobnie jak imię pierwszej żony Anaksandridasa nie zostało uwiecznione na kartach dziejów). Nowa, młoda małżonka szybko zaszła w ciążę, a w międzyczasie król wrócił do łoża swej pierwszej małżonki, która... również wówczas zaszła w ciążę. Druga małżonka urodziła pierworodnego syna Anaksandridasa który otrzymał imię Kleomenes. Wkrótce potem urodził się również syn z pierwszej małżonki Dorieus a w kilka lat później kolejni dwaj synowie - Leonidas i Kleombrotos. Dorieus był niewiele młodszy od Klemenesa, ale za to fizycznie znacznie nad nim górował. Był przystojny (o jasnych włosach), sprawny fizycznie, dzielny i odważny, ideał prawdziwego spartańskiego władcy. Jednak gdy król Anaksandridas zakończył swój ziemski żywot (ok. 525 r. p.n.e.) Dorieus sądził że to właśnie on obejmie tron po swym ojcu, ale stało się inaczej. Eforowie - kierując się prawem pierworództwa - wybrali królem jego starszego przyrodniego brata Klemenesa (który miał pewne niewielkie fizyczne ułomności). Dorieus był zawiedziony, uznał że ukradziono mu tron i wówczas to postanowił znaleźć dla siebie własne królestwo.




Zebrał wokół siebie grupę zwolenników i wraz z nimi postanowił założyć nowe miasto gdzieś w Afryce, miasto w którym będzie mógł władać jak król. Wyprawa ruszyła wczesnym latem 524 r. p.n.e. i kierowała się ku wybrzeżom Libii (Trypolitanii). Wylądowawszy u ujścia rzeki Kinyps (dziś Qued Cam) rozpoczęto budowę osady na zasadach apoikia (czyli zrywając stosunki z miastem macierzystym, w tym przypadku ze Spartą). Lacedemończycy Dorieusa odebrali również żyzne rolnicze tereny libijskiemu plemieniu Maków. Ci postanowili się bronić i zawarli przymierze z trzema punickimi koloniami na wybrzeżu Trypolitanii, były to: Sabratha, Oea i Leptis, które również posłały gońców do Kartaginy z prośbą o przesłanie wsparcia. Rada Możnych (Rzymianie nazywali ich Senatem, Grecy zaś Geruzją, w ogóle często się zdarza że zarówno greccy jak i rzymscy historycy przykładają jeden do jednego własne systemy ustrojowe czy religijne do kartagińskich) czyli H'drm (możni) - jak zwano ich w języku punickim, co można przetłumaczyć jako Hederim; zdecydowała się przyjść z odsieczą fenickim koloniom na wybrzeżu afrykańskim i posłała tam swoje siły. Dorieus co prawda zyskał sojuszników w postaci Greków osiadłych w Cyrenajce (konkretnie zaś w zasiedlonej również przez Dorów/Gorów kolonii Thery - Cyrenie). Cyreną władał wówczas król Arkesilaos III (syn króla Battusa III Kulawego, za którego to panowania 550-530 r. p.n.e. przybył do Cyreny reformator polityczny Demonaks z Mantinei, który wprowadził w mieście podział na trzy grupy: Greków z Thery, Greków z Peloponezu i Krety, oraz Greków z innych wysp Morza Egejskiego, a także utworzył Radę (Geruzję) oraz wprowadził na wzór spartański eforów, czym osłabił władzę królewską (w 85 r. p.n.e. gdy Lucjusz Lukullus przybył do Cyreny aby szukać wsparcia dla swego wodza Lucjusza Korneliusza Sulli, toczącego w Grecji wojnę z wodzami króla Pontu Mitrydatesa VI Eupatora - o czym pisałem w innej serii - społeczeństwo Cyreny dzieliło się na cztery grupy: obywateli, rolników, cudzoziemców zamieszkałych w Cyrenie oraz Żydów, którzy stanowili niespokojną mniejszość i często wszczynali bunty {trudno się jednak dziwić, byli oni bowiem pozbawieni praw politycznych podobnie jak inni cudzoziemcy i o ile w czasach gdy Cyrenajka należała do Egiptu Ptolemeuszy mieli oni równe prawa z Grekami, to od chwili gdy Cyrena stała się częścią rzymskiego Imperium - 74 r. p.n.e. greccy mieszkańcy znów uzyskali większość, odbierając ludności żydowskiej prawa polityczne}). Arkesilaos III udzielił Dorieusowi wsparcia w zbliżającej się konfrontacji z koalicją miast punickich (wzmocnionych posiłkami z Kart Hadaszt) i libijskim plemieniem Maków. Dorieus jednak zdawał sobie sprawę że jego własne siły są zbyt nieliczne aby mogły oprzeć się tej koalicji i nim doszło jeszcze do zbrojnej konfrontacji, postanowił opuścić założoną przez siebie kolonię i odpłynął z powrotem do Sparty (ok. 522 r. p.n.e.). Tym samym punickie miasta na wybrzeżu trypolitanii pozbyły się ewentualnej greckiej konkurencji, ale jednocześnie od tego też czasu Kartagina (czyli miasto bogini Tanit), sprawowało hegemonię nad całym tym regionem, podporządkowując sobie również owe trzy punickie miasta i dzięki temu dochodząc prawie do granic Imperium Perskiego, które rozszerzyło się na zachód po zdobyciu Egiptu (525/524 r. p.n.e.), oraz nawiązując z Persami pierwsze kontakty dyplomatyczne.




Wróciwszy do Lacedemonu kolejne lata Dorieus spędził w cieniu swego starszego brata Kleomenesa I, który bardzo rozsądnie kierował polityką Sparty, rezygnując z awanturniczej polityki międzynarodowej. 517 r PNE odmówił wsparcia dla Majandriosa z Samos, który chciał zająć miejsce tyrana Samos Sylosonta (brata sławnego Polikratesa, który zdobył władzę na wyspie ok. 540 r. p.n.e. i sprawował ją przez kolejne 20 lat do 522 r. p.n.e. za jego rządów Samos stało się jednym z najbogatszych greckich miast i jednym z najsilniejszych {Herodot pisze że posiadał on 100 pentekonterów floty i 1000 łuczników} ostatecznie Polikrates zginął, gdy pomimo ostrzeżeń własnej córki, dał się namówić na wizytę w Sardes, u tamtejszego perskiego satrapy Lidii - Orojtesa {który poprzysiągł mu zemstę za to, że tamten wcześniej miał upokorzyć wysłanego przezeń posła}. Polikrates liczył że uda się mu zawrzeć sojusz z Orojtesem i grubo się przeliczył, gdy po przybyciu do Sardes został obezwładniony, zakuty w łańcuchy a następnie przewieziony na przylądek Mycale - który wychodzi bezpośrednio na zatokę, a po jej drugiej stronie leży miasto Samos, dobrze widoczne z przylądka. Tam miał zostać ukrzyżowany z głową skierowaną w stronę swojej wyspy. Władzę po nim w Samos przejął jego brat Sylosont. W 514 r. p.n.e. Kleomenes odrzucił propozycję Scytów, którzy z pomocą innych Helenów chcieli odciąć wojska króla Persji Dariusza I Wielkiego w Tracji. Dorieus spędził więc lata w Sparcie, czekając okazji na zdobycie swojego królestwa. Wreszcie postanowił działać i w roku 511 p.n.e. udawszy się do świątyni Apollina w Delfach (czego nie uczynił przed swoją pierwszą wyprawą i co też mu zarzucano, że przez to właśnie zakończyła się ona niepowodzeniem) uzyskał przepowiednię iż może wypływać ku zachodnim brzegom Sycylii i że Bóg (Apollon)mu dopomoże (przynajmniej taka była jego interpretacja słów Pytii). Znów zebrał grupę chętnych do takiej podróży, której celem stało się z założenie miasta Heraklea na zachodnich rubieżach Sycylii, a ponieważ mieli oni boże wsparcie, postanowiono czym prędzej ruszać. Tak też się stało, wylądowano u stóp góry Eryks w kraju Elymów (o których pisałem w poprzedniej części), nieopodal ich miasta które również nosiło nazwę Eryks. Natychmiast też przystąpiono do budowy Heraklei, a Dorieus twierdził, że jako potomek Heraklesa ma prawo do tych ziem, jako że jego przodek miał niegdyś pokonać Eryksa - herosa Elymów. Podobnie jak Makowie w Trypolitanii zawarli sojusz z trzema punickimi osadami, tak teraz Elymowie na Sycylii zawarli sojusz również z trzema punickimi miastami: Motye, Panormus i Solus, które również nie chciały w tym regionie greckiej konkurencji. Ponoć wsparcia punickim ośrodkom na Wyspie udzielić miała również Kartagina, ale realnie nie ma żadnych namacalnych śladów zwiększenia nie tylko kartagińskiego władztwa na Sycylii w wyniku tej akcji (tak jak choćby objęli oni swoją hegemonią miasta punickie w Trypolitanii po wypędzeniu stamtąd Dorieusa), ale również znacząco nie wzrasta znaczenie fenickich kolonii na wyspie. Wydaje się że punickie wsparcie dla Elymów (jeżeli w ogóle zostało udzielone) było niewielkie, być może nawet symboliczne, a główny ciężar walki z Hellenami spoczął właśnie na barkach Elymów z Eryksu i Segesty (co ciekawe grecki konkurent handlowy Segesty czyli Selinus, nie udzielił Dorieusowi żadnego wsparcia w tej walce, tamtejszy bowiem tyran - Pejtagoras uznał, że w jego interesie również nie leży powstanie kolejnego greckiego miasta w tym regionie). Ostatecznie doszło do bitwy w rejonie góry Eryks, która zakończyła się całkowitą klęską Hellenów i śmiercią Dorieusa oraz wielu Lacedemończyków którzy przybyli tu wraz z nim (510 r. p.n.e.). Dwadzieścia lat później po śmierci króla Kleomenesa I, tron w Sparcie obejmie młodszy rodzony brat Dorieusa - Leonidas, który po kolejnej dekadzie również polegnie w bitwie w wąwozie Termopile, próbując powstrzymać perskich najeźdźców.




Kolejna próba greckiej kolonizacji zachodnich wybrzeży Sycylii nie powiodła się. Starsza historiagrafia określa te zmagania "500-letnią wojną" Greków z Kartaginą. Jest to jednak określenie zupełnie nie na miejscu, gdyż realnie konflikt greckich miast na Sycylii z Kartagińczykami rozpoczął się dopiero w czasie inwazji Hazdrubala w roku 480 p.n.e. wcześniej do konfliktów o takiej skali nie dochodziło, więc nie można też mówić o "500-letniej wojnie". Owszem, istniała oczywista konkurencja handlowa Hellenów i mieszkańców grodu bogini Tanit, jak również innych punickich kolonii na Sycylii, która czasem przeradzała się w zbrojny konflikt, ale która jednak przez większość tej "500-letniej wojny" miała charakter pokojowy (czasem dochodziło też do pewnych wzajemnych napadów na okręty, podpalania ich lub przejmowania, aby tym samym pozbawić przeciwnika środków uprawiania handlu - jak miało to miejsce chociażby w Massalii, czyli dzisiejszej Marsylii - ale w żaden sposób nie można tego nazywać wojną, a raczej "radykalną walką o klienta"). Do poważniejszego konfliktu - i w zasadzie jednego dużego Greków z Kartagińczykami przed rokiem 480 p.n.e. - doszło ok. 535 r. p.n.e. pod Alalią. Alalia została założona przez kolonistów (a raczej uciekinierów) z Fokai, którzy 10 lat przed tą bitwą opuścili swoje rodzinne miasto w Jonii w obawie przed perską armią Harpagosa (pisałem o tym w serii "Wielka trwoga"). Potem, pod osłoną nocy część uciekinierów wróciła do miasta, wymordowała perską załogę, a następnie przysięgła że nigdy już tu nie wrócą. Jednak spora część mieszkańców miasta ponownie osiedliła się w Fokai i jedynie część (w obawie przed zemstą Harpagosa i Persów) popłynęła dalej, w kierunku Korsyki, gdzie założono Alalię (Strabon twierdzi że wyemigrowali tylko najbogatsi mieszkańcy Fokai, inni zaś historycy nie stosują takiego podziału). Grecy którzy osiedli w założonej przez siebie kolonii na Korsyce, szybko zaczęli stanowić konkurencję handlową nie tylko dla Fenicjan i Kartagińczyków, ale również dla Etrusków. Problem bowiem był tego typu, że ich główną działalność stanowiło piractwo, po prostu atakowali okręty handlowe i przejmowali ich ładunki. Nic więc dziwnego że szybko doszło do sojuszu kartagińsko-etruskiego i połączona flota tych dwóch ludów (licząca 120 okrętów) ruszyła przeciwko Alalii. Tamtejsi Grecy mogli wystawić jedynie 60 okrętów, co też doprowadziło ich do klęski w tej bitwie. Nie mogła być ona jednak tak całkowita, gdyż pokonani Grecy mieli czas aby powrócić do miasta, zabrać stamtąd swoje rodziny i odpłynąć (ku zachodzącemu słońcu 😉) szukając szczęścia w innym miejscu. Dotrzeć mieli i osiedlić się w Massalii - mieście założonym ok. 600 r. p.n.e. również przez kolonistów z Fokai (pod przewodnictwem niejakiego Protisa, do którego - jak pisał Plutarch: "Galowie znad Renu byli bardzo przywiązani"). Alalia zaś została zajęta przez Kartagińczyków i zasiedlona przez kolonistów z Kart Hadaszt. Tak więc nie było żadnej 500-letniej wojny Greków Kartagińczykami czy Fenicjanami, była po prostu konkurencja handlowa która czasem przeradzała się krótkotrwałe "gorące" momenty. 

Warto też nadmienić że w roku, w którym Dorieus poniósł klęskę i zakończył życie, miało miejsce w południowej Italii inne ciekawe wydarzenie nad którym warto się pochylić. Doszło bowiem wówczas do wojny pomiędzy Sybaris a Krotonem. Sybaris było najstarszym miastem Wielkiej Grecji (jak zwano helleńskie kolonie w Italii), zostało bowiem założone ok. 720 r. p.n.e. przez Isosa z Helicji nad Zatoką Tarencką, pomiędzy rzekami Kratis i Sybaris. Pierwotnie prócz mieszkańców Helicji w Achai wśród założycieli Sybaris było wielu Trojzeńczyków, ale wkrótce potem ci Dorowie/Gorowie zostali wypędzeni z miasta. Co prawda był to zapewne wypadek przy pracy, element wewnętrznej walki o władzę w założonej osadzie, gdyż polityka Sybaris w kolejnych dekadach była niezwykle liberalna pod względem przyjmowania wszystkich tych, którzy chcieli się w mieście osiedlić, aby tu żyć, pracować i bogacić się. Tereny na których założono miasto (choć obecnie nie należą do zbyt urodzajnych) w starożytności były niezwykle żyzne, a do tego dochodził jeszcze ożywiony handel jaki prowadziło miasto z innymi ośrodkami w Wielkiej Grecji jak również w Grecji kontynentalnej. Miasto zaczęło też zakładać własne kolonie, jak choćby Posejdonia (rzymskie Pestum, miasto leżące km na południowy wschód od Neapolu), Laus i Scidrus. Sława miasta i jego mieszkańców bardzo szybko stała się wręcz legendarna, a słowo "Sybaryci" przez długi czas (praktycznie do dnia dzisiejszego) było synonimem wyuzdanych bogacz, którzy spędzają swój żywot otoczeni luksusem i wygodami. I rzeczywiście Sybaris w VI wieku p.n.e. stało się miastem, z którym mało które w greckim świecie mogło konkurować. Bogactwo Sybaris było tak wielkie, że w mieście powstała sieć kanalizacyjna odprowadzająca nieczystości, a także za pomocą specjalnych rur dostarczająca wodę do większości domostw (była tam woda zimna i ciepła, czyli musiała być podgrzewana za pomocą skonstruowanych już wówczas bojlerów). Sybaryci kąpali się w wygodnych wannach, w których mieli również podgrzewaną wodę (doprowadzaną rurami). Bogactwo i przepych mieszkańców stał się tak wielki, że wkrótce zaczął budzić zazdrość, a tym samym nienawiść innych greckich polis i to ostatecznie doprowadziło Sybaris do katastrofy.




Ok. 511 r. p.n.e. demokraci przejęli władzę w Sybaris i wypędzili stamtąd dotychczas rządzących oligarchów. Ci znaleźli schronienie w Krotonie (konkurencie handlowym Sybaris) i uprosili tamtejsze władze aby pomogły im przepędzić demokratów (ogromną rolę w tej sprawie uczynił sam Pitagoras mieszkający w Krotonie, który jako wielki przeciwnik demokracji, w swych mowach do władz napominał je, aby ocalili mieszkańców Sybaris przed "rządami motłochu"). Tak też się stało, w roku 510 p.n.e. mieszkańcy Krotonu wystawili armię, którą dowodził Milon-atleta (jeden z największych zapaśników w dziejach Grecji, który swe pierwsze zwycięstwo odniósł na 60 Igrzyskach Olimpijskich jeszcze w kategorii dla chłopców, w kategorii mężczyzn swe pierwsze zwycięstwo odniósł na 62 Igrzyskach w roku 532 p.n.e. i potem odnosił zwycięstwa w kolejnych Igrzyskach Olimpijskich aż do roku 516 p.n.e. Pierwszy raz przegrał zawody zapaśnicze na 67 Igrzyskach w roku 512 p.n.e., walcząc z dużo młodszym od siebie Timasiteusem również z Krotonu, który początkowo bał się nawet do niego zbliżyć. Po tej porażce definitywnie wycofał się z dalszej kariery sportowej I zajął polityką. Milon był bardzo popularny nie tylko w swoim rodzinnym mieście, ale w całej Wielkiej Grecji, nazywano go "Nowym Heraklesem", gdyż z wyglądu rzeczywiście przypominał takowego. Aby podkreślić własną siłę i wytrzymałość chodził po mieście praktycznie nago, ledwo owinięty w skórę lamparta, w ręku dzierżył zaś potężną maczugę. Sam jego wygląd budził przerażenie, a co dopiero walka z nim. Lubił się też popisywać, np ściskając w dłoni owoc granatu tak, że nikt nie był w stanie mu go wyrwać, a jednocześnie nie uszkodził samego owocu. Poza tym nosił na rękach kilka dziewczyn i kobiet jednocześnie przerzucając je sobie z jednej na drugą. Dzięki swym zwycięstwom i sławie jaką przez to zyskał, stał się też bardzo majętny. Potrafił również dużo zjeść - ponoć zjadał 8 kg mięsa dziennie. Prywatnie był on przyjacielem Pitagorasa - Milon miał ocalić życie Pitagorasowi, gdy zwalił się na niego dach budowanego przez niego domu. Milon następnie poślubił córkę Pitagorasa Miję i stał się jego zięciem oraz uczniem - oprócz zapasów milion zajmował się również poezją i muzyką. Goli ciekawostki warto jeszcze dodać w jaki sposób zginął ów sławny zapaśnik. Otóż zginął zagryziony przez wilki, gdy nieopatrznie włożył rękę do dziury w drzewie, która potem tam utknęła i nie mógł jej wyjąć. Próbował wyrwać całe drzewo, ale mu się to nie udało, aż wreszcie pojawiły się wilki i nie mogąc bronić się jedną dłonią wreszcie został powalony i zagryziony). Armia milona atlety - choć była mniej liczna od hoplitów z Sybaris, to jednak pełna nadziei na zwycięstwo, gdyż prowadzona przez niezwyciężonego Milona. Krotonianie odnieśli całkowite zwycięstwo, zdobyli Sybaris i zniszczyli kompletnie miasto (wygnani oligarchowie nie mieli więc już gdzie wracać). 


MILON z KROTONU



Nie dość na tym, aby miasto to nigdy już nie zostało odbudowane, skierowali wody pobliskiej rzeki Kratis tak, aby płynęła teraz przez centrum dawnego Sybaris. Spora część mieszkańców tego miasta zdołała uciec na okrętach do swych kolonii (głównie do Laus i Skidrus) a ci, którzy pozostali, wiedli odtąd marne życie (w porównaniu z tym, które mieli przed agresją Krotonu). James Berard pisał że w Sybaris nastały teraz "Czarne noce pod jarzmem Krotonu". Tak wyglądała sytuacja na Sycylii i w południowej Italii, nim w 505 r. p.n.e. w Geli władzę przejął pierwszy tyran - Kleander z Geli (a tyrani Geli wkrótce potem objęli władzę również w Syrakuzach).


CDN.
 

13 listopada 2025

ZABAWNE SCENY Z POLSKICH FILMÓW I SERIALI - Cz. II

WESOŁY SARMATA



JAKIŚ CZAS TEMU PRZEDSTAWIŁEM ZABAWNE FRAGMENTY Z SERIALU "1670" Z PIERWSZEGO SEZONU. TERAZ PRAGNĘ ZAPREZENTOWAĆ RÓWNIEŻ DRUGI SEZON I WYBRANE PRZEZE MNIE FRAGMENTY TEGO SERIALU
ZAPRASZAM



BOGATY i UMYTY


"Żyda nie ma nieboraku, wyjechał na cały dzień do miasta. A ja jestem bogaty... i umyty" 🥳

1:15 - "Ja niestety źle się czuję, jaśnie panie"
"To na pewno umrzesz! Ale jakbyś nie umarł to ja będę w domu, mam wino, możesz przyjść i mi ponalewać" 🤭





GERALD z RUMII


"Jestem Gerard z Rumii, zabójca potworów"
"To coś takiego istnieje?"
"Rumia? Tak, pod Gdańskiem" 🤔

0:50 - "A ile płacą za takiego potwora?"
"Na miesiąc starcza"
"I często trafiasz na potwory?"
"Raz na trzy lata" 🤭





TŁUMACZ


0:45 - "Jest problem Janie, Turcy zabili Konstantego za picie. Nie mamy tłumacza" 

(Tak na marginesie Jan Sobieski - przyszły król, zwycięzca Turków spod Chocimia - 1673, Żurawna - 1676, Wiednia - 1683 i Parkan - 1683, znał kilka języków, w tym turecki i tatarski)

1:00 - "Ja mogę tłumaczyć"
"Ty?! Znasz turecki?"
"Tak... Owszem, nie znam tureckiego ale pamiętaj, zawsze aspiruj na stanowisko lekko powyżej swoich kompetencji"





KEBAB


"Janie Pawle popatrz co odkryłem. Jeżeli weźmiesz baraninę, zawiniesz ją w pieczywo, dodasz surówkę i sos... To wtedy uzyskasz to"
"Chrystusie Niebieski, co to jest?"
"Nie wiem, ale czuję że całe życie na to czekałem"
 



KASYNO


"A co to jest?"
"Ruletka, nowy wynalazek Pascala"

0:40 - "Postawiłem wszystko na numer 1"
"Jak wszystko?"
"Spokojnie, Jan Paweł zawsze pierwszy, musi być 1... Nigdy więcej w to nie gram, albo pożycz piątkę... Nigdy więcej W to nie gram..."
"Ojcze, przegrałeś wszystko!"
"No trzeba mieć pecha" 😅





ZNAWCA


"Zjemy cię dzisiaj dziku! Chyba rozumie, bo się cieszy 😂 to jest twój pierwszy obraz? Nie chcę ci podcinać skrzydeł, ale kompozycja jest zbyt statyczna, nie wzmocniłeś kontrastów, i ewidentnie nie masz pojęcia że światło buduje bryłę. Jeśli pytasz o moją radę, to raczej Daj sobie spokój z tym malowaniem" 





PALANT 
CZYLI BASEBALL PO POLSKU


1:10 - "Ała, kurde. Nie mówcie że coś z wąsami?!"
"On panu wybił oko"
"Ale wąsy całe?! Było blisko. Stanisław, uważaj na przyszłość" 🤣





OŻENEK


"Oj Stachu ty numerancie. Dobrze że mam drugie oko, zapasowe, bo bym się dopiero wkurzył". 😭
"Bogdanie, co do spłaty naszego zadłużenia"
"Przemyślałem to, zainwestuję w twój folwark"
"Naprawdę? Bogdan jesteś najlepszym szwagrem w obu narodach"
"Chcę w zamian tylko jednej rzeczy - ręki Anieli"
"Co kurwa!!!" 😂
"Wykluczone!"
"Ale dlaczego decydujesz za nią spytajmy Anieli. Chcesz mnie na męża?"
"Nigdy w życiu!"
"A co ona tam wie!" 🤭
"Jesteś jej wujem"
"Ale tylko od strony matki" 😅
"A jak miałbyś być bardziej?"
"Bogdan jesteś chory na szatana"
"Ja? to ona mi wysyła sygnały. Prowokujesz ubiorem to raz, męża nie masz to dwa, nachodzisz mnie w nocy sama, to cztery"
"Anielko, może wuj ci namieszał w głowie, ale to naprawdę nie jest dobry kandydat na męża"
"Tato wiem!"
"Zauważyłaś że nie ma jednego oka?!" 🤣😂





DZIĘKUJĘ ZA UWAGĘ
 

UNIA POLSKO-LITEWSKO-MOSKIEWSKA - Cz. II

CIEKAWA
KORESPONDENCJA





"TY KACIE NARODU LUDZKIEGO, NIE PANIE, KTÓRY PODDANYM SWOIM JAKO BYDLĘTOM, NIE JAKO LUDZIOM ROZKAZUJESZ"

Fragment odpowiedzi wysłanej carowi Iwanowi Groźnemu przez kanclerza Jana Zamoyskiego, na list tamtego, oczerniający króla Stefana Batorego
(1581)



BATORY POD PSKOWEM
(1581-1582)



Doprawdy ciekawa była korespondencja dyplomatyczna polsko-moskiewska (szczególnie od czasu panowania Stefana Batorego), która w żaden sposób nie przypominała normalnej międzynarodowej korespondencji, którą wysyłały do siebie europejskie dwory. Próżno było w niej bowiem szukać jakichkolwiek zwrotów grzecznościowych, czy chociażby szacunku dla tytułów i sprawowanej władzy. Wcześniej nie było z tym większych problemów, ale gdy w 1472 r. moskiewski kniaź - Iwan III Srogi poślubił wnuczkę cesarza bizantyjskiego Manuela II Paleologa - Zoe (Zofię) Paleolog, a biorąc pod uwagę że w 1453 r. Turcy Osmańscy zdobyli Konstantynopol - rozpoczęła się swoista moskiewska "wojna na tytuły". Już w 1474 r. Iwan (w korespondencji z biskupem Dorpatu - wówczas w państwie Zakonu Kawalerów Mieczowych) ogłosił Nowogród Wielki swą "dziedziczną ojcowizną" i nazwał się: "Z Bożej łaski carem Wszechrusi". Tak powstała koncepcja "Trzeciego Rzymu" której uznanie moskiewscy władcy próbowali wymusić na sąsiednich krajach (głównie na polsko-litewskiej Rzeczpospolitej i na Szwecji). 

Moskiewskich kniaziów wspierali w tym cesarze rzymscy z rodu Habsburgów rezydujący w Wiedniu, którzy (szczególnie Maksymilian I Habsburg) nęcili Iwana III i jego syna Wasyla III, przyznaniem tytułu królewskiego (co akurat kniaziów nie zadowalało, jako że sami uważali się za następców cesarzy bizantyjskich). Taka jednak polityka cesarzy rzymsko-niemieckich drażniła polskich monarchów, którzy nie uznawali wymuszonego tytułu moskiewskich władców. W 1514 r. na niemiecką propozycję ukoronowania Wasyla, odpowiedział Zygmunt I Jagiellończyk, nakazując zamontować na kopule kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu zamkniętą koronę królewską, otoczoną stylizowaną literą "S" (od łacińskiego imienia Sigismundus - czyli Zygmunt) z Białym Orłem w środku. Miało to symbolizować równorzędną pozycję króla i cesarza oraz potęgę Polski wobec cesarza rzymskiego narodu niemieckiego i "cara Wszechrusi". Prawdziwe problemy zaczęły się jednak gdy w styczniu 1547 r. młody (16-letni) Iwan IV Groźny oficjalnie koronował się na pierwszego cara Wszechrusi i jednocześnie nazwał się "namiestnikiem Boga na ziemi". Strona polska nie zamierzała tych tytułów uznawać, gdyż Iwan nadał je sobie sam, godzono się jedynie uznać go za cara Kazania i Astrachania - gdyż już wcześniej tamtejszych chanów tatarskich zwano w Rzeczypospolitej carami, ale to wszystko i też nie w oficjalnej korespondencji.




Prawdziwa wojna na tytuły wybuchła jednak dopiero po wymarciu dynastii Jagiellonów (1572 r.) i wstąpieniu na tron Rzeczypospolitej Stefana Batorego (1575 r.). Wojny z Moskwą, jakie prowadził ten król, miały bardzo sprawne przygotowanie propagandowo-informacyjne, a królewska kancelaria słała listy na europejskie dwory, informując o konieczności prowadzenia wojny cywilizacyjnej ze wschodnią barbarią. Polacy nauczyli się już, że w korespondencji dyplomatycznej ze wschodnim sąsiadem nie ma sensu powoływać się na podstawy prawne tytułów czy ziem i że najlepszym sposobem aby do Moskali cokolwiek dotarło, jest używanie ostrego, a często obraźliwego języka. Tak więc królewska kancelaria pisała m.in.: "Moskiewski kniaziu (...) oddaj Smoleńsk, Połock, Inflanty całe (...) i inne zrabowane przez ciebie i przodków twoich ziemie i (...) wróć na stepy swoje, skąd cię diabeł z łańcucha wyrwał (...) ty niewolniku bisurmanów". Iwan nie pozostawał dłużny, pisząc do Batorego list rozpoczynający się od słów: "Ty, sosied". Słowo "sąsiad" bardzo rozgniewało Batorego i w kolejnym liście użył on już sformułowania: "Iwanie moskiewski" bez tytułu kniazia. W 1581 r. Iwan zarzucił polskiemu królowi iż pochodzi z wyboru, a nie z dziedzicznego nadania jako "pomazaniec Boży", zatem nie jest mu równy pozycją i dostojeństwem. Zarzucał mu też zanik uczuć chrześcijańskich i stosowanie "ognistych kul" podczas bitew - "wynalazek nowy i nieludzki" jak twierdził Iwan. Na list ten, w imieniu Batorego odpowiedział kanclerz Zamoyski, pisząc: "Tobie byłoby ciężko, gdybyś się był tym sposobem nie urodził, bo byś państwa żadnego nigdy nie dostał, musiałbyś być albo pasterzem, albo zbójcą". Batory i Zamoyski posłali Iwanowi również łacińską "Kronikę Sarmacyji" Aleksandra Gwagnina, w której autor jasno dowodził że moskiewscy kniazie byli hołdownikami chanów perekopskich, a nie "potomkami Oktawiana Augusta" jak twierdził Iwan. Radzili mu też czytać pięćdziesiąty psalm Dawida, w którym chrześcijanin miał poznać samego siebie. 




Iwan, aby zdyskredytować polskiego monarchę, wysłał kopie jego listów na dwór wiedeński i do książąt niemieckich, gdzie zyskał zrozumienie i poparcie. W odpowiedzi Zamoyski posłał jego listy do papieża, dodając iż moskiewski władca "odpisy nasze po Niemczech rozsyła". Papież Grzegorz XIII uznał że język, jakim posługiwał się w dyplomacji Iwan, jest niedopuszczalny. Obraźliwa korespondencja trwała jednak w najlepsze przez cały okres wojny (1578-1582). Doszło nawet do tego, że po jednym z takich listów od Iwana, król Batory wyzwał go na pojedynek (1581 r.), pisząc: "Usiądź na swój koń, a porozumiemy się między sobą o czasie i miejscu, tam pokaż się mężem, jako sprawiedliwości ufasz, sami ze sobą uczynimy dwa, tak mniej krwi chrześcijańskiej będzie przelane". Oczywiście do pojedynku takiego nigdy nie doszło. Wojna została wygrana przez Rzeczpospolitą, zdobyto Połock, Wielkie Łuki i oblężono Psków, dokonano dalekiego rajdu w głąb państwa moskiewskiego i siły hetmana Krzysztofa Radziwiłła "Pioruna" rozbiły Moskali w bitwie pod Toropcem (sierpień 1581) i doszli do Wołgi. Pod Staricą do niewoli dostałby się sam car Iwan - ocalili go moskiewscy agenci, którzy poinformowali Polaków, że Iwan dysponuje tam ogromną armią, podczas gdy w rzeczywistości był bezbronny.




NABYTKI TERYTORIALNE RZECZPOSPOLITEJ PO POKOJU W JAMIE ZAPOLSKIM
(1582)





W czasie podpisywania pokoju w Jamie Zapolskim w styczniu 1582 r. Moskwicyni starali się wymusić tytulaturę Iwana jako: wielkiego pana i cara. Gdy Polacy odmówili użycia takiej tytulatury, moskiewscy posłowie zaproponowali, aby nazwano go przynajmniej carem Kazania i Astrachania, powołując się, że tak tytułował go jeszcze król Zygmunt II August. Polacy zażądali więc dokumentów potwierdzających ten fakt, ale Moskale stwierdzili że zapomnieli je wziąć. Na to wystąpił Michał Haraburda, pokazując dokumenty przymierzy z wcześniejszych dekad, gdzie nie było o tym ani słowa. Poza tym Moskale domagali się dopisania do traktatu, że Iwan przekazuje Polsce nie tylko zajęte Inflanty, ale również Rygę i zamki w Kurlandii. Problem polegał na tym, że Ryga od 1561 r. była w polskich rękach (a raczej była wolnym miastem pod opieką polskiego władcy - o tym jak Rzeczpospolita pozyskała Inflanty, łącznie z Rygą, opowiem innym temacie), a Kurlandia była księstwem lennym Rzeczypospolitej. Dopisanie ich do traktatu stwarzałoby okazję występowania w przyszłości o ich zwrot przez Moskwę, dlatego też strona polska nie zgodziła się na ich umieszczenie. Gdy traktat zawarto (15 stycznia 1582 r. późno w nocy) jeden z posłów królewskich Michał Haraburda - wyznania prawosławnego - namawiany przez Moskali do ucałowania prawosławnego krzyża wielkiego księcia, wybrał katolicki krzyż. Oczywiście nie dlatego, jak błędnie sądził papieski wysłannik - Possevino, iż bliżej mu było do katolicyzmu. Polski Rusin był poddanym króla polskiego - władcy, który twierdził: "Nie będę królem waszych sumień", niż prawosławnego moskiewskiego satrapy, traktującego własnych poddanych jak zwierzęta, które można upokarzać i zabijać do woli (nic zatem dziwnego że Stalin bardzo lubił Iwana Groźnego, widząc w nim zapewne personifikację własnej osoby). 


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...