WYŚWIETLENIA

09 listopada 2025

SPANKING - OPINIE KOBIET

CZYLI DLACZEGO WARTO
PRZYNAJMNIEJ RAZ W TYGODNIU
MOCNO WYSMAGAĆ KOBIECĄ SEMPITERNĘ?





Teraz nieco na luzie, chciałbym zademonstrować opinie kobiet, które opisują korzyści jakie przynieść może stosowanie dyscypliny domowej przez ich mężów lub partnerów, a które definiuje się częstą (przynajmniej raz w tygodniu) praktyką klapsów. Ja sam już kilkukrotnie wcześniej pisałem o korzyściach dla związku płynących ze spankingu, lecz dziś głos postanowiłem oddać tym z kobiet, które są pod tym względem znacznie bardziej zaawansowane niż ja i moja partnerka, chodź jak przynajmniej niektóre z nich przyznają - w życiu zawodowym są zupełnie niezależne i często nikt by nie uwierzył w to, że w domu dostają klapsy od swych mężów za jakieś drobne przewinienia. A one wręcz pokochały taki sposób dyscypliny domowej i otwarcie twierdzą że nie są już w stanie powrócić do innej formy (tzw. "normalnej") związku i polecają taki właśnie sposób praktykowania posłuszeństwa innym kobietom (bo przede wszystkim wymaga to uznania nad sobą całkowitej kontroli swego mężczyzny). Zapraszam zatem do lektury, należy jednak pamiętać że większość tych kobiet pragnie pozostać anonimowa i często nawet ich najbliższe otoczenie (w tym przyjaciele) w ogóle nie ma pojęcia o tym, co się dzieje w ich rodzinach i jak wygląda rzeczywiście związek w którym kobieta uznaje nad sobą całkowitą władzę swego mężczyzny





JAYLA


 Czuję się uległa. (...) Jeśli ustaliłeś uzgodnione zasady lub wytyczne dotyczące tego, jak prowadzisz swoje małżeństwo, a ona zgodziła się na dyscyplinę (jednorazowa zgoda i więcej nie jest potrzeba), to postępuj zgodnie z nią. Zasady mogą obejmować ogólny brak szacunku. Żonie może się to wydawać arbitralne, ale mąż ma nie tylko prawo, ale i OBOWIĄZEK, aby poprowadzić swoją żonę/dom w kierunku, który uzna za stosowny. Zostaniesz osądzony za prowadzenie swojej rodziny, więc nie wycofuj się.

Każda żona żyjąca w małżeństwie z dyscypliną domową powie ci, że dyscyplina nie jest dobrowolnie chciana lub akceptowana w danej chwili. Zwykle po gorącej wymianie zdań, wzmożonych uczuciach lub uczuciach intensywnego zaangażowania w punkt widzenia następuje klaps. W takich momentach nie lubię zbytnio moich klapsów, ponieważ myślę, że on się myli, a ja mam rację. Najlepsze, co mogę wyjaśnić, to to, że klapsy są rodzajem psychologicznego połączenia, które szybko łagodzi emocje obu zaangażowanych stron i przywraca równowagę patriarchalnego małżeństwa. Szybko też przywraca żonę do uległości, a męża wzmacnia w jego męskości. Przynajmniej takie jest moje niewykształcone przypuszczenie na temat magii klapsów w małżeństwie. Biorąc to pod uwagę, często nadal jestem zdenerwowana i nadąsana po intensywnym laniu. Przynajmniej przez jakiś czas.

Właśnie wczoraj wieczorem rozmawiałam z moim mężem i zapytałam, czy kiedykolwiek czuł się źle, i czy zauważył, czy czasami nadal jestem nadąsana lub zdenerwowana po laniu, którego nie uważałam za szczególnie sprawiedliwe? Powiedział mi, że tak, zauważa i nie, wcale go to nie obchodzi! Byłam trochę zszokowana. Powiedział mi, że moje uczucia nie są jego zmartwieniem. Prawe przewodnictwo i prowadzenie mnie i naszej rodziny to jego najważniejsze priorytety.

Żeby było jasne, mój mąż jest bardzo miły i wrażliwy na moje uczucia. Jest dla mnie więcej niż słodki i robi dla mnie więcej, niż szczerze czuję, że ja robię dla niego. Jest czuły, kochający i cierpliwy. A moje dzieci i wszyscy, których znamy, postrzegają go jako hojnego i honorowego człowieka. Jednakże, kiedy hańbię nasze małżeństwo tak, jak ON to widzi (a nie tak, jak ja to widzę), to jestem poprawiana. I często moje uczucia "urazy", "złości" lub "zranienia" są właśnie tym uczuciem. A uczucia są ulotne, nieprzewidywalne, ciągle się zmieniają. Dlatego to mężczyźni rządzą w małżeństwach. Bowiem nie kierują się ani nie rządzą uczuciami.

Wynik jest taki…. Postrzegam i szanuję mojego męża jako autorytet, nawet jeśli "rani moje uczucia", co często zdarza się w momencie słownej korekty lub czasami przerażającego lania. Moim zdaniem, jeśli będziesz działać z przekonaniem i wykonasz uzgodnione klapsy (nawet jeśli ona jest niechętna), to ogólnie będzie cię szanować.

Pozwól, że coś ci doradzę, nie powinno cię obchodzić jak bardzo twoja żona jest "uległa". Wciąż bowiem pozostaje kobietą i wymaga ciągłego poprawiania. Możesz nie dostrzegać buntu, jaki mój biedny mąż czasami widzi w stosunku do mnie, ale zaufaj mi, przejawia zachowania z których nie jesteś zadowolony. TO TYLKO MOJA OPINIA, ale myślę, że manipuluje tobą i może potrzebować długoterminowej korekty za upokarzanie swojej postawy. JA nie mogę dyktować MOJEJ dyscypliny. Mąż jest dla mnie autorytetem i to ON dyktuje co jest najlepsze. A twoja żona zachowuje się jak księżniczka, która potrzebuje tygodnia bolesnych klapsów tylko po to, aby utrzymać ją na właściwej drodze. Możesz zacząć to wprowadzać, dopóki nie zobaczysz przemiany jej serca.

Pamiętaj, jeśli naprawdę jest uległa, to wyraźnie rozumie że to Ty rządzisz i musi połączyć swoją wolę z Twoją. Wygląda na to, że potrzebuje DUŻO klapsów, żeby to zrozumieć. Ktoś, kto głosi, że jest na dobrej drodze do tego, czego Pan pragnie w domu i małżeństwie, jest zwykle tak zboczony, że nie widzi błędu na swojej drodze wynikającego z braku pokory. Wlej w nią pokorę!

Mój mąż ma jasne oczekiwania co do mojego zachowania itp. i w większości całkowicie się z nim zgadzam i jestem mu posłuszna. Są jednak chwile, kiedy mu się sprzeciwiam. Czasami wynika to z czystego zapomnienia lub bycia pochłoniętym chwilą. Nie lubi przekleństw i czasami pozwalam, by słowo przekleństwa się wymcknęło, ponieważ pasuje do narracji w danej chwili, a on albo komentuje od razu żeby przestać, albo później, kiedy o tym wspomina, następuje rachunek sumienia.

Mam też obowiązek przestać się kłócić, komentować, generalnie kontynuować, kiedy mój mąż wypowiedział w jakiejś sprawie ostatnie słowo. Są jednak chwile, kiedy po prostu muszę w nie wcisnąć ostatnie słowo! To mu nie pasuje. Postrzega to jako całkowite nieposłuszeństwo i jest odpowiednio traktowane.

Nigdy otwarcie nie próbuję lekceważyć mojego męża i okazywać mu nieposłuszeństwa, ale są chwile, kiedy robię to nieumyślnie. Pewnie zastanawiacie się, jak radzi sobie z moim nieposłuszeństwem poza karą słowną?! No ogólnie to on mnie bije. Mamy małżeństwo z dyscypliną domową. Oznacza to, że podążamy za małżeństwem patriarchalnym, tak jak jest to opisane w większości doktryn religijnych. Aby utrzymać ten rodzaj małżeństwa na dobrej drodze, wspólnie zgodziliśmy się, że tego właśnie chcemy i uważamy, że jest to najlepsze dla nas obojga. Jestem dyscyplinowana (lanie) za dowolną liczbę zachowań i jest to całkowicie prywatne pomiędzy nami. Klapsy nie zdarzają się cały czas, ale kiedy już się zdarzają, są szybkie, bolesne i zdecydowanie przywracają nasze małżeństwo na właściwe tory. Jesteśmy zupełnie normalną parą, która nie traktuje tego jako jakiegoś dziwnego fetyszu. To ścisła dyscyplina i dziwnie tworzy to szalone, ale silne małżeństwo.

Klapsy, nie zawsze, ale zwykle, zdarzają się wtedy, gdy mój mąż widzi wzorzec lekceważenia jego zasad lub naginania ich na moją korzyść. Natychmiast da klapsa, jeśli okażę mu całkowity brak szacunku. Brak szacunku kobiety do mężczyzny jest zabójcą wszystkich małżeństw. Mężczyźni zostali tak zaprogramowani, aby wierzyli, że każdy dotyk kobiety czyni ich oprawcami. Ale mężczyźni zostali wepchnięci do tego regulowanego pudła, w którym tak naprawdę nie rządzą swoimi domami, ich żony nie są im posłuszne, ich dzieci odpowiadają bardziej mamie jako szefowi gospodarstwa domowego niż im. To jest tak niezsynchronizowane z naturalnym porządkiem rzeczy. Nie wiesz, jakie są piękne możliwości, dopóki nie włączysz klapsów. I dopóki nie zanurzyłeś palca w możliwości i możesz działać w prawdziwym patriarchalnym małżeństwie, w którym mąż ma władzę nad swoją żoną we wszystkim.

Myślałam, że byliśmy wcześniej całkiem dobrym małżeństwem, ale on tak nie uważał. Powiedział mi: "jeśli to zrobimy, chcę mieć pełną kontrolę". Więc zgodziłam się na 6 miesięcy związku z dyscypliną domową. Gdy jednak minęły 4 miesiące, mój mąż powiedział mi, że nigdy już nie wróci do naszego poprzedniego związku. Poczuł się bliżej mnie, poczuł się bardziej jak mężczyzna, bardziej kontrolował mnie i moje zachowania, bardziej kontrolował całą naszą rodzinę, był bardziej we mnie zakochany, opiekuńczy, odzyskał energię seksualną, czuł się bardziej pewny siebie poza naszym domem, w pracy itp. (w której zawsze był bardzo pewny siebie i odnosił sukcesy, ale coś się w nim zmieniło, by być jeszcze bardziej).

Nigdy nie chciałam rezygnować z lania, kiedy denerwowałam się dyscypliną, którą czułam że jest niesprawiedliwa, ale przyzwyczaiłam się do rezygnacji z kontroli w naszym małżeństwie. To było szalone! I zawsze myślałam o nas przede wszystkim jako o małżeństwie patriarchalnym. Ale pozwól, że opowiem ci o kilku zachowaniach, które zrobiłam, aby dać ci wyobrażenie o tym, jak doszliśmy od przeciętnego małżeństwa do cholernie dobrego/wspaniałego związku.

Denerwowałam się i byłam poirytowana przez cały dzień i noc. Albo dlatego, że byłam zmęczona, albo mój mąż coś powiedział, albo dzieci zachowywały się w określony sposób. Mogłabym się wściekać i denerwować z powodu rzeczy, które nie miały nic wspólnego z moim mężem, ale on brał na siebie cały ciężar. Czasami wdawałam się w spory o coś głupiego i zamiast o tym mówić, mogłam to ciągle eskalować. Potem unikaliśmy prawdziwych rozmów przez około 3-4 dni poza tym, co musieliśmy omówić.

Zwykle jestem bardzo niezależna, więc jeśli nie łączyłam się z mężem podczas jego i mojego dnia w pracy, byłam zadowolona, ale jemu się to nie podobało. Chciał więcej kontaktu. Wykonywałam większość obowiązków domowych, ale jeśli miałam ochotę dać mu znać, jakie to niesprawiedliwe (mimo że on pracuje bardzo ciężko, długo i załatwia wszystkie nasze dodatkowe rzeczy), to to robiłam. To były takie typowe sprawy małżeńskie. A dzięki dyscyplinie domowej mój mąż położył temu kres i nie tylko temu. Czuł też, że muszę bardziej skupić się na naszym życiu seksualnym, a nie tylko robić to, kiedy najdzie nas nastrój (nawiasem mówiąc, dyscyplina domowa troszczy się o to za ciebie, ponieważ gdy mężczyzna przeciągnie cię przez kolano, żeby dać ci klapsa, masz ochotę zedrzeć z niego ubranie przez następny tydzień lub coś koło tego… zaufaj mi!)

Mówię ci to wszystko, ponieważ jesteśmy najbardziej typowymi ludźmi, jakich spotkasz. Mówiłam to już wcześniej i powiem to jeszcze raz, z dyscypliną domową mój mąż jest bardziej zainteresowany mną, bardzo zestrojony ze mną i tym, co się dzieje, a ja nawet nie wiedziałam, że chcę tego poziomu połączenia, dopóki go nie mieliśmy i to sprawiło, że poczułam się taka szczęśliwa. Przestałam szukać zewnętrznych źródeł potwierdzenia własnej osoby w pracy, na Facebooku, u znajomych czy w innych miejscach i czuję się po prostu związana z moim mężczyzną w sposób przypominający nasze pierwsze spotkanie i zakochanie. Nie potrafię ci tego wytłumaczyć, po prostu musisz tego doświadczyć.

Nie wiem, dlaczego klapsy nam to zrobiły. Wierzę, że powoduje to, że przyjmujesz to, czego Bóg chce, abyś miała w swoim małżeństwie męża na czele, żonę pod jego władzą i życie zgodnie z wypróbowanym i prawdziwym sposobem, w jaki małżeństwo powinno być prowadzone. 

Oto główne zmiany, które wykraczają poza nasze normy od samego początku:

Mój mąż bardziej zaangażował się w nasze małżeństwo (szybciej wraca do domu po pracy i woli spędzać czas z nami niż wychodzić z kolegami do pubu), a ja martwię się jak go uszczęśliwić (zawsze witam go z uśmiechem na ustach, całuję i pytam jak minął mu dzień). Zachowanie naszych dzieci znacznie się poprawiło i wydają się być super (SUPER) zadowolone i szczęśliwe (choć nic nie wiedzą o naszym sekrecie w postaci domowej dyscypliny i klapsów jakie mama dostaje od taty). Obcy ludzie komentują też jak bardzo jesteśmy w sobie zakochani. Nasze dzieci zawsze przewracają oczami, że za często się całujemy, ale wiem, że to lubią. Mój mąż powiedział mi, że dzięki dyscyplinie domowej czuje się nadzwyczaj pewnie w swoim życiu biznesowym.

Z klapsami dojdziesz do słodkiego miejsca, które wydaje się właściwe. PROSZĘ WPROWADŹ TO W SWOJE ŻYCIE. CZĘSTO jestem bita. Mąż ma nade mną władzę. Mam głos w naszym domu i małżeństwie, ale mój mąż wie, kiedy muszę to zakończyć i ma pełną kontrolę nad tym, jak i kiedy dyscyplina jest stosowana. Jak pokazuje ta historia, poprzez praktykę bicia i dyscyplinę domową mój mąż przejął kontrolę nad naszą rodziną i naszym małżeństwem dla większego dobra i wszyscy na tym skorzystaliśmy. Dobrze jest być żoną z klapsami i już nigdy, ale to NIGDY z tego nie zrezygnuję.





KARINA 


 Mój mąż jest Głową Domu, rządzi stabilnie, troskliwie i odpowiedzialnie, ustala zasady, standardy i granice, trzyma mnie w ryzach oraz poprawia i karze mnie kiedy trzeba. W zależności od sytuacji i mojego wykroczenia, dyscypliną może być wszystko, od dezaprobującego spojrzenia lub surowej werbalnej korekty, poprzez surową naganę, podkreśloną przez kilka mocnych klapsów w mój ubrany tyłek lub nagie udo, aż po pełne klapsy z gołym tyłkiem.

Jestem szczęśliwa, że mam dobrego, kochającego i troskliwego męża, który jest surowy i nie toleruje nieposłuszeństwa i złego zachowania, ale jest sprawiedliwy i nie karze mnie, chyba że na to zasługuję, więc to nie jest "zła rzecz".

Oczywiście nie jest przyjemnie zostać ukaranym za moje złe zachowanie, a szczególnie nieprzyjemnie jest odsłonić pupę i dostać klapsa paskiem, który zadaje szokująco ostry i intensywny ból i sprawia, że moje pośladki są obolałe co najmniej przez kilka dni. Jednak sama natura kary jest nieprzyjemna i bolesna i dobrze sprawdza się jako moderacja i korekta mojego zachowania. Surowe lanie, kiedy byłam niegrzeczna, jest również pokutą, która oczyszcza mnie z poczucia winy, więc dobrze jest, aby mój szacunek do samego siebie został surowo i zasadniczo ukarany za moje wykroczenia, a mój mąż trzymał mnie w ryzach i dawał mi klapsy surowo z paskiem. Jednocześnie mój mąż zawsze zapewnia mnie, że pod jego władzą jestem bezpieczna i nie zrobi mi krzywdy.

Czuję się komfortowo dzieląc się moimi doświadczeniami jako żona w szczęśliwym i dobrze funkcjonującym małżeństwie przestrzegającym Dyscypliny Domowej, ponieważ bycie zdyscyplinowaną żoną nie jest powodem do wstydu. Gdybym była niezdyscyplinowaną żoną, miałabym wiele powodów do wstydu. Mimo to, na szczęście, jestem tak uprzywilejowana, że mam dobrego i troskliwego męża, który rządzi stabilnie, odpowiedzialnie i mądrze, dobrze się mną opiekuje i przywraca mnie w bezpieczne miejsce, kiedy działam i źle się zachowuję.

Jest surowy, ale także sprawiedliwy, opiekuńczy i kochający, więc cieszymy się szczęśliwym i harmonijnym małżeństwem, o ile dobrze się zachowuję i nie zapominam o manierach. Kiedy tak się dzieje, znika harmonia i szczęście, a pojawia się płacz, surowe słowa i bolesna kara, ale tylko na chwilę. Kary są równie szybkie i natychmiastowe, jak nieuniknione i surowe, a kiedy się skończą, to się skończą i wrócimy do naszej szczęśliwej i harmonijnej normalności.

Inni ludzie powiedzą ci, że to znęcanie się i przemoc, gdy mąż daje żonie klapsy za złe zachowanie i że szaleństwem jest podporządkowanie się władzy męża i domaganie się od niego ukarania. Nie wątpię, że inne pary mogą być razem szczęśliwe bez włączania Dyscypliny Domowej do swoich małżeństw, ani też nie wątpię, że istnieją kobiety, które są tak wyjątkowo dobre, że potrafią dobrze się zachowywać i uszczęśliwiać swoich mężów bez wymierzania im klapsów od czasu do czasu. Chcę tylko powiedzieć, że dla mnie i mojego męża Domowa Dyscyplina zadziałała wyjątkowo dobrze i zagwarantowała szczęście i harmonię, dlatego ośmielam się polecić ją innym parom.





JELENA


 Do dziewcząt i kobiet tak - Bóg uczynił nas uległymi i mamy wbudowaną potrzebę dyscypliny a nasze pośladki zostały stworzone do klapsów. Mężczyźni powinni dominować i tak powinno być zawsze. Oto jak wygląda nasz rytuał dyscypliny:

Kiedy złamię ustaloną przez mego męża zasadę, zaprasza mnie do naszej wykończonej przez niego piwnicy (najczęściej o godzinie 22:00). Tak więc około 21:40 sprawdzam czy dzieci dobrze śpią, aby nas nie usłyszały. Czasami mąż mówi mi, w co mam się ubrać albo co zabrać do piwnic (najczęściej jestem wystrojona - zwłaszcza w sukienkę, pończochy i pas do pończoch, oraz szpilki). Mąż bije mnie ręką, szczotką do włosów, paletka do ping-ponga albo paletą z moim imieniem. Oczywiście nie wolno mi się spóźnić (spóźnienie doprowadziłoby do silniejszych i liczniejszych klapsów, chyba że któreś z dzieci by się obudziło). Mąż zawsze czeka na mnie w piwnicy, siedząc na swoim krześle na którym wymierza mi klapsy. Oczekuje, że stanę przed nim i nie powiem ani słowa gdy zacznie mnie besztać. Następnie zdejmuje mi spodnie / sukienkę / spódnicę i majtki. Następnie klepie mnie obiema rękami po udach jako sygnał, żeby do niego podejść i położyć mu się na kolanach. Chwyta moją prawą rękę i przyszpila mi za plecami, a następnie wymierza klapsy - mocno i szybko w jeden pośladek - bez rozgrzewki. A potem drugi pośladek . Tam i z powrotem.

Po klapsach pozwala mi zsunąć się ze swoich kolan i każe tańczyć z odkrytymi i piekącymi pośladkami. Potem rozkłada ramiona i przytula mnie do siebie. Całujemy się namiętnie, a on szepcze mi do ucha jak bardzo mnie kocha i jak jest ze mnie dumny. Potem zbieram swoje ubrania i odnoszę je. Kiedy wchodzimy po schodach na piętro naszej sypialni, on idzie kilka kroków za mną, mając bezpośrednio przy twarzy moje czerwone od klapsów pośladki. W naszej sypialni każe mi dokończyć rozbieranie się (oprócz pończoch i pasa do pończoch). Wejść na łóżko na rękach i kolanach - potem zgiąć łokcie - głową w dół, tyłek w górę. Następnie on rozbiera się a ja czuję jak we mnie wchodzi jego sztywny członek. Kilka ruchów i poczuł ulgę. Potem leżeliśmy w objęciach aż do rana.





 DZIĘKUJĘ ZA UWAGĘ

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. VII

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. IV



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. IV






SŁOWIANIE W GRECJI
(ok. 1800 r. p.n.e. - ok. 1180 r. p.n.e.)
Cz. IV



DRUGA WOJNA TROJAŃSKA
(ok. 1193 - 1183 p.n.e.)
Cz. III



"Obce ludy na swych wyspach uczyniły spisek i żaden kraj nie oparł się ich broni. Hatti, Kizzuwatna (w oryginale Koda - była to egipska nazwa późniejszej Cylicji), Karkemisz, Arzawa, Alaszija jednocześnie zniknęły"


Fragment inskrypcji faraona Ramzesa III ze świątyni Medinet Habu w Tebach



Czy Wojna Trojańska wybuchła naprawdę? Kim właściwie byli mieszkańcy Troi i czy to właśnie Achajowie rzeczywiście zdobyli Ilion? Żeby odpowiedzieć na te pytania, należy na samym początku uświadomić sobie jedną, niezwykle istotną rzecz, a mianowicie to, że Homer wybornie sobie z nas wszystkich zakpił (mam tutaj na myśli te wszystkie pokolenia czytające Iliadę). Tak, Homer był w rzeczywistości zwykłym propagandystą, zapewne bardzo utalentowanym i potrafiącym dobrze dobrać słowa (pomijając fakt, że był niewidomy), ale jednak propagandystą, a nie historykiem czy poetą (już Stalin mawiał: "Musimy znaleźć zajęcie dla każdego utalentowanego szubrawcy"). Nie może to dziwić, jako że przetrwały o nim informacje iż miał być niewidomy, a to oznacza, że musiał mieć jakichś pomocników, którzy spisaliby te jego bajdurzenia. Zapewne więc za swoją pracę pobierał również wynagrodzenie od jakiegoś możnego władcy, któremu taki przekaz, jaki Homer zaprezentował, był bardzo na rękę. Oczywiście są to jedynie moje przypuszczenia, ale pojawiły się one właśnie w wyniku stwierdzenia, że nic w przekazie Homera nie zgadza się z tym, co można wyczytać ze źródeł pozostawionych przez Greków, Traków, Persów, Etrusków czy Rzymian (nie mówiąc już, że nie zgadza się to również z informacjami pochodzącymi z channelingów - chyba że uznamy że to właśnie one mówią nieprawdę). Jedynym zgodnym faktem jest to, że Wojna Trojańska rzeczywiście miała miejsce, poza tym nie zgadza się już nic, łącznie z... walczącymi stronami tego konfliktu. Ale być może o to właśnie chodziło. Był bowiem potrzebny epos, który ukazałby walkę wszystkich Hellenów ze wspólnym wrogiem i to oczywiście walkę zwycięską, podbudowaną interwencją bogów, którzy swą obecnością wsparli właściwą stronę. Co prawda Iliada jest przepięknym dziełem literackim, ale nic ponad to. Jednak aby pójść dalej i opisać cały ten konflikt (w wielkim skrócie, jako że informacje z channelingów na ten temat są również bardzo skąpe), musimy wyjaśnić sobie jedną, ale za to kluczową rzecz - kto z kim walczył w tej wojnie?

Czy rzeczywiście Achajowie popłynęli na podbój Troi w 1000 okrętów i 50 000 wojowników - jak podaje Homer? Aby nie przedłużać, powiem tylko że: NIE! To nie Achajowie wypłynęli na wojnę do Troady w celu zdobycia tego miasta-państwa, a stało się tak, ponieważ... po prostu nie musieli tego czynić. Jak już w poprzedniej części wspomniałem, ziemiami na których leżał niegdyś gród Trojan, władał hetycki renegat - Tawagalawa, wysłany tam jeszcze (zapewne w latach 50-tych XIII wieku p.n.e.) przez króla Hetytów - Hattusilisa III. Przeszedł on jednak na stronę władcy Ahhijawy (czyli kraju Achajów - jak zwano Helladę w Anatolii, Syrii i w Egipcie), następnie poślubił córkę swego dobroczyńcy i osiadł w kraju zwanym Wilusa (Troada), gdzie z poparciem swego teścia objął władzę i zaczął gromadzić wojsko do walki z Hattusilisem III (o czym opowiada tzw.: "List Tawagalawy" odnaleziony w ruinach Hattusas). Zapewne był on też założycielem jakiejś lokalnej dynastii, a jego potomkowie utrzymywali ożywione kontakty z Ahhijawą, upatrując w niej opieki i ochrony przed Hetytami. Achajowie nie mogli więc zdobyć Troi, gdyż nie miałoby to większego sensu, skoro i tak kontrolowali teren poprzez uległych sobie władców. Kto więc zdobył Troję i czy mogli to być Hetyci? Otóż nie, również nie mogli! W czasach gdy Troja (i inne, mniejsze grody Wilusy) płonęła (pokłady archeologiczne Troi VIIA) państwo Hetytów ponownie (jak dwieście lat wcześniej, za czasów Arnuwandy I) przeżywało poważny kryzys wewnętrzny. Już za panowania Tuadhalij IV (zdobywcy Cypru ok. 1230 r. p.n.e., którego jednak nie był w stanie utrzymać i musiał się stamtąd wycofać) wystąpiły pierwsze poważne oznaki osłabienia kraju, ale uwidoczniły się one dopiero za rządów jego synów: Arnuwandy III i Suppiluliumy II. Musiała wówczas nastąpić jakaś poważna recesja gospodarcza, która doprowadziła do wybuchu klęski głodu, gdyż, jak można przeczytać w zachowanej przysiędze "Wielkiego Pisarza z Hatti": "Lud Hatti był nieprzychylny swojemu królowi". Czyżby doszło więc do jakichś poważnych zaburzeń społecznych, a być może nawet walk klasowych biednych z bogatymi? Nie można tego wykluczyć, jako że takie sytuacje zdarzały się już wcześniej, choćby w Syro-Palestynie (np. miasto Chasor w Kanaanie, którego zniszczenie niegdyś interpretowano pochodem Izraelitów do "Ziemi Obiecanej", to jednak współczesna historiografia wyklucza zagładę miasta przeprowadzoną przez inwazję zewnętrzną, czy choćby nawet trzęsienie ziemi, a przychyla się do twierdzenia, że wynikiem zniszczenia grodu były jakieś wewnętrzne walki o władzę, być może właśnie na tle ekonomicznym, a miały one miejsce ok. 1230 r. p.n.e. czyli na jakieś trzydzieści lat przed wydarzeniami w kraju Hetytów). Hetyci w tym czasie nie byli zdolni do przeprowadzenia inwazji na inny kraj (to o czym pisałem w poprzedniej części, czyli o kolejnym ataku Suppiluliumy II na Cypr ok. 1205 r. p.n.e. i powstania z tej okazji odpowiedniej inskrypcji wotywnej, mogło wcale nie być żadną inwazją, a jedynie wojną obronną), gdyż ich własne państwo chyliło się już wówczas ku upadkowi.




Utracili oni całkowicie w tym czasie kontrolę nad Syrią (wywalczoną w bitwie pod Kadesz z 1274 r. p.n.e. i potem potwierdzoną pokojem królewskim z Egiptem z 1259 r. p.n.e.), czego dowodem jest fakt, że Suppiluliuma II musiał uznać dotychczasowego namiestnika z Karkemisz, za równego sobie "brata". Gdyby dysponował wystarczającą siłą militarną i miał zapewniony spokój wewnętrzny, z pewnością nigdy nie przystałby na tak upokarzający dla siebie układ. A to oznacza, że nie dysponował wówczas odpowiednią siłą i musiał żebrać o sojusz nawet z władcą miasta Karkemisz, aby przynajmniej mieć zapewnioną osłonę od Wschodu, a być może nawet pomoc w przypadku ataku Asyrii. Najazd na Wilusę i Troję nie mógł więc wyjść ze strony zrewoltowanych i cierpiących wówczas głód Hetytów. Musiał to więc być zupełnie inny przeciwnik, ktoś obcy, nieznana siła na tyle liczna, że zdolna niszczyć i plądrować miasta oraz obalać ówczesne imperia. Któż to mógł być? Odpowiedź wydaje się oczywista - były to tzw.: "Ludy Morza", czyli zjednoczona grupa plemion posuwających się z Północy ku Południowi i niczym walec zmiatająca wszystko na swojej drodze. Oczywiście "Ludy Morza" to jest nazwa umowna, nazwa zafałszowana, podobnie zresztą jak zafałszowana jest Iliada Homera, w której autor przedstawia stronę pokonaną (Trojan i wspomagających ich Achajów) jako zwycięzców w panhelleńskiej wojnie ze wspólnym wrogiem (zapewne niewielu historyków zdaje sobie również sprawę, że sama nazwa "Hellada" wywodzi się ze starogreckiego słowa: "Et Lah" - czyli "Od Lachów", przy czym Grecy "H" pisali jako "X" i stąd wychodziło im słowo "Et Lax", zmiękczane potem w słowo "Ellas" - czyli Hellada). Takie propagandowe manewry były (i są do dziś) stosowane w różnych celach (np. w celu ukazania jedności i wyjątkowości Hellenów), nic więc dziwnego że Homer z przegranych uczynił zwycięzców - któż bowiem po kilku wiekach (Homer żył przecież w VIII wieku p.n.e., czyli jakieś 400 lat po opisywanych przez siebie wydarzeniach) będzie dochodził prawdy? A historia opisana w Iliadzie jest bardzo ładna i może przyjemnie łechtać greckie ego, po co więc miano by to zmieniać (tym bardziej, że w tamtych czasach dotarcie do prawdziwych źródeł tego konfliktu byłoby praktycznie niemożliwe). Dzisiejsi historycy też opowiadają bajki o "Ludach Morza" przybyłych (jak owe elfy z powieści J.R.R. Tolkiena, na "białych okrętach") z nieznanych ziem (choć pochodzenie tych ludów z reguły określa się jako śródziemnomorskie, to jednak są i tacy, którzy ich siedziby widzą nawet w... Hiszpanii, ale nikt nie powie głośno i wyraźnie kim te ludy były i nikt nie nazwie rzeczy po imieniu. Cóż, przecież kłamstwo Homera trwa już 28 wieków i jak widać ma się dobrze, dlaczego więc nie "podrasować" historii, wrzucając "Ludy Morza" do Hiszpanii, Italii, Grecji czy nawet Tracji).


MAPA IMPERIUM HETYCKIEGO 
(ok. 1200 r. p.n.e.)



Żaden (prawie żaden, ale ci nieliczni są uważani za swoistych "oszołomów") z historyków nie powie wprost, skąd wzięły się te ludy i jaki był ich rodowy genotyp. Ale nim do tego przejdę, najpierw wymienię listę plemion, które były wrzucone do wspólnego koszyka pod nazwą "Ludy Morza". Lista ta pochodzi z Egiptu, ze steli faraona Merenptaha (ok. 1207 r. p.n.e.), który podaje ich nazwy, i tak, są to: Aqi-waša, Turiša, Šekeleš, Lukka, Šardana, Mešweš, Tjehenu i Tjemehu. Trzydzieści lat później (ok. 1177 r. p.n.e.) kolejny faraon - Ramzes III chwalił się odniesionym zwycięstwem (kolejny przykład propagandy politycznej, która porażkę próbowała przekuć w sukces) nad plemionami, których nazwy brzmiały w jego inskrypcji następująco: Danuna, Karkisa, Waschasch, Tjeker oraz Peleset. Warto pochylić się dłużej nad każdym z owych ludów, ale to może już w kolejnych tematach, teraz najważniejsze, to odpowiedzieć na pytanie, które plemię (lub plemiona) zdobyły antyczną Troję i skąd one tak naprawdę pochodziły? Oczywiście nie podlega żadnej wątpliwości ich pochodzenie - były to bowiem ludy słowiańskie, wywodzące się ze Środkowej Europy, z rejonu Wisły, Odry, Łaby, Karpat, Sudetów i wielkiej kotliny naddunajskiej. Były to słowiańskie ludy, dla których zapewne nie starczyło miejsca (lub byli wypychani przez agresywnych sąsiadów) na ich ojczystych ziemiach, a być może wpływ na to miał również szybki rozrost plemienia w którym nie dla wszystkich starczało ziemi. Warto też sobie uświadomić, że dominacja słowiańska w Środkowej Europie i jej ekspansja ku Południowi (Grecja, Italia), oraz wypieranie stąd Celtów (którzy przybyli oczywiście na te ziemie dużo później po Słowianach, ale potem przez jakiś czas dominowali w południowych Niemczech, Austrii, Szwajcarii, Czechach, a nawet weszli na Śląsk), stała się faktem, szczególnie po wielkiej bitwie w Dolinie Dołęży (która miała miejsce ok. 1250 r. p.n.e. i uznawana jest dziś przez historyków za... największą bitwę starożytnego świata). Według badań haplogrup odkopanych szczątków, dominowała tam haplogrupa słowiańska R1a1a, ale wydaje się, że wojownicy z dominującą haplogrupą R1b, wcale nie musieli stać po przeciwnej stronie barykady, a wręcz mogło być tak, że podział przebiegał zupełnie inaczej. Zapewne walka toczyła się pomiędzy grupami słowiańsko-celtyckimi i tymi, które można w dużym uproszczeniu określić jako "nordyckie" (haplogrupa: I1, I2) plus ludy słowiańsko-celtyckie, które stały po tej drugiej stronie. W każdym razie bitwa zakończyła się całkowitym zwycięstwem żywiołu słowiańskiego (przy pewnym wsparciu Celtów), a to oznaczało wyparcie niektórych plemion z ich wcześniejszych siedzib. Te plemiona ruszyły teraz na Południe, ku cieśninom czarnomorskim, na Bałkany i do Italii.




Trzeba bowiem pamiętać, że ziemie zamieszkane przez Słowian (oraz Celtów), wcale nie były wówczas zapóźnione cywilizacyjnie - jak się powszechnie uważa w kręgach tzw.: "naukowców". Przecież najstarszy wizerunek koła znaleziony został właśnie na ziemiach zasiedlonych przez Słowian (we wsi Bronocice w Małopolsce i pochodzi z ok. 3 490 r. p.n.e., a to oznacza, że jest o 150 lat starszy od modelu koła znalezionego w rejonie Eufratu, a mimo to w różnych quizach wciąż można znaleźć pytanie: "Gdzie wynaleziono pierwsze koło?", sugerując prawidłową odpowiedź jako rejon Sumeru. Otóż pierwsze koło wymyślili Słowianie - przynajmniej jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że starszego jak na razie wizerunku koła do tej pory nie odnaleziono). Była to więc cywilizacja rozwinięta, cywilizacja, którą zwie się również Kulturą Łużycką. Zresztą stopień politycznych zależności poszczególnych ludów słowiańskich (np. Traków, wspierających wówczas Trojan) był też bardzo różny, w każdym razie inwazja w kierunku Troady nie mogła odbyć się drogą lądową, a to ze względu na duże niebezpieczeństwo walk toczonych po drodze z ludami, które nie życzyły sobie obcych migrantów na swojej ziemi. Walki toczone z Trakami, z pewnością znacznie osłabiłyby plemiona migrujące ("Ludy Morza") i dotarcie ich do celu nie byłoby już wcale takie pewne (a celem było dojść jak najdalej na Południe, aby tam znaleźć dla siebie swoją "Ziemię Obiecaną"). Najlepszą i najbezpieczniejszą pozostawała więc droga wodna, a to oznaczało, że plemiona te musiały najpierw dotrzeć wielkimi rzekami na Wschód (np. Dniestrem, Bohem, Dnieprem), ku dzisiejszemu Krymowi i dalej do cieśnin czarnomorskich przeprawić się już drogą morską. Na Krymie zapewne powstała też flota, którą zdobywcy dotarli do Troady. Być może początkowo słowiańskie plemiona północne nie zamierzały atakować Troi, ale gdy dotarli na Krym i gdy dowiedzieli się o panującym tam monopolu handlowym Troady (o czym wspominałem też w poprzednich częściach), postanowili go ostatecznie złamać. Zapewne więc była to również w dużym stopniu wojna handlowa, która doprowadziła do rozpadu dotychczasowego systemu ekonomicznego (panującego w epoce brązu), polegającego na dominacji królestw nad scentralizowanym handlem międzynarodowym i zastąpienia go handlem zdecentralizowanym (charakterystycznym dla epoki żelaza), który opierał się na mniejszych miastach, lub nawet na prywatnych przedsiębiorcach (tak twierdzi np. brytyjska badaczka - Susan Sherratt z Uniwersytetu Sheffield, która w swej książce "Sea Peoples and the Economic Structure of the Late Second Millennium in the Eastern Mediterranean" pisze, że Ludy Morza: "z powodzeniem można postrzegać jako zjawisko strukturalne, produkt naturalnej ewolucji i ekspansji międzynarodowego handlu, postępujących w III i II tysiącleciu, niósł on w sobie zalążki ostatecznego upadku ekonomii opartej na pałacu"). Czy Wojna Trojańska, mogła więc w dużej mierze mieć podłoże ekonomiczne? Oczywiście, przecież zniszczenie monopolisty, jakim bez wątpienia była Troja, stwarzało szansę dla innych, mniejszych podmiotów i jednocześnie uzdrawiało handel, czyniąc go bardziej konkurencyjnym.

Trojanom nie pomogli (celtyccy) Achajowie, nie pomogli również (słowiańscy) Trakowie. Troja padła pod ciosami Słowian z Północy, przybyłych (niczym owe elfy na "białych okrętach") aby całkowicie przemodelować ówczesną scenę polityczno-ekonomiczną Bliskiego Wschodu. Prowadzący w latach 90-tych XX wieku na ruinach Troi VIIA badania wykopaliskowe - Manfred Korfmann z Uniwersytetu w Tybindze, tak pisał na temat tego, co się w owym grodzie wówczas wydarzyło: "Ślady wskazują na działanie ognia i katastrofę, do której doprowadziło jego oddziaływanie. Znaleźliśmy, na przykład, dziewczynę w wieku, jak sądzę, szesnastu-siedemnastu lat, która była do połowy zwęglona, a jej stopy pochłonął ogień. (...) Było to miasto, które szturmował nieprzyjaciel. Miasto, które było bronione przez swoich mieszkańców. Jednak przegrali oni starcie i ostatecznie zostali całkowicie rozgromieni". Co zaś się tyczy odpowiedzi na pytanie, które z owych plemion dokonało tej masakry i zniszczenia trojańskiego grodu, to odpowiem... nie mam zielonego pojęcia, gdyż ani źródła historyczne, ani tym bardziej channelingi nie mówią nic na ten temat. Wiadomo tylko, że do takiej inwazji doszło w latach 90-tych XII wieku p.n.e. co oznacza że sprawcami zagłady miasta mogła być pierwsza grupa z wymienionych wyżej plemion. A Homer z przegranej dla Achajów wojny, uczynił niesamowite zwycięstwo, czym też położył podwaliny pod narodziny europejskiej kultury (która - podobnie jak inne wielkie dzieła starożytności - rodziła się niestety na kłamstwie i na ludzkiej niedoli).




CDN.

08 listopada 2025

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. XII

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. XII




 Sycylia - wyspa na którą na moment się przeniesiemy - była miejscem na którym panuje nadzwyczaj łagodny klimat, a malowniczy krajobraz syci oko podróżnika widokiem wysokich gór, łagodnych dolin i otwartej, równinnej przestrzeni. Największym miastem tej wyspy (leżącej niczym swoisty most pomiędzy Italią a Afryką) były Syrakuzy, miasto w którym władał tyran Dionizjusz I zwany Wielkim. Nasza podróż po tym obszarze być może wydaje się dziwna, aczkolwiek aby lepiej zrozumieć siłę hegemonii Lacedemonu w Grecji właściwej, trzeba również powiedzieć co nieco o zamorskich sojusznikach Sparty, do których na zachodzie przede wszystkim należały Syrakuzy. Miasto to zostało założone na wyspie (zwanej potem Ortygia - gdzie powstały główne zabudowania i gdzie potem był trzon samego miasta, pomimo faktu że Syrakuzy zaczęły rozwijać się również na stałym lądzie) przez kolonistów z Koryntu na czele z niejakim Archiasem (734/733 r p.n.e.). Nazwę swą "Sirako" zawdzięcza miasto pobliskim bagnom, leżącym na lądzie stałym, dlatego też za czasów Archiasa i pierwszych jego następców (zwanych "gamoroi" - którzy stanowili elitę rządzącą miastem przez kolejne 250 lat) miasto ograniczało się głównie do obszaru samej wyspy Ortygii. To tam pobudowano główne świątynie i tam oddawano cześć bogom miasta metropolitalnego - Koryntu (każda kolonia była bowiem zobowiązana do uiszczania pewnej niewielkiej opłaty na rzecz miasta założyciela, czczenia najważniejszych bóstw tamtego grodu i wspierania miasta-matki w czasie konfliktów wojennych. Jednak po kilku dziesięcioleciach ta zależność topniała praktycznie do zera, a dawna kolonia stawała się całkowicie niezależna, chociaż często pozostawał sentyment do miasta-matki). Oprócz pierwotnych bagien (które z czasem zostały osuszone) ziemia wokół Syrakuz była żyzna, a plemiona Sykulów (Tukidydes twierdził że Sykulowie przywędrowali na Sycylię z Italii i zepchnęli ze wschodnich do centralnych obszarów wyspy, pierwotnych mieszkańców - Sykanów) przyjazne, co powodowało że miasto szybko rozbudowywało się i rosło w siłę i bogactwo.


SYRAKUZY 
NA PIERWSZYM PLANIE WIDOCZNA WYSPA ORTYGIA



Syrakuzy szybko też przystąpiły do własnej kolonizacji wybrzeża sycylijskiego i tak już w 700 r. p.n.e. założono na południe od miasta osadę zwaną Heloron, w 664 r. p.n.e. na zachód od Syrakuz gród Akrai, następnie Kasmenai (643 r. p.n.e.) i Kamarinę (598 r. p.n.e.) tworząc na całym południowo-wschodnim obszarze Sycylii swoją własną strefę wpływów. Dalszą kolonizacyjną ekspansję Syrakuz na zachód uniemożliwił rozwój potęgi miasta Gela - miasta założonego w roku 688 p.n.e. przez kolonistów z rodyjskiego Lindos i z Krety (założycielami Geli według Diodora Sycylijskiego mieli być dwaj wodzowie - Antyfem i Entimus). Miasto to rozwijało się równie prężnie co Syrakuzy, ale nie dochodziło między nimi do konfliktów zbrojnych. Raczej starano się utrzymywać dobrosąsiedzkie stosunki i rozwijać handel, bogacąc się wzajemnie. W 580 r. p.n.e. mieszkańcy Geli założyli na zachód od miasta gród zwany Akragas (który potem urośnie do roli jednego z kluczowych greckich ośrodków na Sycylii, a Rzymianie nazwą zaś to miasto Agrigentum). Do konfliktów militarnych nie dochodziło, gdyż wiele było problemów wewnętrznych w tych szybko rozwijających się i bogacących południowo-sycylijskich greckich polis. Bogactwo płynące z handlu morskiego nie było jednak równomiernie rozłożone i wielu mieszkańców (zarówno Geli jak i Syrakuz) odczuwało niesprawiedliwość wynikającą z tego faktu. Pierwsi zaprotestowali mieszkańcy Geli. Doszło do rozruchów społecznych w tym mieście i ostatecznie ok. 600 r. p.n.e. lud Geli (prowadzony przez demagogów, którzy widzieli w tym polityczną korzyść), wypędził z miasta dotychczasowych oligarchów (potomków Antyfema i Entimusa). Do władzy doszła teraz grupa dotąd wykluczona, która ponownie podzieliła dochody uzyskiwane przez miasto z handlu morskiego pomiędzy siebie i swoich stronników. Wygnani oligarchowie udali się do Maktorion - faktorii handlowej, założonej gdzieś na północ od Geli i przeznaczonej do handlu z plemieniem Sykulów. Szybko też zdominowali ten gród i przyjęli w nim władzę, usuwając dotychczasowych mieszkańców na dalszy plan (dokładnie nie wiadomo gdzie leżało Maktorion, sugeruje się jednak że było to gdzieś w rejonie stanowiska archeologicznego Monte Bubbiano w dzisiejszej włoskiej prowincji Caltanissetta). Mieszkańcy tej faktorii (którzy teraz zostali zepchnięci do roli klientów a nie gospodarzy swego miasta), udali się do Geli, protestując przeciwko niesprawiedliwości jaka ich dotknęła, a która wynikła właśnie ze zmiany władzy w samej Geli. Przekonali oni niejakiego Telinesa ("przekonali" - jak? prawdopodobnie finansowo), aby przekonał mieszkańców Geli co do powrotu wygnanych oligarchów z powrotem do miasta. Telines (Herodot twierdzi że był człowiekiem zniewieściałym), który ponoć bardzo dbał o własne ciało, golił się prawie do zera niczym kobieta (poza oczywiście włosami na głowie) i uwielbiał piękne szaty, przemówił do obywateli Geli, nawiązując do niesprawiedliwości jaka została popełniona i klnąc się na bożą sprawiedliwość w osobie bogini-matki, "zwiastunki pór roku" Demeter oraz jej córki - Persefony ("tej, która niszczy światło"), małżonki podziemnego boga śmierci Hadesa. Tymi odwołaniami i swą mową przeraził mieszkańców Geli, którzy ostatecznie zgodzili się na powrót wygnanych oligarchów do miasta i aby nie prowokować bogów do jakichś pochopnych, a niekorzystnych dla ludzi działań, zwrócili im dawny majątek i podzielili się z nimi władzą nad miastem.




Potem sytuacja polityczno-społeczna w Geli nieco się uspokoiła, a założenie Akragas pozwoliło wyprowadzić z miasta część buntowniczych jednostek, które teraz znalazły możliwość bogacenia się w nowym miejscu. Ale to właśnie tam, w Akragas powstał problem w dość krótkim czasie (licząc od chwili założenia miasta 580 r. p.n.e.). Niejaki Falaris otrzymał polecenie od władz nowo założonego Akragas, aby zbudował świątynię Zeusa Atabyriosa (nazwa ta wywodzi się od góry Atabyris na Rodos i zapewne ma jakieś koligacje odnośnie miasta-matki Lindos na Rodos, co często zdarzało się nie tylko wśród bezpośrednich kolonii, ale również kolonii założonych przez kolonie - tak jak w tym przypadku). Ponieważ świątynia ta miała znajdować się nieopodal miejskiej cytadeli, prace trwały opornie, gdyż dodatkowo Falaris zamiast zająć się projektowaniem i budową świątyni, przeznaczał ten czas na agitację polityczną przeciwko rządzącej w mieście oligarchii. Zdobywszy szerokie poparcie mas, dokonał następnie krwawego zamachu stanu, mordując podczas święta Tesmoforii wybitnych członków Rady, następnie zajął miejski Akropol i gdy zdobywszy tamtejsze złoto ze skarbca opłacił najemników - wówczas przejął władzę jako tyran i rozbroił lud (ok. 570 r p.n.e.). W ten sposób Falaris stał się drugim tyranem w dziejach Sycylii (pierwszym był niejaki Panajtios z Leontinoi - miasta leżącego na północ od Syrakuz, a założonego przez Jonów z wyspy Naksos w roku 729 p.n.e. Opowiedziałbym jego historię, ale nie wiąże się ona bezpośrednio z tym tematem, więc na razie dam sobie spokój, tym bardziej że mam tendencję do potwornego rozwlekania tematów i zajmowania się często pobocznymi kwestiami, które tylko w niewielki sposób łączą się z pierwotnym tematem. Walczę z tym, ale często przyzwyczajenie bierze górę 🥴 W każdym razie Panajtios z Leontinoi przejął władzę w roku 609 p.n.e. na 40 lat przed Falarisem). Rządy Falarisa z Akragas trwały do 554 r p.n.e.  i przez ten czas miasto znacznie się rozbudowało, a mieszkańcy wzbogacili. Falaris zaopatrzył miasto w wodę (zmieniając koryto pobliskich rzek Akragas i Hypsas), ozdobił je pięknymi budynkami i umocnił nowymi murami obronnymi. Był bardzo popularny wśród zwykłych mieszkańców Akragas, gdyż pozwalał im partycypować w bogactwach spływających do miasta z handlu morskiego (co wcześniej, za rządów oligarchicznych było niemożliwe). Niestety to jest tylko ta jedna strona osobowości i działalności polityczno-społecznej Falarisa, druga jest inna, mroczna i nieprzyjemna.




Powiedzieć o tym że w okrutny sposób mordował on swoich oponentów i przeciwników politycznych, to nie powiedzieć nic. Już podczas zamachu stanu w święto Tesmoforiów wymordował przy pomocy swoich zwolenników całą Radę miejską, a potem było tylko gorzej. Ponieważ uznał że zwykłe mordowanie swoich wrogów jest nieodpowiednie, ponieważ chciał aby przy okazji śmierci cierpieli oni bolesne katusze, ściągnął więc do Akragas ateńskiego wynalazcę Perillusa i nakazał mu stworzenie machiny śmierci, podczas której ludzie zanim umrą, będą długo cierpieć nieprawdopodobne męki. Perillus wpadł na pomysł stworzenia wielkiego mosiężnego byka, do którego można by było zamykać nieszczęsną ofiarę, pod bykiem zaś rozpalono by ognisko, co powodowałoby, że zamknięty w środku człowiek po prostu gotował by się żywcem. I tak też się stało, Perillus stworzył mosiężnego byka i zadowolony z ciebie (i z tego, że otrzyma pokaźną nagrodę) zakomunikował to Falarisowi z dokładnym wyjaśnieniem jak to działa. Falaris jednak stwierdził że nie może mu zapłacić, dopóki nie przekona się czy jego "machina śmierci" rzeczywiście działa, a żeby to sprawdzić trzeba było znaleźć kogoś, kto da się w tym byku spalić. Jakoś dziwnie nie było chętnych (🤔), więc Falaris kazał Perillusowi aby ten wszedł do byka i pokazał jak to działa, a gdy tak się stało, zamknięto ową machinę a pod bykiem rozpalono ognisko i w ten sposób ateński  wynalazca stał się pierwszą ofiarą swojego wynalazku. Ale Falarisowi się spodobało i od tej pory każdy, na kogo tylko padło podejrzenie sprzeciwu wobec rządów tyrana, ten kończył swój żywot w byku (owego mosiężnego byka na własne oczy widzieć miał tebański poeta - Pindar, który przebywał w Akragas ok. 490 r. p.n.e. wydaje się więc że nie jest to jedynie opowieść legendarna). Paradoksalnie jednak pomimo okrucieństwa wobec przeciwników politycznych, zarówno mieszkańcy Akragas jak i innych greckich polis na Sycylii, nie uważali wcale Falarisa za zbrodniarza i mordercę, a wręcz przeciwnie, twierdzono powszechnie (szczególnie wśród zwykłego ludu) że Falaris jest "sprawiedliwy" i że przepełnia go "nienawiść do zbrodni". I pewnie z tego właśnie powodu żyjący wieki później Lukian w swych deklamacjach i listach nazywa Falarisa człowiekiem "miłującym pokój" i "miłośnikiem filozofii oraz literatury". Można wręcz powiedzieć że popularność Falarisa nie tylko nie spadała ale wręcz wzrastała i zdobył on wpływ w swoim czasie praktycznie na wszystkie greckie polis na Sycylii (był bowiem popularny jak współczesny piosenkarz, aktor czy influencer 😉). Był tak popularny, że mieszkańcy Himery (miasta założonego w 648 r. p.n.e. przez kolonistów z Zankle) obrali go nie tylko dyktatorem wojskowym w swym mieście, ale Dali mu również ochroniarza, który miał czuwać nad jego bezpieczeństwem (to było niesamowite żeby mieszkańcy jednego polis sami z siebie ogłosili dyktatorem przywódcę innego polis i to jeszcze Jonowie z Himery swym dyktatorem ogłosili Dora/Gora z Akragas. To było coś tak nieprawdopodobnego, jak gdyby Ateńczycy sami z siebie obrali swym przywódcą jakiegoś Lacedemończyka).




 Zaprotestował przeciwko temu jedynie sędziwy wówczas poeta z Himery Stesichoros (autor m.in. kilku opowieści o wojnie trojańskiej, zresztą był on zwolennikiem twierdzenia że prawdziwa Helena trojańska mieszkała w Egipcie i nigdy nie pojawiła się w Troi, a cała awantura wynikła jedynie z iluzji, jaką wytworzył jej ojciec Zeus). Stesichoros przemówił do swych współobywateli opowiadając im bajkę o koniu i jeleniu. Koń miał bowiem całe pastwisko dla siebie, ale pewnego razu zjawił się jeleń i zaczął niszczyć jego pastwisko. Aby się zemścić, koń zwrócił się o pomoc do człowieka, a ten obiecał że mu pomoże, jeśli tylko koń pozwoli mu się dosiąść. Tak też się stało, ale koń nie zyskał tego, czego pragnął, natomiast stał się niewolnikiem człowieka, który od tej pory jeździł na jego grzbiecie. Przesłanie brzmiało: "Czyniąc Falarisa dyktatorem wojskowym, sami daliście się ogłowić. Jeśli pozwolicie mu wejść sobie na plecy, dając mu ochroniarza, odtąd będziecie jego niewolnikami" (słowa te przytacza Arystoteles  "Retoryce II"). Falaris został ostatecznie obalony (po ponad 15 latach swych rządów w Akragas i innych greckich polis na Sycylii - gdzie władzę zdobył nie siłą militarną a nie podstępem a jedynie swą sławą i popularnością) w 554 r. p.n.e. przez zamach stanu na którego czele stał niejaki Telemach (przodek późniejszego tyrana a Akragas - Therona). Ostatecznie skończył tak, jak jego wrogowie, został spalony w owym mosiężnym byku, który kazał stworzyć nieszczęsnemu Perillusowi. Po obaleniu Falarisa (i dużo wcześniejszym Panajtiosa z Leontinoi) władzę zarówno w Leontinoi jak i w Akragas (oraz innych greckich polis na Sycylii) ponownie odzyskali oligarchowie. Nie toczyły się żadne wielkie wojny na wyspie, ludność bogaciła się na handlu i żyła własnym życiem. Grecy - choć wzajemnie ze sobą konkurowali, jakoś potrafili utrzymać pokój zarówno pomiędzy własnymi polis, jak i ludami sycylijskimi (a były trzy takie lokalne ludy: na zachodnim krańcu wyspy mieszkali Elymowie - którzy według Tukidydesa przybyli tam na swych okrętach po upadku Troi i założyli kilka miast, z których największymi były Eryks, Segesta i Entella. W centrum wyspy mieszkał lub autochtonów (według Tukidydesa) Sykanów, ze swym głównym miastem Hippaną. Na zachodzie mieszkał lud Sykulów przybyły w Italii, który miał najwięcej miast, z których największą była Henna (lub Enna). Były również trzy główne fenickie osady na zachodzie i północy wyspy (Motye, Panormus i Solus) ale nie dochodziło do konfliktów pomiędzy Grekami i Fenicjanami (przykładem niech będzie fakt, że w Panormus mieszkała bardzo liczna grecka społeczność i nie ma żadnych śladów wzajemnych konfliktów na tle, czy to narodowościowym czy też religijnym czy jakimkolwiek innym).




Oczywiście należy wspomnieć o kilku incydentach, które jednak trudno nazwać wojnami, aczkolwiek wymagały one zbrojnego odporu. Pierwszy poważny incydent wybuchł ok. 577/576 r. p.n.e. gdy niejaki Pentatlos z Knidos na czele greckich kolonistów (Knidyjczyków wsparli również Rodyjczycy) próbował założyć miasto na przylądku Lilibajon w zachodniej Sycylii, na południe od punickiej osady Motye. Ta próba im się nie powiodła, gdyż Elymowie z Segesty (wsparci niewielkim kontyngentem zbrojnym z punickiego Motye - piszę "niewielkim" bo to miasto nie miało zbyt wielu mieszkańców i nie mogło pozwolić sobie na wystawienie zbyt licznej załogi zbrojnej) wydali im bitwę, do której doszło gdzieś w okolicach Motye (tam bowiem archeolodzy odnaleźli liczne ślady po tej bitwie, jak choćby pozostałości mieczy i włóczni). Zakończyło się ona klęską Greków i śmiercią pentatlosa oraz jego sojuszników (wspomogli go Grecy z Selinusu - zwanego również przez Rzymian Selinuntem - którzy chcieli założyć kolonię nad Morzem Tyrreńskim, ale przeszkadzali im w tym Elymowie z Segesty. Selinus został założony w roku 628 p.n.e. przez kolonistów z założonej 100 lat wcześniej po wschodniej stronie Sycylii Megary Hyblei. Konflikt interesów zaprowadził mieszkańców Selinusu do konfrontacji z Segestą, ale były to w tamtym czasie raczej wyjątki niż norma, tym bardziej że w samej Segeście mieszkała liczna grecka społeczność, a samo miasto Elymów w niczym nie ustępowało greckim polis). Klęska Pentatlosa pod Motye (ok. 576 r. p.n.e.) na dłuższy czas zahamowała wszelkie próby kolonizacji zachodniej Sycylii ze strony Hellenów z Grecji kontynentalnej (w tej bitwie poległ również Arystogejton z Selinusu, syn Arkadiona - jego nagrobek w rodzinnym polis został bowiem odnaleziony). 20 lat później (ok. 555 r. p.n.e.) do zachodnich granic Sycylii dobiły okręty kartagińskiego króla Malchusa (który często nazywany jest po prostu wodzem Malchusa (wydaje się że imię "Malchus" jest po prostu łacińską wersją fenickiego słowa "milk" oznaczającego króla). Według rzymskiego historyka Justyna (który jako jedyny o nim wspomina, co może sugerować że sam Malchus był postacią równie mityczną, jak owa założycielka Kartaginy - królowa Dydona) miał on podbić na Sycylii wiele miast, co jednak mija się z prawdą, biorąc pod uwagę fakty archeologiczne. W VI wieku p.n.e. bowiem zarówno greckie jak i fenickie miasta na Sycylii przeżywały swój "złoty czas", to właśnie wtedy powstały najwspanialsze świątynie i ludność najbardziej się bogaciła. Nie ma też żadnych śladów zniszczeń z tego okresu i to zarówno w miastach greckich jak i fenickich. Jeśli więc Maluchus przybył wówczas na Sycylię, to jako sojusznik miast fenickich, a nie zdobywca i nie doszło też do podporządkowania tych miast Kartaginie w sposób pośredni (polityczny), a wnoszę to stąd, że gdy w 480 r. p.n.e. Kartagina podjęła zdecydowaną akcję zbrojną na Sycylii, w armii Hamilkara brak jest zupełnie posiłków z fenickich miast sycylijskich i musi on sprowadzać zaopatrzenie aż z Sardynii, co oznacza że miasta fenickie na Sycylii nie zostały podporządkowane Kart Hadaszt w czasach Malchusa. Doszło więc zapewne (jeśli w ogóle) do zawarcia po prostu jakichś układów politycznych na zasadzie równorzędnej, które z czasem wygasły. Następnie Malchus miał się udać na Sardynię, gdzie również toczył boje z tamtejszym wojowniczym plemieniem Sardów. Fenickie osady na Sardynii (podobnie jak i te na Sycylii) były położone jedynie na wybrzeżu, im dalej w głąb lądu, tym ziemia była bardziej wroga, a wróg silniejszy. Celem Malchusa było więc zapewne nie tylko podporządkowanie polityczne fenickich osad na Sardynii, ale również odebranie Sardom znacznych połaci ziemi w głębi lądu, a być może podbój całej wyspy. Przeliczył się jednak, poniósł klęskę w bitwie z Sardami i musiał się wycofać do Kartaginy. 




Kartagińczycy mieli w zwyczaju skazywać przegranych wodzów (nawet królów) na śmierć, ale ponieważ Malchus wcześniej odniósł zwycięstwo w walce z Libijczykami w Afryce, skazano go jedynie na wygnanie. On jego żołnierze mieli przenieść się na Sardynię i zamieszkać tutaj jako koloniści (co oznacza że dowodził on armią obywatelską, a nie najemnikami jak często było to w kolejnych dziesięcioleciach, gdyż wówczas nikt nie skazałby żołnierzy walczących za pieniądze na wygnanie, jeśli nie pochodziliby z tego samego grodu). Malchusowi jednak nie uśmiechało się spędzić reszty życia wśród sardyńskich gór, dlatego wrócił ze swoimi żołnierzami do Kartaginy i obległ niewdzięczne miasto. W tym właśnie czasie z Tyru (miasta-matki Kartaginy) wracał syn Malchusa Kartalon (przyznam się szczerze że imiona Malchus i Kartalon należą do wyjątków w tym kartagińskim kociołku, pełnym nieustannych Hamilkarów, Hazdrubalów i Hannibalów, tak że realnie trzeba się mocno nagłowić który wódz kartagiński żył w jakim okresie i czego dokonał) który pełnił funkcję kapłana boga Melkarta (był to taki punicki odpowiednik greckiego Heraklesa i rzymskiego Herkulesa, taki osiłek, który uwalniał lud od wszelkich złoczyńców i potworów). Został bowiem wcześniej wysłany do Tyru, aby złożyć dziesięcinę w tamtejszej świątyni Melkarta za pomyślność kampanii swego ojca. Teraz jednak, gdy dowiedział się że ojciec obległ rodzinne miasto, nie zamierzał się z nim spotykać i mimo iż tamten wysłał ku niemu gońców, Kartalon udał się prosto do Kartaginy. Jednak gdy oblężenie miasta przyciągało się, możni z miasta bogini Tanit wysłali właśnie Kartalona, aby przemówił ojcu do rozsądku i zakończył oblężenie. Kartalom przebrał się w purpurowe szaty sakralne kapłana boga Melkarta i tak udał się do ojca, aby prosić go o zakończenie oblężenia głodującego miasta. Malchus jednak, rozsierdzony zarówno wcześniejszym zachowaniem syna jak i tym, jak przemawiał do niego z pozycji kapłana, kazał ukrzyżować własnego syna w jego uroczystym stroju (to też przemawia za faktem że Malchus był królem, a nie wodzem, jako że funkcję kapłana boga Melkarta mogli pełnić jedynie członkowie rodziny królewskiej; po drugie zaś, w tradycji punickiej istniało coś takiego, jak poświęcenie syna przez ojca dla boga za pomyślność miasta, co w tym momencie zapewne zostało dokonane). Wkrótce potem Malchus zdobył Kartaginę i skazał na śmierć dziesięciu gerontów którzy skazali go na banicję. Ale jego rządy w mieście trwały bardzo krótko. Wkrótce doszło bowiem do buntu (na którego czele stał niejaki Magon) i obalenia Malchusa. Maluchus teraz stanął przed sądem i został oskarżony o "dążenie do władzy królewskiej" (co wydaje się nierozsądne, jako że już był królem, ale zapewne chodzi tutaj o próbę wzmocnienia swojej władzy kosztem już istniejących, oligarchicznych instytucji tę władzę osłabiających) i skazany na śmierć (ok. 550 r. p.n.e.) Nowym królem został ów Magon, założyciel dynastii Magonidów (żyjący 600 lat później grecki mówca Dion Chryzostom sławił w swej twórczości niejakiego Hannona, o którym pisał że: "Przemienił Kartagińczyków z Tyryjczyków w Afrykanów", oraz że dzięki niemu: "Punijczycy nie mieszkali już w Fenicji, lecz w Afryce, stali się bardzo bogaci, zdobyli liczne porty i okręty, panowali na lądzie i na morzu". Wydaje się że mówił właśnie o owym Magonie).




A tymczasem kolejni Grecy z kontynentu postanowili dotrzeć do brzegów zachodniej Sycylii, aby tam założyć swoją kolonię. Był rok 511 p.n.e. a z nową wyprawą ku sycylijskim brzegom płynął spartański książę Dorieus - licząc na sławę jaką osiągnie zakładając nowe miasto w którym będzie wreszcie mógł władać. Dorieus był starszym bratem króla Sparty Leonidasa I, który poległ w bitwie z Persami pod Termopilami w 480 r p.n.e., i zarówno męstwem jak i fizycznymi walorami dorównywał, a nawet przewyższał swego sławnego młodszego brata. Ale nie miał chłopak szczęścia...


CDN.
 

07 listopada 2025

ZEMSTA OFIAR - Cz II

CZYLI JAK KARANO NIEMCÓW PO
ZAKOŃCZENIU II WOJNY ŚWIATOWEJ





ŁAMBINOWICE
KOMUNISTYCZNE PIEKŁO NA ZIEMI


Nie był to jedyny tego typu obóz na ziemiach polskich, zarządzany albo bezpośrednio przez Sowietów, albo też przez ich ("polskie") ubeckie marionetki. Takich miejsc, zwanych dla niepoznaki "Obozami Pracy", lub "Obozami Reedukacji" było wiele, że wymienię tylko kilka największych jakie założyli Sowieci na polskiej ziemi, gdy ostatecznie "wyzwolili" ją z niemieckiej okupacji, były to obozy pracy w: Warszawie, Sosnowcu, Potulicach, Gdyni, Gdańsku, Tczewie, Łodzi, Tomaszowie Mazowieckim, Krzesimowie, Lublinie, Popkowicach, Bytomiu, Mysłowicach, Wadowicach, Opolu, Niemodlinie, Lubaniu, Żaganiu, Świętoszowie, Kępnie, Wrocławiu, Nysie, Jaworznie, Świetochłowicach i w wielu innych miastach i miasteczkach Polski, którą Sowieci zamienili w wielki obóz pracy i więzienie. Tutaj chciałbym jednak opisać dwa wyjątkowo ciężkie obozy pracy, które bez wątpienia możemy porównać do niemieckiego Auschwitz-Birkenau, gdyż to, co się tam wyprawiało, doskonale przypominało niemieckie zbrodnie z tych obozów.




Dowództwo nad obozem sprawowali komuniści, w Łambinowicach niepodzielną władzę dzierżył polski komunista - Czesław Gęborski, żołnierz Armii Ludowej, a po wojnie członek Milicji Obywatelskiej, który nim został komendantem Łambinowic, odbył najpierw kilkutygodniowe szkolenie w Obozie Pracy w Świętochłowicach, które zakończył w marcu 1945 r. Jego nauczycielem i mentorem w zbrodniach był Salomon Morel - Żyd, komunista, przez kilka miesięcy w 1942 r. wraz z bratem - Ickiem, założyli bandę rabunkową, która ograbiała ludzi w okolicach Katowic, a także napadała nocą na wsie i ograbiała wiejskie chaty. W grudniu 1942 r. obaj bracia Morelowie, dostali się w ręce działającego w okolicznych lasach oddziału Armii Ludowej, pod komendą Grzegorza Korczyńskiego i za rozboje zostali skazani na karę śmierci. Wyrok wykonano tylko na Icku, gdyż Salomon... zrzucił na niego całą winę, a potem przyłączył się do odziału Korczyńskiego (notabene, w skład tzw.: oddziałów Gwardii Ludowej a potem Armii Ludowej pod dowództwem Grzegorza Korczyńskiego, wchodziło w latach wojny wielu przestępców i bandytów. Zresztą nic dziwnego - Armia Ludowa to byli komuniści i kto tylko chciał i mógł walczyć, wolał każdą inną formację zbrojną, głównie oczywiście Armię Krajową, która zachowała podziemne struktury przedwojennego Wojska Polskiego, niż iść "do komunistów". Korczyński nie miał skąd brać ludzi, więc jedynym możliwym "sortem" był ten najgorszy, najpodlejszy typ człowieka i takich ludzi właśnie do siebie przygarniał). 15 lutego 1945 r. Salomon Morel jako żołnierz "Ludowego Wojska Polskiego" został komendantem Obozu Pracy w Świętochłowicach (o tym potworze w ludzkiej skórze opowiem w kolejnym temacie).

Tymczasem wróćmy do Czesława Gęborskiego. Po odbyciu kilkutygodniowego szkolenia "u Morela" w Świętochłowicach, z końcem lipca 1945 r. zostaje powołany na stanowisko komendanta Obozu Pracy w Łambinowicach. Tę funkcję będzie pełnił krótko, bo zaledwie trzy miesiące (do chwili aresztowania), ale przez ten czas stworzy w Łambinowicach prawdziwe piekło na ziemi. Obóz zapełniali przede wszystkim Niemcy, niewielka część Ukraińców oraz Polacy, żołnierze antykomunistycznego podziemia lub po prostu - młode chłopaki, walczący w latach wojny z Niemcami o Niepodległość Ojczyzny, a po wojnie uznani przez nowych okupantów za "element wrogi" lub "niepewny ideologicznie". W obozie zatrudniony był najgorszy sort bandytów w mundurach, uważających się za Polaków, a będących jedynie sługusami prawdziwych, sowieckich panów powojennej Polski. Zachowały się sprawozdania i relacje z procesu, jaki wytyczono Gęborskiemu i jego pomagierom (np. niejakiemu Ignacemu Sz. który w obozie kazał się nazywać: "Panem Ignacem") w październiku 1945 r. Poniżej zaprezentuję autentyczne (wybrane przeze mnie) relacje z obrony oskarżonych przed sądem, opisujące ich stosunek do uwięzionych tam ludzi i refleksje (jeśli można to tak w ogóle nazwać), oto one:


Uwaga bardzo drastyczne opisy





"W lipcu czterdziestego piątego na dworcu w Opolu koczowało 20 tys. naszych, ze wschodu. Mieliśmy czekać? Aż co, aż Niemcy sami się wyniosą? Życie żeśmy im uprzykrzali jak mogli, chowali się jak myszy, jak zobaczyli naszego w mundurze, ale siedzieli. Ładowaliśmy im repatriantów do domu, mieszkali razem, dusili się jak w piekle, ale siedzieli.

No to zaczęliśmy. Od Bielic. Zajechaliśmy ciężarówkami o świcie. Wojskowi otoczyli wieś, a my, MO (Milicja Obywatelska) i UB (Urząd Bezpieczeństwa), wyciągaliśmy ich z domów. Alles was deutsch ist, in 5 minuten raus! ("Kto Niemiec, za pięć minut wynocha"). Łachy na siebie, i na pastwisko, z bydłem. Nie wiedzieli po co, nie wiedzieli gdzie, jak to gdzie?! Raus aus Polen! Do Niemiec! Do domu. Z małym przystankiem na przejściowy odpoczynek, w Łambinowicach. U "pana Ignaca".

Niektórzy wychodzili boso, prosto z łóżek, niektórzy ze śpiącymi dziećmi na rękach. Niektórzy chcieli nas nabrać, próbowali mówić po polsku, nic z tego, za wszarz i won z chałupy. Teraz to Polacy. Po łbie ręką, albo kolbą i w drogę.

Haj-li hajlo, haj-la. Hitlerowskie piosenki kazaliśmy im śpiewać. W drodze też wpierdol. Gorąco było, wlekli się, to biliśmy. Starych musieli trzymać młodzi. Żeby trzymać tempo. Gnaliśmy ich z Gracz, Jaczowic, Jakubowic, Klucznika, Korfantowa, Kuźnicy Logockiej, Ligoty Tułowickiej, Lipowa, Lipna, Magnuszowic, Oldrzyszowic, Przechoda, Szydłowa, wszystkich nie pamiętam. W sumie gdzieś z 30 wiosek. Trochę spędziliśmy też z Niemodlina i Prudnika. Szli do Łambinowic jak mrówki pod naszym ciężkim, polskim butem. Byli tacy, co śpiewali "Pod Twoją obronę". Teraz to Polacy". 


Na chwileczkę przerwę tutaj w tym miejscu. Zauważmy co się działo i jak postępowali ci komunistyczni bandyci, ładowali wszystkich do jednego wora, bez względu na to czy to był Niemiec który prześladował podczas wojny Polaków, czy zwykły niemiecki chłop, który pragnął jedynie przeżyć, nie czynili też żadnych podziałów pomiędzy Polakami zamieszkującymi te wioski (wyraźnie jest to stwierdzone, "próbowali mówić po polsku", "śpiewali "Pod Twoją Obronę" - to niby kto to był?). Ściągali wszystkich jak leciało, bo był taki odgórny prikaz od swych komunistycznych polskich zwierzchników, którzy znowu otrzymali prikaz od swych sowieckich zwierzchników, do których to spływały rozkazy zapewne bezpośrednio z Kremla. Tutaj małe wyjaśnienie, obóz pracy w Łambinowicach (jak zresztą w ogromnej większości miejsc w Polsce) nie zbudowali komuniści. Oni po prostu przejęli już istniejącą infrastrukturę po Niemcach, którzy dotąd w Łambinowicach również mordowali ludzi na ogromną skalę. Kontynuujmy więc dalej:


"Obóz pracy w Łambinowicach, taki był napis nad bramą. Zobaczycie teraz coście wymyślili. Ja wymyśliłem? Albo jakiś Polak? I mnie sądzić? Za co? Ja wymyśliłem zabijanie niewinnych za niewinnych? Ja wymyśliłem koryto gipsowe dla mojego ojca?

W obozie za bramą czekała na nich sprawiedliwość. Czekał na nich nasz szef, Czesiek G., lat dwadzieścia, tyle co my. Swój chłop, od Niemców swoje wycierpiał. Był w naszej partyzantce, w czterdziestym czwartym wpadł w ich łapy i siedział w obozie w Mysłowicach. Oddział "Czarnego" odbił go w czasie transportu do Oświęcimia (Auschwitz). Zaraz po wyzwoleniu wstąpił do MO, żeby tępić Niemców na Śląsku. Młody był, a już miał sierżanta. Czekał na nich jego zastępca Stanisław D., Edek Z., Antek K., nasz polski Niemiec Jan F., Herbert P., jeszcze inni no i ja, prawa ręka szefa, Ignac.

Sprawiedliwość stać im kazała przed barakiem i czekać na rejestrację, było, że cały dzień. Zaczynaliśmy rejestrację od rewizji szczegółowej. Braliśmy wszystko. Jedna pierścionek schowała we włosach, obcięliśmy jej. Braliśmy i biliśmy. Kolbami, rękami, nogami. Starych, młodych, kobiety. Wszystko, co się ruszało, oprócz dzieci. Na dzień dobry, psychologicznie, jak mówił Czesiek, żeby posłuszeństwo w nich zaorać. Pamiętam jak takim sześciu założyliśmy hełmy na głowy i waliliśmy w nie tak długo, aż na oczy pociekła im krew. Ci to i tak mieli szczęście, raz jednego z brodą wypatrzyliśmy, to nawet do środka na rejestrację nie wszedł, Judasz. Johann mu było, Johann L. Zaciągnęliśmy go do warsztatu za tę brodę i wkręciliśmy mu ją w imadło. I podpalili, żeby wyglądał jak dziad. Krzyczał, że ma dzieci. Resztki odcięliśmy mu nożem ze skórą. Obcęgami wyrwaliśmy mu paznokcie, jeden po drugim. Wkręciliśmy mu jedno ramię w imadło i połamali. Drugie tak samo. Zaczęliśmy pukać mu w głowę kluczami, puk, puk, jest tam kto? A potem łupać w tą czaszkę, chlupało, trzeszczały kości, wywracały mu się gały, Edek powiedział że to białe to mózg. Ta krew z tym mózgiem to wygląda jak kisiel ze śmietaną.


 UWAGA - OPISY DRASTYCZNYCH MORDÓW!


"Dzieliliśmy tak, mężczyźni do jednych baraków, do drugich kobiety, kobiety z dziećmi do jednych i te co mogły pracować do drugich. I cisza, nikt nikogo nie zna. Niech tylko jakiś mąż odezwał się do żony, albo jakaś żona do męża, albo do dzieci, baty. Sztuk dwadzieścia pięć. Raz jedna swego u nas odnalazła, podleciała, cośmy zrobili? Trzy dni na słońcu bez jedzenia i picia. Trzymali się za ręce i leżeli. Nie było litości. Z ziemi do izby chorych, z izby pod ziemię. Jeden prosił kiedyś, żebym go nie zabijał od razu tylko na drugi dzień, bo chce jeszcze zobaczyć się z żoną, nie zobaczył. Mój numer czternasty w tym dniu pożaru, ale wrócę jeszcze do tego.

Dzień powszedni wyglądał tak, że o szóstej po-budka! po-budka! wstać! I na plac. Bieg - Padnij - Czołganie - Bieg. Starzy nie starzy, chorzy nie chorzy, gimnastyka poranna. Po polsku. Komenda i odliczanie, po polsku, od jednego do ilu ich tam było. Kto nie umiał, kto się pomylił, baty, stary nie stary, chory nie chory. Pałami, nogami, rękami. Biliśmy tak długo, aż wychodziły flaki. Kto zdechł, ten zdechł. Buty z niego i do dziury ze ścierwem. Czasami, dla rozrywki, kazaliśmy jednym wchodzić na drzewo, na sam czubek. A innym piłować. Spadali jak gruszki. Gęborski kazał kiedyś jednemu wejść i krzyczeć, jestem małpą! A my strzelaliśmy. Aż spadł. Buty i do dziury, żył czy nie, jego sprawa. Potem apel, podział na grupy pracy w obozie i poza. O dwunastej przerwa, potem znowu praca, wieczorem apel, o dwudziestej drugiej cisza nocna.

Mówię baty, ale takie baty trzeba widzieć (...) Nie wiedziałem, że zady bab są takie wielkie. Na środku placu stawialiśmy stołek, każda musiała podnieść spódnicę i przechylić się. Zabroniliśmy chodzić w majtkach, przy wyjściu z baraków chłopaki sprawdzali kijami. Moja pierwsza nazywała się Gertruda. Lało jak z cebra. Naprzód kazaliśmy im chodzić wokół placu i śpiewać hitlerowskie piosenki. Potem na taboret. Dwadzieścia pięć do trzydziestu uderzeń grubą pałą. Wielkie i białe zady, szczególnie w nocy. Przypierdoliłem jej, aż się zad zatrząsł. Jęknęła. Trochę głupio mi się zrobiło, bo tak trochę jak moja matka. Przyjebałem drugi raz, jeszcze mocniej, ze złości na siebie, że umiałem uderzyć po raz pierwszy (...) Młóciliśmy je jak zboże na klepisku. Skóra i mięśnie wisiały na nich paskami. Leżały na izbie chorych i zdychały, w ranach kłębiły im się muchy, jedno tylko dodam, że nikt z nas ich nie gwałcił, śmierć była dla nich wybawieniem. Umierały na zakażenie krwi.

Nie mieliśmy koni, to zaprzęgaliśmy do pługa i brony mężczyzn. Do pługa dwunastu, do brony od ośmiu do dwunastu, zależnie od siły, do siewnika - piętnastu. Zdarzało się, że ciągnęły też kobiety. Nie mieliśmy aut, to zaprzęgaliśmy do wozów albo przyczep, żeby prowiant przywieść, na przykład. Albo przejechać się, bryczką albo dorożką razem z komendantem. Jak prawdziwe polskie pany. Piętnastego września zaprzęgnęliśmy do wozu szesnastu, bo mieliśmy zawieźć do wioski ciężkie części. Tłukliśmy ich po drodze kijami, ile wlazło, zaciągnęli. Wracając, w lesie, postrzelaliśmy trochę. Połowę z nich zagoniliśmy strzałami do stawu i potopili. Sześciu zaciągnęło nas na powrót, trzech z nich straciło mowę ze strachu, jeden sam się powiesił.

Strzelaliśmy do ludzi na drzewach jak do małp, strzelaliśmy do ludzi w kiblach jak do much. Raz bab za dużo do latryny wlazło, puściłem całą serię, jedne dostały w brzuch, inne w piersi, kule trafiały jak ślepy los. Stękały, jęczały, rzęziły. Do dziury. Żeby śladu nie było, pod ziemię. Wiły się w niej jak duże glisty, zasypaliśmy piachem. Nie znał litości "pan Ignac". Ale każdy znał "pana Ignaca". Chyba, że nie, to biłem. Albo kazałem bić. Dwóch skurwysynków młodych przeszło koło mnie, gdzieś tak po piętnaście. Ani na baczność, ani "Dzień dobry, panie Ignac". Jeden musiał bić drugiego. Przez taboret i dwadzieścia pięć na dupę. Oszczędzali się, to pokazałem jak. Kablem. Biliśmy i zabijaliśmy. Wysiedlaliśmy ich z tej ziemi. Nauczyciele, urzędnicy, kupcy, duchowni mieli pierwszeństwo. Oblewaliśmy ich szczochami, obrzucali gównem, pod paznokcie wbijaliśmy im gwoździe.

Jednemu szewcowi z Bielic, lat 58, skakałem po plecach tak długo, aż zdechł. Jego kumplowi z tej samej wioski, lat 65, wyszedł mózg, tak mu roztrzaskałem czaszkę kolbą. Jednego zastrzeliłem, bo nosił okulary, inteligent. Frau Patschke nażarła się mojego gówna, Fraulein Marii Schmolke z Łambinowic naszczaliśmy do gęby i kazaliśmy jej lizać krew z jej niemieckich ziomków, co leżeli na ziemi. Baby i dziewczyny dogorywały na izbie chorych. Kazaliśmy jebać się im nawzajem i nawzajem torturować. Dziewuchom "płaciliśmy" tak, że wsadzaliśmy im między nogi banknoty namoczone w nafcie i zapalali. Smród szedł okropny. Wsadzaliśmy im do pochwy rozpalone pogrzebacze, wpuszczaliśmy tam szczury i myszy.

Razem z szefem, Czesławem Gęborskim, obcięliśmy piłą nauczycielowi Wolfowi z Bielic chorą nogę. Zawył się na śmierć. Zastrzeliliśmy kobietę w dziewiątym miesiącu ciąży, a potem zastrzeliliśmy małą córkę, kiedy składała kwiaty na jej grobie. Po obozie pałętały się dzień i noc głodujące dzieci. Sieroty, albo odłączone od matek. Żebrały od okna do okna i umierały po cichu. Jednego dnia ogłosiliśmy, że mamy mleko dla dzieci w baraku. Przyszły, zastrzeliliśmy. Janek F. był dobry, musiał być dobry, bo nie do końca nasz. Matka z niemowlakiem na rękach o zupę prosiła, uderzył, w samą główkę. A potem okładał ją, a ona uciekała przed nim z czerwoną kulką w rękach. Klepaliśmy go po plecach, że choć nie nasz, to jak nasz. Janek F. zabił kilkadziesiąt niemowląt, po dwa naraz, roztrzaskując główkę o główkę.

Zabroniliśmy zaznaczać groby, kłaść kwiaty i krzyże. Parę kobiet z dziećmi się uparło, padły zastrzelone zaraz nad ich mężami, ojcami lub dziećmi. Kogo nie zabiliśmy ten zdychał z głodu lub chorób. Na tyfus umierali jak muchy. Wszy żarły im skórę tak, że widać im było gołe żebra. I tak zabijaliśmy za mało. Czesiek chciał, żeby co najmniej dziesięciu dziennie. Potem więcej i więcej, wioski trzeba było przecież opróżniać dla naszych, ze wschodu, na dworcu w Opolu nocowali, ale to już pisałem. Więcej i więcej. To wymyśliliśmy pożar. Dnia 4 października podpaliłem razem z D. barak numer dwanaście. Wcześniej wszyscy wypiliśmy. Nie było co gasić, ale kobietom kazaliśmy nabierać wodę i piasek, mężczyznom nosić to na dach, sypać i lać. Strzelaliśmy, kiedy chcieli schodzić. Dach się zawalił, spadli w ogień i spalili się. Wrzucaliśmy do ognia tych, co się bali podchodzić blisko, ich członkowie rodzin błagali nas na kolanach, nie było litości, mąż palił się na oczach żony, albo odwrotnie.

Gęborski dał rozkaz, żeby strzelać, że niby bunt więźniów, bo pożar i chcą uciekać. I zaczęliśmy strzelać. Strzelaliśmy wszyscy do wszystkich. Kto to dzisiaj zliczy, kilkuset zabitych mogło być. Z bliska, z daleka, jak stali albo uciekali. Każdy z nas liczył na głos, ilu ma. D. zastępca Cześka, zabił czterdziestu sześciu, ja straciłem rachubę. Wyciągnąłem z Izby Chorych starą babę i rozwaliłem zaraz przy rowie, zabiłem ojca sześciorga dzieci, bo po pożarze załamał się nerwowo. Ostatni trup tego dnia był mój. Zastrzeliłem strzałem w tył głowy sanitariusza z opaską Czerwonego Krzyża, który niósł zupę dla chorego dziecka. Zawołałem dwóch, żeby zanieśli go na noszach do rowu, zobaczyłem, że widać mu mózg, kazałem im go jeść. Nie chcieli, tłukłem kolbą. Martwych i ciężko rannych kazaliśmy wrzucać do rowów i zasypywać. Ziemia się ruszała, słychać było spod niej jak rzężą, grabarze musieli tak długo deptać, aż ruszać się przestała i było cicho. 

Przeprowadzaliśmy ekshumację zwłok żołnierzy radzieckich. Kazaliśmy im wyciągać z ziemi tych, których ich żołnierze tam zakopali. Gołymi rękami wyciągać. Mężczyznom i kobietom. Od tych trupów śmierdziało jak z piekła, rozlazłe były tak, że ich części wchodziły w buty. Kobietom kazaliśmy żreć to błoto, kłaść się na wyciągnięte na górę wpółzgniłe zwłoki, całować je i tak jakby dupczyć. Kładły się wymiotując, a my kolbami wbijaliśmy ich niemieckie głowy w rosyjskie czaszki. Gęby, nawet nosy pełne miały trupów, tak zabiliśmy kilkadziesiąt kobiet i dziewczyn. W niektórych grobach zwłoki rozłożone były tak, że jak kogoś tam wrzuciliśmy, już z tej mazi nie wyszedł. Zakopaliśmy takich, którzy tylko zemdleli. Budzili się, jak sypał na nich piach. Darli się jak opętani. Grabarze zakopywali ich wtedy w przyspieszonym tempie

Jakby mnie ktoś spytał dzisiaj, czy słyszę te wrzaski to nie, nie słyszę. Za grzechy nie żałuję. Amen".



Oto relacja z procesu sądowego, wytoczonego pod zarzutem ludobójstwa, przeprowadzonego w Obozie Pracy w Łambinowicach. Czesław Gęborski został aresztowany (i jednocześnie odwołany z funkcji komendanta obozu) w dniu 10 października 1945 r. (sześć dni po niesławnym pożarze, w wyniku którego uśmiercono ponad połowę stłoczonych w obozowych barakach ludzi). Obóz istniał jeszcze dokładnie rok, został oficjalnie rozwiązany w październiku 1946 r. ale po aresztowaniu Gęborskiego nie dochodziło tam już do przypadków celowego uśmiercania więźniów (choć nadal ich szykanowano). Ja pisząc i czytając te okropności (choć oczywiście znałem je już wcześniej, ale do nich nie wracałem, z wiadomego powodu) miałem momentami takie uczucie, jakbym tracił świadomość pod wpływem tych "relacji". Jest to totalny przykład zezwierzęcenia i odczłowieczenia, zamiany ofiar w katów, którzy teraz mszczą się za krzywdy wyrządzone wcześniej przez Niemców im samym, lub ich rodzinom. Nie trzeba też zapewne dodawać, że byli to prości ludzie, wyciągnięci ze swych środowisk przez wojnę, którzy współtworzyli system komunistycznego zniewolenia, ponieważ ten system dawał im coś, czego nigdy by nie osiągnęli - możliwość stania się wreszcie kimś, kogo inni muszą nie tylko poważać i słuchać, ale kogo muszą się bać. Stali się więc trybikami systemu zniewolenia, który wykorzystał ich do własnych ludobójczych celów. Ale to oni, konkretne osoby, konkretne imiona i nazwiska byli prawdziwymi sprawcami - a nie ogólnie rzecz biorąc system komunistyczny, który współtworzyli. 

Bowiem jeśliby ktoś mi dziś zadał pytanie, kto popełnia większą zbrodnię, czy ten, kto wydaje rozkaz "zlikwidowania" jakiejś grupy ludzi, czy też ten, kto ów rozkaz wykonuje, broniąc się potem - "ja tylko wykonywałem rozkazy". Bzdura, nie ma tłumaczenia, nie ma "tylko wykonywałem", jakie tylko? To ty, ty, który dokonujesz danej zbrodni bezpośrednio, ty właśnie jesteś najbardziej winny, nie decydenci zza biurek - tylko ty, bowiem każdy z nas, ma w sobie kod Wolnej Woli i każdy może zdecydować o kolejach swego losu. Jeśli wybierasz zbrodnię, to nie mów potem że "tylko wykonywałeś rozkazy", ty AŻ doprowadziłeś do ogromnej zbrodni, której notabene, będziesz musiał ponieść konsekwencje. W tym, lub w innym żywocie. Dlatego gdybym żył w latach wojny i krwawej niemieckiej okupacji oraz powojennej stalinowskiej rzeczywistości, nie byłbym w stanie funkcjonować w tym społeczeństwie. Moglibyście nazwać mnie słabym, ale wolność jest dla mnie najważniejsza, a w systemie zniewolenia żyć nie potrafię. Z pewnością zasiliłbym więc szeregi Żołnierzy Niezłomnych, a potem... no cóż, pewnie strzeliłbym sobie w łeb, bo nic innego by mi nie pozostało. Na pewno nie mógłbym pozwolić na to, żeby wpaść w ich ręce, bo nie wiem jak długo bym wytrzymał te ich wymyślne tortury.



ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...