WYŚWIETLENIA

05 listopada 2025

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. IV

CZYLI CO SPOWODOWAŁO
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





PLANY I MARZENIA
Cz. III






OTOCZENIE BLOKU ŚRODKOWOEUROPEJSKIEGO PRZEZ FRANCJĘ I ROSJĘ



"ROSJI NIE INTERESUJĄ ZIEMIE NIEMIEC, A MY NIE ZAMIERZAMY PODBIJAĆ ROSYJSKICH. W GRĘ MOGĄ WCHODZIĆ JEDYNIE PROWINCJE POLSKIE, KTÓRYCH I TAK OPANOWALIŚMY JUŻ WIĘCEJ, NIŻ JEST NAM POTRZEBA"

OTTO von BISMARCK
(13 stycznia 1887 r.)



18 marca 1890 r. kanclerz Rzeszy Niemieckiej i premier Prus - Otto von Bismarck złożył oficjalną dymisję, która została przyjęta przez cesarza Wilhelma II dwa dni później. Dymisję poprzedziła wzajemna konfrontacja (oczywiście w jak najbardziej dyplomatycznej formule), do której doszło 14 marca, a była ona związana z przypomnieniem przez Bismarcka kompetencji jakie posiadał - według konstytucji Rzeszy z 16 kwietnia 1871 r. - pruski monarcha. Cesarz miał odpowiedzieć "Żelaznemu Kanclerzowi" że nie czuje się w żaden sposób związany "okólnikami" wydanymi przez jego poprzedników. Konflikt kanclerza z cesarzem przybierał na sile z każdym miesiącem panowania tego młodego władcy, który rósł w cieniu blasku wielkości Bismarcka i któremu wreszcie ten blask zaczął przeszkadzać. Tę wzajemną niechęć (lub raczej wybujałą ambicję młodzika, który "nigdy nawet nie wąchał prochu", a cały czas pozował na "silnego człowieka" Europy) przewidział nawet dziad Wilhelma II - Wilhelm I, który niegdyś rzekł: "Gdy książę Wilhelm zostanie cesarzem, będzie mu zależało na sprawianiu wrażenia człowieka, który sprawuje rzeczywistą władzę. Właśnie dlatego uważam, że on i kanclerz nie za długo będą żyć w zgodzie". Gdy więc 18 marca Bismarck składał dymisję, pokusił się jeszcze na odchodnym o złośliwość w stosunku do kajzera - gdy rozmawiając na temat cara Aleksandra III i polityki rosyjskiej, Bismarck ostentacyjnie włożył rękę do kieszeni z której wyjął jakiś świstek papieru, po czym powiedział że na cara "należy uważać". Gdy Wilhelm poprosił go o okazanie owej kartki, okazało się że jest to raport dyplomatyczny, wysłany z Petersburga przez niemieckiego ambasadora, który przytaczał osobistą opinię Aleksandra III o Wilhelmie II, a brzmiała ona: "Chłopak źle wychowany i złej wiary". Nie była to zresztą ostatnia złośliwość, jakiej dopuścił się Bismarck w stosunku do cesarza, który tak naprawdę odetchnął dopiero wtedy, gdy "Żelazny Kanclerz" zakończył życie - 30 lipca 1898 r. Napisał wówczas list do swej matki - cesarzowej Wiktorii, w którym znalazły się takie oto słowa: "Teraz wreszcie Korona rozsyła swoje promienie z "Łaski Bożej" do pałacu i chaty (...) A Europa i świat słuchają, co mówi i co myśli niemiecki cesarz, a nie jaka jest wola jego kanclerza! (...) Na zawsze, na zawsze, jest tylko jeden cesarz na świecie, cesarz niemiecki prawem tysiącletniej tradycji".

Nowym kanclerzem Rzeszy został mianowany (20 marca 1890 r.) wiekowy już - Georg Leo von Caprivi, który będąc jeszcze admirałem, wciąż powtarzał "Następnej wiosny czeka nas wojna na dwa fronty". Caprivi nie był zadowolony z porzucenia kariery wojskowej i objęcia nowego, politycznego stanowiska, a nawet żalił się że: "Teraz grzebię swoją wojskową sławę". Nowy kanclerz, choć był dość dobrym sztabowcem, a nawet w pewnym sensie politycznym wizjonerem (przewidywał wojnę na dwa fronty z Rosją i Francją, oraz wzięcie Niemiec w kleszcze i powtarzał: "Najpierw musimy zakończyć wojnę, która wybuchnie lada chwila, a dopiero potem będziemy mogli rozwijać flotę"), jednak nie nadawał się do polityki. Bardzo często bowiem ulegał kaprysom i humorom politycznym niedoświadczonego kajzera, który chcąc zasłużyć na miano "silnego człowieka" Europy, wymyślał wciąż nowe, często niedorzeczne plany przyszłych sojuszy (np. chciał zawrzeć sojusz z Wielką Brytanią, Francją i Rosją przeciwko Stanom Zjednoczonym, a także sojusz z Francją i Rosją przeciw Wielkiej Brytanii i Japonii, a także sojusz z USA i Chinami przeciw Francji, Wielkiej Brytanii, Rosji i Japonii i jeszcze kilka tego typu konfiguracji politycznych jakie sobie zakładał młody cesarz). Jednym z pierwszych posunięć nowego rządu było zaś podpisanie tzw.: układu zanzibarskiego (1 lipca 1890 r.), polegającego na oddaniu Wielkiej Brytanii afrykańskiego Zanzibaru i zrzeczenie się pretensji do Ugandy, w zamian za przejęcie wyspy Helgoland na Morzu Północnym. I choć ta polityka była uważana za wielki sukces niemieckiej dyplomacji (oddanie "zanzibarskich błot" w zamian za Helgoland - wyspę o strategicznym znaczeniu dla ewentualnych przyszłych wojennych działań niemieckiej floty na Morzu Północnym), to jednak niemiecka opinia publiczna mocno krytykowała wówczas rząd Capriviego (i stojącego za nim kajzera) za dokonanie tej zamiany.

Leo von Caprivi stał się teraz twarzą "Nowego Kursu" w polityce Niemiec, który opierał się na utrzymaniu sojuszu w bloku środkowoeuropejskim (Niemcy - Austro-Węgry - Włochy - Rumunia) i zabieganiu o przychylność Wielkiej Brytanii, kosztem Francji i Rosji. Z tego powodu Niemcy wypowiedziały w czerwcu 1890 r. (wbrew rosyjskim życzeniom kontynuacji tego sojuszu) układ reasekuracyjny z Rosją, zawarty trzy lata wcześniej za Bismarcka. Był to poważny błąd, który zemścił się w kolejnych latach i ostatecznie doprowadził do klęski Niemiec w I Wojnie Światowej. W Niemczech bowiem postrzegano wówczas Rosję na dwa sposoby. Po pierwsze obawiano się ekspansjonistycznej polityki rosyjskiej (szczególnie na Bałkanach, Kaukazie i w Cieśninach Czarnomorskich) a także z przerażeniem spoglądano na ogrom tego kraju - uważając że "wojna z Rosją byłaby dla Niemiec nieszczęściem", a jednocześnie postrzegano kraj carów jako kolosa na glinianych nogach, którego co prawda może nie da się w całości rozbić, ale przynajmniej można pobić jego armie i wydrzeć mu cześć terytoriów. Coraz częściej zaczęły dochodzić do głosu takie idee i pojęcia, jak: "Drang nach Osten" ("Ekspansja na Wschód") oraz "Die grossraum Idee" ("Idea wielkiej przestrzeni"). Uważano też, że bardzo łatwo (przy wsparciu Austro-Węgier) będzie można odciąć "polski balkon" (jak w niemieckiej politycznej terminologii nazywano Królestwo Kongresowe) od reszty Rosji i miażdżącym wypadem z Prus Wschodnich i Galicji rozbić rosyjskie wojska. Pojawił się jednak problem, co dalej zrobić w sytuacji, gdy Rosja po tym uderzeniu się nie podda i będzie dalej kontynuowała wojnę w oparciu o swoje terytorium i ogromne zasoby ludzkie. Powstało wówczas kilka propozycji (jak choćby dalsza ofensywa w kierunku Bałtyku i Ukrainy, oraz zniszczenie najważniejszych rosyjskich centrów przemysłowych i rolniczych), ale mimo wszystko politycy niemieccy uważali ewentualną wojnę z Rosją jako ostateczność bardzo niekorzystną dla Niemiec. Tak naprawdę Niemcom nie zależało na pozyskaniu rosyjskich terenów. Pytano wręcz wprost: "Czegóż moglibyśmy zażądać od Rosji?" i zarazem odpowiadano: "Polaków? Mamy wystarczająco sporo kłopotów z naszymi i nie potrzebujemy tych rosyjskich". Nieprzedłużenie traktatu reasekuracyjnego, "Nowy Kurs" w polityce Niemiec, buńczuczne nawoływania do ustąpienia Niemcom "miejsca pod słońcem" doprowadziły jednak do jawnego zerwania sojuszu z Rosją (która była podstawą polityki Bismarcka i był on nawet w stanie poświęcić dla utrzymania tego sojuszu - układ Niemiec z Austro-Węgrami zawarty w 1879 r.), a to mogło ją tylko pchnąć ku Francji - żądnej rewanżu za klęskę z 1870 r. 




Francuzi szybko podłapali temat (zdając sobie sprawę że sojusz z Rosją doprowadzi do wyjścia Francji z politycznej izolacji, w jaką wpadła po 1871 r.) i już 23 lipca 1891 r. francuskie okręty wojenne wpłynęły do rosyjskiego portu w Kronsztadzie, gdzie nastąpiło oficjalne powitanie z udziałem samego cara Aleksandra III, który nawet przysłuchiwał się "Marsyliance" (pieśni dotąd w Rosji zakazanej, jako rewolucyjna i republikańska). Już sam ten fakt spowodował, że o wizycie francuskiej eskadry w Rosji pisały wszystkie gazety w Europie a temat stał się "gorący" także i w gabinetach polityków. 27 sierpnia 1891 r. zostało dodatkowo podpisane francusko-rosyjskie porozumienie polityczne, a 17 sierpnia 1892 r. również i konwencja wojskowa, zaś 10 czerwca 1893 r. traktat handlowy. Sojusz francusko-rosyjski oficjalnie (po przyjęciu przez francuski Parlament) wszedł w życie 4 stycznia 1894 r. Francja do tego czasu udzieliła już Rosji kilku pożyczek (pierwsza wypłacona w 1887 r.), przeznaczonych głównie na rozwój przemysłu, budowę kolei transsyberyjskiej (notabene właśnie z jej powodu o mało co życia nie stracił przyszły car - Mikołaj II, który jeszcze jako następca tronu w marcu 1894 r. wyjechał do Japonii. Tam właśnie został poważnie zraniony szablą w twarz przez japońskiego policjanta, który uznał że kolej transsyberyjska będzie służyła szybszemu przerzucaniu wojsk rosyjskich nad Pacyfik i w ten sposób Rosjanie zagrożą jego ojczyźnie) oraz walkę z klęską głodu, jaka nawiedza Rosję w latach 1891-1893. Doszło też do wzajemnych wizyt na najwyższym szczeblu państwowym (w 1896 r. car Mikołaj II złożył wizytę w Paryżu, a w 1897 r. z rewizytą udał się do Rosji prezydent Francji - Feliks Faure). W taki oto sposób narodziło się Dwuprzymierze, a Niemcy, Austro-Węgry i Włochy zostały wzięte w kleszcze. Wojna jednak wcale nie musiała wybuchnąć, gdyż ani Niemcy ani Austro-Węgrzy nie wysuwali żądań terytorialnych wobec sąsiednich krajów. Co prawda francuskie dążenie do rewanżu i zadośćuczynienia za "hańbę 70-go roku" było silne (na Place de la Concorde w Paryżu personifikacja Strasburga i Alzacji - była przykryta przez te wszystkie dekady, aż o 1918 r. czarną krezą), ale społeczeństwo francuskie lat 80-tych i 90-tych XIX wieku już raczej pogodziło się ze stratą Alzacji i Lotaryngii. Rosjanie też nie mieli żadnego powodu aby wszczynać wojnę, choć co prawda głosili potrzebę zjednoczenia wszystkich słowiańskich ziem pod berłem jednego "Cesarza Wszechrusi", to jednak powodów do nowej wojny realnie nie było żadnych. 




Ludzie już pragnęli żyć w spokoju i pokoju, tym bardziej że od lat 50-tych XIX wieku, a szczególnie w latach 80-tych i 90-tych, znacznie podniósł się komfort życia i niewielu pragnęło to wszystko niszczyć, doprowadzając do wywołania wojennej pożogi. Tym bardziej że pomimo powstania dwóch antagonistycznych bloków polityczno-militarnych, tak naprawdę niepewne było jeszcze stanowisko Wielkiej Brytanii a nawet Stanów Zjednoczonych. A przecież, pomimo faktu że dla Francji konflikt z Niemcami był obecnie priorytetem w polityce, to jednak sytuacje konfliktowe z Wielką Brytanią wcale nie zniknęły i wciąż się objawiały w owych latach. Niemcy również pragnęły przyciągnąć do siebie Angoli, prawiąc o "dwóch germańskich narodach" oraz (ustami cesarza Wilhelma II) wyrażając swój podziw dla potęgi kolonialnej Imperium Brytyjskiego. Brytyjczycy jednak z dużą rezerwą podchodzili to tych niemieckich aliansów, co znów powodowało niechęć (i frustrację) w niemieckich kręgach politycznych (np. Bismarck stwierdził w 1857 r.: "Jeśli chodzi o inne kraje, to przez całe życie odczuwałem sympatię tylko do Anglii i jej mieszkańców, i czasami dotąd nie potrafię się od niej uwolnić. Ci ludzie nie chcą jednak pozwolić na to, żebyśmy ich lubili", a kajzer Wilhelm częstokroć podkreślał swoje brytyjskie pochodzenie: "Moja matka i ja mamy ten sam charakter. (...) W naszych żyłach płynie dobra, uparta angielska krew, która nie zna, co to ustępować", mimo to do żywej pasji doprowadzały go stwierdzenia matki, że tylko Brytyjczycy rozwinęli: "najbardziej swobodną, najbardziej postępową cywilizację" i śpiewane przez nią kołysanki: "Britannia rules the waves". Wiktoria - matka Wilhelma, podkreślała również na każdym kroku z dumą że jest Angielką i dodawała: "jednak Ty, będąc małym, niemieckim chłopcem, raczej nie odczujesz tego"). Wilhelm II nazywał swą babkę - królową Wiktorię - z nieskrywaną pogardą: "cesarzową Hindustanu", ale jednocześnie cieszył się jak dziecko, gdy mianowała go w 1889 r. admirałem brytyjskiej floty, a przywdziewając brytyjski mundur, stwierdził: "Cóż to za uczucie nosić ten sam mundur co St. Vincent i Nelson. To wystarczy aby przyprawić o zawrót głowy" (w tym też mundurze nawet wyprawiał się do Anglii swym jachtem "Hohenzollern" na coroczne fregaty żaglowców w Cowes). Mimo to często dodawał: "A poza tym uważam, że Brytania powinna zostać zniszczona". Miłość i nienawiść do Wielkiej Brytanii - takie oto uczucia królowa Wiktoria ukształtowała w młodym Wilhelmie.




Francuzi zaś rywalizowali z Brytyjczykami przede wszystkim w Afryce i często ponosili przy tym dotkliwe porażki (jak choćby wówczas, gdy w 1882 r. Anglicy zajęli Egipt i wyrugowali francuskie wpływy z tego kraju). W 1898 r. doszło jednak do bardzo poważnego konfliktu, który o mały włos nie zakończył się wybuchem otwartej wojny francusko-brytyjskiej. Chodzi oczywiście o "incydent z Faszody", podczas którego Francja zapragnęła zademonstrować prawa do pasa afrykańskiej ziemi, położonej między Atlantykiem a Oceanem Indyjskim i ok. 150 francuskich żołnierzy pod dowództwem majora - Jean-Baptiste Marchanda wyruszyło w tym celu z Brazzaville do sudańskiego fortu Faszoda - położonego nad Nilem. Jednak Francuzom drogę zastąpiła brytyjska eskadra dowodzona przez gen. Horatio Kitchenera (notabene wielbiciela urodziwych pokojówek i seksu analnego). Co prawda wymieniono kurtuazyjne pozdrowienia, ale ani Francuzi ani Brytyjczycy nie zamierzali ustąpić, zaś w Londynie już przygotowywano się do wojny, wysyłając flotę na Morze Śródziemne z rozkazem zaatakowania Francuzów w koloniach. Jednak po kilku tygodniach intensywnych rozmów w Faszodzie, major Marchand wycofał się wraz ze swoimi żołnierzami (listopad 1898 r.), co skutecznie pozwoliło rozładować napięcie i do wojny ostatecznie nie doszło. Lecz właśnie ten incydent dawał Niemcom możliwość zawarcia trwałego sojuszu z Wielką Brytanią i zatarcia nieprzyjemnego wrażenia, jaki powstał we wzajemnych stosunkach po tzw.: "telegramie Krügera", w którym to kajzer (za namową swego rządu) gratulował prezydentowi Republiki Transwalu - Paulowi Krügerowi - odparcia brytyjskiego najazdu gen. Jamesona w Afryce Południowej. Wywołało to poważny konflikt dyplomatyczny na linii Londyn-Berlin, ale właśnie incydent w Faszodzie mógł posłużyć do zażegnania wzajemnych niesnasek i otwarcia się na nową politykę wzajemnego sojuszu. Oczywiście rozpoczęcie rokowań na temat sojuszu z Niemcami, było podyktowane dużą dozą brytyjskiej nieufności, które wyrażało się zarówno w nominacji Bernarda von Bulowa na stanowisko ministra spraw zagranicznych Niemiec (który w listopadzie 1897 r. wygłosił przed Reichstagiem swą słynną mowę o "miejscu Niemiec pod słońcem"), a także mianowaniem rzecznika rozbudowy niemieckiej floty - admirała Alfreda von Tirpitza, sekretarzem stanu do spraw marynarki wojennej (maj 1897 r.), który już w kilka miesięcy później założył "Flotterverein" ("Ligę na rzecz Marynarki Wojennej"), finansowaną przez wielkie przedsiębiorstwa (Krupp i Stumm). 




Tirpitz był zwolennikiem budowy potężnej floty wojennej, która by ochraniała silną flotę handlową i rzuciłaby na morzu wyzwanie Wielkiej Brytanii. Pisał on już po zakończeniu I Wojny Światowej i klęsce w niej Niemiec: "Przyszłość Niemców poza granicami kraju i całej naszej z takim trudem wznoszonej i tak nam potrzebnej pozycji w świecie zależała od tego, czy ludzi może napełnić dumą to, że są Niemcami. (...) Na świecie było jeszcze dosyć miejsca dla Niemców, którzy mogliby zarabiać na życie pozostając Niemcami, a nie stając się niewolnikami na cudzym żołdzie albo dezerterami do innych ras, gdyby poczucie narodowe byłoby im zbyt drogie, żeby je sprzedać". Reichstag przyjął dwie ustawy o flocie (pierwsza z 1898 r. i druga z 1900 r.), a cesarz Wilhelm zainaugurował w 1898 r. (z okazji otwarcia nowej stoczni w Szczecinie) program wielkiej rozbudowy niemieckiej siły morskiej, rzucając hasło: "Przyszłość Niemiec leży na morzu". Od tej chwili trwała konsekwentna budowa nowych, niemieckich jednostek i to zarówno floty wojennej, jak i handlowej (a także od 1900 r. turystycznej), a cesarz jako swoisty "wielki admirał" nie mógł wprost wyjść z podziwu i traktował każdy nowy okręt jak swoją prywatną zabawkę (co ciekawe, podczas I Wojny Światowej, poza jedną dużą bitwą morską i dwiema mniejszymi, nawodna flota wojenna Niemiec nie odegrała większej roli. Na pytanie dlaczego tak się stało, odpowiedź jest bardzo prosta - po prostu kajzer Wilhelm II tak bardzo bał się utraty swoich "zabawek" że zabronił flocie podejmowania bardziej zdecydowanych akcji bojowych). Sam też projektował nowe modele okrętów, które były zbyt doskonałe i przez to nie miały szans zostać wdrożone do produkcji (jeden z oficerów niemieckiej admiralicji, na widok cesarskiego szkicu okrętu wojennego, stwierdził: "Wasza Cesarska Mość, ten okręt jest doskonały i ma tylko jedną wadę - długo nie utrzymałby się na wodzie"). Wilhelm ponoć znał nazwę każdego swojego okrętu wojennego na pamięć i na każdym miał swoją prywatną kajutę, która była komfortowo wyposażona. Nic więc dziwnego że nie chciał aby jego "cudeńka" były narażone na zniszczenie.

Rozmowy z Brytyjczykami (rozpoczęte w połowie 1898 r.) zakończyły się oficjalnym fiaskiem w 1901 r., gdyż ostatecznie Niemcy uznali, że konfrontacja z Wielką Brytanią bardziej się im opłaca, niż sojusz z tym mocarstwem. A poza tym sądzili, że suma wzajemnych kwestii spornych z Francją i Rosją uniemożliwi Anglikom zawarcie z tymi krajami realnych sojuszy politycznych i militarnych. Tym bardziej, że po wybuchu II wojny z Burami (październik 1899 r.) w południowoafrykańskich republikach Transwal i Orania, opinia publiczna w Europie była wybitnie anty-brytyjska. Burowie (a właściwie Boerowie) byli zaś potomkami holenderskich kolonistów, którzy w XVII wieku przybyli do Afryki Południowej i w 1652 r. założyli tutaj kolonię o nazwie Kraj Przylądkowy (dziś Republika Południowej Afryki). Burowie byli więc Afrykanerami, a poza tym w większości stanowili ludność chłopską (prezydent Republiki Transwalu - Paul Krüger całe życie hodował barany i przeczytał tylko jedną książkę - Biblię). Cała Europa, a nawet cały świat z wielkim podziwem przypatrywały się wojnie tej małej, trzystu tysięcznej ludności, z całą potęgą Brytyjskiego Imperium. Deklaracje poparcia dla Burów padały zarówno w gabinetach polityków, jak i salonach artystycznych oraz wśród prostego ludu, zafascynowanego bohaterstwem Afrykanerów. Szczególnie mocny wyraz owe wsparcie dla Burów i niechęć (a nawet nienawiść) do Brytyjczyków, uwidocznił się podczas Wystawy Światowej, organizowanej od kwietnia do listopada 1900 r. w Paryżu. Tam właśnie dano popis swej (często skrywanej wśród Francuzów) niechęci do Anglików. Szturchanie, popychanie, wygwizdywanie a nawet plucie w twarz, należało do naturalnych objawów tamtego niezadowolenia. A przecież dochodziło również do pobić i nawet ówczesna prasa podawała relacje na ten temat z całej Europy, jak choćby "Le Figaro" z lipca 1900 r. gdzie podano że: "gdzieś w Niemczech tłum napadł na dwóch bogatych Polaków" ponieważ wzięto ich właśnie za Anglików (zaatakowani i przyparci do muru, broniąc się swymi laskami, zaczęli w pewnym momencie krzyczeć: "Niech żyją Burowie" i to ich uratowało). Cała Europa, od Moskwy i Petersburga, po Madryt i Lizbonę deklarowała swe poparcie dla tych małych republik, walczących teraz na śmierć i życie z brytyjskim kolosem i nawet Lew Tołstoj, który był znany ze swego pacyfizmu, stwierdził w jednym z wywiadów prasowych: "Szczerze mówiąc, marzę o tym, aby Anglików dobrze poturbowano w tym Transwalu".




Było też sporo ochotników którzy wyjeżdżali do Afryki Południowej i zgłaszali się do walki po stronie Burów. Wśród owych ochotników było zaś wielu arystokratów i ludzi wykształconych: kilku niemieckich hrabiów i baronów, kilku rosyjskich arystokratów i oficerów gwardii carskiej, a także dziennikarze i literaci z wielu krajów Europy. Brytyjczycy skierowali do walki z tym małym ludem ponad 290 000 żołnierzy i 631 dział, podczas gdy ogólna liczba Burów nie przekraczała 300 000 (z kobietami i dziećmi), a zdolnych do noszenia broni było zaledwie jakieś 40 000 i to bez żadnych dział i ciężkiej broni. Prezydent Krüger we wrześniu 1900 r. odbył podróż do Europy, starając się nakłonić mocarstwa do zdecydowanego opowiedzenia się przeciwko Wielkiej Brytanii, ale niczego wielkiego nie wskórał. Mimo to, podróżując po krajach Europy, przyrównywał Brytyjczyków do najgorszych barbarzyńców, mówiąc: "Ta wojna zbliża nas do granic barbarzyństwa. W ciągu swego życia wiele razy wojowałem ze szczepami Kafrów prawie zupełnie dzikimi. Ci Kafrowie nie byli wcale takimi barbarzyńcami jak Anglicy, którzy palą farmy i wtrącają kobiety i dzieci w stan nędzy zupełnej, nie myśląc o tym, aby dać im nad głową dach i kawałek chleba. Wiem, że Bóg nie opuści narodu boerskiego. Jeśli Transwal i Orania stracą niepodległość, to dopiero po całkowitym wymordowaniu obydwu naszych narodów, wraz z kobietami i dziećmi". Gdziekolwiek się pojawiał okręt wiozący prezydenta Krügera, tam zaraz zjawiały się tłumy, a jego przybycie witano salwami armatnimi. Ludzie witali go bardzo serdecznie i wręcz entuzjastycznie (w Paryżu doszło nawet do omdleń), jednak gdy tylko chciał się spotkać z politykami, nagle okazywało się że poza oficjalnymi sloganami, wypowiadanymi w obronie Burów, nikt nie zamierzał się z nim spotykać (prezydent Francji - Emil Loubet nie odpowiedział nawet na depeszę, Wilhelm II zakomunikował zaś krótko że nie ma czasu, gdyż wyjeżdża na polowanie, a jedyną osobą, która - z żalu - przyjęła prezydenta Krügera, była królowa Holandii - Wilhelmina. Burowie od początku nie mieli żadnych szans na zwycięstwo i ostatecznie po długiej, wyniszczającej wojnie musieli skapitulować i uznać się za pokonanych, tracąc swą niepodległość (traktat z Vereeniging z 31 maja 1902 r.).



 
A poza tym życie toczyło się dalej. W Paryżu na Wystawie Światowej ogromną popularność budził szach Persji - Mozaffar ad-Din z dynastii Kadżarów. Gazety rozpisywały się o jego urodzie, hojności, przystępności i dostojeństwie, a Francuzi nie mogli wyjść spod jego uroku, wznosząc - gdziekolwiek się pojawił - okrzyki na jego cześć. Z innych jeszcze ciekawostek na temat Wystawy Światowej, opowiadano sobie wówczas anegdotę, jak to pewien chłopiec ujrzał pierwszy raz w życiu samochód i krzyknął do matki: "Mamusiu, mamusiu, powóz biegnie, szuka swoich koników". Dochodziło też do ciekawych pojedynków, na przykład pomiędzy Rotszyldem a pewnym francuskim arystokratą (który nazwał go "brudnym Żydem"), a także pomiędzy hrabią Ksawerym Orłowskim a innym francuskim arystokratą. A poza tym francuskie gazety rozpisywały się o "Quo Vadis" Henryka Sienkiewicza - opowieści o czasach pierwszych chrześcijan, prześladowanych za rządów cesarza Nerona. Jednak od Sienkiewicza, jeszcze popularniejsi byli tacy pisarze jak Anatol France (tak naprawdę Anatol Thibault), Oskar Wilde czy Rudyard Kipling autor "Księgi dżungli" (o przygodach białego chłopca Mowgliego, zagubionego w Afryce, którego wychowaniem zajęła się czarna pantera Bagera i niedźwiedź Baloo oraz stado wilków). I tak jeszcze na marginesie - francuscy dorożkarze w czasie Wystawy tak bardzo podnieśli ceny, że klienci musieli prosić policję o interwencję przed ich zdzierstwem. A poza tym życie toczyło się dalej po zmiażdżeniu Burów i jeszcze nikt wówczas nie myślał o wojnie europejskiej. Jeszcze!




CDN.

04 listopada 2025

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XXV

WYDARZENIA POPRZEDZAJĄCE WYBUCH 
III WOJNY GALAKTYCZNEJ


HYPERBOREA
PIERWSZA ZIEMSKA CYWILIZACJA



MAPA ZIEMSKIEGO KONTYNENTU HYPERBOREI I PAŃSTW ZAŁOŻONYCH PRZEZ PRZYBYSZÓW Z PLANETY BAKARATINI

(Dowolna wizja artysty - nie ma ona odzwierciedlenia w channelingach)



Czas mijał, leciały kolejne lata, dziesięciolecia, stulecia - mieszkańcy planety Bakaratini, pomni "woli Bogów" ogłaszanej im przez kapłanów - żyli ze sobą w zgodzie i przyjaźni. Budowano wspólne (a nie oddzielne jak dawniej) miasta i państwa, a nawet tworzono wspólne rodziny. Ponownie zasiedlano planetę, która po upływie kilkuset lat wyglądała już prawie tak samo, jak przed zagładą nuklearną. Wszystko wyglądało podobnie, z wyjątkiem miejsc gdzie powstały pustynie. Fauna i Flora rozwijały się i znów bujnie zasiedlały planetę. Bakaratini ponownie rozkwitała. Ten niezmącony niczym okres rozwoju planety (również cywilizacyjnego, gdyż z biegiem stuleci zaczęto sobie uzmysławiać że legendy o "Bogach z Nieba", którzy mieli ocalić ludziom życie na planecie i z których potem ukształtowała się religia Zjednoczenia - są po prostu prawdziwymi wydarzeniami, mówiącymi o pomocy mieszkańcom przez jakąś obcą, potężną, poza-planetarną cywilizację - która doprowadziła do zaprowadzenia wśród dwóch ras zasiedlających planetę - powszechnej zgody i położyła grunt pod rozwój wspólnej, bakaratińskiej cywilizacji), trwał aż 150 tys. lat (jak sobie pomyślę że nasza "znana" cywilizacja trwa zaledwie 5 700 lat, to wydaje się to tak żałośnie mało, że nawet nie ma sensu z niczym tego porównywać). Dawna religia powszechnej zgody obecnie stawała się filozofią życia dla mieszkańców planety (jednak religia nie zniknęła - religią Bakaratinian był Tackionizm, który opierał się właśnie na przykazaniach dawnych "Bogów" oraz wiary w inkarnacje duszy). Wraz z rozwojem intelektualnym i moralnym, rozwijała się również nauka i technologia. Znów pobudowano olbrzymie megamiasta oraz stworzono sieci komunikacyjne, oplatające planetę wszerz i wzdłuż. A także rozpoczęto pierwsze loty międzyplanetarne.

Nadal jednak Bakaratinianie nie potrafili odpowiedzieć na fundamentalne pytania, dotyczące ich pochodzenia, oraz celu ich istnienia (nie pamiętano że przed prawie 8 milionami lat - Federacja Galaktyczna wysłała swych kolonistów do zasiedlenia ich planety - i że tymi kolonistami byli ich przodkowie). Nic nie wiedziano o Federacji ani o konflikcie Galaktycznej Ludzkości z Gadami we Wszechświecie. Wszystko odkrywano na nowo. Bakaratinianie, którzy rozpoczęli pierwsze loty pozaplanetarne - byli niczym dzieci, fascynując się wszelkimi kosmicznymi zjawiskami, których nigdy wcześniej nie widzieli na oczy. Ponownie (choć powoli) - odkrywano otaczający ich Wszechświat. 1 350 000 lat temu (czyli 150 tys. lat po odbudowaniu cywilizacji na Bakaratini), naukowcy badający podłoże geologiczne i morfogenetyczne planety doszli do wniosku, że jądro planety (tzw.: wewnętrzne słońce każdej planety - działające niczym reaktor termojądrowy) powoli, lecz systematycznie stygnie. Oznacza to że planeta powoli umiera. Stwierdzono że definitywne wygaszenie jądra planety nastąpi najpóźniej za jakieś... 500 lat. Przywódcy planety początkowo postanowili trzymać te informacje w tajemnicy i powoli przygotowywać mieszkańców do... wielkiej ewakuacji. Wcześniejsze badania Kosmosu przyniosły wiele ciekawych spostrzeżeń na temat okolicznych planet z najbliższych galaktyk. Aby się dobrze przygotować do drogi, najpierw wysłano misję zwiadowczą, która miała "przetrzeć szlak" i wybrać planetę zdatną pod przesiedlenie i kolonizację kilku milionów mieszkańców Bakaratini.

Grupa ta dotarła do naszego Układu Słonecznego, obierając sobie początkowo za cel planetę Mars. Szybko odkryto jednak że Mars jest zasiedlony przez potężną cywilizację - postanowiono więc szukać dalej. Kolejną planetą którą odwiedzili, był... Maldek. O mało nie przypłacili tej wizyty życiem, gdy odkryto że planeta ta jest tak naprawdę zbrojną placówką Gadów. Udało im się wymknąć z Maldeka, lecz konwój został rozproszony przez ścigające ich reptiliańskie gwiazdoloty. Dwa statki z owego konwoju, aby się ukryć przed napastnikami - schroniły się na... Ziemi (co się stało z resztą konwoju? tego nie wiadomo - channelingi milczą na ten temat - najprawdopodobniej tamci zginęli, gdy dopadły ich Gadoidy). Planeta w tym czasie zmieniła się już znacznie. Przede wszystkim nie było na niej już dinozaurów. A jak doszło do zagłady dinozaurów i tzw.: "kredowego wymierania" tych gadów? Trudno to dziś powiedzieć z całą pewnością, gdyż przekazy channelingowe, dotyczące tego wydarzenia są dość powściągliwe. W każdym razie pisałem już że Lirianie (przybyli setki milionów lat temu na Ziemię) dążyli do ograniczenia populacji dinozaurów po to, by umożliwić rozprzestrzenianie się populacji ssaków. Napotkali jednak na opór Gadów z systemu gwiezdnego Alpha Draconis, którzy opiekowali się swymi pobratymcami na Ziemi. Jednak ok. 65 milionów lat temu wydarzyła się przedziwna sytuacja, o której channelingi wspominają jedynie zdawkowo, a która przecież doprowadziła do eksterminacji większości dinozaurów na naszej planecie (przetrwały jedynie mniejsze gady, które z biegiem czasu wyewoluowały w istoty rozumne. Dlatego też dziś twierdzą oni że to oni, a nie my, są prawdziwymi panami Ziemi i pierwszymi jej mieszkańcami, choć obecnie ich podziemne kolonie są nieliczne. Duża część z nich została zniszczona przez ludzi na polecenie naszych rządów (głównie USA), dlatego są oni niemile ustosunkowani do ludzi, ale jednocześnie nie są nam wrodzy tak, jak ich pobratymcy spoza Ziemi. Po prostu chcą przetrwać).

Ta sytuacja, to było ściągnięcie na Ziemię dwóch księżyców (kto ściągnął, nie wiadomo?), które będąc już na orbicie Ziemi - zostały nakierowane na siebie, powodując ich rozerwanie na drobne kawałki - które pospadały na Ziemię, doprowadzając do ogólnej katastrofy. Spadające kawałki tamtych dwóch satelitów - doprowadziły do wybuchów wulkanów, trzęsień ziemi, potoków lawy i ognia, pożarów, powodzi itd. (a co za tym idzie... ponownym ubytku pokładów tlenu na naszej planecie). To spowodowało wymarcie nie tylko dinozaurów lecz także pierwszych ras hominidów, stworzonych przez Felinian, Lirian i Syrian na Ziemi. Milczenie w tej kwestii channelingów, jak również zagłada innych niż gadzie form życia - miały odeprzeć zarzut umyślnej (i sterowanej przez Galaktyczną Ludzkość - a głównie Lirian) zagłady życia na naszej planecie. Gady z Alpha Draconis nie mogły powiedzieć - "To wasza wina" - nie było na to dowodów. Mimo to, gdy zabrakło ich pobratymców - Reptilianie opuścili Ziemię i odeszli do swego świata (odeszli na jakiś czas - powrócą ponownie za kilkadziesiąt milionów lat, udzielając ogromnego wsparcia militarnego gadziej placówce na Maldeku w wyparciu Federacji z całego Układu Słonecznego).







PRZESIEDLENIE


Bakaratinianie, którym udało się schronić na Ziemi przed pościgiem Gadów z Maldeka, wylądowali na krańcu wielkiego kontynentu, który wówczas dominował na Ziemi, a który potem otrzyma nazwę - Hyperborea. 1 350 000 lat temu w skład kontynentu hyperboreańskiego wchodziły (m.in.:) dzisiejsza Antarktyda, Grenlandia, Szwecja, Norwegia, Islandia, oraz Australia, Nowa Gwinea, Birma, Indonezja i Malezja. Tam zaś, gdzie obecnie znajduje się Tajlandia, była cieśnina o szerokości ok. 300 metrów. Wewnątrz Australii było wówczas morze, do którego dopływało kilka rzek. Znajdowała się tam również bardzo bogata i różnorodna fauna i flora. Tak się złożyło, że dwa okręty, którym udało się przetrwać i schronić na Ziemi - to były statki złożone: jeden z mieszkańców czarnej, a drugi z mieszkańców żółtej rasy Bakaratinian. Czarni wylądowali właśnie na terenie cieśniny, tam, gdzie potem powstanie Australia. Zaraz też założono pierwszą bazę (która potem, po przewiezieniu kolonistów z Bakaratini - rozrośnie się w wielkie miasto i otrzyma nazwę - Ikirito). Żółci zaś wylądowali na terenach obecnej Birmy. Założyli swą bazę na wybrzeżu przy dzisiejszej Zatoce Bengalskiej. Po pierwszych badaniach podłoża geologicznego planety, uznano że nadaje się ona wyśmienicie pod przyszłą kolonizację ich rodaków z Bakaratini - natychmiast postanowiono wracać, by przekazać przywódcom planety - dobrą nowinę.

Na planecie (po przybyciu zwiadowców) rozpoczęto, zakrojoną na wielką skalę ewakuację całej Bakaratini - trwała ona zaledwie 50 lat (jest to łączny czas zarówno samej ewakuacji planety, jak i dotarcia kolonistów do Ziemi). Łącznie ewakuowano 7 200 000 mieszkańców (po ok. 3 600 000 Czarnych i Żółtych). Nie wszyscy jednak zgodzili się opuścić swój rodzinny świat. Na Bakaratini pozostali starcy, którzy przywykli do swego świata i nie chcieli słyszeć o żadnym ocaleniu - chcieli umrzeć wraz ze swoją planetą. Gdy koloniści dotarli już na Ziemię i osiedlono ich we wcześniej założonych dwóch bazach - rozpoczęto też (zakrojone na wielką skalę) odkrywanie innych części planety. Częściowo po to, by wybrać kolejne dogodne miejsca do osiedlenia a częściowo.... z rozwagi. Obawiano się bowiem że planeta może już być zasiedlona (tak jak na przykład Maldek) i że jej dotychczasowi mieszkańcy mogą nie życzyć sobie u siebie "nieproszonych gości" (była zasiedlona, mieszkańcami byli potomkowie gadów, którym udało się przetrwać zagładę sprzed 65 milionów lat, ale byli oni nieliczni i w większości żyli pod ziemią). Jednak nie stwierdzono istnienia żadnej innej cywilizacji (za to odkryto grupy poszczególnych ras na wpół-zwierzęcych hominidów, zamieszkujących niektóre tereny kontynentu, którzy jednak uciekali na ich widok). Zdarzało się również że spotykali pojedynczych Lirian lub Felinian (ale tylko wówczas, gdy tamci tego pragnęli i tylko po to, by przekazać im pewne informacje na temat planety, oraz przestrzec przed próbami zniszczenia lub zniewolenia napotykanych ras hominidów).

Ziemia wówczas obracała się wokół innej niż dzisiaj osi. Dzień trwał 30 godzin i 12 minut, a rok 280 dni. Klimat (szczególnie na równiku, gdzie wylądowali Czarni) był bardzo gorący, lecz jednocześnie dość wilgotny i orzeźwiający (upały nie były tak ciężkie dla ludzkiego zdrowia i życia - jak dzisiaj). Planeta zasiedlona była przez bardzo różnorodne gatunki zwierząt, które koloniści z Bakaratini jeszcze wzbogacili, przywożąc ze swojej planety takie gatunki jak: kozy czy kangury (których mięso było ulubionym pokarmem Bakaratinian). Jednak szybko okazało się, że utrzymanie kangurów w ziemskich warunkach może być niezwykle trudne, gdyż zabrakło podstawowego składnika ich diety, którym była na Bakaratini roślina o nazwie - Arilu. Pąki owej rośliny (które przywieziono z dawnej planety) - po pierwszych próbach zaaklimatyzowania jej na Ziemi - natychmiast ginęły, atakowane przez mikroskopijne grzybki. Nie było innej rady, należało przyzwyczaić zwierzęta z Bakaratini do ziemskiej trawy. Ale nie było to wcale proste, a szczególnie odporne na te próby stały się właśnie kangury, które musiano przez bardzo długi czas (kilka pokoleń kolonistów) karmić sztucznie wytworzonymi produktami. W końcu jednak udało się Czarnym wyhodować trawę, która zarówno z wyglądu jak i smaku przypominała Arilu. Nowa roślina była już odporna na ziemskie warunki atmosferyczne i inne (w tym organiczne) przeszkody utrudniające jej rozwój. Wkrótce tak się rozrosła, że zdominowała cały teren kolonii Czarnych (dzisiejsza Australia), a do naszych czasów przetrwała pod nazwą - Xanthorrhoea (roślina ta rośnie tylko na terenie Australii, nigdzie indziej).


AUSTRALIJSKA XANTHORRHOEA




EPIDEMIA


Zarówno Czarni jak i Żółci zaczęli zakładać na zajmowanym przez siebie terytorium liczne eksperymentalne farmy, w których hodowano i ulepszano - słoneczniki, kukurydzę, pszenicę, proso i inne rośliny. Hodowano także warzywa, jak sprowadzone z Bakaratini i zaaklimatyzowane na Ziemi - kapusta, sałata, pietruszka, pasternak i kolender, oraz wiśnię, banany i pomarańcze. Obie rasy różnie radziły sobie z aklimatyzacją owych warzyw, roślin i drzew owocowych. Żółci na przykład doskonale radzili sobie w uprawie warzyw i owoców, Czarni "wyprodukowali" nową odmianę trawy Arilu, oraz zmodyfikowali pomarańcze, tak, by przyjęły się one do ziemskiego klimatu (Żółtym to się nie udało). Żółci za to byli lepsi w uprawie pszenicy (we wszystkich czterech jej odmianach). Ulepszyli również ryż (który jest tradycyjną rośliną ziemską, nie sprowadzoną z Bakaratini). W swych nowo utworzonych ziemskich koloniach pobudowano również świątynie tackionistyczne (religia Bakaratinian). Pionierami w tym dziele byli Żółci, których miasta zakładane w rejonie dzisiejszej Zatoki Bengalskiej, bardzo szybko przewyższyły miasta założone przez Czarnych. Obie grupy jednak nie rywalizowały ze sobą a wzajemnie sobie pomagały, pomni nakazów tackionistycznych przykazań religijnych (być może podobnych do naszych 10 Przykazań, które otrzymał Mojżesz od "Boga?" W końcu i tam i tu pomagali TJehooba).

Bakaratinianie na Hyperborei stworzyli cywilizację, której obie rasy wzajemnie ze sobą współdziałały i współpracowały. Wciąż odkrywano nowe tereny zdatne do kolonizacji. Po 300 latach od przybycia na Ziemię, wspólna ekspedycja Czarnych i Żółtych dotarła do terenów dzisiejszej Afryki. Odkryli tam nowe gatunki zwierząt, takie jak - słonie, żyrafy, lwy, bawoły i gęsi. Oraz nowe rodzaje warzyw i owoców - a wśród nich... pomidory, które jednak nie przypominały tych znanych nam dziś warzyw. Tamte był wielkości porzeczki, a w smaku bardzo kwaśne. Żółci podjęli się genetycznego ulepszenia tego owocu (które jest także warzywem), doprowadzając go do dzisiejszego kształtu i smaku. Grupa badawcza pobrała więc próbki do analizy i genetycznego ulepszenia, oraz wiele sztuk poszczególnych rodzajów zwierzęcych gatunków, a następnie odlecieli do swych miast. Wszystko się dobrze układało, do czasu, gdy nie zauważono iż zabrane na pokład gęsi są chore - zbagatelizowano problem, spodziewając się że na miejscu uda się je wyleczyć. Gdy jednak dotarli na miejsce, w bardzo krótkim czasie zaraza, która wyszła od gęsi, rozlała się po koloniach dawnych Bakaratinian. Miliony ludzi poumierały w bardzo krótkim czasie i w wielkich męczarniach. Dopiero potem odkryto co było powodem rozprzestrzeniania się tego wirusa. Były nim owady (komary i muchy), które w krótkim czasie rozniosły zarazki wirusa między poszczególnymi koloniami.

Najbardziej ucierpieli Czarni, których siedziby były w rejonach wyjątkowo gorących, a jednocześnie wilgotnych (najlepszych do rozwoju takich owadów jak komary), gdzie nie było w ogóle zimy (mogącej zdziesiątkować śmiercionośne owady). Żółtych jednak też nie ominęła choroba, lecz to właśnie ich lekarze (po wielu latach prac nad wytworzeniem szczepionki) wynaleźli przeciwciała, które wszczepione do organizmu człowieka już zarażonego - powodowały szybkie unicestwienie zalążków wirusa, a człowieka zdrowego całkowicie uodparniały na tę chorobę. Żółci w ramach przyjaźni ofiarowali Czarnym wynalezioną przez siebie szczepionkę, bez żadnych świadczeń z ich strony. Taki gest jeszcze bardziej zbliżył do siebie obie rasy. Po kilku latach nie było już śladu po niedawnej chorobie, a rasy Czarnych i Żółtych ponownie rozprzestrzeniły się na całym kontynencie, zakładając nowe miasta i badając nowe rejony Ziemi.



RZĄD i USTRÓJ


 Ustrojem politycznym, jaki zapanował na Bakaratini po odbudowie planety z katastrofy nuklearnej, była swego rodzaju demokracja (piszę - "swego rodzaju" - gdyż z naszą demokracją nie miała ona wiele wspólnego). Wybory do władz dzielnicowych czy wiejskich - odbywały się przez podniesienie ręki wszystkich mieszkańców zebranych na swego rodzaju "wiecu wyborczym" (ale bez agitacji przedwyborczej). Mieszkańcy decydowali który z kandydatów zasłużył na pełnienie funkcji lidera ich okręgu (dzielnicy w mieście lub na wsi). Wybrani w ten sposób przywódcy poszczególnych dzielnic miejskich, głosowali (identycznie) na lidera, który miałby kierować całym miastem. Wybierano go spośród ośmiu przedstawicieli starszyzny, szanowanych powszechnie za mądrość, uczciwość i inteligencję. Nie miały znaczenia ani majętności wybieranych, ani też koligacje rodzinne - decydowało jedynie społeczne uznanie współobywateli i to, co dany kandydat wniósł do swej "małej ojczyzny". Tylko te kategorie były brane pod uwagę przez głosujących. Podobnie wybierano przywódców okręgów wiejskich (tutaj głosowali wybrani przez mieszkańców przywódcy poszczególnych wsi, tworzących jeden większy okręg administracyjny). Każdy okręg wiejski liczył zawsze 8 wsi. Aby kandydować w wyborach, musiano ukończyć 45 rok życia i nie przekroczyć 65 roku życia.

Wybrani przywódcy miast i okręgów wiejskich wspólnie głosowali nad wyborem przywódców do Rady Stanu (złożonej z ośmiu mędrców), która to instytucja zajmowała się sprawowaniem władzy w danym kraju. Decyzje Rady Stanu były akceptowane na całym terytorium tego kraju. Mieszkańcy miast i dzielnic żywo jednak uczestniczyli w obradach Rady (choć nie osobiście, tylko przez swych wybranych delegatów). Każda dzielnica i każda wieś wysyłały do stolicy swoich delegatów (którzy monitorowali jakie prawa są uchwalane w Radzie Stanu i czy nie są popełniane jakieś nadużycia wśród rządzących). Nie było żadnych partii politycznych, ani ugrupowań społecznych - tylko wybrani przez mieszkańców przywódcy miast, sami wspólnie wybierający członków Rady Stanu. Wszystko opierało się na wręcz krystalicznej uczciwości kandydatów, ich bezstronności oraz dyscypliny i chęci uczynienia czegoś dla dobra ogółu. Nie dochodziło do defraudacji pieniędzy publicznych, ani żadnej innej pospolitej kradzieży. Za kradzież (także publiczną i także wśród członków Rady Stanu) groziły bardzo surowe wyroki. Za pierwszą kradzież - przypalano złodziejowi rękę rozgrzanym żelazem. Za drugą - ucinano jedną dłoń, za trzecią - drugą dłoń, oraz piętnowano złodziejowi na czole hańbiący monogram. Prawie nigdy nie dochodziło do drugiej kradzieży (nie mówiąc już o trzeciej), a przypadki pierwszej były w społeczeństwie ziemskich Bakaratinian niezwykle rzadkie.

Za morderstwo karą była okrutna śmierć (przez pożarcie przez specjalnie wygłodzone krokodyle). Za gwałt - kara była jeszcze straszniejsza - gwałciciela smarowano miodem i zakopywano do ramion w najbliższym sąsiedztwie kolonii mrówek. W takich przypadkach skazany umierał długo - bardzo długo, nawet po kilku-kilkudziesięciu godzinach. Nim jednak człowieka skazano, należało mu najpierw udowodnić jego winę. W tym celu nie przeprowadzano procesów sądowych, jakie się stosuje obecnie, lecz zamykano podejrzanego w specjalnym pomieszczeniu, zaś wokół niego umieszczano sześciu specjalnie szkolonych w tej dziedzinie "czytaczy myśli". Podejrzany, jeśli był winny, nie był w stanie zbyt długo (bez jedzenia, picia i snu) blokować w swej głowie myśli o przestępstwie, a "czytacze" zmieniali się co jakiś czas. Gdy podejrzany "pękał", pozwalano mu wypocząć i spożyć posiłek. Na drugi dzień (by nabrać pewności) całą procedurę powtarzano od nowa. Następnie raport z "przesłuchania" wędrował do sędziego, który zadawał skazańcowi serię krzyżowych pytań, zmuszając go by (teraz na głos) wszystko raz jeszcze potwierdził. Dopiero gdy tego dokonano wydawano wyrok. Rozprawy w "sądzie" trwały dosłownie chwilę, a wyrok zapadał jeszcze szybciej. Sędzia po prostu zmuszał oskarżonego by sam się przyznał do winy - wiedząc już (dzięki raportowi, sporządzonemu przez "czytaczy myśli" o jego winie lub niewinności). Oczywiście jeśli podejrzany okazywał się niewinny, był natychmiast oficjalnie przez sędziego uniewinniany i odtąd już nie ciążyło na nim żadne niechlubne, czy upokarzające społecznie podejrzenie.

Taki system prawno-administracyjno-polityczny był niezwykle skuteczny i całkowicie wyeliminował ze środowiska przywódców politycznych i z sądów społecznych (sędziów mieszkańcy danej dzielnicy lub wsi - także wybierali, głosując na ludzi cieszących się nieskalaną reputacją), jakiekolwiek przejawy patologii: nepotyzmu, kumoterstwa, kolesiostwa, partyjniactwa, przekupstwa, czy osobistych animozji.



SECESJA


Ok. 1 346 400 lat temu, w zwartych dotąd społeczeństwach Hyperboreańczyków z Bakaratini nastąpił rozłam. Nie był to jednak rozłam polityczny, wywołany chęcią zdominowania terenów zasiedlonych przez którąś z dwóch ras - lecz rozłam religijny. Spowodowany był on narodzinami nowej religii na całym kontynencie Hyperborei. Dotychczasową religią kolonistów z Bakaratini - był Tackionizm, który narodził się z chwilą odbudowy życia na Bakaratini po wyniszczającej obie rasy wojnie nuklearnej na tamtej planecie. Twórcami Tackionizmu byli międzyplanetarni obserwatorzy, działający na polecenie Federacji Galaktycznej, z planety TJehooba. Religia ta, była religią pokoju, opierała się bowiem na ofiarowanych mieszkańcom Bakaratini przez "Bogów" naukach moralnych w postaci odpowiednich przykazań, nad których przestrzeganiem czuwali specjalnie powoływani w tym celu kapłani. Świątynie tackionistyczne budowano we wszystkich miastach planety Bakaratini, jak i później na ziemskim kontynencie Hyperborei po przewiezieniu tam kolonistów z dawnego świata. Zarówno rasa Żółtych budowała świątynie tego samego kultu, wyznawała te same zasady religijno-moralne oraz podlegała tym samym przykazaniom - co rasa Czarnych. Nie było między nimi większych różnic religijnych (choć oczywiście zdarzały się niewielkie reinterpretacje zasad religii w zależności od osobowości i charyzmy danych kapłanów - lecz nie wpływało to na całość wyznawanej religii).

Podstawą religii tackionistycznej - była wiara w jednego Boga Stwórcę Wszechrzeczy, tzw.: Pierwszego Poruszyciela, który nadał światu (Wszechświatu) jego aktualny rys, kształt i koloryt. Tackioniści wierzyli też w reinkarnację dusz i ponowne narodzin w nowym życiu po śmierci. Kler jednak (wyjąwszy okres kilku pierwszych wieków po odbudowie życia planety Bakaratini z nuklearnego wstrząsu wojennego) nie miał w społeczeństwie Bakaratinian zbyt wiele do powiedzenia. Nauki religijne były bardzo ważne dla każdego mieszkańca planety (nie było wśród nich ludzi niewierzących), lecz władza polityczna w zakładanych przez nich państwach - czy to na dawnej planecie czy też już na Ziemi - była ściśle odseparowana od jakichkolwiek wpływów kasty kapłańskiej. Tym samym kapłani nie byli możni ani bogaci. Kapłanami zostawali z reguły ludzie, którzy czuli ku temu powołanie, a ponieważ nie wynagradzano ich za kultywowanie wiary Bakaratinian (poza obowiązkiem ciążącym na państwach, które musiały zapewnić kapłanom codzienną strawę, czystą wodę, odzienie oraz miejsce, gdzie mogli udać się na spoczynek), nie mogli liczyć na żadne z tego tytułu profity finansowe (próba przekupstwa kapłana, lub przyjęcie przez niego za cokolwiek opłaty - były karane okrutną śmiercią). Mimo to kapłani cieszyli się ogromnym poważaniem w społeczeństwie Bakaratinian, ich rady i przykazania były słuchane i wypełniane. Jeśli w rodzinie pojawił się spór - z reguły udawano się do kapłanów z prośbą o mediację. Ich wyrok był respektowany przez obie strony sporu.

Mijały lata, dziesięciolecia i wieki - o epidemii, która nawiedziła Hyperborejczyków dawno zapomniano, lub opowiadano o niej jedynie w przekazach historycznych. Kapłani wciąż cieszyli się wielkim poważaniem w społeczeństwach zarówno Żółtych jak i Czarnych - a to głownie dzięki swemu ubóstwu i medytacyjnej duchowości oraz mądrości. Ale sytuacja zaczęła się powoli zmieniać. Ok. 3 500 lat po przybyciu Bakaratinian na Ziemię, w dawnym systemie religijnym pojawił się poważny kryzys wewnętrzny. Wielu młodych adeptów, którzy wybrali drogę duchową, widząc ogromną lecz niewykorzystaną władzę - jaką mają w swych rękach kapłani (którzy kształtują ludzkie sumienia, a tymczasem sami nie dysponują żadnymi elementami władzy - ani politycznymi ani też ekonomicznymi), ci młodzi tackionistyczni kapłani, rozpoczęli ok. 1 346 400 lat temu ruch secesyjny. Na początku nie był on zorganizowany i zjednoczony, a raczej rozproszony, gdyż każdy z kapłanów rozumiał odnowę kleru i wiary troszeczkę inaczej, każdy też potrafił zebrać wokół siebie swych wiernych wyznawców. Powstały pierwsze sekty. Było ich bardzo wiele. Niektóre nie przetrwały długo i szybko kończyły swój żywot, inne okazały się trwalsze. Ruch secesyjny objął obie rasy Czarnych i Żółtych, lecz ci ostatni rozpoczęli śmiałe i zdecydowane działania, które bardzo szybko pozbawiły secesjonistów wiernych. Żółci podjęli się zdecydowanej akcji kontr-secesjonistycznej, która dała nad wyraz dobre rezultaty, dzięki czemu ruch secesyjny wśród Żółtych szybko zanikł, a kler przestał żądać dla siebie praw politycznych i ekonomicznych. Wszystko wróciło na swoje miejsce.

O wiele mniej szczęścia mieli natomiast Czarni. Tutaj ruch secesjonistyczny opanował sam rdzeń kościoła tackionistycznego i wielu spośród tamtejszych kapłanów przyłączało się do tego ruchu. Podział był bardzo silny a walka z nim niezwykle trudna. Secesjoniści stawiali śmiałe żądania. Po pierwsze - wprowadzenie wyraźnej hierarchii kapłańskiej (dotąd takowa nie istniała). Po drugie - zniesienie ubóstwa kleru. Po trzecie - dostęp kapłanów do najwyższych urzędów państwowych. Po czwarte - zmiana systemu politycznego i zastąpienie dotychczasowej demokracji - wyborem przywódcy politycznego przez radę kapłanów, przy czym decydowałby tutaj głos najważniejszego arcykapłana. Po piąte - stworzenie państwa religijnego i podporządkowanie całego ludzkiego życia przykazaniom kleru. Po szóste wreszcie - zakaz sprawowania funkcji kapłańskich przez kobiety (ponieważ Tackionizm opierał się na wierze w reinkarnację - równy dostęp do stanu kapłańskiego przysługiwał zarówno mężczyznom jak i kobietom). Dotąd bowiem w ziemskich społeczeństwach Hyperboreańczyków - pozycja kobiety była bardzo wysoka (gwałt na przykład - o czym pisałem wcześniej - był karany bardzo surowo), mogła ona nie tylko sprawować urzędy publiczne, lecz także religijne. Wszelkie ograniczenia związane z płcią a odnoszące się do polityki, religii, nauki czy sztuki Bakaratinian - nie istniały. Ciekawym przykładem jest choćby fakt nie istnienia w tych społeczeństwach kobiecej prostytucji (oczywiście męskiej też nie było). Teraz zaś "odnowiciele wiary" dążyli do gruntownej zmiany tego stanu rzeczy.

Ruch reformacyjny w społeczeństwie Czarnych rósł i prężniał, lecz nadal nie był w stanie wymusić na władzach politycznych swych żądań. Tak samo było z żądaniami religijnymi w ramach samego kościoła tackionistycznego, który co prawda bardzo osłabł - jednak nadal był w stanie sprzeciwić się nowo powstałym ruchom odśrodkowym. Nie było zatem rady - przywódcy secesji, którzy ogłosili się teraz arcykapłanami - postanowili zebrać wszystkich swych wyznawców i wraz z nimi opuścić nie tylko swe rodzinne miasta, lecz także całą Hyperboreę. Postanowiono zatem osiedlić się w Afryce. Wówczas kontynenty nie pokrywały się z obecną ich linią brzegową, dlatego też ciężko jest wytłumaczyć jaki wygląd miała zarówno sama Hyperborea, jak i kontynent w skład którego wchodziła dzisiejsza Afryka. W każdym razie arcykapłani i 500 000 ich zwolenników opuścili swe ojczyzny i przeszli przez mały przesmyk, osiedlając się w okolicach dzisiejszego Morza Czerwonego (które wówczas nie istniało). Zaczęto tam wznosić nowe miasta i wioski, ale odrzucono dawny demokratyczny system polityczny. Odtąd przywódców państwowych wybierał osobiście arcykapłan, niższy kler zaś wybierał pomniejszych szefów dzielnic i wiosek. Spowodowało to bardzo szybko wystąpienie dwóch niebezpiecznych tendencji, które skutecznie niwelowano w dawnym systemie demokratycznym. Mianowicie kler (i będący na jego usługach urzędnicy i przywódcy polityczni) stawał się coraz majętniejszy, tworząc potężne latyfundia ziemskie i budując ogromne pałace.

Z drugiej strony w szybkim tempie ubożało społeczeństwo - obywatele, którzy teraz stawali się najzwyklejszymi poddanymi nowej kasty kapłańskiej. Odebrano im wszelkie prawa polityczne (odtąd nie można już było wybierać swych przedstawicieli, ani tym bardziej przywódców), o wszystkim decydowali kapłani. Wprowadzono obowiązek uiszczania opłaty na kler (ci, których nie było na to stać - musieli odrabiać "pańszczyznę" w prywatnych latyfundiach przywódców religijnych). Ludzie bardzo zubożeli. Ci, którzy nie byli blisko związani (np.: powiązaniami rodzinnymi) z wysoko postawionymi klerykami - nie mieli właściwie żadnych szans na poprawę swego materialnego położenia. Bardzo szybko pojawiła się korupcja, nepotyzm, stręczycielstwo i prostytucja (niespotykane w dawnym systemie). Odtąd marzeniem każdej rodziny było posiadanie męskiego potomka, którego można by było oddać (jako kilkuletnie dziecko) na nauki do świątyni, licząc na to, że może kiedyś uda mu się zdobyć taką w niej pozycję, iż będzie w stanie utrzymać swoją rodzinę i zapewnić swym rodzicom, braciom, siostrom oraz innym krewnym - dostatnie życie. Narodziny córki zaś, były odtąd jedynie powodem do żalu i zmartwienia (trzeba ją było bowiem wykarmić i znaleźć jej jakieś zajęcie). Nic więc dziwnego że rodzice często stręczyli swe córki dostojnikom kleru, w nadziei że dzięki temu nie będą cierpiały głodu, pragnienia, zimna i trudów ciężkiej pracy.

A tymczasem społeczeństwa Żółtych, oraz tych Czarnych którzy pozostali w swych dawnych ojczyznach na Hyperborei (i przy dawnym demokratycznym systemie politycznym oraz niewielkiej roli tackionistycznego kleru w sprawach publicznych) z coraz większym zdziwieniem i przerażeniem przyglądali się poczynaniom swych czarnych współbraci w Afryce. Nie zaprzestali jednak z nimi kontaktów - prowadząc ożywioną wymianę handlową, a nawet nawiązując stosunki dyplomatyczne. Nie zezwolono jednak na sprzedaż im supernowoczesnej broni laserowej, pojazdów gwiezdnych, ani tym bardziej głowic atomowych, które posiadano na Hyperborei, a których "afrykańscy secesjoniści" po opuszczeniu kontynentu sami nie potrafili stworzyć. Powodowało to ogromną dysproporcję cywilizacyjną pomiędzy obiema grupami (hyperboreańską i afrykańską). O ile jedni podróżowali (i przewozili towary na sprzedaż) na swych "gwiezdnych rydwanach" - jak określali podniebne pojazdy Hyperboreańczyków - afrykańscy secesjoniści, o tyle ci drudzy musieli wrócić do bardziej tradycyjnych form poruszania się - jak konie, wielbłądy, słonie, oraz używania zwierząt jucznych do przewożenia towarów. Nie tylko jednak stopa zamożności społeczeństwa oraz postęp cywilizacyjny szwankowały w społeczeństwie Czarnych w Afryce. Dodatkowym problemem była dalsza degeneracja ich dawnej religii.

Afrykańscy secesjoniści rozprzestrzenili się na całym terytorium dzisiejszej północno-środkowej Afryki, zakładając nowe wsie i miasta w rejonie wielkiej rzeki, która płynęła przez środek ówczesnego kontynentu afrykańskiego (mniej więcej pokrywającego się z dzisiejszym położeniem tego kontynentu). Kler jednak uznał, że nowa religia musi całkowicie wyzbyć się "dawnych naleciałości". Dlatego też ogłoszono że wiara w reinkarnację ludzkiej duszy jest herezją. Odtąd każdy kto wyznawał pogląd inkarnacji dusz musiał się liczyć ze śmiercią po uprzednich publicznych torturach, mających na celu upokorzenie nieszczęśnika i publiczne odwołanie przez niego swych poglądów, by uniknąć dalszego bólu. Lecz nawet zaprzeczenie swym poglądom nie zamykało sprawy do końca. Owszem kończono tortury - lecz nieszczęśnikowi nie było dane umrzeć szybko - wrzucano go najczęściej do klatek dzikich zwierząt (lwy, tygrysy, pantery), lub po prostu karmiono nim krokodyle. Arcykapłani i kler zdawali sobie doskonale sprawę że wiara w reinkarnację nie umacnia ich władzy lecz ją osłabia. To, co robiono z podległym sobie społeczeństwem, nie miało nic wspólnego z założeniami wędrówki dusz i duchowości w ogóle. Zresztą duchowość rozumiana jako medytacja czy kontemplacja - także była zakazana. Odtąd przyświątynne zakłady wytwarzały kamienne lub drewniane wyobrażenia bóstw (wiara w jednego Boga Stwórcę też uznana została za "bałwochwalstwo"), które należało zakupić i którym trzeba było składać ofiary by cokolwiek od nich uzyskać.

Kapłani sami dawali przykład, codziennie składając jakąś ofiarę dziękczynną w podzięce za (np.) kolejny wschód słońca. Na ofiary wybierano zwierzęta takie jak króliki, owce, kozy, świnie i byki (te ostatnie mogli zabijać jedynie arcykapłani). Szybko jednak okazało się że "bogom" to nie wystarcza - domagali się krwi człowieka. Zaczęto więc sporządzać listy tych, którzy zostaną złożeni w ofierze w czasie uroczystych świat religijno-państwowych. Listy sporządzano co kwartał, wybierając jedną z dzielnic. Następnie przywódcy dzielnicy musieli wybrać rodziny, które ofiarują któregoś ze swych członków na ofiarę dla bogów. Złożenie w ofierze było tłumaczone jako wielkie wyróżnienie i chwała dla tej rodziny, która wystawiła swych "kandydatów". Nie chodziło tutaj tylko o samą chwałę, stały za tym inne nagrody, jak (czasowe) zwolnienie z opłat na kler, (czasowe) zwolnienie z obowiązku wypełnienia pańszczyzny w latyfundiach arcykapłanów i pomniejszego kleru, oraz inne drobne "nagrody". W każdym razie krew lała się strumieniami na stołach ofiarnych, gdzie składano publiczne modły i poświęcano bogom "wybrańców". Arcykapłani postanowili trzymać lud w ciemnocie i niewiedzy, w zabobonie i strachu przed karą bogów, których oni - klerycy byli najważniejszymi reprezentantami na ziemi. Aby to osiągnąć zabroniono uczyć ludzi czytania i pisania - mieli jedynie pracować, modlić się, płacić kapłanom jakaś formę dziesięciny, oraz być im całkowicie posłusznymi. Karą za nieposłuszeństwo nie była jedynie śmierć ciała tu na Ziemi - lecz także (jak głosili arcykapłani) śmierć duszy w Zaświatach.

Hyperboreańczycy nie byli jedynymi, których niepokoiła droga którą podążali afrykańscy secesjoniści. Tym tendencjom przyglądali się także TJehooba - którzy przez Federację Galaktyczną, zostali powołani jako opiekunowie niżej stojących pod względem zarówno duchowym jak i technologicznym - humanoidalnych istot we Wszechświecie. Przez długi czas nie ujawniali się, nie pokazywali, nie przypominali o swej obecności z ukrycia obserwując swych dawnych bakaratiniańskich podopiecznych. Teraz jednak, gdy kapłani zaczęli składać swe ofiary z ludzi - postanowiono działać. Wykorzystując telepatię, połączono się z umysłem najwyższego arcykapłana, który miał władzę nad całym swym ludem i dano mu do zrozumienia że bogowie są z niego i jemu podobnych bardzo niezadowoleni - "Ofiary z ludzi mają się skończyć" - nakazano mu we śnie. Dalej tłumaczono: "Człowiek istnieje wyłącznie po to, by się rozwijał duchowo, to co robicie jest przeciwko Prawu Wszechświata". Gdy arcykapłan się obudził, był przerażony. Uwierzył że to, co ujrzał w swym umyśle to był prawdziwy głos boga. Natychmiast zwołał radę najważniejszych kapłanów by przedstawić im swój sen i wolę bogów. Nie uwierzono mu, sądzono początkowo że ze względu na jego pokaźny wiek - że po prostu "stary oszalał i plecie od rzeczy". Gdy jednak on nie przestawał dążyć do przeprowadzenia reform religijnych i zniesienia ofiar z ludzi - kilku najbardziej radykalnych kapłanów oskarżyło go o zdradę, bezbożność i herezję. Reszta uznała że miał po prostu halucynacje.

Po wielogodzinnych naradach udało mu się przekonać dwóch kleryków (spośród 15) do przeprowadzenia radykalnych reform w religii i zaprzestania krwawych ofiar z ludzi. Reszta nie zgodziła się na zmiany, słusznie twierdząc że jakakolwiek liberalizacja poglądów religijnych, będzie nieuchronnie oznaczała utratę władzy kleru nad masami ludzkimi . Twierdzono wprost - naszym celem jest utrzymywać ludzi w ciemnocie i szerzyć strach przed "mściwymi bogami", wmawiając ludziom że tylko my jesteśmy jedyną drogą wiodącą do zbawienia, jeśli to odrzucimy - stracimy nie tylko władzę, lecz również jakikolwiek wpływ na ludzi. Sam fakt iż tak myślano i mówiono świadczy dobitnie że sami kapłani nie wierzyli w to, co głosili, czego dowodem może być chociażby fakt - że żaden z nich - pomimo oficjalnie głoszonych zapewnień o wielkim honorze i łasce bogów, nie zdecydował się nigdy nie tylko sam siebie poświęcić na ołtarzu ofiarnym, lecz i nawet kogokolwiek ze swej rodziny (nepotyzm był tam niezwykle silny i mocno ugruntowany). Kapłani bardzo dbali o swe rodziny, które dzięki nim opływały w dostatki, majętności i splendory. Członków rodzin kapłanów (a szczególnie arcykapłanów) nigdy nie wybierano do roli ofiar na ołtarzach "mściwych bogów". Ponieważ próba nakłonienia kapłanów do zmiany postępowania nic nie dała - TJehooba postanowili działać bardziej zdecydowanie.

Kapłani odrzucili jakąkolwiek myśl o zmianie dotychczasowego systemu społeczno-religijnego i nie zgodzili się na reformę religii i kleru oraz zaprzestanie krwawych ofiar z ludzi. Dlatego też TJehooba postanowili działać bardziej stanowczo. Pewnej nocy nadlecieli nad afrykańskie państwo kapłanów i zatrzymali się na wysokości 10 000 metrów, nieopodal Świętego Miasta - czyli całego kompleksu kultowego, do którego postronni ludzie mogli wchodzić jedynie w dni świąteczne, lub jako służba pomocnicza kapłanów. Święte Miasto (wraz ze Świątynią w której składano krwawe ofiar z ludzi) były oddalone od innych miejskich zabudowań na odległość kilometra. TJehooba ponownie zastosowali telepatię, po to by zbudzić Najwyższego Kapłana i tych dwóch kapłanów, którzy wcześniej poparli projekt reformy kleru, a następnie skierowano ich do pięknego parku, położonego jakieś półtora kilometra od Świętego Miasta. Posługując się metodą zbiorowej halucynacji spowodowali, że straże więzienne otworzyły bramy i wypuściły na zewnątrz przetrzymywanych tam więźniów, a następnie ci wszyscy ludzie (żołnierze, służba więzienna, więźniowie i pozostali mieszkańcy) pod wpływem telepatii TJehooba opuścili Święte Miasto i "natchnieni" przez dziwne "anielskie" wizje na niebie (skrzydlatych postaci), ludzie ci pędzili na drugi koniec miasta. W Świętym Mieście pozostało jedynie 12 upartych kapłanów. Gdy cała ludność wyszła już z obrębu murów miasta, wówczas okręt TJehooba (użyli tylko jednego) całkowicie zniszczył "święte" zabudowania i samą Świątynię, zagrzebując pod ich gruzami owych 12 kapłanów.

Pozostało gruzowisko, które miało świadczyć na przyszłość o ludzkim nieposłuszeństwie i potwornej karze "Bogów" będącej tego konsekwencją (podobnie rzecz miała się na Ziemi podczas zniszczenia Sodomy i Gomory - o czym napiszę w kolejnych częściach). Następnie do ludzi zgromadzonych w bezpiecznej części miasta, odezwał się "głos z nieba", który ostrzegł ich że gniew Boga może być jeszcze straszniejszy niż to, co widzieli i nakazał im iść odtąd Nową Drogą, wytyczoną przez Najwyższego Kapłana i jego dwóch pomocników. "Nowa Droga" stała się kolejną religią, powstałą po zniszczeniu Świętego Miasta. Nawiązywała ona w swych założeniach do Tackionizmu wyznawanego przez ich pobratymców na Hyperborei (wiara w jednego Boga, w reinkarnację), jednak pozostawiła pewne dawne naleciałości, jak choćby silną pozycję Najwyższego Kapłana i pozostawienie funkcji kapłańskich (które odtąd miały być kontrolowane przez lud na drodze wyborów) jedynie wśród samych mężczyzn (kobiety zostały wyłączone z tych funkcji). Do urzędów kapłańskich znów jednak kandydowali ludzie, którzy czuli ku temu powołanie, gdyż funkcja ta nie łączyła się już z posiadaniem wielkich majątków ziemskich i bogactwa. Kapłani ponownie stali się ludźmi ubogimi lecz... w przeciwieństwie do Hyperborejczyków, u których kasta kapłańska nie miała zbyt wiele do powiedzenia w sprawach polityki - to właśnie oni nadal rządzili państwem. Ale byli to już inni ludzie, więcej czasu poświęcający sprawom duchowości niż materialistycznej egzystencji.



II SECESJA


Taki właśnie stan rzeczy spowodował, że po kolejnych setkach lat (gdy Nowa Droga umocniła się już w afrykańskim społeczeństwie Czarnych), zaczęli się tutaj zjeżdżać również i Żółci, którzy nawet osiedlali się w rejonie dzisiejszego Morza Czerwonego (wówczas morze to nie istniało - jak wspomniałem wyżej). Nowe społeczeństwo Czarnych było przyjaźnie nastawione a Nowa Droga i Tackionizm wywodziły się przecież z jednego "boskiego" nurtu (TJaooba założyli przecież na Ziemi nie tylko religię judaistyczną, ale również byli prekursorami chrześcijaństwa, wysyłając tu swego przedstawiciela z misją "Syna Człowieczego"), szybko więc znaleziono wspólny język na gruncie religii, kultury, sztuki, obyczajów i dalszego wzajemnego życia. Zaczęto zakładać mieszane rodziny, z których rodziły się dzieci posiadające geny zarówno Czarnych jak i Żółtych. Wkrótce było ich tak dużo, że powstała z tego kolejna, trzecia rasa (byli to przodkowie dzisiejszych Arabów). Dzieci zrodzone z mieszanych czarno-żółtych związków i wychowywane w mieszanych czarno-żółtych kulturach (oraz religii), postanowili jeszcze bardziej zreformować i zliberalizować Nową Drogę, tak, by upodobnić ją całkowicie do Tackionizmu. Zaczęto więc głosić hasła zniesienia godności kapłańskich i przywrócenia kapłaństwa kobiet, jednak te ich hasła nie znajdowały poparcia w społeczeństwie Czarnych, które zapomniało już (minęło kolejnych kilka tysięcy lat od zniszczenia Świętego Miasta) o dawnych kapłańskich przywilejach, uprzywilejowanej pozycji kleru i krwawych ofiarach z ludzi. Teraz kler był zupełnie inny, kapłani nie tylko władali państwami i miastami, lecz przede wszystkim służyli ludziom swą pomocą, to oni właśnie leczyli wszelkie trapiące ludzi choroby - nie pobierając za to żadnych opłat i to oni udzielali ludziom duchowego wsparcia na każdej ich drodze życia.

Nie uzyskawszy zrozumienia dla swych planów, potomkowie z mieszanych związków uznali że nie ma innego wyjścia jak opuszczenie swych rodzinnych miast i osiedlenie się gdzieś indziej. Tak też się stało - nastąpiła II Ziemska Secesja dawnych Bakaratinian. Wyemigrowali więc w rejon dzisiejszej Północnej Afryki i założyli swe pierwsze miasta na terenie Algierii i Tunezji. Odtąd trzy (a właściwie cztery - gdy liczymy Czarnych Hyperborejczyków jako odmienne społeczeństwo od ich afrykańskich współbraci) rasy żyły obok siebie w pokoju i przyjaźni. Zawiązano wzajemne stosunki dyplomatyczne nie tylko pomiędzy poszczególnymi państwami, lecz także pomiędzy miastami. Kontrola armii i uzbrojenia jednego państwa - znajdowała się pod całkowitym "monitoringiem" przedstawicieli innych państw, akredytowanych jako dyplomaci (a nawet więcej - to właśnie ambasadorowie obcych państw decydowali o użyciu lub nie użyciu broni atomowej państwa, które tę broń posiadało). Dzięki temu całkowicie wyeliminowano jakiekolwiek zagrożenie jądrowe i nie obawiano się konfliktów wojennych. Lecz nie przewidziano jednego - że zagrożenie militarne wcale nie musi nadejść ze strony sąsiedniego państwa, tylko na przykład z... głębin naszej Galaktyki. Hyperboreańczycy nie mogli tego przewidzieć, gdyż już dawno zatracili umiejętność podróży międzygalaktycznych (ich okręty gwiezdne mogły przebywać w przestrzeni kosmicznej tylko przez krótki czas - do 12 tygodni), nie wiedziano więc co się działo w całym Układzie Słonecznym - a działy się tam wówczas rzeczy o niebagatelnym znaczeniu dla przyszłości Ziemi i innych planet naszego Układu Słonecznego.


CDN.
 

03 listopada 2025

BEZNADZIEJNOŚĆ I NADZIEJA GRECKIEJ RELIGII - Cz. II

"NAJLEPSZE DLA CZŁOWIEKA
BYŁOBY SIĘ NIE URODZIĆ"





ORFIZM
OD ORFICKIEJ RAPSODII KU MISTERIOM
OCZYSZCZENIA I WYZWOLENIA DUSZY
Cz. II





"A TU ŻEBRZĄCE KLECHY I WIESZCZBIARZE DO DRZWI BOGATYCH PUKAJĄ I WMAWIAJĄ, ŻE JEST U NICH MOC OD BOGÓW ZESŁANA (...) JEŚLI NA KIMŚ CIĄŻY ZMORA GRZECHU ALBO NA JEGO PRZODKACH (...) KSIĄG CAŁE STOSY PODAJĄ MUSAJOSA I ORFEUSZA, KTÓRZY MIELI POCHODZIĆ OD KSIĘŻYCA I OD MUZ (...) UMIEJĄ PRZEKONYWAĆ NIE TYLKO LUDZI PRYWATNYCH, ALE I CAŁE PAŃSTWA, ŻE NIBY MOŻLIWE SĄ ROZGRZESZENIA I OCZYSZCZENIA Z GRZECHÓW"

PLATON
"PAŃSTWO"



Była droga "dla ludu" i droga "dla wybranych", obie opierały się w swych założeniach na koncepcji orfickiej Rapsodii, z tym że droga "dla wybranych" szła znacznie dalej. Można by rzec że orficy (których nazywano w antycznej Helladzie - Orpheotelestai - "wtajemniczonymi w orfizm"), byli to mistycy pielgrzymujący od miasta do miasta i za ciepłą strawę (a często za znacznie więcej) głosili prawdy orfickiej Rapsodii. Nauczali oni w imieniu "Uzdrawiającego Światłem" (Aur-Rophae - fenicki wyraz który został przejęty przez Greków i zmieniony w imię Orfeusza). Nauki te płynęły z ksiąg orfickich i orfickich wierszy, które brzmiały mniej więcej tak: "Zeus Gromowładny jest Mężczyzną i Kobietą, Mężem i Żoną, Ojcem i Matką. On(a) nieustannie rodzi Ziemię i Wodę, Ogień i Eter, Dzień i Noc. Ogień jest nasieniem Zeusa, jest pierwiastkiem twórczym, pierwiastkiem męskim. Wytryska on z serca i mózgu Zeusa i napełnia wszystkie istoty żywe". Początek tego męsko-żeńskiego bytu nie jest dokładnie znany, ale orficcy kapłani (czy raczej wieszczowie) głosili że pochodzi z gwiazd tak dalekich, o jakich istnienia ludzka świadomość nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić. Z "Liry Jasnej" i "Błyszczącego Oriona" (czyli możemy przyjąć że Orfeusz był duszą pochodzącą z jednego z tych dwóch miejsc, zapewne z Liry, ale prawdopodobnie inkarnował również w Galaktyce Oriona {być może w zniewolonym społeczeństwie ludzkim, zdominowanym przez tamtejsze Gadoidy - o czym pisałem w innym temacie - a informacja o "więzach Oriona" przetrwała również w Biblii} nim w swej duchowej podróży dotarł na Ziemię. Chrystus zaś z pewnością pochodził z TJehooba, zresztą w Japonii do dziś dnia znajduje się grób Jezusa Chrystusa, gdzie co roku odbywają się uroczystości i gdzie śliczne Japonki śpiewają niezrozumiałe dla nich słowa pieśni w języku hebrajskim, które brzmią m.in. tak: "Jestem synem TJaooba". Zresztą Chrystus wielokrotnie powtarzał że jego "Królestwo nie jest z tego świata", a przybył tu tylko po to, aby "Dać świadectwo prawdzie"). Są to (według orfików) ciała "Boskiej Oblubienicy" krążącej w harmonijnym wirze wokół "Oblubieńca" (swoją drogą nie sądzę aby ktokolwiek z niewtajemniczonych w misteria mógł cokolwiek z tego zrozumieć - ale to też nadawało "świętym ojcom" powagi i kształtowało ich autorytet). W każdym razie dla orfików Zeus był Bogiem Najwyższym (w jedności pierwiastka męskiego i żeńskiego), stworzycielem wszechrzeczy, Wielkim Demiurgiem Świata. Jego "Objawionym Słowem" był syn - Dionizos - "Duch Promienny", który "jaśnieje w siedzibach Ojca". 

Dionizos był też stworzycielem ludzi, gdyż ludzkie dusze powstały z jego ciała (które zostało rozszarpane i rozczłonkowane przez Tytanów i Tytanidy, a następnie ugotowane. Zeus za ten czyn poraził ich swymi piorunami, a serce Dionizosa ocaliła Minerwa, unosząc je ku Niebu, gdzie rozpaliło się ono z bólu do takiej czerwoności, iż zamieniło się w Słońce). Z dymu spalanego ciała Dionizosa wyłoniły się zaś ludzkie dusze, które wzbiły się ku Niebu. Zeus jednak nakazał im powrócić na Ziemię i połączyć się z ciałem Dionizosa. Tak też ludzkie dusze zostały włożone w ciało ("soma"), które były rozczłonkowanymi częściami ciała Dionizosa. Ludzie są więc częścią Dionizosa, zarówno ciała jak i dusze są jego częścią i ku niemu zmierzają, aby ostatecznie połączyć się z bogiem i odpocząć na "Empirejskich wyżynach". Ludzie są jednak zagubieni, nie znają drogi, nie wiedzą więc jak tam trafić. Są "Ciałem i Krwią" boga, więc szukają zarówno Zjednoczenia z nim, jak i siebie nawzajem, a ponieważ rozczłonkowane ciało Dionizosa posiada wiele niepasujących do siebie elementów, więc nim każda kolejna część ciała zjednoczy się z inną, jej samej odpowiadającą - minie wiele czasu (ciekawy sposób wytłumaczenia przez orfików naszej drogi przez kolejne żywota, aż do ostatecznego zjednoczenia z Bogiem). Ludzie jednak są niecierpliwi, pragną Zjednoczenia natychmiast, a ponieważ nie jest to możliwe bez Wtajemniczenia, przeto tyle jest na świecie bólu i niesprawiedliwości, bowiem człowiek z żalu za utraconą boskością, błąka się niczym pijany po nieznanym świecie w poszukiwaniu reszty dionizyjskich członków (tak naprawdę zrozumienie faktu że nie żyje się raz, jest kluczem do likwidacji co najmniej 90% wszelkiego zła i cierpienia na świecie. Żyjemy bowiem na tej łupinie orzecha całkiem zagubieni, przerażeni i niepewni jutra. Utożsamiamy ten świat jako jedyne miejsce dla nas, a co za tym idzie musimy go wykorzystać, dla własnych korzyści, bo przecież "żyje się raz", a "po mnie choćby potop". Jeśli uświadomimy sobie, że szykujemy naszą Ziemię nie tylko dla naszych potomków, ale również dla nas samych - gdy ponownie przyjdzie nam się tu narodzić - nasze myślenie zmieni się diametralnie, a z chwilą kiedy my, ludzie, wreszcie ujrzymy aurę - jaką każdy z nas posiada wokół siebie, to będzie moment całkowitego energetycznego odnowienia naszej planety i nas samych, oraz wejścia na wyższy poziom świadomości). Ludzie muszą przejść więc tysiące istnień "w bólu i miłości" nim odnajdą ostateczny spokój.

I tutaj wkraczają właśnie orficy, którzy jako "Wtajemniczeni", uznają się za "zbawców dusz", gdyż wiedzą "co jest na górze i co jest na padole". Orficcy kapłani (a warto tutaj zauważyć że głoszone przez nich nauki nie tylko że nie pokrywały się z oficjalną mitologią i religią grecką, ale wręcz przeciwnie - zupełnie ją odwracały i wręcz anulowały, stąd orfizm należy postrzegać nie jako część panteonu hellenistycznych wierzeń, ale jako coś innego, można nawet pokusić się o stwierdzenie że coś zupełnie obcego), nauczali za pomocą ksiąg (jak już na początku wspomniałem), przy czym na księgi te składały się takie (dziś już nieistniejące) dzieła orfickich kapłanów, jak choćby: "Demetriada" (poemat o Demeter - matce Bogów), "Kosmogonia" (cykl dionizyjskich pieśni), "Teogonia" (opowieści o naturze Boga, ludzi i Wszechświata), którą uzupełniała "Zasłona, czyli sieć dusz" (księga dostępna już tylko dla Wtajemniczonych w misteria), następnie: "Korybanty" (nauki na temat wydarzeń przyrodniczych dziejących się na świecie, ze szczególnym uwzględnieniem trzęsień ziemi), oraz "Księga przemian" (również niedostępna dla zwykłych ludzi, bowiem zawierająca opisy technik sporządzania odpowiednich naparów "magicznych" i leczniczych). Nauki "dla ludu" opierały się na prostych założeniach - "odpowiesz za to, co uczyniłeś za życia", jeżeli krzywdziłeś innych ludzi - bogowie skażą cię na odpowiednio ciężką pokutę (nawiązywano do kar w Tartarze, gdyż ówczesny Grek mógł sobie to wówczas łatwiej wyobrazić). Dusza jest nieśmiertelna, a cykl nieśmiertelności wymaga "wielu tunik" (czyli ciał, w które ponownie owa dusza będzie się wcielać). Nie wiadomo czy niewtajemniczonym mówiono również o wegetarianizmie, czyli nie zabijaniu zwierząt które również posiadają dusze, powstałe (tak jak ludzka z popiołów Dionizosa - choć istnieją też odniesienia że dusze zwierzęce powstały z popiołów spalonych przez Zeusa Tytanów).




Podsumowując - po śmierci dusza udaje się do Hadesu. Lecz nim tam dotrze, musi przepłynąć Styks, rzekę graniczną pomiędzy światem żywych i umarłych. Tam opłaca się przewoźnikowi za przewiezienie na drugi brzeg (wręczając mu obola - stąd też rodziny zmarłych zawsze zaopatrywały swych bliskich w obola kładąc go do trumny, gdyż bez tego dusza nie będzie mogła przedostać się na drugi brzeg i zawieszona pomiędzy życiem a śmiercią, może przypominać o swojej obecności żyjącym członkom rodziny. Orficy jednak pomijają ten moment, tak jakby samo przewiezienie przez Styks nie miało dla nich większego znaczenia). Na drugim brzegu dusza mija wielkiego psa-strażnika zwanego Cerberem, którego zadaniem jest nie wypuścić duszy z Hadesu, jak również nie wpuścić do Hadesu nikogo spośród żywych (orficy również pomijają obecność Cerbera, choć zapewne nie wykluczają jego istnienia). Następnie dusza przybywa na rozstajne drogi. Tam odbywa się sąd nad zmarłym. Sędziami jest trzech mędrców: Minos, Ajakos i Radamantys, których wyrok jest niepodważalny (występują u orfików, ale nie są eksponowani). Dusze niegodziwców, zbrodniarzy, morderców, zdrajców, oszustów i gwałcicieli, kierowane są na lewą stronę, na drogę wiodącą do Tartaru. Tam cierpią dusze wieczne męki (u orfików kary w Tartarze nie są wieczne i kończą się w zależności od rodzaju popełnionej zbrodni). Dusze ludzi którzy nie dopuścili się żadnych niegodziwości, a jednocześnie nie byli nazbyt pobożni i wiedli zwykłe życie "niewtajemniczonych", kierowane są w prawą stronę, choć zawiłą i wiodącą ku Łąkom Asfodeli - które to było szarym, piaszczystym i nieprzyjemnym miejscem. Dusze błąkały się tam bez jakiegokolwiek celu, czekając aż żywi wesprą je ofiarami i będą mogły przybrać kolejną "tunikę" (czyli ponownie narodzić się na Ziemi). Dusze ludzi niewtajemniczonych gromadziły się wokół "Jeziora Zapomnienia" (zwanym również Lete - który ocieniały białe cyprysy) i piły z niego wodę w czasie swego pobytu tam (oraz przed każdymi kolejnymi narodzinami) - wszystko po to, aby nie pamiętać poprzednich żywotów i tego co robiły w Zaświatach.

Na prawo kierowane są również dusze "Wtajemniczonych" w misteria - ci idą prosto do Erebu, gdzie wita ich Hades i Persefona. Tam dusza wypowiada formułę: "Jestem dziecięciem Ziemi i gwiaździstego Nieba, usycham z pragnienia. Dajcie mi świeżej wody, tryskającej z jeziora Mnemozyny". Jezioro Mnemozyny - to "Jezioro Pamięci" po napiciu się z którego, dusza nie traci pamięci swych poprzednich wcieleń i życia jakie wiodła na Ziemi (jednak, jak twierdzi Platon, przed kolejnymi narodzinami wszystkie dusze, bez względu na ich zasługi, muszą się napić wody z "Jeziora Niepamięci", aby otworzyć kolejny rozdział życia). Tutaj też powstaje pewien rezonans, bowiem według orfików dusze "Wtajemniczonych" nie powinny się ponownie rodzić, gdyż osiągnęły już dobrostan i trafiły na Pola Elizejskie - czyli dotarli do miejsca wiecznej szczęśliwości, słonecznego, pełnego kwiatów cudownego ogrodu - nie musiały więc już ponownie inkarnować na Ziemi. Nie musiały, ale... mogły. Jednak każde kolejne narodziny (wiązało się to również z wypiciem wody z Jeziora Lete po czym nawet Wtajemniczeni tracili pamięć o Zaświatach), były wielkim niebezpieczeństwem dla duszy, gdyż po śmierci wcale nie musiała ona ponownie trafić na Pola Elizejskie. A jeśli tak się nie stało, traciła ona możliwość przejścia dalej i znów zaplątywała się w cykl narodzin i śmierci. Jeśli zaś dusza Wtajemniczona trzykrotnie trafiła po śmierci na Pola Elizejskie, otrzymywała promocję ku Wyspom Błogosławionych. Jeśli Elizjum było miejscem wiecznej radości, to Wyspy Błogosławionych były o stokroć szczęśliwszym miejscem.

W "Państwie" jak i w "Fedonie" Platon prezentuje również opis cierpień dusz w Tartarze, w którym w zależności od popełnionych niegodziwości, dusze są albo biczowane rozpalonymi skórzanymi prętami, albo przypalane żywym ogniem, albo też zakopane po uszy w ziemię ("Zagrzebani w bagnie otrzymają karę stosowną do ich moralnego brudu, jak świnie lubujące walać się w błocie" - jak Platon pisze w "Państwie" 282d i "Fedonie" 69c). Poza tym są i inne kary, takie jak choćby: przenoszenie wody dziurawym sitkiem i napełnianie nią dziurawej beczki (ta woda ma być dla nich wodą oczyszczającą z ich grzechów, a napełnienie beczki jest warunkiem wydostania się z Tartaru). Opisy Tartaru w pismach orfickich są tak rozbudowane, że można wręcz stwierdzić że wśród Hellenów to właśnie orficy "wynaleźli piekło". Orfizm miał również wiele wspólnego z poszczególnymi bogami, najwięcej z Apollinem i Dionizosem (także z Zeusem, Hefajstosem, Posejdonem, Demeter, Persefoną, Artemidą i Herą - choć prócz Zeusa, wszyscy pozostali bogowie są tylko mniejszym lub większym dodatkiem).    



 APOLLON
NAJBARDZIEJ GRECKI - BÓG NIE GRECKI 




Apollon miał wiele twarzy. Zacząć należy jednak od stwierdzenia, że ten mega grecki bóg, który był uosobieniem prawa, porządku i harmonii - pierwotnie miał być... mściwym i zazdrosnym zabijaką! Nie był też bogiem Hellenów, a jego kult został inkorporowany do Grecji najprawdopodobniej z Fenicji (gdzie występował pod imieniem Ap Olena, lub po prostu Olena). Sprowadzony do Delf przez kapłanów uznających wpływ "doktryny zaklęcia słonecznego" (istniejącej wówczas zarówno w Egipcie jak i w Indiach - pogrążonych w swym mrocznym okresie Kali-Yuga). "Doktryna zaklęcia słonecznego" stała się jednym z elementów misteriów dionizyjskich i przeznaczona była dla elitarnego kręgu "Wtajemniczonych". Orficy mieli też swoją "Palestynę" - czyli "Ziemię Świętą" na której niegdyś miał żyć Orfeusz (syn Apollina). Ziemią tą była Rakhiwa (fenicka nazwa Tracji). Ta kraina pasterzy kóz stała się prawdziwą Mekką orfików (choć oczywiście nie w znaczeniu dosłownym - nie pielgrzymowano tam, a jedynie uznawano tę ziemię za pierwotną, z której wyszła "Boska Doktryna", którą to strzegła - np. w świątyni delfickiej- straż Tracydów, rekrutujących się spośród kapłanów pochodzących właśnie z Tracji).


STAROŻYTNA TRACJA 



Apollon był synem Zeusa i tytanki Leto. Hera, pragnąca zabić matkę w połogu, wysłała za nią w pościg wielkiego węża Pytona. Leto jednak ukryła się na wyspie Delos, gdzie powiła bliźniaki - chłopca i dziewczynkę - Apolla i Artemidę. Gdy Apollon dorastał, musiał się zmierzyć z wieloma przeciwnościami losu, jak choćby z olbrzymem Tytiosem, który napadł i próbował zgwałcić jego matkę - Apollo zabił go strzałem z łuku. Potem mordowanie weszło mu w krew i tak najpierw uśmiercił siedmiu synów Niobe (a jej siedem córek zabiła z łuku Artemida, jako kara dla matki, która ośmieliła chwalić się przed bogami swą płodnością). Potem pozbawił życia swoją oblubienicę - Koronis, która miała zdradzić go z człowiekiem. Apollo zabija również swego najlepszego przyjaciela - Hiacynta (tak więc Apollo nie był pierwotnie przykładem boga, którego atrybutami były: powaga, odpowiedzialność, godność, porządek, sprawiedliwość etc). Ostatecznie Apollon przybywa do Delf, siedziby straszliwego smoka Pytona, zabija go i... zajmuje jego miejsce. Od tej chwili Delfy stają się siedzibą apollońskiej amfiktionii, lecz aby do tego ostatecznie doszło, bóg musi przejść swoiste "oczyszczenie". Musi bowiem odpokutować za grzechy z czasów młodości i przejść "Wielką Zmianę". Odbyło się to za pomocą specjalnych rytuałów oczyszczenia (które praktykowane były przez Wtajemniczonych w świątyni delfickiej). Od tej chwili pierwotne - telludyczne moce węża Pytona - zostały podporządkowane Apollinowi, który przeszedł "Wielką Zmianę" i stał się bogiem odmienionym - bogiem sprawiedliwości i ładu moralnego (nie oznaczało to jednak końca zabijania). Na prośbę Apolla, jego syn - Asklepios (zrodzony z Koronis, z której łona Apollo wyjął dziecko gdy ją zabił), wskrzesza przyjaciela ojca - Hiacynta, lecz wkrótce potem Zeus spala Asklepiosa swymi piorunami (za naruszenie równowagi między życiem a śmiercią). Opętany rządzą zemsty, morduje Apollon Cyklopów - twórców zeusowego pioruna. Za karę, musi udać się na Ziemię i przez rok żyć jak zwykły śmiertelnik w niewoli u niejakiego Admeta - króla miasta Feraj w Tesalii.


PYTIA DELFICKA



Tak więc zamieszkał bóg w Delfach i był to jego najważniejszy ośrodek w Grecji właściwej. Stał się tam znany jako proroczy bóg, zsyłający wizję na kapłankę - zwaną pytią, która w jego imieniu miała odczytywać przyszłość. Apollon Delficki (nazywany również Pytyjskim) był więc jednym z najpopularniejszych greckich bóstw i (wraz z Dionizosem) bodajże najsławniejszym bóstwem ludowym. Ale według mitów i pism orfickich, Apollo nie przebywał cały czas w swej świątyni, lubił bowiem udawać się na daleką północ, do mitycznej krainy szczęśliwości, zwanej Hyperboreą. Były to Wyspy Błogosławione dla żyjących, kraina gdzie nie było chorób ani zmartwień, a czas płynął na tańcach, zabawie i figlach. Apollo spędzać tam miał trzy zimowe miesiące (i przez ten czas pytia delficka nie wróżyła i nie przepowiadała przyszłości). Gdy kończyła się zima, z początkiem kwietnia bóg powracał do swojego królestwa i świątynia ponownie nabierała życia, a kolejki pątników ustawiały się od bram świątyni aż do bram samej amfiktionii (a biorąc pod uwagę że świątynia była ulokowana w północnej części miasta, a bramy w południowej, przeto można sobie wyobrazić ile pracy mieli tamtejsi kapłani delficcy i jak często musiały się zmieniać pytie. Te trzy miesiące "urlopu" były dla nich z pewnością prawdziwym wybawieniem). Oczywiście świątynia działała także w czasie zimy, gdyż pod nieobecność Apolla jego miejsce zajmował inny bóg kręgu orfickiego - Dionizos.     



DIONIZOS
CZYLI "PIJ, KOPULUJ, ŻYJ i... UMIERAJ"
 



To też nie jest grecki bóg, choć w późniejszych czasach (epoce hellenistycznej i rzymskiej) był wraz z Apollinem jednym z najbardziej greckich ze wszystkich bóstw panteonu olimpijskiego. Dionizos był bogiem winnej latorośli, wina i płodności, choć koleje jego losu związały go raczej z cierpieniem, prześladowaniem i śmiercią (stąd na równi z Apollinem był popularnym bogiem wśród greckiego ludu). Nigdy nie miał przyjść na świat, gdyż zazdrosna o kochanki swego męża Hera, stała się również wrogiem wszystkich jego dzieci zrodzonych z innymi boginiami, tytankami lub śmiertelniczkami. Tropiła ich wszędzie, a nie mogąc osobiście wyrządzić im krzywdy, mordowała ich matki, jak choćby ową Semele - córkę króla Teb - Kadmosa, którą to uwiódł Zeus i która zaszła z nim w ciążę. Hera objawiła się Semele i namówiła ją, by poprosiła Zeusa o ukazanie się jej w jego boskim majestacie. Naiwna dziewczyna, nie przeczuwając podstępu, poprosiła o to Zeusa, niepomna iż tym samym wydała na siebie i swoje dziecię wyrok śmierci. Gdy Zeus to uczynił, zmienił się w rażące dokoła pioruny, które ją uśmierciły. Poroniła, lecz Zeus wyjął martwe dziecię z jej łona i wszył sobie w udo (przez co przywrócił mu życie). Z tego uda narodził się właśnie Dionizos, który początkowo (poprzez knowania Hery) nie był uważany za boga i nie mógł wejść na Olimp. Doświadczał upokorzenia i wielu cierpień, otoczył się więc dzikimi i oddanymi mu kompanami, z którymi oddawał się ucztom pełnym wina, na które to sprowadzano "kobiety morza" (również zasilające dionizyjski orszak). Porem Hestia zlitowała się nad ciężką dolą Dionizosa i zrezygnowała ze swego miejsca na Olimpie, oddając je właśnie jemu. Odtąd mógł on oficjalnie zasiąść wśród 12 Olimpijczyków i z czasem został zaakceptowany przez innych bogów. 

Swoją drogą ciekawe dlaczego pozostali bogowie tak długo oponowali przeciwko Dionizosowi? Czyżby raziła ich jego swobodna powierzchowność? Był bogiem radości, płodności i wina (co samo przez się prowokuje do swobody i radości. Notabene przypomniał mi się dowcip, który słyszałem już jakiś czas temu: "Co najbardziej podoba ci się w kobietach?" - "U kobiet najbardziej lubię cycki" - "A wolisz blondynki czy brunetki?" - "Nie lubię jak kobiety mają włosy na cyckach" 😙). Mimo to cały czas towarzyszy mu smutek i jakieś takie fatum - zły omen. Wielokrotnie bóg ten zachowuje się tak, jakby chciał popełnić samobójstwo (np. skacze do jeziora lerneńskiego, tonie w morzu, lub ukazuje się i znika niczym duch). Przez co te jego "samobójcze" tendencje zostają przejęte do kultur misteryjnych w świątyniach tego boga. W Cheronei (gdzie była jedna z największych jego świątyń i gdzie odprawiano tajne kulty misteryjne) kobiety podczas święta Agrionia szukają boga po mieście, gdyż okazuje się że nagle zniknął ze swej świątyni i nie wiadomo gdzie przebywa ani nawet... czy żyje. Ostatecznie okazuje się że bóg schronił się wśród muz, które go ukryły. Jego "samobójcze" tendencje mają związek z kultem przyrody, a szczególnie z kłosami winnej latorośli, która (aby dała szczęście w postaci wina) musi zostać ścięta, zerwana i wyciśnięta - czyli umiera, ale umiera tak, że jednocześnie rodzi nowe życie. I tak samo jest z prześladowanym Dionizosem, który chowa się, skacze do jeziora w celu popełnienia samobójstwa, ale potem i tak się pojawia, odradza się wciąż na nowo. Jest też bogiem męskiej witalności i kobiecej płodności, a jego atrybuty (prócz bluszczu i sosny oraz kwitnącej laski, zwanej - "tyrsos", którą dzierży w dłoni) to również naprężony fallus (szczególnie popularny na wsiach, wśród rolników - któremu oddawano cześć, budując przydrożne "falliczne kapliczki"), sperma i krew (a także woda - gdyż motyw życiodajnej wody w kulcie dionizyjskim jest równie częsty, co motyw kopulacji i śmierci).

Częsty jest też motyw zstąpienia Dionizosa do piekła, czyli do Hadesu, skąd wyprowadza do świata żywych swoją zmarłą matkę - Semele (notabene, to co nie udaje się Orfeuszowi z próbą wyprowadzenia jego żony - Eurydyki z otchłani Hadesu - udaje się Dionizosowi z jego matką. Następnie wprowadza ją na Olimp, gdzie ta może pozostać). Ale mimo to Dionizos często przybywa do świata żywych z Zaświatów - Kapłani Argiwów przywołują go jako topielca z głębi morza, Plutarch zaś opisuje jego przybycie z Hadesu (gdzie towarzyszy Persefonie). Ostatecznie Dionizosa nie czeka nic dobrego - ma zostać bowiem zabity, poćwiartowany i pożarty przez tytanów (jako Dionizos Zagreus - nie było to jednak przesłanie orfickie, o którym napisałem wyżej). Tyle same mity, teraz przejdźmy już bezpośrednio do poszczególnych orfickich kultów misteryjnych, kultów pitagorejskich (również odprawianych podczas misteriów delfickich), do apollońskiej "ekstazy" (o której jeszcze nawet nie wspomniałem słowem), do wróżbiarstwa delfickiego, odprawianego przez kapłanki zwane pytiami, do pieśni ku czci Dionizosa, Apollina i Demeter, no i oczywiście ostatecznie do synkretyzmu hellenistycznego z czasów po epoce Aleksandra Macedońskiego.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...