WYŚWIETLENIA

25 października 2025

GIOVINEZZA - SEKS, ZABAWY I PRZEMOC W CIENIU PORTYKÓW RZYMSKICH CEZARÓW - Cz. I

CZYLI WŁOCHY POD RZĄDAMI 
BENITO MUSSOLINIEGO 
I PARTII FASZYSTOWSKIEJ





IL COMANDANTE 
Cz. I




Żołnierze strzegący przejścia granicznego pod Castuą wycelowali swoje karabiny w zmierzającą ku nim postać mężczyzny. Oficer dowodzący wydał komendę by byli gotowi do oddania strzału i jednocześnie zaapelował do idącego ku oddziałowi mężczyzny, aby ten się zatrzymał i zawrócił, w przeciwnym razie zostanie zastrzelony. Mężczyzna jednak zdawał się być głuchy na te wezwania, dalej zmierzając w kierunku szpaleru straży granicznej, usiłującej właśnie uniemożliwić mu dalsze przejście. Mężczyzna ubrany był w mundur podpułkownika lansjerów z Novary, na który miał narzucony gruby wojskowy płaszcz. Zbliżył się do żołnierzy - których karabiny wycelowane były prosto w niego - stanął i chwilę przyglądał się temu widokowi. Następnie szybkim ruchem odwinął poły płaszcza i niczym Cesarz Napoleon powracający z Elby, ukazał żołnierzom pierś udekorowaną medalami, po czym zwrócił się do nich w krótkich, żołnierskich słowach: "Żołnierze! Znacie mnie wszyscy, wiecie kim jestem! Żołnierze, zwracam się do was, jako wasz towarzysz broni, jak wasz druh. Wszyscy wiecie przez co przeszliśmy podczas Wielkiej Wojny, jakie wyrzeczenia i trudy musieliśmy ścierpieć. Stanęliśmy do walki w tej "łacińskiej wojnie" po stronie Francji i Wielkiej Brytanii, które jednak nas oszukały. Obiecano nam znaczne nabytki nad Adriatykiem, obiecano Zadar, obiecano wreszcie Fiume. Nie dotrzymano tych obietnic - oszukano nas. Żołnierze! Zwracam się do was jako wasz towarzysz broni, zwracam się do was w imieniu zhańbionej Italii! Jeśli wasz honor żołnierski wam na to pozwoli, to strzelajcie prosto w serce, to serce, które umiłowało Włochy ponad wszystko i które idzie naprawić jawną niesprawiedliwość wyrządzoną nam przez sojuszników" - mówiąc to, zrobił krok do przodu, potem kolejny i jeszcze jeden. Oficer strzegący przejścia granicznego pod Castuą próbował jeszcze apelować by się powstrzymał, szybko jednak zamilkł zadziwiony jego odwagą.

Niektórzy żołnierze zaczęli odkładać broń, widząc to dowódca kazał spisywać nazwiska tych, którzy odmawiają wykonania rozkazu, oskarżając ich jednocześnie o dezercję. W oddziałach doszło do buntu, żołnierze nie chcieli i nie zamierzali strzelać do sławnego bohatera wojennego, którego pierś świeciła się od medali a twarz wciąż nosiła ślady niedawnych ran. Nie wiadomo jak by się skończyła cała ta awantura, która miała miejsce dnia 11 września 1919 r. około godziny 11:00, gdyby nie jeden z samochodów pancernych, który po prostu przejechał przez szlaban graniczny, całkowicie go rozbijając. Wówczas Oddziały graniczne spod Castuy przyłączyły się do owego bohaterskiego oficera, podobnie jak nieco wcześniej pułk bersalierów i oddziały arditi, dysponował więc teraz armią w liczbie 2 500 żołnierzy (na początku wyprawy, czyli nad ranem 11 września, dowodził jedynie 196 sardyńskimi grenadierami z Ronchi). O godzinie 11:45 oddziały te wkroczyły do Fiume nad Adriatykiem, zaprowadzając tam nowe, włoskie porządki. Kim jednak był ów bohater wojenny przeciw któremu żołnierze odmówili wykonania rozkazu swego dowódcy? Był to człowiek, będący połączeniem oszałamiającego talentu literackiego, bohaterstwa (graniczącego niekiedy z brawurą), umiłowania piękna kobiecego ciała (swoim licznym kochankom nadawał specjalne pseudonimy, segregując je niczym w katalogu) i wreszcie niesamowitej pychy. Nazywał się - Gabriele d'Annunzio. Zacznijmy może od pychy, która była nieodłącznym symbolem jego działań. Nie widział w sobie żadnych, nawet najmniejszych wad, twierdząc wszem i wobec że jest ponad to. Zapytany niegdyś który z włoskich pisarzy i poetów był największym w dziejach, odparł: "Dante, Leopardi i ja. Wszyscy pozostali to gitarzyści". 

Choć nie miał w sobie cienia powściągliwości i samokrytyki, należy powiedzieć że miał rację, był bowiem diabelnie utalentowanym gościem, już w wieku szesnastu lat (urodził się w marcu 1863 r.), zadebiutował tomikiem wierszy na kanwie powieści antycznej pod nazwą "Primo vere" ("Pierwsza prawda"). Późniejsze jego dzieła również były bestsellerami (niestety, jego dorobek literacki jest prawie nieznany zarówno w Polsce, jak i w takich krajach jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania czy USA). Był też jednak próżny i szukał łatwego zarobku i spokojnego życia, bez konieczności zapracowania na nie. Miał też zabójczy wpływ na kobiety, które wręcz za nim szalały (choć nie był ani zbyt przystojny, ani też zbyt wysoki). Jego kochanki były tak liczne, że zaczął je wreszcie... katalogować. Był też sadystą i lubił chłostać lub dawać klapsy swym kochankom w łóżku i nie tylko (np. z włoską aktorką - Eleonorą Duse, urządzali trójkąty erotyczne w czasie których ona sprowadzała dla niego młode aktoreczki, z którymi potem się zabawiali w stylu S/M). Był takim typowym macho, choć jednocześnie potrafił też zachowywać się z galanterią i estymą w stosunku do płci pięknej i do końca życia nie mógł opędzić się od kobiet. Pojedynkował się też (choć raczej nie o kobiety, których miał wręcz niekiedy nadmiar) a o politykę. Nie istniał dla niego podział na "prawicę" i "lewicę", natomiast był gorącym włoskim patriotą. Często przyrównywał naturę do piękna kobiecego ciała, porównując nabrzmiałe piersi swych kochanek z Alpami, otaczającymi "umiłowaną Italię", zaś ich łona z korytami rzek takich jak Pad czy Tyber, w których "słodko jest się zanurzyć" (oczywiście nie wszystkie jego prace odnosiły się do takich skojarzeń, potrafił w każdym razie zarówno pięknie pisać o swoim kraju, o niewieściej urodzie jak i o historiach nie związanych zupełnie z seksem czy naturą, jak choćby jego wrażenia z kursów pilotażu - jakich się podjął w 1909 r. oczarowany postępującą nowoczesnością)




Największą jednak jego pasją (prócz kobiet) była polityka i wojskowość. Dziś zapewne nikt już nie pamięta, że to właśnie d'Annunzio był autorem pozdrowienia - które zrobiło niesamowitą karierę w faszystowskich Włoszech i nazistowskich Niemczech - czyli wyciągnięta ku górze, wyprostowana prawa dłoń. To właśnie on był twórcą "rzymskiego salutu" i pozdrowienia "Heil Hitler". Po raz pierwszy ów gest został przedstawiony we włoskim filmie z 1914 r. pt.: "Cabiria" - opowiadającym o wojnie Rzymu z Kartaginą, do którego scenariusz napisał (i przesłał, gdyż przebywał wówczas we Francji, jako że w 1910 r. musiał uciekać z Włoch przed wierzycielami którym był winien ogromne pieniądze, a sprzedaż jego majątku pozostawionego w Italii nie pokryła całości ciążących na nim długów) właśnie Gabriele d'Annunzio. Był zafascynowany antykiem i potęgą, jaką w tym czasie było Imperium Rzymskie (podobnie jak żyjący w XIV wieku Cola di Rienzi, który idealizował czasy starożytnego Rzymu, twierdząc że wówczas panowała prawdziwa harmonia pomiędzy władzą a ludem - lud wybierał władcę a ten panował w zgodzie i w interesie ludu - jednocześnie porównywał te swoje idealizacje z czasami sobie współczesnymi, gdy Rzym pełen był mściwych i myślących jedynie o własnym dobru oligarchach, którzy stosowali przemoc i mord dla poparcia swoich interesów - twierdził też że Bóg ukarał Włochów wewnętrznym rozbiciem i słabością, właśnie za to że stali się niegodziwi oraz marzył o zaprowadzeniu ustroju opartego o antyczne wzorce). W swej twórczości, a szczególnie w listach był bardzo antyniemiecki i uważał że Włochy powinny przyłączyć się do wojny (jaka wybuchła w sierpniu 1914 r.), właśnie po stronie "koalicji łacińskiej" czyli Francji, Wielkiej Brytanii i Rosji, przeciw Niemcom i Austro-Węgrom. Jako Włoch, czyli obywatel neutralnego w wojnie państwa, wielokrotnie objeżdżał linię frontu nad Marną i uczył się wojennego rzemiosła. Miał już wówczas 51 lat, ale umysł jego wciąż chłonął nowych doznań, szczególnie wojennych, a ciało rwało się do walki. Marzył o stworzeniu nowego Imperium Rzymskiego kosztem ziem Austro-Węgier, Czarnogóry, Albanii i Grecji. Z końcem kwietnia 1915 r. uzyskał zgodę na powrót do Italii, do której to przybył 4 maja tego roku (a 5 maja w Genui wziął udział w patriotycznej uroczystości z okazji 55-rocznicy rozpoczęcia Risorgimento Giuseppe Gabibaldiego i jego Czerwonych Koszul, którego efektem było zjednoczenie Włoch). Od razu też zaczął wygłaszać mowy, agitując za przystąpieniem Italii do wojny przeciw "germańskim barbarzyńcom" i zaangażował się w to na całego. Po wybuchu wojny zaś, pierwszy zgłaszał się do działań wymagających zarówno dużego bohaterstwa jak i sporej inteligencji.

3 sierpnia 1914 r. rząd włoski Antonio Salandry ogłosił politykę neutralności. Stało się tak po wysłaniu przez rząd Austro-Węgier do Rzymu tekstu austriackiej noty ultymatywnej, skierowanej przeciwko Serbii (z 23 lipca 1914 r.). Minister spraw zagranicznych Włoch - markiz Antonio San Giuliano był wstrząśnięty jej tekstem. Przede wszystkim dlatego, że Austro-Węgry miały omawiać z Włochami każdą ewentualną próbę zmiany status quo na Bałkanach, zgodnie z umową z 1887 r. Tego jednak Wiedeń nie uczynił (zresztą Austriacy mieli bardzo lekceważące opinie odnośnie Włoch i włoskiej armii oraz jej ewentualnej pomocy dla Państw Centralnych w czasie wojny, do której to Włochy były zobowiązane układem z maja 1882 r.). Ponieważ jednak umowa o wzajemnej pomocy militarnej z 1882 r. tworząca Trójprzymierze (Niemcy - Austro-Węgry i Włochy), realnie wygasła już w 1902 r. po zawarciu włoskiego układu o podziale terenów afrykańskich z Francją (zaś w 1908 r. było to szczególnie widoczne, gdy Włochy ostro zaprotestowały przeciwko aneksji przez Monarchię Austro-Węgierską Bośni i Hercegowiny), choć formalnie umowa ta, została przedłużona jeszcze w 1912 r. i miała obowiązywać do 1920 r. Realnie już jednak jej zapisy pozostały martwe i kierując się tymi względami minister San Giuliano ogłosił 3 sierpnia 1914 r. politykę "świętego egoizmu", która sprowadzała się mniej więcej do tego, że Włochy będą wspierać tę stronę europejskiego konfliktu, która da, lub obieca im więcej. Nie chodziło tutaj o to, że Włochy do wojny nie przystąpią w ogóle - tylko że nie zamierzają przystępować do niej od razu. Nie chcą też zrywać swych sojuszniczych zobowiązań z Berlinem i Wiedniem (markiz San Giuliano pisał do premiera Salandry jeszcze 16 sierpnia 1914 r. "Włochy nie mogą zerwać z Austrią i Niemcami, jeżeli nie będą miały pewności zwycięstwa"), jednocześnie Italia bała się potęgi brytyjskiej floty i tego, że włoskie wybrzeże jest wobec niej praktycznie bezbronne.




Celem Włoch było odzyskanie Trydentu, Tyrolu, Triestu, całej Istrii i Gorycji oraz Dalmacji by uczynić Morze Adriatyckie morzem wewnętrznym Włoch ("Mare Nostro" - "Nasze Morze"). To był jednak plan skierowany przeciwko Austro-Węgrom, ale były również przygotowywane żądania wobec Turcji (wyspy Dodekanezu, posiadłości w zachodniej i południowej Azji Mniejszej oraz na Bliskim Wschodzie), a także wobec Francji (w przypadku wystąpienia militarnego po stronie Państw Centralnych), czyli cała Korsyka, Nicea, Sabaudia, być może nawet Tulon i Marsylia). Jednak żądania skierowane w stronę Francji czy Turcji były niczym, wobec tych, jakie zamierzały zdobyć Włochy na Austro-Węgrach i to zarówno gdyby wystąpiły po ich stronie jak i przeciwko nim. Jak to miało wyglądać? Otóż w umowie z 1887 r. był zapis iż Cesarsko-Królewska Monarchia zobowiązuje się przekazać Włochom nabytki terytorialne z własnych ziem, jako zadośćuczynienie za uzyskane na Rosji zdobycze. W tym przypadku Rzymowi zależało szczególnie na Tyrolu, Trieście, Istrii i Dalmacji i od tego uzależniali przystąpienie do wojny po jednej ze stron konfliktu. Wiedeń jednak nie mógł się zgodzić na oddanie Włochom ani Tyrolu, ani Istrii o Dalmacji nawet nie wspominając. Po pierwsze Monarchia Austro-Węgierska była tyglem różnych narodów, wśród których zaczęły się odzywać dążenia do suwerenności a nawet niepodległości politycznej. Największą podporą Monarchii Habsburgów byli Niemcy, szczególnie zaś Niemcy z Austrii, Karyntii i Tyrolu. Oddanie tej ostatniej ziemi było więc niebezpieczne dla dalszej spoistości Monarchii. Po drugie - oddanie zaś Istrii i Dalmacji, zasiedlonych w dużej części przez słowiańskich Chorwatów i Słoweńców, doprowadziłoby do wewnętrznego wrzenia i uniemożliwiło skuteczne prowadzenie działań wojennych. Po trzecie wreszcie, jakiekolwiek oddanie własnego terytorium obcemu państwu byłoby potężnym uszczerbkiem na międzynarodowym autorytecie Austro-Węgier i samej monarchii Habsburgów. Dlatego też oczywistym był fakt, iż Wiedeń nie może się zgodzić na żadne włoskie żądania, nawet jeśli wynikały one z układu sojuszniczego.




Obie strony konfliktu nie zrezygnowały jednak z Włoch i na rożne sposoby starały się przekonać Rzym do opowiedzenia się po ich stronie. Dużą rolę odegrały w tym wszystkim banki. Niemiecki kapitał był bardzo silny we Włoszech przed I Wojną Światową i kontrolował zarówno Banca Commerciale Italiana z siedzibą w Mediolanie, jak i (w dużej części) Credito Italiano. Francuski kapitał zaś kontrolował fabryki wielkich pieców w Piombino i spółki tramwajowe w niektórych miastach Italii, poza tym miał spore udziały w Bancarii (bank) i i częściowo w Credito Italiano. Jednak po 1914 r. znacznie wzmogła się we Włoszech ofensywa francuskich pieniędzy i francuskiej propagandy. Włoscy katolicy na przykład byli negatywnie ustosunkowani do Francji, szczególnie po wydarzeniach roku 1905. Bowiem w grudniu tego roku francuski parlament (zdominowany przez socjalistów i radykalną lewicę) uchwalił rozdział państwa od Kościoła, a co za tym idzie wypowiedzenie konkordatu, laickość państwa (która stała się wręcz ideologią polityczną i trwa - przynajmniej oficjalnie - po dziś dzień, choć dziś już jest wypierana przez islam), oraz upaństwowienie majątku kościelnego. Spowodowało to poważne konflikty wewnętrzne w samej Francji. Pod kościołami i klasztorami toczyły się istne bitwy wiernych z policją. Do tego dochodził konflikt ze Stolicą Apostolską (trwający od lipca 1904 r. i zerwania stosunków dyplomatycznych pomiędzy Francją a Papiestwem). Ta antykościelna polityka Francji uwidoczniła się po roku 1902 i wygranych przez blok lewicowo-radykalny wyborach parlamentarnych. Premierem został wówczas były absolwent seminarium duchownego w Castres i nauczyciel katolicki, który porzucił wiarę i stał się wojującym antyklerykałem - Emil Combes (nazywany zawadiacko "ojczulkiem"). Swoje rządy rozpoczął od masowego zamykania klasztorów (które nie zostały autoryzowane zgodnie z ustawą o stowarzyszeniach z 1901 r.). To prowadziło do masowych protestów i walk ulicznych z wiernymi (szczególnie krwawe incydenty miały miejsce w Bretanii) jeszcze w 1902 r. Combes był postrzegany jako prawdziwy antyreligijny (a szczególnie antykatolicki) "sekciarz", nic więc dziwnego że włoscy katolicy byli mu przeciwni i woleli zbliżyć się do niemieckiej, katolickiej Partii Centrum (ale i na tej niwie Francuzi nie pozostawali bierni. Szybko nawiązano kontakty pomiędzy katolikami francuskimi i włoskimi i opracowano wzajemną współpracę, opartą o nauczanie Ojców Kościoła).

Również socjaliści niemieccy i francuscy rozpoczęli bój o pozyskanie socjalistów włoskich ku sobie. I na tym polu Francuzi zaczęli zyskiwać przewagę, jedynie redaktor naczelny największego we Włoszech pisma socjalistycznego - "Avanti" - Benito Mussolini początkowo sprzeciwiał się sojuszowi socjalistów włoskich z francuskimi (w swej gazecie drukował długie wstępniaki, które jednak przyciągały czytelników). Jednak w artykule z 18 października 1914 r. oficjalnie głosił już konieczność zawarcia sojuszu Włoch z Francją i Wielką Brytanią. Twierdził że socjaliści włoscy powinni nie tylko związać się z socjalistami Francji, Wielkiej Brytanii i Belgii, ale również tymi z ziem polskich, spod znaku PPS-u (po latach okazało się że do zmiany poglądów namówił Mussoliniego rząd francuski, a raczej francuskie pieniądze, jakie przywiózł ze sobą minister Jules Guesde - też socjalista), został jednak usunięty z redakcji "Avanti" i wydalony z partii socjalistycznej (kierownictwo partyjne - m.in.: Giacinto Serrati i Angelika Bałabanowa opowiadali się za neutralnością w wojnie). Ale już 15 listopada 1914 r. (zapewne za francuskie i nie tylko francuskie pieniądze, bowiem w tym czasie Mussolini był również opłacany przez genueńskich armatorów oraz przemysłowców) założył dziennik socjalistyczny "Il Popolo d'Italia", w którym już jawnie nawoływał za opowiedzeniem się w tej wojnie po stronie państw Trójporozumienia (Francja, Wielka Brytania i Rosja). I rzeczywiście, sympatia społeczeństwa włoskiego powoli, ale konsekwentnie ewoluowała z postawy neutralnej przyjaźni wobec Państw Centralnych, ku jawnemu zbliżeniu z Ententą. Włoscy narodowcy i patrioci (pod przewodnictwem Gabriele d'Annunzio i Ricciotti Garibaldiego - syna bohatera walk zjednoczeniowych z czasów Risorgimento - Giuseppe Garibaldiego, który organizował - podobnie jak ojciec 43 lata wcześniej - legion włoskich ochotników mających walczyć po stronie Francji przeciwko Niemcom), włoscy katolicy a nawet włoscy socjaliści coraz częściej zaczęli optować ku wojnie z Niemcami i Austro-Węgrami w celu odzyskania Trydentu, Istrii i Dalmacji. Propaganda aliancka (głównie francuska) była pod tym względem znacznie skuteczniejsza od niemieckiej. 

Ale wywiad niemiecki i austro-węgierski nie spał. Oto 23 stycznia 1915 r. na łamach wiedeńskiego dziennika "Neue Freie Presse" ukazał się artykuł, który ewidentnie nie był skierowany do austriackich czytelników, a do włoskiej opinii publicznej. Z tego tekstu wynikało, iż zadane w tytule pytanie: "Czy klęska Austro-Węgier i Niemiec przyniosłaby korzyść Włochom?", brzmiało zdecydowanie negatywnie. Co by się bowiem (według autora czy autorów tego tekstu) mogło stać, gdyby Państwa Centralne przegrały wojnę? Otóż ziemie Dalmacji i Istrii przejąłby żywioł słowiański, będący pod kontrolą Wielkiej Serbii, który rozpocząłby zdecydowaną walkę z żywiołem włoskim, czego (jak sugerował autor) Austro-Węgry nie czynią. Poza tym wraz z opanowaniem Galicji, całe Bałkany znalazłby się w rosyjskiej strefie wpływów, co by jednocześnie oznaczało powstanie wielkiego, słowiańskiego imperium tuż przy granicy z Włochami. Artykuł kończył się pytaniem: "Czyż w Rzymie nie widzą, że przymierze z Włochami ma znaczenie dla Austro-Węgier, ale byłoby zupełnie zbędne dla zwycięskiego caratu, który z bezwzględną energią przystąpiłby do likwidowania wpływów włoskich na wschodnim brzegu Adriatyku?" Niewiele to jednak dawało, potrzebna była jasna deklaracja rządu austro-węgierskiego aby przekonać do siebie społeczeństwo włoskie. Ale rząd w Wiedniu nie zmierzał pójść na żadne ustępstwa terytorialne względem Włoch. I tutaj do działania weszli Niemcy. Ambasada niemiecka w Wiedniu naciskała na rząd Monarchii by jednak poczyniono pewne cesje terytorialne na korzyść Włoch, gdyż wejście trzeciego dużego gracza (Bułgaria i Imperium Osmańskie nie wyczerpywały pełnego znaczenia tego określenia, leżały zresztą daleko od głównego frontu) stało się konieczne, aby zmusić Francuzów do wycofania kilku kluczowych dywizji z frontu północnego do Sabaudii i Prowansji, co umożliwiłoby zajęcie Paryża i koniec wojny. Dodatkowo działała niemiecka wielka finansjera w kręgach dworskich i niemieckie dowództwo w kręgach oficerskich Austro-Węgier




Rząd austro-węgierski czuł ciążącą na nim coraz bardziej niemiecką presję. Jednocześnie Niemcy, aby ostatecznie przełamać opór swego austro-węgierskiego sojusznika, zadeklarowali, iż za poniesione straty gotowi są oddać Monarchii - całe Dąbrowskie Zagłębie Węglowe w południowo-zachodniej części zajętych ziem polskich (tzw.: Królestwa Kongresowego). Austriacy uznali to za żart, mówiąc iż rzeczywiście Niemcy ponoszą równy udział w owej ofierze terytorialnej, oddając ziemie które... wcześniej do nich nie należały. Ostatecznie jednak 8 marca 1915 r. Rada Koronna Austro-Węgier wyraziła zgodę na przekazanie Włochom po wojnie południowego Tyrolu, w zamian za zachowanie przez Rzym neutralności. Był tylko jeden warunek tej deklaracji - umowa miała pozostać tajna i nie mogła być upubliczniona, co stało w jawnym sprzeciwie do zamierzeń włoskich. Rząd Italii bowiem pragnął natychmiast poinformować naród o odniesionym sukcesie dyplomatycznym, który i tak w rozumieniu Włochów był zaledwie początkiem tego, co zamierzali uzyskać. Oferta Wiednia była więc nie tylko wybitnie niewystarczająca, ale w rzeczywistości zamykająca jakikolwiek dalszy dialog na temat cesji pozostałych ziem. Podjęto więc rokowania z Ententą, które też toczyły się opornie (Francuzi na przykład uważali włoskie żądania za zbyt wygórowane), głównie ze względu na sprzeciw Rosji, która - jako protektorka Słowian Bałkańskich, nie godziła się na uszczuplenie władztwa Serbów na Bałkanach. Minister spraw zagranicznych Cesarstwa Rosyjskiego - Siergiej Sazonow, w rozmowie z ambasadorem Francji w Petersburgu, dnia 31 marca 1915 r., miał powiedzieć: "Pretensje Włoch są wyzwaniem rzuconym sumieniu słowiańskiemu. Niech Pan pamięta, że św. Izaak Dalmata jest jednym z największych świętych liturgii prawosławnej". Na te słowa ambasador francuski miał odpowiedzieć: "Chwyciliśmy za broń, aby ratować Serbię, gdyż zagłada Serbii oznaczałaby hegemonię mocarstw germańskich, ale nie walczymy dla realizacji chimer slawizmu. Oddanie Konstantynopola wystarczy" - tym samym stwierdzał, że w zamian za rosyjską zgodę na włączenie do Włoch ziem słowiańskich w Dalmacji i Istrii, Rosja po zwycięskiej wojnie otrzyma Konstantynopol wraz z kontrolą cieśnin. 

Tajny układ włosko-aliancki (Francja, Wielka Brytania i Rosja) podpisany został 26 kwietnia 1915 r. w Londynie. Na jego mocy Włochy miały uzyskać po wojnie zarówno Tyrol do Przełęczy Brenner, Trydent, Triest i całą Istrię, Gorycję, Gradaskę oraz Dalmację z wyspami i portem w Valonie. Poza tym wyspy Dodekanezu (południowo-wschodni rejon Morza Egejskiego) i kontrolę nad Adalią w Azji Mniejszej (w razie powojennego podziału terytorialnego Imperium Osmańskiego). Politycznie Włochy zyskały wiec bardzo wiele, więcej niż mogłyby uzyskać nie tylko od Państw Centralnych, ale nawet własnym wysiłkiem zbrojnym. Dodatkowo Rzym otrzymywał pożyczkę wojenną w wysokości 50 milionów funtów na modernizację armii, w zamian za co Włochy miały wypowiedzieć wojnę Państwom Centralnym w miesiąc od zawarcia tego układu (w grę wchodziły jeszcze kwestie techniczne, związane z włoskimi obawami o konkretną ilość sił rzuconych przez Rosję na front austro-węgierski podczas kolejnej ofensywy, tak aby Wiedeń nie mógł przerzucić znacznych sił na front włoski). Sukces dyplomatyczny miał jednak gorzki posmak - układ był tajny i rząd nie mógł go przedstawić ani w parlamencie, ani włoskiej opinii publicznej. Rząd Antonio Salandry miał więc pewien problem jak przekonać do nagłej wojny własne społeczeństwo, skoro nie można ogłosić tekstu tajnego układy londyńskiego? Tym bardziej że parlament był za neutralnością. Cóż, sypnięto groszem to tu, to tam i nagle na ulicach miast włoskich zaczęły się tworzyć "spontaniczne demonstracje" nawołujące do wojny z "germańskimi barbarzyńcami". W te akcje żywo włączyli się (jak już pisałem) zarówno d'Annunzio (który chyba głównie dlatego uzyskał zgodę rządu na powrót do kraju, aby właśnie przekonać naród do wojny) oraz młodszy Garibaldi. W patriotycznych manifestacjach przywoływano czasy Risorgimento i chwalono bohaterów walk zjednoczeniowych (szczególnie Czerwone Koszule Giuseppe Garibaldiego). To spowodowało że parlament uchwalił 20 maja kredyty wojenne, a 23 maja 1915 r. Włochy wypowiedziały wojnę Austro-Węgrom. 

Ostatecznie jednak wojna ta nie zakończyła się ani dla Włochów, ani dla Rosjan tym, co im obiecywano (Włosi mogli poczuć się oszukani i działać irracjonalnie, choć jednocześnie poprzez projekcję politycznych faktów dokonanych, do czego zmierzał właśnie d'Annunzio zajmując Fiume). Dlatego też we Włoszech do władzy doszły grupy faszystowskie Benito Mussoliniego, w Rosji zaś wybuchła krwawa rewolucja i wojna domowa (stymulowana przez ruch prometejski, do którego prócz Garibaldiego należeli m.in.: Hutten-Czapski, Parvus, Dzierżyński, Piłsudski i wielu innych), która wszystko utopiła w potokach krwi (ale jednocześnie przyniosła wolność i niepodległość ciemiężonym przez Rosję narodom Europy Środkowej). Jednak nie wyprzedzajmy zbytnio faktów i prześledzmy cały proces kiełkowania ustroju faszystowskiego we Włoszech.



 
CDN.

24 października 2025

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... Cz. III

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ





III
WSPOMNIENIA WANDY SUŁKOWSKIEJ-MYŚLIWIEC
(KRZEMIENIEC)




Krzemieniec był miastem polskich Kresów i znajdował się w województwie Wołyńskim. Podobnie jak obszar Lwowski, Wileński, oczywiście Białostocki, Nowogrodzki ale też i Stanisławowski oraz Tarnopolski, Wołyń uważany był za ziemię polską i nie był traktowany jak swoista polska kolonia, jak choćby Polesie, gdzie to był rzeczywiście obszar bardzo zapóźniony, zarówno ekonomicznie jak i społecznie. Tam poziom analfabetyzmu sięgał praktycznie dziewięćdziesięciu paru procent, a ludność Polesia uważała się najczęściej za "tutejszych" i używała łamanego języka rosyjskiego i ukraińskiego. Stan ten próbował zmienić płk. Wacław Kostek-Biernacki, pełniący od września 1932 do września 1939 stanowisko wojewody poleskiego. Ten bowiem znienawidzony nawet przez zwolenników sanacji "pies Piłsudskiego" - jak o nim pogardliwie mówiono, wyznaczył sobie cel, aby "na Polesiu, gdzie 3/4 mieszkańców uważało się za tutejszych, ludzie mówili o sobie jesteśmy Polakami". Rozpoczął więc zdecydowaną walkę z korupcją, nepotyzmem, tumiwisimem, a także z regionalizmem i brakiem chęci do modernizacji całego regionu. Po pierwsze przekonywano bowiem, że nie ma pieniędzy na przeprowadzenie choćby niezbędnych melioracji terenu, po drugie sprzeciwiało się temu Wojsko, uważając że liczne poleskie błota stanowią doskonałą przeszkodę dla ewentualnego ataku Związku Sowieckiego, po trzecie sprawę też utrudniała wszechpanująca korupcja. Jednak dla Kostka -Biernackiego najważniejsze były dwie sprawy, po pierwsze walka z komunistami - czyli z Komunistyczną Partią Zachodniej Białorusi - a po drugie rozwój i modernizacja powierzonego mu regionu. Jednocześnie wszelki rozwój zamierzał on powiązać z polskością, będącą zarówno gwarancją nowoczesności, jak i gwarantem skoku cywilizacyjnego dla miejscowej ludności. Wprowadził więc wojskowy dryl do administracji, umniejszając tym samym uprawnienia starostów (w swych rozporządzeniach określał nawet co powinno znajdować się na biurku urzędnika i jak on powinien siedzieć gdy przyjmował petenta). Urzędnicy mieli też odznaczać się wzorową postawą obywatelską i prywatną. Wielu zasiedziałym urzędnikom bardzo się te zmiany nie podobały, ale nie mieli innego wyjścia jak tylko się podporządkować.

Polesie było bowiem nazywane polskim Madagaskarem i tak też było traktowane, gdy mieszczuchy z Warszawy, Wilna, Lwowa, Poznania czy Krakowa przyjeżdżały tutaj niczym do Afryki na prawdziwe safari. Organizowano wypady (często wielodniowe) na poleskie błota, zaopatrując się zarówno w broń palną (na polowania) jak i rozbijając namioty i delektując się prawdziwym miejscem oderwanym od cywilizacji. Dróg bitych na Polesiu praktycznie nie było (najlepiej więc można było w wiele miejsc dojechać albo konno, albo pieszo) co też stanowiło nie lada przygodę dla oderwanych od miejskiego życia i rzuconych w "afrykańską sawannę" miłośników przygód. Kostek-Biernacki pragnął to wszystko zmienić i uczynić z Polesia symbol polskości Kresów na równi z Wileńszczyzną i Galicją Wschodnią. Do polskości "tutejszych" pragnął przekonać nie tylko budową nowych dróg i nauką czytania dla dzieci w nowych szkołach elementarnych (gdzie podstawą miało być kształtowanie postaw patriotycznych, od małego więc uczono dzieci wiersza: "Kto ty jesteś? Polak mały..."), ale również poprzez religię, zdając sobie doskonale sprawę że ogromna większość mieszkańców Polesia to prawosławni, zamierzał więc stworzyć polską Cerkiew prawosławną (taką jaka powstała chociażby w Rumunii czy w Jugosławii), która by była całkowicie oderwana od Cerkwi moskiewskiej, a tym samym służyła stworzeniu oddanych polskich patriotów narodowości ruskiej i wyznania prawosławnego. Nakazał więc aby w cerkwiach uczono tylko w języku polskim i aby dzieci uczono od razu zapisywania liter w alfabecie łacińskim, a nie ruskim, oraz by fonetycznie wymawiano imiona po polsku, a nie po rosyjsku czy ukraińsku. Z tego względu popadł w konflikt z metropolitą Cerkwi prawosławnej - Dionizym. Nie miał też Kostek-Biernacki dobrych stosunków z lokalnymi polskimi ziemianami - którym nie ufał (uważał bowiem że ta grupa społeczna nie ma żadnego interesu w unowocześnieniu Polesia, natomiast stan zastały jest jej jak najbardziej na rękę). Wolał zamiast nich oprzeć się na lokalnej ludności, którą zamierzał "przekształcić" (właściwe byłoby stwierdzenie uformować) w Polaków i często najbiedniejszych brał w obronę, a przez nich uznawany był za "dobrego pana wojewody". Jeśli bowiem ubodzy mieszkańcy Polesia złamali chociażby zakaz połowu ryb w wyznaczonych okresach, motywując to właśnie swym ubóstwem i głodem, nakazywał odstąpić od wymierzania kary, natomiast za te same przewinienia, w tym samym okresie szlachtę, która złamała ów przepis karał bezlitośnie.




Kostek Biernacki polecił również aby w każdym urzędzie przeznaczono jedną izbę na miejsce, gdzie zmęczeni mieszkańcy mogliby odpocząć i zregenerować siły (było to związane z tym, że drogi były w bardzo kiepskim stanie a dróg bitych praktycznie nie było, dlatego też żeby załatwić jakąś sprawę urzędową, to mieszkańcy różnych obszarów Polesia musieli na to przeznaczyć co najmniej jeden, a często kilka dni). Nakazał również urzędnikom aby do petentów odnosili się z szacunkiem i godnością, bez względu na ich społeczne pochodzenie i aby do nich mówili zawsze po polsku, nawet jeśli ta druga osoba odpowiadała w innym języku ze względu na nieznajomość języka polskiego (i tutaj wtrącę małą prywatę, biorąc pod uwagę działalność Kostka Biernackiego i jego metody, muszę przyznać że odpowiadają one praktycznie w 100 % temu, co ja sam uznałbym za stosowne w tamtym czasie i tak samo też bym postępował. Modernizacja idąca w parze z polonizacją, a jednocześnie trwałe związanie regionu z odrodzoną Rzeczpospolitą). Jednocześnie Biernacki był wrogiem wszelkiego znęcania się nad zwierzętami i pod tym względem również karał nawet swych protegowanych, a często dokonywał inspekcji. Przebrany w strój zwykłego chłopa przemierzał różne wioski Polesia i przyglądał się stosunkowi do zwierząt, oraz rozmawiając z ludźmi pytał się o ich potrzeby i bolączki lokalnych mieszkańców. Co ciekawe prasa rozpisywała się o tych jego eskapadach i często można było przeczytać zarówno w "Nowym Kurierze" jak i w "Gazecie Poleskiej" informacje o dokonanych przez wojewodę Kostka-Biernackiego nowych inspekcjach (oczywiście przeprowadzanych incognito). I nawet niechętny mu Stanisław Cat Mackiewicz napisał o nim w swoich "Personaliach: "Jako wojewoda Kostek-Biernacki był człowiekiem szczerym i tę zaletę szczerości bezwzględnej podnieśli wszyscy, którzy mieli z nim do czynienia". Po Wojnie pułkownik Kostek-Biernacki powrócił do Polski rządzonej wówczas już przez komunistów, których tak przez lata zwalczał. Wkrótce potem został aresztowany i przebywał w ciężkich warunkach w więzieniu na Mokotowie z wyrokiem kary śmierci, zamienionym na 10 lat pozbawienia wolności. Z więzienia wyszedł w 1955 r. Zmarł zaś dwa lata później w wieku 72 lat.

Natomiast Wołyń od początku był uważany za ostoję polskości i tak też był traktowany. Oczywiście tutaj też było wiele pracy do zrobienia żeby ziemię tę przywrócić Polsce, gdyż nie miano tu żadnych doświadczeń, takich jak choćby z Kongresówki (w czasie I Wojny Światowej powstała przecież polska administracja), w Galicji, czy na Wileńszczyźnie i we Lwowie. Całą administrację w latach 1920-1924 trzeba było zbudować tutaj od nowa, od zera, od podstaw, a nie było to wcale proste zadanie, biorąc pod uwagę eksplorację tego terenu przez komunistów, Sowietów i wszelkiego typu bandytów. Jednak po roku 1930 Wołyń był już polską ziemią i niczym nie odstępował od Wileńszczyzny, czy ziemi Lwowskiej. W kawiarniach, bibliotekach i wszelkich innych ośrodkach społeczno-kulturalnych i masowych Łucka, Kowela, czy Włodzimierza - czytano polskie gazety, delektowano się polską muzyką, słuchano Polskiego Radia, a Wołyń był uważany za ziemię po 150 latach niewoli wreszcie przywróconą Macierzy. W Krzemieńcu (mieście leżącym w południowej części Wołynia) mieszkała Wanda Sułkowska-Myśliwiec, która pozostawiła takie oto wspomnienia z lat 1939-1940:





Krzemieniec w okresie II wojny zmienił całkowicie swoje oblicze. Wrzesień minął bez nauki, ale był pełen wrażeń, szczególnie dla młodzieży. Przez Krzemieniec przejechały wszystkie ambasady, jakie były w tym czasie w Warszawie oraz różne instytucje rządowe, wielu ludzi i cała masa uciekinierów. Dzieci i młodzież nie zdawały sobie jeszcze sprawy, że to już jest wojna i że niesie ona śmierć i cierpienie. Ja wraz z grupą koleżanek i kolegów biegałam po ulicach wypatrując samochodów. W rękach trzymałam mały atlas polityczny - nie każdy taki atlas posiadał. Była w nim tablica z flagami wszystkich państw świata. Samochody, którymi jeździli ambasadorzy miały na przedzie maleńkie flagi państwowe. Czułam się ważna, gdyż wszyscy dopytywali się mnie z jakiego państwa jest ambasada. Ja szybko wyszukiwałam w atlasie flagę i wszystko stawało się jasne. Była to nie tylko rozrywka, ale również nauka geografii, gdyż następowała dalsza dyskusja na temat danego państwa. Niestety, zakończyło się to bardzo szybko - zaraz po pierwszym nalocie niemieckich samolotów. Któregoś dnia nadleciały samoloty i w kilka minut zrzuciły bomby i dokonały ostrzału ludzi. Nikt nie był do tego przygotowany. Szkody były wielkie, a najwięcej zabitych i rannych było wśród ludności zgromadzonej na targowisku i ul. Szerokiej.

Od tej chwili rozpoczęły się alarmy lotnicze. Alarmy były częste i wywoływały przerażenie ale na szczęście samolotów już więcej nie było. Na naszym podwórzu zbudowano schron przeciwlotniczy. Ponieważ dom mieścił się naprzeciw Starostwa przy ul. Kościelnej wszyscy interesanci biegli do niego w czasie nalotu. Były tam schody wejściowe, ale również otwory wywietrznikowe. W czasie alarmu każdy spieszył się, ażeby jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Któregoś dnia ambasador szwedzki tak się pospieszył, że skoczył przez otwór wywietrznikowy i złamał sobie nogę. Widziałam również jak Japończykowi, który przypalał od mojej siostry papierosa tak trzęsły się ręce, że miał trudności z przypaleniem. Dziwne, bo ja z ciekawością rozglądałam się dookoła nie odczuwając żadnego strachu. Widocznie czułam się bezpiecznie i nie miałam jeszcze świadomości co to jest wojna? Po paru dniach wszystkie ambasady wyjeżdżały do Rumunii.

Tatuś zdecydował, abyśmy pojechali do pp. Kurzejów do Podhajec. Chodziło o p. Podosowską, która przyjechała do nas z małym dzieckiem aż z Sosnowca uciekając przed wojną. Gdy nareszcie po godzinie oczekiwania wjechaliśmy w ul. Szeroką to przed nami jechał już cały sznur samochodów, a gdy obejrzałam się - nie widać było końca tych pojazdów. Gdy dojeżdżaliśmy do Wiśniowca tylko nasz samochód wyłamał się i zjechał w lewo. Pozostali jechali drogą prowadzącą na Rumunię. Właściwie to nie rozumiałam dlaczego tak wielu ludzi ucieka z ojczyzny i z własnego domu. A kto będzie walczył w jej obronie? Uważałam wówczas, że w domu jest najbezpieczniej. A u pp. Kurzejów czułam się jak we własnym domu. Jeździliśmy tam z bratem prawie każdego roku na wakacje na całe dwa miesiące. To były zawsze wspaniałe wakacje. U pp. Kurzejów było już kilka osób - uciekinierów wojennych, nawet jacyś państwo samochodem. Wieczorem przy stole prowadzono dyskusje na temat obecnej sytuacji, ale było to jedynie takie sobie gadanie bo nikt nie wiedział co dalej może nastąpić. Tego, co się stało nikt nie przewidział.

Stało się to 17 września. Sowieci przekroczyli nasze granice. Wszyscy byli zaskoczeni i oburzeni - jak oni mogli to zrobić? Tatuś przysłał po nas samochód i wszyscy wróciliśmy znów do Krzemieńca. W naszym mieszkaniu było ciasno, pełno obcych ludzi. Ludzi, których trzeba było przygarnąć, nakarmić i dać jakiś kąt. Oni zostali zmuszeni do opuszczenia swoich domów. W sklepach wykupywano wszystko co się dało, a po chleb musiałam codziennie stać kilka godzin w kolejce.

Muszę zaznaczyć, że takiego wojska jakie mieli Sowieci to nikt nie widział. Rozpacz było patrzeć na tę zbieraninę. Żołnierz wysoki miał szynel do kolan, a temu małemu szynel plątał się do kostek. Żaden z nich nie miał butów ze skóry tylko jakieś szmaciane. A karabiny wisiały na przeróżnych sznurkach. Natomiast na głowach okropnie śmieszyły wszystkich materiałowe czapki ze szpicem na środku głowy. Dowcipnisie dogadywali, że ten szpic jest potrzebny wszom, które zbiegają się tam na miting.




Niedaleko Krzemieńca w Białokrynicy mieścił się 12 Pułk Ułanów. Był to wspaniały pułk. Podziwialiśmy dobrych żołnierzy w czasie każdego święta - 3 Maja czy 11 Listopada. Wszystkie defilady były nadzwyczajne. Na żołnierzach mundury lśniły - nie tylko buty, ale nawet guziki. Dlatego mieszkańcy naszego miasta byli przyzwyczajeni do innego widoku wojska. Co za ironia losu - tacy szmatławce wstąpili w nasze granice, zagarnęli nasze ziemie i jeszcze zaczęli panoszyć się i rządzić jak szare gęsi. Nawet ci ważni enkawudziści niezbyt dobrze wyglądali, nosili płócienne buty z cholewami i wystrzępione szynele. No i zarządzili, że młodzież ma iść do szkół. - No cóż, poszliśmy.

W naszym gimnazjum w Liceum Krzemienieckim rano uczęszczała młodzież ukraińska, a młodzież polska uczyła się od godziny 15-ej. Zbieraliśmy się w klasach przed dzwonkiem. Najpierw wyciągaliśmy zza pieca nasze obrazy powrzucane tam przez Ukraińców. Wieszaliśmy w pośpiechu głównie obrazy święte. Następnie odmawialiśmy modlitwę, gdyż profesorowie ażeby uniknąć modlitwy - spóźniali się na pierwszą lekcję. Pamiętam, że tylko profesor matematyki p. Kac pytał nas czy odmawialiśmy już modlitwę i o ile nie, pozwalał nam pomodlić się. Poza tym często zmieniali się profesorowie, jak i często przenoszono nas z jednej klasy do drugiej. Trudno było się uczyć. Na koniec zniknęły wszystkie obrazy, a powieszono parę jakichś okropnych bohomazów.

Szybko ściemniało się, więc zapalano światło. To światło prowokowało chłopaków do robienia głupich kawałów. Polegało to na gaszeniu nagle światła, ale wtedy inni szybko zapalali i powstawało miganie. Nie wszyscy wiedzieli o tym, że naprzeciwko gimnazjum na ul. Słowackiego mieściło się NKWD. Krzemieniec był położony w jarze, a wokół były góry. Podejrzliwi enkawudziści uważali, że te błyski świateł są nadawanymi sygnałami dla partyzantów, którzy ukrywają się w górach. Chłopcy nasi nie myśleli lub nie wiedzieli nic o partyzantach. Kilka razy w tygodniu zjawiali się w naszym gimnazjum ludzie z NKWD do dyrektora. Nieraz nawet zabierano go na jakieś na pewno przykre rozmowy. Dyrektor niejednokrotnie upominał uczniów, aby zaprzestali kawałów ze światłem i niszczeniem nowych obrazów. Niestety trudno było ujarzmić młodą zbieraninę rozmaitych chłopaków, szczególnie teraz kiedy to nie wszyscy byli dawnymi wychowankami licealnymi. Zakazane zawsze podnieca i prowokuje. Dlatego gaszenie świateł nie ustawało i również powtarzały się wizyty ważniaków z NKWD. Wciąż wymyślali nowe pretensje do biednego dyrektora. Dyrektor był szarpany, przesłuchiwany, aż jego słabe serce nie wytrzymało tego wszystkiego. Zakończyło się to śmiercią dyrektora. Jego pogrzeb w grudniu 1939 roku pamięta cała młodzież krzemieniecka, gdyż była to wielka manifestacja młodzieży. To wszystko zaważyło na losie naszego gimnazjum - rozwiązano je.

Ja opisuję to, co widziałam i słyszałam z pozycji uczennicy I klasy gimnazjum - miałam wtedy 14 lat. Po świętach Bożego Narodzenia wszystko się zmieniło, musieliśmy chodzić do starego budynku dawnego gimnazjum samorządowego. Nasza obecna szkoła nazywała się Polska Średnia Szkoła nr 2, a dyrektorem mianowano niejakiego Pińczuka, dawnego więźnia Berezy Kartuskiej. Pińczuk był dla nas wstrętny, nawet powierzchownie niesympatyczny - mały, łysy, a na głowie miał dużego guza. Kiedy on odezwał się do młodzieży to nie była przemowa tylko wrzask, który kończył się dziwnymi wyzwiskami od jakichś "melonów". Nasza młodzież nie była przyzwyczajona do takiego traktowania. Ja w tym czasie przyjaźniłam się z Olgą Puławską. Obie nie przejmowałyśmy się już wcale nauką, gdyż trudno było nagle zrozumieć, że w polskiej szkole musimy się uczyć rosyjskiego i ukraińskiego. Nauczyciel, który uczył nas ukraińskiego mówił do nas tylko po ukraińsku, a myśmy ani "be" ani "me" - taka to była nauka. Uciekałyśmy z Olgą z niektórych lekcji - chowając się w szatni, ale to też było niebezpieczne, gdyż podejrzliwy dyrektor sam przeszukiwał szatnie. Jakoś nigdy nas nie złapał - udawało się. Pińczuk dziwnie traktował uczniów, jakbyśmy byli więźniami. W czasie przerw drzwi na podwórze były pozamykane na klucz. Woźna twierdziła, że klucz ma tylko dyrektor. Na dużej przerwie dawano nam kubek czarnej kawy i kromkę czarnego chleba. Przy każdej okazji Pińczuk zaznaczał, że te śniadania on wywalczył dla nas w "Oświtie". Często wpadał też do klasy w czasie lekcji i wypytywał nauczyciela, których uczni brakuje. Następnie notował ich nazwiska w swoim czarnym notesie. Lekcje stawały się coraz bardziej męczące i dlatego obie z Olgą byłyśmy tak bardzo zniechęcone do nauki. Często w ogóle nie chodziłyśmy do tej okropnej szkoły.

Olga mieszkała w willi senatora Puławskiego - był to jej stryj. Mieszkali tam zajmując tylko dwa pokoje i kuchnię, reszta była zarekwirowana. Siedziałyśmy w kuchni, bo było cieplej, grałyśmy w karty zajadając jabłka - szare renety, które można było jeszcze kupić i to płacąc drogo jak za jakieś rarytasy. W naszym domu było zimno, gdyż zima tego roku była wyjątkowo ciężka. Tatuś często chorował na bronchit, był w ogóle słabego zdrowia, a nerwy miał bardzo zszarpane. Podjął pracę w nowo odkrytej kopalni torfu. Sowieci byli dumni z tego, że to oni odkryli tę kopalnię. Ojciec znał dobrze język rosyjski i buchalterię, więc pracował w biurze, a mój brat Czesław wraz z Wackiem Malczewskim pracowali fizycznie przy wydobyciu. Paliliśmy w piecach tylko torfem, który fatalnie się palił - dymił i okropnie śmierdział, ale nie było innego opału. Część naszego mieszkania zarekwirowano, więc musieliśmy niektóre meble powynosić do komórki, porozdawać a resztę ścieśnić. Niektórzy nasi goście musieli się wyprowadzić. Janka jednak nadal przyprowadzała różnych swoich znajomych, którym dawała ubrania i żywność. Często jeździła też do Dubna i Równego. Przywoziła stamtąd jakieś ulotki w mydle - raz widziałam jak je wyjmowała.

Któregoś dnia przyszedł do nas profesor Stanisław Szczepański - mój ówczesny wychowawca klasy. Dziwił się, że nie chodzę do szkoły i prosił, ażebym przychodziła. Tłumaczył mi jak bardzo ważna jest nauka dla młodzieży. Wyczuwałam, że przysłał go dyrektor Pińczuk i dlatego obiecałam, że przyjdę. Żal mi było profesora Szczepańskiego, gdyż był to bardzo dobry i łagodny człowiek. Obiecałam, więc wróciłam do szkoły. Już na pierwszej lekcji Pińczuk wezwał mnie do gabinetu i od razu zaczął krzyczeć a nawet ryczeć, że jestem "melonem", "balonem", i po prostu nieukiem. Byłam w pierwszej chwili gotowa się rozpłakać, bo nigdy nikt na mnie tak nie krzyczał. Jednak opanowałam się i ogarnęła mnie złość, stałam się zła i w duchu życzyłam mu "nagłej i niespodziewanej śmierci". Od tego czasu siedziałam z Hanką Kiczyńską - znałam ją od pierwszej klasy. Była ona sierotą i mieszkała kiedyś w internacie licealnym, ale w tym czasie w internatach mieszkała tylko młodzież ukraińska. Hanka zamieszkała więc z bratem u Romka Oleksego - ich przyrodniego brata. Rozdano nam świadectwa przed Świętami Wielkanocnymi. Nie zachowało się - nie było czym się chwalić. Pełno dwój z ukraińskiego, rosyjskiego i tak dalej. Natomiast zachował się mój "Ućnivskij Kvitok nr 361" czyli uczniowska legitymacja.

Nadeszły Święta Wielkanocne roku 1940 i nastąpiły straszne wydarzenia dla naszej rodziny, jak i również dla innych Polaków. W Wielki Piątek zjawili się w nocy - oficer NKWD z jakimiś dwoma tajniakami. Najpierw przeprowadzali rewizję szukając broni, potem podali ojcu nakaz aresztowania. Tatuś był ledwo żywy, gdyż miał ropne zapalenie ucha. Byłam przerażona tymi wydarzeniami. Przepłakałam resztę nocy, aż dostałam gorączki i rozchorowałam się. Całą sobotę leżałam i brałam jakieś tabletki, ale w Wielką Niedzielę poszłam do kościoła. Gdy wróciłam w południe znów zjawił się ten sam oficer NKWD. Pytał o Jankę i zaraz podał jej nakaz aresztowania, a mnie zabrał jako świadka do przeprowadzenia rewizji w rzeczach Janki. Zapamiętałam, że nazwisko oficera brzmiało Truchun. Wszystkich zgromadził w jednym pokoju i zostawił tam żołnierza z karabinem. Pierwsze co zabrał do swojej teczki to była śliczna fotografia Janki, która stała w ramce przy jej łóżku. Następnie przerzucali wszystkie jej rzeczy, książki, walizki, łóżko w poszukiwaniu broni i nie wiadomo jeszcze czego. Nad tapczanem wisiał ozdobny malowany bukłak na wodę. Okazało się, że w tym bukłaku coś szeleściło - coś tam było. Usiłowali to "coś" wyjąć, ale bukłak był okrągły i szeroki, a szyjka wylotowa wąska i to "coś" nie chciało samo wylecieć. Cywil tylko tym się zajmował, potrząsał bukłakiem i stawał się coraz bardziej wściekły, a to "coś" uparcie siedziało i nic. Potem oficer oświadczył, że idą obaj po samochód, a sołdat z karabinem ma nas pilnować. W tym czasie wróciła Mama z Cześkiem, byli w gmachu NKWD na Wiśniowieckiej rogatce, zanieśli ojcu paczkę i usiłowali dowiedzieć się coś o jego losach. Mama zobaczyła co się dzieje w naszym domu, że sołdat pilnuje nas z karabinem i dowiedziała się, że Janka jest aresztowana, okropnie się zdenerwowała. Janka starała się Mamę uspokoić i podała jej krople. Ale Mama po rosyjsku przeklinała Sowietów. Wtedy stała się rzecz dziwna, bo ruski sołdat - młody jeszcze chłopak, rozpłakał się i tłumaczył Mamie, że on jest tylko poborowym i powiedzieli mu, że idzie na wojnę, on nie chce prześladować cywilnych ludzi. Mama wzruszyła się tym, dała mu ciasto, a ja nalałam mu herbaty. Żołnierz usiadł sobie przy stole i chętnie zajadał. Co też się działo, kiedy wrócił oficer i zobaczył stojący karabin w kącie i sołdata przy stole. Wściekle zaczął rugać żołnierza a ten zameldował się i prosił o wysłanie go na front. Co dalej się działo nie wiem, gdyż ściskałam mocno Jankę, a ona wówczas szepnęła mi do ucha, ażebym natychmiast zdjęła z pieca mydło. Gdy wszyscy obcy wyszli, ze zgrozą zobaczyłam, że mydło pękło i ulotki wystają z niego całym pękiem. Zostało to natychmiast zdjęte, a ulotki Czesław wrzucił do piecyka żelaznego. On również wyjął drutem ten nieszczęsny list z bukłaka.

 Zakończeniem naszej tragedii była noc 13 kwietnia, kiedy przyszli nocą po całą naszą rodzinę. Było dwóch cywilów - jeden Żyd, a drugi Ukrainiec. Przyprowadzili sowieckiego sołdata z karabinem i kazali nam się pakować. Przeraziłam się - Boże, dlaczego wypędzają nas z naszego domu? Co będzie z nami? Stałam otępiała i nie wiedziałam co pakować. Mama również straciła głowę, płakała. Jedyną osobą opanowaną był Czesiek. On wszystko pakował do walizek, doradzał Mamie co tam wkładać. On wiązał bieliznę i pościel w tobołki. Poza tym przyniósł worki i mnie też kazał wkładać do nich odzież. Utrudniał mu bardzo sołdat z karabinem, który chodził za nim co krok. Nie pozwolił mu zabrać siekiery - widocznie bał się, że Czesiek ma ukrytą broń. Natomiast za mną biegał mój ukochany kot "Żbik". Pytałam Mamę co będzie z kotem, bo przecież nie możemy go zabrać ze sobą. Mama po prostu nie wiedziała, nie miała głowy. Sołdat w pewnej chwili powiedział do Cześka, że musimy komuś przekazać klucze od mieszkania. Ale komu? - Mama wtedy zadecydowała, że jedynie w tej chwili nie są wywożeni chyba biedni Żydzi i podała adres znajomego krawca - niejakiego Abrama Baraczina. Sołdat wysłał po niego tajniaka. Gdy przyszli Mama prosiła Baraczina, ażeby wziął klucze od naszego mieszkania i żeby niektóre rzeczy przekazał naszym krewnym, o ile oni pozostaną w Krzemieńcu. Ja zaraz zwróciłam się z prośbą, ażeby p. Baraczin zaopiekował się moim kotem. Furmanka chłopska już zajechała, więc musieliśmy przy pomocy tajniaków wszystkie rzeczy ładować i odjeżdżać.

Kiedy jechaliśmy przez Krzemieniec na stację ledwo świtało. Patrzyłam na zamglony Krzemieniec. Smutny był to widok - ulice zawalone kupami brudnego śniegu. Na ulicy Korzeniowskiego obejrzałam się na naszą szkołę. Liceum Krzemienieckie z kościołem pośrodku stało okryte we mgle jakby było zapłakane. Nie wiedziałam, że ten widok pozostanie na zawsze w moich oczach, jako ostatni pożegnalny obraz. Nagle błysk myśli: Och, Boże - przecież tak niedawno biegałam po tych ulicach z "Małym Atlasem" w ręku - a teraz, gdzie on jest, zapomniałam go zabrać - no bo i po cóż mi on "tam?" Po plecach przebiegły mi dreszcze, instynktownie przytuliłam się do Mamy, a ona do mnie, byłyśmy takie osamotnione i zagubione. Nagle usłyszałyśmy jakieś krzyki: - "Dawaj po wagonam!" To już była stacja i musieliśmy swoje rzeczy ładować do wagonu, poganiani przez sołdatów. "Bystrej, bystrej!" Po załadowaniu przysiadłyśmy na górnej półce przy oknie. Potem odjechaliśmy. Droga była długa i uciążliwa, wprost straszna. A ja przez zakratowane okienka bydlęcego wagonu patrzyłam na tę obcą ziemię ze ściśniętym sercem. - Boże, gdzie nas wiozą, gdzie? Te myśli nie opuszczały mnie przez całą drogę.






STYCZEŃ 1939


"Koniec roku upłynął w męczącej świadomości, że nic właściwie nie zostało istotnie załatwione, a przyszłość niepewna zmusza do największej czujności i uwagi" - słowa te, pod datą 1 stycznia 1939 r. zanotował w swoim pamiętniku minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej płk. Józef Beck. Boże Narodzenie, sylwestra i Nowy Rok spędził on wówczas wraz z małżonką w Monte Carlo, ale jak widać po owym wpisie, niepewny był co do przyszłości.

"Nadchodzi rok nieistnienia. Nadchodzi straszne bezkwiecie. W tym roku wszystkie dziewczęta wyginą niby motyle. Ja pierwsza blednę samochcąc i umrzeć muszę za chwilę i już umieram - o, spojrzyj i już mnie nie ma na świecie" - słowa te również pod datą 1 stycznia 1939 r. zanotowała wówczas 32-letnia Romana Oszczakiewicz, otwierając ową wróżbą tomik poezji Bolesława Leśmiana pt.: "Łąka". Romana była wówczas żoną kapitana Wojska Polskiego Henryka Oszczakiewicza i mamą 7-letniej wówczas Mai.

 


Redakcja "Kuriera Warszawskiego" zamówiła u słynnego astrologa Jana Starża-Dzierzbickiego horoskop na 1939 rok, motywując ów krok stwierdzeniem, iż Starż-Dzierzbicki jako jedyny przepowiedział już w 1935 r. Anschluss Austrii. Jego przepowiednia brzmiała następująco: "Silne dysonansowe wibracje Marsa przedstawiają się na rok 1939 wyjątkowo groźnie. Furia znaku Skorpiona przy połączeniu z księżycem Marsa (promotora wszystkich wojen) osiągnie najwyższe natężenie w początkach maja i międzynarodowy konflikt będzie wisiał wtedy na włosku, (...) wojna jednak nie wybuchnie". Jak Starż-Dzierzbicki twierdził dalej: "Astrologia w niczym nie ogranicza wolnej woli człowieka, a działanie wpływów kosmicznych reprezentuje tylko pewne ogólne tendencje, które zawsze można przezwyciężyć".


"Kurier Warszawski" publikuje odpowiedź polskich pisarzy na ankietę dziennika: "Jak sobie wyobrażasz Polskę i Warszawę za 20 lat - w roku 1959?"




Wacław Grubiński pisze: "Warszawa się zmieni do tego stopnia, że kto by ją dzisiaj opuścił, po powrocie do niej w r. 1959 nie będzie mógł jej poznać. Sprawią to nowe szerokie tętnice, monumentalne gmachy, strzeliste wiadukty, klomby uliczne i skasowanie tramwajów. Rozumie się samo przez się, że kinematograf z roku 1959 będzie dawał całkowite złudzenie rzeczywistości trzywymiarowej, ale jego repertuar pod względem wartości literackiej wyświetlanych utworów nie zmieni się na jotę, ponieważ szerokie masy publiczności zawsze będą tego repertuaru pożądały".





Maria Kuncewiczowa pisze: "Za lat dwadzieścia podobno nie zostanie już ani kropli ropy w Zagłębiu Borysławskim, benzynę całkowicie zastąpi elektryczność. Dwadzieścia lat temu robotnik amerykański chwalił się przed sąsiadami rowerem i wyżymaczką, dziś ma samochód, radio, patefon i lodówkę mechaniczną. Ponieważ nasz robotnik zaledwie w tej chwili przestał się chwalić rowerem i wyżymaczką, właśnie instaluje radio, więc za dwadzieścia lat będzie miał prawdopodobnie samochód i lodówkę mechaniczną. W ciągu tego okresu może runąć teoria kwantów, kilka republik, może powstać w Warszawie salon kosmetyczny, skąd Warszawianie bez różnicy płci i wieku będą wyfruwali na słońce z młodzieńczością skowronków, z gracją ibisów".





Kornel Makuszyński pisał: "Wielkie miasto, ogromne miasto... Kamiennymi ramionami objęło już Otwock Katolicki i Piaseczno. Warszawa. Rok 1959. Dwadzieścia dziewięć milionów słuchaczów otwiera z radosnym pośpiechem aparat telewizyjny: przed złotym mikrofonem, używanym jedynie na największe uroczystości siedzi czcigodny starzec, skończenie wytworny o niezwykle ujmującej powierzchowności, rześki i rumiany. Głosem jeszcze silnym, który nic nie stracił ze swego blasku, nawołuje, żeby stolicę państwa przenieść wreszcie do ogromnego i najpiękniejszego miasta Zakopanego. Starowina bredzi rozkosznie na ten temat przez pół godziny. Wzruszeni słuchacze szepcą z rozrzewnieniem: "Ten Makuszyński przez lat dwadzieścia niczego nowego nie wymyślił. Na mózg mu się rzuciło. Literatura używa nowej pisowni. Dawną, z roku 1937 zmieniono w roku czterdziestym, zaś po latach trzech zarzucono. Obecna jest z rzędu dziewiąta. Zniosła ona te przecinki, które się dawniej stawiało przed "że", "który" i "albo" i obecnie poleca je stawiać po słówkach "że", "który" i "albo". Kropki nad "i" używa się wtedy jedynie, jeśli to "i" ma połączyć wyrazy żeńskie. Nazwy narodów i krajów pisze się wielką literą wtedy tylko, jeśli te kraje mają w Warszawie ambasadorów. W kinematografii roku 1959 dwudziesta szósta część "Znachora" cieszy się zasłużonym powodzeniem. Do kina jednak już się nie chodzi, tylko się w domu odkręca odpowiedni kurasek i puszcza się Smosarską. Słowem: w głowie się mąci na widok niebywałych wynalazków, udogodnień i praktycznych świetności. Wyliczanie ich zajęłoby całą gazetę. W dalszym ciągu jednakże wino wyrabiają z buraków i siarki, chleb z zakalca, kawę z żyta, śmietanę z mąki, masło z margaryny, a serdelki z wyścigowych rumaków".





Franciszek Ossendowski pisze: "Warszawa coraz bardziej staje się ośrodkiem Europy, że na stalowych szlakach podziemnych dworców kolejowych ubiegają się i krzyżują drogi z zachodu, południa, wschodu i północy; pociągi wyrzucają codziennie góry towarów i tłumy cudzoziemskich pasażerów, że cała wymiana pomiędzy zachodem a wschodem, północą a południem przechodzi przez Warszawę. Nad kilkoma lotniskami krążą samoloty, w dzień oświetlone promieniami słońca, w nocy - ogarnięte białymi mackami reflektorów. Na praskim brzegu Wisły, gdzie niegdyś ciągnęły się chaty, wyrosły nowe gmachy towarzystw żeglugowych, składów, chłodni, elewatorów, a białe, niebieskie i czarne kadłuby statków prują wartki prąd rzeki uregulowanej i ujętej w granicach stolicy w sztywne, kamienne wybrzeże o typie szerokiego bulwaru. Na peryferiach i w dzielnicach fabrycznych usunięte zostały beznadziejnie czarne, brudne, do śmietnisk lub kostnic podobne czynszowe kamienice robotnicze, a na ich podwalinach lśnią szybami ukwieconych okien tanie mieszkania w domach współczesnych. Wszystko się zmieniło w Warszawie, nadrzeczna fasada Zamku Królewskiego i plac przed nim z kolumną Zygmuntowską, jarzący się tysiącami ogni bulwar Gdański; wyniosły a tak długo od wzroku ludzkiego okryty pałac Ujazdowski; imponująca powagą swoją dzielnica Marszałka Piłsudskiego; rozległy teren wystawowy, panorama na Pragę z centrum miasta, poszerzone arterie śródmieścia, nowe, artystycznie zabudowane przedmieścia, ulice, place, stadiony, boiska w otoku zieleni i kwietników. Zmiany sięgnęły dalej i głębiej. Kolej podziemna usunęła na zawsze tramwaje; ruch ciężarowy odbywa się w oświetlonych i wentylowanych tunelach; twarde, gładkie jezdnie asfaltowe, zatłoczone samochodami i autobusami, wybiegają na autostrady przecinające kraj we wszystkich kierunkach i łączące stolicę ze stojącymi w zaciszu podmiejskim ogromnymi gmachami wyższych uczelni i instytucji do badań naukowych, gdzie powstała nowa dzielnica "Wiedza". Zmienił się charakter i wygląd ulic warszawskich. Zmazano z mapy stolicy Nalewki, a z nimi razem znikł obcy tłum żydowski. Nowe koleje, porty, stocznie, lotniska, fabryki, melioracja Polesia (Kostek-Biernacki ☝️), ciągła rozbudowa COP-u (takiego przedwojennego CPK), Zaolzia, Śląska, Łodzi, Białegostoku, burzenie i przekształcenie zażydzonych miast, nowe formy gospodarki rolnej, budownictwo szkolne i sanitarne, rekonstrukcja zamków w Krzemieńcu, Trembowli, Olesku, Brzeżanach, Podhorcach, Przemyślu. Umilkły spory, swary, podstępne walki, oszczerstwa i drwiny, gdyż życie i praca nabrały ciągłości i uczciwie wytkniętego celu. Umilkły wyprowadzające z równowagi głuche, niepokojące pomruki wojny, a nad Warszawą, z placu Zbawiciela, widzialny zewsząd, miłościwy i potężny, błogosławiący "urbi et robi" dłoń swoją wznosi posąg Chrystusa w majestacie królewskim".





Światopełk Karpiński pisał: "(List do przyjaciela z roku 1959):
Prosto z lotniska kazałem się zawieść szoferowi w kierunku starej Warszawy. Nie wsiadłem w metro i bardzo żałuję. Zachciało mi się choć przelotnie rzucić okiem na tę osławioną dzielnicę nowoczesną, gdzie nie ma kawiarni, a na ich miejscu są place sportowe, gdzie miast dancingów jest pełno czytelni i tylko kina powspominają czasy mojej młodości. Owszem - zewnętrznie można powiedzieć, że to nawet nieźle wygląda. Wielkie, nowoczesne bloki o ogromnych, płaskich, jak srebrne ryby oknach stoją w przyzwoitej odległości od siebie, nie tłoczą się, a liczne szkielety drzew świadczą, że latem musi tu być pełno tryskającej zieleni. Kazałem omijać szoferowi centrum miasta (Plac Unii Lubelskiej) i ulicą Marszałkowską udaliśmy się w kierunku dworca Głównego. Całe szczęście, że z tej wąskiej uliczki usunięto tramwaje już dziesięć lat temu, bo ruch samochodowy był wprost oszałamiający... Wzruszony do głębi takim dowodem rozmachu i postępu, wysiadłem na chwilę z auta i zacząłem przeglądać się wystawom sklepowym... Od czasu, jak wielkie magazyny powstały w nowej dzielnicy miasta, panorama Marszałkowskiej i Nowego Światu to witryny i neony drobnego warszawskiego kupiectwa... Nie mogłem się powstrzymać, aby nie zajechać na plac Marszałka Piłsudskiego, gdzie tyle czasu spędziłem w modnych wówczas i bardzo tu licznych kawiarniach, kuźniach plotek, snobizmu, intryg, co pomniejszych rybek świata politycznego, literackiego, teatralnego stolicy. Wchodziłem kolejno do każdej i szybko wychodziłem z uczuciem wielkiego smutku... Na poniszczonych meblach siedzieli jacyś starzy ludzie o szarzyźnie emerytów i wpatrzeni w białe żagle gazet rozpostartych tu u ich starczych nosów. Życie odpłynęło w kierunku nowoczesnych dzielnic, ci ludzie pozostali wierni miejscom swojej młodości..."


 Bardzo interesujące prognozy przyszłości Warszawy i Polski? Szkoda że... stało się inaczej 🥲


CDN.

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. III

CZYLI CO SPOWODOWAŁO
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





PLANY I MARZENIA
Cz. II





"MONARCHIA PRUSKA POZOSTANIE ZAWSZE: NIE KRAJEM, KTÓRY MA ARMIĘ, LECZ ARMIĄ, KTÓRA MA KRAJ, W KTÓRYM JAK GDYBY TYLKO KWATEROWAŁA"

major GEORG HEINRICH von BERENHORST
(XVIII wiek)



Wraz z wstąpieniem na niemiecki (i pruski) tron cesarza (i króla) Wilhelma II (15 czerwca 1888 r. ) i zdymisjonowaniem starego kanclerza - Otto von Bismarcka (20 marca 1890 r.), nadeszły czasy "Nowego kursu dla Niemiec", którego głównym autorem był właśnie nowy, młody niemiecki cesarz. Konflikt, jaki wybuchł na linii Wilhelm-Bismarck wziął się zapewne po części z kompleksów, które całe życie trapiły kajzera i które sprowadzały się do potrzeby stania się "silnym facetem" - a które to kompleksy dawały o sobie znać poprzez tromtadrackie, publiczne przemówienia Wilhelma (często zupełnie nieprzemyślane, które powodowały więcej strat i problemów dla niemieckiej dyplomacji, niż przynosiły zysków). Ale czy można się temu dziwić, skoro w owe kompleksy wtłaczała cesarza już jego własna matka, cesarzowa-małżonka Wiktoria (córka królowej Wielkiej Brytanii - Wiktorii). To przecież ona ciągle nazywała go: "małym, niemieckim chłopcem" i na każdym kroku podkreślała że jest "dumną córą Albionu", a jako kołysankę śpiewała mu pieśń: "Brytania panuje nad falami" i podkreślała że on (Wilhelm), jako "mały, niemiecki chłopiec" zapewne nigdy nie zrozumie dumy z bycia Anglikiem. Spowodowało to u Wilhelma powstanie zarówno fascynacji jak i niechęci do Wielkiej Brytanii. Podziwiał co prawda potęgę Imperium Brytyjskiego, nazywając go: "Największym Imperium w dziejach świata od czasów upadku Rzymu", to jednocześnie powtarzał: "Nigdy nie można mieć dość w sobie nienawiści dla Anglii", oraz powtarzał maksymę, parafrazując słowa Katona Starszego o Kartaginie: "Ceterum censeo Britanniam esse delendam" ("A poza tym uważam, że Brytanię należy zniszczyć"). Denerwowały go niezmiernie słowa matki, która podkreślała że brytyjska flota jest największą i najpotężniejszą flotą świata, a ona jest dumną "Angielką, wolno urodzoną Brytyjką". Powtarzała mu też że Albion jest: "najbardziej swobodny, najbardziej postępowy, zaawansowany, rozwinięty, najbogatszy", a zasiedla Brytanię: "najbardziej liberalna rasa na świecie (...) najlepiej ze wszystkich przystosowana do cywilizowania innych narodów". To wystarczyło, by w młodym chłopcu wyrobić prawdziwą fiksację na punkcje Wielkiej Brytanii, która nie opuściła do go końca życia (nawet na wygnaniu w Holandii będzie powtarzał że jest wnukiem królowej Wiktorii - władczyni Imperium nad którym nigdy nie zachodziło słońce, a jednocześnie całe życie miał pretensje do Albionu że doprowadził do klęski Niemiec w I Wojnie Światowej).

Nie był to jedyny kompleks jaki cechował Wilhelma II. Drugim była jego ułomność fizyczna i chęć jej nie tylko zakrycia, ale również pokazania że jest równie sprawny (a nawet bardziej) niż inni (stąd pragnienie bycia "silnym facetem"). Otóż Wilhelm miał niedorozwój lewej ręki (była krótsza od prawej), przez co nie mógł się nią sprawnie posługiwać. Podczas jego narodzin (27 stycznia 1859 r.), wystąpiły poważne komplikacje, a dziecko (po ciężkim porodzie) urodziło się "pozornie martwe". Nie oddychało przez pewien czas, dopiero gdy lekarz i asystujące akuszerki podjęły próby przywrócenia czynności życiowych - dziecko zaczęło płakać i normalnie oddychać. Radość była niezmierna, cieszono się bowiem zarówno z faktu, iż przywrócono dziecko do życia, jak i z tego, że narodził się chłopiec - następca tronu (z tej radości feldmarszałek Friedrich von Wrangel wybił pięścią okno, by szybciej powiadomić - zgromadzony pod murami Kronprinzenpalais - lud, iż oto narodził się: "Książę i do tego całkiem krzepki rekrut". Szybko okazało się jednak że dziecko nie jest do końca pełnosprawne, jako że podczas porodu i wyciągania dziecka z łona matki, uszkodzono jego lewe ramię, do tego potem doszły pewne (niewielkie) uszkodzenia mózgu. W każdym razie dzieciństwo młodego Wilhelma nie należało do przyjemnych ani bezbolesnych chwil życia (chodzenie w "klatce" mającej ustabilizować jego głowę, która przechylała się na prawą stronę, oraz "kąpiele" w króliczej krwi, w celu naprawienia niedorozwoju lewej kończyny). Jego własna matka, gdy ujrzała przez co musi przechodzić jej syn, była bliska płaczu i potem zwierzała się w liście do królowej Wiktorii, swej matki: "Nie jestem w stanie powiedzieć Ci, jak bardzo cierpiałam, gdy zobaczyłam go w tej maszynie, ledwie mogłam powstrzymać się od płaczu". Lekcje wychowania też nie należały do przyjemnych, gdyż nauczyciel i guwerner - Georg Hinzpeter od pierwszego spotkania zakomunikował księciu: "Żadnego użalania się nad sobą" i nie było wytłumaczenia że jedna ręka jest mniej sprawna od drugiej. Młody Wilhelm musiał nauczyć się jeździć konno (i samemu wejść na konia), posługiwać się szablą i bronią palną, pływać, wiosłować, grać w tenisa i na pianinie w taki sposób, jakby ta jego ułomność nie istniała. Edukacja księcia zaczynała się już o szóstej rano (zimą o siódmej) i obejmowała zarówno zajęcia fizyczne, jak i umysłowe (po latach Wilhelm pisał: "Brnęliśmy przez tysiące stronic gramatyki (...) od Fidiasza po Demostenesa, od Peryklesa do Aleksandra").

To spowodowało że po osiągnięciu dojrzałości, Wilhelm był całkiem dobrym jeźdźcem oraz strzelcem (choć niektórzy, jak na przykład jego wuj - król Wielkiej Brytanii - Edward VII, z sarkazmem powtarzali: "Wilhelm strzela całkiem dobrze, zważywszy że ma tylko jedną rękę"). Istniał też jeszcze jeden kompleks, który trapił kajzera. Otóż ktoś kiedyś powiedział mu, że jego wielki przodek - Fryderyk II, nigdy nie stałby się wielkim, gdyby miał u swego boku kogoś takiego jak Bismarck i Wilhelm bardzo dobrze zapamiętał sobie te słowa. Całe zresztą życie walczył o wypracowanie własnego mitu, który mógłby go określić jako jednego z wielkich ludzi tego świata. Taki mit posiadał zarówno jego dziad Wilhelm I (jako zjednoczyciel Niemiec - Wilhelm Wielki), jego ojciec Fryderyk III, który panował zaledwie trzy miesiące w 1888 r. i zmarł na zapalenie płuc (jako "liberalna nadzieja Niemiec"), Otto von Bismarck (jako "Żelazny Kanclerz"), a potem nawet feldmarszałek Paul von Hindenburg (jako "obrońca niemieckich Prus Wschodnich"), natomiast Wilhelm II nie miał niczego, co mogłoby go jednoznacznie zdefiniować. Choć może było coś takiego, ale akurat kajzerowi nie przypadłoby to do gustu, bowiem Wilhelma II należałoby określić: "Cesarzem-Gadułą", gdyż paplał wkoło z buńczuczną miną, potrząsając przy tym szablą, co często prowadziło do poważnych dyplomatycznych gaf, z których potem musieli się tłumaczyć niemieccy dyplomaci. Nawet gdy próbował godzić, czy też uspokajać inne kraje co do polityki Niemiec, to czynił to z delikatnością słonia w składzie porcelany i często po takich "uspokajających przemowach" niechęć do Niemiec była znacznie większa, niż przed wygłoszeniem tych mów. W każdym razie Wilhelm lubił wygłaszać mowy (i wygłaszał je z głowy, nie z kartki), szczególnie do żołnierzy, a niektóre z nich (jak choćby przemowa do rekrutów gwardii cesarskiej z 23 listopada 1891 r., w której Wilhelm miał powiedzieć: "Dzieci mojej gwardii (...) Macie tylko jednego wroga - mojego wroga. (...) może się zdarzyć, że rozkażę wam zastrzelić waszych własnych krewnych, braci, a nawet rodziców (...) w takim wypadku musicie bez szemrania spełnić moje rozkazy", czy też niesławna "mowa huńska" z 27 lipca 1900 r. gdy żegnał niemiecki korpus ekspedycyjny, mający udać się do Chin i tam - wraz z Wielką Brytanią, Francją, Rosją, USA, Włochami, Austro-Węgrami i Japonią - tłumić chińskie Powstanie Bokserów - wówczas zwrócił się do żołnierzy tymi oto słowy: "Tępić bez pardonu, nie brać jeńców, kto wpadł wam w ręce, niech ginie. Podobnie jak tysiąc lat temu Hunowie zdobyli sławę pod przywództwem swojego króla Attyli (...) tak niech zapisze się dzięki wam na tysiące lat w Chinach imię Niemców w taki sposób, żeby nigdy żaden Chińczyk nie odważył się chociażby krzywo spojrzeć na Niemca". Nie mówiąc już o aferze "Daily Telegraph" z jesieni 1907 r. ujawnionej na jesień 1908 r., której przytaczać nie będę, ale to właśnie wówczas Wilhelm tak "uspokajał" Anglików co do niemieckich zbrojeń, że ci... szybko dozbroili swoją flotę i odrzucili jakiekolwiek niemieckie propozycje sojuszu "teutońskich narodów"), były bardzo kontrowersyjne.


CESARZ WILHELM II



Mimo to warto jednocześnie dodać, że Wilhelm II, prócz tego swojego nadęcia i tromtadrackiej postawy, która miała go ukazywać jako "silnego faceta" Europy (choć częściej te jego miny były śmieszne niż groźne, o czym na przykład wspominał w 1908 r. "Kurier Poznański", pisząc o wizycie w Niemczech króla Wielkiej Brytanii - i wuja Wilhelma II - Edwarda VII: "Poczciwy król Edward jadący do Marienbadu nie może nie powstrzymać się od lekkiego uśmiechu (...) dziwna rzecz, że Niemcy więcej się obawiają tego sympatycznego, przyjaźnie uśmiechniętego króla Edwarda, w popielatym cylindrze i jasnych, wytwornie skrojonych inexprimablach z jego otyłą i okrągłą, wcale nie wojowniczo wyglądającą figurą, niż Anglicy groźnego cesarza Wilhelma z wojowniczo nastroszonymi wąsami i z brzęczącymi ostrogami u długich butów") miał także zwyczajne upodobania, jak choćby zamiłowanie do szybkich aut, do podróży (większą część każdego roku spędzał w rozjazdach, zarówno po samych Niemczech jak i innych krajach Europy) i wykwintnych strojów. Jego wyjazdy (i chęć bycia na językach całej Europy) były tak częste, że hymn pruskiej dynastii Hohenzollernów: "Heil Dir im Siegerkranz" ("Bądź pozdrowiony w wieńcu zwycięzcy") przekładano na "Heil Dir im Sonderzug" ("Bądź pozdrowiony w pociągu specjalnym"). I rzeczywiście, sezon swych podróży rozpoczynał Wilhelm każdego roku od wiosennego rejsu po Morzu Śródziemnym (z tradycyjną wizytą na greckiej wyspie Korfu, gdzie miał zakupioną posiadłość). W czerwcu rozpoczynały się regaty w Kilonii, podczas których cesarza nie mogło zabraknąć, a w lipcu wybierał się w rejs ku norweskim fiordom. W sierpniu bywało różnie, albo odpoczywał w swej posiadłości w Wilhelmshöhe, albo też udawał się na coroczne regaty żaglowców do angielskiego Cowes, lub żeglował statkiem po Haweli, był bowiem zapalonym miłośnikiem floty i nawet sam nakreślił kilka projektów potężnych okrętów. Jeden z takich projektów niemiecka admiralicja określiła mianem: "okręt ma wszystkie zalety poza jedną, nie byłby w stanie pływać" 🤭. Bardzo też przeżył Wilhelm zatonięcie Titanica (15 kwietnia 1912 r.) i polecił by niemieckie statki pasażerskie były wyposażone w dodatkowe środki bezpieczeństwa (szczególnie gdy został ojcem chrzestnym jednego z największych wówczas statków pasażerskich na świecie, wyprodukowanego w hamburskiej stoczni okrętu "Imperator", którego chrzest miał miejsce 23 maja 1912 r.). Pozostałe miesiące - począwszy od września - z reguły spędzał cesarz na polowaniach w różnych miejscach w Niemczech.

Warto tutaj jeszcze przytoczyć pewien skandal, jaki miał miejsce już na początku panowania Wilhelma II, a który to przez kilka kolejnych lat nie pozwalał o sobie zapomnieć i spędzał sen z powiek cesarza i wielu jego dworaków. Mam tutaj oczywiście na myśli skandal seksualny, jaki odbył się w Pałacu Myśliwskim nieopodal lasu Grunewald pod Berlinem w styczniu 1891 r. Otóż zjechała się tam wówczas (na zaproszenie księżnej Charlotte - młodszej siostry Wilhelma II) cała śmietanka arystokratyczno-towarzyska ówczesnych Niemiec. Wśród zaproszonych gości znaleźli się m.in.: książę Fryderyk Karol Heski (król elekt Finlandii), książę Szlezwiku-Holsztyna Ernst Gunther, książę Aribert von Anhalt, hrabia Fryderyk von Hohenau wraz z małżonką, cesarski szambelan Leberecht von Kotze wraz z małżonką, mistrz dworskiej ceremonii Karl Schrader z żoną Alidą, oraz sekretarz rosyjskiej ambasady w Berlinie Ludwig von Knorring. Zabawa był szampańska, najpierw bowiem możni państwo urządzili sobie kulig. Następnie wrócili do pałacu i rozpoczęła się biesiada suto zakrapiana alkoholem. Potem księżna Charlotte odprawiła służbę i zaczęła się prawdziwa zabawa, podczas której biesiadnikom puściły wszelkie hamulce. Doszło do wielkiej orgii, podczas której kolejno wymieniano się partnerami seksualnymi, nie gardząc też i stosunkami homoseksualnymi. Takie zabawy zapewne były organizowane nie po raz pierwszy, ale dopiero po nagłośnieniu tej afery, ujrzały światło dzienne. Otóż, już następnego dnia, po "bankiecie" w Pałacu Myśliwskim, do kajzera przyszedł pierwszy z wielu późniejszych anonimów, w którym tajemniczy autor opisywał dokładnie ze szczegółami anatomicznymi (i obscenicznym językiem) kto z kim spał i kto komu co wkładał. Mało tego, na owym donosie były rysunki anatomiczne genitaliów osób biorących udział w orgii i dołączone pornograficzne zdjęcia (nie związane już z samą orgią). Wiele szczegółów podawał anonim w stosunku do księżnej Charlotte, w którym autor nazywał ją wprost "nimfomanką" sypiającą z połową cesarskiego dworu. Wilhelm był przerażony, anonim bowiem godził nie tylko w powagę dworu i dynastii, ale również w projektowany przez kajzera "Nowy Kurs", który zapoczątkował po dymisji Żelaznego Kanclerza Bismarcka. 

 
KSIĘŻNA CHARLOTTE



Nic nie dały próby zbagatelizowania problemu, gdyż pojawiały się wciąż nowe anonimy. Zresztą docierały one nie tylko do cesarza, ale i do innych członków dworu, w tym do samej księżnej Charlotte. Ponieważ jednak szlachta była tak zblazowana, że kazała własnej służbie nawet otwierać i czytać sobie listy - przez to bardzo szybko skandal seksualny z Grunewaldu wydostał się do niemieckiej opinii publicznej i stał się tematem plotek w piwiarniach, szynkach i pralniach Berlina. Problem polegał też na tym, że nie było wiadomo kto dokładnie kryje się za owymi anonimami. Język oraz styl (mimo obscenicznych szczegółów anatomicznych) wskazywał na kogoś spośród dworu cesarskiego lub elit arystokratycznych, ale nic poza to - zresztą autor niczego też nie żądał w zamian za zaprzestanie nasyłania tych anonimów, więc nie można było złapać tropu. Po ponad roku czasu (gdy korespondencja wciąż nadchodziła) postanowiono (nieoficjalnie) na wiosnę 1892 r. przekazać sprawę policji. Tylko że taki krok wcale nie musiał doprowadzić do wykrycia sprawcy anonimów i to z bardzo różnych względów. Po pierwsze, od 1871 r. obowiązywał w Niemczech Paragraf 175 kodeksu karnego, który penalizował homoseksualizm i karał jego praktykowanie wiezieniem. A który komisarz byłby na tyle odważny, aby postawić zarzuty i ukarać więzieniem księcia, hrabiego lub innego członka dworu cesarskiego bez wyraźnego pozwolenia "z góry?" Żaden (chyba że nie zależało mu na własnej karierze) i tak samo postępował też prowadzący tę sprawę komisarz Eugen von Tausch, który co prawda zorganizował bardzo szczegółową obserwację skrzynek pocztowych i wysłał "w teren" wielu tajniaków którzy mieli zasięgnąć języka, mimo to niczego się nie dowiedział (albo tak po prostu było dla niego wygodniej). Stworzył jednak portret psychologiczny autora anonimów, w którym opisał, że jest to osoba zniewieściała, histeryczna i skłonna do plotek. To rzuciło podejrzenie na cesarskiego szambelana - Leberechta von Kotze, który (za pozwoleniem cesarza) został aresztowany i uwięziony (co ciekawe, nie postawiono mu żadnych zarzutów aby nie ośmieszać zarówno jego samego jak i honoru dynastii).

Wilhelm wydał zgodę na uwięzienie von Kotze, licząc na to, że wreszcie zakończy się przykra sprawa anonimów, a zadziorny szambelan dostanie pstryczek w nos i przestrogę by wiedział na co się porywa. Niestety, te przypuszczenia spaliły na panewce, gdy okazało się że w domu von Kotze nie znaleziono żadnych kompromitujących dowodów, natomiast... anonimy nadal przychodziły (co ciekawe, w listach tych autor groził ujawnieniem innych pikantnych szczegółów z życia berlińskich elit dworskich, jeśli von Kotze nie zostanie zwolniony z aresztu). Cesarz zdecydował się więc uniewinnić swojego szambelana po trzech tygodniach od jego aresztowania (a sąd zrehabilitował go oficjalnie, przyznając że aresztowanie było bezprawne, za co przewodniczący sądu podał się od razu do dymisji). Sprawcy anonimów nigdy nie odnaleziono, a same listy przychodziły jeszcze przez jakiś czas, aż ostatecznie w styczniu 1895 r. (w czwartą rocznicę skandalu z Grunewaldu) przestały przychodzić. Co prawda wtedy zaczęła się sprawa wzajemnych oskarżeń barona von Schradera (uczestnika orgii) i marszałka dworu Hugo von Reischacha z Leberechtem von Kotze, które kończyły się publicznymi pojedynkami w roku 1895 (ze Schraderem pierwszy pojedynek został nierozstrzygnięty, gdyż obaj panowie strzelali niecelnie, zaś Reischach został raniony w nogę). Potem panowie jeszcze kilka razy wyzywali się na pojedynek (von Kotze trzykrotnie odmówił, przez co został wydalony z grona oficerów swojego pułku - gdyż uznano to za zachowanie niehonorowe), ostatecznie 3 kwietnia 1896 r. von Schrader i von Kotze spotkali się ponownie w Ravensbergu pod Poczdamem. Teraz jednak miano strzelać do skutku, czyli aż przeciwnik padnie powalony, przy minimalnym odstępie dziesięciu kroków. W tym pojedynku zwyciężył von Kotze, który zastrzelił von Schradera, trafiając go w brzuch i gruchocząc kręgosłup. Został za to skazany na dwa lata i trzy miesiące więzienia w twierdzy kłodzkiej (w której żył niczym w pałacu, posiadając oddzielną służbę, odpowiedni apartament "więzienny" i wszelkie inne wygody na każde jego życzenie), mimo to cesarz ułaskawił go już po trzech miesiącach. Tak właśnie żyło się elitom władzy w kajzerowskiej Rzeszy.






Warto tutaj też na marginesie dodać, jak żyli na przykład niemieccy robotnicy. Oto opinia lekarza wielkomiejskiej dzielnicy mieszkaniowej w Saksonii z końca XIX wieku (czyli lat panowania Wilhelma II): "Mieszkania klasy pracującej znajdują się przeważnie w piwnicach i oficynach. Niewielką ilość świeżego powietrza, którą przepuszczają stare, ciasne, obudowane z czterech stron podwórka, zanieczyszczają wyziewy z ustępów (...) Po ścianach i drzwiach spływa zazwyczaj woda. Często trzydzieści do pięćdziesięciu osób używa jednego zlewu i jednego ustępu. (...) Wszystko jest nieopisanie brudne i zniszczone, roi się od robactwa (...) Za każde mieszkanie płaci się 20 do 25 talarów komornego. Z powodu tych wysokich cen komornego ludzie są często zmuszeni przyjmować kogoś na spanie. Z tego powodu, jak się można spodziewać, panuje dzika rozpusta (...) Stan zdrowia, zwłaszcza małych dzieci, jest niepokojąco zły". Większość robotniczych dzieci było niedożywionych, duża ich część chorowała na gruźlicę, krzywicę i awitaminozę. Oczywiście istniały też mieszkania zakładowe, budowane przez pracodawców dla swoich pracowników, które miały lepszy standard i znacznie niższy czynsz. Tylko że wówczas dany robotnik nie mógł już wziąć udziału w strajku lub zażądać podwyżki za swoją pracę, gdyż w każdej chwili groziła mu eksmisja na bruk wraz z żoną i dziećmi. To były zupełnie inne Niemcy. O tych Niemczech nie dowiemy się z książek i wiadomości historycznych opisujących splendor Belle Epoque. Zresztą zarówno niemiecka elita arystokratyczna, elita przemysłowa jak i niemiecka klasa średnia żyły na zupełnie innym poziomie. A szczególnie ta pierwsza klasa - arystokratów - żyła jak gdyby w świecie bajki, otoczona luksusem i splendorem swojej pozycji oraz władzy, zupełnie nie troszcząc się (lub troszcząc w sposób minimalny) nad najbiedniejszymi obywatelami zjednoczonych Niemiec. Prawdziwy stosunek elit władzy II Rzeszy do robotników i chłopów określił sam cesarz Wilhelm, który pewnego razu wizytując gospodarstwo rolne w swojej posiadłości Kadyny w pobliżu Elbląga, rzekł: "Piękna obora jest prawdziwym pałacem w porównaniu z mieszkaniami robotników" i na tym stwierdzeniu poprzestał.

Celowo przywołałem tutaj aferę seksualną roku 1891, gdyż ów rok będzie niezwykle ważny dla dalszych losów Cesarstwa Niemieckiego i rozpoczęte w jego trakcje procesy, doprowadzą następnie (jako jedne z przyczyn) do niemieckiej klęski w I Wojnie Światowej oraz do powstania Republiki Weimarskiej. Mam tutaj oczywiście na myśli zmianę dotychczasowego kierunku niemieckiej polityki zagranicznej - która za Bismarcka zmierzała w stronę łagodzenia napięć z Rosją i Wielką Brytanią - a za Wilhelma II stała się polityką konfrontacji i to zarówno z Rosją (parcie na Wschód, włączenie lub podporządkowanie "polskiego balkonu" - czyli ziem Kongresówki, która na mapach przypominała... balkon), z Wielką Brytanią ("Przyszłość Niemiec leży na morzu" - słowa te wypowiedział w 1898 r. w Szczecinie z okazji otwarcia nowej stoczni, właśnie cesarz Wilhelm II, rzucając wyzwanie Brytyjczykom) jak i polityka "zmiażdżenia" Francji, by ta już nigdy nie odrodziła się jako wielkie mocarstwo. To właśnie nierozsądna polityka cesarza Wilhelma doprowadziła w owym 1891 r. do pierwszego zbliżenia Francji i Rosji i wizyty francuskiej eskadry okrętów w Kronsztadzie oraz Petersburgu (gdzie po raz pierwszy Rosjanie mogli usłyszeć francuski hymn narodowy - "Marsyliankę", która dotąd w Rosji była zakazana). To otworzyło drogę do zbudowania Dwuprzymierza a od 1904 r. i sojuszu francusko-brytyjskiego - realnego Trójprzymierza, wymierzonego właśnie w Niemcy i Austro-Węgry. Rozpoczęła się polityka okrążania Niemiec od zachodu i wschodu, a (po wybuchu wojny) odcięcia ich od dostaw z zewnątrz, co musiało przypieczętować klęskę "państw teutońskich" w Wielkiej Wojnie i doprowadzić do upadku II Rzeszy Niemieckiej. Na jej gruzach powstanie słaba i targana wewnętrznymi kryzysami Republika Weimarska, która to zaś stanie się trampoliną dla Adolfa Hitlera i nazistów do zdobycia władzy i rozpętania kolejnej światowej pożogi wojennej. Tak więc rok 1891 był początkiem wydarzeń, które ostatecznie zakończyły się w maju roku 1945 (choć tutaj też należy być ostrożnym, ponieważ III Rzesza nigdy nie podpisała kapitulacji. Kapitulację podpisał niemiecki Wehrmacht i tylko siły zbrojne się poddały a nie państwo niemieckie, dlatego też można uznać że II Wojna Światowa - nieoficjalnie - trwa po dziś dzień).




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...