WYŚWIETLENIA

24 października 2025

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... Cz. III

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ





III
WSPOMNIENIA WANDY SUŁKOWSKIEJ-MYŚLIWIEC
(KRZEMIENIEC)




Krzemieniec był miastem polskich Kresów i znajdował się w województwie Wołyńskim. Podobnie jak obszar Lwowski, Wileński, oczywiście Białostocki, Nowogrodzki ale też i Stanisławowski oraz Tarnopolski, Wołyń uważany był za ziemię polską i nie był traktowany jak swoista polska kolonia, jak choćby Polesie, gdzie to był rzeczywiście obszar bardzo zapóźniony, zarówno ekonomicznie jak i społecznie. Tam poziom analfabetyzmu sięgał praktycznie dziewięćdziesięciu paru procent, a ludność Polesia uważała się najczęściej za "tutejszych" i używała łamanego języka rosyjskiego i ukraińskiego. Stan ten próbował zmienić płk. Wacław Kostek-Biernacki, pełniący od września 1932 do września 1939 stanowisko wojewody poleskiego. Ten bowiem znienawidzony nawet przez zwolenników sanacji "pies Piłsudskiego" - jak o nim pogardliwie mówiono, wyznaczył sobie cel, aby "na Polesiu, gdzie 3/4 mieszkańców uważało się za tutejszych, ludzie mówili o sobie jesteśmy Polakami". Rozpoczął więc zdecydowaną walkę z korupcją, nepotyzmem, tumiwisimem, a także z regionalizmem i brakiem chęci do modernizacji całego regionu. Po pierwsze przekonywano bowiem, że nie ma pieniędzy na przeprowadzenie choćby niezbędnych melioracji terenu, po drugie sprzeciwiało się temu Wojsko, uważając że liczne poleskie błota stanowią doskonałą przeszkodę dla ewentualnego ataku Związku Sowieckiego, po trzecie sprawę też utrudniała wszechpanująca korupcja. Jednak dla Kostka -Biernackiego najważniejsze były dwie sprawy, po pierwsze walka z komunistami - czyli z Komunistyczną Partią Zachodniej Białorusi - a po drugie rozwój i modernizacja powierzonego mu regionu. Jednocześnie wszelki rozwój zamierzał on powiązać z polskością, będącą zarówno gwarancją nowoczesności, jak i gwarantem skoku cywilizacyjnego dla miejscowej ludności. Wprowadził więc wojskowy dryl do administracji, umniejszając tym samym uprawnienia starostów (w swych rozporządzeniach określał nawet co powinno znajdować się na biurku urzędnika i jak on powinien siedzieć gdy przyjmował petenta). Urzędnicy mieli też odznaczać się wzorową postawą obywatelską i prywatną. Wielu zasiedziałym urzędnikom bardzo się te zmiany nie podobały, ale nie mieli innego wyjścia jak tylko się podporządkować.

Polesie było bowiem nazywane polskim Madagaskarem i tak też było traktowane, gdy mieszczuchy z Warszawy, Wilna, Lwowa, Poznania czy Krakowa przyjeżdżały tutaj niczym do Afryki na prawdziwe safari. Organizowano wypady (często wielodniowe) na poleskie błota, zaopatrując się zarówno w broń palną (na polowania) jak i rozbijając namioty i delektując się prawdziwym miejscem oderwanym od cywilizacji. Dróg bitych na Polesiu praktycznie nie było (najlepiej więc można było w wiele miejsc dojechać albo konno, albo pieszo) co też stanowiło nie lada przygodę dla oderwanych od miejskiego życia i rzuconych w "afrykańską sawannę" miłośników przygód. Kostek-Biernacki pragnął to wszystko zmienić i uczynić z Polesia symbol polskości Kresów na równi z Wileńszczyzną i Galicją Wschodnią. Do polskości "tutejszych" pragnął przekonać nie tylko budową nowych dróg i nauką czytania dla dzieci w nowych szkołach elementarnych (gdzie podstawą miało być kształtowanie postaw patriotycznych, od małego więc uczono dzieci wiersza: "Kto ty jesteś? Polak mały..."), ale również poprzez religię, zdając sobie doskonale sprawę że ogromna większość mieszkańców Polesia to prawosławni, zamierzał więc stworzyć polską Cerkiew prawosławną (taką jaka powstała chociażby w Rumunii czy w Jugosławii), która by była całkowicie oderwana od Cerkwi moskiewskiej, a tym samym służyła stworzeniu oddanych polskich patriotów narodowości ruskiej i wyznania prawosławnego. Nakazał więc aby w cerkwiach uczono tylko w języku polskim i aby dzieci uczono od razu zapisywania liter w alfabecie łacińskim, a nie ruskim, oraz by fonetycznie wymawiano imiona po polsku, a nie po rosyjsku czy ukraińsku. Z tego względu popadł w konflikt z metropolitą Cerkwi prawosławnej - Dionizym. Nie miał też Kostek-Biernacki dobrych stosunków z lokalnymi polskimi ziemianami - którym nie ufał (uważał bowiem że ta grupa społeczna nie ma żadnego interesu w unowocześnieniu Polesia, natomiast stan zastały jest jej jak najbardziej na rękę). Wolał zamiast nich oprzeć się na lokalnej ludności, którą zamierzał "przekształcić" (właściwe byłoby stwierdzenie uformować) w Polaków i często najbiedniejszych brał w obronę, a przez nich uznawany był za "dobrego pana wojewody". Jeśli bowiem ubodzy mieszkańcy Polesia złamali chociażby zakaz połowu ryb w wyznaczonych okresach, motywując to właśnie swym ubóstwem i głodem, nakazywał odstąpić od wymierzania kary, natomiast za te same przewinienia, w tym samym okresie szlachtę, która złamała ów przepis karał bezlitośnie.




Kostek Biernacki polecił również aby w każdym urzędzie przeznaczono jedną izbę na miejsce, gdzie zmęczeni mieszkańcy mogliby odpocząć i zregenerować siły (było to związane z tym, że drogi były w bardzo kiepskim stanie a dróg bitych praktycznie nie było, dlatego też żeby załatwić jakąś sprawę urzędową, to mieszkańcy różnych obszarów Polesia musieli na to przeznaczyć co najmniej jeden, a często kilka dni). Nakazał również urzędnikom aby do petentów odnosili się z szacunkiem i godnością, bez względu na ich społeczne pochodzenie i aby do nich mówili zawsze po polsku, nawet jeśli ta druga osoba odpowiadała w innym języku ze względu na nieznajomość języka polskiego (i tutaj wtrącę małą prywatę, biorąc pod uwagę działalność Kostka Biernackiego i jego metody, muszę przyznać że odpowiadają one praktycznie w 100 % temu, co ja sam uznałbym za stosowne w tamtym czasie i tak samo też bym postępował. Modernizacja idąca w parze z polonizacją, a jednocześnie trwałe związanie regionu z odrodzoną Rzeczpospolitą). Jednocześnie Biernacki był wrogiem wszelkiego znęcania się nad zwierzętami i pod tym względem również karał nawet swych protegowanych, a często dokonywał inspekcji. Przebrany w strój zwykłego chłopa przemierzał różne wioski Polesia i przyglądał się stosunkowi do zwierząt, oraz rozmawiając z ludźmi pytał się o ich potrzeby i bolączki lokalnych mieszkańców. Co ciekawe prasa rozpisywała się o tych jego eskapadach i często można było przeczytać zarówno w "Nowym Kurierze" jak i w "Gazecie Poleskiej" informacje o dokonanych przez wojewodę Kostka-Biernackiego nowych inspekcjach (oczywiście przeprowadzanych incognito). I nawet niechętny mu Stanisław Cat Mackiewicz napisał o nim w swoich "Personaliach: "Jako wojewoda Kostek-Biernacki był człowiekiem szczerym i tę zaletę szczerości bezwzględnej podnieśli wszyscy, którzy mieli z nim do czynienia". Po Wojnie pułkownik Kostek-Biernacki powrócił do Polski rządzonej wówczas już przez komunistów, których tak przez lata zwalczał. Wkrótce potem został aresztowany i przebywał w ciężkich warunkach w więzieniu na Mokotowie z wyrokiem kary śmierci, zamienionym na 10 lat pozbawienia wolności. Z więzienia wyszedł w 1955 r. Zmarł zaś dwa lata później w wieku 72 lat.

Natomiast Wołyń od początku był uważany za ostoję polskości i tak też był traktowany. Oczywiście tutaj też było wiele pracy do zrobienia żeby ziemię tę przywrócić Polsce, gdyż nie miano tu żadnych doświadczeń, takich jak choćby z Kongresówki (w czasie I Wojny Światowej powstała przecież polska administracja), w Galicji, czy na Wileńszczyźnie i we Lwowie. Całą administrację w latach 1920-1924 trzeba było zbudować tutaj od nowa, od zera, od podstaw, a nie było to wcale proste zadanie, biorąc pod uwagę eksplorację tego terenu przez komunistów, Sowietów i wszelkiego typu bandytów. Jednak po roku 1930 Wołyń był już polską ziemią i niczym nie odstępował od Wileńszczyzny, czy ziemi Lwowskiej. W kawiarniach, bibliotekach i wszelkich innych ośrodkach społeczno-kulturalnych i masowych Łucka, Kowela, czy Włodzimierza - czytano polskie gazety, delektowano się polską muzyką, słuchano Polskiego Radia, a Wołyń był uważany za ziemię po 150 latach niewoli wreszcie przywróconą Macierzy. W Krzemieńcu (mieście leżącym w południowej części Wołynia) mieszkała Wanda Sułkowska-Myśliwiec, która pozostawiła takie oto wspomnienia z lat 1939-1940:





Krzemieniec w okresie II wojny zmienił całkowicie swoje oblicze. Wrzesień minął bez nauki, ale był pełen wrażeń, szczególnie dla młodzieży. Przez Krzemieniec przejechały wszystkie ambasady, jakie były w tym czasie w Warszawie oraz różne instytucje rządowe, wielu ludzi i cała masa uciekinierów. Dzieci i młodzież nie zdawały sobie jeszcze sprawy, że to już jest wojna i że niesie ona śmierć i cierpienie. Ja wraz z grupą koleżanek i kolegów biegałam po ulicach wypatrując samochodów. W rękach trzymałam mały atlas polityczny - nie każdy taki atlas posiadał. Była w nim tablica z flagami wszystkich państw świata. Samochody, którymi jeździli ambasadorzy miały na przedzie maleńkie flagi państwowe. Czułam się ważna, gdyż wszyscy dopytywali się mnie z jakiego państwa jest ambasada. Ja szybko wyszukiwałam w atlasie flagę i wszystko stawało się jasne. Była to nie tylko rozrywka, ale również nauka geografii, gdyż następowała dalsza dyskusja na temat danego państwa. Niestety, zakończyło się to bardzo szybko - zaraz po pierwszym nalocie niemieckich samolotów. Któregoś dnia nadleciały samoloty i w kilka minut zrzuciły bomby i dokonały ostrzału ludzi. Nikt nie był do tego przygotowany. Szkody były wielkie, a najwięcej zabitych i rannych było wśród ludności zgromadzonej na targowisku i ul. Szerokiej.

Od tej chwili rozpoczęły się alarmy lotnicze. Alarmy były częste i wywoływały przerażenie ale na szczęście samolotów już więcej nie było. Na naszym podwórzu zbudowano schron przeciwlotniczy. Ponieważ dom mieścił się naprzeciw Starostwa przy ul. Kościelnej wszyscy interesanci biegli do niego w czasie nalotu. Były tam schody wejściowe, ale również otwory wywietrznikowe. W czasie alarmu każdy spieszył się, ażeby jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Któregoś dnia ambasador szwedzki tak się pospieszył, że skoczył przez otwór wywietrznikowy i złamał sobie nogę. Widziałam również jak Japończykowi, który przypalał od mojej siostry papierosa tak trzęsły się ręce, że miał trudności z przypaleniem. Dziwne, bo ja z ciekawością rozglądałam się dookoła nie odczuwając żadnego strachu. Widocznie czułam się bezpiecznie i nie miałam jeszcze świadomości co to jest wojna? Po paru dniach wszystkie ambasady wyjeżdżały do Rumunii.

Tatuś zdecydował, abyśmy pojechali do pp. Kurzejów do Podhajec. Chodziło o p. Podosowską, która przyjechała do nas z małym dzieckiem aż z Sosnowca uciekając przed wojną. Gdy nareszcie po godzinie oczekiwania wjechaliśmy w ul. Szeroką to przed nami jechał już cały sznur samochodów, a gdy obejrzałam się - nie widać było końca tych pojazdów. Gdy dojeżdżaliśmy do Wiśniowca tylko nasz samochód wyłamał się i zjechał w lewo. Pozostali jechali drogą prowadzącą na Rumunię. Właściwie to nie rozumiałam dlaczego tak wielu ludzi ucieka z ojczyzny i z własnego domu. A kto będzie walczył w jej obronie? Uważałam wówczas, że w domu jest najbezpieczniej. A u pp. Kurzejów czułam się jak we własnym domu. Jeździliśmy tam z bratem prawie każdego roku na wakacje na całe dwa miesiące. To były zawsze wspaniałe wakacje. U pp. Kurzejów było już kilka osób - uciekinierów wojennych, nawet jacyś państwo samochodem. Wieczorem przy stole prowadzono dyskusje na temat obecnej sytuacji, ale było to jedynie takie sobie gadanie bo nikt nie wiedział co dalej może nastąpić. Tego, co się stało nikt nie przewidział.

Stało się to 17 września. Sowieci przekroczyli nasze granice. Wszyscy byli zaskoczeni i oburzeni - jak oni mogli to zrobić? Tatuś przysłał po nas samochód i wszyscy wróciliśmy znów do Krzemieńca. W naszym mieszkaniu było ciasno, pełno obcych ludzi. Ludzi, których trzeba było przygarnąć, nakarmić i dać jakiś kąt. Oni zostali zmuszeni do opuszczenia swoich domów. W sklepach wykupywano wszystko co się dało, a po chleb musiałam codziennie stać kilka godzin w kolejce.

Muszę zaznaczyć, że takiego wojska jakie mieli Sowieci to nikt nie widział. Rozpacz było patrzeć na tę zbieraninę. Żołnierz wysoki miał szynel do kolan, a temu małemu szynel plątał się do kostek. Żaden z nich nie miał butów ze skóry tylko jakieś szmaciane. A karabiny wisiały na przeróżnych sznurkach. Natomiast na głowach okropnie śmieszyły wszystkich materiałowe czapki ze szpicem na środku głowy. Dowcipnisie dogadywali, że ten szpic jest potrzebny wszom, które zbiegają się tam na miting.




Niedaleko Krzemieńca w Białokrynicy mieścił się 12 Pułk Ułanów. Był to wspaniały pułk. Podziwialiśmy dobrych żołnierzy w czasie każdego święta - 3 Maja czy 11 Listopada. Wszystkie defilady były nadzwyczajne. Na żołnierzach mundury lśniły - nie tylko buty, ale nawet guziki. Dlatego mieszkańcy naszego miasta byli przyzwyczajeni do innego widoku wojska. Co za ironia losu - tacy szmatławce wstąpili w nasze granice, zagarnęli nasze ziemie i jeszcze zaczęli panoszyć się i rządzić jak szare gęsi. Nawet ci ważni enkawudziści niezbyt dobrze wyglądali, nosili płócienne buty z cholewami i wystrzępione szynele. No i zarządzili, że młodzież ma iść do szkół. - No cóż, poszliśmy.

W naszym gimnazjum w Liceum Krzemienieckim rano uczęszczała młodzież ukraińska, a młodzież polska uczyła się od godziny 15-ej. Zbieraliśmy się w klasach przed dzwonkiem. Najpierw wyciągaliśmy zza pieca nasze obrazy powrzucane tam przez Ukraińców. Wieszaliśmy w pośpiechu głównie obrazy święte. Następnie odmawialiśmy modlitwę, gdyż profesorowie ażeby uniknąć modlitwy - spóźniali się na pierwszą lekcję. Pamiętam, że tylko profesor matematyki p. Kac pytał nas czy odmawialiśmy już modlitwę i o ile nie, pozwalał nam pomodlić się. Poza tym często zmieniali się profesorowie, jak i często przenoszono nas z jednej klasy do drugiej. Trudno było się uczyć. Na koniec zniknęły wszystkie obrazy, a powieszono parę jakichś okropnych bohomazów.

Szybko ściemniało się, więc zapalano światło. To światło prowokowało chłopaków do robienia głupich kawałów. Polegało to na gaszeniu nagle światła, ale wtedy inni szybko zapalali i powstawało miganie. Nie wszyscy wiedzieli o tym, że naprzeciwko gimnazjum na ul. Słowackiego mieściło się NKWD. Krzemieniec był położony w jarze, a wokół były góry. Podejrzliwi enkawudziści uważali, że te błyski świateł są nadawanymi sygnałami dla partyzantów, którzy ukrywają się w górach. Chłopcy nasi nie myśleli lub nie wiedzieli nic o partyzantach. Kilka razy w tygodniu zjawiali się w naszym gimnazjum ludzie z NKWD do dyrektora. Nieraz nawet zabierano go na jakieś na pewno przykre rozmowy. Dyrektor niejednokrotnie upominał uczniów, aby zaprzestali kawałów ze światłem i niszczeniem nowych obrazów. Niestety trudno było ujarzmić młodą zbieraninę rozmaitych chłopaków, szczególnie teraz kiedy to nie wszyscy byli dawnymi wychowankami licealnymi. Zakazane zawsze podnieca i prowokuje. Dlatego gaszenie świateł nie ustawało i również powtarzały się wizyty ważniaków z NKWD. Wciąż wymyślali nowe pretensje do biednego dyrektora. Dyrektor był szarpany, przesłuchiwany, aż jego słabe serce nie wytrzymało tego wszystkiego. Zakończyło się to śmiercią dyrektora. Jego pogrzeb w grudniu 1939 roku pamięta cała młodzież krzemieniecka, gdyż była to wielka manifestacja młodzieży. To wszystko zaważyło na losie naszego gimnazjum - rozwiązano je.

Ja opisuję to, co widziałam i słyszałam z pozycji uczennicy I klasy gimnazjum - miałam wtedy 14 lat. Po świętach Bożego Narodzenia wszystko się zmieniło, musieliśmy chodzić do starego budynku dawnego gimnazjum samorządowego. Nasza obecna szkoła nazywała się Polska Średnia Szkoła nr 2, a dyrektorem mianowano niejakiego Pińczuka, dawnego więźnia Berezy Kartuskiej. Pińczuk był dla nas wstrętny, nawet powierzchownie niesympatyczny - mały, łysy, a na głowie miał dużego guza. Kiedy on odezwał się do młodzieży to nie była przemowa tylko wrzask, który kończył się dziwnymi wyzwiskami od jakichś "melonów". Nasza młodzież nie była przyzwyczajona do takiego traktowania. Ja w tym czasie przyjaźniłam się z Olgą Puławską. Obie nie przejmowałyśmy się już wcale nauką, gdyż trudno było nagle zrozumieć, że w polskiej szkole musimy się uczyć rosyjskiego i ukraińskiego. Nauczyciel, który uczył nas ukraińskiego mówił do nas tylko po ukraińsku, a myśmy ani "be" ani "me" - taka to była nauka. Uciekałyśmy z Olgą z niektórych lekcji - chowając się w szatni, ale to też było niebezpieczne, gdyż podejrzliwy dyrektor sam przeszukiwał szatnie. Jakoś nigdy nas nie złapał - udawało się. Pińczuk dziwnie traktował uczniów, jakbyśmy byli więźniami. W czasie przerw drzwi na podwórze były pozamykane na klucz. Woźna twierdziła, że klucz ma tylko dyrektor. Na dużej przerwie dawano nam kubek czarnej kawy i kromkę czarnego chleba. Przy każdej okazji Pińczuk zaznaczał, że te śniadania on wywalczył dla nas w "Oświtie". Często wpadał też do klasy w czasie lekcji i wypytywał nauczyciela, których uczni brakuje. Następnie notował ich nazwiska w swoim czarnym notesie. Lekcje stawały się coraz bardziej męczące i dlatego obie z Olgą byłyśmy tak bardzo zniechęcone do nauki. Często w ogóle nie chodziłyśmy do tej okropnej szkoły.

Olga mieszkała w willi senatora Puławskiego - był to jej stryj. Mieszkali tam zajmując tylko dwa pokoje i kuchnię, reszta była zarekwirowana. Siedziałyśmy w kuchni, bo było cieplej, grałyśmy w karty zajadając jabłka - szare renety, które można było jeszcze kupić i to płacąc drogo jak za jakieś rarytasy. W naszym domu było zimno, gdyż zima tego roku była wyjątkowo ciężka. Tatuś często chorował na bronchit, był w ogóle słabego zdrowia, a nerwy miał bardzo zszarpane. Podjął pracę w nowo odkrytej kopalni torfu. Sowieci byli dumni z tego, że to oni odkryli tę kopalnię. Ojciec znał dobrze język rosyjski i buchalterię, więc pracował w biurze, a mój brat Czesław wraz z Wackiem Malczewskim pracowali fizycznie przy wydobyciu. Paliliśmy w piecach tylko torfem, który fatalnie się palił - dymił i okropnie śmierdział, ale nie było innego opału. Część naszego mieszkania zarekwirowano, więc musieliśmy niektóre meble powynosić do komórki, porozdawać a resztę ścieśnić. Niektórzy nasi goście musieli się wyprowadzić. Janka jednak nadal przyprowadzała różnych swoich znajomych, którym dawała ubrania i żywność. Często jeździła też do Dubna i Równego. Przywoziła stamtąd jakieś ulotki w mydle - raz widziałam jak je wyjmowała.

Któregoś dnia przyszedł do nas profesor Stanisław Szczepański - mój ówczesny wychowawca klasy. Dziwił się, że nie chodzę do szkoły i prosił, ażebym przychodziła. Tłumaczył mi jak bardzo ważna jest nauka dla młodzieży. Wyczuwałam, że przysłał go dyrektor Pińczuk i dlatego obiecałam, że przyjdę. Żal mi było profesora Szczepańskiego, gdyż był to bardzo dobry i łagodny człowiek. Obiecałam, więc wróciłam do szkoły. Już na pierwszej lekcji Pińczuk wezwał mnie do gabinetu i od razu zaczął krzyczeć a nawet ryczeć, że jestem "melonem", "balonem", i po prostu nieukiem. Byłam w pierwszej chwili gotowa się rozpłakać, bo nigdy nikt na mnie tak nie krzyczał. Jednak opanowałam się i ogarnęła mnie złość, stałam się zła i w duchu życzyłam mu "nagłej i niespodziewanej śmierci". Od tego czasu siedziałam z Hanką Kiczyńską - znałam ją od pierwszej klasy. Była ona sierotą i mieszkała kiedyś w internacie licealnym, ale w tym czasie w internatach mieszkała tylko młodzież ukraińska. Hanka zamieszkała więc z bratem u Romka Oleksego - ich przyrodniego brata. Rozdano nam świadectwa przed Świętami Wielkanocnymi. Nie zachowało się - nie było czym się chwalić. Pełno dwój z ukraińskiego, rosyjskiego i tak dalej. Natomiast zachował się mój "Ućnivskij Kvitok nr 361" czyli uczniowska legitymacja.

Nadeszły Święta Wielkanocne roku 1940 i nastąpiły straszne wydarzenia dla naszej rodziny, jak i również dla innych Polaków. W Wielki Piątek zjawili się w nocy - oficer NKWD z jakimiś dwoma tajniakami. Najpierw przeprowadzali rewizję szukając broni, potem podali ojcu nakaz aresztowania. Tatuś był ledwo żywy, gdyż miał ropne zapalenie ucha. Byłam przerażona tymi wydarzeniami. Przepłakałam resztę nocy, aż dostałam gorączki i rozchorowałam się. Całą sobotę leżałam i brałam jakieś tabletki, ale w Wielką Niedzielę poszłam do kościoła. Gdy wróciłam w południe znów zjawił się ten sam oficer NKWD. Pytał o Jankę i zaraz podał jej nakaz aresztowania, a mnie zabrał jako świadka do przeprowadzenia rewizji w rzeczach Janki. Zapamiętałam, że nazwisko oficera brzmiało Truchun. Wszystkich zgromadził w jednym pokoju i zostawił tam żołnierza z karabinem. Pierwsze co zabrał do swojej teczki to była śliczna fotografia Janki, która stała w ramce przy jej łóżku. Następnie przerzucali wszystkie jej rzeczy, książki, walizki, łóżko w poszukiwaniu broni i nie wiadomo jeszcze czego. Nad tapczanem wisiał ozdobny malowany bukłak na wodę. Okazało się, że w tym bukłaku coś szeleściło - coś tam było. Usiłowali to "coś" wyjąć, ale bukłak był okrągły i szeroki, a szyjka wylotowa wąska i to "coś" nie chciało samo wylecieć. Cywil tylko tym się zajmował, potrząsał bukłakiem i stawał się coraz bardziej wściekły, a to "coś" uparcie siedziało i nic. Potem oficer oświadczył, że idą obaj po samochód, a sołdat z karabinem ma nas pilnować. W tym czasie wróciła Mama z Cześkiem, byli w gmachu NKWD na Wiśniowieckiej rogatce, zanieśli ojcu paczkę i usiłowali dowiedzieć się coś o jego losach. Mama zobaczyła co się dzieje w naszym domu, że sołdat pilnuje nas z karabinem i dowiedziała się, że Janka jest aresztowana, okropnie się zdenerwowała. Janka starała się Mamę uspokoić i podała jej krople. Ale Mama po rosyjsku przeklinała Sowietów. Wtedy stała się rzecz dziwna, bo ruski sołdat - młody jeszcze chłopak, rozpłakał się i tłumaczył Mamie, że on jest tylko poborowym i powiedzieli mu, że idzie na wojnę, on nie chce prześladować cywilnych ludzi. Mama wzruszyła się tym, dała mu ciasto, a ja nalałam mu herbaty. Żołnierz usiadł sobie przy stole i chętnie zajadał. Co też się działo, kiedy wrócił oficer i zobaczył stojący karabin w kącie i sołdata przy stole. Wściekle zaczął rugać żołnierza a ten zameldował się i prosił o wysłanie go na front. Co dalej się działo nie wiem, gdyż ściskałam mocno Jankę, a ona wówczas szepnęła mi do ucha, ażebym natychmiast zdjęła z pieca mydło. Gdy wszyscy obcy wyszli, ze zgrozą zobaczyłam, że mydło pękło i ulotki wystają z niego całym pękiem. Zostało to natychmiast zdjęte, a ulotki Czesław wrzucił do piecyka żelaznego. On również wyjął drutem ten nieszczęsny list z bukłaka.

 Zakończeniem naszej tragedii była noc 13 kwietnia, kiedy przyszli nocą po całą naszą rodzinę. Było dwóch cywilów - jeden Żyd, a drugi Ukrainiec. Przyprowadzili sowieckiego sołdata z karabinem i kazali nam się pakować. Przeraziłam się - Boże, dlaczego wypędzają nas z naszego domu? Co będzie z nami? Stałam otępiała i nie wiedziałam co pakować. Mama również straciła głowę, płakała. Jedyną osobą opanowaną był Czesiek. On wszystko pakował do walizek, doradzał Mamie co tam wkładać. On wiązał bieliznę i pościel w tobołki. Poza tym przyniósł worki i mnie też kazał wkładać do nich odzież. Utrudniał mu bardzo sołdat z karabinem, który chodził za nim co krok. Nie pozwolił mu zabrać siekiery - widocznie bał się, że Czesiek ma ukrytą broń. Natomiast za mną biegał mój ukochany kot "Żbik". Pytałam Mamę co będzie z kotem, bo przecież nie możemy go zabrać ze sobą. Mama po prostu nie wiedziała, nie miała głowy. Sołdat w pewnej chwili powiedział do Cześka, że musimy komuś przekazać klucze od mieszkania. Ale komu? - Mama wtedy zadecydowała, że jedynie w tej chwili nie są wywożeni chyba biedni Żydzi i podała adres znajomego krawca - niejakiego Abrama Baraczina. Sołdat wysłał po niego tajniaka. Gdy przyszli Mama prosiła Baraczina, ażeby wziął klucze od naszego mieszkania i żeby niektóre rzeczy przekazał naszym krewnym, o ile oni pozostaną w Krzemieńcu. Ja zaraz zwróciłam się z prośbą, ażeby p. Baraczin zaopiekował się moim kotem. Furmanka chłopska już zajechała, więc musieliśmy przy pomocy tajniaków wszystkie rzeczy ładować i odjeżdżać.

Kiedy jechaliśmy przez Krzemieniec na stację ledwo świtało. Patrzyłam na zamglony Krzemieniec. Smutny był to widok - ulice zawalone kupami brudnego śniegu. Na ulicy Korzeniowskiego obejrzałam się na naszą szkołę. Liceum Krzemienieckie z kościołem pośrodku stało okryte we mgle jakby było zapłakane. Nie wiedziałam, że ten widok pozostanie na zawsze w moich oczach, jako ostatni pożegnalny obraz. Nagle błysk myśli: Och, Boże - przecież tak niedawno biegałam po tych ulicach z "Małym Atlasem" w ręku - a teraz, gdzie on jest, zapomniałam go zabrać - no bo i po cóż mi on "tam?" Po plecach przebiegły mi dreszcze, instynktownie przytuliłam się do Mamy, a ona do mnie, byłyśmy takie osamotnione i zagubione. Nagle usłyszałyśmy jakieś krzyki: - "Dawaj po wagonam!" To już była stacja i musieliśmy swoje rzeczy ładować do wagonu, poganiani przez sołdatów. "Bystrej, bystrej!" Po załadowaniu przysiadłyśmy na górnej półce przy oknie. Potem odjechaliśmy. Droga była długa i uciążliwa, wprost straszna. A ja przez zakratowane okienka bydlęcego wagonu patrzyłam na tę obcą ziemię ze ściśniętym sercem. - Boże, gdzie nas wiozą, gdzie? Te myśli nie opuszczały mnie przez całą drogę.






STYCZEŃ 1939


"Koniec roku upłynął w męczącej świadomości, że nic właściwie nie zostało istotnie załatwione, a przyszłość niepewna zmusza do największej czujności i uwagi" - słowa te, pod datą 1 stycznia 1939 r. zanotował w swoim pamiętniku minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej płk. Józef Beck. Boże Narodzenie, sylwestra i Nowy Rok spędził on wówczas wraz z małżonką w Monte Carlo, ale jak widać po owym wpisie, niepewny był co do przyszłości.

"Nadchodzi rok nieistnienia. Nadchodzi straszne bezkwiecie. W tym roku wszystkie dziewczęta wyginą niby motyle. Ja pierwsza blednę samochcąc i umrzeć muszę za chwilę i już umieram - o, spojrzyj i już mnie nie ma na świecie" - słowa te również pod datą 1 stycznia 1939 r. zanotowała wówczas 32-letnia Romana Oszczakiewicz, otwierając ową wróżbą tomik poezji Bolesława Leśmiana pt.: "Łąka". Romana była wówczas żoną kapitana Wojska Polskiego Henryka Oszczakiewicza i mamą 7-letniej wówczas Mai.

 


Redakcja "Kuriera Warszawskiego" zamówiła u słynnego astrologa Jana Starża-Dzierzbickiego horoskop na 1939 rok, motywując ów krok stwierdzeniem, iż Starż-Dzierzbicki jako jedyny przepowiedział już w 1935 r. Anschluss Austrii. Jego przepowiednia brzmiała następująco: "Silne dysonansowe wibracje Marsa przedstawiają się na rok 1939 wyjątkowo groźnie. Furia znaku Skorpiona przy połączeniu z księżycem Marsa (promotora wszystkich wojen) osiągnie najwyższe natężenie w początkach maja i międzynarodowy konflikt będzie wisiał wtedy na włosku, (...) wojna jednak nie wybuchnie". Jak Starż-Dzierzbicki twierdził dalej: "Astrologia w niczym nie ogranicza wolnej woli człowieka, a działanie wpływów kosmicznych reprezentuje tylko pewne ogólne tendencje, które zawsze można przezwyciężyć".


"Kurier Warszawski" publikuje odpowiedź polskich pisarzy na ankietę dziennika: "Jak sobie wyobrażasz Polskę i Warszawę za 20 lat - w roku 1959?"




Wacław Grubiński pisze: "Warszawa się zmieni do tego stopnia, że kto by ją dzisiaj opuścił, po powrocie do niej w r. 1959 nie będzie mógł jej poznać. Sprawią to nowe szerokie tętnice, monumentalne gmachy, strzeliste wiadukty, klomby uliczne i skasowanie tramwajów. Rozumie się samo przez się, że kinematograf z roku 1959 będzie dawał całkowite złudzenie rzeczywistości trzywymiarowej, ale jego repertuar pod względem wartości literackiej wyświetlanych utworów nie zmieni się na jotę, ponieważ szerokie masy publiczności zawsze będą tego repertuaru pożądały".





Maria Kuncewiczowa pisze: "Za lat dwadzieścia podobno nie zostanie już ani kropli ropy w Zagłębiu Borysławskim, benzynę całkowicie zastąpi elektryczność. Dwadzieścia lat temu robotnik amerykański chwalił się przed sąsiadami rowerem i wyżymaczką, dziś ma samochód, radio, patefon i lodówkę mechaniczną. Ponieważ nasz robotnik zaledwie w tej chwili przestał się chwalić rowerem i wyżymaczką, właśnie instaluje radio, więc za dwadzieścia lat będzie miał prawdopodobnie samochód i lodówkę mechaniczną. W ciągu tego okresu może runąć teoria kwantów, kilka republik, może powstać w Warszawie salon kosmetyczny, skąd Warszawianie bez różnicy płci i wieku będą wyfruwali na słońce z młodzieńczością skowronków, z gracją ibisów".





Kornel Makuszyński pisał: "Wielkie miasto, ogromne miasto... Kamiennymi ramionami objęło już Otwock Katolicki i Piaseczno. Warszawa. Rok 1959. Dwadzieścia dziewięć milionów słuchaczów otwiera z radosnym pośpiechem aparat telewizyjny: przed złotym mikrofonem, używanym jedynie na największe uroczystości siedzi czcigodny starzec, skończenie wytworny o niezwykle ujmującej powierzchowności, rześki i rumiany. Głosem jeszcze silnym, który nic nie stracił ze swego blasku, nawołuje, żeby stolicę państwa przenieść wreszcie do ogromnego i najpiękniejszego miasta Zakopanego. Starowina bredzi rozkosznie na ten temat przez pół godziny. Wzruszeni słuchacze szepcą z rozrzewnieniem: "Ten Makuszyński przez lat dwadzieścia niczego nowego nie wymyślił. Na mózg mu się rzuciło. Literatura używa nowej pisowni. Dawną, z roku 1937 zmieniono w roku czterdziestym, zaś po latach trzech zarzucono. Obecna jest z rzędu dziewiąta. Zniosła ona te przecinki, które się dawniej stawiało przed "że", "który" i "albo" i obecnie poleca je stawiać po słówkach "że", "który" i "albo". Kropki nad "i" używa się wtedy jedynie, jeśli to "i" ma połączyć wyrazy żeńskie. Nazwy narodów i krajów pisze się wielką literą wtedy tylko, jeśli te kraje mają w Warszawie ambasadorów. W kinematografii roku 1959 dwudziesta szósta część "Znachora" cieszy się zasłużonym powodzeniem. Do kina jednak już się nie chodzi, tylko się w domu odkręca odpowiedni kurasek i puszcza się Smosarską. Słowem: w głowie się mąci na widok niebywałych wynalazków, udogodnień i praktycznych świetności. Wyliczanie ich zajęłoby całą gazetę. W dalszym ciągu jednakże wino wyrabiają z buraków i siarki, chleb z zakalca, kawę z żyta, śmietanę z mąki, masło z margaryny, a serdelki z wyścigowych rumaków".





Franciszek Ossendowski pisze: "Warszawa coraz bardziej staje się ośrodkiem Europy, że na stalowych szlakach podziemnych dworców kolejowych ubiegają się i krzyżują drogi z zachodu, południa, wschodu i północy; pociągi wyrzucają codziennie góry towarów i tłumy cudzoziemskich pasażerów, że cała wymiana pomiędzy zachodem a wschodem, północą a południem przechodzi przez Warszawę. Nad kilkoma lotniskami krążą samoloty, w dzień oświetlone promieniami słońca, w nocy - ogarnięte białymi mackami reflektorów. Na praskim brzegu Wisły, gdzie niegdyś ciągnęły się chaty, wyrosły nowe gmachy towarzystw żeglugowych, składów, chłodni, elewatorów, a białe, niebieskie i czarne kadłuby statków prują wartki prąd rzeki uregulowanej i ujętej w granicach stolicy w sztywne, kamienne wybrzeże o typie szerokiego bulwaru. Na peryferiach i w dzielnicach fabrycznych usunięte zostały beznadziejnie czarne, brudne, do śmietnisk lub kostnic podobne czynszowe kamienice robotnicze, a na ich podwalinach lśnią szybami ukwieconych okien tanie mieszkania w domach współczesnych. Wszystko się zmieniło w Warszawie, nadrzeczna fasada Zamku Królewskiego i plac przed nim z kolumną Zygmuntowską, jarzący się tysiącami ogni bulwar Gdański; wyniosły a tak długo od wzroku ludzkiego okryty pałac Ujazdowski; imponująca powagą swoją dzielnica Marszałka Piłsudskiego; rozległy teren wystawowy, panorama na Pragę z centrum miasta, poszerzone arterie śródmieścia, nowe, artystycznie zabudowane przedmieścia, ulice, place, stadiony, boiska w otoku zieleni i kwietników. Zmiany sięgnęły dalej i głębiej. Kolej podziemna usunęła na zawsze tramwaje; ruch ciężarowy odbywa się w oświetlonych i wentylowanych tunelach; twarde, gładkie jezdnie asfaltowe, zatłoczone samochodami i autobusami, wybiegają na autostrady przecinające kraj we wszystkich kierunkach i łączące stolicę ze stojącymi w zaciszu podmiejskim ogromnymi gmachami wyższych uczelni i instytucji do badań naukowych, gdzie powstała nowa dzielnica "Wiedza". Zmienił się charakter i wygląd ulic warszawskich. Zmazano z mapy stolicy Nalewki, a z nimi razem znikł obcy tłum żydowski. Nowe koleje, porty, stocznie, lotniska, fabryki, melioracja Polesia (Kostek-Biernacki ☝️), ciągła rozbudowa COP-u (takiego przedwojennego CPK), Zaolzia, Śląska, Łodzi, Białegostoku, burzenie i przekształcenie zażydzonych miast, nowe formy gospodarki rolnej, budownictwo szkolne i sanitarne, rekonstrukcja zamków w Krzemieńcu, Trembowli, Olesku, Brzeżanach, Podhorcach, Przemyślu. Umilkły spory, swary, podstępne walki, oszczerstwa i drwiny, gdyż życie i praca nabrały ciągłości i uczciwie wytkniętego celu. Umilkły wyprowadzające z równowagi głuche, niepokojące pomruki wojny, a nad Warszawą, z placu Zbawiciela, widzialny zewsząd, miłościwy i potężny, błogosławiący "urbi et robi" dłoń swoją wznosi posąg Chrystusa w majestacie królewskim".





Światopełk Karpiński pisał: "(List do przyjaciela z roku 1959):
Prosto z lotniska kazałem się zawieść szoferowi w kierunku starej Warszawy. Nie wsiadłem w metro i bardzo żałuję. Zachciało mi się choć przelotnie rzucić okiem na tę osławioną dzielnicę nowoczesną, gdzie nie ma kawiarni, a na ich miejscu są place sportowe, gdzie miast dancingów jest pełno czytelni i tylko kina powspominają czasy mojej młodości. Owszem - zewnętrznie można powiedzieć, że to nawet nieźle wygląda. Wielkie, nowoczesne bloki o ogromnych, płaskich, jak srebrne ryby oknach stoją w przyzwoitej odległości od siebie, nie tłoczą się, a liczne szkielety drzew świadczą, że latem musi tu być pełno tryskającej zieleni. Kazałem omijać szoferowi centrum miasta (Plac Unii Lubelskiej) i ulicą Marszałkowską udaliśmy się w kierunku dworca Głównego. Całe szczęście, że z tej wąskiej uliczki usunięto tramwaje już dziesięć lat temu, bo ruch samochodowy był wprost oszałamiający... Wzruszony do głębi takim dowodem rozmachu i postępu, wysiadłem na chwilę z auta i zacząłem przeglądać się wystawom sklepowym... Od czasu, jak wielkie magazyny powstały w nowej dzielnicy miasta, panorama Marszałkowskiej i Nowego Światu to witryny i neony drobnego warszawskiego kupiectwa... Nie mogłem się powstrzymać, aby nie zajechać na plac Marszałka Piłsudskiego, gdzie tyle czasu spędziłem w modnych wówczas i bardzo tu licznych kawiarniach, kuźniach plotek, snobizmu, intryg, co pomniejszych rybek świata politycznego, literackiego, teatralnego stolicy. Wchodziłem kolejno do każdej i szybko wychodziłem z uczuciem wielkiego smutku... Na poniszczonych meblach siedzieli jacyś starzy ludzie o szarzyźnie emerytów i wpatrzeni w białe żagle gazet rozpostartych tu u ich starczych nosów. Życie odpłynęło w kierunku nowoczesnych dzielnic, ci ludzie pozostali wierni miejscom swojej młodości..."


 Bardzo interesujące prognozy przyszłości Warszawy i Polski? Szkoda że... stało się inaczej 🥲


CDN.

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. III

CZYLI CO SPOWODOWAŁO
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





PLANY I MARZENIA
Cz. II





"MONARCHIA PRUSKA POZOSTANIE ZAWSZE: NIE KRAJEM, KTÓRY MA ARMIĘ, LECZ ARMIĄ, KTÓRA MA KRAJ, W KTÓRYM JAK GDYBY TYLKO KWATEROWAŁA"

major GEORG HEINRICH von BERENHORST
(XVIII wiek)



Wraz z wstąpieniem na niemiecki (i pruski) tron cesarza (i króla) Wilhelma II (15 czerwca 1888 r. ) i zdymisjonowaniem starego kanclerza - Otto von Bismarcka (20 marca 1890 r.), nadeszły czasy "Nowego kursu dla Niemiec", którego głównym autorem był właśnie nowy, młody niemiecki cesarz. Konflikt, jaki wybuchł na linii Wilhelm-Bismarck wziął się zapewne po części z kompleksów, które całe życie trapiły kajzera i które sprowadzały się do potrzeby stania się "silnym facetem" - a które to kompleksy dawały o sobie znać poprzez tromtadrackie, publiczne przemówienia Wilhelma (często zupełnie nieprzemyślane, które powodowały więcej strat i problemów dla niemieckiej dyplomacji, niż przynosiły zysków). Ale czy można się temu dziwić, skoro w owe kompleksy wtłaczała cesarza już jego własna matka, cesarzowa-małżonka Wiktoria (córka królowej Wielkiej Brytanii - Wiktorii). To przecież ona ciągle nazywała go: "małym, niemieckim chłopcem" i na każdym kroku podkreślała że jest "dumną córą Albionu", a jako kołysankę śpiewała mu pieśń: "Brytania panuje nad falami" i podkreślała że on (Wilhelm), jako "mały, niemiecki chłopiec" zapewne nigdy nie zrozumie dumy z bycia Anglikiem. Spowodowało to u Wilhelma powstanie zarówno fascynacji jak i niechęci do Wielkiej Brytanii. Podziwiał co prawda potęgę Imperium Brytyjskiego, nazywając go: "Największym Imperium w dziejach świata od czasów upadku Rzymu", to jednocześnie powtarzał: "Nigdy nie można mieć dość w sobie nienawiści dla Anglii", oraz powtarzał maksymę, parafrazując słowa Katona Starszego o Kartaginie: "Ceterum censeo Britanniam esse delendam" ("A poza tym uważam, że Brytanię należy zniszczyć"). Denerwowały go niezmiernie słowa matki, która podkreślała że brytyjska flota jest największą i najpotężniejszą flotą świata, a ona jest dumną "Angielką, wolno urodzoną Brytyjką". Powtarzała mu też że Albion jest: "najbardziej swobodny, najbardziej postępowy, zaawansowany, rozwinięty, najbogatszy", a zasiedla Brytanię: "najbardziej liberalna rasa na świecie (...) najlepiej ze wszystkich przystosowana do cywilizowania innych narodów". To wystarczyło, by w młodym chłopcu wyrobić prawdziwą fiksację na punkcje Wielkiej Brytanii, która nie opuściła do go końca życia (nawet na wygnaniu w Holandii będzie powtarzał że jest wnukiem królowej Wiktorii - władczyni Imperium nad którym nigdy nie zachodziło słońce, a jednocześnie całe życie miał pretensje do Albionu że doprowadził do klęski Niemiec w I Wojnie Światowej).

Nie był to jedyny kompleks jaki cechował Wilhelma II. Drugim była jego ułomność fizyczna i chęć jej nie tylko zakrycia, ale również pokazania że jest równie sprawny (a nawet bardziej) niż inni (stąd pragnienie bycia "silnym facetem"). Otóż Wilhelm miał niedorozwój lewej ręki (była krótsza od prawej), przez co nie mógł się nią sprawnie posługiwać. Podczas jego narodzin (27 stycznia 1859 r.), wystąpiły poważne komplikacje, a dziecko (po ciężkim porodzie) urodziło się "pozornie martwe". Nie oddychało przez pewien czas, dopiero gdy lekarz i asystujące akuszerki podjęły próby przywrócenia czynności życiowych - dziecko zaczęło płakać i normalnie oddychać. Radość była niezmierna, cieszono się bowiem zarówno z faktu, iż przywrócono dziecko do życia, jak i z tego, że narodził się chłopiec - następca tronu (z tej radości feldmarszałek Friedrich von Wrangel wybił pięścią okno, by szybciej powiadomić - zgromadzony pod murami Kronprinzenpalais - lud, iż oto narodził się: "Książę i do tego całkiem krzepki rekrut". Szybko okazało się jednak że dziecko nie jest do końca pełnosprawne, jako że podczas porodu i wyciągania dziecka z łona matki, uszkodzono jego lewe ramię, do tego potem doszły pewne (niewielkie) uszkodzenia mózgu. W każdym razie dzieciństwo młodego Wilhelma nie należało do przyjemnych ani bezbolesnych chwil życia (chodzenie w "klatce" mającej ustabilizować jego głowę, która przechylała się na prawą stronę, oraz "kąpiele" w króliczej krwi, w celu naprawienia niedorozwoju lewej kończyny). Jego własna matka, gdy ujrzała przez co musi przechodzić jej syn, była bliska płaczu i potem zwierzała się w liście do królowej Wiktorii, swej matki: "Nie jestem w stanie powiedzieć Ci, jak bardzo cierpiałam, gdy zobaczyłam go w tej maszynie, ledwie mogłam powstrzymać się od płaczu". Lekcje wychowania też nie należały do przyjemnych, gdyż nauczyciel i guwerner - Georg Hinzpeter od pierwszego spotkania zakomunikował księciu: "Żadnego użalania się nad sobą" i nie było wytłumaczenia że jedna ręka jest mniej sprawna od drugiej. Młody Wilhelm musiał nauczyć się jeździć konno (i samemu wejść na konia), posługiwać się szablą i bronią palną, pływać, wiosłować, grać w tenisa i na pianinie w taki sposób, jakby ta jego ułomność nie istniała. Edukacja księcia zaczynała się już o szóstej rano (zimą o siódmej) i obejmowała zarówno zajęcia fizyczne, jak i umysłowe (po latach Wilhelm pisał: "Brnęliśmy przez tysiące stronic gramatyki (...) od Fidiasza po Demostenesa, od Peryklesa do Aleksandra").

To spowodowało że po osiągnięciu dojrzałości, Wilhelm był całkiem dobrym jeźdźcem oraz strzelcem (choć niektórzy, jak na przykład jego wuj - król Wielkiej Brytanii - Edward VII, z sarkazmem powtarzali: "Wilhelm strzela całkiem dobrze, zważywszy że ma tylko jedną rękę"). Istniał też jeszcze jeden kompleks, który trapił kajzera. Otóż ktoś kiedyś powiedział mu, że jego wielki przodek - Fryderyk II, nigdy nie stałby się wielkim, gdyby miał u swego boku kogoś takiego jak Bismarck i Wilhelm bardzo dobrze zapamiętał sobie te słowa. Całe zresztą życie walczył o wypracowanie własnego mitu, który mógłby go określić jako jednego z wielkich ludzi tego świata. Taki mit posiadał zarówno jego dziad Wilhelm I (jako zjednoczyciel Niemiec - Wilhelm Wielki), jego ojciec Fryderyk III, który panował zaledwie trzy miesiące w 1888 r. i zmarł na zapalenie płuc (jako "liberalna nadzieja Niemiec"), Otto von Bismarck (jako "Żelazny Kanclerz"), a potem nawet feldmarszałek Paul von Hindenburg (jako "obrońca niemieckich Prus Wschodnich"), natomiast Wilhelm II nie miał niczego, co mogłoby go jednoznacznie zdefiniować. Choć może było coś takiego, ale akurat kajzerowi nie przypadłoby to do gustu, bowiem Wilhelma II należałoby określić: "Cesarzem-Gadułą", gdyż paplał wkoło z buńczuczną miną, potrząsając przy tym szablą, co często prowadziło do poważnych dyplomatycznych gaf, z których potem musieli się tłumaczyć niemieccy dyplomaci. Nawet gdy próbował godzić, czy też uspokajać inne kraje co do polityki Niemiec, to czynił to z delikatnością słonia w składzie porcelany i często po takich "uspokajających przemowach" niechęć do Niemiec była znacznie większa, niż przed wygłoszeniem tych mów. W każdym razie Wilhelm lubił wygłaszać mowy (i wygłaszał je z głowy, nie z kartki), szczególnie do żołnierzy, a niektóre z nich (jak choćby przemowa do rekrutów gwardii cesarskiej z 23 listopada 1891 r., w której Wilhelm miał powiedzieć: "Dzieci mojej gwardii (...) Macie tylko jednego wroga - mojego wroga. (...) może się zdarzyć, że rozkażę wam zastrzelić waszych własnych krewnych, braci, a nawet rodziców (...) w takim wypadku musicie bez szemrania spełnić moje rozkazy", czy też niesławna "mowa huńska" z 27 lipca 1900 r. gdy żegnał niemiecki korpus ekspedycyjny, mający udać się do Chin i tam - wraz z Wielką Brytanią, Francją, Rosją, USA, Włochami, Austro-Węgrami i Japonią - tłumić chińskie Powstanie Bokserów - wówczas zwrócił się do żołnierzy tymi oto słowy: "Tępić bez pardonu, nie brać jeńców, kto wpadł wam w ręce, niech ginie. Podobnie jak tysiąc lat temu Hunowie zdobyli sławę pod przywództwem swojego króla Attyli (...) tak niech zapisze się dzięki wam na tysiące lat w Chinach imię Niemców w taki sposób, żeby nigdy żaden Chińczyk nie odważył się chociażby krzywo spojrzeć na Niemca". Nie mówiąc już o aferze "Daily Telegraph" z jesieni 1907 r. ujawnionej na jesień 1908 r., której przytaczać nie będę, ale to właśnie wówczas Wilhelm tak "uspokajał" Anglików co do niemieckich zbrojeń, że ci... szybko dozbroili swoją flotę i odrzucili jakiekolwiek niemieckie propozycje sojuszu "teutońskich narodów"), były bardzo kontrowersyjne.


CESARZ WILHELM II



Mimo to warto jednocześnie dodać, że Wilhelm II, prócz tego swojego nadęcia i tromtadrackiej postawy, która miała go ukazywać jako "silnego faceta" Europy (choć częściej te jego miny były śmieszne niż groźne, o czym na przykład wspominał w 1908 r. "Kurier Poznański", pisząc o wizycie w Niemczech króla Wielkiej Brytanii - i wuja Wilhelma II - Edwarda VII: "Poczciwy król Edward jadący do Marienbadu nie może nie powstrzymać się od lekkiego uśmiechu (...) dziwna rzecz, że Niemcy więcej się obawiają tego sympatycznego, przyjaźnie uśmiechniętego króla Edwarda, w popielatym cylindrze i jasnych, wytwornie skrojonych inexprimablach z jego otyłą i okrągłą, wcale nie wojowniczo wyglądającą figurą, niż Anglicy groźnego cesarza Wilhelma z wojowniczo nastroszonymi wąsami i z brzęczącymi ostrogami u długich butów") miał także zwyczajne upodobania, jak choćby zamiłowanie do szybkich aut, do podróży (większą część każdego roku spędzał w rozjazdach, zarówno po samych Niemczech jak i innych krajach Europy) i wykwintnych strojów. Jego wyjazdy (i chęć bycia na językach całej Europy) były tak częste, że hymn pruskiej dynastii Hohenzollernów: "Heil Dir im Siegerkranz" ("Bądź pozdrowiony w wieńcu zwycięzcy") przekładano na "Heil Dir im Sonderzug" ("Bądź pozdrowiony w pociągu specjalnym"). I rzeczywiście, sezon swych podróży rozpoczynał Wilhelm każdego roku od wiosennego rejsu po Morzu Śródziemnym (z tradycyjną wizytą na greckiej wyspie Korfu, gdzie miał zakupioną posiadłość). W czerwcu rozpoczynały się regaty w Kilonii, podczas których cesarza nie mogło zabraknąć, a w lipcu wybierał się w rejs ku norweskim fiordom. W sierpniu bywało różnie, albo odpoczywał w swej posiadłości w Wilhelmshöhe, albo też udawał się na coroczne regaty żaglowców do angielskiego Cowes, lub żeglował statkiem po Haweli, był bowiem zapalonym miłośnikiem floty i nawet sam nakreślił kilka projektów potężnych okrętów. Jeden z takich projektów niemiecka admiralicja określiła mianem: "okręt ma wszystkie zalety poza jedną, nie byłby w stanie pływać" 🤭. Bardzo też przeżył Wilhelm zatonięcie Titanica (15 kwietnia 1912 r.) i polecił by niemieckie statki pasażerskie były wyposażone w dodatkowe środki bezpieczeństwa (szczególnie gdy został ojcem chrzestnym jednego z największych wówczas statków pasażerskich na świecie, wyprodukowanego w hamburskiej stoczni okrętu "Imperator", którego chrzest miał miejsce 23 maja 1912 r.). Pozostałe miesiące - począwszy od września - z reguły spędzał cesarz na polowaniach w różnych miejscach w Niemczech.

Warto tutaj jeszcze przytoczyć pewien skandal, jaki miał miejsce już na początku panowania Wilhelma II, a który to przez kilka kolejnych lat nie pozwalał o sobie zapomnieć i spędzał sen z powiek cesarza i wielu jego dworaków. Mam tutaj oczywiście na myśli skandal seksualny, jaki odbył się w Pałacu Myśliwskim nieopodal lasu Grunewald pod Berlinem w styczniu 1891 r. Otóż zjechała się tam wówczas (na zaproszenie księżnej Charlotte - młodszej siostry Wilhelma II) cała śmietanka arystokratyczno-towarzyska ówczesnych Niemiec. Wśród zaproszonych gości znaleźli się m.in.: książę Fryderyk Karol Heski (król elekt Finlandii), książę Szlezwiku-Holsztyna Ernst Gunther, książę Aribert von Anhalt, hrabia Fryderyk von Hohenau wraz z małżonką, cesarski szambelan Leberecht von Kotze wraz z małżonką, mistrz dworskiej ceremonii Karl Schrader z żoną Alidą, oraz sekretarz rosyjskiej ambasady w Berlinie Ludwig von Knorring. Zabawa był szampańska, najpierw bowiem możni państwo urządzili sobie kulig. Następnie wrócili do pałacu i rozpoczęła się biesiada suto zakrapiana alkoholem. Potem księżna Charlotte odprawiła służbę i zaczęła się prawdziwa zabawa, podczas której biesiadnikom puściły wszelkie hamulce. Doszło do wielkiej orgii, podczas której kolejno wymieniano się partnerami seksualnymi, nie gardząc też i stosunkami homoseksualnymi. Takie zabawy zapewne były organizowane nie po raz pierwszy, ale dopiero po nagłośnieniu tej afery, ujrzały światło dzienne. Otóż, już następnego dnia, po "bankiecie" w Pałacu Myśliwskim, do kajzera przyszedł pierwszy z wielu późniejszych anonimów, w którym tajemniczy autor opisywał dokładnie ze szczegółami anatomicznymi (i obscenicznym językiem) kto z kim spał i kto komu co wkładał. Mało tego, na owym donosie były rysunki anatomiczne genitaliów osób biorących udział w orgii i dołączone pornograficzne zdjęcia (nie związane już z samą orgią). Wiele szczegółów podawał anonim w stosunku do księżnej Charlotte, w którym autor nazywał ją wprost "nimfomanką" sypiającą z połową cesarskiego dworu. Wilhelm był przerażony, anonim bowiem godził nie tylko w powagę dworu i dynastii, ale również w projektowany przez kajzera "Nowy Kurs", który zapoczątkował po dymisji Żelaznego Kanclerza Bismarcka. 

 
KSIĘŻNA CHARLOTTE



Nic nie dały próby zbagatelizowania problemu, gdyż pojawiały się wciąż nowe anonimy. Zresztą docierały one nie tylko do cesarza, ale i do innych członków dworu, w tym do samej księżnej Charlotte. Ponieważ jednak szlachta była tak zblazowana, że kazała własnej służbie nawet otwierać i czytać sobie listy - przez to bardzo szybko skandal seksualny z Grunewaldu wydostał się do niemieckiej opinii publicznej i stał się tematem plotek w piwiarniach, szynkach i pralniach Berlina. Problem polegał też na tym, że nie było wiadomo kto dokładnie kryje się za owymi anonimami. Język oraz styl (mimo obscenicznych szczegółów anatomicznych) wskazywał na kogoś spośród dworu cesarskiego lub elit arystokratycznych, ale nic poza to - zresztą autor niczego też nie żądał w zamian za zaprzestanie nasyłania tych anonimów, więc nie można było złapać tropu. Po ponad roku czasu (gdy korespondencja wciąż nadchodziła) postanowiono (nieoficjalnie) na wiosnę 1892 r. przekazać sprawę policji. Tylko że taki krok wcale nie musiał doprowadzić do wykrycia sprawcy anonimów i to z bardzo różnych względów. Po pierwsze, od 1871 r. obowiązywał w Niemczech Paragraf 175 kodeksu karnego, który penalizował homoseksualizm i karał jego praktykowanie wiezieniem. A który komisarz byłby na tyle odważny, aby postawić zarzuty i ukarać więzieniem księcia, hrabiego lub innego członka dworu cesarskiego bez wyraźnego pozwolenia "z góry?" Żaden (chyba że nie zależało mu na własnej karierze) i tak samo postępował też prowadzący tę sprawę komisarz Eugen von Tausch, który co prawda zorganizował bardzo szczegółową obserwację skrzynek pocztowych i wysłał "w teren" wielu tajniaków którzy mieli zasięgnąć języka, mimo to niczego się nie dowiedział (albo tak po prostu było dla niego wygodniej). Stworzył jednak portret psychologiczny autora anonimów, w którym opisał, że jest to osoba zniewieściała, histeryczna i skłonna do plotek. To rzuciło podejrzenie na cesarskiego szambelana - Leberechta von Kotze, który (za pozwoleniem cesarza) został aresztowany i uwięziony (co ciekawe, nie postawiono mu żadnych zarzutów aby nie ośmieszać zarówno jego samego jak i honoru dynastii).

Wilhelm wydał zgodę na uwięzienie von Kotze, licząc na to, że wreszcie zakończy się przykra sprawa anonimów, a zadziorny szambelan dostanie pstryczek w nos i przestrogę by wiedział na co się porywa. Niestety, te przypuszczenia spaliły na panewce, gdy okazało się że w domu von Kotze nie znaleziono żadnych kompromitujących dowodów, natomiast... anonimy nadal przychodziły (co ciekawe, w listach tych autor groził ujawnieniem innych pikantnych szczegółów z życia berlińskich elit dworskich, jeśli von Kotze nie zostanie zwolniony z aresztu). Cesarz zdecydował się więc uniewinnić swojego szambelana po trzech tygodniach od jego aresztowania (a sąd zrehabilitował go oficjalnie, przyznając że aresztowanie było bezprawne, za co przewodniczący sądu podał się od razu do dymisji). Sprawcy anonimów nigdy nie odnaleziono, a same listy przychodziły jeszcze przez jakiś czas, aż ostatecznie w styczniu 1895 r. (w czwartą rocznicę skandalu z Grunewaldu) przestały przychodzić. Co prawda wtedy zaczęła się sprawa wzajemnych oskarżeń barona von Schradera (uczestnika orgii) i marszałka dworu Hugo von Reischacha z Leberechtem von Kotze, które kończyły się publicznymi pojedynkami w roku 1895 (ze Schraderem pierwszy pojedynek został nierozstrzygnięty, gdyż obaj panowie strzelali niecelnie, zaś Reischach został raniony w nogę). Potem panowie jeszcze kilka razy wyzywali się na pojedynek (von Kotze trzykrotnie odmówił, przez co został wydalony z grona oficerów swojego pułku - gdyż uznano to za zachowanie niehonorowe), ostatecznie 3 kwietnia 1896 r. von Schrader i von Kotze spotkali się ponownie w Ravensbergu pod Poczdamem. Teraz jednak miano strzelać do skutku, czyli aż przeciwnik padnie powalony, przy minimalnym odstępie dziesięciu kroków. W tym pojedynku zwyciężył von Kotze, który zastrzelił von Schradera, trafiając go w brzuch i gruchocząc kręgosłup. Został za to skazany na dwa lata i trzy miesiące więzienia w twierdzy kłodzkiej (w której żył niczym w pałacu, posiadając oddzielną służbę, odpowiedni apartament "więzienny" i wszelkie inne wygody na każde jego życzenie), mimo to cesarz ułaskawił go już po trzech miesiącach. Tak właśnie żyło się elitom władzy w kajzerowskiej Rzeszy.






Warto tutaj też na marginesie dodać, jak żyli na przykład niemieccy robotnicy. Oto opinia lekarza wielkomiejskiej dzielnicy mieszkaniowej w Saksonii z końca XIX wieku (czyli lat panowania Wilhelma II): "Mieszkania klasy pracującej znajdują się przeważnie w piwnicach i oficynach. Niewielką ilość świeżego powietrza, którą przepuszczają stare, ciasne, obudowane z czterech stron podwórka, zanieczyszczają wyziewy z ustępów (...) Po ścianach i drzwiach spływa zazwyczaj woda. Często trzydzieści do pięćdziesięciu osób używa jednego zlewu i jednego ustępu. (...) Wszystko jest nieopisanie brudne i zniszczone, roi się od robactwa (...) Za każde mieszkanie płaci się 20 do 25 talarów komornego. Z powodu tych wysokich cen komornego ludzie są często zmuszeni przyjmować kogoś na spanie. Z tego powodu, jak się można spodziewać, panuje dzika rozpusta (...) Stan zdrowia, zwłaszcza małych dzieci, jest niepokojąco zły". Większość robotniczych dzieci było niedożywionych, duża ich część chorowała na gruźlicę, krzywicę i awitaminozę. Oczywiście istniały też mieszkania zakładowe, budowane przez pracodawców dla swoich pracowników, które miały lepszy standard i znacznie niższy czynsz. Tylko że wówczas dany robotnik nie mógł już wziąć udziału w strajku lub zażądać podwyżki za swoją pracę, gdyż w każdej chwili groziła mu eksmisja na bruk wraz z żoną i dziećmi. To były zupełnie inne Niemcy. O tych Niemczech nie dowiemy się z książek i wiadomości historycznych opisujących splendor Belle Epoque. Zresztą zarówno niemiecka elita arystokratyczna, elita przemysłowa jak i niemiecka klasa średnia żyły na zupełnie innym poziomie. A szczególnie ta pierwsza klasa - arystokratów - żyła jak gdyby w świecie bajki, otoczona luksusem i splendorem swojej pozycji oraz władzy, zupełnie nie troszcząc się (lub troszcząc w sposób minimalny) nad najbiedniejszymi obywatelami zjednoczonych Niemiec. Prawdziwy stosunek elit władzy II Rzeszy do robotników i chłopów określił sam cesarz Wilhelm, który pewnego razu wizytując gospodarstwo rolne w swojej posiadłości Kadyny w pobliżu Elbląga, rzekł: "Piękna obora jest prawdziwym pałacem w porównaniu z mieszkaniami robotników" i na tym stwierdzeniu poprzestał.

Celowo przywołałem tutaj aferę seksualną roku 1891, gdyż ów rok będzie niezwykle ważny dla dalszych losów Cesarstwa Niemieckiego i rozpoczęte w jego trakcje procesy, doprowadzą następnie (jako jedne z przyczyn) do niemieckiej klęski w I Wojnie Światowej oraz do powstania Republiki Weimarskiej. Mam tutaj oczywiście na myśli zmianę dotychczasowego kierunku niemieckiej polityki zagranicznej - która za Bismarcka zmierzała w stronę łagodzenia napięć z Rosją i Wielką Brytanią - a za Wilhelma II stała się polityką konfrontacji i to zarówno z Rosją (parcie na Wschód, włączenie lub podporządkowanie "polskiego balkonu" - czyli ziem Kongresówki, która na mapach przypominała... balkon), z Wielką Brytanią ("Przyszłość Niemiec leży na morzu" - słowa te wypowiedział w 1898 r. w Szczecinie z okazji otwarcia nowej stoczni, właśnie cesarz Wilhelm II, rzucając wyzwanie Brytyjczykom) jak i polityka "zmiażdżenia" Francji, by ta już nigdy nie odrodziła się jako wielkie mocarstwo. To właśnie nierozsądna polityka cesarza Wilhelma doprowadziła w owym 1891 r. do pierwszego zbliżenia Francji i Rosji i wizyty francuskiej eskadry okrętów w Kronsztadzie oraz Petersburgu (gdzie po raz pierwszy Rosjanie mogli usłyszeć francuski hymn narodowy - "Marsyliankę", która dotąd w Rosji była zakazana). To otworzyło drogę do zbudowania Dwuprzymierza a od 1904 r. i sojuszu francusko-brytyjskiego - realnego Trójprzymierza, wymierzonego właśnie w Niemcy i Austro-Węgry. Rozpoczęła się polityka okrążania Niemiec od zachodu i wschodu, a (po wybuchu wojny) odcięcia ich od dostaw z zewnątrz, co musiało przypieczętować klęskę "państw teutońskich" w Wielkiej Wojnie i doprowadzić do upadku II Rzeszy Niemieckiej. Na jej gruzach powstanie słaba i targana wewnętrznymi kryzysami Republika Weimarska, która to zaś stanie się trampoliną dla Adolfa Hitlera i nazistów do zdobycia władzy i rozpętania kolejnej światowej pożogi wojennej. Tak więc rok 1891 był początkiem wydarzeń, które ostatecznie zakończyły się w maju roku 1945 (choć tutaj też należy być ostrożnym, ponieważ III Rzesza nigdy nie podpisała kapitulacji. Kapitulację podpisał niemiecki Wehrmacht i tylko siły zbrojne się poddały a nie państwo niemieckie, dlatego też można uznać że II Wojna Światowa - nieoficjalnie - trwa po dziś dzień).




CDN.

23 października 2025

TRAGEDIA "MEDUZY"

KAŻDY Z NAS MOŻE STAĆ SIĘ MORDERCĄ,

NAWET CI, KTÓRZY TWIERDZĄ ŻE NIGDY 

NIE BYLIBY DO TEGO ZDOLNI





Dziś zaprezentuję jedną z największych katastrof (również w skali społecznej) XIX wieku, a z pewnością największą katastrofę morską tamtego stulecia. Mam tutaj oczywiście na myśli tragedię francuskiego okrętu "Meduzy" z 1816 r., która dla ludzi żyjących w XIX wieku była dokładnie tym samym, czym dla współczesnych było (i jest do tej pory) zatonięcie "Titanica" w 1912 r. Dziś historia rozbitków z okrętu "Meduzy" jest już praktycznie zapomniana, a warto o niej przypomnieć, bowiem okropności jakie wyrosły u tamtych ludzi są oczywistym wzorcem skonfrontowania lewicowych mrzonek o "szlachetnym dzikusie" (jak np. historia Indian amerykańskich, których zaczęto w pewnym momencie idealizować, opowiadając bajki jak to wspaniały i zgodny z naturą wiedli żywot i jak to owi przebrzydli koloniści wszystko zniszczyli. Takie filmy jak "Tańczący z wilkami" czy nawet "Avatar" - pokazują wspaniałe społeczeństwo, żyjące w zgodzie z odwiecznymi prawami świata, nie ma tam jednak wielu odniesień do faktu, że Indianie wcale nie zabijali bizonów tylko dla pożywienia, ale również dla zysku. Często urządzali wręcz masowe polowania na te zwierzęta, aby potem sprzedać je "białym kolonistom" w zamian za paciorki lub alkohol. Podobnie mordy rytualne, dokonywane przez kapłanów przed przybyciem Europejczyków do Ameryki Środkowej - były przykładem wręcz zwierzęcego barbaryzmu tych ludów i tych plemion). Zawsze bowiem, wcześniej czy później w sytuacji ekstremalnej następuje powrót do "zezwierzęconej" natury człowieka, który gotów jest zabijać, aby tylko samemu przeżyć. I o tym właśnie będzie w opowieści o "Meduzie", której tragedię w wymowny sposób oddał w 1819 r., francuski malarz - Théodore Géricault w swym obrazie: "Tratwa Meduzy". Historia tego okrętu pokazuje dobitnie, że po rozmontowaniu wszelkich społecznych i cywilizacyjnych bezpieczników (a temu doskonale sprzyja chociażby głód), powstaje próżnia w której odnaleźć się mogą tylko najsilniejsze jednostki - kosztem całej reszty.          



KATASTROFA OKRĘTU "MEDUZA
i GEHENNA JEGO PASAŻERÓW
(1816 r.)




Cesarz Napoleon Wielki abdykował 6 kwietnia 1814 r. 20 kwietnia opuścił pałac w Fontainebleau by udać się na wyspę Elbę (która stała się jego dożywotnim władztwem) a na którą dotarł 3 maja. Paryż został zdobyty przez siły rosyjsko-austriacko-pruskie 30 marca, zaś Ludwik XVIII Burbon odzyskał władzę we Francji dnia 3 kwietnia 1814 r. Wraz z królem powróciło do ojczyzny wielu arystokratów, którzy często od ponad dwudziestu lat pozostawali na obczyźnie i teraz nie zamierzali godzić się na żadne kompromisy. Ci - oderwani od rzeczywistości i żyjący w dawnym świecie, którego już nie było - emigranci, wyposzczeni i aroganccy, domagali się utraconych przywilejów, majątków i nowych stanowisk oraz nadań. Często jednak ich kompetencje na nowych stanowiskach odrodzonego Królestwa były mizerne - choć oni tym akurat najmniej się przejmowali, uważając że sama ich pozycja społeczna nobilituje do zajmowania najwyższych urzędów w państwie (Stendhal pisał o tych politycznych emigrantach: "Nic nie potrafią, a domagają się wszystkiego"). Arystokraci z "chambre introuvable" ("nie odnalezionej komnaty" - czyli osobiście służący niegdyś królowi), oraz ci drudzy - pałali żądzą zemsty za lata wygnania, upokorzeń i niedostatku, przemieniając swoje żądze w czyn i urządzając polowania na byłych oficerów, żołnierzy lub urzędników z czasów napoleońskich, którzy nie chcieli (lub nie mogli) złożyć przysięgi na wierność Ludwikowi XVIII. Te krwawe samosądy szybko otrzymały nazwę "Białego Terroru" i stały się prawdziwą plagą, szczególnie w południowych i zachodnich prowincjach kraju. W wojsku również nastąpiła prawdziwa czystka, a oficerowie musieli udowadniać swą wierność królowi, który to otoczył się gwardią złożoną z emigrantów - służących wcześniej w obcych armiach i walczących z Francuzami na wielu polach bitew. Poza tym król twierdził że Napoleon: "Popsuł mu Francję!", gdyż zmuszony był nadać obywatelom tzw.: "Kartę" (4 czerwca 1814 r.), nadającą ustrój monarchii konstytucyjnej (przynajmniej teoretycznie). Dawała ona Francuzom wolność osobistą, równość w sądach, nienaruszalność majątków nabytych w okresie Rewolucji i Cesarstwa. Parlament składał się z Izby Deputowanych i Izby Parów, jednak rząd pozostawał mianowany i zależny od króla, a nie od Parlamentu.




Ludwik XVIII początkowo odmówił także uznania trójkolorowej flagi i powrócił do białego sztandaru Burbonów (ozdobionego złotymi liliami, choć lilie pominięto aby nie drażnić ludu). Napoleon w rozmowie z gen. Henri Gatien Bertrandem stwierdził, że Burbonowie igrają z ogniem, bowiem chcą co prawda odzyskać swoje dawne zamki i pałace, ale jednocześnie gdy zaczną zrażać do siebie lud, to ten przepędzi ich w ciągu sześciu miesięcy. Bertrand nie dawał jednak temu wiary. Niezadowolenie Francuzów z nowych rządów i powrót do starych zwyczajów było szczególnie silne w wojsku, w którym - pomimo zakazu - wciąż obchodziło się urodziny Cesarza (15 sierpnia). Podczas tego święta w 1814 r. doszło do znieważenia symboli królewskich i podeptania białych kokard - symbolu odrodzonej monarchii - przez żołnierzy, którym odmówiono celebrowania "Dnia Napoleona". Te wszystkie wieści dotarły szybko również i na Elbę, gdzie - ku zdumieniu brytyjskich parlamentarzystów Fazakerleya i Vernona, którzy odwiedzili Cesarza na wyspie - tamtejszy pałac przemieniono w prawdziwy cesarski dwór, z setką grenadierów strzegących wejścia (ubranych w mundury z czasów Cesarstwa), etykietą i służbą. Była to zaledwie zapowiedź tego, co już wkrótce miało nadejść, gdyż Napoleon skrupulatnie śledził wieści z Francji, czytając nie tylko gazety (w których często przedstawiano go jako potwora, połykającego państwa i narody), ale również wypytywał swoich zwolenników o nastroje ludu - a te wcale nie były dobre. Francja ponownie zaczęła kipieć niechęcią do odrodzonej monarchii i z nadzieją wyczekiwała zmian, choć nie było jeszcze wówczas wiadome jakie to mają być zmiany. Zwycięskie mocarstwa koalicji anty-napoleońskiej pozwoliły Cesarzowi zachować jego tytuł, władzę nad maleńką Elbą (kiedyś opiszę jak Cesarz spędzał czas na Elbie i jak wypełniał tam swoje zadania) oraz na utrzymanie przez niego 675 francuskich żołnierzy cesarskiej gwardii, 54 polskich szwoleżerów gwardii, batalionu sformowanego z miejscowych, oraz batalionu Korsykanów. Były to niewielkie, wręcz nic nie znaczące siły i Napoleon przy ich pomocy nie mógł niczego zdziałać. Ale lud francuski coraz częściej - miast okrzyków "Vive Le Roi!" - wznosił okrzyki: "Vive L'Empereur!" i to była jego ogromna szansa. Poza tym ciążyło mu życie bez żony i syna (Maria Ludwika - córka cesarza Austrii Franciszka I Habsburga - otrzymała tytuł księżnej Parmy i tam właśnie przeniosła się wraz z synem: Napoleonem Franciszkiem Józefem Karolem Bonaparte, zwanym po prostu Napoleonem II lub "Orlątkiem". A potem wdała się w romans i poślubiła hrabiego von Neipperga, z którym doczekała się trójki dzieci). Napoleon myślał sobie zapewne tak: mam gnić na tej wyspie i czekać aż Burbonowie przyślą mordercę, jednocześnie upokarzając mnie i odmawiając kontaktów z żoną i synem? Czy też ruszyć do Francji, zwyciężyć i znów połączyć się z rodziną? Odpowiedź była prosta i Napoleon był już na nią od dawna gotowy, mawiając czasem: "Na Elbie zapomniano, że kiedyś byłem cesarzem królów"




Napoleon opuścił brzegi Elby w poniedziałek 27 lutego 1815 r. rano i po wyminięciu francuskich okrętów patrolowych (mających czuwać by Bonaparte nie uciekł z wyspy), już 28 lutego dotarł do brzegów Italii (wówczas jednak te ziemie wciąż jeszcze należały do Francji - piszę "jeszcze" ponieważ na Kongresie Wiedeńskim uzgodniono że zostaną one włączone do odnowionego Królestwa Sardynii), lecz na ląd zszedł dopiero w środę 1 marca w Zatoce Juan nieopodal Genui. Następnie Cesarz przeszedł przez miasteczka: Escragnolles, Seranon i Castellane - ale nie było tam zbyt wielkiego entuzjazmu jego osobą (Południe pozostawało raczej nastawione pro-rojalistycznie, podobnie jak rejon Wandei, gdzie jeszcze za Republiki dokonano okrutnych mordów na pro-royalistycznej ludności), ludzi jednak przyciągała doń głównie ciekawość. Dopiero w Sisteron tamtejszy garnizon pozdrowił Napoleona gromkim "Niech żyje Cesarz!" W Gap to samo, rozentuzjazmowane tłumy cisnęły się by na własne oczy ujrzeć swojego Cesarza, pojawiły się też głosy: "Śmierć Burbonom", "Arystokratów na latarnie". W dalszej drodze na Paryż, do niewielkiego oddziału Napoleona przyłączali się okoliczni wieśniacy - Napoleon starał się ich od tego odwieść (nie chodziło mu bowiem o ponowną rewolucję, a jedynie o odzyskanie tronu Francji), ale nie wszystkim udało się to wyperswadować i poszczególne grupki, uzbrojone w widły i kosy szły razem u boku cesarskich oddziałów. W wąwozie Laffrey po raz pierwszy drogę Napoleonowi zastąpiło (co prawda nieliczne, ale) regularne wojsko z 5 regimentu liniowego. Żołnierze wymierzyli swoje karabiny, a Cesarz, odsłaniając poły płaszcza szedł w ich kierunku, mówiąc: "Żołnierze, jestem waszym cesarzem. Jeśli wśród was jest choć jedna osoba, która chce strzelić do swojego cesarza - oto jestem!" Nikt się nie odważył wystrzelić, a wkrótce cały regiment dołączył do Napoleona. Potem Cesarz rzekł do gen. Drouta: "Jeśli tu nie zginąłem, zdobędę Paryż bez jednego wystrzału".






W dalszej drodze jeszcze wielokrotnie wysyłane przez króla wojsko, przyłączało się do Bonapartego (tak się stało np. pod Grenoble). 7 marca 1815 r. Cesarz wkroczył do Grenoble i wówczas miasto ogarnął szał tłumów, każdy bowiem chciał być jak najbliżej wkraczającego Cesarza, ludzie sypali kwiaty pod stopy żołnierzy, wynosili wodę i żywność (choć początkowo obawiano się że woda może być zatruta, ale szybko obawy te zostały rozwiane). Onieśmielony takim powitaniem Napoleon rzekł: "Do Grenoble byłem tylko awanturnikiem, teraz znów jestem cesarzem". 10 marca w Lyonie (z którego wcześniej uciekły dotychczasowe władze, w tym sprawcy "Białego Terroru", jak choćby hrabia d'Artois) sytuacja się powtórzyła, wszędzie Napoleon witany był owacyjnie i przyjmowany z najwyższym dostojeństwem. 11 marca 1815 r. w Lyonie, w pałacu hrabiego d'Artois, Cesarz Napoleon wydał swoje pierwsze dekrety, w których rozwiązywał dwór królewski w Paryżu, znosił wszelkie rozkazy Ludwika XVIII i przywracał trójkolorowy sztandar, jako oficjalną francuską flagę, skazując jednocześnie na banicję wszystkich zdrajców, którzy w latach 1795-1814 nie powrócili do Francji (mawiał o nich: "Niech wracają tam, skąd przyszli, skoro przez te wszystkie lata tak dobrze im szło przyjmowanie rozkazów z obcych dworów"). Pisze też list do żony, do Schönbrunn, w którym umieszcza takie oto słowa: "Pani i droga przyjaciółko, powróciłem na mój tron (...) Kiedy otrzymasz ten list, będę już w Paryżu. Przyjedź do mnie z moim synem. Mam nadzieję Cię uściskać przed końcem marca. Cały Twój, Nap." Do Napoleona dołączają wciąż nowi oficerowie i żołnierze (nawet bataliony z Villejuif - uważane dotąd za najwierniejsze królowi). Ludwik XVIII zostaje zupełnie sam i musi uciekać z Paryża - 19 marca 1815 r. (ponoć rzekł wówczas ze smutkiem: "I cóż? To już koniec?" po czym dodał: "Niebywałe! W kilka dni odzyskał całą Francję"). Do Napoleona przybył marszałek Ney - ofiarując mu swoją szpadę i jednocześnie próbując się usprawiedliwiać czemu przeszedł na stronę króla. Cesarz ponoć odrzekł wówczas doń: "Nie musi się Pan usprawiedliwiać. Pańskim usprawiedliwieniem, podobnie jak i moim, są wydarzenia, które są silniejsze niż ludzie. Nie mówmy już o przeszłości i pamiętajmy o niej tylko po to, aby raźniej iść w przyszłość" - po czym oboje padli sobie w ramiona.




19 marca - po prawie jedenastu miesiącach od swego wyjazdu - Napoleon ponownie wkroczył do Fontainebleau. 20 marca 1815 r. Cesarz Napoleon wjechał zaś do Paryża, gdzie lud radośnie wiwatował na jego cześć. Strach i niepewność była jednak wciąż obecna wśród elit, które wolały na razie trzymać się z boku i w nic nie angażować, a jednocześnie niczemu też nie przeszkadzać - wyczekując co będzie dalej. Napoleon wszedł do Pałacu Tuileries, gdzie wszystko (poza poszerzonym tronem - specjalnie skonstruowanym dla otyłego Ludwika XVIII) wyglądało po staremu, tak jakby nic się nie zmieniło - tak jakby Cesarz powrócił jedynie z długiej, jedenastomiesięcznej kampanii wojennej. Kilku dygnitarzy przybyło i połączyło się z Napoleonem, ale sporo z nich uciekło wraz z królem - większość zaś przyjęła postawę wyczekującą, nie wszyscy jednak mogli sobie na to pozwolić. Do Tuileries przybyła np. Hortensja de Beauharnais wraz ze swoimi dziećmi, aby wytłumaczyć się dlaczego przez tyle czasu nie interesowała się losem męża własnej matki. Rozpłakana próbowała się usprawiedliwiać - mówiąc że chciała pozostać przy boku swej umierającej matki (Józefina zmarła 29 maja 1814 r.). To można jeszcze zrozumieć, ale jej wiernopoddańcze hołdy dla Ludwika XVIII - czym były, jeśli nie jawną zdradą? Tak bardzo chciała zachować swe tytuły i majętności, które otrzymała tylko dzięki Napoleonowi? Cesarz często w tych dniach mawiał (co również znalazło odzwierciedlenie w jego listach): "Tacy właśnie są ludzie". Nic dodać, nic ująć. Nie odezwała się również Maria Ludwika (która już wówczas grzała łoże z hrabią Neippergiem), choć do Paryża przyjechała Maria Walewska wraz z synem. Cesarz ujrzał chłopca i obiecał im pomoc finansową. Jednak koniec końców napoleoński eksperyment nie powiódł się, a klęska Cesarza w bitwie z Brytyjczykami, Prusakami i Holendrami pod Waterloo (18 czerwca 1815 r.), ostatecznie przypieczętowała los odradzającego się Cesarstwa. Napoleon zaś został zesłany na odległą wyspę na Atlantyku - Św. Helenę, gdzie ostatecznie dokończył swego żywota (5 maja 1821 r.). Do Francji ponownie wrócił zaś król Ludwik XVIII, a wraz z nim cała plejada rządnych władzy i stanowisk arystokratów. 






Jednocześnie Francuzi całkiem nieźle wyszli z nowego podziału Europy, uzgodnionego w Wiedniu (na tzw.: "Tańczącym Kongresie"), odbywającego się od września 1814 r. do czerwca 1815 r. Nie tylko że Francuzi nie zostali obłożeni żadnymi odszkodowaniami wojennymi, to jeszcze nie utracili żadnych własnych ziem (Prusacy np. już wówczas żądali dla siebie Alzacji i Lotaryngii, ale zgodnie sprzeciwiły się temu Wielka Brytania jak i Austria - którzy poparli Francję), choć musieli powrócić do granic z 1792 r. Chytrość i przebiegłość dyplomatyczna, oraz niezwykła biegłość polityczna reprezentanta Francji na Kongresie - Charlesa-Maurice de Talleyranda (o którym Napoleon mawiał iż jest to: "Gówno przyobleczone w jedwabne pończochy", ale nawet Cesarz cenił sobie kunszt polityczny Talleyranda, który miał tę niesamowitą zdolność, iż potrafił przekuwać w dyplomatyczne zwycięstwa - militarne porażki, w myśl starej zasady: "Generałowie są po to, by wygrywać wojny. Dyplomaci zaś po to, by myśleć co się stanie, gdy generałowie wojnę przegrają"), wyniosła pokonany kraj (który to już na początku obrad Kongresu koalicjanci chcieli wykluczyć z obrad i jedynie przekazać mu wspólnie uzgodnione warunki) do rangi jednego z europejskich mocarstw i gwaranta stabilizacji na Kontynencie. Mało tego, Francuzom udało się zachować kilka wcześniejszych zdobyczy terytorialnych, jak choćby część okręgu Saary oraz miasta w Sabaudii: Chamberry i Annecy. Francja otrzymała również Senegal w Afryce Zachodniej, więc co prawda wyszła z tych wojen skrwawiona, ale jednak terytorialnie i politycznie wzmocniona (gorzej mieli chociażby Włosi, Niemcy i Polacy, których Kongres całkowicie pominął - zmuszając tych pierwszych i drugich by wciąż żyli w stanie rozbicia terytorialnego i wzbraniając im zjednoczenia, tych ostatnich zaś, by pozostali pod rządami trzech zaborców, odmawiając im pełnego prawa do niepodległości). I właśnie historia z otrzymaniem Senegalu wiąże się bezpośrednio z tematem, do którego teraz dopiero zamierzam przejść.




Otóż dnia 17 czerwca 1816 r. z portu w Aix wypłynęła eskadra czterech okrętów ("Meduza", "Loara" "Argus" i "Echo"), w celu objęcia we władanie nowej, zamorskiej prowincji w Afryce. W czasie wyprawy jednak owa eskadra została skutecznie rozproszona przez silne sztormy, a 2 lipca (w wyniku błędów niedoświadczonego kapitana okrętu - hrabiego Hugues Duroy de Chaumereys - niedawnego emigranta, mianowanego przez nowy rząd dowódcą nie w wyniku jego kompetencji, a jedynie lojalności i anty-napoleonizmu) "Meduza" osiadła na mieliźnie u brzegów Mauretanii. Wówczas było już pewne że okręt zatonie i należało czym prędzej ewakuować wszystkich pasażerów. Wsadzono więc wszystkich notabli i ich rodziny w szalupy okrętowe, które mieli skierować do brzegów Afryki. Pozostałym pasażerom dopomożono w zbudowaniu gigantycznej tratwy (z lin, belek i desek tonącego okrętu, który tonął kilka dni, więc mieli czas by się dobrze przygotować), na której zamierzano także umieścić prowiant, słodką wodę i wino dla pozostałych pasażerów (również tych w szalupach - łącznie było ich ok. 400 osób). Niestety, nie udało się zmieścić na tratwie całości zapasów, gdyż musiało na nią wejść pozostałe 149 osób, ale uważano że pomyślne wiatry (tratwa miała maszt i żagiel oraz "bocianie gniazdo") i pomoc szalup (które miały holować tratwę) doprowadzi do szybkiego dotarcia do brzegu i uzupełnienia brakujących zapasów. Los jednak nie sprzyjał rozbitkom, bowiem pogoda była przepiękna, słoneczna i bezwietrzna, a to powodowało, że główny wysiłek w holowaniu tratwy wzięły na siebie szalupy, którym jednak szybko się to znudziło, odcięli więc cumy łączące ich z tratwą i odpłynęli. Wówczas dla pasażerów tratwy zaczął się prawdziwy powrót do czasów "szlachetnego dzikusa", a mówiąc konkretnie zaczęło się prawdziwe piekło dla dużej części pasażerów owej "tratwy Meduzy". Jeśli bowiem pamiętamy, jak zakończyła się "Teksańska masakra piłą mechaniczną" - to mamy już odpowiedź co działo się wówczas, przez te kilkanaście dni dryfowania - do czasu, aż owi rozbitkowie zostali wreszcie odnalezieni (i ocaleni) przez okręt "Argus".


SZKIC TRATWY "MEDUZY"
(20 m. długości na 7 m. szerokości)



Zapasy żywności bardzo szybko się wyczerpywały przy takiej masie ludzi, a to, co zostało, stało się cenniejsze od złota. Za łyk wina (słodkiej wody już tam nie było) ludzie gotowi byli oddawać wszelkie kosztowności jakie jeszcze przy sobie posiadali, problem polegał jednak na tym, że nikt im nie chciał wówczas tego przyjąć (choćby nie wiem co, nie sposób zjeść złota). Do pierwszej walki o żywność doszło pomiędzy pijanymi żołnierzami z Batalionu Afrykańskiego (głównie Hiszpanie i Włosi), a marynarzami z pokładu "Meduzy" i to był początek horroru, który stał się nieodłączną codziennością nieszczęsnych pasażerów owej tratwy. W walce pomiędzy marynarzami a żołnierzami padli pierwsi ranni i zabici - i to właśnie oni stali się następnie pierwszymi ofiarami kanibalizmu wygłodniałych pasażerów. Pozwolę sobie nie wchodzić w szczegóły, bo nie ma to żadnego sensu, natomiast chciałbym się skupić na jednym. W sytuacji kiedy cywilizacja zostanie nagle "wyłączona", gdy wszelkie mechanizmy ograniczające ludzką samowolę, zostaną zdemontowane - któż wówczas najbardziej na tym ucierpi? Oczywiście - najsłabsi i tak jest zawsze w "stanie naturalnym", gdy do głosu dochodzi "szlachetny dzikus". Oczywistym więc było, że najłatwiejszymi ofiarami były kobiety - które szybko zostały zabite i... zjedzone (inna sprawa że nie było ich wówczas na tratwie zbyt wiele), oraz słabi i ranni mężczyźni. Codziennie na linach masztu tratwy "Meduzy", suszyły się na słońcu odcięte kawałki ludzkiego ciała - języki, ręce, nogi, wycięte narządy wewnętrzne. Powiedzenie że doszło wówczas do prawdziwego horroru, to nie powiedzenie nic - to była gehenna, która (nawet tym, co to przetrwali) do końca życia nie pozwalała w pełni normalnie funkcjonować. Te kilkanaście dni spędzonych na tratwie dryfującej po Atlantyku, całkowicie wywróciły ich życie do góry nogami i po powrocie do domów stali się już zupełnie innymi ludźmi (byli tacy - jak choćby inżynier Correard, autor broszury - opisującej co działo się na pokładzie tratwy "Meduzy" - którzy potem do swej diety dodali cytryny, spożywając je codziennie w ogromnych ilościach - prawdopodobnie chcieli tym samym zabić w ustach i w pamięci smak ludzkiego mięsa). 

Po dwóch tygodniach bezwolnego dryfowania po Oceanie, tratwę rozbitków z zatopionego okrętu "Meduza" dostrzegł inny okręt z pierwotnej eskadry - "Argus". Ze 149 pasażerów, którzy znaleźli się na pokładzie tratwy, pozostało przy życiu zaledwie... 15 (pięciu z nich było jednak tak osłabionych, że wkrótce po ocaleniu zmarło) - co dobitnie pokazuje o skali desperacji, której jedyną granicą było zaspokojenie głodu i przeżycie jeszcze jednego dnia. W 1817 r. Correard i Savigny (lekarz pokładowy, który był również obecny na pokładzie tratwy "Meduzy") opublikowali wspomnienia (szybko przetłumaczone na język angielski i niemiecki), opisujące co się działo na pokładzie tratwy i jak bardzo zmienną jest ludzka natura. Zaś w 1819 r. Théodore Géricault namalował swój najsłynniejszy obraz: "Tratwa Meduzy", na którym (po znacznym wizualnym zmniejszeniu tratwy) przedstawił 19 pozostałych przy życiu rozbitków w momencie, w którym wypatrzyli oni na horyzoncie żagle okrętu "Argus" przynoszącego im nadzieję i ocalenie. Tak właśnie wyglądała historia rozbitków z francuskiej fregaty "Meduza", której kapitan, emigrant kreujący się na ofiarę Bonapartego i nie posiadający większego doświadczenia w kierowaniu okrętem - spowodował jego zatonięcie i tragedię ponad setki ludzi. Angelo Solmi pisał w 1980 r. w "Tragicznych wodach" o przybyłych po upadku Bonapartego do Francji emigrantach, którzy objęli stanowiska wraz z powrotem do władzy Ludwika XVIII: "Nastąpił triumf niekompetencji. Beznadziejni ignoranci objęli ster, podejrzani osobnicy stali się doradcami głupawych szefów, ministrowie dawali nonsensowne instrukcje, a dyletanci trzymali się ich dosłownie (...) Odpowiedzialny za tragedię kapitan pozował na ofiarę Bonapartystów, licząc, że możni protektorzy nie dadzą go ukarać". I rzeczywiście był chroniony przez władze, które starały się wyciszyć wszelkie informacje o tej katastrofie (zdając sobie sprawę, że kładzie się ona cieniem na idei restauracji monarchii) a twórcy, którzy starali się o niej przypominać, byli zmuszani (metodami administracyjnymi) do zaprzestania swych działań (również dzieło Géricault'a wisiało w Paryskim Salonie jedynie cztery miesiące do połowy listopada 1819 r. po czym na żądanie Augusta-Hilariona de Keratry zostało zdjęte, zaś krytyka nie pozostawiła suchej nitki na "Tratwie Meduzy"). Władze rzeczywiście bały się obrazu Géricault'a i to w nie mniejszym stopniu, jak cztery lata wcześniej powracającego z Elby Cesarza Napoleona Wielkiego. 

Gdy radykalni zwolennicy monarchii zaczęli krzyczeć, że dzieło to jest "zamachem wymierzonym w Ludwika XVIII", Paryski Salon został zamknięty, a obraz nabyty do pałacu w Luwrze, po czym zrolowany i umieszczony na tamtejszym strychu w rupieciarni (nie pomogła nawet zmiana nazwy z "Tratwa Meduzy" na "Scena katastrofy morskiej"). W 1820 r. Géricault odebrał swoją własność i wywiózł obraz do Wielkiej Brytanii, gdzie wystawiono go 31 grudnia 1820 r. w Egyptian Hall w Londynie. Na zakończenie chciałbym jeszcze dodać, że tragedia Tratwy Meduzy nie jest niczym szczególnym. Tak dzieje się bowiem zawsze, gdy zostaną usunięte wszelkie cywilizacyjne oraz moralne bezpieczniki.


NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...