WYŚWIETLENIA

24 października 2025

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. III

CZYLI CO SPOWODOWAŁO
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





PLANY I MARZENIA
Cz. II





"MONARCHIA PRUSKA POZOSTANIE ZAWSZE: NIE KRAJEM, KTÓRY MA ARMIĘ, LECZ ARMIĄ, KTÓRA MA KRAJ, W KTÓRYM JAK GDYBY TYLKO KWATEROWAŁA"

major GEORG HEINRICH von BERENHORST
(XVIII wiek)



Wraz z wstąpieniem na niemiecki (i pruski) tron cesarza (i króla) Wilhelma II (15 czerwca 1888 r. ) i zdymisjonowaniem starego kanclerza - Otto von Bismarcka (20 marca 1890 r.), nadeszły czasy "Nowego kursu dla Niemiec", którego głównym autorem był właśnie nowy, młody niemiecki cesarz. Konflikt, jaki wybuchł na linii Wilhelm-Bismarck wziął się zapewne po części z kompleksów, które całe życie trapiły kajzera i które sprowadzały się do potrzeby stania się "silnym facetem" - a które to kompleksy dawały o sobie znać poprzez tromtadrackie, publiczne przemówienia Wilhelma (często zupełnie nieprzemyślane, które powodowały więcej strat i problemów dla niemieckiej dyplomacji, niż przynosiły zysków). Ale czy można się temu dziwić, skoro w owe kompleksy wtłaczała cesarza już jego własna matka, cesarzowa-małżonka Wiktoria (córka królowej Wielkiej Brytanii - Wiktorii). To przecież ona ciągle nazywała go: "małym, niemieckim chłopcem" i na każdym kroku podkreślała że jest "dumną córą Albionu", a jako kołysankę śpiewała mu pieśń: "Brytania panuje nad falami" i podkreślała że on (Wilhelm), jako "mały, niemiecki chłopiec" zapewne nigdy nie zrozumie dumy z bycia Anglikiem. Spowodowało to u Wilhelma powstanie zarówno fascynacji jak i niechęci do Wielkiej Brytanii. Podziwiał co prawda potęgę Imperium Brytyjskiego, nazywając go: "Największym Imperium w dziejach świata od czasów upadku Rzymu", to jednocześnie powtarzał: "Nigdy nie można mieć dość w sobie nienawiści dla Anglii", oraz powtarzał maksymę, parafrazując słowa Katona Starszego o Kartaginie: "Ceterum censeo Britanniam esse delendam" ("A poza tym uważam, że Brytanię należy zniszczyć"). Denerwowały go niezmiernie słowa matki, która podkreślała że brytyjska flota jest największą i najpotężniejszą flotą świata, a ona jest dumną "Angielką, wolno urodzoną Brytyjką". Powtarzała mu też że Albion jest: "najbardziej swobodny, najbardziej postępowy, zaawansowany, rozwinięty, najbogatszy", a zasiedla Brytanię: "najbardziej liberalna rasa na świecie (...) najlepiej ze wszystkich przystosowana do cywilizowania innych narodów". To wystarczyło, by w młodym chłopcu wyrobić prawdziwą fiksację na punkcje Wielkiej Brytanii, która nie opuściła do go końca życia (nawet na wygnaniu w Holandii będzie powtarzał że jest wnukiem królowej Wiktorii - władczyni Imperium nad którym nigdy nie zachodziło słońce, a jednocześnie całe życie miał pretensje do Albionu że doprowadził do klęski Niemiec w I Wojnie Światowej).

Nie był to jedyny kompleks jaki cechował Wilhelma II. Drugim była jego ułomność fizyczna i chęć jej nie tylko zakrycia, ale również pokazania że jest równie sprawny (a nawet bardziej) niż inni (stąd pragnienie bycia "silnym facetem"). Otóż Wilhelm miał niedorozwój lewej ręki (była krótsza od prawej), przez co nie mógł się nią sprawnie posługiwać. Podczas jego narodzin (27 stycznia 1859 r.), wystąpiły poważne komplikacje, a dziecko (po ciężkim porodzie) urodziło się "pozornie martwe". Nie oddychało przez pewien czas, dopiero gdy lekarz i asystujące akuszerki podjęły próby przywrócenia czynności życiowych - dziecko zaczęło płakać i normalnie oddychać. Radość była niezmierna, cieszono się bowiem zarówno z faktu, iż przywrócono dziecko do życia, jak i z tego, że narodził się chłopiec - następca tronu (z tej radości feldmarszałek Friedrich von Wrangel wybił pięścią okno, by szybciej powiadomić - zgromadzony pod murami Kronprinzenpalais - lud, iż oto narodził się: "Książę i do tego całkiem krzepki rekrut". Szybko okazało się jednak że dziecko nie jest do końca pełnosprawne, jako że podczas porodu i wyciągania dziecka z łona matki, uszkodzono jego lewe ramię, do tego potem doszły pewne (niewielkie) uszkodzenia mózgu. W każdym razie dzieciństwo młodego Wilhelma nie należało do przyjemnych ani bezbolesnych chwil życia (chodzenie w "klatce" mającej ustabilizować jego głowę, która przechylała się na prawą stronę, oraz "kąpiele" w króliczej krwi, w celu naprawienia niedorozwoju lewej kończyny). Jego własna matka, gdy ujrzała przez co musi przechodzić jej syn, była bliska płaczu i potem zwierzała się w liście do królowej Wiktorii, swej matki: "Nie jestem w stanie powiedzieć Ci, jak bardzo cierpiałam, gdy zobaczyłam go w tej maszynie, ledwie mogłam powstrzymać się od płaczu". Lekcje wychowania też nie należały do przyjemnych, gdyż nauczyciel i guwerner - Georg Hinzpeter od pierwszego spotkania zakomunikował księciu: "Żadnego użalania się nad sobą" i nie było wytłumaczenia że jedna ręka jest mniej sprawna od drugiej. Młody Wilhelm musiał nauczyć się jeździć konno (i samemu wejść na konia), posługiwać się szablą i bronią palną, pływać, wiosłować, grać w tenisa i na pianinie w taki sposób, jakby ta jego ułomność nie istniała. Edukacja księcia zaczynała się już o szóstej rano (zimą o siódmej) i obejmowała zarówno zajęcia fizyczne, jak i umysłowe (po latach Wilhelm pisał: "Brnęliśmy przez tysiące stronic gramatyki (...) od Fidiasza po Demostenesa, od Peryklesa do Aleksandra").

To spowodowało że po osiągnięciu dojrzałości, Wilhelm był całkiem dobrym jeźdźcem oraz strzelcem (choć niektórzy, jak na przykład jego wuj - król Wielkiej Brytanii - Edward VII, z sarkazmem powtarzali: "Wilhelm strzela całkiem dobrze, zważywszy że ma tylko jedną rękę"). Istniał też jeszcze jeden kompleks, który trapił kajzera. Otóż ktoś kiedyś powiedział mu, że jego wielki przodek - Fryderyk II, nigdy nie stałby się wielkim, gdyby miał u swego boku kogoś takiego jak Bismarck i Wilhelm bardzo dobrze zapamiętał sobie te słowa. Całe zresztą życie walczył o wypracowanie własnego mitu, który mógłby go określić jako jednego z wielkich ludzi tego świata. Taki mit posiadał zarówno jego dziad Wilhelm I (jako zjednoczyciel Niemiec - Wilhelm Wielki), jego ojciec Fryderyk III, który panował zaledwie trzy miesiące w 1888 r. i zmarł na zapalenie płuc (jako "liberalna nadzieja Niemiec"), Otto von Bismarck (jako "Żelazny Kanclerz"), a potem nawet feldmarszałek Paul von Hindenburg (jako "obrońca niemieckich Prus Wschodnich"), natomiast Wilhelm II nie miał niczego, co mogłoby go jednoznacznie zdefiniować. Choć może było coś takiego, ale akurat kajzerowi nie przypadłoby to do gustu, bowiem Wilhelma II należałoby określić: "Cesarzem-Gadułą", gdyż paplał wkoło z buńczuczną miną, potrząsając przy tym szablą, co często prowadziło do poważnych dyplomatycznych gaf, z których potem musieli się tłumaczyć niemieccy dyplomaci. Nawet gdy próbował godzić, czy też uspokajać inne kraje co do polityki Niemiec, to czynił to z delikatnością słonia w składzie porcelany i często po takich "uspokajających przemowach" niechęć do Niemiec była znacznie większa, niż przed wygłoszeniem tych mów. W każdym razie Wilhelm lubił wygłaszać mowy (i wygłaszał je z głowy, nie z kartki), szczególnie do żołnierzy, a niektóre z nich (jak choćby przemowa do rekrutów gwardii cesarskiej z 23 listopada 1891 r., w której Wilhelm miał powiedzieć: "Dzieci mojej gwardii (...) Macie tylko jednego wroga - mojego wroga. (...) może się zdarzyć, że rozkażę wam zastrzelić waszych własnych krewnych, braci, a nawet rodziców (...) w takim wypadku musicie bez szemrania spełnić moje rozkazy", czy też niesławna "mowa huńska" z 27 lipca 1900 r. gdy żegnał niemiecki korpus ekspedycyjny, mający udać się do Chin i tam - wraz z Wielką Brytanią, Francją, Rosją, USA, Włochami, Austro-Węgrami i Japonią - tłumić chińskie Powstanie Bokserów - wówczas zwrócił się do żołnierzy tymi oto słowy: "Tępić bez pardonu, nie brać jeńców, kto wpadł wam w ręce, niech ginie. Podobnie jak tysiąc lat temu Hunowie zdobyli sławę pod przywództwem swojego króla Attyli (...) tak niech zapisze się dzięki wam na tysiące lat w Chinach imię Niemców w taki sposób, żeby nigdy żaden Chińczyk nie odważył się chociażby krzywo spojrzeć na Niemca". Nie mówiąc już o aferze "Daily Telegraph" z jesieni 1907 r. ujawnionej na jesień 1908 r., której przytaczać nie będę, ale to właśnie wówczas Wilhelm tak "uspokajał" Anglików co do niemieckich zbrojeń, że ci... szybko dozbroili swoją flotę i odrzucili jakiekolwiek niemieckie propozycje sojuszu "teutońskich narodów"), były bardzo kontrowersyjne.


CESARZ WILHELM II



Mimo to warto jednocześnie dodać, że Wilhelm II, prócz tego swojego nadęcia i tromtadrackiej postawy, która miała go ukazywać jako "silnego faceta" Europy (choć częściej te jego miny były śmieszne niż groźne, o czym na przykład wspominał w 1908 r. "Kurier Poznański", pisząc o wizycie w Niemczech króla Wielkiej Brytanii - i wuja Wilhelma II - Edwarda VII: "Poczciwy król Edward jadący do Marienbadu nie może nie powstrzymać się od lekkiego uśmiechu (...) dziwna rzecz, że Niemcy więcej się obawiają tego sympatycznego, przyjaźnie uśmiechniętego króla Edwarda, w popielatym cylindrze i jasnych, wytwornie skrojonych inexprimablach z jego otyłą i okrągłą, wcale nie wojowniczo wyglądającą figurą, niż Anglicy groźnego cesarza Wilhelma z wojowniczo nastroszonymi wąsami i z brzęczącymi ostrogami u długich butów") miał także zwyczajne upodobania, jak choćby zamiłowanie do szybkich aut, do podróży (większą część każdego roku spędzał w rozjazdach, zarówno po samych Niemczech jak i innych krajach Europy) i wykwintnych strojów. Jego wyjazdy (i chęć bycia na językach całej Europy) były tak częste, że hymn pruskiej dynastii Hohenzollernów: "Heil Dir im Siegerkranz" ("Bądź pozdrowiony w wieńcu zwycięzcy") przekładano na "Heil Dir im Sonderzug" ("Bądź pozdrowiony w pociągu specjalnym"). I rzeczywiście, sezon swych podróży rozpoczynał Wilhelm każdego roku od wiosennego rejsu po Morzu Śródziemnym (z tradycyjną wizytą na greckiej wyspie Korfu, gdzie miał zakupioną posiadłość). W czerwcu rozpoczynały się regaty w Kilonii, podczas których cesarza nie mogło zabraknąć, a w lipcu wybierał się w rejs ku norweskim fiordom. W sierpniu bywało różnie, albo odpoczywał w swej posiadłości w Wilhelmshöhe, albo też udawał się na coroczne regaty żaglowców do angielskiego Cowes, lub żeglował statkiem po Haweli, był bowiem zapalonym miłośnikiem floty i nawet sam nakreślił kilka projektów potężnych okrętów. Jeden z takich projektów niemiecka admiralicja określiła mianem: "okręt ma wszystkie zalety poza jedną, nie byłby w stanie pływać" 🤭. Bardzo też przeżył Wilhelm zatonięcie Titanica (15 kwietnia 1912 r.) i polecił by niemieckie statki pasażerskie były wyposażone w dodatkowe środki bezpieczeństwa (szczególnie gdy został ojcem chrzestnym jednego z największych wówczas statków pasażerskich na świecie, wyprodukowanego w hamburskiej stoczni okrętu "Imperator", którego chrzest miał miejsce 23 maja 1912 r.). Pozostałe miesiące - począwszy od września - z reguły spędzał cesarz na polowaniach w różnych miejscach w Niemczech.

Warto tutaj jeszcze przytoczyć pewien skandal, jaki miał miejsce już na początku panowania Wilhelma II, a który to przez kilka kolejnych lat nie pozwalał o sobie zapomnieć i spędzał sen z powiek cesarza i wielu jego dworaków. Mam tutaj oczywiście na myśli skandal seksualny, jaki odbył się w Pałacu Myśliwskim nieopodal lasu Grunewald pod Berlinem w styczniu 1891 r. Otóż zjechała się tam wówczas (na zaproszenie księżnej Charlotte - młodszej siostry Wilhelma II) cała śmietanka arystokratyczno-towarzyska ówczesnych Niemiec. Wśród zaproszonych gości znaleźli się m.in.: książę Fryderyk Karol Heski (król elekt Finlandii), książę Szlezwiku-Holsztyna Ernst Gunther, książę Aribert von Anhalt, hrabia Fryderyk von Hohenau wraz z małżonką, cesarski szambelan Leberecht von Kotze wraz z małżonką, mistrz dworskiej ceremonii Karl Schrader z żoną Alidą, oraz sekretarz rosyjskiej ambasady w Berlinie Ludwig von Knorring. Zabawa był szampańska, najpierw bowiem możni państwo urządzili sobie kulig. Następnie wrócili do pałacu i rozpoczęła się biesiada suto zakrapiana alkoholem. Potem księżna Charlotte odprawiła służbę i zaczęła się prawdziwa zabawa, podczas której biesiadnikom puściły wszelkie hamulce. Doszło do wielkiej orgii, podczas której kolejno wymieniano się partnerami seksualnymi, nie gardząc też i stosunkami homoseksualnymi. Takie zabawy zapewne były organizowane nie po raz pierwszy, ale dopiero po nagłośnieniu tej afery, ujrzały światło dzienne. Otóż, już następnego dnia, po "bankiecie" w Pałacu Myśliwskim, do kajzera przyszedł pierwszy z wielu późniejszych anonimów, w którym tajemniczy autor opisywał dokładnie ze szczegółami anatomicznymi (i obscenicznym językiem) kto z kim spał i kto komu co wkładał. Mało tego, na owym donosie były rysunki anatomiczne genitaliów osób biorących udział w orgii i dołączone pornograficzne zdjęcia (nie związane już z samą orgią). Wiele szczegółów podawał anonim w stosunku do księżnej Charlotte, w którym autor nazywał ją wprost "nimfomanką" sypiającą z połową cesarskiego dworu. Wilhelm był przerażony, anonim bowiem godził nie tylko w powagę dworu i dynastii, ale również w projektowany przez kajzera "Nowy Kurs", który zapoczątkował po dymisji Żelaznego Kanclerza Bismarcka. 

 
KSIĘŻNA CHARLOTTE



Nic nie dały próby zbagatelizowania problemu, gdyż pojawiały się wciąż nowe anonimy. Zresztą docierały one nie tylko do cesarza, ale i do innych członków dworu, w tym do samej księżnej Charlotte. Ponieważ jednak szlachta była tak zblazowana, że kazała własnej służbie nawet otwierać i czytać sobie listy - przez to bardzo szybko skandal seksualny z Grunewaldu wydostał się do niemieckiej opinii publicznej i stał się tematem plotek w piwiarniach, szynkach i pralniach Berlina. Problem polegał też na tym, że nie było wiadomo kto dokładnie kryje się za owymi anonimami. Język oraz styl (mimo obscenicznych szczegółów anatomicznych) wskazywał na kogoś spośród dworu cesarskiego lub elit arystokratycznych, ale nic poza to - zresztą autor niczego też nie żądał w zamian za zaprzestanie nasyłania tych anonimów, więc nie można było złapać tropu. Po ponad roku czasu (gdy korespondencja wciąż nadchodziła) postanowiono (nieoficjalnie) na wiosnę 1892 r. przekazać sprawę policji. Tylko że taki krok wcale nie musiał doprowadzić do wykrycia sprawcy anonimów i to z bardzo różnych względów. Po pierwsze, od 1871 r. obowiązywał w Niemczech Paragraf 175 kodeksu karnego, który penalizował homoseksualizm i karał jego praktykowanie wiezieniem. A który komisarz byłby na tyle odważny, aby postawić zarzuty i ukarać więzieniem księcia, hrabiego lub innego członka dworu cesarskiego bez wyraźnego pozwolenia "z góry?" Żaden (chyba że nie zależało mu na własnej karierze) i tak samo postępował też prowadzący tę sprawę komisarz Eugen von Tausch, który co prawda zorganizował bardzo szczegółową obserwację skrzynek pocztowych i wysłał "w teren" wielu tajniaków którzy mieli zasięgnąć języka, mimo to niczego się nie dowiedział (albo tak po prostu było dla niego wygodniej). Stworzył jednak portret psychologiczny autora anonimów, w którym opisał, że jest to osoba zniewieściała, histeryczna i skłonna do plotek. To rzuciło podejrzenie na cesarskiego szambelana - Leberechta von Kotze, który (za pozwoleniem cesarza) został aresztowany i uwięziony (co ciekawe, nie postawiono mu żadnych zarzutów aby nie ośmieszać zarówno jego samego jak i honoru dynastii).

Wilhelm wydał zgodę na uwięzienie von Kotze, licząc na to, że wreszcie zakończy się przykra sprawa anonimów, a zadziorny szambelan dostanie pstryczek w nos i przestrogę by wiedział na co się porywa. Niestety, te przypuszczenia spaliły na panewce, gdy okazało się że w domu von Kotze nie znaleziono żadnych kompromitujących dowodów, natomiast... anonimy nadal przychodziły (co ciekawe, w listach tych autor groził ujawnieniem innych pikantnych szczegółów z życia berlińskich elit dworskich, jeśli von Kotze nie zostanie zwolniony z aresztu). Cesarz zdecydował się więc uniewinnić swojego szambelana po trzech tygodniach od jego aresztowania (a sąd zrehabilitował go oficjalnie, przyznając że aresztowanie było bezprawne, za co przewodniczący sądu podał się od razu do dymisji). Sprawcy anonimów nigdy nie odnaleziono, a same listy przychodziły jeszcze przez jakiś czas, aż ostatecznie w styczniu 1895 r. (w czwartą rocznicę skandalu z Grunewaldu) przestały przychodzić. Co prawda wtedy zaczęła się sprawa wzajemnych oskarżeń barona von Schradera (uczestnika orgii) i marszałka dworu Hugo von Reischacha z Leberechtem von Kotze, które kończyły się publicznymi pojedynkami w roku 1895 (ze Schraderem pierwszy pojedynek został nierozstrzygnięty, gdyż obaj panowie strzelali niecelnie, zaś Reischach został raniony w nogę). Potem panowie jeszcze kilka razy wyzywali się na pojedynek (von Kotze trzykrotnie odmówił, przez co został wydalony z grona oficerów swojego pułku - gdyż uznano to za zachowanie niehonorowe), ostatecznie 3 kwietnia 1896 r. von Schrader i von Kotze spotkali się ponownie w Ravensbergu pod Poczdamem. Teraz jednak miano strzelać do skutku, czyli aż przeciwnik padnie powalony, przy minimalnym odstępie dziesięciu kroków. W tym pojedynku zwyciężył von Kotze, który zastrzelił von Schradera, trafiając go w brzuch i gruchocząc kręgosłup. Został za to skazany na dwa lata i trzy miesiące więzienia w twierdzy kłodzkiej (w której żył niczym w pałacu, posiadając oddzielną służbę, odpowiedni apartament "więzienny" i wszelkie inne wygody na każde jego życzenie), mimo to cesarz ułaskawił go już po trzech miesiącach. Tak właśnie żyło się elitom władzy w kajzerowskiej Rzeszy.






Warto tutaj też na marginesie dodać, jak żyli na przykład niemieccy robotnicy. Oto opinia lekarza wielkomiejskiej dzielnicy mieszkaniowej w Saksonii z końca XIX wieku (czyli lat panowania Wilhelma II): "Mieszkania klasy pracującej znajdują się przeważnie w piwnicach i oficynach. Niewielką ilość świeżego powietrza, którą przepuszczają stare, ciasne, obudowane z czterech stron podwórka, zanieczyszczają wyziewy z ustępów (...) Po ścianach i drzwiach spływa zazwyczaj woda. Często trzydzieści do pięćdziesięciu osób używa jednego zlewu i jednego ustępu. (...) Wszystko jest nieopisanie brudne i zniszczone, roi się od robactwa (...) Za każde mieszkanie płaci się 20 do 25 talarów komornego. Z powodu tych wysokich cen komornego ludzie są często zmuszeni przyjmować kogoś na spanie. Z tego powodu, jak się można spodziewać, panuje dzika rozpusta (...) Stan zdrowia, zwłaszcza małych dzieci, jest niepokojąco zły". Większość robotniczych dzieci było niedożywionych, duża ich część chorowała na gruźlicę, krzywicę i awitaminozę. Oczywiście istniały też mieszkania zakładowe, budowane przez pracodawców dla swoich pracowników, które miały lepszy standard i znacznie niższy czynsz. Tylko że wówczas dany robotnik nie mógł już wziąć udziału w strajku lub zażądać podwyżki za swoją pracę, gdyż w każdej chwili groziła mu eksmisja na bruk wraz z żoną i dziećmi. To były zupełnie inne Niemcy. O tych Niemczech nie dowiemy się z książek i wiadomości historycznych opisujących splendor Belle Epoque. Zresztą zarówno niemiecka elita arystokratyczna, elita przemysłowa jak i niemiecka klasa średnia żyły na zupełnie innym poziomie. A szczególnie ta pierwsza klasa - arystokratów - żyła jak gdyby w świecie bajki, otoczona luksusem i splendorem swojej pozycji oraz władzy, zupełnie nie troszcząc się (lub troszcząc w sposób minimalny) nad najbiedniejszymi obywatelami zjednoczonych Niemiec. Prawdziwy stosunek elit władzy II Rzeszy do robotników i chłopów określił sam cesarz Wilhelm, który pewnego razu wizytując gospodarstwo rolne w swojej posiadłości Kadyny w pobliżu Elbląga, rzekł: "Piękna obora jest prawdziwym pałacem w porównaniu z mieszkaniami robotników" i na tym stwierdzeniu poprzestał.

Celowo przywołałem tutaj aferę seksualną roku 1891, gdyż ów rok będzie niezwykle ważny dla dalszych losów Cesarstwa Niemieckiego i rozpoczęte w jego trakcje procesy, doprowadzą następnie (jako jedne z przyczyn) do niemieckiej klęski w I Wojnie Światowej oraz do powstania Republiki Weimarskiej. Mam tutaj oczywiście na myśli zmianę dotychczasowego kierunku niemieckiej polityki zagranicznej - która za Bismarcka zmierzała w stronę łagodzenia napięć z Rosją i Wielką Brytanią - a za Wilhelma II stała się polityką konfrontacji i to zarówno z Rosją (parcie na Wschód, włączenie lub podporządkowanie "polskiego balkonu" - czyli ziem Kongresówki, która na mapach przypominała... balkon), z Wielką Brytanią ("Przyszłość Niemiec leży na morzu" - słowa te wypowiedział w 1898 r. w Szczecinie z okazji otwarcia nowej stoczni, właśnie cesarz Wilhelm II, rzucając wyzwanie Brytyjczykom) jak i polityka "zmiażdżenia" Francji, by ta już nigdy nie odrodziła się jako wielkie mocarstwo. To właśnie nierozsądna polityka cesarza Wilhelma doprowadziła w owym 1891 r. do pierwszego zbliżenia Francji i Rosji i wizyty francuskiej eskadry okrętów w Kronsztadzie oraz Petersburgu (gdzie po raz pierwszy Rosjanie mogli usłyszeć francuski hymn narodowy - "Marsyliankę", która dotąd w Rosji była zakazana). To otworzyło drogę do zbudowania Dwuprzymierza a od 1904 r. i sojuszu francusko-brytyjskiego - realnego Trójprzymierza, wymierzonego właśnie w Niemcy i Austro-Węgry. Rozpoczęła się polityka okrążania Niemiec od zachodu i wschodu, a (po wybuchu wojny) odcięcia ich od dostaw z zewnątrz, co musiało przypieczętować klęskę "państw teutońskich" w Wielkiej Wojnie i doprowadzić do upadku II Rzeszy Niemieckiej. Na jej gruzach powstanie słaba i targana wewnętrznymi kryzysami Republika Weimarska, która to zaś stanie się trampoliną dla Adolfa Hitlera i nazistów do zdobycia władzy i rozpętania kolejnej światowej pożogi wojennej. Tak więc rok 1891 był początkiem wydarzeń, które ostatecznie zakończyły się w maju roku 1945 (choć tutaj też należy być ostrożnym, ponieważ III Rzesza nigdy nie podpisała kapitulacji. Kapitulację podpisał niemiecki Wehrmacht i tylko siły zbrojne się poddały a nie państwo niemieckie, dlatego też można uznać że II Wojna Światowa - nieoficjalnie - trwa po dziś dzień).




CDN.

23 października 2025

TRAGEDIA "MEDUZY"

KAŻDY Z NAS MOŻE STAĆ SIĘ MORDERCĄ,

NAWET CI, KTÓRZY TWIERDZĄ ŻE NIGDY 

NIE BYLIBY DO TEGO ZDOLNI





Dziś zaprezentuję jedną z największych katastrof (również w skali społecznej) XIX wieku, a z pewnością największą katastrofę morską tamtego stulecia. Mam tutaj oczywiście na myśli tragedię francuskiego okrętu "Meduzy" z 1816 r., która dla ludzi żyjących w XIX wieku była dokładnie tym samym, czym dla współczesnych było (i jest do tej pory) zatonięcie "Titanica" w 1912 r. Dziś historia rozbitków z okrętu "Meduzy" jest już praktycznie zapomniana, a warto o niej przypomnieć, bowiem okropności jakie wyrosły u tamtych ludzi są oczywistym wzorcem skonfrontowania lewicowych mrzonek o "szlachetnym dzikusie" (jak np. historia Indian amerykańskich, których zaczęto w pewnym momencie idealizować, opowiadając bajki jak to wspaniały i zgodny z naturą wiedli żywot i jak to owi przebrzydli koloniści wszystko zniszczyli. Takie filmy jak "Tańczący z wilkami" czy nawet "Avatar" - pokazują wspaniałe społeczeństwo, żyjące w zgodzie z odwiecznymi prawami świata, nie ma tam jednak wielu odniesień do faktu, że Indianie wcale nie zabijali bizonów tylko dla pożywienia, ale również dla zysku. Często urządzali wręcz masowe polowania na te zwierzęta, aby potem sprzedać je "białym kolonistom" w zamian za paciorki lub alkohol. Podobnie mordy rytualne, dokonywane przez kapłanów przed przybyciem Europejczyków do Ameryki Środkowej - były przykładem wręcz zwierzęcego barbaryzmu tych ludów i tych plemion). Zawsze bowiem, wcześniej czy później w sytuacji ekstremalnej następuje powrót do "zezwierzęconej" natury człowieka, który gotów jest zabijać, aby tylko samemu przeżyć. I o tym właśnie będzie w opowieści o "Meduzie", której tragedię w wymowny sposób oddał w 1819 r., francuski malarz - Théodore Géricault w swym obrazie: "Tratwa Meduzy". Historia tego okrętu pokazuje dobitnie, że po rozmontowaniu wszelkich społecznych i cywilizacyjnych bezpieczników (a temu doskonale sprzyja chociażby głód), powstaje próżnia w której odnaleźć się mogą tylko najsilniejsze jednostki - kosztem całej reszty.          



KATASTROFA OKRĘTU "MEDUZA
i GEHENNA JEGO PASAŻERÓW
(1816 r.)




Cesarz Napoleon Wielki abdykował 6 kwietnia 1814 r. 20 kwietnia opuścił pałac w Fontainebleau by udać się na wyspę Elbę (która stała się jego dożywotnim władztwem) a na którą dotarł 3 maja. Paryż został zdobyty przez siły rosyjsko-austriacko-pruskie 30 marca, zaś Ludwik XVIII Burbon odzyskał władzę we Francji dnia 3 kwietnia 1814 r. Wraz z królem powróciło do ojczyzny wielu arystokratów, którzy często od ponad dwudziestu lat pozostawali na obczyźnie i teraz nie zamierzali godzić się na żadne kompromisy. Ci - oderwani od rzeczywistości i żyjący w dawnym świecie, którego już nie było - emigranci, wyposzczeni i aroganccy, domagali się utraconych przywilejów, majątków i nowych stanowisk oraz nadań. Często jednak ich kompetencje na nowych stanowiskach odrodzonego Królestwa były mizerne - choć oni tym akurat najmniej się przejmowali, uważając że sama ich pozycja społeczna nobilituje do zajmowania najwyższych urzędów w państwie (Stendhal pisał o tych politycznych emigrantach: "Nic nie potrafią, a domagają się wszystkiego"). Arystokraci z "chambre introuvable" ("nie odnalezionej komnaty" - czyli osobiście służący niegdyś królowi), oraz ci drudzy - pałali żądzą zemsty za lata wygnania, upokorzeń i niedostatku, przemieniając swoje żądze w czyn i urządzając polowania na byłych oficerów, żołnierzy lub urzędników z czasów napoleońskich, którzy nie chcieli (lub nie mogli) złożyć przysięgi na wierność Ludwikowi XVIII. Te krwawe samosądy szybko otrzymały nazwę "Białego Terroru" i stały się prawdziwą plagą, szczególnie w południowych i zachodnich prowincjach kraju. W wojsku również nastąpiła prawdziwa czystka, a oficerowie musieli udowadniać swą wierność królowi, który to otoczył się gwardią złożoną z emigrantów - służących wcześniej w obcych armiach i walczących z Francuzami na wielu polach bitew. Poza tym król twierdził że Napoleon: "Popsuł mu Francję!", gdyż zmuszony był nadać obywatelom tzw.: "Kartę" (4 czerwca 1814 r.), nadającą ustrój monarchii konstytucyjnej (przynajmniej teoretycznie). Dawała ona Francuzom wolność osobistą, równość w sądach, nienaruszalność majątków nabytych w okresie Rewolucji i Cesarstwa. Parlament składał się z Izby Deputowanych i Izby Parów, jednak rząd pozostawał mianowany i zależny od króla, a nie od Parlamentu.




Ludwik XVIII początkowo odmówił także uznania trójkolorowej flagi i powrócił do białego sztandaru Burbonów (ozdobionego złotymi liliami, choć lilie pominięto aby nie drażnić ludu). Napoleon w rozmowie z gen. Henri Gatien Bertrandem stwierdził, że Burbonowie igrają z ogniem, bowiem chcą co prawda odzyskać swoje dawne zamki i pałace, ale jednocześnie gdy zaczną zrażać do siebie lud, to ten przepędzi ich w ciągu sześciu miesięcy. Bertrand nie dawał jednak temu wiary. Niezadowolenie Francuzów z nowych rządów i powrót do starych zwyczajów było szczególnie silne w wojsku, w którym - pomimo zakazu - wciąż obchodziło się urodziny Cesarza (15 sierpnia). Podczas tego święta w 1814 r. doszło do znieważenia symboli królewskich i podeptania białych kokard - symbolu odrodzonej monarchii - przez żołnierzy, którym odmówiono celebrowania "Dnia Napoleona". Te wszystkie wieści dotarły szybko również i na Elbę, gdzie - ku zdumieniu brytyjskich parlamentarzystów Fazakerleya i Vernona, którzy odwiedzili Cesarza na wyspie - tamtejszy pałac przemieniono w prawdziwy cesarski dwór, z setką grenadierów strzegących wejścia (ubranych w mundury z czasów Cesarstwa), etykietą i służbą. Była to zaledwie zapowiedź tego, co już wkrótce miało nadejść, gdyż Napoleon skrupulatnie śledził wieści z Francji, czytając nie tylko gazety (w których często przedstawiano go jako potwora, połykającego państwa i narody), ale również wypytywał swoich zwolenników o nastroje ludu - a te wcale nie były dobre. Francja ponownie zaczęła kipieć niechęcią do odrodzonej monarchii i z nadzieją wyczekiwała zmian, choć nie było jeszcze wówczas wiadome jakie to mają być zmiany. Zwycięskie mocarstwa koalicji anty-napoleońskiej pozwoliły Cesarzowi zachować jego tytuł, władzę nad maleńką Elbą (kiedyś opiszę jak Cesarz spędzał czas na Elbie i jak wypełniał tam swoje zadania) oraz na utrzymanie przez niego 675 francuskich żołnierzy cesarskiej gwardii, 54 polskich szwoleżerów gwardii, batalionu sformowanego z miejscowych, oraz batalionu Korsykanów. Były to niewielkie, wręcz nic nie znaczące siły i Napoleon przy ich pomocy nie mógł niczego zdziałać. Ale lud francuski coraz częściej - miast okrzyków "Vive Le Roi!" - wznosił okrzyki: "Vive L'Empereur!" i to była jego ogromna szansa. Poza tym ciążyło mu życie bez żony i syna (Maria Ludwika - córka cesarza Austrii Franciszka I Habsburga - otrzymała tytuł księżnej Parmy i tam właśnie przeniosła się wraz z synem: Napoleonem Franciszkiem Józefem Karolem Bonaparte, zwanym po prostu Napoleonem II lub "Orlątkiem". A potem wdała się w romans i poślubiła hrabiego von Neipperga, z którym doczekała się trójki dzieci). Napoleon myślał sobie zapewne tak: mam gnić na tej wyspie i czekać aż Burbonowie przyślą mordercę, jednocześnie upokarzając mnie i odmawiając kontaktów z żoną i synem? Czy też ruszyć do Francji, zwyciężyć i znów połączyć się z rodziną? Odpowiedź była prosta i Napoleon był już na nią od dawna gotowy, mawiając czasem: "Na Elbie zapomniano, że kiedyś byłem cesarzem królów"




Napoleon opuścił brzegi Elby w poniedziałek 27 lutego 1815 r. rano i po wyminięciu francuskich okrętów patrolowych (mających czuwać by Bonaparte nie uciekł z wyspy), już 28 lutego dotarł do brzegów Italii (wówczas jednak te ziemie wciąż jeszcze należały do Francji - piszę "jeszcze" ponieważ na Kongresie Wiedeńskim uzgodniono że zostaną one włączone do odnowionego Królestwa Sardynii), lecz na ląd zszedł dopiero w środę 1 marca w Zatoce Juan nieopodal Genui. Następnie Cesarz przeszedł przez miasteczka: Escragnolles, Seranon i Castellane - ale nie było tam zbyt wielkiego entuzjazmu jego osobą (Południe pozostawało raczej nastawione pro-rojalistycznie, podobnie jak rejon Wandei, gdzie jeszcze za Republiki dokonano okrutnych mordów na pro-royalistycznej ludności), ludzi jednak przyciągała doń głównie ciekawość. Dopiero w Sisteron tamtejszy garnizon pozdrowił Napoleona gromkim "Niech żyje Cesarz!" W Gap to samo, rozentuzjazmowane tłumy cisnęły się by na własne oczy ujrzeć swojego Cesarza, pojawiły się też głosy: "Śmierć Burbonom", "Arystokratów na latarnie". W dalszej drodze na Paryż, do niewielkiego oddziału Napoleona przyłączali się okoliczni wieśniacy - Napoleon starał się ich od tego odwieść (nie chodziło mu bowiem o ponowną rewolucję, a jedynie o odzyskanie tronu Francji), ale nie wszystkim udało się to wyperswadować i poszczególne grupki, uzbrojone w widły i kosy szły razem u boku cesarskich oddziałów. W wąwozie Laffrey po raz pierwszy drogę Napoleonowi zastąpiło (co prawda nieliczne, ale) regularne wojsko z 5 regimentu liniowego. Żołnierze wymierzyli swoje karabiny, a Cesarz, odsłaniając poły płaszcza szedł w ich kierunku, mówiąc: "Żołnierze, jestem waszym cesarzem. Jeśli wśród was jest choć jedna osoba, która chce strzelić do swojego cesarza - oto jestem!" Nikt się nie odważył wystrzelić, a wkrótce cały regiment dołączył do Napoleona. Potem Cesarz rzekł do gen. Drouta: "Jeśli tu nie zginąłem, zdobędę Paryż bez jednego wystrzału".






W dalszej drodze jeszcze wielokrotnie wysyłane przez króla wojsko, przyłączało się do Bonapartego (tak się stało np. pod Grenoble). 7 marca 1815 r. Cesarz wkroczył do Grenoble i wówczas miasto ogarnął szał tłumów, każdy bowiem chciał być jak najbliżej wkraczającego Cesarza, ludzie sypali kwiaty pod stopy żołnierzy, wynosili wodę i żywność (choć początkowo obawiano się że woda może być zatruta, ale szybko obawy te zostały rozwiane). Onieśmielony takim powitaniem Napoleon rzekł: "Do Grenoble byłem tylko awanturnikiem, teraz znów jestem cesarzem". 10 marca w Lyonie (z którego wcześniej uciekły dotychczasowe władze, w tym sprawcy "Białego Terroru", jak choćby hrabia d'Artois) sytuacja się powtórzyła, wszędzie Napoleon witany był owacyjnie i przyjmowany z najwyższym dostojeństwem. 11 marca 1815 r. w Lyonie, w pałacu hrabiego d'Artois, Cesarz Napoleon wydał swoje pierwsze dekrety, w których rozwiązywał dwór królewski w Paryżu, znosił wszelkie rozkazy Ludwika XVIII i przywracał trójkolorowy sztandar, jako oficjalną francuską flagę, skazując jednocześnie na banicję wszystkich zdrajców, którzy w latach 1795-1814 nie powrócili do Francji (mawiał o nich: "Niech wracają tam, skąd przyszli, skoro przez te wszystkie lata tak dobrze im szło przyjmowanie rozkazów z obcych dworów"). Pisze też list do żony, do Schönbrunn, w którym umieszcza takie oto słowa: "Pani i droga przyjaciółko, powróciłem na mój tron (...) Kiedy otrzymasz ten list, będę już w Paryżu. Przyjedź do mnie z moim synem. Mam nadzieję Cię uściskać przed końcem marca. Cały Twój, Nap." Do Napoleona dołączają wciąż nowi oficerowie i żołnierze (nawet bataliony z Villejuif - uważane dotąd za najwierniejsze królowi). Ludwik XVIII zostaje zupełnie sam i musi uciekać z Paryża - 19 marca 1815 r. (ponoć rzekł wówczas ze smutkiem: "I cóż? To już koniec?" po czym dodał: "Niebywałe! W kilka dni odzyskał całą Francję"). Do Napoleona przybył marszałek Ney - ofiarując mu swoją szpadę i jednocześnie próbując się usprawiedliwiać czemu przeszedł na stronę króla. Cesarz ponoć odrzekł wówczas doń: "Nie musi się Pan usprawiedliwiać. Pańskim usprawiedliwieniem, podobnie jak i moim, są wydarzenia, które są silniejsze niż ludzie. Nie mówmy już o przeszłości i pamiętajmy o niej tylko po to, aby raźniej iść w przyszłość" - po czym oboje padli sobie w ramiona.




19 marca - po prawie jedenastu miesiącach od swego wyjazdu - Napoleon ponownie wkroczył do Fontainebleau. 20 marca 1815 r. Cesarz Napoleon wjechał zaś do Paryża, gdzie lud radośnie wiwatował na jego cześć. Strach i niepewność była jednak wciąż obecna wśród elit, które wolały na razie trzymać się z boku i w nic nie angażować, a jednocześnie niczemu też nie przeszkadzać - wyczekując co będzie dalej. Napoleon wszedł do Pałacu Tuileries, gdzie wszystko (poza poszerzonym tronem - specjalnie skonstruowanym dla otyłego Ludwika XVIII) wyglądało po staremu, tak jakby nic się nie zmieniło - tak jakby Cesarz powrócił jedynie z długiej, jedenastomiesięcznej kampanii wojennej. Kilku dygnitarzy przybyło i połączyło się z Napoleonem, ale sporo z nich uciekło wraz z królem - większość zaś przyjęła postawę wyczekującą, nie wszyscy jednak mogli sobie na to pozwolić. Do Tuileries przybyła np. Hortensja de Beauharnais wraz ze swoimi dziećmi, aby wytłumaczyć się dlaczego przez tyle czasu nie interesowała się losem męża własnej matki. Rozpłakana próbowała się usprawiedliwiać - mówiąc że chciała pozostać przy boku swej umierającej matki (Józefina zmarła 29 maja 1814 r.). To można jeszcze zrozumieć, ale jej wiernopoddańcze hołdy dla Ludwika XVIII - czym były, jeśli nie jawną zdradą? Tak bardzo chciała zachować swe tytuły i majętności, które otrzymała tylko dzięki Napoleonowi? Cesarz często w tych dniach mawiał (co również znalazło odzwierciedlenie w jego listach): "Tacy właśnie są ludzie". Nic dodać, nic ująć. Nie odezwała się również Maria Ludwika (która już wówczas grzała łoże z hrabią Neippergiem), choć do Paryża przyjechała Maria Walewska wraz z synem. Cesarz ujrzał chłopca i obiecał im pomoc finansową. Jednak koniec końców napoleoński eksperyment nie powiódł się, a klęska Cesarza w bitwie z Brytyjczykami, Prusakami i Holendrami pod Waterloo (18 czerwca 1815 r.), ostatecznie przypieczętowała los odradzającego się Cesarstwa. Napoleon zaś został zesłany na odległą wyspę na Atlantyku - Św. Helenę, gdzie ostatecznie dokończył swego żywota (5 maja 1821 r.). Do Francji ponownie wrócił zaś król Ludwik XVIII, a wraz z nim cała plejada rządnych władzy i stanowisk arystokratów. 






Jednocześnie Francuzi całkiem nieźle wyszli z nowego podziału Europy, uzgodnionego w Wiedniu (na tzw.: "Tańczącym Kongresie"), odbywającego się od września 1814 r. do czerwca 1815 r. Nie tylko że Francuzi nie zostali obłożeni żadnymi odszkodowaniami wojennymi, to jeszcze nie utracili żadnych własnych ziem (Prusacy np. już wówczas żądali dla siebie Alzacji i Lotaryngii, ale zgodnie sprzeciwiły się temu Wielka Brytania jak i Austria - którzy poparli Francję), choć musieli powrócić do granic z 1792 r. Chytrość i przebiegłość dyplomatyczna, oraz niezwykła biegłość polityczna reprezentanta Francji na Kongresie - Charlesa-Maurice de Talleyranda (o którym Napoleon mawiał iż jest to: "Gówno przyobleczone w jedwabne pończochy", ale nawet Cesarz cenił sobie kunszt polityczny Talleyranda, który miał tę niesamowitą zdolność, iż potrafił przekuwać w dyplomatyczne zwycięstwa - militarne porażki, w myśl starej zasady: "Generałowie są po to, by wygrywać wojny. Dyplomaci zaś po to, by myśleć co się stanie, gdy generałowie wojnę przegrają"), wyniosła pokonany kraj (który to już na początku obrad Kongresu koalicjanci chcieli wykluczyć z obrad i jedynie przekazać mu wspólnie uzgodnione warunki) do rangi jednego z europejskich mocarstw i gwaranta stabilizacji na Kontynencie. Mało tego, Francuzom udało się zachować kilka wcześniejszych zdobyczy terytorialnych, jak choćby część okręgu Saary oraz miasta w Sabaudii: Chamberry i Annecy. Francja otrzymała również Senegal w Afryce Zachodniej, więc co prawda wyszła z tych wojen skrwawiona, ale jednak terytorialnie i politycznie wzmocniona (gorzej mieli chociażby Włosi, Niemcy i Polacy, których Kongres całkowicie pominął - zmuszając tych pierwszych i drugich by wciąż żyli w stanie rozbicia terytorialnego i wzbraniając im zjednoczenia, tych ostatnich zaś, by pozostali pod rządami trzech zaborców, odmawiając im pełnego prawa do niepodległości). I właśnie historia z otrzymaniem Senegalu wiąże się bezpośrednio z tematem, do którego teraz dopiero zamierzam przejść.




Otóż dnia 17 czerwca 1816 r. z portu w Aix wypłynęła eskadra czterech okrętów ("Meduza", "Loara" "Argus" i "Echo"), w celu objęcia we władanie nowej, zamorskiej prowincji w Afryce. W czasie wyprawy jednak owa eskadra została skutecznie rozproszona przez silne sztormy, a 2 lipca (w wyniku błędów niedoświadczonego kapitana okrętu - hrabiego Hugues Duroy de Chaumereys - niedawnego emigranta, mianowanego przez nowy rząd dowódcą nie w wyniku jego kompetencji, a jedynie lojalności i anty-napoleonizmu) "Meduza" osiadła na mieliźnie u brzegów Mauretanii. Wówczas było już pewne że okręt zatonie i należało czym prędzej ewakuować wszystkich pasażerów. Wsadzono więc wszystkich notabli i ich rodziny w szalupy okrętowe, które mieli skierować do brzegów Afryki. Pozostałym pasażerom dopomożono w zbudowaniu gigantycznej tratwy (z lin, belek i desek tonącego okrętu, który tonął kilka dni, więc mieli czas by się dobrze przygotować), na której zamierzano także umieścić prowiant, słodką wodę i wino dla pozostałych pasażerów (również tych w szalupach - łącznie było ich ok. 400 osób). Niestety, nie udało się zmieścić na tratwie całości zapasów, gdyż musiało na nią wejść pozostałe 149 osób, ale uważano że pomyślne wiatry (tratwa miała maszt i żagiel oraz "bocianie gniazdo") i pomoc szalup (które miały holować tratwę) doprowadzi do szybkiego dotarcia do brzegu i uzupełnienia brakujących zapasów. Los jednak nie sprzyjał rozbitkom, bowiem pogoda była przepiękna, słoneczna i bezwietrzna, a to powodowało, że główny wysiłek w holowaniu tratwy wzięły na siebie szalupy, którym jednak szybko się to znudziło, odcięli więc cumy łączące ich z tratwą i odpłynęli. Wówczas dla pasażerów tratwy zaczął się prawdziwy powrót do czasów "szlachetnego dzikusa", a mówiąc konkretnie zaczęło się prawdziwe piekło dla dużej części pasażerów owej "tratwy Meduzy". Jeśli bowiem pamiętamy, jak zakończyła się "Teksańska masakra piłą mechaniczną" - to mamy już odpowiedź co działo się wówczas, przez te kilkanaście dni dryfowania - do czasu, aż owi rozbitkowie zostali wreszcie odnalezieni (i ocaleni) przez okręt "Argus".


SZKIC TRATWY "MEDUZY"
(20 m. długości na 7 m. szerokości)



Zapasy żywności bardzo szybko się wyczerpywały przy takiej masie ludzi, a to, co zostało, stało się cenniejsze od złota. Za łyk wina (słodkiej wody już tam nie było) ludzie gotowi byli oddawać wszelkie kosztowności jakie jeszcze przy sobie posiadali, problem polegał jednak na tym, że nikt im nie chciał wówczas tego przyjąć (choćby nie wiem co, nie sposób zjeść złota). Do pierwszej walki o żywność doszło pomiędzy pijanymi żołnierzami z Batalionu Afrykańskiego (głównie Hiszpanie i Włosi), a marynarzami z pokładu "Meduzy" i to był początek horroru, który stał się nieodłączną codziennością nieszczęsnych pasażerów owej tratwy. W walce pomiędzy marynarzami a żołnierzami padli pierwsi ranni i zabici - i to właśnie oni stali się następnie pierwszymi ofiarami kanibalizmu wygłodniałych pasażerów. Pozwolę sobie nie wchodzić w szczegóły, bo nie ma to żadnego sensu, natomiast chciałbym się skupić na jednym. W sytuacji kiedy cywilizacja zostanie nagle "wyłączona", gdy wszelkie mechanizmy ograniczające ludzką samowolę, zostaną zdemontowane - któż wówczas najbardziej na tym ucierpi? Oczywiście - najsłabsi i tak jest zawsze w "stanie naturalnym", gdy do głosu dochodzi "szlachetny dzikus". Oczywistym więc było, że najłatwiejszymi ofiarami były kobiety - które szybko zostały zabite i... zjedzone (inna sprawa że nie było ich wówczas na tratwie zbyt wiele), oraz słabi i ranni mężczyźni. Codziennie na linach masztu tratwy "Meduzy", suszyły się na słońcu odcięte kawałki ludzkiego ciała - języki, ręce, nogi, wycięte narządy wewnętrzne. Powiedzenie że doszło wówczas do prawdziwego horroru, to nie powiedzenie nic - to była gehenna, która (nawet tym, co to przetrwali) do końca życia nie pozwalała w pełni normalnie funkcjonować. Te kilkanaście dni spędzonych na tratwie dryfującej po Atlantyku, całkowicie wywróciły ich życie do góry nogami i po powrocie do domów stali się już zupełnie innymi ludźmi (byli tacy - jak choćby inżynier Correard, autor broszury - opisującej co działo się na pokładzie tratwy "Meduzy" - którzy potem do swej diety dodali cytryny, spożywając je codziennie w ogromnych ilościach - prawdopodobnie chcieli tym samym zabić w ustach i w pamięci smak ludzkiego mięsa). 

Po dwóch tygodniach bezwolnego dryfowania po Oceanie, tratwę rozbitków z zatopionego okrętu "Meduza" dostrzegł inny okręt z pierwotnej eskadry - "Argus". Ze 149 pasażerów, którzy znaleźli się na pokładzie tratwy, pozostało przy życiu zaledwie... 15 (pięciu z nich było jednak tak osłabionych, że wkrótce po ocaleniu zmarło) - co dobitnie pokazuje o skali desperacji, której jedyną granicą było zaspokojenie głodu i przeżycie jeszcze jednego dnia. W 1817 r. Correard i Savigny (lekarz pokładowy, który był również obecny na pokładzie tratwy "Meduzy") opublikowali wspomnienia (szybko przetłumaczone na język angielski i niemiecki), opisujące co się działo na pokładzie tratwy i jak bardzo zmienną jest ludzka natura. Zaś w 1819 r. Théodore Géricault namalował swój najsłynniejszy obraz: "Tratwa Meduzy", na którym (po znacznym wizualnym zmniejszeniu tratwy) przedstawił 19 pozostałych przy życiu rozbitków w momencie, w którym wypatrzyli oni na horyzoncie żagle okrętu "Argus" przynoszącego im nadzieję i ocalenie. Tak właśnie wyglądała historia rozbitków z francuskiej fregaty "Meduza", której kapitan, emigrant kreujący się na ofiarę Bonapartego i nie posiadający większego doświadczenia w kierowaniu okrętem - spowodował jego zatonięcie i tragedię ponad setki ludzi. Angelo Solmi pisał w 1980 r. w "Tragicznych wodach" o przybyłych po upadku Bonapartego do Francji emigrantach, którzy objęli stanowiska wraz z powrotem do władzy Ludwika XVIII: "Nastąpił triumf niekompetencji. Beznadziejni ignoranci objęli ster, podejrzani osobnicy stali się doradcami głupawych szefów, ministrowie dawali nonsensowne instrukcje, a dyletanci trzymali się ich dosłownie (...) Odpowiedzialny za tragedię kapitan pozował na ofiarę Bonapartystów, licząc, że możni protektorzy nie dadzą go ukarać". I rzeczywiście był chroniony przez władze, które starały się wyciszyć wszelkie informacje o tej katastrofie (zdając sobie sprawę, że kładzie się ona cieniem na idei restauracji monarchii) a twórcy, którzy starali się o niej przypominać, byli zmuszani (metodami administracyjnymi) do zaprzestania swych działań (również dzieło Géricault'a wisiało w Paryskim Salonie jedynie cztery miesiące do połowy listopada 1819 r. po czym na żądanie Augusta-Hilariona de Keratry zostało zdjęte, zaś krytyka nie pozostawiła suchej nitki na "Tratwie Meduzy"). Władze rzeczywiście bały się obrazu Géricault'a i to w nie mniejszym stopniu, jak cztery lata wcześniej powracającego z Elby Cesarza Napoleona Wielkiego. 

Gdy radykalni zwolennicy monarchii zaczęli krzyczeć, że dzieło to jest "zamachem wymierzonym w Ludwika XVIII", Paryski Salon został zamknięty, a obraz nabyty do pałacu w Luwrze, po czym zrolowany i umieszczony na tamtejszym strychu w rupieciarni (nie pomogła nawet zmiana nazwy z "Tratwa Meduzy" na "Scena katastrofy morskiej"). W 1820 r. Géricault odebrał swoją własność i wywiózł obraz do Wielkiej Brytanii, gdzie wystawiono go 31 grudnia 1820 r. w Egyptian Hall w Londynie. Na zakończenie chciałbym jeszcze dodać, że tragedia Tratwy Meduzy nie jest niczym szczególnym. Tak dzieje się bowiem zawsze, gdy zostaną usunięte wszelkie cywilizacyjne oraz moralne bezpieczniki.


22 października 2025

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XXIV

WYDARZENIA POPRZEDZAJĄCE WYBUCH 

III WOJNY GALAKTYCZNEJ


ZIEMIA
MISJA "POCZĄTEK"
NARODZINY PIERWSZEGO CZŁOWIEKA

   
PLANETA ZIEMIA
ok. 2 000 000 lat temu





 "Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas i niech panuje nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad bydłem, i nad całą ziemią, i nad wszelkim płazem pełzającym po ziemi"

Pierwsza Księga Mojżeszowa 1:26



Od jak dawna trwa nasza ziemska cywilizacja? Za jej początek historycy i badacze uznają ok. 3500 rok p.n.e. Oczywiście wiedzą że wcześniej też powstawały pewne niewielkie ludzkie kultury (jak choćby miasto-państwo Jerycho, którego początek szacuje się na ok. 10 000 lat p.n.e. i uznaje się je za..."najstarsze miasto świata"), ale początek stałej ludzkiej cywilizacji szacuje się od ok. 3500 r. p.n.e. (powstanie pierwszych ludzkich osiedli miejskich w południowej Mezopotamii (Sumer), do ok. 3000 r. p.n.e. czyli od zjednoczenia Egiptu (Górnego i Dolnego) przez pierwszego faraona Narmera (Menesa), który wywodził się z dynastii zapoczątkowanej przez założyciela Królestwa Górnego Egiptu - króla Skorpiona. Czyli jak długo trwa obecnie "nasza" ludzka cywilizacja - nie więcej niż 5 500 (do 5 700) lat. Tak, 5 500 lat, a my zachowujemy się tak, jakbyśmy byli panami Ziemi od początku jej powstania. Cóż to jest pięć tysięcy lat? Jeśli powiem że sama okupacja naszego Układu Słonecznego po wybuchu III Wielkiej Wojny Galaktycznej i wyparciu stąd Federacji przez Reptilian - trwała aż... 80 000 lat. A przecież zarówno na Marsie jak i na Wenus (oraz na innych planetach) cywilizacje trwały i rozwijały się przez miliony lat, gdzież wiec jesteśmy my - z naszymi 5000 lat rozwoju? W porównaniu z innymi nie dojrzeliśmy nawet do okresu niemowlęctwa, a zachowujemy się jak byśmy pozjadali wszystkie rozumy.

Musimy również uświadomić sobie (wbrew temu co twierdzą niektórzy tzw.: "ewolucjoniści"), że my, ludzie nie pochodzimy od zwierząt. Ani od małp, ani od innych zwierząt zamieszkujących naszą planetę (mam tu na myśli pierwotną linię wywodzącą nas od danego zwierzęcego gatunku w sposób ciągły, gdyż niektóre cechy które posiadamy, zostały nam "dokooptowane" od zwierząt - ale o tym napiszę później). Z małpami na przykład dzieli nas zupełnie odmienna budowa narządów płciowych kobiety i samicy małpy, dodatkowo należy sobie uświadomić, że zwierzęta zawsze rozwijają tylko te organy, które są bezpośrednio niezbędne dla ich przeżycia. Nie rozwijają zaś organów "zbędnych", które bezpośrednio nie łączą się z potrzebą zapewnienia przeżycia danemu gatunkowi. A człowiek właśnie coś takiego uczynił - rozwijając mózg, którego rozmiary znacznie przekraczają jego żywotne potrzeby. Jak tego dokonał i właściwie... po co, skoro zwierzęta nie posiadający ludzkiego mózgu, doskonale radzą sobie w ziemskim ekosystemie? No właśnie, ten biedak (człowiek) wykształcił "na drodze ewolucji" mózg, który nie jest mu bezpośrednio potrzebny do przeżycia i teraz... musi się zastanawiać jak to się stało i właściwie jak tego dokonał (🤔).

Lecz aby odpowiedzieć na to pytanie, najpierw musimy wyznaczyć pewne podstawy które brzmią: My ludzie, nie posiadamy wspólnego zwierzęcego przodka, nie było ciągłej, nieprzerwanej ewolucji Homo Sapiens. Nasz rozwój był na przestrzeni milionów lat co jakiś czas genetycznie poprawiany i modyfikowany. Homo Sapiens nie ewoluował on... po prostu "nagle" pojawił się (dziś naukowcy zachodzą w głowę, próbując wyjaśnić skąd i w jakich okolicznościach wyewoluował Człowiek Rozumny, nie mogąc znaleźć żadnego bezpośredniego jego przodka. Początkowo sądzono że wyewoluował od Homo Erectus i Homo Habilis - dziś ta teoria już upadła. Początki dziejów Człowieka Rozumnego, jego narodziny i geneza - giną w mrokach dziejów i są zagadką do dziś niewytłumaczalną). Homo Sapiens nie ewoluował, on po prostu pojawił się na drodze i w wyniku konsekwentnej... obcej interwencji . Postaram się to dokładnie opisać w tej właśnie serii.


 "Wasze rodowe dziedzictwo pochodzi z gwiazd. Jesteście gwiezdnym rodem, i ani wy, ani wasza planeta nie znaleźliście się tutaj wskutek przypadkowego "wielkiego wybuchu". Wszystko zostało zaplanowane"

"Zwiastuni Świtu" - Barbara Marciniak



HISTORIA ZIEMI 
"PRAOJCZYZNA"


Tiamat! Z tego świata narodziła się Nasza Ziemia - Nasz Świat - Nasz Dom. Jak już pisałem (we wcześniejszych częściach), poprzednim (choć najprawdopodobniej też nie pierwszym) "domem" Tiamat była galaktyka Syriusza. Po zniszczeniu przez Reptilian Syriusza B, nastąpiła w układzie gwiezdnym Syriusza "planetarna anarchia", która spowodowała zmianę orbit wielu planet, a niektóre wprost wyrzuciła z galaktyki. To właśnie spotkało Tiamat, która zaczęła się oddalać od promieni słońca w układzie Syriusza i opuszczać cały układ gwiezdny (trwało to do kilku milionów lat). Wreszcie ok . 750 milionów lat temu planeta opuściła galaktykę Syriusza i poczęła dryfować w bezmiarach Kosmosu, ulegając natychmiastowemu ochłodzeniu z racji oddalenia od słońca. Nastąpił "Efekt Śnieżki" (czyli jak twierdzą naukowcy - "Drugie Globalne Ochłodzenie Planety"), który zamienił Tiamat w kulę wiecznego śniegu i zmarzliny (Tiamat nie była wówczas zasiedlona). Podczas swej długiej wędrówki przez Wszechświat, zaczęła przyciągać do swojej orbity niektóre mniejsze planety i satelity (łącznie było ich 11 - w tym nasz obecny księżyc Kingu-Chowta). Do naszego Układu Słonecznego planeta przybyła ok. 580 milionów lat temu. Planeta została ściągnięta przez nasze słońce, co spowodowało rozgrzanie jej powierzchni i stopienie lodowców. Zaczęło rozwijać się stopniowo pierwotne zwierzęce życie (od ok. 544 milionów lat temu). Dopiero ok. 350 milionów lat temu na planecie pojawiły się pierwsze ssaki.

Planeta zasiedlona została po raz pierwszy 260 milionów lat temu, a owymi kolonistami były dwie grupy Reptilian - Dinoidy z Bellatrix i Oriona, oraz Reptoidy z Sagittariusa. Nastąpiły pierwsze bratobójcze walki wśród samych Reptilian, które pochłonęły również wiele istot zwierzęcych zamieszkujących wówczas planetę. W końcu (po odpowiedniej "kuracji" zaaplikowanej im przez Eteryczne Istoty - polegającej na przesyłaniu emanacji energii Miłości i Współczucia, której celem było pozbawienie Gadoidów agresji - o czym już pisałem) po kilkuset tysiącach lat takiej "kuracji", Gady zaczęły żyć w zgodzie z istniejącymi na planecie ssakami, a nawet oswoiły je i trzymały jako "domowe zwierzątka". Wreszcie zaczęli genetycznie ulepszać morskie stworzenia żyjące w oceanach tak, by rozwinąć u nich większą inteligencję. Stworzyli rasę butlonosych, inteligentnych ssaków (Ludzi-Delfinów - pisałem o nich we wcześniejszych częściach), którym pozwolono osiedlić się na planecie. Stworzono wspólną gadzio-ludzką cywilizację, która trwała przez ok. 8 milionów lat. Tę wspólną koabitację zakończyło pojawienie się Gadów z galaktyki Oriona, z planety Aln, którzy zaczęli podburzać swych pobratymców na Tiamat przeciwko Delfino-Ludziom. Po początkowych oporach, wreszcie odezwała się u nich gadzia natura i postanowili unicestwić wszystkie "butlonose", inteligentne ssaki. Pra-Ludzie (czyli Ludzie-Delfiny) również zaczęli się przygotowywać na ten krok, jednocześnie genetycznie przystosowując swe ciała (przez ok. 10 000. lat) do morskiej egzystencji (zamierzano ukryć się w oceanach).

Nim jednak doszło do eksterminacji Pra-Ludzi, jakieś 252 miliony lat temu na orbicie Tiamat pojawił się okręt-planeta Nibiru, wysłany tam przez Federację Galaktyczną w celu wyeliminowania zagrożenia ze strony Gadów i ich całkowitego zniszczenia na planecie. W wyniku ataku (dysponując ogromną siłą ognia) planeta Tiamat rozpadła się na dwie części, z których jedna część rozpadła się na kolejne trzy części, tworząc pas asteroidów w naszym Systemie Słonecznym, mniejszą skałę, która z czasem przeobraziła się w planetę - Maldek (Malonę), oraz... planetę Merkury. Z większej (górnej) części, która pozostała po rozpadzie Tiamat z czasem ukształtowała się nasza Ziemia. Tak oto rozpoczęła się prawdziwa historia naszego świata, a z czasem i naszej gwiezdnej (ludzkiej) rasy.


"Potem rzekł Bóg: Niech powstanie sklepienie pośród wód i niech oddzieli wody od wód! Uczynił więc Bóg sklepienie, i oddzielił wody pod sklepieniem od wód nad sklepieniem; i tak się stało. I nazwał Bóg sklepienie niebem"

Pierwsza Księga Mojżeszowa 1:6-8


PLANETA ZIEMIA
 ok. 200 000 - 80 000 lat temu





HISTORIA ZIEMI 
MISJA "POCZĄTEK"


Po katastrofie i po rozłupaniu się Tiamat na dwie części, ta mniejsza część dawnej planety podążyła wzdłuż pierwotnej trajektorii Tiamat, lecz teraz w kierunku przeciwnym. W międzyczasie ta część planety rozpadła się jeszcze na trzy dodatkowe części - z której jedną stał się pas planetoid (asteroidów), druga część przekształciła się w planetę Merkury, zaś z trzeciej, największej - powstała planeta Maldek (główna wyjściowa baza Gadów w naszym Układzie Słonecznym, po jej zniszczeniu przez Federację Galaktyczną, osiedlono tam ludzkich kolonistów i planeta zwana była odtąd Maloną - ale nie dało się tam normalnie żyć, o czym też opowiem w kolejnych częściach), ciągnąc za sobą jeden (z dawnych 11) księżyców Tiamat - Kingu, potem przemianowany na Chowtę (czyli nasz dzisiejszy Księżyc). Inne księżyce planety wypadły w przestrzeń kosmiczną, stając się kometami lub asteroidami. Pozostała część dawnego świata wypadła zaś całkowicie z pierwotnej trajektorii Tiamat wokół naszego Słońca i "przechyliła" się bardziej w bok, bliżej Słońca. To była właśnie nasza kochana Ziemia, na której my żyjemy. Odtąd zaczęła się Jej wielka kosmiczna przygoda. Początkowo (podobnie jak inne części Tiamat) Ziemia przypominała wielki nadgryziony owoc - gdyż z jednej (górnej) części posiadając strukturę półkulistą, z drugiej była niczym urwana w pół. Część wód ogromnego oceanu dawnej planety została wyrzucona w przestrzeń kosmiczną, a tam od razu natrafiła na obszar wysokiej temperatury, co spowodowało jej skraplanie i wytworzenie się dużej ilości pary wodnej. Wymieszała się ona z pozostałą częścią pierwotnej atmosfery.




Ziemia wówczas była prawdziwym piekłem nie nadającym się do osiedlenia. Wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, ogromne ilości dwutlenku węgla powstałego z pożarów lasów, roślinności i innych organicznych materiałów, spowodowały ogromny ubytek tlenu. Z 30% zawartości tlenu, jaki posiadała planeta Tiamat przed katastrofą, ostało się zaledwie 10% (obecnie na Ziemi występuje 20% zawartość tlenu). W wyniku tych wstrząsów sejsmicznych i wyładowań atmosferycznych, część lądów pogrążyła się w odmętach oceanu, a cześć... wyłoniła się z jego wód. Zginęła (prawie) cała zwierzęca populacja planety, wraz z 97 % populacji Reptilian (oraz ogromna część Ludzi-Waleni, czyli "Butlonosych"). Nauka znalazła określenie na wytłumaczenie tego procesu, nazywając go - "Wielkim Permskim Wymieraniem Gatunków" - i datuje to wydarzenie na ok. 250 mln. lat temu (choć naukowcy kompletnie nie rozumieją jak do tego doszło, a wszelkie informacje czy chociażby aluzje o ogromnej kosmicznej zagładzie planety, spowodowanej atakiem militarnym - kwituje jedynie nieskładnymi próbami zaprzeczenia owemu wydarzeniu). Przeżyła jedynie niewielka część Gadów (ok. 3 % dawnej populacji Tiamat), która ukryła się w najgłębszych tunelach i schronach planety. Jednak długi okres jaki spędzili oni pod ziemią, oraz niezmiernie długi czas stygnięcia planety i przybierania przez nią ponownie "kulistego" kształtu (co trwało kilkadziesiąt milionów lat), spowodował znaczne zmiany w funkcjonowaniu tej rasy. Stała się ona dziką i agresywną, a przy tym zupełnie pozbawioną dawnej inteligencji. Zapomniano o kulturze i filozofii Ligii Anchara - nastały czasy barbarzyństwa, czasy "Upadku Gadów" - czasy znanych nam dinozaurów (ok. 230 mln. lat temu).




Po katastrofie szybko jednak (pisząc "szybko" mam na myśli jakieś kilkadziesiąt milionów lat) zaczęto odbudowywać zwierzęcy ekosystem na naszej Ziemi. Ok. 200 milionów lat temu Felinianie, Karianie i Lirianie zaczęli odnawiać faunę i florę planety. W tym czasie również pomagały im w tym dziele Gady z systemu gwiezdnego Alpha Draconis, którzy doglądali tutaj swych "dinozaurowatych" pobratymców i opiekowali się nimi, przeciwdziałając jednocześnie próbom ograniczenia ich populacji, jakie planowali podjąć Lirianie. W każdym razie nie było większych niesnasek i wszystkie te cztery galaktyczne rasy wspólnie rozbudowywały ekosystem Ziemi. Ponieważ plany ograniczenia gadziej populacji na Ziemi okazały się (w wyniku sprzeciwu Reptilian z Alpha Draconis) niemożliwe, wówczas Felinianie postanowili stworzyć gatunek opiekunów planety. Poszukiwali długo, aż wreszcie w systemie gwiezdnym Wegi znaleźli wodną istotę, która dzięki swym umiejętnościom najlepiej nadawała się do wypełnienia roli - przeciwwagi dla Gadów. Były to ssaki, które po odpowiedniej modyfikacji genetycznej mogły żyć zarówno na lądzie jak i w wodzie (kilka gatunków jednej rasy), oraz pilnowałyby ekosystem nie został całkowicie zdominowany przez Dinozaury. Proces genetycznego przyspieszenia ich ewolucji trwał ok. 4 milionów lat.

W tym czasie nastąpiły inne przeobrażenia, które rozpoczęły proces formowania struktury geologicznej naszej planety. Ok. 160 milionów lat temu (90 milionów lat po katastrofie Tiamat), Ziemia zakończyła proces półpłynnej koegzystencji i przybrała stałą kulistą formę. W tym czasie na planecie był tylko jeden, ogromny kontynent - Pangea (północny skrawek lądu Tiamat), który w wyniku tworzenia się jednolitego kawałka skorupy ziemskiej począł się rozpadać na dwie części. Tak powstały lądy - Luzjana i Gondwana, a z nich ukształtowały się poszczególne kontynenty. Dryf kontynentów rozpoczął się wraz ze zjawiskiem "Puchnięcia Ziemi" (zjawisko to ma miejsce wówczas, gdy we wnętrzu planety powstaje znaczna ilość uranu, a jego nadwyżka powoduje rozpoczęcie reakcji jądrowej. W ten sposób powstaje georeaktor, jako wnętrze - jądro - planety. Do zaistnienia tego zjawiska i powstania podziemnego "słońca" planety niezbędny jest uran, a ten najczęściej gromadzi się w chondrytach enstatytowych {beztlenowych}. Jeśli jednak planeta posiada dużą zawartość tlenu, uran łączy się z krzemieniami w lekkie kompleksy, co jednocześnie utrudnia koncentrację pierwiastka promieniotwórczego we wnętrzu planety, a tym samym nie zachodzi zjawisko reakcji jądrowej). Jednak w przypadku drastycznego obniżenia się zawartości tlenu (a tak stało się po rozłupaniu Tiamat), powstają naturalne warunki do zgromadzenia się paliwa na powstanie podziemnego georeaktora planety (tak właśnie stało się w przypadku Ziemi).

W tym też okresie zaczęło się formowanie ziemskich oceanów: Pacyfiku, Atlantyku i Oceanu Indyjskiego. Ok. 145 milionów lat temu wytworzyła się wąska forma geosynklinalna, co spowodowało "pęknięcie" kontynentu Gondwany i zaczątek dzisiejszej Afryki, Azji, Australii i Antarktydy, oraz wytworzył się Ocean Indyjski (z Morza Tetydy). Ziemia była wówczas wciąż bardzo niespokojną planetą, nawiedzana wciąż nowymi trzęsieniami ziemi, wybuchami wulkanów (w triasie i jurze dochodzi do pierwszych - początkowo słabych, pionowych ruchów blokowych zwanych - orogenezą alpejską). Będzie tak póki dna oceanów nie stwardnieją i nie połączą się na stałe z płytami kontynentalnymi (podłoże geologiczne oceanów - litosfera oceaniczna - jest bardzo cienkie, wręcz można stwierdzić iż jest to zaledwie "cienka płytka" - a wszystko to efekt rozłupania Tiamat i powolnego stygnięcia Ziemi), proces ten na naszej planecie wciąż się jeszcze nie zakończył, a Ziemia do dziś doświadcza konsekwencji tamtej kosmicznej katastrofy, jaką była zagłada Tiamat. Inną ciekawą kwestią jest powstanie w tym czasie firmamentu wodnego, chroniącego mieszkańców Ziemi przez zbytnim promieniowaniem kosmicznym. Powstanie tego firmamentu, jest również opisane w Biblii (Pierwsza Księga Mojżeszowa 1:6-8). Ten pas wody (wodny firmament - czyli "Wody pod sklepieniem" - jak opisuje to Biblia) był przyczyną panowania wówczas na Ziemi subtropikalnego klimatu, oraz powodował znaczne wydłużenie ludzkiego życia, jako że śmiertelne promieniowanie słoneczne nie mogło się przebić przez ów firmament (dziś nasza atmosfera tylko częściowo przefiltrowuje owo śmiertelne dla wszystkich istot żyjących - promieniowanie kosmiczne).


"I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. 
Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich"

(Księga Genesis 1:27)


 Po genetycznym ulepszeniu owej zwierzęcej istoty z systemu gwiezdnego Wegi - Felinianie i Karianie opuścili Ziemię (nie znaczy to jednak że odeszli na zawsze, gdyż w późniejszych okresach często ponownie odwiedzali Ziemię, wymieniając swe doświadczenia i korygując prace genetyczne - m.in.: poprzez przekazanie nowo powstającym istotom swego kodu DNA), pozostały na niej jedynie Gady z systemu gwiezdnego Alpha Draconis i Lirianie z Liry, której "stolicą" i kolebką ludzkości była niegdyś planeta Avyon - zniszczona przez Reptilian podczas I Wielkiej Wojny Galaktycznej. Co ciekawe, rasy które pozostały, wyjątkowo się nie znosiły i upatrywały wszystkich swych zniewag w działaniach właśnie tej drugiej strony. Mimo to udało im się zachować wzajemną zgodę i współpracować nad dalszym rozwojem ekosystemu planety. Lirianie prowadzili dodatkowo genetyczne badania na zwierzęcych rasach rozwijających się na Ziemi, łącząc swoje DNA ze strukturą kodową wybranych ssaków. Prowadząc swoje eksperymenty przez dość długi czas, wreszcie - ok. 20 milionów lat temu, udało im się stworzyć humanoidalną postać (choć w większości wciąż jeszcze zwierzęcą), zwaną dziś - Homo Ramapitecus. Ten "sukces" ściągnął wkrótce na Ziemię kolejne galaktyczne rasy. Ok. 17 milionów lat temu przybyli tutaj Syrianie, 15 milionów lat temu powrócili Felinianie i Karianie, a 2 miliony lat temu na naszą planetę przybyli Plejadianie. Wszystkie te grupy wspólnie pracowały nad stworzeniem nowych hominidów.

Udało im się to ok. 10,5 miliona lat temu - gdy powstało pięć pierwotnych (wciąż jeszcze na wpół zwierzęcych) ras humanoidalnych. Ci "Bogowie" bawili się eksperymentując. Pierwotnie stworzono bowiem rasę typu androgynicznego (posiadającego zarówno cechy kobiece jak i męskie), co znalazło odzwierciedlenie również w Biblii (Księga Genesis 1:27), wkrótce jednak zrezygnowano z tego "eksperymentu" i postanowiono rozdzielić płcie. Należy od razu wyjaśnić, że te pierwsze genetyczne hominidy, to nie był jeszcze Człowiek Rozumny - to nie był Ród Adama, który powstanie później. To były dopiero pierwsze próby stworzenia inteligentnej istoty "na obraz i podobieństwo Bogów" (czyli głównie Lirian i Syrian). I te istoty najpierw powstały jako hermafrodyci, a potem obie płcie wśród tych ras z woli "Bogów" rozdzielono. Linia Adama będzie tym różniła się od pierwszych hominidów, iż będzie w całości (nie licząc małych "dodatków" genetycznych, wziętych od już ukształtowanych istot humanoidalnych - głównie morskich, ale również lądowych), pochodziła z genów "Stwórców" (głównie Lirian i Syrian, lecz także Felinian, Karian, Malonian i Plejadian). Szczególnie ta ostatnia grupa dość konsekwentnie włączyła się w proces stwarzania pierwszych hominidów. Przybyli na Ziemię pod dowództwem... władczyni planety Erra (kobiety wśród władców tej planety należały do rzadkości) - Pleji. Pleja była córką władcy Asaela, który rozpoczął migracje Plejadian na naszą planetę.

Pleja kontynuowała jednak misję swego ojca, który nie chciał by nowo powstałe hominidy były zbyt inteligentne i uważał że raczej powinno się je utrzymać na niskim, pierwotnym poziomie inteligencji, tak, by były jedynie zdolne do wykonywania prostych poleceń i komend. Potem następcy Pleji będą konsekwentnie trzymać się tych wytycznych, nawet wówczas gdy powstanie już Homo Sapiens. Będą się na przykład sprzeciwiali przekazaniu Człowiekowi Rozumnemu informacji o jego prawdziwym (gwiezdnym) dziedzictwie, po to, by łatwiej móc nim kierować. Adam - w ich przekonaniu - nie miał "czynić sobie Ziemi poddanej", lecz... miał być sługą - niewolnikiem "Bogów". Ten sposób myślenia potem bardzo oddali ich od Felinian czy Lirian, zaś znacznie zbliży do... Gadów, od których otrzymają pomoc w urzeczywistnieniu swych celów. Gady bowiem będą dążyły do całkowitego unicestwienia rodzaju ludzkiego ze wszystkich galaktyk we Wszechświecie i w tym celu będą poszukiwały sprzymierzeńców, popierając wszelkie możliwe animozje, niesnaski i najmniejsze różnice zdań wśród członków Federacji Galaktycznej. Plan Plejadian nie był jednak wymierzony w nowo powstałego Homo Sapiens - ich cel był bowiem dość krótkowzroczny, oni po prostu dążyli do stworzenia sobie jakiejś darmowej siły roboczej, łatwo sterowalnej i kontrolowanej. Nie zamierzali jednak zniszczyć nowo powstałego człowieka, ani też go upokarzać. Zresztą późniejsza rola Plejadian w informowaniu ludzkości o ich prawdziwym pochodzeniu, w dużej mierze zrehabilituje ich początkową krótkowzroczność w tej sprawie, a sami Plejadianie wniosą bardzo wiele w budowę ziemskich cywilizacji.

Nim jednak tak się stanie, ludzkie grupy "Stwórców" podjęły się zadania stworzenia jeszcze doskonalszej istoty humanoidalnej, która będzie stała na trochę wyższym poziomie rozwoju, niż dotychczasowe gatunki. Wspólnymi wysiłkami Lirian, Felinian, Plejadian i Karian stworzono (ok. 2 miliony lat temu), nowy gatunek hominida, zwany - Homo Erectus. Tu należy oddać sprawiedliwość Plejadianom, gdyż to właśnie z ich inicjatywy powstał ten gatunek, a także to oni wnieśli najwięcej prac do tego projektu. Pomysł zrodził się w Radzie Plejad, a jego pomysłodawczynią była sama Pleja. Tak oto powstały poszczególne gatunki hominidów, które zamieszkiwały obok innych kolonii z głębi Kosmosu. Pierwszą ziemską cywilizację założą koloniści z planety Bakaratini ok. 1 350 000 lat temu, na terenach ogromnego lądu, który jeszcze wówczas istniał (łączącego dzisiejszą Grenlandię, Islandię, północną Szwecję i Norwegię). Stanie się to na 30 000 lat przed wybuchem III Wojny Galaktycznej i wielkim kontratakiem Gadów z Maldeka i Chowty, który będzie tak szybki, gwałtowny i śmiercionośny - że zmusi Federację do ucieczki z naszej Galaktyki, zaś Reptilianie zdobędą tu władzę na blisko 80 000 lat.


PLANETA ZIEMIA
od ok. 12 500 r. p.n.e., 
Czyli od zatopienia ATLANTYDY (POSEIDII)



CDN.
 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. VI

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. III



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. III






SŁOWIANIE W GRECJI
(ok. 1800 r. p.n.e. - ok. 1180 r. p.n.e.)
Cz. III



DRUGA WOJNA TROJAŃSKA
(ok. 1193 - 1183 p.n.e.)
Cz. II



Nim Hattusilis III zasiadł na tronie kraju Hetytów, był wcześniej kapłanem bogini Isztar z Samuhy oraz wicekrólem w Hakmis (Miasto leżące na północny wschód od Hattusas). Gdy powracał do kraju z kampanii syryjskiej swego brata - Muwatallisa II przeciw Egiptowi (sławna bitwa pod Kadesz z ok. 1274 r. p.n.e.), zatrzymał się w mieście Lawazantija w Kizzuwatnie, gdzie poznał córkę tamtejszego kapłana bogini Hebat z Arinny, Pentipszarriego - Puduhepę, która też była kapłanką bogini słońca. Puduhepa zasłynęła jako autorka wielu modlitw do huryckich bóstw z Kizzuwatny, a gdy już została królową (ok. 1263 r. p.n.e.) odnowiła dawne obrządki huryckie na dworze w Hattusas (zaś nieopodal stolicy w Yazilikaya, Puduhepa kazała wykuć sanktuarium skalne z wyobrażeniami wszystkich bogów, które zostało ukończone dopiero za życia jej syna - Tuadhaliji IV). Odbudowywano również świątynie zapomnianych bóstw i w całym kraju odnawiano dawne obrzędy religijne. Oprócz bogini słońca z Arinny, wznoszono nowe świątynie Pani z Nagar (zapewne było to jedno z wyobrażeń asyryjskiej bogini nieba - Szawuszki "królowej Niniwy"), a także głównego boga hetyckiego panteonu, boga burz - Teszuba (którego wielbił sam Hattusilis). Ale królewska para kapłańska nie ograniczała się jedynie do odnowy dawnych (huryckich) kultów i rozbudowy świątyń. Przede wszystkim musiano się zająć niezakończonym konfliktem z Egiptem o Syrię, oraz niepokojami na wschodzie i zachodzie kraju, a ponieważ królowa/kapłanka była prawą ręką swego męża, przeto i ona również brała udział w podejmowaniu decyzji politycznych. Nim jednak przejdę do sprawy najważniejszej (genezy wybuchu wojny o Troję), warto pokazać też ówczesny krajobraz polityczny i podejmowane próby zażegnania konfliktów militarnych na Południu i na Wschodzie.




Kluczowym i wciąż niewygasłym (po wstąpieniu Hattusilisa III na tron w Hattusas) konfliktem, był ten z Egiptem, toczony już od kilkudziesięciu lat o Syrię i Palestynę. Po zakończeniu nierozstrzygniętej bitwy pod Kadesz stało się jasne, że obie potęgi są sobie równe i obie nie są w stanie skutecznie pokonać i zdominować jedna drugą, a ich wzajemny konflikt służy jedynie innym, wzrastającym w siłę państwom w regionie (Mitanni, a szczególnie Asyrii). Poza tym Hattusilis zdawał sobie sprawę, że okoliczni władcy uważali go za uzurpatora, a nie prawowitego króla, którego wcześniej obalił (w osobie swego bratanka - Mursilisa III) i uwięził. Ten jednak zdołał zbiec ze swego więzienia w syryjskiej twierdzy Nuhaszsze i udał się do Egiptu - wroga Hetytów - a jako legalny król (należy bowiem pamiętać, o czym już pisałem w poprzedniej części, że nawet syn i następca Hattusilisa III - Tuadhalija IV uważał czyn swego ojca - który jemu samemu pozwolił odziedziczyć tron - za zwykłą uzurpację i zamach stanu, a to oznacza, że tak właśnie musiało wówczas myśleć bardzo wielu dworzan - zapewne także i ci, którzy zyskali na owym przewrocie - nie licząc oczywiście władców okolicznych krajów), mógł uzyskać egipskie wsparcie w odzyskaniu tronu Królestwa Hetytów. Skoro więc Mursilis schronił się w Egipcie i był uważany za prawowitego dziedzica korony Hetytów, przeto było jasne że faraon Ramzes II może go wykorzystać w swoich staraniach o utrzymanie dominacji w północnej Syrii, a także w próbie narzucenia Hetytom pewnego rodzaju politycznej podległości. Dlatego też najlepszym wyjściem z owej patowej sytuacji byłoby jak najszybsze zakończenie owego konfliktu i zawarcie trwałego pokoju z Egiptem, godząc się na podział stref wpływów i (oczywiście) na wydanie Mursilisa III z powrotem do Hattusas. I dlatego Hattusilis zainicjował rozmowy, które ostatecznie zakończyły się zawarciem w grudniu 1259 r. p.n.e. traktatu pokojowego z Egiptem. Został on spisany w dwóch wersjach: po aramejsku i po egipsku. Podczas rozmów nie brakowało też pewnych wzajemnych niesnasek (np. Hattusilisa III bardzo drażnił wyniosły i chełpliwy ton egipskiej kancelarii, oraz jej ocena bitwy pod Kadesz), jednak zdołano te wszystkie bariery pokonać i traktat ostatecznie zawarty został. Lecz co ciekawe, pomimo tylu dziesięcioleci wzajemnej konfrontacji w walce o Syrię, ten właśnie temat został w traktacie... zupełnie pominięty (wiadomo jednak że granica stref wpływów pomiędzy oboma mocarstwami została wyznaczona na zasadzie status quo na rzece Orontes, a to oznacza, że cała północna Syria przypadła Hetytom, zaś południe pozostało w sferze dominacji Egiptu). Traktat ustalał natomiast wzajemną pomoc w przypadku ataku innego państwa, wzajemną gwarancję sukcesji oraz wydawanie zbiegów (a na tym szczególnie musiało wówczas zależeć Hattusilisowi, chociaż traktat nic nie wspominał o Mursilisie III i nie są znane jego dalsze losy). Wzajemna wymiana podarunków (rzecz niezwykle istotna w ówczesnej dyplomacji) oraz zaproszenie Hattusilisa III do Egiptu (nie wiadomo czy z niego skorzystał, ale istnieją pewne przesłanki że mógł przybyć do Egiptu ok. 1245 r. p.n.e., wraz ze swą córką, która weszła wówczas do haremu Ramzesa II jako jego nowa małżonka), stały się podstawą trwałego ułożenia wzajemnych stosunków i zakończenia długotrwałych waśni pomiędzy oboma ówczesnymi mocarstwami.




Podobnie ułożono stosunki ze Wschodem, a szczególnie z rosnącą w siłę Asyrią, której władcy starali się nawiązać z Hetytami coś w rodzaju sojuszu. Asyria zyskiwała na znaczeniu od połowy XIV stulecia p.n.e., zaś rok 1350 p.n.e. był tutaj szczególnie ważny, jako że właśnie wówczas Asyryjczycy po raz pierwszy napadli i splądrowali Waszszuganni - czyli stolicę państwa Mitanni (potężnego królestwa, z którym Egipt rywalizował począwszy od połowy XVI wieku p.n.e.). Skarby władców Hanigalbatu (jak zwano Mitanni wśród ludów Anatolii i Mezopotamii - Egipcjanie bowiem kraj ten nazywali Nahariną) trafiły do Assur (odzyskano wówczas owe złote drzwi, zrabowane siedemdziesiąt lat wcześniej przez króla Mitanni - Szausztatara w czasie jego najazdu na Asyrię). Kraj został zniszczony a ostatni wojownicy (200 rydwanów wojennych) pod wodzą Akitteszuba, zbiegli do Babilonii, gdzie zostali internowani (i gdzie odebrano im broń oraz wszystkie rydwany). Na tronie w Waszszuganii zasiadł wówczas syn poprzedniego władcy Tuszratty - Szuttarna III (wspierany przez Asyryjczyków), a wśród zbiegów był również drugi syn Tuszratty - Kiliteszub, który najpierw uciekł do Babilonii, ale obawiając się że Babilończycy wydadzą go Asyrii, zbiegł do kraju Hetytów i tamtejszemu władcy - Suppiluliumie I "upadł do stóp" nad rzeką Marassantiją (rzeka przez Greków zwana Halys, dziś pod nazwą Kizil-Irmak). Dotarł tam w pełnej niebezpieczeństw podróży przez pustynię, mając ze sobą zaledwie trzy rydwany i "jedną tylko szatę na sobie". Suppiluliuma przyjął go życzliwie, a nawet oddał mu za żonę jedną ze swoich córek. Uzgodniono wówczas, że obalenie Szuttarny i oddanie tronu w ręce Kiliteszuba, dokona się siłami hetyckiego wicekróla Syrii - Pijassilisa z Karkemisz. Tak też się stało (ok. 1349 r. p.n.e.) wojska hetyckie przekroczyły Eufrat, pokonały siły Szuttarny i zbrojnie zajęły Waszszuganni, instalując tam Kiliteszuba, który teraz przyjął tronowe imię - Szattiwaza. Odtąd Hanigalbat był zależny od "wielkiego króla" Hetytów i kontrolowany z syryjskiego Karkemisz. Szattiwazie jednak udało się zrzucić zależność po śmierci Suppiluliumy I i jego syna Arnuwandy II (ok. 1340 r. p.n.e.), a Mursilis II długo nie był w stanie ponownie zdominować Mitannijczyków i udało mu się to dopiero pod koniec życia Szattiwazy (lata 20-te XIV wieku p.n.e.), gdy ten - zagrożony przez Asyryjczyków - szukał przeciwko nim pomocy. Po złożeniu przez Szattiwazę (a potem jego syna Szattuara I) hołdu Hetytom, zyskał on sprzymierzeńca i poczuł się na tyle mocny, aby okazywać jawną wrogość władcy z Assur. Szattuara I zażądał nawet od nowego króla Asyrii - Adad-nirariego I, aby kraj ten ponownie uznał swą zależność od Mitanni, tak, jak to było kiedyś. Czasy jednak już się zmieniły i Asyria (po lekkim kryzysie zaistniałym po śmierci Aszur-uballita I, tego który zdobył Waszszuganni), ponownie wróciła do swej mocarstwowej polityki. Ok. 1300 r. p.n.e. nie mogąc dłużej znieść arogancji Szattuara i jego syna - Wasaszatty, Adad-nirari I zorganizował kolejny wielki najazd na Mitanni, w czasie którego zajął Taidę (dokąd swą stolicę ze zniszczonego Waszszuganni przeniósł Szattiwaza), spalił ją a ludność uprowadził w niewolę. Następnie zajął inne miasta Hanigalbatu: Amasaku, Kahat, Szuru, Nabula, Hurra, Szuduhu, Uszukani, Irrite, Harran, Szudu i Elahat. Do niewoli dostał się również sam Wasaszatta wraz ze swoją rodziną, a tym samym cały kraj Mitanni podbity został przez Asyryjczyków (Hetyci nie udzielili Mitannijczykom żadnego wsparcia). Co prawda Wasaszacie udało się uciec z niewoli i dostać do Hattusas (a Muwatallis II osadził go nawet na tronie kadłubowego kraju leżącego na wschód od Eufratu i złożonego z pozostałych mitannijskich ziem których Asyryjczycy nie zajęli), jednak większość Mitanni pozostała pod kontrolą ludu boga Assura, co też bardzo doskwierało władcom z Hattusas.


MITANNI
(HANIGALBAT/NAHARINA)
W OKRESIE NAJWIĘKSZEGO ROZKWITU 
(XVI/XV wiek p.n.e.)




Nic więc dziwnego, że gdy Adad-nirari I chciał ułożyć sobie jakoś stosunki z Hetytami (żądając jednak, by władcy Hattusas uznali go jednocześnie za swego "brata", czyli równego sobie), Muwatallis (było to w jakiś czas po bitwie pod Kadesz) w obraźliwym tonie przesłał mu wiadomość tej treści: "Chełpisz się swoim zwycięstwem nad Wasaszattą i krainą Hurytów. Prawda że podbiłeś ją siłą. Pokonałeś mojego (sojusznika) i stałeś się Wielkim Królem. Ale co masz na myśli, mówiąc o braterstwie? (...) Czy zrodziła nas ta sama matka? Skoro mój ojciec i dziad nie mieli w zwyczaju pisywać do króla Asyrii o braterstwie, tak więc i ty przestań pisać do mnie o byciu Wielkim Królem. Nie życzę sobie tego!" Ok. 1270 r. p.n.e. pewny wsparcia hetyckiego syn Wasaszatty - Szattuara II wzniecił powstanie przeciwko Asyryjczykom w Hanigalbacie, jednak nowy król Asyrii, syn i nastepca Adad-nirari I - Salmanasar I, krwawo stłumił powstanie i dokonał najazdu na (będący jeszcze pod kontrolą Hetytów) teren Mitanni. Obalił Szattuarę II a cały ten kraj włączył bezpośrednio do Asyrii. Hetyci wówczas również nie przyszli z pomocą Mitanni i musieli pogodzić się z faktem, że tuż przy ich wschodniej granicy wyrosło teraz silne państwo, mające mocarstwowe ambicje. Dlatego też, gdy tylko Muwatallis II zmarł a na tron Hetytów ostatecznie wstąpił Hattusilis III, jego relacje z władcą Assuru diametralnie się zmieniły. Doszło do znacznego ożywienia stosunków dyplomatycznych, zaś posłowie jednego i drugiego monarchy krażyli pomiędzy Hattusas a Assurem z podarkami i wyrazami "braterskiej miłości". Mimo to jednak Hattusilis doskonale zdawał sobie sprawę, że na wschodzie pojawił się silny konkurent z którym kiedyś przyjdzie jemu (lub jego potomkom) rywalizować zbrojnie. Dlatego też starał się podpuszczać Babilończyków do wojny z Asyrią, śląc listy do władców Babelu, zapewniające ich o swoim poparciu i sojuszu. W jednym z takich listów - wysłanych z okazji wstapienia na tron w Babilonie Kadaszman-Enlila (ok. 1263 r. p.n.e., czyli mniej więcej w tym samym czasie, w którym na tron w Hattusas wstąpił Hattusilis III) pisze on tak: "Słyszałem że brat mój stał się już mężem i wyrusza na polowania. Cieszę się bardzo, że Teszub wywyższył imię mego brata Kadaszmanturgu (...) Mówię teraz memu bratu: Idź i splądruj teraz kraj nieprzyjaciela (Asyrię) (...) Chciałbym usłyszeć, że brat mój pobił kraj wroga (...) Bracie mój, nie siedź tam! Wyrusz przeciw krajowi wroga i pokonaj go! Wiedz bowiem, że wyruszasz przeciw krajowi, który trzy lub czterokrotnie przewyższasz liczebnie". Tym samym Hattusilis pragnął rozwiązać problem Asyrii cudzymi rękoma, a jednocześnie doprowadzić do odnowienia dawnej wrogości Babilonu i Assuru, który mógłby potem wykorzystywać politycznie. Jednak król Kadaszman nie poszedł tą drogą i nie ruszył przeciwko Asyrii (zapewne zdając sobie sprawę że owa przewaga, o której pisał Hattusilis, jest realnie znacznie mniejsza) i też utrzymywał z Salmanasarem oraz jego następcami przyjazne stosunki.
 



I teraz właśnie przechodzę już bezpośrednio do meritum, gdyż po ułożeniu napiętych stosunków z Egiptem i Asyrią, przyszedł czas na rozwiązanie kwestii zbytniej niezależności ludów Assuwy i Wilusy w zachodniej Anatolii. Według mitu Homera, Parys (syn króla Troi - Priama i jego małżonki Hekabe) w konkursie dla najpiękniejszej z bogiń (w którym startowały: Hera, Atena i Afrodyta), przyznał złote jabłko z napisem "Najpiękniejszej" (wrzucone pomiędzy bogów przez Eris - boginię niezgody - za to, iż ta nie została zaproszona na wesele Peleusa z Tetydą, a byli tam obecni wszyscy bogowie) właśnie Afrodycie, która w zamian obiecała, iż da mu za żonę najpiękniejszą kobietę w całej Helladzie i Azji (Hera zaś obiecywała Parysowi że uczyni go przywódcą Azji i Hellady, zaś Atena, że ześle na niego wielkie zwycięstwa). Gdy Parys przebudził się ze snu (w którym miał właśnie ofiarować jabłko Afrodycie) wyglądało na to iż rzeczywiście wszystko to tylko mu się przyśniło, ale gdy został wysłany z misją dyplomatyczną przez swego ojca, króla Priama do Sparty, tam właśnie ujrzał piekność doskonałą w której natychmiast się zakochał. Była to Helena - żona władcy Sparty Menelaosa. Zaczęły się więc tajne schadzki Parysa i Heleny, a ostatecznie zabrał on ją ze sobą do Troi. Menelaos zaś zaczął rozgłaszać po całej Helladzie że jego żona została porwana (wbrew swojej woli) przez Parysa, który tym samym wzgardził jego gościnnością i podważył jego honor. Zaś po uzgodnieniu sprawy z bratem, królem Myken i Argolidy - Agamemnonem, zaczęto formować koalicję anty-trojańską, która ostatecznie wyruszyła na morze (1000 okrętów i 50 000 wojowników) w celu uwolnienia Heleny i ukarania owego wiarołomcy wraz z całym jego grodem. Tyle homerowy mit, reszta tej historii też jest znana (dziesięcioletnie zmagania wojenne pod Troją które nie przyniosły żadnych rezultatów i ostateczne zajecie miasta dzięki podstępowi Odyseusza z wielkim, drewnianym koniem, w którym skryli się achajscy wojownicy, a który to - jako symbol zwycięstwa - Trojanie wciągnęli we własne mury i ku własnej zgubie). Jak jednak mit ten ma się do prawdziwych wydarzeń historycznych i czy mogły one zainspirować Homera (oraz tych, którzy ów mit spisali) do skonstruowania takiej właśnie, ciekawej i barwnej opowieści?




Otóż pewne wydarzenia z historii Anatolii i ówczesnej Grecji znajdują potwierdzenie w owym micie, choć oczywiście nie w dosłownym przekładzie. Jednak misja dyplomatyczna Parysa do króla Sparty Menelaosa, wydarzyła się naprawdę, tylko że nie została wysłana z Troi, a z... Hattusas. Hattusilis III i jego małżonka - Puduhepa postanowili również ułożyć sobie jakoś stosunki z Zachodem, czyli właśnie z Ahhijawą (Achajami - Grecją achajską). Było to związane z działalnością niejakiego Piyama-radu, hetyckiego poddanego który zbuntował się przeciwko królowi (jeszcze za panowania Muwatallisa II) i uzyskawszy poparcie oraz pomoc Achajów, stworzył sobie quasi pirackie państewko, atakując zbrojnie zachodnie rubieże królestwa Hetytów. Zdając sobie sprawę z faktu wspierania Piyama-radu przez władców Ahhijawy, postanowił Hattusilis wysłać tam swego człowieka, specjalnego posła którego zadaniem miało być doprowadzenie do zawarcia sojuszu obu krajów (być może również na takiej samej zasadzie - czyli w formie traktatu politycznego - jaki został zawarty z Egiptem). Umożliwiłoby to Hetytom zdławienie rebelii w zachodniej Anatolii, a być może nawet ponowne podporządkowanie tamtejszych ludów. Dlatego też wybrano do tego zadania niejakiego Tawagalawę, mężczyznę pełnego dyplomatycznej ogłady (tego wyboru dokonała najprawdopodobniej właśnie królowa Puduhepa), którego celem było przekonanie "wielkiego króla" Ahhijawy do sojuszu z Hattusilisem III. Przybył on do Argos lub Myken i bardzo szybko wzbudził wielkie wrażenie na achajskich władcach i to do tego stopnia, że król Myken zaproponował mu rękę swojej córki oraz ogłosił swym "bratem" (co też było niezwykłym wyróżnieniem, jako że określenie "brat" w dyplomacji tamtego okresu było używane jedynie w odniesieniu do monarchów równych sobie potęgą). Został też posłany (przez swego nowego teścia) do kraju Wilusa, by tam (zapewne) panować. I co ciekawe, cel misji Tawagalawy nie został osięgnięty z korzyścią dla Hetytów, gdyż ostatecznie ów posłaniec (już jako "brat" wielkiego króla Ahhijawy) uznał się za niepodlegającego władzy Hattusilisa III, a tym samym zaczął w Wilusie i Assuwie gromadzić armię na wypadek wojny z Hetytami. Spowodowało to wybuch nowego konfliktu pomiędzy Hattusas a Mykenami i Argos właśnie o tereny władztwa Tawagalawy, czyli Wilusy (Troady) gdzie znajdowała się owa homerycka Troja (Troja VIIA). Cały ten konflikt został spisany w tzw.: "Liście Tawagalawy", który został odnaleziony w ruinach Hattusas. Do wojny wówczas jeszcze jednak nie doszło, ale konflikt z Tawagalawą (oraz Piyama-radu) stał się zarzewiem przyszłych, krwawych wydarzeń we wzajemnych stosunkach władców Hatti i Ahhijawy.
 



Gdy (ok. 1237 r. p.n.e.) Hattusilis III zmarł, a tron po nim objął jego syn - Tuadhalija IV, wzajemny konflikt o Wilusę, Assuwę, oraz o wyspę Alasziję (Cypr) jeszcze wzrósł. Nie wiadomo kiedy ów stan "zimnej wojny" (z szeregiem niewielkich granicznych konfliktów) został zamieniony w wojnę "gorącą", ale wiadomo że w "Liście Milawata" (również znalezionym w ruinach Hattusas) datowanym na ok. 1225 r. p.n.e. spisano deklarację króla Tuadhaliji, który chwalił się z iloma władcami równymi sobie nawiązał stosunki. Pisał więc: "Królami, którzy są mi równi rangą, są król Egiptu, król Babilonii, król Asyrii i król Ahhijawy" (przekreślenie słów "król Ahhijawy" znajduje się w oryginale i oznacza zapewne fakt, iż w tym właśnie okresie Achajowie z Grecji zostali usunięci z szeregu wielkich mocarstw, a to może być podyktowane jedynie faktem odebrania im znacznych połaci ziem). I właśnie w tym mniej więcej czasie (ok. 1230 r. p.n.e.) nastąpiła hetycka inwazja na (opanowany przez Achajów dwieście lat wcześniej) Cypr, oraz rejon miasta Milawata (Milet). Utrata tych terenów spowodowała (z całą pewnością) skreślenie królów Ahijawy z szeregu władców równych Hetytom. Inskrypcja z czasów panowania Tuadhaliji, mówiąca o dokonanej przez niego inwazji na Cypr, brzmiała następująco: "Schwytałem króla Alasziji z jego żonami, z jego dziećmi (...) Wszystkie dobra, w tym srebro i złoto i wszystkich schwytanych ludzi wziąłem i przywiodłem do domu, do Hattusy. Zniewoliłem kraj Alaszija i natychmiast uczyniłem go poddanym". Opanowanie Miletu również mogło oznaczać likwidację pozostającego na usługach Ahhijawy, tamtejszego państwa pirackiego, założonego jeszcze przez Piyama-radu za czasów panowania Muwatallisa II. Jednak Hetyci nie podbili zajętych przez siebie ziem i wycofali się stamtąd (nakładając zapewne na lokalnych królów jakąś formę zależności), dlatego więc syn i nastepca Tuadhaliji IV - Suppiluliuma II, ponownie chwalił się podjęciem kolejnej inwazji na Cypr, każąc wykuć (ok. 1205 r. p.n.e.) w Hattusas taką oto inskrypcję: "Ja, Suppiluliuma, Wielki Król natychmiast (wyruszyłem) na morze. Okręty Alasziji trzy razy spotkały mnie w bitwie na morzu. Pokonałem je. Zdobyłem owe okręty i spaliłem pośrodku morza. Kiedy ponownie przybyłem na suchy ląd, wówczas wróg z wyspy Alaszija ponownie tłumnie stanął przeciwko mnie". To tyle wzajemnych podchodów i wojenek hetycko-achajskich, ale w tym wszystkim wciąż jeszcze nie doszliśmy do wybuchu samej wojny trojańskiej. Jak ona wyglądała, kiedy wybuchła i jak się zakończyła - o tym już bezpośrednio opowiem w następnej części. 




CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...