CZYLI SENTENCJE I AFORYZMY OD STAROŻYTNOŚCI PO WSPÓŁCZESNOŚĆ
Dzisiaj postanowiłem podjąć nieco spokojniejszy temat odnośnie sławnych ludzi w historii, którzy wypowiedzieli kilka ciekawych sentencji, dających do myślenia ludziom każdej epoki (bo tak naprawdę w każdej epoce ludzkość była taka sama, ze swoimi problemami dnia codziennego, ze swoimi zmartwieniami i nadziejami, oraz oczywiście z tym, co się działo dookoła, a co tak naprawdę nie opuszcza nas i dzisiaj oraz będzie doskwierać również tym, którzy przyjdą po nas - bo jak to powiedział Olaf Lubaszenko w jednym z filmów: "Nas też kiedyś coś trafi, znikniemy, jak praca w Radomiu. A po nas przyjdą następni, i następni, i następni" 😉). Zatem zapraszam na "porcję" sentencji i aforyzmów wypowiadanych przez sławne persony na przestrzeni dziejów.
ZACZNIJMY MOŻE OD:
I
MAREK AURELIUSZ
Cesarz rzymski panujący w latach 161-180 (wraz z Lucjuszem Werusem w latach 161-169). Urodził się w majętnej rzymskiej rodzinie z Hiszpanii w roku 121, jako syn pretora Anniusza Werusa. W roku 138 został on adoptowany przez swego wuja, cesarza Antoninusa Piusa i wyznaczony (wraz z dużo młodszym od Marka - Lucjuszem Werusem) na jego następcę. Wychowywał go i kształcił Marek Korneliusz Fronton (rzymski pisarz, retor i nauczyciel wymowy), zaś filozofię stoicką wpoił mu Epiktet. Rządy Marka Aureliusza położyły kres (oczywiście wbrew jego intencjom) spokojnym czasom dynastii Antoninów, trwającym od zakończenia wojny partyjskiej cesarza Trajana w roku 117, aż do roku 161 gdy Partowie ponownie zajęli Armenię, rzucając wyzwanie Imperium Rzymskiemu. Jego rządy pełne były częstych wojen i wielu politycznych zawirowań, począwszy od wojny partyjskiej (trwającej w latach 161-166, przy czym w roku 163 Rzymianie wypędzili Partów z Armenii, następnie odzyskali poszczególne syryjskie królestwa nadgraniczne, w roku 165 dokonali inwazji na Mezopotamię i kraj Partów - niszcząc i paląc ich stolicę Ktezyfont - podobnie jak pół wieku wcześniej uczynił cesarz Trajan, a w roku 166 dokonując nieudanej inwazji na górzystą Medię - na której połamał sobie "zęby" Marek Antoniusz, próbując zdobyć ten kraj w roku 36 p.n.e.). W grudniu 165 r. pojawiły się pierwsze przypadki dżumy wśród rzymskich żołnierzy na Wschodzie, którzy wracając z kampanii partyjskiej roznieśli ją po całym Imperium i walka z tą zarazą trwała przez (co najmniej) kolejną dekadę. Na przełomie roku 163 i 164 Rzymianie wycofali się również z Wału Antonina w Brytanii (budowanego w latach 142-154 za czasów Antoninusa Piusa) i wrócili na dawny Wał Hadriana (było to związane z postępującą ekspansją Kaledończyków - dzisiejszych Szkotów - na południe, a Mur Hadriana był zbudowany w znacznie dogodniejszym do obrony miejscu).
Rok 167 przyniósł prawdziwą katastrofę, gdyż od tego właśnie czasu barbarzyńskie plemiona północy zaczęły po raz pierwszy w dziejach (nie licząc oczywiście ekspansji Cymbrów i Teutonów na południe Europy, szczególnie zaś do Galii w latach 113-101 p.n.e. - z tym że wówczas Galia nie była jeszcze zdobyta przez Rzymian - Wercyngetoryks w 52 r. p.n.e. w czasie oblężenia Alezji przez Cezara przypominał właśnie ów najazd Cymbrów i Teutonów na Galię, mówiąc, że nasi przodkowie aby wytrwać i nie poddać się najeźdźcy, zamknięci w swoich grodach, zmuszeni byli nawet do kanibalizmu - choć wojska rzymskie poniosły kilkukrotną klęskę w walce z tymi plemionami, największą zaś w bitwie pod Arausio w roku 105 p.n.e.). Właśnie w roku 167 (w maju) Jazygowie wdarli się do Dacji (dzisiejszej Rumunii) i zajęli znaczną część tej prowincji, pozostając tam przez cztery kolejne lata. W czerwcu 167 r Markomanowie dokonali wielkiej inwazji na Italię, przekraczając Dunaj w Noricum (dzisiejsza Bawaria i zachodnia Austria) i niszcząc rzymskie wojska w Carnuntum. Po raz pierwszy od 270 lat Rzymian ogarnęła panika, a barbarzyńcy weszli do północnej Italii jak w masło. Stanęli pod Akwileją - której nie udało im się zdobyć, a pod koniec roku zostali zmuszeni do odwrotu za Dunaj. Rok 168 Marek Aureliusz spędził praktycznie cały nad Dunajem, umacniając tamtejsze fortyfikacje (wcześniej, bo w latach 166-167 Rzymianom udało się w Górnej Panonii - dzisiejsza Austria - odeprzeć najazd Longobardów). Rok 170 był rokiem kolejnej wielkiej inwazji. Co prawda Rzymianom udało się wówczas odeprzeć najazd Chattów nad Renem w Górnej Germanii, ale front dunajski totalnie się posypał na dwóch odcinkach. Kostoboci (mający wówczas swe siedziby w dzisiejszej Mołdawii) przekroczyli Dunaj u jego delty, wcierając się głęboko na Bałkany. Splądrowali Trację (Bułgaria) i Macedonię, wchodząc do Grecji (Achaja), gdzie zniszczyli świątynię Demeter w Eleusis. Rzymianie zadali im klęskę dopiero wiosną roku 171, odzyskując zrabowane łupy. Drugim odcinkiem gdzie front został przełamany na Dunaju, był ponownie rejon Noricum i Panonii (stało się to po klęsce, jaką poniósł Marek Aureliusz po drugiej stronie Dunaju w bitwie z Markomanami, którzy potem przekroczyli Dunaj i spustoszyli przygraniczne ziemie).
W roku 169 zmarł (w wieku zaledwie 38 lat) na partyjską zarazę cesarz Lucjusz Werus (od 164 r. był on mężem Lucilli - córki Marka Aureliusza. Po jego śmierci poślubiła ona Tyberiusza Klaudiusza Pompejanusa - sławnego rzymskiego generała, który stał się odpowiednikiem Maksimusa Decimusa Meridiusa z filmu "Gladiator" z 2000 roku). W roku 171 Hazdingowie (plemię osiadłe na ziemiach wokół dzisiejszego Lwowa i okolic) napadło na Kostobotów, a ci (pokonani już wcześniej przez Rzymian) podpisali układ, na mocy którego stawali się rzymskimi sojusznikami, ochraniającymi granicę naddunajską i dacką, w zamian za co mieli uzyskać wsparcie Rzymu w walce z Hazdingami. W owym 171 r. Maurowie z gór Atlas napadli na prowincję Mauretanię Tingitanę, przekroczyli Słupy Herkulesa (czyli Cieśninę Gibraltarską) weszli do Betyki (południowej Hiszpanii), a następnie do Tarraconensis (Hiszpanii centralnej i wschodniej) wszędzie siejąc popłoch i spustoszenie. W Hiszpanii Rzymianie mieli tylko jeden legion, więc nim ostatecznie zmusili Maurów do odwrotu, minęło trochę czasu. W roku 172 Marek Aureliusz (wraz ze swym 11-letnim synem Kommodusem) przekroczył Dunaj i ruszył na Markomanów, zmuszając ich do przyjęcia roli rzymskich klientów. W tym też roku Bukolowie (pasterze żyjący w delcie Nilu w Egipcie), pod przywództwem kapłana Izydora, zbuntowali się przeciwko nadmiernym podatkom ściąganym przez Rzymian, a ich powstanie objęło całą Deltę i zagroziło Aleksandrii. Awidiusz Kasjusz (namiestnik Syrii) wprowadził swe wojska do Aleksandrii w celu ochrony miasta przed buntownikami, ale nie odważył się przeciwko nim wystąpić, gdyż była ich tak wielka liczba. Ostatecznie zastosował politykę "dziel i rządź", podsycając kłótnie wśród przywódców Bukolów i z końcem roku 173 stłumił ów bunt. Również w roku 172 Chaukowie (plemię mające swe siedziby nad Łabą) napadli na wybrzeża Belgiki i tam również dokonali spustoszeń. W 173 r. Marek Aureliusz przeszedł już zdecydowanie do ofensywy, atakując naddunajskie plemiona Kwadów i Jazygów. Kampania ta trwała do czerwca 175 r. i zakończyła się rzymskim zwycięstwem, a granice Imperium przesunęły się na ziemie dzisiejszych Czech i Słowacji, dochodząc praktycznie do linii Sudetów, tuż nad granicą z dzisiejszą Polską.
KOMMODUS
(obraz wygenerowany przy użyciu sztucznej inteligencji)
W roku 174 po raz drugi Maurowie z gór Atlas napadli na południową Hiszpanię, ale szybko zostali spacyfikowani, a rzymska kawaleria po wejściu do Mauretanii spustoszyła ich siedziby. W kwietniu 175 r. (po otrzymaniu fałszywej informacji o śmierci cesarza Marka Aureliusza nad Dunajem), namiestnik Syrii i Egiptu (bohater wojny partyjskiej Lucjusza Werusa i ten który stłumił powstanie Bukolów w Egipcie) Awidiusz Kasjusz ogłosił się nowym imperatorem (ponoć uczynić to miał na prośbę Faustyny - żony Marka Aureliusza, która w ten sposób chciała zabezpieczyć przyszłość swego 14-letniego syna Kommodusa). Ten bunt, który początkowo objął Egipt, Palestynę, Syrię, Arabię (oczywiście tę rzymską prowincję, a nie cały region), Cylicję i północną Mezopotamię, ostatecznie został stłumiony już w lipcu tego samego roku (skończyło się prawie bezkrwawo, to znaczy jeden z oficerów Awidiusza Kasjusza po prostu ściął mu głowę i wysłał ją Aureliuszowi, kończąc tym samym cały bunt). Kierując się świadomością istoty rzymskiego ustroju politycznego, oraz tego, że rzymscy cesarze nie byli królami (a to oznaczało że każdy obywatel rzymski, który tylko dysponował odpowiednią siłą militarną i poparciem politycznym - a często wystarczyła sama siła militarna, mógł sięgnąć po władzę najwyższą) Marek Aureliusz 27 listopada 176 r. podniósł swego 15-letniego syna do roli cezara (czyli niższego rangą współpanującego). Mianował go też konsulem na rok 177, a w połowie tego roku ogłosił go augustem, czyli równym sobie władcą. W roku 177 Maurowie po raz trzeci próbowali zaatakować południową Hiszpanię i po raz kolejny ponieśli klęskę. Od roku 177 również Marek Aureliusz przebywał już cały czas nad Dunajem, prowadząc nieustanne wojny z Markomanami, Kwadami, Narystami, Kotynami, do marca 180 r. umacniając rzymskie nabytki na Północy. W tym też mniej więcej czasie młody Kommodus przybył do ojca, a wkrótce potem Marek Aureliusz zakończył swój żywot, zaś Kommodus - pomimo próśb i nalegań oficerów swego ojca - opuścił zdobyte tak wielkim wysiłkiem ziemie i przywrócił rzymską granicę nad Dunajem, spiesząc czym prędzej do Rzymu. Dziś warto się zastanowić nad tym, jak potoczyłyby się losy Imperium Rzymskiego, gdyby granica ta znajdowała się na linii Sudetów i Karpat, a nie Renu i Dunaju. Być może w czasach anarchii politycznej III wieku Rzymianie i tak musieliby te tereny opuścić, ale kto wie.
W każdym razie przejdźmy teraz do sentencji jakie wypowiedział ów cesarz-filozof Marek Aureliusz:
"Zadaniem życia nie jest bycie po stronie większości, lecz życie zgodne z wewnętrznym prawem jakie uznajemy"
"Człowiek oburza się na zło, które przychodzi z zewnątrz, od innych - na to, na co nie ma żadnego wpływu, natomiast nie walczy z własnym złem, chociaż to jest w jego mocy"
"Żyj tak, jakbyś miał teraz pożegnać się z życiem, jakby czas, który Ci pozostał, był nieoczekiwanym prezentem"
"Gonienie za niemożliwym jest szaleństwem"
"Nie możemy zabrać ze sobą ani naszej przeszłości - bo już nie istnieje, ani przyszłości - bo jeszcze jej nie znamy"
II
PUBLIUSZ SYRUS
Rzymski poeta żyjący w I wieku p.n.e., drugi na naszej liście autor sławnych aforyzmów
"Ten, kto nie mogąc panować nad sobą, chce kontrolować innych, jest szalony"
"Nie liczy się to, kim myślisz że jesteś, ale to, kim naprawdę jesteś"
"Łatwiej jest zdobyć fortunę niż ją utrzymać"
"Absurdem jest zostać przestępcą z nienawiści do przestępstwa"
"Rany zwycięzców nie bolą"
III
MENANDER
Ateński poeta i autor komedii, żyjący w latach (ok.) 342 - (ok.) 290 r. p.n.e. Był on przedstawicielem tzw. komedii neo-attyckiej i autorem ponad 100 sztuk teatralnych (wystawianych głównie na lenajach w Atenach), choć do naszych czasów zachowała się tylko jedna sztuka: "Ponury człowiek". Oto jego sentencje:
"Wszyscy jesteśmy mądrzy, jeśli chodzi o udzielanie rad, ale jeśli chodzi o unikanie błędów, jesteśmy po prostu dziećmi"
"Czas leczy wszystkie rany"
"Bogiem każdego człowieka jest jego sumienie"
"Matka kocha dziecko bardziej niż ojciec, bo wie, że dziecko jest jej, a ojciec tylko zakłada, że jest jego"
"Sprawiedliwym nie jest ten, kto nie popełnia niesprawiedliwości, ale ten, który mając okazję do czynienia niesprawiedliwości, nie czyni tego"
Dusze średniego etapu znacznie różnią się od młodych dusz, które opisałem w poprzednim temacie, chociaż należy powiedzieć, że we wszystkich tych trzech grupach duchowego rozwoju (młoda - średnia - stara), są również określone podgrupy i tak wśród dusz młodych, są te bardziej rozwinięte i są te, które trochę "wloką się w ogonie", wśród dusz z poziomu średniego i wyższego (stara dusza) jest podobnie. We wszystkich istnieją najróżniejsze stopnie doskonalenia poszczególnych dusz. Ale przejście na "poziom średni" oznacza zmianę tego "dziecinnego" trochę, (opisanego w poprzednim temacie) podejścia indywidualnych dusz względem siebie, jak i względem swych Przewodników oraz dalszych celów swej własnej nauki.
Tak więc dusza znajdująca się na "poziomie średnim" nie przebywa już w tak zwartej grupie, jak opisana niżej młoda dusza, co oczywiście nie oznacza, że jest odtąd zupełnie sama. Nie, dusze średnie również przebywają w towarzystwie innych średnich dusz, będących niegdyś częścią ich dawnej grupy docelowej, ale są to najczęściej góra dwie, trzy dusze (bardzo rzadko zdarza się by było ich na tym etapie więcej). Inny jest też ich stosunek do dawnych Przewodników. O ile jako młode dusze postrzegali swych Opiekunów jako nauczycieli i mądrych mistrzów, prowadzących i wyznaczających im określone "zadania do odrobienia" - o tyle jako dusze etapu średniego tworzą ze swymi dawnymi Przewodnikami, można to tak określić... związek partnerski. Pewien poddany hipnozie mężczyzna, który jest już duszą z poziomu II - czyli średniego (odtąd będę stosował numerację duchowych poziomów rozwoju - I - dusza młoda, II - średnia i III - dusza stara, zaawansowana), opowiadał jak przekomarzał się ze swoją Przewodniczką (która notabene niezbyt jest chętna do inkarnacji w ciele fizycznym, by z tego poziomu pomagać i wspierać będące pod Jej opieką dusze, woli czynić to ze swojego niematerialnego poziomu), by zechciała w którymś z kolejnych inkarnacji wcielić się w postać jego partnerki, po to, by razem doświadczyć i poradzić sobie z problemami, które go trapią. Przewodniczka miała odpowiedzieć że uczyni tak, jeśli tylko on udowodni Jej że będzie to dla niego rzeczywiście pomocne i przydatne.
Zresztą muszę powiedzieć że poziom II bardzo mnie zaskoczył. Dusze bowiem działają tutaj na poziomach i w charakterach, których nawet wcześniej nie brałem pod uwagę. Nadmienię tylko że zdziwiło mnie, iż już II poziom (albo że w ogóle jakikolwiek poziom duchowego rozwoju, gdyż nigdy nie przypuszczałem iż dusze zajmują się nawet takimi sprawami), zajmuje się np... stwarzaniem nowego życia (czyli innymi słowy to, co uważamy za dzieła Boga, lub też sił natury, jest również dziełem dusz już od poziomu II, nadmienię tylko że powietrze, woda, skały, liście, rośliny etc., to wszystko tworzą już właśnie dusze II rodzaju w ramach... szkoleń i dalszej nauki) - lecz o tym później. Ludzie, którzy są już duszami z poziomu średniego, wykazują się dużym poziomem etycznego i moralnego zachowania w swoim życiu. Dusze "średnie" często przeszły już długą drogę ewolucji na najrozmaitszych etapach indywidualnego rozwoju (mężczyzna wymieniony przeze mnie wyżej, inkarnuje na Ziemi od prawie... 70 000 lat), choć nie jest to regułą i zdarza się iż dusza osiąga poziom II już nawet po ok. 5000 lat ziemskich inkarnacji (co jest niezwykle rzadko spotykane, ale się zdarza, gdyż są dusze zdolniejsze i te, którym należy pomóc w przyspieszeniu ich rozwoju).
Dusze z poziomu średniego prawie zawsze kierują się w swym ziemskim wcieleniu jakimiś ściśle określonymi pasjami, które bardzo często determinują ich życie. To przywiązanie (szczególnie co ciekawe - do ideałów wolności i sprawiedliwości) odciska duży ślad na ich osobowości i kształtuje ich kierunki myślenia i działania - niekiedy prowadzi ich to do fizycznej śmierci (ów poddany hipnozie mężczyzna w XV wieku rozpoczął bunt przeciwko krwawym praktykom kapłańskim, polegającym na składaniu ofiar z ludzi i wyrywaniu im jeszcze bijących serc - żył wtedy na terenach dzisiejszego Meksyku, w plemieniu indiańskich Azteków. Kapłani bunt stłumili, a on został skazany na śmierć na ołtarzu). Na tym też poziomie dusze mają możliwość wzięcia swoich "uczniów" i rozpoczęcia "pracy" jako Przewodnik, choć na to nie wszyscy się decydują (ma to związek z wewnętrznym przekonaniem o niewystarczającym własnym rozwoju, by brać inne młode dusze pod swą opiekę).
Nim przejdę do opisu dusz ze średniego poziomu, należy wyjaśnić jedną kwestię. Jak już napisałem, są trzy główne grupy, do których przechodzą dusze na swych etapach samodoskonalenia. Typ pierwszy to dusza z poziomu początkującego (młoda dusza), typ drugi to dusza etapu pośredniego i typ trzeci to dusza zaawansowana duchowo ("stara" dusza). Jednak w tych poziomach znajdują się jeszcze podpoziomy. Każdy poziom składa się z co najmniej dwóch/trzech podpoziomów: "początkujący" - "średni" - "zaawansowany", czyli np. typ pierwszy (młoda dusza z poziomu początkującego), zaczyna od podpoziomu "początkujący" (można to tak nazwać), następnie gdy nabierze odpowiednich doświadczeń wkracza na podpoziom "średni", by następnie po kilku (kilkunastu), wcieleniach osiągnąć podpoziom "zaawansowany". Wszystko to jednak odbywa się w ramach jednego poziomu, czyli dana dusza z poziomu pierwszego, zdobywając kolejne doświadczenia, nadal przebywa w gronie swych przyjaciół ze swojej grupy docelowej. Tak samo dzieje się także na kolejnych poziomach duchowego rozwoju duszy.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której wcześniej nie pisałem, a którą należy przedstawić. Ludzie na Ziemi myślą, że nawet jeśli posiadają nieśmiertelną duszę (ateiści nie wierzą nawet w to, że takową duszę mogą w ogóle posiadać), to jest ona ściśle "przypisana" do określonego ciała, w którym "aktualnie" funkcjonujemy. Okazuje się jednak że potrafimy inkarnować na Ziemi w dwóch, lub nawet kilku ciałach... jednocześnie. Bowiem zaraz po śmierci dla duszy nie ma już barier czasu i miejsca, może więc ona przebywać jednocześnie w kilku miejscach naraz. Teraz okazuje się (a channelingi to potwierdzają), że dana dusza może również żyjąc na Ziemi przebywać w kilku ciałach naraz. Oczywiście dzieje się tak bardzo rzadko i jedynie dusze od poziomu średniego praktykują ów "podział wcieleń" (choć czynić mogą tak wszystkie dusze, począwszy od najmłodszych - jesteśmy bowiem cząsteczkami energii, dzielenie odbywa się więc automatycznie, wystarczy myśl), gdyż takie "rozdwojenie" (lub roztrojenie), bywa bardzo wyczerpujące dla duszy. Ale są też i plusy takiego rozwiązania - bywa np. że w jednym życiu funkcjonujemy jako przestępcy (tym samym cofając się na naszej drodze duchowego rozwoju), a w drugim jesteśmy osobami, które bezinteresownie podejmują się pomocy najbliższym. Wówczas to negatywne wcielenie jest równoważone przez tą drugą naszą pozytywną inkarnację. Tym samym "idziemy do przodu", pomimo popełnianych błędów.
Dusza z poziomu średniego podejmuje się już zupełnie innych "ćwiczeń", niż dusza etapu I (młoda dusza). Jedną z nowości jest stwarzanie nowego życia (można to tak ująć). Dusze etapu pośredniego szkolą się do dalszej egzystencji na wybranych wcześniej przez siebie światach, na których inkarnowały od samego początku (lub przez większość wcieleń), czyli np. na Ziemi (ja osobiście przyznam się - a jest to moje indywidualne odczucie - że moja dusza nie pochodzi z Ziemi, że na Ziemi inkarnuję od niedawna, co oczywiście jest pojęciem względnym, gdyż od co najmniej starożytności. Zawsze miałem szczególnie dużo sympatii właśnie do okresu starożytności, a jeszcze dokładniej do czasów rzymskich, a już bardzo dokładnie do okresu I wieku p.n.e. czyli czasów w których mniej więcej władał Oktawian August. Myślę - a pozwolę sobie nawet powiedzieć jestem wręcz przekonany - iż nie moje poprzednie, ale jeszcze wcześniejsze wcielenie było w tym właśnie okresie i że było to bardzo dobre życie, tak dobre, że mój sentyment do tych czasów jest bardzo silny. Być może było to aż za dobre życie, a ja niekoniecznie musiałem być w tym życiu dobrym człowiekiem. W poprzednim moim wcieleniu - jak już pisałem kilkukrotnie - zginąłem jako młody chłopak, syn chłopa w jednej ze wsi w jakimś państwie, gdzieś, nie wiem gdzie dokładnie. Zabili mnie żołnierze, którzy potem śnili mi się już w tym życiu jako czarownice gdy miałem ok. 4 lat. Mimo tych wszystkich doświadczeń uważam, że moja dusza nie inkarnowała od początku na Ziemi). Takie dusze wybierają światy we Wszechświecie, które przypominają Ziemię i tam szkolą się i odpoczywają (najczęściej są to bardzo młode planety, na których nie rozwinęło się jeszcze inteligentne życie, tam owe duszę przeprowadzają swe pierwsze "eksperymenty"). Pod kierunkiem swych Przewodników kształtują na takiej pierwotnej planecie "nowe życie", czyli np. skały, powietrze, wodę, rośliny lub drzewa. Wszystko to, co widzieli na planecie, na której inkarnują. Odbywa się to w następujący sposób - najpierw dany kształt obiektu dusze formują w umyśle, następnie przy pomocy niewielkich dawek własnej energii, nadają odpowiedni kształt już przygotowanym dla nich pierwiastkom (owe pierwiastki tworzą zaś Przewodnicy, lub zaawansowane dusze, zaś cała energia do tego potrzebna pochodzi bezpośrednio od Boga). Takie pierwiastki są "ładowane" impulsami energii poszczególnych dusz, następnie nadają im odpowiednie kształty, choć wcale nie jest to łatwe. Pewien mężczyzna poddany hipnozie, na pytanie co najczęściej tworzy, odpowiedział: "Skały mi najlepiej wychodzą (...) Zaczynam próbować z roślinami, ale jeszcze nie potrafię ich tworzyć", na pytanie hipnoterapeuty dlaczego nie wychodzą mu rośliny, odpowiada: "Jeszcze nie potrafię na tyle delikatnie operować energią, by wytworzyć odpowiednie zmiany chemiczne".
Przewodnicy pomagają w udoskonalaniu dzieła, ale ów mężczyzna twierdzi, że jeśli już coś mu nie wyjdzie, woli to "zniszczyć" (jeśli w ogóle można użyć tego słowa, gdyż energii zniszczyć nie można - chodzi tu raczej o rozproszenie cząstek energetycznych, po to by podjąć kolejną próbę od nowa). Nie chce by te "wstrętne twory" (jak je nazywa) widziała jego Przewodniczka. Inny mężczyzna poddany hipnozie, miał problem z nadaniem liściom odpowiedniego koloru i prawidłowego żyłkowania, dopiero podpowiedzi jego Przewodnika pomogły mu wykonać zadanie. Dusze na tym etapie zajmują się nauką jednoczenia energii z innymi pierwiastkami, uczą się związków pomiędzy substancjami, a następnie zaczynają kształtować cały proces fotosyntezy roślin. Ale dusza może też osobiście doświadczyć jak to jest być np. drzewem, liściem, łodygą, skałą itd., wystarczy jedynie myśl - kolejny już (trzeci mężczyzna, poddany procesowi hipnozy), mówi: "Myślę o czymś i to się dzieje (...) Możemy stać się wszystkim tym co znamy z naszych poprzednich doświadczeń". Jeśli dusza pragnie odczuć fizyczny, głęboki spokój - może stać się drzewem, jeśli pragnie doświadczyć odpowiedniej "twardości" może wtopić się w skałę, jeśli pragnie poczuć i doświadczyć płynność (która pomoże jej w dalszych próbach stworzenia chociażby kropli deszczu), może stać się częścią wody (jeziora, rzeki, morza), jeśli zaś pragnie doświadczyć fizycznego piękna świata (jeszcze nie inkarnując), może na przykład wtopić się w pięknego motyla. Ale dusza może też stać się czystym... uczuciem, np. miłością, miłosierdziem, radością, dobrym humorem - wszystko po to, by zdobyć lepsze doświadczenia potrzebne w dalszej pracy "stwarzania życia".
II WIELKA KOLONIZACJA WSZECHŚWIATA CZASY POKOJU (MIĘDZYWOJNIE)
Do tej pory zaprezentowałem trzy główne Ludzkie rasy we Wszechświecie, które odgrywały dominującą rolę przed, a szczególnie po - wybuchu III Wielkiej Wojny Galaktycznej. Inne cywilizacje Galaktycznej Ludzkości, opiszę dopiero po zakończeniu wątku o III Wojnie. Teraz jednak zaprezentuję cywilizację BAKARATINI, a to z tej przyczyny iż koloniści z tamtej planety założyli pierwszą ziemską cywilizację, zwaną - cywilizacją hyperboreańską (o której można chociażby przeczytać w greckich mitach związanych z bogami)
ROZKWIT I ZAGŁADA CYWILIZACJI BAKARATINI
Po zakończeniu działań wojennych kończących (a raczej zawieszających) stan wojny pomiędzy Federacją Galaktyczną a Sojuszem Anchara, nastał "zbrojny pokój". Ten czas Federacja Galaktyczna wykorzystała na odbudowę ludzkiej kolonizacji w zniszczonych wojną galaktykach (m.in na Marteku, czyli Marsie - o czym też opowiem w kolejnych częściach - dziś bowiem naukowcy pracujący chociażby dla NASA nie ukrywają już wcale, że na Marsie istniała kiedyś wysoko rozwinięta cywilizacja, która w jakiś sposób nagle zniknęła wraz z zagładą tamtej planety)
Jedną z takich galaktyk był system gwiezdny Alfa Centauri, a szczególnie główna planeta tego systemu - Bakaratini (stało się to dopiero ok. 8 milionów lat temu). Zasiedlili ją koloniści z wielu różnych światów Federacji Galaktycznej. Lecz specyficzny klimat planety spowodował wytworzenie się wśród przybyszów po kilkudziesięciu pokoleniach nowych cech fizycznych. Przede wszystkim zmienił się kolor ich skóry - na bardziej żółtawy, zbliżony do ziemskich cech mongoloidalnych. 400 lat później, na planetę przybyła druga grupa osiedleńców, której barwa skóry była koloru ciemniejszego, podobnego do koloru skóry ziemskich mulatów. Wpływ planety w przypadku tej drugiej ludzkiej grupy był mniejszy, ale i on spowodował pewne zmiany. Kolor ich stał się bardziej ciemny, wręcz czarny. Nowi osiedleńcy zostali powitani pokojowo przez "żółtych ludzi" i pozwolono im nie tylko się osiedlić na planecie, lecz także współtworzyć wspólną cywilizację Bakaratini. Pracowali razem osiągając ogromny dobrobyt i cieszyli się długim okresem pokojowej egzystencji. Z czasem jednak, po wielu milionach lat wspólnej bytności, rasy te się od siebie oddaliły. Ok. 1 500 200 lat temu, wybuchła na planecie niszczycielska wojna atomowa, która zmiotła większość żyjących na niej istot. Żądni władzy przywódcy dwóch ras na planecie, podburzali przeciw sobie społeczeństwa, które coraz bardziej opowiadały się za "szybką eksterminacją" tych drugich.
Nienawiść wśród obu tych ras tak urosła, że stała się wprost nie do opanowania i wystarczyła zaledwie iskra, by podpalić lont i całą planetę wysadzić w powietrze. Mieszkańcy Bakaratini pobudowali wielkie miasta, stworzyli ogromną cywilizację i kulturę, z której całkowicie wypchnięto element duchowy, skupiając się jedynie na materialnej egzystencji, służącej zaspokajaniu doraźnych przyjemności. Pieniądze i władza były tymi, których mieszkańcy planety pożądali najbardziej. Stworzyli ogromne arsenały broni atomowej, służące początkowo do obrony jako "straszaki" dla drugich. Z czasem jednak postanowiono za ich pomocą zniszczyć owych "drugich" wyprzedzającym atakiem, na który tamci nie potrafiliby odpowiedzieć. I doszło do takiego konfliktu, który okazał się prawdziwą apokalipsą. Jedna i druga rasa wysłały przeciw swoim miastom i skupiskom ludności niezliczone ilości rakiet z głowicami atomowymi - to była całkowita zagłada planety. Nie było zwycięzców - przegrali wszyscy. Miasta leżały w totalnych gruzach, wszelka roślinność została zniszczona, pozostały tylko wyschnięte kikuty dawnych drzew, wystające z piaszczystej lub kamienistej pustyni. Niebo pokryło się chmurami tak gęstymi, że nie przepuszczały na planetę żadnych promieni słonecznych, co w konsekwencji spowodowało powstanie wiecznych ciemności. Temperatura spadła do minus 40 stopni Celsjusza, co dopełniło tragedii mieszkańców tamtego świata.
Przed wojną atomową na planecie żyło 7 miliardów Czarnych i 4 miliardy Żółtych mieszkańców. Po katastrofie przeżyło zaledwie 800 tys. jednych i drugich. Ci ludzie przeżyli tylko dlatego, że udało im się wcześniej schronić w najgłębszych schronach, w podziemiach planety. Gdy walki ustały, obie grupy postanowiły wyjść na powierzchnię, by szukać pożywienia i wody dla reszty ocalałych. Pisząc "obie grupy" dokonuję tutaj dużego uproszczenia, gdyż nie były to dwie grupy ludności a raczej kilkaset maleńkich grupek, chroniących się zarówno w prywatnych jak i w dużych publicznych schronach przeciwatomowych. Zapasy żywności i wody szybko się wyczerpały i po kilku miesiącach przebywania pod ziemią należało wreszcie poszukać czegoś, co będzie można zjeść, oraz źródeł czystej jeszcze wody pitnej. Ci, którzy znaleźliby wodę zdatną do picia - mogli przetrwać, ci, którym się to nie udało - zdani byli na powolną śmierć z pragnienia. Pierwsi swoje siedziby opuścili Czarni. Pożegnali się z bliskimi i wyruszyli przed siebie przez ciemne, zimne pustkowie. Po tygodniach podróży, nie napotkali żadnych drzew, żadnej roślinności, ani żadnych zwierząt, które można by upolować. Wszystkie zapasy, jakie zabrali ze sobą na drogę - zużyli. Byli głodni, spragnieni, zagubieni i stracili nadzieję na przeżycie. Wielu też nie wytrzymywało trudów podróży, pragnienia i głodu i zaczęli umierać. Najpierw najsłabsi i najstarsi. Ci, którzy jeszcze nie pomarli, nie mieli wyjścia - aby przeżyć musieli jeść ciała swych zmarłych towarzyszy i pić ich krew. Tak czyniąc, udało im się powrócić do swoich bliskich zamkniętych w schronach.
Ale tam ich powrót i opowieści o całkowitej zagładzie znanego im świata, spowodował wybuch paniki, z trudem uśmierzonej przez przywódców (jakich wybrali sobie tamtejsi ludzie w schronach przeciwatomowych). Nie na długo jednak. Teraz aby przeżyć, ci, którzy umierali, byli zjadani przez tych, którzy jeszcze żyli. Kanibalizm stał się podstawą pożywienia dawnych Bakaratinian. Niektórym jednak zaczęło przeszkadzać to, że nie wszystkim starszym, słabszym lub kobietom - spieszyło się umierać. Mordowano się więc nawzajem z głodu. Jedni zjadali drugich, rodzice dzieci, przyjaciele przyjaciół - nikt nie był bezpieczny w owych schronach, a na powierzchni też czekała ich śmierć. O wiele więcej szczęścia mieli Żółci. Ich skupiska były rozłożone bliżej oceanu, a nie gór tak jak Czarnych. Dzięki temu udało im się znaleźć to, co woda wyrzuciła na brzeg (ryby, kraby, mięczaki), dzięki temu nie doświadczyli kanibalizmu - gorzej było z wodą pitną. Ale i z tym sobie poradzili. Potrafili bowiem przefiltrowywać wodę oceaniczną poprzez specjalne urządzenia i odsalać ją, czyniąc zdatną do picia. Czarni, których schrony były ulokowane bliżej schronów Żółtych i bliżej oceanu, zaczęli brać z nich przykład i także pobudowali u siebie urządzenia zdolne przefiltrowywać wodę, oraz czerpali pożywienie z tego, co "dał" ocean. Mimo to populacja ludzkości na planecie znacznie się zmniejszyła już po katastrofie nuklearnej. Z ocalałych po wojnie atomowej 800 tys. przetrwało zaledwie... 235 (150 Czarnych i 85 Żółtych), reszta wzajemnie się pozabijała lub poumierała na skutek spożywania produktów popromiennych.
Poza tym pierwsze płody, jakie rodziły się po zakończeniu konfliktu atomowego - były straszliwie zdeformowane i umierały w wyniki okropnych ran (z którymi się rodziły), lub upływu krwi. W każdym razie populacja Bakaratinian spadła do 235 osób, lecz potem powoli zaczęła się odbudowywać. Ok. 1 500 000 lat temu ich liczebność wzrosła do prawie 190 tys. Czarnych i 85 tys, Żółtych. Mimo to nadal brakowało na planecie źródeł mięsa, potrzebnego do zaspokojenia diety. Bakaratinianie co prawda zaprzestali kanibalizmu, choć jeszcze od czasu do czasu zdarzało im się w ten sposób uzupełniać niedobór mięsa w organizmie (ciągłe spożywanie ryb i produktów z morza było dosyć męczące). W okresie tych 150 -200 lat od zagłady nuklearnej, planeta nadal przypominała zimną, śnieżną półkulę i nadal chmury zakrywały dostęp do promieni słonecznych. Innymi słowy ci ludzie przywykli już do życia w ciemnościach i zimnie. Wojna atomowa spowodowała jednak że niektóre owady na planecie - zmieniły swoje proporcje i... stały się śmiertelnym zagrożeniem dla ludzi. Tak jak ośmiometrowa modliszka, której populacja, z braku naturalnych wrogów szybko zdominowała powierzchnię planety. Teraz wyjście nad sam brzeg morza, stawało się śmiałym wyzwaniem, gdyż modliszki te działały w kilku grupach, atakując i wprost rozrywając swoje ofiary na strzępy. Walka z nimi była z góry przegrana i sprowadzała się do szybkiej ucieczki do schronu, gdzie te nie potrafiły wejść ze względu na swe rozmiary. Walka Bakaratinian z tymi gigantycznymi owadami także doprowadziła do zmniejszenia się ludzkiej liczebności na planecie.
Federacja Galaktyczna obserwowała to, co się dzieje na Bakaratini. Nie interweniowali, gdyż uznali że mieszkańcy planety, którzy wykazali się taką nieodpowiedzialnością i doprowadzili swój świat do zagłady - powinni teraz sami spróbować go odbudować - innymi słowy: za każdy błąd należy zapłacić. Szybko jednak zmienili zdanie, widząc że ludziom na planecie nie uda się ta sztuka. Postanowiono więc wykorzystać TJehooba, których wysłano jako przedstawicieli Federacji z misją udzielenia Bakaratinianom pomocy. Pierwszą rzeczą, jaką uczynili TJehooba, była likwidacja dużych skupisk najniebezpieczniejszych owadów - w tym oczywiście modliszek. Dokonano tego dość szybko (w ciągu kilku dni), zmniejszając ich populację o ok. 99 %. Tak więc, w ciągu kilku zaledwie dni, gdy Bakaratinianie ponownie wyszli ze swych schronów, zauważyli że modliszki zniknęły, a te, którym udało się przeżyć - były już łatwiejszym celem niż wcześniej, jako że były osamotnione. Bardzo szybko Bakaratinianie wytrzebili pozostały 1 % populacji modliszek i innych ogromnych owadów na planecie i znów stali się panami powierzchni swego świata. Ale "zniknięcie" owadów na planecie nie było najważniejszym powodem zdziwienia Bakaratinian. Innym o wiele poważniejszym było... rozstąpienie się chmur i dotarcie na ziemię pierwszych promieni słońca. Mieszkańcy planety nigdy nie widzieli słońca ani dnia, słyszeli jedynie o tym od swych przodków, w formie legend przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Teraz ich oczom ukazał się wspaniały widok, rozświetlony przez słoneczny blask. Temperatura też znacznie wzrosła.
Ale blask słońca ukazał coś jeszcze. Cała planeta została zasiedlona najróżniejszymi gatunkami zwierząt, oraz ponownie... zalesiona. Stało się to w przeciągu kilku dni. TJehooba starali się by ów przekaz "uwiarygodnić" wśród mieszkańców. Dlatego niektórym z nich podczas snu poprzez przekaz telepatyczny - wmówiono, że uratowali ich potężni bogowie z nieba i teraz oddają im tę ziemię, by się na niej rozmnażali i brali ją sobie w posiadanie. Natychmiast powstały oficjalne kulty, pojawili się prorocy, którzy "słyszeli głos Boga", podpowiadający co należy uczynić. Szybko utworzyła się silna kasta kapłańska, wykonująca "wolę Bogów". A tymczasem świat Bakaratinian wrócił do dawnej świetności. Praktycznie wyglądał tak samo jak przed zagładą, z wyjątkiem występowania na planecie dużych kraterów poatomowych, teraz zalesionych lub zamienionych w jeziora, oraz powolnego odbudowywania cywilizacji - początkowo nie było dużych, nowoczesnych, wygodnych i praktycznie samowystarczalnych metropolii - jak przed zagładą, nie było pieniędzy - ludzie tworzyli pierwotne związki takie jak wodzostwa, potem księstwa, które zmieniły się w królestwa. Prorocy i kapłani mieli na te społeczeństwa duży wpływ, a dyktowany on był "wolą Bogów". A wola bogów zabraniała dwóm rasom wzajemnie się nienawidzić - "Bogowie pragną byśmy wzajemnie sobie pomagali" - głosili kapłani. Tak też się stało, dawna nienawiść ustąpiła miejsca "woli Bogów" i podziwowi oraz strachowi przed ich potęgą i możliwościami.
PS: W kolejnej części opowiem o rozwoju i upadku cywilizacji Marsa, następnie Wenus, a potem przechodzimy już na Ziemię.
CZYLI JAK WŁADCY MUCHOMORZA DOTARLI DO NOWEGO ŚWIATA
ZA FIORDAMI I ZIEMIAMI JARLÓW
Cz. IX
Gdy w normańskich królestwach Agderu, Vestfoldu, Vingulmarku i Ringerike władał Halfdan Czarny, na ziemiach Królestwa Franków toczyła się śmiertelna rywalizacja o następstwo tronu. Na zjeździe w Wormacji (829 r.) wydawało się że sukces odniosło stronnictwo cesarzowej Judyty, która świętując tam szóste urodziny swego syna Karola, wymogła na małżonku - Ludwiku I Pobożnym, aby ten nadał księciu Karolowi ziemie koronne w skład których miały wejść: Alemania, Alzacja, Recja i połowa Burgundii. Tym samym najmłodszy potomek cesarza Ludwika, był jednocześnie równy swym przyrodnim braciom - najstarszemu Lotarowi, Pepinowi i Ludwikowi. Dodatkowo również w Wormacji ojciec polecił Lotarowi, aby ten udał się do Italii i tam pozostał, co było jawnym policzkiem wymierzonym najstarszemu z synów i jednocześnie od 817 r. oficjalnemu współwładcy i następcy Ludwika Pobożnego. Lotar jednak posiadał spore poparcie wśród możnych Cesarstwa, szczególnie hrabiego Orleanu Matfrida, hrabiego Tours Hugona, Hilduina z rodu Geroldów, Jonasza - biskupa Orleanu oraz swego doradcę i przyjaciela, opata Walę - który posiadał równie mocne co inteligentne pióro. Stronnictwo Judyty zaś głównie składało się z jej osobistego doradcy (a od 829 r. również szambelana Cesarstwa) markiza Septymanii - Bernarda z Tuluzy, którego zbyt bliskie kontakty z cesarzową były okazją do plotek o ich prawdopodobnym romansie. Od 824 Bernard żonaty był z dziedziczką wielkiego austrazyjskiego rodu - Dhoudą, z którą jednak pożycie nie układało mu się zbyt dobrze, gdyż oddalił ją od siebie już kilka lat po ślubie. To wszystko razem wzięte stanowiło wspaniałą pożywkę dla oskarżenia cesarzowej o cudzołóstwo, co automatycznie wykluczyłoby młodego księcia Karola z dziedzictwa tronu Franków.
Zjazd w Wormacji wydawał się być sukcesem cesarzowej i Bernarda, ale ich dobry nastrój nie trwał długo. Lotar bowiem w Pawii (dawnej stolicy Królestwa Longobardów podbitego przez Karola Wielkiego w roku 774), a szczególnie w ulubionym przez siebie wiejskim pałacu w Corteolonie, przygotowywał już zarówno siły (zbierając wojska) jak i ideologiczną podstawę swego powrotu. Opat Walo przygotował dla Lotara pamflet, w którym ten oskarżył cesarzową nie tylko o romans z Bernardem, ale również o czary i o usiłowanie morderstwa najstarszych synów cesarza Ludwika. Pisał też otwarcie, że Pałac cesarski zamienił się w dom publiczny. Gdy w kwietniu 830 r. Ludwik Pobożny wyruszył na kampanię przeciwko Bretończykom, Lotar zdecydował się otwarcie zawalczyć o swoją przyszłość. Przekroczył Alpy (przy pomocy posiłków zebranych przez hrabiów Orleanu i Tours, a także swego brata Pepina z Akwitanii oraz Ludwika zwanego potem "Niemcem") i ruszył na Akwizgran nie napotykając po drodze żadnej przeszkody. Przerażona Judyta uciekła do klasztoru w Laon, Bernard zaś na południe, do Barcelony w Marchii Hiszpańskiej. Lotar unieważnił postanowienia zjazdu w Wormacji i sam ogłosił się "cesarzem w imieniu ojca". Zwolennicy Bernarda stracili stanowiska (jego brat Herbert został nawet oślepiony), Judyta i jej bracia mieli zaś pozostać w klasztorze już na stałe, a mały Karol został oddany pod opiekę mnichom, aby ci również przygotowali go do życia klasztornego. Ludwik Pobożny, który teraz został postawiony przed faktem dokonanym i teoretycznie pozostawał na łasce swego syna, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Mając poparcie duchowieństwa, zdołał nakłonić swoich dwóch pozostałych synów Pepina i Ludwika aby opuścili Lotara w zamian za nowe przywileje i nadania ziemskie. Tak też się stało i Lotar musiał ponownie wycofać się do Italii. Ta gorzka lekcja wyrobiła w nim przekonanie, że wszelkie układy poczynione w obrębie rodziny są bezwartościowe i że trzeba samemu się zbroić (najlepiej właśnie jako swą bazę rekrutacyjną uczynić niechętną Ludwikowi Pobożnemu i Judycie Italię).
Cesarz Ludwik uwolnił swą małżonkę z klasztoru i przywrócił ją na dawną pozycję. Jednak musiał również brać pod uwagę owe plotki, które stały się coraz głośniejsze, iż Karol nie jest jego synem. Według średniowiecznej tradycji, aby oczyścić się z wszelkich podejrzeń, królowa powinna publicznie przysiąc iż nie popełniła cudzołóstwa. Tak też się stało i Ludwik przywrócił ją do pozycji cesarzowej, a Karola oficjalnie uznał za syna (plotki te jednak nie ucichły i to do tego stopnia będzie męczące, że gdy Karol zmężnieje, uzna, że są one na tyle niebezpieczne że zagrażają jego dziedzictwu, a to doprowadzi go do konfliktu z Bernardem, którego potem każe zabić za to tylko, że ktokolwiek mógłby pomyśleć że jest jego synem). W październiku 830 r. Lotar spotkał się z ojcem w Neumegen, gdzie oficjalnie się pojednali. W lutym 831 r. wziął udział w zgromadzeniu w Akwizgranie, na którym ojciec ponownie wysłał go do Italii, a pozostałym synom podzielił Cesarstwo w taki sposób, aby każdy z nich otrzymał równą część. Do czasu śmierci cesarza Ludwika jego synowie mieli mu być bezwzględnie podporządkowani, ale po jego śmierci ich trzy prowincje staną się niezależnymi krajami i nie będą oni zależni od nikogo (tym samym przypieczętowany został rozpad Cesarstwa Franków). Był to więc powrót do projektowanego jeszcze przez Karola Wielkiego w 806 r. planu podziału Cesarstwa pomiędzy jego synów, w którym to tytuł cesarza już nie istniał, gdyż wszyscy z braci byli sobie równi. Tak więc istnienie Cesarstwa na Zachodzie byłoby w tym wariancie krótkotrwałe i władcy Wschodu (Konstantynopola) nie musieliby się spierać z tymi z Zachodu o pierwszeństwo w świecie chrześcijańskim (chociaż wielu biskupów było za utrzymaniem jedności Cesarstwa, m.in. biskup Lyonu - Agobart, który twierdził: "Nie ma już pogan, ani Żydów (...), ani barbarzyńców, ani Scytów, ani Akwitańczyków, ani Longobardów, ani Burgundów, ani Alamanów, ani chłopów pańszczyźnianych, ani wolnych, wszyscy stanowią jedność w Chrystusie").
W maju 831 r. doszło do zjazdu w Ingelheim na którym cesarz oficjalnie przebaczył wszystkim buntownikom, zaś jesienią tego samego roku na kolejnym zjeździe w Thionville (zapewne na prośbę cesarzowej Judyty), Bernard z Tuluzy został oczyszczony z wszelkich zarzutów o cudzołóstwo i przywrócony do łask. Ale spokoju nie było. Pepin i Ludwik kłócili się ze sobą o pierwszeństwo u boku ojca. Oliwy do ognia dolewał Bernard, który namawiał Pepina do nieustępliwości, a gdy wkrótce potem wyszło na jaw że Pepin planował bunt (początek 832 r.), cesarz Ludwik odebrał mu Akwitanię i oddał ją swemu najmłodszemu synowi Karolowi. Jeden przeciwnik z głowy - przynajmniej tak myślała Judyta. Jednak wkrótce potem (wiosna 832 r.) drugi syn - Ludwik też się zbuntował i wkroczył zbrojnie do Alemanii - należącej do swego przyrodniego brata Karola. Bunt jednak szybko upadł, a Ludwik został wysłany przez ojca do klasztoru. Wydawało się że Judyta i Bernard ponownie triumfują, dwaj synowie Ludwika Pobożnego zostali usunięci. Pozostał tylko Lotar w Italii, choć bez wątpienia był on najgroźniejszym przeciwnikiem. Judyta zamierzała ułożyć się z Lotarem (na zjeździe w Orleanie we wrześniu 832 r.) na zasadzie że państwo zostanie podzielone na dwie części, ale ten nie wyraził na to zgody, twierdząc oficjalnie że ojciec już w 817 r. uczynił go cesarzem i swym następcą i tylko on jako najstarszy syn może objąć władzę nad całym państwem. Postanowił też po raz kolejny zawalczyć o zdobycie pełnej władzy. W tym celu namówił papieża Grzegorza IV do ingerencji w sprawy jedności Cesarstwa (i harmonii życia rodziny cesarskiej). Wiosną 833 r. Lotar podniósł bunt i ponownie z wojskiem przekroczył Alpy. Po drugiej stronie owych gór dołączyli do niego bracia Pepin i Ludwik (których ojciec uwolnił z klasztoru i wybaczył im próbę buntu). Teraz razem (mając przy sobie papieża Grzegorza IV) szli na Akwizgran. Lotar domagał się spotkania z ojcem. Ludwik Pobożny - nie mając wystarczająco sił, aby odeprzeć atak - zgodził się na takie spotkanie. Doszło do niego na polach Rothfeld pod Colmarem. Spotkanie jednak nie przybrało pożądanego przez cesarza kierunku, Ludwik bowiem nie potrafił dojść do porozumienia z synami. Wzajemne debaty trwały kilka dni. Ostatecznie cesarz spotkał się również na krótkiej rozmowie z papieżem, ale i tutaj nie doszło do konsensusu. Co ciekawe, dworzanie cesarscy, którzy obserwowali zachowanie swego władcy, byli nim głęboko rozczarowani i po nieudanej rozmowie z papieżem, w nocy większość z nich przeszła na stronę synów, wraz z całą cesarską armią. Rankiem u boku cesarza byli już tylko nieliczni, najwierniejsi mu dworzanie, do których on zwrócił się tymi oto słowy: "Idźcie do moich synów, nie chcę aby z mojego powodu którykolwiek z was utracił życie lub części ciała". Tak też się stało. Tym sposobem Ludwik Pobożny stał się zakładnikiem swoich synów - głównie zaś Lotara. Ten zażądał aby ojciec rozstał się z Judytą (która wraz z papieżem miała wyjechać do Rzymu). Książę Karol został zamknięty w klasztorze w Prüm, a Lotar od tej chwili datował swe akty, jako: "Rok I jego cesarskich rządów".
833 był również rokiem niepokoju w innym regionie świata. 7 sierpnia tego roku zmarł bowiem kalif Imperium Abbasydów Al-Mamun. Panował przez ostatnie 20 lat, zdobywając władzę również w wyniku wojny domowej. Był synem wielkiego kalifa Haruna al-Raszida (tego, który doprowadził arabskie Imperium Abbasydów do złotego wieku). Al-Mamun urodził się w 786 r. czyli w roku, w którym jego ojciec objął władzę jako kalif po swym bracie (jego brat Al-Hadi w chwili śmierci miał zaledwie 22 lata, a panował od niecałych 14 miesięcy. Prawdopodobnie został on otruty przez swą matkę Chajzuran, która obawiała się, aby nie uśmiercił on Haruna al-Raszida, co Al-Hadi zapewne planował {pisałem o tym w innym temacie}. Istnieje też teoria, że kalif ten został uduszony na polecenie matki). W każdym razie od 15 września 786 r. nowym kalifem został 23-letni Harun al-Raszid. Jak już wyżej wspomniałem, jego panowanie to kulminacja złotego wieku Abbassydów. Za jego czasów powstały opowieści Szeherezady, Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy. Za jego czasów powstały takie kluczowe (również dla współczesności) opowieści, jak Alibaba i 40 rozbójników, lampa Alladyna i wiele innych. Założone w 762 r. "Okrągłe Miasto" - Bagdad (jedno z największych w ówczesnym świecie, oprócz hiszpańskiej Kordoby, Konstantynopola, i Ch'angan w Chinach), było stolicą tego Imperium. Bagdad to było miasto, które funkcjonowało również nocą, zapewniając swym mieszkańcom wiele atrakcji (stąd wzięła się potem nazwa "arabskie noce"). Były tam np. darmowe łaźnie (nawet dla najuboższych). W 794 r. założono tam również pierwszą (na zachód od Chin) fabrykę papieru. W 805 r. również w Bagdadzie Harun al-Raszid założył pierwszy ogólny bimaristan (czyli szpital) który można nazwać pierwowzorem dla współczesnych szpitali. Było to pierwsze takie miejsce w ówczesnym świecie, w którym udzielano chorym wszechstronnej pomocy (również z zakresu zdrowia psychicznego). Szpital ten był dobrze wyposażony i podzielony na oddzielne działy, odpowiadające za określone schorzenia, działające 24 godziny na dobę. Personel był dobrze przeszkolony i kompetentny (przede wszystkim wzięło się to stąd, że w dużej mierze przetłumaczono na arabski dzieła antycznych lekarzy z Grecji i Rzymu). Był to ewenement w ówczesnym świecie, nigdzie indziej nie było tak dobrze wyposażonego szpitala jak w Bagdadzie (mówiąc nigdzie indziej, mam na myśli nigdzie w świecie muzułmańskim, bo pierwszy bimaristan powstał w Damaszku w 705 r. ale nie był on jeszcze szpitalem ogólnym, natomiast po upadku Imperium Rzymskiego w świecie zachodnim panowała totalna niewiedza i barbarzyństwo pod tym względem). Szpital ten był finansowany ze składek ludności (składek dobroczynnych) i doskonale prosperował do roku 1258, gdy Mongołowie zdobyli Bagdad i zniszczyli to miasto (choć do roku 1000 w Bagdadzie było już 5 takich ogólnych szpitali, a ich liczba w kolejnych dekadach jeszcze wzrosła).
Rozwój jaki nastąpił zaś za Al-Mamuna (syna i następcy Haruna al-Raszida) był jeszcze większy. Ok. 830 r. założył on Wielką Bibliotekę w Bagdadzie (zwaną "Domem Mądrości"), która składała się głównie z prywatnej biblioteki jego ojca oraz jego pradziada al-Mansura. Ok 820 r. perski uczony na dworze Abbasydów - Muhammad ibn Musa al-Khwarizmi rozszerzył algebę, wprowadzając do arabskiego systemu liczebnego nowe cyfry (1 2 3 4 5 6 7 8 9) które oficjalnie przywiózł z Indii (pisałem już o tym wcześniej. W "Misji" Desmarquet'a jest jasno powiedziane, że system liczbowy który Arabowie uznali za swój własny i który się przyjął również u nas, został podarowany przez Galaktycznych Ludzi z TJehooba).
Ok. 830 r. Habash al-Hasib al-Marwazi wprowadził do użycia stosunki trygonometryczne (czyli sinus, cosinus, tangens, cotangens - używane dzisiaj w matematyce). W tym też mniej więcej czasie, wspomniany wyżej al-Khwarizmi obliczył obwód Ziemi - mierząc od Tadmur w Palmirze do Rakki w północnej Syrii (oczywiście te obliczenia były wówczas bardzo niedokładne, bo dokładne być nie mogły). W każdym razie rozwój arabskiego Imperium Abbasydów (jak również hiszpańskiego Emiratu Kordoby), był bez porównania większy, niż rozwój zachodnich królestw chrześcijańskich, wliczając w to oczywiście Cesarstwo Karola Wielkiego i jego następców. Warto też co nieco powiedzieć o najważniejszej żonie Haruna al-Raszida (która to nie była matką al-Mamuna), czyli o Zubaidzie bint Jafar. Była ona bez wątpienia najbardziej wpływową kobietą swoich czasów (zaraz po matce Haruna, czyli Chajzuran). Znana jest chociażby z tego, że w czasie swojej piątej pielgrzymki do Mekki (800 r.) zobaczyła że susza praktycznie doprowadziła do wyschnięcia studni Zamzam. Natychmiast kazała pogłębić studnię i wydała 2 miliony dinarów na lepsze zaopatrzenie w wodę Mekki i okolicznych terenów. W tym celu zbudowała dwa akwedukty wiodące - jeden do jeziora Hunajun (95 km na wschód od Mekki), drugi zaś do źródła Zubaidy (leżącego na równinie Arafat). Dzięki temu była zapamiętana i podziwiana przez ludność tych terenów, którzy w ten sposób okazywali jej swą wdzięczność (m.in. nazywając owe źródło jej imieniem). Inżynierowie starali się odwieźć ją od tego pomysłu, twierdząc że koszty pracy będą zbyt duże, a poza tym wynajdywali wiele problemów technicznych i geologicznych. Ona im odpowiedziała że jest zdeterminowana kontynuować te prace, nawet gdyby każde uderzenie kilofa kosztowało jednego dinara. Prace doprowadzono do końca, a Zubaida została zapamiętana w Mekce i okolicach jako "dobra pani"
Rok 786 i początek panowania Haruna al-Raszida wydaje się interesujący, gdyż jak wspomniałem wyżej ten właśnie kalif stał się symbolem wielkości arabskiego kalifatu (jest nawet taki komiks "Iznogud" opowiadający o wezyrze, który robi wszystko aby obalić kalifa Haruna Arachida i "zostać kalifem w miejsce kalifa". Kiedyś uwielbiałem ten komiks). Dlatego też wydaje mi się że pewne cofnięcie się w czasie i w miejscu, czyli powrót ponownie ze Skandynawii w tamte tereny - oczywiście tymczasowo - może być ciekawy. Panowanie bowiem Haruna i jego syna al-Mamuna nie jest może aż tak ważne dla dalszych eskapad Wikingów po Morzu Północnym, Śródziemnym, Bałtyckim czy Czarnym (a już w ogóle jeśli chodzi o ich wyprawy do Irlandii, Islandii, Grenlandii, a potem... do Ameryki), ale okres ten jest niezwykle płodny i bardzo ciekawy, warto więc "coś nie coś" o nim opowiedzieć. Oczywiście nie zapominając o głównym temacie tej serii (należy też coś napisać o Ragnarze Lodbroku i jego dziejach - czym zajmę się już wkrótce).
CZYLI SPISANE PAMIĘTNIKI z KLUCZOWYCH WYDARZEŃ w DZIEJACH POLSKI I ŚWIATA
"OBYŚ ŻYŁ W CIEKAWYCH CZASACH"
W tej serii chciałbym rozpocząć prezentację części zachowanych pamiętników, spisanych przez ludzi, którzy byli świadkami wielkich a często tragicznych wydarzeń w dziejach Polski, Europy i Świata. Pamiętniki te są o tyle interesujące, że spisywali je ludzie, którzy osobiście bardzo przeżywali te wszystkie dziejowe zmiany i wydarzenia, które dokonywały się bezpośrednio na ich oczach, dlatego też często jest w nich zawarty silny przekaz emocjonalny, co jeszcze bardziej podkreśla tragizm wydarzeń o których myśmy jedynie czytali w książkach lub uczyli się na lekcjach historii. Mam nadzieję że nowa seria spodoba się czytelnikom tego bloga, gdyż owe relacje spisane zostały na kartach pamiętników przez ludzi, którym przyszło żyć "w ciekawych czasach" (jak mówi stare chińskie przekleństwo) i którzy jakoś w tych dziejowych zawieruchach próbowali odnaleźć normalność i spróbować na nowo ułożyć sobie życie. Niech potwierdzeniem tych słów będzie fragment relacji, zaczerpniętej z pamiętników pani Heleny Stankiewicz z majątku w Berżenikach na Litwie (do 1939 r. miasto to wchodziło w skład województwa wileńskiego), która tak oto relacjonowała atak Niemiec na Polskę 1 września 1939 r.: "Wiele było dramatycznych zdarzeń w moim życiu, ale tamta noc we wrześniu 1939 roku zamknęła szczęśliwy okres, choć nie zdawałam sobie wówczas z tego sprawy (...) Słuchaliśmy pilnie komunikatów radiowych. Sytuacja była trudna, ale przecież nasi żołnierze walczyli. Hel się bronił, Warszawa trwała. Czekaliśmy na pomoc wojsk sojuszniczych. Jednak, gdy usłyszałam przez radio wiadomość, że Niemcy zajęli Kraków, a przy grobie Marszałka żołnierze Wehrmachtu zaciągnęli wartę, nogi się pode mną ugięły. Upadłam na kolana i zaczęłam się gorąco modlić, żeby nasi odbili miasto i nie pozwolili zbezcześcić czczonego przez wszystkich Polaków grobu".
SIEDMIOLECIE AUSTRO-WĘGIER
(1874)
I
PAMIĘTNIK BOHDANA JANUSZA
Cz. I
PAMIĘTNIK AUTORSTWA HISTORYKA I ETNOGRAFA BOHDANA JANUSZA, OPISUJE WKROCZENIE WOJSK ROSYJSKICH DO LWOWA (PO EWAKUACJI STAMTĄD WOJSK AUSTRIACKICH) NA POCZĄTKU I WOJNY ŚWIATOWEJ I OKUPACJĘ TEGO MIASTA, TRWAJĄCĄ od 3 września 1914 r. do czerwca 1915 r.). PAMIĘTNIK ZOSTAŁ SPISANY WKRÓTCE PO OPUSZCZENIU MIASTA PRZEZ ROSJAN I NA TRZY LATA PRZED ZAKOŃCZENIEM TEJ WOJNY I ODRODZENIEM POLSKI
"293 DNI RZĄDÓW ROSYJSKICH
WE LWOWIE"
Szybko następowały po sobie lipcowe i sierpniowe wypadki ubiegłego roku. Nie zapomniane zostaną dla wszystkich we Lwowie zwłaszcza ostatnie dnie sierpnia: przewaliła się wówczas przez miasto istna wędrówka ludów, tem różna od swych dawniejszych poprzedniczek, iż królował nad nią bystro w przyszłość wpatrzony wielki umysł dzisiejszych organizatorów-wojowników, że przyświecał jej karny ład i świadomość celu. Przypominamy sobie, iż te olbrzymie fale, co na znak dany spłynęły zewsząd w jedno morze ludzkie, na rozkaz też jeden zwróciły swą siłę niszczącą w kierunek wytyczony, poddając się jak uległy olbrzym nowemu poleceniu - zakołysały się, zachwiały w swym pędzie naprzód i karnie ustąpiły na nowe stanowiska. Sprawność z jaką setki tysięcy żołnierza w przemarszu przez Lwów odeszły w tył, była tak zdumiewająca, iż cała, bez wyjątku chyba, ludność Lwowa z największem zdziwieniem spostrzegła długo potem dopiero, że armia pożegnała miasto, że zostało ono osierocone. Mimo faktu dokonanego, ogół nie chciał, bo też i nie mógł uwierzyć temu - tak się to stało wszystko składnie i sprawnie. I jeśli "sądem ostatecznym" nazwał kto ostatnie dnie sierpnia, z pewnością nie miał na myśli zgiełku wojennego, ruchów armii, bo ta karną swą organizacyą w zdumienie wprost wprowadzała niesforne, a nie przeliczone tłumy niezbrojnego ludu, spieszącego w gorączce na dworzec kolejowy. Te właśnie tłumy nieprzeliczone odegrały rolę w zaaranżowanym przez zbyteczne umiłowanie osób swych "sądzie ostatecznym", one to swą bezradnocią, ale wybitną chęcią do życia, wypełniły szczelnie wspomnienia nasze z dni tych nie zapomnianych.
Trwożne wieści z źródeł najprzeróżniejszych rozchodzić się poczęły już dość długo przed ewakuacyą Lwowa. Dnia! 27. sierpnia 1914 r. musiała c.k. (cesarsko-królewska) Komenda wojskowa ogłosić: "Ze względu na lekkomyślnie rozsiewane fałszywe pogłoski, wywołujące pewne zaniepokojenie wśród ludności miasta Lwowa, oznajmia się, że wojska nasze stoją na silnych pozycyach, które zajęły i że miastu bezwarunkowo nie grozi żadne niebezpieczeństwo". Rozbudzone raz obawy nie ucichły już jednak, podtrzymywane skutecznie przez zbiegów z okolic działań wojennych, którzy z stanowiska osobistych interesów swych, niewygód i przykrości w jak najczarniejszych potrafili kreślić kolorach djabła, nieoglądanego zresztą wcale na oczy własne. Wiadomo zaś, iż zło każde groźne jest, jak długo nie spojrzy mu się w oczy - by się zaś na to zdobyć trzeba wprzód zrzucić z siebie skórkę zajęczą, co też nie za łatwą rzecz uchodzi. Rzucili się więc w popłochu do ucieczki nie tylko ci, którym obowiązek to nakazywał. A kto i jak nie ucieka? Wskutek powstałego w czwartek 28. sierpnia popłochu, jakoby z powodu zbliżania się do miasta od rogatki Łyczakowskiej oddziałów kozackich, prezydent miasta udał się do komendy placu i stwierdził tam, że pogłoska jest nieprawdziwa, a komenda rozesłała wspomniany komunikat. Celem zaś zapobieżenia podobnym zajściom wydała dyrekcya policyi następujące obwieszczenie:
"Na zasadzie ustpu 10 obwieszczenia c.k .namiestnictwa z dnia 26. lipca 1914 l. 17,727 o wydanych przez całe ministerstwo na podstawie ustawy z dnia 5. maja 1869 nr. 66 Dziennika praw państwa, zarządzeniach wyjątkowych, zarządza c.k. dyrekcya policyi co następuje:
Na ulicach przystawać i gromadzić się bez warunkowo nie wolno.
Wszystkie szynki oraz w ogóle wszystkie kamienice mają być zamknięte o godz. 8. wieczorem, zaś wszystkie restauracye i kawiarnie o godz. 12. w nocy.
Po godz. 10 wieczorem osobom cywilnym bez legitymacyi (t. zw. Passierschein) nie wolno pojawiać się na ulicy. Legitymacye w razie udowodnionej potrzeby wystawia dyrekcya policyi.
Wykroczenia przeciw powyższym przepisom, o ile według istniejących ustaw nie podpadają cięższej karze, karane będą policyjnie po myśli końcowego ustępu wyżej powołanego obwieszczenia grzywną aż do kwoty 2000 K (koron), względnie aż do 6 miesięcy.
Lwów, 28. sierpnia 1914".
Zarządzenia te zdołały uspokoić, ale najodważniejszych tylko, do czego przyczynił się też i komunikat urzędowy z wojennej kwatery prasowej, ogłoszony 30. sierpnia. Stwierdzał on: "Wielka bitwa, która rozpoczęła się 26. sierpnia, trwa dalej. Sytuacya naszych wojsk jest korzystna. Jest ciepło i słonecznie". Niemniej jednak tysiące ludzi poczęło na gwałt pakować manatki, by jeszcze w czas, ich zdaniem, znaleźć się w bezpieczniejszem miejscu, niż nim być mógł Lwów, niepokojony coraz to nowymi alarmami. Poczęła się też gromadna wędrówka nieprzeliczonych tłumów, zwłaszcza niewiast i dzieci. Ulice, prowadzące na dworzec kolejowy, bywały chwilami formalnie
zatarasowywane wozami i pieszymi, obciążonymi mnóstwem pakunków, a przez te tłumy przeciskały się liczne oddziały wojskowe, piechota i konnica. Na dworcu starali się wszyscy od razu znaleźć przy pociągach wprawdzie bardzo licznych, ale jednak za szczupłych, by zdołać pomieścić tylu uciekinierów, którym do tego aż tak bardzo się spieszyło. Oglądać też można było sceny, zgoła nie przynoszące zaszczytu płochliwym Lwowianom, chociaż mimo trwogi nie przyszło do żadnych zaburzeń spokoju publicznego. Trwało to dni trzy, a do największych rozmiarów doszło w sobotę, oraz w nocy z soboty na niedzielę (30 - 31 sierpnia). Ciężka to była noc owa. Gościńce, ulice, najdrobniejsze nawet drogi, wszystko to uginało się wprost od wozów ładownych, furgonów, automobili, rowerów, fiakrów, powózek, a widzieć też można było nawet taczki ręczne, wózki dziecinne, naprędce sklecione skrzynie z kołami. Za odwiezienie kilku pakunków na dworzec płacono niewiarygodnie wielkie sumy, w braku zaś wózków choćby i nie ze wszystkiemi kołami - bo i takie widzieć można było - objuczano się jak wielbłądy i to na to, by w rezultacie wszystko zostawić na los szczęścia i samemu bohaterskimi wysiłkami wywalczyć sobie miejsce choćby na stopniach wagonów.
Ścisk w wagonach był tak ogromny, że przez stłoczone masy nie można się było przecisnąć, wobec czego ryzykowniejsi - a było ich nie mało - windowali się przez wąskie okna, Boga chwaląc, że przecież się im udało. Przed pociągami wyrastały w jednej chwili stosy olbrzymie kufrów, skrzyń, pakunków, za którymi napróżno sięgali właściciele - nie było na nie miejsca w wagonach, wobec czego pozostać musiały na opatrzności boskiej. Masy szczęśliwców odjeżdżały, ale bardzo niewielu tylko wiedziało, gdzie właściwie znajdą upragniony kąt pewny - tysiące pozostawały, wyglądając z niecierpliwością nowych pociągów i w oczekiwaniu tem nocowało na ulicach, spoczywając na stosach pakunków, których nie mieli wziąć ze sobą. Na alarm "pociąg stoi" wszystko rzucało się do szturmu na wagony, zdobywając mężnie pozycye, słabo bronione przez dzieci i kobiety. Rodziny całe gubiły się nawzajem, bo cudem było we dwójkę lub trójkę ulokować się w tym samym pociągu: zgubione dzieci wciągano w takich razach przez okna, a sposobu nie było wydostania się z wozu z powrotem. Nad wszystkiem zaś tem kłębiły się obłoki wyziewów, spieka i wrzawa, w której nie sposób było się porozumieć. Tymczasem odjeżdżał jeden pociąg za drugim i do każdego nie zdążyło wsiąść przynajmniej kilka tysięcy ludzi, nie udało się ulokować olbrzymiego taboru spakowanych kufrów. Tysiące "nieszczęliwców", którym nie powiodło się pożegnać Lwowa, już w kilka dni potem za szczęście to sobie poczytało. Nie mogli jednak o tem wiedzieć ci, których lokomotywy powiozły w odległe strony na losy nieznane.
Jak grom rozeszło się po mieście w poniedziałek 31. sierpnia, że Wydział krajowy z urzędnikami przeniósł się do Nowego Sącza, gdzie też odjechał Bank krajowy po czasowem zamknięciu lwowskiej filii Banku austro-węgierskiego. Stało się to nagle, całkiem niespodzianie. Równocześnie władze państwowe w komplecie opuściły miasto w nocy z 30. na 31 sierpnia. Kolej przygotowała pociągi ewakuacyjne, zawiadomiono późnym wieczorem urzędników, niektórych budzono w nocy. Jak niespodziewane było to dla ogółu mieszkańców, dowodzi tego okoliczność, że na przykład nauczyciele, jak zwyczajnie, pospieszyli rano po pensye, nie domyślając się nawet, co zobaczą pod gmachem namiestnictwa. O godz. 4. nad ranem ruszył z głównego dworca pociąg, przeznaczony dla wojskowych i ich rodzin, a niedługo po nim pociąg urzędniczy. W kilka godzin potem ewakuacya była już faktem dokonanym. Wyjeżdżali jeszcze w poniedziałek i wtorek ludzie prywatni, którzy gdyby chcieli, bez przeszkody pozostać by mogli. W poniedziałek, wczesnym rankiem, nie wiadomo z czyjego polecenia policyanci i żandarmi chodzili od bramy do bramy, zabraniając dozorcom otwierania kamienic i wypuszczania lokatorów, nie pozwalając na wydanie dzienników. I to dopiero wznieciło popłoch ogromny: do ucieczki rzucił się jeszcze kto mógł sobie na to pozwolić. W południe miasto jakby zamarło, sklepy zamknięto, ulice opustoszały. Rządy objęło miasto.
ŻOŁNIERZE AUSTRO-WĘGIERSCY
I WOJNA ŚWIATOWA
W poniedziałek 31. sierpnia o godzinie 5. po południu odbyło się w sali ratuszowej zgromadzenie obywateli stolicy w sprawie utworzenia Miejskiej Straży Obywatelskiej. Przedtem jeszcze dnia 16. sierpnia 1914 r. odbyło się posiedzenie Rady miasta w sprawie M. S. O. pod przewodnictwem prezydenta Neumana, który przedstawił zebranym projekt statutu straży. Wybrano wówczas komisyę, celem opracowania regulaminu straży i uchwalono, iż naczelnikiem jej będzie prezydent miasta, prócz tego będzie komendant, oraz 6 zastępców, którym przydzieli się poszczególne dzielnice miasta. Postanowiono też wówczas, iż straż uzbrojona będzie w rewolwery i szable, a składać się będzie z obywateli chętnych do tego. Projekt ten został zaakceptowany przez namiestnictwo i dyrekcyę policyi, ale nie zrealizowany natychmiast, ulec musiał zmianom w stosunkach zmienionych. Chwila potrzeby skłoniła do szybkiego działania: policya wycofana została z miasta. Zebranie z 31. sierpnia zagaił wiceprezydent dr. Tadeusz Rutowski. Wyjaśnił, iż nieprzewidziane wypadki sprawiły opuszczenie miasta przez władze, wobec czego musi ono samo sobie radzić. Apelując do obywatelstwa, aby stanęło na wysokości swego zadania, zaznaczył, iż nie jest wykluczone, że sytuacya zmienić się jeszcze może. Chwila obecna wymaga utworzenia straży obywatelskiej, która by czuwała nad bezpieczeństwem i mieniem mieszkańców. Zaznaczając jak wielkie posłannictwo składa miasto w ręce straży obywatelskiej, przestrzegał przed jakąkolwiek prowokacyą nieprzyjaciela, gdyby wkroczył w mury stolicy, w takim bowiem razie mógłby powiedzieć, że go zaatakowano i na atak odpowiedzieć atakiem. Następnie zawiadomił, że naczelnictwo straży objął radny miejski radca Schneider. P. Schneider objaśnił zebranym o zadaniach straży, podzielonej na dzielnice z komendantami dzielnicowymi na czele, z siedzibami w odnośnych komisaryatach. Poruszono dalej rozmaite szczegóły, co do wydania i ogłoszenia publicznie specyalnych instrukcyi i odezwy do mieszkańców, która też pojawiła się wnet na murach.
Straż zaś obywatelska zaczęła natychmiast funkcyonować. Każdy członek jej nosił na ramieniu odznakę ze wstążki amarantowo-niebieskiej (barwy miasta) z literami M. S. O. Na wykonawców zaś rozporządzeń Straży powołano straż akcyzową, pożarną i ochotniczą. Urzędujące prezydyum miasta - wiceprezydenci: dr. Rutowski, dr. Stahl i dr. Schleicher wydali następującą odezwę:
"Obywatele! Z dniem dzisiejszym obejmuje Miejska Straż Obywatelska czuwanie nad porządkiem w miecie.
Każdy obywatel winien członkom Straży bezwarunkowe posłuszeństwo.
Odznaka: przepaska na ramieniu o barwach miasta.
We Lwowie, d. 31. sierpnia 1914.
Prezydyum miasta:
Dr. Tadeusz Rutowski, Dr. Leonard Stahl, Dr. Filip Schleicher.
Naczelny komendant Straży:
Adam Schneider.
"Obywatele! Wzywamy was do największego spokoju. Nie wolno się płoszyć. Straż Obywatelska czuwa nad bezpieczeństwem mienia i życia. Należy jej zupełnie ulegać. W komisaryatach miejskich urzędują komendy straży. Niech wraca normalne życie w mieście. Sklepy, zwłaszcza z żywnością mają być otwarte. Bramy domów winny być otwarte do godziny 8 wieczór. Żadnych prowokacyi. Na Boga! Spokój, ład, porządek.
Prezydyum:
Rutowski, Stahl, Schleicher"
Regulamin Miejskiej Straży Obywatelskiej kreśli następująco jej działalność:
Współdziałanie z rządowymi organami bezpieczeństwa publicznego przy ochronie bezpieczeństwa mienia i życia mieszkańców miasta Lwowa.
Współdziałanie z odnośnymi organami na placach i ulicach miasta, oraz wspieranie w ogóle organów rządowych bezpieczeństwa publicznego przy wykonywaniu obowiązków służbowych i udzielanie potrzebnej pomocy.
Czuwanie nad tem, aby majątek i dobro obywateli i gminy miasta Lwowa nie były narażane i zapobieganie uszkodzeniu wszelkich urządzeń i zakładów publicznych, tak miejskich jak i rządowych.
Przestrzeganie utrzymania porządku na miejscach publicznych, plantacyach, drogach i w realnościach, oraz dopilnowanie zachowania odnośnych ustaw i przepisów.
Osobom, które nagle na ulicy zasłabły, dostarczanie jak najsprawniejszej pomocy lekarskiej i zawiadomienie o tem, jak i o spostrzeżonych wypadkach chorób zakaźnych odnośnego komisaryatu.
Przestrzeganie, aby na targach i w handlach przy sprzedawaniu artykułów żywności nie przekraczano ogłoszonej taryfy maksymalnej.
Do Miejskiej Straży Obywatelskiej może należeć tylko mieszkaniec miasta Lwowa, przyjęty przez Komendanta straży na podstawie opinii Komitetu zarządzającego - odpowiednio uzdolniony. Naczelnikiem M. S. O. jest prezydent miasta lub tegoż zastępca, który mianuje komendanta straży, tegoż sześciu zastępców, po jednym na każdą dzielnicę miasta. Ci wszyscy tworzą Komitet zarządzający M. S. O.
DODEK NA FRONCIE
"OTO WIDZIMY FRONT"
"A DLACZEGO ONI NIE STRZELAJĄ?"
"ANTRAKT, NIEPRZYJACIEL POSZEDŁ NA PAPIEROSA" 😂
Nieszczęście stało dopiero u bram miasta, a to gotowe już niemal było na przywitanie go i to wyłącznie dzięki energii swej Reprezentacyi. W Środę wieczorem (2. września) ulice opustoszały kompletnie, bo rozeszła się wreszcie wieść, iż Lwów kapitulował. I jak widoczne było to ze wszystkiego, co w ostatnich dniach działo się, to niemniej większość ludzi nie chciała wiary dać tej smutnej prawdzie. Z ust do ust podawano sobie wiadomość, że w nocy jeszcze ukaże się obwieszczenie tego publicznie plakatami. W istocie też około godziny 10. wieczorem przyniesiono z ratusza tekst odezwy do drukarni Polskiej, gdzie z trudem zwołano ludzi do pracy tak, że po dwunastej w nocy odezwa była już wydrukowana i następnie na mieście rozlepiona. Trudno opisać rozpacz, zwątpienie, przygnębienie, rezygnacyę i wszelkie możliwe udręczenia umysłu zgnębionego do reszty tą nad wyraz tragiczną wiadomością. Ludzie, którzy zasłyszeli coś niecoś tylko o tem na ulicy, chwytali się za głowy, łzy stawały im w oczach, nogi odmawiały posłuszeństwa, z trudem tylko opanowywali się, by z hiobową tą wieścią dowlec się do swoich najbliszych i z nimi podzielić się smutną nowiną. A ilu jeszcze i wtedy nie chciało temu wierzyć? Rozpacz ogarnęła wszystkich, kiedy wreszcie uprzytomniono sobie, iż to czasy wojenne i na każdą możliwość trzeba być przygotowanym - zrozumiano, że widocznie i Lwów musiał poddać się tej ciężkiej konieczności. Wczesnym rankiem, niezapomnianym już nigdy w życiu przez tych, którzy go dożyli, czytano ze łzami w oczach, z sercem ściśniętem od bólu niewymownego, lapidarne słowa odezwy, co jak noże ostre kłuły dotkliwie nagą rzeczywistością swoją. Po kilkakroć odczytywano, wiary dać nie chcąc, iż prawdą jest to jednak - czytano, szukając słowa choćby, które mogłoby nadziei wlać nieco w skołotany umysł, zbolałe serce. Bezlitosne jednak były te krótkie zdania. Prezydyum miasta w tych słowach zwróciło się do mieszkańców:
"Obywatele! Wojska Monarchii cofnęły się na zachód. Za chwilę wkroczą zwycięskie wojska rosyjskie do Lwowa. W takiej chwili wzywamy całą ludność miasta, by przez Boga! zachowała godność, spokój, wystrzegała się popłochu i wybryków nierozważnych, czy złych żywiołów, wszelakiej prowokacyi. Miasto otwarte, więc nie może grozić mu żadne niebezpieczeństwo. Cała poważna ludność oczekuje na wypadki z całym spokojem. Wszelki wybryk nierozważnej czy szalonej jednostki przeciw wkraczającemu wojsku mógłby wywołać nieszczęście. Wzywamy ludność całą, by czuwała w imię dobra miasta i wszystkich obywateli nad spokojem i ładem w mieście. Sklepy, zwłaszcza z żywnością, mają być otwarte.
Lwów, 2. września 1914.
Imieniem Prezydyum miasta Lwowa: Dr. Rutowski, Dr. Stahl, Dr. Schleicher".
Rano we czwartek dnia 3. września o godzinie 7. ukazał się na mieście nadzwyczajny dodatek "Kuryera Lwowskiego", z przytoczonym tekstem odezwy, rozchwytany natychmiast w tysiącach egzemplarzy. Do odezwy dołączono parę słów, wyjaśniających mieszkańcom sytuacyę w tej chwili przełomowej. Czytano tam między innemi: "Nie znając przebiegu bitew i zdarzeń, nie możemy wdawać się w ocenianie przyczyn cofania się Austryi. Faktem jest i z tem się liczyć trzeba, że stolica Galicyi przechodzi pod rządy rosyjskie". Dalej czytamy: "zabieramy w tej chwili przełomowej głos: Niech mieszkańcy Lwowa dadzą karny posłuch wezwaniu Prezydyum miasta. Jest ono w tej chwili jedyną komendą, stojącą na straży drogiego miasta. Daje ona rozkaz ludności - Aby Zachowała Spokój i śle jej prośbę serdeczną - Aby Zachowała Godność!" Polecenia te sprawiły pewne wrażenia, ale górę nad wszystkiem wzięła wielka obawa tłumów przed urojonemi niebezpieczeństwami, czekającemi miasto. Dla ścisłości zauważymy, że przytoczona odezwa uległa w niektórych dziennikach zmianie w początkowem swem brzmieniu. W "Słowie Polskim" użyto powiedzenia: "Wojska Monarchii mają cofnąć się na zachód. Wtedy wkroczą do Lwowa zwycięskie wojska rosyjskie". W "Wieku Nowym" czytamy zaś: "Wojska rosyjskie wkrótce wkroczą do Lwowa". Od słów zaś: "w takiej chwili" tekst odezwy wszędzie był jednakowy. Zmiany te przedsięwzięte na własną rękę wobec autentycznego ogłoszenia prezydyum miasta dowodzą najlepiej, jak dalece nie oryentowano się we właściwej sytuacyi - nie chciano zbyt mocno określać rzeczy, a należało niemniej prawdę wyjawić. Osobno zwrócił się komitet ukraiński z odezwą do ukraińskiej ludności miasta, datowaną 3. września 1914 r. Odezwa ta w dosłownym przekładzie opiewa następująco:
"Do Ukraińców miasta Lwowa! Zwycięska armia rosyjska wchodzi w mury miasta Lwowa. W przełomowej tej chwili wzywamy wszystkich Ukraińców miasta Lwowa, żeby ze względu na dokonany fakt odpowiednio się zachowali. Prosimy i wzywamy wszystkich do zachowania całego spokoju i godności. Wobec zwycięskiego wojska rosyjskiego należy się zachowywać grzecznie i przyzwoicie. Przestrzegamy wszystkich stanowczo, żeby, broń Boże, nie ważył się nikt występować wrogo przeciw żołnierzom rosyjskim, albo dopuszczać się jakichkolwiek wybryków, gwałtów albo podżegań, ponieważ za nierozważny postępek jednostki musiałby odpowiadać nasz ogół, a w pierwszym rzędzie czterej nasi zakadnicy (ogólnie znani i szanowani członkowie naszego ukraińskiego ogółu). Nieposłusznych powstrzymujcie, a w razie koniecznym oddawajcie w ręce władzy.
Od Waszego zachowania się zawisł los naszej ludności i naszej sprawy!
Lwów, dnia 3. września 1914."
Upewnieni, uspokojeni, pouczeni w ten sposób mieszkańcy, z poddaniem się woli Bożej, oczekiwali wszelkich możliwych wypadków dalszych, które też szybko odtąd następować poczęły po sobie. Od wczesnego rana urzędowało w Ratuszu prezydyum miasta i Rada miejska. Po godzinie 9-tej rano na wieść o pojawieniu się patroli rosyjskich, gdy wszystkie wojska austryackie z miasta już ustąpiły, prezydyum na znak pokojowego poddania poleciło wywiesić na wieży ratuszowej białe chorągwie. Z chwilą tą w całem mieście nie mówiono już o niczem innem, jak tylko o kozakach, czerkiesach, "ochrannikach" i tym podobnych nieodłącznych pojęciach, związanych ściśle z caratem, co z niezliczonymi tłumami azyatyckimi sięgał po kulturę zachodu: i niestety, dotarł już do Lwowa. Poprzedzała go zaś sława, godna Tamerlana. Ciekawe i jedyne w swoim rodzaju sceny rozgrywały się tym czasem po domach. Twierdzono powszechnie, że Moskale za przyjściem swem do miast galicyjskich skrupulatnie przeszukują wszystkie mieszkania za najdrobniejszymi śladami organizacyi strzeleckich i skautowych i o ile natrafią na coś podobnego, krwawo się mszczą na podejrzanych o podobną zbrodnię. Wiadomo zaś, jak w ostatnich czasach rozpowszechniony był u nas ruch na tem polu - rodziny chyba nie było jednej, która by nie wysłała kogoś ze swoich w szeregi strzelców, lub co najmniej nie miała dzieci, czynnych w organizacyach skautowych. Wprawdzie legionistów nie było już we Lwowie, ale niebezpieczne były dla pozostałych, choćby części munduru, czapki, pas czy coś podobnego, nie mówiąc już o tem, że samo nazwisko zdradzić mogło pokrewieństwo. Powiadano, że "ochrannicy" dokadnie podali Moskalom spisy wszystkich strzelców polskich i ukraińskich i że ci mścić się za nich będą na pozostałych rodzinach. Dla zmylenia więc adresów przenosiło się wielu do obcych mieszkań, lub o ile już zdecydowano się do pozostania u siebie, to po najdokładniejszem wytępieniu w całym domu wszelkich możliwych śladów okrutnej tej "zbrodni".
Palono więc zawzięcie liczne druki, odezwy, książki, zapiski, ilustracye, odznaki, fotografie i tym podobne dowody winy, pozostawione w domach przez strzelców, którzy wyruszyli w pole. W dniu tym jednym dokonano tyle i tak dokładnych egzekucyi wandalskich, iż nawet najsurowsze rewizye nie zdołały by takich spustoszeń naraz dokonać. Ostrożność przezorną posuwano do tego stopnia, że uczniom szkół średnich w mundurkach kazali rodzice odpruwać odznaki i zrzucać czapki, by nie znający się na tych mundurach Moskale nie sądzili, iż mają przed sobą nienawistnych skautów lub czegoś podobnego. Jednem słowem, obawa represyi, gwałtów, aresztowań a nawet mordów kazała ludziom z trwogą oczekiwać chwili zjawienia się w mieście pierwszych przedstawicieli oręża rosyjskiego, nie tyle okrytego sławą, ile osławionego z powodu okrucieństw. Z trwogą też dopytywano się ogólnie już od najwcześniejszego rana, kiedy przygotować się należy na najazd dziczy kozackiej. Białe chorągwie na ratuszu i na wszystkich gmachach rządowych, słowa odezwy i wreszcie wiadomości osobiste o jakoby jawiących się już w mieście pierwszych patrolach nieprzyjacielskich zapowiadały niewesołą tę chwilę jeszcze na przedpołudnie pamiętnego czwartku 3. września 1914 r.
Lotem błyskawicy przeleciała wieść po mieście, że ulicą Zieloną wjechał pierwszy konny patrol pod wodzą oficera i udał się przed ratusz, gdzie o godzinie 11:45 rano stanął przed zebraną już Radą miejską i obywatelami stolicy. Wraz z Radą miasta oczekiwali w ratuszu przybycia sztabu rosyjskiego konsulowie: p. Candiotti (który po zerwaniu stosunków dyplomatycznych między Austryą i Rosyą objął opiekę nad zamieszkałymi tu poddanymi rosyjskimi), duński, radca Zacharjewicz i były konsul francuski p. Świerczewski z odznakami oficerskiemi legii. Ponadto zjawiła się grupa najpoważniejszych obywateli, zaproszonych przez Radę miejską, między innymi Ekscelencja hrabia Piniński, poseł Stanisław Henryk hrabia Badeni, prezydent Przyłuski i inni. Przedstawiciel wojska, kapitan sztabowy, z dobytego z kieszeni arkusza odczytał zawiadomienie komendanta wojsk rosyjskich von Rodego o zajęciu miasta, zażądał wydania kluczy miasta, tudzież zjawienia się reprezentantów miasta na rogatkach: Łyczakowskiej i Żółkiewskiej. Zapewnił równocześnie, że wojsko zupełnie po przyjacielsku obejdzie się z ludnością i z zupełnem zaufaniem do niej wejdzie do miasta. Armia rosyjska - oświadczył - pragnie, aby życie miasta toczyło się zwykłymi torami. Jedynie żądał, by wszystkie szynki i winiarnie były zamknięte. Stosownie do żądania wyjechały na rogatki delegacye. Na rogatkę Łyczakowską udał się prezydent dr. Rutowski z dr. Stahlem, dr. Schleicherem i radnym Hinglerem. W otoczeniu swego sztabu przyjął ich komendant von Rode - odbyto dłuższą konferencyę w języku francuskim, omawiając warunki zajęcia miasta przez armię rosyjską.
ŻOŁNIERZE ROSYJSCY
I WOJNA ŚWIATOWA
Po konferencyi deputacya wróciła do ratusza, gdzie dr. Rutowski zdał sprawę Radzie, oczekującej go już w wielkiej sali obrad. Armia wkracza do Lwowa, wymaga jednak - jak oświadczył generał - absolutnej gwarancyi bezpieczeństwa, której na wyraźny rozkaz naczelnego wodza wymagać musi ze względu na mieszany skład ludności. Żąda więc 16 zakadników, a mianowicie 4 Polaków, 4 Ukraińców, 4 Żydów i 4 starorusinów. Od tego warunku zależy pokojowe wkroczenie wojsk rosyjskich do Lwowa. Dalej zażądał generał, aby natychmiast, najpóźniej do godz. 6. rano, wszyscy mieszkańcy złożyli w ratuszu wszelką broń sieczną i palną. Złożona być ma nawet broń muzealna do przechowania w muzeum miejskiem. Na zakładników zgłosili się natychmiast dobrowolnie z członków Rady: pierwszy, radny Józef Wczelak, a dalej wiceprezydent Rutowski, ksiądz dr. Stefan Szydelski, dyrektor Bolesław Lewicki i poseł dr. Władysław Stesłowicz. Ofiary dra. Rutowskiego Rada nie przyjęła ze względu na jego kierownicze stanowisko w ważnych przeżyciach miasta. Udano się następnie do wybitnych przedstawicieli reszty ludności, celem uzyskania zakładników i z ich strony. Ukraińcy zaproponowali: Metropolitę księdza hrabiego Andrzeja Szeptyckiego, który dobrowolnie, podobnie jak wielkoduszny prezydent Rutowski, zgłosił się natychmiast, nie bacząc na ciężką odpowiedzialność, a prócz tego księdza Józefa Bociana, Pawła Wojnarowskiego oraz dyrektora Mikołaja Zajączkowskiego. Starorusini: księdza Jana Dawidowicza, radcę Jana Liskowackiego, doktora Leona Pawęckiego, tudzież Mikołaja Tretiaka. Żydzi: doktora Jakóba Diamanda, Izydora Jonasa, doktora Hermana Rabnera, tudzież Mikołaja Weinreba.
Równocześnie z delegacyą u komendanta von Rodego na Łyczakowskiej rogatce zjawiła się też deputacya u generała Parczewskiego na rogatce Żółkiewskiej, złożona z prof. Chlamtacza, prof. Thulliego i pana Wczelaka. Generał oświadczył, że mówi po polsku, wobec czego prof. Chlamtacz w tym języku zawiadomił go, że miasto wydało odezwę do ludności, aby zachowano się w spokoju i wręczył mu egzemplarz tej odezwy. Generał oświadczył, że głównem jego życzeniem jest, aby zachowano spokój, nie zamykano sklepów i bezwarunkowo nie sprzedawano wódki, ani też nie częstowano żołnierzy alkoholami. Zapewnił też generał, że ludność może być zupełnie pewną bezpieczeństwa życia i mienia. Stosownie do polecenia komendanta von Rodego, ogłoszono zaraz po posiedzeniu następujący rozkaz, pierwszy z całego szeregu późniejszych rozporządzeń władz rosyjskich.
"Rozkaz Na zasadzie prawa wojennego polecam, ażeby ludność miasta Lwowa do jutra, dnia 4. września godz. 6. rano, wszelką w jej posiadaniu będącą broń (sieczną lub palną) złożyła w ratuszu. Na wypadek nie zastosowania się do niniejszego żądania podpada winny pod sąd wojenny.
Rogatka Łyczakowska 3. września 1914.
Komendant 42 dywizyi piechoty
generał lejtnant von Rode."
Dla zwrócenia uwagi na doniosłość tego rozporządzenia dodało Prezydyum i od siebie następującą w tej samej sprawie odezwę:
"Obywatele!
W myśl powyższego rozkazu komendanta wojsk zajmujących Lwów, wzywam wszystkich mieszkańców, aby składali broń wszelaką w Ratuszu na dole. Odbierze radca Bieniecki z komisyą. Broń narodową, karabele, szpady urzędnicze, objekta muzealne należy znosić do Muzeum im. Sobieskiego. Odbierze dyrektor Czołowski z komisyą za kwitem. Wzywam do natychmiastowego wykonania rozkazu w interesie miasta i jego mieszkańców.
We Lwowie, dnia 3. września 1914.
Rutowski."
ŻOŁNIERZ LEGIONÓW POLSKICH
I WOJNA ŚWIATOWA
Wieczorem tego samego dnia (3. września) złożył wiceprezydent Rutowski wizytę komendantowi von Rode i przedstawił mu listę zakadników. Generał przyjął ją, skreślając tylko Metropolitę Szeptyckiego ze wzgęldu na to, że z racyi swego wysokiego stanowiska odpowiadał on i tak za spokój ukraińskiej ludności Lwowa. Na miejsce Metropolity zgłosił się dr. Julian Hirniak, a nie, jak mylnie podały wówczas dzienniki - prof. Eustachy Hrycaj. Zakadnikom tym polecił von Rode zgłosić się nazajutrz o godzinie 8 rano w hotelu George'a, gdzie wynajęto dla nich 16 pokoi wraz z utrzymaniem. Nie będą oni mogli opuścić hotelu 2 - 3 dni, a przed hotelem stać będzie patrol wojskowy. Po dokonaniu dopiero tych formalności, nastąpi przemarsz wojsk przez miasto przy odgłosie muzyki wojskowej. Rada miejska, urzędująca dzień cały bez przerwy, powiadomiona o podobnem załatwieniu sprawy zakładników i mającego nastąpić przemarszu wojsk, uchwaliła wydanie jeszcze jednej odezwy do mieszkańców, apelującej o zachowanie spokoju i wskazującej na wielką odpowiedzialność zakadników. Odezwa ta opiewa:
"Obywatele!
Wzywa się obywateli, aby natychmiast a najpóźniej do 6 rano oddali wszelką broń i amunicyę do ratusza, karabele zaś i szable mundurowe do Muzeum Sobieskiego. W następnych dniach odbędą się rewizye domowe za bronią, a w razie znalezienia broni, przekraczający zostanie ukarany śmiercią. Przy wejściu wojsk rosyjskich panować musi spokój i porządek. Wszelkie prowokowanie wojska, napaście, strzały, pociągnęłyby za sobą powieszenie sprawcy i narażają życie zakładników.
Zakładnikami są następujący obywatele: ksiądz dr. Stefan Szydelski, Bolesław Lewicki, dr. Władysław Stesłowicz, Józef Wczelak, dr. Jakób Diamand, Ignacy Jonas, dr. Herman Rabner, Mikołaj Weinreb, dr. Stefan Fedak, Mikołaj Zajączkowski, dr. Józef Bocian, Eustachy Hrycaj, ksiądz Johann Antonowicz Dawidowicz, dr. Lew Aleksiewic Pawencki, Iwan Sas Gregorjewicz Liskowacki, Mikołaj Gregorjewicz Tretiak.
W interesie bezpieczeństwa miasta wzywa się wszystkich obywateli, aby czuwali, aby przy wejściu wojsk rosyjskich, nie zaszło żadne wykroczenie lub zakłócenie spokoju.
We Lwowie, dnia 3. września 1914.
Rutowski"
W odezwie tej mylnie podani są jako zakładnicy ze strony Ukraińców dr. Stefan Fedak i Eustachy Hrycaj, którzy nie byli nimi wcale. Jak już nadmieniliśmy na miejsce Metropolity Szeptyckiego zgłosił się dr. Julian Hirniak, a nie Eustachy Hrycaj, a dr. Stefan Fedak w ogóle nie zgłaszał się, względnie nie był zgłoszony. Odezwę tę zatwierdzoną na wieczornem posiedzeniu Rady w myśl uchwały, urzędnicy miejscy zaraz po posiedzeniu odczytywali publicznie po wszystkich dzielnicach miasta, a nadto ogłoszono ją afiszami, rozlepionymi na murach miasta.