WYŚWIETLENIA

08 października 2025

"PIERWSZE" ODKRYCIE AMERYKI - Cz. XI

CZYLI JAK WŁADCY MUCHOMORZA
DOTARLI DO NOWEGO ŚWIATA





ZA FIORDAMI I ZIEMIAMI JARLÓW 
Cz. IX




Gdy w normańskich królestwach Agderu, Vestfoldu, Vingulmarku i Ringerike władał Halfdan Czarny, na ziemiach Królestwa Franków toczyła się śmiertelna rywalizacja o następstwo tronu. Na zjeździe w Wormacji (829 r.) wydawało się że sukces odniosło stronnictwo cesarzowej Judyty, która świętując tam szóste urodziny swego syna Karola, wymogła na małżonku - Ludwiku I Pobożnym, aby ten nadał księciu Karolowi ziemie koronne w skład których miały wejść: Alemania, Alzacja, Recja i połowa Burgundii. Tym samym najmłodszy potomek cesarza Ludwika, był jednocześnie równy swym przyrodnim braciom - najstarszemu Lotarowi, Pepinowi i Ludwikowi. Dodatkowo również w Wormacji ojciec polecił Lotarowi, aby ten udał się do Italii i tam pozostał, co było jawnym policzkiem wymierzonym najstarszemu z synów i jednocześnie od 817 r. oficjalnemu współwładcy i następcy Ludwika Pobożnego. Lotar jednak posiadał spore poparcie wśród możnych Cesarstwa, szczególnie hrabiego Orleanu Matfrida, hrabiego Tours Hugona, Hilduina z rodu Geroldów, Jonasza - biskupa Orleanu oraz swego doradcę i przyjaciela, opata Walę - który posiadał równie mocne co inteligentne pióro. Stronnictwo Judyty zaś głównie składało się z jej osobistego doradcy (a od 829 r. również szambelana Cesarstwa) markiza Septymanii - Bernarda z Tuluzy, którego zbyt bliskie kontakty z cesarzową były okazją do plotek o ich prawdopodobnym romansie. Od 824 Bernard żonaty był z dziedziczką wielkiego austrazyjskiego rodu - Dhoudą, z którą jednak pożycie nie układało mu się zbyt dobrze, gdyż oddalił ją od siebie już kilka lat po ślubie. To wszystko razem wzięte stanowiło wspaniałą pożywkę dla oskarżenia cesarzowej o cudzołóstwo, co automatycznie wykluczyłoby młodego księcia Karola z dziedzictwa tronu Franków.

Zjazd w Wormacji wydawał się być sukcesem cesarzowej i Bernarda, ale ich dobry nastrój nie trwał długo. Lotar bowiem w Pawii (dawnej stolicy Królestwa Longobardów podbitego przez Karola Wielkiego w roku 774), a szczególnie w ulubionym przez siebie wiejskim pałacu w Corteolonie, przygotowywał już zarówno siły (zbierając wojska) jak i ideologiczną podstawę swego powrotu. Opat Walo przygotował dla Lotara pamflet, w którym ten oskarżył cesarzową nie tylko o romans z Bernardem, ale również o czary i o usiłowanie morderstwa najstarszych synów cesarza Ludwika. Pisał też otwarcie, że Pałac cesarski zamienił się w dom publiczny. Gdy w kwietniu 830 r. Ludwik Pobożny wyruszył na kampanię przeciwko Bretończykom, Lotar zdecydował się otwarcie zawalczyć o swoją przyszłość. Przekroczył Alpy (przy pomocy posiłków zebranych przez hrabiów Orleanu i Tours, a także swego brata Pepina z Akwitanii oraz Ludwika zwanego potem "Niemcem") i ruszył na Akwizgran nie napotykając po drodze żadnej przeszkody. Przerażona Judyta uciekła do klasztoru w Laon, Bernard zaś na południe, do Barcelony w Marchii Hiszpańskiej. Lotar unieważnił postanowienia zjazdu w Wormacji i sam ogłosił się "cesarzem w imieniu ojca". Zwolennicy Bernarda stracili stanowiska (jego brat Herbert został nawet oślepiony), Judyta i jej bracia mieli zaś pozostać w klasztorze już na stałe, a mały Karol został oddany pod opiekę mnichom, aby ci również przygotowali go do życia klasztornego. Ludwik Pobożny, który teraz został postawiony przed faktem dokonanym i teoretycznie pozostawał na łasce swego syna, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Mając poparcie duchowieństwa, zdołał nakłonić swoich dwóch pozostałych synów Pepina i Ludwika aby opuścili Lotara w zamian za nowe przywileje i nadania ziemskie. Tak też się stało i Lotar musiał ponownie wycofać się do Italii. Ta gorzka lekcja wyrobiła w nim przekonanie, że wszelkie układy poczynione w obrębie rodziny są bezwartościowe i że trzeba samemu się zbroić (najlepiej właśnie jako swą bazę rekrutacyjną uczynić niechętną Ludwikowi Pobożnemu i Judycie Italię).




Cesarz Ludwik uwolnił swą małżonkę z klasztoru i przywrócił ją na dawną pozycję. Jednak musiał również brać pod uwagę owe plotki, które stały się coraz głośniejsze, iż Karol nie jest jego synem. Według średniowiecznej tradycji, aby oczyścić się z wszelkich podejrzeń, królowa powinna publicznie przysiąc iż nie popełniła cudzołóstwa. Tak też się stało i Ludwik przywrócił ją do pozycji cesarzowej, a Karola oficjalnie uznał za syna (plotki te jednak nie ucichły i to do tego stopnia będzie męczące, że gdy Karol zmężnieje, uzna, że są one na tyle niebezpieczne że zagrażają jego dziedzictwu, a to doprowadzi go do konfliktu z Bernardem, którego potem każe zabić za to tylko, że ktokolwiek mógłby pomyśleć że jest jego synem). W październiku 830 r. Lotar spotkał się z ojcem w Neumegen, gdzie oficjalnie się pojednali. W lutym 831 r. wziął udział w zgromadzeniu w Akwizgranie, na którym ojciec ponownie wysłał go do Italii, a pozostałym synom podzielił Cesarstwo w taki sposób, aby każdy z nich otrzymał równą część. Do czasu śmierci cesarza Ludwika jego synowie mieli mu być bezwzględnie podporządkowani, ale po jego śmierci ich trzy prowincje staną się niezależnymi krajami i nie będą oni zależni od nikogo (tym samym przypieczętowany został rozpad Cesarstwa Franków). Był to więc powrót do projektowanego jeszcze przez Karola Wielkiego w 806 r. planu podziału Cesarstwa pomiędzy jego synów, w którym to tytuł cesarza już nie istniał, gdyż wszyscy z braci byli sobie równi. Tak więc istnienie Cesarstwa na Zachodzie byłoby w tym wariancie krótkotrwałe i władcy Wschodu (Konstantynopola) nie musieliby się spierać z tymi z Zachodu o pierwszeństwo w świecie chrześcijańskim (chociaż wielu biskupów było za utrzymaniem jedności Cesarstwa, m.in. biskup Lyonu - Agobart, który twierdził: "Nie ma już pogan, ani Żydów (...), ani barbarzyńców, ani Scytów, ani Akwitańczyków, ani Longobardów, ani Burgundów, ani Alamanów, ani chłopów pańszczyźnianych, ani wolnych, wszyscy stanowią jedność w Chrystusie").




W maju 831 r. doszło do zjazdu w Ingelheim na którym cesarz oficjalnie przebaczył wszystkim buntownikom, zaś jesienią tego samego roku na kolejnym zjeździe w Thionville (zapewne na prośbę cesarzowej Judyty), Bernard z Tuluzy został oczyszczony z wszelkich zarzutów o cudzołóstwo i przywrócony do łask. Ale spokoju nie było. Pepin i Ludwik kłócili się ze sobą o pierwszeństwo u boku ojca. Oliwy do ognia dolewał Bernard, który namawiał Pepina do nieustępliwości, a gdy wkrótce potem wyszło na jaw że Pepin planował bunt (początek 832 r.), cesarz Ludwik odebrał mu Akwitanię i oddał ją swemu najmłodszemu synowi Karolowi. Jeden przeciwnik z głowy - przynajmniej tak myślała Judyta. Jednak wkrótce potem (wiosna 832 r.) drugi syn - Ludwik też się zbuntował i wkroczył zbrojnie do Alemanii - należącej do swego przyrodniego brata Karola. Bunt jednak szybko upadł, a Ludwik został wysłany przez ojca do klasztoru. Wydawało się że Judyta i Bernard ponownie triumfują, dwaj synowie Ludwika Pobożnego zostali usunięci. Pozostał tylko Lotar w Italii, choć bez wątpienia był on najgroźniejszym przeciwnikiem. Judyta zamierzała ułożyć się z Lotarem (na zjeździe w Orleanie we wrześniu 832 r.) na zasadzie że państwo zostanie podzielone na dwie części, ale ten nie wyraził na to zgody, twierdząc oficjalnie że ojciec już w 817 r. uczynił go cesarzem i swym następcą i tylko on jako najstarszy syn może objąć władzę nad całym państwem. Postanowił też po raz kolejny zawalczyć o zdobycie pełnej władzy. W tym celu namówił papieża Grzegorza IV do ingerencji w sprawy jedności Cesarstwa (i harmonii życia rodziny cesarskiej). Wiosną 833 r. Lotar podniósł bunt i ponownie z wojskiem przekroczył Alpy. Po drugiej stronie owych gór dołączyli do niego bracia Pepin i Ludwik (których ojciec uwolnił z klasztoru i wybaczył im próbę buntu). Teraz razem (mając przy sobie papieża Grzegorza IV) szli na Akwizgran. Lotar domagał się spotkania z ojcem. Ludwik Pobożny - nie mając wystarczająco sił, aby odeprzeć atak - zgodził się na takie spotkanie. Doszło do niego na polach Rothfeld pod Colmarem. Spotkanie jednak nie przybrało pożądanego przez cesarza kierunku, Ludwik bowiem nie potrafił dojść do porozumienia z synami. Wzajemne debaty trwały kilka dni. Ostatecznie cesarz spotkał się również na krótkiej rozmowie z papieżem, ale i tutaj nie doszło do konsensusu. Co ciekawe, dworzanie cesarscy, którzy obserwowali zachowanie swego władcy, byli nim głęboko rozczarowani i po nieudanej rozmowie z papieżem, w nocy większość z nich przeszła na stronę synów, wraz z całą cesarską armią. Rankiem u boku cesarza byli już tylko nieliczni, najwierniejsi mu dworzanie, do których on zwrócił się tymi oto słowy: "Idźcie do moich synów, nie chcę aby z mojego powodu którykolwiek z was utracił życie lub części ciała". Tak też się stało. Tym sposobem Ludwik Pobożny stał się zakładnikiem swoich synów - głównie zaś Lotara. Ten zażądał aby ojciec rozstał się z Judytą (która wraz z papieżem miała wyjechać do Rzymu). Książę Karol został zamknięty w klasztorze w Prüm, a Lotar od tej chwili datował swe akty, jako: "Rok I jego cesarskich rządów".




833 był również rokiem niepokoju w innym regionie świata. 7 sierpnia tego roku zmarł bowiem kalif Imperium Abbasydów Al-Mamun. Panował przez ostatnie 20 lat, zdobywając władzę również w wyniku wojny domowej. Był synem wielkiego kalifa Haruna al-Raszida (tego, który doprowadził arabskie Imperium Abbasydów do złotego wieku). Al-Mamun urodził się w 786 r. czyli w roku, w którym jego ojciec objął władzę jako kalif po swym bracie (jego brat Al-Hadi w chwili śmierci miał zaledwie 22 lata, a panował od niecałych 14 miesięcy. Prawdopodobnie został on otruty przez swą matkę Chajzuran, która obawiała się, aby nie uśmiercił on Haruna al-Raszida, co Al-Hadi zapewne planował {pisałem o tym w innym temacie}. Istnieje też teoria, że kalif ten został uduszony na polecenie matki). W każdym razie od 15 września 786 r. nowym kalifem został 23-letni Harun al-Raszid. Jak już wyżej wspomniałem, jego panowanie to kulminacja złotego wieku Abbassydów. Za jego czasów powstały opowieści Szeherezady, Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy. Za jego czasów powstały takie kluczowe (również dla współczesności) opowieści, jak Alibaba i 40 rozbójników, lampa Alladyna i wiele innych. Założone w 762 r. "Okrągłe Miasto" - Bagdad (jedno z największych w ówczesnym świecie, oprócz hiszpańskiej Kordoby, Konstantynopola, i Ch'angan w Chinach), było stolicą tego Imperium. Bagdad to było miasto, które funkcjonowało również nocą, zapewniając swym mieszkańcom wiele atrakcji (stąd wzięła się potem nazwa "arabskie noce"). Były tam np. darmowe łaźnie (nawet dla najuboższych). W 794 r. założono tam również pierwszą (na zachód od Chin) fabrykę papieru. W 805 r. również w Bagdadzie Harun al-Raszid założył pierwszy ogólny bimaristan (czyli szpital) który można nazwać pierwowzorem dla współczesnych szpitali. Było to pierwsze takie miejsce w ówczesnym świecie, w którym udzielano chorym wszechstronnej pomocy (również z zakresu zdrowia psychicznego). Szpital ten był dobrze wyposażony i podzielony na oddzielne działy, odpowiadające za określone schorzenia, działające 24 godziny na dobę. Personel był dobrze przeszkolony i kompetentny (przede wszystkim wzięło się to stąd, że w dużej mierze przetłumaczono na arabski dzieła antycznych lekarzy z Grecji i Rzymu). Był to ewenement w ówczesnym świecie, nigdzie indziej nie było tak dobrze wyposażonego szpitala jak w Bagdadzie (mówiąc nigdzie indziej, mam na myśli nigdzie w świecie muzułmańskim, bo pierwszy bimaristan powstał w Damaszku w 705 r. ale nie był on jeszcze szpitalem ogólnym, natomiast po upadku Imperium Rzymskiego w świecie zachodnim panowała totalna niewiedza i barbarzyństwo pod tym względem). Szpital ten był finansowany ze składek ludności (składek dobroczynnych) i doskonale prosperował do roku 1258, gdy Mongołowie zdobyli Bagdad i zniszczyli to miasto (choć do roku 1000 w Bagdadzie było już 5 takich ogólnych szpitali, a ich liczba w kolejnych dekadach jeszcze wzrosła).




Rozwój jaki nastąpił zaś za Al-Mamuna (syna i następcy Haruna al-Raszida) był jeszcze większy. Ok. 830 r. założył on Wielką Bibliotekę w Bagdadzie (zwaną "Domem Mądrości"), która składała się głównie z prywatnej biblioteki jego ojca oraz jego pradziada al-Mansura. Ok 820 r. perski uczony na dworze Abbasydów - Muhammad ibn Musa al-Khwarizmi rozszerzył algebę, wprowadzając do arabskiego systemu liczebnego nowe cyfry (1 2 3 4 5 6 7 8 9) które oficjalnie przywiózł z Indii (pisałem już o tym wcześniej. W "Misji" Desmarquet'a jest jasno powiedziane, że system liczbowy który Arabowie uznali za swój własny i który się przyjął również u nas, został podarowany przez Galaktycznych Ludzi z TJehooba). 




Ok. 830 r. Habash al-Hasib al-Marwazi wprowadził do użycia stosunki trygonometryczne (czyli sinus, cosinus, tangens, cotangens - używane dzisiaj w matematyce). W tym też mniej więcej czasie, wspomniany wyżej al-Khwarizmi obliczył obwód Ziemi - mierząc od Tadmur w Palmirze do Rakki w północnej Syrii (oczywiście te obliczenia były wówczas bardzo niedokładne, bo dokładne być nie mogły). W każdym razie rozwój arabskiego Imperium Abbasydów (jak również hiszpańskiego Emiratu Kordoby), był bez porównania większy, niż rozwój zachodnich królestw chrześcijańskich, wliczając w to oczywiście Cesarstwo Karola Wielkiego i jego następców. Warto też co nieco powiedzieć o najważniejszej żonie Haruna al-Raszida (która to nie była matką al-Mamuna), czyli o Zubaidzie bint Jafar. Była ona bez wątpienia najbardziej wpływową kobietą swoich czasów (zaraz po matce Haruna, czyli Chajzuran). Znana jest chociażby z tego, że w czasie swojej piątej pielgrzymki do Mekki (800 r.) zobaczyła że susza praktycznie doprowadziła do wyschnięcia studni Zamzam. Natychmiast kazała pogłębić studnię i wydała 2 miliony dinarów na lepsze zaopatrzenie w wodę Mekki i okolicznych terenów. W tym celu zbudowała dwa akwedukty wiodące - jeden do jeziora Hunajun (95 km na wschód od Mekki), drugi zaś do źródła Zubaidy (leżącego na równinie Arafat). Dzięki temu była zapamiętana i podziwiana przez ludność tych terenów, którzy w ten sposób okazywali jej swą wdzięczność (m.in. nazywając owe źródło jej imieniem). Inżynierowie starali się odwieźć ją od tego pomysłu, twierdząc że koszty pracy będą zbyt duże, a poza tym wynajdywali wiele problemów technicznych i geologicznych. Ona im odpowiedziała że jest zdeterminowana kontynuować te prace, nawet gdyby każde uderzenie kilofa kosztowało jednego dinara. Prace doprowadzono do końca, a Zubaida została zapamiętana w Mekce i okolicach jako "dobra pani"




 Rok 786 i początek panowania Haruna al-Raszida wydaje się interesujący, gdyż jak wspomniałem wyżej ten właśnie kalif stał się symbolem wielkości arabskiego kalifatu (jest nawet taki komiks "Iznogud" opowiadający o wezyrze, który robi wszystko aby obalić kalifa Haruna Arachida i "zostać kalifem w miejsce kalifa". Kiedyś uwielbiałem ten komiks). Dlatego też wydaje mi się że pewne cofnięcie się w czasie i w miejscu, czyli powrót ponownie ze Skandynawii w tamte tereny - oczywiście tymczasowo - może być ciekawy. Panowanie bowiem Haruna i jego syna al-Mamuna nie jest może aż tak ważne dla dalszych eskapad Wikingów po Morzu Północnym, Śródziemnym, Bałtyckim czy Czarnym (a już w ogóle jeśli chodzi o ich wyprawy do Irlandii, Islandii, Grenlandii, a potem... do Ameryki), ale okres ten jest niezwykle płodny i bardzo ciekawy, warto więc "coś nie coś" o nim opowiedzieć. Oczywiście nie zapominając o głównym temacie tej serii (należy też coś napisać o Ragnarze Lodbroku i jego dziejach - czym zajmę się już wkrótce).




CDN.

07 października 2025

RĘKOPISY NIE PŁONĄ! - Cz. I

CZYLI SPISANE PAMIĘTNIKI 
z KLUCZOWYCH WYDARZEŃ 
w DZIEJACH POLSKI I ŚWIATA





"OBYŚ ŻYŁ W CIEKAWYCH CZASACH"
 

 W tej serii chciałbym rozpocząć prezentację części zachowanych pamiętników, spisanych przez ludzi, którzy byli świadkami wielkich a często tragicznych wydarzeń w dziejach Polski, Europy i Świata. Pamiętniki te są o tyle interesujące, że spisywali je ludzie, którzy osobiście bardzo przeżywali te wszystkie dziejowe zmiany i wydarzenia, które dokonywały się bezpośrednio na ich oczach, dlatego też często jest w nich zawarty silny przekaz emocjonalny, co jeszcze bardziej podkreśla tragizm wydarzeń o których myśmy jedynie czytali w książkach lub uczyli się na lekcjach historii. Mam nadzieję że nowa seria spodoba się czytelnikom tego bloga, gdyż owe relacje spisane zostały na kartach pamiętników przez ludzi, którym przyszło żyć "w ciekawych czasach" (jak mówi stare chińskie przekleństwo) i którzy jakoś w tych dziejowych zawieruchach próbowali odnaleźć normalność i spróbować na nowo ułożyć sobie życie. Niech potwierdzeniem tych słów będzie fragment relacji, zaczerpniętej z pamiętników pani Heleny Stankiewicz z majątku w Berżenikach na Litwie (do 1939 r. miasto to wchodziło w skład województwa wileńskiego), która tak oto relacjonowała atak Niemiec na Polskę 1 września 1939 r.: "Wiele było dramatycznych zdarzeń w moim życiu, ale tamta noc we wrześniu 1939 roku zamknęła szczęśliwy okres, choć nie zdawałam sobie wówczas z tego sprawy (...) Słuchaliśmy pilnie komunikatów radiowych. Sytuacja była trudna, ale przecież nasi żołnierze walczyli. Hel się bronił, Warszawa trwała. Czekaliśmy na pomoc wojsk sojuszniczych. Jednak, gdy usłyszałam przez radio wiadomość, że Niemcy zajęli Kraków, a przy grobie Marszałka żołnierze Wehrmachtu zaciągnęli wartę, nogi się pode mną ugięły. Upadłam na kolana i zaczęłam się gorąco modlić, żeby nasi odbili miasto i nie pozwolili zbezcześcić czczonego przez wszystkich Polaków grobu".



SIEDMIOLECIE AUSTRO-WĘGIER 
(1874)




I
PAMIĘTNIK BOHDANA JANUSZA
Cz. I


 PAMIĘTNIK AUTORSTWA HISTORYKA I ETNOGRAFA BOHDANA JANUSZA, OPISUJE WKROCZENIE WOJSK ROSYJSKICH DO LWOWA (PO EWAKUACJI STAMTĄD WOJSK AUSTRIACKICH) NA POCZĄTKU I WOJNY ŚWIATOWEJ I OKUPACJĘ TEGO MIASTA, TRWAJĄCĄ od 3 września 1914 r. do czerwca 1915 r.). PAMIĘTNIK ZOSTAŁ SPISANY WKRÓTCE PO OPUSZCZENIU MIASTA PRZEZ ROSJAN I NA TRZY LATA PRZED ZAKOŃCZENIEM TEJ WOJNY I ODRODZENIEM POLSKI





"293 DNI RZĄDÓW ROSYJSKICH 
WE LWOWIE"


Szybko następowały po sobie lipcowe i sierpniowe wypadki ubiegłego roku. Nie zapomniane zostaną dla wszystkich we Lwowie zwłaszcza ostatnie dnie sierpnia: przewaliła się wówczas przez miasto istna wędrówka ludów, tem różna od swych dawniejszych poprzedniczek, iż królował nad nią bystro w przyszłość wpatrzony wielki umysł dzisiejszych organizatorów-wojowników, że przyświecał jej karny ład i świadomość celu. Przypominamy sobie, iż te olbrzymie fale, co na znak dany spłynęły zewsząd w jedno morze ludzkie, na rozkaz też jeden zwróciły swą siłę niszczącą w kierunek wytyczony, poddając się jak uległy olbrzym nowemu poleceniu - zakołysały się, zachwiały w swym pędzie naprzód i karnie ustąpiły na nowe stanowiska. Sprawność z jaką setki tysięcy żołnierza w przemarszu przez Lwów odeszły w tył, była tak zdumiewająca, iż cała, bez wyjątku chyba, ludność Lwowa z największem zdziwieniem spostrzegła długo potem dopiero, że armia pożegnała miasto, że zostało ono osierocone. Mimo faktu dokonanego, ogół nie chciał, bo też i nie mógł uwierzyć temu - tak się to stało wszystko składnie i sprawnie. I jeśli "sądem ostatecznym" nazwał kto ostatnie dnie sierpnia, z pewnością nie miał na myśli zgiełku wojennego, ruchów armii, bo ta karną swą organizacyą w zdumienie wprost wprowadzała niesforne, a nie przeliczone tłumy niezbrojnego ludu, spieszącego w gorączce na dworzec kolejowy. Te właśnie tłumy nieprzeliczone odegrały rolę w zaaranżowanym przez zbyteczne umiłowanie osób swych "sądzie ostatecznym", one to swą bezradnocią, ale wybitną chęcią do życia, wypełniły szczelnie wspomnienia nasze z dni tych nie zapomnianych.

Trwożne wieści z źródeł najprzeróżniejszych rozchodzić się poczęły już dość długo przed ewakuacyą Lwowa. Dnia! 27. sierpnia 1914 r. musiała c.k. (cesarsko-królewska) Komenda wojskowa ogłosić: "Ze względu na lekkomyślnie rozsiewane fałszywe pogłoski, wywołujące pewne zaniepokojenie wśród ludności miasta Lwowa, oznajmia się, że wojska nasze stoją na silnych pozycyach, które zajęły i że miastu bezwarunkowo nie grozi żadne niebezpieczeństwo". Rozbudzone raz obawy nie ucichły już jednak, podtrzymywane skutecznie przez zbiegów z okolic działań wojennych, którzy z stanowiska osobistych interesów swych, niewygód i przykrości w jak najczarniejszych potrafili kreślić kolorach djabła, nieoglądanego zresztą wcale na oczy własne. Wiadomo zaś, iż zło każde groźne jest, jak długo nie spojrzy mu się w oczy - by się zaś na to zdobyć trzeba wprzód zrzucić z siebie skórkę zajęczą, co też nie za łatwą rzecz uchodzi. Rzucili się więc w popłochu do ucieczki nie tylko ci, którym obowiązek to nakazywał. A kto i jak nie ucieka? Wskutek powstałego w czwartek 28. sierpnia popłochu, jakoby z powodu zbliżania się do miasta od rogatki Łyczakowskiej oddziałów kozackich, prezydent miasta udał się do komendy placu i stwierdził tam, że pogłoska jest nieprawdziwa, a komenda rozesłała wspomniany komunikat. Celem zaś zapobieżenia podobnym zajściom wydała dyrekcya policyi następujące obwieszczenie:


"Na zasadzie ustpu 10 obwieszczenia c.k .namiestnictwa z dnia 26. lipca 1914 l. 17,727 o wydanych przez całe ministerstwo na podstawie ustawy z dnia 5. maja 1869 nr. 66 Dziennika praw państwa, zarządzeniach wyjątkowych, zarządza c.k. dyrekcya policyi co następuje:
  1. Na ulicach przystawać i gromadzić się bez warunkowo nie wolno.
  2. Wszystkie szynki oraz w ogóle wszystkie kamienice mają być zamknięte o godz. 8. wieczorem, zaś wszystkie restauracye i kawiarnie o godz. 12. w nocy. 
  3. Po godz. 10 wieczorem osobom cywilnym bez legitymacyi (t. zw. Passierschein) nie wolno pojawiać się na ulicy. Legitymacye w razie udowodnionej potrzeby wystawia dyrekcya policyi. 
Wykroczenia przeciw powyższym przepisom, o ile według istniejących ustaw nie podpadają cięższej karze, karane będą policyjnie po myśli końcowego ustępu wyżej powołanego obwieszczenia grzywną aż do kwoty 2000 K (koron), względnie aż do 6 miesięcy. 
Lwów, 28. sierpnia 1914".


Zarządzenia te zdołały uspokoić, ale najodważniejszych tylko, do czego przyczynił się też i komunikat urzędowy z wojennej kwatery prasowej, ogłoszony 30. sierpnia. Stwierdzał on: "Wielka bitwa, która rozpoczęła się 26. sierpnia, trwa dalej. Sytuacya naszych wojsk jest korzystna. Jest ciepło i słonecznie". Niemniej jednak tysiące ludzi poczęło na gwałt pakować manatki, by jeszcze w czas, ich zdaniem, znaleźć się w bezpieczniejszem miejscu, niż nim być mógł Lwów, niepokojony coraz to nowymi alarmami. Poczęła się też gromadna wędrówka nieprzeliczonych tłumów, zwłaszcza niewiast i dzieci. Ulice, prowadzące na dworzec kolejowy, bywały chwilami formalnie 
zatarasowywane wozami i pieszymi, obciążonymi mnóstwem pakunków, a przez te tłumy przeciskały się liczne oddziały wojskowe, piechota i konnica. Na dworcu starali się wszyscy od razu znaleźć przy pociągach wprawdzie bardzo licznych, ale jednak za szczupłych, by zdołać pomieścić tylu uciekinierów, którym do tego aż tak bardzo się spieszyło. Oglądać też można było sceny, zgoła nie przynoszące zaszczytu płochliwym Lwowianom, chociaż mimo trwogi nie przyszło do żadnych zaburzeń spokoju publicznego. Trwało to dni trzy, a do największych rozmiarów doszło w sobotę, oraz w nocy z soboty na niedzielę (30 - 31 sierpnia). Ciężka to była noc owa. Gościńce, ulice, najdrobniejsze nawet drogi, wszystko to uginało się wprost od wozów ładownych, furgonów, automobili, rowerów, fiakrów, powózek, a widzieć też można było nawet taczki ręczne, wózki dziecinne, naprędce sklecione skrzynie z kołami. Za odwiezienie kilku pakunków na dworzec płacono niewiarygodnie wielkie sumy, w braku zaś wózków choćby i nie ze wszystkiemi kołami - bo i takie widzieć można było - objuczano się jak wielbłądy i to na to, by w rezultacie wszystko zostawić na los szczęścia i samemu bohaterskimi wysiłkami wywalczyć sobie miejsce choćby na stopniach wagonów.

Ścisk w wagonach był tak ogromny, że przez stłoczone masy nie można się było przecisnąć, wobec czego ryzykowniejsi - a było ich nie mało - windowali się przez wąskie okna, Boga chwaląc, że przecież się im udało. Przed pociągami wyrastały w jednej chwili stosy olbrzymie kufrów, skrzyń, pakunków, za którymi napróżno sięgali właściciele - nie było na nie miejsca w wagonach, wobec czego pozostać musiały na opatrzności boskiej. Masy szczęśliwców odjeżdżały, ale bardzo niewielu tylko wiedziało, gdzie właściwie znajdą upragniony kąt pewny - tysiące pozostawały, wyglądając z niecierpliwością nowych pociągów i w oczekiwaniu tem nocowało na ulicach, spoczywając na stosach pakunków, których nie mieli wziąć ze sobą. Na alarm "pociąg stoi" wszystko rzucało się do szturmu na wagony, zdobywając mężnie pozycye, słabo bronione przez dzieci i kobiety. Rodziny całe gubiły się nawzajem, bo cudem było we dwójkę lub trójkę ulokować się w tym samym pociągu: zgubione dzieci wciągano w takich razach przez okna, a sposobu nie było wydostania się z wozu z powrotem. Nad wszystkiem zaś tem kłębiły się obłoki wyziewów, spieka i wrzawa, w której nie sposób było się porozumieć. Tymczasem odjeżdżał jeden pociąg za drugim i do każdego nie zdążyło wsiąść przynajmniej kilka tysięcy ludzi, nie udało się ulokować olbrzymiego taboru spakowanych kufrów. Tysiące "nieszczęliwców", którym nie powiodło się pożegnać Lwowa, już w kilka dni potem za szczęście to sobie poczytało. Nie mogli jednak o tem wiedzieć ci, których lokomotywy powiozły w odległe strony na losy nieznane. 

Jak grom rozeszło się po mieście w poniedziałek 31. sierpnia, że Wydział krajowy z urzędnikami przeniósł się do Nowego Sącza, gdzie też odjechał Bank krajowy po czasowem zamknięciu lwowskiej filii Banku austro-węgierskiego. Stało się to nagle, całkiem niespodzianie. Równocześnie władze państwowe w komplecie opuściły miasto w nocy z 30. na 31 sierpnia. Kolej przygotowała pociągi ewakuacyjne, zawiadomiono późnym wieczorem urzędników, niektórych budzono w nocy. Jak niespodziewane było to dla ogółu mieszkańców, dowodzi tego okoliczność, że na przykład nauczyciele, jak zwyczajnie, pospieszyli rano po pensye, nie domyślając się nawet, co zobaczą pod gmachem namiestnictwa. O godz. 4. nad ranem ruszył z głównego dworca pociąg, przeznaczony dla wojskowych i ich rodzin, a niedługo po nim pociąg urzędniczy. W kilka godzin potem ewakuacya była już faktem dokonanym. Wyjeżdżali jeszcze w poniedziałek i wtorek ludzie prywatni, którzy gdyby chcieli, bez przeszkody pozostać by mogli. W poniedziałek, wczesnym rankiem, nie wiadomo z czyjego polecenia policyanci i żandarmi chodzili od bramy do bramy, zabraniając dozorcom otwierania kamienic i wypuszczania lokatorów, nie pozwalając na wydanie dzienników. I to dopiero wznieciło popłoch ogromny: do ucieczki rzucił się jeszcze kto mógł sobie na to pozwolić. W południe miasto jakby zamarło, sklepy zamknięto, ulice opustoszały. Rządy objęło miasto. 


ŻOŁNIERZE AUSTRO-WĘGIERSCY 
I WOJNA ŚWIATOWA



W poniedziałek 31. sierpnia o godzinie 5. po południu odbyło się w sali ratuszowej zgromadzenie obywateli stolicy w sprawie utworzenia Miejskiej Straży Obywatelskiej. Przedtem jeszcze dnia 16. sierpnia 1914 r. odbyło się posiedzenie Rady miasta w sprawie M. S. O. pod przewodnictwem prezydenta Neumana, który przedstawił zebranym projekt statutu straży. Wybrano wówczas komisyę, celem opracowania regulaminu straży i uchwalono, iż naczelnikiem jej będzie prezydent miasta, prócz tego będzie komendant, oraz 6 zastępców, którym przydzieli się poszczególne dzielnice miasta. Postanowiono też wówczas, iż straż uzbrojona będzie w rewolwery i szable, a składać się będzie z obywateli chętnych do tego. Projekt ten został zaakceptowany przez namiestnictwo i dyrekcyę policyi, ale nie zrealizowany natychmiast, ulec musiał zmianom w stosunkach zmienionych. Chwila potrzeby skłoniła do szybkiego działania: policya wycofana została z miasta. Zebranie z 31. sierpnia zagaił wiceprezydent dr. Tadeusz Rutowski. Wyjaśnił, iż nieprzewidziane wypadki sprawiły opuszczenie miasta przez władze, wobec czego musi ono samo sobie radzić. Apelując do obywatelstwa, aby stanęło na wysokości swego zadania, zaznaczył, iż nie jest wykluczone, że sytuacya zmienić się jeszcze może. Chwila obecna wymaga utworzenia straży obywatelskiej, która by czuwała nad bezpieczeństwem i mieniem mieszkańców. Zaznaczając jak wielkie posłannictwo składa miasto w ręce straży obywatelskiej, przestrzegał przed jakąkolwiek prowokacyą nieprzyjaciela, gdyby wkroczył w mury stolicy, w takim bowiem razie mógłby powiedzieć, że go zaatakowano i na atak odpowiedzieć atakiem. Następnie zawiadomił, że naczelnictwo straży objął radny miejski radca Schneider. P. Schneider objaśnił zebranym o zadaniach straży, podzielonej na dzielnice z komendantami dzielnicowymi na czele, z siedzibami w odnośnych komisaryatach. Poruszono dalej rozmaite szczegóły, co do wydania i ogłoszenia publicznie specyalnych instrukcyi i odezwy do mieszkańców, która też pojawiła się wnet na murach. 

Straż zaś obywatelska zaczęła natychmiast funkcyonować. Każdy członek jej nosił na ramieniu odznakę ze wstążki amarantowo-niebieskiej (barwy miasta) z literami M. S. O. Na wykonawców zaś rozporządzeń Straży powołano straż akcyzową, pożarną i ochotniczą. Urzędujące prezydyum miasta - wiceprezydenci: dr. Rutowski, dr. Stahl i dr. Schleicher wydali następującą odezwę:


"Obywatele! Z dniem dzisiejszym obejmuje Miejska Straż Obywatelska czuwanie nad porządkiem w miecie. 
Każdy obywatel winien członkom Straży bezwarunkowe posłuszeństwo. 
Odznaka: przepaska na ramieniu o barwach miasta. 
We Lwowie, d. 31. sierpnia 1914. 
Prezydyum miasta: 
Dr. Tadeusz Rutowski, Dr. Leonard Stahl, Dr. Filip Schleicher. 
Naczelny komendant Straży: 
Adam Schneider. 

"Obywatele! Wzywamy was do największego spokoju. Nie wolno się płoszyć. Straż Obywatelska czuwa nad bezpieczeństwem mienia i życia. Należy jej zupełnie ulegać. W komisaryatach miejskich urzędują komendy straży. Niech wraca normalne życie w mieście. Sklepy, zwłaszcza z żywnością mają być otwarte. Bramy domów winny być otwarte do godziny 8 wieczór. Żadnych prowokacyi. Na Boga! Spokój, ład, porządek. 
Prezydyum:
Rutowski, Stahl, Schleicher"


Regulamin Miejskiej Straży Obywatelskiej kreśli następująco jej działalność:

  1. Współdziałanie z rządowymi organami bezpieczeństwa publicznego przy ochronie bezpieczeństwa mienia i życia mieszkańców miasta Lwowa.
  2. Współdziałanie z odnośnymi organami na placach i ulicach miasta, oraz wspieranie w ogóle organów rządowych bezpieczeństwa publicznego przy wykonywaniu obowiązków służbowych i udzielanie potrzebnej pomocy.
  3. Czuwanie nad tem, aby majątek i dobro obywateli i gminy miasta Lwowa nie były narażane i zapobieganie uszkodzeniu wszelkich urządzeń i zakładów publicznych, tak miejskich jak i rządowych.
  4. Przestrzeganie utrzymania porządku na miejscach publicznych, plantacyach, drogach i w realnościach, oraz dopilnowanie zachowania odnośnych ustaw i przepisów.
  5. Osobom, które nagle na ulicy zasłabły, dostarczanie jak najsprawniejszej pomocy lekarskiej i zawiadomienie o tem, jak i o spostrzeżonych wypadkach chorób zakaźnych odnośnego komisaryatu.
  6. Przestrzeganie, aby na targach i w handlach przy sprzedawaniu artykułów żywności nie przekraczano ogłoszonej taryfy maksymalnej.

Do Miejskiej Straży Obywatelskiej może należeć tylko mieszkaniec miasta Lwowa, przyjęty przez Komendanta straży na podstawie opinii Komitetu zarządzającego - odpowiednio uzdolniony. Naczelnikiem M. S. O. jest prezydent miasta lub tegoż zastępca, który mianuje komendanta straży, tegoż sześciu zastępców, po jednym na każdą dzielnicę miasta. Ci wszyscy tworzą Komitet zarządzający M. S. O.

 
DODEK NA FRONCIE
"OTO WIDZIMY FRONT"
"A DLACZEGO ONI NIE STRZELAJĄ?"
"ANTRAKT, NIEPRZYJACIEL POSZEDŁ NA PAPIEROSA" 😂



Nieszczęście stało dopiero u bram miasta, a to gotowe już niemal było na przywitanie go i to wyłącznie dzięki energii swej Reprezentacyi. W Środę wieczorem (2. września) ulice opustoszały kompletnie, bo rozeszła się wreszcie wieść, iż Lwów kapitulował. I jak widoczne było to ze wszystkiego, co w ostatnich dniach działo się, to niemniej większość ludzi nie chciała wiary dać tej smutnej prawdzie. Z ust do ust podawano sobie wiadomość, że w nocy jeszcze ukaże się obwieszczenie tego publicznie plakatami. W istocie też około godziny 10. wieczorem przyniesiono z ratusza tekst odezwy do drukarni Polskiej, gdzie z trudem zwołano ludzi do pracy tak, że po dwunastej w nocy odezwa była już wydrukowana i następnie na mieście rozlepiona. Trudno opisać rozpacz, zwątpienie, przygnębienie, rezygnacyę i wszelkie możliwe udręczenia umysłu zgnębionego do reszty tą nad wyraz tragiczną wiadomością. Ludzie, którzy zasłyszeli coś niecoś tylko o tem na ulicy, chwytali się za głowy, łzy stawały im w oczach, nogi odmawiały posłuszeństwa, z trudem tylko opanowywali się, by z hiobową tą wieścią dowlec się do swoich najbliszych i z nimi podzielić się smutną nowiną. A ilu jeszcze i wtedy nie chciało temu wierzyć? Rozpacz ogarnęła wszystkich, kiedy wreszcie uprzytomniono sobie, iż to czasy wojenne i na każdą możliwość trzeba być przygotowanym - zrozumiano, że widocznie i Lwów musiał poddać się tej ciężkiej konieczności. Wczesnym rankiem, niezapomnianym już nigdy w życiu przez tych, którzy go dożyli, czytano ze łzami w oczach, z sercem ściśniętem od bólu niewymownego, lapidarne słowa odezwy, co jak noże ostre kłuły dotkliwie nagą rzeczywistością swoją. Po kilkakroć odczytywano, wiary dać nie chcąc, iż prawdą jest to jednak - czytano, szukając słowa choćby, które mogłoby nadziei wlać nieco w skołotany umysł, zbolałe serce. Bezlitosne jednak były te krótkie zdania. Prezydyum miasta w tych słowach zwróciło się do mieszkańców:


"Obywatele! Wojska Monarchii cofnęły się na zachód. Za chwilę wkroczą zwycięskie wojska rosyjskie do Lwowa. W takiej chwili wzywamy całą ludność miasta, by przez Boga! zachowała godność, spokój, wystrzegała się popłochu i wybryków nierozważnych, czy złych żywiołów, wszelakiej prowokacyi. Miasto otwarte, więc nie może grozić mu żadne niebezpieczeństwo. Cała poważna ludność oczekuje na wypadki z całym spokojem. Wszelki wybryk nierozważnej czy szalonej jednostki przeciw wkraczającemu wojsku mógłby wywołać nieszczęście. Wzywamy ludność całą, by czuwała w imię dobra miasta i wszystkich obywateli nad spokojem i ładem w mieście. Sklepy, zwłaszcza z żywnością, mają być otwarte.

Lwów, 2. września 1914. 

Imieniem Prezydyum miasta Lwowa: Dr. Rutowski, Dr. Stahl, Dr. Schleicher".


Rano we czwartek dnia 3. września o godzinie 7. ukazał się na mieście nadzwyczajny dodatek "Kuryera Lwowskiego", z przytoczonym tekstem odezwy, rozchwytany natychmiast w tysiącach egzemplarzy. Do odezwy dołączono parę słów, wyjaśniających mieszkańcom sytuacyę w tej chwili przełomowej. Czytano tam między innemi: "Nie znając przebiegu bitew i zdarzeń, nie możemy wdawać się w ocenianie przyczyn cofania się Austryi. Faktem jest i z tem się liczyć trzeba, że stolica Galicyi przechodzi pod rządy rosyjskie". Dalej czytamy: "zabieramy w tej chwili przełomowej głos: Niech mieszkańcy Lwowa dadzą karny posłuch wezwaniu Prezydyum miasta. Jest ono w tej chwili jedyną komendą, stojącą na straży drogiego miasta. Daje ona rozkaz ludności - Aby Zachowała Spokój i śle jej prośbę serdeczną - Aby Zachowała Godność!" Polecenia te sprawiły pewne wrażenia, ale górę nad wszystkiem wzięła wielka obawa tłumów przed urojonemi niebezpieczeństwami, czekającemi miasto. Dla ścisłości zauważymy, że przytoczona odezwa uległa w niektórych dziennikach zmianie w początkowem swem brzmieniu. W "Słowie Polskim" użyto powiedzenia: "Wojska Monarchii mają cofnąć się na zachód. Wtedy wkroczą do Lwowa zwycięskie wojska rosyjskie". W "Wieku Nowym" czytamy zaś: "Wojska rosyjskie wkrótce wkroczą do Lwowa". Od słów zaś: "w takiej chwili" tekst odezwy wszędzie był jednakowy. Zmiany te przedsięwzięte na własną rękę wobec autentycznego ogłoszenia prezydyum miasta dowodzą najlepiej, jak dalece nie oryentowano się we właściwej sytuacyi - nie chciano zbyt mocno określać rzeczy, a należało niemniej prawdę wyjawić. Osobno zwrócił się komitet ukraiński z odezwą do ukraińskiej ludności miasta, datowaną 3. września 1914 r. Odezwa ta w dosłownym przekładzie opiewa następująco:


"Do Ukraińców miasta Lwowa! Zwycięska armia rosyjska wchodzi w mury miasta Lwowa. W przełomowej tej chwili wzywamy wszystkich Ukraińców miasta Lwowa, żeby ze względu na dokonany fakt odpowiednio się zachowali. Prosimy i wzywamy wszystkich do zachowania całego spokoju i godności. Wobec zwycięskiego wojska rosyjskiego należy się zachowywać grzecznie i przyzwoicie. Przestrzegamy wszystkich stanowczo, żeby, broń Boże, nie ważył się nikt występować wrogo przeciw żołnierzom rosyjskim, albo dopuszczać się jakichkolwiek wybryków, gwałtów albo podżegań, ponieważ za nierozważny postępek jednostki musiałby odpowiadać nasz ogół, a w pierwszym rzędzie czterej nasi zakadnicy (ogólnie znani i szanowani członkowie naszego ukraińskiego ogółu). Nieposłusznych powstrzymujcie, a w razie koniecznym oddawajcie w ręce władzy. 
Od Waszego zachowania się zawisł los naszej ludności i naszej sprawy! 

Lwów, dnia 3. września 1914."


Upewnieni, uspokojeni, pouczeni w ten sposób mieszkańcy, z poddaniem się woli Bożej, oczekiwali wszelkich możliwych wypadków dalszych, które też szybko odtąd następować poczęły po sobie. Od wczesnego rana urzędowało w Ratuszu prezydyum miasta i Rada miejska. Po godzinie 9-tej rano na wieść o pojawieniu się patroli rosyjskich, gdy wszystkie wojska austryackie z miasta już ustąpiły, prezydyum na znak pokojowego poddania poleciło wywiesić na wieży ratuszowej białe chorągwie. Z chwilą tą w całem mieście nie mówiono już o niczem innem, jak tylko o kozakach, czerkiesach, "ochrannikach" i tym podobnych nieodłącznych pojęciach, związanych ściśle z caratem, co z niezliczonymi tłumami azyatyckimi sięgał po kulturę zachodu: i niestety, dotarł już do Lwowa. Poprzedzała go zaś sława, godna Tamerlana. Ciekawe i jedyne w swoim rodzaju sceny rozgrywały się tym czasem po domach. Twierdzono powszechnie, że Moskale za przyjściem swem do miast galicyjskich skrupulatnie przeszukują wszystkie mieszkania za najdrobniejszymi śladami organizacyi strzeleckich i skautowych i o ile natrafią na coś podobnego, krwawo się mszczą na podejrzanych o podobną zbrodnię. Wiadomo zaś, jak w ostatnich czasach rozpowszechniony był u nas ruch na tem polu - rodziny chyba nie było jednej, która by nie wysłała kogoś ze swoich w szeregi strzelców, lub co najmniej nie miała dzieci, czynnych w organizacyach skautowych. Wprawdzie legionistów nie było już we Lwowie, ale niebezpieczne były dla pozostałych, choćby części munduru, czapki, pas czy coś podobnego, nie mówiąc już o tem, że samo nazwisko zdradzić mogło pokrewieństwo. Powiadano, że "ochrannicy" dokadnie podali Moskalom spisy wszystkich strzelców polskich i ukraińskich i że ci mścić się za nich będą na pozostałych rodzinach. Dla zmylenia więc adresów przenosiło się wielu do obcych mieszkań, lub o ile już zdecydowano się do pozostania u siebie, to po najdokładniejszem wytępieniu w całym domu wszelkich możliwych śladów okrutnej tej "zbrodni".




Palono więc zawzięcie liczne druki, odezwy, książki, zapiski, ilustracye, odznaki, fotografie i tym podobne dowody winy, pozostawione w domach przez strzelców, którzy wyruszyli w pole. W dniu tym jednym dokonano tyle i tak dokładnych egzekucyi wandalskich, iż nawet najsurowsze rewizye nie zdołały by takich spustoszeń naraz dokonać. Ostrożność przezorną posuwano do tego stopnia, że uczniom szkół średnich w mundurkach kazali rodzice odpruwać odznaki i zrzucać czapki, by nie znający się na tych mundurach Moskale nie sądzili, iż mają przed sobą nienawistnych skautów lub czegoś podobnego. Jednem słowem, obawa represyi, gwałtów, aresztowań a nawet mordów kazała ludziom z trwogą oczekiwać chwili zjawienia się w mieście pierwszych przedstawicieli oręża rosyjskiego, nie tyle okrytego sławą, ile osławionego z powodu okrucieństw. Z trwogą też dopytywano się ogólnie już od najwcześniejszego rana, kiedy przygotować się należy na najazd dziczy kozackiej. Białe chorągwie na ratuszu i na wszystkich gmachach rządowych, słowa odezwy i wreszcie wiadomości osobiste o jakoby jawiących się już w mieście pierwszych patrolach nieprzyjacielskich zapowiadały niewesołą tę chwilę jeszcze na przedpołudnie pamiętnego czwartku 3. września 1914 r.

Lotem błyskawicy przeleciała wieść po mieście, że ulicą Zieloną wjechał pierwszy konny patrol pod wodzą oficera i udał się przed ratusz, gdzie o godzinie 11:45 rano stanął przed zebraną już Radą miejską i obywatelami stolicy. Wraz z Radą miasta oczekiwali w ratuszu przybycia sztabu rosyjskiego konsulowie: p. Candiotti (który po zerwaniu stosunków dyplomatycznych między Austryą i Rosyą objął opiekę nad zamieszkałymi tu poddanymi rosyjskimi), duński, radca Zacharjewicz i były konsul francuski p. Świerczewski z odznakami oficerskiemi legii. Ponadto zjawiła się grupa najpoważniejszych obywateli, zaproszonych przez Radę miejską, między innymi Ekscelencja hrabia Piniński, poseł Stanisław Henryk hrabia Badeni, prezydent Przyłuski i inni. Przedstawiciel wojska, kapitan sztabowy, z dobytego z kieszeni arkusza odczytał zawiadomienie komendanta wojsk rosyjskich von Rodego o zajęciu miasta, zażądał wydania kluczy miasta, tudzież zjawienia się reprezentantów miasta na rogatkach: Łyczakowskiej i Żółkiewskiej. Zapewnił równocześnie, że wojsko zupełnie po przyjacielsku obejdzie się z ludnością i z zupełnem zaufaniem do niej wejdzie do miasta. Armia rosyjska - oświadczył - pragnie, aby życie miasta toczyło się zwykłymi torami. Jedynie żądał, by wszystkie szynki i winiarnie były zamknięte. Stosownie do żądania wyjechały na rogatki delegacye. Na rogatkę Łyczakowską udał się prezydent dr. Rutowski z dr. Stahlem, dr. Schleicherem i radnym Hinglerem. W otoczeniu swego sztabu przyjął ich komendant von Rode - odbyto dłuższą konferencyę w języku francuskim, omawiając warunki zajęcia miasta przez armię rosyjską.


ŻOŁNIERZE ROSYJSCY 
I WOJNA ŚWIATOWA



Po konferencyi deputacya wróciła do ratusza, gdzie dr. Rutowski zdał sprawę Radzie, oczekującej go już w wielkiej sali obrad. Armia wkracza do Lwowa, wymaga jednak - jak oświadczył generał - absolutnej gwarancyi bezpieczeństwa, której na wyraźny rozkaz naczelnego wodza wymagać musi ze względu na mieszany skład ludności. Żąda więc 16 zakadników, a mianowicie 4 Polaków, 4 Ukraińców, 4 Żydów i 4 starorusinów. Od tego warunku zależy pokojowe wkroczenie wojsk rosyjskich do Lwowa. Dalej zażądał generał, aby natychmiast, najpóźniej do godz. 6. rano, wszyscy mieszkańcy złożyli w ratuszu wszelką broń sieczną i palną. Złożona być ma nawet broń muzealna do przechowania w muzeum miejskiem. Na zakładników zgłosili się natychmiast dobrowolnie z członków Rady: pierwszy, radny Józef Wczelak, a dalej wiceprezydent Rutowski, ksiądz dr. Stefan Szydelski, dyrektor Bolesław Lewicki i poseł dr. Władysław Stesłowicz. Ofiary dra. Rutowskiego Rada nie przyjęła ze względu na jego kierownicze stanowisko w ważnych przeżyciach miasta. Udano się następnie do wybitnych przedstawicieli reszty ludności, celem uzyskania zakładników i z ich strony. Ukraińcy zaproponowali: Metropolitę księdza hrabiego Andrzeja Szeptyckiego, który dobrowolnie, podobnie jak wielkoduszny prezydent Rutowski, zgłosił się natychmiast, nie bacząc na ciężką odpowiedzialność, a prócz tego księdza Józefa Bociana, Pawła Wojnarowskiego oraz dyrektora Mikołaja Zajączkowskiego. Starorusini: księdza Jana Dawidowicza, radcę Jana Liskowackiego, doktora Leona Pawęckiego, tudzież Mikołaja Tretiaka. Żydzi: doktora Jakóba Diamanda, Izydora Jonasa, doktora Hermana Rabnera, tudzież Mikołaja Weinreba.

Równocześnie z delegacyą u komendanta von Rodego na Łyczakowskiej rogatce zjawiła się też deputacya u generała Parczewskiego na rogatce Żółkiewskiej, złożona z prof. Chlamtacza, prof. Thulliego i pana Wczelaka. Generał oświadczył, że mówi po polsku, wobec czego prof. Chlamtacz w tym języku zawiadomił go, że miasto wydało odezwę do ludności, aby zachowano się w spokoju i wręczył mu egzemplarz tej odezwy. Generał oświadczył, że głównem jego życzeniem jest, aby zachowano spokój, nie zamykano sklepów i bezwarunkowo nie sprzedawano wódki, ani też nie częstowano żołnierzy alkoholami. Zapewnił też generał, że ludność może być zupełnie pewną bezpieczeństwa życia i mienia. Stosownie do polecenia komendanta von Rodego, ogłoszono zaraz po posiedzeniu następujący rozkaz, pierwszy z całego szeregu późniejszych rozporządzeń władz rosyjskich. 


"Rozkaz Na zasadzie prawa wojennego polecam, ażeby ludność miasta Lwowa do jutra, dnia 4. września godz. 6. rano, wszelką w jej posiadaniu będącą broń (sieczną lub palną) złożyła w ratuszu. Na wypadek nie zastosowania się do niniejszego żądania podpada winny pod sąd wojenny. 

Rogatka Łyczakowska 3. września 1914. 

Komendant 42 dywizyi piechoty 

generał lejtnant von Rode."


Dla zwrócenia uwagi na doniosłość tego rozporządzenia dodało Prezydyum i od siebie następującą w tej samej sprawie odezwę: 


"Obywatele! 

W myśl powyższego rozkazu komendanta wojsk zajmujących Lwów, wzywam wszystkich mieszkańców, aby składali broń wszelaką w Ratuszu na dole. Odbierze radca Bieniecki z komisyą. Broń narodową, karabele, szpady urzędnicze, objekta muzealne należy znosić do Muzeum im. Sobieskiego. Odbierze dyrektor Czołowski z komisyą za kwitem. Wzywam do natychmiastowego wykonania rozkazu w interesie miasta i jego mieszkańców. 

We Lwowie, dnia 3. września 1914. 

Rutowski."





ŻOŁNIERZ LEGIONÓW POLSKICH 
I WOJNA ŚWIATOWA



Wieczorem tego samego dnia (3. września) złożył wiceprezydent Rutowski wizytę komendantowi von Rode i przedstawił mu listę zakadników. Generał przyjął ją, skreślając tylko Metropolitę Szeptyckiego ze wzgęldu na to, że z racyi swego wysokiego stanowiska odpowiadał on i tak za spokój ukraińskiej ludności Lwowa. Na miejsce Metropolity zgłosił się dr. Julian Hirniak, a nie, jak mylnie podały wówczas dzienniki - prof. Eustachy Hrycaj. Zakadnikom tym polecił von Rode zgłosić się nazajutrz o godzinie 8 rano w hotelu George'a, gdzie wynajęto dla nich 16 pokoi wraz z utrzymaniem. Nie będą oni mogli opuścić hotelu 2 - 3 dni, a przed hotelem stać będzie patrol wojskowy. Po dokonaniu dopiero tych formalności, nastąpi przemarsz wojsk przez miasto przy odgłosie muzyki wojskowej. Rada miejska, urzędująca dzień cały bez przerwy, powiadomiona o podobnem załatwieniu sprawy zakładników i mającego nastąpić przemarszu wojsk, uchwaliła wydanie jeszcze jednej odezwy do mieszkańców, apelującej o zachowanie spokoju i wskazującej na wielką odpowiedzialność zakadników. Odezwa ta opiewa:


"Obywatele! 

Wzywa się obywateli, aby natychmiast a najpóźniej do 6 rano oddali wszelką broń i amunicyę do ratusza, karabele zaś i szable mundurowe do Muzeum Sobieskiego. W następnych dniach odbędą się rewizye domowe za bronią, a w razie znalezienia broni, przekraczający zostanie ukarany śmiercią. Przy wejściu wojsk rosyjskich panować musi spokój i porządek. Wszelkie prowokowanie wojska, napaście, strzały, pociągnęłyby za sobą powieszenie sprawcy i narażają życie zakładników. 

Zakładnikami są następujący obywatele: ksiądz dr. Stefan Szydelski, Bolesław Lewicki, dr. Władysław Stesłowicz, Józef Wczelak, dr. Jakób Diamand, Ignacy Jonas, dr. Herman Rabner, Mikołaj Weinreb, dr. Stefan Fedak, Mikołaj Zajączkowski, dr. Józef Bocian, Eustachy Hrycaj, ksiądz Johann Antonowicz Dawidowicz, dr. Lew Aleksiewic Pawencki, Iwan Sas Gregorjewicz Liskowacki, Mikołaj Gregorjewicz Tretiak. 

W interesie bezpieczeństwa miasta wzywa się wszystkich obywateli, aby czuwali, aby przy wejściu wojsk rosyjskich, nie zaszło żadne wykroczenie lub zakłócenie spokoju. 

We Lwowie, dnia 3. września 1914. 

Rutowski"


W odezwie tej mylnie podani są jako zakładnicy ze strony Ukraińców dr. Stefan Fedak i Eustachy Hrycaj, którzy nie byli nimi wcale. Jak już nadmieniliśmy na miejsce Metropolity Szeptyckiego zgłosił się dr. Julian Hirniak, a nie Eustachy Hrycaj, a dr. Stefan Fedak w ogóle nie zgłaszał się, względnie nie był zgłoszony. Odezwę tę zatwierdzoną na wieczornem posiedzeniu Rady w myśl uchwały, urzędnicy miejscy zaraz po posiedzeniu odczytywali publicznie po wszystkich dzielnicach miasta, a nadto ogłoszono ją afiszami, rozlepionymi na murach miasta.


PLAN LWOWA 
(1934)



CDN.

06 października 2025

DEMETRIUSZ, PYRRUS, ARATOS... - Cz. I

PRAWDZIWI "CELEBRYCI" 
EPOKI HELLENISTYCZNEJ





Dziś chciałbym podjąć się tematu opisania postaci o których jeszcze nie wspominałem, a które w jakiś sposób zawsze mnie fascynowały. Mam tutaj na myśli swoistą "helleńską trójcę", czyli ludzi którzy dorastali w czasach, gdy język grecki stawał się międzynarodowym językiem całego śródziemnomorskiego Wschodu, aż po granice Indii i Himalajów. Ludzi, którzy dorastali zafascynowani duchem nowych czasów, w którym dotychczasowe helleńskie polis urosło tak bardzo, że dosięgało Indusu, co też oczywiście zmieniło wyobrażenia, aspiracje, mody oraz dążenia wielu ludzi żyjących w tym czasie, których ojcowie nie wyściubiali nosa poza granice Grecji właściwej (a często nawet poza ziemie własnego rodzinnego polis). Najbardziej dobitnie zmiany, które następowały w czasie podbojów Aleksandra Wielkiego i wkrótce po jego śmierci - szczególnie silnie widać chociażby w zmianie, jaka w tym czasie nastąpiła w greckiej modzie. Dotychczas bowiem naturalny wizerunek greckiego mężczyzny, wodza i polityka, to postać najczęściej z hełmem na głowie i oczywiście z bujną brodą, która symbolizowała męstwo, odwagę i doświadczenie. Aleksander Wielki natomiast zmienił totalnie ten wizerunek, całkowicie goląc swoją brodę - co niekiedy powodowało pewne nieścisłości wizerunkowe (mam tutaj chociażby na myśli pewnego malarza wazowego z Apulii, który około 330 r. p.n.e. namalował postać Aleksandra Wielkiego walczącego w bitwie z królem Persji Dariuszem III, który na wizerunku wazowym miał właśnie bujną brodę. Ten artysta nigdy jednak nie spotkał Aleksandra i przedstawił go w taki sposób, w jaki w jego wyobrażeniu powinien wyglądać wódz i zdobywca - czyli jako brodatego mężczyznę o silnym wizerunku i wysokim wzroście. W rzeczywistości zaś Aleksander nigdy nie nosił brody i był też dość niskiego wzrostu, co dziwiło potem tych, którzy wcześniej słyszeli o jego podbojach a następnie ujrzeli go na własne oczy). Aleksander wprowadził jednak modę która się utrwaliła i jego następcy (diadochowie) oraz ich potomkowie całkowicie pozbawiali swe twarze zarostu (wcześniej twarz pozbawiona zarostu symbolizowała raczej młodzieńca o łagodnej niewieściej urodzie, a to oznaczało pasywnego kochanka, co nie licowało z postawą silnego, zwycięskiego wodza).

Bród nie nosili więc również dwaj wymienieni w tytule celebryci - Demetriusz - syn Antygona Jednookiego i Pyrrus, król Epiru (znany chociażby z wojen jakie toczył z Rzymem w Italii, choć już mniej znany z walk toczonych w Grecji). Aratos z Sykionu zaś, trzeci z wyżej wymienionych brodę już posiadał (przynajmniej tak został przedstawiony na posągach i popiersiach). Jednak ta trójka antycznych celebrytów, to byli ludzie, którzy potrafili klęski przemieniać w zwycięstwa, a sukcesy przeciekały im przez palce tak często i licznie, że zamieniały się w klęski. Byli to też ludzie, którzy całe życie służyli jednej idei, aby pod koniec życia (lub w trakcie) bezczelnie ją zdradzić. Ludzie którzy miłowali piękno i luksus a jednocześnie potrafili znosić największe trudy wojennego życia i często dostawali od losu swoistego kopa w tyłek. Byli bardzo popularni w latach swej świetności, po czym słuch o nich ginął, a oni kończyli jako zapomniani i wygnani życiowi rozbitkowie. Postanowiłem podjąć się opisania ich postaci jako swoiste memento (jak bowiem stwierdził Roman Kurski z serialu "Miodowe lata": "Memento, memento w mordę jeża sąsiady, zaprawdę powiadam wam" 😅), iż nigdy nie należy się poddawać i dopóki człowiek żyje, zawsze ma możliwość zmienić swoje życie - zarówno na dobre jak i na złe. Zacznijmy zatem od najstarszego z całej tej trójki, czyli:






DEMETRIUSZ POLIORKETES
(337-283 r. p.n.e.)
Cz. I




Demetriusz urodził się w czasie, gdy niepodległość greckich polis przeszła już do historii i gdy dominacja macedońska nad Helladą stała się faktem. W dolinie pod miastem Cheroneia, 7 dnia miesiąca metageitnion (według kalendarza ateńskiego), czyli w połowie sierpnia 338 r. p.n.e. (licząc naszym kalendarzem) doszło do decydującej i ostatecznej bitwy pomiędzy macedońską armią pod wodzą króla Filipa II i jego syna księcia Aleksandra, a koalicją ateńsko-tebańską, które to starcie zakończyło się całkowitym zwycięstwem Macedończyków. Filip II - władca Macedonii z rodu Argeadów, praktycznie od początku swojego panowania (czyli od 359 r. p.n.e.) był w ciągłym konflikcie z Atenami (dokładnie to od zajęcia przez niego Amfipolis w 357 r. p.n.e. do zawarcia pokoju Filokratesa w 346 r. p.n.e. i potem od mniej więcej 342 r. p.n.e. - kiedy nowa wojna (choć niewypowiedziana realnie) się rozpoczęła, a wypowiedziana została w 340 r. p.n.e. i trwała właśnie do 338 r. p.n.e.), teraz zaś po zniszczeniu armii ateńsko- tebańskiej stał się Filip realnym panem całej Hellady. Największy zwolennik kontynuowania wojny z Filipem, ateński polityk i doskonały mówca Demostenes - zbiegł po klęsce z pola bitwy, a w Atenach podniesiono alarm i rozpoczęto prace nad umocnieniem murów obronnych na wypadek oblężenia miasta przez siły macedońskie (za co odpowiadać miał niejaki Hypereides), to jednak wojna ta realnie już się skończyła. Filip macedoński nie zamierzał też zdobywać Aten (po pierwsze: straciłby na to dużo czasu, wysiłku i ludzi, po drugie: miasto to było doskonale zabezpieczone zarówno od strony lądu jak i morza, więc takie oblężenie mogło zakończyć się fiaskiem), miał już bowiem w głowie inną ideę, panhelleńską wielką wojnę z największym wrogiem Greków - Imperium Perskim. Do tego zaś potrzebował pokoju, zgody i zjednoczenia wszystkich Hellenów.

Co prawda bitwa pod Cheroneą jest swoistą militarną cezurą, odgradzającą dawny sposób prowadzenia wojny (skupiony na bezpośrednich starciach hoplitów w relacji face to face) z nowym (polegającym na większym dystansie pomiędzy przeciwnikami, dzięki zaopatrzeniu macedońskiej falangi w długie włócznie, zwane sarissami, oraz wykorzystaniu w boju konnicy - często przełamującej szeregi nieprzyjaciela. Np. Aleksander bardzo lubił uderzać jazdą na flanki lub tyły nieprzyjaciół, w czasie gdy jego falanga trzymała na dystans wrogie armie dzięki długości swoich sariss). Cheronea stanowi więc cezurę, tak jak cezurę stanowią również bitwy pod Kynoskefalaj z 197 r. p.n.e. czy pod Pydną z 168 r. p.n.e. gdy ostatecznie falangę macedońską (dotąd niezwyciężoną siłę militarną ówczesnego świata) zastąpił nowy rodzaj sił zbrojnych - rzymski legion republikański. W każdym razie król Filip II po swym zwycięstwie narzucił Grecji swoją wolę, obsadzając kluczowe twierdze Hellady (zwane od czasów Filipa V - "Kajdanami Hellady", co po grecku brzmiało: πέδας τῆς Ἑλλάδος). Były to Korynt, Chalkis i Demetrias oraz Oreos i Eretria na Eubei (niektórzy historycy do Kajdan Hellady zaliczają również Sykion i Ateny - czyli te polis, których obsadzenie gwarantowałoby całkowitą kontrolę nad całą Grecją). Tak więc, gdy po klęsce pod Cheroneą Teby poddały się Filipowi, ten za karę za zdradę (Teby wcześniej bowiem były sojusznikiem Macedonii) narzucił im ciężkie warunki pokoju: w Kadmei (tebańskiej twierdzy) zainstalowany został macedoński garnizon, politycy tebańscy niechętni Filipowi zostali straceni lub zbiegli (jeśli udało im się uciec), do Teb powrócili zaś wcześniej wygnani stronnicy króla Filipa w liczbie około trzystu. Spalone wcześniej przez Tebańczyków miasta w Beocji: Plateje, Tespie i Orchomenos miały zostać ponownie odbudowane, Tebańczycy zaś mieli zapłacić nie tylko za wykup swoich jeńców z niewoli, ale również za pochowanie poległych (szczególnie tych ze Świętego Hufca, którzy polegli w bitwie pod Cheroneą walcząc do samego końca. Po zwycięstwie na ich kościach Filip kazał wznieść symbol swej chwały - pomnik lwa cheronejskiego, który przetrwał do dziś dnia. Archeolodzy w tym właśnie miejscu odnaleźli szczątki pochowanych w siedmiu rzędach 254 wojowników, zapewne więc tych ze Świętego Hufca. Tak oto Święty Zastęp - stworzony przez Pelopidasa ok. 378 r. p.n.e. po wyzwoleniu Teb spod spartańskiej okupacji - przestał istnieć dokładnie 40 lat później). Filip II wprowadził również swoje garnizony do Koryntu i Ambrakii (a po jakimś czasie również do Chalkis).

 


Ateny zaś potraktował władca Macedonii wyjątkowo łagodnie. Swego odwiecznego wroga zwolnił na przykład z obowiązku wykupu jeńców wojennych i choć Związek Morski (II Związek Morski) został oficjalnie rozwiązany, to realnie nie funkcjonował już od kilkunastu lat (dokładnie od 355 r. p.n.e.), a Filip pozwolił też Ateńczykom zachować wyspy Lemnos, Imbros, Skyros, Delos i Samos. Król Filip nie uczynił tego wszystkiego, gdyż kierował się jakimiś przesłankami szacunku do pokonanego przeciwnika, wręcz przeciwnie, jego cele były bardzo praktyczne. Po pierwsze zdobycie Aten było realnie niemożliwe i wiązało się z dużymi stratami, których Filip zamierzał uniknąć w bratobójczych walkach w Grecji, a po drugie Filipowi była potrzebna silna ateńska flota do przewiezienia jego armii na azjatycki brzeg, w celu rozpoczęcia inwazji na Persję. Rozsądne warunki pokoju jakie przedstawił współobywatelom zwolniony z niewoli macedońskiej Demades (jeden z ateńskich strategów biorących udział w bitwie pod Cheroneą), a prywatnie przeciwnik polityczny Demostenesa, spowodowała iż partia wojenna (na której czele stali wówczas w Atenach Demostenes, Hyperejdes i Likurg) utraciła poparcie ludu i Ateńczycy zgodzili się na rozsądny pokój ofiarowany przez Filipa. Ponieważ warunki te były nadzwyczaj wielkoduszne, partia promacedońska (na której czele stali Demades, Fokion i Ajschines) zdobyła władzę w mieście, a czołowi Macedończycy (Filip II i jego syn Aleksander, Antypater oraz Alkimachos) zostali obdarzeni ateńskim obywatelstwem i wystawiono ich posągi na Agorze. Po wyprawie na Peloponez i spacyfikowaniu Lakonii (Filip jednak nie ruszył przeciwko Sparcie, choć była ona osłabiona i wciąż pozbawiona murów obronnych - czyli stanowiła łatwy cel (bowiem czasy, w których Lacedemończycy chwalili się Ateńczykom, iż żadna Spartanka nie widziała nigdy oręża obcego wojownika, już dawno minęły), jednak zapewne Filip zamierzał zostawić Spartę jako przeciwwagę dla poszczególnych lokalnych peloponeskich polis, które mogłyby w przyszłości próbować zrzucić macedońską dominację. Filip na jesieni 338 r. p.n.e. wysłał posłów do miast helleńskich z zaproszeniem na kongres zjednoczeniowy, który miał się zebrać w Koryncie. Korynt był tutaj miejscem symbolicznym (a Filip, jak większość Greków - bo przecież za Greka się uważał - lubił symbole). Tutaj przecież w 480 r. p.n.e. stworzono Związek Panhelleński do walki z najazdem Persów, to z Koryntu niedawno (bo w 344 r. p.n.e.) wyruszył niejaki Timoleon, który na Sycylii obalił tamtejszych tyranów (którzy ponownie się zainstalowali na tej wyspie). Dlatego też miasto to było odpowiednie dla zorganizowania kongresu zjednoczeniowego wszystkich Hellenów (zaproszenia które rozsyłał Filip do greckich polis, były pisane w formie rozkazującej) oraz wspólnej wyprawy na Persję.

Kongres zebrał się na wiosnę roku 337 p.n.e. a zaproszenie przyjęły wszystkie kontynentalne miasta greckie (ale bez Sparty) i kilka wyspiarskich. Zawarte tam postanowienia brzmiały mniej więcej tak: nie wolno dążyć do obalenia królestwa Filipa i jego następców, nie wolno dążyć do obalenia ustroju żadnego z polis biorących udział w owym kongresie (chyba że tym ustrojem była tyrania. Filip bowiem, uważający się za Greka, chciał również aby w kwestii symbolicznej idee wolności bliskie Grekom były także reprezentowane na kongresie zjednoczeniowym Hellenów), nie wolno łamać postanowień układu a jeśli dane polis je złamie, inne miasta muszą wystąpić zbrojnie przeciwko niemu. Powołano do życia Synedrion (czyli Radę Związku), a jako hegemona uznano króla Filipa. Uzgodniono tam również wprowadzenie pewnych zabezpieczeń przed bezprawnym stosowaniem kary śmierci i wygnania, oraz zaprezentowano reformę rolną, która miała zwiększyć udział ludności chłopskiej w podejmowaniu decyzji politycznych. Planowano też wyzwolić większą liczbę niewolników, aby przypodobać się i zjednać sobie pomoc bogów. Te ostatnie plany realnie pozostały jednak martwymi zapisami. Głównym celem tego spotkania było bowiem oddanie w ręce Filipa pełnego dowództwa nad wojskiem poszczególnych greckich polis, przed spodziewaną inwazją na Persję. Filip II został jednak zamordowany w październiku 336 r. p.n.e. (zapewne z polecenia swej małżonki - Olimpias z Molossy) i jego plany ataku na Persję musiały zostać czasowo wstrzymane. Dalej podjął je syn Filipa i Olimpias - Aleksander, który przeszedł do historii jako wielki władca i zdobywca całego znanego wówczas Wschodu.




W tym właśnie czasie (337 r. p.n.e.) na świat przyszedł syn Antygona Jednookiego (stracił oko w 340 r. p.n.e. podczas oblężenia Perintu), rówieśnika (i zapewne - choć nie ma na to żadnych dowodów - przyjaciela) króla Filipa II. Ród w którym się narodził Demetriusz był możnym rodem macedońskim wywodzącym się z Elimei, leżącej na granicy Epiru i Tesalii. Jego ojciec wziął udział w inwazji Aleksandra Wielkiego na Persję w 334 r. p.n.e., czyli młody Demetriusz dorastał już w przekonaniu niezwykłości dokonań młodego władcy Macedonii i wszystkich, którzy w tej kampanii wraz z nim brali udział. Demetriusz nie miał nawet siedmiu lat, gdy Persja została rozbita, król Dariusz III zamordowany przez jednego ze swych satrapów, a Aleksander stał się władcą olbrzymiego Imperium. Zaczynały się nowe czasy i przed Hellenami otwierały się nieprawdopodobne możliwości, których ani ich ojcowie, ani dziadowie nigdy, nawet w najśmielszych snach nie byli w stanie doświadczyć. Grecki język stał się językiem władców i zdobywców, a grecka rasa stała się realnie rasą panów na olbrzymich terenach Wschodu. Aż nadszedł i ten dzień, gdy w czerwcu 323 r. p.n.e. (czyli miesiącu daisios), w dawnym pałacu władców Persji w Babilonie umierał wielki król i zdobywca. On, żyjący Bóg Zeus i Amon w jednej osobie, on, przed którym drżeli monarchowie i którego potęgi obawiały się wszystkie okoliczne ludy ówczesnego świata, teraz toczył swą ostatnią batalię, umierał po zaledwie trzynastu latach panowania w wieku 33 lat. Ten, którego miano za równego bogom, nieśmiertelnego, do ostatnich chwil wierzył że uda mu się uniknąć śmierci i leżąc już na łożu wydawał ostatnie polecenia swym dowódcom odnośnie wyprawy do Arabii, do której zamierzał się udać, aby ją zdobyć. Przed pałacem gromadziły się tłumy jego wiernych żołnierzy, którzy pragnęli ostatni raz ujrzeć wodza, a szum, spowodowany tymi zaburzeniami był tak wielki, że hetajrowie ("towarzysze" - osobista straż macedońskich władców) strzegący bram pałacu musieli ustąpić i żołnierze wdarli się do środka. Bez zbroi, bez broni, w samych tylko chitonach żołnierze przechodzili przed umierającym "bogiem" oddając mu w milczeniu ostatnią cześć. Aleksander Wielki zmarł ostatecznie 10 czerwca 323 r. p.n.e. o zachodzie słońca (dwa dni po pożegnaniu z żołnierzami) czyli 26/27 dnia miesiąca daisios, w drugim roku 114 Olimpiady - jakby to określili Grecy. Jego zdobycze są uważane za podobne w skali odkryciu Ameryki przez Krzysztofa Kolumba (choć nie jest to właściwe porównanie, Grecy bowiem i Macedończycy nie zdobywali świata nowego, świata nieznanego. Wschód był bowiem dobrze znany Grekom od bardzo dawnych czasów, nie zdobyto też ziem należących do ludów będących na niższym poziomie cywilizacyjnym - jak miało to miejsce w Ameryce Środkowej czy Południowej. Grecy zajmowali ziemie należące do ludów o wysokiej kulturze zarówno materialnej jak i duchowej, a mała Hellada została nagle obsypana złotem płynącym ze wszech stron nowo zdobytego Imperium. To późniejsza dominacja grecka na tych terenach, to jest jedyne, co łączy podboje Aleksandra Wielkiego z odkryciami Kolumba, Magellana i innych odkrywców). Powstał więc świat zamieszkały przez Greków (ojkumene), którzy zasiedlali swoiste wyspy, otoczone zawsząd morzem innych ludów - teraz im podległych.




Realnie jednak od czasu podbojów Aleksandra Wielkiego poznawanie dziejów Grecji właściwej się kończy (przynajmniej w większości podręczników do historii). Wówczas to albo przenosimy się na Wschód i śledzimy zwycięstwa macedońskich armii, lub kształt państw ustanawianych przez następców Aleksandra Wielkiego na ogromnych obszarach zdobytego Wschodu, albo też podążamy na zachód, do coraz prężniej radzącej sobie w Italii rzymskiej Republiki, zostawiając dzieje Grecji właściwej tak, jakby w tym momencie nic tam się istotnego już nie działo. Jest to ogromny błąd, ponieważ Grecja aż do podboju rzymskiego w 146 r. p.n.e realnie była areną nieustannych walk i zawieranych sojuszy, tutaj rozgrywały się również istotne wydarzenia polityczne, mające wpływ na przebieg wielu dynastycznych planów i rozwój poszczególnych hellenistycznych krajów. Zapewne więc opisując dzieje zarówno Demetriusza, Pyrrusa z Epiru czy szczególnie Aratosa z Sykionu - wielokrotnie będę powracał do Grecji właściwej, aby pokazać że ziemia ta nie była zapomnianym już wówczas przez Boga i historię (historyków) skansenem, na którym nic się ciekawego nie wydarzyło, tylko istotnym politycznym centrum walki o wpływy wśród ambitnych hellenistycznych wodzów, królów i polityków. Piszę to, ponieważ czasem denerwuje mnie ten nieprawdopodobny wręcz zwyczaj przerzucania zainteresowania historyków na inne regiony, tak, jakby uważać że jedynym okresem wartym zaprezentowania w dziejach Grecji antycznej jest ten mniej więcej od VI do końca IV wieku p.n.e. a potem to już czarna dziura. Co prawda powracamy jeszcze na krótko do Grecji wraz z rzymskimi legionami w II wieku p.n.e., ale tylko po to, żeby pokazać że Grecy to już są przeciwnicy Rzymu, czyli piszemy historię już z punktu widzenia zdobywców znad Tybru. Moja książka (którą piszę w wielkich bólach, stopniowo przerywając nad nią pracę i ponownie do niej wracając) opowiadająca o historii starożytnych Hellenów, obejmuje więc czasy najdawniejsze (neolityczne), jak również te, w których realnie Grecja utraciła swą niepodległość polityczną i stała się częścią rzymskiego Imperium (co prawda zdobycie materiałów na ten temat wiele mnie już kosztowało i zapewne będzie jeszcze kosztowało, ale uważam że warto jest przedstawić taką dogłębną analizę dziejów antycznych Hellenów). Mimo to nawet ja ulegam ogromnej wręcz presji większego zainteresowania się dziejami rzymskimi niż greckimi, szczególnie począwszy od II wieku p.n.e. Moja fascynacja antykiem zawsze bowiem wiązała się przede wszystkim z historią rzymską, to jednak mimo wszystko uważam takie patologiczne wręcz odrzucanie dziejów Grecji od chwili rozpoczęcia podbojów Aleksandra Wielkiego za niewłaściwe, błędne i szkodliwe dla lepszego poznania dziejów i atmosfery tamtych czasów (bo przecież silny duch grecki pozostał na Wschodzie dominujący również w czasach Imperium Rzymskiego, a Pompea Plotyna - żona cesarza Trajana - doprowadziła do ponownego odrodzenia się greki na Wschodzie - na początku rządów nowego cesarza Hadriana, czyli po 117 r. Odrodzenie to było jednak tylko symboliczne, bowiem realnie ono nigdy nie uległo żadnemu zahamowaniu, a jedynie tylko w formie prawnej przez prawie trzysta lat dominowała tam łacina, lud zaś nadal mówił po grecku).






CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...