WYŚWIETLENIA

18 września 2025

HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. III

OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ 
DO KATARZYNY PARR





KATARZYNA ARAGOŃSKA
(Czyli hiszpańskie noce) 
Cz. II


W pokoju londyńskim podpisanym w październiku 1518 r. przez przedstawicieli Anglii, Francji, Hiszpanii, Cesarstwa Rzymskiego (kraje Rzeszy), Papiestwa, Burgundii i Niderlandów, poszczególne kraje wyrzekały się w swej polityce używania agresji militarnej, oraz deklarowały że podejmą walkę z każdym, kto złamie postanowienia traktatu, zaś stosunki międzynarodowe zamierzano prowadzić na dotychczasowej zasadzie status quo ante. Traktat nie przetrwał jednak długo i okazał się fiaskiem pokojowej polityki Wolsey'a.

W 1518 r. ponownie na kardynała Wolsey'a spłynęły kolejne zaszczyty. W maju otrzymał od papieża Leona X tytuł "legatus a latere" - (bocznego legata), czyniąc go najpotężniejszym po papieżu przedstawicielem Kościoła w Anglii. Zaś w lipcu otrzymał również biskupstwa Bath i Welles, co uczyniło Wolsey'a również niezwykle majętnym, zaś pokój londyński - podpisany w październiku tego roku (podpisano tam również oddzielny układ sojuszniczy angielsko-francuski), przez pewien czas ustabilizował sytuację polityczną w Europie Zachodniej, zgodnie z myślą polityczną kardynała. Jednak już w roku następnym mizerne więzy traktatu zaczęły się sypać. 12 stycznia 1519 r. zmarł cesarz rzymsko-niemiecki Maksymilian I Habsburg, zaś o koronę po nim (która była wybieralna, a o wyborze przyszłego cesarza decydowali wolni elektorzy Rzeszy), rozpoczęli zaciętą dyplomatyczną walkę: król Francji Franciszek I Walezjusz i król Hiszpanii Karol II (V), siostrzeniec Katarzyny Aragońskiej.

Do walki o tytuł władcy Cesarstwa Rzymsko-Niemieckiego włączył się nieoczekiwanie również Henryk (choć szanse jego wyboru wśród elektorów były minimalne), jako że zawsze lubił rywalizować z wielkimi tego świata. Franciszek oficjalnie "kupował" elektorów, lecz podobnie postępował również i Karol, który wreszcie wygrał głosowanie i 28 czerwca 1519 r. wybrany został cesarzem rzymskim narodu niemieckiego jako Karol V. Spowodowało to ponowne pogorszenie stosunków francusko-hiszpańskich. W lutym 1520 r. do Londynu przybył poseł króla Francji proponując wzajemne odnowienie sojuszu i osobiste spotkanie monarchów między Calais a Guisnes - szczegóły uzgodniono dopiero w maju tego roku, a w tym właśnie miesiącu do Londynu przybył przyszły (jeszcze nie koronowany) cesarz rzymski Karol V. Spotkał się on po raz pierwszy ze swą ciotką Katarzyną Aragońską i królem Henrykiem, którego próbował odwieść od spotkania z Franciszkiem. Daremnie, wszystko było już przygotowane do wizyty obu władców i 7 czerwca 1520 r. rozpoczęła się wizyta Henryka VIII i jego dworu na zorganizowanym przez Franciszka tzw.: "Polu Złotogłowia".




Na miejsce spotkania Franciszek wybrał pobliskie pola niedaleko Calais (jedynej angielskiej twierdzy na kontynencie - pozostałość po wojnie stuletniej 1337-1453), między Guines i Ardres. Wzniósł tam prawdziwe złote miasto (na czas wizyty władców), by zaimponować Henrykowi potęgą Francji i odwieść go od sojuszu z cesarzem Karolem V Hiszpańskim. Miasteczko to obejmowało obszar 10.000 m kw. i było wyjątkowe. W Guines Franciszek wzniósł specjalnie dla Henryka wspaniały (tymczasowy - na czas wizyty) pałac, w którym król przebywał wraz ze swym dworem. Wewnątrz zaś prawie wszystkie meble i naczynia które miał używać Henryk wykonane były ze złota, bądź też były pozłacane. Na zewnątrz zaś miasteczka (złożonego z ogromnej ilości różnobarwnych namiotów w liczbie ok. 2800), wzniesiono dwie wielkie, prawdziwe (tymczasowe) fontanny z których cały czas lało się wino. 

Trwające do 24 czerwca spotkanie monarchów, tylko jeszcze bardziej ich do siebie zraziło (szczególnie upokorzony poczuł się Henryk po przegranym pojedynku zapaśniczym z królem Francji), niczego też nie odnowił, a przeciwnie stworzył podstawy pod kolejny sojusz Henryka z Karolem. W czasie trwania spotkania monarchów, obecny również na nim ambasador Wenecji napisał w swym liście, że choć "obaj królowie bardzo się starają i wzajemnie obdarowują prezentami i komplementami, wyraźnie widać jak bardzo się nie lubią". 




Już w lipcu (by zrobić na złość Franciszkowi), Henryk w Calais powitał na wspaniałym bankiecie specjalnie dla niego urządzonym (który choć w połowie miał przyćmić wspaniałości Pola Złotogłowia), Karola V. Tam też 14 lipca 1520 r. podpisał z cesarzem traktat, który zabraniał stronom zawierania z Francją jakichkolwiek sojuszy w przeciągu następnych dwóch lat. Franciszek, gdy dowiedział się o spotkaniu, był wściekły, wykrzykując wówczas w gniewie, że gdy zajmie Londyn, Henrykowi nie będzie już tak do śmiechu. Henryk zerwał również zaręczyny swej 4-letniej córki Marii z Delfinem Francji (tytuł następców francuskiego tronu), synem króla Franciszka - 2-letnim Franciszkiem, księciem Bretanii. Zaś w 1521 r. Henryk wyraził zgodę na propozycję Karola poślubienia przez niego swej córki Marii.

Wolsey, w ciągu swych piętnastu lat pełnienia funkcji Lorda Kanclerza Anglii, stał się osobą tak potężną i wpływową, oraz zgromadził w swych rękach taką władzę - jakiej nie miał jeszcze nigdy wcześniej żaden kanclerz przed nim. Jednocześnie przeprowadzał reformy, m.in.: reformę finansów państwa (wówczas niezbędną), polegającą na wprowadzeniu tzw.: "subwencji" opracowanych przez ekonomistę Jana Herona. Swoistym novum było w nim przeprowadzenie dokładnej wyceny majątku podatnika i opracowanie podatku na podstawie jego dochodu (wcześniej podatek był płacony w równej mierze zarówno przez bogatych jak i ubogich. Nowa reforma znacznie ulżyła warstwom uboższym, a także dzięki niej udało się w krótkim czasie uzyskać dla króla 300 000 funtów (ogromna wówczas kwota), które Henryk przeznaczał na rozwój floty i budowę nowych pałaców. Wolsey doprowadził też do zreformowania sądów angielskich, opierając wydanie wyroku przez sędziego na tzw.: "zasadzie sprawiedliwości" (innymi słowy konieczności udowodnienia winy oskarżonemu, w przeciwieństwie do wcześniejszej zasady udowodnienia przez oskarżonego swej niewinności).

W listopadzie 1521 r. Wolsey otrzymał opactwo St. Albans, zaś w kwietniu tego roku kardynał doprowadził do upadku i aresztowania Edwarda Stafforda, księcia Buckingham (żył on w latach 1478-1521). Podejrzenia jakoby książę planował morderstwo króla, docierały do kardynała już od jesieni roku poprzedniego. Buckingham miał o wiele większe prawo do tronu Anglii, jego rodzina wywodziła się bowiem bezpośrednio od Edwarda III (panował w latach 1327-1377, syna Edwarda II i Izabelli zwanej "Francuską Wilczycą", niezwykle energicznej kobiety - została ona również przedstawiona w filmie "Braveheart" - "Waleczne Serce", z Melem Gibsonem w roli głównej). Do tego jeszcze matka Buckingham'a była siostrą króla Edwarda IV z rodu Yorków (króla w latach 1461-1483), zatem jego prawa do tronu były o wiele większe niźli Henryka VIII.




Nie jest jednak pewne, czy rzeczywiście Buckingham przygotowywał plan zrzucenia Henryka z tronu (choć wydaje się to bardzo prawdopodobne). Pewnym jest natomiast, że żywo nienawidził Wolsey'a. Doszło nawet do pewnego nieprzyjemnego incydentu, gdy Buckingham służąc Henrykowi podczas posiłku (trzymał wówczas miskę z wodą do obmycia rąk), podszedł do niego Wolsey, również chcący obmyć ręce - ten wylał mu zawartość miski na buty, po czym po prostu wyszedł (prawdopodobnie nie mógł znieść upokorzenia jakoby syn rzeźnika, za którego uchodził Wolsey, stał wyżej od niego - dziedzica królewskiej krwi). Buckingham miał również wielki żal do Henryka, że ten jeszcze w 1510 r. uczynił swą nałożnicą jego siostrę Annę Hastings hrabinę Huntington (niezwykle piękną kobietę jak mówią o niej źródła), którą, co król miał w zwyczaju, szybko się znudził i porzucił.

Wolsey swe podejrzenia dotyczące Buckingham'a przedstawił królowi, a ten nakazał zbadać sprawę. W dniu 8 kwietnia 1521 r. książę został aresztowany niedaleko swej posiadłości w Thornbury i przewieziony w asyście zbrojnych do Londynu, a następnie (16 kwietnia), zamknięty w wieży w Tower. 13 maja rozpoczął się proces księcia. Sądzony był przez kapitułę 17 sędziów pod przewodnictwem księcia Norfolk. Zanim jednak proces się rozpoczął, werdykt królewski był już gotowy - Buckingham miał umrzeć (Henryk nie mógł pozwolić mu w takiej sytuacji żyć, niosło to za sobą zbyt duże niebezpieczeństwo dla dynastii, tym bardziej że Lancasterowie - dzięki którym Tudorowie posiadali niezwykle dyskusyjne prawo do tronu, byli przeciwnikami Yorków, z których wywodził się Buckingham - biała róża Yorków, czerwona Lancasterów). Tym bardziej że Henryk wciąż nie miał legalnego dziedzica (miał jedynie córkę Marię i syna z nieprawego łoża - Henryka Fitzroya), oznaczało to, że w przypadku gdyby królowi coś się stało (np. zginął w wypadku w czasie turnieju rycerskiego), Buckingham byłby niekwestionowanym następcą tronu. Nawet w czasie życia Henryka wielu twierdziło, że to właśnie książę powinien objąć tron.

Księcia pogrążyli świadkowie (nie jest pewnym czy mówili prawdę czy nie), niejaki Gilbert (sługa księcia) i Delacourt (osobisty spowiednik Buckinghama). Książę został oskarżony o planowanie zamordowania króla z zamiarem osadzenia się na tronie, oraz o opłacanie wróżb, mówiących o śmierci króla (co było równoznaczne ze zdradą stanu). Został stracony 17 maja 1521 r. na dziedzińcu Tower. Tak Henryk pozbył się niebezpiecznego konkurenta do korony i władzy.




W tym samym roku (1521) papież Leon X (pontyfikat 1513-1521) przyznał Henrykowi tytuł "Defensor Fidei" - "Obrońca Wiary"), za traktat napisany przez króla (przy wybitnej pomocy angielskiego prawnika, filozofa i polityka, a prywatnie przyjaciela Henryka VIII - Tomasza Morusa, który żył w latach 1478-1535), zatytułowany - "Obrona siedmiu sakramentów", w którym Henryk potępiał Marcina Lutra i jego reformację, nie szczędząc mu przy tym słów niewybrednej krytyki. 

1 grudnia 1521 r. zmarł ów papież Leon X. Wówczas to przed Wolsey'em stanęła wspaniała okazja kandydowania na opróżniony urząd następcy św. Piotra i namiestnika Chrystusa na ziemi. Liczył bardzo na wsparcie udzielone przez Karola V, siostrzeńca Katarzyny Aragońskiej, lecz ten nieoczekiwanie poparł swego nauczyciela Holendra - Adriaana Florenszoon'a Boeyens'a (żył 1459-1523, pontyfikat 1522-1523, był on ostatnim papieżem nie Włochem przed pontyfikatem Jana Pawła II w 1978 r.). Zapewne wsparcie udzielone przez samego cesarza, miało decydujący wpływ na głosy kardynałów podczas konklawe, które rozpoczęło się dnia 27 grudnia 1521 r. a zakończyło 9 stycznia 1522 r. wyborem Adriaana na nowego papieża - Hadriana VI. Wolsey był tym załamany.

Rok 1522 był kwintesencją dobrych stosunków angielsko-hiszpańskich. W czerwcu tego roku do Anglii przybył (po raz drugi) siostrzeniec Katarzyny Aragońskiej i władca Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego - Karol V. Henryk i Katarzyna powitali go wspaniałymi ucztami, bankietami i maskaradami, a 16 czerwca w Windsorze podpisano wzajemny traktat sojuszniczy angielsko-hiszpański skierowany przeciw Francji. Również tego dnia Anglia wypowiedziała Francji wojnę. Postanowiono że armia angielska wyruszy do Francji na wiosnę roku następnego. 

Aby jednak do tego doszło, potrzebne były pieniądze (jak mawiał Cesarz Napoleon, do prowadzenia wojny potrzeba trzech rzeczy - pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy), a żeby je zdobyć, trzeba by było ogłosić nowe podatki. To zaś na mocy podpisanej w 1215 r. przez króla Jana bez Ziemi - "Wielkiej Karty Swobód", mógł uczynić jedynie Parlament (Jan bez Ziemi był bratem Ryszarda Lwie Serce i panował w latach 1199-1216. Jest on zawsze przedstawiany jako postać negatywna, szczególnie w filmach o przygodach Robin Hood'a, zapisał się bowiem w pamięci Anglików tak niekorzystnie, że już nigdy potem żaden królewski syn nie otrzymał imienia Jan. Choć nie uczynił niczego gorszego od swych poprzedników czy następców, po prostu chciał obalić zbrojnie "Wielką Kartę Swobód" i ściągał do tego przeciw Anglii najemników z całej zachodniej Europy).

Król Henryk poprosił parlament o dotację 800 000 funtów na wojnę z Francją, jednak Izba Gmin odmówiła poboru nowego podatku (król nie zwoływał Parlamentu od 1515 r. szlachta zamierzała więc go tym samym ukarać). Wówczas król poprosił swego przyjaciela Tomasza Morusa, który był wtedy marszałkiem parlamentu, aby ten przekonał posłów, by przyznali królowi o wiele mniejszą kwotę 100 000 funtów i to aż na cztery lata. Karol V widząc zwłokę Anglików w ataku Francji (choć Henryk palił się do wojny, lecz brak mu było na to środków), ponoć wpadł w gniew i uznał że Anglicy go oszukali. Henryk, żeby nie okazać się bałamutny, wysłał do Francji niewielką armię pod wodzą swego przyjaciela - Karola Brandona. Ten dotarł do Calais w czerwcu 1523 r. i wraz z holenderskim hrabią Buren i Leerdam - Florisem van Egmontem, ruszył przeciwko Francji (jego działania były ograniczone jedynie do niewielkiego terenu, mimo to udało mu się opanować znaczną część ziem Boulonais i części Artois), jednak już w listopadzie musiał rozwiązać armię (brak funduszy) i wrócił przez Calais do Anglii.

W drugiej połowie 1523 r. stosunki hiszpańsko-angielskie ponownie się pogorszyły. Powodem tego stanu rzeczy była śmierć papieża Hadriana VI (14 września 1523 r.). Wolsey liczył, że tym razem Karol V poprze jego kandydaturę na Tron Piotrowy, niestety po raz kolejny doznał zawodu. Cesarz poparł Włocha z potężnej italskiej rodziny Medyceuszy - Juliusza Medyceusza (Giulio de Madici), który został wybrany papieżem dopiero 19 listopada (po dwumiesięcznym konklawe) i przyjął imię Klemensa VII. Nowy papież jednak nadał Wolsey'owi tytuł księcia-biskupa Durham (co także wiązało się z pokaźnymi dochodami).

Sojusz hiszpańsko-angielski trwał więc nadal. Widać to szczególnie wyraźnie po radości Henryka, którą okazał posłowi przynoszącemu mu wieści o wspaniałym zwycięstwie sił hiszpańsko-niemieckich w bitwie z Francuzami pod Pawią 24 lutego 1525 r. Radość była podwójna, bowiem udało się Karolowi V pojmać króla Franciszka I wraz z dużą częścią jego sztabu (reszta poległa - z 23 500 żołnierzy francuskich, w bitwie poległo ok. 12 000, do niewoli zaś trafiło ok. 9 000 żołnierzy i oficerów). Była to więc największa klęska militarna Franciszka I i największe zwycięstwo jego konkurenta Karola V. Franciszek został odesłany do Hiszpanii i trzymany w "luksusowym więzieniu", do czasu, gdy w roku następnym (1526) nie podpisał upokarzającego układu pokojowego. Potem co prawda został uwolniony, ale... jako gwaranta wypełnienia podpisanego pokoju musiał wysłać do Toledo swego wówczas 8-letniego pierworodnego syna - Franciszka, księcia Bretanii, który zajął jego miejsce w owym "luksusowym więzieniu".


BITWA POD PAWIĄ
1525 r.



Henryk zorganizował wspaniałe igrzyska, pojedynki rycerskie i bankiety dla uczczenia zwycięstwa (choć Anglia praktycznie w tej wojnie udziału nie brała, nie licząc krótkiej i bezowocnej eskapady Brandona). Liczył również na to, że teraz, gdy Franciszek jest uwięziony, uda mu się odzyskać dawne angielskie posiadłości we Francji (czyli całą Bretanię, Akwitanię, Normandię i Gaskonię), lub nawet uzyskać samą koronę Francji. Henryk wiedział jednak że cesarz nic mu nie da "z łaski", wiedział że nadszedł moment by ponownie wkroczyć zbrojnie do Francji i odebrać to, co utracili jego poprzednicy na angielskim tronie. Wciąż mu jednak brakowało na to pieniędzy. Król nakazał więc Wolsey'owi by ten przekonał Parlament o konieczności skorzystania z szansy podboju Francji i przyznania owych 800 000 funtów na wyprawę. Gdy jednak Wolsey'owi skończyły się argumenty merytoryczne, próbował grozić posłom, co jedynie wywołało działanie wprost przeciwne do zamierzonego. Oburzona szlachta żądała natychmiastowego odebrania kardynałowi tytułu Lorda Kanclerza i wygnania go. Wreszcie musiał osobiście interweniować sam król, który wszedł na salę obrad i publicznie przeprosił za swego kardynała (jednak w żaden sposób go nie ukarał). Ponownie nic nie wyszło ani z przyznaniem funduszy na wojnę, ani tym bardziej z atakiem na Francję.

To zaś ponownie pogorszyło stosunki angielsko-hiszpańskie i Henryk VIII postanowił znów zawrzeć sojusz z Francją. W sierpniu 1525 r. Karol V ogłosił zerwanie swych zaręczyn z córką króla i Katarzyny Aragońskiej - księżniczką Marią. Był to policzek wymierzony Henrykowi, ten postanowił odpłacić się Karolowi pięknym za nadobne. Już 30 sierpnia 1525 r. Henryk podpisał nowy traktat sojuszniczy z Francją (z matką króla Franciszka i jednocześnie regentką Francji na czas pobytu syna w cesarskiej niewoli - księżną Ludwiką Sabaudyjską - Franciszek uwolniony zostanie z niewoli dopiero w 1526 r, jednak za wolność będzie musiał zapłacić upokarzającym traktatem pokojowym, w którym oddawał Karolowi V wszystkie swe włoskie posiadłości - Księstwo Mediolanu , księstwa Asti, Monferrato i Saluzzo, a także prawa do Królestwa Neapolu - oraz Burgundii, Tournai i praw do zwierzchnictwa nad Artois i Flandrią. Za swą wolność i pewność że król nie złamie warunków traktatu, Franciszek I musiał oddać w niewolę swego pierworodnego syna księcia Franciszka, co było dla niego dużym ciosem). Anglia włączyła się również do koalicji antyhabsburskiej wraz z Francją, Wenecją, Florencją, Mediolanem i Państwem Kościelnym (Rzym), tworząc tzw.: Ligię z Cognac.  




Henryk zaoferował również rękę Marii dla drugiego syna króla Franciszka - księcia Henryka (późniejszego króla Francji Henryka II). Młodzi (Maria miała wówczas 11 lat zaś Henryk 8), zostali sobie oficjalnie zaręczeni w maju 1527 r. Henryk z tej okazji wydał wspaniały bankiet w Londynie i tam też przybyli do niego posłowie z Italii, przynosząc straszne wieści. 6 maja 1527 r. wojska cesarskie zdobyły Rzym. Padło święte miasto, a cesarscy najemnicy dokonali niewyobrażalnych zniszczeń i rzezi mieszkańców (nieznanych tu od ostatniego zdobycia Rzymu przez Wandalów przed ponad tysiącem lat - w 455 r. Choć większe wrażenie na mieszkańcach rozkładającego się Imperium Zachodniorzymskiego spowodował pierwszy upadek miasta w 410 r. zdobyty wówczas przez barbarzyńskich Wizygotów pod wodzą Alaryka I. Choć już od dawna przeróżne plemiona wdzierały się wgłąb Imperium Romanum, od ośmiuset lat Rzym nie został zdobyty przez żadną wrogą armię, był więc prawdziwym schronieniem, szczególnie od czasów wzniesienia nowych, solidnych murów przez cesarza Aureliana (panował 270-275), zwanych aureliańskimi. Bowiem po upadku monarchii, w czasach Republiki i w pierwszych dwóch wiekach Cesarstwa - Rzym nie potrzebował murów obronnych, miał bowiem najskuteczniejszą machinę militarną ówczesnego świata - legiony. Ostatni raz Rzym padł w 387 r. p.n.e. w czasach gdy był jeszcze niewielkim drewnianym miasteczkiem, z władzą sięgającą jedynie okolic rzeki Tyber. Padł wówczas pod ciosami Galów pod wodzą Brennusa. Gdy ponad trzysta lat później (58-51) Cezar podbił Galię, uznano to za zadośćuczynienie za splądrowanie Rzymu)
 

"BRENNUS I JEGO ŁUPY"
 OBRAZ PAULA JOSEPHA JAMINA z 1893 r.



Papież Klemens VII został zamknięty jako cesarski więzień na Zamku św. Anioła w Rzymie (Zamek św. Anioła był początkowo mauzoleum rzymskiego cesarza Hadriana - Publiusa Aeliusa Hadrianusa - który władał Imperium w latach 117-138. Zamek ten został w początkach średniowiecza zamieniony na papieski pałac). Sprawa była poważna, tym bardziej że w kwietniu tego roku król oświadczył Annie Boleyn że jeśli zechce zostać jego maitresse-en-titre (jedyną oficjalną metresą) i wreszcie mu ulegnie, on spełni każdy jej kaprys i uczyni wszystko by tylko ją zadowolić, by była szczęśliwą. Anna jednak odmówiła, twierdząc że nie chce, jak jej siostra Maria, być nazywana "królewską ladacznicą". Stwierdziła też, że swą cnotę odda jedynie mężowi i to dopiero po ślubie. Ta deklaracja spowodowała, że w połowie kwietnia 1527 r. król postanowił rozwieźć się z Katarzyną Aragońską, by poślubić Annę i wreszcie ją posiąść. Zadanie to wyznaczył właśnie Wolsey'owi.

Jeszcze w kwietniu wysłano do Rzymu poselstwo, które miało zawieźć papieżowi prośbę króla Henryka o unieważnieniu małżeństwa (a nie rozwodzie, co bardzo ważne) z Katarzyną. Jako powód rozwodu, król stwierdzał, iż popełnił grzech poślubiając żonę brata. W Księdze Kapłańskiej (20:21), bowiem było napisane: "Jeśli zaś mężczyzna weźmie żonę swego brata, jest to coś odrażającego. Odsłonił nagość swego brata. Będą bezdzietni". Aby zaś pomóc papieżowi w szybkim podjęciu "właściwej" decyzji, Henryk wysłał również do Rzymu sporą sumę pieniędzy, jako "upominek" dla Ojca Świętego.  

Sacco di Roma - czyli złupienie Rzymu przez wojska hiszpańsko-niemieckie 6 maja 1527 r. zupełnie zmieniło sytuację (poza licznymi mordami dokonywanymi na mieszkańcach, dochodziło też do częstych i licznych gwałtów. A szlachetne i majętne Rzymianki zostały sprowadzone do roli służących dla zwycięskich żołdaków i zmuszane były do prania im bielizny oraz innych posług). W ręce zwycięzców wpadły wielkie skarby Wiecznego Miasta, gromadzone przez kolejnych papieży, a także "podarek" od Henryka dla Klemensa VII. Zresztą papież nie był w stanie teraz podjąć jakiejkolwiek decyzji (Karol był potężnym europejskim władcą, wcześniej zniewolił Franciszka I, teraz także i papieża). Sytuacja stała się patowa a szybkiego rozwiązania nie można się było spodziewać. Jak na złość (dla Wolsey'a, który został obarczony przez króla misją przekonania papieża do udzielenia rozwodu), król coraz bardziej zakochiwał się w dwórce swej żony. Pałał do Anny coraz większą namiętnością, jednocześnie szanując jej czystość, ale pragnął czym prędzej ją poślubić, posiąść i spłodzić syna - następcę angielskiego tronu.

Wolsey początkowo starał się odwieźć króla od związku z "tą głupią dziewką", jak się niegdyś o niej wyraził, lecz jego błagania powodowały tylko wybuchy królewskiego gniewu i zapewnienia Wolsey'a, że uczyni wszystko, byle tylko Najjaśniejszy Pan czym prędzej mógł uwolnić się od żony i poślubić Annę Boleyn. Już 17 maja 1527 r. Wolsey zwołał w Londynie tajny sąd kościelny, który zebrał się jedynie dwa razy, po raz drugi 31 maja - oświadczając że nie ma uprawnień do decydowania o tak poważnej sprawie, jaką był królewski rozwód. Sprawę zamierzano bowiem odesłać do papieża, gdy tylko będzie już to możliwe (czyli gdy papież będzie wolny). Problem jednak był w tym, że Henryk czekać nie zamierzał, za bardzo pragnął Anny, nakazał więc Wolsey'owi podjąć w tej sprawie bardziej zdecydowane kroki.




Wolsey udał się więc z początkiem lipca 1527 r. do Francji, na dwór Franciszka I, by przekonać króla, aby ten wykorzystał swe wpływy i przekonał papieża by zezwolił Wolsey'owi na osobiste zdecydowanie w sprawie królewskiego rozwodu. W tym samym czasie wrogowie kardynała (szczególnie Tomasz Howard i Tomasz Boleyn - ojciec Anny, oraz frakcje dworskie z nimi związane a niechętne Wolsey'owi), starali się przekonać króla, że kardynał tak naprawdę nie pragnie rozwodu, lecz chce jedynie zyskać na czasie, bowiem liczy że królewskie uczucie względem Anny z czasem osłabnie. Król początkowo nie dawał wiary owym pomówieniom i osobiście wielokrotnie bronił Wolsey'a. Jednak we wrześniu tego roku kardynał powrócił z Francji z niczym (nie udało mu się nie tylko przekonać Franciszka do wsparcia królewskiej sprawy rozwodowej, lecz także nie powiodła się próba zwołania w Paryżu synodu kardynałów, którzy mogliby zadecydować - ze względu na papieską niewolę, w sprawie królewskiego rozwodu). Henryk widząc że jego kardynał, któremu ufał bezgranicznie, wraca ponownie z niczym, zaczął się zastanawiać czy aby na pewno Wolsey pragnie tego samego co on i czy rzeczywiście dąży do uzyskania rozwodu z Katarzyną Aragońską.

Trzeba jednak dodać, że choć kardynał Wolsey z całych sił zabiegał o uzyskanie od papieża rozwodu dla króla Henryka z królową Katarzyną, to prowadził też i swoją "cichą" grę. Wolsey nie chciał by król po unieważnieniu pierwszego małżeństwa - poślubił kobietę, której rodzina pragnęła go zniszczyć. Dlatego też będąc w Paryżu (lipiec-wrzesień 1527 r.) zabiegał by po rozwodzie Henryk mógł poślubił córkę zmarłego Ludwika XII - księżniczkę Renatę (młodszą od Henryka o prawie 20 lat). Lecz najpierw musiał wywalczyć rozwód. Sprawa się przeciągała i to pomimo faktu, że papieżowi Klemensowi VII udało się uciec z Zamku Świętego Anioła (w przebraniu żebraka) i przechytrzyć cesarskie straże (miało to miejsce 6 grudnia 1527 r.), po czym zbiegł do Orvieto, gdzie żył w bardzo ciężkich warunkach.

Dowiedziawszy się o tym już w styczniu 1528 r. kardynał napisał do papieża list z prośbą i powodami Henryka dotyczącymi wydania jak najszybszego unieważnienia królewskiego małżeństwa. Również w styczniu tego roku Anglia i Francja wspólnie wypowiedziały wojnę cesarzowi. A ponieważ papież nie spieszył się z podjęciem decyzji w sprawie rozwodu, Henryk w początkach lutego wysłał do Rzymu doktora teologii Edwarda Foxa (żył 1496-1538) i Stephen'a Gardiner'a - doktora prawa cywilnego (żył 1493-1555), którzy mieli przekonać papieża (prośbą, zapewnieniami odwdzięczenia się papieżowi przez Henryka za pomyślną decyzję, a nawet groźbą, gdyby papież nie był do niej skłonny) o podjęciu czym prędzej decyzji. Papież jednak dopiero 13 kwietnia 1528 r. wyznaczył kardynała Lorenzo Campeggio, który wraz z kardynałem Wolsey'em wspólnie mieli zadecydować w sprawie królewskiego małżeństwa.

Campeggio miał przybyć do Anglii z początkiem lipca, lecz jak na złość sprawy znów się przedłużyły. Bowiem ok. 30 maja 1528 r. wybuchła w Anglii choroba potów, która trwała w Londynie do połowy czerwca, a jej ostatnie ogniska w kraju wygasły dopiero z końcem sierpnia. Sytuacja była poważna, choroba każdego dnia zbierała śmiertelne żniwo (w pałacu królewskim zachorowało i zmarło aż kilkanaście osób z osobistej służby Henryka, nie mówiąc o tych, którzy nie mieli z królem częstszego kontaktu). Henryk początkowo pozostał w Londynie, ratując się przed chorobą na różne sposoby (miał bogatą kolekcję różnorakich mikstur, lecz jego nadworny lekarz poradził mu, że najskuteczniejszym sposobem zapobieżenia chorobie jest duży wysiłek fizyczny i samoczynne spowodowanie potliwości. Henryk więc zawsze przed snem i zawsze rano poddawał się wyczerpującym ćwiczeniom fizycznym. Poskutkowało - król nie zachorował. Lecz zachorowała Anna Boleyn. Henryk odchodził od zmysłów martwiąc się o jej życie (wysłał jej także większość swych specyfików i mikstur). Wolsey, widząc że nadarza się okazja, zaczął błagać króla by zaprzestał dalszych prób uzyskania rozwodu z Katarzyną Aragońską, bowiem zaraza jest, jak twierdził - "karą Bożą" za związanie się Henryka z Anną Boleyn. Henryk, gdy tylko usłyszał te słowa, wypowiedziane przez jego kardynała, wpadł w furię, krzyknął wówczas w kierunku Wolsey'a, że "poświęciłby tysiąc takich jak on za jedną noc z Anną Boleyn". Kardynał wówczas zdał sobie zapewne sprawę, że kwestia uzyskania dla króla rozwodu jest sprawą życia lub śmierci... jego samego.




CDN.

17 września 2025

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. V

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)






DLACZEGO DOSZŁO DO WOJNY? 
Cz. II





Zmniejszenie niebezpieczeństwa że strony ZSRS zostało okupione niewielkim pogorszeniem polskiej pozycji wobec Niemców. Dopóki Czechosłowacja była nieżyczliwa wobec III Rzeszy, Wehrmacht nie mógł wyprowadzić głównego uderzenia na Warszawę ze Śląska, narażonego na ewentualne uderzenie armii czechosłowackiej. Możliwości zamiany Śląska w niemiecki place d'armes Polacy nie mogli zapobiec, udało się natomiast przygotować do ewentualnego militarnego wykorzystania Słowacji przez Niemców. Wyzwalając Zaolzie i przejmując wkrótce potem Czadczyznę, Polacy przerwali linie kolejowe biegnące na wschód Słowacji i na Zakarpacie. Następnie wspólnie z Węgrami rozpoczęli operacje dywersyjne opatrzone kryptonimem "Łom". Mimo że nie przyniosły błyskawicznego sukcesu, sprawiły jednak, że druga linia kolejowa biegnąca na wschód Słowacji i Zakarpacie została opanowana przez Węgrów. Gdy się patrzy na mapę, może się wydawać, że późniejsze - z marca 1939 roku - podporządkowanie Słowacji III Rzeszy doprowadziło do "głębokiego oskrzydlenia Rzeczypospolitej od południa" i do znacznego osłabienia polskiego potencjału obronnego, nie jest to jednak prawdą. W planowaniu działań militarnych nie liczy się długość wspólnej granicy, a jedynie dostępność linii kolejowych, a te były w rękach Polaków i Węgrów. W rękach Niemców, Słowaków, Czechów - właściciele zmieniali się kilkukrotnie w ciągu roku - pozostała tylko jedna linia kolejowa, a na takiej kruchej podstawie nie można planować działań zbrojnych.

Dla Czechów umowa monachijska okazała się prawdziwym szokiem. Władze państwowe przekonywały ich obywateli, że są jedynym demokratycznym państwem w Europie Środkowej, że ich armia jest potężna, bitna i dobrze wyposażona; że fortyfikacje - na które płacili olbrzymie podatki - nie mają w sobie równych, a zresztą Praga prowadzi rozsądną politykę zagraniczną: ma przyjaciół wśród mocarstw i gardzi słabszymi. Wszystko to okazało się kłamstwem. Czechosłowacja nie stosowała zasad demokratycznych wobec mniejszości narodowych, w wywołanym przez to konflikcie nie mogła liczyć na własną armię, a fortyfikacje okazały się bezużyteczne. Polityka zagraniczna okazała się katastrofą - pogardzani do niedawna zachodni sąsiedzi urośli w siłę, a kontakty z państwem Stalina zamiast pomocy przyniosły niechęć Europy. Czesi poczuli się zdradzeni - przede wszystkim przez swojego prezydenta, który szybko opuścił kraj. W kolejnych latach niechęć do Benešia została przekierowana - postarali się o to zarówno propagandyści "beneszowcy", jak i komunistyczni - w niechęć do Zachodu (charakterystyczne jest to - chociażby ze względu na pytanie przeciwko komu wymierzony był alians Moskwy i Pragi - że nie zwraca się uwagi na niewypełnienie zobowiązań sojuszniczych przez Moskwę, a jedynie przez Francję i Wielką Brytanię, która notabene sojusznikiem Czechosłowacji nie była!). Wydarzenia jesieni 1938 roku powszechnie określa się więc w Czechach jako: "zrada Zapadu", "Mnichovska zrada", czy też "zrada spojencü" (zdrada sojuszników). W rzeczywistości właśnie sojusznicy mogli czuć się zdradzeni przez Pragę. Nie chodzi nawet o to, że państwo to prowadziło awanturniczą - stojącą na granicy bolszewizmu - politykę wewnętrzną i zagraniczną, ale o to, że nie miało dość sił, żeby ponieść jej konsekwencje.




Kapitulacja Czechosłowacji oznaczała utratę kontroli nad czeskim przemysłem zbrojeniowym, w który Francuzi wpompowali olbrzymią ilość pieniędzy oraz technicznego know-how. Niemcy nie tylko dostali fabryki produkujące doskonałe uzbrojenie, ale mieli możliwość zapoznania się z najnowszymi francuskimi technologiami (i brytyjskimi - to huty czeskie produkowały płyty pancerne dla najnowszych okrętów liniowych Royal Navy). Co więcej, sojusznicy Francji - m.in. Jugosławia i Rumunia - miały armie uzbrojone głównie w sprzęt produkowany na terenie Czech - na terenie kontrolowanym przez Niemców. Bardzo często historykom umyka fakt, że kapitulując przed niemieckim dyktatorem, to właśnie Czechosłowacja zdradziła swoich aliantów (a nie na odwrót). Nie tylko zerwała wszystkie dotychczasowe układy sojusznicze, ale związała się z Hitlerem. Przyjęła bowiem od III Rzeszy gwarancje bezpieczeństwa. Oznaczało to faktyczne powstanie sojuszu wojskowego pomiędzy Pragą a Berlinem - tak samo jak późniejsze przyjęcie przez Polskę gwarancji brytyjskich oznaczało sojusz Warszawy i Londynu. Stanięcie po stronie Berlina armii czechosłowackiej (...) wymusiło na Francuzach i Brytyjczykach rozbudowę ich własnych sił zbrojnych. Niemieckie zwycięstwo na konferencji w Monachium - pomimo okazywania entuzjazmu przez zachodnich polityków - zostało odebrane w Paryżu i Londynie jako bardzo wyraźny sygnał alarmowy. Do września 1938 roku III Rzesza była cenionym członkiem europejskiej społeczności. Może nie najbardziej godnym, ale znów nie tak najgorszym - w końcu obozy koncentracyjne wymyślili Brytyjczycy (w czasie wojny z holenderskimi Afrykanerami zasiedlającymi państwa południowej Afryki: Transwal i Oranię w latach 1899-1902), rasistowskie prawodawstwo zostało zniesione w Stanach Zjednoczonych dopiero w 1965 roku, a krwawe walki o władzę zdarzały się i w kulturalnej Francji (podczas "kryzysu 6 lutego" w 1934 roku na ulicach Paryża zginęło 17 osób, a 2329 było rannych). To konferencja w Monachium - i następująca wkrótce po tym noc kryształowa - udowodniły, że Niemcy nie zamierzają spocząć na laurach i usatysfakcjonować się dotychczasowymi sukcesami, ale występują przeciwko porządkowi europejskiemu.

I Brytyjczycy, i Francuzi zaczęli działać. Neville Chamberlain mógł krzyczeć do tłumów: "Przywiozłem wam pokój na miarę naszych czasów", ale gdy zasiadł tylko w fotelu premiera, jego główną troską były zbrojenia. Wielka Brytania rozpoczęła rozbudowę sił lądowych o ponad 20 dywizji, zainicjowała rozbudowę floty i lotnictwa (wciąż kiepsko to wyglądało we wrześniu roku 1939, można powiedzieć że Brytyjczycy uważali, że co najmniej do końca roku 1940 - a w zasadzie do 1941 - będą dopiero gotowi do realnego użycia swoich sił zbrojnych w tej wojnie). Francuzi czynili podobnie - być może nawet nieco jawniej, bo samoloty bojowe zamawiali za granicą. I choć większość kontraktów zgarnęły wytwórnie amerykańskie, to samoloty dla Francji produkowali też Belgowie i Holendrzy. Zapytania ofertowe wysyłano nawet do Związku Sowieckiego - ten nie dysponował jednak nowoczesnymi samolotami (trzeba też powiedzieć że ogromną rolę w ponownym uzbrojeniu zarówno III Rzeszy jak i Związku Sowieckiego odegrały Stany Zjednoczone. Amerykańscy inżynierowie modernizowali Związek Sowiecki w latach 30-tych, unowocześnili też Armię Czerwoną. Jedynie sowieckie lotnictwo - a szczególnie marynarka wojenna - została przez Amerykanów pominięta i trudno się temu dziwić. W końcu oni doskonale wiedzieli że zmodernizowany sprzęt - w tym silna flota wojenna - zostanie wcześniej czy później wykorzystana przeciwko nim samym. W czasie II Wojny Światowej sowieckie lotnictwo było bardzo mało skuteczne, a jeszcze mniej skuteczna była sowiecka marynarka wojenna - która przez większość wojny pozostawała w portach. Natomiast wojnę wygrała Armia Czerwona stworzona przez Amerykanów. Należy też dodać że amerykańskie banki również finansowały modernizację Wojska Polskiego, aczkolwiek w porównaniu z tym co dano Niemcom, to była prawdziwa kropla w morzu, a stosunek ten można przedstawić co najmniej jako 20-1). W gruncie rzeczy oznaczało to obniżenie pozycji Moskwy - i to nie tylko ze względu na zapóźnienia techniczne. Po klęsce w Hiszpanii, po porażkach na Dalekim Wschodzie, po bankructwie idei frontów ludowych, po wielkiej czystce, po wymordowaniu kadry dowódczej, po upadku Czechosłowacji - Związek Sowiecki przestawał być odbierany jako jasne i oczywiste zagrożenie. A to oznaczało, że antybolszewickie Niemcy nie są potrzebne Europie. Dyplomatyczna hossa Berlina się skończyła. 






Co więcej, gorączkowe zbrojenia Francuzów i Brytyjczyków były tajemnicą poliszynela. Doskonale zdawali sobie z nich sprawę Niemcy. Niestety, rozumieli je w sposób paranoidalny - nie widzieli w nich reakcji na niemieckie poczynania, a akcję wymierzoną w III Rzeszę. Co gorsza, władzę w Berlinie sprawowali ludzie niewykształceni, niewykwalifikowani, niedoświadczeni i niezrównoważeni emocjonalnie. Brak kompetencji niemieckich decydentów wynikał z wielu czynników. Przede wszystkim z partyjnego charakteru państwa, przestrzegania zasady wodzowskiej oraz postanowień układu wersalskiego. Urzędnicy państwowi awansowali nie ze względu na kwalifikacje, ale ze względu na poparcie partii, a w skrajnych przypadkach byli zastępowani przez funkcjonariuszy partyjnych (albo nawet partyjnych sponsorów - jak to miało miejsce w wypadku zastąpienia po konferencji monachijskiej ministra spraw zagranicznych od roku 1932 Konstantina von Neuratha przez Joachima von Ribbentropa - handlarza win i mecenasa partii nazistowskiej, wynagrodzonego w 1935 roku stanowiskiem ambasadora w Londynie). Istotne jest również i to, że większość polityków i urzędników III Rzeszy była ludźmi młodymi - nie tylko pozbawionymi edukacji i doświadczenia, lecz także niecierpliwymi. Chcieli sukcesów i chcieli ich natychmiast. Równie niewykształcone i niedoświadczone były kadry wojskowe. Dowódcy alianccy - dla przykładu Edmund Ironside, Maurice Gamelain i Edward Śmigły-Rydz - szlify generalskie otrzymali w czasach wielkiej wojny. Dowódcy niemieccy byli zaś w czasie tamtej wojny oficerami młodszymi, rzadko majorami. Po traktacie wersalskim przez długie 15 lat nie mogli zdobywać doświadczenia sztabowego, rozwijać zdolności przywódczych czy nawet poznawać problemów dowodzenia wielkimi jednostkami - nie w armii, której liczebność ograniczono do 7 dywizji. Gdy natomiast odbudowano niemiecki sztab generalny, młodym niemieckim generałom nie miał kto przekazywać doświadczeń i wiedzy: większość sztabowców z czasów wielkiej wojny straciła - w czasie wymuszonego rozbratu z wojskiem - kontakt z nowoczesną wiedzą wojskową. 

Najważniejszym czynnikiem był jednak Adolf Hitler. Wiązało się to z pruskim umiłowaniem dyscypliny i ścisłym przestrzeganiem führerprinzip - zasady wodzostwa, polegającej na bezwzględnym podporządkowaniu się poleceniom przełożonych, przekonaniem o ich nieomylności, oraz niemal religijnym kulcie przywódcy (to wszystko prawda, ale należy pamiętać że już Wehrmacht w 1939 roku przyjął zasadę, że w przypadku śmierci wyższego dowódcy, każdy żołnierz szczebel niżej wie co ma dalej robić i nie musi automatycznie pytać się o zdanie przełożonych w sytuacji braku z nimi kontaktu lub konieczności podjęcia szybkich decyzji. Niestety w Wojsku Polskim zasada była jednak bardziej wodzowska, a mniej skierowana na innowacyjność szybkim podejmowaniu decyzji w przypadku utraty dowództwa). Gdyby jeszcze "wódz" wyróżniał się na tle swoich podkomendnych... Niestety dla Europy - a przede wszystkim dla Niemców - Adolf Hitler był niewykształcony, jego kwalifikacje dotyczące dyplomacji były mizerne, odpowiednie dla pięcioletniego jedynie doświadczenia, które zdobył od 1933 roku. Był osobą bardzo emocjonalną, wprost irracjonalną. Co gorsza, odniósł właśnie pasmo sukcesów - więc czuł się niezwyciężony, a żaden z doświadczonych dyplomatów nie miał wystarczającego prestiżu - czy może odwagi - żeby wyjaśnić mu oczywistą prawdę: europejskie mocarstwo osiągające sukcesy zraża do siebie inne mocarstwa...

Czy dałoby się uniknąć wojny, gdyby Hitler spasował w tej licytacji i wybrał politykę obłaskawienia swoich sąsiadów zaniepokojonych nadmiernym wzrostem potęgi III Rzeszy? (...) Wydaje się że tak (my musimy pamiętać również, że nasze położenie było tragiczne nie tylko z punktu widzenia geopolitycznego i militarnego, ale również politycznego. Europa za wszelką cenę chciała uniknąć wojny - oczywiście my też - problem polegał tylko na tym, że oni w zamian za udobruchanie Hitlera byli gotowi zapłacić mu naszymi ziemiami zachodnimi, i to nie tylko Brytyjczycy, ale również Francuzi, a także - a może przede wszystkim w tym wariancie - Amerykanie. Gdyby Hitler nie doszedł do władzy w Niemczech, człowiek który totalnie rozbił budowaną skrupulatnie przez ministra spraw zagranicznych Rzeszy Gustava Stresemanna politykę udobruchania mocarstw zachodnich i wejścia w tyłek Amerykanom - głównie poprzez umożliwienie im inwestycji na niemieckim rynku - to sytuacja byłaby taka, że wojna i tak by wybuchła, bo jak pisał Ignacy Matuszewski w 1932 r. "nie damy oderwać od Polski choćby skrawka polskiej ziemi", więc albo byśmy musieli zgodzić się na międzynarodowy arbitraż w tej kwestii, albo na wojnę z Niemcami, z tym że nie byłyby to Niemcy hitlerowskie. Hitler jednak zdobywając władzę po prostu kopnął ten stolik, wywracając wszystkie figury i zaczął w sposób brutalny i podlany ideologicznym sosem rasizmu realizować swoją politykę, co automatycznie zraziło do Niemiec zarówno Francuzów jak i Brytyjczyków, a także Amerykanów). Przede wszystkim Francja i Wielka Brytania nie były aż tak zainteresowane ani obroną status quo - o wojnie prewencyjnej nie wspominając - żeby zdecydować się na agresję przeciwko Niemcom. Rzeczpospolita była zadowolona z pokojowych stosunków z Rzeszą, poza tym dbała o zachowanie równowagi w stosunkach ze wschodnim i zachodnim sąsiadem. Państwa europejskie właśnie wychodziły z kryzysu i wolały się skupić na rozwoju gospodarczym, a nie militarnym.




Ekonomia wskazywała zresztą na sukces aliantów - Niemcy w pewnym momencie musiałyby spłacać kredyty zaciągnięte na rozbudowę Wehrmachtu (warto tutaj wspomnieć, że już w roku 1939 ceny w Niemczech poszły znacznie w górę o jakieś 25%, przy czym pensje pozostały na niezmienionym poziomie. Dziś przyjęło się uważać że sześcioletnie rządy Hitlera to była prosperita gospodarcza. Owszem, w dużej mierze tak, ale była ona podobna do tej, jaka nastąpiła w Polsce w czasach Edwarda Gierka w pierwszej połowie lat 70-tych - czyli prosperita na kredyt. Rok 1939 był bodajże pierwszym rokiem, w którym Rzesza nie odnotowała wzrostu gospodarczego, a zaczynała się stagnacja. Tym bardziej że trzeba było zacząć spłacać kredyty, a to oznaczało dramatyczne pogorszenie stopy życiowej społeczeństwa niemieckiego. Hitler oczywiście nie mógł sobie na to pozwolić, dlatego wybuch wojny był przez niego wypatrywany z nadzieją, tym bardziej że w jego przekonaniu to miała być "szybka, zwycięska wojna" ze "słowiańskimi małpami" i "francuskimi obłudnikami", a po tych zwycięstwach Wielka Brytania miała otrzymać od Niemiec propozycję pokojową, czyli miał nastąpić podział wpływów: Europa do Niemiec, kolonie i świat dla Wielkiej Brytanii). Swego czasu propagowany był nawet pogląd, że III Rzesza weszła na ścieżkę wojenną w chwili rozpoczęcia zbrojeń. Nikomu chyba nie przyszło do głowy, że koszty wojny byłyby najprawdopodobniej większe niż cena kryzysu gospodarczego wywołanego brakiem wojny.

Hitler wybrał drogę konfrontacji, czy też - jak rozumowano w Berlinie - zabezpieczenia sobie tyłów. W niespełna miesiąc po konferencji monachijskiej, 24 października 1938 roku, Joachim von Ribbentrop - nowy minister spraw zagranicznych Rzeszy - przedstawił ambasadorowi Polski w Berlinie Józefowi Lipskiemu propozycję "uporządkowana istniejących między obydwoma krajami punktów spornych". Chodziło przede wszystkim o przystąpienie Polski do paktu antykominternowskiego. Był to dziwny sojusz podpisany przez Niemcy i Japonię 25 listopada 1936 roku w Tokio, do którego 6 listopada 1937 roku dołączyły Włochy. Sojusz był dziwny dlatego, że choć nominalnie wymierzony przeciwko Kominternowi - a więc w Związkowi Sowieckiemu - faktycznie grupował państwa wrogie Wielkiej Brytanii i Francji. Oprócz zerwania z Francją Warszawa miała wykonać gesty dobrej woli wobec Berlina - przedłużyć polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy na 25 lat, wyrazić zgodę na przyłączenie Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy, oraz na przeprowadzenie eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez polskie Pomorze do Prus Wschodnich.

Czy Polska mogła zaakceptować takie rozwiązania? Kwestie, na które przez długi czas zwracali uwagę historycy, publicyści - a przede wszystkim propagandyści - czyli "oddanie Gdańska i budowa eksterytorialnej autostrady", były w gruncie rzeczy zmianami kosmetycznymi. Gdańsk nie był częścią terytorium Rzeczypospolitej, tylko państwem pod protektoratem Ligii Narodów. W drugiej połowie lat 30-tych - po wybudowaniu portu w Gdyni - miasto to nie miało dla Rzeczpospolitej większego znaczenia gospodarczego (zresztą Berlin gwarantował utrzymanie polskich przywilejów). Miało jednak znaczenie propagandowe - i to przede wszystkim na arenie międzynarodowej. Polska zgoda na jego połączenie z Rzeszą byłaby prztyczkiem w nos Lidze Narodów, a przede wszystkim publicznym upokorzeniem Francji. Eksterytorialna autostrada i linia kolejowa miała również symboliczne znaczenie, tym razem jednak pozytywne. Czemu zaprzyjaźnione państwo miałoby utrudniać kontakty pomiędzy poszczególnymi częściami Niemiec? (Od czasu pierwszego konsula generalnego Rzeczpospolitej Polskiej w Królewcu - Stanisława Srokowskiego, który piastował tę funkcję od 24 IV 1920 do 16 XI 1921 r. polska polityka wobec Prus Wschodnich polegała na maksymalnym osłabieniu wpływu tej prowincji od Berlina i w miarę możliwości uzależnienie jej od Polski. Srokowski pisał bowiem: "Sąsiada w rodzaju Prus Wschodnich należy przeto za każdą cenę albo pozyskać, albo przeistoczyć. Inaczej przy nadarzającej się sposobności zgotuje on nam los fatalny. I to wtedy, kiedy sąsiedzkiej lojalności jak najbardziej będzie nam potrzeba. Robota zmierzająca do uzgodnienia dążności Prus Wschodnich z interesami polskimi winna być (...) wykonywana z niezłomną, choćby wieki trwającą stanowczością i wytrwałością. Celem jej ostatecznym musi być zniszczenie ekspansji wschodniopruskiej". Polska polityka wobec Prus Wschodnich polegała więc na stopniowym przechodzeniu z płaszczyzny rozważań gospodarczych - głównie z handlu drewnem - na płaszczyznę militarną i stopniowym uzależnianiu ziemi pruskiej od Polski. Nie brano jednak pod uwagę faktu, że prowincja ta - paradoksalnie oderwana od reszty Niemiec polskim Pomorzem - już w latach 20-tych była znacznie bardziej podporządkowana Berlinowi, niż miało to miejsce przed rokiem 1918, gdyż odebrano tej ziemi, posiadane przez nią wcześniej autonomiczne prerogatywy).

 


Poza tym rozwiązanie takie było proponowane już od lat 20-tych - i to nie przez kręgi niemieckie (to właśnie polska strona proponowała stworzenie sieci kolejowej, biegnącej przez Pomorze do Prus Wschodnich) ponieważ było symbolem porzucenia przez Berlin planów inkorporacji całego polskiego Pomorza. (...) Wydaje się, że przyjęcie takich rozwiązań terytorialnych rzeczywiście zakończyłoby spory terytorialne pomiędzy Berlinem a Warszawą. Najważniejszym postulatem było jednak przyłączenie się Polski do paktu antykominternowskiego, a więc zerwanie sojuszu z Francją. Byłby to na pewno wielki dyplomatyczny sukces Berlina, bowiem za Rzeczpospolitą akces do bloku niemieckiego ogłosiłyby zapewne państwa bałtyckie, a przede wszystkim Rumunia. Królestwo to związane było dość ogólnikowym sojuszem z Francją (poza tym niemiecka ekspansja gospodarcza w tym kraju była bardzo intensywna), oraz sojuszem z Jugosławią i Czechosłowacją (tzw. Mała Ententa) wymierzonym w państwa "reakcyjne": Węgry, Bułgarię i Austrię (w rozumieniu "habsburskim"). Po konferencji monachijskiej Mała Ententa (...) przestała istnieć. Mała Ententa była sojuszem podwójnie, a nawet potrójnie egzotycznym (rzeczywiście, jak się na to patrzy, to trzeba sobie powiedzieć jasno, że poszczególne interesy państw sygnatariuszy tego układu były ze sobą często sprzeczne - to znaczy nie w pełni jednakowe. Podam przykład: Czechosłowacja obawiała się przede wszystkim Niemiec i Węgier i to przeciwko nim głównie się zbroiła, natomiast za sojusznika uznawała Związek Sowiecki. Rumunia na odwrót, za wroga uznawała Związek Sowiecki {z tego powodu zawarła również sojusz z Polską w roku 1921} i Węgry, natomiast Niemcy za partnera handlowego, a również i politycznego. Jugosławia zaś nie miała żadnych pretensji ani do Niemiec, ani do Związku Sowieckiego, a za głównego wroga upatrywała... Włochy {w mniejszym stopniu Węgry}, czyli tak naprawdę jedynym państwem, które łączyło te trzy kraje, to była obawa węgierskiej irredenty za rozbiór tego kraju dokonany w czerwcu 1920 r w Trianon). (...) Każdy kraj miał bowiem wrogiego sobie sąsiada, z którym jego alianci mieli bardzo dobre stosunki. (...)




Jedynym lojalnym sojusznikiem Rumunii była Rzeczpospolita, gdyby więc Warszawa związała się z Berlinem, Bukareszt uczyniłby podobny krok (przemawiał też za tym fakt, że uzbrojenie armii rumuńskiej było produkcji czeskiej i francuskiej. Niemcy kontrolowali po Monachium przemysł czeski, a Polacy - także używając sprzętu pochodzącego znad Sekwany i Loary - samodzielnie produkowali do niego i części zamienne, i amunicję). Nowy układ sojuszy w Europie Środkowej - Niemców z Polską, Rumunią i państwami bałtyckimi - wzmocniłby pozycję Berlina wobec Paryża i Londynu. Spowodowałby jednocześnie powstanie silnego bloku antysowieckiego. Racjonalne wydaje się założenie, że w takiej konfiguracji wojna pomiędzy Niemcami a Francją nie wybuchłaby. Nie leżałaby ani w interesie Francji, ani samych Niemiec (z tym się nie zgodzę, Hitler dążył do konfliktu z Francją aby pomścić "hańbę roku 1918"). A tym bardziej niemieckich sojuszników, tzn. Polski i Rumunii. Rzecz nie w tym, że Polacy i Rumunii jakoś szczególnie kochali Francuzów - takie "uczucia" ulicy łatwo zmienić akcją propagandową. Rzecz nawet nie w tym, że Polacy i Rumunii obawiali się uderzenia sowieckiego. Rzecz w tym, że zwycięstwo Niemiec oznaczałoby wzmocnienie pozycji Berlina wobec Warszawy i Bukaresztu, a zwycięstwo Francji - katastrofę polityczną i gospodarczą. Dla człowieka myślącego realistycznie to właśnie sukces Francuzów był bardziej prawdopodobny - otrzymaliby oni wsparcie ze swych kolonii, od imperium brytyjskiego, a nawet Stanów Zjednoczonych i Związku Sowieckiego. III Rzesza mogłaby korzystać z ograniczonych zasobów kontynentalnych (i nie ma powodów podejrzewać, że scenariusz wojny niemiecko-francuskiej różniłby się znacznie od tego z lat 1914-1918 czy 1939-1945). 

Dużo bardziej prawdopodobne było podjęcie - w bliższej lub dalszej przyszłości - "krucjaty antybolszewickiej". Jeśli doszłoby do niej, to najprawdopodobniej zakończyłaby się sukcesem państw europejskich. Przeciwko kontynentalnemu mocarstwu bolszewickiemu - wrogiemu nie tylko sąsiadom, lecz także swoim obywatelom - wystąpiłyby państwa wspierane przez niemal cały wolny świat. Co więcej, jedną z głównych przyczyn klęski III Rzeszy w wojnie przeciwko Związkowi Sowieckiemu w latach 1941-1945 było kurczowe trzymanie się ideologii narodowosocjalistycznej (to prawda, Hitler popełnił totalną głupotę pod tym względem, ale on sam był totalnie zafiksowany na punkcie swojej ideologii, więc trudno mu się dziwić. Należy jednak pamiętać, że Niemcy częściowo przynajmniej korygowali tę politykę od roku 1943, dopuszczając również uczestnictwo narodów takich jak Kozacy, Ukraińcy, a nawet oddziały Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej gen. Własowa - czyli chętnych mimo bandyckiej niemieckiej polityki na Wschodzie było dosyć dużo do wstępowania w szeregi Wehrmachtu {bo przecież te jednostki nosiły mundury niemieckie i jedynie ich naszywki różniły je od siebie}. Z tym że w roku 1943 to nawet nie tyle czynnik ludzki był dla Niemiec istotny na Wschodzie - bo tego wbrew pozorom nie brakowało - a kluczowe zaopatrzenie w paliwo, czyli to "czarne złoto" którego Niemcom zawsze brakowało, a także Niemcy nie nadążali w produkcji czołgów i artylerii. Sowieci byli w stanie miesięcznie wystawić samych czołgów T-34 kilkaset, podczas gdy Niemcy produkując ciężkie "Tygrysy" czy "Pantery" mogli ich wyprodukować co najwyżej od kilkunastu do kilkudziesięciu sztuk). Zaowocowało to ludobójstwem i utrzymaniem - w okupowanych częściach państwa sowieckiego - "bratniego" socjalistycznego porządku gospodarczego z kołchozami, sowchozami i komisarzami. (Niemcy na ogromnych obszarach Związku Sowieckiego mieli ogromne trudności z aprowizacją. To znaczy, oni wkraczając do Rosji sowieckiej od razu zakładali, że tamtejsza ludność nie będzie żywiona; czyli będzie zdana na śmierć głodową, co było oczywiście zgodne z narodowosocjalistyczną ideologią słowiańskich podludzi przeznaczonych do eksterminacji. I to właśnie ta polityka, połączona jeszcze z represjami, doprowadziła do radykalnej zmiany nastrojów ludów Związku Sowieckiego, które jeszcze w czerwcu i lipcu 1941 r. witały wkraczający Wehrmacht kwiatami, a nawet niekiedy chlebem i solą, lub tym, co było pod ręką).




Gdyby w wojnie przeciwko Sowietom walczyło państwo polskie, można przyjąć za pewnik, że przyjęto by ideę prometeizmu, czyli wykorzystania tendencji odśrodkowych w imperium bolszewickim. Obywatelom sowieckim oddano by prawo wolności do ziemi, pamiętano bowiem doskonale co leżało u podstaw polskich sukcesów i porażek w walkach z Rosjanami w roku 1863 i 1920. Polski chłop występował po stronie tej władzy, która gwarantowała mu prawo własności do ziemi. A przy zachowaniu życzliwości obywateli Związku Sowieckiego to zbrodnicze państwo upadłoby bardzo szybko. Można też przyjąć, że nastąpiłyby okresy pokojowego rozwoju Europy. Nie musiałoby dojść do żadnych wojen. Francuzi skupiliby się na swoich koloniach, Niemcy Hitlera i Rosja Stalina utrzymywałyby pokojowe stosunki scementowane wspólną socjalistyczną ideologią. Mogłoby to trwać kilkadziesiąt lat po których nastąpiłaby destalinizacja i dehitleryzacja, a Europa rosła by w siłę i ludziom żyłoby się dostatnio. (Z tym się nie zgodzę, to jest kompletny miraż, i to nie tylko dlatego że zarówno Hitler jak i Stalin dążyli do wojny bez względu na wszystko, tylko że do wojny rozsądnej - takiej, z której wyjdą zwycięsko. Ale nawet jeżeli założymy że do wojny nie doszłoby, to taki sojusz - czy to ideologiczny czy polityczny, czy jakikolwiek inny pomiędzy Niemcami a Rosją - byłby z góry zagładą dla Polski. Po prostu w żadnym takim wariancie Europy rosnącej w siłę istnienie Polski nie byłoby możliwe. Polski nie było na mapie Europy 123 lata, i przyznam się szczerze nikomu na Zachodzie to nie przeszkadzało, a w Europie Środkowej Rosja i Niemcy wpływami by się podzieliły. Zresztą w takiej konfiguracji po zagładzie Polski nie byłoby możliwe również istnienie państw bałtyckich, a także Czechosłowacji - chyba że w jakiejś kadłubkowej formie protektoratu. Czy to by oznaczało europejski pokój? Śmiem wątpić. Dla nas byłoby to ponowne zejście do najniższych poziomów piekła)




Czy Polska mogła zaakceptować sojusz z Niemcami? Technicznie nic nie stało na przeszkodzie. Związanie się Polski z Niemcami nie stanowiłoby też chyba większego problemu moralnego. Przez większą część wspólnej historii Polacy i Niemcy pozostawali w stosunkach pokojowych, a nawet przyjacielskich. Oprócz kilku średniowiecznych awantur dynastycznych, wojen nie prowadzono (w okresie PRL duży nacisk propagandowy położono na konflikty polsko-krzyżackie, nie zwracając uwagi ani na fakt, że państwa krzyżackiego nie można w pełni utożsamiać z państwem niemieckim, ani na to, że każda niemal wojna rozpoczynała się od polskiej agresji). Co więcej, najlepszym i najwierniejszym sojusznikiem Rzeczpospolitej było Cesarstwo Niemieckie - to dzięki niemu odbudowano państwo polskie po Potopie. Polska i Saksonia były związane unią personalną, którą oceniano na tyle dobrze, że regularnie wracano do tej idei (zarówno w Konstytucji 3 Maja, jak i w konstytucji z 1807 roku). Cieniem na wzajemne stosunki kładła się oczywiście polityka pruska. Warto jednak zauważyć, że Hitler był Austriakiem, a NSDAP - jako socjalistyczna partia robotnicza - zwracała uwagę na interesy przemysłowe, a nie agrarne. Poza tym w czasach wielkiej wojny najbliższymi sojusznikami żołnierzy polskich - a także ich nauczycielami i wychowawcami - byli żołnierze państw centralnych: Niemcy i Austriacy. Wreszcie III Rzesza u progu 1939 roku nie była wcale ohydnym i zbrodniczym organizmem planującym masowe ludobójstwa. Oczywiście obrzydzenie w Polakach mogły wzbudzać i ustawy norymberskie, i krwawe porachunki towarzyszy partyjnych, i obozy koncentracyjne, ale nie były one niczym wyjątkowym: rasistowskie prawo funkcjonowało w "kulturalnych" Stanach Zjednoczonych do 1965 roku (jeszcze w latach 50-tych XX wieku na południu USA murzyn, który był był podejrzany o stosunek z białą kobietą, mógł zawisnąć na stryczku. I nie było to wcale rzadkie zjawisko), pogromy zdarzały się na terenach kontrolowanych przez "kulturalnych" Brytyjczyków (m.in. w 1929 roku w Hebronie dopuścili do śmierci 67 Żydów, w 1919 roku w Amristarze żołnierze króla zastrzelili co najmniej 379 Hindusów), obozy koncentracyjne zakładali "kulturalni" Czesi (w Letach i Hodoninie), a przeciwników politycznych brutalnie eliminowali także "kulturalni" Rumunii (mordując przetrzymywanych w więzieniach setki wrogów politycznych).

Polacy mogli patrzeć z wyższością na Niemców, ale inni sąsiedzi Rzeczypospolitej nie byli lepsi. W porównaniu zaś ze Związkiem Sowieckim i Stalinem - mającym na sumieniu miliony ofiar - Hitler wydawał się świętoszkiem. I to sowiecka Rosja była wrogiem numer jeden dla Polaków, Europy i świata - przynajmniej przed 1939 rokiem. (...) Racjonalne argumenty mogą wskazywać, że skutki kapitulacji Polski przed III Rzeszą i przyjęcie jej dyktatu byłyby lepsze niż danie im odporu. Jest jednak pewne "ale" - Hitler był niegodnym zaufania głupcem. Sam zresztą tak siebie określił w początkach 1939 roku: "Musiałbym być idiotą, gdybym rozpoczął kolejną wojnę światową z powodu Polski". Jako że niedaleko pada jabłko od jabłoni, to inni przywódcy niemieccy byli równie "stabilni" emocjonalnie i "godni zaufania" jak Hitler. Niemal wszyscy sojusznicy Niemców - czy z I, czy z II wojny światowej - stracili na tym związku. Jedynie ci, którzy odpowiednio wcześnie zerwali alians z Berlinem, nie zostali zniszczeni. Wystarczy porównać sobie pierwszowojenne losy Bułgarii i Grecji, albo drugowojenne losy Italii - pierwszego odstępcy - oraz Węgier - państwa wiernego Niemcom do ostatka. Jeszcze lepszym materiałem porównawczym dla Warszawy, były pierwsze lata państw oddzielonych Zbruczem: stworzone przez Niemców Królestwo Polskie latem 1917 roku zlikwidowało militarne stosunki z Berlinem, a w październiku 1918 roku ogłosiło niepodległość (mowa tutaj oczywiście o rejonie Krakowa i Galicji, które to pierwsze się oderwały od okupacji austriackiej, dopiero potem, w listopadzie przyszła kolej na Warszawę. Należy jednak dodać, że w owych listopadowych dniach, szczególnie po 11 listopada 1918 r. gdy rozpoczęto w Warszawie rozbrajanie wojsk niemieckich, zaczęło krążyć takie powiedzenie: "Ni to z tego, ni z owego, mamy Polskę na pierwszego". Mało kto zdaje sobie dzisiaj sprawę że te słowa nie były wcale od tak rzucone na wiatr, a oddawały rzeczywistość, jaka wówczas zaistniała. Rzeczywiście 11 listopada była Polska ponieważ wcześniej Niemcy dekretem z 5 listopada 1916 r. stworzyli administrację Królestwa Polskiego, czyli my mieliśmy już pełne kadry administracyjne rodzącego się państwa, co prawda nadal podzielonego, ale jednak administracja już była. Wojsko też już było, choć podlegało różnym wodzom i wciąż jeszcze było nieliczne. Dopiero Piłsudski zebrał to wszystko w karby i w kolejnych miesiącach rozpoczęto rozbudowę Wojska Polskiego, głównie stawiając nacisk nie na ilość a na jakość, co było powodem późniejszych zwycięstw w wojnie z Ukraińcami w roku 1919 i w wojnie polsko-bolszewickiej z lat 1919-1920). Objęta protektoratem niemieckim Ukraińska Republika Ludowa do 11 listopada 1918 roku pozostawała wierna Kajzerowi. Polska pozostała państwem suwerennym, Ukraina nie zdołała obronić swej niepodległości.




CDN.

16 września 2025

POSELSTWO POLSKIE - PAWŁA DZIAŁYŃSKIEGO, NA DWÓR KRÓLOWEJ ANGLII - ELŻBIETY I

ROKU PAŃSKIEGO 1597





Teraz pragnę zaprezentować mało znane  wydarzenie, jakim było polskie poselstwo Pawła Działyńskiego, wysłane do Londynu, na dwór królowej Elżbiety I Tudor przez władcę Rzeczpospolitej Obojga Narodów - Zygmunta III z dynastii Wazów. Dziś już co prawda tamto poselstwo zostało prawie zupełnie zapomniane, ale w tamtych czasach wywołało ogromny skandal dyplomatyczny, który mógł się zakończyć... wybuchem wojny pomiędzy Królestwem Anglii a Rzeczpospolitą Polską. Jest to jedno z tych wydarzeń w historii, które (według mnie) zasługuje na przypomnienie i ponowne opowiedzenie.



12 grudnia 1586 r. na zamku w Grodnie (który sam sześć lat wcześniej ufundował) zmarł (w wieku 53 lat) król Rzeczpospolitej Obojga Narodów - Stefan I Batory. Śmierć monarchy spowodowała, iż władzę w państwie na krótki okres przejęła małżonka Batorego, królowa Anna Jagiellonka (63-letnia, ostatnia przedstawicielka sławetnej dynastii Jagiellonów, córka króla Zygmunta I Jagiellończyka i królowej Bony Sforzy). W rządzeniu dopomagał jej kanclerz wielki koronny (a prywatnie przyjaciel i prawa ręka Batorego) - Jan Zamojski. Zjazd szlachty na Sejm konwokacyjny (ustalający czas i miejsce elekcji następnego władcy, oraz zapisujący samych kandydatów i określający pacta conventa), został wyznaczony na 2 lutego roku następnego (ze względu na okres świąteczny i srogą zimę). Gdy Sejm już się zebrał, zarysowały się na nim trzy główne frakcje. Pierwszą była frakcja Anny Jagiellonki i Jana Zamojskiego, wspierających kandydaturę królewicza szwedzkiego (a prywatnie siostrzeńca Anny), 21-letniego Zygmunta Wazy (syna króla Szwecji - Jana III Wazy i Katarzyny Jagiellonki). Drugą frakcją byli zwolennicy Ernesta i Maksymiliana Habsburgów (synów cesarza rzymsko-niemieckiego Maksymiliana II). Tę kandydaturę najmocniej wspierał ród Zborowskich. Trzecią frakcję (najsłabszą), stanowili posłowie z Litwy, którzy wsparli kandydaturę syna cara Rosji - Iwana IV Groźnego - Fiodora Iwanowicza.

Wydarzenia które miały miejsce wówczas w Rzeczpospolitej, odbiły się głośnym echem w całej Europie, szczególnie duże zainteresowanie znalazły jednak na dworze angielskim. 27 stycznia 1587 r. w swym liście do sir Francisa Welsinghama (kanclerza i prawej ręki królowej Elżbiety I), tak oto pisał z Frankfurtu angielski dyplomata - Horatio Palavicino: "Polska magnateria jest bardzo skłonna do wyboru syna króla Szwecji, zarówno dlatego, że jest synem córki królowej Bony, jak i z tego względu, że jest sąsiadem i wrogiem Moskwy". Dalej w swym liście Palavicino tłumaczył, że duże szanse mieliby również i książęta siedmiogrodzcy z rodu Batorych, gdyby nie fakt, iż ich kandydaturę wspiera Turcja Osmańska. Zaś w drugim liście do Welsinghama z 5 marca (na cztery dni przed zakończeniem zjazdu Sejmu konwokacyjnego) Palavicino stwierdzał, że przygotowania do elekcji w Polsce przebiegają bardzo spokojnie. 30 czerwca 1587 r. zwołany został Sejm elekcyjny, na którym zwolennicy Anny Jagiellonki wybrali na króla królewicza Zygmunta (19 sierpnia), a prymas Polski - Stanisław Karnkowski potwierdził ich wybór. Na wieść o tym, familia Zborowskich ogłosiła królem arcyksięcia Maksymiliana Habsburga (22 sierpnia), który rozpoczął przygotowania do zbrojnego wkroczenia do Krakowa, na czele niemieckich lancknechtów.

Arcyksiążę miał przy tym pełne wsparcie swego cesarskiego brata - Rudolfa II, który zorganizował zaciągi wojskowe w Czechach, na Śląsku i Łużycach. Swą pomoc (200 tys. koron) przysłał również król Hiszpanii Filip II Habsburg. Rudolf zamierzał także wysłać do Polski landgrafa Jerzego Ludwika Leuchtenberga, oraz polskiego biskupa ołomunieckiego (poddanego cesarza) Stanisława Pawłowskiego, by za ich pomocą przekonać polski Sejm do kandydatury Maksymiliana. Do Londynu pierwsza wiadomość o wyborze nowego polskiego monarchy napłynęła 5 września 1587 r. i była to wiadomość o wyborze na króla Maksymiliana Habsburga. List tej treści przesłał na londyński dwór angielski ambasador w Wenecji - Wroth, który opisał to tymi oto słowy: "Nadeszła pewna wiadomość, że Maksymilian (...) wybrany został królem Polski. Jeśli jest to prawdą, to muszę stwierdzić, że Polacy są pozbawieni wszelkiej roztropności i przywiązania do swego kraju, jako że przez tę elekcję nie tylko nie przysparzają korzyści swemu królestwu, ale sami wystawiają siebie na największe niebezpieczeństwo całkowitej ruiny". Rzeczywiście, dwór angielski z ogromnym smutkiem przyjął wiadomość o wyborze na króla Maksymiliana Habsburga, zważywszy że w tym samym czasie Anglia była w stanie wojny z Habsburską Hiszpanią, dlatego dyplomacja Elżbiety I dążyła gdzie tylko mogła, do osłabienia wpływów austro-niemiecko-hiszpańsko-cesarskiej familii.




Maksymilian pierwszy też zaprzysiągł pacta conventa (była to umowa zobowiązująca każdego nowego władcę do pewnych zadań, jakie miał do wykonania podczas swego panowania, np. budowa floty, rozbudowa i wzmocnienie armii, odrestaurowanie Akademii Krakowskiej itd.). Uczynił to 27 września (Zygmunt Waza zaprzysiągł pacta conventa - 7 października). I dopiero wówczas - 12 listopada nadeszła do Londynu pierwsza wiadomość o wyborze na króla Rzeczpospolitej - królewicza Zygmunta Wazy. Anglików (a szczególnie samą Elżbietę I) żywo interesowały działania wojenne, jakie prowadzili ze sobą obaj kandydaci do polskiej korony. I tak gdy Maksymilian, na czele niemieckich wojsk najemnych (i wojsk prywatnych rodu Zborowskich) obległ Kraków (14 października), do Londynu 28 listopada przyszła fałszywa wiadomość o zdobyciu przez niego Krakowa i wkroczeniu do stolicy Polski wśród dużych owacji ludności. W rzeczywistości Kraków nie został zajęty. Bronił się wytrwale przez półtora miesiąca, a tamtejszymi obrońcami dowodził osobiście Jan Zamojski, który umocnił szańce i wreszcie zmusił Maksymiliana do odwrotu spod miasta (30 listopada). Maksymilian wciąż jednak przebywał w bliskiej odległości od stolicy, a to powodowało napływ sprzecznych informacji o zwycięstwie jednej lub drugiej strony na dworach całej Europy.

I tak 1 grudnia, w swej korespondencji do Welsinghama, pisał z Wrocławia niejaki Stephen Powle, który notabene (dzięki przyjaźni z braćmi Adamem i Piotrem Gorajskimi) żywo interesował się Polską i sprawami Jej mieszkańców. W swych listach z 1, 8 i 26 grudnia pisał o postępach armii Maksymiliana, oraz o tym, jak to arcyksiążę, pragnąc się przypodobać Polakom, ubierał się według polskiej mody, oraz jak to 150 możnych polskich opuściło obóz Zamojskiego i przeszło pod rozkazy Maksymiliana. Ale już list z 9 stycznia 1588 r., wysłany z Pragi, mówi o wycofaniu się arcyksięcia na Śląsk, oraz o wkroczeniu do Krakowa królewicza Zygmunta i jego koronacji na króla Polski. Rzeczywiście - koronacja Zygmunta Wazy miała miejsce w katedrze wawelskiej - 27 grudnia 1587 r. Po tym akcie Zamojski, na czele (gównie husarii) ruszył w pościg za Maksymilianem na Śląsk. Dopadł go pod wsią Byczyna dnia 24 stycznia 1588 r. i doszczętnie rozgromił. Maksymilian został wzięty do niewoli i uwięziony w dobrach Zamojskiego w Krasnymstawie. Dokładnie o tym poinformował Londyn właśnie Stephen Powle w swej relacji z 2 lutego. Zresztą o zwycięstwie wojsk polskich w bitwie pod Byczyną donosili również dworowi londyńskiemu - Henry Killigrew (w liście z 16 lutego) i Thomas Lovell (w relacji z 18 lutego).

Angielska relacja dość szczegółowo omawiała stosunek Jana Zamojskiego do wziętego w niewolę Maksymiliana, który Anglicy opisywali jako niezwykle uprzejmy. Rzeczywiście, gdy Maksymilian zachorował, Jan Zamojski ofiarował mu gościnę we własnym domu, a nawet poprosił go by został ojcem chrzestnym jego dziecka. Zdziwienie Anglików (i nie tylko ich) takim traktowaniem pokonanego nieprzyjaciela, wynikało z niezrozumienia polskiej tradycji politycznej i militarnej, która określana była poprzez słowa Ewangelii: "Miłujcie nieprzyjacioły wasze" i tak też była realizowana, aż stała się częścią realnej polskiej praktyki w odniesieniu do pokonanych wrogów. Tak też się stało, gdy na Sejmie pacyfikacyjnym (obradującym w dniach 6 marca - 23 kwietnia 1589 r.) szlachta uchwaliła przebaczenie win dla polskich stronników Maksymiliana (a przecież popierali oni przeciwnika zwycięskiego monarchy, w każdym innym europejskim kraju była to jawna zdrada i groził za nią katowski topór). Teraz, gdy kandydatura Maksymiliana przepadła (choć on sam zrzekł się praw do polskiej korony, dopiero w 1598 r.), a na tronie Rzeczpospolitej zasiadł młody szwedzki monarcha, spokrewniony poprzez matkę z Jagiellonami, Anglicy postanowili wykorzystać ten fakt i próbować stworzyć z Polską antyhabsburską koalicję (w 1588 r. król Hiszpanii Filip II dokonał próby nieudanego desantu morskiego na Anglię, znanego w historii pod nazwą: Klęski Wielkiej Armady).




Tak więc w lecie 1590 r. Edward Barton - ambasador angielski w Konstantynopolu, wysłał do Krakowa swego sekretarza - Thomasa Wilcoxa, który miał za zadanie poinformować polskiego monarchę, dwór krakowski i szlachtę sejmikową o tym, jak wiele uczynił Barton, by odwrócić Turcję od planów ataku na Polskę. Z końcem lipca tego roku osobiście za to dziękował listownie Elżbiecie I - kanclerz Jan Zamojski. Także król Zygmunt III napisał osobiście list do angielskiej monarchini (29 sierpnia), w którym także osobiście podziękował jej za oddalenie tureckiego najazdu. W odpowiedzi z 28 września, Elżbieta I stwierdzała, iż wiele katolickich państw opuściło Polskę w chwili próby - pozostała przy niej tylko anglikańska Anglia. Jednak kwestia wojny polsko-tureckiej, to była jedna strona wzajemnych relacji, gdzie panowała wzajemna zgoda; druga (krańcowo przeciwna) dotyczyła konfliktu angielsko-hiszpańskiego. W 1579 r. angielscy kupcy założyli Kompanię Wschodnią. Od tej pory dwór angielski starał się wytargować zatwierdzenie tejże Kompanii i otwarcie jej filii w Elblągu, przez kolejnych polskich monarchów - najpierw Stefana Batorego, teraz Zygmunta III. W styczniu 1595 r. właśnie w tym celu został wysłany do Polski angielski poseł - Christopher Parkins. Instrukcja jaką otrzymał od lorda Burghleya, zawierała długi wykład na temat konieczności wprowadzania i utrzymywania blokady morskiej (co preferowała Anglia, a przeciwko czemu twardo sprzeciwiała się właśnie Polska).

Według tej instrukcji lord Burghley radził Parkinsowi dążenie do uzyskania jak najszybszej audiencji u polskiego monarchy, by zapewnić "naszego dobrego brata" (jak pisała Elżbieta I o Zygmuncie III) o starej i silnej przyjaźni, łączącej obu monarchów i oba dwory. Misja Burghley'a nie była łatwa, gdyż Elżbieta I domagała się od niego pozytywnego załatwienia sprawy Kompanii Wschodniej, a jednocześnie do króla polskiego wpływały skargi gdańskich kupców, którym zostały zarekwirowane okręty ze zbożem, płynące do Hiszpanii (na mocy rozporządzenia z 18 maja 1589 r. Tajna Rada poleciła admirałom angielskim Johnowi Norrisowi i Francisowi Drake'owi, zatrzymywać wszystkie statki ze zbożem płynące do Hiszpanii i Portugalii - a tak się jednak składało, że ponad 90 % dostaw zboża do tych krajów, pochodziło właśnie z Polski i było transportowane przez port w Gdańsku). Lord Burghley polecił zatem Parkinsowi, by wyjaśnił królowi polskiemu, iż podczas wojny każda ze stron konfliktu może i powinna szukać wszelkich środków, służących obronie własnego terytorium, a to oznacza również prawo do prewencyjnego ataku, choćby w postaci blokady morskiej. Burghley nakazał też by Parkins zwrócił Polakom uwagę, iż podczas wojny północnej (w latach 1563-1570) angielscy kupcy również ponieśli ogromne straty na skutek zastosowanej wówczas przez Rzeczpospolitą bałtyckiej blokady portów moskiewskich. Parkins przekazał wszystko, co nakazano mu w instrukcji, jednocześnie wyraził również nadzieję, że Polacy zrozumieją angielski punkt widzenia i zaprzestaną dostarczać broni i żywności wrogom Anglii.




Król miał odpowiedzieć, że Rzeczpospolita nie może tolerować utrzymywania angielskiej blokady morskiej, gdyż dochody całej szlachty pochodzą z eksportu zboża. Parkins wówczas stwierdził, iż Anglia nie utrudnia Polsce wywozu zboża, pragnie jedynie nie dopuścić do zaopatrywania w żywność swego największego wroga - Hiszpanii. Wówczas głos zabrał kanclerz Zamojski, który stwierdził że w świetle prawa narodów nie wolno gwałcić zasady wolności mórz, ponieważ zagadnienie wywozu zboża dotyczy gospodarki a nie wojny. Parkins wówczas dość dobitnie wyłożył zasady prowadzenia wojny, które obowiązują niezmiennie po dziś dzień. Stwierdził bowiem: "Różnica między stanem wojny i pokoju polega na tym, że rzeczy zgodne z prawem w okresie pokoju, przestają być legalne w czasie wojny". Stwierdził również że Polacy sami postąpili w dokładnie taki sposób, gdy zbrojnie wkroczyli na Śląsk i wzięli w niewolę arcyksięcia Maksymiliana na obcym terytorium, poza granicami własnego państwa. Nie uzyskano kompromisu - ani Anglia nie otrzymała prawa do założenia placówki Kompanii Wschodniej w Elblągu, ani też Rzeczpospolita nie wymogła na Anglii zwrotu towarów, statków lub pieniędzy za skonfiskowane okręty. Sytuacja wzajemnego napięcia, która zaczęła wzrastać w Krakowie, znalazła swoje ujście dwa lata później, podczas głośnego (w całej Europie) poselstwa polskiego Pawła Działyńskiego na dwór Elżbiety I.

Działyński (syn kasztelana dobrzyńskiego, wywodzący się ze znanego rodu polskiego z Pomorza - czyli ówczesnych Prus Królewskich) przybył do Anglii dnia 2 lipca 1597 r. Wcześniej pełnił on funkcję ambasadora Rzeczpospolitej w Hadze, gdzie popełnił szereg dyplomatycznych gaf, jak choćby wzywając Holendrów (którzy prowadzili wojnę o niepodległość swego kraju z Koroną Hiszpańską od prawie 30 lat - 1568) do podporządkowania się hiszpańskiemu monarsze. Dodatkowo wprawił Holendrów w przerażenie, gdyż zagroził, iż w przeciwnym razie Polska wstrzyma dostawy zboża do tego kraju (był to oczywisty blef, ale blef bardzo realny, o czym świadczy zachowanie Holendrów, którzy zwołali radę i planowali wysłać poselstwo do Warszawy - wówczas od 1596 r. nieoficjalnie nowej stolicy Korony Polskiej, choć oficjalnie nastąpi to dopiero w 1611 r., a tak naprawdę to do końca istnienia Rzeczpospolitej stolicą nadal pozostanie Kraków), prosząc o nie wstrzymywanie dostaw. Król, świadomy afery jaka się wytworzyła, nakazał Działyńskiemu opuścić Hagę i udać się z misją dyplomatyczną do Londynu. Tam Działyński popisał się jeszcze większą dyplomatyczną "elokwencją", która omal nie doprowadził do wybuchu wojny między Anglią a Polską.


ELŻBIETA I TUDOR



Królowa Elżbieta I bardzo dużo sobie obiecywała po tej wizycie, poleciła więc by polski poseł został przyjęty w sposób szczególny. Nakazała też wyszukać w Londynie odpowiednią siedzibę dla posła, czym osobiście zajął się Lord Mayor Londynu, który przeglądał wszelkie londyńskie pałace. Królowa z niecierpliwością oczekiwała posła, zważywszy że opinia jaką wystawił jej o Działyńskim - William Cecil, który wcześniej już spotkał się z Polakiem, była bardzo zachęcająca. Cecil tak oto zaprezentował Elżbiecie osobę Pawła Działyńskiego: "Jest to szlachcic o wspaniałej postawie, dowcipie, elokwencji, znajomości języków i pełen uroku osobistego". Taka opinia spowodowała, iż nie tylko sama Elżbieta, lecz cały angielski dwór zaczęli przywiązywać bardzo dużą wagę do tej wizyty. Sądzono bowiem że celem misji dyplomatycznej Działyńskiego jest próba mediacji w konflikcie angielsko-hiszpańskim, lub nawet zawarcie układu polsko-angielskiego.

Działyński nie od razu po swym przybyciu do Londynu spotkał się z królową. Mimo wszystko musiał czekać ponad miesiąc, nim udzielono mu publicznej audiencji. Stało się to dnia 4 sierpnia 1597 r. Elżbieta podjęła posła w swym letnim pałacu w Greenwich (wówczas pod Londynem, dziś jedna z jego dzielnic). Działyński przypłynął do Greenwich okrętem. W podróży po Tamizie towarzyszyło mu dwóch angielskich szlachciców (królowa chciała by nie czuł się osamotniony w swej podróży). Ubrany był w strój polski - kontusz, przyozdobiony klejnotami. Do Greenwich zjechała się cała ówczesna angielska śmietanka arystokratyczna, o czym wspominał w swym liście do Roberta Devereux, hrabiego Essex - William Cecil. Po przybiciu do brzegu, Działyński i dwaj angielscy lordowie (idąc po jego bokach), odprowadzili go w stronę pałacu królewskiego. Za nimi podążył cały orszak, z jakim przybył do Anglii Działyński. Korytarz wiodący do głównej sali, w której oczekiwała monarchini, był odpowiednio oświetlony większą ilością świec. Po jego obu stronach ustawili się dworzanie Elżbiety I - po jednej stronie sami mężczyźni, po drugiej kobiety - wszyscy we wspaniałych strojach. Gdy tylko Działyński (i jego orszak) przekroczyli próg sali, w której przebywała królowa, nagle rozbrzmiał dźwięk cytr i innych instrumentów muzycznych, tworząc symfonię powitalną.

Po kurtuazyjnych gestach powitalnych, pierwszy głos zabrał Działyński. Mówił po łacinie, lecz tonem wyniosłym i podwyższonym głosem. Tak oto rozpoczął on swą wypowiedź: "Pan mój miłościwy (...) poddanym Waszej Królewskiej Mości (...) tej samej prawie swobody handlowania w swych państwach udzielił, z których korzystają jego właśni poddani, a Wasza Królewska Mość nie tylko zdaje się nie nadawać nowych przywilejów jego poddanym, lecz również te, które im od przodków Waszej Królewskiej Mości zostały nadane i zatwierdzone, odbiera, bądź pozbawiając ich majątku, bądź zakazując handlu w swym państwie (...), gdy uprzednio zostali pozbawieni niemal całkowicie możliwości handlu w Anglii, później doznali jeszcze przeszkód i utrudnień w żegludze morskiej, która z prawa natury powinna być wolna wszystkim, najbardziej jednak w drodze do Hiszpanii (...), wydano edykty, którymi wszelka żegluga do Hiszpanii została im zakazana, bądź że - gdy pomni swego i publicznego prawa korzystali z niego - statki ich przez ludzi Waszej Królewskiej Mości zostały w sposób nieprzyjacielski opanowane i odprowadzone do portów, towary zabrane na rzecz skarbu oraz cały szereg innych ciężkich szkód i krzywd ich spotykał (...) Sprawy te (...) dotyczą nie tylko kupców, na których [król Polski], rzecz jasna, słusznie winien mieć wzgląd, jako na swych poddanych, lecz także niemal całej szlachty państw i krajów jego, której prawie cały dochód i majątek mieści się w tych towarach, rodzących się w jej domach (...) panu memu miłościwemu nie mogła być obca myśl powstrzymania tych szkód swych poddanych i oddania wet za wet, a mimo to już kilkakrotnie najpierw pisemnie Waszej Królewskiej Mości o krzywdach ich donosił i aż do tej chwili jak najcierpliwiej całą sprawę znosi".

Dalej Działyński domagał się od Elżbiety I - zwrócenia kupcom gdańskim ich okrętów, wraz ze skonfiskowanymi towarami; cofnięcia sankcji handlu z Hiszpanią oraz wypłacenia odszkodowania za bezprawne przetrzymywanie okrętów w angielskich portach. Na zakończenie Paweł Działyński stwierdził: "Bowiem tak jak wszystkie morza, tak samo i żegluga jest przedmiotem prawa publicznego. Nie ten czyni krzywdę drugiemu, kto korzysta ze swego prawa, lecz ten, kto mu przeszkadza w korzystaniu z jego własnego prawa (...) liczne i słuszne związki łączą Jego Królewską Mość, pana mego miłościwego, z najjaśniejszym królem Hiszpanów, gdy bowiem między najjaśniejszymi domami austriackim i jagiellońskim istniało dawne pokrewieństwo, teraz Jego Królewska Mość wziąwszy żonę z najjaśniejszego domu austriackiego poprzednie więzy nie tylko odnowił, lecz także wzmocnił".


ZYGMUNT III WAZA



Obecni na sali z coraz większym niepokojem spoglądali na twarz Elżbiety I, która nie przyzwyczajona do pouczeń i ponagleń, a raczej nawykła do pochlebstw i kurtuazyjnych oracji poselskich, z coraz większym wzburzeniem przysłuchiwała się mowie polskiego posła. Szczególnie nerwowo reagowała (choć cały czas starała się ukryć swe emocje), na wzmianki o odwecie i groźbach. Gdy Paweł Działyński zakończył swą orację, głos wreszcie zabrała Elżbieta, która równie podniesionym głosem i władczym tonem stwierdziła: "O, jakże zawiodłam się! Oczekiwałam poselstwa, a ty przywiozłeś mi skargę. Na podstawie listów uwierzytelniających uważałam cię za posła, a znalazłam w tobie herolda. Nigdy w całym swym życiu nie słyszałam podobnej mowy. Podziwiam zaiste, podziwiam taką i w publicznym miejscu niezwykłą zuchwałość. Nie mogę uwierzyć, by twój król polecił ci, byś takie słowa wygłosił. Jeśli zaś coś takiego nakazał ci w instrukcji, w co jednak bardzo wątpię, to sądzę, iż należy przypisać temu, że król, jako młodzieniec, i nie tyle na mocy prawa pochodzenia, jak prawa wyboru, i to świeżo wyniesiony na tron, nie potrafi tak dobrze prowadzić sprawy z innymi władcami, jak albo jego przodkowie z nami to czynili, albo jak może uczynią inni, którzy w przyszłości jego miejsce będą piastować. Co się tyczy ciebie, zdaje mi się, że przeczytałeś wiele książek, lecz właśnie nie pojąłeś ich sensu i w ogóle nie rozumiesz, co godzi się między władcami. Bowiem skoro tak usilnie przypominasz prawo natury i narodów, to wiedz, że na tym ono polega, że gdy między władcami ma miejsce wojna, może jeden drugiemu przejmować skądkolwiek dostarczane środki służące wojnie i zapobiegać, by nie zostały na jego niekorzyść obrócone, i to jest - powtarzam - prawo natury i narodów. Ponieważ zaś wspominasz nowe więzy pokrewieństwa z domem austriackim, które chciałbyś już tak silnymi widzieć, niech nie uchodzi twej uwadze, iż w tym domu nie zabrakło takich, którzy twemu królowi chcieli odebrać Królestwo Polskie".

Na tym zakończyło się spotkanie i wizyta Działyńskiego w Anglii, ale reperkusje polityczne owego wystąpienia (zarówno samego posła jak i monarchini), były żywo komentowane w całym Londynie. Robert Beale pisał (następnego dnia po wizycie Działyńskiego w Greenwich) do Roberta Cecila o obraźliwym zachowaniu polskiego posła w odniesieniu do monarchini. Ale nie tylko mowa polskiego posła została uznana za obraźliwą, również odpowiedź Elżbiety poczytywano za co najmniej - mocno nie taktowną. Obawiano się, że sposób w jaki Elżbieta I potraktowała polskiego posła, może doprowadzić do wybuchu wojny polsko-angielskiej i wsparciu Rzeczpospolitej dla cesarza i króla Hiszpanii w dalszych próbach podbicia Anglii. Obawiano się również zawarcia sojuszu Polski ze Szkocją i próbach okrążenia Anglii z trzech stron. Dlatego też lordowie angielscy na drugi dzień wyprawili na cześć Działyńskiego przyjęcie pożegnalne, mające załagodzić ostre słowa monarchini, zaś jeszcze 21 września William Carr pisał o wielkim strachu, jaki zapanował w Anglii po wizycie polskiego posła i możliwości wybuchu wojny pomiędzy oboma królestwami. Kolejne tego typu informacje (o udziale Polski w koalicji anty-angielskiej) spowodowały jednak ugięcie się Anglików i podjęcie rozmów z Polską na sporne tematy.

W tym celu został wysłany do Warszawy (w czerwcu 1598 r.) nowy angielski ambasador - George Carew. Miał on za zadanie przekonać króla, magnaterię i szlachtę o nie udzielaniu wsparcia Habsburgom w ich anty-angielskiej polityce, a w przypadku gdyby to zawiodło i Polacy wykazywali silny opór, miał wrócić do spraw zwrócenia kupcom gdańskim skonfiskowanych wcześniej statków wraz z całym towarem. Sprawy tej wówczas nie załatwiono, ale po długich negocjacjach uzgodniono kompromis - okręty zostaną oddane, jeśli tylko Polska (na czas wojny angielsko-hiszpańskiej) nie będzie wwozić do Hiszpanii broni ani żywności (zgodzono się jednak na nie konfiskowanie polskich okrętów, płynących do Hiszpanii, jeśli przewoziły inne niż wyżej wymienione towary). Dodatkowo należy zaznaczyć, że w tym okresie (koniec XVI wieku, Polacy jako pierwsi w Europie podjęli się zagadnienia "wolności mórz", które zostało potem oficjalnie spisane i przyjęte w Traktacie Wersalskim z 1919 r.).



 Obraz "Ambasadorowie" Hansa Holbeina Młodszego, wykonany w 1533 r. z okazji koronacji Anny Boleyn na królową Anglii - matki Elżbiety I (notabene był to również rok narodzin samej Elżbiety)

Po prawej stronie stoi Georges de Selve - biskup Lavaur i ambasador króla Francji Franciszka I przy dworze cesarskim w Wiedniu. 

Po lewej stronie stoi Jean de Dinteville - francuski ambasador przy dworze Henryka VIII

 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...