WYŚWIETLENIA

15 sierpnia 2025

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. II

JAK WYGLĄDA BÓG? CZYM SĄ ZAŚWIATY? I CZY MOŻEMY PO ŚMIERCI TRAFIĆ DO PIEKŁA?


JAK WYGLĄDA "RAJ"






Gdy tylko dusza przebrnie przez "pas chmur", ukazuje jej się widok nieopisanego piękna, mozaikowej, wspaniałej przyrody, połyskujących w słońcu drzew i kamieni, czystych jak lazur rzek - przestrzeń ta jest nieograniczona, nie ma końca. Należy też pamiętać, że tu już poszczególne przekazy są różne, w zależności od tego, co lubiliśmy za życia, co sprawiało nam przyjemność, gdzie lubiliśmy spędzać czas. Może to więc być kraina pełna majestatycznych, piętrzących się do góry zamków (nawet z "lodu"), a może to być po prostu nasza rodzinna okolica, tam gdzie mieszkaliśmy, gdzie się wychowaliśmy, gdzie po prostu czuliśmy się dobrze. Te obrazy są indywidualne i zmieniają się w zależności od miłych wspomnień poszczególnych dusz. Wszystko to ma swoje uzasadnienie - mają przynieść pocieszenie i spokój, spowodować łagodne "zerwanie" więzów ze swym poprzednim życiem. Przepiękne widoki łąk pełnych niezwykle bujnych i kolorowych kwiatów, łagodnie szumiących lasów, górskiego potoku spływającego w dolinę, rozświetlonej słońcem plaży i wód morskich o śnieżnobiałej toni, czy wreszcie widoki domków, szkół, pałaców - to wszystko ma służyć uspokojeniu duszy, oraz spowodować by nie myślała już o swych żyjących bliskich.

Jednak zapoznanie się z owym pięknem trwa bardzo krótko, bowiem prawie natychmiast ukazują nam się nasi Przewodnicy, których zadaniem jest rozwiać wszystkie nasze wątpliwości, dotyczące naszej śmierci i losu naszych żyjących bliskich. Obdarzają nas uczuciem wszechogarniającej Miłości i spokoju, oraz dopomagają na wszystkich szczeblach naszej obecności w owym "Raju", aż do momentu ponownych narodzin. Nie są jednak nachalni, często trzymają się z boku, jeśli widzą, że nie potrzebujemy ich pomocy. To Oni też pierwsi przyjmują na siebie wyrzuty od niespokojnych dusz, które nadal są "wstrząśnięte własną śmiercią". I choć Przewodnicy także posiadają Wolną Wolę (bo niczym się przecież od nas nie różnią, poza tym, że są bardziej doświadczeni w duchowym rozwoju), czynią wszystko byśmy czuli się "Tam", jak w prawdziwym domu. Są oni zawsze obecni przy każdym z naszych powrotów, ale często pokazują się jako ostatni (chyba że nowo przybyła dusza jest szczególnie niespokojna), na początku widzimy zupełnie kogoś innego - naszą Bratnią Duszę.

Kim są "Bratnie Dusze?" To ci, do których za życia zawsze czuliśmy najwięcej miłości, których otaczaliśmy szczególnym uczuciem, a które zawsze nas wspierały. Każdy człowiek miał w swym życiu choć jeden przypadek szczególnej, bezinteresownej życzliwości drugiej osoby (często na przykład z naszymi Bratnimi Duszami łączymy się w pary). Bratnią Duszą może być ktoś, kogo darzyliśmy szczególnym uczuciem za życia, np grubawy wujek, z którym bawiliśmy się - będąc dziećmi w śnieżną bitwę, lub ukochana mama, która całe życie o nas dbała. To właśnie Bratnia Dusza jest pierwszą, którą widzimy po śmierci na "Tamtym Świecie". Przybywa ona z reguły (w zależności czy tego chcemy, czy nie) w towarzystwie innych członków naszej rodziny, przyjaciół i znajomych, których znaliśmy i kochaliśmy za życia. Pozostałe dusze ustawiają się zawsze w takiej kolejności, w jakiej my za życia darzyliśmy ich uczuciem. Najpierw więc witają się z nami ci, których kochaliśmy najbardziej, potem ci których bardzo lubiliśmy, następnie ci których darzyliśmy uczuciem przyjaźni, wreszcie ci, których dodatkowo mielibyśmy ochotę ujrzeć, niekoniecznie obdarzając ich jakimś uczuciem. Takie powitanie często jest dla świeżo przybyłej duszy wielkim wydarzeniem - upewnia go bowiem w przekonaniu że nie jest tu sam i może liczyć na pomoc swej zmarłej rodziny i przyjaciół.

Liczba rodziny i przyjaciół oczywiście jest płynna i zmienia się po każdym kolejnym życiu na Ziemi (w zależności od nowo poznanych za życia osób i zawiązanych przyjaźni). Nasz duchowy Przewodnik podczas owego powitania (jak i później w zależności od naszych potrzeb) trzyma się w pewnej od nas odległości, choć jest gotowy by wkroczyć w każdej chwili naszej niepewności i żalu, jaki nadal możemy odczuwać będąc już w tym cudownym świecie. O ile poszczególne dusze, zmieniają się (Bratnia Dusza także żyje wokół nas i inkarnuje razem z nami, a często czynią tak i dusze innych naszych znajomych i rodziny) to nasz duchowy Przewodnik wciąż jest ten sam, wciąż po każdej kolejnej śmierci oczekuje nas i dba o to, byśmy "ponownie się zaaklimatyzowali". Co ciekawe, my możemy samoczynnie (posługując się jedynie myślą) kształtować swój wizerunek z jakim najlepiej się czujemy. Nie mamy już bowiem fizycznego ciała, nie mamy twarzy, rąk, nóg - a jednak te "ludzkie" atrybuty dostrzegamy wśród witających nas bliskich - wystarczy że tylko tego zapragniemy. Możemy też przyjąć wizerunek jaki tylko chcemy (np. postaci z naszego poprzedniego żywota). Może to być więc twarz (i "ciało"), młodej pięknej kobiety, a może być twarz wąsatego kowboja z Teksasu - wybór pod tym względem należy do nas i niekoniecznie musi to być "podobizna" z naszego ostatniego życia.

Są jednak dusze, które zaraz po śmierci swego ciała, nie tylko nie czekają "na pogrzeb", ale także nie potrzebują już żadnych powitań w "Zaświatach", są już bowiem na tyle rozwinięte, że same wiedzą dokąd dążyć zaraz po śmierci i... czynią to błyskawicznie, uważając iż jakakolwiek zwłoka w osiągnięciu celu (celem zawsze jest - poprzez samodoskonalenie, czyli inkarnację - powrót do Domu, do Boga na stałe) jest zupełnie niepotrzebna (za ową zwłokę uważają chociażby spotkania ze swymi bliskimi po śmierci). Są to jednak dusze bardzo rozwinięte, takie - które już praktycznie same mogą stać się Przewodnikami, lub dalej inkarnować, by przyspieszyć osiągnięcie celu (inkarnacja teoretycznie nie jest potrzebna do tego, aby rozwijać się duchowo, można osiągać rozwój również opierając się o doświadczenia innych dusz, ale jest to niezwykle długi proces, gdyż najszybciej i najlepiej uczymy się na własnych błędach i na własnych doświadczeniach). Gdyby "Tam" istniał czas, mogliby więc stwierdzić że: "owe powitania to tylko niepotrzebna strata czasu". Te rozwinięte dusze, kierują się więc od razu do miejsca, do którego trafiają również i te pierwsze (już po powitaniu z rodziną i przyjaciółmi). Kierują się do miejsca będącego czymś w rodzaju "prysznica". Jest to swoiste uzdrawiające "naczynie" - obszar czystej energii. Gdy przez nie przejdziemy, oświetli nas ciepły, jasny promień światła. Jest to właśnie strumień czystej energii, który "obmywa" nas niczym (para wodna) z naszych wszystkich ran i dolegliwości duszy, bolączek, niepewności, utrapień, duchowych rozterek i emocjonalnego cierpienia. W taki oto sposób nasza dusza (a w zasadzie nasza jaźń) oczyszcza się "pod prysznicem" po trudach ciężkiego życia wypełnionego pracą i nauką.


"Mąż z Soloj, krewny i przyjaciel tego Protogenesa, co to był tu z nami, początkowo żył w wielkiej rozwiązłości i w krótkim czasie utraciwszy majątek, zmuszony sytuacją przez jakiś czas prowadził się po łajdacku (...) Nie cofając się więc przed żadnym haniebnym procederem (...) w krótkim czasie pozyskał sławę wielkiego łajdaka. Najbardziej zaś zaszkodziła mu pewna wyrocznia, którą otrzymał od Amfilocha, podobno posłał zapytanie, czy resztę życia spędzi lepiej, na co dostał odpowiedź, że będzie mu się wiodło lepiej, gdy umrze. A jakoś wypadek zdarzył, że go to właśnie w niedługim czasie spotkało. Spadł z pewnej wysokości i skręcił kark (...)

Gdy świadomość opuściła jego ciało, czuł się na razie jak nurek, który z pokładu statku skoczył w głębinę (...) Widział (...) że dusze zmarłych wznosiły się ku górze tworząc ogniste bąble, przed którymi rozstępowało się powietrze, a następnie bąble te powoli pękały, a dusze z nich wychodziły wygląd mając ludzki, ale wiotkie były i o niejednakowych ruchach: jedne wznosiły się z niezwykłą lekkością i mknęły prosto wzwyż, inne zaś jak wrzeciona wirowały w kółko to w górę, to w dół, na kształt zamąconej w ruchu spirali, która powoli i ledwie po długim czasie się uspokajała (...) Wówczas, jak mówił, rozpoznał duszę jednego krewniaka, choć nie z całkowitą pewnością, jako że tamten zmarł był, gdy on sam był jeszcze dzieckiem.

Dusza ta zbliżyła się i przemówiła: "Witaj Thespesiosie". On zdziwiony odrzekł, że się nazywa nie Thespesios, tylko Aridajos, na to ona: "Tak, przedtem" (...) Krewniak więc Thespesiosa (gdyż nic nie przeszkadza nazywać dusze ludzkimi imionami) wszystko mu wyjaśniał (...) Zobaczył, że z innymi duszami działo się to samo: zbijały się w gromadę jak ptaki i latały nisko okrążając przepaść (...) Przepaść zaś wyglądała wewnątrz jak dionizyjskie groty, strojne w zieleń i ubarwione wszelakim kwieciem. Unosił się z niej łagodny i subtelny powiew, który niósł cudowną woń pełną rozkoszy (...) Dusze (...) okazywały sobie wzajemnie serdeczność, tak że całe to miejsce wkoło było pełne bachicznego nastroju, śmiechu, wszelakiej harmonii i zabawy".


Jest to fragment mojego ulubionego dzieła Plutarcha (z lat 90-tych I wieku naszej ery), pt.: "O odwlekaniu kary przez Bogów" (w której autor wyjaśnia dlaczego tak się dzieje, że źli ludzie często żyją w bogactwie i nic złego ich nie spotyka, a ci dobrzy umierają młodo i często w nędzy). Niezwykle sugestywnie zobrazował w nim rolę Przewodnika i miejsca przeznaczenia, do których zdążają poszczególne dusze. Ciekawym faktem jest również nawiązanie do reinkarnacji - ("Witaj Thespesiosie". On zdziwiony odrzekł, że się nazywa nie Thespesios, tylko Aridajos, na to on: "Tak, przedtem")


Ów oczyszczający prysznic, jest niezwykle przyjemnym doświadczeniem dla duszy. Jedna z kobiet, poddana hipnozie i cofnięta do tego momentu, na prośbę hipnoterapeuty: "Opisz, co teraz czujesz?", stwierdziła: "Cudownie, taki spokój... chciałabym pozostać tam na zawsze". Ale "kąpiel" nie trwa długo (wyjątkiem są te dusze, które naprawdę są "poobijane", czyli niezwykle doświadczone przez swe poprzednie życie. Często złe doświadczenia z jednego życia, mogą oddziaływać na... kilka następnych, wszystko zależy od nas samych, od tego jak szybko zapragniemy się oczyścić i próbować zaakceptować, oraz naprawić złe doświadczenia). Opuszczając obszar oczyszczającej nas energii, zmierzamy dalej, ku miejscu naszego przeznaczenia. W tej podróży może towarzyszyć nam nasz Przewodnik, ale Jego obecność nie jest wówczas wskazana. Większość dusz jednak pokonuje tę następną drogę "w samotności" (nasz Przewodnik obserwuje ten proces i jest gotowy "wkroczyć", gdy tego zapragniemy). Zmierzamy więc ku następnemu etapowi naszej drogi w "Zaświatach", ściągani przez potężną siłę (możemy jednak kontrolować ten ruch jak i jego szybkość). "Płyniemy" w kierunku naszej "linii kontaktowej".

To jest jak błyskawiczna szerokopasmowa autostrada, pędzimy naprzód, swobodnie kierując naszą prędkością, choć - co ważne - na tym etapie nie możemy się zatrzymać (podobnie jak na autostradzie). Widzimy wówczas i inne "pędzące" obok nas dusze, jedne blisko, drugie trochę dalej, inne nad nami, drugie pod nami, wszystkie te dusze zmierzają w jednym kierunku. Przypomina to małe rzeczki (a my czujemy się jakbyśmy byli ciągnięci z prądem tej rzeczki), które zmierzają do jednego wspólnego źródła - Oceanu Energii. Przez cały czas podróży, dusza doświadcza nieopisanego relaksu, spokoju i harmonii. Gdy dusza zbliża się do tego "Oceanu Energii", widzi małe, niezwykle jasno świecące plamki, niektóre łączące się w pary, przypominające z oddali winogrona, lub... robaczki świętojańskie. Te plamki, to po prostu inne dusze, które dotarły do swojego miejsca i ponownie spotkały swych najbliższych. Nasza dusza pędzi na spotkanie swojej rodziny i swoich znajomych z poprzedniego życia (opuścili duszę, gdy ta "brała kąpiel"). Na końcu "korytarza", po którym "płyniemy", czekają już nasi najbliżsi. Oto przykład innego mężczyzny, poddanego hipnozie i cofniętego do tego momentu - opowiada on hipnoterapełcie jak to wygląda i co wówczas czuje: "Dociera do mnie znajoma siła umysłów, o jak dobrze. Dołączam do nich - jestem w Domu".

Na tym etapie panuje już Jedność, a raczej świadomość Jedności "wszystkich ze wszystkimi". Tradycja religijna określa nas słowem "Dzieci Bożych", oraz "Braćmi i Siostrami" - tam właśnie dokładnie odczuwamy Jedność między naszymi braćmi i siostrami, tam też czujemy się prawdziwymi dziećmi Boga. Wszelkie wcześniejsze animozje, wszelka niechęć, oraz wszelkie negatywne nastawienie względem tych, których jeszcze do niedawna pamiętaliśmy jako "naszych wrogów", lub sprawców naszego cierpienia - tutaj mija natychmiast. Wyraża się to w bezwarunkowej akceptacji nas takimi, jakimi jesteśmy, nie ma osądzania, nie ma moralizowania, nie ma wywyższania się - widzimy że wszyscy jesteśmy równi względem siebie, że łączy nas uniwersalna więź, będąca jednocześnie Więzią Stwórcy Wszechrzeczy. To jest wspaniały czas zrozumienia tego, co do tej pory poczytywaliśmy u innych za wady. Panuje tam niezwykła Otwartość, Przyjaźń i Miłość - innymi słowy czujemy się tak, jak w... najskrytszych i najszczęśliwszych marzeniach. Po prostu zmierzamy ku Jedności, ku Domowi, choć nie jest to jeszcze powrót do Boga, a jedynie pewien przystanek na tej trasie.

Pomimo tego, że wszystkie dusze odczuwają ze sobą Jedność, przybywamy zawsze do konkretnej, nam przeznaczonej grupy dusz, tych których znaliśmy za życia (a raczej za wielu wcześniejszych żyć). Nie ma dzielenia grup, ani nie ma przechodzenia do innych dusz, nie będących z "naszej paczki". Może się jednak zdarzyć, że dana osoba którą znaliśmy za życia, znajduje się obecnie w innej niż nasza grupie docelowej. Nie możemy tej duszy "odwiedzać", gdyż byłoby to niepotrzebne zakłócanie jej energii. Jeśli jednak chcielibyśmy się z nią skontaktować - nie ma pod tym względem żadnych przeszkód, wystarczy że pomyślimy o danej osobie i jej postać pojawi się w naszym umyśle. W taki też sposób możemy porozmawiać z duszą, nie będącą z naszej grupy. Inną kwestią są dusze które... już żyją na Ziemi w kolejnych ciałach, a tutaj przebywa jedynie "część" ich duszy, ta, która również witała nas po przejściu przez tunel. Dusze już inkarnujące na Ziemi łatwo rozpoznać, gdyż nie emanują taką jasnością, ich blask jest pulsacyjny - raz ciemniejszy, raz jaśniejszy, niczym włączony kierunkowskaz. Jest też z nimi w pewien sposób ograniczony kontakt, lecz mimo to, dusze te również potrafią nas odpowiednio powitać i udzielić odpowiedzi na zadane przez nas pytania.

Po ponownym przywitaniu z najbliższymi, znów pojawia się nasz Przewodnik. Dotąd nie pojawiał się, tak jakby nie chcąc przeszkadzać w ponownym spotkaniu duszy z jej grupą, teraz jednak ukazuje się, gdyż musi nas odprowadzić do miejsca, gdzie... dokonany zostanie Sąd nad naszym życiem. Ów sąd stanowi "Rada Starszych" (Założyciele), choć ze znanym nam sądem ma to niewiele wspólnego - przede wszystkim nie ma mowy o karze za grzechy, ani strachu towarzyszącemu tej myśli. Sąd jest jedynie po to, by podpowiedzieć nam, w którym miejscu mogliśmy lepiej pokierować naszym życiem, oraz co służy naszemu ciągłemu rozwojowi. Cały czas "na procesie" obecny jest nasz Przewodnik, pełniący również rolę naszego adwokata. Proces jest z reguły krótki, po nim powracamy do naszej grupy i cudownego miejsca naszego umiejscowienia na "Tamtym Świecie".



SĄD BOŻY


Od niepamiętnych czasów ludzie musieli zmagać się z wieloma przeciwnościami losu. Jak nie najazdy obcych plemion, to walki z dzikimi zwierzętami, jak nie walka o pożywienie i co za tym idzie - przetrwanie dla całej społeczności, to wszelakie katastrofy naturalne - jak trzęsienia ziemi, pożary, powodzie etc. Nic zatem dziwnego że ludzie by przetrwać, musieli trzymać się razem, wspólnie pracować, polować, żyć. Owa konieczność przetrwania w obrębie danego gatunku (czy choćby jedynie społeczności), wymusiła stworzenie nieformalnych i niepisanych praw, wedle których należało postępować, by zapewnić danemu plemieniu bezpieczeństwo i zasobność, oraz nie narażać ich na jakiekolwiek niebezpieczeństwa. Prawa te były ściśle przestrzegane, a jakiekolwiek wyłamanie się z tego kanonu karano najczęściej śmiercią. Człowiek pierwotny żyjący w otoczeniu złowrogiej, otaczającej go natury i narażony w każdej minucie swego życia na niebezpieczeństwo śmierci, zdawał sobie sprawę, że jego życie tu, na Ziemi podlega pewnym regułom, ale... podobne reguły musiały przecież obowiązywać po śmierci, w zaświatach. Bogowie byli więc podobni ludziom - karali tych, który za życia dopuścili się wielkiego (lub drobnego, w zależności od kategorii) zła, lub złamali prawa swego plemienia. Z czasem, gdy powstały pierwsze ludzkie cywilizacje, zaczęto tworzyć całe mitologie, które opierały się na wierze w pośmiertne cierpienie duszy, w zależności od popełnionych za życia grzechów.

Motyw Sądu Bogów i kary za grzechy jest obecny we wszystkich wielkich cywilizacjach i religiach świata, począwszy od egipskiej i sumeryjskiej, poprzez grecką, rzymską, chrześcijańską, hinduistyczną czy nawet buddyjską (w hinduizmie i buddyzmie mamy motyw wiary w duchowe więzienie na niższych poziomach egzystencji). I choć we wszystkich tych kulturach - śmierć jest uważana za stan przejściowy na drodze ku lepszemu życiu w Zaświatach, to jednak wyniesione z życia na Ziemi kalki myślowe, mówiące o Sądzie Bożym, jednocześnie same z siebie nasuwały skojarzenia z karą za grzechy. Trudno się temu dziwić, do dziś instytucje religijne, sądy i trybunały narzucają nam kodeksy moralności i sprawiedliwości, których należy przestrzegać, zaś pojęcia "zbrodni", "kary" i surowego osądu ludzkich występków, są bardzo głęboko zakorzenione w naszej tradycji, kulturze i umysłowości. Zresztą ludzie zawsze czuli się niepewnie w obliczu wyższych od siebie sił, które mogłyby zdecydować o ich pośmiertnych losach. Ponieważ obawa o życie towarzyszy nam stale i na każdym kroku ("Nie znasz dnia ani godziny"), wobec tego skłonni jesteśmy postrzegać śmierć jako najwyższe dla nas zagrożenie (jest taka seria filmów: "Oszukać przeznaczenie", w której bohaterowie również na każdym kroku walczą o to, aby przeżyć i wygrać ze śmiercią, traktując życie jako jedyne dobro jakie im pozostało). A wszelakie religie dokładały do tego również strach przed Sądem Bożym i ewentualną karą za grzechy, co było równoznaczne z wiecznym cierpieniem dla duszy.

Tacy Egipcjanie na przykład, choć wierzyli że pełnią życia będą żyli dopiero po śmierci, jednocześnie wkładali bardzo dużo energii w pośmiertne zachowanie ciała, potrzebnego do "życia po życiu". Wierzyli że każdy człowiek składa się z trzech elementów - "Ka", "Ba" i "Ach". Aby mogły one właściwie funkcjonować, niezwykle ważną sprawą było zachowanie fizycznego ciała w jak najlepszym stanie. Zaświaty zaś, postrzegali starożytni Egipcjanie jako krainę szczęśliwą, położoną gdzieś daleko na zachodzie (zwaną "Królestwem Zachodu"). Wstęp do niej był możliwy jedynie dla tych dusz, które wiodły dobre i cnotliwe życie. Aby jednak "sprawdzić" czy dusza spełnia te kryteria, musiała ona stanąć przed Sądem Bogów. Nim jednak do tego doszło, dusza musiała namówić starego przewoźnika, by ten na swej łódce przewiózł ją przez "Rzekę Śmierci". Następnie dusza musiała przejść przez Dwanaście Bram strzeżonych przez ogromne węże. Aby owe potwory nie "pożarły" duszy, miała ona przy sobie (ofiarowane przez żyjących i wkładane do trumny przeróżne amulety i oczywiście Księgę Umarłych - zawierającą zaklęcia, mapę oraz wskazówki pomagające duszy obejść bezpiecznie wszystkie pułapki. Gdy dusza ominęła już węże, stawała przed Jeziorem Ognia, który również musiała przepłynąć na barce innego przewoźnika. Gdy dusza przeszła już wszystkie próby i ominęła wszystkie pułapki, stawała przed Sądem Bogów, złożonym z 42 ławników, którzy odczytywali duszy listę grzechów (ogólnych). Zmarły przysięgał że nigdy nie popełnił żadnego z nich. Następnie wchodził do Sali Sądu Ozyrysa, gdzie ważono jego serce, kładąc na drugiej szalce Pióro Prawdy. Jeśli zmarły skłamał i wiódł grzeszne życie, jego serce było ciężkie, a wówczas zostawał rzucony na pożarcie potworowi (który tylko na to czekał). Jeśli zaś prowadził cnotliwe życie, jego serce równoważyło ciężar Pióra Prawdy. Wówczas mógł połączyć się ze swymi przodkami w "Królestwie Zachodu".

Starożytni Grecy zaś wierzyli, że ludzie po śmierci udają się do podziemnego świata - Hadesu. Po śmierci i opuszczeniu ciała przez duszę, zjawiał się po nią bóg Hermes, który prowadził duszę poprzez jedno z podziemnych szczelin w ziemi, lub górskich jaskiń, na brzeg rzeki Styks, która była granicą pomiędzy światem żywych i umarłych. Nad brzegiem rzeki stał przewoźnik, którego należało opłacić, by ten przewiózł duszę do "Świata Umarłych". Żyjący krewni, zaopatrywali więc swych zmarłych w monetę (obol), którym dusza "płaciła za transport". Te dusze, które nie posiadały takiej monety, musiały błąkać się bez celu wzdłuż brzegu rzeki Styks. Po przewiezieniu dusza przechodziła przez bramę "Królestwa Umarłych", której strzegł ogromny trójgłowy pies - Cerber. Miał on za zadanie zatrzymywać żywych, którzy pragnęliby wtargnąć do państwa umarłych - czyli królestwa boga Hadesa, oraz zapobiegać "ucieczkom" zmarłych, którzy pragnęliby uciec z "Zaświatów". Po minięciu Cerbera i przejściu przez bramę, dusza dochodziła do rozstajnych dróg, gdzie odbywał się nad nią sąd. Sędziów było trzech - Minos, Radamantys i Ajakos. Wydawali oni sąd na podstawie życia, jakie zmarły wiódł na Ziemi. Dusze osób, które dopuściły się oszustw i zbrodni - kierowane były do Tartaru, gdzie "za karę" cierpiały wieczyste męki. Zaś ludzie prowadzący życie cnotliwe i bogobojne (oraz członkowie i członkinie kultów misteryjnych, takich jak np. szalenie popularne, lecz jednocześnie niezwykle snobistyczne Misteria Eleuzyńskie - ku czci bogini Demeter i jej córki Persefony - żony Hadesa), tacy ludzie trafiali na Pola Elizejskie, czyli miejsca wiecznej szczęśliwości, błogostanu i radości, napełnionego złocistym blaskiem słońca (co ciekawe - dusze wtajemniczonych w misteria mogły poprosić Hadesa i Persefonę o kolejne wcielenie, a jeśli trzykrotnie w ciągu swych wcieleń, trafiły na Pola Elizejskie, mogły wejść na Wyspy Błogosławionych - królestwa Kronosa, miejsca nieopisanego szczęścia i przyjemności. Większość jednak dusz, które ani nie popełniły żadnej zbrodni, ani też nie wiodły nazbyt cnotliwego życia - trafiały na Łąki Asfodeli. Było to szare, piaszczyste, monotonne miejsce, gdzie dusze błąkały się bez celu (choć nie cierpiały bólu), czekając aż ktoś z żywych wspomoże ich ofiarami.

Rzymianie przejęli od Greków ich wyobrażenia o życiu pośmiertnym, jednak w miejsce greckich - wstawili swych własnych bogów (a raczej zromanizowane imiona bogów greckich). Tak więc świat podziemny, czyli "Królestwo Umarłych", było królestwem Plutona i Prozerpiny. Rzymianie bezczelnie "zerżnęli" wyobrażenia o życiu pozagrobowym od Greków, gdyż sami pod tym względem prawie nie wypracowali swojego "stanowiska". W pierwotnej (agrarnej - czyli chłopskiej), religii rzymskiej wyobrażenie życia pozagrobowego było niezwykle mgliste. Rzymianie po prostu obawiali się prześladowania złych duchów (lemures, larvae), dopiero z czasem ich panteon i wiara w życie pozagrobowe coraz bardziej się rozrastały i ubogacały, poprzez adaptację nowych kultów etruskich, greckich, egipskich, syryjskich, żydowskich i wreszcie chrześcijaństwa, które także oczywiście mówi o Sądzie Bożym i każe za grzechy w piekle, a nagrodzie za cnotliwe życie w Niebie. Starożytna, metafizyczna tradycja Wschodu (buddyzm a szczególnie hinduizm), jest... jeszcze bardziej (niż chrześcijaństwo i islam) pogmatwaną mieszaniną przesądów. Dlaczego religie Wschodu są "pogmatwane?" Ano dlatego że prócz oczywistości reinkarnacji, wyznają również wiarę w istnienie transmigracji (czyli dewolucji np. do form zwierzęcych). Jest to jeden z niezwykle ważnych elementów kontroli społeczeństwa Wschodu, nie mniej ważny (a być może nawet ważniejszy), niż koncepcja wiecznych, piekielnych mąk w chrześcijaństwie i islamie.

Tak naprawdę są dwa momenty, gdy odczuwany niepewność - pierwszy moment to czas naszych narodzin, gdy poznajemy świat w którym żyjemy. Nie pamiętamy ani poprzednich żywotów, ani też czasu, jaki spędziliśmy w "Zaświatach", gdyż przed każdymi narodzinami zawieramy taki układ z naszymi Przewodnikami (są od tego pewne wyjątki, ale są one podyktowane różnymi czynnikami, kiedyś już opisałem mój własny przykład więc teraz nie będę do niego wracał). Startujemy więc jako nowa, czysta karta do ponownego zapisania w wielkiej księdze naszych poprzednich żywotów. Pamięć o tym, że ta karta tak naprawdę stanowi jedynie część innych podobnych jej kart, razem tworzących niezwykle grubą księgę - byłby dla nas niekorzystny, gdyż zajmowalibyśmy się problemami które już minęły, zamiast na nowo poszukiwać drogi do Boga. Narodziny i późniejsze życie na Ziemi, działają na nas przygnębiająco i... deprymująco. Dlaczego tak się dzieje? Niepamięć nie jest bowiem całkowita, są pewne przebłyski w postaci snów, wizji lub obrazów przesuwających się w naszych myślach (Przewodnicy godzą się na to, gdy uznają że jest to korzystne dla naszego dalszego rozwoju). Weźmy na przykład małe, kilkuletnie dzieci, które bawiąc się w piaskownicy mówią do wymyślonego przez siebie towarzysza zabawy. Dla nas (myślących racjonalnie, twardo stąpających po ziemi), takie zachowanie jest co najmniej niepokojące. Tłumaczymy dzieciom że tak naprawdę nie ma żadnego "towarzysza zabawy", że są same, że powinny myśleć tak jak my - uczyć się życia.

Wszystko fajnie, ale... to my się mylimy. Małe dzieci, do pewnego wieku jeszcze pamiętają o czasie jaki spędziły w "Raju", a ich "towarzysze zabaw", to nic innego jak... Przewodnicy - oni ich jeszcze widzą, traktują jak kolegę, przyjaciela, my zaś - ich rodzice - widząc że nasze dziecko mówi do siebie, lub dzieli się np. łopatką do piasku ze swym "kolegą", uznajemy za przejaw pewnego dziecięcego zaburzenia. Trzeba też pamiętać, że wiele dusz, inkarnując na Ziemi, często przeżywa szok. Jest on związany z tym, czego tu doświadczają. One myślały że tu będzie w pewien sposób podobnie, tak jak było w "Raju". Myślały że nikt nie będzie ich oceniał, że zaakceptuje ich w całej pełni, że będzie im życzliwy, że im dopomoże we wszelkich trudach i okaże swą przyjaźń, że wreszcie nas doceni. To, co spotykają na Ziemi (i czego doświadczają) jest zupełnym przeciwieństwem tego, co jeszcze tkwi w ich podświadomości - pamięći Miłości "Tamtego Świata". Taka niedawno narodzona i wchodząca w ziemski świat dusza, licząc na akceptację i Miłość ze strony innych ludzi, doznaje szoku - spotyka się z niechęcią, odrzuceniem, wzgardą, nieżyczliwością, przemocą i bólem. To jest naprawdę deprymujące uczucie dla niedawno narodzonej duszy, która musi się przyzwyczaić do nowego świata i nauczyć się rozumieć i rozróżniać ludzkie zachowania (spójrzcie na dzieci, one potrafią się cieszyć z "drobnostek" - rzeczy, które już dla nas wydają się nieistotne). Drugim zaś momentem, w którym odczuwamy pewien niepokój i niepewność, jest... moment naszej śmierci (o tym już jednak pisałem w poprzedniej części ). Narodziny i śmierć - dwa zwrotne momenty naszego istnienia.

Dusza, która po ponownym przywitaniu z rodziną i znajomymi przybywa teraz w towarzystwie swego Przewodnika na sąd do "Rady Starszych", nie odczuwa strachu, gdyż ciągle towarzyszy jej uczucie spokoju i harmonii. Jedyne uczucia jakich może wówczas doświadczać, to pewien rodzaj niepewności (tylko młode dusze), oraz żal, za źle przeżyte (czyli w mniemaniu duszy - zmarnowane) życie. Gdy stajemy przed Radą Starszych, z ich "twarzy" emanuje łaskawość. Otoczeni jesteśmy wszechogarniającym nas uczuciem Spokoju, Harmonii, Miłości. Następnie zostaje "wyświetlony film" z naszego życia. Ten film nie przypomina jednak znanych nam obrazków, jakie możemy ujrzeć na ekranach kin, lub naszych prywatnych odbiornikach telewizyjno-komputerowo-laptopowo-smartfonowych etc. Ten film obejmuje każdą sekundę naszego życia i wszystko jest pokazane jednocześnie, co wcale nie przeszkadza, by móc je dokładnie omówić. Pewien mężczyzna (lekarz i nauczyciel akademicki), poddany hipnozie i cofnięty do czasu jaki spędził w "Zaświatach", opowiadał iż, członkowie Rady" zapytali go: "Który moment swego życia uważasz za najważniejszy", on zaczął wymieniać (jako że w poprzednim życiu też był naukowcem) ukończone szkoły, sportowe zwycięstwa, otrzymane nagrody itp. W pewnym momencie puszczono mu film, gdy jako młody chłopak, przyszedł w nocy do pokoju swej ciężko chorej siostry, objął ją, złapał za rękę i zasnął, siedząc przy niej do samego rana. Członkowie Rady odpowiedzieli: "TO - było największe zwycięstwo twojego życia".




Wedle tego co mówią ludzie poddani sesjom hipnoterapeutycznym, dusza po śmierci w żadnym przypadku nie przechodzi przez etap kary za grzechy, a raczej przez kolejne stadia samooświecenia. Nie doznajemy cierpień, ani w postaci "fizycznej" ani psychicznej ani jakiejkolwiek innej. Rada Starszych (Założyciele - jest to moja prywatna nazwa, można ich określać zupełnie dowolnie), przed którą stajemy po śmierci, przypomina co prawda rodzaj sądu nad duszą, ale nie jest nim w sensie dosłowny. Przede wszystkim należy pamiętać, że te mądre Istoty, które nas zapytują o właśnie zakończone życie - mają niezmiernie wiele współczucia dla ludzkich ograniczeń i słabości i okazują niewyczerpaną cierpliwość wobec popełnionych przez nas błędów. W przyszłych życiach otrzymamy jeszcze wiele szans na poprawę naszego "zachowania" i wyborów i choć owe życia (zapewne), nie będą należały do łatwych (łatwe i przyjemne wcielenia niewiele wnoszą w dalszy rozwój duszy, choć bywają nagrodą za ciężko przeżyte poprzednie życie, w którym nie pałaliśmy do nikogo nienawiścią, ani też nikogo nie skrzywdziliśmy. Są jednak stratą "czasu" i to od nas zależy czy chcemy z nich skorzystać, czy nie), po śmierci w żadnym razie nie doznamy, ani nie dostąpimy kolejnej "porcji" bólu, który przeżywaliśmy za życia. Nie znaczy to jednak że nasze wybory, związane np. z zadawaniem bólu i krzywdzeniem innych ludzi (czy w ogóle innych istot) są przyjemne po śmierci - nie są. Ów Sąd przede wszystkim ma na celu uświadomienie nam roli i rangi popełnionych przez nas błędów. Zawsze jednak odbywa się to w takiej atmosferze, by dusza czuła się dobrze, by była spokojna, by nie odczuwała niepokoju przed rozmową z Założycielami (pamiętam kiedyś wypowiedź pewnego mężczyzny, który w latach 90-tych wybrał się z synem na sanki, na niewielkie wzgórze w ich okolicy. Wówczas doznał wypadku, w czasie którego zapadł w stan śmierci klinicznej. Potem, gdy odzyskał świadomość opowiadał, że był jakby w "przedsionku Raju". Pamiętał że wyświetlono mu film i wśród wielu wydarzeń z jego życia szczególnie jedno zapadło mu szczególnie w pamięć, gdyż widząc to, poczuł się tak, jakby jego dusza płonęła od wewnątrz. W sym życiu miał wiele doświadczeń: lepszych i gorszych, ale przy żadnym z nich nie czuł się tak, jak tej jednej chwili. A była to chwila, gdy jako młody chłopak, na powitanie nowego kolegi który zjawił się w ich klasie, podszedł do niego od tyłu i bez zdania racji - aby pokazać kto tu rządzi - kopnął go w tyłek. To nie było potrzebne, to nie miało żadnego uzasadnienia, żadnego powodu, nie było niczym motywowane, ot czysta chęć dominacji, pokazania kto jest lepszym. I w tej jednej sytuacji - którą dawno w ciągu swego życia zapomniał - poczuł się tak, jakby jego dusza wewnętrznie płonęła, gdyż odczuł dokładnie to, co ten chłopak myślał i jak źle się poczuł w tej właśnie sytuacji. To jest kolejny dowód na to, że my wszyscy tak naprawdę my jesteśmy Jednością. Wspólnie tworzymy ten niekończący się Ocean Energii Miłości, który można nazwać Bogiem).

W tym celu do sali sądu odprowadzają nas nasi Przewodnicy, którzy (choć rzadko się odzywają podczas spotkania ze "Starszymi"), gdy zauważą naszą konsternację, lub gdy nie znamy odpowiedzi na dane pytanie - sami starają się odpowiedzieć w naszej "obronie", lub podpowiedzieć rozwiązanie. Jeden z mężczyzn, poddany hipnozie, opowiadał, jak to jego Przewodniczka zaprowadziła go do pięknej, pełnej marmurowych kolumn sali. Ściany mienią się przepięknymi, różnokolorowymi barwami z mrożonego szkła, a w oddali słychać delikatną muzyczkę. Światło jest lekko przyciemnione o złotawej barwie. Wewnątrz sali jest mnóstwo roślin i kwiatów, oraz przepiękna fontanna, w której "słodko szemrze woda. Wszystko po to bym się odprężył i zrelaksował" - opowiada mężczyzna. "Święci siedzą przy długim, półkolistym stole, a moja Przewodniczka staje za mną, po lewej stronie". Umiejscowienie Przewodnika "po lewej stronie", nie jest wcale przypadkowe - chodzi tu o blokadę energii, która mogłaby "uciekać" ze strony prawej na lewą (lewa strona ludzkiej głowy dominuje nad prawą, zaś dusze stając po swej śmierci przed Radą Starszych, bardzo często nadal nie wyzbyły się swych "fizycznych" inklinacji), dlatego też Przewodnik pomaga danej duszy w odbiorze energii dochodzącej z prawej strony, blokując myśli (jeszcze fizyczne połączenia neuronalne) które mogłyby uciekać stroną lewą (jest to jedyne takie działanie Przewodnika - potem, gdy całkowicie już pozbędziemy się naszych fizycznych cech - które wciąż pamiętamy i częstokroć nadal zachowujemy się jak żyjący - Jego działanie nie będzie już nam potrzebne).

Starsi następnie zapytują duszę, co sądzi o najważniejszych wydarzeniach z jej poprzedniego życia, oraz jaki ma stosunek do własnych wyborów (szczególnie tych, związanych z krzywdzeniem innych ludzi). Co ciekawe, wśród Rady nie ma jakiejkolwiek niechęci, czy najmniejszej choćby formy zniecierpliwienia naszymi błędami, choćbyśmy popełniali je notorycznie co wcielenie. Te niezwykłe Istoty okazują nam tyle cierpliwości, na ile nie byłoby stać nawet nas samych. Należy bowiem pamiętać (o czym praktycznie się nie mówi), że każda dusza ma wolny wybór i jeśli nie chce - wcale nie musi inkarnować fizycznie. Jeśli nie zechce - będzie uczyła się na doświadczeniach innych, ale nikt ani nic nie może jej zmusić do przyjęcia kolejnego ciała i rozpoczęcia następnej inkarnacji. Radę więc interesuje nie tyle to, ile razy upadaliśmy na naszej "cielesnej" drodze, tylko czy i ile razy zdołaliśmy się podnieść z upadku i zakończyć nasze życie tak, by zminimalizować cierpienie i ból, jaki nasze ciała mogłyby zadać innym.

Spotkania duszy z Założycielami różnią się w zależności od stopnia zaawansowania duszy, oraz zdobytych doświadczeń. I tak młodziutkie duszyczki, które dopiero niedawno rozpoczęły proces inkarnacyjny, często na takie spotkania ze "Starszymi", chodzą w grupie innych młodych duszyczek. Założycieli jest wówczas zazwyczaj niewielu (z reguły dwóch - często "mężczyzna" i "kobieta" - będące synonimem rodziców-opiekunów młodych dusz). Spotkanie ma charakter zabawy w grupie (młode dusze są traktowane jak dzieci, gdyż ilość ich przeżytych doświadczeń fizycznych jest minimalna, a to oznacza że bardzo łatwo taką duszyczkę "uszkodzić". Uszkodzić - oznacza, iż dusza ta może nie potrafić zrozumieć i zaakceptować tego, z czym spotkała się na Ziemi podczas wcielenia, czyli bólem, przemocą i nienawiścią (tu bardzo ważna jest rola Przewodników). Tak więc spotkanie ma charakter wspólnej zabawy i wyjaśniania sobie co przeżyliśmy, a co chcielibyśmy zmienić. Na zakończenie młode duszyczki często odchodząc machają rączkami (jak dzieci), w stronę "rodziców", czyli Starszych/Założycieli, a Ci również odpowiadają w ten sposób. Spotkanie nie ma charakteru oficjalnego, jak opisany przeze mnie wyżej - lecz przypomina spotkanie pani z dziećmi w przedszkolu, gdzie siedzą one wokół swej pani (np. po turecku) a ona zadaje im pytania. Taki też charakter ma spotkanie Założycieli z młodziutkimi duszyczkami.

Sytuacja zmienia się po... ok. czwartym, piątym wcieleniu, wówczas już przybywamy do "Sądu", sami, bez swych kolegów z grupy (przedszkolaków 🤭). Pewien mężczyzna, który jest młodą duszą, na widok dość już wówczas oficjalnego spotkania wykrzyknął w stronę hipnoterapeuty: "Jak to się wszystko zmieniło! Trochę się niepokoję, to spotkanie jest bardziej oficjalne niż poprzednie. Na środku przepięknej sali, stoi stół, za którym zasiadają trzy starsze osoby - dwaj mężczyźni i jedna kobieta" (kwestia płci Założycieli nie ma znaczenia - to co widzą dusze przed sobą, wynika bardziej z ich osobistych pragnień i chęci. Najczęściej dusze wśród Rady widzą w większości samych mężczyzn, gdyż wynikłe to jest z kultury w jakiej żyli, mężczyźni są bowiem uważani za tych, którzy tworzą i egzekwują prawo. Ale zaczyna się to zmieniać także wśród dusz. O ile we wcześniejszych wcieleniach tej samej duszy dominowali sami mężczyźni - o tyle im bliżej naszych czasów podział ten jest już prawie wyrównany. Wszystko zależy od tego w jaki sposób dusza jest w stanie zaakceptować kobietę, jako tę, która również może sądzić i tworzyć prawo. A ponieważ w naszych czasach zawód sędziego jest już w dużej mierze sfeminizowany - dlatego łatwiej jest duszy ujrzeć wśród członków Rady także i kobiety).

Im dusza bardziej "rozwinięta", tym spotkanie staje się ponownie mniej oficjalne. Dusze zaawansowane, takie które wkrótce same mogą zostać Przewodnikami i objąć pieczę nad "swoimi dziećmi", często nie stoją przed Radą Założycieli, lecz zapraszane są do stołu wraz z Założycielami. Zwiększa się wówczas i liczba Starszych (może ich tam wówczas być nawet dziesięciu, dwunastu za "stołem"). Dlaczego tak się dzieje? Powód jest prosty - dusza zaawansowana jest już w stanie swobodnie określić "płeć" i "wygląd" Starszych, choćby ich było nawet i piętnastu, zaś młodziutka duszyczka z reguły rozpoznaje tylko tego z Założycieli, który zwraca się do niej bezpośrednio, dlatego w takich spotkaniach liczba "Sędziów-Założycieli", ogranicza się do jednego, góra dwóch - nie więcej. Pewien mężczyzna będący duszą zaawansowaną opisuje to w taki sposób: "Po zakończeniu mojego ostatniego życia, wśród członków Rady ujrzałem nową "osobę" płci żeńskiej, której wcześniej nie było. Była mi przyjazna i życzliwa, choć łagodnie krytykowała moją stałą obojętność wobec kobiet w poprzednich wcieleniach. Zjawiła się tu, by pomóc mi przezwyciężyć moją skłonność do wykluczania kobiet z mojego życia, które hamuje mój rozwój". Pytania najczęściej zadaje "Przewodniczący" Sądu (ulokowany pośrodku stołu), choć oczywiście nie zawsze jest to regułą. Ale gdy tylko omawiany jest dość bolesny temat, związany np. z popełnionymi za życia błędami (zbrodnie, nienawiść, złość, gniew, cierpienie którym obdarzaliśmy innych) - pozostali członkowie Rady, milcząc przesyłają nam jednocześnie ciepłą, życzliwą energię, oraz "fale" błogiego spokoju.

Pewna kobieta (poddana hipnozie), opowiada jak to wśród członków Rady rozważają problem jej zamknięcia na innych ludzi, niepewności i braku chęci wyrażania własnego zdania, nawet w sytuacji gdy owe zdanie jest prawdziwe. Kobieta mówi członkom Rady Założycieli, że bardzo się boi konfrontacji z nieszczerymi ludźmi i wszelakich przeciwności życiowych. Na to jeden ze Starszych odpowiada: "Nigdy nie postawimy Cię przed trudnościami, z którymi nie potrafiłabyś sobie poradzić". Radzi by kobieta spróbowała przełamać swoje obawy, niechęć i nieśmiałość do innych ludzi i pokazała im jaka jest naprawdę, a wówczas mówi: "Będziesz przez nich kochana i doceniana". Następnie dodaje: "To, co zyskujesz przeżywszy ciężkie życie, zyskujesz na wieczność - lecz wszystko jest w tobie, nie zapominaj o tym". Członkowie Rad, choć przypominają srogich sędziów, tak naprawdę odczuwają do nas ogromną empatię i zrozumienie (być może nawet większe niż nasi Przewodnicy). Ma to swoje pewne wytłumaczenie - najprawdopodobniej Założyciele którzy nas "egzaminują" z poprzedniego życia, odznaczają się podobnymi do naszych charakterami oraz niezwykłą i trudno wytłumaczalną bliskością.

Przykładem niech będzie fakt, iż pewna kobieta będąca pod wpływem hipnozy, zaczęła głośno płakać, gdy ujrzała wśród członków Rady Założycieli - swego dawno nie widzianego Założyciela-Opiekuna Rendara, którego nie widziała od jakichś 3000 ziemskich lat. Po prostu nie pojawiał się podczas jej spotkań z Radą. Cieszyła się jak mała dziewczynka, gdy Go ponownie ujrzała w Radzie, mówiła: "Minęło tyle czasu... On jest bardzo stary i mądry, tak pełen spokoju, był ze mną od początku, zanim przeszłam te wszystkie ziemskie cykle... On mówi do mnie... mówi...: Dobrze jest znów z Tobą pracować". Kobieta wyznaje że "zniknięcie" Rendara z członków Rady, miało związek z jej przewinami, gdyż pomimo składanych Mu obietnic, w każdym z kolejnych żywotów kobieta stawała się coraz bardziej samolubna, żądna władzy i pochlebstw (bez względu na to jakie wówczas "nosiła" ciała). On tłumaczył: "To spowalnia Twój postęp", lecz ona go nie słuchała, składała mu obietnice poprawy bez pokrycia, a w każdym następnym życiu czyniła to samo (także jako silny, potężny mężczyzna - żyjący w VIII wieku wśród wikingów, którego celem samym w sobie był rabunek, niszczenie i gwałt. Oddawał się jedynie swej cielesnej formie, zapominając o duchowości. Zginął podczas ataku na jedną z angielskich wsi. Był bardzo silny i dobrze zbudowany - kobieta przypomina sobie że uwielbiała demonstrować swą wyższość nad innymi, mając tamto ciało). Teraz Rendar znów powrócił, co wywołało ogromne zadowolenie owej kobiety.

Najczęstszymi kolorami "szat", jakie dusze widzą wśród swych Przewodników, lub też Założycieli - są barwy bieli i fioletu. Biała energia bowiem pomaga duszom w procesie nieustannego samooczyszczenia i odnowy, oraz symbolizuje Czystość, Jasność Myśli, Mądrość i Wiedzę. Według ludzi poddanych sesjom hipnoterapeutycznym, biała barwa szat noszonych przez Przewodników lub Założycieli symbolizuje harmonię danej duszy z Uniwersalną Energią (czyli Bogiem). Natomiast barwa fioletowa koloru szat, symbolizuje Mądrość, Zrozumienie, Życzliwość i Miłość naszych Nauczycieli. Choć są to najpopularniejsze barwy, noszone zarówno przez Założycieli, jak i przez naszych Przewodników - nie są jedyne. Spotkać można również zieloną i żółtą barwę szat (lub szaty o kolorach mieszanych). Zieleń jest kolorem uzdrowienia duszy i pojawia się szczególnie często po tzw.: "ciężkim życiu", pełnym chorób, bólu i cierpienia. Żółta barwa zaś - pomocna jest przy omawianiu kwestii "podarków", jakie otrzymaliśmy, a szczególnie jakimi obdarowaliśmy innych. Inne barwy spotyka się rzadziej - na przykład kolor czerwony symbolizuje witalność i chęć do życia, do ponownego odradzania się i pokonywania błędów. Jest barwą pasji i namiętności. Są jednak kolory które nie występują nigdy na szatach Nauczycieli - do tej barwy zalicza się kolor czarny.

Podczas relacjonowania etapów naszego życia przed Radą Założycieli, nasi Przewodnicy (jak już wspomniałem) stają za nami z tyłu. Podczas rozmowy prawie się nie odzywają, lecz gdy tylko daną duszę nachodzą wątpliwości, lub czuje żal, lub zniecierpliwienie niewygodnymi pytaniami (to także się zdarza, szczególnie wśród młodszych dusz) nasz Przewodnik przejmuje inicjatywę. Opowiada więc za nas historię naszego minionego życia, podkreślając nasze przymioty i tłumacząc błędy z jakimi musieliśmy się zmagać (a które zbyt dobrze o nas nie świadczą), sytuacjami które nas ku temu popchnęły. Nie próbuje jednak wybielać błędów, lecz prezentuje je "pod innym kątem", by dać nam czas na zebranie myśli i ponowną, swobodną rozmowę. Gdy jednak niepewność lub żal duszy bierze mimo to górę, wówczas sami Założyciele/Starsi informują ją o prawdziwym charakterze tego spotkania i konwersacji. Mężczyzna poddany hipnozie, tak relacjonuje "słowa" (a raczej myśli), jakie skierowali do niego Starsi, gdy zaczął dopadać go żal i frustracja. Jeden z Nich zwrócił się do niego takimi słowy: "Nie jesteśmy tu, by Cię osądzać! Pragniemy jedynie byś spojrzał na swoje życie, własnymi oczyma i spróbował przebaczyć sobie samemu. Zaakceptuj siebie takiego, jakim jesteś z tą samą bezwarunkową Miłością, jaką My cię darzymy!".

Następnie proszą go by przypomniał sobie jedno z wydarzeń z ostatniego życia. "Czy pamiętasz wydarzenie z przystanku autobusowego?" - pytają go. On jednak odpowiada przecząco "Nie pamiętam nic takiego", wówczas pokazują mu to na wielkim "telebimie". Pewnego razu, gdy jechał do swojego biura (w poprzednim życiu ów mężczyzna był bogatym przedsiębiorcą, niezbyt "kochanym" przez swych pracowników), zauważył na jednym z przystanków autobusowych siedzącą i płaczącą kobietę. Kazał się zatrzymać, podszedł do niej, objął ją ramieniem i starał się ją pocieszyć, mówiąc że wszystko będzie dobrze, by przestała płakać i się uspokoiła. Utulił ją w ramionach i tak czekali razem aż do przyjazdu autobusu. Kobieta podziękowała i powiedziała że czuje się lepiej, po czym wsiadła do autobusu. Szybko o niej zapomniał. Powiedział wręcz hipnoterapeucie: "Mój Boże, prowadziłem swoją fundację, dałem tyle pieniędzy na cele charytatywne, a Ich obchodzi wydarzenie, o którym ja już dawno zapomniałem". No cóż, na "Tamtym Świecie" często sprawy które uważamy za ważne tutaj są błahe i nieistotne, zaś takie, które postrzegamy za nic nieznaczące i o których szybko zapominamy - są niezwykle ważne, gdyż to one właśnie pokazują naszą prawdziwą naturę i cel ku któremu dążymy (choćby to było najzwyklejsze ustąpienie miejsca starszej osobie w autobusie - rzecz zdawałoby się ulotna i niewarta naszej pamięci, a jednak po śmierci możemy być mile zaskoczeni tym, co Oni uważają za naprawdę ważne).

Bardzo często Założyciele/Starsi pragną rozbudzić w nas odwagę do podejmowania i pokonywania kolejnych wyzwań. Często dusze wykazują się nieśmiałością (za życia oczywiście), co wpływa potem na kierunek obieranych przez nich spraw. Są też i inne próby "rozbudzenia" duszy do dalszego działania, jak choćby uświadomienie duszy, że każdy z nas ma możliwość i wręcz powinien - sam rozwiązywać spotykające nas problemy w taki sposób, by nadal pozostać w harmonii z własnym środowiskiem. Szczególnie ciekawie wygląda ta kwestia w przypadku dusz, które same wcześniej decydują się na przyjęcie ciała, o dużym prawdopodobieństwie śmierci w młodym wieku. Takie dusze czynią to świadomie, gdyż śmierć ukochanej, bliskiej osoby ma być często rodzajem sprawdzianu dla duszy która przeżyła, przykładem jej wewnętrznej siły, samodyscypliny i odwagi w pokonywaniu trudów życia (opiszę to w kolejnych częściach).

Taka wizyta przed "Sądem" odbywa się zaraz po śmierci i drugi raz... przed samymi narodzinami, by ostatecznie "dopracować" ustalenia tyczące nowego życia (jak już wcześniej wspominałem - to my sami decydujemy się na wybór nowego ciała, ustalenia tyczą jedynie przyszłych oddziaływań karmicznych i tego, co należy zmienić by zrównoważyć negatywną energię z poprzedniego żywota).


CDN.

14 sierpnia 2025

HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. I

OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ 

DO KATARZYNY PARR





OSTATNIA PRÓBA RATUNKU
LIST ANNY BOLEYN DO HENRYKA VIII
WYSŁANY PRZEZ NIĄ Z TWIERDZY TOWER 
6 MAJA 1536 r.


"Panie Mój, twoje niezadowolenie i moje uwięzienie są dla mnie tak dziwne iż zaprawdę sama nie wiem co napisać lub za co Cię przepraszać. Jestem całkowicie nieświadoma (...) a jeśli jak mówisz tylko wyznając prawdę mogę uzyskać bezpieczeństwo, z całych mych sił i z poczuciem obowiązku wypełnię Twoje polecenie. Proszę jednak by Wasza Łaskawość nawet sobie nie wyobrażał że Wasza biedna żona kiedykolwiek uzna swą winę. Prawdę powiedziawszy żaden Władca nie miał żony tak lojalnej w obowiązkach i uczuciach, jak tyś sobie znalazł w osobie Anny Boleyn (...) i z której mniemam Bóg i ty Najjaśniejszy Panie byłeś tak zadowolony. Mam również w pamięci swoje Wywyższenie otrzymane w miejsce Królowej (...) bowiem z powodu mego Wyróżnienia, nie mającego żadnych podstaw, a jedynie Twoją łaskę dla mej osoby, choć wybrać sobie mogłeś inną istotę. Jednak to mnie sobie upodobałeś, z niskiego stanu uczyniłeś mnie Twą Królową i towarzyszką, choć przekraczało to me pragnienia. 

Jeśli zaś już uznałeś mnie za godną takiego honoru, mój dobry Panie, niech żadna inna miłostka, czy też zła rada złożona z mych wrogów nie odbierze Twych szlachetnych łask, nie pozwól również Panie by ta skaza, ta niegodna skaza nielojalnego serca skierowana przeciwko Tobie, kalała imię twej uległej małżonki oraz Twej córki. Osądź mnie, mój dobry Królu, lecz pozwól otrzymać uczciwy proces i nie pozwól na to by moi zaciekli wrogowie siedzieli jako oskarżyciele i sędziowie (...) A potem Bóg i Ty zdecydujecie co ze mną będzie (...) Mą ostatnią i jedyną prośbą jest, bym tylko ja musiała dźwigać jarzmo Twego niezadowolenia, oraz aby gniew Twój nie dotknął niewinnych dusz tych biednych mężczyzn którzy (jak rozumiem) są również uwięzieni z mojego powodu. Jeżeli kiedykolwiek mój widok cieszył Twe oko, jeżeli kiedykolwiek imię Anny Boleyn brzmiało miło w twych uszach, przystań na tę jedną mą prośbę, wówczas odejdę by nie sprawiać Najjaśniejszemu Panu więcej kłopotów, modliła będę się do Świętej Trójcy o zachowanie Waszej Łaskawości w dobrym zdrowiu, oraz by kierowała Tobą we wszystkich Twych zamierzeniach. Twa najbardziej lojalna i zawsze wierna małżonka Anna Boleyn - 

Z mego smutnego więzienia w Twierdzy Tower, tego dnia 6 maja"





PS: Natalii Dormer według mnie bardzo dobrze oddała postać królowej Anny Boleyn w serialu "The Tudors" i chociaż można się doszukać pewnych nieścisłości (prawdziwa Anna Boleyn miała jasne, a nie ciemne włosy), to jednak wydaje mi się, że tutaj było aktorstwo na miarę mistrzostwa świata. Podobnie zresztą jak Ciaran Hinds - który dla mnie już zawsze będzie miał twarz Juliusza Cezara z serialu "ROME". 





Ale wróćmy do tematu:






Henryk VIII był mężczyzną o dość "rozbudowanym" libido, co przekładało się na częstotliwość jego seksualnych igraszek. Był zupełnym przeciwieństwem swego ojca Henryka VII, który pozostał wierny swej żonie, a matce Henryka VIII - Elżbiecie York, (choć niejaki Roland de Velville był prawdopodobnie jego jedynym nieślubnym synem, urodził się on jednak w 1474 r. na dwanaście lat przed małżeństwem Henryka z Elżbietą York i w czasach, gdy Henryk VII nie marzył nawet o koronie królewskiej). Prawie 24-letnie panowanie Henryka VII (22 sierpnia 1485 - 21 kwietnia 1509) w oczach poddanych uchodziło za jedno z najlepszych w dziejach Anglii, zaś sam król był niezwykle umiłowany wśród swego ludu. Ta pamięć ojca przeszła potem na syna - choć Henryk VIII postępował z poddanymi o wiele brutalniej niż jego ojciec.




Pierwszą oficjalną kochanką Henryka VIII została Francuzka Jane Popincourt, dama dworu żony króla Francji Ludwika XII - Anny Bretońskiej. Jane wpadła do angielskiej niewoli (wraz z innymi damami z królewskiego orszaku) po zwycięskiej dla Henryka VIII bitwie pod Spurs (inna nazwa - popularna szczególnie we Francji, to bitwa pod Guinegate - 16 sierpnia 1513 r.). Król być może nie od razu zwrócił uwagę na piękną brankę, w każdym razie jego oficjalną kochanką została w 1514 r. Szybko jednak znudziła się królowi - chodziły słuchy że nie jest on jej jedynym kochankiem. Król uznał ją za ladacznicę i odesłał nie tylko z dworu, lecz również z Anglii w 1516 r. obdarowując jednak przedtem (oficjalnie by "zachowała godność") kwotą ok. 100 funtów.

Warto jednak stwierdzić że Jane Popincourt była pierwszą kochanką Henryka VIII. Wcześniej nie rozglądał się za innymi kobietami - szalał z miłości do swej małżonki (poślubionej 11 czerwca 1509 r. i koronowanej wraz z nim 24 czerwca 1509 r.) Katarzyny Aragońskiej - córki katolickich monarchów Hiszpanii - Ferdynanda II Aragońskiego i Izabelli I Kastylińskiej (którzy notabene - szczególnie Izabella - sfinansowali podróż Krzysztofa Kolumba do Nowego Świata). Katarzyna Aragońska (która pierwotnie była żoną zmarłego w 1502 r. starszego brata Henryka - Artura Tudora) była jednocześnie starsza od swego nowego męża o ponad 5 lat - tak więc gdy on wstępując na tron Anglii w 1509 r. miał lat zaledwie 18, ona miała lat 23. 31 stycznia 1510 r. Katarzyna powiła swe pierwsze dziecko - martwą córeczkę. Zaczęła płakać i przepraszać Henryka za to, iż nie dała mu następcy tronu - on jednak wziął ją w ramiona i powiedział: "Nie płacz już, nic się przecież nie stało - to była tylko dziewczynka".




1 stycznia 1511 r. w Nowy Rok, dzwony we wszystkich kościołach Londynu obwieściły poddanym, że oto narodził im się książę, następca tronu. Nadano mu imię Henryk (po ojcu i dziadku), a król szalał z radości. Upadł do stóp łoża na którym leżała Katarzyna, dziękując jej za poczęcie syna, dziecko zaś natychmiast otrzymało tytuł księcia Kornwalii, własny dwór i służbę. Zorganizowano wspaniałe igrzyska i walki rycerskie (choć była to zima i zalegał śnieg), król zaś osobiście stawał w rycerskie szranki. O swej małżonce wypowiadał się używając określenia "Umiłowana Pani nasza", zaś siebie nazywał: "Lojalnym Sercem swej Pani" i nie wiedział jak może wynagrodzić jej to, co dla niego uczyniła. 5 stycznia odbył się wspaniały chrzest księcia - jego ojcem chrzestnym został sam król Francji - Ludwik XII (reprezentował go biskup Winchester - Richard Foxe), zaś matką chrzestną Małgorzata, księżna Sabaudii (reprezentowała ją Anna z Yorku, hrabina Surrey).

Szczęście pary królewskiej trwało jednak bardzo krótko - 23 lutego 1511 r. po 53 dniach - Henryk, książę Kornwalii zmarł. Nie wiadomo co było przyczyną jego śmierci. Król jednak nie przestał miłować swej żony. Gdy wyjeżdżał na wojnę do Francji w czerwcu 1513 r. Katarzyna była już ponownie w ciąży. Henryk mianował ją regentką (w przypadku gdyby narodził się syn) i namiestniczką Anglii podczas jego nieobecności. Nim jeszcze król wrócił z Francji w październiku 1513 r. Katarzyna powiła drugiego syna, który... zmarł zaraz po urodzeniu. Król, nim jeszcze przybył do Londynu, już wiedział o stracie syna. Katarzyna płakała w swych komnatach, oczekując przybycia męża i choć w końcu się zjawił, ich przywitanie było dość chłodne. Henryk był bowiem zrozpaczony - utracił kolejnego syna. To właśnie wtedy wziął sobie pierwszą kochankę - Jane Popincourt. Co nie znaczy że nie odwiedzał już więcej Katarzyny.

W grudniu 1514 r. powiła ona trzeciego martwego chłopca. W tym czasie król prócz Jane, wziął sobie drugą kochankę - Elżbietę Blount, damę dworu królowej. Romans z nią trwał z przerwami przez kolejne pięć lat, do 1519 r. Wówczas to (15 czerwca 1519 r.), Elżbieta urodziła mu pierwszego syna - Henryka Fitzroya. W Boże Narodzenie 1514 r. Henryk tańczył tylko z Elżbietą. Załamana stratą kolejnego syna Katarzyna, oddaliła ją z dworu już 5 stycznia 1515 r. i o dziwo król nie miał do żony o to pretensji. Po oddaleniu Jane Popincourt (w tym czasie królowa urodziła już księżniczkę Marię Tudor - 18 luty 1516), Henryk ponownie zbliżył się do Katarzyny. Ich związek jakby zaczął się od nowa. Lecz już w początkach 1517 r. król ponownie spotkał Elżbietę Blount i uczynił ją swą stałą kochanką (choć równocześnie odwiedzał alkowę żony). A Katarzyna 10 listopada 1518 r. powiła swą drugą córeczkę, która jednak ponownie zmarła w przeciągu tygodnia. Para królewska nie miała już więcej razem żadnych dzieci.

W 1522 r. rozkwitł kolejny królewski romans. Tym razem jego wybranką została Maria Boleyn, choć w tym samym roku w przedstawieniu "Zielony Zamek" w pałacu Witehall - wśród różnych dam, król po raz pierwszy ujrzał młodszą siostrę swej kochanki - Annę, która odgrywała rolę "Wytrwałości". Zapewne już wówczas Henryk się nią zafascynował, lecz jeszcze nie walczył o jej względy. Zaczęło się to, wraz z zakończeniem romansu z Marią w 1526 r. Henryk zakochany bez pamięci w drugiej Boleynównie - Annie, był gotów wiele wytrzymać, wiele uczynić by ją zadowolić. Prawdopodobnie do pierwszego ich stosunku seksualnego doszło dopiero w listopadzie 1532 r. niedługo po powrocie z Calais, gdzie Henryk przedstawił Annę królowi Francji - Franciszkowi I, jako swą przyszłą małżonkę i królową Anglii. Anna skrupulatnie dążyła do celu, wspierana również (a nawet "popychana" do tego), przez swą rodzinę, szczególnie ojca. Któż się jednak spodziewał że nie będzie potrafiła dać królowi męskiego potomka, któż się spodziewał że skończy tak marnie - jako oskarżona o "zdradę" czyli cudzołóstwo "dziewka". Ona zapewne nigdy nie brała pod uwagę tak czarnego scenariusza.




Pierwszy syn Henryka narodził się w 1519 r. (15 czerwca) z pięcioletniego romansu króla z dwórką swej żony - Elżbietą Blount. Król, gdy dowiedział się o narodzinach syna, był tak szczęśliwy, że wsiadł na koń i wykrzyczał w stronę pałacu z całej siły "Boże, słyszysz mnie - mam syna!". Lecz Henryk (takie imię otrzymał chłopiec) był bękartem i nie posiadał żadnych praw do królewskiego tronu. Król darzył jednak chłopca taką miłością, iż nadał mu oficjalny przydomek "Fitzroy" (królewski syn), zaś gdy chłopiec skończył sześć lat - 16 czerwca 1525 r. Henryk VIII nadał mu tytuły: księcia Richmond i Somerset, oraz hrabiego Nottingam. Obdarzył chłopca własnym dworem i otoczył go wszelkimi dobrami i bogactwem.

Lecz królowi to nie wystarczało, zmienił więc prawo sukcesji tronu. Odtąd to nie jego córka (lub córki) z prawego łoża - Maria (czy nawet potem Elżbieta), były następczyniami tronu w przypadku śmierci króla i braku męskiego potomka zrodzonego z oficjalnej królewskiej małżonki. Takim następcą stawał się odtąd królewski bękart - Henryk Fitzroy. To on byłby następcą tronu Anglii, w przypadku gdyby król już nie miał więcej synów z prawego łoża. Trzeba tutaj powiedzieć, że dziadek Henryka VIII - Edmund Tudor, hrabia Richmont był synem królowej Anglii Katarzyny de Valois, żony Henryka V Lancastera (jednego z największych władców średniowiecznej Anglii - zwycięzcy spod Azincourt w 1415 r. która to bitwa jest znana jako druga po Grunwaldzie największa bitwa średniowiecznej Europy). Henryk V odesłał ją jednak do zamku Wallingford (choć ta dała mu jedynego syna, późniejszego króla Henryka VI). Tam Katarzyna poznała ubogiego szlachetkę Owena Tudora (pradziadka Henryka VIII) i choć nie mogła go poślubić, mieli razem aż sześcioro dzieci (w tym trzech synów - jednym z nich - drugim - był właśnie Edmund Tudor). Gdyby historia potoczyła się inaczej i Katarzyna nie zakochała się wówczas w Owenie, panowanie Henryka VIII nigdy nie miałoby miejsca, a "Gwiazda Tudorów" nigdy by nie wzeszła.




Gdy więc w 1526 r. Henryk zainteresował się Anną Boleyn, ta nie chciała podzielać losu swej siostry i nie zamierzała zostawać królewską nałożnicą. Wiedziała bowiem że królewska namiętność wcześniej czy później przeminie, a cóż ona wtedy zrobi? Urodzi królowi bękarty, bez prawa do korony? Henryk zapewne początkowo był Annie obojętny, aby więc ochłodzić jego namiętność (nie mogła mu przecież oficjalnie odmówić) uciekła do swej rodzinnej posiadłości w Hever. Tam też król pisywał do niej listy nazywając ją "jedynym szczęściem jakie go spotkało w życiu" i pisząc o swej miłości względem niej. Anna odpisywała, że nie jest godna miłości "Najjaśniejszego Pana" i że nie pojmuje dlaczego właśnie ona zasłużyła na taką łaskę. Anna odrzucała też wszystkie prezenty, które Henryk posyłał do Hever. Odrzuciła również przyznany jej w kwietniu 1527 r. przez Henryka - tytuł "maitresse-en-titre", pierwszej i jedynej królewskiej metresy (Henryk zapowiedział, że nie weźmie sobie innej kobiety poza nią, jeśli zgodzi się być jego nałożnicą). Anna stwierdziła wówczas że "odda swą cnotę jedynie mężowi po ślubie" - to spowodowało że już w maju 1527 r. król przedsięwziął pierwsze kroki w celu uzyskania rozwodu z Katarzyną Aragońską i poślubienia Anny Boleyn.

Anna nie zamierzała godzić się na tytuł królewskiej metresy, jak uczyniła jej siostra. Zdawała sobie bowiem doskonale sprawę, że zapał miłosny króla do niej z czasem zacznie słabnąć. Niechcący jednak otworzyła "puszkę Pandory", bowiem stworzyła bardzo niebezpieczny precedens (i to nie tyle niebezpieczny dla Katarzyny Aragońskiej, ile dla niej samej). Katarzyna bowiem doskonale zdawała sobie sprawę z królewskiej niewierności, ba - uważała to wręcz za naturalne, by król mógł posiadać nałożnice. Wiedziała bowiem że jej pozycja jest niczym niezagrożona, żadna dwórka nie była w stanie odebrać jej męża, tronu i tytułu. Żadna, póki nie pojawiła się Anna Boleyn. I tutaj mamy ów precedens jak na dłoni. Anna doskonale wiedziała, że nie ma najmniejszego prawa do tytułu królowej. Całe jej prawo sprowadzało się do jednej żądzy Henryka by jak najszybciej ją posiąść, bowiem twierdziła, że odda mu się tylko jako żona. Król był nią zafascynowany do tego stopnia, że nie brał sobie wówczas żadnych kochanek, cierpliwie czekając na moment anulowania małżeństwa z Katarzyną i ślubu z Anną. W serialu "Dynastia Tudorów" jest pokazana pewna scena, gdy Anna wyszywa w jednej komnacie, zaś Henryk... onanizuje się w drugiej. Pięknie oddawało to ówczesne relacje między nimi i ową cierpliwość Henryka.




Anna musiała zdawać sobie również zapewne sprawę, że tak samo łatwo jak ona obaliła Katarzynę Aragońską (która miała poparcie zarówno cesarza rzymskiego i jednocześnie króla Hiszpanii - Karola V, oraz papieża), tak, jeśli nie zdoła utrzymać przy sobie Henryka, inna obali ją samą. I przyjdzie to o tyle łatwiej, że Anna nie posiadała praktycznie żadnych sprzymierzeńców. Powszechnie w Europie była uznawana z "królewską nałożnicę" lub "królewską dziewkę", nie zaś za królową. To również zostało pokazane w serialu, gdy ojciec Anny mówi do niej: "Nie strać miłości króla, bo wraz z nią utracisz wszystko - WSZYSTKO!". Zapewne to właśnie było podyktowane ową późniejszą zazdrością Anny o Henryka. Zdawała ona sobie bowiem doskonale sprawę, że każda następna nałożnica to potencjalna konkurentka, nie tylko w królewskim łożu, lecz również w jego sercu.

Anna zresztą nie była wcale taka cnotliwa. Już w 1514 r. towarzyszyła siostrze króla Henryka VIII - Marii Tudor (zwanej "Różą Tudorów"), wraz ze swą starszą siostrą Marią i innymi młodymi dziewczętami, w podróży do Francji (gdzie Maria Tudor miała wyjść za mąż za starego i zniedołężniałego już króla Ludwika XII - sama mając wówczas zaledwie 18-cie lat). Po szybkiej śmierci Ludwika (zmarł 1 stycznia 1515 r.) Maria Tudor powróciła do Anglii, już jako... nowa mężatka, poślubiając Karola Brandona - królewskiego przyjaciela i druha, zaś obie panny Boleyn postanowiły pozostać na francuskim dworze. Swoboda obyczajów jaka tam wówczas panowała musiała spowodować, że nawet najcnotliwsza panna wcześniej czy później uległa, tym bardziej, jeśli jej kochankiem zostawał ktoś możny i bogaty, taki, który mógłby zapewnić jej dobre i dostatnie życie. Siostra Anny, Maria Boleyn - była najpierw kochanką króla Francji Franciszka I, a potem króla Henryka VIII. Nazywana była też na francuskim dworze "najlepszą prostytutką", zaś osobiście przez Franciszka "jego osobistą klaczą, którą ujeżdża, gdy tylko przyjdzie mu na to ochota". Czy w takich "warunkach" możliwe było by Anna zachowała swą cnotę?




Nawet jednak jeśli założyć, że rzeczywiście udało jej się dochować cnoty, to przecież związek z Henrykiem był jej trzecim (a właściwie czwartym), od powrotu do Anglii w początkach lutego 1522 r. Nawet jeśli założyć, że związek z James'em Butlerem późniejszym hrabią Ormond (ur. 1496 r.), dla którego poślubienia wróciła z Francji, był rzeczywiście platoniczny, to już związki z Tomaszem Wyatt'em, czy z Henrykiem Percy'm, były bardziej poważne. Choć oczywiście nie ma żadnych źródeł mówiących oficjalnie o romansach Anny z tymi mężczyznami, to jednak zdaje się być oczywistym, czemu brak takich źródeł. Gdy Anna "wpadła w oko" królowi, musiała uchodzić za cnotliwą (Henryk nie marnowałby na nią czasu, gdyby miał pewność, że Anna dziewicą już nie jest), zatem pewne sprawy musiały zostać "wyciszone" i to zarówno dla dobra samej Anny jak i jej adoratorów.

Pierwszym mężczyzną którego Anna spotkała po powrocie do Anglii (nie licząc Butlera), był właśnie Tomasz Wyatt (ur. 1503 r.). Prawdopodobnie zakochał się on w Annie (świadczą o tym jego wiersze, pisane szczególnie po 1532 r. a także wielki żal po jej śmierci), nie wiadomo zaś czy Anna też coś do niego czuła. Pewnym jest natomiast, że jego poetyka w zawoalowanej formie mówiła również o jego miłości do Boleynówny. Zaś związek Anny z Henrykiem Percy'm (ur. 1502 r.), rozpoczął się prawdopodobnie około maja 1523 r. Percy był wówczas giermkiem kardynała Wolseya, który zareagował niezwykle gwałtownie, dowiedział się że młodzi spotykają się potajemnie. Publicznie "zbeształ" Percy'ego za zadawanie się z tą, jak to określił: "głupią dziewką" (być może Anna miała to również w pamięci - zapewne Percy ją o tym poinformował, gdy potem doprowadziła do upadku Wolseya). Kardynał widząc że Percy nie uważał tego za przewinę i do tego bronił Anny podkreślając jej urodę i szlachetne pochodzenie, Wolsey wezwał jego ojca, który już wyperswadował mu "romans" z Anną Boleyn. W lutym 1524 r. Henryk Percy poślubił Marię Talbot.

Anna złożyła Henrykowi fatalną obietnicę (iż, jeśli ją poślubi - urodzi mu syna) z której nie potrafiła się potem wywiązać, zaś on z roku na rok coraz bardziej tracił cierpliwość. Henryk zapewne już później brał pod uwagę, że prawdopodobnie postąpił zbyt pochopnie odsuwając Katarzynę Aragońską i wywyższając zwykłą dwórkę, która nawet nie potrafiła wywiązać się ze złożonej wcześniej przez samą siebie - obietnicy. Henryk obdarowywał Annę i jej rodzinę najbardziej wyszukanymi podarkami, roczne wydatki z tego tytułu (ponoszone jedynie na samą Annę Boleyn), wahały się w granicach 200 - 500 funtów rocznie i z roku na rok rosły (w latach 1526-1533. Natomiast w roku 1533 Anna otrzymała już swój własny dwór, a co za tym idzie własne nieograniczone dochody, oddzielne od kasy królewskiej). Jak ogromne były to kwoty świadczy fakt, że w ówczesnej Anglii za ok. 5 funtów kupić można było dobrego konia wraz z wierzchem. Henryk zapewne zastanawiał się potem - cóż takiego Anna dała jemu? Miał być bowiem syn - następca, a co było? Anna raz urodziła córkę i dwa razy martwych chłopców.




Dla króla to było już za wiele, choć Anna zapewne starała się ponownie nakłonić Henryka by znów odwiedził ją w sypialni, by mieć szansę na kolejny poród. Wiedziała że jeśli "nie wypełni zadania", jej los będzie nie do pozazdroszczenia. Anna po swym drugim poronieniu - 29 stycznia 1536 r. zaczęła zdradzać objawy załamania nerwowego. Raz to się śmiała, by za chwilę popaść w stan melancholii lub też nagle rozpłakać się. Henryk w tych dniach nie odwiedzał już lamentującej żony, poświęcając czas na kolejną faworytę - lady Jane Seymour. Anna zaś, wciąż nie mogąc wypełnić swej obietnicy - zaczęła się bać. Nie tylko o siebie i rodzinę, lecz chyba przede wszystkim o swą córkę - z chwilą bowiem jej upadku Elżbieta traciła wszystko - nie tylko prawo do tronu (stawała się automatycznie bękartem), lecz również prawdopodobnie miłość króla, a z czasem kto wie - może i życie.

Myśli o Elżbiecie były dla Anny wtedy najważniejsze - jak król ją potraktuje, gdy utraci jego miłość oraz zaufanie. Prawdopodobnie to właśnie myśli o córce, o jej przyszłości, skłoniły Annę, by stojąc już naprzeciw kata - publicznie stwierdzić że król Henryk jest "najlepszym ze wszystkich władców jakich widział świat" oraz dodała "módlcie się za króla, mojego i waszego Pana". Chciała zapewne uratować wówczas swą córkę, którą Henryk uważał za dziecko spłodzone ze zdrady małżeńskiej. Pokazuje to również zwrot, jakiego użył Henryk (jakiś czas po egzekucji Anny), gdy otrzymał wiadomość, że mała Elżbieta wyrosła już z sukien i czy zechciałby zapłacić za nowe? Odpowiedział wówczas krótko: "Dlaczego mam płacić, to nie moje dziecko - jej matka była dziwką".





W serialu jest taka scena, gdy Anna siedząc już w Tower, wypowiada zdanie: "Ufajcie tym, którzy przysięgli wam służyć, a podzielicie szeregi zwiedzionych" i niech to pozostanie mottem końcowym tej pierwszej części


CDN.

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. I

JAK WYGLĄDA BÓG? CZYM SĄ ZAŚWIATY? I CZY MOŻEMY PO ŚMIERCI TRAFIĆ DO PIEKŁA?





W dzisiejszej kulturze "zachodniego świata", zaczyna coraz częściej dominować nowa religia (i nie mam tu na myśli niezwykle prężnie rozwijającego się w krajach Europy Zachodniej i USA - islamu). Tą religią jest ateizacja, wyrugowanie Boga ze wszystkiego w imię (i tutaj dowolnie, albo laickości, albo też dbania o respektowanie uczuć wszelkich mniejszości religijnych). Coraz częściej także spotykamy się ze stwierdzeniem, że to: "dusza jest więzieniem dla ciała". Panuje model konsumpcjonizmu, "chwytania życia pełnymi garściami" (jakkolwiek to fajnie brzmiące hasło zostało jednak postawione na głowie właśnie przez "ateistycznych proroków" naszych czasów). Kult młodości, szczęścia i piękna - kult ludzi szczęśliwych, najlepiej majętnych, którzy "chwytają życie pełnymi garściami". W tym wszystkim przewija się jednak strach. Strach przed starością, brzydotą i oczywiście strach przed śmiercią.

Śmierć jest wszechobecna, widzimy lub możemy jej doświadczyć właściwie w każdym momencie - nasze życie otoczone jest aurą nietrwałości i nieubłaganego końca. W takim razie, określenia "życie jest tylko tu i teraz", oraz "dusza jest więzieniem dla ciała" - brzmią jak marzenia nieśmiertelności. Oczywiście nieśmiertelności cielesnej, gdyż nic takiego jak dusza, nie zostało przecież naukowo potwierdzone - prawda? Jednocześnie są też pewnego rodzaju policzkiem dla istot, które osiągnęły nawet nasz, niewielki poziom rozwoju umysłowego, technologicznego i oczywiście duchowego. Są co prawda pewne sygnały (jak choćby ludzi którzy przeżyli śmierć kliniczną) które przeczą "materialistycznej religijności", ale są one od razu spychane na margines i dezawuowane. Natychmiast siada sztab profesorów z dużym naukowym doświadczeniem i "tłumaczy" maluczkim że tak naprawdę śmierć kliniczna jest niemożliwa - że to tylko ostatnie urojenia gasnącego umysłu, zaś przywrócenie człowieka do życia, to tylko i wyłącznie zasługa sztabu lekarskiego. Czy mają rację?

Zacznijmy od pewnej "herezji", która może zdziwić nawet najbardziej otwartych na sprawy duchowe osób. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie wierzący (głównie mam tu na myśli największe monoteistyczne religie na Ziemi), mocno wierzą w życie pozagrobowe i w nieśmiertelność duszy. Wprowadzają do tego pewne "urozmaicenia", jak "niebo lub piekło", lub pozostanie w "pamięci Boga/Jehowy", inni zaś twierdzą że istnieje proces reinkarnacji, któremu podlegają wszystkie istoty na Ziemi (i we Wszechświecie), i ich celem jest "powrócić do Boga". Zarówno jedni jak i drudzy - mają rację i jednocześnie... mylą się! Jak to możliwe? Zacznijmy od początku - od tego kim jesteśmy.


"Śmierć nie istnieje. Jak może istnieć, skoro wszystko jest częścią Boga? Dusza nigdy nie umiera, a ciało nigdy nie jest naprawdę żywe"

ISAAC. B. SINGER



NIE MA ZNACZENIA!


Nie ma bowiem żadnego znaczenia kim jesteś! Jesteś kobietą czy mężczyzną, człowiekiem majętnym i poważanym, czy zwykłym "szaraczkiem". Jesteś osobą wszechstronnie wykształconą, czy też twoja edukacja zatrzymała się na szkole podstawowej (a i to ledwie się udało), czy jesteś otwarty na wszelkie nowości intelektualne, czy też twój umysł wymaga ścisłych, kanonicznych zasad, dzięki którym (wedle twojego mniemania), twoje życia stanie się łatwiejsze. Wreszcie nie ma kompletnie znaczenia jaką religię wyznajemy - czy jesteśmy katolikami, protestantami, wyznajemy prawosławie, judaizm, jesteśmy muzułmanami, buddystami, shintoistami, animistami czy wierzymy w latającego potwora spaghetti. Wszyscy dostąpimy po śmierci tego samego.

Musimy też wiedzieć, że pewne rzeczy zostały nam wpojone po to, był łatwiej było nami manipulować, by można było swobodnie sterować naszymi działaniami i oczywiście... uczuciami. Ten przekaz zaczyna się już w zasadzie od chwili narodzin, choć w pełni przybiera na sile, gdy osiągamy już taką dojrzałość fizyczną, że możemy reagować na to, co się do nas mówi. Wszystko więc zaczyna się od rodziców, którzy przekazują nam to, co wcześniej ktoś inny (np. ich rodzice), przekazał im. Uczą nas i chcą dla nas jak najlepiej, ale to właśnie oni najczęściej "zabijają" w nas pamięć nie tylko poprzedniego życia, ale także czasu, który spędziliśmy pomiędzy wcieleniami. Swoją drogą pisząc o "czasie pomiędzy wcieleniami", pragnę wyjaśnić, że to właśnie on jest nam najbliższy i bardziej prawdziwy od życia, które "przeżywamy" tu na Ziemi. Nie jest to jeszcze stan idealny - do którego wszyscy dążymy (na różnych etapach naszej świadomości i z różnym skutkiem). Takim stanem będzie ponowne zjednoczenie z... nami samymi, czyli z naszą Wyższą Jaźnią, która teraz, wciąż jest zjednoczona z Bogiem (nazwijmy go NIESKOŃCZONOŚCIĄ) - z której powstało wszystko co widzimy, czego nie widzimy i czego nawet się nie domyślamy.


"Niebezpieczeństwo nie leży w śmierci ciała fizycznego - niebezpieczeństwo leży w sposobie w jaki człowiek żyje!"


Życie na Ziemi (czy w jakimkolwiek innym rejonie Wszechświata), jest jedynie szkołą, do której się udajemy by zdać egzaminy i zaliczyć semestr, na tyle dobrze i korzystnie dla nas - byśmy dostali promocję do "następnej klasy". Miejsce do którego udajemy się po śmierci naszego ciała, jest rodzajem Akademika - miejsca odpoczynku, zabawy, ale... także przygotowań do kolejnej sesji. Jeśli zdamy wszystkie egzaminy i zakończymy cały proces nauki - wracamy do Domu, czyli do miejsca z którego pochodzimy i którego pamięć zachowaliśmy, choćby w postaci modlitwy. Modlitwa jest najlepszym (większość ludzi nie potrafi bowiem medytować) sposobem "skontaktowania się" z Bogiem. To właśnie poprzez modlitwę (która pełni rodzaj swoistego kabla telefonicznego), możemy w swym sercu i umyśle przedstawić Bogu nasze największe troski, zmartwienia i ciężary naszego losu. Powinniśmy jednak unikać w naszych modlitwach, jakichkolwiek "materialnych próśb", typu pieniądze i kariera. Dlaczego? Dlatego że po pierwsze "zaśmieca nam to kanał" komunikacji ze Stwórcą, a po drugie - to są drobiazgi, które nie mają NAJMNIEJSZEGO znaczenia dla naszego rozwoju. To, do czego doszliśmy przez całe życie, majątek jaki zgromadziliśmy - który w chwili śmierci często jest naszą dumą, przykładem naszej zaradności życiowej - na "Tamtym Świecie" nic nie znaczy.

"Tam" liczą się właśnie "drobnostki", których w naszym wciąż zabieganym życiu - nawet nie dostrzegamy. Nie zdajecie sobie sprawy, ile znaczy bezinteresowne... ustąpienie miejsca starszej osobie w autobusie, przeprowadzenie chorej, lub starszej osoby przez jezdnię, a nawet zwykłe podtrzymanie kogoś na duchu, poprzez powiedzenie mu kilku miłych słów. Dla nas są to drobiazgi, bez żadnego znaczenia - dla nas bowiem, znaczenie ma tylko to, co da się spieniężyć - sprzedać, kupić, ale już broń Boże nie oddać. Myślimy jakby tu wyrolować tych, którzy sami chcieliby nas wyrolować, zapominając że sensem naszego istnienia jest kochać i to bez względu na nasze prywatne animozje, lub wtłaczane nam wcześniej przekazy. To właśnie nasz stosunek do innych osób, do innego człowieka (lub zwierzęcia), jest główną cezurą sensu naszego życia i zakończenia tego etapu nauki. Nie znaczy to jednak, że jeśli tego nie robimy, to spotka nas po śmierci jakaś kara, że np. trafimy do piekła, gdzie czorty będą nas tam piekły nad ogniskiem, a my sami będziemy przypominać "dobrze wypieczone szaszłyki". Po śmierci nie ma cierpienia - jest tylko Miłość, chociaż... ale wszystko po kolei, zacznijmy więc od tego, czego doświadczamy w chwili "śmierci".


ŚMIERĆ NIE JEST CIEMNOŚCIĄ,
 JEST ŚWIATŁEM!


Zacząć należy od wyjaśnienia, że wszystkie nasze dotychczasowe wyobrażenia o śmierci, jako stanie w którym bezpowrotnie tracimy naszą energię witalną i popadamy w stan duchowej kontemplacji lub zupełnej nicości, są całkowicie błędne. Śmierć nie jest bowiem utratą naszych sił witalnych, śmiercią naszej pamięci i wspomnień - śmierć jest właśnie... czymś zupełnie przeciwnym, jest napełnieniem nas ogromnymi pokładami życiowej energii, tak wielkiej, że bylibyśmy w stanie (mówiąc przykładowo) przenosić góry. Nie oznacza ona również wymazania wspomnień i całkowitej śmierci umysłu. W chwili śmierci naszego fizycznego ciała, napełnia nas taka wiedza (jest ona jednak stopniowana, napływa wolno, falami), że praktycznie już w chwili, w której nasza dusza opuszcza bezwładne ciało, jesteśmy bardziej niż pewni naszej nieśmiertelności, oraz tego, że zawsze będziemy mieli możliwość spotkać naszych żyjących bliskich. Problem polega na tym, że my nie potrafimy już wówczas o tym powiedzieć fizycznie, nie posługujemy się bowiem mową artykułowaną i to często przyprawia nas o stan pewnego rodzaju przygnębienia. Przygnębienie to spowodowane jest przede wszystkim myślą o naszych żyjących bliskich, których musimy pozostawić. Chcielibyśmy im wykrzyknąć: "Słuchajcie ja żyję, czuję się wspaniale. Nie płaczcie za mną, gdyż wkrótce ponownie się spotkamy", tego jednak już nie potrafimy.

Jak jednak po kolei wygląda stan opuszczenia ciała przez duszę? Ktoś kiedyś powiedział (choć już nie pamiętam kto): "Życie zaczyna się dopiero po śmierci", i to stwierdzenie jest jak najbardziej prawdziwe. Moim celem nie jest ani "słodzenie Wam" ani też "podnoszenie na duchu", opisuję dokładnie to, co mówią channelingi, dodatkowo podpieram się wynikami badań, przeprowadzonych na zahipnotyzowanych osobach, które zostały cofnięte do chwili śmierci swego ciała (a także poniekąd własnymi doświadczeniami). Opisuję więc to, co albo oni przeżywali, albo mówią nam istoty z owych przekazów. Jak więc wygląda proces opuszczania ciała przez duszę? Zawsze wygląda on tak samo - jakby coś, potężna siła nagle wypchnęła nas z naszego ciała. W chwili naszej śmierci, gdy jesteśmy bardzo chorzy, gdy umieramy w potwornym bólu spowodowanym chorobą, lub wypadkiem (postrzałem, uderzeniem, pchnięciem ostrym narzędziem, etc.), nasza dusza... nie znosi bólu. W chwili więc, gdy ból staje się nie do wytrzymania, dusza opuszcza (wyskakuje, niczym odpalona torpeda) z ciała. Co ciekawe, czasem dzieje się to... nim jeszcze naprawdę umrzemy. Dusza opuszcza ciało (które strasznie cierpi) nim jeszcze to ciało zdąży "naprawdę umrzeć". Jak to wygląda? Po opuszczeniu ciała przez duszę, ciało jeszcze żyje, oddycha, mruga, nadal jest ciepłe, choć  powoli już gaśnie.

Przytoczę przykład starszego mężczyzny, który poddany sesji hipnoterapeutycznej, cofnął się do czasu swej poprzedniej śmierci. Doszło do niej w chwili, gdy ów mężczyzna jechał - jako młoda kobieta, ze swym mężem i przyjaciółmi, dyliżansem przez dzikie prerie Ameryki. Dyliżans został napadnięty przez miejscowych Indian (XIX wiek). Wypuścili oni serię strzał, jedna z nich przebiła szyję tej młodej kobiety. To, co pamiętał ów mężczyzna, to przeszywający ból, nie mógł oddychać, dusił się. Wszędzie była krew, na rękach, na sukni, wszędzie - jej mąż chwycił ją za głowę i próbował podtrzymać, ona/on jednak umierała. Wówczas nastąpiła... eksplozja, choć nic nie wybuchło (😉). To po prostu jej dusza wystrzeliła z ciała, po to, by dłużej nie cierpieć tego przeraźliwego bólu. Nasza dusza ponoć nie jest większa od główki szpilki, lecz z chwilą opuszczenia ciała - dusza rośnie. Jej ciało jeszcze żyło, jeszcze funkcjonowały podstawowe procesy życiowe, takie jak oddychanie (próbowała oddychać), czy mruganie, a jednak jej już nie było w ciele, nie czuła bólu, czuła - czuła się wspaniale. Chciała powiedzieć o tym swemu mężowi, ale on jej nie słyszał, płakał nad jej wiotkim, martwym ciałem. Ten widok sprawiał jej ogromną przykrość, a widok jej martwego ciała, powodował nastrój żalu, mówił: "Mój Boże, moje biedne ciało, co oni zrobili z moim ciałem?".

Stan, w jakim się znalazła zaraz po opuszczeniu ciała, podobny był do stanu nieważkości, z tą wszakże różnicą, że nie miała tam żadnych przeszkód w poruszaniu się. Wszystkie materialne przedmioty, które w normalnych warunkach uniemożliwiłyby jej poruszanie się w owym stanie, teraz nie stanowiły przeszkody - dematerializowały się przed nią. Cokolwiek chciała dotknąć, złapać - dematerializowało się. Sprawiało jej to przykrość, gdyż ponownie chciała dotknąć twarzy swego męża, objąć go, powiedzieć mu jak bardzo go kocha i że wkrótce znów się spotkają. Co ciekawe (i co potwierdzają channelingi), zawsze po śmierci spotkamy naszych zmarłych wcześniej bliskich - ZAWSZE (jeśli tylko tego zapragniemy) i nie ma tu żadnego znaczenia, że osoba którą widzimy po naszej śmierci... wiedzie już kolejny żywot w innym ciele na Ziemi. Teraz jednak, tuż po wyjściu duszy z ciała, wszystko jest nastawione na to, byśmy się uspokoili, odprężyli, byśmy już nie myśleli o tym, co przed chwilą nas spotkało. Dlatego też, zaraz po wyjściu z ciała - słyszymy... cichutkie, melodyjne dzwonienie, niczym dzwoneczki, które rytmicznie uderzają o siebie, powodując miły dla ucha dźwięk. Jednocześnie "coś", jakaś siła lekko nas muska. Przypomina to delikatne poszturchiwanie łokciem, tak jakby chciała powiedzieć: "Spokojnie, nie bój się - pójdź za mną, wszyscy już czekają".

Rzadko kiedy decydujemy się od razu pójść za tą siłą (zależy to od stopnia rozwoju duszy), zresztą nie ma przymusu, możesz zdecydować czy już chcesz odejść, czy pragniesz jeszcze poczekać - np. do dnia swego pogrzebu. Większość dusz odchodzi dopiero po swoim pogrzebie. Ale jeśli nadal nie chcesz odejść do Świata, który na ciebie czeka, nie musisz, jak powiedziałem - nie ma przymusu. Niektóre dusze decydują się pozostać na Ziemi, sądząc że czegoś jeszcze nie dokończyły. Pragną też pomagać swym najbliższym, których tak nagle opuścili. Jakiś czas pozostają więc na Ziemi, jako tzw. "duchy", ale z duchami wykreowanymi w filmach Hollywoodu nie mają one wiele wspólnego. Wcześniej czy później muszą wrócić, odbywa się to jednak poprzez wysłanie do takiej "zabłąkanej" na Ziemi duszy jej osobistego Przewodnika, który przekona ją że dalszy pobyt w tym świecie nie ma sensu - że wszystko czym się tak zamartwia, ułoży się, rodzina poradzi sobie i choć pozostanie on w ich pamięci - zaczną nowe, dobre życie. "Pójdź zaprowadzę cię do Domu" - padnie stwierdzenie. Nasz Duchowy Przewodnik, czyli nasz Opiekun (w wielu kulturach nazywany jest Aniołem Stróżem) uspokaja nas i pomaga wrócić. Z reguły jednak dusze odchodzą "same" (teoretycznie same, w rzeczywistości przez cały czas, zarówno w ciągu naszego życia, jak i zaraz po śmierci - nigdy nie jesteśmy sami).




Czas dla duszy nie istnieje, to, co dla innych jest dniami, czy tygodniami - dla nas po śmierci jest zaledwie chwilką, dlatego też czas od chwili śmierci do naszego pogrzebu - mija błyskawicznie, choć przecież normalnie musiały upłynąć dni, a niekiedy tygodnie. Dusze lubią bowiem brać udział w swoim pogrzebie (nie wszystkie - te "starsze", bardziej rozwinięte duchowo wracają natychmiast"), dzień pogrzebu jest jednak z reguły ostatnim, jaki spędzają na Ziemi w otoczeniu swych żyjących bliskich. Gdy jesteśmy gotowi - możemy odejść. Wówczas widzimy nad sobą (lub w jakiejś odległości - nie ma to znaczenia), potężne światło (to światło pojawia się też zaraz po naszej śmierci, ale to my decydujemy czy jesteśmy już gotowi przez nie przejść). Wchodzimy (a raczej wpływamy) w to światło - zaczyna robić się ciemniej. Tam, gdzie dotąd było jasno, teraz jest trochę ciemniej, tak jakby bardziej szaro - ale wówczas już jesteśmy w tunelu. Na jego końcu znajduje się potężny krąg światła, coraz bardziej rozświetlający tunel (choć wydaje się nam, że jesteśmy sami w tej naszej drodze - cały czas nasze przejście śledzą "Anioły" - tak ich umownie nazwijmy, w tym nasz Duchowy Opiekun). Gdy wypływamy z tego tunelu, nasz umysł zapełnia wiedza, wiedza o której nie mieliśmy dotąd pojęcia, żyjąc na Ziemi. Prócz wiedzy, słyszymy myśli - setki, tysiące, miliardy myśli (a każdą i tak słyszymy indywidualnie), myśli pełne Braterstwa, Empatii, Troski, Miłości, a także... Zrozumienia nas samych, tego kim jesteśmy, kim byliśmy oraz jak tu trafiliśmy.

Następny widok, jaki nam się ukazuje po wyjściu z tunelu - to są chmury (ale nie przypominają one naszych ziemskich chmur). Płyniemy przez nie dalej. Widzimy półprzezroczyste, warstwowe poziomy światła - wszystkie są odmianami białego (są jasnobiałe i ciemno białe). Muzyka, którą słyszeliśmy od momentu naszej śmierci, staje się lepiej słyszalna, jest relaksująca, przyjemna, uspokaja. Kolory wciąż jeszcze są takie same (różne odcienie bieli - jaśniejsze i ciemniejsze), dopiero gdy, przepłyniemy już przez te pieniste chmury, przed naszymi oczyma pojawia się... widok nieopisanego piękna, wspaniałości wszelkich kolorów i barw.


PATTON: BYŁEM TU 2000 LAT TEMU! NIE WIERZYSZ MI?

"POPRZEZ ZMAGANIA WIEKÓW, POŚRÓD PRZEPYCHU I TRUDÓW WOJNY.
WALCZYŁEM, DĄŻYŁEM I GINĄŁEM, WIELE RAZY NA TEJ GWIEŹDZIE. 
JAKBY PRZEZ SZKŁO I MROK ZMAGANIA WIEKÓW WIDZĘ. WALCZYŁEM W RÓŻNYCH
PRZEBRANIACH I POD WIELOMA IMIONAMI, ALE TO ZAWSZE BYŁEM JA"




"PIEKŁO"


Na pewno zastanawiacie się, jak to jest możliwe, że wszyscy, bez względu na to czego dopuścili się na Ziemi, mogą dostąpić tego szczęścia, które spotyka nas po śmierci. W naszych pojęciach, przekazanych nam przez religię, tradycję i utwierdzonych w rodzinie i społeczeństwie pojawia się rozróżnienie - podział na "Niebo" i "Piekło". Do tego drugiego mają udawać się (lub są wciągani przez złe istoty, zwane diabłami), ludzie, którzy wiedli niegodziwe, pełne zła i okrucieństwa życie. Czy jest możliwe, by tacy ludzie również dostąpili tego, co opisuję? Jeśli widzimy mordercę, który popełnia przerażające zbrodnie, zabija z zimną krwią, z uśmiechem na ustach - często nie mamy wątpliwości co może go spotkać po śmierci (chyba że jesteśmy ateistami 🤔). Ale czy miejsce wiecznych cierpień - takie jak Piekło, rzeczywiście istnieje? Odpowiadając na to pytanie należy stwierdzić - TAK, miejsce przypominające Piekło - istnieje, tylko że my... nie możemy tam trafić. Zresztą, jak już pisałem - po śmierci ciała, cierpienie się kończy. Ale jak to jest możliwe, że wszystkie dusze, które za życia wiodły różne żywoty - jednakowo mogą powrócić do miejsca które opisuję (staram się nie pisać "Niebo" - gdyż to miejsce nie przypomina znanego nam z przekazów biblijnych - Nieba).

Do Piekła po śmierci trafić nie możemy, cierpienie po śmierci nie istnieje - gdzie więc tu sprawiedliwość, dlaczego ci, którzy dopuszczali się czynów okrutnych i złych, mogą na równi wejść do "Królestwa Bożego". Tak właśnie jest, ale... nie myślcie sobie że tacy ludzie (czy też takie dusze), które mają wiele zła na sumieniu, są traktowane tak, jak inne. Tak nie jest, choć wszystko co opisałem do tej pory odbywa się tak samo dla wszystkich dusz. Sytuacja jednak wygląda inaczej, już po przejściu do tego cudownego miejsca, które wkrótce przedstawię. Jak już pisałem, po śmierci dusza nie cierpi, ale... pozbawiona jest też przyjemności (które również opiszę), dostępnych dla innych. Na "Tamtym Świecie", nikt jej nie wita, ani rodzice, ani znajomi - nikt - płynie bezpośrednio do miejsca swego przeznaczenia, gdzie już ją oczekują. Co jest tym miejscem przeznaczenia dla takiej duszy? A to różnie, w zależności od naszych ulubionych na Ziemi miejsc, tam gdzie zawsze czuliśmy się szczęśliwi, gdzie było nam dobrze - dla jednych może to być... plaża pod palmami nad brzegiem morza, dla innych górska leśniczówka, lub ulubiony bar. Tam, gdzie zawsze czuliśmy się dobrze (nawet dusze, które dopuściły się za życia wielkiego zła, nie są pozbawiane przyjemnych wrażeń z pamięci swego poprzedniego życia).

Ale na tym przyjemność się kończy. A co nas tam czeka? Cóż... bardzo trudna rozmowa. Ktoś powie to wszystko, nic więcej - za takie zbrodnie popełnione na Ziemi? To aż nadto! Dusza która w swym życiu dopuściła się zła, przez długi czas swego pobytu pozbawiona jest kontaktu z innymi duszami, swymi przyjaciółmi, rodziną, znajomymi (a głównie członkami naszej "Grupy Docelowej" z którymi często przed kolejnym wcieleniem żartujemy sobie, mówiąc np.: "Do zobaczenia po śmierci". Oni są częścią Nas, a my częścią Nich, jesteśmy ze sobą bardzo powiązani, znacznie bardziej niż członkowie rodziny tutaj na Ziemi), czas spędza tylko i wyłącznie w otoczeniu swego Opiekuna. Na początku więc, czeka ją "niemiła rozmowa" (niemiła w cudzysłowie, gdyż nie jest ona ani obraźliwa, ani upokarzająca, ani też gwałtowna). My sami już wiemy, udając się na takie spotkanie, że przysłowiowo "daliśmy plamę" na całej linii. Nie boimy się (dusze raczej nie odczuwają strachu, chociaż młode dusze boją się pewnych niezrozumiałych jeszcze dla nich zjawisk, a także tego, czy pozostawiona rodzina poradzi sobie bez nich), ale ogarnia nas uczucie... żalu, że zmarnowaliśmy sobie życie, jednocześnie tracąc przykazany nam czas. Gdy przybywamy do naszego ulubionego miejsca (po prostu tam płyniemy - ściągani przez Opiekuna), możemy zastać naszego Przewodnika w różnych sytuacjach, jak już wspomniałem - jeśli to jest plaża po palmami, może być on np. w... hawajskiej koszuli z łopatką w ręku budując zamek z piasku, możemy go spotkać w naszym (za życia) ulubionym barze, siedzącego nad szklaneczką whisky i czytającego gazetę w oczekiwaniu na nas (w zależności od tego, gdzie najlepiej czuliśmy się za życia). To nie są żarty - to wszystko ma nam pomóc, uspokoić i pozwolić nam się otworzyć.

Jak już powiedziałem, tam nie ma krytyki naszych postaw, nie ma upokarzania i obraźliwych sformułowań - choć mimo to rozmowa jest bardzo ciężka. Przede wszystkim dlatego, że my sami wiemy że popełniliśmy duży błąd (straciliśmy mnóstwo niepotrzebnego "czasu" - wziąłem to w cudzysłów, ponieważ czas nie istnieje - zamiast się rozwijać - staliśmy w miejscu). Takie spotkanie może więc zacząć się od pytania naszego Opiekuna: "Słuchaj, kiepsko to wyszło. Opowiedz mi o swoim życiu". Nasz Przewodnik i tak wie o nas wszystko, zna nas lepiej niż my sami siebie znamy, nic się przed Nim nie ukryje, nawet największa drobnostka. Mimo to, to On (lub Ona - co ciekawe po śmierci płciowość również odgrywa dość ważną rolę - choć już nie tak istotną jak na Ziemi, ale zapewne tylko dlatego, aby pomóc nam się pogodzić z utratą tego, co znaliśmy wcześniej), prosi nas byśmy to my opowiedzieli mu o swoim życiu. Gdy to zrobimy, może paść pytanie: "Co chciałbyś zmienić w swym życiu, gdzie dostrzegasz błędy". Rozmowa taka trwa praktycznie przez cały czas pobytu tej "złej" (za życia), duszy na "Tamtym Świecie". Przez ten czas nie robi ona nic innego, tylko stara się zrozumieć swoje błędy i wyciągnąć z nich konsekwencje. Wreszcie sama dochodzi do przekonania że musi doświadczyć tego samego, czym wcześniej obdarzała innych. Dopiero wówczas wybiera sobie nowe ciało i "przybywa" (ponownie się rodząc) na Ziemię.

To nie jest przymus, my sami widzimy, jakie pokłady negatywnej energii wytworzyliśmy za życia, musimy ją teraz... zebrać. Dlatego też ci, którzy np. za życia maltretowali kobiety, bili je, gwałcili, mordowali dla kaprysu, lub dla tzw.: "zemsty rodowej", którzy ludzi potwornie okaleczali dla zasad wyznawanej przez siebie religii, dostąpią tego samego w kolejnym wcieleniu (i to oni sami wybiorą sobie takie życie, nikt im tego nie będzie narzucał - wszystko czego doświadczamy tutaj jest naszym WŁASNYM wyborem). Co ciekawe, Opiekunowie wykazują pewien rodzaj zrozumienia w sytuacji, gdy podeprzemy się właśnie wychowaniem w takiej czy innej kulturze, ale mogą zapytać: "Więc to ona cię zdeprawowała?", jednak, jeślibyśmy chcieli cokolwiek zmyślić, okłamać - nie mamy szans, Opiekunowie i tak znają nas lepiej. Gdy jednak będziemy wykręcać się tylko wpojonymi nam przekazami religijno-społecznymi, Opiekun może spytać: "Dlaczego nie wejrzałeś w głąb siebie. Posiadasz przecież poczucie umiaru, wstrzemięźliwości i odpowiedzialności - ty jednak je zignorowałeś". Często może paść pytanie ze strony owej duszy: "A co ty zrobiłeś/aś, dlaczego mi nie pomogłeś/aś, gdy tego potrzebowałem, dlaczego cię nie było, gdy zło wzięło nade mną górę?", odpowiedź z reguły bywa zbliżona do: "Jeśli ciągle będę cię prowadził - do czego zamierzasz sam dojść?". Następne (przykładowe) pytania, Opiekuna mogą brzmieć: "Co według ciebie, jest w tobie najważniejsze?", "Czego pragniesz w życiu?", "Pragniesz podziwu, współczucia innych - dlatego ich krzywdziłeś? To nie było godne ciebie"

Gdy jesteś już pewien że nadeszła właściwa pora - wybierasz sobie swoje nowe życie, takie, jakie wcześniej prześladowałeś. Przykładowo, jeśli gwałciłeś i mordowałeś kobiety - kolejny twój żywot spędzisz w miejscu na Ziemi, gdzie kobiety są okaleczane i upokarzane. Musisz "Zebrać plon, który sam zasiałeś" - jak mówił Jezus Chrystus. Jednak to ty o tym decydujesz, nikt ci niczego nie nakazuje, nie wybiera za ciebie nowego życia - ty, dysponując swoją Wolną Wolą, decydujesz jak chcesz się zmienić. Tak wygląda "Piekło", dla tych dusz, które za życia dopuściły się okrutnych i złych czynów - to jest ich "Katharsis" (Oczyszczenie). Podobnie wygląda sytuacja z duszami, które "uciekły z Ziemi". Pisząc "uciekły", mam na myśli samobójstwo. I jedni i drudzy są pozbawieni na "Tamtym Świecie", towarzystwa swych przyjaciół i rodziny. Spędzają ten czas jedynie w towarzystwie swoich Opiekunów po to, by wspólnie dojść do przekonania co zmienić w kolejnym życiu, by zrównoważyć negatywną energię, powstałą na skutek zła przez nas popełnianego, lub samobójstwa. Dlatego też większość światowych religii (a szczególnie chrześcijaństwo) głosi, że za odebranie sobie życia - czeka nas Piekło. "Piekło" wygląda właśnie tak, jak wyżej opisałem (oczywiście są pewne różnice, na przykład gdy popełniamy samobójstwo w sytuacji kiedy cierpimy potworny ból, albo wtedy, kiedy chcemy uniknąć potwornego bólu - jest to zupełnie inaczej traktowane niż wtedy, kiedy coś nam nie wyjdzie i uznajemy że cały świat nam się zawalił, więc kończymy ze sobą).



"JESTEM W PIEKLE

MÓJ BOŻE MIEJ MNIE W SWEJ OPIECE!"



Niekiedy zdarza się jednak (np. podczas śmierci klinicznej, a nawet i w czasie terapii regresywnej), że osoba poddana hipnozie zaczyna nagle... widzieć piekło, demony, diabły etc. Jak to możliwe, że są osoby, które maja i takie doświadczenia z "życia po życiu?" Nim odpowiem na to pytanie, muszę stwierdzić, że ludzi, którzy mają takie wizje (zarówno będąc w stanie śmierci klinicznej, czy w czasie sesji hipnoterapeutycznej) - jest bardzo niewielu. Ale czy to znaczy że to właśnie oni dostąpili wizji Piekła i piekielnych mąk, jakie czekają ludzi po ich śmierci? Jak więc to wygląda (i jak godzi się z tym co napisałem wyżej), jakie są to dusze i gdzie one trafiają?

Na początku małe wyjaśnienie - Piekło i diabły widzą nie ci ludzie, którzy dopuścili się za życia wielkich zbrodni, ale ci którzy... (Pamiętam taką scenę w jednym z filmów, gdy dziewczynka mówi do kobiety że jej spowiednik straszył ją piekłem i mękami piekielnymi i dodała: "On bardzo dużo wie o piekle", a na to kobieta: "Pewnie się tam wybiera" 🤭) bardzo chcieli dostać się do Piekła, wciąż o nim opowiadając i strasząc innych przed wiecznymi piekielnymi mękami (ostatnio nawet czytałem relację pewnego polskiego księdza, który będąc w stanie śmierci klinicznej, doznał widoku Piekła). 

Oczywiście wszystko zaczyna się dokładnie tak samo, jak opisywałem to w poprzednim poście. Następuje fizyczna śmierć ciała, potem czas pożegnania (o czym jedynie napomknąłem, może jeszcze napiszę tu coś więcej) ze swym ciałem (powiedzmy sobie jednak szczerze, większość rozwiniętych duchowo dusz traktuje swoje ciała po śmierci wręcz z pogardą i w żadnym razie nie pragnie wracać do czegoś tak małego, ciasnego i obrzydliwego, jakim są nasze fizyczne ciała. Nie interesuje ich też co stanie się z tym ciałem, bo to nie ma żadnego znaczenia, tak jak auto które oddajemy na złom po wypadku, też już nie ma dla nas znaczenia, bo nie nadaje się do dalszego użytkowania), a przede wszystkim z pozostawioną na tym świecie rodziną, najbliższymi, którzy cierpią, płaczą, nie rozumieją dlaczego odeszła tak bliska im osoba. Traktują ów świat jako jedyny i niepowtarzalny. Śmierć wydaje się więc czymś strasznym, nieznanym i nawet ci, którzy gorączkowo się modlą, czują ogromy strach przed śmiercią (według hipnoterapeutów, najbardziej boją się śmierci osoby bardzo religijne, wręcz dewotyczne). Dla nas żyjących, śmierć jest prawdziwą tragedią, która całkowicie destabilizuje nam życie. W wyniku śmierci najbliższej osoby popadamy w ogromny smutek, żal a często nawet i depresję. Nie rozumiemy że śmierć nie jest niczym szczególnym w naszej drodze i że i tak spotkamy się ponownie z naszymi najbliższymi (zarówno na "Tamtym Świecie", jak i częstokroć w kolejnych żywotach ziemskich). Poza tym nasza kultura całkowicie deprecjonuje śmierć, odsuwając ją na dalszy plan, lub całkowicie ją demonizując (zakapturzona postać z kosą). Ale wróćmy do tematu.

Dalej owa wspomniana przeze mnie dusza przechodzi przez tunel, przebija się przez pas chmur i wychodzi na spotkanie swych przyjaciół i swego Przewodnika, ale tu spotyka ją przykra niespodzianka. Pewien mężczyzna poddany hipnozie, po przejściu przez pas chmur, ujrzał... coś przerażającego, oto jego relacja: "Wreszcie przebiłem się z nad tych gęstych chmur i płynę dalej. Widzę coś w oddali". Na pytanie hipnoterapeuty: "Co to takiego?", odpowiada: "Nie wiem jeszcze, jest zbyt daleko", wówczas na stwierdzenie hipnoterapeuty, by spokojnie zbliżył się do owej postaci i opisał jej wygląd, ów mężczyzna nagle wybucha głośnym krzykiem i zaczyna płakać: "O Boże, nie, och nie, nie. Boże Wszechmogący dlaczego? Dlaczego ja? To jest diabeł, jestem w piekle - mój Boże, dlaczego?". Hipnoterapeuta próbuje go uspokoić, prosząc by wziął głęboki oddech, odprężył się i dokładnie opisał to, co widzi przed sobą, mężczyzna jednak wciąż bardzo poddenerwowany, głośno lamentuje: "Widzę diabła Boże, dlaczego ja, dlaczego?" Hipnoterapeuta ponownie próbuje go uspokoić, twarz mężczyzny pokrywa się zimnym potem, który hipnoterapeuta usuwa chusteczką, mówiąc: "Spokojnie, może ci się coś przewidziało, uspokój się i opisz mi go dokładnie", w tym momencie mężczyzna zaczyna się rzucać na fotelu, szarpie się i krzyczy: "To już koniec - idę do piekła, och, już jestem w piekle!".

"Poczekaj, opisz mi go dokładnie!" - te słowa jednak nic nie dają, mężczyzna wciąż się szamocze i wyrywa, wreszcie hipnoterapeuta pyta: "Opisz mi dokładnie jak wygląda ten diabeł, którego przed sobą widzisz?", mężczyzna wciąż płacząc odpowiada: "Demon, czerwono-zielona twarz, ma rogi, o Boże on ma rogi i te oczy tak groźne, tak zimne", hipnoterapeuta popędza: "Dobrze, mów dalej, opisz mi co jeszcze widzisz?". Pacjent kontynuuje: "Skóra jego twarzy jest cała czarna... osmolona - o słodki Jezu, dlaczego spośród wszystkich ludzi to spotkało właśnie mnie, przecież ci służyłem Boże całym moim sercem i całą duszą" (ów mężczyzna w poprzednim życiu był księdzem, a jego kazania były bardzo żywiołowe, często odnosił się do "życia po śmierci", gdzie opowiadał o cierpieniach jakie przeróżni grzesznicy dostąpią smażąc się w ogniu piekielnym i doświadczając najróżniejszych mąk). Hipnoterapeuta ponagla: "Nie przerywaj, kontynuuj opis tej "postaci". "Co mam ci jeszcze opisać?" - wybucha gniewem wzburzony pacjent - "Ty nie rozumiesz, ja stoję przed diabłem". "Dobrze, stoisz przed diabłem i co dalej, jak on wygląda, opisz go całego", pacjent na to: "Widzę tylko przezroczyste ciało, nic prócz twarzy". Hipnoterapeuta zapytuje w tym momencie czy to nie dziwne, że diabeł pojawia się nagle bez swego ciała i każe mu jeszcze raz spojrzeć oraz powiedzieć co widzi, lecz pacjent teraz właśnie milczy. Milczy przez pewien krótki czas, by nagle z żalem wybuchnąć: "No nie, to ten łajdak"...

Na pytanie o kim mówi, odpowiada: "To mój... Przewodnik, robi sobie ze mnie żarty. To było ukartowane, on chciał mi odpłacić tym, czym ja sam za życia straszyłem innych ludzi - mówi mi o tym i zawadiacko z uśmiechem na ustach pyta - przyjemnie ci było?" (pamiętajmy że Przewodnicy - czyli Aniołowie Stróże, to dusze takie same jak nasze, z tym że przeszli wcześniej cykl inkarnacji i są duszami rozwiniętymi na tyle, aby móc uczyć młode czy ewentualnie dusze średniego poziomu rozwoju - o tym też jeszcze napiszę). Następnie ów mężczyzna mówi do hipnoterapeuty: "Nie żebym narzekał, wiedz że Scanlon jest świetnym nauczycielem, najlepszym, ale... lubi dość nieprzyjemne żarty, teraz przeszedł samego siebie". Pacjent zrozumiał że jego życie zboczyło z właściwej ścieżki jako głosiciela "Słowa Bożego", że miast przynosić ukojenie i radość, straszył ludzi mękami piekielnymi i cierpieniem pośmiertnym. Jego przewodnik Scanlon (takie nosił imię), chciał mu to pokazać w sposób iście obrazowy - i udało się na całego. Takich ludzi jak ów mężczyzna, którzy widzą po śmierci..."diabły", jest bardzo niewielu, a każde takie (nawet pośmiertne), doświadczenie ma nam ukazać pewien paradoks naszych słów, wyobrażeń i czynów, choć należy przyznać, że nie każdy Przewodnik ma tak "oryginalne" poczucie humoru jak ów Scanlon (no cóż - Przewodnicy to bardzo rożne typy osobowości i... "trudne orzechy do zgryzienia").




CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...