WYŚWIETLENIA

13 sierpnia 2025

NIEMIECKI ODWET ROKU 1934 - Cz. I

CZYLI JAK TO PO ZAKOŃCZENIU 
I WOJNY ŚWIATOWEJ 
NIEMCY PLANOWALI ODRODZIĆ
DAWNĄ POTĘGĘ RZESZY?





Książka, którą pragnę teraz zaprezentować, jest już całkowicie zapomniana i to do tego stopnia, że nawet jej autorzy nie są do końca znani. Nic zresztą dziwnego, w końcu Europa przeszła w czasie II Wojny Światowej przez prawdziwe piekło, a do tego doprowadziła polityka ustępstw wobec Niemiec Adolfa Hitlera, koncesji finansowych przyznawanych Rzeszy Niemieckiej i w dużej mierze skrywany, ale jednak istniejący podziw nad ideologią narodowego socjalizmu i niemieckiej potęgi (np. podczas Igrzysk Olimpijskich w 1936 r. reprezentacja Francji, Włoch i Hiszpanii weszła na stadion olimpijski z podniesioną do góry ręką w nazistowskim pozdrowieniu). Tak krótkowzroczna polityka doprowadziła do wybuchu wojny, a wraz z nią niewyobrażalnych cierpień dla milionów ludzi, którzy nie pasowali do wizji niemieckiej "Nowej Europy". Można wręcz powiedzieć, że Hitler i jego kompani byli "pierwszymi Europejczykami" w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, bowiem haseł o stworzeniu silnej Europy używano wówczas bardzo wiele, a tamta "Nowa Europa" różniłaby się od obecnej Unii Europejskiej tylko tym, że Niemcy dominowaliby w niej również militarnie, a nie tylko gospodarczo i politycznie. Książka, którą pragnę przedstawić, została napisana w Niemczech na początku lat 20-tych XX wieku (prawdopodobnie 1920, lub 1921 r.) przez byłego majora F. E. Solfa (prawdopodobnie był on spokrewniony z Wilhelmem Heinrichem Solfem - niemieckim dyplomatą i duchownym, ale nie ma co do tego pewności) i opatrzona przedmową pułkownika Bauera - zaufanego sztabowca generała Ericha Ludendorffa. Bauer brał udział w marcu 1920 r. w monarchistycznym tzw.: "puczu Kappa", czyli próbie zamachu stanu, mającej na celu obalenie Republiki Weimarskiej i ponowne zainstalowanie na tronie Hohenzollernów. Był on też współautorem planu zgniecenia węgierskiego powstania, jaki w końcu sierpnia 1921 r. wybuchł w Burgenlandzie, czyli części ziem zachodnich Węgier, które miały zostać przyłączone do Austrii na mocy traktatu pokojowego z Trianon z 4 czerwca 1920 r.). Byli to dwaj wybitni planiści i wkrótce po zakończeniu I Wojny Światowej - której wynik i narzucone przez zwycięskie mocarstwa traktaty pokojowe, uważali oni za upokarzające dla Niemiec - napisali książkę, która miała odrodzić Rzeszę i pozwolić jej powrócić do dawnej potęgi, mniej więcej około roku 1934 r. (niewiele się pomylili, gdyż w tym właśnie czasie Adolf Hitler doszedł do władzy i szybko zaczął odbudowywać niemiecką armię i gospodarkę). 

Ponieważ nie posiadam oryginalnej pozycji owych dwóch niemieckich planistów wojskowych, dlatego też muszę korzystać z polskiego tłumaczenia tej książki z roku 1922 r. autorstwa Macieja R. Wierzbińskiego. Już wówczas (w 1922 r.) uznał on za niezwykle ważne przetłumaczyć tę książkę na język polski, jako że zdawał sobie doskonale sprawę, iż zawarte w niej tezy stanowią nie tylko manifest odnowienia Rzeszy Niemieckiej, ale jasny plan odrodzenia niemieckiej potęgi, która - wiadomym faktem - przede wszystkim musiałaby powetować swe straty kosztem ziem niedawno odrodzonej Polski Niepodległej. Zresztą warto w tej kwestii oddać głos samemu autorowi, czemu w ogóle poświęcił czas na jej przetłumaczenie: "dlatego, że jest ona wiernym zwierciadłem zbiorowej duszy niemieckiej w dzisiejszym stanie, a zatem zawiera bardzo cenną oświatę dla tych, zawsze jeszcze nader licznych zastępów polskich, które nie znają charakteru narodowego swych sąsiadów zachodnich, nie odczuwają bezmiaru ich plemiennej nienawiści, nie zdają sobie sprawy z ich potencjalności i zamierzeń w zakamarkach duszy pieszczonych. A Polska pierwsza winna otworzyć na to oczy i wyciągnąć naukę z tej książki, z tych prądów, pragnień, prac i wysiłków niemieckich, gdyż ona pierwsza byłaby, albo raczej będzie (w oryginale słowo to jest celowo wyeksponowane) bez najmniejszej wątpliwości wystawiona na atak odwetowców spod krzyżackiego znaku (...) wszystko to jest wyraźną wskazówką, jaki charakter będzie posiadała w ogóle wojna przyszłości, i każe się domyślać, że będzie ona jeszcze daleko więcej zabójczą niż ostatnia. Nawet ludność cywilna w spokojnych miastach, w ustronnych siołach, w sennych zakątkach wystawiona będzie na ogromne niebezpieczeństwo ze strony eskadr lotniczych, przeróżnych pocisków trujących (...) Czytając tę opowieść, Polak niejednokrotnie przyjmie wykrzyknikiem zdumienia przebłyski niemieckiej autoadoracji i junkierskiego zaślepienia (...) Jednakże całą tę "Wojnę roku 1934" poczyta zaprawdę za ogromnie pouczającą książkę, której kwintesencja da się zamknąć w następującym aksjomacie: Wojna spadnie na nas jak piorun wtedy, skoro tylko Niemcy zdobędą jaki środek wojenny, odpowiadający doniosłością swą "promieniom elektrycznym". Wyłania się to z kart tej opowieści. Wyziera z niej i urąga nam w oczy nieposkromione, żywe i groźne niebezpieczeństwo niemieckie, tak, iż wynosimy pewność, że czeka Polskę walna rozprawa z wrażym i wieczystym prawrogiem na śmierć i życie - rozprawa, w której Polska krwią i najwyższym poświęceniem, mocą ramienia i ducha będzie musiała zdobyć sobie ostateczne prawo, do posiadania tego, co posiada dzisiaj, prawo do pełnego, świetnego życia narodowego i mocarstwowego".



"ZABORCY RUSZĄ, ABY ODROBIĆ STRATY PONIESIONE W WOJNIE ŚWIATOWEJ. 
A TE STRATY, TO JESTEŚMY MY - I NASI SĄSIEDZI!"






ZACZNIJMY ZATEM:



PRZEDMOWA



Kto upatruje w dziejach świata rękę Opatrzności, lub kto widzi w nich jedynie przyczyny i skutki czy też prawo rozwoju, mógłby zaiste stracić wszelką wiarę wobec rewolucji niemieckiej z dnia 9 listopada 1918. Tak była ona bezsensowną, tak niestosowną, zwłaszcza w tym momencie. Bo w chwili, gdy należało zespolić wszystkie materialne i moralne siły w celu odparcia zewnętrznego wroga, rozbiła ona te siły i wydała Niemcy na niełaskę nieprzyjaciół w "pokoju" wersalskim. Było to grzechem przeciwko świętemu duchowi niemczyzny, i to, zważywszy ideę przenikającą jej przywódców, grzechem świadomym i nie ostatnim! A z tego zbrodniczego czynu powstała klątwa, powstał moralny, ekonomiczny i polityczny upadek, w którym ugrzęźliśmy bez widoków ratunku. Mocarstwa zachodnie w służbie kapitału światowego wyzyskały, jak zwykle, zręcznie tę wdzięczną sposobność. Nie można nawet poczytywać im tego za złe, gdyż niepodobna oczekiwać od wilka, aby zbłąkane owieczki przywodził znów do stada. Jednakże pasterz w tym razie zabija wilka, daleki od tego, by w dodatku oddawać mu potem jeszcze całe stado na pastwę samowolnie. A tak stoją rzeczy dzisiaj! Jest to haniebne, ale nie mniej prawdziwe, że istnieją Niemcy, którzy własnymi rękoma pełnią usługi katowskie przeciw swemu własnemu narodowi! A brak szerokim kołom narodu przede wszystkim poczucia niewysłowionej hańby. Cóż to je obchodzi, że odebrano narodowi najświętsze prawo i najwyższy obowiązek Germanina noszenia broni na obronę ojczyzny? Mają one wyłącznie zrozumienie dla nauk kapitału jedynie zapewniającego zbawienie - nauk, które, jaskrawo osłonięte gałgankami fałszywej demokracji i fałszywego socjalizmu, przenikają mieszczanina zarówno jak i robotnika. Jednakowoż budzi się w zakamarkach duszy zbiorowej wątpliwość, budzi się lęk wobec kwestii: co nas czeka? Odpowiedź prosta: z posiewu zła powstaje straszna klęska. Zamykać na to oczy byłoby głupotą i nikczemnością. Bo czyż Niemcy mają runąć w otchłań zagłady?... Jeśli tak być musi, to w taki sposób: w walce!

Jaki cel może mieć wobec tego książka taka jak ta, którą przedkładamy narodowi - książka, mogąca chyba tylko dolać oliwy do ognia nienawiści naszych wrogów - spytają ludzie o sercach zajęczych. Otóż najpierw zaleca się, by, miast w formie teoretycznych spostrzeżeń odmalować w sposób plastyczny, jak to z wyżyn siły i obowiązkowego wyładowywania energii spadliśmy i spadamy coraz niżej, jak to zamiast "uszczęśliwienia życia ludzkiego w ogóle" - jeśli mam użyć wyrażenia głównego rewolucjonisty - idą na nas bieda, niedostatek, nikczemna pojęciowość niewolników i żądza używania. O! gdyby za przykładem pani Irmgard z tej powieści miliony kobiet niemieckich zechciało z pogardą spozierać na każdego mężczyznę nieskłonnego do walki za kraj - walki najpierw bronią duchową a potem, gdy wybije godzina, bagnetem, sztyletem i - cepami. Po wtóre zaleca się wypowiedzieć śmiało, że wszystko co dzisiaj wyprodukujemy i zdobywamy drogą wynalazków, trzeba wziąć pod uwagę pod kątem pożytku, jaki dałoby się z tego wyciągnąć w opałach w jakich jesteśmy. I ten wskaźnik trzeba obwieścić ogółowi, że każdy, posiadający środki i zdolności odpowiednie, ma obowiązek wyszukiwania takich dróg i środków, albo też pomagania tym, którzy nastręczają takie środki. A kto obecnie zaprzedaje zagranicy dla zysków wynalazki, które mogą nam oddać usługi, jak to niestety zdarzyło się już niejednokrotnie, ten jest łajdakiem, tak samo, jakby zdradzał koalicji ukryte składy broni. Grzechów przeciw świętemu duchowi narodu nie przebacza się nigdy! Jeżeli zaś ludzie małego, trwożliwego ducha mówią: "nie można śnić o zemście, gdy jesteśmy bezsilni", to mylą się. Francja i tak będzie nas uciskać, jak tylko może, uległość z naszej strony nie wpłynie na zmianę pod tym względem. 

Jesteśmy wprawdzie w tych czasach rozprzężeni wewnętrznie, niezgodni i do podjęcia zemsty niezdolni, jednakowoż trzeba nam utrzymywać naród w czujności, aby nie zapadł się w beznadziejność. Przecież w roku 1806, gdy Napoleon gnębił Niemcy - chociaż ani w przybliżeniu tak, jak tak zwani "zwycięzcy" z 1918 r. - w epoce, gdy nikt jeszcze nie myślał o odwecie, poeta niemiecki wołał: "Bij! Zabij! Bez troski o sąd ludzki i boski". (...) Złączcie się zatem, jak Szwajcarzy ongiś na Rutli, do przysięgi: "Chcemy być jednym ciałem braci!" a będzie to wstępem do wyzwolenia się z jarzma, z hańby i opresji. Zemsta nie jest naszym hasłem, chodzi nam po prostu o broń ratunkową w zabójczym ucisku. Jeśli obali się ów pokój niosący nam śmierć, który nie jest wcale pokojem, jeśli odzyskamy nasz honor, naszą samodzielność i owoce naszej pracy, gotowi jesteśmy chętnie żyć w spokoju. Nie my, lecz koalicja a zwłaszcza Francja rzuca świeży posiew krwi. Nam zaś chodzi jedynie o to, czy damy się jak jagnięta zarżnąć, czy też przy tym zdobędziemy się przynajmniej na podniesienie broni. 

BAUER






I
NA WSI


Berlin, 20. 03. 1934 r.

Mój drogi Fritz!
 
Czy jesteś zawsze jeszcze tym samym co dawniej? Wiem, że tak jest, nawet bez odpowiedzi. Piszę zatem krótko i węzłowato: potrzebujemy Cię. Oczekuję Cię dnia 25 bieżącego miesiąca najpóźniej o 5-tej po południu w swym mieszkaniu. Im prędzej przybędziesz, tym lepiej. Zamieszkasz u mnie.

Znając mnie, wiesz, że nie nadaremnie wzywam cię do tej podróży. Przygotuj się na kilkumiesięczną nieobecność w domu. Wszystko inne - ustnie. 

A więc - do widzenia. Pozdrowienie i uścisk dłoni. 

Twój Werner


Z gestem nieukontentowania cisnął Fritz von Seelow list na stół. Przeczytał go bodaj kilkanaście razy i teraz, podniósłszy się w całej swej długości ze starego fotela, w którym dotąd chuda jego figura ginęła niemal zupełnie, przeciągnął się tak, iż wysłużony żakiet myśliwski o mało nie rozpękł się w szwach, i przeszył palcami przerzedzone i nieco siwiejące włosy. Utopiwszy ręce w kieszeniach rajtuzów, począł, jak miał we zwyczaju, przechadzać się po pokoju, od okna, w narożniku pomiędzy stołem a kominkiem, do drzwi i z drugiej strony, obok sędziwej otomany skórzanej i na powrót. Nikt nie zliczy, ile razy Fritz von Seelow odbywał taką przechadzkę, bo wszystkie kwestie na dobre rozbierał i rozwiązywał, chodząc po pokoju. W ostatnich czasach jednak zagadnienia te nie były zbyt zawiłej lub podniecającej natury. Czy starą kobyłę należy sprzedać, czy też rok jeszcze trzymać przy dyszlu, dla ilu prosiąt stanie trawy i ilu z nich trzeba się pozbyć - były to bodaj najtrudniejsze do rozwiązania kwestie. 

Dawniej bywało inaczej, w pierwszych latach po wojnie i rewolucji przystępowały doń inne zagadnienia. Wówczas młody, pozasłużbowy rotmistrz von Seelow biegał co wieczór jak opętany po pokoju swej starej siedziby w niewielkim pomorskim majątku Woltersdorf. Nie mogło mu się to po prostu pomieścić w głowie! Największym złem nie była przegrana wojna, bo przemocy ulec może najsilniejszy, ale ów niepojęty upadek prawie całego narodu, to rozmiękczenie kości, ten zanik wszelakiego poczucia honoru i przyzwoitości - to było najstraszniejsze. Wszystko co dobre, silne, szlachetne pierzchło, jakby nigdy nie istniało. I to po czterech latach najwyższego heroizmu, najwyższego poświęcenia. Raz stawał mu przed oczyma czerwony, krwawy plakat, jaki ujrzał po powrocie z pola bitew w Berlinie. Obok tysięcy innych Rad miała być wybrana "Rada urlopników i dezerterów". Rada uciekinierów! Jak to możliwe? Przecież dezerter, osobnik opuszczający towarzyszy broni w obliczu nieprzyjaciela, uchodził od dawna i przed całym światem za stworzenie nikczemne i pogardy godne. A teraz chlubiono się swą własną hańbą.

Zaraz po rozwiązaniu swego pułku, Seelow, pełen wstrętu do Berlina, opuścił go i pospieszył w swe sielskie ustronie. Tam znał on ludzi, każdego we wsi, tam musiał przecież wiać inny wiatr aniżeli wśród wielkomiejskiego motłochu, bogatego i ubogiego. Czekało go może najboleśniejsze rozczarowanie. Jednym z pierwszych, którego spotkał, był marynarz. Jeszcze przed rokiem widział go na urlopie. Wówczas opowiadał mu marynarz z błyszczącymi oczyma o bitwie morskiej pod Skagerakiem, jak to flota miażdżyła pociskami łodzie angielskie. Ze słów jego bił szczery, nadzwyczajny zapał. Rozstali się wtedy z serdecznym uściskiem dłoni. A teraz wlókł się on niedbale i leniwie, a zagadnięty, opowiadał, jak na pokładzie "Turyngii" doszło do buntu. Gdyby do tego marynarze nie doprowadzili, spoczywaliby wszyscy na dnie Morza Północnego. I z jakiej przyczyny? Z uśmiechem urokliwym majtek mówił, że "dla honoru".

Rotmistrzowi żyły nabrzmiały na czole, lecz opanował się i rzekł:

- Ach, i ty Jurgenie, kiedyś jeszcze zrozumiesz, co to istotnie znaczy honor dla jednostki i narodu. 

Nastały czasy nieustannej wewnętrznej zawieruchy, niechęci do pracy i ogólnej chciwości. Płace i ceny szły na przemian w górę do obłędnych wyżyn. W Berlinie maszyny wyrabiające banknoty pracowały dzień i noc i zalewały kraj pozorami bogactwa. Z drugiej strony szruby podatkowe napięto do niemożliwych granic, aby zaspokoić swe własne potrzeby i bezmierne żądania wrogów. Wszystkie zaś, rzeczywiste walory wędrowały za granicę, aż wreszcie żaden Niemiec nie był właścicielem ani cegły swego domu, ani piędzi swej roli. Pozostała jedynie powódź papierowych pieniędzy i - nieprzeliczone miliardy długów. Długo zamykała na to oczy większość ogółu i zdumiewająco długo bronił się przemysł niemiecki przeciwko nieuniknionemu bankructwu. Aż wreszcie załamało się wszystko i w następstwie przyszło bezrobocie milionów, głód i wojna domowa, nędza i niedola wszelakiego rodzaju.

Czasy nadeszły spokojniejsze, bo miliony ludzi wymarły, zmarnowały się, a miliony opuściły ten kraj nędzy. Kto pozostał, pracował za marne wynagrodzenie i skąpy kawałek chleba od rana do nocy. O postępie nie było można myśleć. Niesłychane podatki i daniny różnorodne pożerały wszelki, nawet skromny nadmiar. Płynął on w kieszenie Brytów i Francuzów oraz tych, co z ich polecenia ssali kraj. Na najpotrzebniejsze rzeczy nie było pieniędzy. Młody nauczyciel wiejski, który w czasie rewolucji marzył o uniwersytecie i wygłaszał szumne mowy o swobodnym dostępie do kariery dla uzdolnionych ludzi, o braterstwie ludów i związku narodów, który protestował przeciwko polityce silnej pięści i tajnej dyplomacji, przeciwko militaryzmowi i nacjonalizmowi - ucichł od dawna. Zamiast 40 uczniów miał teraz w szkole 80. A przecież z dachu izby szkolnej ciekł deszcz, i ani gmina ani rząd nie miały środków na zaradzenie temu.

Również majtek Jurgen zaniemówił. Najpierw spędził pewien czas w Berlinie. Co tam robił, o tym nie było można się dowiedzieć. Dość, że pewnego dnia zjawił się znów we wsi z rzadką miną, ale zadowolony, że może objąć w posiadanie domek i kilka hektarów ziemi od starego ojca. O swych bohaterstwach rewolucyjnych nie wspominał więcej. Seelow z mozołem przebijał się przez życie. Zrazu próbował wsączać w ludzi rozsądek, lecz słowa jego były z góry skazane na bezpłodność. Był przecież właścicielem majątku, oficerem i w dodatku szlachcicem. Panowie dziennikarze w mieście okręgowym wiedzieli wszystko o wiele lepiej i - inaczej. Jako prawdziwi przyjaciele ludu mieli ogólny posłuch, a nie dziedzic. Więc wreszcie i on ucichł, pozostawiał ludzi ich myślom. Oprócz starej gospodyni, co pielęgnowała go jeszcze jako dziecko, i swego ordynansa, który przez cały czas wojny był przy jego boku a potem służył u niego jako foryś i kamerdyner, nie miał nikogo, z kim mógłby zamienić kilka słów. Przez pewien czas stosunki z sąsiedztwem wprowadziły trochę urozmaicenia w jego życie. Właściciela Bornhagen poznał bliżej na wojnie, po której powrócił on do domu ciężko chory. Żona, młoda osoba, pielęgnowała go z poświęceniem, a Fritz pomagał jej o tyle, że bawił chorego rozmową i rozweselał go jak mógł. Po śmierci sąsiada Seelowa służył młodej wdowie radą i pomocą w gospodarstwie. Przedtem pełen podziwu dla jej poświęcenia przy boku chorego męża, teraz obserwował z uznaniem jej energię, z jaką zabrała się do kierowania sprawami majątku. Gdy opanowała sytuację, Seelow stał się zbędnym, lecz ona stała się dlań niemal niezbędną, i pewnego dnia oświadczył się o jej rękę. Pani Irmgard wysłuchała słów jego poważnie, po czym spojrzała mu w oczy.

- Zobowiązał mnie pan wielce i pragnęłabym spełnić dług wdzięczności, lecz prośby pańskiej spełnić nie mogę - rzekła - Nie mogę. My, kobiety niemieckie nie rozumiałyśmy wielu rzeczy w epoce upadku i przewrotu. Pytałyśmy się, gdzie byli nasi mężowie, gdzie byli prawdziwi mężowie niemieccy, gdy wszystko w państwie zachwiało się i runęło? Gdzież podziały się przysięgi wierności, duma, męskość? Być może, żądamy za wiele, lecz dość, że kolec pozostał w mej piersi i wielu innych kobiet. Nie mogę tego uczucia w sobie pokonać i ślubowałam, że nie oddam ręki już nikomu, dopóki Niemcy leżą powalone w prochu. Dopiero gdy zmyjemy z siebie niewysłowioną hańbę, gdy nasi mężowie znów będą mogli podnieść głowę z dumą i poczuciem wolności, dopiero wówczas mogłabym oddać się komuś na własność i to jedynie komuś, co przyłożył rękę do dzieła zmartwychwstania. A jeśli dnia tego nie doczekam... to będą musiała się tego wyrzec, chociaż to niełatwo, panie Seelow. 

On pożegnał ją krótko i pocwałował do domu, jakby z goryczą na języku. Czegóż żądała odeń ta kobieta? Jakżeż miał on naraz wyzwolić Niemcy z pęt? Obłęd, chimera kobieca. Wtedy przechadzki jego po pokoju dworu w Woltersdorfie trwały dłużej niż zwykle, a ruchy jego zdradzały, że miota nim burza. A nie doprowadziły do niczego i kończyły się zwykle jednym z całym przekonaniem wyrzuconym słowem: głupstwo! Pewnego dnia wszakże rotmistrz siadł do biurka i skreślił list do dawnego przyjaciela z akademii wojskowej Wernera Sollinga, który jako pozasłużbowy major sztabu generalnego mieszkał w Berlinie i był w stosunkach ze wszystkimi wielkomiejskimi kołami. Zapytał go, co tam ludzie w tym wielkim środowisku myślą i robią, i czy na horyzoncie nie pojawia się już blask jutrzenki odrodzenia. Odpowiedź nie brzmiała zbyt radośnie, nie budziła nadziei. Ot, ludzie pracowali w różnych kierunkach, robili co mogli, lecz tym czasem nie było widać żadnej możności polepszenia doli. Gdyby wszakże potrzeba było pomocy, Werner Solling obiecywał nie zapomnieć o przyjacielu. 

Upłynął od tego czasu bodaj rok. Pani Irmgard widywała Fritza tylko rzadko i przelotnie. Wyrzekł się on nadziei, aby miała zmienić swe postanowienie. Aż raptem spadł nań ten list! Cóż mogło nagle zajść tak ważnego? Czytając gazety wiedział, że w położeniu politycznym nie zaszła żadna, nawet najmniejsza zmiana. Nonsensem wydawało się spodziewać jakiejkolwiek poprawy w sytuacji Niemiec. A miał zapomnieć o zasiewach wiosennych i wyjeżdżać do Berlina - na kilka miesięcy. Jednakże Werner nie był przecież fantastą, pisząc do niego tak stanowczo, miał do tego ważny powód. Nie pozostawało przeto nic innego jak jechać i to zaraz pojutrze, jeśli przy wadliwej komunikacji miał przybyć nad Sprewę na czas. Przypomniał sobie ów dawny list, w którym Werner pisał, że nie zapomni o nim, jeśli będzie można uczynić cokolwiek dla dobra ojczyzny. Czyżby miał dla niego jakaś misję? Tak trzeba było przypuszczać. A więc musiał jechać, a przedtem pożegnać się z panią Irmgard. Na tym stanęło, gdy późno po północy skończył swą przechadzkę po pokoju.  






II
KLUB NIEWINIĄTEK


Już następnego wieczora Fritz von Seelow był w wagonie. Targany niecierpliwością, nie zwlekał z wyjazdem. A była to od lat wielu pierwsza jego podróż, więc przyglądał się porządkom na kolei z pewną ciekawością. Istniały znów w pociągu przedziały drugiej klasy, szyby były niezbite i poduszki dość czyste, ale z pośledniego materiału. Stołów nie było i można było rozpoznać jasną plamę, którą dawniej pokrywało zwierciadło. Stary wagon skrzypiał ze wszystkich boków. Obrazki stacji kolejowych przedstawiały się podobnie. Panowała tam pewna względna czystość i porządek, ale na każdym kroku bił w oczy ostatni niedostatek. Wagony były nieogrzewane mimo jeszcze zimowej aury. Więc rotmistrz, drżąc z zimna, otulił się w płaszcz i, wcisnąwszy się w kąt, puścił bieg myślom.

Tego ranka udał się z krótką wizytą do Bornhagen do pani Irmgard. Nie zmieniła się w niczym, wysłuchała więc jego sprawozdania z przyjaznymi uczuciami. Wprawdzie przedsięwziął sobie zachować się chłodno i nie wzmiankować nic o celu, jaki podróż jego mieć mogła, ale był tak przejęty, podniecony, a tak mało z natury dyplomatą, że dość nieświadomie wyrwał się ze swymi oczekiwaniami. Na to pani Irmgard uśmiechnęła się i, ściskając jego rękę, rzekła:

- Niech Pan jedzie z Bogiem i przywiezie wkrótce dobre wieści.

Przyrzekła mu czuwać nad gospodarką w Woltersdorfie, i to uspokoiło go bardzo, znała się bowiem na rzeczy. Jadąc konno dnia tego przez pola, uświadomił to sobie, a nie miał zresztą nikogo, kto by go mógł zastąpić. Nie miał też na to funduszów.

Podróż miała trwać całą noc i następny ranek, czekały go kilkakrotne przesiadania i postoje. Na wpół zmarznięty przybył dopiero po południu na berliński dworzec Szczeciński. Ponieważ nie uprzedził przyjaciela, nikt go na dworcu nie oczekiwał. Zjadłszy coś przy bufecie, pojechał na Lützowstrasse, gdzie mieszkał Werner Solling. Stare konisko dorożkarskie potrzebowało godzinę czasu niemal, by zawieść go na miejsce. Deszcz i śnieg padał na przemian, tak iż Seelow w drodze mało co widział z miasta. 

Majora Sollinga nie zastał u siebie, lecz żona była uprzedzona o wizycie rotmistrza i, lubo nie znając go, powitała go bardzo serdecznie. Wskazała mu pokój gościnny. Męża oczekiwała dopiero na kolację, więc Fritz musiał uzbroić się jeszcze w cierpliwość na kilka godzin. Zużytkował ten czas na rozpakowanie się, umycie i uczesanie.

Wreszcie zjawił się Solling. Dwaj dawni przyjaciele uściskali się serdecznie. Nie widzieli się prawie przez lat szesnaście i stwierdzili, że zmienili się w wyglądzie pod niejednym względem. Fritz próbował skrócić przejawy radości i obserwacje, aby wystąpić z pytaniem dotyczącym celu jego podróży, ale Solling zamknął mu usta. Wpierw zamówił wieczerzę, potem dopiero, w cztery oczy z przyjacielem, chciał mu opowiedzieć wszystko. Trzeba się było przeto jeszcze okazać cierpliwym. Przy stole nastrój panował miły, lecz nieco sztywny. Myśli Seelowa odbiegały daleko od toku rozmowy. A że major zauważył to, więc bawił się tym w duszy, widząc że udało mu się zaintrygować kolegę. Nie śpieszył się wcale z wyjaśnieniami i odgrzebywał jeszcze dawne wspomnienia z akademii wojskowej i z czasów wojny. Pani Solling nie miała wiele do dorzucenia, i Fritz poczynał się niecierpliwić i zżymać. Nareszcie podniesiono się od stołu, pani Solling pożegnała ich, a oni przeszli do gabinetu majora. Fritz miał nareszcie pofolgować sobie lecz Solling nie dopuścił go do słowa:

- Już wiem co chcesz powiedzieć! Jestem ostatnim szelmą, każąc ci czekać tak długo. Ale nic to nie szkodzi, doprowadziłem cię do należytego nastroju. A więc teraz siadaj, tu masz cygaro, a dla uczczenia dnia twego przybycia zjawi się tu nawet butelka czerwieńca. Bierz to co mówię dosłownie, bo, pominąwszy dni świąteczne, nie stać nas w Berlinie na wino nawet w zamożnych domach. 

- U diabła! - wybuchnął Seelow - nic mnie nie obchodzą wasze stosunki w Berlinie. Pragnę nareszcie dowiedzieć się, co zaszło i co tu mam robić. Poczytując cię dotąd za dość rozsądnego człowieka, przybyłem natychmiast na twe zawołanie. A teraz godzinami wytrzymujesz mnie bez objaśnienia, jakby dudka.

Major pochwycił go za rękę.

- Uspokój się, mój drogi, nie mam cię za dudka i nie przyzwałem cię nadaremno. Przebacz pewną moją zarozumiałość, wypływa ona bowiem z tak nadzwyczajnej radości, takiego błogiego usposobienia po tylu długich bezsłonecznych latach, że nie umiem ci tego wcale opisać. Słuchaj! Jesteśmy u celu!

- Wernerze, czyż podobno, że wypływamy na powierzchnię?! Przez całą drogę do Berlina nie opuszczała mnie ta myśl. List twój nie mógł mieć innego znaczenia. Jakoż wybrałem się, o ile możności tak, jakby na wojnę. Nawet zabrałem swoje stare browningi.

- Te browningi mogłeś był pozostawić w domu - odparł Solling z uśmiechem - takie rzeczy służą już tylko do zabawy. Mówię serio - dorzucił z naciskiem w odpowiedzi na zdumione spojrzenie przyjaciela - Teraz wypijmy kieliszek wina za przyszłość Niemiec i słuchaj!




Szkła zadźwięczały, major usiadł naprzeciwko rotmistrza, w zamyśleniu wyrzucił kilka chmurek dymu, i zaczął:

- Było to dnia tego, w którym postanowiono podpisać warunki pokojowe. Wówczas byłem jeszcze w służbie, wykomenderowano mnie do ochrony Zebrania Narodowego w Weimarze. Wieczorem siedzieliśmy społem w ubocznym pokoiku oberży, gdzie nas ulokowano. Było nas pięciu, wszystko dawni przyjaciele i towarzysze broni. Znasz bodaj Bruninga i Oltenslebena, innych może także. Bruning odczytał nam główne warunki, a my słuchaliśmy go ze łzami oburzenia i wściekłością w źrenicach. A potem siedzieliśmy długo bez słowa. Nie wiem, czy przypominasz sobie ten dzień tak dobrze i wszystko co zaszło, dość, że mogę cię zapewnić, że nikt z nas pięciu nie miał uśmiechu i kamień legł nam na sercu. Jeden z nas ozwał się: "Trzeba się wyrzec wszelkiej nadziei, po przyjęciu tych warunków idziemy na dno bez ratunku. Wszelka możność nabrania nowych sił jest z wyrafinowaną dokładnością wykluczona". Ktoś inny dodał: "Armia ze stu tysięcy ludzi, bez ciężkiej artylerii, bez wyszkolenia młodzieży... Jak przy tym moglibyśmy znów kiedykolwiek nabrać sił? Będziemy narodem niewolników, bez najmniejszych widoków zerwania kajdan". "A przecież są Niemcy, którzy to podpisują..." - dorzucił jeden z nas i potem siedzieliśmy długo, długo, a żaden nie miał słowa pociechy. Wreszcie podniósł się sążnisty Oltensleben i uderzył pięścią w stół: "A jednak, przyjaciele - wyrzucił - bronić się nie możemy wprawdzie przeciwko Anglikom, Francuzom i owemu staremu lisowi, Wilsonowi, ale musimy się bronić przeciwko jednemu: beznadziejności. Nasz stary Pan Bóg tam na wysokości nie może i nie opuści na zawsze swego niemieckiego narodu. Pokarał nas, zasłużyliśmy na to mniej lub więcej wszyscy. Sami opuściliśmy siebie, więc opuścił nas Ten w górze. Teraz wszakże jest hasłem: pomóż sobie, a Bóg ci pomoże. Pięściami nie damy sobie rady, bo skrępowano je nam na długie czasy, wszelako serca nasze są wolne i nauczą nas, jak z opresji i nędzy wskrzeszać znów czystą, bezinteresowną miłość ojczyzny. I myśli nasze są wolne, te muszą dzień i noc wytężać się i szukać środków i dróg, aby uwolnić nasze pięści z pęt. I bądźcie pewni: znajdziemy takie drogi". Otóż te słowa stały się kamieniem węgielnym gmachu, teraz niemal już wzniesionego. Szczegóły muszę tu pominąć, mogę ci tylko w ogólnych zarysach naszkicować, jak rozwijały się rzeczy dalej. My w pięciu utworzyliśmy ścisły związek i wypracowaliśmy plan roboty. Było nam jasne, iż jedno tylko pozostało nam Niemcom: głowy nasze. Ale w nich tkwił nieograniczony kapitał. To co wytworzyć mogły niemiecka nauka i technika, niemiecka zdolność wynalazcza, należało oddać na usługi ojczyzny. Jednakże nie można było pozostawić tego jednostce, należało rozpocząć planową robotę we wszystkich dziedzinach, którą kierowano by i nad którą czuwano by z jednego punktu. Na czoło musieliśmy wysunąć wybitną osobistość. Kogo - nie ulegało ani chwili wątpliwości, i zbytecznym jest, abym wymieniał ci jego nazwisko. W naszym kole nie nazywamy go nigdy inaczej, jak tylko "generał". Zobaczysz go jutro wieczorem. Zabrał się on natychmiast do dzieła z niesłychanym zapałem i od pierwszej chwili stał się duszą całego związku. Następnie trzeba było zabrać się do wynalezienia współpracowników i to z największą ostrożnością.

Tylko całkiem zaufania godnych ludzi mogliśmy przyciągać do siebie. A wszyscy musieli przechodzić długi okres próbny. Urządzaliśmy na nich umyślnie pułapki i zasadzki, aby wierność ich dla sprawy i charakter poddać próbie. Ale stopniowo organizacja nasza przybrała jednak wielkie rozmiary. W każdej gałęzi nauki i techniki pracowały dziesiątki ludzi, poszukując środków wojennych, jakie moglibyśmy zużytkować w naszym położeniu. A każdy wydział miał swego osobnego kierownika, który dawał inicjatywę, rozporządzenia i dzielił się doświadczeniami. Również z uniwersytetów i politechnik werbowaliśmy szczególnie uzdolnionych młodzieńców i zachęcaliśmy ich do studiów w specjalnych dziedzinach, w których brakło nam dostatecznych sił lub z których obiecywaliśmy sobie szczególniejsze korzyści. Wszystkie nici skupiały się w Berlinie, gdzie utworzyliśmy coś w rodzaju sztabu generalnego. To co wytwarzały wydziały naukowe, ich doświadczenia i projekty poddawano tam egzaminowi z punktu widzenia użyteczności wojskowej. Aparat nasz rozrastał się coraz więcej, i okazała się potrzeba funduszów. Należało wziąć do pomocy fabrykantów w różnych gałęziach przemysłu, aby przedsięwziąć u nich eksperymenty. Potrzeba było wielkich obszarników i właścicieli lasów, na których terenach można było próby te i eksperymenty wykonywać. Ostatecznie wszakże znalazło się wszystko, lubo z trudem i mozołem. Ile to wymagało cierpliwości i ostrożności, trudno dać ci o tym wyobrażenie. Bo wszystko musiało być otoczone jak najgłębszą tajemnicą, zwłaszcza że władze nie spuszczały nas z oka. Ajentów rządowych spotykało się wszędzie i roiło się od francuskiej tajnej policji. Wiadomo ci mniej lub więcej, jak ukształtowały się stosunki. Różne rozruchy wzburzonej ludności przed poselstwem francuskim oraz pod błahym pretekstem podjęta aneksja okręgu Saary, który w plebiscycie oświadczył się przeciwko przyłączeniu do Francji, stały się pożądaną przyczyną wysłania do Berlina oddziału wojska dla ochrony ambasady. Oddział ten z czasem powiększono do rozmiarów ruchomej dywizji, panującej tutaj niepodzielnie. Wobec niej reichswehra nie jest niczym innym, jak ulepszoną policją. Jej ostre naboje są pod kluczem Francuzów, o czym wszakże nie wolno ani wzmiankować w prasie. Parlament nasz stał się od dawna na wskroś nacjonalistycznym, aż do najskrajniejszej lewicy. Wprawdzie stronnictwa zachowały swe dawne nazwy, ale zanikły niemal całkiem sprzeczności, zwłaszcza w dziedzinie polityki zagranicznej.

Wyleczono się radykalnie z ideałów ogólnoludzkich i snów o braterstwie ludów. Lecz to nie ma dla nas znaczenia. Na zewnątrz istnieje parlamentaryzm, i stosownie do tego musimy mieć także rząd narodowy. Ale w rzeczywistości prezydent państwa jest zniewolony - odkąd Francuzi siedzą mu na karku - skład ministeriów przystosować do życzeń francuskich. Parlament tak czy owak pogodził się z tym stanem rzeczy, tak iż w sferze rządowej mamy do czynienia z kreaturami Francji. W pierwszych latach po upadku wiele trudności sprawiały nam także wewnętrzne zamęty i walki, jednakże nie daliśmy się przez to wywieźć w pole. Kroczyliśmy dalej swoją drogą. Nie pytając się o to, czy rząd jest prawicowym czy lewicowym, czy bolszewickim czy dyktatorskim, mogliśmy pomóc narodowi niemieckiemu jedynie przez dostarczenie mu znów środków wojennych, gdyż bez siły nie można mieć na świecie tym żadnego prawa. Inne narody zdawały sobie z tego sprawę od dawna i my kiedyś również, lecz wyperswadowano nam to umyślnie przez tych w kraju czy za jego granicami, którzy chcieli wyciągnąć korzyść z pracy niewolników niemieckich. Cała działalność nasza musiała być otulona jak najściślejszym płaszczykiem niewinności. Jakoż założyliśmy klub gry w karty, nazywając go według naszych wzorów "Klubem Nieszkodliwych" czy "Niewiniątek". Wciągnęliśmy też do niego istotnie "niewinnych" ludzi, których nikt nie posądzał o nic złego i którzy rzeczywiście do tej chwili nie mają najmniejszego wyobrażenia, co kryje się za tym "klubem". Kilkakrotnie nawet pozwoliliśmy się przyłapać przy grze. Dzięki temu jednak mieliśmy ubikacje, gdzie o pewnych oznaczonych godzinach mogliśmy schodzić się na narady całkiem bezpiecznie. Urządziliśmy także biuro patentowe, gdzie akty nasze techniczne spoczywały spokojnie jako podania projektów do opatentowania pomiędzy innymi, rzeczywistymi projektami oczekującymi patentu. Nadzwyczajnie rozległe i ważne pole do działania miał wydział osobisty, w którym ja grałem wielką rolę. Jednym z jego zadań było wynaleźć jak najwięcej ludzi, którzy, lubo z razu niewtajemniczeni ani do współpracy nie wzięci, dawali nam dzięki swemu charakterowi i narodowym przekonaniom rękojmię, że, powołani w danym momencie, będą mogli spełnić pewne poruczenia. W każdej większej miejscowości i niemal w każdym okręgu posiadaliśmy naszych mężów zaufania, którzy mieli na oku swe otoczenie i stale zdawali nam sprawę. Z tego możesz domyślić się, że w ciągu tylu lat otrzymaliśmy nie ulegające kwestii opinie o wszystkich interesujących nas osobistościach. Oczywiście przede wszystkim poddaliśmy obserwacji wszystkich dawniejszych oficerów. Podczas okresu rewolucyjnego nastąpił szybko rozłam i podział oficerów na kategorie. I tak niemal wszyscy, których na listach zanotowaliśmy jako zaufania godnych, okazali się do dziś takimi, chociaż niekiedy jednak z boleścią przychodziło nam stwierdzać, jak powoli ten i ów odpadał, i to czasami nawet generał, mąż, na którym, zdawało się, można budować jak na skale. Niejednego wszakże mogliśmy z radością zapisać znów z biegiem czasu na naszą listę. Należeli oni do kategorii uczciwych, a więc zawsze uleczalnych iluzjonistów, którym otworzyły się oczy, skoro wreszcie prysły wszelkie nadzieje. Wierzyli oni najpierw w możliwość pokoju ugodowego, potem w Wilsona i jego 14 punktów, potem w błogosławioną działalność Ligii Narodów, następnie w pomoc zagranicy przy pracy nad naszą odbudową, z obawy, by Europa w przeciwnym razie nie ucierpiała, następnie w korzystną dla nas rewizję traktatu pokojowego i możność zadowolenia wrogów przez skrupulatne spełnienie zobowiązań.

Na każdym kroku ta sama niemiecka łatwowierność, nie przypuszczająca w żadnym razie, by ludzie mieli być tak złymi, i na każdym kroku ten zasadniczy błąd w mniemaniu, jakoby Anglia miała być tak głupią i najpierw rozbijać garnek, by potem go zlepiać z mozołem. Dopiero gdy wreszcie wyjaśniło się, że znikąd nie ma pomocy, a środki pieniężne z zagranicy starczą tylko na to, by Niemcy nie utonęły zupełnie, lecz trwały w stanie pracującego niewolnictwa, przewidzieli ludzie, iż tak dalej być nie może. Na wszystkie warstwy ludności rozciągały się nasze tajne wywiady i obserwacje, nawet na koła robotnicze. W tę sferę wglądali głównie dawni ordynansi oficerscy. Pomiędzy tymi ludźmi, którzy nieraz w ciągu lat wojny i pokoju zrośli się ze swymi panami, spotykaliśmy niejednokrotnie wręcz zdumiewające przykłady przywiązania i wierności. A czasami wykazywali oni nawet znakomitą znajomość ludzi. Niemniej ważną rzeczą było obserwować reichswehrę i jej sztab oficerski. Wiesz dobrze, że rząd usunął stopniowo wszystkich narodowo myślących, o ile tylko się dało. Jakoż wkrótce mogliśmy tylko niewielki procent oficerów uważać za odpowiednich do naszych celów. Na miejsce wszystkich innych przewidzieliśmy zastępców i wkrótce wypracowaliśmy, jak dawniej w czasie pokoju, prawidłowe listy mobilizacyjne, przy czym oczywiście osobniki w listy te wpisane nic o tym nie wiedziały. I otóż teraz nareszcie doszliśmy tak daleko, że możemy dać hasło do powstania i w kilka tygodni wygnamy za ostatnią granicę wszystką ową obcą hołotę.

- Ależ to myśl, która sprowadzić może zawrót głowy! - zawołał rotmistrz - Powiedz mi jednak, na czym polegają wasze środki ratunkowe?

- Powiem ci to, naturalnie - rzekł Solling - i informuję cię, o ile sam wiem. Bo każdy z nas dowiaduje się tylko tego, co jego szczególnie obchodzi. Otóż, już przed kilku laty przedłożył nam pewien stary profesor fizyki swój wynalazek, dotyczący czegoś w rodzaju promieni, które nawet na wielką odległość przeszywają prawie wszystkie ciała i wywołują rozkład taki, że zapalają się wszystkie materiały eksplozywne. 

- To brzmi zaiste bajkowo! - zauważył Seelow. 

- Dlaczego? - odparł Solling - Zastanów się, czy ktokolwiek byłby dawniej uwierzył, że nadejdzie czas, gdy da się odfotografować kości i serce w ciele ludzkim, gdy bez drutu będzie można dookoła całej ziemi pisać i mówić, lub gdy za pomocą promieni będzie można w ciele ludzkim podejmować zarówno niszczenie jak i leczenie. Bajkowym nie jest dzisiaj nic w gruncie rzeczy. Pomimo wszelkich naszych wynalazków i całego postępu wiedzy, istnieją bez wątpienia zawsze jeszcze tysiące rzeczy między niebem a ziemią, o których nie śniło się filozofom. Nie stanęliśmy jeszcze wcale u kresu i zapewne nigdy tam nie dojdziemy. Przypomnij sobie tylko owe słynne dalekonośne działa, z których w ostatniej wojnie raptem poczęliśmy ostrzeliwać Paryż z odległości 120 kilometrów. Jeszcze dnia poprzedniego każdy wyszkolony artylerzysta, znający prawa grawitacji, lub fabrykant armat byłby ci naukowy przeprowadził dowód, że jest to rzeczą absolutnie niemożliwą. A przecież okazało się raptem, że to możliwe, że to się stało. Promienie te są w naszym ręku niezmiernie cenną bronią. Niema bowiem wątpliwości, że istotnie wysadzają w powietrze każdy materiał eksplozywny. Ale teraz należało skierować ten wynalazek na drogę praktyczną, a więc przemienić w broń! A potrzeba znacznej ilości energii elektrycznej, by promienie te wytworzyć, i to tym więcej, im intensywniej i na dalszą metę mają odnosić skutek. Udało nam się to wszakże krok po kroku. I tak posiadamy obecnie trzy rodzaje aparatów, odpowiadające niejako dotychczasowym rodzajom broni palnej. Największy z tych aparatów, odpowiadający artylerii, zrobiłby na tobie wrażenie wielkiego, ruchomego reflektora z ostatniej wojny. Przeznaczony jest przeciwko artylerii nieprzyjacielskiej i działa aż na 40 kilometrów. Aż tak daleko możemy wysadzić nim w powietrze każdy nieprzyjacielski obóz z amunicją, każde nabite działo. Drugi aparat działa na odległość strzału karabinowego, a więc na odległość 4 do 5 kilometrów. Wystarczają tu zbiorniki. Zamyka się cały ten cudowny wynalazek w skrzynkę, wyglądającą zewnętrznie jak mała walizka podróżna lub torba ręczna. Za naciśnięciem na guzik powyżej zamka maszyna poczyna działać i promienie padają przez mały, przysłonięty otwór w wąskiej ścianie aparatu. Nikt z otoczenia nie przeczuwałby, że mała walizka sprawia to, iż nagle wszystkie nabite karabiny dają ognia, i torby z nabojami eksplodują. Ten aparat spełnia rolę piechoty i zapewne doniosłą odegra rolę w walkach ulicznych, jakich należy oczekiwać w pierwszych chwilach naszej akcji. Wreszcie trzeci aparat przypomina zewnętrznie kieszonkową latarkę elektryczną, zastępuje on rewolwer. Działa na odległość około stu kroków. 

- Nadzwyczajne - wtrącił Seelow i spytał - A czyż aparaty te nie zawodzą?

- Bądź pewnym, że wszystko to wypróbowaliśmy z niemiecką dokładnością. A czy przypominasz sobie, jak to dwa lata temu eksplodował w porcie w Wilhelmshafen krążownik angielski? Było to naszą próbą generalną. Sam byłem przy tym. Byliśmy w lasku, oddaleni o 25 kilometrów. Wyobraź sobie napięcie naszych nerwów, gdy skierowaliśmy aparat do akcji. Niemal w tym samym momencie tam, gdzie stał okręt, ukazała się tylko chmura dymu. Łzy radości popłynęły nam z oczu. W porcie były jeszcze trzy inne łodzie angielskie. Zaprawdę kosztowało nas wiele, aby zwalczyć w sobie pokusę i pozostawić je w spokoju, lecz nie wolno nam przed czasem budzić ludzkiej podejrzliwości. Więc trzeba było aparat usunąć szybko. Jakoż Anglicy nie wiedzą do tej pory, co zaszło takiego, że krążownik raptem poszedł w powietrze. Nie pozostało im nic innego jak uwierzyć, że prochy zapaliły się same. Ale kiedyś - wkrótce otworzą im się oczy! Ubiegłe dwa lata zużytkowaliśmy na to, by skonstruować dostateczną ilość aparatów. Ukrywają się one pod nazwą aparatów kinematograficznych, spoczywają rozłożone w pewnej fabryce, której właściciel jest jednym z naszych najgorliwszych współpracowników. W ostatniej chwili złoży się części tych aparatów w jedną całość. Od momentu, gdy sukces był zapewniony, nie mieliśmy już kłopotu o fundusze. Mogliśmy bowiem zaciągać pożyczki ile nam się podobało. Wiesz teraz, mój drogi, to co najważniejsze. Bądź jak bądź dosyć na dzisiaj. Już późna godzina, a jutro czeka nas dzień nużący. Więc idźmy spać.

- I tak nie zasnę z pewnością długo - rzekł Seelow - Zdaje mi się, że mam w głowie koło młyńskie. Nie mogę tak zaraz wniknąć umysłem we wszystko, mam wrażenie, jak gdyby dało się jeszcze znaleźć w waszym rachunku pewne braki.

- Istotnie są braki - dorzucił Solling - ale w mym dzisiejszym raporcie, a nie w naszym rachunku. Jutro dowiesz się więcej. Tymczasem niech cię uspokoi moja pewność. A zatem dobrej nocy!

Rozeszli się. Seelow, położywszy się, chciał zastanawiać się nad nową taktyką bez broni palnej, ale rzecz dziwna, zawsze krzyżowało pasmo jego myśli pytanie, czy wypada mu nazajutrz wysłać pocztówkę do Bornhagen. I tak zasnął.






PS: Nasuwa mi się pytanie, skoro książka ta pisana była w 1920 lub najpóźniej w 1921 r., to ile elementów zostało tutaj przewidzianych. To, co autor wkłada w usta bohaterów, rzeczywiście miało miejsce, z tym że Niemcy nie rozbudowywali sił zbrojnych u siebie (których nie mogliby utrzymać w tajemnicy, ze względu na alianckie kontrole, a których posiadania zabraniał im Traktat Wersalski, podpisany w czerwcu 1919 r.) a w 1922 r. dogadali się z Sowietami i tam właśnie rozpoczęto zakrojoną na szeroką skalę modernizację niemieckich sił zbrojnych. Polski wywiad w dość banalny sposób dowiedział się o owej współpracy... czytając niemieckie gazety. Oczywiście w niemieckiej prasie nic nie pisano na temat jakiejkolwiek wojskowej współpracy z Sowietami, ale nie to było ważne, co znajdowało się na pierwszych stronach, a to, co było w rubryce zatytułowanej "Nekrologi". Właśnie czytając nekrologi niemieckich lotników lub czołgistów, zamieszczone w niemieckiej prasie, polski wywiad dowiedział się o tajnej współpracy niemiecko-sowieckiej, bowiem Niemcy nie zachowali pełnej ostrożności i w nekrologach zapisywali miejsce śmierci niemieckich żołnierzy, a były to np. Sierpuchów, Twer, Perm, Moskwa, Smoleńsk, Witebsk - wszystkie miasta w Związku Sowieckim. Tylko głupi nie połączył by tego w jedną całość. Te niemiecko-sowieckie konszachty zostały odkryte w 1924 r. i potem jeszcze w 1925, zaś w 1927 pisała o tym już francuska i brytyjska prasa i Niemcy musieli się z tego powodu srogo tłumaczyć, choć współpracy z Sowietami nie zerwano do 1933 r. Co ciekawe, niemiecko-sowieckiego sojuszu wcale nie zakończył Hitler, który wówczas doszedł do władzy (jak się powszechnie uważa), ale inspiracja wyszła ze strony sowieckiej. Kiedyś nieco więcej na ten temat jeszcze napiszę, a na dziś warto sobie uświadomić że książka "Niemiecki odwet 1934 r." bardzo wiele przewidziała i choć pewne elementy wydają się nieprawdziwe (jak choćby ów tajemniczy promień, niszczący okręty i broń), to jednak autor tej książki przewidział powstanie... broni laserowej. Ciekawe co jeszcze wymyśli w dalszej części?       
 
 

TO POLSKI WYWIAD ODKRYŁ TAJNE SOJUSZE NIEMIEC I ZWIĄZKU SOWIECKIEGO W LATACH 20-tych I POWIADOMIŁ O TYM EUROPĘ.
PAMIĘTAJMY O TYM





CDN.

DOMINATORKI - Cz. II

CZYLI RZECZ O ZNANYCH
I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII,
KTÓRE POTRAFIŁY 
RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE
MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA


DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPTU
Cz. II



"DYNASTIA KRÓLOWYCH"
Cz. II



II
AHHOTEP I
"WOJOWNICZKA"




Była pierwszą kobietą w dziejach Egiptu, która otrzymała najwyższe odznaczenie wojskowe za męstwo na polu walki - "Złote Muchy". Ponoć władała dobrze łukiem i szczególnie opiekowała się żołnierzami. Była córką królowej Tetiszeri i króla Senachtenre Tao I. Jej brat (i mąż) Sekenenre Tao II rozpoczął konflikt militarny z Hyksosami o wyzwolenie kraju (władcy XVII Dynastii panowali z reguły bardzo krótko, co najwyżej po kilka lat. Senachtenre Tao I władał ok. dwóch lat {od ok. 1560 r. p.n.e. jego syn i następca Sekenenre Tao II zwany "Walecznym"- 3 lata. To właśnie on rozpoczął rekonkwistę, mającą na celu wypędzenie Hyksosów z Egiptu i zjednoczenie kraju, a jego mumia - odnaleziona w roku 1881 - świadczy, że zginął w jednej z bitew z Hyksosami, gdyż nosi na sobie ślady zadanych temu władcy ran) który kontynuował jej starszy syn - Kamose (ok. 1555-1550 r. p.n.e. Ok. 1552 r. p.n.e. Kamose wystawił dwie stele w Karnaku, w których wyjaśnia dlaczego podjął się kontynuacji wojny - która jego ojcu zapewne nie szła zbyt dobrze, gdyż został zepchnięty do defensywy i musiał toczyć walki na własnym terytorium w okolicach Kuzy {Cusae} - z Hyksosami i ich władcą Apopisem. Znalazł się tam taki zapis: "Jego Królewska Mość zwrócił się zatem w pałacu do dworzan swej świty: "Czymże więc jest moja władza? Jest jeden wódz w Awaris, drugi w Kusz, a ja mam nic nie robić, zrównany z Azjatą i Murzynem!?"). W czasach panowania męża i syna, Ahhotep musiała zadbać o bezpieczeństwo kraju. Gdy jej mąż ruszył na wojnę z Hyksosami (jak dalej pisze na swej steli Kamose: "Spędziłem noc na mym statku, z zadowoleniem w sercu, a kiedy ziemia się rozjaśniła, spadłem na niego jak sokół. W godzinie śniadania odepchnąłem go. Po obaleniu jego murów wybiłem jego ludzi" - jest to opis walk o twierdzę Nefrusę którą władał niejaki Teti -będący na usługach Hyksosów) Kuszyci z południa zaatakowali egipską twierdzę w Buhen, symbol władzy faraonów XII Dynastii nad Nubią. Ahhotep (wiedząc że jej syn jest daleko i nie może przybyć na pomoc) zebrała lokalne oddziały i na ich czele ruszyła na odsiecz Buhen (po kampanii pod Nefrusą Kamose ruszył dalej na północ, dochodząc aż do 14 nomu egipskiego z czasów Nowego Państwa, czyli pod granicę głównej twierdzy Hyksosów - Awaris, gdzie przebywał sam Apopis. Tam właśnie w jego ręce wpadł list Apopisa wysłany do władcy Nubii, nakazujący mu atak na Tebaidę: "Czy wiesz, co mi uczynił Egipt? Władca, który tam mieszka, Kamose - oby żył - właśnie mnie napastuje w moich włościach, mnie, który mu nic nie uczyniłem, tak samo jak zrobił tobie! Wybrał sobie dwa kraje do dręczenia, mój i twój, i spustoszył je! Przybądź tu, śmiało! Nie bój się! On jest teraz tu, walczy ze mną: nikt się ciebie nie spodziewa w Egipcie, a ja nie pozwolę mu stąd odejść, dopóki nie przybędziesz!"). Ahhotep osobiście dowodziła walką ze swego rydwanu bojowego i ostatecznie zmusiła wroga do odstąpienia od twierdzy, za co właśnie otrzymała od swego syna Kamose "Złote Muchy". Jej mąż (Tao II) i syn (Kamose) polegli w bitwach z Hyksosami (Kamose w tej kampanii (ok.1553/1552 r. p.n.e.) co prawda udało się uniknąć zasadzki Apopisa i wycofać do Teb, ale w kolejnej zorganizowanej przez siebie kampanii przeciwko Hyksosom poległ w bitwie - zapewne pod Awaris ok. 1550 r. p.n.e. gdyż jego mumia nosi wyraźne uszkodzenie głowy). 




Na tron wstąpił teraz najmłodszy syn Ahhotep i Tao II, jeszcze dziecko (w chwili objęcia władzy miał ok. 10 lat, jego bowiem mumia liczyła sobie w chwili śmierci lat 35 z czego on sam panował lat ok. 25) Nebpehtire Ahmose I - założyciel sławnej XVIII Dynastii. To właśnie za panowania Ahmose I królowa Ahhotep zdobyła najmocniejszy wpływ na rządy krajem. Stała się regentką i "Opiekunką Egiptu" (ten tytuł przyznał jej Ahmose). Wojna z Hyksosami wybuchła ponownie po kilkunastu latach (Kamose zajął tereny aż do Memfis {choć miasto to nie zostało przez niego opanowane} i od tego czasu panował swoisty "zbrojny pokój" pomiędzy hyksoską Deltą a Tebaidą). Wojna została wznowiona w 11 roku panowania Ahmose (zapewne, choć daty jego panowania nie są dokładnie określone, był to rok 1540 lub 1539 p.n.e.), a jego przeciwnikiem po heksowskiej stronie był nijaki Chamudi (który objął tron w Awaris ok. 1540 r p.n.e. po śmierci - panującego jakieś 9 lat - Apopisa II). Na początku młody władca zdobył Memfis. Następnie Ahmose ruszył przeciwko Awaris (głównemu miastu-twierdzy Hyksosów) i zdobył je (nie wiadomo dokładnie kiedy, ale jeśli przyjmiemy że początek konfliktu nastąpił ok. 1540 r. p.n.e., a upadek ostatniej twierdzy Hyksosów w Szaruhen w południowo-wschodniej Palestynie miał miejsce - po trzyletnim oblężeniu - przed 16 rokiem panowania Ahmose I, czyli ok. 1535 r. p.n.e. to upadek Awaris musiał nastąpić pomiędzy nimi, być może ok. 1539/8 r. p.n.e.) uwalniając ostatecznie kraj od prawie 300-letniej obecności obcych cywilizacyjnie migrantów z Azji (ciekawa jest tutaj relacja o tych wydarzeniach oficera Ahmesa, syna Abany z El-Kab, który uczestniczył w tych walkach, umieszczona na jego grobowcu, oto ona: "Następnie, kiedy założyłem rodzinę, zwerbowano mnie na pokład "Północy" ze względu na moje męstwo. Towarzyszyłem wówczas władcy - oby żył w szczęściu i zdrowiu! - pieszo, gdy on jechał na rydwanie. Oblegliśmy potem miasto Awaris: dałem dowody męstwa jako piechur w obecności Jego Majestatu. Zostałem wtedy przydzielony do okrętu "Chwała Memfis". Walczyliśmy na wodzie w Pedżku koło Awaris. Zdobyłem jeden okręt i przyniosłem jedną rękę. Doniesiono o tym heroldowi królewskiemu i otrzymałem złoto walecznych. Potem znów zaczęła się bitwa w tym samym miejscu. (...) Stoczono bitwę w Egipcie, na południe od tego miejsca: przywiodłem jednego jeńca. (...) Później wydano Awaris na łup wojska i wziąłem zdobycz: jednego mężczyznę i trzy kobiety (...). Jego Królewska Mość dał mi ich jako niewolników. Następnie oblegaliśmy Szaruhen przez trzy lata. Później Jego Królewska Mość złupił je, a ja wziąłem łup: dwie kobiety i jedną rękę"). Zdobycie twierdzy z Szaruhen (tej bramy, przez którą do Egiptu migrowali syro-huryccy imigranci) spowodowała zamknięcie granicy Egiptu. Zaczęła się teraz nowa era, era egipskiej potęgi i mocarstwowości. Egipcjanie bowiem doszli do przekonania że tą samą drogą, jaką do ich kraju przyszli obcy najeźdźcy, mogą teraz wyprowadzić skuteczne ataki, które podbiją obce krainy i tak jak wcześniej Egipcjanie na swojej ziemi płacili daniny hyksoskim władcom Memfis a następnie Awaris, tak teraz te daniny mogą płacić wszystkie ludy od Nubii i kraju Kusz po Syro-Palestynę, a nawet Mezopotamię i dalekie wyspy północne, jak np. Kreta. Ahhotep I żyła wystarczająco długo, aby ujrzeć początek tego procesu. Królowa Ahhotep zmarła około 20 roku panowania swego syna (ok. 1530 r. p.n.e.).



III
AHMES-NEFERTARI
PIERWSZA "BOSKA MAŁŻONKA AMONA"




Ahmes-Nefertari to już kolejna niezwykła kobieta, którą bez przeszkód moglibyśmy określić mianem "dominatorki". Była córką Ahhotep I i Sekenenre Tao II, oraz siostrą Kamose i Ahmose I. Po wypędzeniu Hyksosów z Egiptu, największą pozycję w panteonie egipskich bogów objęło lokalne tebańskie bóstwo zwane Amonem. Kult Amona, lokalnego boga-stwórcy już w czasach XII Dynastii, był dość popularny i wspierany przez państwo (choć władcy XVII Dynastii rezydowali na północy, w Memfis i w rezydencji królewskiej w Icz-Tawi), jednak dopiero wraz z odrodzeniem się egipskiej potęgi i założeniem XVIII Dynastii, pozycja tego boga znacznie wzrosła. Odtąd Amon zaczął być łączony z bogiem wszech-stwórcą - Re. Był to bóg egipski, państwowy, pod którego sztandarami Egipcjanie przepędzili ze swojej ziemi "bezbożników" (jak kapłani Amona mówili o Hyksosach, oddających głównie cześć Setowi - mordercy Ozyrysa, którego łączyli z fenickim Baalem). Amon był więc dawcą światła, życia i szczęścia, patronem ciągłego odradzania się świata do życia. Ale aby proces ten mógł trwać niezachwianie, należało opiekować się świątyniami Amona, oraz pilnować, by wierni należycie składali ofiary. Twierdzono że jeśli bóg nie będzie należycie czczony, ustaną wylewy życiodajnej rzeki Nilu, a lud popadnie w kolejną niewolę. Kapłani też zaangażowali się w zdecydowaną walkę z obcym "bałwochwalstwem". Oto bowiem w zdobytej stolicy Hyksosów - Awaris, znaleziono posągi mezopotamskiej bogini Isztar (Inanny), a niektórzy z Egipcjan po zwycięstwie wzięli sobie jako niewolnice, kobiety oddające cześć tej właśnie bogini (jak choćby przypadek kobiety z Awaris o imieniu Isztar-umm Sięi czyli "Isztar jest Moją Matką"). 

Największą świątynią Amona-Re, była ta w Karnaku (Teby), w której odbywały się największe procesje i święte misteria. Amon-Re stał się bogiem ogólnopaństwowym, bogiem władców XVIII Dynastii ("Wspaniały ten bóg, pan wszystkich bogów Amon-Re, pan Tronu Obu Krajów w Karnaku, wspaniała Dusza, która się stała na początku (...) On jest pierwszym prabogiem (...) On jest Jedynym, który uczynił wszystko to, co istnieje, kiedy ziemia się zaczęła za pierwszym razem (...) On jest wspaniałą Mocą, która wzbudza miłość i trwogę, potężną w swych widzialnych formach (...) On jest świętym bogiem, który przekształca sam siebie, czyniąc niebo i ziemię w swoim sercu (...) On jest Panem życia, który obdarowuje tych, których kocha (...) On jest tajemniczą istotą, której się nie rozumie (...) On jest stwórcą wieczności (...) Królem Bogów" - dekret Pinodżema - XI wiek p.n.e.). Stwórca wszystkiego, musi być więc bogiem jurnym, gdyż tylko w ten sposób może "zapłodnić świat". Ale aby bóg mógł to uczynić, musi mieć do tego sposobność i tak więc, prócz codziennej celebracji dokonywanej przez kapłanów w "Świętym Świętych" (czyli miejscu gdzie przechowywano posążek boga), ceremonii puryfikacji oraz toalety boga, Amon-Re musiał mieć również możliwość swobodnego spuszczenia "życiodajnej energii" ("Twoja czystość jest moją czystością, a moja czystość jest Twoją czystością" - zdanie wypowiadane przez kapłanów w momencie puryfikacji boga). Chodzi tutaj oczywiście o proces... masturbacji boga. Tego dokonywała specjalna kapłanka, zwana "Boską Małżonką Amona-Re", która z reguły była żoną, siostrą lub córką panującego władcy, w tym przypadku była to królowa Ahmes-Nefertari.

Jako pierwsza objęła ten zaszczytny tytuł (wcześniej sprawowała stanowisko Drugiego Proroka Amona, a tytuł Boskiej Małżonki otrzymała zapewne po śmierci swej matki Ahhotep, czyli ok. 1530 albo 1528 r. p.n.e., czyli w 20 lub 22 roku panowania swego męża i brata - Ahmose I)i do jej obowiązków należało codzienne... masturbowanie boga. "Dłonią Boga" była w tym momencie jego "Boska Małżonka". Aby dokonać owego procederu, Ahmes-Nefertari jako jedyna kobieta mogła zejść do "Świętego Świętych" (prócz niej mogli tam jeszcze przebywać jedynie sam faraon, wielki kapłan Amona-Re i wielki kapłan Ptaha - ale ten bywał rzadko). Pomimo iż należała do królewskiego rodu, przebywając w tym zamkniętym misteryjnym pomieszczeniu, podlegała poleceniom władcy i obu kapłanów (z reguły jednak przebywała tam tylko z wielkim kapłanem Amona-Re). Ahmes-Nefertati żyła wiele lat i widziała zarówno czasy wzrostu potęgi Egiptu za panowania swego męża i brata - Ahmose I, jak i pełniła funkcję regentki za małoletności rządów swego syna - Dżeserkare Amenhotepa I. Jej mąż opanował ziemie na południu (Kusz/Nubia) do II katarakty Nilu, a jej syn podbił Królestwo Kusz i zniszczył jego stolicę - Kermę. W Syrii zaś - po wtargnięciu do Palestyny - uzależnił od siebie tamtejszych władców (jako pretekst podając, iż to właśnie tam schronili się zbiegli z Egiptu Hyksosi, choć władcy miast-państw kananejskich ogłosili neutralność i w żadnym aspekcie nie dopomogli Hyksosom w zebraniu siły, co ostatecznie zmusiło ich do ucieczki aż do Anatolii). Następnie Ahmose poszedł dalej i uzależnił od siebie miasta i porty bogatej Fenicji, takie jak Byblos, Tyr, Sareppa i Akko. Ahmes-Nefertari zaś została zapamiętana jako wspaniała królowa, jej kult (podobnie jak kult jej matki Ahhotep i babki Tetiszeri) trwał przez cały czas istnienia XVIII Dynastii i przybrał formę świąt ludowych. Wywierała ona wielką rolę w polityce swego męża i syna (a doszła do takiej władzy, iż ponoć jej wola miała być niepodlegającym dyskusji prawem). 




Kontrolowała harem zarówno męża jak i syna (pierwszym następcą tronu był niejaki Ahmose-Sapair, w którego obecności ukazana jest Ahmes- Nefertari, gdy dokonuje swoich czynności jako Boska Małżonka Amona- Re. Ale starszy syn zmarł nim jeszcze ojciec zakończył swój żywot - co było dosyć częste w Egipcie faraonów, że dzieci w jakiś 60-70% nie dożywały wieku młodzieńczego. Na tron więc wstąpił niepełnoletni Amenhotep) to ona decydowała jakie dziewczęta znajdą się w królewskim łożu. Można w zasadzie rzec, że była nieoficjalnym współrządcą Egiptu za czasów swego męża i oficjalnym władcą przez pierwsze lata podczas niepełnoletności Amenhotepa I (a potem w czasie całych jego rządów 1526-1506 r. p.n.e. pełniła ponownie rolę współwładcy). Gdy się zestarzała, zabrała swą córkę Ahmes-Merytamon do "Świętego Świętych" aby przekazać jej przyszłe obowiązki, które miała spełniać, by świat mógł się codziennie na nowo odradzać. Bolączką ostatnich lat jej życia był brak męskiego potomka jej syna. Tak bardzo chciała zostać babcią i doczekać się przedłużenia dynastii wyzwolicieli Egiptu spod hyksoskiej niewoli, że wynajdowała w całym kraju najpiękniejsze dziewczęta i podsyłała je do komnaty swego syna. Na niewiele się to jednak zdało - Amenhotep zdołał spłodzić tylko jedną córkę - Ahmes. Zmarła więc nie doczekawszy się wnuka. 




Jednak te 20 lat panowania Dżeserkare Amenhotepa I, to okres niesamowitego rozkwitu Egiptu, nieznanego od co najmniej 350 lat. To właśnie za jego panowania powstają nowinki architektoniczne, rozwija się medycyna (Papirus Ebersa - jedno z najważniejszych źródeł rozwoju medycyny w starożytnym Egipcie, powstał właśnie w czasach panowania Amenhotepa I). Za rządów tego władcy niejaki Amenemhat projektuje pierwszą klepsydrę (jednak pierwszy odnaleziony egzemplarz pochodzi z czasów Amenhotepa III, czyli pierwszej połowy XIV wieku p.n.e.). Wtedy też powstaje sławna Księga Amduat - zespół egipskich pism i zaklęć grobowych. Gospodarka Egiptu również przeżywała swój rozkwit, a pierwsze daniny jakie napływały z Nubii i Palestyny, jeszcze bardziej przyczyniły się do wzrostu ekonomicznej potęgi ówczesnego Egiptu.




CDN. 
 

PORADY DLA MĘŻCZYZN I KOBIET - Cz. II

OD ANTYKU PO WSPÓŁCZESNOŚĆ


GRECJA KLASYCZNA
ATENY
(V - IV wiek p.n.e.)
Cz. II





WYCHOWANIE MŁODYCH MĘŻCZYZN



"DOBRZY MĘŻCZYŹNI PRAGNĄ ZŁOTA, DOBRYCH KONI I PIĘKNYCH KOBIET, ALE PRZECIEŻ POTRAFIĄ SIĘ POWSTRZYMAĆ I BEZPRAWNIE JEDNEGO I DRUGIEGO NIE TYKAJĄ"

KSENOFONT
"CYROPEDIA" 



Rodzina grecka nie należała do nazbyt płodnych. Najwłaściwszy kształt rodziny stanowił model 2+2 (rodzice i dwoje dzieci), najlepiej syn i córka (jak uważał Platon, a wcześniej Hezjod). Syn był niezbędny, gdyż to właśnie on dziedziczył majątek rodziny i to on przedłużał ród swego ojca. Dlatego rodziny które posiadały po kilka córek, uważano za nieszczęsne, gdyż jedynie syn był swoistym "gwarantem bezpieczeństwa i przetrwania" rodu (greckie przysłowie mówiło: "Syna wychowuje się zawsze, nawet jeśli jest się biednym, córkę zaś porzuca się, nawet jeśli jest się bogatym"). Do siódmego roku życia rodzeństwo wychowywało się razem w otoczeniu matki i innych kobiet w gyneceum (pomieszczeniu przeznaczonym dla kobiet, które znajdowało się w każdym zamożniejszym greckim domu). Z chwilą jednak ukończenia przez syna 7 roku życia, opuszczał on matczyne pielesze i przechodził pod bezpośrednią (choć sprawowaną pośrednio) władzę swego ojca, który miał za zadanie nauczyć go wszystkiego, co będzie mu niezbędne w przyszłości jako obywatelowi i żołnierzowi, stojącemu na straży ojczystego polis. Ojciec powierzał więc swego syna opiece specjalnie wybranemu pedagogowi (z reguły był to wykształcony niewolnik), którego głównym zadaniem było przede wszystkim nauczyć chłopaka dobrych manier. Najważniejszym obowiązkiem każdego Ateńczyka (i Greka w ogóle), było dbanie o swych rodziców i okazywanie szacunku starszym ludziom, przeto pedagog uczył chłopca by zawsze ustępował drogi napotkanym sędziwym osobom i zawsze (na znak szacunku) trzymał w ich obecności spuszczoną głowę. Nie wolno mu też było się odezwać niepytanemu. Pedagog uczył również chłopca jak zachować się przy stole oraz jak skromnie się ubierać, aby nie prowokować zgorszenia. Odprowadzał również wychowanka do szkoły.

Poza tym w czasie wolnym od zajęć szkolnych, pozwalał mu się bawić. A chłopaki urządzali najróżniejsze podchody, takie jak łapanie chrząszczy i motyli oraz... wrzucanie ich za chitony sióstr, zaprzęganie psów do wózka i ściganie się z innymi chłopakami, jeżdżenie na kiju (niczym na koniu), łapanie na wyścigi jaszczurek za ogon (należało to zrobić szybko i sprawnie, aby nie ugryzła). Chłopcy zabawiali się też grając "w rzutki" (gra polegała na tym, że należało wrzucić odpowiedni kamyk do dołka), w piłkę (odbijano ją rękoma - jak w siatkówce). To były takie początkowe zabawy dla chłopców, inaczej bawiły się dziewczynki i inaczej też bawili się dorośli mężczyźni (do których chłopcy mogli już dołączyć po ukończeniu 16 roku życia). Jak już wspomniałem - matki opiekowały się synami do skończenia przez nich siódmego roku życia, choć oczywiście zdarzają się (bardzo nieliczne) przypadki, że to ojcowie zajmowali się synami w okresie ich wczesnej młodości. Niejaki Strepsjades przypomina swemu synowi ("Chmury" Arystofanesa) iż: "Jam cię wszak wychował, bezwstydniku (...) Mówiłeś "mlimli" - jam ci wnet przynosił kubek mleka, wołałeś "papu" (...) Bułeczkę tatuś daje. A ledwie "esi" stęknął, już na dwór cię wynoszę, wysadzam, trzymam". Takie przypadki były jednak nie tylko bardzo nieliczne, ale wręcz powszechnie wyszydzane (nie na darmo Arystofanes umieszcza je w swej komedii) i były przykładem nieradzenia sobie męża ze swą żoną, której nie potrafił on przymusić, by zajęła się dziećmi (zamiast spędzać długie godziny na upiększaniu swej urody). W każdym razie Grecy byli zbyt zajęci na co dzień, by jeszcze zajmować się dziećmi, dlatego też naturalnym rozwiązaniem było zarówno zatrudnienie pedagoga, oraz posłanie chłopców do szkół (oczywiście nauka była prywatna a nie publiczna, więc jedynie klasa wyższa i średnia mogła sobie pozwolić na kształcenie swych synów w szkołach, chłopcy z najbiedniejszych rodzin byli zaś od maleńkości - 7 rok życia - przysposabiani do zawodu ojca (dzisiaj powszechnie uważa się klasyczną grecką demokrację, jako demokrację peryklesową z V wieku p.n.e. ale prawdziwa demokracja powstała w Atenach dopiero w wieku IV p.n.e. i była to już zupełnie inna demokracja, niż ta wcześniejsza. Demokracja IV wieku bowiem stała się częścią tożsamości Ateńczyka, została wręcz ubóstwiona - składano np. ofiary pod posągiem bogini Demokratii, czego w V wieku nie praktykowano).




Zadaniem pedagoga było więc zarówno odprowadzić chłopca do szkoły, jak i potem go z niej odebrać. Nauka oczywiście nie była obowiązkowa a państwo ateńskie nie kontrolowało wykształcenia swych obywateli, ale bez wątpienia w zamożniejszych rodzinach przygotowywano synów do roli pełnoprawnych obywateli, więc znajomość czytania, pisania, poprawnej wymowy, historii, rachunków, gry na instrumentach i gimnastyki - były do tego niezbędne. Córek nie kształcono (zdarzały się od tego oczywiście pewne wyjątki - jak zawsze zresztą), gdyż - i można to stwierdzić z pełną premedytacją - Ateńczycy nie uznawali kobiet nawet za ludzi (jak bowiem pisał Plutarch w "Alkibiadesie": "Nikt nie miał za złe Peryklesowi, że (...) źle traktował swoją pierwszą żonę, ale wszyscy uważali za rzecz skandaliczną, iż w drugiej uznawał człowieka i żył z nią, zamiast ją odesłać do gyneceum (...) To wszystko było tak szokujące, że nie mogło zostać przyjęte za rzecz naturalną"). Tak więc, wracając do edukacji młodych chłopców, opiekę nad nimi w drodze do szkoły i w domu sprawował pedagog. W szkole zaś (nauczyciele przyjmowali uczniów we własnych domach), u nauczyciela zwanego "gramatikos" - uczono się z reguły czytania i pisania (choć nie zawsze), a szczególnie rachowania i poprawnej wymowy. Każdy uczeń musiał być zaopatrzony w przybory do pisania, czyli tabliczki powleczone woskiem (aby ich nie zgubić, kilka tabliczek związywano ze sobą razem w formie książki), oraz rylec (z kruszcu lub kości słoniowej), służący do pisania (zaostrzony z jednej strony, z drugiej zgięty w formie swoistej "gładyszki" by zetrzeć z woskowej powierzchni już napisane słowa niczym gumką), nie znano bowiem jeszcze pergaminu (wynalezionego dopiero w pierwszej połowie II wieku p.n.e. w Pergamonie - stąd nazwa, a papier - chiński wynalazek, pojawił się dopiero w średniowieczu), zaś papirus egipski był zbyt drogi, by go marnować na naukę pisania, a wygarbowane skóry owiec i kóz też się do tego słabo nadawały. Nauczyciel zwany "kitharistes" udzielał zaś lekcji muzyki oraz (czasem) czytania i pisania, szczególnie jeśli trzeba było poznać i omówić poematy muzyczne.

To były jednak nauki rozwijające umysł, ale aby być pełnoprawnym obywatelem, należało również posiąść sprawność fizyczną, niezbędną w marszu i boju. W tym celu pedagog prowadził chłopca do nauczyciela zwanego - "pajdotribes" (czyli gimnastyk). Pajdotribes przyjmował w prywatnej palestrze, która z reguły nosiła jego imię (w Atenach w V wieku p.n.e. była np. palestra Sibirtiosa, czy też palestra Taureasa). Taka nauka była niezwykle kosztowna i często zdarzało się, że ubodzy Ateńczycy, których nie było stać na posłanie swych synów do szkół - przekazywali sobie dziedziczny analfabetyzm (wielokrotnie podczas głosowań na Pnyksie, ubodzy Ateńczycy musieli prosić tych, którzy umieli pisać o wyrycie na ostrakonach imienia polityka, którego chcieli wygnać z miasta. Nie można więc się dziwić że nie kształcono kobiet, skoro tak wielu mężczyzn też było analfabetami. W drugiej połowie V wieku p.n.e. to się jednak zmieniło - o czym niżej). Oczywiście czasem zdarzało się, że to państwo przejmowało na siebie wykształcenie pewnej grupy obywateli, ale musiała tu zaważyć wyższa okoliczność (taka jak na przykład najazd Persów na Grecję i spalenie Aten w 480 r. p.n.e. gdy mieszkańcy miasta przenieśli się na Salaminę, gdzie Temistokles zgromadził całą flotę w oczekiwaniu na ostateczną bitwę, dzieci swe zaś wysłali do Trojzeny - gdzie zostały przyjęte bardzo życzliwie, a na wniosek Nikagorasa przyznano ateńskim dzieciom utrzymanie na koszt polis, a chłopcom również możliwość dalszej nauki). Państwo jednak nie wnikało w program nauki i jedynie stało na straży moralności (w czasie gdy chłopcy przebywali w szkole, nie wolno było wejść do tego budynku żadnemu dorosłemu mężczyźnie - aby nie prowokować pederastii). Zdarzało się też, że strategowie określonych demów obejmowali pieczę nad wychowaniem młodzieży szkolnej (tak jak uczynił to w latach 70-tych V wieku p.n.e. strateg Derkylos, któremu wdzięczni rodzice potem wystawili pomnik). W czasach Peryklesa (lata 462 - 429 p.n.e.), w okresie największej politycznej świetności Aten, takie działania demów stały się znacznie częstsze, czego efektem jest choćby fakt, iż na początku wojny peloponeskiej (431 r. p.n.e.) liczba analfabetów w Atenach zmalała tak bardzo, że wręcz na palcach można było policzyć tych, którzy nie potrafili czytać i pisać podczas głosowań.

Po ukończeniu 14 roku życia, chłopiec coraz więcej czasu spędzał na nauce gimnastyki, zapasów i boksu. Bieganie było nieodłącznym elementem tych ćwiczeń (po raz pierwszy wyścigi chłopców włączono do dyscyplin olimpijskich już na 37 Olimpiadzie w 632 r. p.n.e.). Gdy chłopiec skończył 16 rok życia, ćwiczył już cały pentatlon (biegi, skok w dal, rzut dyskiem, rzut włócznią, zapasy i oczywiście jako dodatkowy boks). Wszystko to jednak miało służyć nie tylko przygotowaniu fizycznemu młodzieży do stojących przed nimi wyzwań przyszłości, ale również idealnemu ukształtowaniu muskulatury ciała. W wieku szesnastu lat, chłopiec mógł już też uczestniczyć w zajęciach gimnastycznych w publicznych palestrach (co często czyniono, jako że palestry Pajdotribesa były płatne, a na przykład w miesiącu antesterion - luty - gdy przypadało dużo dni wolnych od pracy, rodzice w ogóle nie posyłali swych synów do szkół aby zaoszczędzić pieniądze i dzieci miały wówczas swoiste ferie zimowe. Większość tego wolnego czasu chłopcy spędzali właśnie w palestrach na podnoszeniu sprawności fizycznej). Udając się do palestry należało zabrać ze sobą skrobaczkę do potu, gąbkę do mycia i jakiś flakonik z oliwą do nacierania ciała, aby umyć się po ćwiczeniach w fontannie, zeskrobać z siebie pot i bród oraz nasmarować się oliwką. Zawody gimnastyczne, zapaśnicze i bokserskie były ważne dla kształtowania wytrzymałości i przygotowania bojowego młodego Greka (Ateńczyka), ale równie ważne było też przygotowanie obywatelskie do pełnienia w przyszłości funkcji publicznych.




W greckim systemie politycznym to zawsze człowiek stał na pierwszym miejscu i to człowiek był dominantem danej narodowości, a nie kraj czy określone terytorium. Wojen nigdy ze sobą nie prowadziły Ateny i Lacedemon (Sparta), tylko zawsze Ateńczycy i Lacedemończycy. Dlatego też Hellenowie (a Ateńczycy w szczególności) mogli o sobie powiedzieć z pełną premedytacją - "polis to my" (parafrazując słowa króla Francji Ludwika XIV - "państwo to ja"). Obywatel Aten jednak, choć mógł bezpośrednio uczestniczyć w obradach i głosowaniu ludowym na Pnyksie (a często byli do tego wręcz przymuszani, policja ateńska bowiem, w czasie ważnych głosowań sprawdzała oberże i szynki, wyłapując stamtąd tych, którzy zamiast udać się na Pnyks, popijali sobie winko wśród znajomych 🍻 Za nie uczestnictwo w głosowaniu były surowe kary finansowe), przede wszystkim sprawował władzę poprzez określone instytucje publiczne (demokracja bezpośrednia - za którą dziś uważamy demokrację ateńską, gdy zjawiało się na głosowanie 10 000 - lub więcej - osób, była w praktyce niemożliwa). Ateny w czasach Peryklesa liczyły ok. 60 000 mężczyzn-obywateli (do tej liczby należy doliczyć kobiety, metojków - czyli ludność napływową, nie posiadającą praw obywatelskich, oraz oczywiście niewolników). Nawet jeśli przyjąć że liczyły tylko ok. 150 000 mieszkańców, to i tak była to jak na greckie warunki liczba ogromna i Ateny bez wątpienia były najludniejszym ośrodkiem miejskim Hellady i to tam narodziła się demokracja. Demokracja zresztą (jako ustrój - czyli politeia - Arystoteles określał ustrój Aten jako: "Wspólnotę obywateli w ramach ustroju"), miała zarówno różne znaczenia, jak i pojawiała się z różnym natężeniem w pewnych okresach, po czym znikała i znów się pojawiała, obejmując w całości okres niecałych 200 lat (od 508 r. p.n.e. do 322 r. p.n.e.). W tym to czasie powstały wszystkie najważniejsze instytucje demokratyczne, oraz cała idea demokracji jako "władzy ludu" ("demos kratos" lub "demos kratein" - "władać ludem"). 

Pojęcie demokracji w tym sensie (jako władzy ludu w miejsce władzy jednostki czy też władzy możnych), pojawiło się zapewne jako slogan polityczny na początku "rewolucji Klejstenesa" (508-507 r. p.n.e.) a potem już tylko ewoluowało - stając się ostatecznie ideologią nie tylko polityczną, ale wręcz religią państwową Aten. Oczywiście nie będę teraz omawiał zawiłości poszczególnych ewolucji systemu demokratycznego (i prób jego powstrzymania), ale warto zaznaczyć, że od czasów reform Klejstenesa system demokratyczny zaczął kiełkować, następnie "wielka rewolucja ustrojowa Peryklesa i Efialtesa" z 462 r. p.n.e. spowodowała iż stał się ustrojem niepodważalnym, który całkowicie zastąpił wszelkie pozostałości "ustroju przodków" (jak Ateńczycy nazywali władzę możnych ("aristoi" - arystokratów). Demokracja jednak V wieku p.n.e. była jedynie ustrojem politycznym, który co prawda stał się determinantem ateńskiej politei, ale nie wywierał tak przemożnego wpływu na każdy przejaw życia obywatelskiego, jak to miało miejsce w wieku IV p.n.e., po odnowieniu demokracji przez Trazybula w 403/402 r. p.n.e. (po klęsce w Wojnie Peloponeskiej w 404 r. p.n.e. i krótkim okresie rządów oligarchicznych "trzydziestu tyranów"). Oczywiście żeby zrozumieć te zawiłości które się wcześniej i potem wytworzyły i uświadomić sobie jak funkcjonował młody mężczyzna jako obywatel ateńskiego polis, należy przynajmniej skrótowo i chronologicznie przedstawić koleje systemu demokratycznego Aten, jednak w kolejnej części przejdę już do wychowania młodych dziewcząt. Podsumowując więc: młody Ateńczyk szkolił się przede wszystkim do tego, aby być dobrym obywatelem, żołnierzem i zapaśnikiem, zaś jego siostra (z którą się wychowywał do siódmego roku życia) tylko i wyłącznie do roli żony i matki (każda kobieta, nawet już zamężna, ale bezdzietna - wciąż pozostawała pod władzą swego ojca, dopiero z chwilą wydania na świat dziecka przechodziła pod bezpośrednią władzę męża, a małżeństwo nie mogło już być przez nią zerwane - a raczej przez jej ojca, bowiem kobieta nie miała prawa głosu ani w chwili małżeństwa, ani przy ewentualnym rozwodzie - to ojciec lub brat wszystko załatwiał. Nawet wypowiadał sławne słowa podczas zaręczyn: "Urodzę ci prawowitego potomka", na co przyszły małżonek odpowiadał ojcu - "Zgadzam się", co musiało wyglądać nieco komicznie, bo córka w tym czasie przebywała zamknięta w gyneceum). Małżonek mógł zaś w każdej chwili odprawić żonę, musiał tylko zwrócić jej posag. Wszyscy greccy autorzy uznawali taki stan za uzasadniony i prawidłowy i jak pisał Arystoteles: "Rodzaj męski jest z natury silniejszy, żeński słabszy, toteż ten panuje, a tamten mu podlega")

 


CDN.

12 sierpnia 2025

O RETY - KABARETY! - Cz. I

SKECZE ŚMIESZNE I MNIEJ ŚMIESZNE STARSZE I NOWSZE



DZIŚ COŚ NA LEKKIE ODREAGOWANIE PO ZAPEWNE MĘCZĄCYM DNIU. KILKA WYBRANYCH PRZEZE MNIE SKECZY KABARETOWYCH, KTÓRE MOGĄ NA ZRELAKSOWAĆ I ZABAWIĆ NA KONIEC DNIA. ZRESZTĄ ŚMIECH JEST RÓWNIEŻ CZĘŚCIĄ NASZEGO ŻYCIA, SZKODA ŻE TAK RZADKO Z NIEGO KORZYSTAMY, A JAK MAWIAŁ PETRONIUSZ:


"ŻYCIE JEST ŚMIECHU WARTE, WIĘC SIĘ ŚMIEJĘ"



KABARET MORALNEGO NIEPOKOJU 


"SKOJARZENIA"


0:37 - "PRZESTAŃ SIĘ GAPIĆ W TEN TELEFON, PRZECIEŻ OCZY CI ZGNIJĄ"
"TO CO MAM ROBIĆ?"
"NIE WIEM! GŁUPI TO I PALCAMI SIĘ POBAWI"

1:45 - "BŁAGAM CIĘ, DOROŚNIJ I OPUŚĆ DOM!"

2:30 - "JAK TO, DZIADEK KOJARZY CI SIĘ Z ALKOHOLEM?"
"ALE TO CHODZI O JEJ OJCA - TAK?"
"O ZMARŁYCH NIE WOLNO MÓWIĆ ŹLE"
"A O HITLERZE?"
"HITLER JAKI BYŁ, TAKI BYŁ, ALE NIE PIŁ" 
"DZIADEK POD KONIEC ŻYCIA TEŻ NIE PIŁ"
"RAPTEM OSTATNIE PÓŁ GODZINY"

5:00 - "MARIUSZ, JESZCZE RAZ TAK SKOJARZYSZ DZIADKA TO WYSIADASZ!"
"ALE CO TY WYPRAWIASZ, NIE BLOKUJ GO. NIECH SIĘ ROZWIJA SWOIM TEMPEM, TAKIE MA SKOJARZENIA. WCIĄGA SIĘ JAK WALEC POD GÓRĘ, ALE SIĘ WCIĄGA. I NIE KRZYCZ NA NIEGO BO BĘDZIE SIĘ JĄKAŁ, TERAZ GADA BREDNIĘ ZA BREDNIĄ ALE PRZYNAJMNIEJ PŁYNNIE - PILNUJMY TEGO"

5:25 - "LIS" - "WILK" - "KAPTUREK" - "PREZERWATYWA"
"CZY MOŻESZ RAZ NA ZAWSZE ODERWAĆ TEN CHORY ŁEB Z OWŁOSIONEJ DZIUPLI?"
"TATO DOJRZEWAM, NIC DZIWNEGO ŻE ZACZYNAJĄ MNIE INTERESOWAĆ "TE SPRAWY"
"CIEBIE ZACZYNAJĄ - OJCA PRZESTAJĄ"
"INTERESUJĄ MNIE NADAL ALE NIE W TYM SKŁADZIE"

8:05 - "TY JESTEŚ ZABLOKOWANA, STOISZ KOLEJKĘ! BO NIE UMIESZ W TO GRAĆ, A SAMA TO ZAPROPONOWAŁAŚ. JAK COŚ PROPONUJESZ TO TO UM!"

9:05 - "OTÓŻ KIEDYŚ POSZEDŁEM Z MARIUSZEM NA PLAC ZABAW. JA SIEDZĘ NA ŁAWCE I CZYTAM KSIĄŻKĘ, ON COŚ TAM DO SIEBIE MÓWI - JUŻ WTEDY BYŁO WIDAĆ ŻE COŚ Z NIM NIE HALO..."

10:42 - "TA GRA GNOJU, NIE JEST PO TO ŻEBY CIĘ UPOKORZYĆ, TA GRA JEST PO TO ŻEBY BYŁO MIŁO. BO JEDZIEMY NA WAKACJE CAŁĄ RODZINĄ I BAWMY SIĘ!"

11:00 - "PRZESTAŃ SIĘ JĄKAĆ! BO CI ŁEB URWĘ I BĘDZIESZ SZYJĄ POWIETRZE ZASYSAŁ! (...) TAK CI SIĘ ZNUDZIŁO ODDYCHANIE NOSEM? CHCESZ ŻUĆ GUMĘ PALCAMI?"

12:20 - "SEKS"
"KATASTROFA!"
"STOISZ TRZY KOLEJKI! JESTEŚ ZABLOKOWANA ZA SKŁADANIE FAŁSZYWYCH SKOJARZEŃ. KATASTROFA? - TO SIĘ RUSZAJ! LEŻY PLACEK NA STOLE - KRÓJ MNIE. NIE WIADOMO CZY SIĘ NA TO POŁOŻYĆ CZY TO POCHOWAĆ - NIE WIADOMO?"

14:35 - "MYŚLISZ ŻE JA NIE WIEM CO TY TAM TRZYMASZ ZA WANNĄ? IDZIE NA SIKU I WRACA SZCZĘŚLIWA - BO SIĘ WYSIKAŁA"

16:15 - "OJCIEC PIŁ, BO NIE MÓGŁ ŚCIERPIEĆ ŻE MNIE WYDAŁ ZA CIEBIE PIERDOŁO JEDNA (...) KTO ZAWIRUSOWAŁ CAŁY KOMPUTER PORNOSAMI? SZUKAM PRZEPISU NA ŻUREK, OTWIERAM KOMPUTER A TAM DZIUPLA NA CAŁY EKRAN (...) KRÓJ MNIE? - PLACEK SIĘ KROI OSTRYM NOŻEM A NIE ŁYŻECZKĄ DO HERBATY"





KABARET 
NEO-NÓWKA


"PORWANIE ŻONY


2:10 - "CZYM ZAJMUJE SIĘ TWOJA MAŁŻONKA?"
"CO ONA TAM ROBI? WSTAJE RANO, BUDZI DZIECI, ROBI IM ŚNIADANIE, ODWOZI JE DO SZKOŁY, JEDZIE DO PRACY, WRACA Z PRACY, ODBIERA DZIECI, ROBI ZAKUPY, ROBI OBIAD, DAJE OBIAD DZIECIOM, ROBI Z NIMI LEKCJE, ROBI KOLACJĘ, MYJE DZIECI, KŁADZIE JE SPAĆ I PÓŹNIEJ MA JUŻ CZAS DLA SIEBIE - JAK POZMYWA"
"TO TY SOBIE RĘCE PO ŁOKCIE URABIASZ, SIEDZISZ W DOMU OD RANA DOGLĄDASZ CO DO DOMU PRZYNIOSŁA, A ONA SOBIE WIECZORAMI WYPOCZYWA? TELEWIZJĘ OGLĄDA?"
"POWIEM WIĘCEJ - NIE MAM PEWNOŚCI, ALE WYDAJE MI SIĘ ŻE W NOCY ŚPI (...) I JAK TU SIĘ DZIWIĆ ŻE FACECI WCZEŚNIEJ UMIERAJĄ - ONI PO PROSTU NIE MOGĄ NA TO PATRZEĆ!"

 6:00 - "NIE MAM ŻADNEGO ŻYCIA TOWARZYSKIEGO, NIC! OSTATNI BYLIŚMY NA URODZINACH U TEŚCIOWEJ - SIĘ WYNUDZIŁEM JAK GEJ NA DZIEŃ KOBIET"

11:45 - "WSZYSTKO MI ŻONA POZABIERAŁA, JA JUŻ MAM OGRANICZONE WSZYSTKO (...) TAKI MAM SZLABAN W DOMU ŻE SZYBCIEJ BYM Z KOREI PÓŁNOCNEJ UCIEKŁ (...) PAMIĄTKA ZE ŚLUBU - TO BYŁO MOJE OSTATNIE DMUCHANIE"

15:40 - "PORYWACZE PORWALI LUCYNĘ!"
"NIC IM SIĘ NIE STAŁO?"
 "TRZEBA COŚ ZROBIĆ, SZYBKO BO JESZCZE ZREZYGNUJĄ"
"NA DOWÓD ŻE ŻYJE - NIECH CI WYŚLĄ JEJ UCHO ALBO RĘKĘ"





"APTEKA"


0:25 - "POTRZEBUJĘ JAKIŚ DOBRY SZAMPON DO WŁOSÓW"

"ALE DO JAKICH WŁOSÓW: NORMALNYCH, SUCHYCH, PRZETŁUSZCZAJĄCYCH SIĘ?"

"MAM TAKĄ SYTUACJĘ, ŻE JAK WYCHODZĘ SPOD PRYSZNICA TO ONE SĄ MOKRE"

"A, TAKA PRZYPADŁOŚĆ?"


7:10 - "IRENA, JAKI JEST KOD NA PREZERWATYWY?"

"A KTÓRE KLIENT WZIĄŁ?"

"TE ODROBINĘ GRUBSZE"

"TO BĘDĄ ZA DUŻE NA NIEGO"


10:25 - "PANI BASIU, A KUPOWAŁ TEN PAN TE PRODUKTY?"

"TAK, KUPOWAŁEM, NIECH PANI POTWIERDZI"

"PIERWSZY RAZ CZŁOWIEKA NA OCZY WIDZĘ"


11:05 - "NIE MA PAN PARAGONA"

"PRZEPRASZAM NAJMOCNIEJ, JA TEGO NIE UKRADŁEM, PRZED CHWILĄ KUPOWAŁEM I PŁACIŁEM KARTĄ ZBLIŻENIOWO, NIECH PAN SOBIE NA ROLCE SPRAWDZI"

"NA ROLCE TO JA SOBIE MOGĘ W KIBLU SPRAWDZIĆ (...) MAREK, CO ROBIMY BO GOŚĆ SIĘ STAWIA?"





A NA KONIEC:

FACET KUPUJE W APTECE DLA DZIEWCZYNY PODPASKI - SCENA Z SERIALU "KREW Z KRWI"


"Podpaski proszę"

"Jakie?"

"No co jakie - normalne"

"Ale dla kogo?"

"Dla mnie - podpaski!"

"Proszę pana, proszę się nie denerwować, ja tylko pytam dla kogo te podpaski"

"Dla mojej siostry, pasuje? Podpaski!!!"

 "Jakiej firmy?"

"O rzesz kurwa mać, srakiej! Niech mi pani da te pierdolone podpaski z tej kurwa głupiej apteki!"
(...)

"Te z góry, i te małe - te takie czopki"

"Tampony?"

"Kurwa tampony, pani to da, no szybciej! Ile? Reszty nie trzeba!"




🤭😂🥴


CDN.

11 sierpnia 2025

PRZYSZŁOŚĆ POLSKI I EUROPY WEDŁUG OBJAWIEŃ I PRZEPOWIEDNI - Cz. I

ZNANI I MNIEJ ZNANI JASNOWIDZE O TYM, CO W PRZYSZŁOŚCI WYDARZY SIĘ W POLSCE, EUROPIE I ŚWIECIE





"POLSKA STANIE SIĘ
NAJPOTĘŻNIEJSZYM IMPERIUM 
W EUROPIE"



W dzisiejszym temacie pragnę zaprezentować przepowiednie autorstwa kilku europejskich mistyków i jasnowidzów, dotyczące przyszłości Polski i innych krajów Europy w XXI wieku. Dysponuję relacjami kilkunastu jasnowidzów i co ciekawe ich relacje są w ogromnej mierze do siebie podobne. Wszystkie mówią na przykład o wielkiej katastrofie, jaka czeka Niemcy w wyniku: "Konfliktu zbrojnego z regionu arabskiego", który doprowadzi do: "Czegoś w rodzaju wojny domowej". Niemcy upadną! A początkiem tego procesu będzie upadek niemieckiej gospodarki, powiązany ze wzrostem pozycji krajów Europy Środkowo-Wschodniej (to relacja pewnego austriackiego mistyka, o którym zamierzam jeszcze sporo napisać), które przetrwają zarówno nadciągający kryzys gospodarczy, inwazję muzułmanów z Afryki i Bliskiego Wschodu oraz (co ciekawe), nadciągającą... III Wojnę Światową, po której to... "Polska odrodzi się jako europejskie mocarstwo" (poza tym owa przepowiednia mówi również o innych krajach naszego regionu, które przetrwają nadciągający kryzys i wojnę). 

Wszystkie (lub prawie wszystkie), przepowiednie mówią natomiast o ogromnym wzroście znaczenia i pozycji islamu w Europie, oraz o przyszłej wojnie domowej (a raczej religijnej) na ulicach europejskich miast. "Wojna wybuchnie na południu (...) Potem rakiety pomkną nad oceanem, skrzyżują się z innymi, spadną do morza, obudzą bestię. Ona się dźwignie z dna. Piersią napędzi ogromne fale (...) Ta góra wodna stanie ku Europie" - oto przepowiednia ojca Stanisława Klimuszko, która mówi o wydarzeniach związanych z III Wojną Światową oraz wojną z muzułmanami (imigrantami). Konsekwencją tych wojen ma być... III Wielki Światowy Potop (dwa pierwsze - w tym jeden wymieniony w Biblii - opiszę w innym temacie: "Historia Życia, Wszechświata, Wszelkiej Cywilizacji" - do którego to oczywiście podchodzę z pewnym dystansem, jako że część materiałów pochodzących z owych channelingów jest dla mnie niezrozumiała, lub - niekiedy - informacje wzajemnie sobie przeczą, ale mimo to jest dość spójna i opowiada o nieznanych wydarzeniach z czasów zarówno nam historycznie odległych i nieznanych, jak również z bliższej nam historycznie starożytności a nawet średniowiecza).

Otóż konsekwencją owego III Potopu ma być zalanie całej Hiszpanii, Portugalii, Włoch, ogromnych terenów Francji, Wlk. Brytanii i Niemiec, natomiast Polska i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej, mają ocaleć (według przepowiedni księdza Klimuszko - zalane ma zostać jedynie Wybrzeże i tamtejsze portowe miasta). To jednak spowoduje ogromną inwazję na nasz kraj uciekinierów z Zachodu. Po tej zagładzie i cofnięciu się wód Potopu, według ojca Klimuszko: "Polsce kłaniać się będą narody Europy (...) Polska jaśnieje jak słońce i blask ten pada naokoło (...) Gdybym miał żyć jeszcze pięćdziesiąt lat (ksiądz Stanisław Klimuszko zmarł w 1980 r.) i miał do wyboru stały pobyt w dowolnym kraju na świecie, wybrałbym bez wahania Polskę (...) Nad Polską bowiem (...) widzę (...) promienne blaski przyszłości". 

Ale w dzisiejszym temacie to nie o przepowiedniach księdza Klimuszko pragnę napisać, a o innych, równie ciekawych. Jako pierwsza, będzie to przepowiednia najbardziej znanego szesnastowiecznego jasnowidza, znanego jako Michel de Nostre-Dame (czyli Nostradamus) na temat XXI-wiecznej historii Europy, z uwzględnieniem również i naszego kraju (pamiętajmy jednak że jasnowidze odbierają jedynie pewne klisze z przyszłości, gdyż przyszłość, teraźniejszość i przeszłość istnieją obok siebie i są ludzie, którzy potrafią wyłapać zarówno to, co przynosi nam przyszłość, jak i to co było w przeszłości - o czym pisałem już w innym temacie. Są też różne warianty przyszłości i wszystko zależy od tego, jaką drogę obierzemy aby się one realnie urzeczywistniły). Zacznijmy więc:



NOSTRADAMUS 
o POLSCE i EUROPIE 
w XXI wieku



 "WIELKA WOJNA RELIGIJNA W EUROPIE"

 


Według Nostradamusa, który pisał w sposób dość niezrozumiały (czterowierszem grupowanym po sto centurii, które dzielił na tzw.: "persage" - numerowane rzymskimi cyframi. Tak na marginesie tylko jeszcze dodam, że cyfry arabskie które się upowszechniły na naszej planecie, a które po raz pierwszy do algebry miał wprowadzić perski uczony na dworze Kalifatu Abbasydów - Muhammad ibn Musa al-Khwarizmi ok. 820 r. realnie nie pochodzą z Ziemi. Cyfry o dosyć prostym zapisie: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9 mają być darem dla nas, z rodzinnego świata naszego Mistrza - Jezusa Chrystusa, czyli z planety TJahooba - a prawdopodobnie również z Plejad - o czym jeszcze opowiem w innym temacie. Oczywiście pisząc o Galaktycznej Ludzkości nieco popełniam błąd, gdyż musimy pamiętać że my, ludzie również nie jesteśmy tak do końca Ziemianami. Ta planeta jest po prostu naszym domem z konieczności, a żeby to sobie uświadomić wystarczy zobaczyć jak wpływa ona chociażby na nasz układ rozrodczy. Zauważmy że praktycznie wszystkie istoty żyjące na Ziemi {inna sprawa że reptilianie ziemscy którzy wyewoluowali z istot zwanych dinozaurami, uważają Ziemię właśnie za swój pierwotny dom, a nas za "uchodźców" którzy go bezprawnie przejęli. Nie należy też łączyć reptilian ziemskich z tymi pozaziemskimi, gdyż to są zupełnie inne gatunki}, mam tutaj oczywiście na myśli zwierzęta, które rodzą swoje młode praktycznie bez bólu, wręcz naturalnie. A zobaczcie jak wygląda to u człowieka - wpływ tej planety działa na nasze DNA {i to pomimo setek wieków jakie tutaj żyjemy}, wciąż negatywnie, a poród następuje w bólu. Zresztą mamy tego nawet jasną deklarację w Biblii, gdy Bóg mówi do Ewy iż po zerwaniu owocu z Drzewa Poznania Dobra i Xła "dzieci rodzić będzie w bólu"), w pierwszych latach XXI wieku, rozpocznie się potężny najazd wojowników islamu na Europę. Najazd ma być jednocześnie przeprowadzony w kilku kierunkach - 1) na Grecję i Bałkany, 2) na Włochy i Francję, oraz, 3) na Hiszpanię i Francję. Francja ma zostać dosłownie "zalana" muzułmanami, sterowanymi przez: "Kalifat Wielkiego Talibanu" (jak określał Nostradamus tereny Bliskiego Wschodu i Afryki, już zamieszkałe przez muzułmanów). 

Religijna wojna domowa, ma się właśnie rozpocząć we Francji, gdyż rząd francuski nie będzie mógł już sobie poradzić z najazdem, a przybysze, na już "zajętych" terenach, będą wymuszali wprowadzenie islamskiego prawa szariatu i wznoszenie meczetów. Zaczną się ataki na chrześcijan, kościoły będą palone a na terenach kontrolowanych przez "Kalifat Wielkiego Talibanu", wprowadzony zostanie specjalny podatek "dla niewiernych" (czyli dżizja). Część Francuzów w takich warunkach chwyci za broń i rozpocznie wojnę domową o "wyzwolenie kraju". Wojna ma ogarnąć cały kraj i doprowadzi do jego realnej likwidacji. Siła islamu ma być wielka, przystąpią oni do ofensywy i uda im się spalić Paryż. Francja rozpadnie się na dwie części (tereny kontrolowane przez muzułmanów i te, które zostaną od nich "wyzwolone").




Podobny los spotka Włochy i Hiszpanię (wróćmy tu na moment do przepowiedni księdza Klimuszko, który tak oto opisał ową inwazję: "Widziałem żołnierzy przeprawiających się przez morze, na takich małych, okrągłych stateczkach, ale po twarzach widać było, że to nie Europejczycy. Widziałem domy walące się i dzieci włoskie, które płakały. To wyglądało jak atak niewiernych na Europę. Wydaje mi się, że jakaś wielka tragedia spotka Włochy").






Na opanowanych przez "hordy Mahdiego" (jak nazywa najeźdźców Nostradamus) terenach, ma zostać wprowadzone prawo islamskie. Powróci niewolnictwo, które w Europie ponownie wprowadzą muzułmanie. To, co się na tych terenach będzie działo z chrześcijanami, Nostradamus kwituje takimi oto słowy: "To niesamowite, porażające... Nigdy przed III wojną i nigdy po nie było i nie będzie takich okropności". Można więc sobie wyobrazić, co czeka niemuzułmanów na terenach zajętych przez "Kalifat Wielkiego Talibanu". Wojna, którą rozpoczną muzułmanie, ma potrwać (według Nostradamusa), 27 lat. W trakcie tej wojny wszystkie (lub większość) muzułmańskich państw w Afryce i na Bliskim Wschodzie, ma się zjednoczyć we wspólnym celu, zniszczenia chrześcijaństwa i podboju Europy. Ręka w rękę staną dotychczasowi przeciwnicy religijni - sunnici i szyici, którzy odtąd będą walczyli wspólnie w imię Allaha. 

W trakcie trwania owej wojny, ma przyjść (według Nostradamusa) kataklizm z kosmosu, który spowoduje zalanie większości lądów na świecie (dokładnie to samo w swej przepowiedni mówił ksiądz Klimuszko, który jednakowoż stwierdził, że Potop wywołają ładunki nuklearne. Nostradamus nie znał tej broni, więc dla niego był to "kataklizm z kosmosu"). Gdy wody potopu ustąpią, rozpocznie się wielka chrześcijańska konkwista, która doprowadzi do wypędzenia muzułmanów z większości krajów Europy (ostatnimi mają zostać wyzwolone Hiszpania i Portugalia). 


PIERWSZA FAZA WOJNY
OPANOWANIE PRZEZ ISLAMISTÓW 
WIĘKSZOŚCI EUROPY



Podobne wydarzenia wojenne (lecz na większą skalę z udziałem ładunków nuklearnych) związane z inwazją muzułmańską, mają mieć miejsce w Niemczech i Austrii. Kraje te mają ostatecznie wyjść zwycięsko z tej wojny, ale spowoduje ona rozpad Niemiec i skażenie dużych obszarów niemieckiej ziemi - promieniowaniem radioaktywnym, który uniemożliwi tam jakiekolwiek osiedlenie.


TERENY KONTROLOWANE PRZEZ  
KALIFAT WIELKIEGO TALIBANU 
ok. 2040 r.
 



POLSKA WEDŁUG NOSTRADAMUSA


Stanie się najludniejszym krajem Europy, gdyż ominie ją strumień muzułmańskiej inwazji, a do tego przetrwa i Wielki Potop (zalane ma zostać Wybrzeże) i ominie nasz kraj III Wojna Światowa. Po nuklearnej zagładzie Niemiec, Turcji, Grecji i (w dużej mierze) Rosji - Polska, jako najludniejszy i najsilniejszy kraj powojennej Europy, ma zjednoczyć pod swą władzą wszystkie narody słowiańskie i stać się prawdziwym europejskim mocarstwem. Francja, której uda się wyzwolić spod muzułmańskiej okupacji, zjednoczy kraj i odbuduje swą pozycję najsilniejszego mocarstwa na Zachodzie, lecz przyszła imperialna Polska (być może chodzi tutaj o imperium rozumiane jako Międzymorze): "Wielka Lechia" (jak nazywa nas Nostradamus), będzie nieporównanie potężniejsza. Granicą obydwu państw będzie rzeka Łaba (Niemcy jako państwo przestaną istnieć). Berlin stanie się polskim miastem, zamieszkałym przez nieliczną ludność niemiecką (po powodzi, wojnie nuklearnej i wojnie z muzułmanami, liczebność Niemców spadnie o ponad połowę). Granicą polskiego imperium na Wschodzie będzie zaś Ural (ojciec Klimuszko opowiadał kiedyś o jednej ze swoich wizji: "Szedłem korytarzem i nagle patrzę, że podłoga przede mną zaczyna się rozpadać, a ściany przestają istnieć, ukazując ogrom terenu. Zrozumiałem że są to ziemie wschodu, i te ziemie należą do Polski, ale gdy starałem się objąć wzrokiem granicę tych ziem, nie byłem w stanie jej dostrzec")  Wszystkie państwa słowiańskie zostaną zjednoczone przez Polaków, a Rosjanie, Litwini, Ukraińcy i Czesi, staną się obywatelami nowego imperium - "Wielkiej Lechii" i jak mówił ksiądz Klimuszko: "Polska stanie się światową potęgą, a w języku polskim będą pisane przyszłe ustawy obowiązujące w świecie", choć nam dziś wydaje się to nieprawdopodobne a wręcz może nawet śmieszne. Ale na Boga, przecież już to było w historii. W języku polskim spisywano dokumenty umów, zawieranych np. przez Anglię w czasach królowej Elżbiety I Moskwę cara Iwana IV Groźnego (żeby być precyzyjnym i nie zostać potem oskarżonym o kłamstwo lub manipulację dodam, że dokument ten spisano w trzech językach: po włosku, po grecku i po polsku), albo tych umów które Rosjanie zawierali z Chińczykami, które również pisane były w języku mandaryńskim i polskim. Inna sprawa, czy gdybyśmy cofnęli się do okresu sprzed wybuchu I Wojny Światowej i powiedzieli ludziom tam żyjącym że w przyszłości wszystkie trzy mocarstwa zaborcze przegrają nadchodzącą wojnę i rozpadną się, a na ich gruzach odrodzi się niepodległa Polska, to puknęliby się w czoło i powiedzieliby że jesteśmy szaleni. A dlaczego? Chociażby dlatego że państwa zaborcze należały do dwóch wrogich sobie obozów: Rosja sprzymierzona z Francją i Wielką Brytanią w ramach ententy, i Niemcy oraz Austro-Węgry w ramach trójprzymierza. Logicznym byłoby więc, że jeśli przegra jedna strona, to wygra druga, albo wojna nie wyłoni żadnego zwycięzcy i sytuacja wróci do status quo sprzed 1914 roku. A tu taki klops, Rosja się rozpadła i wybuchła w niej rewolucja bolszewicka, podobnie rozpadły się Austro-Węgry, a Niemcy wojnę przegrały i były obarczone winą za jej rozpoczęcie. W takich warunkach odrodzenie Polski stało się możliwe - tylko w takich warunkach (notabene Piłsudski już w lutym 1914, jeszcze przed wybuchem tego konfliktu, gdzie nikt nie zakładał że w tym roku wybuchnie wojna - no, prawie nikt - wypowiedział znamienne słowa będąc w Paryżu: "Zwycięstwo w tej wojnie będzie szło z zachodu na wschód. Najpierw Niemcy i Austro-Węgry pokonają Rosję, a następnie Francja i Wielka Brytania, albo Francja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone pokonają Niemcy i Austro-Węgry". Inny przykład, w 1915 r. Piłsudski w gronie swoich legionowych towarzyszy często powtarzał dziwne i dla nich niezrozumiałe słowa, które brzmiały "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia". Nie wydaje się aby Józef Piłsudski był aż takim geniuszem sam w sobie - choć może (🤔). Bardziej prawdopodobne że był jednym z tak zwanych "wtajemniczonych", czyli tych, którzy wiedzieli że wojna wybuchnie i jak ona się zakończy. Mało tego, wiedział też co czeka Polskę w przyszłości i na łożu śmierci w maju roku 1935 r. już praktycznie konając mówił do Becka: "Musisz wciągnąć Brytyjczyków do wojny, to jest nasza jedyna szansa!". Czy można więc teraz żyjąc dniem dzisiejszym twierdzić z całym pewnością i przekonaniem, że wyżej przedstawiono przepowiednia nigdy nie dojdzie do skutku? Ja bym się tego nie podjął.


Persage IX 44, 88: "Po 500 latach kraj Jagiellonów powstanie z kolan. Zastąpi na wschodzie Wielkiego Rusa. Razem z Francją w wielkim Przymierzu. Po III wojnie rządzić będą razem Europą".



TERENY ZAZNACZONE W KOLORZE CZARNYM, 
TO STREFY SKAŻONE W WYNIKU 
PROMIENIOWANIA NUKLEARNEGO



"W Polsce radość, na Rusi niepokój, w Germanii smutek i obawa!" - Nostradamus




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...