WYŚWIETLENIA

05 sierpnia 2025

PORADY DLA MĘŻCZYZN I KOBIET - Cz. I

OD ANTYKU PO WSPÓŁCZESNOŚĆ





"JEŚLI SIĘGNIEMY W PRZESZŁOŚĆ, PRZEKONAMY SIĘ, ŻE KAŻDA UCZONA NIEWIASTA BYŁA WSTYDLIWA"

JAN LUDWIK VIVES
"O WYCHOWANIU NIEWIASTY CHRZEŚCIJANKI"
(1524 r.)



Jak wychować przykładną żonę, a jak dobrego męża? Te pytania stawiali sobie już starożytni i mieli w tej kwestii zaprawdę wiele ciekawych porad. Dziewczęta i chłopców oczywiście wychowywano oddzielnie i czego innego uczono. Na przykład w poradniku dla młodych panien autorstwa Klementyny z Tańskich Hoffmanowej pt.: "Pamiątka po dobrej matce" z 1819 r. można przeczytać m.in. takie zdanie odnośnie stosunku żony do męża: "Poznawaj najdrobniejsze gusta jego, dogadzaj mu, okazuj mu tysięczne względy, otaczaj go pieczołowitym staraniem. To sposób najlepszy przywiązania sobie na zawsze męża. Skoro będziesz nieustannie zajęta wygodą jego, uprzyjemnianiem każdej chwili, sprawisz, że mu nigdzie tak dobrze jak przy tobie nie będzie". Hoffmanowa pisze dalej, że rozpadowi związków małżeńskich w ogromnej większości winne są... kobiety, gdyż nie potrafią dogodzić swemu małżonkowi a potem skarżą się, że ten staje się im obojętny. Pani Hoffmanowa pisze dalej tak: "Dobra żona powinna więc nie tylko dostosować się do humorów współmałżonka, lecz także pamiętać, żeby nie oczekiwać od niego zbyt wiele. Nie wymagaj nigdy od męża starań kochanka". A należy pamiętać że praktycznie do końca XIX stulecia, książka Hoffmanowej była prawdziwą biblią dla matek chcących przygotować swoje córki do życia w społeczeństwie (czyli do zamążpójścia - gdyż to był pierwszy z dwóch najważniejszych celów każdej kobiety, drugim było urodzenie dziecka - im więcej tym lepiej - a szczególnie synów). Dziewczęta powinny więc być wstydliwe, umieć się ładnie kłaniać, "trzymać rączki w małżyk" (dłonie złożone na krzyż, wewnętrzną powierzchnią do siebie), nie przystoi im śmiać się na głos, a jedynie lekko uśmiechać, przygryzając wargi, nie powinny też podczas przyjęć dotykać jadła a jedynie lekko moczyć usta w winie.

Nie wolno jednak dopuścić aby młode kobiety przez takie wychowanie stały się próżne i leniwe. Dlatego też należy im wynajdować pracę, która będzie dla nich odpowiednia. Powinny więc umieć prząść wełnę i len i oczywiście zdobywać umiejętności przygotowywania posiłków (ale nie mają to być jakieś wyszukane potrawy, kuchnia dla niewiast ma być lekka, zdrowa i prosta, chyba że ów posiłek przeznaczony jest dla męża). Panna z dobrego domu powinna też oczywiście posiąść wiedzę w czytaniu i pisaniu, oraz znajomości przynajmniej jednego języka obcego. Ale nie powinny być za mądre i dyskutować na równi z mężczyznami, gdyż to powoduje, iż: "wyzbywają się wstydliwości i skromności niewieściej" - jak pisał Jan Ludwik Vives. Dobra żona powinna być wizytówką męża, powinna dbać o podtrzymanie ogniska domowego. "Dom to warsztat kobiety" - jak pisał Francois Fenelon - "o ile ten dom będzie prowadzony umiejętnie i porządnie, będzie miły mężowi, a zarazem będzie najodpowiedniejszym terenem wychowania zdrowych, normalnie rozwijających się dzieci". O ile wiek XVIII można nazwać wiekiem upadku pruderii i niesamowitej wręcz seksualnej emancypacji kobiety, o tyle wiek XIX to powrót do starych zasad ścisłej moralności i ponownego ujarzmienia rozbuchanej kobiecej (seksualnej) natury. Po krwawej Rewolucji Francuskiej i wojnach okresu napoleońskiego, Europa wróciła do sztywnych zasad moralnych, w tym również do ścisłej kontroli moralności (głównie, choć oczywiście nie tylko) wśród kobiet. O tym właśnie zamierzam napisać. Jednak nie byłbym sobą, gdybym ograniczył się jedynie do wieku XIX lub całego okresu nowożytnego. Aby bowiem zaprezentować kontekst całościowy wychowania młodych mężczyzn i kobiet, należy cofnąć się nieco dalej - co najmniej do epoki Grecji klasycznej, okresu hellenistycznego i starożytnego Rzymu. Przejdźmy więc tam czym prędzej, bez zbytniego owijania w bawełnę:






GRECJA KLASYCZNA
ATENY
(V - IV wiek p.n.e.) 
Cz. I





"KTO NIE POTRAFI CZYTAĆ I PŁYWAĆ - 
NIE JEST CZŁOWIEKIEM"

ATEŃSKIE PRZYSŁOWIE



Ateńczycy uważali że umiejętność czytania i pisania jest gwarantem nie tylko obywatelskości i umiejętności włączenia się w społeczne życie polityczne miasta, ale przede wszystkim jest gwarantem człowieczeństwa. Z tej umiejętności zwolnione były tylko dwie kategorie ludności - niewolnicy (mam tutaj na myśli ogół niewolników wykonujących wiele zleconych zadań, bowiem byli przecież bardzo dobrze wykształceni niewolnicy-pedagodzy, których oczywiście to kryterium nie obejmowało) i kobiety. Oczywiście kształcenie dziewczynek należało do prywatnej sprawy obywateli i każdy ojciec mógł indywidualnie podchodzić do tej kwestii. jednak głównym celem życia kobiety było przygotowanie się do roli żony i matki - i tego głównie uczyły się przez całe swoje życie. Dlatego też kobiet nie postrzegano w społeczeństwie ateńskim (szczególnie od V wieku p.n.e.) jako ludzi, gdyż z reguły nie potrafiły one "ani czytać ani pływać".


NARODZINY DZIECKA


Ideałem była męska jurność i kobieca płodność, a wzorem choćby tacy mityczni herosi jak Herakles (co jednej tylko nocy zdeflorował pięćdziesiąt dziewic), czy Tezeusz (który na równi zabijał potwory i pozbawiał cnoty młode niewiasty). Popularne stały się słowa, wypowiedziane przez Demostenesa: "Dla potrzeb ducha mamy hetery, dla uciech ciała mamy kurtyzany, a żony po to, aby rodziły nam synów i strzegły domowego ogniska". I w zasadzie pozycja kobiety greckiej (a w szczególności ateńskiej) sprowadzała się do tych dwóch na dobrą sprawę funkcji - "naczynia miłości" i "strażniczki domowego ogniska", przy czym te dwie funkcje nie tylko że się ze sobą nie łączyły, ale były wręcz postawione jako swoiste przeciwieństwo. Żona nie mogła stać się heterą (czyli luksusową kurtyzaną), a hetera nie była godna by stać się żoną jakiegokolwiek mężczyzny (przypadki małżeństw klientów z kurtyzanami co prawda się zdarzały, ale były bardzo rzadkie i raczej nie był to powód do chluby). Od żony wymagano przede wszystkim czystości, skromności i godności, od hetery seksapilu, umiejętności uwodzenia i bezpośredniego charakteru. Hetery były prostytutkami do wynajęcia (co prawda luksusowymi prostytutkami - ale jednak) i nawet te, którym udało się wyjść za mąż (z reguły na starość większość z nich kończyła podobnie - jako burdelmamy prowadzące domy publiczne i podsyłające młode niewolnice swym byłym klientom i sponsorom), nie były traktowane jak żony. Przykładem może być tutaj choćby hetera Neera z Koryntu (żyjąca w połowie IV wieku p.n.e.), która namówiła niejakiego Stefanosa, by ten się z nią ożenił, lecz nie była akceptowana przez inne kobiety (swoją drogą nie ma większego wroga kobiety, niż inna kobieta - i to jest prawda stara jak świat), a wielu mężczyzn znało ją z jej wcześniejszych erotycznych umiejętności, a niektórzy wręcz opisywali najintymniejsze zakamarki jej ciała (jak pisze Demostenes: "Tam spało z nią, kiedy się upiła (...) wielu innych, nawet słudzy Chabriasa").

Przejdźmy jednak do żon, bo to one rodziły prawowitych obywateli i przedłużały rody swych mężów. Na przełomie VI i V wieku p.n.e. zmieniła się zupełnie pozycja greckiej (ateńskiej - gdyż wpływ Aten oddziaływał również i na inne helleńskie polis) kobiety. Można wręcz powiedzieć że doszło wówczas do prawdziwej rewolucji obyczajowej, z tym że realnie była to rewolucja pozbawiająca kobietę jej podmiotowości prawnej a nawet seksualności. W czasach mykeńskich i homeryckich kobiety w zasadzie niewiele różniły się w swej pozycji społecznej od mężczyzn - oczywiście żona, która wchodziła do domu męża (z reguły to kobieta przechodziła do domu mężczyzny, bardzo rzadko działo się na odwrót) i tam zajmowała swe kobiece obowiązki związane z prowadzeniem domu, to jednak jej pozycja była dość duża, a w każdym razie była ona wolna i mogła nie tylko swobodnie poruszać się po mieście bez pozwolenia małżonka, ale również dziedziczyć jego majątek. Jeśli żona zdradziła męża, ten mógł się z nią natychmiast rozwieść (małżeństwo zresztą w tym okresie nie było jeszcze tak bardzo zinstytucjonalizowane i opierało się po prostu na obopólnej zgodzie na wspólne życie - było to więc bardziej partnerstwo życiowe niż małżeństwo rozumiane w dzisiejszych kategoriach) i nie był do tego potrzebny ani kapłan ani nawet urzędnik. Zdrada żony była powodem natychmiastowego rozwodu, ale zdrada męża nie była adekwatna, wręcz przeciwnie, mąż mógł (nawet we własnym domu) obcować z niewolnicami lub sprowadzanymi tancerkami i nie był to dla żony powód do rozwodu (ostatnio słyszałem jak jakaś influencerka na tiktoku stwierdziła, że: "Lwica nie ma pretensji do lwa za to, że ten wskakuje na krowę" 😂). Rzadko jednak dochodziło do takich sytuacji, aby żona i kochanka męża mieszkały pod jednym dachem (natomiast np. u Celtów było naturalne że mąż utrzymywał w swym domu oficjalną kochankę lub kochanki, które mieszkały z jego żoną, lecz zawsze to żona musiała wyrazić zgodę na ich wspólne zamieszkanie). Pierwsze zmiany pojawiły się już z początkiem VI wieku p.n.e.




Wcześniej bowiem kobieta mogła dziedziczyć majątek zarówno po mężu jak i po ojcu (dostawała co prawda mniejszą część niż synowie, ale jednak). Po reformie Solona z 594 r. p.n.e. córka nie mogła już odziedziczyć żadnej nieruchomości po ojcu, choć wciąż mogła nią rozporządzać (gdy np. była jedynaczką i nie miała braci). Nie była to jej własność według prawa, lecz własność rodziny jej ojca (której jurysdykcji podlegała) i choć to ona realnie zarządzała nieruchomością, musiała ją przekazać jakiemuś innemu mężczyźnie (niekoniecznie z rodziny ojca, mógł to być np. jej mąż lub syn), który prawnie byłby jej właścicielem. Po roku 507 p.n.e. i reformach demokratycznych Kleistenesa, małżeństwo stało się nie tyle już dobrowolnym, ile prawnym instrumentarium demokratycznego ustroju miasta (taka funkcja małżeństwa obowiązywała już od czasów Solona, z tym że wówczas dopuszczano również i związki pozamałżeńskie i zrodzone z nich dzieci - jako przyszłych obywateli). Małżeństwo stawało się teraz uświęcone, a zrodzone z niego dzieci były jedynymi pełnoprawnymi obywatelami ateńskiej polis. Od reformy Kleistenesa, tylko dzieci poczęte w małżeństwie miały prawo dziedziczenia i pełne przywileje związane z posiadaniem obywatelstwa ateńskiego, natomiast po 451 r. p.n.e. i reformie Peryklesa, nie tylko dzieci zrodzone z małżeństw miały pełne prawa obywatelskie, ale również tylko takich małżeństw, w których oboje rodzice byli Ateńczykami. W czasach Peryklesa co prawda pozycja prawno-społeczna kobiety została drastycznie obniżona, ale wprowadzono też pewne bezpieczniki w prawie, które gwarantowały kobiecie bezpieczeństwo w przypadku rozwodu (takie jak zwrot posagu, który żona wniosła do związku w chwili ślubu, oraz możliwość zawarcia związku przez ubogie dziewczęta, których nie było stać na wniesienie posagu - ich potomstwo, jeśli były one Atenkami - również stawało się legalne i zaliczane do pełnoprawnych obywateli - ponoć te przepisy wymogła na Peryklesie jego kochanka - Aspazja z Miletu, dla której to porzucił swą żonę i swoje legalne dzieci).

Małżeństwa nie zawierano jednak od tak sobie dla przyjemności czy nawet z miłości. Celem głównym i podstawowym każdego małżeństwa było spłodzenie potomstwa. Dlatego też prawo nakazywało małżonkowi (który lubował się często w orgiach - zwanych przez Greków sympozjonami) co najmniej trzy razy w miesiącu odwiedzać łoże żony. Urodzenie dziecka (a konkretnie - syna, gdyż córki traktowane były w Atenach jak osoby drugiej, a może nawet trzeciej kategorii i nie wliczały się jako osoby przedłużające ród ojca), było priorytetem każdej kobiety - to była podstawa każdego związku małżeńskiego. Żona w czasie ciąży przebywała z reguły (gdyż należy rozgraniczyć, im dom był majętniejszy, tym pozycja kobiety była mniejsza, im zaś biedniejszy i ograniczający się do jednej izby, tym pozycja kobiety niewiele różniła się od pozycji jej męża) w pomieszczeniu dla kobiet zwanym gyneceum. Tam w otoczeniu niewolnic i przyjaciółek oczekiwała rozwiązania (notabene, o ile mężczyźni mogli cały czas obcować z innymi kobietami, sprowadzając sobie hetery - lub nawet zwykłe sprzedajne dziewki na sympozjony, o tyle żona była zupełnie pozbawiona jakichkolwiek możliwości kontaktu z innymi mężczyznami, jeśli jej mąż nie odwiedzał ją w gyneceum. Dlatego też nie należy się dziwić, że kobiety radziły sobie w trochę inny sposób, a mianowicie podczas wzajemnych odwiedzin niektóre damy wypożyczały sobie drewnianego olisbosa. Było to zwykłe dildo, wykonane z drewna, wypolerowane i nasmarowane oliwą z oliwek. Można było taki "instrument" zamówić u szewca, ale należało uważać, aby mąż nie znalazł tej rzeczy, gdyż - za karę - mógł np. odebrać żonie możliwość wychodzenia z domu, zmykając gyneceum na klucz. Grecy bowiem, choć sami kopulowali i rozsiewali swe nasienie na prawo i lewo, uważali że jeśli pozwoli się kobiecie na zbytnią niezależność, to ta zamieni się w niewyżytą seksualnie wiedźmę, która jedyne o czym będzie myślała, to o zaspokojeniu własnej chuci. Takie przeświadczenie, choć nam może wydawać się dziwne lub zgoła niedorzeczne, wcale takowym nie było dla Greków, gdyż jedyne o co często prosiły żony swych mężów, to było właśnie... zbliżenie cielesne. Kobiety były bowiem wyposzczone, pozbawione bliskości swego męża, siedziały same w swoim towarzystwie bez jednego nawet "męskiego cienia". Nic więc dziwnego że gdy odwiedzał je małżonek, lub wspólnie spożywali posiłek, żony starały się zaciągnąć go do łoża. W oczach Greków powstał jednak obraz ciągle napalonej, bezrozumnej istoty, która nie potrafi zaakceptować faktu, że mężowie potrzebują jej tylko do rodzenia synów i do niczego więcej).




Kobiety postrzegano więc jako ułomne, ciągle napalone (dosłownie) syreny, którym należy jasno i otwarcie pokazać gdzie jest ich miejsce. I tak, gdy mąż wprowadzał żonę do swego domu w utworze Ksenofonta pt.: "Oikonomikos" ("O gospodarstwie"), mówił jasno, że jej głównym zadaniem jest dać mu syna (lub synów), a następnie rozdzielił pomiędzy nią obowiązki domowe, mówiąc: "Ponieważ Bóg tak ukształtował ciało i duszę mężczyzny, iż ten lepiej znosi chłód, skwar, forsowny marsz i wyprawy wojenne - powierzył mu też prace poza domem (...) Będąc zaś świadomym, iż celem kobiety jest opieka nad nowo narodzonymi dziećmi, obdarzył ją, w większej mierze niż mężczyznę, zdolnością kochania potomstwa". Kobieta jako obdarzona "bojaźliwą naturą", przeznaczona jest więc do przebywania w domu i pielęgnowania domowego ogniska. Podział obowiązku był więc prosty i jasny - prace w domu wykonuje kobieta, prace poza domem - mężczyzna. Dlatego też, gdy wreszcie zaczynał się poród... mężczyźni kompletnie znikali z domu, a poród odbierały albo sprowadzone piastunki, albo przyuczone do tego niewolnice. Po urodzeniu dziecko owijano materiałem i wiązano spiralnie, tworząc zawiniątko (w Sparcie czegoś takiego nie robiono). Dziecko przebywało wraz z matką w gyneceum. Tam też była drewniana kołyska, w której go usypiano. Atenki (jak większość Greczynek) często osobiście karmiły swoje dziecko i bardzo rzadko korzystały z usług niewolnic lub piastunek (tylko wtedy, gdy matka nie miała pokarmu, lub miała go zbyt mało). Ponieważ gynecea były ulokowane na piętrze, część kobiet zamieniała się pokojami ze swymi mężami (aby w ciemności nie spaść z niemowlakiem ze schodów i łatwiej go nakarmić), którzy jak ów Eufiletos, godzili się przenieść wówczas na piętro, do pokoju żon (czyli do gyneceum). Zaś ona zajmowała cały parter (czyli główne pomieszczenia domu), tłumacząc, że tak łatwiej będzie jej zajmować się niemowlakiem (potem okazało się, że żona Eufiletosa, którego namówiła na tę zmianę, przyjmowała na dole także i swojego kochanka).

W zamożniejszych domach bywało jednak tak, że co prawda to matka karmiła swoje dziecko, ale następnie oddawała go do ukojenia piastunce lub niańce (co samo w sobie nie musiało się wykluczać). Ojcowie zaś praktycznie nigdy nie zajmowali się swymi dziećmi, a utwory gdzie jest to pokazane (jak choćby w "Chmurach" Arystofanesa), mają na celu wyśmianie tego typu praktyk. To matki lub piastunki śpiewały dziecku w kołysce piosenki i tuliły go do snu. Gdy dziecko podrosło na tyle, że rozumiało już wypowiadane do niego słowa, a nie słuchało się matki - straszono je różnymi dziwadłami z bajek (np. z bajek Ezopa). Mówiono też, że jeśli będzie niegrzeczne, to porwie je wilk (z bajki o "Wilku i staruszce" Ezopa). Dzieciom opowiadano też bardzo dużo bajek (np. Sokrates znał na pamięć wszystkie bajki jakie opowiadała mu matka w dzieciństwie i aż do końca życia mógł je powtarzać. Zaś siedząc w celi śmierci tuż przed swą egzekucją, zaczął nawet... układać do nich rymy). Jednak wróćmy do narodzonego niemowlaka. Otóż, siódmego dnia po narodzinach odbywało się święto, podczas którego matka (lub piastunka) obnosiła dziecko wokół ołtarza domowego, przy którym rozpalano ogień. Było to święto rodzinne, na które sprowadzano gości (głównie członków rodziny), a dom na tę okoliczność pięknie dekorowano (drzwi domu zaś ozdabiano wieńcem laurowym - jeśli urodził się chłopiec i wełną - jeśli na świat przyszła dziewczynka), po czym następowała uczta (była to jedna z nielicznych publicznych okazji, podczas których żona mogła ucztować przy boku męża. Z reguły bowiem przyjęcia odbywały się tak, że kobiety udawały się na piętro do gyneceum, zaś mężczyżni w otoczeniu muzykantek i tancerek - czy też heter - organizowali sobie sympozjum na parterze. Żona jadała z mężem posiłek tylko wówczas gdy byli sami, choć też nie zawsze, wszystko bowiem zależało od tego, czy mąż chciał spożyć go w obecności żony).

Dziesiątego dnia po narodzinach, organizowano zaś uroczystość nadania dziecku imienia (z reguły ojciec - za zgodą matki - nadawał mu imię po członkach swojej rodziny i jeśli urodził się syn, z reguły dostawał imię po dziadku). Znów spraszano gości i po złożeniu ofiar przez ołtarzem Hery, ponownie kładziono się do uczty (zarówno Grecy jak i Rzymianie nie spożywali posiłków na siedząco, a tylko na leżąco - jedynym wyjątkiem od tej reguły były śniadania, które rzeczywiście spożywano siedząc na krzesłach. Potem zaś, gdy chrześcijaństwo zaczęło zdobywać coraz większe znaczenie, uznano leżący rodzaj spożywania pokarmu za niegodny wobec Boga). Tego dnia goście przynosili niemowlakowi zabawki, oraz wręczali prezenty matce (głównie jakieś naczynia domowe). Zabawki, jakie wówczas otrzymywało dziecko, to były głównie grzechotki. Przez pierwszych siedem lat dzieci chowały się w gyneceach pod okiem matki, piastunki lub niańki i to zarówno chłopcy jak i dziewczynki. W tym czasie pojawiały się nowe zabawki, takie jak gliniane lalki z ruchomymi rączkami i nóżkami dla dziewczynek, gliniane zwierzęta dla chłopców (żółwie, zające, kaczki, a nawet małpy), drewniane okręty (wyściełane skórami) lub wozy z obracanymi kółkami, które można było ciągnąć. Za nieposłuszeństwo stosowano kary w postaci bicia dziecka sandałem lub paskiem (a raczej linką, którą używano do spięcia kobiecych chitonów). Gdy zaś dziecko kończyło 7 rok życia, następowała gwałtowna zmiana i odtąd chłopiec szedł do szkoły, zaś dziewczynka... nadal pozostawała przy matce w gyneceum. Od tej chwili drogi rodzeństwa rozchodziły się i brat przygotowywał się do roli obywatela oraz żołnierza stojącego na straży interesów swego polis, zaś siostra szykowała się do roli... "nosicielki dzieci" (jak w Atenach nazywano matki) i posłusznej żony przyszłego męża. O tym jednak w kolejnej części.





CDN.
 

W KRÓLESTWIE KRYSZTAŁOWYCH ŁEZ - Cz. I

OPOWIEŚCI Z ZIEMI CZTERECH KWART





"TYCH LUDZI NIE SPOSÓB ZROZUMIEĆ"




Świtało już, gdy na rozległy plac wkroczyło kilkuset mężczyzn, którzy zaczęli oczyszczać drogę z kamieni i słomy. Drogą tą miał wkrótce kroczyć ich wódz, więc mężczyźni ci uwijali się szybko i sprawnie, zbierając kamyki i znosząc je w jedno miejsce, oraz czyszcząc plac z wszelkich innych pozostałości i osadów. My siedzieliśmy ukryci w jednym z domostw, obserwując sytuację i mocno trzymając w dłoniach arkebuzy i szpady u boku.

- Nigdy nie wiadomo czego możemy się spodziewać od tych czcicieli demonów - przerwał ciszę głos jednego z nas, Pedra Quesady, który nasypawszy prochu, wymierzył arkebuzem w jednego z obecnych na placu mężczyzn. 

- Słyszałeś rozkaz, mamy czekać na sygnał. Odłóż to bo nas zdradzisz! - rzekł doń niejaki Eduardo Ortiz, chwytając ręką arkebuz Quesady.

- Myślisz że jestem głupi? Dworuję sobie tylko. Ale ty pewnie tego nie rozumiesz, jak każdy kataloński wieśniak - odparł z widocznym sarkazmem Pedro.

- Ty andaluzyjski ćwoku, myślisz że możesz mnie tak bezkarnie znieważać? - Eduardo cały aż poczerwieniał ze złości.

- Uspokójcie się na litość boską, bo nas wszystkich wydacie. Jak nie potraficie trzymać języka za zębami, to możecie go szybko stracić. Te dzikusy gotowi są każdego z nas zjeść żywcem, słyszałem że jedzą ludzkie mięso i wykonują przy tym demoniczne tańce - nasz dowódca, Hernando de Soto, szybko uspokoił sytuację i przywrócił posłuch - Cisza teraz, coś się dzieje!

Rzeczywiście na plac w otoczeniu sporej świty przebranej w jednobarwne błękitne stroje, wniesiona została lektyka, na której siedział wódz tej zgrai pogańskich barbarzyńców. W pewnym momencie uczynił on znak ręką, po którym niosący go słudzy postawili lektykę na ziemi. Niespiesznie podniósł się ze swojego wygodnego miejsca, zrobił kilka niepewnych kroków - stanął. Znów ruszył kilka kroków i znów stanął.

- O co chodzi? - Pedro jak zwykle najmniej cierpliwy z nas wszystkich, musiał się wtrącić.

Wódz dzikusów wciąż poruszał się w dziwny sposób, robił kilka kroków do przodu, stawał, cofał się, znów robił kilka kroków do przodu i znów stawał. Przyglądał się.

- Chyba coś podejrzewa - komentarze Pedra stawały się doprawdy irytujące.

- Nie, jest na to za głupi. Słyszałem że te dzikusy są ludźmi tylko z wyglądu, a tak naprawdę przypominają małpy. Nie znają nawet ognia - stwierdził Hernando de Soto.

Na placu pojawił się nasz kapłan - ojciec Valderve, niosąc w lewej dłoni duży krucyfiks, w prawej zaś Pismo Święte. Szedł w towarzystwie jednego z nawróconych dzikusów, który miał zapewne być jego tłumaczem. Kapłan podszedł do zdumionego wodza barbarzyńców i ukazał mu Krzyż Święty. Wódz był zdumiony, było to widać wyraźnie, pytanie tylko czy samym widokiem krzyża, czy też obecnością ojca Valderve. Ten zaś wskazując na Pismo Święte, oddał je do rąk zdziwionego wodza. Ten wziąwszy podarek, przez krótką chwilę zaczął go oglądać a nawet wąchać.

- Mówiłem że to zwierzęta - dodał de Soto - Co on robi?

Wódz otworzył księgę i ponownie zbliżył ją do ust a następnie do ucha. Nasłuchiwał przez dłuższą chwilę, po czym wyraźnie zdegustowany... po prostu wyrzucił Pismo Święte na ziemię. W tym momencie dał się słyszeć dźwięk trąby - nasz umówiony sygnał. W ciągu kilku chwil z okolicznych chat wypadły grupki żołnierzy, którzy po oddaniu pierwszych strzałów w stronę otoczenia pogańskiego kacyka, resztę roznieśli szpadami, gdyż tamci, choć znacznie liczniejsi - nie mieli przy sobie broni. Zaczęła się krwawa zapłata za tak haniebne potraktowanie Księgi naszego Pana, Jezusa Chrystusa.




Wydarzenia, które umieściłem w tym krótkim wstępie, miały miejsce dokładnie 16 listopada 1532 r. w andyjskiej mieścinie o nazwie Cajamarca. Rzeź na placu w Cajamarca była spowodowana nie tylko niezrozumieniem dwóch obcych sobie kultur, ale również ambicjami wodzów - zarówno dowodzącego wyprawą Hiszpanów - Francisca Pizarra, jak i samego Atahualpy, władcy potężnego południowoamerykańskiego Imperium Inków. Bardzo ciekawa jest kwestia związana z wyrzuceniem Biblii na ziemię przez inkaskiego władcę, gdyż (według mnie) nie było to spowodowane emocją samego króla, który oczekiwał spotkania z Pizarrem, a wyszedł doń jedynie kapłan w towarzystwie jakiegoś lokalnego "lengua" (tak Hiszpanie nazywali indiańskich tłumaczy), który też z całą pewnością nie wywodził się z elity ludu Keczua (czyli innymi słowy z ludu Inków) i zapewne nie znał też dworskiego języka jakim posługiwał się Sapa Inka oraz jego otoczenie. Tłumaczenie było więc dosyć ubogie i nie potrafił on przetłumaczyć na język keczua wszystkich zwrotów, takich jak choćby "Pismo Święte" czy "Chrześcijanin". Zupełnie inną kwestią jest sam fakt, iż nawet jeśli (jak sądzę) odrzucenie Biblii nie było podyktowane emocjami, to jednak miało wyraźny aspekt symboliczno-religijny, czytelny dla obu kultur: hiszpańskich chrześcijan i Indian Keczua. Dla Hiszpanów był to akt znieważenia ich wiary, odrzucenia Chrystusa w imię "demonicznych bożków". A jak ten symboliczny gest został odebrany przez Inków? Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie, należy zrozumieć jedną rzecz, a mianowicie taką, że Indianie Keczua naprawdę myśleli że Biblia... mówi ludzkim głosem, stąd te wszystkie przykładania księgi do uszu, które były niezrozumiałe dla Hiszpanów, lecz już dla Inków stanowiły sprawdzian "boskości" przybyszy i siły wsparcia stojącego za nimi ze strony istot nadprzyrodzonych. 

Skąd jednak pomysł że "brodacze" (jak Hiszpanów z kolei nazywali Indianie) rozmawiają ze swymi "mówiącymi chustami" (czyli z księgami Pisma Świętego). Otóż przekonanie to wzięło się z faktu obserwowania przybyszy, którzy często modląc się (nawet będąc samemu) czytali Biblię na głos, gdyż tak właśnie czytano Ją zarówno w średniowieczu jak i w okresie Renesansu. Skoro Hiszpanie modlili się na głos, czytając Księgę, Inkowie myśleli że... rozmawiają oni z bogami, z siłami nadprzyrodzonymi, którzy mogą im zesłać wsparcie wyrosłe na "pełni mocy" (dla Inków "pełnia mocy" była dostępna tylko dla samego władcy, który jako jedyny miał możliwość rozmawiania z bogami czy duchami przodków). Hiszpanie zaś (oczywiście głównie ci, którzy umieli czytać) modlili się przy otwartej Biblii, czytając ją na głos, co sprawiało wrażenie iż rozmawiają z duchami lub potężnymi bogami których siły i możliwości Inkowie się obawiali. Inkowie nie bali się ani koni (których notabene też nie znali), ani broni palnej, którą Hiszpanie dysponowali w dość niewielkich ilościach. Tak naprawdę przerażała ich właśnie umiejętność jaką posiadali przybysze, umiejętność komunikowania się "z bogami". Atahualpa, któremu ojciec Valderve ofiarował Biblię, uważał, że owa "mówiąca chusta" przemówi również do niego, dając jednocześnie potwierdzenie boskości owych przybyszy. Ponieważ jednak nie przemówiła, władca z niesmakiem wyrzucił ją na ziemię, dając tym samym czytelny znak swoim ludziom - patrzcie, przybysze są tylko ludźmi, a ich bogowie są fałszywymi bogami, którzy nie potrafią mówić. Nim jednak ów przekaz dotarł do zgromadzonych Inków, Pizarro dał sygnał do ataku, w czasie którego wyrżnięto całą ochronę Atahualpy (która nie posiadała przy sobie broni) a samego Sapa Inkę uprowadzono w niewolę (inną kwestią jest fakt, że Pizarro po prostu ubiegł Atahualpę, który już będąc w niewoli przyznał się że sam planował uprowadzenie Hiszpana).




Obaj wodzowie dzień wcześniej (15 listopada 1532 r.) spotkali się w pobliżu wód termalnych pod Cajamarcą, podczas uroczystości rytualnego wypicia chichy, czyli kukurydzianego piwa - będącego symbolem zrównania tego, komu władca ów przywilej proponował z samym Sapa Inką. Hiszpanie mieli się przy tym zachować podobnie, jak kilka lat temu (2019 r.) zachowała się podczas powitania na Ukrainie żona premiera Izraela - Benjamina Netenjahu, wyrzucając na ziemię oferowany jej chleb powitalny. Pizarro postąpił dokładnie tak samo, a przynajmniej tak to opisał w swym (spisanym po hiszpańsku) dzienniku Titu Cusi - bratanek Atahualpy. Otóż, jak twierdził: "Yunkowie przyprowadzili dwóch (drugim oprócz Pizarra był Hernando de Soto) spośród tychże wirakoczów przed mego stryja, Atahualpę, który był w tym czasie w Cajamarce i powitał ich bardzo dwornie, podając jednemu w złotym kielichu napój, jaki my zawsze pijamy. Hiszpan zaś, biorąc od niego kielich, wylał napój, co bardzo rozgniewało mego stryja". Stało się tak w wyniku czy to niezrozumienia, czy też niechęci wyrosłej z upokorzenia, jakiego doznał wcześniej ze strony Inków posłaniec Pizarra, któremu inkascy strażnicy nie pozwolili zbliżyć się do "miasta białych namiotów" (rozbitych w dolinie pod Cajamarcą według opisu Diega Truillo). Wróciwszy do obozu Pizarra, ów posłaniec miał radzić Hiszpanom aby nie spożywali nadesłanego przez Atahualpę prowiantu ani też nic z nim nie pili. Gdy Pizarro i de Soto przybyli do obozu Sapa Inki ujrzeli, jak ok. 500 Inków otacza namioty kobiet Mamacona, które sporządzały właśnie ów napój chichy (to też bardzo ciekawa funkcja zarezerwowana tylko dla kobiet w społeczeństwie inkaskim. Były to swoiste zakony religijne, w którym kapłanki Słońca i kapłanki Księżyca sprawowały swe funkcje religijne. W całym kraju było w czasach Atahualpy i jego ojca - Huayny Capaca - aż 15 000 kobiet zgromadzenia Mamacona, z czego największe, liczące 1 500 niewiast, znajdowało się w stolicy - w Cuzco i nosiło nazwę Coricancha. Poza tym równie duże zgromadzenie "Kobiet Wybranych" Mamacona znajdowało się na Wyspie Słońca, leżącej na Jeziorze Jaguara (czyli jeziorze Titicaca), które graniczyło z Wyspą Księżyca i istniejącą tam Świątynią Księżyca. Część kobiet ze zgromadzeń Mamacona przeznaczano również na ofiary dla bogów, były to tzw.: "Kobiety Wybrane" - Acclacuna a złożenie w ofierze miało być dla nich najwyższym zaszczytem. Zdarzało się jednak że nim kapłan zatopił sztylet w "kobiecie wybranej", trzeba było ją mocno trzymać za ręce i nogi aby się nie wyrwała (innym sposobem rytualnego uśmiercenia było wrzucenie do głębokiej przepaści). Jednak Inkowie składali ofiary z ludzi sporadycznie, najczęściej podczas trzęsień ziemi bądź innych katastrof naturalnych i nie mordowali ludzi hurtowo, jak czynili to Aztekowie czy choćby Majowie).




Pierwsze spotkanie Pizarra i Atahualpy nie było więc pozytywne, Hiszpan zapewne obawiał się otrucia, a Sapa Inka poczuł się obrażony, lecz nie mając jeszcze wiedzy o sile wsparcia jakiego przybyszom udzieliły siły nadprzyrodzone, nie uczynił nic by ich za tę zniewagę ukarać. Gdy Pizarro i de Soto opuszczali "miasto białych obozów" Atahualpa miał rzec: "Tych ludzi nie sposób zrozumieć". Na drugi dzień w Cajamarce inkaski władca został pojmany przez Pizarra i stał się jego jeńcem, a całe potężne inkaskie państwo (zbudowane notabene, co bardzo ciekawe - bez pomocy koni i bez pomocy kół - gdyż Inkowie nie znali koła, a konie na kontynencie amerykańskim wyginęły jeszcze, nim zaczęły kształtować się tam pierwsze ludzkie cywilizacje. Jak również bez pomocy pisma, gdyż do zapisywania informacji o towarach i liczbie ludności - posługiwali się oni jedynie zwojami posupłanych sznurków - zwanych quipu. Mimo to stworzyli niesamowitą cywilizację i kulturę, obejmującą zarówno prawo, religię, astronomię (ze sławnym obserwatorium astronomicznym w Cuzco, któremu nie mogli się nadziwić sami Hiszpanie) i potężnymi fortyfikacjami (łącznie z twierdzą Saksahuaman w Cuzco, o której hiszpański kronikarz Sancho pisał: "Wielu z tych, co ją zwiedzili, a którzy bywali w Lombardii i innych obcych krajach mówią, że nigdy nie widzieli podobnej budowli. Żadne rzymskie fortece nie robią takiego wrażenia"), zaczęło się chylić ku rozpadowi. Jednak kultura i społeczeństwo ludu Keczua stworzyło wiele wartych przedstawienia, ciekawych osiągnięć, dlatego też już od jakiegoś czasu przymierzałem się by rozpocząć ten temat. Będzie to już drugi mój temat z cyklu "opowieści indiańskich" po serii: "Pierzasty wąż nadciąga ze Wschodu", opowiadającej o dziejach Azteków (ludu Nahuatl). Pragnę jeszcze poświęcić serię odnoszącą się do kultury Majów, a także plemion Indian Północnoamerykańskich. Ale to ewentualna przyszłość, na razie w kolejnej części tego wątku przejdę już bezpośrednio do kultury, religii i mentalności ludu Keczua, aby pokazać jak bardzo różniła się ona od świadomości Hiszpanów, czy w ogóle ludzi wyrosłych w kulturze europejskiej, zbudowanej na tradycji Grecji, Rzymu i Chrześcijaństwa.


CDN.

04 sierpnia 2025

"PIERWSZE" ODKRYCIE AMERYKI - Cz. I

CZYLI JAK WŁADCY MUCHOMORZA
DOTARLI DO NOWEGO ŚWIATA





Kiedy została odkryta Ameryka? Wszyscy wiemy, że oficjalnie stało się to podczas wyprawy Krzysztofa Kolumba, a dokładnie 12 października 1492 r. Wiadomo jednak również że to odkrycie nie było pierwsze, wcześniej bowiem amerykańskie wybrzeża penetrowały okręty innych ludów w tym Chińczyków oraz Normanów, Skandynawów zwanych dziś Wikingami. Oczywiście ich wyprawy również nie były pierwszymi (stąd dałem cudzysłów w tytule), gdyż w czasach przedhistorycznych wyprawy na Kontynent Amerykański były podejmowane dosyć często. Ponieważ jednak tak daleko sięgać nie zamierzam, skupię się tylko i wyłącznie na wyprawach historycznych, czyli na tych eskapadach oceanicznych, które miały miejsce już po upadku starożytności. Przede wszystkim jednak chciałbym się skupić tutaj na owych pierwszych odkrywcach Ameryki, którymi bez wątpienia byli Wikingowie, czyli mieszkańcy krainy którą sami nazywali Muchomorzem. Jeśli tylko starczy mi czasu, to być może jeszcze w tej serii przejdę również do chińskich wypraw do Nowego Świata - zobaczymy, na razie jednak skupię się tylko na władcach Muchomorza. Zapraszam zatem do nowej serii.






YNGLINGOWIE


Królewska rasa Ynglingów wywodziła się od boga Freya - a przynajmniej w to wierzono. Islandczyk Snorre Sturlasson (żyjący w XIII wieku) ok. 1215 r. spisał "Sagę o królach Norwegii", w której jest właśnie zapisane, iż rasa Ynglingów wywodzi się od Yngve - które to było jednym z imion boga Freya. Sturlasson opisuje iż w najdawniejszych czasach, w czasach niezależnych jarlów rządzących osadami mieszkańców Północy, wierzono mocno, iż pierwszym, który sprowadził te ludy do Skandynawii, był niejaki Odyn, żyjący w pradawnych czasach. Był on wielkim wojownikiem i wyprowadzić miał swój lud z odległych wschodnich ziem ku północy, a gdy zmarł, lud zaczął się do niego modlić i uczynił z niego swego boga (w serii: "Historia Życia Wszechświata, Wszelkiej Cywilizacji" opierając się o channelingi, opiszę przybycie rodu Odyna z Procjona ok. 150 000 r. p.n.e. gdzie ukryli się przed ścigającymi ich Reptilianami, którzy najpierw zawładnęli pierwotną planetą tej Galaktycznej Ludzkości - czyli Rigel, a następnie Procjonem. W każdym razie Sturlasson twierdzi, że pierwotni Normanowie wierzyli, iż Odyn nie umarł tak jak normalny człowiek, tylko powrócił do swego pierwotnego domu w Azji, lub nawet wstąpił do nieba, co mogłoby się pokrywać z tym co zamierzam opisać, czyli opuszczeniem Ziemi przez część przybyszy z Odynem na czele i ich powrotem na Procjon. Ale to tyle odniesień związanych z tamtym tematem). Odyn i jego ród zwany był (Ra)Asami, był on największy i najważniejszy ale nie jedyny. Drugim wielkim rodem był ród Wanów z którego wywodzić miał się bóg morza - Njord. Jego synem był właśnie Frey, który władał porami roku i zapewniał dobre plony. Od niego to wywodzić miała się królewska rasa (a raczej ród) Ynglingów.

Mijały wieki a Ynglingowie rozprzestrzenili się po fiordach Norwegii, po ziemiach Szwecji, Danii i Schleswigu, tocząc ze sobą walki, napadając i wycinając jeden drugiego. Wodzami Ynglingów byli wybierani na wiecach jarlowie (czyli tacy hrabiowie, którzy z czasem stali się książętami). Otaczali się oni drużyną zbrojną która miała ich chronić i dzięki której zaprowadzali porządek w danej społeczności. Jarlowie musieli dbać również o swoich wojowników i wszystkich, którzy za nich walczyli. Musieli ich wynagradzać (czy to łupami, czy ziemią, czy też pierścieniami symbolizującymi wyższy status społeczny). Ale to oni wyznaczali prawo i musieli je respektować, chociaż lud często obalał jarlów i wybierał sobie nowych (jeśli uznał, że ci stali się już zbyt starzy, niedołężni lub utracili poparcie Odyna). W tej opowieści chciałbym jednak skupić się na pewnym jarlu o imieniu Aun, który ze względu na swą długowieczność zwany był "Starym". Ten bowiem pragnąc zapewnić sobie przychylność Odyna i zagwarantować długie życie, obiecał temu bogu że co dziesięć lat będzie mu składał w ofierze jednego ze swych synów. W zamian zaś pragnął przedłużyć swój żywot o kolejną dekadę. W taki też sposób złożył w ofierze siedmiu swych synów i gdy stał się już tak stary i tak niedołężny, że trzeba go było karmić jak niemowlę, nadal kurczowo trzymał się życia. Gdy postanowił skazać na śmierć ósmego syna, jego lud się zbuntował, obalił owego jarla i nowym władcą ogłosił jego ocalonego potomka. Mijały kolejne dziesięciolecia, a szósty potomek w prostej linii od Auna Starego - Anund, panował teraz nad swym ludem. Miał on syna - Ingjalda, który trochę się niecierpliwił że ojciec żyje zbyt długo i tym samym odbiera mu możliwość zostania jarlem wówczas, gdy czuł się on w sile wieku. Gdy Anund wreszcie zmarł (prawdopodobnie Ingjald mu w tym dopomógł) jego syn objął teraz władzę jako nowy jarl i urządził wspaniałą ucztę pogrzebową na cześć ojca, na którą zaprosił wszystkich jarlów z sąsiadujących ziem. Wznosząc do góry kielich ku czci boga Braga (boga mądrości, pieśni i dotrzymanych obietnic) przysiągł, że nie spocznie póki swych ziem nie pomnoży o połowę i nie dotrze do "wszystkich czterech narożników niebios". Owe słowa zaczął zamieniać w czyn, podpalając budynek w którym ucztowano i gdy jego goście popili się tak, iż nie byli w stanie się ruszać. Spalił ich wszystkich, a ich ziemie przyłączył do swego księstwa i tym samym uznał, że wypełnił przysięgę złożoną bogu. Rządy Ingjalda Złego (bo taki właśnie otrzymał przydomek) tak bardzo wydały się jego ludowi obmierzłe, że gdy zmarł (ok. 650 r.) na wiecu żaden członek plemienia nie chciał wybrać na nowego jarla jego syna - Olafa, uznając że ród ten jest przeklęty przez bogów.




Olaf jednak nie był takim niegodziwcem jak jego ojciec i zyskał przynajmniej kilkudziesięciu stronników, którzy wraz ze swymi rodzinami obrali go jarlem i opuścili swoje rodzinne plemię, przenosząc się do rozległych, niebezpiecznych lasów Północy. Krocząc teraz wśród śniegów i lodów, obawiali się oni ataków "robaków giganta Ymera", czyli gnomów i krasnoludów które jak wierzono żyły w jaskiniach Północy. Gdy po długiej podróży dotarli wreszcie do miejsca w którym uznali że najlepiej będzie im się osiedlić, zajęli się najpierw karczowaniem lasów i budową nowej osady oraz nowej społeczności, a ponieważ Olaf zaangażował się w te prace wraz z innymi, stąd też otrzymał przezwisko Olaf Drwal. Wkrótce jego plemię stało się bogate, kontrolowali znaczne tereny Północy i dzięki temu stali się potężni. Ściągało to do nich wielu przybyszy z innych osad, którzy również chcieli się przyłączyć. W szybkim tempie lud którym przewodził Olaf Drwal znacznie się rozrósł i to do tego stopnia, że zaczęło brakować pożywienia i nie każdy mógł się wyżywić. Spowodowało to niesnaski i wzajemne starcia, które ostatecznie skumulowały się na samym Olafie. Nagle bowiem przypomniano sobie że jego ród miał być przeklęty przez bogów i uznano że głód który zapanował w rozrastającym się plemieniu, jest przede wszystkim spowodowany niechęcią bogów (w tym przede wszystkim Odyna) do Olafa i jego potomków. Postanowiono więc rozwiązać sprawę tak, jak czyniono to w sytuacji, gdy bogowie byli z czegoś niezadowoleni i znaleziono winnego, a mianowicie złożono Olafa Drwala w ofierze Odynowi w intencji zakończenia klęski głodu. Nie wiadomo czy klęska głodu dobiegła końca po złożeniu takiej ofiary, ale uznano że syn Olafa Drwala - Halfdan Białonogi ma prawo zostać nowym jarlem i tak też się stało. Wkrótce potem ziemie którymi władał Halfdan, stały się najpotężniejszymi na Północy, a on okazał się wielkim królem wojownikiem, który podbił leżące w południowej Norwegii żyzne ziemie - Romerike i Westfold i stał się najpotężniejszym jarlem wśród wszystkich władców Muchomorza. W Westfold Halfdan Białonogi wzniósł budynek zwany Skiringssal, który pełnił zarówno rolę świątyni Odyna, miejsca w którym odbywała się wymiana handlowa pomiędzy kupcami, oraz ulubionym miejscem przebywania jarlów i późniejszych królów Norwegii.




Mimo że Snorre Sturlasson pozostawił nam listę władców Norwegii (pierwotnie jarlów), to jednak pierwszym historycznym władcą (który realnie jest poświadczony w źródłach), był dopiero wnuk Halfdana Białonogiego - Zygfryd, który przyjął u siebie w 777 roku zbiegłego z Saksonii wodza Widukinda, tego który podjął walkę o wolność ludu Sasów z władcą Franków Karolem Wielkim. Te informacje wprowadzające są jednak niezwykle ważne, bo bez nich nie dowiemy się o tym, dlaczego Wikingowie wyruszyli za Wielkie Morze (czyli Ocean Atlantycki) i jak to się stało, że dotarli do Nowego Świata oraz co tam zastali. A poza tym należałoby sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego, skoro odkryto nowy ląd na Zachodzie, to potem o nim zapomniano i drogi tej nie używano przez kolejne 500 lat do 1492 r.? Teraz jednak przejdziemy do Halfdana Jasnowłosego (wnuka Zygfryda) i jego walki o dominację (m.in. z Gandalfem), choć wcześniej słów parę należy powiedzieć też o jego dziadku i ojcu (a także o wydarzeniach dziejących się w kraju Sasów (czyli pierwotnie słowiańskim plemieniu Sarnów). Powiem o podboju Irlandii, Islandii i Brytanii przez Normanów (oraz ich eskapady na Morze Śródziemne, jak i na Morze Czarne i do Konstantynopola. Swoją drogą ataki Wikingów na ziemie polskie, czyli ziemie plemienia Pomorzan były bardzo rzadkie, jeśli w ogóle jakiekolwiek - dziwne to trochę. Niektórzy historycy - głównie germańskiego rytu - twierdzili że było to związane z faktem, iż Wikingowie niczego specjalnego tam nie zastali i nie mogli liczyć na większe łupy. To jest bzdura, prawda zaś jest nieco inna, a mianowicie taka, że Wikingowie cholernie bali się Pomorzan, którzy notorycznie spuszczali im manto, dokonując ataków na Skandynawię i o tym też opowiem w tej serii), a także opowiem historię Ragnara Lodbroka i jego rodu (który spopularyzował chociażby serial "Wikingowie". Oczywiście nie omieszkam też zaprezentować (i opisać) indiańskich plemion, z którymi spotkali się Wikingowie w Nowym Świecie.




 CDN.

03 sierpnia 2025

MEMORIAM - Cz. II

ŚWIĘTE TARCZE SALIÓW




Jak więc już wspomniałem, narodziłem się na greckiej wyspie Lesbos, w tamtejszym mieście Mitylenie. Miało to miejsce piątego dnia przed idami marcowymi i trzy dni po nonach, w święto Saliów. Rok w którym przyszedłem na świat, obfitował w krwawą, bratobójczą wojnę w Italii, wojnę, która wybuchła na dwadzieścia lat przed buntem tego gladiatora, zwanego Spartakusem, który także postawił Italię w ogniu. Wojna sprzymierzeńcza, bo o niej to mówię doprowadziła też do wielu politycznych i społecznych zmian w życiu naszej Republiki. Jak jednak do tego doszło? Należy się wyjaśnienie, gdyż właśnie wydarzenia je poprzedzające spowodowały wygnanie naszej rodziny na Lesbos. Otóż po ostatecznym zwycięstwie Gajusza Mariusza na polach raudyjskich (101 r. p.n.e.) nad barbarzyńskim plemieniem Cymbrów z dalekiej północy, nastąpiła zmarnowana dekada stagnacji. Senat odzyskał pełnię władzy, ale nie wykorzystał należycie danego mu czasu na przeprowadzenie jakichkolwiek reform wewnętrznych, nie uczyniono dosłownie nic, aby wewnętrznie zreformować mocno skostniałą fasadę naszego republikańskiego ustroju. Te zaniechania w latach późniejszych zemściły się w postaci krwawych wewnętrznych zamieszek i rządów dyktatorskich. A zaczęło się jeszcze w roku trzeciego konsulatu Mariusza (103 r. p.n.e.). Quaestor Ostiensis - Lucjusz Apulejusz Saturninus, w którego to pieczy leżało zaopatrywanie Rzymu w zboże i który nie radził sobie z tym trudnym zadaniem, ze względu na wybuch wojny niewolniczej na Sycylii i blokadę tamtejszych portów, został więc decyzją Senatu zastąpiony przez Marka Emiliusza Skaurusa (104 r. p.n.e.). 

Odebranie kwestury potraktował on jednak jako osobisty policzek i postanowił się zemścić na wszystkich, którzy się do tego przyczynili. Jeszcze w tymże roku wysunął swą kandydaturę na funkcję trybuna ludowego i wybory te wygrał obiecując ludowi rozprawę z Senatem i nobilitas. Swoje zwycięstwo w dużej mierze zawdzięczał również Gajuszowi Serwiliuszowi Glaucjanowi, który potrafił połączyć w jedno zarówno cięty dowcip polityczny, jak i grubą pałkę, z która się nie rozstawał na wiecach wyborczych. Dodatkowo swego poparcia Saturninusowi udzielił również i Mariusz, co zaowocowało zwycięstwem i powstaniem nieoficjalnego triumwiratu politycznego: Saturninusa jako przywódcy i protektora ludu, Glaucjana - który zresztą wywodził się z plebsu - jako wodza jego bojówek politycznych, oraz Mariusza, realnego przywódcy stronnictwa popularów, trzymającego się jednak nieco na uboczu od ciągłej walki stronnictw. Po objęciu trybunatu (103 r. p.n.e.) Saturninus od razu poparł kandydaturę Mariusza na urząd konsula roku następnego, a jednocześnie przeprowadził szereg ustaw, które miały oficjalnie dopomóc ludowi, zaś nieoficjalnie wziąć pomstę na Senacie za odebranie mu kwestury. Pierwszą z owych ustaw była Lex Agraria, przewidująca nadanie ziemi weteranom Mariusza o wielkości 100 jugerów (24 hektary), w prowincji Afryka. Tam była dobra, urodzajna gleba, poza tym działki o rozmiarze 100 jugerów były nieosiągalne dla kolonistów w samej Italii i musiały wśród wielu budzić zazdrość.




Ustawa ta miała dwa cele. Po pierwsze, realne wynagrodzenie żołnierzy armii "nowego typu", którą formował Mariusz, składającej się w ogromnej większości z przedstawicieli warstw uboższych i obdarowanie ich urodzajną ziemią pod uprawy, a po drugie Saturninus po raz pierwszy zamyślał wreszcie zagospodarować Afrykę, być może nawet odbudować spaloną kilkadziesiąt lat wcześniej Kartaginę (146 r. p.n.e.) już jako typowo rzymską osadę. Nie wiadomo czy taki dokładnie był jego cel, wiadomo tylko że Kartaginę jako rzymskie miasto odbudował dopiero Gajusz Juliusz Cezar w setną rocznicę jej zniszczenia (46 r. p.n.e.). Kolejną reformą było wprowadzenie nowej ustawy o "obrazie ludu rzymskiego", na mocy której można było pociągać przed sąd wszystkich przedstawicieli nobilitas, którzy albo nadużywali swej władzy w stosunku do rzymskiego plebsu, albo też w jakiś szczególny sposób go znieważyli. Co prawda ustawa ta była może i pierwszą tego typu ustrojową nowinką, ale sama tradycja "znieważenia ludu rzymskiego" była znacznie starsza. Wystarczy tutaj chociażby przytoczyć oskarżenie Klaudii, siostry niesławnego Publiusza Klaudiusza Pulchera, który to poniósł upokarzającą klęskę w bitwie morskiej z Kartagińczykami (249 r. p.n.e. to był ten sam wódz, który, gdy kapłani stwierdzili że kury - które zabrano na pokłady okrętów w celach wieszczych - nie chciały jeść wysypanej im paszy, co oznaczało iż bogowie nie sprzyjają bitwie i należy ją odłożyć - innymi słowy był to zły znak - mocno tym poirytowany Klaudiusz Pulcher który już widział się zwycięzcą, zaczął kolejno wyrzucać kury za burtę, mówiąc: "Jak nie chcą jeść, to niech piją!"). Oskarżenie Kaludii o znieważenie ludu, wzięło się stąd, że gdy pewnego dnia, podczas podróży na Forum Romanum jej lektyka ugrzęzła w gwarnym tłumie ludu, równie spieszącego na rynek, owa matrona, nie mogąc wytrzymać zapachu, gwaru i palącego słońca, wychyliła się zza swej lektyki i krzyknęła: "Jakże bym pragnęła, by brat mój zmartwychwstał i raz jeszcze wygubił to stado baranów". Te nieprzemyślane słowa omal nie przypłaciła życiem i aby uchronić się przed karą (w końcu pochodziła z możnego rodu, każdy inny zapłaciłby za to głową), musiała oficjalnie ukorzyć się przed ludem na Forum Romanum, deklarując co innego, niż w rzeczywistości zamyślała.

Saturninus wprowadzając nową ustawę, jednocześnie powołał odpowiedni sąd, który miał badać wszelkie oskarżenia o (mowę nienawiści 😂🥴) obrazę ludu rzymskiego. Sąd ten złożony był wyłącznie z ekwitów, którzy też pragnęli uszczknąć nobilitas trochę władzy. Co ciekawe, ustawa nie precyzowała co konkretnie może zostać uznane za obrazę majestatu ludu rzymskiego, tak więc w zasadzie na jej podstawie można było postawić przed sądem... praktycznie każdego polityka. Inną bardzo popularną wśród ludu ustawą, autorstwa Saturninusa, było zmniejszenie cen miesięcznego rozdziału zboża wśród obywateli. Poza tym Saturninus zdecydowanie piętnował wszelką korupcję i niemoralność w życiu politycznym, często dla podkreślenia swych racji, używając bojówek Glaucjana, które to rozbijały wiece poparcia wszelkich przeciwników polityki trybuna. Problem polegał na tym, że Saturninus swoje oskarżenia o korupcję szafował oszczędnie i starannie wybierał osoby, które chciał zaatakować. Nie atakował na przykład znanego z brania łapówek - Marka Bebiusza, gdyż należał on do stronnictwa popularów, wspierających Gajusza Mariusza. Za to ostro atakował takich polityków jak Tytus Didiusz - spokojny człowiek i dobry żołnierz rodem z Kampanii, a także Lucjusz Antystiusz Reginus z szanowanej rodziny podczepionej pod familię Serwiliuszy i przywódcę optymatów Kwintusa Serwiliusza Cepiona, który został ukarany infamią za klęskę arauzyjską (105 r. p.n.e. o czym pisałem w poprzedniej części) właśnie na wniosek Saturninusa. Następnie (102 r. p.n.e.) trybun Saturninus wystąpił z atakiem o korupcję na ludzi z najbliższego kręgu Kwintusa Metellusa Numidyjskiego, którzy mieli ponoć przyjąć jakieś pieniądze od króla Pontu - Mitrydatesa VI i domagając się ich ukarania. Doprowadził do upadku Gnejusza Maliusza Maksymusa, którego dwaj synowie polegli pod Arauzjo, oskarżając go o "doprowadzenie do utraty armii". Efekt był taki, że Maliusz nie tylko utracił cały majątek, ale i obywatelstwo, a jego zapłakana żona musiała w pośpiechu jedynie z dziećmi opuścić swój dom, pozostawiając wszystko na miejscu tak jak było, przy okrzykach wzburzonego tłumu. 




Następnie udaremnił wybór Kwintusa Metellusa Numidyjskiego, głównego przywódcę optymatów, na urząd cenzora (102 r. p.n.e.). Doszło wtedy do prawdziwej bitwy na kije i pałki na Forum Romanum, podczas której niewolnicy Metellusa, Marka Emiliusza Skaurusa i Kwintusa Mucjusza Scewoli oraz kilku innych, starli się z bojówkami Glaucjana. Z wielu optymatów zdarto wówczas togi, gdyż nie godziło się bić senatorów. W każdym razie to starcie też wygrał Saturninus, gdyż ranny w czoło Metellus musiał się ewakuować na Kapitol, gdzie został oblężony przez ludzi Glaucjana. Tę niebezpieczną sytuację rozładowała bezpośrednia interwencja Mariusza, który nakazał wycofanie bojówek Glaucjana i miał nawet (choć symbolicznie) ukarać kilku jego zbirów za atak na członków Senatu. Ale takie bitwy były dość częste, choć głównie walczyli ze sobą niewolnicy i motłoch na usługach stronnictw. Gdy więc wkrótce potem Metellus próbował doprowadzić do wykreślenia Saturnina z listy senatorów, w ruch znów poszły pałki i pięści (choć nikt już nie atakował ani Metellusa, ani innych członków Senatu). Metellus Numidyjski jednak nie rezygnował i w roku następnym (101 p.n.e.), czyli w roku ostatecznego triumfu Mariusza nad barbarzyńcami z północy pod Vercellae, oskarżył Saturninusa o obrazę poselstwa króla Mitrydatesa VI z Pontu, próbując na zgromadzeniu ludowym doprowadzić do pozbawienia go urzędu. Bezskutecznie jednak, gdyż do akcji znów wkroczyły bojówki Galucjana, rozbijając głowy tym, którzy zamierzali zagłosować za odwołaniem Saturnina. Mało tego, Saturnin wygrał kolejne wybory do kolejnego trybunatu.

Wydawało się że nikt i nic nie jest w stanie zatrzymać Saturninusa w dalszej walce z Senatem, szczególnie gdy udało mu się doprowadzić wreszcie do wygnania z Rzymu Kwintusa Metellusa Numidyjskiego (101 p.n.e.). Stało się tak, ponieważ Metellus nie uznał ustawy agrarnej Saturnina, przez co ten, wytoczył mu proces przed sądem i zmusił do opuszczenia miasta. Metellus udał się na Rodos. Stronnictwo optymatów (czyli tzw. rzymska prawica - chociaż to określenie jest bardzo nieścisłe i nie pasuje do tamtej epoki, w każdym razie byli to zwolennicy silniejszej władzy Senatu, natomiast popularzy dążyli do zwiększenia uprawnień Zgromadzenia Ludowego) byli w rozsypce, a po zwycięstwie Gajusza Mariusza nad barbarzyńcami z północy, Rzym stał się tak naprawdę prywatnym dominium Mariusza, Saturninusa i Glaucjana. Jeden kontrolował politykę zagraniczną i był prawdziwym przywódcą Senatu, człowiekiem, który gdyby chciał, mógłby wówczas realnie zmienić ustrój rzymskiej Republiki, tak silną miał pozycję po zwycięstwie nad barbarzyńcami i sprawdzeniu się jego armii "nowego typu". Drugi kontrolował politykę wewnętrzna, czyniąc Senat zdominowanym przez popularów i wykorzystując Zgromadzenie Ludowe do walki z wszelkimi przejawami oporu ze strony już rozbitych optymatów. Trzeci zaś kontrolował ulice. Saturninus czuł się tak pewnie, że zlecił nawet morderstwo swego kontrkandydata do urzędu trybuna ludowego - Aulusa Noniusza (101 r. p.n.e.). Poruszyło to Senat, ale do realnego oporu przeciwko Saturninowi doszło dopiero w następnym roku (100 p.n.e.), gdy ten dopuścił się kolejnego morderstwa - kandydata do urzędu konsula - Gajusza Memmiusza. To był jawny akt politycznego terroryzmu i tego nie można już było puścić płazem. Przeciwko Saturninusowi zrodziła się potężna opozycja, która przeciągnęła na swoją stronę Gajusza Mariusza. Utrata tak potężnego sojusznika, była dla Saturnina poważnym ciosem, ale jeszcze większym była utrata... poparcia rzymskiego ludu.




Doszło do tego, ponieważ Saturninus się przeliczył. Sądził że jest wybrańcem bogów i gdy zgłosił wniosek o obdarowanie działkami ziemi zwycięskich żołnierzy Mariusza na Sycylii, w Achai czy w Macedonii, pod groźbą wygnania dla tych, którzy by przeciwko temu optowali. Ustawa ta, jakże ważna i oczekiwana przez zwolenników Mariusza, miała jeden, ale za to bardzo poważny defekt. Otóż Saturninus stwierdzał w niej że działki mogą nabyć również Italikowie i Latynowie walczący w armii Mariusza wraz z Rzymianami. To wywołało zamieszki rzymskiego plebsu, niechętnego do dzielenia się z obcymi. Tym bardziej że ustawa ta przyznawała obdarowanym również i rzymskie obywatelstwo. Tłum wyległ na Forum i ci sami ludzie, którzy dotąd bili się po stronie Saturninusa i Glaucjana, teraz swe pięści kierowali w ich stronę. Przed linczem, uchroniła ich jedynie szybka reakcja weteranów Mariusza, którzy powstrzymali, uzbrojony w pałki tłum, obnażając swe miecze. Bunt tłumu, dotąd przyjaznego Saturninusowi, ośmielił do działania jego wrogów, którzy w Senacie ogłosili w mieście stan wyjątkowy (Senatus Consultum Ultimum) i wezwali Mariusza do zaprowadzenia porządku w państwie. Mariusz, jako człek prawy, nie chciał mieć już nic wspólnego z podwójnym mordercą, dlatego też otoczył Kapitol, gdzie schronił się z garstką swoich zwolenników Saturninus, i wkrótce zmusił go do kapitulacji. Nim jednak Senat zdecydował co z nim począć, wzburzony tłum wdarł się do świątyni Jowisza (gdzie pod strażą był Saturninus) i dokonał na nim samosądu (100 r. p.n.e.). Wraz z nim zginął Glaucjan który uzyskał wcześniej urząd pretora, oraz kilku innych agitatorów politycznych wspierających zabitego trybuna.

Saturninus był tylko jednym z wielu późniejszych dyktatorów, którzy sami nazywali siebie reformatorami, ale arystokracja senatorska okazała się zupełnie ślepa i głucha na te zjawiska, które wówczas zostały uruchomione. Oto bowiem po raz pierwszy w historii naszego państwa armia musiała bezpośrednio interweniować w celu zaprowadzenia porządku wewnętrznego i nie była to armia obywatelska. Była to armia "nowego typu", armia złożona w ogromnej większości z plebejuszy, którym mało zależało na dobru państwa, a jedynie na własnej korzyści, która związana była z pozycją ich wodza - im była ona silniejsza, tym ich interesy były też lepiej zabezpieczone. Co prawda Mariusz był prawym Rzymianinem i nie ośmielił się użyć swej armii w walce o władzę w Rzymie, ale inni nie mieli już tych skrupułów. Taki Sulla na przykład nic sobie nie robił z wartości, które oficjalnie głosił i których bronił, depcząc swych przeciwników politycznych siłą oręża własnych legionów. Pompejusz też zastanawiał się nad użyciem weteranów do walki o władzę, ale los spłatał mu miłego figla i ci sami arystokraci, którzy wcześniej starali się odsunąć go na margines i nie chcieli nawet przyznać mu prawa do triumfu po zwycięstwach na Wschodzie i po rozbiciu piratów, teraz, w obawie przed wzrastającą pozycją Gajusza Juliusza Cezara, zgromadzili się wokół niego, jako obrońcy Republiki. Cezar zwyciężył, ale do zaprowadzenia pokoju było jeszcze daleko. Nasz August przecież też zastanawiał się nad możliwymi drogami swojej przyszłości, którą z nich ma podążyć. Do wyboru miał dwie możliwości - Sulli i Cezara - żadna z nich nie gwarantowała nie tylko pewności utrzymania władzy, ale i zachowania życia. 

Sulla postępował bardzo brutalnie, gdy wkroczył do Rzymu (82 r. p.n.e. do czego w mej opowieści powoli będę przechodził) zaprowadził tam prawdziwy terror, tworząc listy proskrypcyjne na swoich politycznych przeciwników, którzy jako wyjęci spod prawa, byli teraz brutalnie mordowani przez opłacane bandy opryszków na sullańskiej służbie. Dochodziło do tragicznych scen, gdy uciekający przed zabójcami politycy, zastawali swe domy zamknięte na cztery spusty, a ich żony, w obawie o siebie i swoje dzieci, wyrzekały się  mężów i zostawiały ich na pastwę zbirów Sulli (niektórzy przeżyli to w sposób dość niekonwencjonalny, starając się bowiem uciec z miasta, musieli się najpierw ukryć aby przeżyć {dochodziło bowiem do dantejskich scen, gdy ludzie przychodzili pod tablicę przeczytać czy ich nazwisko nie jest wpisane na listę proskrypcyjną, a znajdując je tam, już spod tej tablicy nie wychodzili, albo nie docierali do domu w czasie powrotu stamtąd - gdyż zabicie wyjętego spod prawa "wroga ludu" było nie tylko obowiązkiem każdego Rzymianina, ale było również opłacane - często sowicie, w zależności od głowy} i dochodziło do tego, że ukrywali się również w... publicznych wychodkach, gdzie przebywali nawet kilka dni, pokryci nieczystościami (🥴). Jeszcze do tego wrócimy.


NOWE PORZĄDKI LUCJUSZA KORNELIUSZA SULLI
(82 r. p.n.e.)



Był to świat mojego dzieciństwa do którego jeszcze powrócę w tej opowieści. W każdym razie po tych brutalnych dniach terroru i po odnowieniu władzy Senatu i stronnictwa optymatów, Sulla... zrezygnował z władzy, udając się na emeryturę do swych ziemskich posiadłości w Italii, gdzie odpoczywał m.in.: łowiąc ryby (i spędzając czas ze swoją nowo poślubioną, młodą żoną). W kilka miesięcy po rezygnacji znaleziono go martwego w słomkowym kapeluszu na głowie, nieopodal jeziora, gdzie zwykł łowić ryby. 


TO W CZASACH RZĄDÓW SULLI (82-79 r. p.n.e.) SPOTKALI SIĘ PO RAZ PIERWSZY (wówczas młodzi)
CEZAR I POMPEJUSZ



Natomiast Cezar obrał inną strategię, postanowił wybaczać wszystkim swym przeciwnikom, którzy tylko poddali się mu i przeszli na jego stronę. Nie tylko nie utracili oni swych majętności i życia, ale często potem byli przez Cezara awansowani na kolejne urzędy i godności. Bardzo nie podobało się to stronnikom Cezara, którzy liczyli na proskrypcje i zagarnięcie posiadłości swych konkurentów politycznych, ale i oni siedzieli cicho. 


W TRZYDZIEŚCI LAT PO ŚMIERCI SULLI, CEZAR ZREZYGNOWAŁ Z TERRORU I POSTANOWIŁ ZJEDNOCZYĆ ZARÓWNO SOJUSZNIKÓW JAK I WROGÓW POD SWOJĄ WŁADZĄ - TA PRÓBA ZAKOŃCZYŁA SIĘ JEDNAK NIEPOWODZENIEM



Taka polityka jednak też nie uchroniła Cezara od śmierci, gdy ci sami ludzie, którym darował życie po zwycięstwie w wojnie domowej nad Pompejuszem i Katonem, zadali mu teraz śmiertelne ciosy swymi sztyletami. Ci ludzie czuli się upokorzeni (mimo iż Cezar w większości obsypywał ich godnościami) gdyż sami zamierzali utopić go we krwi, a zmuszeni się poddać i jednocześnie służyć swemu dotychczasowemu wrogowi, czuli ujmę na swym honorze. Ujmę, którą zmazać mogła tylko krew, krew Cezara. 




Tak więc dla młodego Oktawiana, który w jego testamencie otrzymał nazwisko i dziedzictwo po Cezarze, musiało przerażać, iż bez względu na drogę jaką obierze i tak czeka go śmierć. Miał jednak dużo szczęścia i choć jego popularność początkowo była niewielka, podtrzymywana jedynie popularnością Cezara, to udało mu się ostatecznie zwyciężyć Marka Antoniusza.




W międzyczasie zmniejszył liczbę senatorów, odsuwając od władzy tych, co do których poparcia miał wątpliwości, tak, że ostatecznie Senat został obsadzony jedynie przez jego jawnych zwolenników, którzy to sami poprosili go o możliwość kontynuowania dotychczasowej władzy (27 r. p.n.e.). 




Dzięki temu Pax Romana ogarnął wszystkie ziemie Imperium, ale Republika, którą znali tacy politycy jak Mariusz, Saturninus, Sulla, Cezar czy choćby mój dziad Publiusz Rutyliusz Rufus - dostąpiła swych dni.


OKTAWIAN AUGUST WŁADAŁ IMPERIUM RZYMSKIM PRZEZ CZTERDZIEŚCI LAT, ZMARŁ W WIEKU LAT 76, ZAPOCZĄTKOWUJĄC NOWY USTRÓJ, KTÓRY ZOSTAŁ NAZWANY PRYNCYPATEM, A DO HISTORII PRZESZEDŁ PO PROSTU POD NAZWĄ "CESARSTWA"



CDN.

RELACJA Z PODRÓŻY DO MOSKWY GEORGE BERNARDA SHAW'A - 1931 rok

"I TAK NIKT 
NIE ZECHCE CI UWIERZYĆ!"


SŁOWA WYPOWIEDZIANE PRZEZ JEDNEGO Z WIĘŹNIÓW SOWIECKIEGO ŁAGRU, NA STWIERDZENIE JERZEGO GLIKSMANA - WYPUSZCZONEGO Z ŁAGRU W RAMACH UKŁADU SIKORSKI-MAJSKI Z 30 LIPCA 1941 r. - IŻ OPOWIE ZACHODOWI O TYM CO WIDZIAŁ W SOWIECKIM PIEKLE. POPROSIŁA GO O TO DODATKOWO JEDNA Z DZIEWCZĄT - "PROSZĘ, OPOWIEDZ O WSZYSTKIM ZACHODOWI". NIESTETY, JAK TRAFNIE PRZEWIDZIAŁ ÓW MĘZCZYZNA, KTÓRY WYPOWIEDZIAŁ WYŻEJ WYMIENIONE SŁOWA - ZACHÓD NIE TYLKO NIE WIERZYŁ W SOWIECKIE ZBRODNIE - ON PRZEDE WSZYSTKIM PEŁEN BYŁ "POŻYTECZNYCH IDIOTÓW", WYCHWALAJĄCYCH POD NIEBIOSA LENINA, STALINA, KOMUNIZM I ZSRS. TO WŁAŚNIE PRZEZ TAKICH LUDZI TEN SYSTEM ZNIEWOLENIA TRWAŁ AŻ TAK DŁUGO



Sam Gliksman też nie był bez winy. On też był piewcą ustroju komunistycznego. W 1935 r. ten warszawski adwokat wybrał się w bardzo modną wówczas podróż do Związku Sowieckiego, by sprawdzić (i potwierdzić) doniesienia z podróży ludzi kultury z państw zachodnich - piejących z zachwytu nad wspaniałościami komunizmu i Związku Sowieckiego. Gliksman chciał szczerze wierzyć w ten lukrowany obrazek, dlatego gdy tylko pojawiali się jacyś uciekinierzy z Kraju Rad, głoszący o krwawych torturach, niewolniczej pracy ponad siły, oraz wszechogarniającym głodzie - nie dopuszczał tych relacji do siebie, nie chciał w nie wierzyć - chciał wierzyć w to, co pisali ludzie kultury, nauki, wykształceni luminarze Zachodu, siedzący w swych ciepłych gabinecikach i niekalający się w swym życiu choćby odrobiną wysiłku fizycznego. Im wierzył - bo to byli ludzie godni zaufania, nie to co ci "politycznie podejrzani" głupcy, którym udało się wyrwać z komunistycznego piekła. Postanowił więc sprawdzić wszystko osobiście.

Ponieważ był socjalistą i wielokrotnie wcześniej wielbił ustrój komunistyczny, otrzymał zaproszenie do ZSRS, wysłane przez WOKS ("Wsiesojuznoje Obszczestwo Kulturnoj Swiazi s Zagranicej" - "Wszechzwiązkowe Towarzystwo Kulturalnej Łączności z Zagranicą"), który decydował o tym kogo zaprosić i jak (indywidualnie) przygotować do danego gościa program wizyty, tak, by była zgodna z jego upodobaniami i by uwzględniała (i zaspokajała) jego słabostki. W tym celu przygotowywano opasłe tomy z informacjami o danych pisarzach Zachodu, w których były najbardziej intymne i najszczegółowsze informacje, dotyczące ich upodobań i życia prywatnego (co lubią, co ich bawi, co smuci, itd.). Był to więc zorganizowany przemysł, skupiony na "zabawianiu" inteligentów Zachodu, którzy poprzez swe dzieła oraz autorytet, mogli wywrzeć presję na swe rządy i społeczeństwa i nastawić je przychylnie do Związku Sowieckiego. 

Tak więc Gliksman przybył do kraju Rad i pełen jak najlepszych chęci został wciągnięty w wir "przyjemnostek" oferowanych przez WOKS. Zaproszono go do teatru (wiedząc że Gliksman lubi sztuki teatralne), gdzie wystawiono komedię Nikołaja Komodina pt.: "Arystokraci". Sztuka pokazywała w formie komediowej, więźniów budujących Kanał Białomorski im. Stalina, którzy radośnie poprzez pracę i uświadamianie klasowe, stają się pełnowartościowymi obywatelami sowieckiego państwa i społeczeństwa. Oczywiście sztuka nie mówiła nic o warunkach w jakich pracowali więźniowie budujący Kanał Białomorski (budowa została zakończona w 1933 r.), o dramatycznych warunkach sanitarnych, o braku nawet najniezbędniejszej opieki medycznej oraz o wszechobecnym głodzie (gdyż dzienne racje żywnościowe, wydawane tylko raz dziennie, na które z reguły składały się jakieś czerstwe suchary i łyk "kawy" - która zarówno w zapachu jak i smaku przypominała wodę ze ścieku - nie pozwalały na pracę od świtu do zachodu słońca). Efektem było to, że podczas budowy tego kanału zmarło aż... 25 tysięcy ludzi. O tym ani Komodin nie zrobił komedii, ani też nie dowiedział się tego Gliksman.

Po obejrzeniu sztuki, Gliksman miał jednak pewne wątpliwości co do jej autentyczności i podzielił się nimi ze swoją przewodniczką, towarzyszącą mu podczas podróży po Moskwie (jeśli goście nie byli zadowoleni, lub jeśli coś im się nie spodobało, najczęściej za ten stan rzeczy karano przewodników lub tłumaczy - którzy po wyjeździe gościa na Zachód - trafiali do łagrów na długie lata). Dziewczyna towarzysząca Gliksmanowi była młoda i ponoć bardzo atrakcyjna (dobrana oczywiście zgodnie z "upodobaniami" gościa, o których wiedział WOKS). Gdy tylko usłyszała o wątpliwościach Gliksmana, natychmiast zabrała go na wycieczkę do obozu pracy dla młodocianych przestępców, mieszczącym się w Bolszewie pod Moskwą. To co tam zobaczył, musiało rozwiać w nim wszelkie wątpliwości. Ten "modelowy" obóz, był wręcz komfortowy - wygodne duże łóżka, oddzielne pokoje, łazienka w każdym z nich, ciepła i zimna woda, wanna do mycia. Opiekunowie zwracający się do podopiecznych niezwykle łagodnie i grzecznie, plan zajęć uwzględniający odpoczynek, czas na zabawy itd. Odtąd Gliksman całkowicie utracił jakiekolwiek podejrzenia co do "okropności" sowieckiego państwa i z jeszcze większą werwą głosił "błogosławieństwo komunizmu" - jako raju na Ziemi.

Głosił je jeszcze przez cztery lata, do 17 września 1939 r. i sowieckiej agresji na Polskę. Potem trafił do łagru i sam przekonał się na własnej skórze co oznacza "komunistyczny Raj na Ziemi". Gdy wiec opuszczał bramy sowieckiego piekła w 1941 r. pragnął tylko jednego - powiedzieć prawdę o tym, czego doświadczył i co przeżył na tej okrutnej ziemi. Nie dane mu było jednak przekonać opinii publicznej Zachodu, gdyż natknął się na mur ignorancji i głupoty wielbicieli "Wujaszka Jo" i zachodnich piewców komunizmu - których przecież do niedawna sam był częścią. Do wyjątkowo głupich (bo nawet nie naiwnych) zachodnich myślicieli, wielbiących pod niebiosa ustrój komunistyczny w Związku Sowieckim - należał brytyjski filozof, dramaturg i prozaik - George Bernard Shaw.


BOLSZEWICKA SPRAWIEDLIWOŚĆ




"SOCJALIZM BYŁ PRZED WOJNĄ NAJDALSZĄ METĄ POSTĘPU SPOŁECZNEGO, A PRZYNAJMNIEJ ZA TAKI UCHODZIŁ. PO WOJNIE ZACZĄŁ PRZEGRYWAĆ I NADAL BĘDZIE PRZEGRYWAŁ. W ROSJI STAŁ SIĘ NOWĄ FORMĄ NIEWOLNICTWA"

JÓZEF PIŁSUDSKI 
podczas rozmowy z dziennikarzem ARTUREM ŚLIWIŃSKIM 
(9 listopada 1931 r.)



GEORGE BERNARD SHAW




W lipcu 1931 r. brytyjski dramaturg George Bernard Shaw, postanowił wymownie uczcić swoje 75 urodziny (obchodził je 26 lipca) i świętować je w swym uwielbianym państwie - w stolicy Kraju Rad - Moskwie. Zaprosił na tę wycieczkę swych przyjaciół: Lady Astor i jej męża Lorda Astor, oraz kilku przedstawicieli brytyjskiej Partii Konserwatywnej, aby pokazać im "osiągnięcia" komunizmu. Podróż przebiegała w miłej atmosferze, najpierw okrętem przez Kanał La Manche, a potem koleją prosto do Moskwy. Gdy tylko pociąg zajechał na moskiewski peron, na Shaw'a czekał już tłum rozentuzjazmowanych Rosjan (dobranych odpowiednio przez WOKS), którzy poczęli wznosić okrzyki na jego cześć. Shaw w pierwszym pytaniu po wyjściu na peron, jak długo zamierza pobyć w Związku Sowieckim, odpowiedział: "Przyjechałem tylko na dziesięć dni, lecz chciałbym tu pozostać przez dziesięć lat" (🤮). Następnie wszystkich gości odwieziono specjalnie przygotowanymi samochodami do hotelu "Metropolis", gdzie czekały na nich wygodne pokoje (oczywiście największy i najlepszy pokój w całym hotelu otrzymał Shaw). 

W ciągu następnych dziesięciu dni, jakie Shaw spędził w Moskwie, pierwszego dnia odwiedził najpierw Mauzoleum Lenina. Stał ponad godzinę przy grobie Lenina, przyglądając mu się, aż wreszcie stwierdził: "To jest czysta inteligencja, te ręce nigdy nie pracowały fizycznie" (ani Lenin ani Karol Marks - piewcy "wyzwolenia" robotników z okowów kapitalizmu, nigdy fizycznie nie pracowali. Marks całe życie żył na garnuszku obcych ludzi, najpierw swego wuja któremu wchodził w tyłek bez wazeliny żeby ten tylko dawał mu pieniądze, a prywatnie z niego kpił i szydził, a potem ojca Fryderyka Engelsa - który był majętnym człowiekiem. Zresztą mówienie o tym że Marks czy Lenin chcieli wyzwolić robotników, jest... głupotą - mówiąc najłagodniej jak tylko można. Robotnicy byli im tylko potrzebni jako "mięso rewolucyjne" do wymordowania arystokratów i kapitalistów w celu przejęcia władzy i wygodnego życia. Ale - szczególnie - Marks zdawał sobie sprawę, że po rewolucji położenie robotników {czy nawet chłopów} znacznie się pogorszy i pisał o tym otwarcie. Nie ma sensu jednak wchodzić teraz w te rozważania, zapewne zajmę się nimi w kolejnych tematach. Ważne jest jedno - celem była rewolucja, a nie poprawa bytu mas najuboższych. Dlatego Marks tak alergicznie reagował na wszelkie przejawy odciągania robotników od krwawej rewolucji, poprzez próbę poprawy ich położenia - ale o tym jeszcze kiedyś powiem). Wówczas Lady Astor dodała: "On nie był proletariuszem, tylko arystokratą", na co Show: "Chciałaś powiedzieć intelektualistą, a nie arystokratą?", "To jest jedno i to samo" - odparła Astor. Po obejrzeniu Mauzoleum (gdzie powoli gniło truchło Lenina), cała grupa (oczywiście wraz z przewodnikami, tłumaczami, oraz ludźmi pilnującymi by nikt "niepożądany", nie zbliżał się do Showa czy jego przyjaciół), udała się na Kreml, gdzie Shaw miał możliwość obserwować rozbiórkę kremlowskiej Katedry Chrystusa Zbawiciela. Shaw nie był tym zachwycony, stwierdził: "Powinniście teraz się raczej skupić na realizacji pięcioletniego planu estetycznego", lecz po chwili dodał: "Wy, Rosjanie jesteście całkowicie niespójnymi rewolucjonistami. W Anglii, Henryk VIII i Cromwell uczynili znacznie więcej, niszcząc klasztory. Wygląda więc na to że to My, Brytyjczycy jesteśmy lepszymi rewolucjonistami".

Potem odwiedził Pałac Sowietów, gdzie poproszono go o krótką przemowę urodzinową. Shaw dał "popis" wychwalając pod niebiosa sowieckie osiągnięcia gospodarcze i kulturalne. W pewnym momencie Lady Astor nie wytrzymała i weszła na mównicę, przerywając Shaw'owi, stwierdziła: "Jesteście zbyt zarozumiali, wasze osiągnięcia są duże, ale ich koszty są nie do przecenienia", następnie porównywała komunizm sowiecki z ustrojem kapitalistycznym i uwypuklała wszelkie wady jednego i drugiego systemu, przy czym na koniec stwierdziła że: "Kapitalizm jest o tyle lepszy ustrojem, że pozwala ludziom, mającym krańcowo odmienne od siebie poglądy, pozostać mimo wszystko przyjaciółmi" - jako przykład podała siebie i Shaw'a. Po czym dodała: "W Rosji nie ma odmienności poglądów, wszyscy powtarzają te same propagandowe hasła". Gdy schodziła z mównicy Shaw podszedł do niej i powiedział: "Myślę, że jesteś okropna". Pod wieczór cała grupa została zabrana do "Robotniczego Parku Rozrywki", gdzie robotnicy po czterech dniach pracy, piąty dzień przeznaczali na rozrywkę i odpoczynek (oczywiście tak to przedstawiono Shaw'owi i innym zagranicznym gościom, gdyż nie można było powiedzieć prawdy. A prawda wyglądała następująco: robotnicy pracowali codziennie, siedem dni w tygodniu, często w warunkach uwłaczających nie tylko bezpieczeństwu pracy, ale i zdrowemu rozsądkowi - i nie mówię tu o więźniach, lecz o zwykłych robotnikach państwa sowieckiego).

Shaw przywitał się tam z jednym z robotników grających w siatkówkę, natomiast Lady Astor podeszła do grupki bawiących się nieopodal "robotniczych" dzieci. Znalazła dziewczynkę "akurat" mówiącą po angielsku i zapytała ją jak tu jest naprawdę? Dziewczynka uśmiechając się zaczęła mówić że jest bardzo dobrze, lecz gdy Astor złapała ją za rękę i poprosiła by opowiedziała co jej się najbardziej podoba, dziewczynka przestała się uśmiechać, wyrwała się z objęć Astor i stwierdziwszy: "Wszystko mi się podoba!", pobiegła do innych dzieci. Potem, choć już zapadła noc, cała grupa udała się do teatru, gdzie grupa "proletariackich" aktorów rozwinęła wielki sztandar, na którym było napisane: "Witamy wielkiego mistrza Bernarda Shaw'a na sowieckiej ziemi". 

Następnego dnia, Bernard Shaw poprosił o wizytę w jednym z moskiewskich więzień. WOKS i na to był przygotowany, zaprowadzono go do modelowego więzienia dla dzieci "wrogów klasowych" (które oczywiście były już sierotami - jako że stwierdzenie "wróg klasowy" natychmiast określało człowieka winnym najgorszych zbrodni i przeznaczało go do fizycznej eksterminacji). Więzienie (co oczywiste), było prowadzone w sposób modelowy, dzieci miały duże i przestronne pokoje, określony plan zajęć, uczyły się czytać i pisać, miały czas na odpoczynek, zajęcia gimnastyczne i sportowe itd. Shaw wygłosił do tych dzieci bzdurną pogadankę: "Jak byłem dzieckiem, też kiedyś coś ukradłem. Ale tak to zrobiłem sprytnie, że nikt mnie nie złapał. Nie ten jest złodziejem kto kradnie, lecz ten, kto daje się złapać. Za granicą, w Anglii tysiące przestępców chodzi na wolności, ale przyjdzie czas że i oni też zostaną złapani" (🤮). Następnie udano się do sali "Sądu Ludowego", gdzie wytłumaczono mu, iż sowiecki system karny skupia się nie tyle na karaniu przestępców za popełnione zbrodnie, ile na ich reedukacji i uczynieniu z nich przydatnych jednostek dla nowego sowieckiego społeczeństwa. Wówczas Shaw stwierdził: "Nazywacie to wiec Sądem Ludowym? To powinno być nazwane Szkołą Ludową" i nie mógł wyjść z podziwu nad doskonałością sowieckiego systemu karnego. 

Następnego dnia Shaw zechciał zobaczyć robotników przy pracy, więc zabrano go do fabryki, gdzie przyglądał się pracy tych ludzi. Potem poproszono go by przemówił. Wszedł wiec na ciężarówkę i powiedział: "W Anglii robotnik, który pracuje szybciej i lepiej od innych nie dostanie medalu. Gdy nasi robotnicy wyprodukują więcej niezbędnych towarów, efekt będzie tylko taki, że umożliwią akcjonariuszom dłuższy pobyt na Riwierze. Taka jest różnica pomiędzy systemem angielskim a sowieckim". Następnie zwrócił się do robotników z fabryki: "Pracujcie lepiej i wydajniej, by wykonać plan pięcioletni. Wasza praca przyczynia się do budowy socjalizmu. Po powrocie do Anglii będę przekonywał angielskich robotników, by zaczęli budować ten sam ustrój, w którym Wy żyjecie".

Potem udał się do Państwowego Wydawnictwa Prasowego, gdzie był zachwycony, że wydawcy nie decydują o tym, co dziennikarze lub pisarze napiszą i czy zechcą im to wydrukować, tylko mają pod tym względem całkowitą swobodę (brak słów na umysłową ułomność Bernarda Shaw'a - brak słów). Prezes Państwowego Wydawnictwa Prasowego - Łunczarski, stwierdził, że pisarze zarabiają wystarczająco dużo i to oni decydują co i na jaki temat chcą pisać. Po tych słowach Bernard Shaw stwierdził: "Zostaję u Was na stałe". Lady Astor dodała że sowieccy pisarze nie są wolni, gdyż muszą się trzymać propagandowej linii partii, ale Shaw przerwał jej mówiąc: "Przynajmniej są wolni od iluzji demokracji". Potem wywiązała się krótka wymiana zdań, gdyż Lady Astor nie wytrzymała nerwowo i stwierdziła że w Anglii, każdy komu się nie podobają warunki pracy lub płaca, może ją zmienić na inną, może wyjechać, opuścić dom, szukać szczęścia gdziekolwiek. W Rosji sowieckiej nie jest to możliwe, gdyż zarówno chłopi jak i robotnicy nie mogą opuszczać swych miejsc pracy i zamieszkania bez pozwolenia władzy. Potem Shaw zaczął mówić o Leninie: "Jeśli eksperyment Lenina się powiedzie, rozpocznie się nowa era ludzkości. Jeśli się nie uda, odejdę z tego świata w smutku. Jednakże jeśli w przyszłości pojawią się kolejni tacy ludzie jak Lenin, powinniśmy się radować i z nadzieją spoglądać w przyszłość" (jedyna przyszłość jaka jest nam pisana u ludzi o mentalności Marksa, Lenina, Stalina, Trockiego i reszty tego czerwonego barachła, to przyszłość cmentarna. Tak jak w tej piosence: "W kolorze krwi objawił diabeł się, czerwona gwiazda jego znak!").


LADY NANCY ASTOR 
JEDYNA OSOBA Z CHARAKTEREM W CAŁEJ TEJ ZBIERANINIE ZACHODNICH PRZYGŁUPÓW



W ciągu kolejnych dni Shaw i jego przyjaciele spotkali się z Maksymem Gorkim, Konstantinem Stanisławskim i Nadieżdą Krupską - wdową po Leninie. Shaw miał zastrzeżenia jedynie co do istnienia Muzeum Rewolucji, gdyż stwierdził iż młodzi ludzie, którzy odwiedzają to muzeum, mogą zechcieć wziąć przykład z tych, którzy zbuntowali się przeciw staremu reżimowi i wystąpić przeciwko władzy bolszewików. 

Ostatniego dnia swojej wizyty w Kraju Rad, Bernard Shaw, Lady Astor i jej małżonek, zostali zaproszeni na spotkanie u Stalina. Spędzili tam aż dwie godziny dwadzieścia minut, co było ewenementem, jako że zagraniczni goście, na "audiencji" u dyktatora przebywali maksimum dwadzieścia minut. Jednak po spotkaniu, Shaw nie chciał zdradzić o czym rozmawiano i jakie były jego wrażenia z tej wizyty. Zdradził to dopiero po przyjeździe do Anglii, gdy stwierdził: "Spodziewałem się zobaczyć rosyjskiego człowieka pracy, a ujrzałem gruzińskiego dżentelmena". Dalej stwierdził że rozmawiano o Anglii, Cromwellu, Chamberlainie, Churchilu i jego wrogości do Rosji. Shaw miał powiedzieć że poglądy Churchila są w Anglii anachronizmem, a on sam jest już politykiem bez przyszłości. Stalin wprost przeciwnie, mówił że bardzo ceni sobie Churchilla i że uważa, iż może on jeszcze zając odpowiednie do jego inteligencji, przebojowości i dowcipu - stanowisko. Jednocześnie wyrażał obawy czy Churchill świadomie dąży do rozpętania wojny ze Związkiem Sowieckim. Wówczas Shaw miał odpowiedzieć: "Być może Churchill nie jest wcale inteligentnym człowiekiem" i zaproponował Stalinowi by zaprosił go do Rosji, aby tu mógł wyłożyć całą swoją niechęć do tego kraju. 

Po powrocie do Anglii Shaw stwierdził również, porównując Stalina do innych polityków (w tym do Hitlera), że: "Stalin to gigant, inni politycy to Pigmeje". W kolejnych wywiadach zaczął piać następne hymny pochwalne na temat Stalina, Rosji, Związku Sowieckiego, ustroju komunistycznego, bolszewickiego systemu karnego, wychowawczego i opiekuńczego. I nie był pod tym względem żadnym wyjątkiem, jeśli chodzi o zachodnich ludzi kultury i nauki. Do ligi tzw.: "pożytecznych idiotów" (jak określał Lenin tych wszystkich ludzi Zachodu, którzy piali hymny pochwalne na cześć Związku Sowieckiego, jednocześnie podkopując wartości, a często i obronność własnych krajów - jak na przykład nawoływania do jednostronnego rozbrojenia), należeli także: Romain Roland, André Malraux, Theodore Dreiser, John Dos Passos, Henri Barbusse, Harold Laski, Bertolt Brecht, Sidney i Beatrice Webb, Irena i Fryderyk Joliot-Curie (córka Marii Skłodowskiej-Curie i jej mąż), Herbert Wells, Rabindranath Tagore, Romain Rolland, Tomasz Mann, Lucien Barnier, Jean-Paul Sartre, Simone de Beauvoir i wielu, wielu innych (wymieniłem tylko tych najsławniejszych, stanowiących jedynie kroplę w morzu tzw.: nieoficjalnego towarzystwa przyjaciół Rosji Sowieckiej).



"KAPITALIŚCI SAMI SPRZEDADZĄ NAM SZNUREK, 
NA KTÓRYM ICH POWIESIMY"

WŁODZIMIERZ LENIN



Należałoby zapytać - co takiego się stało, że ci światli ludzie Zachodu dali się tak opętać tej chorej, zbrodniczej ideologii potwornego totalitaryzmu (i to totalitaryzmu najgorszego w dziejach ludzkości, gdyż nikt nie wymyślił nic potworniejszego niż komuniści - nawet niemiecki nazizm - który notabene zrodził się z ideologii komunistycznej i był jego bękartem - nie był aż TAK krwiożerczym systemem - jakim był bolszewizm). Co więc się stało, że światłe umysły Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych - dały się tak łatwo omotać i opętać temu wschodniemu, dzikiemu Mordorowi? 



 
Aby odpowiedzieć na to pytanie, przytoczę pewien autentyczny przykład, który opisany został po latach przez sowiecką tłumaczkę, biorącą udział w oficjalnych uroczystościach, związanych z powitaniem "gości z Zachodu". Ta kobieta, dopiero prawie pod koniec swego życia zdecydowała się o tym napisać,wciąż się bowiem bała. Wśród tych zapisków był tam opisany pewien incydent, który wydarzył się, gdy już delegacja robotników z Anglii odjeżdżała pociągiem z Moskwy. Wśród żegnających ich tłumów rosyjskich robotników, nagle - ktoś przez okno przerzucił kawałek zwiniętej w rulon i obciążonej kamykiem kartki. Owa tłumaczka podeszła by podnieść tę kartkę (ona też znajdowała się w przedziale pociągu wraz z gośćmi). Nie mogła tego zbagatelizować, gdyż widać było że coś wpadło do przedziału. Rozwinęła więc papier i... zamarła z przerażenia. Stała jak wryta, nie mogąc wydobyć z siebie nawet słowa, patrzyła się na na ową kartkę i na zachodnich gości i nie wiedziała co ma zrobić, czy czytać to, co tam napisano, czy też nie czytać. Jedno i drugie wyjście mogło się dla niej źle skończyć.

Gdy tak stała cała odrętwiała z przerażenia, podszedł do niej jej przełożony (komisarz). Stanął za nią i zerknął na kartkę, po czym jak gdyby nigdy nic, zwrócił się do niej: "Towarzyszko Maszo, dlaczego nie czytacie tego, co tu jest zapisane? Nasi goście pewnie chcieliby poznać treść tej wiadomości?" Dziewczyna miała prawie łzy w oczach, zaschło jej w gardle i nie potrafiła nic powiedzieć. Trudno się zresztą dziwić że bała się odczytać treść tej wiadomości, brzmiała on bowiem tak: "Towarzysze Anglicy, błagamy was tu wszyscy - opowiedzcie tam u siebie jak my tu żyjemy. My tu zdychamy - zdychamy jak zwierzęta. Nie mamy co jeść - żyjemy tu jak zwierzęta i zdychamy jak zwierzęta. Pomóżcie nam, opowiedzcie o tym wszystkim u siebie" (tam były jeszcze inne dopiski mówiące o ich tragicznym położeniu). Tłumaczka stała nadal, a wśród gości z Anglii niektórzy zaczynali coś między sobą szeptać. Wówczas ów komisarz polityczny - który nakłaniał ją do odczytania wiadomości - zabrał jej kartkę i sam odczytał jej zawartość: "Drodzy towarzysze Anglicy, dziękujemy wam bardzo że odwiedziliście nasz kraj i prosimy byście opowiedzieli u siebie o wszystkim co was tu spotkało i o naszym pięknym i szczęśliwym kraju..." Dalej chyba kończyć nie trzeba, zważywszy że pobyt Anglików w stalinowskim Związku Sowieckim był urządzony w iście królewskim stylu. Kobieta ta jeszcze pisała jak to - gdy tylko nikt jej nie widział - ładowała do swojej torebki jedzenie z bankietu, wydanego na cześć angielskich gości, bo w domu czekała na nią głodna rodzina. Tak samo czyniły i inne tłumaczki.

Czy można się więc dziwić że gdy 22 czerwca 1941 r. Niemcy najechały Związek Sowiecki, miliony ludzi wychodziły im naprzeciw, wręczały kwiaty a nawet częstowały niemieckich żołnierzy ostatnim kawałkiem słoniny, lub łykiem jakiejś tam namiastki herbaty. Lecz za frontowcami podążały odziały SS i Gestapo, które rozpoczęły nowe prześladowania ludności, nowe konfiskaty, gwałty i bandyckie mordy na całych grupach ludności (głównie na wsiach), odmieniły radość i nadzieję jaką w Niemcach pokładała ludność umęczonych narodów Związku Sowieckiego, żyjących w jednym wielkim światowym gułagu. Zresztą nie potrzeba było SS-manów i gestapowców, by Rosjanie odwrócili się od Niemiec. Wystarczyły same zbrodnie zwykłych liniowych jednostek Wehrmachtu, które były popełniane na skalę masową (o wiele większą niż innych niemieckich formacji zbrojnych). Tak oto Hitler zapatrzony w swą oderwaną od rzeczywistości ideologię (każda ideologia jest oderwana od rzeczywistości - bez wyjątków), stracił szansę na pokonanie Stalina przy pomocy samych Rosjan. A wystarczyło polegać na wziętych do niewoli rosyjskich żołnierzach, którzy oficjalnie opowiadali się po niemieckiej stronie i mówili: "Tylko dajcie nam broń, a rozpędzimy komunistów". Jeden z wziętych do niewoli rosyjskich żołnierzy bardzo chciał się widzieć z niemieckim komendantem i gdy powiedziano mu że jako jeńcowi nie przysługują mu te prawa, odpowiedział: "Panie kapitanie, ja tylko chciałem wskazać wam prawidłowe cele, gdyż wasza artyleria strzela zbyt daleko - przestrzeliwujecie". Taka była miłość do Stalina i komunistów z WKPb.

Zresztą mogę przytoczyć też i "polskie doświadczenia" z krasnoarmiejcami po 17 września 1939 r. Mianowicie na pewnym przyjęciu w jednym z mieszkań we Lwowie, na który polska rodzina zaprosiła rosyjskiego porucznika, gdy już gość sobie ostro popił, powiedział to, co myśli naprawdę, a mianowicie zwrócił się do gospodarzy tymi słowy: "A tak bardzo liczyliśmy, że to jednak wy nas wyzwolicie". Za te słowa (gdyby ktoś doniósł) - czekałaby go natychmiastowa czapa (oczywiście po brutalnym śledztwie). Inny przykład, do sklepu z zabawkami we Lwowie wchodzi kobieta (już po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną) i widzi dwóch sowieckich oficerów, jak bawią się pacynką. Tak ich to bawiło że sami zaczęli skakać jak ta pacynka, tak jakby nigdy nie widzieli na oczy czegoś podobnego. Gdy wyszli sprzedawca zwrócił się do kobiety: "Pani widziała to samo co ja? Przecież to byli oficerowie. Boże drogi co z nami będzie". Inny przykład - Lwów listopad 1939 r. długa kolejka po chleb (wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej na polskie ziemie wschodnie, już w kilka dni rozgrabiono cały towar ze sklepów i zaczęły się niedobory oraz kolejki). W kolejce wśród zwykłych mieszkańców miasta, znalazł się też jakiś sowiecki oficer i wdał się w rozmowę. No to go pytają: "A czy w Sowietach to macie banany i pomarańcze?" "Mamy!" - odpowiada krasnoarmiejec - "Są dwie fabryki "pomarańczów" w Doniecku i w Moskwie i trzy fabryki bananów w Kazaniu, Leningradzie i Woroneżu..." (😂🤭). Nie potrzeba do tego komentarza.

Albo inny przykład - dokwaterowany do mieszkania pewnej Lwowianki sowiecki oficer (po wejściu Sowietów zaczęły się też "dokwaterowania"), pewnego razu gonił ją po mieszkaniu z pistoletem w ręku. Dlaczego? Bo jak sam twierdził, ona coś popsuła i gdy tylko wkłada głowę do sedesu woda leci tylko przez krótki moment i on nie zdąża umyć sobie głowy. A ponoć bardzo się starał wkładał ją prawie całą go klozetu (🥴).

Mimo to mieszkańcy Lwowa w tych ponurych dniach, za tzw.: "Pierwszego Sowieta" (czyli w latach 1939-1941), starali się dodać sobie otuchy i radości w tym pełnym smutku i trwogi okresie. Mianowicie specjalnie zwracano się do sowieckich oficerów i żołnierzy per: "Panie Tymczasowy" (🤭). Był to podwójny nietakt - po pierwsze określenie "pan", co w uszach krasnoarmiejców brzmiało jak inwektywa, gdyż żądali by zwracać się do nich "towarzyszu". A po drugie określenie "tymczasowy", sugerowało nietrwałość sowieckich rządów we Lwowie i na całych polskich Kresach Wschodnich zagrabionych przez Sowiety. W grudniu 1939 r. przed świętami Bożego Narodzenia po Lwowie krążył wierszyk: "Czy wiecie dlaczego Lwów w tym roku stał się nowym Betlejem? Bo na urzędzie miasta zawisła gwiazda, a po ulicach chodzą się pastuchy" (👏).

Owe "pastuchy" - to oczywiście sowieccy oficerowie, którzy naprawdę wyglądali jak pastuchy, obładowani worami z jedzeniem lub ubraniem, tachający je do swych nowych kwaterunków. A ich żony... chodziły w halkach do teatrów, gdyż myślały że to są kreacje wieczorowe, lub rozpalały ogień w środku mieszkania, przynosząc drewno na opał (jak dziewczęta z sowieckiego Czerwonego Krzyża, które zakwaterowane w jakimś mieszkaniu we Lwowie - rozpaliły na środku pokoju ognisko, bo nie wiedziały nie tylko jak się pali w piecu, ale do czego w ogóle on służy).

Nie muszę chyba tłumaczyć że żaden przedwojenny polski oficer nie wyglądał nawet w połowie (nawet po pijaku i całonocnej potańcówce) tak beznadziejnie i prostacko jak najwięksi sowieccy oficerowie - dokwaterowywani do prywatnych polskich domów na zrabowanych nam Kresach.





Tutaj mamy pięknie pokazane, jak idiota z Zachodu  
(George Bernard Shaw), przyjeżdża do komunistycznego kraju i wychwala jego ideały, nie mając ZIELONEGO POJĘCIA co tak naprawdę się tam dzieje 


NAJLEPSZA SCENA:

Shaw: "Marks zrobił ze mnie człowieka, natchnął mnie wiarą. A wiara była podnietą do rebelii i buntu"

Stalin: "Taaa".



Szczególnie dobitnie brzmią ostatnie słowa Stalina: 

"Sukinsyn, on przyjeżdża do obcego państwa i bez przerwy krytykuje Anglię. Kraj w którym mieszka i na którym zbił olbrzymi majątek. Gryzie rękę która go karmi - bydlak" - nic dodać, nic ująć.




NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...