WYŚWIETLENIA

03 sierpnia 2025

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. I

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





W tej serii chciałbym powrócić do tematu  niemieckiej napaści na Polskę i udowodnić, że we wrześniu 1939 roku nie byliśmy całkowicie skazani na klęskę (choć oczywiście w tym założeniu należałoby wykluczyć interwencję sowiecką z 17 września 1939 r., w przeciwnym bowiem razie jakiekolwiek dywagacje na ten temat pozbawione są sensu). Ten temat jednak będzie nieco inny od tych które wcześniej podejmowałem, a mianowicie to nie ja będę starał się tutaj udowodnić że wojna roku 39 nie była od początku skazana na klęskę, a posłużę się w tym celu książką autorstwa pana Tymoteusza Pawłowskiego pt.: "Sowieci nie wchodzą. Polacy mogli wygrać w 1939 roku. Fakty, a nie historia alternatywna". Zatem pozwolę sobie zaprezentować w tej właśnie serii tematycznej wybrane przeze mnie fragmenty książki pana Pawłowskiego i jeśli zajdzie taka konieczność również podzielę się swoim własnym komentarzem na ten temat (co oczywiście bardzo łatwo będzie można rozpoznać, jako że użyję w tym celu czcionki błękitnego koloru).

Nim jednak przejdę do tematu, chciałbym od razu wyjaśnić pewne nieścisłości. Mianowicie wrzesień roku 1939 miał wybuchnąć pierwotnie... rok wcześniej, w czasie kryzysu sudeckiego hitlerowskich Niemiec z Czechosłowacją. Wtedy to się nie udało Hitlerowi (bo on właśnie pragnął tej wojny) i doszło do kapitulacji Czechosłowacji przypieczętowanej jej rozbiorem w Monachium przez Francję, Wielką Brytanię, hitlerowskie Niemcy i Włochy Mussoliniego (29-30 września 1938 r.). Wówczas Hitler (zły z powodu tego, że do wojny wówczas nie doszło) powiedział do swoich generałów: "Panowie, ukradliście mi wojnę!". Hitler bowiem był zafiksowany totalnie na punkcie swojej ideologii rasowej (która w konsekwencji doprowadziła go do klęski), był też bardzo niestabilny emocjonalnie, często wybuchał gniewem, a i zaraz potem uśmiechał się i gratulował sukcesów swoim oficerom. Ale Hitler pragnął wojny, pragnął pokazania że to co napisał w "Mein Kampf" jest prawdą, że naród niemiecki rzeczywiście jest narodem panów, a przede wszystkim że naród niemiecki jest silny i zjednoczony wokół swego wodza, a Niemcy wracają jako mocarstwo na arenę światową. Polityczne sukcesy, czyli bezkrwawe zdobywanie ziem, takie jak Anschluss Austrii czy zdobycie pasa Sudetów na granicy z Czechami, lub też Kłajpedy z Litwą, tak naprawdę Hitlera denerwowały. Bowiem polityczne nabytki nie mogły dopełnić tego, czego on pragnął i o czym pisał w "Mein Kampf", czyli zjednoczenia narodu jako nowej, czystej siły rasowej. Do tego potrzebna była wojna, przelana krew i ofiary po stronie niemieckiej, z tym że Hitler (bądź co bądź żołnierz frontowy I Wojny Światowej), nie chciał i nie pragnął takiej wojny, jaką widział w latach 1914-1918 na froncie zachodnim, czyli powolnego wykrwawiania się w okopach. Pragnął wojny - owszem, ale szybkiej, zwycięskiej, manewrowej wojny, która potwierdzi jego rasowe idee o Niemcach jako narodzie panów, o Niemcach jako zdobywcach, kruszących wszelki opór podludzi, a za takich miano właśnie Polaków, Rosjan Ukraińców, Białorusinów i wszystkich Słowian. Wojna z Polską (ale również wojna ze Związkiem Sowieckim) w rozumieniu Hitlera miała być wojną kolonialną, wojną, jaką toczyli Brytyjczycy w XIX wieku w Indiach, czyli wojną z dzikusami. Pokazaniem wyższości "narodu panów" nad bandą dzikusów, którzy nie dorośli do cywilizacji. I takiej właśnie wojny pragnął Hitler, szybkiej i zwycięskiej, dlatego też gdy - jeżdżąc we wrześniu 1939 r. za swymi armiami po Polsce - dowiadywał się o stratach ponoszonych przez Wermacht, o silnym oporze Wojska Polskiego, to po prostu (mówiąc kolokwialnie) brała go kurwica, i obsobaczał swoich generałów w sposób niesamowicie chamski. A to przecież byli żołnierze frontowi I Wojny Światowej, częstokroć cesarscy oficerowie, a tutaj kapral Hitler mieszał ich z błotem, bo coś nie stykało w jego rasowych enuncjacjach i okazywało się że "słowiańskie dzikusy" powstrzymują napór Wehrmachtu stworzonego z "narodu panów", to było dla niego nie do pomyślenia.

Należy też od razu dopowiedzieć i wyjaśnić że Hitler (wbrew temu co się o nim mówi, że był "szczurem tyłowym" w czasie I Wojny Światowej i unikał walki), Hitler nigdy nie był tchórzem i nie bał się ani świszczących nad głową kul, ani też wykonania rozkazów które często bywały niebezpieczne. To trzeba przyznać i oddać prawdę, bo tak właśnie było. Zresztą Wojna Światowa uratowała mu życie, gdyż w 1913 r. przyjechał z Austrii do Monachium jako kandydat do Akademii Sztuk Pięknych. Jednak tamtejszym profesorom jego szkice nie przypadły do gustu (nie wiem, ja może się nie znam, ale widziałem szkice Hitlera z lat późniejszych, te, które robił o krasnoludkach i królewnie Śnieżce i muszę powiedzieć że były dosyć dobre, ale może nie mam tego artystycznego drygu co owi profesorowie z Monachium). Został więc odrzucony jako kandydat do Akademii Sztuk Pięknych i w tym okresie przypadł najtrudniejszy czas jego życia, jako że finansowe wsparcie rodziny praktycznie ustało, a on wylądował w przytułku dla bezdomnych bez grosza przy duszy. Doszło też do tego że sypiał w parkach na ławkach. Ciekawa konstatacja bo 26 lat później, po swoim zwycięstwie nad Francją Hitler stał się nawet nie tyle wszechwładnym wodzem III Rzeszy, ale realnie bogiem dla milionów Niemców. Tak, Hitler w roku 1940 stał się dla Niemców bogiem. Miał wszystko czego dusza zapragnie, całe państwo niemieckie i większa część Europy stały się jego własnością. Jak to się dziwnie układają koleje ludzkiego losu - prawda? Od menela do boga - niesamowite. I właśnie wybuch I Wojny Światowej wyrwał go z tej wegetacji, z tego marazmu życiowego i dał mu nową misję życiową (jak to się skończyło oczywiście wszyscy wiemy, ale w tamtym czasie było to dla niego samego bardzo ożywcze). Hitler znajdował się w tłumie wiwatujących ludzi na monachijskim Odeonsplatz - 2 sierpnia 1914 r. (widoczny jest w tłumie na zdjęciu). Zgłosił się na ochotnika do armii już 5 sierpnia, ale został wówczas odprawiony z kwitkiem, bo nie było dla niego miejsc, jednak już 16 sierpnia dostał powołanie do 16 Rezerwowego Pułku Piechoty i po przeszkoleniu w połowie września znalazł się na Froncie Zachodnim. Brał udział w ciężkich walkach pod Ypres, gdzie o mały włos nie został ranny (pocisk dosłownie zdmuchnął rękaw jego munduru, ale ręka pozostała cała). W czasie szturmu na Gheluvelt Hitler w swych listach opisywał ataki w sposób euforyczny, chociaż inni żołnierze jego pułku pisali jakoby musieli wytrzymać "cztery straszne dni", albo w liście do matki pisał inny z żołnierzy: "To czego doświadczyłem, już wystarczy!" Hitlera zaś radowała ta bitwa (zresztą został w niej odznaczony Krzyżem Żelaznym II klasy, czyli nie mógł być tchórzem i nie chował się z tyłu, jak potem twierdzono). 3 listopada Hitler został awansowany na gefraitra (starszego szeregowego), a 9 listopada przeniesiony do sztabu pułku. Mówi się że od tej chwili Hitler już tylko sporadycznie miał kontakt z walkami na froncie, ale przecież służył jako informator przekazujący rozkazy dowództwa, a to wcale nie była łatwa i przyjemna służba, a wręcz przeciwnie. Często trzeba było się przekradać pod gradem kul z jednej pozycji na drugą i nie było że nie pójdę, bo rozkaz musiał zostać dostarczony bez względu na okoliczności - inaczej takiego żołnierza czekał sąd wojenny - czyli kara śmierci. Warto jeszcze odnotować że 5 października 1916 r. Hitler został ranny odłamkiem granatu w lewe udo, co spowodowało że stracił wiele krwi i potem długo nie mógł chodzić. 

Ta jego szaleńcza brawura ukazała się również we wrześniu 1939 r. gdy (co prawda pod silną ochroną) ale jednak jeździł za swymi armiami po Polsce. I czasem bywało tak że rankiem tego dnia przez daną miejscowość przechodziło jeszcze Wojsko Polskie, a po południu jechał tamtędy już Hitler i wystarczyłaby jakaś zbłąkana kula, jakiś rykoszet i byłoby po ptokach (🤭). Ale w wielu tych sprawach Hitler miał prawdziwego farta i to zarówno na froncie I Wojny Światowej jak i później. I to należy mu oddać Hitler się cholernik nie bał i często narażał swoje życie na niebezpieczeństwo. Ale wydaje mi się że na tym poprzestańmy i przejdźmy teraz do głównego tematu, czyli do wyjaśnienia powodów, dla których Wojna roku 1939 mogła zakończyć się dla nas zwycięstwem. Zatem do dzieła:



"SOWIECI NIE WCHODZĄ
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)






WSTĘP 


Ostatni rozkaz marszałka Polski Edwarda Śmigłego-Rydza, wydany 20 września 1939 roku w rumuńskim mieście Krajowa, zaczyna się następująco: "Żołnierze! Najazd bolszewicki na Polskę nastąpił w czasie wykonywania przez nasze wojska manewru, którego celem było skoncentrowanie się w południowo-wschodniej części Polski, tak, by mając do otrzymywania zaopatrzenia i materiału wojennego komunikację i łączność przez Rumunię z Francją i Anglią, móc dalej prowadzić wojnę. Najazd bolszewicki uniemożliwił wykonanie tego planu".

Od tamtych wydarzeń minęło 85 lat, i nikt nie zwraca uwagi, jaki dokładnie plan miało Wojsko Polskie. Kampania 1939 roku przedstawiana jest powszechnie jako chaotyczny bój odwrotowy polskiej kawalerii z niemieckimi czołgami, od samego początku skazany na porażkę. Dowódcy Wojska Polskiego przedstawiani są jako romantyczni straceńcy, cenieni tym wyżej, im mniejsze straty poniosły dowodzone przez nich wojska. Skoro wszystko i tak miało się skończyć po trzech, czterech tygodniach, to po co było walczyć?

Ocenianie przeszłych wydarzeń z perspektywy dzisiejszej nazywa się prezentyzmem. Nasze postrzeganie kampanii polskiej 1939 roku obarczone jest błędem prezentyzmu. Tymczasem Wojsko Polskie 1 września 1939 roku stanęło do walki z Wehrmachtem, mając realne szanse na zwycięstwo. Kalkulacje szans opierały się na doświadczeniach z poprzednich wojen; na pomocy sojuszników; na olbrzymiej przestrzeni, którą musieli pokonać Niemcy; na warunkach pogodowych; na obliczeniach zdolności przewozowej sieci kolejowej. Szanse te zostały pogrzebane przez najazd 17 września Armii Czerwonej sprzymierzonej z Wehrmachtem.

(...) Analizy te oparłem na badaniach prowadzonych przeze mnie od wielu już lat. Czasy studenckie zakończyłem doktoratem, wydanym jako: "Armia marszałka Śmigłego". (...) Wspólnie z Markiem Deszczyńskim zorganizowałem międzynarodową konferencję: "Kampania Polska 1939" (...) Oprócz tego pisałem artykuły i wydawałem książki o działaniach wojennych, m.in. o wojnie polsko-rosyjskiej 1920 roku i kampanii 1939 oraz o przygotowaniach do nich. (...) Mam również nadzieję że po lekturze książki Czytelnik bliższy będzie znalezienia odpowiedzi na pytanie: "kto jest winny klęski wrześniowej?"


TAK MIAŁY WYGLĄDAĆ PRZYGOTOWANIA WOJSKA POLSKIEGO DO WOJNY Z SOWIETAMI W RAMACH PLANU WSCHÓD 
(OCZYWIŚCIE PRZY ZAŁOŻENIU ŻE NIEMCY NAS NIE ZAATAKUJĄ OD ZACHODU)




DOŚWIADCZENIA I INSPIRACJE


Zwykliśmy patrzeć na wydarzenia roku 1939 ze współczesnej perspektywy, wiedząc dokładnie, jak przebiegała II wojna światowa, jakiej broni użyto i jakie były jej skutki. (...) Nasi przodkowie mieli zupełnie inne doświadczenia, a jeszcze bardziej odmienne były ich inspiracje. Niemal wszyscy pamiętali wielką wojnę - wówczas nikt nie nazywał jej "pierwszą wojną światową", bo przecież nie było "drugiej". Wojskowi studiowali natomiast ostatnie wojny - wojny, które dziś zostały już zapomniane. Warto je sobie przypomnieć.

Największy rozgłos w Europie zdobyła oczywiście wojna domowa w Hiszpanii. Rozpoczęła się w lipcu 1936 roku, gdy wojsko zbuntowało się przeciwko rządowi. Rząd Hiszpanii - utworzony przez partie Frontu Ludowego - zaczął realizować politykę Związku Sowieckiego. W pierwszych dniach wojny strona rządowa - zwana również republikańską - zdołała zdusić spisek w większości garnizonów i utrzymać kontrolę nad większością Hiszpanii. Strona wojskowa - zwana również jako rebelianci, narodowcy, frankiści od nazwiska generała Francisco Franco - szybko zmobilizowała siły i ruszyła do ataku na stolicę państwa - Madryt.




Wojska generała Franco wyruszyły na Madryt w lipcu, a już w listopadzie rozpoczął się szturm na stolicę. Przez obserwatorów manewry te zostały uznane za błyskawiczne. Szturm na Madryt nie powiódł się, a wojska obu stron utknęły w okopach. Kilkukrotnie próbowano przywrócić wojnie charakter manewrowy, ale rzadko kiedy przynosiło to rezultaty. Strona republikańska otrzymała olbrzymią pomoc od Związku Sowieckiego. Strona narodowa wspierana była przez Włochów i - w mniejszym stopniu - przez Niemców. Wojna zakończyła się wiosną 1939 roku, gdy - niemal dosłownie - rozpadło się państwo republikanów. (...)

Wojna domowa w Hiszpanii przyniosła jej obserwatorom wiele materiału do przemyśleń, z tym że wnioski, jakie na ich podstawie wyciągnięto, były wzajemnie sprzeczne. Zgadzano się tylko z jednym - wojna domowa w Hiszpanii była klęską Związku Sowieckiego. Klęską na każdym szczeblu: militarnym, technicznym, ekonomicznym, ideologicznym i politycznym. Okazało się, że sowiecka sztuka wojenna - szczególnie jakość i styl dowodzenia - stoi na dużo niższym poziomie, niż sztuka wojenna Zachodu. (...) Uwagi obserwatorów nie umknął również fakt, że najbardziej zaawansowane systemy uzbrojenia sowieckiego są kopiami - licencyjnymi bądź bezlicencyjnymi - rozwiązań zachodnich. Artyleria pochodziła z czasów carskich (a właściwie z licencji zakupionych za cara), czołgi z Wielkiej Brytanii lub Stanów Zjednoczonych, a silniki lotnicze z Francji, Niemiec bądź Ameryki.

Fatalne wrażenie - szczególnie na lewicy - sprawiał fakt, że pomoc sowiecka była całkowicie odpłatna. Republika wysłała do Związku Sowieckiego 2/3 swoich olbrzymich - czwartych na świecie - rezerw walutowych: 176 ton złota przez Francję i 510 ton drogą morską. Według dzisiejszych cen wartość tego złota wyniosłaby około 30 miliardów dolarów. Gdy jesienią 1938 roku hiszpańskie zapasy złota się skończyły - skończyła się również pomoc sowiecka. (...) Moskwa nie miała skutecznych rozwiązań dyplomatycznych - republikański rząd Hiszpanii stawał się coraz bardziej izolowany, izolowany był również Związek Sowiecki. Pod koniec 1938 roku prestiż Sowietów sięgnął dna: nie tylko rozpadły się fronty ludowe w innych państwach, ale powstała nawet - konkurencyjna dla stalinowskiej - trockistowska międzynarodówka komunistyczna.

Czysto militarne wnioski z hiszpańskiej wojny domowej były, jak wspomniano, wzajemnie sprzeczne, a przez to mylące. Okazało się, że uderzenia kolumn zmechanizowanych są w warunkach europejskich niemożliwe do przeprowadzenia. Również czołgi okazały się mniej warte, niż się spodziewano. Co więcej, małe włoskie czołgi zwane tankietkami wydawały się dobrym
rozwiązaniem: choć miały małą siłę ofensywną, to były niewielkie i względnie trudne do zniszczenia. Czołgi większe - których reprezentantami były sowieckie T-26 oraz BT - były podatne na ogień przeciwpancerny tak samo jak tankietki. Uznano, że w roli broni przeciwpancernej doskonale sprawdza się broń uniwersalna: najcięższe karabiny maszynowe (działka) kaliber 20 mm, ciężkie rusznice przeciwpancerne oraz działa piechoty. Wyspecjalizowane armaty przeciwpancerne zdawały się nadmiernym luksusem i należało skierować je do odwodów dywizyjnych.

Przewidywano, że przyszła wojna będzie podobna do wielkiej wojny - potwierdzał to również przebieg wojny hiszpańskiej. Walki miały charakter pozycyjny, nawet w kluczowych dla losów wojny miejscach. Ciężkie walki o Madryt trwały przez blisko pół roku, nie dały żadnego rozstrzygnięcia, a następnie front stał w miejscu - na przedpolach stolicy - przez równe dwa lata. Wojnę manewrową można było prowadzić jedynie wobec zdemoralizowanego przeciwnika, jak latem 1936 roku, gdy frankiści opanowali zachodnią Hiszpanię, jak latem 1937 roku, gdy uderzono na osłabionych wewnętrznymi sporami Baskijczyków i Asturyjczyków, czy tak jak latem 1938 roku, gdy republika chwiała się w posadach. Inne wielkie bitwy - Brunete, Teruel, Ebro, były zbliżone charakterem do bitwy pod Verdun z 1916 roku: trwały tygodniami a nawet miesiącami i polegały na zamiennym ostrzale artyleryjskim oraz szturmach piechoty. Były to bitwy materiałowe, wygrywała w nich ta strona, która miała lepiej rozwiniętą służbę kwatermistrzowską zapewniejącą amunicję, oraz służbę uzupełnień zapewniającą mięso armatnie. 

(...) Do czasów wojny domowej w Hiszpanii duże znaczenie dla rozwoju lotnictwa wojskowego miała doktryna Giulia Dougheta, włoskiego generała, który zakładał że masowe bombardowania miast doprowadzą do kapitulacji całego państwa (jednak, co ciekawe, to paradoksalnie wcale nie niemieckie lotnictwo czy czołgi były siłą przełamującą pozycje wroga, a właśnie artyleria, która była prawdziwą pancerną pięścią Wehrmachtu). Gdy 26 kwietnia 1937 roku samoloty włoskie i niemieckie zbombardowały historyczną stolicę Basków - Guernicę - postronnym obserwatorom mogło się zdawać że Doughet miał rację: republikanie ogłosili że zginęło 1700 cywilów a 3/4 miasta zostało doszczętnie spalone. W kręgach specjalistów szybko pojawiły się wątpliwości, a neutralni obserwatorzy - w tym brytyjscy i polscy - zauważyli, że charakter zniszczeń przypomina raczej planowe wyburzenia niż efekt bombardowania (np. zniszczone zostały trzy dzielnice mieszkaniowe, czwarta dzielnica o charakterze symbolicznym zachowała się w zadziwiająco dobrej kondycji). Dziś wiemy też, że ofiar nie było 1700 tylko ponad 10 razy mniej (zachowane dokumenty ze szpitali mówią o 120 zabitych, choć mogło ich być więcej).




Ataki powietrzne na inne miasta republikańskie potwierdzają niewielką skuteczność bombardowań. Madryt - leżący tuż za frontem, w zasięgu nie tylko bombowców, lecz także ognia artylerii - był bombardowany regularnie i systematycznie. Ataki te nie wpłynęły w znaczący sposób na sytuację militarną ani na morale mieszkańców (chociaż rząd opuścił miasto). (...) Teoria Dougheta nie została potwierdzona w praktyce. Rozbudowa sił bombowych jako rdzenia sił powietrznych okazała się nietrafionym rozwiązaniem.

Uznano natomiast, że bardzo duży wpływ na działania wojenne mają ataki szturmowe na wojska walczące w polu. Najlepszym dowodem na to było zatrzymanie ataku włoskiej kolumny zmechanizowanej na Madryt pod Guadalajarą. Nie zwrócono uwagi, że było to związane ze specyficzną sytuacją pogodową (lotniska włoskie tonęły w deszczu i błocie, czołgi włoskie tonęły w błocie, ale niebo nad nimi było błękitne i republikanie mieli suche lotniska i wspaniałą pogodę). (...) Po 1939 roku - nawet w kampanii polskiej - Piechota strzelała do wszystkiego, co latało, nie patrząc na przynależność państwową (ewenementem pod tym względem był amerykański 10 Pułk Piechoty, który podczas II Wojny Światowej masowo strzelał również do własnych samolotów, a żołnierze tego pułku powtarzali że w powietrzu mają dwóch wrogów: Luftwaffe i US Air Force. Było to spowodowane tym, że pułk ten ponosił znaczne straty w czasie tak zwanego "friendly fire" - który nadchodził właśnie z powietrza).

Wojna domowa w Hiszpanii sprawiła, że nieco inaczej niż dziś postrzegano Włochy. Być może jeszcze większe znaczenie miała wojna abisyńska, która wprowadziła Italię Mussoliniego do pierwszej ligi światowych mocarstw, będącym w stanie prowadzić długotrwałą wojnę na innym kontynencie, nie zważając na opinie - i sprzeciw - innych potęg (II Wojna Światowa bardzo szybko podważyła tę opinię, jako że Włochy stojąc po stronie Niemców były dla nich obciążeniem, a nie wsparciem. Dlaczego bowiem jesienią 1943 załamał się front wschodni? Dlatego że dywizje które miały pójść do walki z Sowietami, zostały skierowane przez Hitlera na front włoski {i częściowo do Francji}, gdzie po upadku Mussoliniego i kapitulacji Włoch przed Aliantami - 3 września 1943 r. - tamtejsze "miękkie podbrzusze Europy" mogło spowodować, że Alianci wdarli by się z południa do Niemiec, a ze wschodu do Francji. Włochy zresztą trzeba było wspierać militarnie już wcześniej w północnej Afryce i dla III Rzeszy w tych warunkach znacznie lepszym wyjściem było, aby Włochy nie przystępowały do wojny, a zachowały wobec Niemiec życzliwą neutralność, to by było znacznie bardziej korzystne, niż żałosna wojna jaką toczyli Italiańcy. Co ciekawe, latem 1940 r. Hitler chciał namówić gen. Francisco Franco - dyktatora Hiszpanii, aby również Hiszpania przyłączyła się do wojny. Ten jednak przedstawił Hitlerowi tak długą listę życzeń, których spełnienie doprowadziłoby niemiecki przemysł zbrojeniowy do upadku, a przynajmniej potwornej niewydolności, gdyż Franco - być może blefował, być może nie - twierdził, Hiszpania potrzebuje praktycznie wszystkiego i obecnie nie jest zdolna aby włączyć się do wojny. I rzeczywiście, chociaż początkowo Hitler złorzeczył na Franco, twierdząc że "wolałby dać sobie wyrwać wszystkie zęby, niż jeszcze raz z nim rozmawiać", to jednak, paradoksalnie nie włączenie się Hiszpanii do wojny po stronie III Rzeszy było dla Niemiec korzystne, podobnie zresztą jak dla Hiszpanii, i tak samo mogło być w przypadku Włoch. Zresztą w ostatnich dniach swego życia, w bunkrze kancelarii Rzeszy w Berlinie, Hitler twierdził, że największym błędem jego życia było wsparcie, jakie udzielił Włochom Mussoliniego).




(...) Wojna w Abisynii, wojna domowa w Hiszpanii, oraz odległa wojna japońsko-chińska zdawały się potwierdzać przewidywania teoretyków wojskowych: dopóki przeciwnicy są dobrze przygotowani do walki, działania wojenne przypominają walki pozycyjne, toczone jak w wielkiej wojnie z lat 1914-1918. (...) Szybkie manewry i błyskawiczne rozstrzygnięcia są możliwe tylko wówczas, gdy przełamie się morale jednej z armii. (...) Wrzesień 1939 roku był więc dla wszystkich dowodem na to, że Rzeczpospolita Polska była państwem kalekim. Przekonanie to - wzmocnione sowiecko-fińską wojną zimową - trwało do maja 1940 roku, czyli do upadku Europy Zachodniej. 

Wojna w Hiszpanii była toczona w państwie o podobnym stopniu rozwoju gospodarczego i militarnego co Polska. Była to jednak wojna domowa, Polska natomiast przygotowywała się do wojny koalicyjnej. Dlatego też badano doświadczenia państw średniej wielkości, oddalonych od swych potężnych sojuszników, państw zmuszonych do walki z silniejszym przeciwnikiem i pokładających nadzieję, że wojna koalicyjna zakończy się ostatecznym zwycięstwem. 

Takimi państwami były w czasie wielkiej wojny Serbia i Rumunia. (...) Austro-Węgry miały dwóch potencjalnych wrogów: Serbię na południu i Rosję - sojuszniczkę Serbii - na północy. Latem 1914 roku siły zbrojne Austro-Węgier podzielono na trzy rzuty: trzy armie strzegły granicy z Rosją, dwie armie szykowały się do ataku na Serbię, a jedna armia stanowiła rezerwę, która mogła być wykorzystana do obrony na północy, albo do ataku na południu.

Gdy Austro-Węgry zaatakowały Serbię 28 lipca 1914 roku, do wojny włączyła się Rosja. Konieczność przerzucenia na północ armii rezerwowej, opóźniła habsburskie działania wojenne. Główne uderzenie na Serbię ruszyło dopiero 12 sierpnia i to siłami jedynie dwóch armii. Na Bałkanach panowała niemal idealna równowaga sił: austriacki dowódca Feldzugmeister Oskar Potiorek miał 275 batalionów piechoty i 510 dział, a serbski wojewoda Radomir Putnik - 270 batalionów piechoty i 528 dział. Serbowie mieli jednak istotną przewagę, ponieważ znali plany inwazji armii austro-węgierskiej, wydane im przez zdrajcę pułkownika Alfreda Riedla. Serbom udało się zatrzymać pierwsze uderzenie wroga, a nawet - wraz z Czarnogórcami - przeprowadzić niezbyt udaną ofensywę w Bośni. We wrześniu jednak wojska Potiorka sforsowały rzekę Drinę, pobiły obrońców i - po trwających kilka tygodni walkach pozycyjnych - w początkach grudnia zajęły opuszczony Belgrad.




Do jesiennych porażek armii serbskiej przyczyniła się techniczna przewaga wroga oraz brak właściwego uzbrojenia, a zwłaszcza amunicji, której nie produkowano na miejscu, lecz sprowadzano ją z zagranicy. Brak bezpośredniego połączenia morskiego z sojusznikami zmuszał Serbów do korzystania z tranzytu przez państwo neutralne. Grecy zgodzili się udostępnić port w Salonikach dla francuskich statków z pomocą dla Serbii, jednak bardzo niechętnie. Grecy - a szczególnie ich król - mieli ochotę na Macedonię, pozostającą wówczas w granicach Serbii. Gdyby nie interwencja Paryża, Grecja stałaby się wrogiem Serbii. Materiałowa pomoc aliantów dotarła do Serbii - via Saloniki - po dwóch miesiącach, niemal w tym samym czasie, gdy Serbowie zmuszeni byli oddać swoją stolicę. Pomoc wykorzystano niemal natychmiast do przeprowadzenia rozpaczliwej ofensywy i 15 grudnia 1914 roku odzyskano Belgrad. Wówczas to na froncie bałkańskim zapadła cisza - podobna do opisanej przez Remarque'a w "Na zachodzie bez zmian" na 10 długich miesięcy.




7 października 1915 roku armia austro-węgierska - wzmocniona posiłkami niemieckimi - uderzyła ponownie i po dwóch dniach zajęła Belgrad. Serbowie wycofali się w jako takim porządku na południe, utrzymując linie komunikacyjne z Salonikami. Połączenie zostało przerwane przez uderzenie bułgarskie. 11 października 1915 roku Bułgaria opowiedziała się przeciwko entencie i zaatakowała - aż ciśnie się na usta słowo: zdradziecko - Serbię. Wojewoda Putnik próbował - bez powodzenia - zorganizować odwrót przez Macedonię do Grecji, ostatecznie jednak został zmuszony do wydania 25 listopada rozkazu sauve qui peut ("ratuj się kto może"). Nakazywał on całej armii opuszczenie terytorium państwa i połączenie się z wojskami sojuszniczymi. Wraz z armią Serbię mieli opuścić także urzędnicy państwowi oraz... chłopcy od 12 roku życia, by ewakuować także przyszłych poborowych. Serbska armia została rozproszona. Jedyna droga ucieczki wiodła przez górzystą Albanię. 12 grudnia pierwsi szczęśliwcy weszli na pokłady alianckich okrętów. "Szczęśliwcy", bowiem zimowe warunki w albańskich górach były zabójcze i jedynie 155 000 Serbów dotarło do wybrzeży Adriatyku. Ponoć dwa razy tyle zginęło z głodu i chłodu, a wśród ofiar były też tysiące austro-węgierskich jeńców. Spośród 30 000 chłopców w wieku 12 - 18 lat ewakuowanych z Serbii jedynie 7 000 dotarło na Korfu: 15 000 zginęło jeszcze w górach, 6 000 w Albanii, oczekując na zaopatrzenie (...) a 2 000 podczas krótkiej podróży morskiej.

Króla Piotra, wojsko oraz rząd - w którym poczyniono pewne zmiany zgodnie z francuskimi sugestiami - ulokowano na greckich wyspach, przede wszystkim na wspomnianej Korfu. Armią - ze względu na śmiertelną chorobę Putnika dowodził  teraz Petar Bojowić, a następnie Żiwoin Miszić - zreorganizowano i dozbrojono, a następnie wysłano na front. W tym czasie siły ententy w Grecji stawały się coraz większe (...) Na froncie macedońskim - oprócz sześciu dywizji serbskich - walczyli Brytyjczycy, Włosi, Grecy, Rosjanie i właśnie Francuzi. Do pierwszej ofensywy wojsk ententy doszło jesienią 1916 roku. Nie osiągnęła ona większych sukcesów i przez wiele kolejnych miesięcy wojna na tym froncie miała charakter pozycyjny. Dopiero 15 września 1918 roku ruszyła operacja, która miała zakończyć się sukcesem. Serbskie i francuskie dywizje zdołały przełamać front, a po dwóch tygodniach walk Bułgaria poprosiła o zawieszenie broni. Dywizje brytyjskie i greckie ruszyły na wschód, w stronę Stambułu, a Francuzi i Serbowie na północ, w stronę Belgradu. 5 listopada miasto było wolne, a 10 listopada siły aliantów sforsowały Dunaj. To właśnie błyskawiczne uderzenie na Bałkanach zadecydowało o militarnym wyniku wielkiej wojny: w przeciągu sześciu tygodni wszyscy sojusznicy Austro-Węgier i Niemiec musieli prosić o zawieszenie broni. Autorem zwycięstwa był dowódca sił ententy na Bałkanach: Louis Franchet dEsperey. W uznaniu jego zasług tuż po wojnie nadano mu tytuł marszałka dwóch państw - Francji i Serbii.




(...) Wiedza o losie Serbii i o wydarzeniach walk na Bałkanach - choć dziś zapomniana - była doskonale znana oficerom i politykom II Rzeczypospolitej.


CDN.

02 sierpnia 2025

RAPORT GEHLENA - Cz. I

CZYLI JAK TO NIEMCY ZAMIERZALI
STWORZYĆ WŁASNY RUCH OPORU,
WZORUJĄC SIĘ NA POLSKICH
DOŚWIADCZENIACH
KONSPIRACYJNYCH


"DNIA PIERWSZEGO WRZEŚNIA, ROKU PAMIĘTNEGO, WRÓG NAPADŁ NA POLSKĘ Z KRAJU SĄSIEDNIEGO..."




Dziś postanowiłem zaprezentować raport niemieckiego oficera - Reinharda Gehlena (oficera Wehrmachtu w stopniu generała majora, po wojnie zaś twórcy współczesnego niemieckiego wywiadu wojskowego, a także autora - lub współautora - terminu "polskie obozy koncentracyjne" - prawdopodobnie ok. 1956 r., mającego znieść z Niemców odium morderców i niszczycieli Europy {nikt bowiem po wojnie nie chciał z Niemcami handlować, dlatego też należało coś wymyślić, aby zmienić ten stan rzeczy i Gehlen wymyślił... "coś" co do dziś jeszcze pokutuje w mediach większości państw, czyli kłamliwy termin "polskie obozy koncentracyjne " i "polskie obozy zagłady", sugerujący jakoby Polacy byli współwinnymi - wraz z nieokreślonymi i nie posiadającymi narodowości "nazistami" - zagłady i mordów podczas II Wojny Światowej). W tym temacie zaprezentuję mianowicie dokument Reinharda Gehlena, sporządzony 4 kwietnia 1945 r. (czyli już pod koniec wojny), w którym ten postuluje, aby po klęsce i okupacji Niemiec przez zwycięskie mocarstwa, stworzyć powszechny niemiecki ruch oporu i państwo podziemne, które przygotowywałoby się do odbudowania Niemiec i wypędzenia okupantów z ziem Rzeszy. Prezentując ów plan skupił się na przykładzie Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego, stawiając konspiracyjne umiejętności Polaków, jako wzór dla Niemców, którzy znaleźliby się w takim samym położeniu.

Raport zaprezentowany Heinrichowi Himmlerowi wzbudził początkowo jego zainteresowanie, ale potem Himmler przestraszył się konsekwencji prób jego wdrożenia w życie. Mianowicie, jeszcze żył Hitler, który nie zamierzał tworzyć jednostek w konspiracji i wszelkie takie myśli uważał za zdradę. Dlatego też Himmler ostatecznie plan odrzucił, mówiąc że nie chce aby okrzyknięto go "pierwszym defetystą III Rzeszy". Plan trafił więc do kosza, choć został sporządzony w sposób szczegółowy (z drobnymi wszakże błędami), przez niezwykle inteligentnego człowieka, który już od 1943 r. (a być może nawet wcześniej), zdawał sobie sprawę z nieuchronnej klęski III Rzeszy i postanowił ratować to, co uważał za ratunku warte, czyli niemieckie państwo i niemiecki naród. Po wojnie zgłosił się na służbę do Amerykanów (już 22 maja 1945 r.) i z ich pomocą zaczął odbudowywać niemiecki wywiad (początkowo od 1946 r. pod nazwą "Organizacja Gehlena"). W 1956 r. został założony Bundesnachrichtendienst (czyli BDN - Federalna Służba Informacyjna, niemiecki wywiad), powstały właśnie ze struktur "Organizacji Gehlena". Pierwszym Szefem BND aż do 1968 r. był właśnie Reinhard Gehlen. Raport Gehlena został podzielony na kilka działów, opisujących zarówno tło międzynarodowe przed wybuchem II Wojny Światowej, jak i wewnętrzną i międzynarodową politykę Polski (tutaj popełnił jednak kilka błędów), atak Niemiec z 1 września i całą Kampanię wrześniowo-październikową, polskie ośrodki konspiracyjne (tu również są błędy, dzieli on bowiem polską konspirację i polski wywiad na "narodowo-polski" i "komunistyczny", traktując te dwie organizacje jako sobie równorzędne, co nie miało żadnego przełożenia na rzeczywistość). 

Opisuje on także sytuację w okupowanej przez Niemców Polsce, zarówno przed, w trakcie jak i po wybuchu Powstania Warszawskiego, oraz sytuację międzynarodową Polski po zakończeniu walk o stolicę. Poza tym mówi o powstaniu polskiego wywiadu we Francji podczas wojny (kiedyś opiszę to, jak Polacy stworzyli własny wywiad w okupowanej Francji, który swym rozmachem przyćmił francuski - ciekawe, Polacy nawet we Francji potrafili stworzyć większy ruch oporu niż sami Francuzi, nic zatem dziwnego że Gehlen w swym planie to właśnie Polaków stawia za wzór dla Niemców dla tworzenia organizacji konspiracyjnych), a także o jego likwidacji, oraz wielu innych wydarzeniach z lat wojennych, mających bezpośredni związek z Polską. No cóż, to tyle wstępu, przejdźmy zatem do prezentacji samego raportu generała majora Reinharda Gehlena (pozwolę sobie również od czasu do czasu dodać mój komentarz, który będzie umieszczony w nawiasie i wyróżniający się błękitnym kolorem). 



RAPORT GEHLENA





TAJNE - W GESTII DOWÓDZTWA
PROJEKT
SPORZĄDZONO 6 KOPII
6 KOPIA


SIŁY WOJSKOWE I WYWIADOWCZE 
W OGÓLNYCH RAMACH 
POLSKIEGO RUCHU OPORU



CZĘŚĆ I. SYTUACJA PRZED POWSTANIEM WARSZAWSKIM


A. WEWNĄTRZPOLITYCZNE POŁOŻENIE POLSKI PRZED 1939 r.






Przemożny wpływ na życie narodowe i państwowe w Polsce przed rokiem 1939 wywierały liczne partie, podlegające ustawicznym przegrupowaniom i rozwarstwieniom. Piłsudski przemocą i z charakterystycznym dla siebie rustykalnym grubiaństwem próbował położyć kres temu złu i zjednoczyć Polaków wokół swego autorytetu, daremnie. Po jego śmierci partie polityczne wyłamały się spod kontroli. Nie było ponadto następcy, który przejąłby po Piłsudskim przywódcze dziedzictwo. Kręgiem najbliższym Piłsudskiemu była tzw. grupa pułkowników. Z dużym trudem udało jej się na tyle stłumić wewnętrzne sprzeczności, że w kraju nie doszło do poważniejszego przewrotu (w rzeczywistości po śmierci Marszałka w maju 1935 r. nastąpiła dekompozycja, czyli rozpad obozu piłsudczykowskiego na kilka ośrodków: ośrodek prezydencki, czyli Zamek pod przewodnictwem prezydenta Ignacego Mościckiego i ośrodek rządowy pod przewodnictwem premiera Walerego Sławka. Potem doszedł również Generalny Inspektor Sił Zbrojnych, czyli Naczelny Wódz podczas wojny w osobie marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego. Już w 1936 ośrodek rządowy został całkowicie zmarginalizowany, a grupa pułkowników utraciła realny wpływ na rządy. Odtąd były tylko dwa duże ośrodki polityczne w Polsce - prezydencki i marszałkowski i dwa mniejsze ośrodki w ministerstwie spraw zagranicznych, kierowanym przez Józefa Becka i ministerstwie skarbu niepodzielnym "królestwie" Eugeniusza Kwiatkowskiego, genialnego twórcy m.in.: portu w Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego. Ciekawe są też kłótnie o pieniądze pomiędzy marszałkiem Rydzem-Śmigłym, który chciał aby z budżetu państwa więcej środków przeznaczyć na rozbudowę armii i floty, a ministrem Kwiatkowskim, który nie zamierzał pozbywać się nadwyżki budżetowej na wypadek wojny. Podczas jednej z takich "rozmów", na kolejne odmowy Kwiatkowskiego w tej kwestii, zdenerwowany Rydz-Śmigły miał do niego powiedzieć: "Jesteś niczym Archimedes, pogrążony w obliczeniach, który nie dostrzega jak wróg się wdziera z mieczem w dłoni i tym mieczem rozpłata ci łeb").

Sposobem na jednoczenie stanowisk i jednocześnie wentylem bezpieczeństwa okazała się wspierana ze wszystkich sił przez państwo postawa antyniemiecka. Ponad pojedynczymi partiami, wskutek kumulacji sił powstały ostatecznie cztery duże bloki polityczne:


 BLOK RZĄDOWY (SANACJA)

Sanacja (uzdrowienie państwa, skrót OZON = OZN) (Obóz Zjednoczenia Narodowego) opierała się głównie na następujących grupach:
grupa pułkowników
bezpartyjni zwolennicy Piłsudskiego
Partia Ludowa (SL = Stronnictwo Ludowe) (błąd! Stronnictwo Ludowe nigdy nie popierało Marszałka, ani obozu sanacji, było zaś partią opozycyjną. Gehlen popełnia tu jeden z kilku kolejnych poważnych błędów w swym raporcie).
Partia Robotnicza (SP = Stronnictwo Pracy) (kolejny błąd, Stronnictwo Pracy również było w opozycji do rządów Sanacji).
Mniejszości (z dużymi zastrzeżeniami)
Silny udział w bloku rządowym mieli Żydzi (następny błąd, ludność żydowska mocno popierała Piłsudskiego, ale nie stanowiła rządowego zaplecza obozu sanacyjnego).
Blok rządowy systematycznie sabotował zapoczątkowane za Piłsudskiego porozumienie polsko-niemieckie i w końcu całkowicie je odwrócił (błąd! Po śmierci Marszałka sojusz polsko-niemiecki był kontynuowany w całej pełni, a nawet zaczęto stawiać te dwa kraje za wzór, pokazujący radykalną zmianę stosunków, od wzajemnej wrogości do bardzo dobrych relacji. Porozumienie to zniszczyli Niemcy, dążący do wcielenia do Rzeszy Gdańska i włączenia Polski do bloku antykominternowskiego przeciwko Związkowi Sowieckiemu. To by oznaczało wasalizację Polski i na to rząd, który tworzyli ludzie zahartowani w rewolucyjnej i narodowowyzwoleńczej pracy, nie mogli się zgodzić. Tym bardziej że zwycięstwo Niemiec nad Rosją Sowiecką nie leżało w polskim interesie, podobnie zresztą i w druga stronę - opanowanie Niemiec przez Sowiety musiało odbyć się kosztem polskiej niepodległości). Minister spraw zagranicznych Beck, sam był przykładem tej przemiany. Pewne sukcesy w trakcie kryzysu czeskiego (obszar cieszyński) potrafił rząd przy pomocy krzykliwej propagandy zręcznie przedstawić jako wielki sukces państwa. Cały naród został bez skrupułów wpędzony w obłęd antyniemieckiej nagonki (aż do kwietnia 1939 r. i oficjalnych niemieckich żądań terytorialnych, nie było żadnej "antyniemieckiej nagonki", a rząd raczej starał się zachować dobre relacje zarówno z Berlinem, jak i z Moskwą), przy czym w mowie, piśmie i obrazie wyzbyto się wszelkich hamulców (bitwa pod Grunwaldem, żądanie całych Prus Wschodnich oraz granicy na Odrze) (kolejny błąd - hasła takie wysuwał opozycyjny oraz wrogi Piłsudskiemu i Sanacji - obóz narodowy, czyli Obóz Narodowo-Radykalny "Falanga" oraz Polski Związek Zachodni, który nie był partią polityczną, a organizacją dążącą do przesunięcia granic Polski na zachód). Co prawda nie brakowało ostrzegawczych głosów. Ale rządowi to oszołomienie było bardzo na rękę, a naród był nim wręcz zaślepiony. 


BLOK PRAWICOWO-RADYKALNY (NARODOWCY)

 Blok prawicowo-radykalny tworzą narodowcy. Zgadzali się oni z blokiem rządowym w kwestii antyniemieckiej nagonki oraz przekraczających wszelką miarę żądaniach terytorialnych. Natomiast w przeciwieństwie do sanacji narodowcy są nastawieni jednoznacznie antysemicko oraz reprezentują tendencje autorytarne (owszem, obóz radykalnej prawicy opowiadał się przeciwko dominacji Żydów w Polskiej polityce i gospodarce, ale nigdy nie planowano żadnych krwawych rozpraw z Żydami, raczej dąrzono do znalezienia dla nich innej ziemi, np. na Madagaskarze lub na Bliskim Wschodzie. Poza tym podczas wojny wielu dawnych narodowców, głoszących antyżydowskie hasła, sami z narażeniem życia własnego i swoich bliskich ukrywało Żydów przed Niemcami. Taka to była ta nasza - nawet narodowa - antysemickość). Nigdy jednak z ich szeregów nie wyszła silna osobowość przywódcza. Jako swojego duchowego ojca postrzegają Dmowskiego, wielkiego antagonistę Piłsudskiego z czasów wojny światowej, który w przeciwieństwie do demokraty, względnie socjalisty Piłsudskiego szukał - jakby odwracając wektory - po stronie Rosji rozwiązania kwestii polskiej. Panslawistyczne idee są w środowisku narodowców hołubione tylko wtedy, gdy Polakom przyznawana jest przywódcza rola wśród narodów zachodniosłowiańskich. Wspólnie z sanacją reprezentują silne tendencje mocarstwowe ("Od morza do morza").


BLOK LEWICOWO-RADYKALNY (LEWICA)

 Blok lewicowo-radykalny składał się oficjalnie z lewego skrzydła PPS (Polska Partia Socjalistyczna) i wielu małych grupek lewicowych, natomiast nieoficjalnie z zakazanej partii komunistycznej (PPR) (PPR, czyli Polska Partia Robotnicza, powstała dopiero w styczniu 1942 r. a jej prekursorami byli zrzuceni do kraju na spadochronach z Moskwy polscy komuniści - pod przewodnictwem towarzysza "starego" czyli Marcelego Nowotki, z tzw. grupy inicjatywnej. Była to partia całkowicie marginalizowana i nie posiadająca żadnego zaplecza osobowego, jedyną jej możliwością, na zdobycie władzy w kraju po zakończeniu wojny, było opanowanie Polski przez Armię Czerwoną, co też się stało. Natomiast przed wojną istniała KPP, czyli Komunistyczna Partia Polski, rozwiązana przez Stalina w 1938 r. a jej przywódcy i członkowie w dużej większości zostali wymordowani w pokazowych procesach politycznych w Związku Sowieckim. Inna sprawa jest taka, że zarzut Stalina jakoby KPP została przefiltrowana przez policję i polski wywiad niewiele odbiegała od prawdy). Prosowieckie nastawienie względnie prosowiecka uległość określa postawę tej grupy. Jej wpływ stale wzrastał (wraz z opanowywaniem kraju przez Armię Czerwoną). Brała ona poważny udział w antyniemieckiej nagonce przy czym zręcznie stosowała narodowy kamuflaż (błąd! KPP była bardzo przychylna Niemcom przed wybuchem wojny. Nawoływała też do oddania Niemcom całego Śląska, nazywając jego włączenie do Macierzy w czerwcu 1922 r. "polską okupacją", Pomorza i Wielkopolski. Była to bodajże najperfidniejsza ze wszystkich polskich partii politycznych. W czasie wojny oczywiście komuniści z PPR-u zaczęli głosić hasła antyniemieckie, ale i tak walka z Niemcami nie należała do ich priorytetów. Priorytetem była walka z polskim rządem i podległymi mu formacjami Polskiego Państwa Podziemnego)


MNIEJSZOŚCI

Mniejszości w przedwojennym państwie polskim stanowiły odrębny rozdział, zwłaszcza że stanowiły około jednej trzeciej ogółu mieszkańców państwa. Zasadniczo we wszystkich warstwach społeczeństwa polskiego istniała tendencja do asymilowania mniejszości (jedną z tendencji ku temu prowadzących była próba utożsamienia Polski z nową, lepszą jakością życia dla tych ludzi. Chodziło o to, żeby przez wzrost ich zamożności i poprawę warunków bytowych zarówno Rusini jak i Żydzi czy Litwini utożsamiali się nie tylko jako obywatele polscy, lecz w ogóle jako Polacy. Taka polityka - szczególnie w województwach wschodnich - była realizowana bardzo nierównomiernie i niekonsekwentnie - niestety. Ale obraz większych miast Wschodu - szczególnie w latach 30-tych przybrał już w co najmniej 90 do 100% polski charakter. Dominowały tam bowiem polskie ośrodki kulturalne, biblioteki, teatry, kina, opery, kawiarnie gdzie często przygrywano szlagiery z lokalnych polskich rozgłośnij radiowych. Kresy nasze wracały do Macierzy również symbolicznie I duchowo, wydarte nam wcześniej przemocą przez zaborców, ponownie przybierały charakter odwiecznej swej wierności Orłu Białemu. Nie jest to wcale określenie na wyrost, podam przykład gdy w 1645 r. król Władysław IV Waza w ramach sojuszu z Moskwą {przygotowując się do wielkiej wojny z Imperium Osmańskim} przekazał Moskwie miasto Trubczewsk - którego ludność była pochodzenia rusińsko-moskiewskiego, a w mieście wyznawano prawosławie, okazało się że mieszkańcy miasta wcale nie pragną wrócić do swoich współwyznawców. Rada miasta wysłała delegację na Sejm aby błagać króla żeby tego nie czynił, i jednocześnie przygotowywano się do obrony miasta przed spodziewanym atakiem Moskali. Ci ludzie - choć byli pochodzenia ruskiego, a nawet moskiewskiego - to czuli się Polakami, gdyż polskość była równoznaczna z wolnością i z przywilejami, a przede wszystkim z kulturą, gdyż w tamtym czasie w Moskwie cała duchowa reforma kleru prawosławnego {łącznie z nauką mnichów czytania i pisania bo to było bardzo rzadkie wśród Moskali} szła z Patriarchatu Kijowskiego, czyli z Rzeczpospolitej). Tylko wobec Żydów panowała ze strony szerokich kręgów społecznych oraz bloku prawicowo-radykalnego pewna niechęć (jednak w żadnym wypadku nie przybrała ona tak oczywistego i ostrego charakteru jak w norymberskich ustawach żydowskich). Żydzi mieli duże wpływy zarówno w polskim narodzie, jak i w strukturach państwa (błąd! Żydzi mieli nikłe wpływy w administracji rządowej i w polityce, ale stanowili silną konkurencję dla handlu polskiego w gospodarce, stąd hasła antyżydowskie były w polskiej perspektywie jedynie hasłami walki gospodarczej, a nie politycznej czy etnicznej. Wzrost liczby Żydów w polskiej polityce można odnotować dopiero z chwilą gdy po roku 1944 przyszli oni ze wschodu w sowieckich mundurach, by potem założyć mundury polskie - pełniąc funkcję PoP-ów - czyli "Pełniących obowiązki Polaków" jak ich nazywano). 

Piłsudski nie podzielał żadnych tendencji antysemickich. Miał żonę Żydówkę (błąd! Marszałek nie miał żydowskiej żony, to jest wymysł, autor posługuje się w tym przypadku zwykłą plotką. Natomiast prawdą jest że stosunek Piłsudskiego do Żydów był dość przyjazny). Walka z mniejszościami nie dotyczyła mniejszości jako takich, lecz tych ich części, które dochowywały wierności swemu narodowi. Walka ta, zwłaszcza przeciwko narodowości niemieckiej i ukraińskiej, była twarda i krwawa. Strona polska nie przedstawiła żadnych pozytywnych propozycji ani nie podjęła kroków w celu pokojowego rozwiązania kwestii mniejszości narodowych (tutaj akurat muszę się zgodzić z autorem).



B. SPÓR NIEMIECKO-POLSKI PRZED 1939 r.




Dyktat wersalski, ustalając polsko-niemiecką granicę, dodał do nierozwiązanego, historycznego konfliktu zarzewie nowych komplikacji. Polskie roszczenia wobec obszarów wcielonych (Gehlen pisze tutaj o ziemiach Rzeczpospolitej Obojga Narodów sprzed zaborów) oraz dalszych niemieckich terenów wschodnich sięgały coraz dalej. Natomiast Niemcy wraz ze wzrostem swej siły odczuwały narzucony przez Wersal status quo na wschodniej granicy jako stan niemożliwy do zaakceptowania. Dzięki zachowaniu Piłsudskiego po przejęciu władzy przez Fuhrera zaogniona atmosfera uległa odprężeniu (należy tutaj dodać, że Marszałek, pomimo ponawianych prób, nigdy nie zgodził się spotkać z Adolfem Hitlerem, zresztą należy tu od razu powiedzieć że Józef Piłsudski był bodajże jedynym politykiem, którego Hitler naprawdę się obawiał. Już bowiem nawet Stalina nie bał się tak, jak wcześniej Piłsudskiego. A skąd brał się ów strach? Stąd mianowicie, że Marszałek był jedyną osobą, mogącą realnie pokrzyżować plany Hitlera, nim ten zdobyłby prawdziwą władzę w Niemczech - przypomnę choćby projekt wojny prewencyjnej z Niemcami z 1933 r., która gdyby doszła do skutku, rozwiązałaby jednocześnie kilka problemów ówczesnej Europy. Po pierwsze wyeliminowałoby Hitlera i jego nazistowską klikę, całkowicie niwelując jakiekolwiek zagrożenie ze strony Niemiec, a co za tym idzie zniwelowałoby plan Stalina, który potrzebował kogoś takiego jak Hitler do wywołania wojny w Europie, po to, aby w ostatniej jej fazie móc się włączyć i podbić osłabione i wykrwawione państwa europejskie, rozszerzając komunizm i swoją władzę od Atlantyku po Ural. Po drugie nie doszłoby do Holokaustu Żydów i Słowian, po trzecie wreszcie - Europa byłaby dziś znacznie zasobniejszym kontynentem, również w konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi, Chinami czy Indiami. A Stalin, no cóż bez Hitlera nie mógłby rozpętać wojny i zająć połowy Europy, podobnie zresztą jak i Hitler bez Stalina też nie mógłby zaatakować Polski we wrześniu 1939 r. Oni byli więc na siebie skazani, a jeden był zależny od drugiego. Plan Marszałka nie wszedł w życie oczywiście ze względu na niechęć do takiego kroku "dzielnej" Francji, o której ostatnio ktoś powiedział że jej prawdziwą flagą powinna być biała chorągiew).


PLAN WOJNY PREWENCYJNEJ Z NIEMCAMI MARSZAŁKA JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO - 1933

"Początkowo Hitler mi się nawet podobał, podobał mi się bo pomyślałem sobie prosty chłopak, z ludu, nie Prusak, bo te junkry one są najgorsze, one nas nienawidzą. Nas, Polaków, bo się czują od nas lepsi. A poza tym tłuści są, grubi, jak ten ich premier, jak on się nazywa - Goering! Jak się można tak utuczyć panowie 🤭 Na dwóch krzesłach musiał siedzieć a i tak po bokach wylewała mu się ta jego wielka dupa. A ten Hitler to jest nowoczesny człowiek, chudziaczek, do tego mięsa nie je, piwa nie żłopie - nowoczesny człowiek. A jednak szubrawiec! Jeszcze mu tymi łapkami machają hail, hail, hail". 

"W Mein Kampf napisał panie Marszałku że Wiedeń go odmienił, był zwykłym człowiekiem a wyjechał stamtąd zdeklarowanym antysemitą"

"No mówię, idiota! Przecież taki młodzieniaszek w Wiedniu powinien się walca nauczyć, zawód jakiś zdobyć, a nie zostać ulicznym agitatorem. Kanclerz Rzeszy Niemieckiej jest idiotą! Ale panowie to jest dla nas pewna szansa - zdmuchniemy go jak świeczkę i za rok nikt nie będzie o nim pamiętał"

"Wojnę najlepiej będzie zacząć w Gdańsku (...) a jeśli będzie trzeba zrównać miasto z ziemią, to zrównam! Gdynia już stoi i Gdańsk na dobrą sprawę nie jest już nam potrzebny! (...) Ja nie widzę, po prostu nie widzę powodu dla którego Polska ponownie miałaby przestać istnieć, nawet jeżeli to ma się skończyć wojną (...) Zaborcy ruszą żeby odrobić straty poniesione w wojnie światowej, a te straty... to jesteśmy my i nasi sąsiedzi

"Ziuk, gotów jesteś na cmentarze pełne grobów polskiej młodzieży? Gotów jesteś na polskie Verdun!?"

"Olek, my tego nie unikniemy! Co się odwlecze to... Także będziemy mieli wojnę panowie, teraz tej jesieni!"




Obydwie strony szukały zadowalającego dla nich pokojowego rozwiązania. Polska straciła swojego wodza (1936) (kolejny błąd Gehlena, Marszałek Józef Piłsudski zmarł 12 maja 1935 r.), jeszcze zanim mógł on dokończyć rozpoczęte dzieło. Jego następcy (przede wszystkim tak zwana grupa pułkowników) bardzo szybko opuścili obraną przez Piłsudskiego drogę i świadomie odrzucali jakąkolwiek ugodę z Niemcami, zwłaszcza że byli w tej kwestii w coraz większym stopniu wspierani przez Francję i Anglię (kolejny duży błąd autora. Wraz z ocieplaniem się stosunków polsko-niemieckich w drugiej połowie 1933 r. zaczęły lawinowo psuć się nasze stosunki z Francją, notabene rządzoną przez socjalistów, kontynuujących politykę ustępstw wobec Hitlera i jednocześnie rozbrajających francuską armię na potęgę. Właśnie przez nich nie doszedł do skutku plan wojny prewencyjnej z Niemcami, jako że cel Piłsudskiego był jasny - wspólny atak Polski i Francji na Niemcy w celu usunięcia Hitlera i nazistów. Francuzi jednak zaprotestowali i powiedzieli że do tego nie dołączą. Polska nie mogła być jedynym agresorem {nawet działając w słusznej sprawie} bo to byłoby bardzo źle odebrane w świecie, tak więc plan wojny prewencyjnej Piłsudskiego został utopiony w Paryżu. Do tego dochodziły coraz bliższe kontakty przedstawicieli francuskiego i niemieckiego biznesu - począwszy od spotkania w Luksemburgu 29-30 kwietnia 1932 r. - na których to Francuzi wyrażali akceptację dla niemieckich planów zmian terytorialnych na wschodzie i odebrania Polsce części ziem, twierdząc że w ramach rekompensaty Polska mogłaby sobie odebrać od Litwy Kłajpedę. Mimo to, po zawarciu polsko-niemieckiej deklaracji o nie stosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 r. stosunki z Paryżem przez kolejne dwa lata pozostawały dość napięte - m.in.: spór o polskich pracowników we Francji, których zaczęto wydalać zarówno w 1934 jak i w 1935 r.)

Niemcy w tej sytuacji podążały wciąż jeszcze drogą porozumienia, uwzględniającą sprzeczność interesów. Starania te natrafiały w Polsce na coraz słabszy oddźwięk. Wskutek folkistowskiego przebudzenia mniejszości niemieckiej w Polsce wśród niższych warstw społeczeństwa polskiego ujawniły się antyniemieckie namiętności. W końcu również wykształcone warstwy społeczeństwa polskiego zaczęły w mowie i piśmie dawać upust swojej postawie, nacechowanej jawną nienawiścią wobec Niemiec (typowe stwierdzenia niemieckiej propagandy z czasów wojny). Nie sposób nie wspomnieć o fatalnej roli, jaką odegrali w tej kwestii Żydzi. Powstała sytuacja, w której Polska odpowiedziała przecząco na ostatnie próby Fuhrera, zmierzające do zawarcia porozumienia, bądź nie odpowiedziała w ogóle (nie było żadnych "prób zmierzających do zawarcia porozumienia", owszem, Hitler chciał zawrzeć z Polską sojusz polityczno-militarny skierowany przeciwko Sowietom, ale na swoich warunkach - oddanie Niemcom Gdańska i budowa eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez polskie Pomorze do Prus Wschodnich. Przede wszystkim jednak chciał zabezpieczyć sobie tyły przed spodziewaną wojną na zachodzie, z Francją i Anglią, a ponieważ niemiecki wywiad doszedł do wniosku że w przypadku niemieckiego ataku na Francję, Polska ruszy na Niemcy od wschodu, a w przypadku niemieckiego ataku na Polskę, Francja pozostanie neutralna, Hitler postanowił najpierw ruszyć na wschód - tyle, jeśli chodzi o owe "próby zmierzające do zawarcia porozumienia". Zresztą na linii zgniotu Berlin-Warszawa-Mińsk-Kijów-Moskwa nie mogło ostać się żadne inne państwo poza zwycięskimi Niemcami w planach Hitlera, więc wszelkie sojusze z Polską miały być tylko tymczasowe).


CDN.

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... Cz. II

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ





Postanowiłem w tym temacie przyjąć taką oto zasadę, że jednocześnie będę prezentował relacje ludzi z ostatnich miesięcy pokoju w Europie, a niżej przejdę do opisu wydarzeń, którymi owi ludzie żyli na co dzień w ciągu owych ośmiu miesięcy począwszy od 1 stycznia, a skończywszy na 1 września 1939 r. Postaram się również - jeśli będzie to w ogóle możliwe - politykę całkowicie usunąć z tego tematu, jako że chciałbym się tutaj skupić jedynie na tym, na czym skupiali się wówczas zwykli ludzie, (choć oczywiście zdaję sobie sprawę że polityka należała do istotnych elementów mających niebagatelny wpływ na życie milionów Polaków, Niemców, Francuzów, Brytyjczyków i w ogóle Europejczyków).
Tak więc do dzieła:






II
WSPOMNIENIA 
JANA MARCINKOWSKIEGO
(KIELCE)


Urodziłem się 18 maja 1926 r. w Kielcach w domu stojącym wówczas na końcu ulicy Seminaryjskiej, gdzie dzisiaj mamy ogromne bloki mieszkalne. Do tego domu, wkrótce po moim urodzeniu, ojciec sprowadził znajomego felczera nazwiskiem Rotman. Mama później opowiadała, że była przerażona, kiedy na ręczniku rozłożonym na stole byłem "turlany" w czasie tego badania, od jednego do drugiego końca stołu. Ostatecznie felczer stwierdził: "Nu, panie radco, chłopaczek jest fain, dobre są rączki i nóżki". Mama z przekonaniem dodała: "No i główka!". Tu poprawił się pan Rotman: "Pewnie będzie uczonym albo bankierem!".

W tym samym roku, w drugim dniu świąt Bożego Narodzenia, zostałem ochrzczony w kieleckiej katedrze. Zdarzenie to, jak wiele lat później opowiadała moja matka chrzestna, nie odbyło się bez małego incydentu. Otóż, z niewiadomych przyczyn, w czasie oczekiwania na moment chrztu, płakałem dość głośno zachęcając inne dzieci uczestniczące w tej uroczystości do podobnych wyczynów. Moja matka nie wiedziała co zrobić, gdyż podobno wyrzuciłem smoczek na posadzkę katedry i dopiero ojciec chrzestny, jak to powiedział ksiądz Jędrzej Marchewka, uratował sytuację szepcząc do mojego ucha jakieś wyrazy, których skutek był natychmiastowy. Zamiast płaczu roześmiałem się i nawet nie płakałem, kiedy ksiądz Jędrzej polewał moją głowę wodą. Stryj nie ujawnił jakie to były wyrazy, oświadczając, że to tajemnica, która obowiązuje obu Janów! Mnie i jego. Musiał być zaprawiony w słownym przekonywaniu także marynarzy będąc wieloletnim oficerem austriackiej Kriegsmarine. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości stryj Jan opuścił marynarkę i rozpoczął służbę w polskiej dyplomacji będąc konsulem generalnym w Zagrzebiu. Kiedy występował jako ojciec chrzestny w Kielcach, był już pracownikiem MSZ w Warszawie.


POWRÓT Z WIELKIEJ WOJNY 
I ODRADZANIE SIĘ POLSKI
(LISTOPAD 1918)



Nie pamiętam tego naszego pierwszego domu na Seminaryjskiej, ale już dokładnie pamiętam drugi dom przy Zagórskiej, stojący blisko skrzyżowania z ulicą Źródłową. Kilkadziesiąt metrów od tego miejsca stoi dzisiaj wysoki krzyż upamiętniający powstańców z 1830/1831 r. W tym drugim domu odrestaurowanym przez mojego ojca, mieszkały dwie rodziny, nasza i brata mojej mamy. Oprócz rodziców było nas czworo dzieci, ale z młodszych mieszkańców trzeba wymienić również dużą wilczycę Arę, którą brat mojej mamy przywiózł aż z Brańska. Pamiętam, że w tym naszym starym domu była duża kuchnia, w której mój ojciec uczył mnie tańczyć krakowiaka i kujawiaka oraz śpiewać różne piosenki. Repertuar mojego ojca był bardzo szeroki, od "Ułanów pod okienkiem" aż do pieśni pątników idących na kalwarię. Z biegiem czasu, mój tato cieszył się, kiedy powtarzałem nieco sprośne piosenki. Mama nie była z tego zadowolona przewidując, że będę chciał się pochwalić takimi "zdolnościami" kiedy odwiedzą nas znajomi. I tak było rzeczywiście, a treść tych piosenek przetrwała w mojej pamięci aż do dzisiaj. Niestety z tych muzycznych zdolności mojego ojca, szczególnie z grania na ustnej harmonijce, niewiele przeszło na mnie…




W przerwach nauki tańców nasz tato opowiadał o swoich wojennych przygodach, najpierw w armii austriackiej, później w niewoli włoskiej, a następnie jak z armią gen. Hallera przyjechał do Polski, aby walczyć z bolszewikami (mój pradziad też służył w armii Hallera we Francji a potem przypłynął z tą armią do odradzającej się Polski - o czym pisałem już wcześniej). W środkowym, stołowym pokoju, wisiało duże powiększenie zdjęcia ojca zrobione przez fotografa w Tarnopolu. Kiedyś pytałem się czy może tato pamięta, jak opasywał mnie kilkakrotnie swoim wojskowym pasem? Tak, ojciec potwierdził, dodając jak trudno było w tym pasie zrobić nowe dziurki. Przypomniał mi wtedy jeszcze jeden "mundurowy" epizod, kiedy pani Maria, szyjąca czasem sukienki dla mojej mamy, uszyła, także na mamy życzenie, dla mnie bluzę z patkami i kieszonkami podobną do wojskowej. To był prezent imieninowy dla mnie.

W 1931 r. przenieśliśmy się do nowego domu, także przy ulicy Zagórskiej, ale nieco dalej, na górce, w kierunku wsi Zagórze. Ara została razem z rodziną brata mojej mamy i widzieliśmy się z nią jedynie od czasu do czasu. Bardzo za nią tęskniliśmy. W lecie 1933 r. spotkaliśmy się już w ogródku tego nowego domu.

Na początku września 1933 roku mama zaprowadziła mnie do szkoły ćwiczeń w kieleckim pedagogium nauczycielskim przy ul. Leśnej. Za nowym i dużym piętrowym budynkiem połączonym z gimnazjum im. Bł. Kingi stał stary budynek, gdzie mieściła się izba harcerska i pomieszczenie gospodarcze. Jak powiedziała mi mama, poprzednio było tutaj seminarium nauczycielskie, do którego uczęszczała kilkanaście lat temu. Droga z domu do szkoły nie była długa, zaledwie dwa kilometry, zabierała mi około pół godziny. Kiedy była pogoda szedłem sam, w czasie deszczu, a potem śniegu odprowadzała mnie mama. Od wiosny następnego roku już cały czas sam chodziłem do szkoły. Bardzo mi się w niej podobało. Nasz wychowawca, pan Kamiński, opowiadał nam dużo o rosyjskiej szkole na Syberii, gdzie uczył polskie dzieci. Pan Kamiński często w czasie lekcji grał na skrzypcach umilając nam pobyt w szkole. Kiedy byliśmy starsi uczył nas pieśni Lenartowicza: "Żegna ptaszę las i gaj i w daleki leci kraj, gdzie jaśniejsze słońce lśni, płyną życia dni, pola ściemniały i poczerniały, jesień nadchodzi już".

Chętnie chodziłem do mojej szkoły, gdzie ciągle się coś działo. Właśnie ta szkoła wychowywała mnie na myślącego i wiernego swojej ojczyźnie obywatela. Każdego poniedziałku odbywało się rozpoczęcie nowego tygodnia uroczystym apelem. Staliśmy szeregami na długim korytarzu pierwszego piętra, poczet sztandarowy złożony z wysokich uczniów pedagogium wnosił sztandar naszej szkoły. Śpiewaliśmy wtedy pieśń: "Wszystko co nasze Polsce oddamy. W niej tylko życie, więc idziem żyć. Świty się bielą, otwórzmy bramy. Hasło wydane, wstań w słońce idź! Ramię pręż, słabość krusz. Ducha tęż, ojczyźnie swojej służ. Na Jej zew, w bój, czy w trud. Pójdzie nasz harcerzy polskich ród". Na zakończenie tego apelu dyrektor szkoły miał zawsze krótkie przemówienie kończone życzeniami pilnego zdobywania przez nas wiedzy.

Tak było przez cały rok szkolny. Natomiast większe zgromadzenia uczniów z okazji świąt państwowych, rocznic, pamiętnych zdarzeń historycznych i innych szczególnych okazji, odbywały się w sali gimnastycznej. Tam też, prawdopodobnie jesienią 1935 r., była specjalna impreza urządzana przez Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami. Występowali w niej uczennice i uczniowie ćwiczeniówki. Andrzej Boksiński przygotował się bardzo starannie prezentując bardzo poważny wiersz. Otóż, niedźwiadek mieszkający w sklepie z zabawkami został ukarany za złe zachowanie, nie mógł opuszczać swojego mieszkania znajdującego się na górnej półce. W sobotę, kiedy pracownicy sklepu poszli do domu, lalki postanowiły urządzić bal. Niedźwiadek nie mógł w nim wziąć udziału, ale tak się wiercił na półce, że spadł na podłogę i rozbił sobie nos. Wiersz ten w oryginale kończył się morałem, że tak się kończy nieposłuszeństwo wobec starszych. Ale stryj Andrzeja, pułkownik Wojska Polskiego, widząc jego starania, aby dobrze wypaść, zachęcił go do zmiany zakończenia wierszyka na bardziej dosadne i motywujące. Cena za tę zmianę zakończenia była smakowita, gdyż stryj obiecał fundować Andrzejowi lody przez miesiąc w cukierni Smoleńskiego. Tak się też i stało, dzielny Andrzejek mówił bardzo szybko ten wierszyk o niedźwiadku, żeby się nie zaciąć, ale przede wszystkim, żeby nie załamał mu się głos przy zakończeniu. A zakończenie brzmiało: "...a potem niedźwiadka postawili przy słupie i wszyscy go bili po d..." Po występie Andrzejek, zgodnie z poleceniem, podszedł do pierwszego szeregu widzów, aby ucałować dłoń księdza biskupa… Schodząc ze sceny, usłyszał, że jedna z nauczycielek krzyknęła: "podać wody komuś kto zemdlał z wrażenia". Następnego dnia po tym wydarzeniu Andrzej w tajemnicy mi wyjawił, że księdzu biskupowi trząsł się brzuch ze śmiechu. Naturalnie Andrzej żądał ode mnie dyskrecji. Takie to były nasze szczęśliwe, szczenięce lata. Szkoda, że przeminęły w siną dal.




Mama była zaniepokojona moim brakiem apetytu, a ojciec uważał, że jestem za szczupły, gdyż ważę tylko 32 kilogramy, co sprawdzono w aptece. Dlatego mama porozumiała się ze swoją najstarszą siostrą, prowadzącą pensjonat w Jaremczu, prosząc abym mógł pojechać do niej w czasie wakacji. W końcu czerwca przyjechała po mnie do Kielc Leśka, córka ciotki Poldy, aby mnie zabrać ze sobą do Jaremcza. Były to moje pierwsze tak dalekie wakacje, a w czasie podróży wstępowaliśmy do naszych krewnych w Krakowie, we Lwowie i Stanisławowie. Z tych trzech pięknych miejscowości znałem, chociaż w małym stopniu, jedynie Kraków. Ogromnie podobał mi się Lwów, a przede wszystkim "Panorama Racławicka", nie mówiąc o wielu pięknych zabytkach. 

Nieco dłużej zatrzymaliśmy się u dziadków w Stanisławowie, rodzinnym mieście mojej mamy. Już w pierwszym dniu mojego pobytu zastanowił mnie pewien fakt z rozmowy dziadków. Otóż dziadek Wacław mówił do babci, mającej dziwne imię Amalia: "Posłuchaj Malciu, wyszedłem z domu i spotkałem na ulicy kondukt pogrzebowy. Zwróciłem się po polsku do jednego z tych uczestników z zapytaniem, czyj to pogrzeb?Na to odpowiedział mi ze złością po ukraińsku, że to pogrzeb "muczynyka". Wtedy zapytałem po rusku, że nie zrozumiałem czy to tego co był "muczony", czy tego, który "muczył". Rozmówca był tak obrażony tą wypowiedzią, że dziadek obawiał się, aby go nie pobił i szybko schował się w tłumie. Potem usłyszałem od dziadka szereg opowieści o zdarzeniach mówiących o stosunkach narodowościowych, które nie wróżyły nic dobrego. W tym czasie miałem już dosyć dużo wiadomości z tej dziedziny, gdyż już od dwóch lat systematycznie przeglądałem "Gazetę Polską", prenumerowaną przez mojego ojca. Ojciec chętnie dyskutował ze mną na różne tematy, poruszane w tej gazecie. Po kilku dniach pobytu w Stanisławowie, babcia Malcia niezbyt zadowolona z odjazdu swojego wnuczka, wyposażyła mnie w dużą torbę z różnymi przysmakami i w obowiązkowy termos, przykazując Leśce, aby nie pozwoliła mi pić lemoniady i jeść, Boże broń, lodów. Po południu byliśmy już w Jaremczu. Zachwycony byłem dzikimi górami, Prutem i sympatycznymi spacerowiczami. Willa mojej ciotki była drewnianym i stylowym domem, wybudowanym przez mojego dziadka, znanego budowniczego w tych górskich miejscowościach.

Odnalazłem fotografię upamiętniającą przyjemne zdarzenie, kiedy byliśmy w drugiej klasie ćwiczeniówki, a na pięknym stadionie na Bukówce w Kielcach zorganizowano święto lasu. Z dziewięciu zuchów zdołałem rozpoznać jedynie pięciu, i to z "korespondencyjną" pomocą naszej koleżanki Danusi Machurównej-Pietrus i mojego kolegi Andrzeja Boksińskiego. Niestety kilku z nich już nie żyje. (...)

Wojna, wojna… Przebudziłem się słysząc jakieś nerwowe rozmowy w pokoju moich rodziców, a potem zaświecono światło, za oknem było jeszcze ciemno. Poszedłem do tego pokoju, mój ojciec był już ubrany. "Wojna, wojna - powiedział - Niemcy bombardują miasta i transporty kolejowe". Radio nadawało alarmujące wiadomości. Mama była zdenerwowana i poszła do pokoju swoich rodziców, aby ich o tym zawiadomić. Ubrałem się szybko i wybiegłem z domu do ogrodu licząc, że zobaczę jakieś zmiany lub usłyszę odgłosy strzałów. Na ulicy właśnie w ten piątek, w dzień targowy, przejeżdżały wozy ze wsi do miasta na bazary. Może tych wozów było więcej jak zwykle, nasi sąsiedzi wyszli na ulicę i dosyć głośno rozmawiali. Zjedliśmy śniadanie, a wtedy ojciec, jak nigdy dotąd, pożegnał się z nami bardzo serdecznie, całując nas, a potem rodziców mojej mamy. Zapytałem się mamy czy ojciec wyjeżdża z domu? Mama zaprzeczyła, mówiąc, że nigdy nie wiadomo, co się może stać. Tymczasem razem z babcią i mamą wyszliśmy z domu, zapowiadając siostrze i dziadkowi, aby nie wychodzili z domu, z obawy przed nalotami niemieckich samolotów. We troje poszliśmy, jak to mama zwykle mówiła, na zakupy do "Konika". Przyjęło się tak mówić od kilku lat, i to z naszej dziecinnej inicjatywy. Naszym celem był duży sklep na rogu ulic Głowackiego i Śniadeckich, a właściwie na bazarach. Nad drzwiami wisiał duży szyld: "ARTYKUŁY SPOŻYWCZE I KOLONIALNE S. KOHN". Od wielu lat, odkąd sylabizując ten napis, szczególnie wyraz "KOLONIALNE", intrygował mnie i przypomniałem sobie jak mama tłumaczyła mi, że to są towary z ciepłych krajów, gdzie rosną pomarańcze, banany i słodkie figi. Zwykle za trzema długimi ladami czekali na klientów właściciel, wypisany na szyldzie, starszy już, z okularami na nosie pan S. Kohn i jego rodzina. Wszyscy byli bardzo uprzejmi, zawsze uśmiechnięci i dający nam do rąk albo kieszonek jakieś słodycze. Wtedy w piątek, 1 września, jak zauważyła mama, nie było jeszcze pryncypała, a jedynie synowie, którzy mimo pewnej, dającej się odczuć, nerwowej atmosfery, włożyli mi jakieś czekoladki do kieszeni. Potem przybiegł pryncypał i odciągnął mamę do swojego kantoru w głębi sklepu. Potem mama mówiła do babci, że pan Kohn proponował, aby mama zgodziła się kupić więcej artykułów na zapas, które wyśle do domu dorożką: "Pani dobrodziejka nie musi myśleć o pieniądzach, tylko co pani sobie życzy" - zachęcał. Mama się zastanawiała, co odpowiedzieć na tę propozycję, i po rozmowie z babcią, zamówiła różnych towarów, w tym też kolonialnych za ok. 200 zł. Wieczorem, a było już całkiem ciemno, gdyż lampy uliczne były zgaszone, jeden z synów pana Kohna przywiózł nam dorożką konną: mąkę, cukier, ryż, kaszę, makarony i te kolonialne przysmaki. Towary złożono w korytarzu, a pan Kohn wręczył mamie rachunek na 227 zł.

W niedzielę w pierwszej połowie września 1939 r., mama, starsza siostra i ja wyszliśmy z mszy porannej z kościoła katedralnego, po raz pierwszy bez naszego ojca. Pamiętam przerażający wieczór w pierwszych dniach wojny, kiedy razem z siostrą szykowaliśmy się do ucieczki z domu. Co jakiś czas mama dodawała albo zdejmowała ubrania, obuwie i małe poduszki ze stołów, przeznaczone do zabrania przez nas w drogę. Mama była zdenerwowana, wybiegała na ulicę, aby zobaczyć co się dzieje i obawiając się o moją małą siostrę, która już od południa wręczała wiązanki kwiatów idącym i jadącym na koniach żołnierzom i oficerom. W końcu mama zamknęła drzwi wejściowe do domu na klucz i nie pozwoliła nam wychodzić z domu. Pamiętam jak wszedł do korytarza mamy znajomy prosząc o wodę, aby mógł popić jakieś krople. Mama do niego mówiła: panie Lis, radząc mu, aby nie wybierał się na tułaczkę, będąc chorym na serce. Do tego wszystkiego dźwigał ciężką drewnianą walizkę. Pan Lis jednak nie dał odwieść się od swojej decyzji, mówiąc: "przecież widzi pani, wszyscy uciekają". Wtedy mama poradziła mu, aby wyrzucił tę ciężką walizę i dała mu naszą lekką walizkę fibrową. Ostatecznie z żalem rozstawał się pan Lis ze swoją walizką i wyszli razem z naszym ojcem z domu. W ostatniej chwili ojciec zdecydował, że my, dzieci i mama, zostaniemy w domu. Wybiegliśmy z domu, przy furtce pożegnaliśmy się z ojcem, i przerażeni widzieliśmy, jak dołączył do licznej grupy mężczyzn idących drogą przez Zagórze, Domaszowice, w kierunku Bodzentyna. Jakiś znajomy rozmawiał z mamą, informując o ostatnich apelach radiowych, o konieczności ucieczki przed Niemcami i o formowaniu oddziałów wojskowych w głębi kraju, zdolnych do obrony przed nieprzyjacielem. 

W tym niedzielnym dniu szliśmy smutni do domu, mijając oddziały maszerujących Niemców. Zbliżając się do bazarów, postanowiłem udać się do mojego gimnazjum przy ul. Śniadeckich, aby zobaczyć, czy nie ma zawiadomienia o rozpoczęciu nauki. Mama była raczej przeciwna mojemu zamiarowi, gdyż dwa dni wcześniej, będąc tam, szybko wycofałem się spod drzwi wejściowych, gdzie przechadzał się niemiecki wartownik. Ale ostatecznie pozwoliła mi pójść tam do gimnazjum, nakazując jednak największą ostrożność. Doszedłem tylko do drzwi wejściowych, nie zatrzymując się wobec braku widocznego ogłoszenia. Uszedłem kilka kroków, kiedy idący z naprzeciwka żołnierz niemiecki w furażerce i bez widocznej broni zatrzymał mnie, mówiąc po polsku z dziwnym akcentem polecił mi wejść do bramy domu sąsiadującego z gimnazjum. Znałem tę bramę, gdyż w tym domu pracowała w SUPP-ie jeszcze niedawno moja mama i wiedziałem, że jest tam przejście do równoległej ulicy, a dalej do mojego domu. Ten żołnierz widząc moje zdenerwowanie powiedział: "Niech się nic nie bać, ja jestem ze Śląska. Już wczoraj kiedy jego widziałem" - tak się do mnie zwracał - "chciałem zapytać się jego jaki nosi na sobie uniform i do tego taka czapka z daszkiem?". Odpowiedziałem mu, że jest to mundur szkolny, który sprawili mi rodzice, kiedy zdałem egzamin do gimnazjum. "Jest wojna" - powiedział żołnierz - "pewnie nie będzie on chodził do gimnazjum. A w tym mundurze lepiej nie chodź, Niemcy są różni". Otworzył ostrożnie drzwi w bramie i pokazał idącego chodnikiem po przeciwnej stronie Niemca w czarnym mundurze. "Niech patrzy, tamten Niemiec w czarnym mundurze ma trupią czaszkę na czapce i opaskę na ramieniu. Przed takim Niemcem trzeba uciekać". "Widziałem taką czarną chorągiew na ulicy Focha" - powiedziałem do tego żołnierza - "a na tej chorągwi były dwie cyfry 44". Żołnierz zamyślił się i powiedział: "To nie są cyfry, to są dwie litery, ale po gotycku, to są dwie litery S. Od takich Niemców trzeba uciekać" - dodał troszkę głośniej. Potem mnie zapytał czy mam rodziców? Na to odpowiedziałem, że teraz mam tylko mamę, bo ojciec jest "na ucieczce". To znaczy, że mój ojciec kilka dni temu uciekł z innymi ludźmi przed Niemcami. "Rozumie" - odpowiedział żołnierz. "A teraz niech mi powie co znaczy ten szyld na rękawie?" - pytał o tarczę z numerem 331, mojego gimnazjum. "Teraz musisz wiedzieć, że szybko do szkoły nie pójdziesz, powiedz mamie, żeby zdjęła ten szyld z rękawa i żeby odpruła te metalowe guziki, albo je obszyła materiałem. Rozumie to? A teraz zdejmuj czapkę i szybko idź do domu. Pamiętaj, co powiedziałem. Wyjdź z tej bramy dopiero za chwilę a lepiej idź przez podwórze i ogród do drugiej ulicy". Jeszcze raz powtórzył: "Pamiętaj co powiedziałem. Bądź ostrożny!"




Bardzo szybko nie zatrzymując się nigdzie, przybiegłem do domu i powiedziałem mamie o tym co mnie spotkało. Mama zaraz wyszukała czarne guziki i przyszyła je do marynarki w miejsce tych metalowych. Czapkę schowała do szafy, a stamtąd wyjęła dwa berety. Była zmartwiona tym, że nie ma nauki w gimnazjum i zastanawiała się nad podjęciem przeze mnie nauki w gimnazjum handlowym, przy ul. Leonarda. Tymczasem przeglądała różne książki w ojca bibliotece i znalazła dwie traktujące o algebrze i geometrii. Obiecała wybrać się do księgarni, gdzie pracował mamy znajomy właściciel księgarni pan Król, i kupić podręczniki do pierwszej klasy gimnazjum. Zainteresowałem się książką do algebry, a nawet byłem zadowolony, kiedy udało mi się rozwiązać kilka zadań z równań algebraicznych, uzyskując poprawny wynik zgodny z odpowiedziami w tej książce. W pierwszych dniach października mój ojciec wrócił z tej ucieczki przed Niemcami, z kilkoma sąsiadami z naszej ulicy, między innymi z panami Frelichem, Lisem i Feldmanem.

Przypomniałem sobie, jak pewnego jesiennego dnia mama powiedziała mi, że trzeba zemleć kilkanaście kilogramów pszenicy, którą dostała od znajomej gospodyni. Już poprzedniego dnia mama suszyła pszenicę w szabaśniku, a ja cieszyłem się, że będę miał ciekawe zajęcie. Potem mama się zawahała, bo był 10 listopada, przeddzień święta niepodległości, którego po raz pierwszy nie będziemy obchodzić. Ostatecznie mama zdecydowała, że ja pójdę do naszego znajomego gospodarza o nazwisku Wachla, który pozwoli nam skorzystać ze swojego urządzenia. Ten uczynny gospodarz zaprowadził mnie do stodoły i pokazał jak wprowadzać ziarno pomiędzy mielące kamienie. Po jakimś czasie przyszedł syn gospodarza zobaczyć jak mi idzie i z przerażeniem stwierdził, że nie jestem pojętnym uczniem, a wsypany do worka przemiał wymagał ponownego mielenia. Córka gospodarza przyniosła duże sito i przesiała na wpół zmielone ziarno, oddzielając mąkę od reszty wymagającej powtórnego mielenia. Tak więc mój pobyt u Wachlów się przedłużył, gospodarz nie chciał mnie też wypuścić z domu, gdyż idący z miasta poinformowali go, że jest niespokojnie. Podobno aresztują ludzi, a nawet rozstrzelano kilkanaście osób. Kiedy syn gospodarza rozmawiając ze mną, dowiedział się, że mój ojciec jeszcze nie wrócił z kieleckiego więzienia, gdzie od tygodnia przebywa jako zakładnik, powiedział, że mnie nie wypuści do domu obawiając się, żeby mi się nic nie stało. Dopiero po dłuższych naleganiach zgodził się, że jeżeli będę u nich nocował i nie wrócę do domu, to mama nie będzie wiedzieć co się stało, a przecież nie ma żadnych połączeń telefonicznych. Ostatecznie w jego towarzystwie wracałem do domu polnymi drogami, wieczorem byłem na miejscu.

Pamiętam dziwny, bardzo smutny, dzień w pierwszym tygodniu stycznia 1940 r., który zakończył się niespodziewanie dobrze. Ojciec wrócił z miasta, gdzie sprzedał swój złoty sygnet, gdyż w domu nie było ani grosza. Był zmartwiony, bo otrzymał mniej pieniędzy niż się spodziewał. Złotnik kupił sygnet po oddaniu ojcu kamienia, złoto kupił jako złom. Takich trudnych dni od powrotu ojca z ucieczki było wiele. Wtedy ojciec skarżył się, że ma gorycz w ustach, co było według niego wynikiem ulewającej się żółci. Doszedł więc do wniosku, że trzeba tę dolegliwość usunąć jedząc landrynki. Taką landrynkową kurację stosował dosyć długo, aż w końcu przestała skutkować…

Około południa, kiedy siedzieliśmy w kuchni, gdzie mama gotowała obiad, a ojciec mówił nam, co widział w mieście, usłyszeliśmy w korytarzu męski głos wesoło śpiewający kolędę. Ojciec szybko otworzył drzwi, powiedział zapraszamy i czekał, aż jego znajomy Franciszek Drozdowski zakończy śpiewać drugą zwrotkę kolędy. Pan Franek, jak go ojciec tytułował, mieszkał samotnie w ostatnim domu przy ul. Zagórskiej, tuż przed granicą miasta i wsi Zagórze. Uchodził za wielkiego dziwaka, ale przy tym był człowiekiem bardzo uczynnym, chętnie pomagającym ludziom, szczególnie, gdy nagle znaleźli się, jak ojciec mówił, w dużych tarapatach. Po wesołych powitaniach, pan Franek wyjął z przepastnej torby, z którą nigdy się nie rozstawał, dwa duże buty, z których każdy był owinięty w gazetę. Zwrócił się do ojca z zapytaniem czy zgadnie, kto mu przysyła taki piękny prezent. Od razu zastrzegł, że o ile ojciec nie zgadnie nazwiska nadawcy tego prezentu, to on weźmie buty dla siebie. Ojciec domyślał się, kto przysłał buty, ale udawał że nie wie, a Franek w końcu oświadczył, że butów i tak nie weźmie dla siebie, gdyż są co najmniej trzy numery większe od noszonych przez niego. Okazało się, że buty podał spotkany przez Franciszka szewc Chaim Laks, znajomy ojca. Razem z butami przesłał pozdrowienia i życzenia, aby długo się nosiły, bo już więcej takich butów nie będzie. Franek pytał się o cenę tych butów, ale Laks powiedział, że są to buty bezcenne, a do tego ostatnie, gdyż kopyta zostały w jego sklepie, zagrabionym przez komisarza. A zresztą nigdy nie sprzedawał prezentów! Na pytanie ojca, gdzie teraz mieszka Laks, pan Franciszek odparł, że na Piotrkowskiej, ale nie zna numeru, chociaż z pewnymi trudnościami mógłby tam trafić. Ojciec prosił pana Franciszka, aby wstąpił do nas, kiedy będzie szedł do miasta i umówił się, co do spotkania z panem Laksem. Rodzice zastanawiali się, czym się zrewanżować i ostatecznie zdecydowali, że trzeba zanieść gęś i to chyba żywą. Ojciec poczuł się lepiej, ponieważ "z nieba spadły buty i już ma pieniądze także na ładną gęś".

Kilka dni później przyszedł Franek mówiąc, że jest chętny pójść do Laksa. W komórce z węglem, w drewnianej skrzyni przebywała kupiona przez mamę gęś, czekając na podróż do ofiarodawcy butów. Ustaliliśmy, że wyprawa z gęsią odbędzie się następnego dnia po południu. Ojciec przygotował plecak z ziemniakami i jarzyną. Ja miałem nieść gęś w koszyku, przykrytą workiem. Gęś jednak była uparta i nie chciała siedzieć w koszyku. W końcu pan Franciszek powiedział, że weźmie gęś w worku pod pachą i niepotrzebny jest koszyk. Ojciec zachęcił Franciszka, aby na swój płaszcz włożył jeszcze ojca kurtę z kapturem, bo mróz był szczypiący. Mama znalazła plecak dla mnie, do którego przesypała część ziemniaków z torby ojca i dołożyła jarzyny z naszego ogrodu. Idąc bocznymi ulicami doszliśmy przez Bodzentyńską do wskazanego przez pana Franka domu w ciasnej zabudowie ul. Piotrkowskiej. Zastaliśmy pana Laksa w domu, właśnie zabierał się do podkładania węgla w żelaznym piecyku z długą rurą wyprowadzającą spaliny przez otwór w oknie. Laks był zaskoczony naszym przyjściem i dziękował za przyniesione pożywienie. Mówił, że spodziewa się przyjazdu rodziny z Chmielnika, stąd nasze wiktuały będą bardzo przydatne. Ojciec i pan Drozdowski rozmawiali żywo z panem Laksem, szczególnie o trudnej sytuacji w czasie tej srogiej zimy i przy napływającej fali przesiedleńców z Pomorza i Śląska. A co nas jeszcze czekało? Mój ojciec niezbyt dowierzał optymizmowi pana Franciszka powtarzającego uparcie, że wiosną będzie jakieś rozstrzygnięcie w tej wojnie: "Im słoneczko wyżej tym Sikorski bliżej". Pan Laks był raczej małomówny, tylko kiwał głową i powtarzał: "Co to będzie, co to będzie?" Która wiosna ma być szczęśliwa? Franek mówił, że to pewnie ta najbliższa. Laks był mniejszym optymistą i choć nie przeczył, że doczekamy się zwycięstwa, to jednak był ostrożny, co do bliskiej zmiany na lepsze. Tymczasem długi płomień z wrzucanych odpadków drewna rozgrzał rurę do wiśniowego koloru. Na podwórze zajechała fura z rodziną Laksa i dobytkiem spakowanym w dużych koszach i walizkach. Nie chcieliśmy przeszkadzać w rozpakowaniu się przybyłym, a pan Laks jeszcze raz dziękował za gęś, wspominając, że powitalny obiad będzie obfitował także w podziękowania dla nas. Mimo tych przyjaznych akcentów naszego spotkania, co chwilę wracały czarne myśli, co będzie dalej? Pożegnaliśmy się z Laksami, jako że wyraźnie się ściemniło, a zamierzaliśmy wracać bocznymi drogami.

W czasie drugiej wojny światowej początkowo uczyłem się samodzielnie, a potem na tajnych kompletach. Kiedy była mi potrzebna karta pracy zatrudniłem się jako pomocnik kierowcy samochodu ciężarowego napędzanego gazem drzewnym. Przetykałem wówczas długim drągiem palące się klocki bukowe, jeżdżąc na pace tego samochodu. Potem uciekałem przed Baudienstem, kończąc tajną podchorążówkę AK ze stopniem wojskowym st. strzelca. Przed ukończeniem studiów, a po ujawnieniu mojej działalności w AK, zostałem przeniesiony do rezerwy w specjalności: niewyszkoleni pisarze, rachmistrze i bibliotekarze.



DLACZEGO?


"To my Polacy okazaliśmy się narodem historycznym, wychowanym na tradycji I Rzeczypospolitej, zdolnym do wywalczenia państwowości przy sprzyjających warunkach międzynarodowych. A takie nastąpiły po upadku trzech potęg rozbiorowych naraz. Problem polega na tym, że ten upadek z 1918 r. stworzył "przestrzeń niczyją", w której starły się interesy polskie, niemieckie i rosyjskie (czyli dawnych zaborców starających się o powrót swych ziem do macierzy), żydowskie (walka o ich autonomię), litewskie (walka o Wileńszczyznę), czesko słowackie (o Śląsk Cieszyński, Orawę i Spisz), ukraińskie (de facto oparte na dążeniu do reaktywacji pokoju brzeskiego, którego Ukraina była największym beneficjentem). Gdy sobie zanalizujemy sprzeczności interesów między tymi mniejszymi i większymi graczami, to zauważymy, że w wyniku naszej determinacji staliśmy się największymi beneficjentami tych zmagań, zajęliśmy najwięcej tej "przestrzeni niczyjej" i nie zamierzaliśmy jej nikomu oddać. Co więcej, wychowaliśmy w szkołach Polski Odrodzonej co najmniej jedną generację, nazwaną potem "pokoleniem Kolumbów", która zdecydowała się w latach II wojny światowej i po jej zakończeniu stanąć w równym szeregu z pokoleniami powstańców: kościuszkowskiego, listopadowego czy styczniowego".

prof. Jan Żaryn





SYLWESTER 1938
(JESZCZE ŻYJEMY)




MARIA DĄBROWSKA
(Polska powieściopisarka, tłumaczka, czterokrotnie nominowana do Nagrody Nobla)


 31 XII - Telefony noworoczne z Wandą, Zońką Jóźkową, Kaziem Wierzyńskim. Dość smutno i ponuro odczuwam koniec tego roku, który spędzamy jakoś samotnie, jakby zapomniani przez ludzi i Boga. 

1 I - Na obiedzie Marynia Czapska. Przyniosła nam i ofiarowała dwa szkice Waliszewskiego, jeden ołówkowy, drugi akwarelowy. Oba są świetne. Poza tym nikogo nie było i nikt nie telefonował.

3 I - Całe rano spędzam w Bibliotece Publicznej. Po południu pracuję w domu. List od pani Galay-Audemars z Lozanny, mojej niegdyś nauczycielki jeszcze w Kaliszu na pensji Semadeniowej; posłałam jej niemiecki przekład dwu pierwszych tomów "Noce i dni", gdyż pamiętałam, że dobrze mówiła po niemiecku. Odwilż.





LUDWIK SEMPOLIŃSKI
(Aktor teatralny i filmowy, jeden z najwybitniejszych aktorów kabaretowych i rewiowych w międzywojennej Polsce)


Sala (w Café Club Warszawa - gdzie spędzał Sylwestra) udekorowana była w stylu secesyjnym. Publiczność znajdowała na stolikach wąsy zrobione z tekturki - zwłaszcza panie wyglądały prześmiesznie w owych wąsach - słowem wszyscy przenieśli się na ten wieczór z belle époque. Wszyscy bawili się doskonale, nie zdawaliśmy bowiem sobie sprawę, że to ostatni Sylwester przed wybuchem wojny.





ANAIS NIN
(Francuska pisarka, zafascynowana marksizmem skandalistka)


 O północy w Sylwestra straszliwy smutek z powodu stanu świata. Niemy, głęboki ból. Znajduję drzwiczki, maleńkie, otwarte na nieskończoność. Napiszę następną książkę - o barce (...). Tylko w czasie tworzenia kształtuje się świat bez porażek, śmierci, wojny




KARDYNAŁ AUGUST HLOND 
(Prymas Polski - wystąpienie wygłoszone przez radio 24 grudnia 1938 r. Fragmenty)


Gdy u schyłku dwudziestego roku odzyskanej niepodległości, tak doniosłego i pamiętnego dla Polski, stajemy przy żłobku Zbawicielowym, drga nam w sercu wdzięczność dla Bożej Opatrzności i silniej niż po inne lata ogarnia nas radosna duma z osiągnięć Rzeczypospolitej. (...) 

Religijny i narodowy instynkt każe nam zwłaszcza teraz utrzymać na takim poziomie polską wilię jako wyraz naszej aktualności duchowej. Przez tych twórczych i pracowitych lat dwadzieścia przebyliśmy daleką drogę w poszukiwaniu zasad dobra, wielkości, szczęścia. Inniśmy niż wtedy, w listopadowe dni swobody, bo mniej uwięzieni w pustym doktrynerstwie, spokojniejsi, a przede wszystkim lepsi. (...)

Składajmy sobie życzenia. Rzeczpospolita niech się zbiera wewnętrzną zgodą obywateli, niech zdrowym duchem przerasta inne państwa, niech na wiecznym zakonie opiera swe ustroje i prawa, niech pomyślnie rozwija swój dobrobyt, swą potęgę zbrojną, swoje znaczenie międzypaństwowe i swą chrześcijańską kulturę, iżby narodowi była szczęśliwym przybytkiem i państwem pancernym, a w rzędzie potęg niezbędnym czynnikiem równowagi i pokoju, przykładem postępu i godności. (...)

Mimo chmur, zasłaniających europejskie widnokręgi polityczne, Polska wkracza spokojnie w Rok Nowy. Bo jest świadoma swojej dobrej woli, swego znaczenia i powołania.


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...