WYŚWIETLENIA

29 lipca 2025

MOJE PRYWATNE - "50 TWARZY GREYA" - Cz. I

OPOWIADANIE - 18 +





Poniżej zamieszczam jedno z moich starych opowiadań (sprzed kilku lat). Opowiadanie jest dość mocne (tak mi się przynajmniej wydaje) i raczej dla osób które ukończyły osiemnasty rok życia. Długo też zastanawiałem się czy je umieścić na blogu, nie zamierzam bowiem nikogo tym tekstem obrażać, ot po prostu pewien wytwór wyobraźni, który przyszedł mi do głowy, a który z nudów zapisałem. A jest to jedno z niewielu moich opowiadań, które udało mi się doprowadzić do końca, oraz jedyne o tej tematyce, gdyż...


...JESTEM GORĄCYM MIŁOŚNIKIEM SPANKINGU!




Czyli lania (najczęściej na gołą pupę), kobiecej sempiterny dłonią, szpicrutą, lub batem. Uważam nawet (a wręcz, jestem tego pewien, gdyż osobiście to sprawdziłem), taka "zabawa", ma również działanie lecznicze. Może na przykład doprowadzić do wyleczenia się ze stanów depresyjnych (słyszałem o tym), stresu a nawet może doprowadzić do zaprzestania stosowania wszelkich używek, jak choćby palenia papierosów. Należy jednak pamiętać o intensywności takich "zabaw" w tym przypadku. Jeśli terapia spankingiem ma odnieść sukces, powinno się ją stosować co najmniej 1, a nawet 2 razy w tygodniu (co najmniej. Ostatnio się trochę zaniedbałem w tym temacie - niestety).

Co do mnie osobiście i mojego doświadczenia, to muszę się przyznać, że jeśli porządnie nie wysmagam pupy mej kobiety, to ... cały póżniejszy "power" idzie w niebyt. Po prostu już tak mam, że wystarczy mi chwilka takiej "zabawy" (niekiedy, choć rzadziej - wystarczy mi tylko samo wspomnienie tej chwili, gdy kobieta wystawia mi swoją sempiternę, lub gdy ja zmuszam ją do takiego zachowania), by moja dama była zadowolona (nie chwaląc się oczywiście 😉). Tak to już na mnie działa, choć nie samo bicie mnie tak podnieca, a raczej fakt, iż moja kobieta jest w tym momencie całkowicie zdana na mą łaskę i niełaskę. Jest moja i ja decyduję czym i w jaki sposób ją "ukarać". 

Spanking jest o tyle ciekawą formą terapii (może choćby służyć jako lek w przypadku kryzysu w związku - mnie przynajmniej to pomaga, sądzę więc że i innym by nie zaszkodziło), że pobudza sfery erogenne ciała i pozwala odpowiednio "dostroić" kobietę przez zbliżeniem.


Gdzieś kiedyś wyczytałem bowiem taką oto maksymę:

"BÓL DUSZY, MOŻE UKOIĆ 
JEDYNIE BÓL CIAŁA"



Wróćmy jednak do tematu. Opowiadanie jest bez tytułu, choć oczywiście jest umieszczone w klimacie wyżej wymienionych "zabaw"






Czasami jedna, nieprzemyślana obietnica potrafi zmienić całe życie. Czasami krótka chwila, łut szczęścia, lub nieprzychylny los, może wpłynąć na naszą przyszłość. Dlatego też trzeba bardzo uważać na wszystko, co się mówi. Basia nie myślała o dalszych konsekwencjach, gdy założyła się z Piotrem o to, kto wygra zawody żużlowe. Oboje zgodzili się na zakład amerykański: zwycięzca bierze wszystko. Postanowili, że ten, kto wygra zakład, wypowie jedno życzenie. To życzenie zaś musi być dla przegranego niczym rozkaz - musi je spełnić.

Piotr jeszcze na studiach kochał się potajemnie w Barbarze. Ale ona zupełnie nie zwracała na niego uwagi. Wolała przebywać w otoczeniu wesołych blondynów z uniwersyteckiej drużyny koszykówki. Piotr zaś był brunetem, do tego raczej rzadko się odzywał. Był zawsze poważny, a nawet trochę ponury. Pełna życia Baśka - fascynowała go i jednocześnie onieśmielała. Lubił z oddali ją obserwować i słuchać tego, co mówiła w gronie swych przyjaciół i przyjaciółek. Czuł że rośnie w nim uczucie miłości do tej dziewczyny, obawiał się jednak, że gdy się z nim ujawni - ona go nie zechce.

Nie spał, nie jadł, myślami wciąż krążył wokół jej osoby. Jej kruczoczarne, długie włosy, śliczne niebieskie oczy, usta wyglądające niczym dwie złączone ze sobą wisienki, no i jej ciało. Ach, jakże jej pragnął. Wreszcie zebrał się w sobie i podszedł do niej. Serce waliło mu niczym stutonowy młot, nogi miał niczym z waty - tak bardzo jednak chciał dobrze wypaść w jej obecności. Gdy Barbara zobaczyła że w jej kierunku zbliża się pewien chłopak, z którym prawie nie rozmawiała, prócz zdawkowego "cześć" - uśmiechnęła się do niego. On poczuł że złapał Pana Boga za nogi, już teraz, już na pewno wszystko się uda. Wymarzona dziewczyna będzie jego.

Stanął naprzeciw niej i długo wpatrywał się w jej oczy, nie mogąc wykrztusić żadnego słowa. Przemógł się jednak w sobie i wyznał dziewczynie co do niej czuje, lecz nim skończył poczuł że jego pierś przebija ostra strzała, która wyrywa mu serce i rozbija na szereg maleńkich kawałeczków. Baśka, ta dziewczyna jego marzeń i snów, po prostu go... wyśmiała. Zrobiła to publicznie, przy całej paczce znajomych. Nogi ugięły się pod nim i mało nie runął na ziemię. To było totalne upokorzenie, upokorzenie jakiego nie mógł sobie wyobrazić i którego nie mógł zapomnieć.

Rzucił studia i wyjechał z Polski. Przeniósł się najpierw do Niemiec, gdzie pracował fizycznie, następnie wyjechał do Wlk. Brytanii, a stamtąd po pewnym czasie do Ameryki. W Stanach pracował jako kucharz, w jednym z podrzędnych bistro. Pewnego razu miał szczęście, jego przepis na piernik ze śliwkami zrobił oszałamiającą karierę. Trochę przez przypadek, do owego bistro, zawitał światowej sławy kiper, który był oczarowany przysmakiem Piotra. Gdy zaś poznał i inne sporządzane przez niego potrawy (których notabene nauczyła go babcia, sama pamiętająca te przepisy przekazywane w rodzinie z pokolenia na pokolenie, gdy wyjeżdżała ze swego rodzinnego Lwowa, po zakończeniu II Wojny Światowej i gdy "wyzwoleńcza" władza sowiecka odebrała jej rodzinny dom - owe przepisy zabrała ze sobą).

Ów kiper wprowadził Piotra na salony, gdzie przygotowywał potrawy dla najznamienitszych gości, kongresmenów, dyplomatów, biznesmenów. Z czasem otworzył swoją własną firmę i... zbił duży majątek. Restauracje z jego imieniem powstawały nie tylko w Stanach, z czasem dotarły do Europy Zachodniej i... również do Polski. Sam już od dłuższego czasu tęsknił za krajem, ale wciąż w pamięci miał tamto szkolne upokorzenie, doznane przez kobietę którą pokochał. Wciąż nie mógł o niej zapomnieć, wiedział że nie znajdzie ukojenia, dopóki nie odpłaci jej za popełnioną zniewagę. Wynajął najlepszych detektywów i kazał im ją odnaleźć.

Okazało się to dość prostym zadaniem, gdyż Barbara pracowała jako sekretarka w jednej z zachodnich firm, mających swą filię w Polsce. Od wynajętych detektywów, dowiedział się także że nie była z nikim związana, gdyż... wszystkie jej dotychczasowe związki dość szybko się rozpadały. Po pół roku wiedział o niej już wszystko. Wiedział w co się ubiera, z kim się spotyka i gdzie. Wiedział, że w sobotnie wieczory spotyka się z przyjaciółką w jednym z nocnych klubów. Tak było tydzień w tydzień, jednak tego sobotniego wieczoru Małgośka nie przyszła. Basia długo jej wyczekiwała, nie wiedziała jednak że za całą sprawą kryje się Piotr.

Poinformował on bowiem policję że w bloku Małgośki znajduje się bomba. Spanikowana dziewczyna zapomniała nawet zadzwonić do Baśki i poinformować ją że dziś nie przyjdzie. A Basia czekała. Zamawiała kolejne drinki i z nudów zaczęła oglądać zawody żużlowe. Przed godziną dwunastą, do baru, przy którym siedziała Basia, przysiadł się mężczyzna w czarnych okularach i ciemnym, skrojonym na miarę garniturze. Zamówił szkocką i głośno zaczął komentować wyścigi. Odwrócił się w stronę Baśki i zaczął komplementować jej urodę. Basia, trochę już znudzona, zaczęła z nim rozmawiać - dla zabicia czasu oczekiwania na przyjaciółkę. Nie rozpoznała w nim dawnego kolegi ze studiów, którego publicznie ośmieszyła.

W pewnym momencie ów mężczyzna zaproponował, by się założyli o to, kto wygra kolejną rundę. Baśka się zgodziła i obstawiła Niemca, on zaś postawił na Francuza. Jednak mężczyzna dodał, iż chce by był to zakład amerykański. Przegrany musi spełnić życzenie zwycięzcy, ale... nie może go poznać przed rozstrzygnięciem zakładu. Basia, będąc już na lekkim rauszu, zgodziła się na ów warunek. Piotr podsunął jej do podpisu kartkę papieru. Wyjaśnił że jest to zobowiązanie, regulujące warunki ich zakładu. Baśka była już "wstawiona", śmiała się i... podpisała.

Pech chciał, że zakład przegrała. Dobry humor jednak jej nie opuszczał. Cały czas myślała, że to może jakiś żart albo że facet każe jej co najwyżej pokazać majtki, zdjąć biustonosz, albo coś w tym stylu. Tymczasem Piotr poprosił by poszła z nim do jego samochodu. Wciąż rozbawiona i lekko zaintrygowana, poszła za nim. Jeszcze wówczas wydawało jej się to zabawne, ot ciekawy, może nawet romantyczny żarcik, któremu ona z chęcią ulegnie. Wyszli z baru i wsiedli do samochodu mężczyzny. Piotr kazał kierowcy ruszać i podniósł szybę oddzielającą ich od szoferki. Następnie zaciągnął zasłonkę, zapalił światło i zdjął okulary.

- Poznajesz mnie? - zapytał.

- Piotr? - spytała zdziwiona. - Ale mnie nastraszyłeś. Ty to zawsze miałeś pomysły! Pogadałabym z tobą, ale trochę mi się śpieszy. Muszę się wyspać bo jutro mam rodzinny obiad u ciotki - mówiła wciąż rozbawiona kobieta.

- Nigdzie ci się nie spieszy. Wygrałem zakład i zrobisz teraz co zechcę!

- Chyba żartujesz - odparowała zdziwiona już trochę kobieta.

- Poświadczyłaś mi to przed chwilą na piśmie.

- No, może i coś tam poświadczyłam, ale przecież to były wygłupy. Byłam pijana i w ogóle, w tej sytuacji każdy sąd mnie uniewinni - stwierdziła rozbawionym głosem kobieta. - No ale, co w zasadzie byś chciał żebym zrobiła? - spytała lekko zaciekawiona. - Może mam zaśpiewać piosenkę, a może chcesz bym się rozebrała, co? No powiedz?

- Chcę, żebyś była u mnie przez tydzień. W moim domu, jako... moja prywatna niewolnica - odpowiedział Piotr.

- Chyba oszalałeś! Nie, no ty facet naprawdę jesteś stuknięty. Myślisz że to jakaś wojna kolonialna czy co?

- Oczywiście nie musisz niczego robić, ja cię do niczego nie zmuszam, ale jeśli masz w sobie odrobinę honoru, dotrzymasz danego słowa. Wiem też że jesteś poważnie zadłużona. Kupiłaś mieszkanie. Wiem że zostało ci jeszcze sporo rat do spłacenia, starczy na jakieś dwadzieścia lat, czy się mylę? - zapytał mężczyzna.

Baśka była oszołomiona. Zastanawiała się skąd on tyle wie na jej prywatny temat.

- A ja ci zapłacę za ten tydzień - kontynuował Piotr. - Zapłacę ci tyle, że nie tylko starczy na spłatę kredytu, ale zostanie ci jeszcze na super wózek.

To nie była taka głupia propozycja - pomyślała sobie Basia. W końcu tydzień szybko zleci. Obawiała się tylko że Piotrowi pewnie brakuje piątej klepki, ale z drugiej strony... kasa kusi. Po dłuższym namyśle Baśka przyjęła propozycję Piotra.

Podjechali zaraz do kancelarii, by spisać stosowną umowę. Na jej mocy Piotr dostawał tydzień z życia Basi, ona zaś okrągłą sumkę, wypłaconą po zakończeniu pełnego tygodnia. Wszystko rozegrało się zgodnie z przepisami prawa, był więc adwokat, notariusz, byli świadkowie. W umowie pozostawiono kobiecie prawo do tzw.: "wyjścia awaryjnego", co znaczy że mogła ona zakończyć swoją niewolę wcześniej, wypowiadając umówione słowo. Wówczas zakończono by zabawę i zostałaby odwieziona do swego domu. Mogła więc w każdym momencie przerwać "grę", ale... w umowie zapisano, iż obiecane pieniądze dostanie tylko wtedy, jeśli przetrzyma pełny tydzień, co do dnia. Jeśli zrezygnuje wcześniej choćby o godzinę - nie dostanie nic. Baśka nie mając innego wyjścia, przyjęła te warunki.

Po podpisaniu umowy wsiedli do samochodu Piotra i pojechali w kierunku jego domu. Przez całą drogę Piotr nie zamienił z Basią nawet jednego słowa, z rzadka na nią spoglądając. Jechali dość długo, Baśce czas się straszliwie dłużył. Posiadłość Piotra była bowiem położona z dala od miasta.

Gdy przejechali bramę wjazdową, Basia miała możliwość przyjrzeć się willi Piotra, którą on wcześniej nieśmiało nazywał "domem". Był to ogromny, mroczny pałac z dziesiątkami komnat i prowadzących ku nim korytarzy. Była to stara, magnacka posiadłość z końca XVI wieku. Ponoć w 1627 r., zatrzymał się tu, idący z odsieczą z wojskiem koronnym i zastępami kozackimi z Ukrainy na Pomorze do króla Zygmunta III Wazy, (próbującego odciążyć oblężony przez Szwedów Gdańsk), hetman Stanisław Koniecpolski.

Gdy wjechali na wielki dziedziniec przed pałacem, w oczy Baśce rzuciła się ogromna fontanna, w kształcie strzelającego z łuku amora. Pałac był ogromny, miał trzy wielkie sale Lustrzaną, Rycerską i Kominkową. Piotr w towarzystwie lokaja, w całkowitym milczeniu oprowadzał Basię po korytarzach swej posiadłości. Mogła się więc przyjrzeć marmurowym podłogom, wielkim kryształowym weneckim żyrandolom oraz przepięknie zdobionym lustrom w sali Lustrzanej. Baśka zastanawiała się, jak właściwie ktoś może mieszkać w czymś tak ogromnym.

Wreszcie Piotr oddalił się, także w całkowitym milczeniu. Dalszą drogę przebyła więc w towarzystwie eskortującego ją lokaja. Podążyli w kierunku pomieszczeń piwnicznych. Korytarze piwniczne były co prawda długie i ciasne, ale dobrze oświetlone, tylko niezbyt przyjemne. Wreszcie dotarli na miejsce i Baśka uświadomiła sobie że, to są... lochy. Lokaj nakazał jej wejść do środka, co ta uczyniła w pewną obawą. Gdy była już w środku polecił jej by rozebrała się do naga. Kobieta musiała rozebrać się w jego obecności i gdy już stała nagusieńka, zakrywając dłońmi najintymniejsze miejsca swego ciała, jej ubranie zostało zabrane. W zamian, ów lokaj wręczył jej jedynie krótką czarną spódniczkę z białym fartuszkiem oraz biały czepek na głowę. Dodatkowo musiała włożyć czarne buty na wysokich obcasach. Jej piersi pozostały nagie.

Następnie związał jej łańcuchem ręce na plecach, a łańcuch przykuł do wielkiego żelaznego koła, znajdującego się na ścianie. W takiej pozycji miała Baśka spędzić noc. Oczywiście o spaniu nie było mowy, ręce miała boleśnie wykręcone do tyłu i mogła ledwie usiąść na sienniku, które miało jej służyć za łóżko. Noc była dla niej prawdziwą udręką, ale Piotr już się tego dnia nie zjawił. Kobieta zasnęła ze zmęczenia dopiero nad ranem, w bardzo niewygodnej pozycji, z rękami uniesionymi do góry.

Rano w drzwiach jej celi ponownie zjawił się lokaj. Była jednak tak zmęczona, że nie zareagowała na jego pojawienie się. Kamerdyner wybitnie niezadowolony z takiego stanu rzeczy, podszedł do niej i zbudził ją na powitanie kopniakiem w pośladek, po którym kobieta z trudem po nieprzespanej nocy podniosła się.

- Zgodnie z życzeniem pana Piotra, od tej chwili, ktokolwiek wejdzie do celi, ty masz go powitać w postawie stojącej, choćbyś ledwie trzymała się na nogach. I pamiętaj że za nieposłuszeństwo są przewidziane kary - powiedział z wybitną satysfakcją lokaj.

Następnie rozwiązał ją i dał jej blaszaną miskę z wodą do umycia się, a raczej do podmycia. Gdy Basia zapytała gdzie może się załatwić, odpowiedział że gdy już się umyje, może mocz 9ddać do miski, a potem on pokarze jej gdzie może to wylać. Gdy kamerdyner Piotra się oddalił, robiła dokładnie to, co kazał. Po chwili jednak lokaj powrócił i powiedział:

- Zapomniałem ci powiedzieć, że w tej misce jest twoja jedyna woda na dwa dni. Jeśli ją wylejesz, nie będziesz miała nic do picia - uśmiechnął się złośliwie i wyszedł z lochu, pozostawiając w nim na przemian wściekłą i przerażoną kobietę.

- To jest jakiś cholerny koszmar - myślała sobie Baśka. To na pewno mi się śni. Do tego ten okropny kac. Wiedziała że wody już nie dostanie, pomyślała że, skoro uwięzieni w rumowiskach i kopalniach piją swój mocz, to ona też może. Wypiła część wody. Nim skończyła w całym lochu rozległ się głos Piotra.

- Nie jesteś już spragniona? - zapytał złośliwie głos. Gdy Baśka podążała wzrokiem w poszukiwaniu źródła skąd ów głos dobiega, spojrzała na sufit. Była tam umieszczona kamera , głośniki i mikrofon.

- Jesteś nienormalny. Ale wytrzymam z tobą, bo to tylko tydzień - powiedziała Baśka, próbując nadać swym słowom charakter powagi.

- Zadbam, żeby był to najbardziej emocjonujący tydzień w twoim życiu - odpowiedział Piotr, po czym dodał - Przyjdź natychmiast na górę. Trzeba umyć podłogę w mojej sypialni.

Basia poszła, ponownie eskortowana przez kamerdynera. Przeszli przez ogromną salę jadalną, której sufit wykonany był ze szkła, w którym pływały egzotyczne rybki z całego świata. Wreszcie doszli do pokoju Piotra. Basia była oczarowana jego wielkością, bogactwem wnętrza i wspaniałością przeróżnych artefaktów. Jednocześnie kobieta przeraziła się, zdając sobie sprawę że będzie musiała sama, umyć podłogę w tym ogromnym apartamencie.

Podłoga była brudna (zapewne specjalnie, jak sądziła Baśka), czuć było na niej nawet mocz. Gdy weszła do tego apartamentu, ujrzała Piotra wyciągniętego wygodnie na olbrzymim łożu z baldachimem. W kącie pokoju dostrzegła wiadro z wodą do mycia i płyn do podłóg. Nie mogła jednak dostrzec ni mopa, ni nawet zwykłej ścierki.

- Jak mam umyć tę podłogę, mam zdjąć spódnicę i nią to zrobić - spytała zdezorientowana kobieta.

- Nie musisz. Masz przecież takie piękne długie włosy - odpowiedział z nieskrywaną satysfakcją Piotr...





CDN.

DOWCIPY - ANEGDOTY - CIEKAWOSTKI

"WIEM ŻE NIC NIE WIEM
JAK MAWIAŁ SOKRATES, 
CZYLI KILKA MAŁO ZNANYCH
CIEKAWOSTEK I WYPOWIEDZI
WYCIĄGNIĘTYCH Z GŁĘBI DZIEJÓW


Dziś pragnę zaprezentować kilka mało znanych historycznych ciekawostek, które albo całkowicie zostały zapomniane, albo po prostu nie są przytaczane. Dodatkowo okraszę je dowcipami i anegdotami także nieco już zapomnianymi. Tak więc aby nie przedłużać - do dzieła:






Iwan Pawłow (żyjący w latach 1849-1936), laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii z 1904 r., do końca życia był osobą głęboko religijną. Pewnego razu (już po rewolucji bolszewickiej) wychodząc z cerkwi został zatrzymany przez nawiedzonego młodego komunistę:
- Dziadku, co wy, wierzycie w Boga?!
- A wierzę, wierzę - powiedział Pawłow.
- Ciemnota. Tylko tuman wierzy w takie baśnie, dzisiejsza nauka wszystko tłumaczy - powiedział młody członek partii bolszewickiej.
- Nie każdy jest tak wykształcony, jak wy towarzyszu - odpowiedział Pawłow.


Na drugi dzień po urodzeniu się syna Napoleona Wielkiego (Napoleona Franciszka - zwanego "Orlątkiem" - urodzonego 20 marca 1811 r.), mianowanego przez ojca już w kołysce królem Rzymu - zjawiła się w pałacu cesarskim młoda kobieta. W rękach miała papier zaadresowany na imię niemowlęcia. Był to list wdowy po zabitym na polu walki żołnierzu francuskim, z prośbą do króla rzymskiego o emeryturę dla niej i jej pięciorga dzieci. Papier wręczono cesarzowi, któremu bardzo spodobał się oryginalny pomysł wdowy. W towarzystwie dygnitarzy podszedł do kołyski syna i odczytał prośbę. Niemowlę, rzecz jasna, milczało. Wówczas cesarz poczekawszy chwilę rzekł do obecnych:
- Kto milczy, ten się zgadza.
W ten sposób wdowie przyznano emeryturę.  


Gdy cynik Diogenes z Synopy zobaczył, że prowadzą zwycięzcę olimpiady, spytał go:
- Czy zwyciężony był gorszy od ciebie?
- Naturalnie, przecież przegrał! - odrzekł tamten.
- To z czego się cieszysz, jeśli pokonałeś gorszego od siebie? - zapytał filozof.


Karol Darwin został kiedyś zaproszony na elegancki obiad. Przy stole jego sąsiadką była piękna młoda dama.
- Panie Darwin - zwróciła się do niego - pan twierdzi, że człowiek pochodzi od małpy. Czy to mnie również dotyczy?
- Oczywiście - odpowiedział Darwin - Pani jednak nie pochodzi od zwykłej małpy, ale od czarującej.


 W czasie konfliktu między Północą a Południem generał George McClellan był zagorzałym zwolennikiem "taktyki wyczekiwania", dlatego też nie kwapił się z energiczniejszymi działaniami przeciwko siłom Południa. Wtedy to otrzymał od prezydenta Lincolna list takiej treści:
- Drogi panie, jeżeli dotychczas nie potrzebuje pan swej armii, chciałbym ją od pana na pewien czas wypożyczyć. Przesyłam pozdrowienia. Abraham Lincoln.
Słowa Lincolna zdenerwowały McClellana, odpisał więc:
- Czy pan, panie prezydencie, ma mnie naprawdę za durnia?
Wkrótce generał otrzymał drugi list od Lincolna:
- Nie, nie mam, ale możliwe, że się mylę".


Giacomo Casanova (żył w latach 1725-1798) przebywając w Rosji, kupił od jednego z chłopów jego córkę, wiejską dziewczynę i uczynił z niej swoją kochankę. Dziewczyna jednak okazała się bardzo zazdrosna i gdy przenieśli się do Petersburga, urządzała mu karczemne awantury o każdą, napotkaną na ulicy damę. Rzucała też w niego ciężkimi przedmiotami, a nawet gryzła go i szczypała kiedy tylko nie przychodził na noc do domu (spędzając czas np. z aktoreczkami petersburskiego teatru). Zazdrość dziewczyny stała się prawdziwym utrapieniem dla Giacoma i trwało tak, póki nie znalazł na to skutecznego środka. Pewnego bowiem razu, gdy dziewczyna urządziła mu kolejną awanturę, nie wytrzymał, wyjął zakupiony koński bicz i zaczął nim okładać dziewczynę po całym ciele. Efektem była... całkowita jej odmiana, Casanova stwierdził, iż po każdym pobiciu stawała się ona niczym jedwab: "miękka, delikatna i czuła". Casanova tak to ostatecznie spuentował: "Rosjanie nie mogą żyć bez lania".


Inspektor celny Wolnego Miasta Gdańska (istniejącego w latach 1920-1939) Artur Tarnawiecki opowiedział kiedyś o spotkaniu delegacji polskiej z delegacją Wolnego Miasta Gdańska: "W skład polskiej delegacji wchodził premier Bartel, minister komunikacji inżynier Kuehn, komisarz generalny Rzeczpospolitej Polski w Gdańsku doktor Strasburger, odpowiedzialny pracownik Komisariatu doktor Weyers oraz korespondent Polskiej Agencji Telegraficznej redaktor Sonnenburg. Stronę gdańską natomiast reprezentowali Niemcy: wiceprezydent Senatu Wierciński, senator spraw wewnętrznych Arczyński, senator do spraw handlu Jewelowsky, kierownik biura prasowego w Senacie Lubiansky, i przedstawiciel prezydium Policji Pokrzywiński.


W 130 r. p.n.e. królowa Egiptu - Kleopatra II, uroczyście obchodziła w Aleksandrii swoje 55 (lub 54) urodziny. Królowa siedziała w rozkosznych szatach na tronie z kości słoniowej, z koronami Górnego (białą) i Dolnego Egiptu (czerwoną) na głowie, oraz z wysuniętą królewską złotą żmiją - była uśmiechnięta i zadowolona. Właśnie na ołtarzach zostały złożone ofiarne zwierzęta, odśpiewane modlitewne hymny na cześć Izydy i Ozyrysa. Królowa otrzymała też od swoich poddanych bogate dary, co chwila wchodzą dostojnicy, którzy padają na twarz, składają jej hołd, ofiarowują prezenty i cofając się tyłem odchodzą. W pewnym momencie eunuchowie wnoszą dużą, bogato inkrustowaną drogimi kamieniami skrzynię. Skrzynia ta jest prezentem od jej brata i jednocześnie męża - Ptolemeusza VIII zwanego Fyskonem (Grubasem). Fyskon od roku przebywał na wygnaniu na Cyprze, dokąd wypędziła go zazdrosna o władzę siostra/żona. Teraz jednak przysyła jej prezent z okazji urodzin? Czyżby zrozumiał swój błąd i pragnie zawrzeć ponowne przymierze? Takie myśli zapewne musiały trapić Kleopatrę II nim rozkazała otworzyć ową skrzynię. Jednak gdy odsunięto wieko, królowa w przerażeniu cofnęła się. W skrzyni bowiem w kałuży krwi leżał rozczłonkowany na kawałki jej syn, ok. piętnastoletni Ptolemeusz Memfites - którego ojcem był właśnie Fyskon. Tak oto Ptolemeusz VIII wysłał swej siostrze w prezencie urodzinowym zwłoki ich syna, a wkrótce potem najechał Egipt i zdobył Aleksandrię, krwawo mszcząc się na jej mieszkańcach za popieranie Kleopatry. 


Do generała Ludendorffa zgłosił się w pierwszych miesiącach I Wojny Światowej, żołnierz pochodzenia polskiego, prosząc władze wojskowe o zapomogę dla rodziny, która na skutek powołania go do wojska znalazła się bez środków do życia. Ludendorff odmówił, nie chcąc stwarzać żadnych precedensów, ale obiecał żołnierzowi, że jeżeli wykaże się męstwem w walkach, to po wojnie wypłaci mu z własnej kieszeni 200 marek. Obietnica była właściwie bez ryzyka, bo ów żołnierz nie tylko musiałby odznaczyć się, lecz także jeszcze w dodatku przeżyć wojnę, co było razem dość mało prawdopodobne. Jakież więc było jego zdumienie, gdy po wojnie ów żołnierz stawił się u niego po odbiór obiecanej nagrody. Generał skontaktował się z kolegami z byłego Sztabu Generalnego i ku swemu zdziwieniu dowiedział się, że ów żołnierz rzeczywiście wykazał się bezprzykładnym męstwem, zdobywając nawet w ogniu walk sztandar rosyjski. Wypłacił obiecane pieniądze i z ciekawości zapytał, jakimże to sposobem udało mu się zdobyć na polu walki sztandar nieprzyjacielski. Żołnierz czując już w kieszeni ciężar nagrody, odpowiedział:
- To nic prostszego, panie generale. Przeszedłem przez linię frontu i cóż widzę? Rosyjskim chorążym jest mój kuzyn z Rohatyna. To ja z nim po naszemu pogadałem i on mi w czasie natarcia oddał ten sztandar 🤭. A ja mu obiecałem połowę nagrody, którą mi pan generał wypłaci. Pan mi nie wierzy? To ja go zaraz mogę zawołać! On już tu czeka na schodach...

Anatolij Demidow, rosyjski arystokrata ożeniony z Włoszką Matyldą, miał zwyczaj okrutnie bić batem swoją żonę po plecach i pośladkach. Często bił ją np. przed udaniem się na przyjęcie, wówczas pozostawiał ją samą w domu, a sam udawał się na bal do cara Mikołaja I (panował w latach 1825-1855). Pewnego razu, gdy swym zwyczajem wychłostał żonę i odjechał w karecie na carski bal, Matylda przykryła okrwawione plecy szalem, wynajęła dorożkarza i pojechała również do Pałacu Zimowego. Tam, nie zwracając uwagi na pozieleniałego z wściekłości męża, rzuciła się przed carem na kolana i zrywając szal z ramion pokazała swe okaleczone plecy. 
- Kto pani to zrobił - zapytał car Mikołaj I.
Matylda palcem wskazała na męża i zaczęła błagać cara, żeby zezwolił jej wziąć z nim rozwód. Car się zgodził. Demidow odtąd musiał wypłacać żonie słone alimenty, a ona wyprowadziła się do Paryża, gdzie zaczęła błyszczeć na tamtejszych salonach z prawie gładkimi plecami, lekko tylko zeszpeconymi szramami od dawnych razów męża


Pewnego razu do gabinetu znanego rosyjskiego chemika Mikołaja Beketowa wbiegł służący i zawołał:
- Mikołaju Mikołajewiczu! W bibliotece są złodzieje!
Profesor oderwał się od obliczeń i spokojnie zapytał:
- A co czytają?


Jałta. Wielka trójka siedzi na tarasie krymskiej daczy Stalina i chwali się swoimi papierośnicami. Roosevelt wyciąga swoją, piękną, ze srebra, pokazuje wygrawerowany napis: "Prezydentowi Rooseveltowi Naród". Następny w kolejności - Churchill pokazuje swoją, piękną, złotą z napisem: "Premierowi Churchillowi - Król i Królowa". Teraz kolej na Stalina. Niechętnie wyciąga swoją - piękną, złota papierośnicę, inkrustowaną kamieniami szlachetnymi, wspaniała robota najlepszych jubilerów, a na niej wygrawerowany napis: "Potockiemu - Radziwiłł".


Anna Elżbieta Potocka - matka niesławnego w naszych dziejach zdrajcy - Stanisława Szczęsnego Potockiego (żyjącego w latach 1751-1805), targowiczanina z 1792 r., lubiła osobiście karać swoje służące i pańszczyźniane dziewki. Wręcz można powiedzieć że sprawiało jej przyjemność, gdy kazała dziewczynom pochylić się opierając o stół lub krzesło, zadzierała do góry spódnice i osobiście wymierzała im rózgi na ich gołe pośladki.


ITALIA Z JEJ CIASNYMI, KRĘTYMI ULICZKAMI - PIĘKNO SAMO W SOBIE 😉



Zdarzyło się że Arystyp z Cyreny (żyjący w latach 435-356 p.n.e.), płynął niegdyś do Koryntu i na morzu rozszalała się burza. Ktoś z podróżnych, widząc jego zdenerwowanie, zauważył:
- My, zwyczajni ludzie, nie boimy się, a wy, filozofowie, tchórzycie.
- To dlatego - odpowiedział Arystyp - że nie jest równa wartość życia, o które walczymy. 🤭


- Na wojnie wielkie wydarzenia bywają wynikiem błahych przyczyn - jak mawiał Juliusz Cezar.


Angielskiego filozofa Bertranda Russela zapytano kiedyś, czy gotów byłby umrzeć za swoje przekonania. Pomyślawszy chwilę, uczony odparł: 
- Oczywiście, że nie! Mogę się w końcu mylić. 😂


- Bóg jest szczególnie przezorny wobec głupców, pijaków i Stanów Zjednoczonych Ameryki - jak stwierdził niegdyś pierwszy kanclerz zjednoczonych Niemiec - Otto von Bismarck.


Król Wielkiej Brytanii Edward VII (panujący w latach 1901-1910), znany był z niechęci do dworskiej etykiety. Podróżując incognito przez Szkocję, zatrzymał się pewnego razu w małym hoteliku. Rano właściciel przyniósł do pokoju gorącą wodę i zastał króla przy goleniu. Zapytał:
- Pana twarz jest mi znajoma. Czy pan czasem nie pozostaje w służbie króla?
- Owszem. Golę Jego Królewską Mość - odparł król. 


Polski generał Dezydery Chłapowski pisał w swych pamiętnikach, że kiedyś, jeszcze jako adiutant cesarza Napoleona Wielkiego, meldował mu coś na polu bitwy i uchylił kapelusza. Po chwili pocisk wyrwał mu ten kapelusz z ręki. Napoleon uśmiechnął się i powiedział:
- Dobrze, że pan nie jest wyższy, prawda?


Podczas Rewolucji Francuskiej w 1792 r. otwarto w Paryżu dziwny, kobiecy klub. Dziwny był dlatego, iż był to klub flagellantek, który dodatkowo cieszył się dużym powodzeniem. Trudno się dziwić, skoro tamtejsze kobiety praktykowały niekonwencjonalny tryb życia. A mianowicie owe panie wysłuchawszy najpierw teoretycznych prelekcji na temat flagellacji, wygłaszanych przez "starsze siostry", udają się na modlitwę, po której zakończeniu następują zajęcia praktyczne. Oto sześć obnażonych od pasa w dół kobiet, chłoszcze rózgami sześć innych, obnażonych całkowicie i pochylonych na specjalnych kozłach. Zaczynają je bić, zwracając szczególną uwagę na pośladki i plecy, które szybko pokrywają się krwawymi pasami. Obok stoi nauczycielka i nadzoruje całą tę chłostę. Czy można się więc dziwić, że w dobie spadających na gilotynie głów, cześć mieszkańców Paryża urozmaicało sobie resztki życia, takimi właśnie przedstawieniami?


Pewien francuski polityk powiedział kiedyś do Ignacego Jana Paderewskiego:
- We Francji jest powiedzenie "Pijany jak Polak". Ile w tym prawdy?
- Proszę nie wierzyć powiedzonkom drogi panie. W Polsce na przykład mówi się "Uprzejmy jak Francuz". 🤭


Abraham Lincoln powiedział kiedyś o sobie: "Mam jedną wadę - nie potrafię powiedzieć "nie". Na szczęście Bóg nie uczynił mnie kobietą. Gdyby bowiem stworzył mnie kobietą, musiałby stworzyć mnie tak brzydkim, jakim mnie właśnie stworzył, aby nikt nie dybał na moją cnotę".


Cesarz austriacki Franciszek Józef I zwiedzał kiedyś więzienie. Kiedy tylko wszedł, natychmiast rzuciło mu się do nóg kilku skazańców, prosząc o łaskę i zapewniając, że są całkowicie niewinni. Sytuacja powtarzała się przy każdej niemal celi. Wreszcie jeden z więźniów nie poruszył się w ogóle na jego widok.
- Za co tu jesteś? - zapytał zdziwiony władca.
- Za kradzież, rozbój, gwałt, oszustwo i morderstwo - odrzekł skazaniec.
- Popełniłeś to wszystko?
- Tak.
Cesarz zawołał więc dyrektora więzienia i rozkazał:
- Proszę natychmiast wypuścić tego łotra, żeby nie psuł tych wszystkich zacnych ludzi, którzy tu siedzą. 😂


Mężczyzna budzi się rano po całonocnym, wykwintnym przyjęciu i spostrzega że ma na sobie swój garnitur, spodnie, koszulę i krawat, w których brał udział w imprezie. Myśli przez pewien czas, próbując przypomnieć sobie coś z wczorajszego dnia, aż w końcu powiada:
- Zastanawiam się... czy ja nie za elegancko sypiam. 🥳


Właściciel kamienicy zwrócił się kiedyś do Edwarda Maneta:
- Pan się stąd nie wyprowadzi, dopóki nie zapłaci mi pan za pokój.
- Dziękuję panu serdecznie - ucieszył się malarz. - Szczerze mówiąc, obawiałem się, że wkrótce wyrzuci mnie pan na bruk. 


"Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają" - jak mawiał William Szekspir.


Ronald Reagan mówił o komunistach: "Wypowiedzieli wojnę biedzie... i ona wygrała".


"Myśl porusza ogrom świata" - jak mawiał rzymski poeta Wergiliusz.


Mężczyzna postanowił pochwalić się przed znajomymi swoim bogactwem, a ponieważ nazbyt majętny nie był, poprosił swoją dziewczynę by przez jakiś czasu udawała przy gościach jego służącą. Dziewczynie ten pomysł niezbyt przypadł do gustu i zapytała:
- Więc będę musiała cały czas siedzieć w kuchni?
Na co ów mężczyzna odrzekł:
- A coś ty myślała? Że jak się pobierzemy, to co ty innego będziesz tu robić? 🤭


Angielski pisarz Jonathan Swift, autor "Podróży Guliwera", pewnego razu ciężko zachorował. Po długim leczeniu powoli powracał do zdrowia. 
- Kochany doktorze - rzekł do swojego lekarza. - Nigdy nie zapomnę, że uratował mi pan życie.
- Wiem o tym dobrze - odrzekł lekarz. - Niech pan jednak pamięta także, że jest mi winny za dwadzieścia wizyt, które złożyłem panu podczas choroby.
- Niech mnie pan nie obraża, panie doktorze - oburzył się Swift. - Gdy tylko będę czuł się na tyle silny, że zacznę wychodzić z domu, oddam panu wszystkie wizyty, jedną po drugiej. 😄



TAK TO JEST, JAK SIĘ ULEGA DZIECIOM 
KTÓRE CHCĄ ZOBACZYĆ MUZEUM BARBIE 😂  
ZABAWNA SCENA Z FILMU "WYŚCIG SZCZURÓW"




Car Rosji Aleksander I otrzymał pewnego razu od, wtedy jeszcze bardzo biednego poety, tomik poezji z dedykacją. Podziękował mu w ten sposób, że kazał związać setkę banknotów 100-rublowych na kształt książki i umieściwszy na karcie tytułowej napis: "Poezje Aleksandra I" - posłał ją literatowi. Poeta odpisał:
- Poezje Waszej Cesarskiej Mości podobały mi się tak bardzo, że pragnąłbym czym prędzej przeczytać tom drugi.
Nazajutrz rzeczywiście otrzymał taki sam tom jak wcześniej, lecz na karcie tytułowej były napisane słowa:
- Tom drugi i ostatni. 😂


Pewnego razu, w latach swej świetności gdy cała Europa drżała na dźwięk jego imienia, doradcy Cesarza Napoleona Bonaparte, zaproponowali mu stworzenie własnej religii. Napoleon na takąż propozycję odparł tymi słowy:
- Najpierw musiałbym dać się ukrzyżować, złożyć w grobie i na końcu zmartwychwstać, a szczerze mówiąc, nie mam ochoty na takie eksperymenty. 


Konfucjusz pisał: "Szlachetny człowiek wymaga od siebie, prostak od innych".


"Tylko od nas zależy, jaki użytek zechcemy zrobić z darowanych nam lat" - stwierdził kiedyś John R.R. Tolkien.


Gdy po zamordowaniu swego ojca - cara Pawła I w 1801 r. na tron Rosji wstąpił Aleksander I, starał się przekonywać obecnych w Petersburgu Polaków (w tym również Tadeusza Kościuszkę) że: "boleje nad Polską i pragnie ją widzieć szczęśliwą". Twierdził że rozbiory były nieszczęściem, ale on pragnie się stać "wskrzesicielem Polski". Wielu do siebie przekonał i ci uwierzyli że rzeczywiście pragnie odbudować Rzeczpospolitą. Ale gdy tylko zawarł sojusz z Prusami, wówczas wydał im listę wszystkich Polaków (wówczas obywateli pruskich), którzy zabiegali u niego o odrodzenie Polski. A tymczasem nieco wcześniej (bowiem w 1796 r.), zagadnięty w tej samej sprawie, młody francuski wódz walczący z Austriakami w północnej Italii, odrzekł następująco: "Cóż mam odpowiedzieć? Cóż obiecać? (...) Podział Polski jest dziełem niecnym, które utrzymać się nie może (...) Ale (...) Polacy nie powinni polegać na pomocy obcej. (...) Wszystkie głoszone im piękne słowa nie doprowadzą do niczego. (...) Naród, ujarzmiony przez sąsiadów, nie może podnieść się inaczej, jak tylko z bronią w ręku". Ów wódz zwał się Bonaparte, a pytanie z mojej strony brzmi - która recepta była lepsza?


"Różnica między niemożliwym a możliwym leży w ludzkiej determinacji" - jak twierdzi amerykański baseballista Tommy Lasorda.


Johan Wolfgang Goethe napisał kiedyś: "Jaki rząd byłby najlepszy? Taki, który by nas uczył, jak samemu rządzić sobą".


 

28 lipca 2025

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. I

NIM JESZCZE 
NAD KONSTANTYNOPOLEM 
ZAŁOPOTAŁ ZIELONY 
SZTANDAR MAHOMETA





VARIA


W cieniu komnaty stała masywna postać mężczyzny, opartego o kolumnadę i wpatrującego się bezmyślnie w dal. Im bliżej podeszło się ku tej postaci, tym widać było znacznie lepiej iż jest to majestatyczna osoba, od której oblicza bije powaga i godność monarsza. Jednak mimo iż z wyglądu człowiek ten przypominał monarchę, to jednak jego zachowanie niczym nie przypominało monarszej pewności siebie i zdecydowania. Postać stała przy oknie, wychodzącym na pałacowy ogród i wpatrywała się w jaśniejące w oddali budowle Paryża. Tak, postać ta była może majestatyczna, ale wzrok jego wydawał się tępy, zupełnie pozbawiony jakiegokolwiek blasku, jakiegokolwiek celu. Ten potężnie wyglądający człowiek, który skończył już pięćdziesiąty drugi rok życia rzeczywiście w niczym nie przypominał monarchy. Był to raczej smutny, zrezygnowany mężczyzna, który już od dawna nie doświadczył żadnej radości - przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Mimo to, doprawdy trudno by było odebrać mu jakąkolwiek dostojność, czy to w jego ruchach, czy też w zachowaniu i nie połączyć jej z godnością królewską. I rzeczywiście, ów wpatrujący się bezmyślnie w dal mężczyzna istotnie był monarchą, ale kto wie czy wówczas nie pragnąłby bardziej stać się zwykłym poddanym, aby tylko zdjąć ze swoich barków to ogromne brzemię, jakie musiał dźwigać już od ponad dziesięciu lat, czyli od czasu, gdy wstąpił na cesarski tron w Konstantynopolu, tej ostatniej teraz pozostałości po dawnym, cesarskim Rzymie. Był to bowiem cesarz Manuel II z dynastii Paleologów, który jednak władał już państewkiem tak słabym, tak małym i tak smutnym, iż doprawdy powodował żałość wszystkich, z którymi się stykał.

Ponad dwa lata wcześniej - 10 grudnia 1399 r. opuścił on potężne mury swej stolicy i wyruszył w podróż po Europie, pragnąc sprowadzić odsiecz dla swojej, zagrożonej atakiem niewiernych Turków Osmańskich, ojczyzny. W towarzystwie francuskiego marszałka Boucicaut, przemierzył on Wenecję (gdzie nawet gotów był przekazać Konstantynopol w ręce tamtejszych dożów, w zamian za realne wsparcie militarne, udzielone jego upadającemu Cesarstwu). Niewiele jednak wskórał, choć przemierzył Italię wzdłuż i wszerz. Następnie pojechał do Francji, gdzie był podejmowany przez króla Karola VI, którego nie na darmo zwano "Szalonym", gdyż rzeczywiście co jakiś czas popadał w obłęd (były okresy nawrotu jego szaleństwa, iż twierdził np. że jest cały ze szkła i jeśli ktoś go dotknie, to może się stłuc 🥴). Tam też niczego nie załatwił, po czym skierował się ku Brytanii i w Londynie został powitany przez króla Henryka IV z niezwykłą wprost gościnnością. Cały Londyn wyległ na ulice aby ujrzeć tego władcę, który na swych barkach nosił godność, powagę i wielkość dawnego Rzymu, a który tu przybywał błagać o pomoc. Jakże zmiennymi kolejami losu podaża fortuna. Doprawdy przykry to był widok - czego wyraz dał jeden z obecnych tego dnia angielskich dziejopisów, osobiście obserwując przyjazd monarchy z dalekiego, dość egzotycznego dla Anglików kraju. Zapisał on bowiem w swym dzienniku takie oto słowa: "Rozważałem w głębi duszy bolesny fakt, że ten wielki władca chrześcijański z dalekiego Wschodu, na skutek niebezpieczeństw czyhających ze strony niewiernych, zmuszony został odwiedzać na Zachodzie odległe wyspy, aby tu prosić o pomoc. Mój Boże! Gdzież jesteś, o chwało dawnego Rzymu? Wspaniałość twojego Cesarstwa leży dzisiaj w gruzach (...) Któż chciałby kiedyś uwierzyć, że popadniesz w tak wielką nędzę, że ty, któraś panowałaś niegdyś nad światem, zasiadając na wysokim tronie, nie będziesz teraz zdolna nieść pomocy chrześcijańskiej wierze".

Ów wielki władca, który sam dźwigał jedynie cień dawnej chwały, wcale nie pragnął jednak wracać do oblężonego przez Osmanów, wielce wyludnionego już Konstantynopola. W drodze powrotnej zatrzymał się ponownie w Paryżu, gdzie miał ponoć chwilę odpocząć. I rzeczywiście, odpoczywał, już od dwóch lat przebywając na francuskim dworze, nie miał ani ochoty, ani odwagi powrócić z niczym do swojej stolicy. Cóż bowiem miał czynić? odbył długą i kosztowną podróż na Zachód, która poszła całkowicie na marne. Owszem, otrzymał kilka mglistych obietnic, złożonych bardziej na odczepnego, ale nie było żadnych konkretów, nie prowadził ze sobą żadnej armii, która mogłaby rozerwać blokadę Konstantynopola. Cóż miał czynić? Wracać? Po co? Do czego, do skazanego na zagładę miasta, którego los już został przypieczętowany, a upadek był kwestią kilku lub kilkunastu miesięcy. Najchętniej pozostałby tu, w Paryżu. Tęsknił też co prawda za żoną i dziećmi, których umieścił w Morei na Peloponezie (w przecudnym mieście Mistrze, która to stała się ośrodkiem odnowionego hellenizmu. Zabawne, ponoć niektórzy tamtejsi mieszkańcy zamyślali nawet eksportować ów nowy hellenizm na inne części dawnej Hellady, w tym na ziemie opanowane przez Osmanów. Ta myśl musiała wprawić cesarza - choć na krótko - w lepszy humor, jednak szybko on ustępował, na myśl iż posiadłości dawnego Cesarstwa ograniczają się obecnie właśnie do samej Morei z Mistrą i oczywiście niewielkiego rejonu wokół samej stolicy - Konstantynopola. Zresztą Mistra i tak była ludniejsza i żywo tętniąca życiem, w porównaniu z na wpół wyludnionym miastem nad Bosforem - skąd uciekli już wszyscy, którzy cokolwiek posiadali, a pozostali w mieście jedynie najubożsi i ci, którzy bronili murów. Cóż jednak czynić, w stolicy władał brat Manuela - Jan VII Paleolog, który wcześniej był też konkurentem Manuela do władzy. 

Może lepiej nie wracać? Może niech to na Jana spadnie hańba kapitulacji sławnego miasta Konstantyna, może tak będzie lepiej. Osiąść tutaj, we Francji, w Paryżu, sprawdzić żonę i dzieci z Morei (gdzie je umieścił w obawie przed ewentualną próbą Jana zamordowania jego synów). Jakże był władcą. Jakże łatwe życie mają niewolnicy, wolni od podejmowania decyzji. Jakże w tych dniach Manuel chciałby zamienić się, choć na trochę, miejscami ze zwykłym służącym. Jaka to byłaby ulga, nie musieć nic czynić z własnej woli, z własnego rozumu, a być jedynie wykonawcą czyichś poleceń - jakże wówczas łatwo było żyć. Tego typu myśli bez wątpienia musiały kłębić się w głowie człowieka, opierającego się teraz o kolumnadę królewskiego pałacu i patrzącego w dal, na Paryż. W oddali jednak dochodziły go odgłosy czyichś kroków. Kroki te z każdą minutą stawały się coraz donioślejsze i coraz lepiej słyszalne. Wreszcie, gdy zaczęły przypominać dudnienie, Manuel ocknął się i niechętnie odwrócił głowę w kierunku drzwi wejściowych, w których niechybnie musiałby wkrótce pojawić się sprawca całego tego zamieszania. Odczekał chwilkę, wpatrując się jednak w kierunku drzwi wejściowych tym samym, bezładnym wzrokiem, jakim wcześniej spoglądał na miasto i gdy wreszcie w drzwiach ukazała się postać posłańca, odetchnął z ulgą. Wreszcie - pomyślał, choć doprawdy niezbyt ciekawiły go informacje, które miał nadzieję usłyszeć, a spodziewał się najgorszego, łącznie z upadkiem samego Konstantynopola. Posłaniec wbiegł do komnaty, po czym bizantyjskim zwyczajem upadł na kolana i trzymając w dłoni zwój papieru, zwrócił się do Manuela tymi oto słowy:

- Wasza Cesarska Mość, przynoszę wieści bezpośrednio z Anatolii. Pędziłem tutaj przez trzy tygodnie, nie dając wytchnienia koniowi, by przynieść ci Panie tę wiadomość.

- Mów zatem, miejmy to już za sobą - odrzekł cesarz.

- Wasza Cesarska Mość, mam ci przekazać wiadomość, iż 28 lipca Roku Pańskiego 1402, sułtan osmański Bajazyd I, niewierny pies, który tyle krwi napsuł Cesarstwu Rzymskiemu, został pokonany w bitwie na wzgórzach wokół Ankary i dostał się do niewoli zwycięskiego, przybyłego ze Wschodu Timur-lena, chana Ordy z Samarkandy, potomka dawnego Czyngis-chana. 

- Co rzekłeś? - Manuel w pierwszej chwili nie dosłyszał, gdyż spodziewał się zupełnie innej wiadomości i przygotowany był raczej na najgorsze.

- Wasza Cesarska Mość, Konstantynopol jest ocalony, sułtan Bajazyd dostał się do mongolskiej niewoli, państwo Osmanów jest w totalnej rozsypce, wojska oblegające miasto w ciągu jednej nocy po prostu rozpłynęły się. Panie, Bóg, rękoma barbarzyńców ze Wschodu ocalił nasze państwo, tę oto wiadomość pragnę ci przekazać, która zapisana jest w tymże dokumencie, ręką Twego cesarskiego brata. 

- To, n...nie...niemożliwe, jak to? Bajazyd w niewoli - Manuel nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał - ten sam Bajazyd, który przed sześciu laty rozgromił pod Nikopolem chrześcijańskie wojska króla węgierskiego - Zygmunta Luksemburskiego? Ten sam Bajazyd, który już widział się władcą Konstantynopola? To niemożliwe?!

- Możliwe Panie, brat twój przesyła ci tę radosną wiadomość, jesteśmy ocaleni.

- Bogu Miłościwemu niech będą dzięki i synowi Jego, Jezusowi Chrystusowi Panu naszemu i Zbawicielowi - rzekł Manuel, upadając na kolana i składając ręce w modlitwie dziękczynnej - Jesteśmy ocaleni, Boże Miłosierny dzięki Ci po tysiąckroć.


MANUEL II




Tak oto zwycięstwo Tamerlana pod Ankarą z lipca 1402 r., przedłużyło życie Cesarstwa Bizantyjskiego o kolejne pół wieku. Ale niestety, ani Manuel II, ani też jego następcy nie potrafili wykorzystać danego im czasu na gruntowną modernizację skostniałego aparatu państwowego i zapewnienia sobie realnych sojuszy militarnych, które mogłyby w przyszłości przynieść Konstantynopolowi realne wsparcie na wypadek kolejnego osmańskiego ataku. Stolicę Bizancjum zdobył w maju 1453 r. młody, zaledwie 21-letni sułtan Mehmed II Zdobywca. Był on prawnukiem wziętego do niewoli przez Tamerlana, sułtana Bajazyda I zwanego Błyskawicą (od szybkości dokonywanych przez niego ataków). Jednocześnie Mehmed Zdobywca był też pradziadem dla kolejnego wielkiego sułtana osmańskiego - Sulejmana Wspaniałego, którego to panowanie określa się jako największy i najwspanialszy okres osmańskiej potęgi.






A tymczasem w kolejnej części przejdę już do dość odległych dziejów wschodniego Cesarstwa, które potem otrzyma nazwę "Bizantyjskie", gdyż cofniemy się o ponad... dwanaście stuleci


CDN. 
 

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. I

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII
ISTNIAŁ MATRIARCHAT?





Kiedy i czy w ogóle istniał Matriarchat? Dobre pytanie, ale odpowiedź na nie niekoniecznie musi być jednoznaczna, należy bowiem sobie uświadomić, że dotychczasowe teorie o istnieniu pierwotnego matriarchatu w epoce przed-starożytnej są błędne. Nie było matriarchatu przed powstaniem wielkich ludzkich cywilizacji (choć oczywiście były okresy że kobiety stanowiły najcenniejsze dobro w danym plemieniu, ale jedynie pod tym względem, że to one dawały nowe życie - dzięki czemu zapewniały przetrwanie danej zbiorowości). Wcześniejsze epoki można by określić jako okres "Płodnych Heter", ale nie miało to nic wspólnego z klasyczną definicją matriarchatu, jaka została zdefiniowana w XIX wieku i przetrwała po dziś dzień. Niektórzy sądzą że odnajdywane na terenie Anatolii i na Bliskim Wschodzie figurki kobiet o pokaźnych kształtach, są dowodem na istnienie dawnego matriarchatu. Wybaczcie ale gdyby ktoś w przyszłości (posługuję się tutaj określeniami które są nam bliskie jako ludziom żyjącym tu i teraz, ale należy pamiętać że ani przeszłość, ani przyszłość realnie nie istnieją - to co było nigdy nie ginie, a dodatkowo często powraca w zmienionej formie - ale to są rozważania na zupełnie inny temat), odnalazł Playboya (lub inne "gazetki"), gdzie przecież też są głównie kobiety - to musiałby uznać, że w naszych czasach istniał matriarchat? A czy posąg Ateny Promachos i inne figurki greckich bogiń stawiane na ateńskim Akropolu, świadczyły, iż w owym greckim mieście panował matriarchat? No chyba nie, prawda? (tym bardziej że w Atenach kobiety nie miały praktycznie żadnych praw, poza tymi które wypływały z ich obowiązków jako żon i matek). 

Tak samo prehistoryczne figurki "Venus" wcale nie muszą świadczyć o istnieniu matriarchatu, ale (jak to ujęła pewna amerykańska archeolog, której nazwisko niestety wypadło mi z głowy) mogą wręcz być po prostu... erotycznymi totemami, podobnymi do dzisiejszych Playboyów. A jeśli nawet założyć, że spełniały one jakieś funkcje kultowe, to również nie świadczy o istnieniu matriarchatu, gdyż w dziejach najróżniejszych ludów było pełno kobiecych bóstw, co wcale nie oznaczało, że te nacje były rządzone przez kobiety (tak naprawdę nigdy nie istniała rozwinięta cywilizacja, w której dominowałyby tylko kobiety. Wszystkie tego typu plemiona po dziś dzień nie wyszły ze stanu pierwotnego rozwoju, co dobitnie świadczy że matriarchat może się uchować jedynie w niewielkich społecznościach, żyjących w oddaleniu od świata zewnętrznego na niskiej stopie rozwoju cywilizacyjnego. Tak to już jest że wszystkie rozwinięte cywilizacje zbudowali mężczyźni i nie jest to przejaw seksizmu czy szowinizmu, ale fakt wynikający z naturalnych predyspozycji rodzaju męskiego, który poprzez wzajemną konkurencję - a jednocześnie aby zdobyć rękę i serce swej wybranki - robią rzeczy zarówno niebezpieczne jak i głupie, szalone oraz wzniosłe. Ale ogólnie rzecz biorąc mężczyzna jest dość prostą konstrukcją, zupełnie inaczej niż kobieta). Matriarchat nie istniał jako jeden złożony system "przed patriarchatem" (jak chciałyby na przykład feministki), tylko obowiązywał w pewnych niewielkich grupach lub zgromadzeniach na równi z systemem patriarchalnym (który dominował). W tym temacie pragnę opowiedzieć właśnie o owych okresach, miejscach i nacjach w których realnie zaistniał matriarchat, jako... uzupełnienie patriarchatu. Przejdźmy zatem do tematu:



I
STAROŻYTNY EGIPT
BOSKIE MAŁŻONKI AMONA-RE
(ok. 1140 r. p.n.e. - 525 r. p.n.e.)
Cz. I





"PRACUJ DLA BOGA A ON
TEŻ BĘDZIE PRACOWAŁ DLA CIEBIE"

"NAUKI DLA KRÓLA MERINKARE"



Kobiety kapłanki istniały w historii Egiptu od czasów najdawniejszych, choć ich rola w większości sprowadzała się do funkcji drugorzędnych lub symbolicznych. W czasach największej świetności Egiptu, kapłanki pełniły funkcje pośrednie, były w zasadzie jedynie żeńskim uzupełnieniem kapłanów, z tym że nie były im równe. Hierarchia oczywiście istniała też wśród samych kapłanów, ale kobiety-kapłanki były poza tą skalą, jakby... pod nią. W Egipcie bowiem, od czasów najdawniejszych (tynickich) wśród kleru dominował "Ojciec Boży" (czyli "It-Neczer"), z reguły był to teść lub szwagier panującego władcy. Wchodził on w skład grupy tzw.: "Towarzyszy Horusa" ("Szemsu-Hor"), grupującej najbliższe otoczenie faraona. Należy jednak pamiętać że zarówno w Starym jak i Średnim Państwie był to tytuł jedynie symboliczny, nie mający większych związków z kultem religijnym (to faraon bowiem w czasach pierwszych dynastii był bogiem, a następnie "synem boga" i najwyższym kapłanem, wszyscy inni byli tylko jego pomocnikami), zresztą do czasów Nowego Państwa nie istniała w Egipcie zorganizowana kasta kapłańska (kapłanów było bardzo mało, a ci, którzy byli, także pełnili swe funkcje w imieniu władcy). Prawdziwa rewolucja pod tym względem nastąpiła dopiero za rządów XVIII Dynastii, a konkretnie królowej (kobiety-faraona) Hatszepsut, która jako pierwsza (ok. 1479 r. p.n.e.) przyznała swemu ulubieńcowi, kapłanowi Hapusenebowi tytuły: "Najwyższego Kapłana", "Strażnika Królewskiej Pieczęci", "Jedynego Przyjaciela", "Usta władcy Górnego Egiptu" i "Żywe Uszy Króla Dolnego Egiptu". To właśnie od panowania Hatszepsut możemy mówić o zaistnieniu scentralizowanej kasty kapłańskiej z Arcykapłanem Amona-Re rezydującym w królewskich Tebach (pierwszym kapłanem, który pełnił tę odpowiedzialną funkcję i zdominował kastę kapłańską Egiptu czyniąc ją podporządkowaną arcykapłanom z Teb - był właśnie Hapuseneb, choć dzielił on władzę nad państwem z jeszcze dwoma innymi mężczyznami, pozostającymi u boku królowej - Senenmutem (głównym administratorem i zarządcą majątku Hatszepsut), oraz Ahmes Pen-Nechbet'em (jej głównym sekretarzem).

Władza arcykapłana Amona-Re z Teb była ogromna, podlegali mu bowiem nie tylko wszyscy kapłani tego boga w całym kraju (we wszystkich nomach), lecz także pośrednio kapłani innych bogów. Był on określany "Pierwszym Sługą Bożym". To on uczestniczył we wszystkich najważniejszych świętach ku czci Amona-Re, otwierał i prowadził procesje ku czci boga, tylko on mógł "zadać pytanie" bogu i oczekiwać odpowiedzi w formie wyroczni, on też jedynie (oprócz samego faraona) mógł wejść do "Najświętszego Świętych" - miejsca gdzie znajdował się dobrze zamknięty w specjalnym skarbcu posąg boga, który codziennie rano był wyjmowany, dokładnie myty i częstowany przyniesionymi przez arcykapłana ofiarami. Tylko arcykapłan (i król oczywiście) mógł codziennie oglądać posąg swego boga, dla innych kapłanów był on niedostępny (jedynie można go było ujrzeć podczas świąt publicznych, gdy niesiony w lektyce, lub płynący Nilem na barce, był z daleka obserwowany przez tłumy wiernych). W rękach arcykapłana z Teb kumulowała się potężna władza nie tylko finansowa (na początku panowania faraona Ramzesa III - ok. 1187 r. p.n.e. - dla jednej tylko świątyni Amona w Karnaku pracowało 86 486 osób, w większości byli to chłopi pracujący na ziemi oraz ofiarowani świątyni niewolnicy. Należy również pamiętać, że w Luksorze - z tych dwóch dzielnic składały się królewskie Teby - znajdowała się druga wielka świątynia Amona, na którą pracowała zupełnie inna liczba chłopów i niewolników, a przecież obie te świątynie bezpośrednio podlegały arcykapłanowi Amona-Re, przy czym Wielki Papirus Harris - na którym odnotowano te liczby - nie mówi nic o zatrudnionych w świątyni kapłanach, zarówno tych stałych jak i tych czasowych - bo i tacy byli, których też musiała być pokaźna liczba).

Z czasem arcykapłani Amona-Re stali się realnymi władcami Górnego Egiptu, oraz... konkurentami faraonów do władzy nad całym krajem. Jeden z takich potężnych arcykapłanów - Pinedżem I mianował swą córkę - Maatkare I - "Boską Małżonką Amona" (ok. 1070 r. p.n.e.) cedując na nią cześć swej ogromnej władzy. Oczywiście Maatkare nie była pierwszą "Boską Małżonką", gdyż ten tytuł otrzymywały wcześniej księżniczki dynastii panujących, ale realna władza skupiona pod tą funkcją tak naprawdę zaczyna się dopiero od księżniczki Iset IV (córki faraona Ramzesa VI), która otrzymała tę funkcję ok. 1140 r. p.n.e. A jednak władza, jaką otrzymały i dzierżyły owe kobiety, choć bardzo wielka, nie była jeszcze całkowita, dopiero bowiem od VIII wieku p.n.e. władza kobiet "Boskich Małżonek Amona-Re" staje się całkowita (następuje bowiem realna likwidacja funkcji arcykapłana Amona) i dopiero od wyniesienia Szepuseneb I (córki faraona Osorkona III) w 754 r. p.n.e. (czyli w czasie gdy na północnym-zachodzie, na innej ziemi dwaj bracia - Romulus i Remus mieli wytyczyć etrusco ritu i wyznaczyć pierwsze granice wioski, zwanej w przyszłości jako Rzym), możemy mówić o zaistnieniu pierwszej w Egipcie całkowitej formy kapłańskiego matriarchatu (funkcja "Boskiej Małżonki" była oczywiście dziedziczona jedynie w linii żeńskiej, a władza, jaką otrzymały w tym czasie kapłanki, była równa tej, którą przed wiekami dzierżyli arcykapłani Amona-Re. W zasadzie można powiedzieć że od wyniesienia Szepuseneb I władza faraona nad Górnym Egiptem była jedynie symboliczna, a prawdziwymi monarchami tego kraju stawały się Boskie Małżonki Amona), który przetrwa ponad dwieście lat, aż do czasu, gdy król Persji - Kambyzes II najedzie Egipt (525 r. p.n.e.), podbije go i podporządkuje swej władzy, jednocześnie likwidując status "Boskiej Małżonki" i pozostawiając jedynie męskie funkcje kapłańskie - kobiety-kapłanki wróciły więc do roli, jaką pełniły przed wiekami, czyli kapłanek niższego szczebla z tytułem "hem" - "niewolnica świątynna". Aleksander Wielki po podboju Egiptu w 332/331 r. p.n.e. również nie przywróci już tej funkcji.




Ale nim do tego bezpośrednio przejdę, chciałbym na moment zająć się kwestią kapłańskiej hierarchii z czasów Nowego Państwa (głównie dynastie XVIII-XXI). Tak więc prócz arcykapłana Amona-Re ("Pierwszego Proroka"), w świątyni znajdowali się i inni kapłani. Drugim w hierarchii ważności kapłanem, był... drugi kapłan Amona-Re ("Drugi Prorok"), który zajmował się kwestiami administracyjnymi, kontrolą wszystkich ziemskich posiadłości świątyni (nie tylko tych w Tebach, w których urzędował, ale wszystkich w całym kraju), warsztatów oraz spisem darów, jakie do faraona i do arcykapłana przysyłali zależni książęta z Palestyny, Syrii, Nubii i Libii (czyli miał dość dużo pracy), choć oczywiście w tym wszystkim pomagali mu dwaj kolejni "prorocy" (Trzeci i Czwarty). Wiadomo jednak, że ani Drugi, ani Trzeci i Czwarty "Prorok" nie sprawowali swej władzy bezpośrednio, oni też wysługiwali się całą masą mniejszych kapłanów świątyni ("Domu Amona"), noszących tytuł "Sługi Bożego" ("Hem-Neczer" - przy czym słowo "hem" oznaczało również niewolnika). Ale i oni mieli swoich podwykonawców którym zlecali określone zadania, byli to "Ojcowie Boży" ("It-Neczer"), którzy odpowiadaliby naszym lokalnym księżom. Oni też mieli swoich pomocników, którymi to byli tzw.: "Czyści" ("Uab"). Funkcja którą pełnili "Czyści" była przeciwwagą ich nazwy i należała do... bardzo brudnych, a kapłani ci nie mieli z tego powodu nawet prawa wstępu do świątyni (podobnie jak wszyscy wierni). Czym zajmowali się "Czyści"? Byli to po prostu kapłani zarzynający zwierzęta ku czci boga na ofiarę (niektórzy z nich posiadali nawet własne rzeźnie). Musieli się przy tym myć nawet kilka razy dziennie a i tak nie mieli prawa wejścia do sanktuarium, oraz spożywania posiłków bezpośrednio przy świątyni. Z biegiem wieków tytuł ten spowszedniał, a w czasach XXI Dynastii (ok. 1070 r. p.n.e. - 945 r. p.n.e.) każdy obywatel Górnego Egiptu był uważany właśnie za "Czystego" i mógł sprawować tę kapłańską funkcję. 

O ile bowiem tytuł "Uab" stanowi najniższy stopień kapłańskiej hierarchii (niżej stali już tylko pisarze świątynni, świątynna straż, odźwierni i "sprzątacze" którym podlegali niewolnicy), to i tak stali oni wyżej od kobiet-kapłanek (wyłączając jedynie córki królewskie i żony arcykapłana), które w czasach Nowego Państwa pełniły jedynie funkcje pomocnicze (kapłanki-tancerki, kapłanki-muzykantki, kapłanki-położne "piastunki Chonsu" - zatrudnione szczególnie w świątyniach Chonsu {największą z nich zaś była ta w Karnaku, gdzie znajdowała się wielka sala porodowa}, no i oczywiście mieszkanki "haremu świątynnego" - "damy haremowe" z Luksoru {to były po prostu akrobatki, które urozmaicały święta swymi występami}). Kobiety-kapłanki jednak grupowały się (podobnie jak mężczyźni) w swoich zakonach, a nad wszystkimi żeńskimi zakonami (czyli tymi, które wymieniłem wyżej), władzę sprawowała małżonka arcykapłana Amona-Re, która to jako jedyna (nie licząc księżniczek dynastii panującej) piastowała honorowe funkcje i realną władzę przed nastaniem "matriarchatu świątynnego" w Egipcie. Była więc zwierzchniczką haremu Amona-Re (sprawowała kontrole nad akrobatkami), "Matką Bożą Chonsu-dziecka" (kontrola nad położnymi), "Prorokinią Mut", "Prorokinią Mina" (tego boga ze sterczącym fallusem, który miał być patronem męskiej witalności), "Prorokinią Horusa i Izydy", "Prorokinią Ozyrysa" oraz "Prorokinią Pana Lu-Red" (kobiet-kapłanek zajmujących się ziołolecznictwem w świątyni Amona-Re na Wyspie Roślinności w XVI nomie Górnego Egiptu), oraz "Białą z Necheb" (sprawowała kontrolę nad czarnoskórymi kapłankami Nubii). Była więc swoistym wyjątkiem jeśli idzie o kapłaństwo kobiet w czasach Nowego Państwa (czyli największej świetności starożytnego Egiptu). 

Należy też pamiętać że religia starożytnych Egipcjan była religią bardzo tajemniczą i elitarną. Wierni na przykład nie mogli nawet przekroczyć progu świątyni. Poza tym było bardzo wiele tajemnych rytuałów zupełnie nieznanych dla reszty ludzi (wiernych). Należał do nich właśnie "Rytuał Boskiego Kultu" (o którym wspomniałem wyżej iż sprawował go jedynie arcykapłan, który każdego ranka po dokonaniu oczyszczającej ablucji, odwiedzał boga w "Najświętszym Świętych", czyli specjalnym miejscu świątyni, w którym znajdował się posąg boga), rytuał puryfikacji (obmywanie i okadzanie boga lub... faraona), recytacja tajemnych zaklęć i liturgicznych pieśni (np. "Bądź w pokoju, bądź w pokoju żyjąca duszo która pokonuje swych wrogów" lub "Otwierają się bramy nieba, otwierają się bramy ziemi (...) Bramy nieba są otwarte (...) wielka Dziewiątka jest wzniesiona w swej siedzibie"). Dla zwykłych ludzi te słowa i rytuały były nie tylko zupełną abstrakcją, ale wręcz stanowiły nieodparte wrażenie, że oto bogowie przybywają na wypowiadane przez kapłanów słowa (tak więc kapłani - szczególnie "Ojcowie Boży" byli prawdziwymi panami życia i śmierci zwykłych ludzi i realnymi ich władcami - bowiem zarówno arcykapłana, jak i faraona {o samych bogach nie wspominając 🥴} zwykli ludzie nie widzieli często przez całe swoje życie, więc jedynym reprezentantem władzy, który miał z nimi jakiś kontakt był "Ojciec Boży" i "Czysty". Wyższa hierarchia była już niedostępna. Dla zwykłych ludzi dostępne były pieśni i tańce religijne (tutaj swą rolę do spełnienia miały odpowiednie kapłanki), oraz najróżniejsze święta (np. święto Dżed - podniesienia przez faraona słupa, który symbolizował... męską witalność i był personifikacją wzwodu. Władca podnosił go zawsze w trzydziestą rocznicę swego panowania - w celu cudownego odnowienia swej siły i władzy, następnie czynił to ponownie dziesięć lat później, potem pięć lat później, a jak starczyło mu życia, to potem już każdego kolejnego roku. Było to wielkie święto radości - tym bardziej że władca zawsze ów słup podnosił {gdyż pomagali mu przy tym dworzanie} zapewniając kolejne płodne lata dla Egiptu).




Wróćmy jednak do początków matriarchatu egipskiego. Pierwszą kobietą-kapłanką, która miała realną władzę, była (jak już wyżej wspomniałem) Iset IV. Była ona córką faraona Ramzesa VI z XX Dynastii. Założycielem XX Dynastii był niejaki Setnacht, człowiek o niejasnym pochodzeniu (prawdopodobnie był on synem jednego ze... stu synów Ramzesa II Wielkiego, choć nie ma co do tego pewności). Wstąpił na tron (1189 r. p.n.e.) jako uzurpator, wcześniej obalając naturalizowanego Syryjczyka, który przejął władzę po śmierci królowej Tawosret (1192 r. p.n.e.) o imieniu Jahru. Jego syn i następca Ramzes III (wstąpił na tron w roku 1186 p.n.e.), był ostatnim wielkim władcą okresu Nowego Państwa. To właśnie za jego panowania udało się Egipcjanom powstrzymać napór lechicko-aryjskich "Ludów Północy" (zwanych również "Ludami Morza") w 1177 r. p.n.e. w bitwie morskiej w delcie Nilu. Jego potomkowie nie należeli już do wybitnych władców i coraz bardziej uzależniali się od swych arcykapłanów (już w chwili śmierci Ramzesa III majątek świątyni Amona-Re w Tebach był większy niż królewski skarbiec). Rola kleru rosła i począwszy od XII wieku p.n.e. ludność stawała się nie tylko coraz bardziej religijna (w porównaniu np. z czasami XVIII Dynastii, gdzie starano się raczej unikać dogmatów), ale również bardziej dogmatyczna. Kapłani kontrolowali praktycznie całe życie zwykłego człowieka, a faraonowie musieli wspierać świątynie, aby zyskać przychylność kapłanów dla ich panowania w oczach ludu (w czasach panowania Ramzesa IV - 1155-1149 p.n.e. tylko same świątynie w Tebach dysponowały 433 ogrodami, 83 okrętami i kontrolowały 56 innych miast w Egipcie oraz 9 miast w Syrii i Nubii, oczywiście nie licząc złota, srebra, mirry, lapis lazuli, zboża, bydła, ptactwa i niewolników, jakie należały do świątyń w Luksorze i Karnaku oraz w innych miastach Egiptu).  

Ramzes VI (panujący w latach 1142-1134 p.n.e.) również był całkowicie podległy arcykapłanowi. Postanowił więc mianować swą córkę jako "Boską Małżonkę Amona-Re" aby przynajmniej spróbować zrównoważyć kapłańskie wpływy, ale jeszcze wówczas to mu się nie udało (choć Iset IV zyskała realną władzę, lecz wciąż jeszcze dużo mniejszą od potęgi arcykapłana świątyni Amona-Re). Wprowadzony został jednak zwyczaj że każda kolejna "Boska Małżonka" wybiera swoją następczynię (spośród królewskich córek, najczęściej więc były to córki jej panującego brata) i przygotowuje ją do tej roli od najmłodszych lat (sama bowiem, jako "poświęcona Amonowi" nie mogła mieć dzieci, ani wyjść za mąż). "Boskie Małżonki" wciąż jednak były realnie podległe arcykapłanowi, szczególnie gdy funkcję tę zaczęli sprawować wielcy arcykapłani, jak Herchor, Pianchi i Pinedżem (arcykapłan Herchor został sportretowany przez Henryka Sienkiewicza na łamach powieści "Faraon" z 1895 r. oraz w filmie Jerzego Kawalerowicza z 1966 r.), ale o tym w kolejnej części.


CEREMONIA PURYFIKACJI KRÓLA PERSJI - KAMBYZESA II, 
ZDOBYWCY EGIPTU, JAKO NOWEGO FARAONA
(525 r. p.n.e.)



CDN.

27 lipca 2025

PODRÓŻE W CZASIE - MIT CZY ... RZECZYWISTOŚĆ?

CZY MOŻNA PODRÓŻOWAĆ W CZASIE?


"NIEKTÓRE ZMYŚLENIA SĄ O TYLE CENNIEJSZE OD FAKTÓW, ŻE SĄ ... PRAWDZIWE"
 
JOHN BARTH
"CHIMERA"






Tak postawione pytanie można od razu z całą pewnością zakwalifikować jako teorię s-f. (przynajmniej ogromna większość z nas tak uczyni). Czyż bowiem ktokolwiek zbudował kiedyś ów Wehikuł Czasu, zdolny do podróży w przeszłość lub... w przyszłość? Wielu twórców tematyki s-f wielokrotnie podejmowało ten temat, jak choćby Herbert George Wells w swej powieści "Wehikuł Czasu" z 1895 r. Ja jednak nie zamierzam skupiać się tutaj na pozycjach z gatunku fantastyki naukowej, lecz opisać prawdziwy wynalazek, który jest jedynie pierwszą próbą stworzenia maszyny umożliwiającej nam podróże w czasie, a potem zaprezentować kilka ciekawych faktów, które nie mogły mieć miejsca (jak np.: zegarek z naszych czasów, odnaleziony w chińskim grobowcu, który według archeologów, nie był otwierany od prawie 400 lat). Ale po kolei.

Sądzicie że podróże w czasie są niemożliwe? Pierwsza myśl która powstaje w głowie, gdy ktoś mówi o podróżach w czasie, to oczywiście zaprzeczenie. Jak bowiem można (inaczej niż na filmach czy w powieściach) przenieść się fizycznie w inny czas, inną epokę - która już przeminęła? Przecież to niemożliwe, gdyż tamtej epoki już nie ma!

Ale chwila, skąd wiemy, skąd mamy taką pewność że tamtej epoki już nie ma? Skąd właściwie pewność że tamta epoka (do której pragniemy się przenieść), już nie istnieje? Oczywiście odpowiedź brzmi - bo żyjemy w teraźniejszości, w której to ślady dawnych epok przetrwały co najwyżej w postaci ruin zamków/budynków, odkopywanych z ziemi przez archeologów naczyń, monet i innych materialnych oznak dawnej bytności człowieka. Ale tamtego świata już nie ma - dziś żyjemy inaczej, mamy samochody, samoloty, podróżujemy na księżyc, prawie każdy z nas posiada możliwość skontaktowania się z drugą osobą za pomocą telefonu, komputera, smartfona itd. Żyjemy "dziś" - "wczoraj" już przeminęło, jak więc możemy przewinąć taśmę, by wrócić do tego wcześniejszego momentu, do tamtej epoki?

Otóż możemy, a żadna z minionych epok nie przeminęła, one wszystkie... nadal istnieją (choć to wydaje się nieprawdopodobne). Jak to możliwe zapytamy? Ano tak! Lecz by to wytłumaczyć należy najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie - kim my właściwie jesteśmy? Wszystko czym jesteśmy - składa się z energii. A czy energię można zniszczyć? Nie ma takiej możliwości. Energii zniszczyć się nie da. Skoro energii zniszczyć się nie da - to jak można przypuszczać że cokolwiek powstałe z energii - już nie istnieje, przeminęło, zginęło? A czym jest energia? Energia składa się z atomów - te zaś z jeszcze mniejszych cząsteczek np. elektronów. Żadna cząstka energii, choćby nie wiadomo jak mała - NIGDY NIE GINIE!.

Skoro tak, można by zapytać dlaczego dziś nie ma już tego, co było kiedyś, skoro tamto nie zginęło, dlaczego dziś - w teraźniejszości - nie istnieje przeszłość lub... przyszłość. Odpowiedź jest bardzo prosta (wręcz banalna) - dzieje się tak dlatego, że energia której nie można zniszczyć i nigdy nie ginie - po prostu... się zmienia, przekształca. Nie oznacza to jednak, że nie istnieje już świat, który istniał kiedyś dawno - np. czasy starożytne.

Udowodnił to człowiek, który skonstruował niesamowity przyrząd - chronowizor. Co to takiego jest można by spytać? Przyrząd ten umożliwia nam, w naszej teraźniejszości... odtwarzanie muzyki z dawnych czasów i jej wizualizowanie. Można by jednak zapytać: a co to w zasadzie za problem odtworzyć muzykę z dawnych lat, wystarczy wziąć do ręki zapis nutowy danego utworu i odegrać go w ten sam sposób. Ok. problem jednak polega na tym, że zapis nutowy utworów muzycznych istnieje dopiero od ok. 1200 r. zaś chronowizor umożliwia odtwarzanie i wizualizowanie muzyki z czasów znacznie odleglejszych, jak choćby I czy II wiek p.n.e.

Twórcą chronowizora był Alfredo Pelle Ernetti - Włoch, benedyktyński zakonnik. Od dziecka pociągały go dwie rzeczy - teologia (szukał odpowiedzi na pytanie kim, lub czym jest Bóg), oraz muzyka. Ojciec Ernetti wykładał w konserwatorium w Wenecji - zajmował się tam prapolifonią, czyli historią muzyki starożytnej (tę katedrę stworzono specjalnie dla niego - prowadził ją aż do swej śmierci w roku 1994). Przez ten czas zdążył wydać 72 publikacje na temat muzyki starożytnej, oraz 45 płyt z nagraną muzyką starożytności. Jak tego dokonał nie mając zapisu nutowego tamtych utworów? Właśnie za pomocą skonstruowanego przez siebie (oraz przy pomocy kilku innych naukowców), chronowizora.

W trakcie swych długoletnich badań nad tym urządzeniem, doszedł do wniosku że dźwięk to energia (fale energii), które nie giną z ustaniem dźwięku, lecz trwają nadal w przestrzeni dookoła nas. Skoro więc istnieją - trzeba tylko je odszukać i zrekonstruować. A skąd w ogóle wiedział że dźwięk ten można odszukać i zrekonstruować od nowa? Pomocną ku temu okazało się badanie ultradźwięków, które przecież też są niesłyszalne dla ludzkiego ucha - a mimo to niektóre zwierzęta je słyszą. Czyż fakt że my ich nie słyszymy, oznacza że nie istnieją? Oczywiście że istnieją, tylko że nasz aparat słuchowy jest pod tym względem bardzo ograniczony, człowiek słyszy tylko te dźwięki, które mamy usłyszeć. Idąc tym tropem ojciec Ernetti skonstruował urządzenie ułatwiające odtwarzanie, rekonstruowanie i wizualizowanie dźwięków z przeszłości (bardzo odległej przeszłości).

W 1986 r. zaprezentował swoje dzieło na oficjalnej konferencji prasowej w Riva del Garda, wprawiając obecnych w osłupienie. Zaczął od wykładu na temat fizyki kwantowej, by potem przejść do wytłumaczenia procesu odszukiwania dzięków z przeszłości. Stwierdził że wszystko, cokolwiek wydarzyło się kiedyś na naszej Ziemi (a także w całym Wszechświecie), pozostawiło swój ślad energetyczny, nie tylko dźwiękowy (jak twierdził), lecz także wizualny (oznacza to że można nie tylko słuchać muzyki z dawnych czasów, ale można naocznie obejrzeć jak te czasy wyglądały). Ojciec Ernetti mówił że energia w całym Wszechświecie jest niezniszczalna, podlega jednak pewnym zmianom, lecz mimo to trwa dalej w naszej przestrzeni. Jeśli tylko można ją odnaleźć, to można również ją odtworzyć (w oryginalnej formie), odsłuchać oraz obejrzeć.

Chronowizor Ernettiego składał się z połączonych ze sobą anten, pochodzących z różnych stopów metali (nie wyjawił jakie są to metale). One to właśnie miały wyłapywać te istniejące obok nas fale energetyczne z dawnych wieków. Następnie "jednostka rekonstruująca" odtwarzała zapisany na danej fali dźwięk, a transformator obrazu i dźwięku (ekran telewizora), odtwarzał muzykę. W 1986 r. na owym spotkaniu w Riva del Garda w obecności dziennikarzy - w ten właśnie sposób ojciec Ernetti "ściągnął" zupełnie wcześniej nieznany kawałek opery, wystawionej w starożytnym Rzymie w roku 169 p.n.e. (chronowizor wyłapywał i odtwarzał dźwięki z dokładnością do kilku... godzin, a nie tylko dni, czy miesięcy).




Rok 169 p.n.e. to czas poważnych zawirowań zarówno zewnętrznych jak i wewnętrznych w rzymskiej polityce. Toczyła się wówczas (trwająca od 171 r. p.n.e.) - III wojna macedońska. Rzym miał poważne problemy zarówno natury politycznej jak i militarnej w wojnie z królem tego państwa - Perseuszem. Grecja uzyskała wolność po zwycięstwie Rzymu nad Macedonią w bitwie pod Kynoskefalaj (197 r. p.n.e.) i zakończeniu II wojny macedońskiej (196 r. p.n.e.). Zwycięski rzymski wódz w tej wojnie - Tytus Kwinkcjusz Flamininus (prawdziwy hellenofil), podczas Igrzysk Istmijskich (ku czci Posejdona) w Koryncie - ogłosił powszechną "Wolność Hellenów i całej Hellady" (Grecja była wówczas od 142 lat okupowana i politycznie zależna od Macedonii, dopiero Rzymianie zwyciężając Macedończyków dali Hellenom wolność, której jednak sami nie brali tak całkiem serio). Trudno opisać szał radości jaki wówczas powstał na stadionie, gdzie miały odbyć się igrzyska sportowe (pisałem już o tym w innej serii). Ludzie jeden przez drugiego przepychali się, dążąc ku Flamininusowi, byle tylko dotknąć poły jego płaszcza, lub ucałować jego dłoń.

Flamininus obiecał również że rzymskie oddziały wycofają się z Grecji (przysiągł to Grekom na swój honor). Nie było to jednak takie proste, zważywszy że teraz do działań zbrojnych przystąpił tyran Sparty - Nabis, który pragnął odbudować dawną spartańską potęgę i jej wpływy w regionie. W wojnie z Macedonią rozważnie poparł Rzymian. Teraz jednak liczył że odwdzięczą mu się za uzyskane poparcie, uznając aneksję zajętego przez niego jeszcze w 196 r. p.n.e. Argos (jednego z kluczowych miast-państw Związku Achajskiego). Flamininus jednak przekonany przez Achajów co do konieczności rozprawy militarnej z Nabisem, wkroczył w 195 r. p.n.e. na Peloponez i pomimo bohaterskiego oporu Spartan, zniszczył ich ziemię, zdobył Spartę i zmusił Nabisa do upokarzającego pokoju (oddanie nie tylko Argos, ale i portu w Gytium - jedynego portu morskiego Sparty). Po zakończeniu walk, w 194 r. p.n.e. (tak jak obiecał Flamininus - który musiał wcześniej stoczyć solenną walkę w rzymskim Senacie, by przekonać senatorów do opuszczenia Grecji), legiony rzymskie wycofały się z Hellady. Opuszczono nawet kluczowe twierdze - Demetrias, Chalkis i Akrokorynt.

Ogromny entuzjazm i podziw Greków dla "rzymskich wyzwolicieli", został bardzo szybko zaprzepaszczony z winy samego Rzymu. Już w trzy lata po opuszczeniu Hellady (191 r. p.n.e.), armia rzymska ponownie tu wylądowała, tym razem pod pretekstem wojny z królem Syrii Antiochem III Wielkim. Antioch został "wezwany" do Grecji przez Związek Etolski - który poparł Rzymian w poprzedniej wojnie i spodziewał się teraz nagrody w postaci włączenia całej Tesalii w skład Związku. Tak się nie stało więc wystosowali apel do Antiocha by "wyzwolił Helladę". Ten przystał na ów apel i w 192 r. p.n.e. wylądował na greckim wybrzeżu (w porcie Demetrias), z 10 000 żołnierzy na czele. Grecy przyjęli go wyjątkowo chłodno, Związek Achajski wypowiedział mu nawet wojnę (za co Senat przyznał Achajom status foedus equum - równoprawnego sojusznika). Z Rzymem związał się również dawny ich przeciwnik król Macedonii (pokonany pod Kynoskefalaj) Filip V (za co Senat również nadał mu status sprzymierzeńca). Rzym miał wówczas inne problemy na głowie i wojna w Grecji była ostatnią rzeczą której pragnął. Lecz wylądowanie Antiocha w Demetrias zmieniło sytuację strategiczną - w Rzymie zaczęto obawiać się, że po zajęciu Grecji Antioch może (podobnie jak 25 lat wcześniej Hannibal), dokonać inwazji na Italię. Dlatego też w 191 r. p.n.e. wysłano do Grecji 20 000 armię pod wodzą Marka Acyliusza Glabriona.

Antioch zaś nie spieszył się do wojaczki. Zajął Tesalię i rozkoszował się przyjemnościami stołu i łoża w Demetrias. Spotkał tam dziewczynę, która od razu przypadła mu do gustu tak bardzo, że natychmiast ją poślubił (w Antiochii miał prawdziwy harem złożony z takich kobiet) i spędzał z nią dnie i noce na wszelakich rozkoszach. Kupował dla niej stroje i obsypywał klejnotami. Gdy wreszcie ruszył do walki - poniósł klęskę w bitwie pod Termopilami (191 r. p.n.e.), gdzie wsławił się Marek Porcjusz Katon, dowodząc oddziałem który oskrzydlił Syryjczyków (co ciekawe - po powrocie do Rzymu Katon oskarżył przed Senatem swego dowódcę z tej bitwy - Glabriona, o przywłaszczenie sobie złotych pucharów Antiocha, które widział w Termopilach, a których potem w Rzymie na triumfie Glabriona już nie było - wybuchła z tego powodu prawdziwa afera polityczno-korupcyjna). Następnie poniósł klęskę w bitwie morskiej pod Eurymedonem i wreszcie definitywnie przegrał pod Magnezją w Azji Mniejszej (190 r. p.n.e.). Teraz Antioch mógł wreszcie ze swą nową żoną wrócić do Antiochii, wcześniej jednak musiał zgodzić się na pokój z Apamei (188 r. p.n.e.), który poważnie skurczył jego posiadłości w Azji Mniejszej.

Po zakończeniu walk Rzymianie ponownie opuścili Grecję (188 r. p.n.e.). Powrócą do niej dopiero po siedemnastu latach w 171 r. p.n.e. Rzymianie nie radzili sobie jednak w nowej wojnie z Perseuszem macedońskim - zostali pokonani już na początku wojny pod Larissą (171 r. p.n.e.), po której to porażce (Perseusz zniszczył tam jedynie przednią straż armii rzymskiej) w legionach zaczęła szerzyć się dezercja i dał się zauważyć upadek dyscypliny wojskowej. Dochodziło do częstych zmian kolejnych wodzów (w przeciągu dwóch lat zmieniło się trzech wodzów - Licyniusza Krassusa zastąpił najpierw Hostyliusz Mancynus potem Kwintus Marcjusz Filippus). Filippusowi udało się w owym 169 r. p.n.e. obejść rejon gór (w rejonie Olimpu) i wkroczyć do Macedonii, ale jego armia była tak wyczerpana długim marszem że musiał się wkrótce potem stamtąd wycofać. Zwycięstwo odniósł dopiero w roku następnym (168 p.n.e.) Lucjusz Emiliusz Paulus w bitwie pod Pydną, gdzie definitywnie została zmiażdżona potęga macedońskiej falangi, a wzrosła niekwestionowana pozycja rzymskiego legionu.




Natomiast operę, którą "ściągnął" i ponownie odtworzył w 1986 r. ojciec Ernetti, wystawił w 169 r. p.n.e. pod gołym niebem na Forum Holitorium w Rzymie (był to targ warzywny w zachodniej części Kapitolu) - Kwintus Ennius Calabera. Wystawienie jej pod gołym niebem było wówczas czymś zwykłym, zważywszy że w rzymskim kalendarzu pojawiało się coraz więcej świąt oficjalnych (państwowo-religijnych), oraz nieoficjalnych, takich jak munera (czyli walki gladiatorów) itd. Co ambitniejsi politycy, by przypodobać się ludowi, organizowali więc za własne pieniądze albo walki gladiatorskie, albo igrzyska poetyckie, opery lub sztuki teatralne. 


REKLAMA ZBLIŻAJĄCYCH SIĘ IGRZYSK 
(TAKIE WIADOMOŚCI PODAWANO NA ŚCIANACH DOMÓW Z DOKŁADNĄ INFORMACJĄ KTÓRY ZE SŁAWNYCH GLADIATORÓW BĘDZIE WALCZYŁ W MUNERA)



Przed rokiem 220 p.n.e. w Rzymie były tylko dwa święta pamiętające czasy początków Rzymu. Pierwsze z nich zwało się Ludi Romani (o drugim powiem poniżej). Było to 15-dniowe święto na cześć ludu rzymskiego, podczas którego organizowano igrzyska, wyścigi kwadryg i widowiska teatralne. Rozpoczynało się zawsze 5 września. 13 września składano Jowiszowi na Kapitolu ofiarę z krowy lub byka. Podczas tego święta istniał zwyczaj układania posążków bogów Jowisza, Junony i Minerwy - trójcy kapitolińskiej na łóżkach w domu - rodzice kładli je na łóżkach swych dzieci, by zapewnić im pomyślność bogów. Święto kończyło się 19 września.

W 220 roku p.n.e. pojawiło się drugie rzymskie święto - Ludi Plebeii, święto plebejuszy, które trwało w dniach 4-17 listopada i również było świętem najwyższego z bogów - Jowisza Kapitolińskiego. A potem to już było z górki - w 212 r. p.n.e. pojawiło się święto boga Apollona - Ludi Apollinares (6-13 lipca), w 204 r. p.n.e. Ludi Megalenses (ku czci bogini Kybele - trwało w dniach 4-10 kwietnia), w 203 r. p.n.e. - Ludi Ceriales (ku czci bogini Cerery - trwało 12-19 kwietnia), a w 173 r. p.n.e. wprowadzono święto zwane Ludi Florales (28 kwietnia - 3 maja), był to czas karnawału, obchodzony ku czci bogini kwiatów i płodności Flory. W ten dzień na stołach układano stosy kwiatów i przystrajano mieszkania barwnymi girlandami. Było jeszcze jedno święto które pamiętało czasy początków Rzymu - to święto ku czci Bony Dei (Dobrej Bogini), czyli tradycyjne (można by rzec) dzisiejsze święto kobiet, które tym różniło się od naszego, że obchodzone było w ciągu jednego dnia w początkach grudnia, a nie w marcu. W tym dniu kobietom pozwalano na znacznie więcej swobody niż miały jej w ciągu całego roku. Spotykały się więc z przyjaciółkami na zamkniętych wieczorkach, gdzie oddawano się tańcom oraz pijaństwie. Mężczyźni mieli kategoryczny zakaz uczestniczenia w tym święcie.

ŚWIĘTO KU CZCI DOBREJ BOGINI 
RZYMSKI "DZIEŃ KOBIET"



Natomiast utwór z 169 r. p.n.e. miał w sobie pewne cechy postępowo-rewolucyjne, gdyż Senat nakazał wpisanie go na listę dzieł zakazanych, a sam Kwintus Ennius Calabera zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach jeszcze w tym samym 169 r. p.n.e. Odtworzenie przez ojca Ernettiego całości nieznanego wcześniej utworu, wprawiło obecnych na pokazie dziennikarzy w prawdziwe osłupienie. Wynalazek Ernettiego kompleksowo przebadał austriacki pisarz Peter Krassa, który stwierdził potem: "To co uczynił ojciec Alfredo Ernetti, to moim zdaniem prawdziwa transmisja telewizyjna z czasów starożytnych". Czy zatem można ojca Ernettiego nazwać prekursorem podróży w czasie? Na pewno jednak takie podróże są możliwe i jestem przekonany że dzisiaj istnieją już urządzenia pozwalające na takie właśnie praktyki.


FORUM HORITORIUM 
(ZNAJDOWAŁO SIĘ OBOK (NIEISTNIEJĄCEGO w 169 r. p.n.e.) TEATRU MARCELLUSA 
I VIS-A-VIS WYSPY TIBERINY)




FORUM HOLITORIUM


 

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...