WYŚWIETLENIA

22 lipca 2025

WIELKA TRWOGA - Cz. II

CZYLI WOJNY GRECKO-PERSKIE,
WIDZIANE OCZYMA 
NIE TYLKO ZWYCIĘSKICH
ATEŃCZYKÓW I SPARTAN, 
LECZ RÓWNIEŻ INNYCH HELLENÓW 
Z ZAGROŻONYCH PRZEZ PERSÓW 
WYSP I MIAST





Ο φόβος των Περσών 
Cz. II




Po opanowaniu Sardes i śmierci króla Lidii - Krezusa (grudzień 547 r. p.n.e.) zwycięski Cyrus Perski przystąpił teraz do nowej organizacji greckich miast na małoazjatyckim wybrzeżu, dotąd podlegających Lidyjczykom. Co prawda, jeszcze w trakcie wojny z Krezusem, Cyrus posłał do wielu greckich polis swoich wysłanników, którzy mieli zaproponować Grekom wystąpienie przeciw Lidii i zawarcie nowego układu z Persami (który miał się opierać na zasadzie utrzymania dotychczasowego, dogodnego dla Greków status quo). Te greckie miasta na małoazjatyckim wybrzeżu zostały podporządkowane Lidii jeszcze za czasów pra-pradziada Krezusa, króla Gygesa - założyciela dynastii Mermnadów, który miał panować od ok. 687 r. p.n.e. Według legendy, pierwotnie miał on być pasterzem kóz i pewnego razu, gdy jak co dzień wypasał swe stado w dolinie Tmolosu, doszło do niewielkiego trzęsienia ziemi, które spowodowało w niej wyrwę i odsłoniło leżący w rozpadlinie dziwny obiekt, który nieco przypominał gigantycznego konia. Gyges wszedł do środka i choć wewnątrz panował mrok, oświetlił sobie drogę łuczywem i szedł dalej, aż dotarł do sali, w której leżały szczątki człowieka o nadludzkiej posturze. Uwagę Gygesa przyciągnął wspaniały pierścień, który ów olbrzym miał na palcu i zerwawszy go, zabrał go ze sobą. Dzięki temu pierścieniu, trafił Gyges na dwór królewski do Sardes i zdobył zaufanie króla Kandaulesa z rodu Heraklidów, zostając jednym z jego ministrów. Nawiązał też romans z żoną króla - Nyssą, która namówiła go do zamordowania jej męża, aby mogła poślubić i oficjalnie zostać żoną Gygesa. Ten, początkowo wzbraniał się na myśl o morderstwie człowieka, który był jego dobroczyńcą, ale ostatecznie zwyciężyła pycha i ambicja zostania nowym królem. Zaczaił się więc w sypialni Nyssy, gdy odwiedził ją tam król Kandaules, a gdy ten zasnął, Gyges wbił w niego swój sztylet. Nyssa ogłosiła, że ostatnią wolą jej męża, było przekazanie władzy w ręce Gygesa i tak oto były pasterz, został teraz nowym władcą Lidyjczyków. Niestety, spora część z nich nie zaakceptowała go jako swojego króla i oskarżyła o zamordowanie Kandaulesa. Aby ostatecznie uciszyć te głosy i uzyskać akceptację, wysłał on posłów do wyroczni Apollina w Delfach (ofiarowując Świątyni pokaźny datek i) prosząc o "boską akceptację" swego panowania. Pytia miała stwierdzić, że bóg nie jest zadowolony z postępku Gygesa, ale udziela mu swego błogosławieństwa, jednak tylko do piątego pokolenia. Według przepowiedni, pra-prawnuk Gygesa miał zostać zabity z ręki potomków rodu Heraklidów. Potomkiem Gygesa w piątym pokoleniu był właśnie Krezus, obalony przez Cyrusa, który to uznał się za mściciela Kandaulesa i całego rodu Heraklidów).

Za rządów Gygesa nastąpiły daleko idące zmiany w polityce i ekonomii Lidii, które oddziaływały także na inne ziemie. Przede wszystkim to właśnie od panowania Gygesa, Lidyjczycy (a za nimi Grecy) zaczęli bić na szeroką skalę monety, dając tym samym początek gospodarce walutowej, która zastąpiła dotychczasowy handel wymienny (co prawda wcześniej handlowano również złotem, srebrem, diamentami etc. etc. ale nie wybijano monet z domieszką tych szlachetnych metali). Gyges i Lidyjczycy zapoczątkowali więc cały system ekonomii, który właściwie trwa po dziś dzień, a który mocno rozpropagowali Grecy (Milet i Efez, a potem Fokaja, Chios i Samos). Ale system monetarny sensu stricte stworzony został w Argos, a jego twórcą był król Fejdon, który panował mniej więcej w czasie (ok. 650 r. p.n.e.), gdy ostatecznie ukształtował się system relacji pieniądza do różnych metali (w zależności od tego, z jakich był wybity). Powstały dwa systemy monetarne. Pierwszym był system lidyjski (zwany potem eubejskim), zapoczątkowany na Samos i obejmujący Lidię, Milet, Efez, Fokaję, Chios, Chalkis, Korynt, Cyrenę i (od 593 r. p.n.e.) Ateny. Drugim był system eginecki, obejmujący Eginę, cały Peloponez, Beocję, Megarę i (do 593 r. p.n.e.) Ateny. Gyges też jako pierwszy rozpoczął politykę wojenną, zrywając z dotychczasową pokojową polityką rodu Heraklidów wobec greckich polis małoazjatyckich. Toczył walki z Miletem, podporządkował sobie Kolofon, a jego syn i następca - Ardys (panował ok. 652-603 r. p.n.e.) zdobył Priene w Jonii. W tym też czasie (ok. 652 r. p.n.e.) Jonię i Eolię spustoszyli koczowniccy Kimmerowie pod królem Lygdamisem (którzy na krótko zdobyli także i Sardes). Następca Ardysa - Sadyattes (ok. 603-590 r. p.n.e.) kontynuował wojnę z Miletem (w latach 597-591 p.n.e.), ale nie udało mu się go zdobyć, musiał też wycofać się spod Klazomenaj. Ograbił jednak świątynię Ateny Asseja w Jonii i wkrótce potem poważnie zachorował, co poczytywano właśnie jako karę bogów za dokonanie owej profanacji. Król postanowił więc ostatecznie zawrzeć z Miletem pokój i oddać skradzione ze świątyni kosztowności, jednak niewiele mu to pomogło, gdyż zmarł w kilka miesięcy później. Jego syn - Alyettes (ojciec Krezusa, panujący ok. 590-560 r. p.n.e.) podbił i podporządkował sobie większość greckich miast-państw Jonii i Eolii, jednocześnie dalej utrzymywał pokój z Miletem (co było korzystne dla obu stron, bowiem Lidyjczycy - eliminując z wojny Milet - po kolei zdobywali poszczególne polis, a Milezyjczycy utrzymali dominację handlową na wodach Morza Egejskiego i Śródziemnego). Do (ok.) roku 585 p.n.e. stworzył potężne mocarstwo lidyjskie, które na Wschodzie sięgało rzeki Halys i graniczyło z Medami, na Zachodzie opanowało Karię, Jonię (wraz z Efezem - handlowym konkurentem Miletu) i Eolię. Nie udało mu się tylko zdobyć Lycji oraz Pamfilii na Południu, Myzji i Frygii na Północy, a także greckich małoazjatyckich wysp na Morzu Egejskim.




Sojusz z Miletem trwał nadal, ale widząc że niewspółmiernie wzmacnia on to greckie polis, Alyattes zaproponował Efezowi i pozostałym greckim portom przez siebie ujarzmionym, że nie będzie się wtrącał do ich wewnętrznej polityki i zadowoli się jedynie corocznymi daninami, które miasta te miały mu wypłacać również ze swych przychodów handlowych, a w zamian on otworzy przed greckimi kupcami z tych ośrodków rynki Lidii i całej Azji Mniejszej. Dzięki takiej polityce, gdy na tron wstępował Krezus (ok. 560 r. p.n.e.) Lidia była niezwykle majętnym królestwem, a sam władca cieszył się opinią wielkiego bogacza (porównywano go do mitycznego Midasa, który czego się dotknął, zmieniał to w złoto). Gdy więc przeciwko takiemu królestwu wyruszył na wojnę Cyrus, zaproponował on małoazjatyckim greckim polis wystąpienie przeciwko Krezusowi i zawarcie takiego samego polityczno-handlowego układu z Persami. Układ był korzystny dla rządzącej wówczas w polis oligarchii kupieckiej, ale Grecy postanowili dochować wierności Krezusowi i odrzucili perską propozycję sojuszu. Jedynie Milet (który uznał, że na zmianie pana może jedynie zyskać) przyjął tę propozycję. Aby usprawiedliwić swoją polityczną woltę, zwrócili się Milezyjczycy do Świątyni Apollona w Didymach (na południe od Miletu, na skrawku cyplu wychodzącego na morze), a tamtejsza wyrocznia miała im doradzić taki właśnie krok (nie wiadomo tylko ile perskiego złota tam poszło, aby ostatecznie "przekonać" kapłanów Świątyni do takiej decyzji, wiadomo jednak że po zdobyciu Sardes, Cyrus miał do dyspozycji całą dotychczasową fortunę Krezusa i mógł ją wydać w dowolny dla siebie sposób). W każdym razie Milezyjczycy usprawiedliwiali się potem wyrocznią Apollona w tej sprawie. Gdy zaś miasta Jonii i Eolii przekonały się, że źle wybrały, postanowiły wysłać swych posłów do Cyrusa (wiosna 546 r. p.n.e.), z propozycją przystania na wcześniejsze warunki Persów. Cyrus uznał to za zuchwalstwo i odmówił im, żądając jednocześnie by wpuścili do siebie perskich naczelników. Małoazjatyckie polis, widząc że nic więcej nie ugrają, poczęły szykować się do wojny, przystępując do budowy i umacniania murów obronnych, angażując hoplitów oraz budując okręty wojenne. Wysłano też poselstwa z prośbą o pomoc - głównie do Sparty, która była wówczas najpotężniejszym polis kontynentalnej Grecji.




Lacedemończycy jednak, od chwili swego zwycięstwa nad Tegeą (ok. 560 r. p.n.e.), w której to wojnie pomścili swą klęskę sprzed piętnastu lat, postanowili oficjalnie zmienić dotychczasową politykę podbojów i aneksji i zastąpić ją polityką układów z innymi miastami Peloponezu, opartych na zasadzie wzajemnej pomocy. A ponieważ Spartanie byli w tym układzie najsilniejsi, to właśnie oni zaczęli dominować w zaprojektowanym (ok. 556 r. p.n.e. za eforatu Chilona, kierując się przykazaniami mędrcy Glaukusa, syna Epikidesa) Związku Peloponeskim. Nie wiadomo ile w tym wszystkim było podstępu (tak naturalnego Grekom), ale wyrocznia delficka zapowiedziała Lacedemończykom, że nie pokonają Tegei dopóty, dopóki nie odnajdą i uroczyście nie pochowają kości owego Orestesa, syna Agamemnona i Klitajmestry (który pomścił śmierć ojca - zabitego przez matkę i jej kochanka, mordując jego zabójców, za co bogowie zesłali na niego szaleństwo), którego kości miały spoczywać gdzieś w nieuświęconej ziemi. Co w tym momencie uczynili Spartanie? Ano wygrzebali skądś kości jakiegoś rosłego mężczyzny i przedstawili je jako te orestesowe, po czym uroczyście złożyli je do grobu i... natchnąwszy tym samym swych obywateli do nowej wojny, ruszyli przeciwko Tegei i tym razem odnieśli sukces (uwalniając swych pobratymców, którzy przez piętnaście lat musieli - jako zakuci w kajdany niewolnicy, obrabiać pola wokół tego miasta). "Kości Orestesa" natchnęły Spartę nowym duchem (taka to jest moc symboli - podobnie ateński strateg i polityk - Kimon, który 473 r. p.n.e. zajął wyspę Skyros - na której według przepowiedni pochowany został ateński heros Tezeusz, odkopał tam jakieś kości, i potem z niezwykłą celebrą zabrał je do Aten i złożył w zbudowanym przez siebie Tezejonie, tak, aby syn mitycznego Egeusza {od którego to imienia pochodzi nazwa Morza Egejskiego} i pogromca potworami Minotaura z Krety, mógł wreszcie powrócić do ojczyzny. Notabene nie wiadomo czyje kości zostały na Skyros odkopane, ale przecież w polityce chodzi o symbole, a nie o prawdę 😮‍💨)


KIMON NA SKYROS



Sparta jednak nie była już zdolna do ekspansji militarnej w celu podporządkowania sobie całego Peloponezu, dlatego też (za eforatu Chilona) nastąpiła zmiana tej polityki na "progrecką" (Chilon miał wypowiedzieć te oto słowa: "Poniechajmy odtąd wszelkiej myśli o podboju ziem sąsiednich. Jeżeli jesteśmy silniejsi od innych - użyjmy siły naszej, żeby bronić Hellenów od wspólnego wroga i wspierać sprawiedliwość tam, gdzie będzie deptana"). Tak oto stworzona została potęga Symmachii Spartańskiej, ale w czasie, gdy małoazjatyckie polis szykowały się do wojny z Cyrusem, Sparta musiała jeszcze poskromić jedno uparte miasto na Peloponezie - Argos, stolicę Argolidy, która nie chciała przyłączyć się do owego Związku. Wojna 546 r. p.n.e. i mit "kości Orestesa" zrobiły swoje, a Argos zostało pokonane w bitwie (choć Argiwczycy również ogłosili zwycięstwo, lecz potem wycofali się do swego miasta, czym dali Lacedemończykom okazję do pochowania swych zmarłych i postawienia pomnika zwycięstwa na placu bitwy). Musiało więc ono oddać Sparcie terytorium Cynurii z Tyreą (północno-wschodni rejon Lakonii), lecz wciąż zachowało Argos swą niezależność.




Sparta była więc zajęta wojną, w czasie gdy miasta-państwa wybrzeża wschodniego gotowały się do odparcia perskiej inwazji, jednak - kierując się zasadą "obrony Hellenów" - nie mogła po raz drugi (Sparta nie udzieliła już raz pomocy Krezusowi, który miał z nią wzajemny sojusz od 555 r. p.n.e. i pozwoliła zniszczyć jego królestwo), zachować się w tak haniebny sposób. Wysłali więc Lacedemończycy do "Króla Królów" swoje poselstwo (pod przywództwem Lakrinesa), ostrzegając go, aby nie ważył się podnieść ręki na małoazjatyckich Greków, bo jeśli to uczyni, Sparta go ukarze. Cyrus musiał przysłuchiwać się tym groźbom zarówno z rozbawieniem (ponoć wybuchł śmiechem) jak i z zażenowaniem, jako że do tej pory znał Spartan głównie z faktu nieudzielenia pomocy Lidyjczykom, a jednocześnie zdumiony był tak hardą przemową skierowaną w jego stronę. Odpowiedział posłom, że uczyni tak, jak zechce, a jednocześnie zapowiedział, że jeśli raz jeszcze spotka posłów z Lacedemonu, a ci wcześniej nie upadną przed nim na twarz, ten ich nie przyjmie i nie wysłucha. Tak wyglądała wzajemna rozmowa, po czym poselstwo odpłynęło do Sparty, a Cyrus wrócił do Ekbatyny, powierzając dowodzenie wojskiem w Lidii nowo mianowanemu satrapie - Paktyesowi. A tymczasem małoazjatyccy Grecy musieli się naradzić, co czynić w sytuacji, gdy Sparta nie przyśle im pomocy (słowa i traktaty nie poparte siłą mieczy oraz włóczni nie były przecież nic warte). Zebrano się więc w Świątyni Posejdona w Panionion i radzono nad dalszym postępowaniem. Wielu mówców zabierało głos, niektórzy byli bardzo radykalni w swych planach - jak choćby Bias z Priene, który twierdził że przewaga Persów jest zbyt duża i nie ma żadnego ratunku, poza opuszczeniem dotychczasowych miast i... emigracją na Sardynię. Tales z Miletu uważał zaś, że dotychczasowy związek 12 miast (Dodekapolis, w skład którego wchodziły: Fokaja, Klazomenaj, Erythraj, Teos, Lebedos, Kolofon, Efez, Priene, Myus, Milet oraz dwie wyspy - Samos i Chios) jest już nieefektywny i należy pomyśleć nad stworzeniem ściślejszego sojuszu politycznego wszystkich Jonów z głównym ośrodkiem na Teos. Ostatecznie postanowiono dalej trwać w oporze i nie poddawać się (jedynie Fokejczycy i Tejczycy postanowili zaprzestać dalszej walki i ratować się ucieczką - do nich jeszcze powrócę w kolejnej części).




Grecy mieli jednak nieco szczęścia, ponieważ mianowany przez Cyrusa satrapa - Paktyes, który pozostał w Sardes (i miał odesłać do Ekbatany złoto króla Krezusa), zapragnął sam obwołać się władcą Lidii i przejął cały tamtejszy skarb. Wojna Cyrusa z Paktyesem (546/545 r. p.n.e.), który zaczął najmować do swej armii greckich hoplitów - trwała krótko i gdy z początkiem nowego roku został on oblężony w Sardes przez posłanych w celu stłumienia tej rebelii: Persa Tabalosa oraz Meda Mazaresa, jego żołnierze (widząc przewagę liczebną wroga) odmówili dalszej walki i poddali się Persom, ale Paktyes zdołał zbiec z miasta i schronił się w Kyme (chodzi o małe miasto w Eolii, a nie to sławne polis z Kampanii na italskiej ziemi). Mieszkańcy Kyme wysłali poselstwo do Amfiktionii Apollona w Didyme z pytaniem czy mają wydać zbiega w ręce Persów. Ponieważ zaś u milezyjskich Brachnidów (którzy kontrolowali Świątynię w Didyme) dała się od początku tego konfliktu zauważyć wyraźna sympatia pro-perska (szczególnie gdy Cyrus obsypał Świątynię złotem Krezusa), przeto kapłani nakazali natychmiastowe wydanie Paktyesa w ręce Tabalosa, ale wówczas pewien Kymeńczyk o imieniu Aristodikos, syn Herakleidesa, zabrał głos na zgromadzeniu współobywateli i... odmówił wykonania wyroku "boga" (co było rzadkością w tamtym czasie, gdyż groziło to oskarżeniu o bezbożność, a to znów wykluczało zarówno jednostkę, jak i całą społeczność z grona Hellenów i wystawiało ich na wszelkie niebezpieczeństwa losu bez widoków na jakąkolwiek pomoc). Stwierdził on bowiem że bóg musiał "się pomylić" (był to oczywiście eufemizm - wiadomo było o co chodzi, to nie "bóg się pomylił", tylko Brachnidzi z Didymy wzięli zbyt dużo złota od Persów i wyrok był taki, jakiego tamci oczekiwali). Wysłano więc do Świątyni nowe poselstwo na czele z Aristodikosem, który zadał Apollonowi podobne co wcześniej pytanie - czy naprawdę mają wydać w ręce Persów błagalnika, który prosi ich o schronienie, gdzie pewnym jest, że tam czeka go śmierć. Odpowiedź boga, jakiej udzielono mu za pośrednictwem kapłanów, była taka sama, jak poprzednio. 




Wówczas Aristodikos namówił swych towarzyszy do popełnienia świętokradztwa i wyłapania wszystkich ptaków (oraz jaj) z drzew okalających Świątynię, które to - w opinii wiernych, uchodziły za błagalników Apollona. Wtedy ze Świątyni rozległ się potężny głos (akustyka w takich miejscach musiała być zadziwiająca, ale podobnie było w świątyniach egipskich, gdzie "wytwarzano" potężny, często przerażający "głos boga", który musiał oddziaływać na umysły zgromadzonych wiernych). Ozwał się więc ów głos słowami: "Człowieku najnikczemniejszy z nikczemnych, jak śmiesz to czynić? Jak śmiesz usuwać mych błagalników ze świątyni?" Towarzysze Aristodikosa zdrętwieli słysząc te przerażająco głośne słowa i wypuścili z rąk schwytane ptactwo, jednak sam Aristodikos - upadłszy na kolana - zapytał: "O Panie, jakże to: swoim błagalnikom chcesz nieść pomoc, a Kymejczykom nakazujesz wydać ich własnego?". Bóg (a z pewnością mówiący w imieniu Apollona do pewnej niosącej echo tuby kapłan) odrzekł wówczas: "Tak właśnie nakazuję, żeby was tym bardziej zgubiła wasza bezbożność i byście nigdy więcej nie przychodzili po wyrocznię w sprawie błagalników!" Decyzja co prawda cofnięta nie została, ale swoim podstępem wykazał Aristodikos obłudę Brachnidów, którzy podszywając się pod miłosiernego Apolla, bardziej pokochali perskie złoto, niźli wypatrywanie boskich znaków. Co prawda Aristodikos nie został ukarany za swoją próbę "porwania" ptaków Apollona, ale ponieważ stanowisko Świątyni pozostało niezmienne w sprawie Paktyesa, nie mógł on dalej przebywać w Kyme - jeśli polis to nie chciało zesłać na siebie niechęci ze strony zarówno Persów, jak i Greków. Poradzono mu więc, aby się udał do Mityleny na Lesbos. To była wyspa, więc był bezpieczny, gdyż Persowie wówczas jeszcze nie mieli floty, zaś wyrocznia z Didymy odnosiła się tylko do Kymejczyków, nie zaś do mieszkańców Mityleny. Tak też postanowiono, jednak o tych planach i zawartych umowach dowiedzieli się Persowie, którzy zamierzali przekupić Mityleńczyków by ci wydali uciekiniera. Gdy więc okręt z Kyme (na którego pokładzie znajdował się Paktyes) dopłynął na Lesbos, dowiedziano się tam o podstępie Persów i szybko odpłynięto na Chios, do tamtejszej Świątyni Ateny, gdzie przy jej ołtarzu miał Paktyes prosić o łaskę dla siebie. Chioci przysięgli, iż zapewnią błagalnikowi ochronę i nie wydadzą go Persom, bez względu na ich groźby, więc żeglarze okrętu z Kyme wrócili do siebie w nadziei dobrze spełnionego obowiązku.




Niestety, może i rzeczywiście na perskie groźby Chioci byli odporni, ale nie byli odporni na perskie złoto i wkrótce potem dobito targu z wysłannikiem Tabalosa. Nieszczęsnego Paktyesa wydarto siłą (co było jawnym świętokradztwem) sprzed ołtarza bogini Ateny i haniebnie ciągnięto go po ziemi, by potem jakby nigdy nic, oddać w ręce Persów. W zamian za to, wyspa Chios otrzymała mieścinę na stałym lądzie w Atarneus (naprzeciwko Wysp Arginuzy). Paktyes został zaś przewieziony w klatce do Ekbatany i tam zawieszony za nogi na cienkich drewnianych belkach nad płonącym poniżej stosem. Król i jego świta zapewne przyjmowali zakłady, czy najpierw ogień skruszy belkę i Paktyes wpadnie w stos, czy też płomienie osmolą mu włosy i z płonącą głową wyzionie ducha. Trochę to koszmarne, ale kto się niegdyś przejmował takimi detalami jak humanitarne pozbawianie człowieka życia, należało to raczej do pewnego rodzaju zabawy, która często rozpraszała nudę na królewskich dworach. Teraz Persowie przystąpili już bezpośrednio do pacyfikacji zbuntowanych greckich polis w Jonii oraz w Eolii i do nich to (będę je wymieniał każde z osobna) przejdę w kolejnej części.




CDN.

21 lipca 2025

KANONY LUDZKIEGO PIĘKNA - Cz. I

JAK ZMIENIAŁY SIĘ PRZEZ LATA 
I CO JE DETERMINOWAŁO








Temat ten zamierzałem podjąć już jakiś czas temu, gdyż wydaje mi się interesującą kwestia zmiany kanonu piękna ludzkiego ciała i tego, co dla różnych kultur w różnych okresach historycznych było symbolem urody i piękna. Co stanowiło o urodzie w starożytnym Egipcie, a co w Babilonii? Jaki był kanon piękna w antycznej Grecji a jaki w starożytnym Rzymie? Jak do kwestii ciała, piękna i seksualności podchodzono w średniowieczu i w wiekach następnych? - to wszystko wydaje mi się niezwykle ciekawe, gdyż stanowi część barwnej palety ludzkich dzieł, zachowań i postaw - jakie ogólnie doprowadziły do powstania naszej (w rozumieniu ludzkiej) cywilizacji. Dziś, gdy "świerszczyki" z roznegliżowanymi paniami sprzedają się coraz gorzej (gdyż cały dostępny seks i tak jest już w sieci), należy pamiętać że takie erotyczne pisemka istniały zarówno w Grecji jak i w Rzymie. Oczywiście była to sztuka, którą można dziś nazwać "kloaczną", ale stanowi ona (prócz żywych przykładów ludzkiego piękna, uwypuklonych w rzeźbach i malowidłach ) ciekawą wiedzę na temat tego, co starożytnym się podobało w kształcie ludzkiego ciała (i co ich podniecało). Temat długi, bo dotyczący różnych kanonów piękna w wielu cywilizacjach i kręgach kulturowych, począwszy od starożytnego Egiptu, a skończywszy na czasach nam współczesnych (rygorystycznych dietach, cudownych preparatach na schudnięcie i tego typu kwestiach, którymi torturują się głównie nasze panie). Zacznijmy zatem. 






I
STAROŻYTNY EGIPT
SYMBOLE URODY I SEKSAPILU:
KOBIETY - DŁUGIE, GĘSTE WŁOSY I PIĘKNE OCZY
MĘŻCZYŹNI - SZEROKIE RAMIONA
Cz. I




Egipcjanie mieli prawdziwego "fioła" na punkcie włosów, szczególnie kobiecych. Stanowiły one bowiem niezwykle silny afrodyzjak, jeśli były odpowiednio uczesane i ukształtowane. Natomiast jeśli były rozpuszczone i w nieładzie, taka kobieta właściwie traciła cały swój seksapil i była uważana za wybitnie nieatrakcyjną. Ale nim przejdę do włosów, zajmijmy się inną, równie ważną częścią kobiecego ciała, która stanowiła o jej urodzie i podkreślała piękno w Egipcie faraonów. Chodzi oczywiście o... dłonie. Tak, kobiece dłonie były niezwykle ważnym afrodyzjakiem (co pokazuje choćby egipska sztuka). W dłoniach była ulokowana "boska esencja sprawcza Atuma" dlatego musiały być czyste i zadbane. O swe dłonie musiały szczególnie dbać Boskie Małżonki Amona-Re (wywodzące się głównie z królewskiego lub kapłańskiego rodu), które dzień w dzień miały za zadanie "pobudzać boga". Każdy dzień Boskiej Małżonki wyglądał tak samo, z chwilą pierwszego blasku słońca opuszczała ona swoją siedzibę i udawała się do tebańskiej świątyni Amona-Re zwanej Ipet-sut. Tam, pośród chłodnych i wypełnionych dymem z kadzideł sal, zażywała kąpieli w "Świętej Sadzawce", po czym przy pomocy Boskich Adoratorek (kapłanek będących na usługach świątyni, które namaszczały jej ciało olejkami), przywdziewała białą, cienką (prześwitującą) "liturgiczną" szatę z czystego lnu, po czym kierowała się do "Świętego Świętych", czyli miejsca, w którym przebywał bóg. Gdy weszła do owego mrocznego, ciemnego (symbolizującego kobiece łono) pomieszczenia, oświetlanego jedynie blaskiem pochodni, towarzyszył jej arcykapłan Amona-Re w otoczeniu kapłanów niższej rangi (jednak wraz z nią do owego pomieszczenia mógł wejść jedynie arcykapłan lub sam faraon).

Boskie Adoratorki nie mogły się zbytnio zbliżyć do tego pomieszczenia i zostawały w sali obok. Potrawy dla boga (mleko, mięso, chleb, ciasto) wnosili kapłani niższego rzędu, po czym opuszczali pomieszczenie przed otwarciem połyskującego złotem i lapis-lazuli sanktuarium w którym przebywał bóg. Arcykapłan (lub król) otwierał drzwiczki sanktuarium i z wielką starannością wyciągał posąg boga na zewnątrz. Za drzwiami rozlegał się dźwięk bębnów, piszczałek i sistrów, mający odpędzić zły urok. Arcykapłan spalał następnie w ogniu woskowe figurki wrogów Egiptu i teraz wkraczała Boska Małżonka ze złotym sistrum w ręku, potrząsając nim aby "obudzić" boga. Następnie rozchylała szatę, ukazując mu swoje wdzięki i "karmiła" boga przygotowanymi potrawami. Po skończonym posiłku, brała do ręki boskiego fallusa i recytując pieśni religijne, miała za zadanie rozładować jego "napięcie seksualne" do czasu aż... "nie poczuła na sobie jego orgazmu". Kobieca dłoń była jednak ważna nie tylko ze względu na "liturgiczną posługę" Boskich Małżonek Amona-Re, ale również ze względów kulturowych. Na przykład Egipcjanie całowali swoje kobiety w dłonie na powitanie, a nie w usta lub policzki. Wiele reliefów pokazuje też przechadzające się po ogrodach pary, trzymające się za ręce. Dłonie jednak największe zastosowanie miały w symbolice erotycznej - bogini Hathor była nazywana "Ręką Atuma" a jej wcielenia (lub oddzielne boginki) Jusaas i Nebet-hetepet zwano "Paniami Zaspokojenia". Dlatego też kobiece dłonie miały niezwykle silną erotyczną symbolikę (samo sistrum - czyli klepaczka - było uformowane w kształcie kobiecej dłoni). 

Kolejnym symbolem urody (i silnym afrodyzjakiem dla Egipcjan) były usta. To właśnie przez usta przechodziło "życiodajne tchnienie Szu" i było jednym z głównych elementów zmartwychwstania. Usta musiały więc być zadbane (co nie zawsze było łatwe, szczególnie w kraju, gdzie wiatr nieustannie wciskał drobinki piasku do oczu, ust i nosa, a usta szybko wysychały i trzeba je było regenerować odpowiednimi olejkami z oliwek). Kobiety malowały sobie usta szminką z czerwonej ochry (startej na proszek i zmieszanej z wodą), mężczyźni natomiast ust nie malowali. W bogatszych domach były nawet łazienki, gdzie można było się umyć i umalować. Usta jednak dla Egipcjan nie służyły do całowania, a do... wąchania i podziwiania (kochankowie całowali się pocierając sobie wzajemnie nosy), niewątpliwie jednak służyły jako narzędzie rozkoszy (egipskie słowo "sepet" - czyli usta, było tożsame ze słowem wagina i w zasadzie dla Egipcjanina nie miało większej erotycznej różnicy czy "sepet" to są usta czy też to, co znajduje się między kobiecymi nogami). Gdy więc kochanek mówił: "Gdy ją całuję, usta swe rozchyla" (dzbanek z Deir el-Medina - XVIII Dynastia), nie wiadomo dokładnie czy naprawdę ma na myśli usta. Oczywiście nieskazitelne usta były tak samo ważne dla kobiet jak i dla mężczyzn, jednak nazwa ta była utożsamiana jedynie z kobiecym przyrodzeniem.




Kolejny afrodyzjak stanowił nos. Był on jeszcze ważniejszy od ust, a pozbawienie człowieka nosa, w praktyce uniemożliwiało mu ponowne zmartwychwstanie, gdyż "życiodajne tchnienie Szu" dokonywało się właśnie ustami przez nos - "Powietrze jest w moich nozdrzach, nasienie w moim fallusie" (Papirus Harris 500). Nos służył do doświadczania świata za pomocą zmysłu powonienia a Egipcjanki i Egipcjanie używały całej palety perfum, zaś sam pocałunek pomiędzy kochankami odbywał się właśnie przez nos (nie powinno to zresztą dziwić, jako że egipskie słowo "sen" - czyli "wąchać" lub "czuć zapach", było tożsame ze słowem "całować"). Perfumy były jednak bardzo drogie (niekiedy kosztowały tyle co kilka wołów - które same w sobie już stanowiły majątek), ich cena nieco spadła dopiero po sławnej wyprawie królowej Hatszepsut do krainy Punt (ok. 1470 r. p.n.e.), skąd sprowadzono do Egiptu wiele sadzonek olejkodajnych roślin, które odtąd były uprawiane w Egipcie, oraz mirrę, olibanum i opopanax. Olejki eteryczne (na bazie tłuszczów) Egipcjanie wcierali sobie głównie we włosy, usta i miejsca intymne, co przy większym ruchu powodowało spalanie się tłuszczu i wydzielanie tym samym przyjemnej woni (perfumy wkładano również zmarłym do grobu, a także używano ich podczas balsamowania ciała). Nos był więc nie tylko potężnym afrodyzjakiem, ale również symbolem przetrwania duszy w Zaświatach.

Przejdźmy teraz do uszu. Stanowiły one (wraz z ustami i nosem) swoistą "świętą triadę" gdyż to właśnie przez uszy (według Egipcjan) dusza opuszczała ciało. Ucho stanowiło też silny afrodyzjak i zdarzało się (dość często) że kochankowie uprawiali seks, poprzez... wzajemne lizanie sobie uszu, a nawet były próby wkładania penisa do ucha wybranki (zdarzały się przypadki "gwałtu przez ucho" 🥴). Wiedziano że ucho jest tak samo erogenną strefą, jak choćby piersi czy okolice podbrzusza kobiety, wierzono też że zapłodnienie może odbyć się również przez... ucho. Kobiety nie nosiły kolczyków na uszach aż do czasów Nowego Państwa (XVIII Dynastia). Egipcjanie przykładali więc szczególną uwagę do czystości tych miejsc (nie tylko zresztą tych, w starożytnym Egipcie myto się bardzo często, z reguły dwa razy dziennie - rano i wieczorem, przed snem szczególnie myto ręce i nogi (biorąc pod uwagę fakt, że piasek i kurz często wpadał z wiatrem do domów), płukano usta, czyszczono zęby specjalną paletką, obcinano paznokcie i przede wszystkim (co czyniły głównie kobiety) - rozczesywano włosy i dopiero wówczas kładziono się do łoża. Uszy, nos, usta oraz dłonie nie stanowiły jednak aż tak silnego afrodyzjaku jak...




Piersi i narządy rodne. Odsłonięte kobiece piersi były ewidentnym zaproszeniem do odbycia stosunku miłosnego. Od czasów Nowego Państwa, dobrze urodzonych dam nigdy nie przedstawiano zupełnie nago, zawsze posiadały jakieś okrycie wierzchnie. Niewolnice zaś i tancerki z reguły przedstawiano albo zupełnie nago, albo jedynie z niedużą przepaską na biodra (jak choćby na grobowcu wezyra Rechmire z czasów panowania faraona Totmesa III - ok. 1458-1425 r. p.n.e.). Również służące, pomagające pani przy codziennej toalecie, są zawsze (na reliefach czy ostrakonach) ukazywane nago. Obnażone kobiece piersi były więc czymś zupełnie naturalnym dla Egipcjan, z tym że członkinie rodziny królewskiej i arystokratki unikały ukazywania swych piersi ze względów religijnych (jako istoty dobrze urodzone, co dla nich samych znaczyło bliższe bogom, nie powinny zniżać się do uciech godnych prostego ludu ani sprowadzać boskiego piękna do zwykłego popędu seksualnego). Dziewczęta służebne były zaś zupełnie pozbawiane odzieży (na jednej z fajansowych miseczek do wina, pochodzących z okresu Nowego Państwa, ukazana jest klęcząca w stóp swej pani lutnistka, której jedynym okryciem jest nieduża przepaska na biodra, w którą dodatkowo włożony jest kwiat lotosu - zapach kwiatu lotosu był uważany za afrodyzjak. Lotosy wplecione są również w jej włosy a na czubku głowy lutnistki znajduje się stożek z wonnymi maściami, które służą jej pani do upiększania ciała. Pani - co ciekawe - też jest tu ukazana nago jedynie z przepaską na biodrach - zapewne jest to fragment porannej toalety). Genitalia oczywiście też były niezwykle erogenną strefą, a nabrzmiały męski fallus stanowił zaproszenie do aktu miłości, na równi z odsłoniętymi kobiecymi piersiami (zdarzało się też, że kobiety chwytały mężczyzn za penisa lub jądra, co dla Egipcjan nie stanowiło zgorszenia, ale już np. dla Żydów czy Asyryjczyków, jeśli kobieta złapała mężczyznę za genitalia, jej ręka musiała zostać odcięta - "Jeśli (...) żona (...) wyciągnie rękę i chwyci go za części wstydliwe, odetniesz jej rękę, nie będzie twe oko miało litości" (Pwt.25, 11-12), przy czym Asyryjczycy miast ręki obcinali kobiecie palec i... obie piersi. Niekiedy ograniczano się "tylko" do obcięcia sutków. W Egipcie fallus w stanie wzwodu jest symbolem seksapilu i potwierdzeniem męskiej witalności.




I przechodzimy wreszcie do włosów, jako niezwykle silnego symbolu kobiecej (i męskiej) urody. Depilacja całego ciała (prócz włosów na głowie i brwi) w Egipcie faraonów była wręcz obowiązkiem każdej kobiety. Depilowały się więc praktycznie wszystkie dziewczęta. Mężczyźni zaś (prócz zarostu) nie usuwali owłosienia z ciała (jedynym wyjątkiem byli tutaj kapłani, którzy golili całe ciało wraz z głową ze względów kultowych). Włosy stanowiły ogromny majątek kobiety, a te, które miały słabsze owłosienie, używały wykwintnych peruk. Zamożne damy spędzały długie godziny w otoczeniu swych służących nad upiększaniem włosów, szczególnie modne (od okresu Nowego Państwa) były włosy plecione w liczne warkoczyki i kręcone w loczki. Jeśli kobieta pojawiła się przed mężczyzną nieuczesana lub z rozpuszczonymi włosami, oznaczało to ogromny spadek jej fizycznej atrakcyjności, dlatego też o włosy dbały wszystkie kobiety, nie tylko zamożne arystokratki, ale i muzykantki, tancerki czy nawet niewolnice. Oczywiście również kapłanki w świątyniach (szczególnie w świątyni Hathor) nosiły niezwykle wyszukane fryzury (w ogromnej większości były to odpowiednio stylizowane i upiększane peruki ścinane niewolnicom). Oczywiście peruki nosili również mężczyźni, którzy (podobnie jak ich żony) oblegali zakłady fryzjerskie czy perukarskie. Egipcjanie strzygli się na krótko (często zupełnie na łyso, w celu nałożenia peruki), Egipcjanki wręcz przeciwnie - posiadały długie, ciemne, zaplatane loki, które były ówczesnym symbolem seksu i niezwykle mocno działały na męskie libido (przeto żadna kobieta, która chciała przyciągnąć do swego łoża kochanka, nie pokazałaby się przed nim bez zrobionej wykwintnej fryzury lub bogato ufryzowanej peruki).

 




Silnym afrodyzjakiem dla kobiet były zaś szerokie i silne ramiona u mężczyzn. Ramiona i włosy to były główne symbole urody mężczyzn w starożytnym Egipcie. Na temat męskiej urody mam co prawda znacznie mniej informacji, ale i tak można je zamknąć w stwierdzeniu, że realnie największym powodzeniem wśród kobiet cieszyli się ci mężczyźni, którzy... mieli pokaźne przyrodzenie i potrafili przyprzeć partnerkę do ściany i utrzymać ją w powietrzu bez pomocy rąk (dosłownie). Ale to już są takie drobne szczegóły, przejdźmy zatem teraz do erotycznych ubiorów i pozostałych afrodyzjaków na czele z oczami, które stanowiły "źródło duszy".




CDN.

20 lipca 2025

WIELKA TRWOGA - Cz. I

CZYLI WOJNY GRECKO-PERSKIE,
WIDZIANE OCZYMA 
NIE TYLKO ZWYCIĘSKICH
ATEŃCZYKÓW I SPARTAN, 
LECZ RÓWNIEŻ INNYCH HELLENÓW 
Z ZAGROŻONYCH PRZEZ PERSÓW 
WYSP I MIAST





Ο φόβος των Περσών


A może używając bliższego nam zapisu fonetycznego w formie łacińskiej, można by stwierdzić: "Metus Persae", co w wolnym tłumaczeniu oznacza po prostu "strach przed Persami", bo to właśnie uczucie dominowało wśród Greków zarówno zasiedlających jońskie i eolskie wybrzeża Azji Mniejszej, jak i potem tych z głębi kontynentu, z Grecji Właściwej, która przez dziesięciolecia musiała zmagać się zbrojnie z tym potężnym, wschodnim kolosem, jakże różnym od owych greckich polis, które nigdy (lub prawie nigdy) nie zaznały nad sobą żadnego pana. A był to strach prawdziwy, strach, który można porównać tylko z tym, co działo się w Rzymie, gdy Italię ze swoim wojskiem przemierzał Hannibal. Bowiem ów "Metus Punicus" był zjawiskiem społecznym w Italii i wpływał na postępowanie Rzymian jeszcze długo, nim Kartagina przestała już stanowić dla Miasta-Wilczycy realne niebezpieczeństwo. Tak samo było ze strachem przed Persami, który częstokroć po prostu paraliżował Greków do jakiegokolwiek działania. Dziś lubimy przytaczać takie bitwy jak: Maraton, Termopile, Plateje czy Salaminę - jako przykłady zwycięstwa greckiego oręża nad sztuką wojenną Medów i Persów, ale to mimo wszystko były jedynie bitwy obronne, bitwy, które pomogły ocalić niepodległość greckich polis, ale w żadnym razie nie zmniejszały ciągłego zagrożenia nową perską inwazją i dopiero podbój tego wschodniego Imperium przez Aleksandra Wielkiego pozwolił Grekom odetchnąć pełną piersią, gdy nie musieli już zamykać się w swoich rodzinnych miastach, a cały perski, babiloński i egipski świat stanął teraz przed nimi otworem, otwierając drogę nowej, tym razem helleńskiej kolonizacji. Ale sam fakt, że podbój Persji był jedynym aspektem, który realnie mógł zjednoczyć Greków i że przywitali oni wyprawę (najpierw projektowaną przez Filipa II, a następnie jego syna - Aleksandra) z ogromnym entuzjazmem, świadczy dobitnie, że nawet Persja osłabiona, która nie była już wówczas realnie zdolna do podboju Grecji, rodziła wciąż ukryte obawy przed niebezpieczeństwem przekazywanym wśród Hellenów z pokolenia na pokolenie. Bowiem Persja - nawet słaba - wciąż była potęgą, o której sile i ogromie przekonywali się Grecy służący w armiach perskich władców, książąt i satrapów (np. marsz 10 000 Greków z lat 401 - 399 r. p.n.e., był tego dobitnym przykładem.




Jednak panuje też powszechnie (wśród historyków) przekonanie, że Persja była zupełnie innym imperium, nijak nie podobnym do wojowniczych Asyryjczyków (którzy dokonywali przesiedleń ludności nie tylko miastami, ale i całymi plemionami) czy Babilończyków (na których koncie było zniszczenie i przesiedlenie do Babilonu mieszkańców Jerozolimy w 586 r. p.n.e. czy mieszkańców Tyru w 573 r. p.n.e.). Rzeczywiście, to prawda - Persowie postępowali z podbitymi ludami nieco inaczej (np. przyjmowali ich wierzenia, żenili się z miejscowymi kobietami, starali się też wtopić w miejscowy krajobraz i zostać wzięci za tzw.: "swojaków"), ale należy też pamiętać, że to tylko jedna strona ich oblicza. Druga, wcale dużo nie różniła się od tego, co wcześniej wyczyniali Asyryjczycy i Babilończycy, a to oznacza że w grę wchodziły nie tylko przesiedlenia ludności, ale również okrutne ich traktowanie (np. kastrowanie młodych chłopców i wysyłanie ich jako eunuchów do haremów władców Persji, a także porywanie młodych dziewcząt w roli nałożnic - co akurat należało do tej bardziej łagodnej formy postępowania, gdyż kobiety i dzieci w ogóle stanowiły łup i pełniły formę waluty wymiennej. Mężczyźni zaś z reguły - jako nieprzydatni, a nawet niebezpieczni - byli po prostu zabijani na miejscu). Bez uświadomienia sobie tego dualizmu w podejściu Persów, trudno nam dziś będzie pojąć, jak silna była obawa Greków przed perskim najazdem, wysiedleniem i gwałtami. Aby rozłożyć to na czynniki pierwsze, warto przytoczyć relacje poszczególnych greckich polis (najczęściej tych małoazjatyckich, z Jonii i Eolii) i pokazać jak tamtejsza ludność (w poszczególnych dekadach) reagowała na pojawienie się Persów w ich rodzinnych stronach. A ponieważ bezpośrednio zetknęli się Grecy z Persami już po upadku królestwa Lidii w latach 546-545 p.n.e., przeto te daty będą właśnie dla nas szczególnie istotne, jako symbol zrodzenia się owego strachu przed Persami, który przetrwa ponad dwa stulecia.




Nim jednak przejdę do konkretów (poszczególnych polis) warto przypomnieć, że twórcą potęgi Imperium Perskiego był Cyrus II, zwany Wielkim - syn i następca Kambizesa I z rodu Achemenidów (Hachamaniszija), który z kolei miał być synem Cyrusa I ("Cyrus Anszanita, syn Teispesa") i prawnukiem założyciela rodu - Achemenesa (Haszamanisza). Wszyscy ci władcy, począwszy do Cyrusa II, byli zależni od Medów, którym przewodzili wówczas waleczni królowie z rodu Dejokesa (twórcy państwa, który zjednoczył sześć medyjskich plemion w jeden lud i panował w latach 727-675 p.n.e.). Kraj Medów jednak, aż do 652 r. p.n.e. podlegał Asyrii, a do 624 r. p.n.e. Scytom. Niepodległość uzyskała Media (czyli kraj Manna) dopiero od wstąpienia na tron Kjaksaresa (624 r. p.n.e.), który miał być wnukiem Dejokesa. To właśnie on miał zadać ostateczny cios potędze Asyrii zdobywając w 614 r. p.n.e. Assur (miasto kultowe i najstarszy ośrodek krwawego boga Assura) i podchodząc pod Niniwę, która została zdobyta wspólnym wysiłkiem Medów i Babilończyków (Chaldejczyków) w sierpniu 612 r. p.n.e. Jakaż wówczas powstała radość w świecie Bliskiego Wschodu, jakże ludzie płakali ze szczęścia, widząc płonący pałac Szinszariszkuna, w którym spłonął on wraz ze swoim dworem i haremem. Oto odwieczny, nienawistny wróg, który palił, gwałcił, przesiedlał całe plemiona i ludy - teraz wreszcie upadł pod gruzami swej stolicy. Zdobywcą Niniwy ze strony władców Babelu, był młody książę, syn i następca Nabopolasara - Nabuchodonozor. Co prawda resztki armii asyryjskiej starał się zjednoczyć pod Harranem następca Szinszariszkuna - Aszur-uballit II, licząc na wsparcie Egiptu faraona Nechona II (który uznał że osłabiona Asyria będzie dla niego znacznie lepszym sąsiadem, niż zwycięski Babilon i Medowie), ale wsparcie Egiptu nic Asyryjczykom nie dało (pozwoliło jedynie Egiptowi ponownie opanować na kilka lat Judeę i Syrię). Harran padł jeszcze w tym samym 610 r. p.n.e., zaś w bitwie pod Karkemisz (605 r. p.n.e.) książę Nabuchodonozor rozbił doszczętnie egipskie wojska i tym samym odzyskał całą Syrię.


UPADEK NINIWY
612 r. p.n.e.




SZINSZARISZKUN ZE SWYM DWOREM I HAREMEM 
OCZEKUJĄCY NA ŚMIERĆ W PŁONĄCYM PAŁACU




TARTAN ARMII BABILOŃSKIEJ I NASTĘPCA TRONU BABELU - NABUCHODONOZOR, ZDOBYWCA NINIWY




Następcą Kjaksaresa na tronie w medyjskiej Ekbatanie, został jego syn - Astjages (584 r. p.n.e.). To właśnie on wydał swą córkę - Mandane za "władcę Anszanu" - Kambizesa I, a z tego związku ok. 583 r. p.n.e. na świat przyszedł Cyrus II, który objął władzę po śmierci ojca w Pasargadach w 559 r. p.n.e. Przez pierwsze lata, podobnie jak ojciec, pozostawał wiernym sługą swego dziadka, ale w roku 553 p.n.e. zbuntował się i do 551 r. p.n.e. opanował całe królestwo Astjagesa, łącznie z Ekbataną. I tutaj właśnie ukazuje się przykład owej słynnej "perskiej wspaniałomyślności", gdy zwycięscy Persowie potraktowali Medów jak braci i włączyli ich do struktur nowobudowanego państwa - a przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz, gdzie za bardzo nie rozróżniano tych delikatnych przeciwieństw i traktowano całą wojnę z lat 553-551 p.n.e., jako wewnątrz-medyjski konflikt, a nie starcie dwóch obcych sobie ludów (zresztą Grecy bardzo długo, praktycznie do końca istnienia Imperium Perskiego, nazywali Persów - Medami). I rzeczywiście, Ekbatana stała się jedną ze stolic nowego Imperium, a Medowie zostali dopuszczeni do dworu Cyrusa, jednak jeśli byśmy chcieli nieco bliżej przyjrzeć się całej sprawie, to ujrzelibyśmy że po zwycięstwie Persów na lud Medów nałożono kontrybucję i przez pierwsze dekady traktowano tę ziemię, jak ziemię podbitą. Poza tym Medowie różnili się od Persów nie tylko wyznawaną religią (bardzo silną pozycję mieli tam magowie - czyli kapłani tego ludu. Oddawali oni cześć bogu ognia - Atarowi, choć nie byli kapłanami kultu zoroastryjskiego. Oddawano też cześć boginiom wody - zwanym Apy. Natomiast religia Persów była związana z nauką Zaratusztry, dlatego też Persów określa się jako "Społeczeństwo wyznawców Awesty"), jak również modą (Medowie nosili m.in. spodnie, których początkowo Persowie nie używali, dopiero z biegiem lat przyjęli do siebie tę nowinkę, a Grecy uważali ich przez to za zniewieściałych, gdyż - jak twierdzili - "prawdziwi mężczyźni nie noszą spodni" 😉). Były też różnice w sposobie zapisywania imion (np. imię Mitra, czyli w języku perskim - "Mi0ra") w ogóle nie występowało wśród Medów.

Po zajęciu Medii, skierował się Cyrus ku zachodowi i wyruszył na lidyjskie państwo króla Krezusa. Wcześniej jeszcze (550 p.n.e.) opanował Elam (który poddał się bez walki), nadając Elamitom również te same prawa, jakimi cieszyli się Persowie i Medowie, a ich język był jednym z oficjalnych języków Imperium (a Suza jedną z pięciu oficjalnych stolic nowego państwa). Poważniejsze zagrożenie dla Persji Cyrus widział jedynie w dwóch krajach - Nowochaldejskim królestwie Babilonii oraz w Lidii. Pierwsze państwo było silniejsze z potężniejszą gospodarką, ale bogatsza była Lidia, przeciw której to właśnie (po powrocie ze swojej wschodniej kampanii z lat 549-548 p.n.e., w wyniku której przyłączył do Persji Partię i Hyrkanię) wyruszył Cyrus w 547 r. p.n.e. Krezus z pewnością podejrzewał że może stać się celem ataku Persów, dlatego też postanowił wykonać wyprzedzające kroki obronne i z początkiem 547 r. p.n.e. wkroczył do Kapadocji (która wcześniej należała do Medii). Cyrus uznał to za wrogi akt wojenny i ruszył na przeciwnika. Stanął następnie z wojskiem w Arbeli, którą uczynił stolicą nowej perskiej satrapii - Atury (Asyrii) i wkroczył do Harranu (miasto to poddało się bez walki) odbierając go królowi Nabonidowi z Babilonu (którego żoną była córka Nabuchodonozora II - Nitokris), lecz ten nie zdecydował się na rozpoczęcie wojny (i to pomimo faktu, że w Harranie Nabonid z własnych środków ufundował świątynię boga Assura, wystawiając tym na szwank swoją opinię wśród kapłanów Marduka i babilońskiego ludu, wrogiego wszelkim odniesieniom do pobitej Asyrii). Wkrótce potem (maj 547 r. p.n.e.) Cyrus wkroczył do Cylicji (dawnej Kizzuwatny), której mieszkańcy sami złożyli mu hołd i uznali nad sobą jego rządy (w nagrodę Cyrus zostawił u władzy lokalnych królów - którzy odtąd zawsze nosili imię Syenessis, a Cylicja zyskała sporą autonomię wewnętrzną). Przez góry Taurus (a raczej przez "Wrota Cylicyjskie") armia Cyrusa wkroczyła następnie do Kapadocji, którą uczyniono nową satrapią (Katpatuka), a potem do Armenii (Armina).




Tutaj jednak drogę ze swym wojskiem zastąpił mu Krezus, który w okolicy Pterii wydał Cyrusowi bitwę. Nie miała ona jednak swego rozstrzygnięcia, ale Krezus popełnił błąd, wycofując się zaraz po bitwie do Sardes - swej stolicy. Tym samym dał Cyrusowi okazję do twierdzenia, iż to on jest zwycięzcą i ruszenia w dalszą pogoń do Lidii. Można jednak przypuszczać, że Krezus uznał, iż w pojedynkę nie będzie w stanie pokonać Persów i zaraz po przybyciu do swej stolicy, rozesłał gońców do Ahmose z Egiptu, Nabonida z Babilonu i do Sparty, zwołując ich na wiosnę następnego roku pod Sardes (wcześniej zawarł z nimi układ o wzajemnej pomocy). Cyrus doskonale zdawał sobie sprawę, że nie może pozwolić na połączenie się tych sił i musi jeszcze w tym samym roku zakończyć wojnę w Lidii i to pomimo faktu, że właśnie zbliżała się zima (a wówczas przerywano działania wojenne aż do wiosny). Przeszedł więc Wyżynę Anatolijską i u źródeł Hyllosu (na wschód od Sardes) napotkał konnicę Krezusa gotową do walki. Ponieważ Lidyjczycy mieli świetne konie i doświadczenie w walkach z piechotą, postanowił użyć przeciwko nim podstępu, a mianowicie ustawił przed szeregiem swych żołnierzy wielbłądy - ściągnięte ze Wschodu, których to przeraźliwy odór wystraszył konie, a te zaczęły zrzucać jeźdźców ze swych grzbietów i uciekały w popłochu. Mimo to Lidyjczycy nie zamierzali się poddawać i bitwa trwała nadal, ale szybko dała o sobie znać przewaga liczebna Persów i Lidyjczycy musieli wycofać się do Sardes. Cyrus znów ogłosił się zwycięzcą i obległ teraz samo miasto, w którym król Krezus słał naglące wieści do swych sojuszników, błagając ich o szybkie przybycie. Nie zdążył jednak uzyskać odpowiedzi, bo po dwunastotygodniowym oblężeniu i wdarciu się Persów na mury sardyjskiego Akropolu (który ponoć był nie do zdobycia), miasto musiało skapitulować (grudzień 547 r. p.n.e.). W ten oto sposób państwo lidyjskie przestało istnieć, a skarby króla Krezusa (od którego to właśnie imienia wziął się synonim bogacza) trafiły do Cyrusa i zostały wywiezione do Suzy, zaś sam władca Lidii popełnił samobójstwo, każąc podpalić stos na którym siedział na tronie (potem zaczęły pojawiać się najróżniejsze historie mówiące o tym, że Krezus jednak ocalał i że Cyrus zlitował się nad nim, a Apollo zesłał deszcz, który ugasił płonący stos - ale były one spowodowane kwestiami religijnymi i oddaniem dynastii Mermnadów - z której to wywodził się Krezus - w opiekę Apollinowi Delfickiemu. Bóg przecież nie mógł pozwolić, aby tak hojny darczyńca Świątyni, zginął w tak straszny sposób 🙄).

I teraz właśnie, już po upadku Lidii, Persowie po raz pierwszy zetknęli się w zachodnich rubieżach tego kraju z Grekami. Ta pierwsza relacja, która zaowocowała w kolejnych dziesięcioleciach wielką trwogą przed perską inwazją i ostatecznie spaleniem Pałacu w Persepolis z rozkazu pijanego Aleksandra (którego ponoć namówiła do tego czynu hetera - Thais, aby pomścić spalenie Aten przez persów 150 lat wcześniej) w maju 330 r. p.n.e. Mimo to, pierwszy kontakt Greków i Persów wcale nie zapowiadał przyszłych krwawych walk o utrzymanie greckiej niezależności i był nawet dość... przyjazny.


CDN.

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. I

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE
OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W
STAROŻYTNOŚCI I W ŚREDNIOWIECZU,
ORAZ SKĄD I Z JAKICH 
WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ
POCHODZILI KANDYDACI 
NA NIEWOLNIKÓW




Niewolnictwo jest prawie tak stare, jak stare są dzieje człowieka na tej Ziemi, a jednocześnie należy do swoistej trójcy najstarszych, znanych nam zajęć ludzkich w dziejach człowieka. Owszem, niewolnictwo sytuuje się dopiero na trzecim miejscu, po szamanizmie (kapłanach i kapłankach, skupiających pierwsze społeczności ludzkie), oraz po prostytucji (niesłusznie nazywanej "najstarszym zawodem świata" - najstarszym jest szamanizm - czyli pierwotne kulty religijne), ale stanowi nieodłączny element społecznego życia człowieka (inna sprawa czy tego typu rozwój społeczny jest moralny i właściwy?). Zauważmy że niewolnictwo (podobnie zresztą jak i dwa wcześniejsze elementy scalające społeczeństwa - szamanizm (czyli wiara) i prostytucja (czyli możliwość swobodnego rozładowania energii), nie zniknęło po dziś dzień - i nie zniknie nigdy śmiem twierdzić. Póki żyje człowiek, póty zawsze będzie potrzebował odniesień do wyższego bytu, a ponieważ często nie potrafi tego uczynić samemu, woli scedować tę sztukę na "bożych wybrańców" czyli kapłanów. Tak samo jest z prostytucją, im bardziej społeczeństwo jest purytańskie, tym większe dewiacje występują w sytuacji, gdy dana bańka zaczyna pękać. Tak więc wiara i seks są nieodłącznym elementem życia człowieka na tym świecie. Element trzeci, czyli właśnie niewolnictwo także je goni, bowiem należy się zastanowić czy możliwe jest osiągnięcie wyższej formy cywilizacyjnej przez dany lud, jeśli nie dysponuje on odpowiednią siłą roboczą, która (mówiąc kolokwialnie) sprząta szczyny i podciera tyłki tym wszystkim filozofom, kapłanom i w ogólnie jakkolwiek rozumianej elicie społecznej. 

Spójrzmy bowiem na problem z tej perspektywy. Otóż Francja czasów "Króla Słońce" Ludwika XIV jest powszechnie uważana za przykład dobrego smaku, stylu i nowych trendów w modzie oraz w społecznych obyczajach. I tak samo było w tamtych czasach, inne kraje (szczególnie te, graniczące z Francją), implementowały do siebie to wszystko, co wychodziło z wersalskiego dworu, cały ten szyk i elegancję. Ale zastanówmy się, jaką elegancję? Czy za przykład elegancji francuskiej należy przyjąć oddawanie moczu lub pozostawianie kału na środku wersalskich korytarzy? Czy czynienie tego samego do kominków też jest przykładem elegancji i dobrego stylu? A tak właśnie było, w Wersalu, który był szczytem ówczesnej klasy i potęgi... nie było nawet jednej toalety, więc wszyscy zamieszkujący pałac szlachcice i magnaci (króla nie wyłączając) po prostu robili pod siebie, sikając po ścianach tego pałacu i zostawiali na korytarzach swoje śmierdzące odchody. Ktoś zatem musiał to posprzątać, bo inaczej nikt by tam długo nie wytrzymał. Oczywiście nie czynili tego niewolnicy a służba pałacowa, jednak ich zajęcia też nie należały do przyjemnych (codzienne babranie się w brudzie, kale i szczynach musiało co najmniej powodować wymioty - które też przecież należało posprzątać). Czyli innymi słowy - ktoś musi sprzątać kupy, aby ktoś inny mógł się pławić w luksusach i jeśli ten proces zostanie zahamowany (np. przez bunt lub strajk pracowników) to wówczas już zaczyna się poważny problem. Dziś szczególnie młodzi ludzie (głównie ci z Europy Zachodniej) w ogólnie brzydzą się pracą fizyczną, uważając ją za coś upokarzającego i niegodnego, a to znaczy że... już mamy problem.

Dziś Europa zamierza rozwiązywać tego typu problemy, ściągając do siebie tłumy imigrantów, którzy mają pracować w tych wszystkich "niegodnych" zawodach (niekoniecznie nisko płatnych, co jest bardzo ważne), których już nie chcą wykonywać tzw.: "rdzenni" Niemcy, Francuzi, Anglicy, Włosi czy Hiszpanie. Innymi słowy rządy tych państw, przy społecznym poparciu milionów lokalnych nierobów, leczą raka, wszczepiając do organizmu pałeczki koli - super, taka metoda leczenia z pewnością podniesie chorego na nogi, prawda? Zauważmy bowiem (ja w tej chwili całkowicie pomijam obecną sytuację, związaną z napływem muzułmańskich nachodźców do Europy, którzy nie przyjeżdżają tu pracować, tylko gwałcić kobiety, wydawać otrzymane przez państwa do których przybywają pieniądze i walić głową w podłogę w każdy piątek podczas muzułmańskich modłów. Poza tym ostrzą noże i szykują broń i gdy już poczują się wystarczająco silni, rozpocznie się w Europie Zachodniej krwawa rzeź. Nie o tym jednak piszę, a o realnych imigrantach ekonomicznych, którzy przyjeżdżają do Europy, aby poprawić swój byt i utrzymać tutaj rodzinę swoją pracą), że tego typu polityka jest... idiotyzmem! Spójrzmy bowiem, ci sami, ciężko pracujący ludzie, przybyli tutaj z innych krajów. Oni z czasem (a z całą pewnością już ich dzieci) zaczną się buntować. Będą żądali coraz większych stawek, a w końcu i im samym (a z pewnością ich dzieciom) tego typu praca całkowicie zbrzydnie. I co wtedy zrobi rząd, gdy oni odmówią pracy i też będą chcieli żyć jak inne nieroby z Europy Zachodniej? Sprowadzi sobie kolejnych migrantów ekonomicznych? Ludzie, przecież to jest polityka prowadzona przez idiotów i wymierzona głównie w zwykłych ludzi, którzy staną się ofiarami tej polityki. 

Ale problemem w tym momencie są Europejczycy, którym po prostu nie chce się pracować na własne utrzymanie w zawodach powszechnie przez nich uważanych za hańbiące i upokarzające (a duża część z nich jest naprawdę dobrze płatna, lecz im nie tyle chodzi o pieniądze, tylko o coś, co można by nazwać "samorealizacją"). Tym ludziom w ich marksistowskich szkołach wmawia się, że praca fizyczna jest czymś niegodnym człowieka, czymś upokarzającym, a oni sami powinni się "samorealizować". Poprzez te słowa można by zrozumieć prace łatwe i przyjemne, lekkie i miłe, takie jak np. uczestnictwo w różnego typu NGO-sach, lub przedsięwzięciach umożliwiających publiczną kradzież pieniędzy, wypracowanych przez ludzi, którzy realnie swoją pracą tworzą jakieś dobro. I ci wszyscy ludzie, ci wszyscy studenci po marksistowskich uczelniach, oni są przekonani że oni robią coś dobrego i pożytecznego dla innych ludzi. Tylko powiedzcie mi proszę, czy jako przedsiębiorcy zatrudnilibyście u siebie i płacilibyście pieniądze osobie, która jedyne co potrafi, to rozprawiać o kształcie tolerancji represywnej i wykrzykującego na wiecach "faszyści lub rasiści". Czy wolelibyście jednak człowieka który potrafi np. zbudować stół, skonstruować silnik, czy chociażby ugotować dobry obiad. To są właśnie przydatne zajęcia, które tworzą społeczne dobro. Ludzie po skończeniu uniwersytetów w zasadzie są zupełnie bezwartościowym zbiorowiskiem niepotrafiących samodzielnie tworzyć żadnego dobra prekariatem, które jednak musi jeść, pić, chce się dobrze ubrać, jeździć fajnymi samochodami, używać tabletów, smartfonów etc. etc. 

Tylko jak oni mają te dobra zdobyć, skoro sami nic nie potrafią dać w zamian ze swojej pracy (oczywiście to nie jest ich wina że niczego nie potrafią, to jest wina tych wszystkich marksistowskich nauczycieli, wykładowców uniwersyteckich i coach'ów od samorealizacji, którzy zapełniają im głowę bezwartościowymi dla społeczeństwa bzdurami, czyniąc z nich realnych Elojów, niezdolnych do przetrwania we współczesnym świecie, chyba że podczepią się pod jakiś kurek z pieniędzmi, ale to dotyczy zaledwie niewielkiej garstki z tych ludzi). To jest myśl na zupełnie inny temat, więc pozwolę sobie ją teraz pominąć i przejść bezpośrednio do kwestii niewolnictwa. W każdym razie pozostawiam szanownych czytelników z tą myślą, czy opłaca się przyjmować wciąż nowych pracowników fizycznych z innych kultur i krajów aby podcierali nam tyłki, czy też lepiej radykalnie zmienić nauczanie, usunąć marksizm ze szkół i próbować uczyć młodzież przydatnych umiejętności, dzięki którym oni sami (podobnie jak wcześniej ich przodkowie) będą mogli utrzymać swoje rodziny i jednocześnie będą wytwarzali powszechnie potrzebne dobra. Tak też naświetlając nieco tę kwestię, pragnę zastanowić się, jaka była rola niewolników (starożytności i średniowiecza) w rozwoju wielu współczesnych kultur europejskich, oraz zaprezentować największe centra handlu niewolnikami w starożytnym i średniowiecznym świecie tzw.: białego człowieka (oczywiście można by było również przejść do tematu nieco innego i zaprezentować rodzaje i metody niewolenia białych Europejczyków przez czarnoskórych lub bliskowschodnich wyznawców Mahometa, bo że biali ludzie na przestrzeni wieków też byli niewoleni, to jest fakt bezsporny). Innymi słowy zadać sobie pytanie, czy taki Cyceron napisałby swoje dialogi lub mowy obrończe, gdyby jakiś niewolnik nie podał mu posiłku?



ANTYCZNA GRECJA 
I ŚWIAT HELLENISTYCZNY
(V wiek p.n.e. - II w. p.n.e.)
Cz. I




Od razu należałoby wyjaśnić dlaczego przyjąłem V wiek p.n.e. za cezurę, od której pragnę rozpocząć ten temat. Oczywiście (jak wyżej wspomniałem) niewolnictwo jest tak stare, jak początki ludzkiej cywilizacji na tej Ziemi, ale jednocześnie, biorąc pod uwagę skalę procederu niewolniczego, to należy stwierdzić że nabrał on w starożytności rozpędu właśnie z początkiem V wieku p.n.e. Niewolnicy istnieli w wielu krajach i kulturach starożytnego świata, ale właśnie świat grecki a potem rzymski podciągnął to na skalę masową (Rzymianie wręcz na skalę przemysłową). Nigdy wcześniej nie było tylu niewolników i nie wytworzyły się specjalistyczne rynki niewolnicze, jak właśnie w świecie greckim, który znacznie rozwinęli i rozbudowali (wręcz do niepojętych rozmiarów w skali ludzkich cywilizacji) Rzymianie. Świat średniowiecza starał się w pewnym momencie odnowić intratny handel niewolnikami, ale już nigdy skala tego procederu nie dorównała temu, do czego doszli starożytni Rzymianie. Zaś początki masowego wzrostu handlu niewolnikami datuje się właśnie na koniec VI i początek V wieku p.n.e. Przejdźmy więc teraz do konkretów:



CHIOS 
ROZWÓJ WYSPY I POCZĄTKI 
NIEWOLNICZEGO CENTRUM
(VII - VI wiek p.n.e. )
Cz. I





"JEŚLI TWA KARA NIE BĘDZIE PRZYKŁADEM 
CAŁEMU ŚWIATU NIE JESTEM KOBIETĄ!
CZY FRYG NIE LEPSZY...? O, MOJA TO WINA,
BO TRAKTOWAŁAM CIĘ NIBY CZŁOWIEKA!
LECZ RAZ ZBŁĄDZIŁAM, A TERAZ ZOBACZYSZ,
ŻE NIE TAK GŁUPIA BITYNNA, JAK MYŚLISZ!
ZWIĄŻŻE GO, DALEJ! NAJPIERW ZDEJM MU ŁACHY!
(...)
ZDEJM MÓWIĘ! MUSISZ WIEDZIEĆ, ŻEŚ NIEWOLNIK
I KOSZTOWAŁEŚ MNIE CAŁE TRZY MINY.
NIECH PRZEKLĘTY BĘDZIE TEN DZIEŃ, KTÓRY TU CIĘ SPROWADZIŁ!
PYRRIAS, POŻAŁUJESZ! WIDZĘ, ŻE ROBISZ WSZYSTKO, ZAMIAST WIĄZAĆ!
ŚCIŚNIJ MU ŁOKCIE, WIĘZY DOBRZE ŚCIĄGNIJ!
(...) 
PILNUJ BY NIE UCIEKŁ. 
TERAZ ZAPROWADŹ GO TAM, DO HERMONA,
I TYSIĄC KIJÓW NA GRZBIET 
KAŻ WYLICZYĆ TEMU ŁOTROWI,
NA BRZUCH DRUGI TYSIĄC"

FRAGMENT UTWORU "MINY" HERONDASA Z KOS, OPOWIADAJĄCY JAK TO BOGATA GRECKA DAMA O IMIENIU BITYNNA, KAŻE SWEGO NIEWOLNIKA 
(I JEDNOCZEŚNIE KOCHANKA) - DRECHONA ZA PEWNE PRZEWINIENIE
(III wiek p.n.e.)



Chios, podobnie zresztą jak i inne, sąsiednie wyspy (Samos i Lesbos) była jedną z najbogatszych wysp w świecie helleńskim. Co prawda nie dorównywała sławie Kos (gdzie mieścił się główny kult boga Asklepiosa i jego główna świątynia - Asklepiejon, która zawsze gromadziła tysiące pątników, przybyłych tutaj modlić się do boga o zdrowie i zostawiając mnóstwo złota oraz innych dóbr - zresztą lekarze z Kos, Knidos i Miletu byli uważani za najlepszych znawców swego fachu w greckim świecie), ale i tak była to wyspa dość bogata. Wyspa słynęła z doskonałego wina (i pod tym względem konkurowała z Lesbos oraz Samos), oraz wyśmienitych fig. Wyspa jak i miasto (o tej samej nazwie) które na niej dominowało, interesowało się głównie w rozwoju handlu i to handlu dalekomorskiego, zaś polityka i wojna były dla Chiosyjczyków kwestiami drugorzędnymi. Chcieli po prostu się bogacić i gotowi byli na wiele, aby ten stan rzeczy utrzymać. Nawiązano bardzo korzystne relacje handlowe z Egiptem, a gdy król Amazis (Ahmose II) poślubił Greczynkę z greckiej kolonii Cyreny na wybrzeżu Libii, Chios (wraz z Teos, Fokają, Klazomenaj, Rodos, Knidos, Halikarnasem, Faselis i Mityleną) zrzuciły się na odbudowę świątyni w Delfach w Egipcie (lata 60-te VI wieku p.n.e.). Chios szczególnie dominował w handlu egipskim w porównaniu z innymi greckimi wyspami, gdyż Egipcjanom szczególnie smakowało wino pochodzące z tej wyspy (a trzeba pamiętać że Egipcjanie głównie pijali wina. Woda z Nilu zaś często bywała śmiertelnym niebezpieczeństwem, przez żyjące w niej drobnoustroje które powodowały liczne choroby, a co za tym idzie zgony. W historii Egiptu zatrucie wodą z Nilu było bardzo częste w różnych okresach, dlatego ci, których było na to stać, pijali wino, które dzięki fermentacji zabijało jajeczka muszek i innych drobnoustrojów powodujących choroby. Dlatego też wino dawano również małym dzieciom). Innym kierunkiem rozwoju handlu wyspy Chios, był kierunek wschodni - małoazjatycki. Co prawda greckie wyspy coraz bardziej uzależniały się politycznie od Królestwa Lidii (leżącego na małoazjatyckim kontynencie), to jednak ta zależność była w dużej mierze symboliczna i w żadnym razie nie kolidowała z dalszym rozwojem handlu. 




W ogóle okres pomiędzy 610 a 550 r. p.n.e. należy uznać za szczególnie korzystny dla greckich wysp na Morzu Egejskim i greckich polis małoazjatyckich, w tym szczególnie dla Chios. Oczywiście w tym czasie jeszcze nie prowadzono na wyspie ożywionego handlu niewolnikami, stanie się tak dopiero z końcem VI wieku p.n.e., z chwilą gdy wyspa popadnie pod kontrolę perską, wówczas to otworzy się dla chiosyjskiego handlu nieograniczony rynek potężnej Persji i Medii, sięgający aż do granic Indii. Nic więc dziwnego że wyspa, która postawiła na rozwój handlu niewolnikami (nawet kosztem swego intratnego handlu winem), wzbogaciła się jeszcze bardziej pod perską dominacją (swoją drogą, gdy perscy wysłannicy zaczęli objeżdżać greckie polis Grecji kontynentalnej w 491 r. p.n.e. żądając jedynie symbolicznego poddaństwa w postaci "ziemi i wody", w zamian oferując nieograniczone możliwości handlu zbożem, niewolnikami, winem, owocami i innymi dobrami na całym terytorium swego imperium, była to niezwykle kusząca propozycja, tym bardziej że Persowie nigdy nie przymuszali do niczego swoich lenników, nie narzucali im ani religii, ani ustroju i jeśli ci dotrzymywali wierności i płacili daninę - mogli się do woli rządzić po swojemu i jednocześnie bogacić na ogromnym rynku perskiego Imperium. Do dziś historycy więc zachodzą w głowę, dlaczego pierwszym miastem, które odrzuciło tę niezwykle korzystną propozycję - były Ateny, które powiedziały "nie". W ich ślady szybko poszła Sparta {Lacedemon}, co zaowocowało wojnami grecko-perskimi, ostatecznie rozstrzygniętymi na korzyść Greków w bitwach pod Maratonem - 490 r. p.n.e., Salaminą - 480 r. p.n.e., Platejami i Mykelami w 479 r. p.n.e. oraz nad Eurymedonem - 469 r. p.n.e. Definitywny kres Imperium perskiemu położył król Macedonii - Aleksander Wielkim w latach 334-330 p.n.e.).




Chios, począwszy od ok. 610 r. p.n.e. bardzo mocno się wzbogaciła. To właśnie wtedy otwarły się przed wyspą nowe możliwości handlu egipskiego i małoazjatyckiego, dzięki czemu zakończył się czas ekonomicznego i politycznego upadku wyspy (trwający od mniej więcej 680 r. p.n.e.). W tym bowiem czasie towary z Chios (i innych wysp egejskich) nie potrafiły skutecznie konkurować z towarami z Cyklad i Krety i aż do 610 r. p.n.e. Chios była niewiele znaczącą grecką polis. Po 610 r. p.n.e. odnotowuje się niesamowity wzrost zamożności mieszkańców wyspy, Chios wręcz zaczęło dominować w handlu wschodnim i południowym (małoazjatyckim i egipskim) konkurując tutaj z Miletem. Z czasem Chiosyjczycy zaczęli skutecznie wypierać Miletyjczyków z handlu egipskiego, a w greckiej kolonii na egipskiej ziemi w Naukratis w zasadzie od początku VI wieku p.n.e. nie sposób odnaleźć innych towarów, niż te pochodzące z Chios. Można by to tłumaczyć tym, iż koncern z Chios, całkowicie podporządkował sobie handel z Grekami w Egipcie, a w szczególności w Naukratis. Zaczęto też handlować z greckimi polis ulokowanymi w basenie Morza Czarnego, oraz z Massalią w południowej Galii (dzisiejszą Marsylią). Jednak konflikt handlowy trwał. Milet opanował rynki Sybaris i Siris - najbogatszych greckich miast południowej Italii (Sybaryci wręcz słynęli w świecie greckim ze swej miłości do luksusu, ponoć zamontowano w mieście system kanalizacji, który umożliwiał bogaczom pobierać zimną i gorącą kąpiel. Sybaris zostało zdobyte i zniszczone przez swego konkurenta - Kroton w 510 r. p.n.e. a ludność zamieniona w niewolników. Swoją drogą, takie przypadki zdarzały się nawet dość często, gdy dawni panowie i właściciele niewolników, sami kończyli jako niewolnicy, czego dowodem niech będzie przykład pewnego bogatego Ateńczyka - Nikostratosa, który w 365 r. p.n.e. udał się w pościg za swymi zbiegłymi trzema niewolnikami i skończył jako niewolnik, porwany przez korsarzy i sprzedany na targu w Eginie 🤭, co dobitnie dowodzi iż podróżowanie po świecie greckim wcale nie należało do bezpiecznych zajęć. Co prawda w czasach Peryklesa Ateńczycy zlikwidowali korsarstwo egejskie, ale potem, w czasie Wojny Peloponeskiej i w kolejnych dekadach skutecznie się ono odrodziło).

Inne greckie polis też czerpały zyski z intratnego handlu italskiego, galijskiego i hiszpańskiego. Niestety, po roku 535 p.n.e. rynek galijski i hiszpański praktycznie odpadł (po klęsce w bitwie morskiej pod Alalią Greków z Kartagińczykami i Etruskami), a rynek italski mocno się skurczył po roku 510 p.n.e. i spaleniu Sybaris przez Kroton (wówczas to mieszkańcy Miletu przywdziali żałobę). Pozostawał więc rynek egipski i wschodni, ale tutaj także zaszły ogromne zmiany, które doprowadziły do politycznego uzależnienia się Chios (i innych wysp Morza Egejskiego) od Persji, a jednocześnie stworzyły ogromny potencjał nieskrępowanego handlu niewolnikami, których teraz można było ściągać z całego ogromnego terytorium podbitych i uzależnionych od Persów ludów. 




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...