WYŚWIETLENIA

09 lipca 2025

CZY CHRYSTUS BYŁ ŻYDEM?

ORAZ, CZY CHRZEŚCIJAŃSTWO WYWODZI SIĘ Z JUDAIZMU?


W pierwszych słowach mego "listu" pragnę donieść, że jestem zdrowy i w pełni władz umysłowych... Bo chyba nie czytalibyście wywodów chorego 🤭🤣. Nie zamierzam też nikogo przekonywać, ani pisać o tym, że Chrystus był Polakiem 😉. Chciałbym jednak odpowiedzieć na pytanie czy Jezus Chrystus, którego uważamy za Syna Bożego (Syna Człowieczego) rzeczywiście był Żydem?



Temat, który na pierwszy rzut oka wydaje się banalny i oczywisty, to znaczy skoro Jezus Chrystus urodził się wśród Żydów, mało tego, w rodzinie żydowskiej w Betlejem, to kim innym mógłby być, jeśli nie Zydem prawda? Ale czy na pewno? (oczywiście nie zamierzam zajmować się tutaj kwestiami teologicznymi, mówiącymi że Chrystus jest synem Boga, to nie jest bowiem odpowiedź na zadane w tytule pytanie). Czy określenie judeochrześcijaństwo jest określeniem właściwym i czy rzeczywiście odnosi się ono do korzeni z których wyrasta nauka Chrystusa?

Nim jednak przyjdę do tego tematu, chciałbym tutaj przytoczyć pewne moje doświadczenie, jakie ostatnio miałem w kwestii wiary, oraz jej fizycznej ekspiacji. Otóż jakiś czas temu udałem się do mojej parafii, ponieważ był mi potrzebny pewien dokument który w taki właśnie sposób musiałem uzyskać. Podczas tego spotkania jakie miałem z księdzem proboszczem mojej parafii, zgadaliśmy się na temat Kościoła i wiary, a zaczęło się to od jego stwierdzenia, iż on mnie nie kojarzy i zapewne ja do kościoła nie chodzę. Dodał nawet że "Najwidoczniej kościół nie był panu wcześniej potrzebny" (w sensie do tej pory, a teraz przychodzę "po prośbie"). Przyznam się szczerze że tak naprawdę nie chciało mi się wchodzić w polemikę i rozwodzić nad tym tematem, chciałem po prostu pewne rzeczy załatwić i tyle, bez tłumaczenia się z moich przewin czy zaniechań. Jednak pewne takie dosyć przyznam się szczerze, nieprzyjemne uwagi owego księdza proboszcza, zmusiły mnie do tego, żeby stwierdzić, że ma rację. Ja bowiem nie potrzebuję już kościoła, nie potrzebuję chodzić do budynku żeby poczuć czy odnaleźć tam Boga. Ja już jestem ponad to (jeśli rozumiecie Kochani o co mi chodzi). Proboszcz ten najwidoczniej jednak nie zrozumiał tego, co próbowałem mu powiedzieć i stwierdził, że albo się wyrzekłem Boga (czyli tak, jak bym stał się ateistą), albo po prostu mi się nie chce chodzić do kościoła, bo mam inne (fajniejsze w domyśle) rzeczy do zrobienia. Mimo że była to osoba duchowna, to od razu było widać że ten człowiek jest bardzo ograniczony duchowo, bo jeżeli on nie rozumie tego co ja próbuję mu powiedzieć i zmusza mnie do tego, żebym mówił to słowami bardzo prostymi (prostackimi wręcz) nazywając wszystko literalnie po imieniu, tak żeby to dotarło; a mimo wszystko gdy to wszystko mu rozłożę na czynniki pierwsze, to on i tak z tego nic nie zrozumie, więc taka rozmowa wydaje mi się kontrproduktywna. Samo bowiem stwierdzenie że "ja już nie potrzebuję kościoła" wydaje się dla ludzi pokroju owego proboszcza niezrozumiałe zupełnie, bo jak to "już nie potrzebuję", co to ma w ogóle znaczyć? To wszystko trzeba teraz wyjaśniać jak dziecku, powiedzieć "a" to jest "a", a "b" to jest "b", czarne jest czarne, a białe jest białe. Zapytałem więc ostatecznie "Ile kościołów zbudował Chrystus?" i w zasadzie to pytanie zamknęło dalszą dyskusję. 

Pragnę też od razu wyjaśnić że nie stałem się wcale ateistą (chociaż ateizm nie jest wcale oddaleniem od Boga, ateiści, oczywiście w zależności od ich własnych działań, bo te bywają bardzo różne - jak choćby są jakieś grupy skomuszałych lewaków, dla których Bóg to jest jakieś tam "opium dla mas" czy coś podobnego - ateiści dlatego że nie chodzą do kościoła i nie wyznają wiary w tego, czy innego Boga, wcale nie są pozbawieni Bożej Miłości, a niekiedy nawet - wszystko zależy od człowieka - są bardziej uduchowieni od całej reszty wyznawców danych religii). Jednak tłumaczenie księdzu proboszczowi pewnych zawiłości, które wydaje mi się on nie zrozumie - a jeśli zrozumie, to zinterpretuje je w dość koślawy sposób - wydała mi się zatem pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Bowiem tłumaczenie księdzu takich oczywistości, że my tutaj przybywamy tylko na chwilę i wcale nie żyje się raz. Że drogą do wyjścia z tego świata (mam tutaj na myśli cykl inkarnacyjny) jest Miłość i tylko i wyłącznie Miłość (przepraszam, jeszcze Przebaczenie, które jest nieprawdopodobnym oczyszczeniem wewnętrznym człowieka; jeśli bowiem jesteś w stanie wybaczyć komuś, kto wyrządził ci ogromną krzywdę, tobie, lub twoim bliskim, to już wygrałeś!). Że każda istota ma prawo do życia, a przede wszystkim prawo do życia bez cierpienia (choć ono niestety często nas dotyka) i to nawet wówczas, kiedy ta istota musi zginąć (żebyśmy na przykład mogli się najeść - mam tu oczywiście na myśli różnego rodzaju zwierzęta, takie jak kury, świnie czy krowy). Śmierć nie jest bowiem karą i nigdy jej w ten sposób nie traktujmy, śmierć jest wyzwoleniem (chociaż oczywiście osoba która żyje, zawsze może zmienić swoje życie póki jest tutaj, po śmierci nie ma już ani cierpienia ani kar, ale też nie można niczego naprawić, już jest tylko odpoczynek - a potem w zależności od winy jakie na nas ciążyły za życia, ponowny powrót na ten świat, żeby odrobić to, co żeśmy wcześniej "zasiali"). Nigdy jednak na naszej ziemskiej wędrówce nie jesteśmy sami i to jest niesamowite wsparcie (niczym GPS 😉). Na przykład nie ma dnia, żebym ja nie rozmawiał z Bogiem. Ile rzeczy udało mi się osiągnąć dzięki takiemu wsparciu - o które sam prosiłem - to nawet tego nie zliczę, ile rzeczy mi się udało załatwić, rozwiązać, to jest niepoliczalne.


A do kościoła nie chodzę już ładne kilka (może nawet kilkanaście lat), oczywiście wykluczając dni świąteczne, które wypadają czy to w rodzinie, czy z innej okazji. A to wsparcie Boga odczuwam codziennie i choć niekiedy myślę że pewne rzeczy - które sobie zaplanowałem - nie pójdą po mojej myśli, potem się okazuje że wszystko jest tak, jak chciałem (oczywiście może nie w 100 procentach, ale w tych 90 paru). W pewnej chwili to nawet sam się gubię, czy to ja tworzę tą rzeczywistość, czy też ona jest mi ofiarowana, ale wydaje mi się że nawet jeżeli ja ją tworzę, to wszystko i tak dzieje się dzięki wsparciu Boga, bez którego nic by się nie udało. Wyobrażacie sobie teraz żebym powiedział takie słowa do księdza proboszcza? Przecież on by uznał mnie za niespełna rozumu. Być może nawet podobnie jak św. Franciszka z Asyżu, który chodził po wsiach i pytał się "Dlaczego Miłość nie jest kochana?" a ludzie których mijał pukali się w czoło na te słowa. I to by było na tyle tej mojej prywaty, przyjdźmy zatem do tematu:



CZY JEZUS CHRYSTUS BYŁ ŻYDEM?




Jakże łatwo odpowiedzieć jest na to pytanie, prawda? Skoro Jezus urodził się wśród Żydów, dorastał wśród Żydów i wyznawał judaizm (przynajmniej oficjalnie), to kim innym miał być jak nie Żydem? Skoro chrześcijaństwo wywodzi się z judaizmu, to oczywistym jest że jest to religia judeochrześcijańska? Skoro więc wszystko sobie wyjaśniliśmy to nie ma sensu dalej tego przedłużać 🤭.

Oczywiście żartuję (jak to mówił Robert Górski w jednym ze skeczów Kabaretu Moralnego Niepokoju: "Ale od rana mam dziś łeb do komedii" 😄🙄). I niestety muszę rozczarować tych wszystkich, którzy już znają prawdę objawioną (przez kogo?). Zatem przejdźmy do faktów, które oczywiście są pomijane przez tych, którzy święcie wierzą w odgórnie narzucone paradygmaty pojęciowe. Zacznijmy jednak od początku.

Skąd w ogóle wiemy że Jezus Chrystus był Żydem? A no chociażby z genealogii przedstawionej nam przez apostołów Mateusza i Łukasza, którzy wywodzą rodowód Józefa - męża Marii - od króla Dawida (a nawet od Abrahama). Tylko że Józef nie był ojcem Jezusa i mówi o tym nawet Pismo Święte. W takim razie, skoro Józef nie był ojcem Jezusa, a Maria była jego matką, to był Żydem po matce, czyż nie? Pytanie tylko brzmi czy Maria była Żydówką i tutaj mamy już bardzo wiele nieścisłości. Maria urodziła się bowiem w Galilei, a nie w Judei (podobnie jak Jezus), a kraina ta była bodajże najmniej żydowska ze wszystkich okolicznych krain wokół Jerozolimy, gdzie wyznawano judaizm. Najbardziej żydowskim krajem była oczywiście Judea, z centrum w Jerozolimie, gdzie znajdowała się Świątynia zbudowana przez Zorobabela (tzw. druga Świątynia Jerozolimska). Samaria w tym czasie (czyli w chwili narodzin Chrystusa) była już pogańska, zaś Galilea leżała jeszcze dalej na północy i choć wyznawano tam judaizm, to odsetek rdzennych Żydów był tam niewielki, stąd też kraina ta została nazwana Galileą, (czyli Galil Hag-goijm, co znaczy "dzielnica pogańska"). Ziemia ta została po raz pierwszy podbita przez Żydów za Szymona Machabeusza (142-135 p.n.e.), ale ilość żywiołu żydowskiego w tej krainie była tak nieliczna, że jeszcze Szymon postanowił wysiedlić wszystkich Żydów z tej krainy aby nie żyli oni w morzu pogan i aby w tym morzu się nie roztopili (czyli nie przyjęli wiary i kultów pogańskich, co było dosyć częste wśród Żydów). Notabene ostatnimi czasy Grzegorz Braun, poseł na Sejm Rzeczpospolitej z ramienia Konfederacji Korony Polskiej zgasił w polskim Sejmie w sposób niezwykle medialny (jak zwykle zresztą w jego przypadku) siedmioramienny żydowski świecznik, zapalony tam w ramach obchodów święta chanuki (czyli święta na cześć powstania Machabeuszy, do którego doszło w latach 167-160 p.n.e. i było świętem z okazji... mordowania Greków, bo tak to należałoby nazwać. Żydzi aby nie roztopić się w greckim morzu - nie tylko zresztą greckim - wzniecili powstanie i wywalczyli sobie własne królestwo rządzone przez ród Machabeuszy, którego istnienie zakończył sto lat później, czyli w 63 r. p.n.e Gnejusz Pompejusz Wielki. Notabene należy jednak pamiętać że Grzegorz Braun, który dokonał tego jakże "heroicznego czynu", sam ma korzenie żydowskie).




Tak więc aż do samego końca II wieku p.n.e w Galilei nie było nawet jednego Żyda, a ponowna judaizacja tej krainy nastąpiła w czasie krótkich rządów króla Arystobula I w latach 104-103 p.n.e., z tym że nie tyle zasiedlono Galileę kolonistami z Judei, ile zmuszono Galilejczyków do przyjęcia judaizmu poprzez przymusowe obrzezania mężczyzn i chłopców. Oczywiście aby to przeprowadzić należało najpierw wprowadzić do Galilei wojsko, sprowadzić tam rabinów i oczywiście... całe zastępy chirurgów. Natomiast zamieszkujący tą krainę rzemieślnicy (w tym chociażby cieśle, jakim był Józef, mąż Marii) nie musieli być Żydami tylko miejscowymi Galilejczykami. A kim w ogóle byli Galilejczycy pod względem rasowym, jak można ich sklasyfikować? Otóż bez wątpienia dominowali w tej krainie Aramejczycy, czyli po prostu Syryjczycy, których mowa przeważała nie tylko tam, ale popularna była również i w Judei (o czym świadczy fakt, że pierwotnym językiem w jakim spisano Pismo Święte był właśnie aramejski). Poza tym w Galilei osiedliło się bardzo wielu Greków, oraz Filistynów, którzy to nie byli semitami a aryjczykami (były to ludy pierwotnie przybyłe z północy Europy, a dokładnie z obszaru na którym dzisiaj znajduje się nasza Ojczyzna. Zresztą Filistyni to byli Lechici, plemiona lechickie i temat ten rozwinę w kolejnych wpisach. Wszystkie bowiem tzw: "Ludy Morza", które najechały Bliski Wschód z końcem XIII wieku p.n.e., to były plemiona {głównie} lechickie, przybyłe po bitwie - dziś już wiemy wielkiej bitwie - w dolinie Dołęży z ok. 1250 r. p.n.e.). Jak bowiem pisał George Adam Smith w swojej "Geografii historycznej Ziemi Świętej" (wydanej w 1894 r.): "Tło i otoczenie tego okresu życia Pana naszego było ruchliwe i bardzo wesołe, było helleńskie we wszystkim, co ta nazwa nam nastręcza, jako symbol pracowitego życia, wspanialej sztuki i działającej na zmysły religii. Jego wpływ na temperament Galilejczyków jest widoczny. Galilejczycy, według świadectwa Talmudu, więcej dbali o sławę, niż zysk, podczas gdy charakter Judei był wręcz przeciwny. Dlatego też i Pan Jezus wybrał swoich przyjaciół z pośród tego narodu i nie był Galilejczykiem ten, co Go zdradził".

Skoro więc zarówno Józef jak i Maria mieszkali w Galilei i w tej też krainie narodził się Jezus Chrystus, to w ponad 90% pewności można stwierdzić, że nie należeli oni do narodu żydowskiego. Narodu, który w Galilei praktycznie nie istniał, a co najwyżej była tam jedynie wyznawana religia Mojżeszowa. Ale w przypadku Nauczyciela nie o samą też genetykę chodzi, gdyż z Biblii wiemy że Jezus Chrystus narodził się z Ducha Świętego (jakkolwiek można by było to rozumieć, gdyż powiedzmy sobie szczerze i nie bawmy się tutaj w jakieś niedomówienia, Trójca Święta, w którą każą nam wierzyć w Kościele katolickim - nie istnieje. Jest bowiem pewną kontynuacją pogańskich wierzeń rzymskich i egipskich - jak choćby Trójca Kapitolińska). Jest to stwierdzenie zamazujące pewne fakty, a za takowe trzeba by było uznać to, iż ów Duch Święty - z którego narodzić miał się Mistrz - nie pochodził z tego świata, ale też nie pochodził ze Świata do którego trafiamy po śmierci. Jezus był Nauczycielem, którego Królestwo nie pochodziło z tego świata. Ale w naszej umysłowości niestety brakuje jeszcze zrozumienia pewnych nierzeczywistych jakby dla nas pojęć i tak samo jak moja rozmowa z księdzem proboszczem sprawiała mi duży problem (żeby wytłumaczyć jemu w przystępny sposób co mam na myśli), tak samo znacznie łatwiej jest wierzyć w to, że to Duch Święty zrodził Jezusa, i na tym może na razie poprzestańmy.




Inną jeszcze kwestią jest stwierdzenie, że chrześcijaństwo wywodzi się z judaizmu, a niektórzy nawet używają określenia "judeochrześcijaństwo" co według mnie jest totalną aberracją (swoją drogą w USA, co też mnie bardzo zastanawia bo lubię się zajmować takimi sprawami, istnieje duża grupa - szczególnie na amerykańskiej prawicy - takich wyznawców Starego Testamentu, czyli ewangelików wszelkiej maści, którzy tak bardzo zapatrzeni są w Izrael jako kolebkę chrześcijaństwa, że robi się to totalnie niesmaczne i wręcz żałosne). Jakie bowiem związki ma chrześcijaństwo z judaizmem i z Żydami i czy w ogóle ma jakiekolwiek? Tak, oczywiście że ma, ale nie takie, jakie sądzą wyznawcy "religii judeochrześcijańskiej". Jedyny związek chrześcijaństwa z judaizmem jest taki, że chrześcijaństwo narodziło się w otoczeniu Żydów wyznających judaizm (niekoniecznie zaś Apostołowie - których wybrał sobie Nauczyciel - musieli być Żydami, większość z pewnością była Galilejczykami, czyli jak wiemy nie Żydami). Kilka elementów judaizmu przetrwało oczywiście w chrześcijaństwie, ale są to tak nieliczne naleciałości, że nie ma sensu w ogóle nad nimi się głębiej rozprawiać. Gdyby zaś chrześcijaństwo bezpośrednio wywodziło się z judaizmu, to mielibyśmy nie żadne tam dodatki i nie jakieś naleciałości tej religii, tylko bezpośrednie przykazania judaistyczne, może tylko nieco zmienione dla potrzeb akcji misyjnych, ale jednak byłoby to swoiste lustrzane odbicie tamtej religii. Tak się jednak nie stało, chociaż rzeczywiście bezpośrednio po śmierci Chrystusa największą (w zasadzie jedyną w tamtym czasie) gminą chrześcijańską, była ta w Jerozolimie. Ale przecież pierwszym dejudaizatorem chrześcijaństwa był... sam Mistrz, drugim zaś św. Paweł (jeszcze napiszę o jego sporze z przedstawicielami gminy Jerozolimskiej na temat obrzezania pogan, do którego doszło ok. 49 r. podczas synodu jerozolimskiego. Wówczas to Paweł miał się skarżyć, że grupa starców o bardzo wąskich horyzontach myślowych pragnie podważyć jego pracę misyjną, jaką już pełnił wśród Greków i Rzymian. Oni nalegali bowiem na przestrzeganie pełnego prawa Mojżeszowego, łącznie z obrzezaniem pogan, a to wiązałoby się niestety z porzuceniem nowej religii przez ogromne rzesze Greków, Rzymian czy potem Galów, Hiszpanów i Brytów).

Mimo tych faktów, jednak należy też dodać że Chrystus nie walczył z judaizmem, a wręcz przeciwnie, przestrzegał wszystkich zasad tej religii (przynajmniej według tego, co twierdzili Apostołowie, a raczej ludzie, którzy za Apostołów się podawali i w kilkadziesiąt lat później spisywali Ewangelie). Można bowiem przeczytać: "Nie mniemajcie, abym przyszedł rozwiązywać zakon albo proroków: nie przyszedłem rozwiązywać ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: aż przeminie niebo i ziemia, jedna jota, albo jedna kreska nie odmieni się w zakonie, aż się wszystko stanie. Kto by tedy rozwiązał jedno z przykazań najmniejszych i tak by ludzi nauczał, będzie zwanym najmniejszym w królestwie niebieskim, a kto by czynił i nauczał ten będzie zwany wielkim w królestwie niebieskim". [Mt. 5:17 n.; por. Łk. 16:17]. Wybaczcie, ale nie sądzę żeby jednak były to słowa Chrystusa. Ludzie bowiem, którzy to spisywali, nie widzieli Chrystusa na oczy, jak mogli więc znać Jego słowa, które zachowały się co najwyżej w przekazie ustnym, a ten jak wiemy bywa zawodny i wiele rzeczy można przez lata (nie mówiąc już o dekadach) dopowiedzieć, inne (niewygodne) rzeczy zaś usunąć. Można by było podać kilka jawnych przykładów (które przecież zachowały się w Biblii), pokazujących, że Chrystus mówił zupełnie co innego, niż głosił Zakon Mojżeszowy i kapłani Świątyni Jerozolimskiej. Jeżeli bowiem te przekazy zachowały się w Piśmie Świętym, to znaczy że nie było takiej zgody z judaizmem, jaką próbuje nam się lansować, choć oczywiście Chrystus z judaizmem jako takim zapewne nie walczył, jedyne co robił to głosił Dobrą Nowinę i nauczał w inny sposób, niż robili to kapłani jerozolimscy. Chciałbym jednak, aby ludzie uświadomili sobie, że twierdzenie iż Jezus był Żydem jest zupełnie nieuprawnione, podobnie jak twierdzenie że Żydami byli Maria czy Józef. Choć oczywiście wychowali się oni i wyrośli w judaizmie i był to jedyny ich związek z "narodem wybranym".



 

07 lipca 2025

KRÓLEWSKI ROMANS - Cz. I

CZYLI ZWIĄZEK KRÓLA WŁADYSŁAWA IV 

z JADWIGĄ ŁUSZKOWSKĄ





Kurz, tumany kurzu, posuwamy się naprzód w gęstym pyle który wlatuje wszędzie zapychając usta, nos i oczy. Od miesięcy już nie spadła tu nawet kropla deszczu. Do tego potworny skwar lejący się z nieba, a to już przecież wrzesień, pora jesiennych deszczów, lecz ponoć na tych terenach właśnie we wrześniu upał najbardziej daje ludziom we znaki. Mimo to nastrój w królewskim orszaku jest bardzo dobry, sam Najjaśniejszy Pan minę ma radosną i wygląda na szczęśliwego.

I trudno się temu dziwić, wszak jeszcze kilka miesięcy temu rozbito carskie pułki Michaiła Szeina pod Smoleńskiem, a sam moskiewski wódz musiał ukorzyć się przed Najjaśniejszym Panem, oddając mu swój miecz i prosząc o litość. Zdobyliśmy wspaniałe sztandary Moskwicynów, w tym sztandar św. Jerzego, patrona Rusi wprost z moskiewskiego Kremla. Dzięki temu zwycięstwu, utrwaliliśmy nasze władztwo na wschodzie i umocniliśmy znaczenie i prestiż Rzeczpospolitej, mocno nadszarpnięty w latach poprzednich. Jakże Pan nasz ma nie być zadowolony, gdy na południu hetman wielki koronny - Stanisław Koniecpolski, wprost wygniótł 25-tysięczną armię tatarską Mehmeda Abazego w bitwie pod Sasowym Rogiem, które to czambuły, spustoszywszy wpierw Podole i wziąwszy w jasyr ludność tej dzielnicy, spokojnie posuwały się ku granicom Chanatu Krymskiego. Koniecpolski uwolnił też wszystkich jeńców i odzyskał łupy skradzione przez Tatarzynów, jednocześnie dobrze przysłużył się królewskim planom wojny z Osmanami, do której Pan nasz już od jakiegoś czasu stara się doprowadzić. Dalibóg, nie ma chyba w Rzeczypospolitej człowieka bardziej do tej myśli "zapalonego", niźli Najjaśniejszy Pan. Jednak panowie koronni nie godzą się na konflikt zbrojny z sułtanem i starczy im to, co już zostało dokonane. Król nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, już bowiem posłani zostali gońcy z rozkazami dla atamana Iwana Sulimy, by: "trzymał w pogotowiu kozackie zagony, gdyż dzień, gdy pohulają sobie one na Krymie jest już bliski". Szpiedzy donoszą że sułtan Murad IV w Adrianopolu szykuje wielką armię inwazyjną, Najjaśniejszy Pan nakazał to rozgłosić po całej Rzeczpospolitej.




Teraz czekając odpowiedzi Sulimy i zbierając armię - która nie czekając osmańskiego najazdu, dokonałaby ataku wyprzedzającego - zajechaliśmy z królewskim orszakiem nareszcie do Lwowa. Jego Królewska Mość marzy o zajęciu nie tylko Mołdawii, Siedmiogrodu i Wołoszczyzny, planuje także wyzwolić Bułgarów i Serbów, oraz Greków, by wraz z nimi ruszyć na Konstantynopol i zdobyć go po prawie 200 latach tureckiej okupacji. Możni panowie krakowscy, mazowieccy, poznańscy i pomorscy, uważają że nie należy wplątywać Rzeczpospolitej w taką "awanturę" - no cóż z Gdańska czy Poznania ponoć dalej jest do Chocimia czy Siczy Zaporoskiej, niż do francuskich, angielskich i hiszpańskich portów morskich. Jednak nie to zaprząta teraz głową Najjaśniejszego Pana. Okazuje się bowiem że najnowsze raporty, składane przez szpiegów hetmana Koniecpolskiego, zdają się podzielać królewskie obawy. Do wojny może nie dojść nie tylko przez niechęć do niej wielkich polskich panów, lecz głównie przez rejteradę samego sułtana. Okazuje się bowiem, że gdy tylko Murad otrzymał wiadomość o koncentracji oddziałów w obozie pod Kamieńcem, zrezygnował z planów wojny z Rzeczpospolitą. Nie są to jeszcze potwierdzone informacje, lecz jeśli tak się stanie, wówczas niechybnie Mehmed Pasza otrzyma od sułtana jedwabny stryczek, za narażenie "Przywódcy Prawowiernych", na niepewną wojnę, podczas wciąż nie zakończonej wojny z Persją. Co ciekawe te plotki, które początkowo były mówione szeptem, teraz są coraz odważniej i głośniej powtarzane. Mówi się wręcz że los paszy Widynia, został już właściwie przesądzony i że sułtan pała do niego wielkim gniewem. Najjaśniejszy Pan nadal jednak odsuwa od siebie tę myśl.

Gdy zbliżaliśmy się do lwowskiego grodu i nim jeszcze na horyzoncie ukazały się wieże lwowskich kościołów, cerkwi i meczetów, Najjaśniejszy Pan zwrócił się do nas słowami: "Pamiętam mój ostatni wjazd do tego miasta, trzynaście lat temu. Wracałem wówczas zwycięski spod Chocimia, choć złożyła mnie choroba i niesiony byłem w lektyce, to pamiętam że wojsko które mnie wówczas towarzyszyło, w niczym nie przypominało dzisiejszych oddziałów, a przedstawiało obraz nędzy i rozpaczy. To był raczej pochód żywych tropów - widm, niźli prawdziwego wojska. Pomyślałem wtedy że to śmierć kroczy przed nami w triumfalnym pochodzie". - "Tak Wasza Królewska Mość, pamiętam ten dzień" - rzekł jadący w najbliższym orszaku hetman polny koronny - Marcin Kazanowski. - "W samym szpitalu św. Łazarza zmarło wówczas ponad dwa tysiące ludzi. Pamiętam jak radość z odniesionego zwycięstwa chocimskiego, mieszała się w parze z lamentami chorych i umierających. Lecz pamiętam także Panie że wówczas, by cię choć pocieszyć zorganizowano w tym mieście przedstawienie teatralne - Scypion Emilianus Triumfator". - "Niech więc wspomnienie tych dobrych chwil, towarzyszy nam i teraz mości panowie" - odrzekł król.




Był 26 września 1634 r. Na tronie Rzeczpospolitej Obojga Narodów, połączonych nierozerwalną, bratnią Unią w roku 1569 - zasiadał już od dwóch lat Władysław IV, syn poprzedniego króla Zygmunta III Wazy i po kądzieli potomek sławetnej dynastii Jagiellonów. Od początku wstąpienia na tron, Władysław opracowywał ambitne plany działań wojennych, a to przeciw Moskwie, a to przeciw Turkom i Tatarom, a to wreszcie przeciw Szwecji, o odzyskanie ojcowizny (Zygmunt III był bowiem również królem Szwecji, lecz został pozbawiony szwedzkiego tronu przez tamtejsze stany dlatego, że nie chciał przejść na luteranizm, który od 1527 r. był religią panującą w Królestwie Szwecji). Snuł Władysław wielkie plany podbojów militarnych i reformy wewnętrznej coraz bardziej skostniałego aparatu państwowego, który z pięknej idei demokracji szlacheckiej, coraz bardziej zaczął się przeobrażać w dominację możnowładczych rodów, które to kupowały sobie głosy uboższych szlachciców, uzyskując dzięki temu wielki wpływ na politykę kraju i przeforsowując korzystne dla swej familii rozwiązania polityczne. Oczywiście wciąż byli to ludzie, którzy dla Ojczyzny gotowi byli poświęcić nawet dobro własnego rodu, lecz jakby ta idea zaczęła stopniowo, choć nieuchronnie gasnąć. Dziś młode pokolenie bardziej zapatrzone jest w rozwój swej własnej kariery i wpływów rodzinnych, niźli dobra ojczystego kraju, złożonego z kilku narodów. Król jednak zdawał się z nadzieją patrzeć w przyszłość i sądził że zdoła pokonać nie tylko zewnętrznych wrogów Rzeczypospolitej, lecz przede wszystkim wewnętrznych warchołów politycznych, którzy na sejmach głównych i sejmikach ziemskich czynili wszystko, by król nie obłożył ich nowymi podatkami na "durną" awanturę z sułtanem osmańskim.

Władysław IV wjeżdżał więc do Lwowa pełen nadziei o zdobycie przyszłych laurów wojennych, jednak los splótł jego przeznaczenie z zupełnie inną drogą, na którą król wstępował nieświadomie. Drogą wielkiej miłości która miała pojawić się właśnie w tym mieście, a w którą Władysław nigdy nie wierzył. I choć w otoczeniu Najjaśniejszego Pana zawsze było pełno wszelkiej urody niewiast, a król słynął ze swego miłosnego temperamentu, gdy przez jego alkowę przetaczały się przeróżne dziewki - od zwykłych praczek, po córy możnych magnackich i książęcych rodów. Słudzy królewscy prawie co noc, czekając pod jego drzwiami, słuchali jęków cielesnych rozkoszy. Zawsze jednak królowi (a wcześniej jeszcze księciu), chodziło tylko o zaspokojenie potrzeb fizycznych, bez zbytniego przywiązywania się do niewiast z którymi sypiał. Wszystko miało odmienić się we Lwowie.




Gdy tylko zbliżyliśmy się do bramy Halickiej, "wysypał się" z niej uroczysty orszak złożony z przedstawicieli rady miejskiej, kupców poszczególnych cechów (i narodowości), a także powitały nas nawet stacjonujące w mieście chorągwie kozackie. Czekali już na nas, bowiem nasz przyjazd został zapowiedziany odpowiednio wcześniej i wszyscy tu oczekiwali przyjazdu Najjaśniejszego Pana. Pewien urzędnik królewski, nazwiskiem zdaje się Bogatko, miał za zadanie przygotowanie kwater dla króla i gości z jego orszaku. Okazało się to nie lada problemem. Przede wszystkim Niski Zamek, przedstawiał widok bardziej żałosny niż dostojny. Od lat nie remontowany, popadał w coraz większą ruinę, do tego wyziewy z pobliskiej Pełtwi też nie należały do najprzyjemniejszych, jako że do rzeki tej (a konkretnie właśnie w pobliżu Zamku) Lwowianie systematycznie wylewali swe nieczystości. Nie można było też ulokować gości w Pałacu Arcybiskupim, ponieważ niedawno został on rozebrany. Jedyny wybór padał na centrum miasta wokół Rynku Głównego. Bogatko postanowił ulokować dostojnych gości w bogatych kamienicach Korniaków, Szembeków i Bernatowiczów, a ponieważ budynki te miały nie tylko piękny, lecz także dostojny kształt, całość wyglądała niezwykle majestatycznie.

Pierwsze piętra, bogato urządzone, przeznaczono na komnaty dla samego monarchy i jego braci - książąt Jana Kazimierza i Aleksandra Wazów. Miasto zaś przybrało świąteczny wystrój na powitanie Najjaśniejszego Pana. Jak się dowiedziałem przy okazji królewskiej wizyty, wreszcie usunięto słomę walającą się już od dłuższego czasu po Rynku Głównym, wcześniej bowiem rajcy nie mogli się uradzić by posprzątać ów plac. Odmalowano kamiennego lwa, strzegącego wejścia do miejskiego ratusza. To, co jednak było prawdziwą dumą miasta, to wzniesiona na okazję królewskiej wizyty brama triumfalna, przez którą miał przejechać król w asyście swych dworzan. Aby jednak wkomponować ją w miejski krajobraz, wybito pokaźną dziurę w murze fortecznym pobliskiego arsenału. Brama Triumfalna była dziełem mistrza Anzelma Świątkowicza, który na jej cokole umieścił sceny z zakończonej niedawno "wojny smoleńskiej" z Moskwą. Po bokach zaś wykuł (odpowiednio pozłacane i posrebrzane), herby wszystkich województw w kraju, ze szczególnym uwzględnieniem rodowego herbu Wazów (Snopka) i Białego Orła Rzeczypospolitej. Na fasadzie ratusza miejskiego zawieszono portret króla.




Z okolicznych kamienic wyglądali ludzie oczekujący przyjazdu królewskiego orszaku. Z jednego z takich domów wyglądała wraz z matką Anną, młodziutka Jadwiga Łuszkowska. Szczególnie Anna miała nadzieję nie tylko ujrzenia samego monarchy, lecz starała się także o uzyskanie audiencji u króla, po to, by prosić go o wzięcie w opiekę jej rodziny, bowiem po śmierci jej męża (a ojca Jadwigi), Jana Łuszkowskiego obie kobiety popadły w poważne kłopoty finansowe. Mąż Anny dorabiał na jarmarkach sprzedając sukna, wcześniej sprowadzane drogą morską do portu w Gdańsku. Sam też pracował jako flisak wiślany i z tej przyczyny często opuszczał Lwów, podróżując właśnie do Gdańska po odbiór sukna. Dzięki swej ciężkiej pracy udało mu się nawet odłożyć pokaźną kwotę pieniężną, co jednocześnie umożliwiło mu ubieganie się o krzesło rajcowskie w miejskim ratuszu i udało mu się wejść nawet do lwowskiego "kolegium czterdziestu mężów". Za odłożone pieniądze kupił część kamienicy Jakubuszowej w której mieszkał wraz z żoną i córką. Wówczas to przydarzyło się wielkie nieszczęście, podczas podróży z towarem w Jarosławiu doszło do wypadku który pokrzyżował dalszą karierę dobrze się zapowiadającego lwowskiego przedsiębiorcy. W Jarosławiu wybuchł pożar, który szybko strawił całe sukno zgromadzone przez Łuszkowskiego na rynku miejskim. To jednak nie był koniec kłopotów Łuszkowskiego.

Nie on sam bowiem zapłacił za ów towar, lecz do spółki z niejakim Brynnikiem, kupcem lwowskim. Gdy zaś dowiedział się on o utracie towaru, oskarżył Łuszkowskiego o kradzież i zażądał odszkodowania za poniesione szkody, gdy zaś jej nie otrzymał (Łuszkowski był bowiem bez grosza), wytoczył mu proces sądowy o kradzież materiałów. Jednocześnie wystawił mu bardzo złą opinię wśród kupców gdańskich. To nie był koniec kłopotów niedawnego lwowskiego rajcy, utracił on także swoje galary, którymi podróżował Wisłą do Gdańska. Spłonęły wszystkie w ciągu jednej nocy (zapewne celowo podpalone). Łuszkowski wraz z rodziną znaleźli się na skraju bankructwa i nędzy. Wówczas nadeszła pomoc (choć jedynie symboliczna) od samego króla Zygmunta III Wazy, który w 1627 r. wydał edykt nakazujący wszystkim wierzycielom roczną "ciszę" i wstrzymanie się przez rok z egzekucją długów. To pozwoliło jakoś przetrwać Łuszkowskim ciężki okres, lecz mimo wszystko odbiło się to na zdrowiu Jana Łuszkowskiego, który zmarł ze zgryzoty.

Śmierć jedynego żywiciela rodziny, spowodowała że obie kobiety - matka i córka, popadły w jeszcze większe finansowe tarapaty. Znaleźli się też ludzie, którzy starali się jeszcze bardziej pognębić wdowę. Dwaj ławnicy miejscy (prawdopodobnie na usługach Anny Szwarcowej, właścicielki drugiej połowy wspólnej kamienicy, którą zamierzała przejąć w całości), Stanisław Wilczek i Szymon Guga, wymusili od zrozpaczonej wdowy zeznanie jakoby swej sąsiadce była winna ogromną sumę 1110 złotych, jeszcze za długi swego męża, jak również 200 złotych za pokrycie kosztów pogrzebu (za które zapłaciła Szwarcowa). Jak wielkie były to sumy można się przekonać porównując ówczesne ceny - np.: koń z rzędem kosztował ok. 10 -15 złotych, zaś "przeciętna średnia pensja" nie przekraczała 5 - 10 złotych.

Nie był to jednak koniec kłopotów Anny i Jadwigi. Najgorszy z nich wszystkich okazał się jednak ksiądz Krzysztof Janecki, który ze złości że Jan Łuszkowski umarł nim zdążył oddać mu dług w wysokości bagatela - 1000 złotych, zażądał natychmiastowej spłaty długu od wdowy, gdy zaś ta nie miała z czego oddać, nakazał umieścić ją w 1631 r. w więzieniu i tak też się stało. Gdy Anna Łuszkowska została uwięziona, opiekę nad małoletnią Jadwigą objął dawny przyjaciel jej ojca, lwowski prawnik dr. Paweł Dominik Hepner, który rozpoczął też natychmiastowe starania o uwolnienie z aresztu Anny i uporządkowanie jej spraw finansowych. On to osobiście spotkał się z księdzem Janeckim i zapewne (choć nie wiadomo do końca jakimi argumentami), udało mu się przekonać go by wycofał swe oskarżenie wobec Anny, bowiem wkrótce potem kobieta opuściła więzienie. Nim jednak do tego doszło, Anna musiała przysiąc w obecności trzech kanoników - Jana Baranowskiego, Wojciecha Pełczyńskiego i Mateusza Kozłowskiego, że nie wyjedzie ze Lwowa, póki nie zwróci 1000 złotych długu winnego księdzu Janeckiemu. Hepnerowi udało się też przekonać księdza, by zezwolił ubogiej wdowie oddać ów dług w ratach. Zapewne gdyby Annie i Jadwidze nie przyszedł z pomocą Paweł Hepner, kobiety te skończyłyby bardzo źle.




Teraz, owego dnia gdyśmy wraz z królem Jegomością, wjeżdżali przez bramę główną lwowskiego grodu, ów Hepner był w orszaku witających nas mieszczan. Do bram miasta przybyliśmy już długo po południu, było zapewne około godziny czwartej. Gdy tylko przejechaliśmy bramę główną, zaraz też Najjaśniejszy Pan wysiadł z karocy (którą podróżował) i podszedł do burmistrza miasta - Macieja Hajdera, który trzymał w dłoniach chleb i sól - symbole powitania. Miłościwy Pan wysłuchał długiego powitania które wygłosił ów Hajder i przyjął ofiarowane mu na poduszce ze szkarłatnego adamaszku, powiązane ze sobą jedwabnymi sznurami, pozłacane klucze od miasta. Następnie król skierował się pod pięknie ozdobiony wizerunkami Orła Białego i herbu Wazów - ogromny baldachim i rozpoczęła się artyleryjska kanonada powitalna ze wszystkich dział umieszczonych na wałach, oraz zabiły dzwony we wszystkich lwowskich świątyniach, bez względu na wyznanie czy obrządek.

Jednocześnie zagrała orkiestra powitalna, grając (skomponowaną specjalnie z okazji królewskiej wizyty przez niejakiego Orła) kantatę pod tytułem: "Echo correspondens". Gdy orkiestra wreszcie zamilkła i wystrzały armatnie także ustały, głos zabrał Bartłomiej Zimorowicz, który napisał wiersz powitalny z okazji wizyty Najjaśniejszego Pana we lwowskim grodzie, zatytułowany "Vox Leonis". Następnie król skierował swe kroki do katedry lwowskiej, w której odśpiewano uroczyste "Te Deum". Potem król - wraz ze swym orszakiem i w otoczeniu miejskich nobilów - wziął udział w mszy świętej. Następnie na Rynku Głównym głos zabrał kanclerz wielki koronny - Jakub Zadzik, jeden z najlepszych oratorów ówczesnej Rzeczpospolitej, który podziękował władzom i mieszkańcom miasta za tak "gorące" powitanie Najjaśniejszego Pana. Jednak mimo wykwintnej przemowy Zadzika, wzrok prawie wszystkich Lwowian skierowany był nie na niego, lecz na samą "Dostojną Osobę", owego "Obrońcę Ojczyzny", Jego Królewską Wysokość - króla Władysława IV. Najjaśniejszy Pan był bowiem powszechnie umiłowanym władcą i kochali go wszyscy, niezależnie od stanu czy posiadanego majątku, szczególnie zaś biedacy, którzy nie mając pieniędzy na opłacenie prawników, musieli bronić się sami w sądach, a tam rzadko znajdowali sprawiedliwość. Król zaś był ostatnią instancją do której mogli się odwołać, a do tego był szczególnie przychylny właśnie ubogim i pokrzywdzonym przez los nieszczęśnikom. Powszechnie był znany nie tylko jako odważny, śmiały władca, lecz także jako sprawiedliwy, życzliwy i współczujący Pan.


WŁADYSŁAW IV




Na Rynku Głównym i w okolicznych oknach gromadziły się setki mieszkańców miasta, mając nadzieję choć zbliżyć się w pobliże Najjaśniejszego Pana, by móc jedynie ucałować jego dłoń. Dostać się tam jednak nie było łatwo, król był skrzętnie otoczony szpalerem żołnierskim i grupką dostojników miejskich, wśród których wchodził również dr. Paweł Dominik Hepner, stojący przy samym monarsze zaraz za nim pod baldachimem. Ludzie powiewali zewsząd flagami (głównie miejskimi i wojewódzkimi), zaś największą flagę przygotował cieśla, niejaki - Matys, który z balkonu usytuowanego przy Rynku, powiewał ogromną chorągwią z wizerunkiem Orła Białego. Z balkonu wyglądała wówczas również młodziutka Jadwiga Łuszkowska, która miała nadzieję że jej matce uda się uzyskać audiencję (dzięki ponownemu wsparciu samego Hepnera), u człowieka, który mógł odmienić ich los jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zapewne wówczas Jadwiga miała nadzieję że król przyjmie jej matkę na audiencji, choć nawet w najśmielszych snach nie przypuszczała że po spotkaniu z królem jej życie odmieni się tak bardzo.




CDN.

CESARZ UPROWADZONY! - Cz. I

CZYLI O TYM, 
JAK TO ANGLICY Z POLSKI 
NAPOLEONA PORYWALI





TO JEST OPOWIEŚĆ NIESAMOWITA, CIEKAWA, PASJONUJĄCA, A DO TEGO OKRYTA NIMBEM "HISTORII SZPIEGOWSKIEJ", I CO NAJWAŻNIEJSZE... PRAWIE NIEZNANA






Cała ta historia zaczęła się 20 października 1806 roku, choć sam plan uprowadzenia Cesarza Francuzów powstał o wiele wcześniej, a jego autorem był premier Wielkiej Brytanii Wiliam Pitt. Tego pana uważa się powszechnie za największego politycznego przeciwnika Napoleona w historii Zjednoczonego Królestwa. Być może jest to prawda, ale... największymi osobistymi (zadziwiające, gdyż nigdy Napoleona nie widzieli na oczy), wrogami Cesarza, byli dwaj partyjni koledzy Pitta z partii torysowskiej - lord Castlereagh, oraz panowie Bathurst i Perceval. Oczywiście, w tym czasie w ogóle Anglicy nie przepadali za Napoleonem, ale... ta trójka odznaczała się wyjątkową, wprost obsesyjno-biologiczną nienawiścią, a każdy sukces "Apokaliptycznej Bestii" (jak powszechnie nazywano Napoleona w Anglii), przyprawiały ich o napady gniewu i częstsze wizyty u doktora, związane z roztrojeniem nerwowym.

Ci trzej panowie, w owym 1806 r. liczyli (podobnie zresztą jak i cała Anglia), na całkowitą klęskę militarną napoleońskiej Francji, poniesioną w wojnie z Królestwem Prus. Armia Pruska bowiem (pamiętająca czasy Fryderyka Wielkiego), wciąż uchodziła za najlepszą armię Europy. Liczono że w krótkim czasie pruscy grenadierzy wkroczą do Paryża, uwalniając Europę od "korsykańskiego potwora". Pruski ambasador w Londynie, na przyjęciu zorganizowanym przez dwór królewski, w rozmowie z premierem lordem Grenville'm, stwierdził że: "Wojna będzie krótka i zakończy się jeszcze przed Nowym Rokiem" (rozpoczęła się 8 października 1806 r.). Użył wówczas oficjalnie (chyba po raz pierwszy w historii Rzeszy Niemieckiej), określenia "Blietzkrig", opisując działania armii pruskiej i dodając że wkrótce wojska "JKM upiją się francuskim winem na Champs-Élysées".


PRUSACY BYLI PEWNI SWEGO.DOPUSZCZONO SIĘ NAWET JAWNEJ OBRAZY AMBASADY FRANCUSKIEJ, GDY PRUSCY OFICEROWIE, PROWOKACYJNIE OSTRZYLI SWE SZABLE, NA SCHODACH AMBASADY



Pewni zwycięstwa pruskiego byli także Anglicy. Archibald Macdonell zapisał w swym pamiętniku: "Prusy, Prusy Fryderyka Wielkiego, wojny siedmioletniej, Rosbachu, Leuthen i Śląska, zaczęły się wreszcie budzić ze snu. Ci Francuzi zanadto sobie pozwalali i to tylko dlatego, że udało im się raz czy dwa razy pobić Austriaków, których wszyscy zawsze bili. Czas najwyższy, aby prawdziwi żołnierze dali im nauczkę".
 
Jedno należy im przyznać - ani król pruski Fryderyk Wilhelm III, ani jego ambasador w Londynie, ani wreszcie sami Anglicy - nie pomylili się, wojna była krótka. W dwóch, niezależnych od siebie bitwach, odbytych jednego dnia (14 października), pod Jeną i Auerstädt - armia pruska... definitywnie przestała istnieć. Na wieść o klęsce król Fryderyk załamał się całkowicie, zaś królowa Luiza, ponoć rozpłakała się z żalu i bezsilności. Szybko się jednak okazało że para królewska musi czym prędzej uciekać z Berlina. Para królewska (wraz z dziećmi, dworem i rządem), opuściła stolicę dnia 20 października, udając się w długą i ciężką podróż do Królewca. Siedem dni później Napoleon był już w Berlinie.

Podróż była długa i bardzo uciążliwa. Do tego w chaosie spowodowanym przygotowaniami do odjazdu i informacjami o kolejnych postępach Francuzów, para królewska rozdzieliła się od siebie. Królowa teraz jechała sama (z dziećmi) i dość licznym orszakiem dworskim, zaś król inną drogą z członkami rządu i generalicją podążał w kierunku Królewca. W czasie podróży królowa ciężko zachorowała na tyfus. Mimo choroby, była w o wiele lepszej kondycji psychicznej od swego małżonka, który kompletnie się załamał. Wreszcie po ciężkiej podróży królowa Prus dotarła do Królewca, wkrótce znalazł się tam również jej małżonek. A tymczasem wiadomość o kompletnej klęsce Prus, dotarła do Londynu... Nim jednak to się stało, należy się cofnąć i opowiedzieć o samej genezie tej wojny i konflikcie militarnym, oraz wynikłej z niego okazji podjęcia próby uprowadzenia przez Anglików Napoleona do Londynu. 

Napoleon nie pragnął wojny z Prusami, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Miał na głowie problemy nie tylko natury politycznej, wojskowej i finansowej, ale także dość częste "kłopoty rodzinne". W jednym z listów do swego brata Józefa, pisze Napoleon tak o aferze finansowej (która wybuchła, gdy On walczył z Austriakami i Rosjanami pod Austerlitz w grudniu 1805 r.): "Kosztowało mnie to sporo wysiłku aby uporządkować moje sprawy i zmusić tuzin złodziei z Ouvrardem na czele do oddania tego, co zabrali. Oszukali oni Barbé-Marbois'go (minister finansów Francji), mniej więcej tak, jak kardynał de Rohan w aferze z naszyjnikiem (z 1785 r. w wyniku której oszustka - Jeanne de Valois, podszyła się pod królową Marię Antoninę i wyłudziła naszyjnik wart astronomiczną sumę 2 milionów liwrów), z tą jednak różnicą, że tutaj chodziło o nie mniej niż 90 milionów (...) Bogu dzięki pieniądze zostały spłacone. Ta sprawa ciągle przyprawiała mnie o irytację".

Problemy wewnątrz rodziny były nie mniej gwałtowne. Gdy pewnego wiosennego wieczoru 1806 r. wszedł Napoleon do salonu swej małżonki - cesarzowej Józefiny de Beauharnais, zastał w nim 17-letnią Stefanię, kuzynkę Eugeniusza i jego siostry Hortensji (Stefania to córka Klaudiusza de Beauharnais, brata pierwszego męża Józefiny - Aleksandra). Dziewczyna była cała we łzach. Gdy zapytał co się stało, dziewczyna zdradziła iż Karolina Bonaparte/Murat (siostra Napoleona i małżonka Joachima Murata) zażądała od niej, by Stefania zawsze stała w jej obecności zgodnie z etykietą, "która zakazuje aby siadać przy księżniczkach, siostrach Jego Cesarskiej Mości". Napoleon postanawia dać swej siostrze "kuksańca w nos", gdyż woda sodowa coraz częściej uderza do głowy, rodzinie, która jeszcze do niedawna "sprzedawała kapary, na jakimś straganie w Ajaccio" (były to autentyczne słowa Zenaidy Leticji Bonaparte, córki Józefa, starszego brata Napoleona, która będąc już na wygnaniu w Niemczech - gdyż po klęsce po Waterloo w 1815 r. rodzina Bonapartych została wygnana z Francji - na pytanie dlaczego ciągle pielęgnuje pamięć po swym wuju, skoro przez niego jej rodzina doznała tylu upokorzeń, odpowiedziała z rozbrajającą wprost szczerością: "Gdyby nie on, dziś pewnie sprzedawałabym kapary na jakimś straganie w Ajaccio" i trudno się z tym nie zgodzić. Owszem rodzina Bonaparte została wygnana z Francji i odebrano im dotychczasowe posiadłości i majątki, ale... tytuły zostały. Tytuły książąt i księżniczek które dziedziczyły dzieci Zenaidy i to, że dzięki temu jednemu człowiekowi stali się członkiem europejskiej elity. Gdyby nie Napoleon, jej wuj, pewnie całe życie spędziłaby na Korsyce, najpierw sprzedając kapary na straganie, a potem wychodząc za mąż za jakiegoś Korsykanina, rodząc mu dzieci i klepiąc biedę. Czy można więc mieć pretensje do owej kobiety, że powiedziała szczerą prawdę o swym losie?). Napoleon podczas oficjalnego przyjęcia odgrywa szopkę, by uświadomić Karolinie (i reszcie rodziny obecnej na sali), że nie są Burbonami. W czasie rozmowy z jednym z ministrów, Napoleon udaje oburzenie i wykrzykuje: "Nie jestem królem. Nie pozwolę aby mnie znieważano jak króla. Jestem żołnierzem, wyszedłem z ludu i sam zdobyłem wszystko. Czy można mnie porównywać z Ludwikiem XVI?". Po czym wskazując na Stefanię prosi ją by odtąd zawsze siadała podczas oficjalnych uroczystości rodzinnych. Karolina jest wściekła, ale nie śmie się odezwać.


KAROLINA BONAPARTE ZE SWYMI DZIEĆMI



Dnia następnego zaś Cesarz adoptuje Stefanię, jako swą córkę i orzeka (odtąd): "Będzie się cieszyła wszystkimi prerogatywami swej pozycji we wszystkich towarzystwach, podczas uroczystości i przy stole. Będzie jej przysługiwać miejsce u naszego boku, a gdy nas nie będzie miejsce po prawej stronie cesarzowej". Zaś 8 kwietnia 1806 r. wydaje ją za mąż za jednego z książąt badeńskich, oraz ofiarowuje posag w wysokości 500 000 franków i dodatkowo coroczną rentę w wysokości 1 500 000 franków. Wkrótce potem, by może udobruchać gniew Karoliny, mianuje jej męża królem Neapolu. Teraz Karolina jest więc królową. Coraz częściej jednak Napoleon dostrzega, że jego rodzina jest przysłowiowym "workiem bez dna". Wciąż im mało, wciąż pragną więcej - dla siebie, dobro państwa, dobro Francji, w ogóle ich nie obchodzi. Napoleon wpadł w gniew, po przeczytaniu listu Joachima Murata (dowódcy kawalerii francuskiej, marszałka Francji, a potem króla Neapolu i oczywiście męża Karoliny), podyktowany mu najprawdopodobniej z inspiracji Karoliny, w którym ten "żądał" gwarancji sukcesji tronu Neapolu dla swych dzieci. Napoleon, który znał Murata od dawna i mawiali do siebie na "ty", odpisał: "Wstydzę się za Pana. Jest Pan Francuzem, mam nadzieję że Pańskie dzieci również nimi będą (...) Proszę mi nigdy o tym nie wspominać!". Potem jeszcze z boku dopisał: "Jeszcze raz proszę, niech mi Pan już o tym więcej nie wspomina, to zbyt śmieszne". Problemy z rodziną nigdy się nie kończyły.

A tym czasem wojna z Prusami stawała się coraz bardziej prawdopodobna. Co prawda w poprzednim roku Prusy pozostały neutralne i nie przyłączyły się do III koalicji antyfrancuskiej (głównie Wielka Brytania, Austria i Rosja), ale nieufność w stosunku do Prus pozostała. Nieufność co do planów Berlina, cechowała Napoleona od dawna. Gdy On w roku poprzednim pod Ulm (październik 1805), odbierał kapitulację armii austriackiej generała Macka, do Berlina przybył car Aleksander I. W mauzoleum Fryderyka Wielkiego w Poczdamie, stojąc przy jego trumnie, król Prus Fryderyk Wilhelm III i car Aleksander I podali sobie symbolicznie dłonie i zawiązali układ, na mocy którego Rosja, gwarantowała Berlinowi swoje poparcie, co do planów wojny z Francją i obiecała wesprzeć ich, jeśli do takiej wojny dojdzie. W tym symbolicznym "pojednaniu" prusko-rosyjskim, uczestniczyła także królowa Luiza Pruska. Niedługo po owym wydarzeniu królowa, mówiąc o Cesarzu Francuzów, zwróciła się do ambasadora francuskiego tymi słowy: "Napoleon to tylko potwór, który wyszedł z błota". Wszystko szło w kierunku wojny.




Był jeszcze jeden aspekt tego konfliktu. Narodem który z obawą przypatrywał się wzajemnemu zbliżeniu dworów rosyjskiego i pruskiego, byli oczywiście Polacy. To z Polski wyglądano tęsknym wzrokiem w kierunku Paryża, licząc iż stamtąd "nadejdzie Mesjasz" który ponownie odrodzi zniszczoną, rozerwaną i podzieloną na trzy części Polskę. Znaną polską modlitwę "Boże coś Polskę", przerabiano wówczas kończąc ją słowami: "Przed Twe oblicze zanosim błaganie, Ojczyznę wolną racz nam wrócić... Najjaśniejszy Panie".




12 września 1806 r. Napoleon dyktuje list do króla Fryderyka Wilhelma III: "Uważam tę wojnę za wojnę domową. Jeśli będę zmuszony sięgnąć po broń we własnej obronie, to jedynie z największym żalem użyję jej przeciw wojskom Waszej królewskiej Mości". Na niewiele się to zdaje. Wojska pruskie już ruszają by zająć (nim jeszcze wojna wybuchnie), dogodne pozycje wyjściowe do działań wypadowych na Francję. 18 września wkraczają do Drezna - stolicy Saksonii. Napoleon działał błyskawicznie, już od 9 sierpnia miał przygotowaną armię na wypadek konfliktu z Prusami. 10 września Napoleon w rozmowie z marszałkiem Berthier'em mówi: "Oni naprawdę chcą dostać nauczkę". Następnie marszałkowi Soulowi objaśnia swój plan: "Przedostaję się z całą moją armią do Saksonii trzema drogami. Pan jest po mojej prawej stronie, mając o pół dnia za sobą korpus marszałka Neya. Marszałek Bernadotte (przyszły król Szwecji, jego dynastia panuje po dziś dzień, a obecną następczynią jest księżniczka Wiktoria), stoi na czele mojego centrum. Ma za sobą, z tyłu, korpus marszałka Davouta, największą część rezerw kawalerii gwardii. Przy tak wielkiej przewadze sił zgromadzonych na tak ciasnej przestrzeni rozumie Pan dobrze, że moją wolą jest unikać ryzyka i atakować wroga wszędzie, gdzie tylko zechce on stawić opór (...) wszystko to wymaga odrobiny sztuki i zależy od rozwoju wydarzeń".

W liście do brata Ludwika (którego uczynił jeszcze w tym roku królem Holandii), pisze: "Rozbiję wszystkich moich wrogów. Na skutek tego Twoje państwo się powiększy i zapanuje trwały pokój, mówię "trwały", ponieważ moi wrogowie zostaną złamani i niezdolni do ruchu przez dziesięć lat". Pisząc te słowa w ostatnie dni września, Napoleon przebywa jeszcze w Paryżu, w zamku Saint-Cloud. Musi jednak czym prędzej wyjechać do Niemiec. Józefina prosi go by zabrał ją ze sobą, twierdzi że zamieszka w Moguncji i tam na niego zaczeka. Napoleon zgadza się. Nim jednak wyjadą, Cesarz przyjmuje na audiencji (w lasku Saint-Cloud, samotnie galopując, rozmyślając nad scenariuszami wojny), porucznika Marbota, który niedawno powrócił z Berlina. Wypytuje go o przygotowania i o nastroje po stronie pruskiej. Marbout opisuje że: "Żandarmi z gwardii szlacheckiej jeździli ulicami Berlina, krzycząc że nie potrzebują szabli na te francuskie psy, wystarczą im kije. Pojechali ostrzyć szable na stopniach ambasady francuskiej". Wreszcie zapytuje: "Co Pan sądzi o królowej Luizie, która mnie tak znieważa? Czy jest piękna? Czy chce, jak mówią, brać udział w wojnie?" Napoleon uśmiecha się pod nosem na słowa porucznika Marbota, iż: "Królowa Luiza defilowała w Berlinie, na czele pułku dragonów, z którymi, zdaniem generała Blüchera wkroczy do Paryża" (Blücher to też był niezły "agent", podczas bitwy pod Lipskiem w 1813 r. co jakiś czas opuszczał miejsce swego dowodzenia i udawał się do namiotu. Zaniepokoiło to niektórych oficerów pruskich i zadali mu pytanie czemu tak często chodzi do namiotu, na co on odparł wielce wzburzony: "Przecież widzicie że jestem w ciąży i gdzieś muszę urodzić tego różowego słonia" 😂)

  
KRÓLOWA LUIZA PRUSKA - JEDNA Z NAJPIĘKNIEJSZYCH KOBIET SWOICH CZASÓW



25 września 1806 r. o godz. 16.30, Napoleon wraz z Józefiną (jadącą w powozie), opuszcza Saint-Cloud i kierują się w stronę granicy niemieckiej. Jeszcze przed zmierzchem 25 września, orszak cesarski dociera do Châlons. Tam para cesarska spożywa razem kolację i spędza noc. Nad ranem orszak rusza w dalszą drogę. 26 września o godz. 14 docierają do Metzu, zaś 27 przejeżdżają przez Saint-Avold, Saarbrücken i Kaiserslautern, by dnia 28 września wjechać do Moguncji. Tam Napoleon dokonuje przeglądu swej strategicznej pozycji w Niemczech i przygotowuje plan ataku na Prusy, w przypadku wypowiedzenia przez nich wojny. Siły francuskie skoncentrowane są w rejonie Bambergu, armia pruska zaś, pod wodzą księcia brunszwickiego Karola Wilhelma i księcia Fryderyka Ludwika Hohenlohe, zgrupowała się w okolicach Jeny. Do Moguncji spływają raporty szpiegów informujące o postępach Prusaków. Napoleon pisze w liście do marszałka Berthiera 29 września: "Niczym są dla mnie trudy. Żałowałbym jednak utraty moich żołnierzy, gdyby nie to, że zmuszony jestem prowadzić wojnę niezawinioną. Wszystkie plagi, jakie dotkną jeszcze ludzkość, spadną na karb słabych królów, którzy pozwalają się prowadzić sprzedajnym wichrzycielom".

W wielu listach Napoleona z tego i późniejszego okresu przejawia się wielka potrzeba pokoju, ustabilizowania stosunków europejskich na drodze pokojowych relacji międzypaństwowych. Szczególnie listy, które pisywał do swych braci Józefa i Ludwika, oraz Józefiny, tchną ogromną potrzebą wprowadzenia pokoju europejskiego. Napoleon (o czym niewielu wie), przed każdą swoją bitwą, łudził się, mówiąc do swych generałów: "Ta bitwa przyniesie nareszcie trwały pokój". Napoleon jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że pokój nie nastanie, jeśli nie spełni się dwóch podstawowych warunków, wiodących ku jego realizacji. Warunek pierwszy - to zmuszenie Anglii do zaprzestania dalszej antyfrancuskiej polityki, finansującej kolejne koalicje i zawarcia z nią trwałego pokoju. Uda się to, jeśli Anglicy sami dojdą do wniosku, że kolejne koalicje antynapoleońskie, to "pieniądze wyrzucane w błoto", lub gdy dostaną takiego łupnia (np. utrata Indii, lub groźba desantu Wielkiej Armii na Wyspy Brytyjskie), że odechce im się prowadzenia dalszej wojny.

Powód drugi narodził się na poważnie dopiero podczas kampanii pruskiej 1806 r. Napoleon wiedział doskonale że Francja dopóty nie będzie bezpieczna, dopóki najważniejsze kraje kontynentu europejskiego nie zaprzestaną angażowania swych sił w rozbicie Francji, czyli póki nie będą miały solidnego przeciwnika, który wyperswadowałby im te plany w zarodku. Co więc należało zrobić, by zneutralizować Austrię, Prusy i Rosję? (Główne oprócz Wielkiej Brytanii kraje koalicji antynapoleońskiej) Odpowiedź wydaje się prosta - odbudować wolną i niezależną Polskę, na tyle silną, by mogła własnymi siłami odeprzeć atak rosyjski (w przypadku uderzenia ze strony Prus, czy Austrii, do wojny przeciwko tym państwom od zachodu weszłaby oczywiście Francja). Jednak aby Polska była silna, należy odbudować ją w miarę jak najrozleglejszymi granicami na wschodzie. Nawet takimi, które graniczyłyby bezpośrednio z rosyjską stolicą. Odbudowa i wskrzeszenie Polski, były według Napoleona jednym z kluczowych elementów, zaprowadzenia w Europie trwałego pokoju (choć dzisiaj niektórzy mędrkowie twierdzą, że Napoleon zdradzał i wykorzystywał Polaków).

Ci, którzy dezawuują to stwierdzenie, którzy je podważają i uważają za nieprawdę, muszą pamiętać o jednej, podstawowej sprawie. Napoleon NIGDY nie wypowiedział wojny wrogiemu państwu, nigdy pierwszy nie zaatakował przeciwnika. NIGDY, prócz tego jednego, jedynego razu gdy 22 czerwca 1812 r. wypowiedział wojnę Rosji w... obronie Polski. II Wojna Polska (jak ową kampanię rosyjską nazwał Cesarz), tak naprawdę była prowadzona nie tyle w obronie, ile w potrzebie stworzenia silnego państwa polskiego. Powiem więcej, Napoleon zamyślał nawet koronować się w Warszawie na polskiego władcę, po to, by unią personalną połączyć "Dwa Wielkie Narody" - jak wyrażał się o Francuzach i Polakach Bonaparte. Powstanie Polski byłoby więc gwarantem stabilizacji, bezpieczeństwa i pokoju w Europie.

Trzeba jeszcze na marginesie wspomnieć o jednej drobnej nieścisłości. Mianowicie chodzi o charakter Napoleona, o jego żywiołowość i niechęć do stagnacji. W owych listach do rodziny Cesarz, prócz ogromnej chęci zaprowadzenia trwałego pokoju, jednocześnie (już bardziej prywatnie), zapytuje czy On by to wytrzymał? Czy mógłby przestawić swoje życie na pokojowe tory. Zapytuje, bardziej (sam siebie), czy wystarczyłby mu przepych pałaców, bankiety, gry, zabawy, podróże i oczywiście piękno kobiecego ciała, które od zawsze były "rozrywkami władców". Czy mógłby żyć bez działania, bez potrzeby większych, emocjonalnych przeżyć - trudno powiedzieć. Wiadomo jednak że z pałacu Saint-Cloud 25 września 1806 r. Napoleon wyjeżdżał niechętnie. Czyżby więc zaczął się przyzwyczajać do "osiadłego życia", pełnego blichtru władzy i przyjemności które ona ze sobą niesie?

1 października Napoleon opuszcza Moguncję i wyjeżdża do Würzburga, gdzie wcześniej nakazał przegrupować się swej armii. Przed Jego wyjazdem, miała miejsce dość łzawa scena, gdy Józefina przyszła się z Nim pożegnać. Padli sobie w ramiona i ponoć oboje rozpłakali się. Potem przeszli do jednego z pokoi i zamknęli za sobą drzwi. Napoleon wyjechał z Moguncji dopiero o 22:00.


JÓZEFINA de BEAUHARNAIS




"BYŁO W NIEJ COŚ ZAGADKOWEGO, AURA OMDLEWAJĄCEGO ROZMARZENIA TAK CHARAKTERYSTYCZNA DLA KREOLI, WIDOCZNA W JEJ RYSACH, GDY ODPOCZYWAŁA I GDY PORUSZAŁA SIĘ. DAWAŁO JEJ TO SZCZEGÓLNY UROK, KTÓRY DALECE PRZERASTAŁ UDERZAJĄCĄ PIĘKNOŚĆ RYWALEK"


"KILKA DNI TEMU WYDAWAŁO MI SIĘ, ŻE CIĘ KOCHAM, TERAZ JEDNAK, GDY ZNÓW CIĘ UJRZAŁEM, KOCHAM CIĘ TYSIĄC RAZY BARDZIEJ. OD CHWILI GDY CIĘ POZNAŁEM, CO DZIEŃ KOCHAM CIĘ MOCNIEJ. TYSIĄC POCAŁUNKÓW - JEDEN NAWET, DLA FORTUNE'A, PODŁEJ BESTII"


Tak pisywał Napoleon w swych listach do Józefiny 
(Fortune - był pieskiem Józefiny. Napoleon go nie znosił, gdyż pewnej nocy, podczas miłosnych z nią igraszek, Fortune... ugryzł go w rękę)


CDN.

06 lipca 2025

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. I

CZYLI JAK TO KRÓL
RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV
PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE
CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO
W KONSTANTYNOPOLU


WŁADYSŁAW IV WAZA



Panowanie króla Władysława IV z dynastii Wazów (1632-1648) było jednym z najpłodniejszych, choć często pomijanych lub zapomnianych okresów w dziejach dawnego Królestwa Polskiego i Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W roku 1632 (30 kwietnia) zmarł król Zygmunt III Waza. Jego prawie 45-letnie panowanie, to okres częstych wojen i najazdów, a mimo to w roku jego śmierci Rzeczpospolita wciąż była pierwszą potęgą w Europie Środkowo-Wschodniej. Sejm który zebrał się 24 września 1632 r. (pod laską Jakuba Sobieskiego), wybrał nowym królem (8 listopada) 37-letniego księcia Władysława, syna zmarłego władcy. 13 listopada nowy król zaprzysiągł artykuły henrykowskie i pacta conventa (czyli tzw.: konstytucje spisane dla polskiego króla, który zaprzysięgając je, zobowiązywał się do ich przestrzegania i realizacji. Nigdzie indziej w ówczesnej Europie czegoś takiego nie było), a oficjalna koronacja miała miejsce 6 lutego 1633 r. (tuż po złożeniu ciała zmarłego króla w podziemiach Katedry krakowskiej na Wawelu - 4 lutego). W tym czasie przez Rzeczpospolitą przechodziła fala dość ożywionych sporów religijnych (Polska była o tyle inna od reszty Europy, w której szalały krwawe religijne wojny, że tutaj spory toczono w sposób pokojowy, na sejmach i sejmikach ziemskich, a nie orężnie, przelewając krew bratnią. Piotr Skarga, jeden z najbardziej płodnych pisarzy polityczno-religijnych ówczesnej Europy, należący do zakonu jezuitów, tak pisał o innowiercach w Rzeczypospolitej: "To prawda, że złe heretyki, ale ludzie dobrzy, złe błędy, ale natury chwalebne, złe odszczepieństwo, ale krew miła". Zaś jedynym przykładem prześladowania religijnego w ówczesnej Polsce, było zamknięcie szkoły ariańskiej w Rakowie - jedynej takiej placówki w Europie w 1638 r. Powodem tego było znieważenie krzyża przez uczniów tamtejszej szkoły. Zresztą do walki z arianami nawoływali nie tylko katolicy, ale też i protestanci, którzy pod tym względem połączyli swe siły). 

Okres ten był bowiem niezwykle bogaty w najróżniejsze religijne i mistyczne prądy. Za panowania Władysława IV odbyły się też dwa duże synody ogólnopolskie, grupujące przedstawicieli różnych religii - w 1634 i 1643 r. Powstało szereg pism teologicznych, jak choćby "Harfa duchowa" - Marcina Laterny, "Żywoty świętych" - Piotra Skargi, "De optimo senatore" - Wawrzyńca Goślickiego (dzieło szczególnie popularne w Anglii w tym okresie), "Lyrica i Epigrammata" - Macieja Sarbiewskiego (bardzo popularne w Europie, zaczytywał się w nim sam papież Urban VIII) i wiele innych, w tym dzieła katolików: Jakuba Wujka, Stanisława Grodzickiego, Marcina Świąteckiego, Fryderyka Bartcza, Marcina Łaszcza, Benedykta Herbsta, Szymona Górskiego i Jana Cornatiusa (sam Piotr Skarga napisał 20 dzieł, w tym 10 dotyczących spraw religijnych i 10 tyczących polityki i ustroju), oraz protestantów: Fausta Socyna czy Grzegorza Pawła. Zresztą pisali nie tylko mężczyźni, również kobiety, jak choćby ksienia chełmińska - Magdalena Mortęska, która wydała przetłumaczone przykłady pism ascetycznych. Mistyka przeżywała swój rozkwit. Polskie misje katolickie docierały do Persji, Chin, Japonii i Indii, a niektórzy muzułmanie przechodzili też na wiarę Chrystusową, jak choćby ojciec Nahajus, muzułmański Tatar z Chanatu Nogajskiego, schwytany w jednej z bitew, przyjął chrzest i stał się kaznodzieją.

Czasy panowania Władysława IV, to również okres wielu konwersji religijnych. Do najsławniejszych należały konwersja Katarzyny Myszkowskiej-Bużeńskiej, za młodu wychowywanej w surowej dyscyplinie religii kalwińskiej, po latach przeszła na katolicyzm i urządzała w swym pałacu dysputy z kaznodziejami kalwińskimi, a tych których nie udało jej się przekonać do swoich racji, kazała służbie... szczuć psami (pod koniec życia przeniosła się do klasztoru karmelitanek, gdzie na własne życzenie wykonywała same najcięższe prace, łącznie z myciem podłóg). Lew Sapieha przeszedł z kalwinizmu na katolicyzm pod wpływem... pijaństwa, mianowicie kompani upili go prawie do nieprzytomności, a potem zaciągnęli na nabożeństwo i do Komunii Świętej - odtąd stał się przykładnym katolikiem (🤭). Katarzyna z Gostomskich Sieniawska, która wyszła za mąż za protestanta - Prokopa Sieniawskiego (lubiącego popisywać się swą siłą), namówiła go do przejścia na katolicyzm (Prokop tak lubił się popisywać, że kiedyś złapał za koła królewską karocę, która zjeżdżała z góry. Nie udało mu się jej utrzymać i zleciał z dół zabijając się na miejscu, przez co jego małżonka, Katarzyna stała się właścicielką ogromnej magnackiej fortuny. Do końca życia nie wyszła już za mąż, a wszelkich zalotników przepędzała natychmiast, gdy tylko zaproponowali jej ożenek - kazała uzbrajać służbę i hajduków a nawet sama chwytała za broń i przepędzała zalotników. Jeden taki, który zajechał do niej z orszakiem 500 ludzi pragnąc prosić o rękę, nie zdążył nawet zjeść obiadu, gdy rozsierdzona Katarzyna chwyciła za broń, przez okna wołając uzbrojoną służbę).




Niektórzy twierdzili (jak choćby Zygmunt Krasiński), że to, iż w Rzeczpospolitej nie było nigdy wojen religijnych, to raczej dowód naszej słabości a nie siły, gdyż: "Że wojen u nas religijnych nie było, to tylko dowód, że nikt w nic nie wierzył mocno. O to, w co ludzie wierzą, biją się. Wojna jest znakiem życia (...) Cała Polska to raz protestancka, to znów socyniańska, to znów Rzymską apostolską bywała". No cóż, pod pewnymi względami można by się z tym zgodzić, gdyż wydaje się że sprawy wiary w Rzeczypospolitej (pomimo niektórych fanatycznych jednostek), były raczej powierzchowne, braliśmy wszystko i we wszystko wierzyliśmy. U nas znalazły swe miejsce cztery zwalczające się szkoły mistyki chrześcijańskiej: hiszpańska, francuska, włoska i Filotea (św. Franciszka Salezego). Szkoła hiszpańska odznaczała się pesymizmem i surowością wobec natury ludzkiej (co uwidoczniło się w hiszpańskim malarstwie i sztuce tego okresu). Szkoła francuska na odwrót, była jasna i pogodna, cechowało ją otwarcie na człowieka, podkreślała też człowieczeństwo Jezusa Chrystusa (z niej wyszedł kult Serca Jezusowego). Skupmy się na tych dwóch, gdyż to właśnie one zyskały najwięcej posłuchu wśród wiernych w Polsce i na Litwie. Szkołę hiszpańską reprezentowali jezuici, benedyktyni (i benedyktynki) oraz karmelici bosi, a do najważniejszych propagatorów szkoły w Rzeczypospolitej należały m.in.: Magdalena Mortęska (wymieniona wyżej), Teresa Marchocka (kolejna autorka biografii mistycznej), Konstancja Kalinowska, ojciec Cyprian Godecki, Zofia Maciejowska, ojciec Fenicki (Fenicjusz) i ojciec Chomętowski. Do szkoły francuskiej zaś należały takie postaci jak: Drużbicki (który rozpowszechnił kult Serca Jezusowego na 30 lat przed św. Małgorzatą Marią Alacoque), Łęczycki i Pawłowski, oni to byli głównymi mistykami szkoły francuskiej w Rzeczpospolitej Obojga Narodów czasów panowania króla Władysława IV Wazy.

Można by się na temat wiary rozpisywać jeszcze długo, ale przejdźmy teraz do kwestii polityki, gdyż to ona stała głównie za królewskimi planami wojny z Imperium Osmańskim. Ostatnia wojna z Turkami wybuchła w 1633 r. (niedługo po wstąpieniu na tron Władysława IV) i zakończyła się szybkim zwycięstwem Rzeczypospolitej (rozbicie w pierwszej bitwie pod Sasowym Rogiem 4 lipca 1633 r. sił namiestnika Sylistrii Mehmeda Abazy paszy przez hetmana Stanisława Koniecpolskiego, oraz w drugiej bitwie 22 października pod Kamieńcem Podolskim, niecałe 12 tys. Polaków pobiło ponad 45 tys. siły turecko-tatarsko-wołoskie, za co sułtan Murad IV skazał Mehmeda Abazy paszę na śmierć. Mimo to sułtan planował dalszą wojnę, żądając zburzenia pogranicznych twierdz i poskromienia Kozaków, rozwiązania ich rejestru, oraz zapłaty haraczu. Posłowie tureccy przynieśli jednak sułtanowi odpowiedź strony polskiej: "Atakujcie, jeśli macie odwagę, my jesteśmy gotowi". Przy południowej granicy zgromadzono ogromną 50-tysięczną armię, plus 12-tysięcy Kozaków (sejm uchwalił podatki na wojsko) i to pomimo jednocześnie wówczas prowadzonej wojny z Moskwą (równie zwycięskiej wojny - co należy podkreślić), sułtan chciał właśnie wykorzystać okazję, gdy król przebywał z głównym wojskiem na wschodnich rubieżach państwa, pod Smoleńskiem i wówczas zaatakować całą swą siłą. Jednak gdy otrzymał informacje o rosyjskiej klęsce pod Smoleńskiem i kapitulacji całej armii moskiewskiej Michaiła Szejna, oraz o mobilizacji dużych sił na południowej granicy z Imperium Osmańskim, sułtan nie tylko że zrezygnował z wojny, ale wysłał swych posłów, którzy zaproponowali pokój (październik 1634 r.) na dogodnych dla Rzeczpospolitej warunkach (Turcy zobowiązywali się do usunięcia ze stepów nadczarnomorskich Tatarów, oraz przyznali Polsce prawo do obsadzania własnymi kandydatami tronów w Mołdawii i Wołoszczyźnie). Rzeczpospolita zyskała znów ogromną strefę wpływów na południu, dochodzącą do Dunaju. 




Pomimo jednak tej krótkiej wojny (oraz wojny z lat 1620-1621, również zwycięskiej dla Rzeczpospolitej, pomimo klęski w bitwie pod Cecorą w Mołdawii {wrzesień-październik 1620 r.} ostatecznie zwyciężono w bitwie pod Chocimiem {wrzesień-październik 1621 r.}, rozbijając prawie 150 000 armię sułtana Osmana II) i częstych najazdów tatarskich na wschodnie pograniczne ziemie Rzeczypospolitej, pomiędzy Polską a Turcją Osmańską panował niczym niezmącony pokój od prawie stu lat, czyli od 1533 r. gdy (prawdopodobnie pod wpływem polskiej branki z Rohatynia - Aleksandry Lisowskiej, znanej jako Roksolana/Hurrem), sułtan Sulejman Wspaniały zawarł z królem Zygmuntem I Jagiellonem "Pokój Wieczny" (zresztą ci monarchowie często do siebie pisywali listy, podobnie jak i Hurrem do Bony Sforzy i na odwrót). Król Władysław IV pragnął jednak wielkiej wojny z Turkami, której efektem będzie wyzwolenie Bałkanów i Grecji, oraz zdobycie Konstantynopola i utworzenie tam na powrót po prawie 200 latach, chrześcijańskiego państwa. Potęga Rzeczypospolitej była wówczas ogromna, zarówno militarna, polityczna jak i gospodarcza. Wystarczy tylko prześledzić sobie przepych, z jakim polscy magnaci wjeżdżali do obcych krajów, jak choćby poselstwo podskarbiego nadwornego koronnego Jerzego Ossolińskiego do Rzymu z 27 listopada 1633 r. (20 powozów, 10 wielbłądów, niezliczona ilość koni, gubiących złote podkowy, które zbierali mieszkańcy Wiecznego Miasta, oraz 300 bogatych, wykształconych i znających języki młodzieńców, jako eskorta poselstwa). Stefano della Belli pozostawił z tego wydarzenia sześć akwafort zatytułowanych: "Entrata di Roma dell'ambasciatore G. Ossoliński". Również niezwykle bogaty był wjazd wojewody poznańskiego Krzysztofa Opalińskiego do Paryża w 1645 r. Tenże rok, będzie właśnie początkiem dwuletnich planów wielkiej wojny z Imperium Osmańskim.






1645 r.
RZECZPOSPOLITA
Cz. I






Wspaniałe to były czasy, niczym niezmąconego pokoju, który utrzymywał się już (nie licząc krótkotrwałych powstań kozackich Sulimy - 1635 r., Pawluka - 1637 r. i Ostranicy - 1638 r.), od ponad dekady. W całej Europie wówczas szalał złowrogi Mars, toczyły się krwawe wojny religijne od Skandynawii, po Niemcy, Niderlandy, Francję, Anglię, Szkocję, Irlandię, Hiszpanię, Włochy - wszędzie była wojna. Ale... nie w Rzeczpospolitej, cieszącej się niespotykanie długim wówczas okresem pokoju. Totalnie zniszczone długą, prawie trzydziestoletnią wojną były kraje niemieckie, w Anglii szalała rewolucja anty-monarchiczna (w rzeczywistości jednak był to konflikt protestantów liberałów, uosabianych w formie zwolenników klasycznego anglikanizmu, a protestanckimi radykałami, czyli purytanami. O co poszedł konflikt - prócz samego faktu zmniejszenia władzy monarchy? O to, czy katolików na Wyspach należy wyrżnąć od razu, czy też pozwolić im żyć, ale jako ludzi drugiej kategorii. Radykałowie, którzy gromadzili się w świątyniach i słuchali kazań pastorów - którzy przypominali im każdego razu iż katolicy są pomiotem diabła i że wszyscy skończą w piekle. Ci ludzie, mocno wierzący - a to byli naprawdę mocno wierzący ludzie, wracali do domów i widzieli wokół siebie swych sąsiadów, którzy byli katolikami. Tyle się o nich nasłuchali, a ci żyli sobie obok - oczywiście odprawiając swój kult potajemnie. I nic się nie działo? Bóg nie pokarał ich za ich diabelskie knowania i herezje. To znaczy że my, jako wykonawcy woli bożej, musimy wziąć sprawy we własne ręce i... odesłać ich do piekła, gdzie i tak trafią. I oto właśnie również toczył się spór i cała ta rewolucja angielska lat 40-tych XVII wieku. Z czasem jednak radykałowie zaczęli przegrywać, a do głosu ponownie doszli liberałowie, czyli anglikanie, którzy opowiadali się "tylko" za prawnym, politycznym i finansowym upokorzeniem katolików. W 1660 r. monarchia angielska została odnowiona, a ci, którzy chcieli kontynuować dzieło Cromwella, po prostu wsiedli na okręty i udali się do Nowego Świata, tam budować swoje wymarzone Państwo Boże. I tak, mniej więcej od 1620 r. migracja awanturniczo-kolonizatorska, w tym w dużej mierze katolicka do Ameryki, zastąpiona została migracją religijną radykalnych protestantów - pielgrzymów, którzy potem zbudowali Stany Zjednoczone Ameryki Północnej).

Tak więc w Europie Zachodniej praktycznie wszędzie wówczas, w latach 40-tych XVII wieku, toczyły się wojny (głównie religijne). A w Rzeczpospolitej panował niczym niezmącony spokój. W 1634 r. zwycięstwem zakończyła się ostatnia wojna z Moskwą. Po krwawej lekcji chocimskiej w 1621 r. (w czasie której zatrzymano pochód potężnej armii osmańskiej), sławnej na całą Europę, Turcy siedzieli cicho i nawet krótkotrwała wojna roku 1633/34 r. nic tu nie zmieniła (Tatarzy złupiwszy Podole, weszli do Mołdawii, a w ślad za nimi podążył hetman Stanisław Koniecpolski, który rozbił ich w bitwie pod Sasowym Rogiem uwalniając cały jasyr. Po tej bitwie Osmanowie planowali inwazję turecko-tatarsko-wołoską na Rzeczpospolitą, ale wybił im to z głowy znów Koniecpolski, znosząc 55 000 armię inwazyjną pod Paniowcami. Ale nie koniec było na tym, w kwietniu 1634 r. z nową inwazją gotował się sam sułtan Murad IV, pragnący wykorzystać fakt, iż Rzeczpospolita była wówczas zaangażowana w wojnę z Moskwą. Ale w Adrianopolu, gdzie przebywał, gromadząc armię, doszła go wieść o klęsce Rosji i kapitulacji armii moskiewskiej Michaiła Szeina pod Smoleńskiem. Sułtan zmienił więc plany i wysłał swego posła Szahina Agę do Warszawy, aby wynegocjować rozejm. Tam, podczas sejmu szlachta uchwaliła nowe podatki na wojnę z Turkami, a Koniecpolski ściągnął wojska ze wschodu nad Dniestr. Król Władysław był usatysfakcjonowany takim obrotem sprawy, bowiem pragnął wielkiej wojny z Osmanami, która zakończy się nie tylko zajęciem Konstantynopola, ale nawet... dojściem do granic Persji. Ale w październiku 1634 r. Murad IV zaproponował niezwykle dogodne warunki pokoju, co jak pisze Paweł Piasecki - biskup kamieniecki - król z ciężkim sercem musiał przystać na pokój, bowiem sułtan deklarował usunięcie Tatarów z Budziaku i trzymanie ich w ryzach, jeśli idzie o napady rabunkowe których dokonywali). Zaś w 1635 r. Szwedzi w rozejmie w Sztumskiej Wsi, oddali wszystkie dotąd kontrolowane przez nich porty w Prusach, oraz zaprzysięgli przestrzegać wolności religijnej (szczególnie odnośnie katolików) w Inflantach.

Był to niezwykle płodny okres, ludność dotąd wytrzebionych przez Tatarów regionów południowo-wschodnich, ponownie odżyła, rozwijała się gospodarka i przemysł. Co roku Wisłą do portu w Gdańsku (a dalej do portów Europy), płynęło zboże za trzy miliony talarów na 5 000 statków. Bito nowe drogi, stawiano mosty, ale przede wszystkim rosły nowe zamki i magnackie oraz szlacheckie rezydencje. Pod Iwaniskami Krzysztof Ossoliński (brat Jerzego, który w 1633 r. odbył ową sławną podróż poselską do Rzymu), wzniósł sobie niesamowity zamek, który nazwał Krzyżtopór (były w nim cztery wieże, dwanaście obszernych komnat i 365 okien). Stanisław Lubomirski - wojewoda krakowski, wzbogacony odkrytą kopalnią soli w Swierczy pod Wieliczką, stawiał sobie pałace w Wiśniczu, Łańcucie i Podolińcu, a poza tym ufundował dwadzieścia nowych kościołów. Pojawiło się mnóstwo nowych zamków, a stare rozbudowywano i upiększano (było ich tyle, że w zasadzie trudno zliczyć), rozkwitały też wielkie rezydencje pałacowe, jak Niepołomice, Kolbuszowa, Lewartów, Czemierniki, Międzyrzecz, Brok, Siemiatycze czy Kruszyna. Pięknie rozwijały się miasta (szczególnie w Małopolsce i Wielkopolsce, gdyż tam uciekali protestanci, prześladowani przez katolickiego cesarza ze Śląska i Czech). Radziwiłłowie do Miru (na Litwie) ściągnęli Włochów i stworzyli im tam "krainę włoską pośród Sarmacyi". Nowo wystawione zamki i pałace były upiększane w taki sposób, iż (jak piszą w swych relacjach Francuzi - hrabia d'Avaux i Laboureur czy Włoch Marescotti, szczególnie ten ostatni pisał tak: "Takiego przepychu, jaki panował u polskich panów nie widziano nigdzie. Cudzoziemiec sądził się przeniesionym we śnie do cudownych pałaców") budziły powszechny podziw i zazdrość. 


PORÓWNANIE POSIADŁOŚCI POLSKICH MAGNATÓW (PO LEWEJ) - WIŚNIOWIECKICH, ZASŁAWSKICH I MONASTERU PIECZERSKIEGO, ORAZ WŁOSKICH KSIĘSTW MEDIOLANU, PARMY I FERRARY



Szlachta też żyła jak we śnie, pomnażając bogactwo i zapełniając swe skrzynie srebrem, złotem, diamentami, sobolami, srebrnymi beczkami na wino o złotych obręczach, pachnące zdroje wodne, stawiane przy pałacach, niesamowite dzieła sztuki wykonane ze złota, srebra, kości słoniowej czy bursztynu (głównie przeznaczone na podarki dla odwiedzających szlachcica gości - gdyż w dawnej Polsce panował zwyczaj nie tyle przynoszenia prezentów do gospodarza, ale właśnie, bycia obdarowywanym przez niego, gdy przychodziło się na organizowane przyjęcie czy bal - stąd potem wzięło się powiedzenie: 'zastaw się a postaw się"). Z reguły (w miarę majętni szlachcice, bowiem byli i tacy, którzy żadnego majątku nie posiadali), zatrudniali do 200 służby (z reguły zaś służby w bogatych domach było ponad 500 a nawet więcej). Byli więc służący do posług domowych, do oporządzania stajni, do rozwożenia listów i co ciekawe, wszyscy ci, którzy służyli w domach majętnych szlachciców... sami też byli szlachcicami (tylko mniej zamożnymi). Szlachty w Rzeczpospolitej było z 10 % całego społeczeństwa, co było niezwykle dobrym wynikiem jeśli idzie o ludzi uczestniczących w życiu politycznym kraju (we Francji cała szlachta stanowiła zaledwie 1 % społeczeństwa, a w Wielkiej Brytanii jeszcze w XIX wieku szlachta i ludność posiadająca prawa wyborcze stanowiła ok. 4 % ludności kraju). A każdy szlachcic, choćby nie posiadał domu (czy nawet butów), ale miałby herb, mógł uczestniczyć w sejmikach lokalnych i sejmach krajowych, decydując tak o wyborze nowego króla, jak i o innych niezwykle istotnych dla kraju sprawach (potem zostało to doprowadzone do absurdu w taki sposób, że ci, którzy byli na usługach magnatów, głosowali tak, jak życzyli sobie tego ich patroni i ostatecznie w Konstytucji 3 Maja 1791 r. odebrano prawa wyborcze szlachcie gołocie - nie posiadającej żadnego majątku). W Rzeczpospolitej król był bowiem jedynie "Pierwszym wśród Równych" i nie mógł niekiedy nawet odebrać urzędu najbardziej krytykującego jego politykę magnata czy szlachcica, który występował w roli opozycjonisty do planów królewskich. Wszędzie indziej ktoś taki najpewniej położyłby głowę pod katowskim toporem, a w Rzeczpospolitej król nie mógł go nawet urzędu pozbawić. 

Króla można było też co prawda upominać, ale nie znaczy to, że król był nie szanowany. Był przede wszystkim rozdawcą dóbr i zaszczytów, dlatego wielu wolało nie wychylać się w zbytnich antykrólewskich głosach, licząc na jakąś intratną synekurę do objęcia, a poza tym król był Ojcem, a Ojczyzna-Rzeczpospolita Matką i tak jak w 1605 r. na Sejmie rzekł hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski: "W innych narodach pany swe kozikami kolą, a u nas z łaski Bożej nigdy nic takiego przeciw panu nie było zamyślone", zaś hetman wielki koronny Jan Zamojski (będący wówczas w opozycji do króla Zygmunta III - ojca Władysława IV), rzekł: "Miłujemy i Ojczyznę, i pany swe miłujemy" i tam gdzie na monarchów urządzają zamachy (jak choćby spisek prochowy Guya Fawkesa na króla Jakuba I w Anglii (1605 r.) czy zamach Francoisa Ravaillaca na króla Henryka IV we Francji (1610 r.), czy wreszcie egzekucja króla Anglii Karola I w 1649 r., w Rzeczypospolitej król był miłowany i szanowany (choć często krytykowany, a niekiedy nawet obrażany paszkwilami politycznymi). Oczywiście przesadzał Andrzej Łubieniecki, pisząc w 1616 r. w swej "Polon eutychia" o monarsze, że: "taką miłość ma u poddanych i tak im ufa, że głowę swoją na każdego łonie (może) położyć, a jednym uchyleniem czapki może 100 000 wojska w Polszcze i na Litwie zebrać". Wcale nie było ani tak łatwo, ani tak fajnie, szlachta piętrzyła przed królami na sejmach najrozmaitsze trudności (opiszę je właśnie na przykładzie planów wojennych Władysława IV przeciwko Osmańskiej Turcji) i często monarcha musiał się uciekać do podstępu, gdyż oficjalnie nie mógł niczego załatwić. Musiał zbudować własne stronnictwo (głównie rozdając urzędy i dobra), ale należy pamiętać że ci, którzy tych dóbr nie otrzymali, często czuli się pokrzywdzeni i... się obrażali. Natomiast bywało i tak, że ci, którzy dostali, chcieli też coś dla swych krewnych lub synów, a gdy tego nie otrzymali... też się obrażali. Tak więc pozycja króla w Rzeczypospolitej, pomimo wszystko była raczej dosyć trudna a nawet męcząca (np. Jan II Kazimierz, brat Władysława IV, panujący w latach 1648-1668, ostatecznie zrezygnował z tronu i wyjechał do Francji). 

Jeśli idzie o gospodarkę kraju, to również w tym czasie ona wprost rozkwitała. Szlachta pomnożyła sobie majątków na Ukrainie, Wołyniu, Podolu, a nawet na Zaporożu się rozsiadła. Zboże z tych folwarków było transportowane na zachód kraju (lub, jeśli było to zboże małopolskie, wielkopolskie czy mazowieckie to bezpośrednio do rzecznych portów zbożowych) i dalej płynęło Wisłą do portu w Gdańsku (głównie, ale były też porty zastępcze w Elblągu i Braniewie), a stamtąd na okrętach kupieckich już bezpośrednio do Europy Zachodniej (gdy polski poseł Paweł Działyński w 1597 r. zagroził holenderskim stanom wstrzymaniem dostaw polskiego zboża, jeśli nie zakończą oni wojny z Hiszpanią, w kraju wybuchł prawdziwy popłoch, gdyż realnie oznaczałoby to... klęskę głodu. Polska żywiła wówczas całą Europę i trzymała wszystkich za gardła... a raczej za brzuchy 😉). Poza tym silnie rozwinął się przemysł (głównie hutniczy i tekstylny) oraz kopalnie (soli, miedzi, ołowiu, srebra). Nie było lepszych i dostojniejszych czasów niż lata panowania królów Zygmunta III, a już szczególnie jego syna - Władysława IV (pomijając oczywiście lata rządów Kazimierza III Wielkiego, Władysława II Jagiełły i Kazimierza IV Jagiellończyka 🤔). Wspaniale rozwinęła się Warszawa (realnie stolica Polski od 1596 r. a oficjalnie od 1611 r. chociaż tak naprawdę do końca istnienia Wielkiej Rzeczpospolitej stolicą nadal pozostawał Kraków) i składała się teraz z kilku dzielnic: Starego Miasta, Nowego Miasta, Przedmieścia (ze wspaniale rozbudowaną ulicą Krakowskie Przedmieście, która już wówczas stała się reprezentacyjną ulicą Warszawy (stały tam prawie same pałace szlachty magnackiej, wraz z niesamowitym pałacem Kazanowskich, Koniecpolskich - który dziś pełni funkcję Pałacu Prezydenckiego, Radziejowskich, Denhofów, był tam też Pałac Prymasowski), oraz kilka kościołów (Bernardynów, Bernardynek, Karmelitów, Wizytek i Karmelitanek). Wspaniale rozwinęła się ulica Miodowa, przy której stanął szereg mniejszych dworów szlacheckich, oraz Pałac Biskupów Krakowskich i Kościół Pijarów. Arsenał powstał przy ulicy Długiej, zaś pałace Ossolińskich, Daniłowiczów i Dwór Gdański w innych częściach miasta. Zaś w 1643 r. naprzeciwko Zamku Królewskiego na Starym Mieście król Władysław IV ufundował pomnik na cześć swego ojca - była to stojąca po dziś dzień Kolumna Zygmunta III Wazy. W 1621 r. miasto zostało ogrodzone wałami zygmuntowskimi. Poza tym dołączono do miasta część prawobrzeżną, czyli Pragę, na której istniały już trzy kościoły. Całe miasto jednak zajmowało niewielki (w porównaniu z dzisiejszym) obszar miejski, tak gdzieś do Muranowa i Alei Jerozolimskich, a poza tym było znacznie mniejsze od Krakowa (Warszawa tak naprawdę w dużej mierze - poza Starym Miastem - posiadała wiele cech dużej wsi).




Szlachta żyła niczym wielcy, udzielni książęta, a każdy wyjazd jakiegoś wielkiego pana (choćby tylko na polowanie, lub w odwiedziny), był wyjątkowym wydarzeniem i obejmował ogromną liczbę ludzi stanowiących poczty nadworne i hajduków. Szczególnie wzajemne odwiedziny były bardzo dostojne, pokazowe i niezwykle majętne (gospodarz obdarowywał przybyłych gości podarkami i to nie były podarki błahe, z reguły złoto, srebro, wykwintne arcydzieła, lub chociażby... konie). Dostojność było widać w gestach, ubiorach a nawet w... uczesaniu (choć czesano i ubierano się inaczej niż na zachodzie Europy), a przyjęcia były tak ludne, że częstokroć kosztowały majątek (zresztą podczas uczty należało do tradycji aby po wypiciu napitku, gdy już nie chciało się więcej pić alkoholu, z szacunku dla gospodarza rozbić szkło o... własną głowę, lub ewentualnie o podłogę, dlatego też po zakończonej uczcie, straty w szklanych pucharach były dla gospodarza dość spore). Stoły przystrajano obrusami (często sprowadzanymi na zamówienie z zagranicy), na talerzach kładziono serwety (przed posiłkiem), oraz łyżkę (noże goście przynosili sobie sami). Przed posiłkiem służba obchodziła wszystkich z miednicą pełną wody i kubkiem do polewania, aby obmyć ręce, następnie przynoszono ręcznik do ich wytarcia.




Potem zaczynała się uczta, na stołach lądowały najróżniejsze dania mięsne (w tym kuropatwy, dziczyzna etc.), często i gęsto zaprawiane szafranem, sokiem wiśniowym, śliwkami lub miodem. Pojawiały się pasztety, galarety, kapusta, kluski, ryby pianki i marcepany. Na końcu podawano torty i baby. Ale najważniejszy był wypitek. Do obiadu zawsze podawano piwo (lub ewentualnie gorzałkę - a trzeba pamiętać że pierwszą wódkę - napitek zwany gorzałką - stworzyli Polacy, było to coś około 1412-1415 roku, zaś w czasach o których piszę, były już także wódki smakowe, którymi - jak głosiła PRL-owska propaganda - "panowie rozpijali chłopów, ale zdrowy trzon chłopstwa nie dawał się rozpijać" 😂), po posiłku, służba przynosiła wino. Zarówno podczas posiłku jak i po jego zakończeniu biesiadnicy kolejno wznosili toasty, najpierw za zdrowie gospodarza i jego rodziny a następnie poszczególnych gości. Do obiadu przygrywała kapela, ale tańce odbywały się dopiero po zakończeniu pierwszej części posiłku (czyli obiadu głównego). Gdy już się mocno ściemniło (a często już nad ranem), podchmieleni biesiadnicy wracali do swych domów, obdarowani prezentami przez gospodarza




Szlachta żyła jak w bajce (oczywiście nie wszyscy szlachcice opływali w takie dostatki, było wiele szlachty uboższej, zagrodowej i gołoty, którą nie stać było na takie kosztowne przyjęcia), a ponieważ pełną dekadę nie było wojny (nie licząc powstań kozackich i najazdów tatarskich), szlachta zaczęła się wzajemnie ze sobą spierać i kłócić. Prócz opisanych wyżej przyjęć i spotkań, wiele było wzajemnych zajazdów i napadów na sąsiednie zamki oraz pałace. Szlachta wzajemnie paliła sobie chutory, tylko po to aby pognębić sąsiada z którym weszło się w spór (często sądowy). I tak Ossolińscy nie znosili Kazanowskich (i vice versa), podobnie Wiśniowieccy i Gębiccy mieli zatargi ze sławnym magnackim rodem Ossolińskich, Wiśniowieccy zajeżdżali też Koniecpolskich i Kazanowskich, a ci Kalinowskich. Na Litwie zaś Radziwiłłowie bili się z Sapiehami, a na Pomorzu Działyńscy z Wejherami. Na sejmach i sejmikach często dochodziło do zwad i wówczas aby je rozstrzygnąć urządzano pojedynki (niekiedy kończyły się one śmiercią jednego z owych raptusów). Za dobrze było, wielki zbytek, wielkie bogactwo i wielka władza (do dziś przetrwało hasło z tamtych lat: "Pan na zagrodzie, równy wojewodzie", które odnosiło się do niepodzielnej władzy, jaką na swoich włościach sprawował dany szlachcic, iż nawet król nie mógł się w nie wtrącać), spowodowały że w serca wlała się gnuśność. Na sejmach radzono głównie o tym jak nie dopuścić do podejmowanych prób wzmocnienia władzy królewskiej, motywując to zamachem na "przywileje narodowe". Plany wojenne były torpedowane w zarodku, bo po co się pchać na wojnę, jak jest miło i przyjemnie - nikt nam nie zagraża, a jeśli by nawet tak było, to (jak motywowano) szlachta sama obroni swój kraj. Król miał związane ręce, bowiem panowie szlachta decydowali nawet o jego własnym skarbie (i przyznawali każdej nowej królowej-małżonce odrębną pensję). Naród decydował o wszystkim, król był jedynie wykonawcą (oraz rozdawcą dóbr) i pełnił rolę głowy państwa w kontaktach międzynarodowych - ale poza tym jego prerogatywy polityczne były niewielkie. 


"BYŁA DEMOKRACJA, WIĘC KAŻDY MÓGŁ PIĆ, 
ILE CHCIAŁ. 
O PODATKACH DECYDOWALI SOBIE SAMI, WIĘC ICH NIE PŁACILI. 
A W DODATKU MOGLI SOBIE WYBRAĆ KRÓLA NAJGORSZEGO Z MOŻLIWYCH"
🥳





PRZEJDŹMY JEDNAK DO WYDARZEŃ DZIEJĄCYCH SIĘ W RZECZPOSPOLITEJ W TYMŻE 1645 r.


CDN.

HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. XII

OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ  DO KATARZYNY PARR KATARZYNA ARAGOŃSKA (Czyli hiszpańskie noce)  Cz. X DZIECIŃSTWO KRÓLOWEJ KATARZYNY Cz. IX  Gdy 1...