WYŚWIETLENIA

06 lipca 2025

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. I

CZYLI JAK TO KRÓL
RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV
PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE
CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO
W KONSTANTYNOPOLU


WŁADYSŁAW IV WAZA



Panowanie króla Władysława IV z dynastii Wazów (1632-1648) było jednym z najpłodniejszych, choć często pomijanych lub zapomnianych okresów w dziejach dawnego Królestwa Polskiego i Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W roku 1632 (30 kwietnia) zmarł król Zygmunt III Waza. Jego prawie 45-letnie panowanie, to okres częstych wojen i najazdów, a mimo to w roku jego śmierci Rzeczpospolita wciąż była pierwszą potęgą w Europie Środkowo-Wschodniej. Sejm który zebrał się 24 września 1632 r. (pod laską Jakuba Sobieskiego), wybrał nowym królem (8 listopada) 37-letniego księcia Władysława, syna zmarłego władcy. 13 listopada nowy król zaprzysiągł artykuły henrykowskie i pacta conventa (czyli tzw.: konstytucje spisane dla polskiego króla, który zaprzysięgając je, zobowiązywał się do ich przestrzegania i realizacji. Nigdzie indziej w ówczesnej Europie czegoś takiego nie było), a oficjalna koronacja miała miejsce 6 lutego 1633 r. (tuż po złożeniu ciała zmarłego króla w podziemiach Katedry krakowskiej na Wawelu - 4 lutego). W tym czasie przez Rzeczpospolitą przechodziła fala dość ożywionych sporów religijnych (Polska była o tyle inna od reszty Europy, w której szalały krwawe religijne wojny, że tutaj spory toczono w sposób pokojowy, na sejmach i sejmikach ziemskich, a nie orężnie, przelewając krew bratnią. Piotr Skarga, jeden z najbardziej płodnych pisarzy polityczno-religijnych ówczesnej Europy, należący do zakonu jezuitów, tak pisał o innowiercach w Rzeczypospolitej: "To prawda, że złe heretyki, ale ludzie dobrzy, złe błędy, ale natury chwalebne, złe odszczepieństwo, ale krew miła". Zaś jedynym przykładem prześladowania religijnego w ówczesnej Polsce, było zamknięcie szkoły ariańskiej w Rakowie - jedynej takiej placówki w Europie w 1638 r. Powodem tego było znieważenie krzyża przez uczniów tamtejszej szkoły. Zresztą do walki z arianami nawoływali nie tylko katolicy, ale też i protestanci, którzy pod tym względem połączyli swe siły). 

Okres ten był bowiem niezwykle bogaty w najróżniejsze religijne i mistyczne prądy. Za panowania Władysława IV odbyły się też dwa duże synody ogólnopolskie, grupujące przedstawicieli różnych religii - w 1634 i 1643 r. Powstało szereg pism teologicznych, jak choćby "Harfa duchowa" - Marcina Laterny, "Żywoty świętych" - Piotra Skargi, "De optimo senatore" - Wawrzyńca Goślickiego (dzieło szczególnie popularne w Anglii w tym okresie), "Lyrica i Epigrammata" - Macieja Sarbiewskiego (bardzo popularne w Europie, zaczytywał się w nim sam papież Urban VIII) i wiele innych, w tym dzieła katolików: Jakuba Wujka, Stanisława Grodzickiego, Marcina Świąteckiego, Fryderyka Bartcza, Marcina Łaszcza, Benedykta Herbsta, Szymona Górskiego i Jana Cornatiusa (sam Piotr Skarga napisał 20 dzieł, w tym 10 dotyczących spraw religijnych i 10 tyczących polityki i ustroju), oraz protestantów: Fausta Socyna czy Grzegorza Pawła. Zresztą pisali nie tylko mężczyźni, również kobiety, jak choćby ksienia chełmińska - Magdalena Mortęska, która wydała przetłumaczone przykłady pism ascetycznych. Mistyka przeżywała swój rozkwit. Polskie misje katolickie docierały do Persji, Chin, Japonii i Indii, a niektórzy muzułmanie przechodzili też na wiarę Chrystusową, jak choćby ojciec Nahajus, muzułmański Tatar z Chanatu Nogajskiego, schwytany w jednej z bitew, przyjął chrzest i stał się kaznodzieją.

Czasy panowania Władysława IV, to również okres wielu konwersji religijnych. Do najsławniejszych należały konwersja Katarzyny Myszkowskiej-Bużeńskiej, za młodu wychowywanej w surowej dyscyplinie religii kalwińskiej, po latach przeszła na katolicyzm i urządzała w swym pałacu dysputy z kaznodziejami kalwińskimi, a tych których nie udało jej się przekonać do swoich racji, kazała służbie... szczuć psami (pod koniec życia przeniosła się do klasztoru karmelitanek, gdzie na własne życzenie wykonywała same najcięższe prace, łącznie z myciem podłóg). Lew Sapieha przeszedł z kalwinizmu na katolicyzm pod wpływem... pijaństwa, mianowicie kompani upili go prawie do nieprzytomności, a potem zaciągnęli na nabożeństwo i do Komunii Świętej - odtąd stał się przykładnym katolikiem (🤭). Katarzyna z Gostomskich Sieniawska, która wyszła za mąż za protestanta - Prokopa Sieniawskiego (lubiącego popisywać się swą siłą), namówiła go do przejścia na katolicyzm (Prokop tak lubił się popisywać, że kiedyś złapał za koła królewską karocę, która zjeżdżała z góry. Nie udało mu się jej utrzymać i zleciał z dół zabijając się na miejscu, przez co jego małżonka, Katarzyna stała się właścicielką ogromnej magnackiej fortuny. Do końca życia nie wyszła już za mąż, a wszelkich zalotników przepędzała natychmiast, gdy tylko zaproponowali jej ożenek - kazała uzbrajać służbę i hajduków a nawet sama chwytała za broń i przepędzała zalotników. Jeden taki, który zajechał do niej z orszakiem 500 ludzi pragnąc prosić o rękę, nie zdążył nawet zjeść obiadu, gdy rozsierdzona Katarzyna chwyciła za broń, przez okna wołając uzbrojoną służbę).




Niektórzy twierdzili (jak choćby Zygmunt Krasiński), że to, iż w Rzeczpospolitej nie było nigdy wojen religijnych, to raczej dowód naszej słabości a nie siły, gdyż: "Że wojen u nas religijnych nie było, to tylko dowód, że nikt w nic nie wierzył mocno. O to, w co ludzie wierzą, biją się. Wojna jest znakiem życia (...) Cała Polska to raz protestancka, to znów socyniańska, to znów Rzymską apostolską bywała". No cóż, pod pewnymi względami można by się z tym zgodzić, gdyż wydaje się że sprawy wiary w Rzeczypospolitej (pomimo niektórych fanatycznych jednostek), były raczej powierzchowne, braliśmy wszystko i we wszystko wierzyliśmy. U nas znalazły swe miejsce cztery zwalczające się szkoły mistyki chrześcijańskiej: hiszpańska, francuska, włoska i Filotea (św. Franciszka Salezego). Szkoła hiszpańska odznaczała się pesymizmem i surowością wobec natury ludzkiej (co uwidoczniło się w hiszpańskim malarstwie i sztuce tego okresu). Szkoła francuska na odwrót, była jasna i pogodna, cechowało ją otwarcie na człowieka, podkreślała też człowieczeństwo Jezusa Chrystusa (z niej wyszedł kult Serca Jezusowego). Skupmy się na tych dwóch, gdyż to właśnie one zyskały najwięcej posłuchu wśród wiernych w Polsce i na Litwie. Szkołę hiszpańską reprezentowali jezuici, benedyktyni (i benedyktynki) oraz karmelici bosi, a do najważniejszych propagatorów szkoły w Rzeczypospolitej należały m.in.: Magdalena Mortęska (wymieniona wyżej), Teresa Marchocka (kolejna autorka biografii mistycznej), Konstancja Kalinowska, ojciec Cyprian Godecki, Zofia Maciejowska, ojciec Fenicki (Fenicjusz) i ojciec Chomętowski. Do szkoły francuskiej zaś należały takie postaci jak: Drużbicki (który rozpowszechnił kult Serca Jezusowego na 30 lat przed św. Małgorzatą Marią Alacoque), Łęczycki i Pawłowski, oni to byli głównymi mistykami szkoły francuskiej w Rzeczpospolitej Obojga Narodów czasów panowania króla Władysława IV Wazy.

Można by się na temat wiary rozpisywać jeszcze długo, ale przejdźmy teraz do kwestii polityki, gdyż to ona stała głównie za królewskimi planami wojny z Imperium Osmańskim. Ostatnia wojna z Turkami wybuchła w 1633 r. (niedługo po wstąpieniu na tron Władysława IV) i zakończyła się szybkim zwycięstwem Rzeczypospolitej (rozbicie w pierwszej bitwie pod Sasowym Rogiem 4 lipca 1633 r. sił namiestnika Sylistrii Mehmeda Abazy paszy przez hetmana Stanisława Koniecpolskiego, oraz w drugiej bitwie 22 października pod Kamieńcem Podolskim, niecałe 12 tys. Polaków pobiło ponad 45 tys. siły turecko-tatarsko-wołoskie, za co sułtan Murad IV skazał Mehmeda Abazy paszę na śmierć. Mimo to sułtan planował dalszą wojnę, żądając zburzenia pogranicznych twierdz i poskromienia Kozaków, rozwiązania ich rejestru, oraz zapłaty haraczu. Posłowie tureccy przynieśli jednak sułtanowi odpowiedź strony polskiej: "Atakujcie, jeśli macie odwagę, my jesteśmy gotowi". Przy południowej granicy zgromadzono ogromną 50-tysięczną armię, plus 12-tysięcy Kozaków (sejm uchwalił podatki na wojsko) i to pomimo jednocześnie wówczas prowadzonej wojny z Moskwą (równie zwycięskiej wojny - co należy podkreślić), sułtan chciał właśnie wykorzystać okazję, gdy król przebywał z głównym wojskiem na wschodnich rubieżach państwa, pod Smoleńskiem i wówczas zaatakować całą swą siłą. Jednak gdy otrzymał informacje o rosyjskiej klęsce pod Smoleńskiem i kapitulacji całej armii moskiewskiej Michaiła Szejna, oraz o mobilizacji dużych sił na południowej granicy z Imperium Osmańskim, sułtan nie tylko że zrezygnował z wojny, ale wysłał swych posłów, którzy zaproponowali pokój (październik 1634 r.) na dogodnych dla Rzeczpospolitej warunkach (Turcy zobowiązywali się do usunięcia ze stepów nadczarnomorskich Tatarów, oraz przyznali Polsce prawo do obsadzania własnymi kandydatami tronów w Mołdawii i Wołoszczyźnie). Rzeczpospolita zyskała znów ogromną strefę wpływów na południu, dochodzącą do Dunaju. 




Pomimo jednak tej krótkiej wojny (oraz wojny z lat 1620-1621, również zwycięskiej dla Rzeczpospolitej, pomimo klęski w bitwie pod Cecorą w Mołdawii {wrzesień-październik 1620 r.} ostatecznie zwyciężono w bitwie pod Chocimiem {wrzesień-październik 1621 r.}, rozbijając prawie 150 000 armię sułtana Osmana II) i częstych najazdów tatarskich na wschodnie pograniczne ziemie Rzeczypospolitej, pomiędzy Polską a Turcją Osmańską panował niczym niezmącony pokój od prawie stu lat, czyli od 1533 r. gdy (prawdopodobnie pod wpływem polskiej branki z Rohatynia - Aleksandry Lisowskiej, znanej jako Roksolana/Hurrem), sułtan Sulejman Wspaniały zawarł z królem Zygmuntem I Jagiellonem "Pokój Wieczny" (zresztą ci monarchowie często do siebie pisywali listy, podobnie jak i Hurrem do Bony Sforzy i na odwrót). Król Władysław IV pragnął jednak wielkiej wojny z Turkami, której efektem będzie wyzwolenie Bałkanów i Grecji, oraz zdobycie Konstantynopola i utworzenie tam na powrót po prawie 200 latach, chrześcijańskiego państwa. Potęga Rzeczypospolitej była wówczas ogromna, zarówno militarna, polityczna jak i gospodarcza. Wystarczy tylko prześledzić sobie przepych, z jakim polscy magnaci wjeżdżali do obcych krajów, jak choćby poselstwo podskarbiego nadwornego koronnego Jerzego Ossolińskiego do Rzymu z 27 listopada 1633 r. (20 powozów, 10 wielbłądów, niezliczona ilość koni, gubiących złote podkowy, które zbierali mieszkańcy Wiecznego Miasta, oraz 300 bogatych, wykształconych i znających języki młodzieńców, jako eskorta poselstwa). Stefano della Belli pozostawił z tego wydarzenia sześć akwafort zatytułowanych: "Entrata di Roma dell'ambasciatore G. Ossoliński". Również niezwykle bogaty był wjazd wojewody poznańskiego Krzysztofa Opalińskiego do Paryża w 1645 r. Tenże rok, będzie właśnie początkiem dwuletnich planów wielkiej wojny z Imperium Osmańskim.






1645 r.
RZECZPOSPOLITA
Cz. I






Wspaniałe to były czasy, niczym niezmąconego pokoju, który utrzymywał się już (nie licząc krótkotrwałych powstań kozackich Sulimy - 1635 r., Pawluka - 1637 r. i Ostranicy - 1638 r.), od ponad dekady. W całej Europie wówczas szalał złowrogi Mars, toczyły się krwawe wojny religijne od Skandynawii, po Niemcy, Niderlandy, Francję, Anglię, Szkocję, Irlandię, Hiszpanię, Włochy - wszędzie była wojna. Ale... nie w Rzeczpospolitej, cieszącej się niespotykanie długim wówczas okresem pokoju. Totalnie zniszczone długą, prawie trzydziestoletnią wojną były kraje niemieckie, w Anglii szalała rewolucja anty-monarchiczna (w rzeczywistości jednak był to konflikt protestantów liberałów, uosabianych w formie zwolenników klasycznego anglikanizmu, a protestanckimi radykałami, czyli purytanami. O co poszedł konflikt - prócz samego faktu zmniejszenia władzy monarchy? O to, czy katolików na Wyspach należy wyrżnąć od razu, czy też pozwolić im żyć, ale jako ludzi drugiej kategorii. Radykałowie, którzy gromadzili się w świątyniach i słuchali kazań pastorów - którzy przypominali im każdego razu iż katolicy są pomiotem diabła i że wszyscy skończą w piekle. Ci ludzie, mocno wierzący - a to byli naprawdę mocno wierzący ludzie, wracali do domów i widzieli wokół siebie swych sąsiadów, którzy byli katolikami. Tyle się o nich nasłuchali, a ci żyli sobie obok - oczywiście odprawiając swój kult potajemnie. I nic się nie działo? Bóg nie pokarał ich za ich diabelskie knowania i herezje. To znaczy że my, jako wykonawcy woli bożej, musimy wziąć sprawy we własne ręce i... odesłać ich do piekła, gdzie i tak trafią. I oto właśnie również toczył się spór i cała ta rewolucja angielska lat 40-tych XVII wieku. Z czasem jednak radykałowie zaczęli przegrywać, a do głosu ponownie doszli liberałowie, czyli anglikanie, którzy opowiadali się "tylko" za prawnym, politycznym i finansowym upokorzeniem katolików. W 1660 r. monarchia angielska została odnowiona, a ci, którzy chcieli kontynuować dzieło Cromwella, po prostu wsiedli na okręty i udali się do Nowego Świata, tam budować swoje wymarzone Państwo Boże. I tak, mniej więcej od 1620 r. migracja awanturniczo-kolonizatorska, w tym w dużej mierze katolicka do Ameryki, zastąpiona została migracją religijną radykalnych protestantów - pielgrzymów, którzy potem zbudowali Stany Zjednoczone Ameryki Północnej).

Tak więc w Europie Zachodniej praktycznie wszędzie wówczas, w latach 40-tych XVII wieku, toczyły się wojny (głównie religijne). A w Rzeczpospolitej panował niczym niezmącony spokój. W 1634 r. zwycięstwem zakończyła się ostatnia wojna z Moskwą. Po krwawej lekcji chocimskiej w 1621 r. (w czasie której zatrzymano pochód potężnej armii osmańskiej), sławnej na całą Europę, Turcy siedzieli cicho i nawet krótkotrwała wojna roku 1633/34 r. nic tu nie zmieniła (Tatarzy złupiwszy Podole, weszli do Mołdawii, a w ślad za nimi podążył hetman Stanisław Koniecpolski, który rozbił ich w bitwie pod Sasowym Rogiem uwalniając cały jasyr. Po tej bitwie Osmanowie planowali inwazję turecko-tatarsko-wołoską na Rzeczpospolitą, ale wybił im to z głowy znów Koniecpolski, znosząc 55 000 armię inwazyjną pod Paniowcami. Ale nie koniec było na tym, w kwietniu 1634 r. z nową inwazją gotował się sam sułtan Murad IV, pragnący wykorzystać fakt, iż Rzeczpospolita była wówczas zaangażowana w wojnę z Moskwą. Ale w Adrianopolu, gdzie przebywał, gromadząc armię, doszła go wieść o klęsce Rosji i kapitulacji armii moskiewskiej Michaiła Szeina pod Smoleńskiem. Sułtan zmienił więc plany i wysłał swego posła Szahina Agę do Warszawy, aby wynegocjować rozejm. Tam, podczas sejmu szlachta uchwaliła nowe podatki na wojnę z Turkami, a Koniecpolski ściągnął wojska ze wschodu nad Dniestr. Król Władysław był usatysfakcjonowany takim obrotem sprawy, bowiem pragnął wielkiej wojny z Osmanami, która zakończy się nie tylko zajęciem Konstantynopola, ale nawet... dojściem do granic Persji. Ale w październiku 1634 r. Murad IV zaproponował niezwykle dogodne warunki pokoju, co jak pisze Paweł Piasecki - biskup kamieniecki - król z ciężkim sercem musiał przystać na pokój, bowiem sułtan deklarował usunięcie Tatarów z Budziaku i trzymanie ich w ryzach, jeśli idzie o napady rabunkowe których dokonywali). Zaś w 1635 r. Szwedzi w rozejmie w Sztumskiej Wsi, oddali wszystkie dotąd kontrolowane przez nich porty w Prusach, oraz zaprzysięgli przestrzegać wolności religijnej (szczególnie odnośnie katolików) w Inflantach.

Był to niezwykle płodny okres, ludność dotąd wytrzebionych przez Tatarów regionów południowo-wschodnich, ponownie odżyła, rozwijała się gospodarka i przemysł. Co roku Wisłą do portu w Gdańsku (a dalej do portów Europy), płynęło zboże za trzy miliony talarów na 5 000 statków. Bito nowe drogi, stawiano mosty, ale przede wszystkim rosły nowe zamki i magnackie oraz szlacheckie rezydencje. Pod Iwaniskami Krzysztof Ossoliński (brat Jerzego, który w 1633 r. odbył ową sławną podróż poselską do Rzymu), wzniósł sobie niesamowity zamek, który nazwał Krzyżtopór (były w nim cztery wieże, dwanaście obszernych komnat i 365 okien). Stanisław Lubomirski - wojewoda krakowski, wzbogacony odkrytą kopalnią soli w Swierczy pod Wieliczką, stawiał sobie pałace w Wiśniczu, Łańcucie i Podolińcu, a poza tym ufundował dwadzieścia nowych kościołów. Pojawiło się mnóstwo nowych zamków, a stare rozbudowywano i upiększano (było ich tyle, że w zasadzie trudno zliczyć), rozkwitały też wielkie rezydencje pałacowe, jak Niepołomice, Kolbuszowa, Lewartów, Czemierniki, Międzyrzecz, Brok, Siemiatycze czy Kruszyna. Pięknie rozwijały się miasta (szczególnie w Małopolsce i Wielkopolsce, gdyż tam uciekali protestanci, prześladowani przez katolickiego cesarza ze Śląska i Czech). Radziwiłłowie do Miru (na Litwie) ściągnęli Włochów i stworzyli im tam "krainę włoską pośród Sarmacyi". Nowo wystawione zamki i pałace były upiększane w taki sposób, iż (jak piszą w swych relacjach Francuzi - hrabia d'Avaux i Laboureur czy Włoch Marescotti, szczególnie ten ostatni pisał tak: "Takiego przepychu, jaki panował u polskich panów nie widziano nigdzie. Cudzoziemiec sądził się przeniesionym we śnie do cudownych pałaców") budziły powszechny podziw i zazdrość. 


PORÓWNANIE POSIADŁOŚCI POLSKICH MAGNATÓW (PO LEWEJ) - WIŚNIOWIECKICH, ZASŁAWSKICH I MONASTERU PIECZERSKIEGO, ORAZ WŁOSKICH KSIĘSTW MEDIOLANU, PARMY I FERRARY



Szlachta też żyła jak we śnie, pomnażając bogactwo i zapełniając swe skrzynie srebrem, złotem, diamentami, sobolami, srebrnymi beczkami na wino o złotych obręczach, pachnące zdroje wodne, stawiane przy pałacach, niesamowite dzieła sztuki wykonane ze złota, srebra, kości słoniowej czy bursztynu (głównie przeznaczone na podarki dla odwiedzających szlachcica gości - gdyż w dawnej Polsce panował zwyczaj nie tyle przynoszenia prezentów do gospodarza, ale właśnie, bycia obdarowywanym przez niego, gdy przychodziło się na organizowane przyjęcie czy bal - stąd potem wzięło się powiedzenie: 'zastaw się a postaw się"). Z reguły (w miarę majętni szlachcice, bowiem byli i tacy, którzy żadnego majątku nie posiadali), zatrudniali do 200 służby (z reguły zaś służby w bogatych domach było ponad 500 a nawet więcej). Byli więc służący do posług domowych, do oporządzania stajni, do rozwożenia listów i co ciekawe, wszyscy ci, którzy służyli w domach majętnych szlachciców... sami też byli szlachcicami (tylko mniej zamożnymi). Szlachty w Rzeczpospolitej było z 10 % całego społeczeństwa, co było niezwykle dobrym wynikiem jeśli idzie o ludzi uczestniczących w życiu politycznym kraju (we Francji cała szlachta stanowiła zaledwie 1 % społeczeństwa, a w Wielkiej Brytanii jeszcze w XIX wieku szlachta i ludność posiadająca prawa wyborcze stanowiła ok. 4 % ludności kraju). A każdy szlachcic, choćby nie posiadał domu (czy nawet butów), ale miałby herb, mógł uczestniczyć w sejmikach lokalnych i sejmach krajowych, decydując tak o wyborze nowego króla, jak i o innych niezwykle istotnych dla kraju sprawach (potem zostało to doprowadzone do absurdu w taki sposób, że ci, którzy byli na usługach magnatów, głosowali tak, jak życzyli sobie tego ich patroni i ostatecznie w Konstytucji 3 Maja 1791 r. odebrano prawa wyborcze szlachcie gołocie - nie posiadającej żadnego majątku). W Rzeczpospolitej król był bowiem jedynie "Pierwszym wśród Równych" i nie mógł niekiedy nawet odebrać urzędu najbardziej krytykującego jego politykę magnata czy szlachcica, który występował w roli opozycjonisty do planów królewskich. Wszędzie indziej ktoś taki najpewniej położyłby głowę pod katowskim toporem, a w Rzeczpospolitej król nie mógł go nawet urzędu pozbawić. 

Króla można było też co prawda upominać, ale nie znaczy to, że król był nie szanowany. Był przede wszystkim rozdawcą dóbr i zaszczytów, dlatego wielu wolało nie wychylać się w zbytnich antykrólewskich głosach, licząc na jakąś intratną synekurę do objęcia, a poza tym król był Ojcem, a Ojczyzna-Rzeczpospolita Matką i tak jak w 1605 r. na Sejmie rzekł hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski: "W innych narodach pany swe kozikami kolą, a u nas z łaski Bożej nigdy nic takiego przeciw panu nie było zamyślone", zaś hetman wielki koronny Jan Zamojski (będący wówczas w opozycji do króla Zygmunta III - ojca Władysława IV), rzekł: "Miłujemy i Ojczyznę, i pany swe miłujemy" i tam gdzie na monarchów urządzają zamachy (jak choćby spisek prochowy Guya Fawkesa na króla Jakuba I w Anglii (1605 r.) czy zamach Francoisa Ravaillaca na króla Henryka IV we Francji (1610 r.), czy wreszcie egzekucja króla Anglii Karola I w 1649 r., w Rzeczypospolitej król był miłowany i szanowany (choć często krytykowany, a niekiedy nawet obrażany paszkwilami politycznymi). Oczywiście przesadzał Andrzej Łubieniecki, pisząc w 1616 r. w swej "Polon eutychia" o monarsze, że: "taką miłość ma u poddanych i tak im ufa, że głowę swoją na każdego łonie (może) położyć, a jednym uchyleniem czapki może 100 000 wojska w Polszcze i na Litwie zebrać". Wcale nie było ani tak łatwo, ani tak fajnie, szlachta piętrzyła przed królami na sejmach najrozmaitsze trudności (opiszę je właśnie na przykładzie planów wojennych Władysława IV przeciwko Osmańskiej Turcji) i często monarcha musiał się uciekać do podstępu, gdyż oficjalnie nie mógł niczego załatwić. Musiał zbudować własne stronnictwo (głównie rozdając urzędy i dobra), ale należy pamiętać że ci, którzy tych dóbr nie otrzymali, często czuli się pokrzywdzeni i... się obrażali. Natomiast bywało i tak, że ci, którzy dostali, chcieli też coś dla swych krewnych lub synów, a gdy tego nie otrzymali... też się obrażali. Tak więc pozycja króla w Rzeczypospolitej, pomimo wszystko była raczej dosyć trudna a nawet męcząca (np. Jan II Kazimierz, brat Władysława IV, panujący w latach 1648-1668, ostatecznie zrezygnował z tronu i wyjechał do Francji). 

Jeśli idzie o gospodarkę kraju, to również w tym czasie ona wprost rozkwitała. Szlachta pomnożyła sobie majątków na Ukrainie, Wołyniu, Podolu, a nawet na Zaporożu się rozsiadła. Zboże z tych folwarków było transportowane na zachód kraju (lub, jeśli było to zboże małopolskie, wielkopolskie czy mazowieckie to bezpośrednio do rzecznych portów zbożowych) i dalej płynęło Wisłą do portu w Gdańsku (głównie, ale były też porty zastępcze w Elblągu i Braniewie), a stamtąd na okrętach kupieckich już bezpośrednio do Europy Zachodniej (gdy polski poseł Paweł Działyński w 1597 r. zagroził holenderskim stanom wstrzymaniem dostaw polskiego zboża, jeśli nie zakończą oni wojny z Hiszpanią, w kraju wybuchł prawdziwy popłoch, gdyż realnie oznaczałoby to... klęskę głodu. Polska żywiła wówczas całą Europę i trzymała wszystkich za gardła... a raczej za brzuchy 😉). Poza tym silnie rozwinął się przemysł (głównie hutniczy i tekstylny) oraz kopalnie (soli, miedzi, ołowiu, srebra). Nie było lepszych i dostojniejszych czasów niż lata panowania królów Zygmunta III, a już szczególnie jego syna - Władysława IV (pomijając oczywiście lata rządów Kazimierza III Wielkiego, Władysława II Jagiełły i Kazimierza IV Jagiellończyka 🤔). Wspaniale rozwinęła się Warszawa (realnie stolica Polski od 1596 r. a oficjalnie od 1611 r. chociaż tak naprawdę do końca istnienia Wielkiej Rzeczpospolitej stolicą nadal pozostawał Kraków) i składała się teraz z kilku dzielnic: Starego Miasta, Nowego Miasta, Przedmieścia (ze wspaniale rozbudowaną ulicą Krakowskie Przedmieście, która już wówczas stała się reprezentacyjną ulicą Warszawy (stały tam prawie same pałace szlachty magnackiej, wraz z niesamowitym pałacem Kazanowskich, Koniecpolskich - który dziś pełni funkcję Pałacu Prezydenckiego, Radziejowskich, Denhofów, był tam też Pałac Prymasowski), oraz kilka kościołów (Bernardynów, Bernardynek, Karmelitów, Wizytek i Karmelitanek). Wspaniale rozwinęła się ulica Miodowa, przy której stanął szereg mniejszych dworów szlacheckich, oraz Pałac Biskupów Krakowskich i Kościół Pijarów. Arsenał powstał przy ulicy Długiej, zaś pałace Ossolińskich, Daniłowiczów i Dwór Gdański w innych częściach miasta. Zaś w 1643 r. naprzeciwko Zamku Królewskiego na Starym Mieście król Władysław IV ufundował pomnik na cześć swego ojca - była to stojąca po dziś dzień Kolumna Zygmunta III Wazy. W 1621 r. miasto zostało ogrodzone wałami zygmuntowskimi. Poza tym dołączono do miasta część prawobrzeżną, czyli Pragę, na której istniały już trzy kościoły. Całe miasto jednak zajmowało niewielki (w porównaniu z dzisiejszym) obszar miejski, tak gdzieś do Muranowa i Alei Jerozolimskich, a poza tym było znacznie mniejsze od Krakowa (Warszawa tak naprawdę w dużej mierze - poza Starym Miastem - posiadała wiele cech dużej wsi).




Szlachta żyła niczym wielcy, udzielni książęta, a każdy wyjazd jakiegoś wielkiego pana (choćby tylko na polowanie, lub w odwiedziny), był wyjątkowym wydarzeniem i obejmował ogromną liczbę ludzi stanowiących poczty nadworne i hajduków. Szczególnie wzajemne odwiedziny były bardzo dostojne, pokazowe i niezwykle majętne (gospodarz obdarowywał przybyłych gości podarkami i to nie były podarki błahe, z reguły złoto, srebro, wykwintne arcydzieła, lub chociażby... konie). Dostojność było widać w gestach, ubiorach a nawet w... uczesaniu (choć czesano i ubierano się inaczej niż na zachodzie Europy), a przyjęcia były tak ludne, że częstokroć kosztowały majątek (zresztą podczas uczty należało do tradycji aby po wypiciu napitku, gdy już nie chciało się więcej pić alkoholu, z szacunku dla gospodarza rozbić szkło o... własną głowę, lub ewentualnie o podłogę, dlatego też po zakończonej uczcie, straty w szklanych pucharach były dla gospodarza dość spore). Stoły przystrajano obrusami (często sprowadzanymi na zamówienie z zagranicy), na talerzach kładziono serwety (przed posiłkiem), oraz łyżkę (noże goście przynosili sobie sami). Przed posiłkiem służba obchodziła wszystkich z miednicą pełną wody i kubkiem do polewania, aby obmyć ręce, następnie przynoszono ręcznik do ich wytarcia.




Potem zaczynała się uczta, na stołach lądowały najróżniejsze dania mięsne (w tym kuropatwy, dziczyzna etc.), często i gęsto zaprawiane szafranem, sokiem wiśniowym, śliwkami lub miodem. Pojawiały się pasztety, galarety, kapusta, kluski, ryby pianki i marcepany. Na końcu podawano torty i baby. Ale najważniejszy był wypitek. Do obiadu zawsze podawano piwo (lub ewentualnie gorzałkę - a trzeba pamiętać że pierwszą wódkę - napitek zwany gorzałką - stworzyli Polacy, było to coś około 1412-1415 roku, zaś w czasach o których piszę, były już także wódki smakowe, którymi - jak głosiła PRL-owska propaganda - "panowie rozpijali chłopów, ale zdrowy trzon chłopstwa nie dawał się rozpijać" 😂), po posiłku, służba przynosiła wino. Zarówno podczas posiłku jak i po jego zakończeniu biesiadnicy kolejno wznosili toasty, najpierw za zdrowie gospodarza i jego rodziny a następnie poszczególnych gości. Do obiadu przygrywała kapela, ale tańce odbywały się dopiero po zakończeniu pierwszej części posiłku (czyli obiadu głównego). Gdy już się mocno ściemniło (a często już nad ranem), podchmieleni biesiadnicy wracali do swych domów, obdarowani prezentami przez gospodarza




Szlachta żyła jak w bajce (oczywiście nie wszyscy szlachcice opływali w takie dostatki, było wiele szlachty uboższej, zagrodowej i gołoty, którą nie stać było na takie kosztowne przyjęcia), a ponieważ pełną dekadę nie było wojny (nie licząc powstań kozackich i najazdów tatarskich), szlachta zaczęła się wzajemnie ze sobą spierać i kłócić. Prócz opisanych wyżej przyjęć i spotkań, wiele było wzajemnych zajazdów i napadów na sąsiednie zamki oraz pałace. Szlachta wzajemnie paliła sobie chutory, tylko po to aby pognębić sąsiada z którym weszło się w spór (często sądowy). I tak Ossolińscy nie znosili Kazanowskich (i vice versa), podobnie Wiśniowieccy i Gębiccy mieli zatargi ze sławnym magnackim rodem Ossolińskich, Wiśniowieccy zajeżdżali też Koniecpolskich i Kazanowskich, a ci Kalinowskich. Na Litwie zaś Radziwiłłowie bili się z Sapiehami, a na Pomorzu Działyńscy z Wejherami. Na sejmach i sejmikach często dochodziło do zwad i wówczas aby je rozstrzygnąć urządzano pojedynki (niekiedy kończyły się one śmiercią jednego z owych raptusów). Za dobrze było, wielki zbytek, wielkie bogactwo i wielka władza (do dziś przetrwało hasło z tamtych lat: "Pan na zagrodzie, równy wojewodzie", które odnosiło się do niepodzielnej władzy, jaką na swoich włościach sprawował dany szlachcic, iż nawet król nie mógł się w nie wtrącać), spowodowały że w serca wlała się gnuśność. Na sejmach radzono głównie o tym jak nie dopuścić do podejmowanych prób wzmocnienia władzy królewskiej, motywując to zamachem na "przywileje narodowe". Plany wojenne były torpedowane w zarodku, bo po co się pchać na wojnę, jak jest miło i przyjemnie - nikt nam nie zagraża, a jeśli by nawet tak było, to (jak motywowano) szlachta sama obroni swój kraj. Król miał związane ręce, bowiem panowie szlachta decydowali nawet o jego własnym skarbie (i przyznawali każdej nowej królowej-małżonce odrębną pensję). Naród decydował o wszystkim, król był jedynie wykonawcą (oraz rozdawcą dóbr) i pełnił rolę głowy państwa w kontaktach międzynarodowych - ale poza tym jego prerogatywy polityczne były niewielkie. 


"BYŁA DEMOKRACJA, WIĘC KAŻDY MÓGŁ PIĆ, 
ILE CHCIAŁ. 
O PODATKACH DECYDOWALI SOBIE SAMI, WIĘC ICH NIE PŁACILI. 
A W DODATKU MOGLI SOBIE WYBRAĆ KRÓLA NAJGORSZEGO Z MOŻLIWYCH"
🥳





PRZEJDŹMY JEDNAK DO WYDARZEŃ DZIEJĄCYCH SIĘ W RZECZPOSPOLITEJ W TYMŻE 1645 r.


CDN.

DROGA PRZEZ KORYTARZ - Cz. I

CZYLI PLAN ROZWIĄZANIA PROBLEMU DOSTĘPU NIEMIEC DO PRUS WSCHODNICH PRZEZ POLSKIE POMORZE




Jak doszło do sytuacji w wyniku której wybuchła II Wojna Światowa, która rozpoczęła się z pozoru błahego powodu odmowy polskiej strony budowy przez Niemcy eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej do Prus Wschodnich przez fragment polskiego Pomorza - czyli dostępu Polski do Bałtyku, naszego morskiego "okna na świat"? Oczywiście większość powodów przez które potem wybuchają wielkie wojny, to z reguły są błahostki, które łatwo można by było rozwiązać, gdyby po obu stronach były tylko dobre chęci. Jednak z tym projektem jest drobna różnica, bowiem projekt budowy eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez Pomorze do Prus Wschodnich i do Niemiec, nie był projektem niemieckim, a... polskim, który to potem Hitler odświeżył i dodając do nich kilka innych punktów jak podpisanie wzajemnego układu o nieagresji na 25 lat, budowy podobnej eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej z Polski do Gdyni - głównego portu morskiego II Rzeczpospolitej, oraz wejście Polski do paktu antykominternowskiego, wymierzonego w sowiecką Rosję - wszystko to razem wzięte nieco zmieniło ów pierwotny projekt i spowodowało, że w konsekwencji strona polska musiała go odrzucić, jako że realnie Polska zostałaby w nim sprowadzona do roli satelity Niemiec, a to w głowach ludzi którzy własną krwią i własnym czynem odbudowali niepodległą Polskę, było nie do pomyślenia. 

Hitler jednak parł do szybkiej wojny, zdając sobie doskonale sprawę że taka musi wybuchnąć albo w 1938, albo w 1939, a najpóźniej w 1940 r., ponieważ każdy kolejny rok powodowałby wzmocnienie potencjałów państw takich jak Polska, Francja czy Wielka Brytania i zwycięstwo niemieckie z każdym kolejnym rokiem byłoby coraz mniej prawdopodobne. Strona polska oczywiście również myślała o tym, jak możliwie najlepiej rozwiązać problem Prus Wschodnich które stanowiły swoistą niemiecką esklawę, otoczoną od południa granicą z Polską, od wschodu z Litwą, od zachodu z Wolnym Miastem Gdańskiem, a od północy z Morzem Bałtyckim. Powstawały więc różne projekty począwszy już od lat 20-tych, gdyż było oczywistym że nie uporządkowanie spraw Prus Wschodnich może w przyszłości doprowadzić do wybuchu wojny polsko-niemieckiej, która również przerodzić się może w wojnę europejską, a także i światową. Na tych projektach więc pragnę się teraz skupić.



I
OKNO NA ŚWIAT




Polska nigdy nie miała wielkich tradycji morskich. Wyjąwszy pewien okres wczesnego średniowiecza kiedy to sami Pomorzanie grasowali na Bałtyku i zapuszczali się nawet na ziemie Wikingów grabiąc je i paląc (notabene Wikingowie wyprawiali się zarówno na Zachód, jak i na Wschód. Pustoszyli ziemie Anglii, Francji, Niemiec, Hiszpanii i Italii, a także Rusi i zapuszczali się Dnieprem nawet na Morze Czarne i pod Konstantynopol, natomiast nie atakowali ziem pomorskich, które były najbliżej nich samych, ziem którymi władało plemię Pomorzan. Natomiast można znaleźć informacje że Wikingowie obawiali się Pomorzan i ataków z ich strony - kiedyś jeszcze bardziej ten temat rozwinę). Natomiast zjednoczone państwo polskie, a szczególnie Rzeczpospolita Obojga Narodów nie miała tradycji morskich. Królowie najczęściej wynajmowali lokalnych kaprów, którzy mieli patrolować wybrzeże lub w przypadku wojny blokować dane porty (czy to moskiewskie czy duńskie czy też szwedzkie). Największe zaś zwycięstwo polskie z czasów świetności dawnej Rzeczypospolitej, odniesione zostało w bitwie morskiej ze Szwedami pod Oliwą (na północ od Gdańska) 28 listopada 1627 r. Zatopiono wówczas jeden szwedzki okręt, a jeden wzięto do niewoli, pozostałe zaś okręty zmuszono do rozproszenia się. Okrętami polskimi dowodził w tej bitwie holenderski admirał Arend Dickmann, który od 1608 r. mieszkał w Gdańsku i po jakimś czasie się spolszczył, wstępując jednocześnie na służbę do tworzącego flotę króla Zygmunta III Wazy. Zginął on w tej bitwie trafiony pociskiem (kulą armatnią która obcięła mu nogi i wykrwawił się), ale bitwa została wygrana (podobnie jak Nelson pod Trafalgarem). 


OKRĘTY Z CZASÓW RZECZPOSPOLITEJ OBOJGA NARODÓW 
(GŁÓWNIE) z XVII WIEKU 
(w TYM RÓWNIEŻ z BITWY pod OLIWĄ w 1627 r.)
w MUZEUM MARYNARKI WOJENNEJ w GDYNI
(ZDJĘCIA ZROBIONE OSOBIŚCIE)


ŚWIĘTY JERZY 



SMOK



WODNIK



Ale Rzeczpospolita Obojga Narodów mimo to nie była krajem morskim. Był to kraj uskrzydlonych jeźdźców, którzy najlepiej czuli się pod siodłem, a nie na okrętach, a owi uskrzydleni jeźdźcy byli nie do pokonania i mówiło się, że jeśli do trzeciego szeregu piechoty nie uda się zatrzymać polskich husarzy, to należy już żegnać się z życiem, bowiem ucieczka też jest niemożliwa.




Mimo jednak tak nielicznych i bladych morskich tradycji Rzeczypospolitej, z chwilą odrodzenia Państwa Polskiego - 11 listopada 1918 r. (tego dnia rozpoczęto rozbrajanie wojsk niemieckich w Warszawie, a rządząca dotychczas z niemieckiego nadania Rada Regencyjna przekazała Komendantowi Legionów Polskich Józefowi Piłsudskiemu dowództwo nad tworzącą się Armią Polską) już wówczas Naczelnik Państwa Józef Piłsudski w 291 rocznicę bitwy pod Oliwą powołał do życia Marynarkę Wojenną Rzeczpospolitej Polski. Odradzająca się Polska nie miała jeszcze swoich granic, nie miała nawet dostępu do morza, a już miała swoją morską siłę zbrojną (przynajmniej oficjalnie, co też nie było bez znaczenia). 28 czerwca 1919 r. w wyniku postanowień Traktatu Wersalskiego (również dzięki działalności takich ludzi jak Ignacy Jan Paderewski i Roman Dmowski), Polska uzyskała skąpy dostęp do morza (długość granicy 70 km.). Bez Gdańska (który zawsze był częścią dawnej Rzeczypospolitej, nawet gdy doszło do pierwszego rozbioru Polski w 1772 r. to Gdańsk dalej pozostał przy Rzeczypospolitej i wcale nie chciał przyłączyć się do Prus) który to stał się teraz Wolnym Miastem Gdańskiem. Gdańsk był bez wątpienia największym portem tego regionu i utrata Gdańska spowodowała, że pas morski który otrzymała Polska, pozbawiony był jakiegokolwiek dużego portu morskiego (reszta osad była po prostu zwykłymi nadmorskimi wioskami, takimi jak: Gdynia, Oksywie, Władysławowo czy Hel). Z końcem stycznia 1920 r. 2 Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich wyruszył aby przejąć w polskie ręce przyznany w Traktacie Wersalskim obszar Pomorza (który potem zostanie nazwany - głównie przez stronę niemiecką- niezbyt poprawnym określeniem "Korytarz"). 10 lutego 1920 r. gen. Józef Haller (pod którego to rozkazami służył mój pradziadek, o czym wspominałem) dokonał w Pucku oficjalnych zaślubin Polski z Morzem, wrzucając w fale Bałtyku pierścień (niektórzy twierdzili, że był to pierścień, który w 1647 r. podczas swej wizyty w Gdańsku królowa Ludwika Maria Gonzaga - żona króla Władysława IV - ofiarowała jednemu z rajców gdańskich). Polska odzyskała tym samym dostęp do morza, ale wciąż pozbawiona była swojego własnego portu, swego okna na świat.

W roku 1920 (a był to przecież rok ogromnego zagrożenia istnienia dopiero co odrodzonego kraju, gdyż w czerwcu i lipcu ruszyła wielka ofensywa bolszewicka na Zachód pod wodzą Michaiła Tuchaczewskiego i Siemiona Budionnego. To właśnie z tego powodu Polska musiała odwołać swój udział w Igrzyskach Olimpijskich w Antwerpii, a miała to być pierwsza olimpiada, w której polscy sportowcy mogli uczestniczyć z Orłem Białym na piersi i pod biało-czerwoną flagą. Trzeba było na to poczekać kolejne cztery lata) w Warszawie powstało I Polskie Towarzystwo Kąpieli Morskich SA, które planowało budowę nowoczesnego kąpieliska bałtyckiego. W tym samym roku inżynier Tadeusz Wenda (oddelegowany przez admirała Kazimierza Porębskiego, szefa Departamentu Spraw Morskich przy Ministerstwie Spraw Wojskowych) wskazał Gdynię, jako najdogodniejsze i najlepsze miejsce pod budowę portu wojennego, rybackiego i handlowego. Z końcem 1920 r. rusza budowa drewnianego Tymczasowego Portu Wojennego i Schroniska dla Rybaków. Gdynia (czyli niemieckie Gdingen) składała się przed 1920 r. z kilkunastu chałup rybackich, jednej gospody i jednego murowanego domu, zamieszkiwanego przez księdza z lokalnej parafii. Adolf Nowaczyński (publicysta i dramatopisarz) odwiedził tę wioskę w 1911 r. i tak o niej pisał: "Cichszej miejscowości chyba nie było wówczas na całej kuli ziemskiej. Po zoppockiej Sodomie odkryta Arkadia pasterska i patriarchalna". Odnotował wówczas trzy ulice (Johanniskrugstrasse, Altdorfstrasse i Kurhausallee) "ani kościoła, ani apteki, poczta ze szkołą razem". Poza tym trzy sklepy, dwie karczmy (Grzegorzewskiego i Skwiercza), mały tartak i cegielenka. Nad brzegiem morza zaś (na terenie dzisiejszego skweru Kościuszki) stał Kurhaus z fortepianem w paradnej sali. Tamta Gdynia liczyła ok. 900 mieszkańców i Nowaczyński określił ją mianem "letniska dla Polaków".

W 1921 r. Gdynię zamieszkiwało już 1300 osób, ale tempo prac budowlanych Portu Tymczasowego wciąż było bardzo wolne. 23 września 1922 r. Sejm przyjął ustawę o budowie portu morskiego w Gdyni, a inżynier Wenda kreślił śmiały projekt nowoczesnych głębokich kanałów i szerokich basenów portowych (oczywiście kraj który dopiero co wyszedł z pożogi I Wojny Światowej, kraj wówczas bardzo biedny, zniszczony dodatkowo inwazją sowiecką, nie był w stanie wysupłać takich pieniędzy, jakie były potrzebne na realizację projektów Wendy). Mimo to prace się rozpoczęły, a port uroczyście został otwarty 29 kwietnia 1923 r. i na tę uroczystość przyjechał prezydent Polski Stanisław Wojciechowski, premier gen. Władysław Sikorski i ksiądz prymas kardynał Edmund Dalbor. Wojciechowski w swej przemowie stwierdził: "Trzeba, aby cały naród polski zrozumiał, jakie znaczenie ma wolny dostęp do morza, zagwarantowany pełnym posiadaniem jego wybrzeża. Tutaj winni zwrócić swój wzrok i prężność gospodarczą Mazurzy i Małopolanie, nazbyt w przeszłości zapatrzeni ku wschodnim rubieżom i czarnoziemom podolskim, bo tutaj jest gwarancja wolnego oddechu dla piersi całego narodu". Wciąż jednak przed rozwojem miasta i portu stał brak pieniędzy. Niemcy również dążyli do storpedowania projektu budowy Gdyni. W swej prasie nazywali Gdynię "polskim zatorem" i pokazywali Polaków jako świnie, które uczą się pływać w morzu. W 1925 r. wybuchła wojna handlowa polsko-niemiecka, a Niemcy liczyli, że polska gospodarka szybko się załamie i będą mogli odzyskać nie tylko Pomorze, ale również Śląsk i Wielkopolskę (czyli Poznańskie). Tak się jednak nie stało, gdyż na początku 1926 r. wybuchł strajk górników i dokerów angielskich, a przed polskim węglem stanęły otworem rynki skandynawskie. Miasto też powoli zaczynało się rozwijać.




W marcu 1925 r. w Gdyni była już elektryczność (ludzie powitali ją symbolicznym pogrzebem naftowych lamp - nieco przedwczesnym, bowiem stacje transformatorowe dostosowane były zaledwie do potrzeb 4000 mieszkańców, a ludność miasta rosła w zastraszającym tempie). Słomiane dachy rybackich chat sąsiadowały teraz z pierwszymi kamienicami. Powstała ulica 10 lutego i inne, które istnieją do dzisiaj. 10 lutego 1926 r. Gdynia otrzymała prawa miejskie, a pod koniec tego roku miasto miało już 12 000 mieszkańców. W opracowanym w maju 1926 r. planie miasta, przewidywano iż ostatecznie zamieszka tutaj 60 000 mieszkańców, szybko jednak plany te uległy zmianie i w kolejnej korekcie mowa była o 120 000. Ulice wzorowano na zabudowie berlińskiej. Z końcem 1926 r. otwarto do użytku na Oksywiu okazałą siedzibę dowództwa Floty Marynarki Wojennej (choć flota wojenna jaką wówczas Polska dysponowała, była mała i nieliczna). Rok 1926 to również rok otwarcia dworca kolejowego w Gdyni, gdyńskiego kina "Czarodziejka", ale przede wszystkim kontynuowana była budowa Portu Wojennego oraz magazynów przy Nabrzeżu Pilotów i mostu przeładunkowego na Nabrzeżu Szwedzkim. W 1927 r. powstało Polsko-Skandynawskie Towarzystwo Transportowe Polskarob (Gdynianie tłumaczyli nazwę firmy na "Polska rób!"), na jej czele stanął Napoleon Korzon. To on właśnie - wraz ze swym zastępcą Janem Hołowińskim - wiele ryzykując, doprowadzili do nabycia wielu nowoczesnych, a jednocześnie pionierskich urządzeń przeładunkowych. W niemieckiej firmie Demag w Duisburgu kupili w 1927 r. dwa 7-tonowe żurawie (okazało się to strzałem w dziesiątkę, choć początkowo obawiali się że przez to splajtują). W roku następnym dyrektor Demagu zaproponował im kupno - skonstruowanej przez siebie - wywrotnicy, której nie było jeszcze nigdzie w Europie, ani na świecie, Gdynia byłaby więc pierwszym takim portem. Korzon się wahał i stwierdził: "Ja się na tym nie znam (był specjalistą od kolejnictwa) i nie mogę ryzykować". Dyrektor Demagu przekonał jednak Hołowińskiego i ostatecznie kupili ową wywrotnicę i... to był kolejny strzał w dziesiątkę, bo nikt inny nie miał czegoś takiego i do Gdyni zjeżdżały wycieczki z całej Europy żeby podziwiać owe dzieło.

Eugeniusz Kwiatkowski (minister przemysłu i handlu w latach 1926-1930, a od 1935 r. minister skarbu i wicepremier) w 1932 r. w opublikowanych przez siebie "Dysproporcjach. Rzeczy o Polsce przeszłej i obecnej" napisał: "Każdy metr Wybrzeża, każdy nowy dźwig, każdy skład towarowy, każda nowa placówka handlowa w Gdyni, każde ulepszenie komunikacji, każdy nowy okręt, każda nowa fabryka na wybrzeżu, każdy nowy bank, każda nowa więź cementująca Gdynię z Pomorzem, a całe województwo pomorskie z resztą państwa, to wielka zdobycz, to poważny aktyw naszego dorobku państwowego. Tu koncentruje się jedyna, praktyczna, akademia kupiecka Polski, tu stoi otworem droga najpewniejsza i najkrótsza dla wyrównania wartości człowieka w Polsce z wartością człowieka w Europie, tu zbiega się granica współpracy z narodami całego świata, tu wreszcie harmonizują się automatycznie wszystkie różnice poglądów, wszystkie starcia myśli i programów całej Polski". Budowa i rozbudowa miasta oraz portu w Gdyni spowodowała, że kilka tysięcy (a być może kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt) Polaków zamiast szukać szczęścia za granicą (w hutach Westfalii czy za oceanem), wyruszyło do Gdyni, aby tam budować siłę morską odrodzonego Państwa Polskiego. Wielu też w Gdyni poznało to, czego nie mieli u siebie, w swoich miejscowościach. Na przykład przeniesiony w grudniu 1928 r. z Bydgoszczy do Gdyni Kazimierz Niemkiewicz (który został zastępcą naczelnika Urzędu Pocztowo-Telegraficznego) był oczarowany budynkiem, jak i rodzajem pracy. Budynek posiadał automatyczną centralę telefoniczną i elektryczną rozdzielnię listów, wydzielone było też miejsce na pocztę i na urząd telegrafów, a dla pracowników są mieszkania służbowe w nowoczesnych blokach.


LINIA ŻEGLUGOWA GDYNIA AMERYKA
TRANSATLANTYK "PIŁSUDSKI"



W roku 1928 miasto było już prawdziwą metropolią (oczywiście nie przesadzajmy, nadal posiadało wiele z elementów rybackiej wioski, ale było ich już coraz mniej). Powstały szkoły, boiska sportowe, korty tenisowe, kryte pływalnie, kina dźwiękowe. Powstał szpital sióstr miłosierdzia na 40 łóżek (przy Placu Kaszubskim), gotowy był Bank Gospodarstwa Krajowego przy 10 lutego i siedziba Żeglugi Polskiej przy ul. Jerzego Waszyngtona. Tak się rozwijało miasto - o którego rozwoju i budowie opowiedzieć należało, gdyż bez tego nie poznalibyśmy kontekstu, oraz tego, o co chodziło w owych planach budowy eksterytorialnej autostrady i drogi kolejowej z Niemiec przez polskie Pomorze do Prus Wschodnich i dlaczego owe "okno na świat" jakim była Gdynia i dostęp do Bałtyku było tak ważne dla państwa polskiego. Ale o tym wszystkim w kolejnej części.
 



CDN.

05 lipca 2025

I CO JA ROBIĘ TU...?

MOJA "DZIWNA" 
PAMIĘĆ Z PRZESZŁOŚCI





Ten wpis będzie nietypowy i zapewne inny niż wszystkie do tej pory. Być może niektóre osoby mogą po jego przeczytaniu poczuć się w jakiś sposób dotknięte, być może uznają mnie za szaleńca, głupca lub osobę która ma bardzo bujną wyobraźnię, trudno, to jednak nie ma żadnego znaczenia. Relacje które przytaczam są moje, tylko moje. Dzielę się nimi tylko dlatego, aby móc w jakiś uporządkowany sposób opisać tematy które zamierzam tutaj również zaprezentować. W każdym razie relacje te dotyczą tylko i wyłącznie mojej osoby i powiem więcej, są one już odległą przeszłością do której ja nie wracam, bo nie ma to większego sensu (niestety jednak muszą wyjaśnić parę rzeczy i dlatego pojawił się ten wpis). W każdym razie ci, którzy poczują się w jakiś sposób dotknięci (z różnych powodów), mogą nie czytać tego, co tutaj napisane. Dziękuję.






Wszystko zaczęło się gdy miałem trzy lub cztery lata. Wówczas to, co noc miałem ten sam sen, który dla tak małego dziecka jakim wówczas byłem, był koszmarny, wręcz przerażający. Śniło mi się bowiem że znajduję się w środku dużego, ciemnego lasu, jest noc a ja biegnę przez ten las - uciekam przed kimś, lub przed czymś. Gdy odwróciłem głowę zobaczyłem trzy ścigające mnie... czarownice. Biegły za mną, a ja już ze zmęczenia nie miałem sił by dalej uciekać. Nagle potknąłem się o korzeń drzewa (lub kamień - nie pamiętam dokładnie) i upadłem na ziemię. Gdy już, już miały mnie dopaść - budziłem się. Zawsze budziłem się w tym samym momencie, w chwili gdy już były przy mnie. Ten sen trwał dosyć długo, z kilka tygodni, noc w noc, a ja wiedząc że "to" znów powróci, bałem się zasypiać. Pamiętam że płakałem gdy moi rodzice odprowadzali mnie do łóżka, nie chciałem zasypiać, bojąc się że znów mi się to przyśni. I tak było, "to" wracało co noc. I choć mama uspokajała mnie mówiąc że to tylko sen, że nic złego mnie nie spotka, ja jej nie wierzyłem. Często leżałem w łóżku do rana przy zapalonym świetle, bojąc się zamknąć oczy i zasnąć. Z czasem jednak to minęło (po kilku tygodniach) i już nigdy nie wróciło, a ja szybko o tym zapomniałem.

Kolejne "dziwne" wizje pojawiły się gdy miałem ok. 10-12 lat. Jednak te "obrazy" były już zupełnie inne, łagodne, miłe i ciekawe. Widziałem w nich kilkuletniego chłopca raz w towarzystwie mężczyzny i kobiety, raz jedynie w obecności mężczyzny, innym znów razem w towarzystwie samej kobiety. Widziałem również owego chłopca siedzącego nad brzegiem rzeki, siedział pod drzewem i odpoczywał. Pamiętam dokładnie twarze mężczyzny (kobiety mniej - prawie wcale). Mężczyzna miał ciemną, krótko przystrzyżoną brodę, kobieta była w średnim wieku. Pamiętam też że dochodziło do konfliktów między owym chłopcem, a mężczyzną. Zawsze później pojawiał się obraz chłopca nad brzegiem rzeki. Przekazy te były tak dziwne i niezrozumiałe wówczas przeze mnie, że moich rodziców wprawiałem w stan pewnego zakłopotania gdy opowiadałem o tym w obecności ich znajomych. Ja zaś nie wiedziałem dlaczego to "coś" spotkało mnie i co "to" właściwie jest. Następnie to też ustało. Potem były studia i praca, gdzie już zupełnie nic nie powracało, a ja o większości z tych dziwnych wizji po prostu zapomniałem.

"Przebudzenie" przyszło jakieś dwadzieścia lat temu. Wówczas wszystko zaczęło układać się w spójną całość. Poszczególne, chaotyczne i zupełnie przypadkowe obrazy zaczęły się "porządkować" i układać w logiczny ciąg. Dzięki temu przypomniałem sobie... moje poprzednie wcielenie. Wiem że brzmi to dziwnie, nieprawdopodobnie albo głupio, kto chce może tutaj dołożyć coś od siebie, ale jak wspomniałem wyżej - to jest moje prywatne doświadczenie i tyle. W każdym razie wiem kim byłem w poprzednim życiu, gdzie mieszkałem, co lubiłem a czego nie, kiedy mniej więcej żyłem (nie pamiętam jednak dokładnego roku, ani swego imienia, ani nazwy miejscowości w której żyłem - zresztą obecnie nie ma to już żadnego znaczenia). Wreszcie to, co "pamiętam" najdokładniej, to własną śmierć w poprzednim życiu. Ale od początku.


Urodziłem się w rodzinie chłopa i żyłem w jakiejś wiosce. Ów mężczyzna opisany wyżej to właśnie był mój ojciec z poprzedniego życia. Pamiętam że nienawidziłem pracy na roli, ani wszystkiego co wiąże się z wykonywaniem obowiązków chłopa. Często dochodziło na tym tle do kłótni z moim "ojcem". Wówczas uciekałem do swojej samotni - nad brzeg rzeki, gdzie godzinami rozmyślałem. Bardzo to lubiłem, ale nie podobało się to mojej rodzinie (głównie ojcu). Moje życie nie było zbyt obfitujące w doświadczenia. Pamiętam szczególnie dokładnie moment własnej śmierci.

Zginąłem jako kilkunastoletni chłopak. A jak do tego doszło? Pamiętam że zbudził mnie tętent końskich kopyt i krzyki ludzi. Gdy wyszedłem przed dom (a raczej chłopską chatę?), zobaczyłem żołnierzy na koniach, trzymających w rękach płonące pochodnie - podpalali wioskę i mordowali mieszkańców. Pamiętam wyraźnie, bardzo wyraźnie owe płonące pochodnie. Pamiętam też, że wówczas po raz ostatni spojrzałem na moich rodziców (myślę że to wówczas właśnie dokładnie ich zapamiętałem, szczególnie ojca). Następnie ruszyłem w stronę ciemnego lasu. Kilku żołnierzy (chyba trzech), pobiegło za mną. Uciekałem, choć już brakowało mi sił, aż wreszcie potknąłem się o coś i upadłem. Wówczas mnie dopadli i przebili jakimś sztyletem. Tak zakończyłem swoje poprzednie wcielenie. 


Potem zrozumiałem że to, co przyśniło mi się w dzieciństwie, było jedynie pamięcią retrospektywną mojej ostatniej śmierci. Wszystko przypominało mi się więc od "końca".



Dodam jeszcze, że wszystko to o czym  napisałem, przypomniało mi się dopiero, gdy skończyłem 25 rok życia. Sześć dni po moich urodzinach, mój ojciec, na moich oczach zginął tragiczną śmiercią zgnieciony przez dwa autobusy. Pamiętam to dokładnie, ostatnie chwile jego agonii, i to że szybko do mnie dotarło że już nie mam ojca. Sprawcą tej śmierci był kierowca autobusu który zmieniał się wówczas z innym kierowcą, swym zmiennikiem i nie zaciągnąwszy hamulca ręcznego, na stwierdzenie tamtego żeby wcisnął hamulec, pomyliły mu się pedały i zamiast hamulca wcisnął... gaz. Widziałem to na własne oczy, bo to był kierowca z firmy, której jednym z właścicieli był właśnie mój ojciec. Pamiętam że tylko stwierdziłem wówczas, gdy zobaczyłem krew na szybie: "Paweł, zabiłeś mi ojca!" Wiem tylko też że podszedłem do ojca który już kanał, i powiedziałem mu  ostatnie słowa: "Kocham cię, wkrótce się spotkamy!".

Pamiętam że przez cały miesiąc po pogrzebie nie byłem w stanie do siebie dojść. Dzień w dzień chodziłem na cmentarz bez względu na porę dnia (zdarzało się nawet w nocy, gdy nie mogłem wcześniej 🥴). Pamiętam że zadawałem sobie pytanie dlaczego to nie ja wówczas zginąłem i nie mogłem uzyskać satysfakcjonującej odpowiedzi. Nie wiedziałem też co mam ze sobą zrobić, gdyż moje relacje z ojcem były bardzo dobre. Nawet z mamą nie miałem tak dobrych relacji jak z ojcem. Byłem więc psychicznie totalnie zniszczony, wręcz zdruzgotany. I nagle stało się coś bardzo dziwnego, zupełnie niewytłumaczalnego. W mojej głowie (całkowicie niezależnie ode mnie), pojawiła się myśl, która brzmiała następująco "Spokojnie, nic się nie stało!" To było tak głupie, tak niedorzeczne w tamtym czasie, że nie potrafiłem pogodzić się z tą myślą, mówiąc sobie: "jak nic się nie stało, skoro się stało". Ale ta myśl non stop powracała i to do tego stopnia, że całkowicie nade mną zatriumfowała, dając mi totalny spokój, opanowanie i wyciszenie. Przestałem myśleć dlaczego to on zginął a nie ja, przestałem snuć różne dziwne teorie, po prostu spokój, totalny relaks (choć brzmi to dosyć dziwnie, biorąc pod uwagę sytuację). Dziś już wiem że "sprawcą" tej myśli, jaka wówczas pojawiła się w mojej głowie, był właśnie... ojciec. Wiem! Swoją drogą to też jest przerażająca siła, siła naszego umysłu przytoczę mały przykład, w chwili gdy zginął mój ojciec zgnieciony przez dwa autobusy (jeden uderzył w drugi, a ojciec stał między nimi - ogólnie rzecz biorąc straszna śmierć) w naszym domu, w pokoju taty ze ściany spadł zegar i rozbił się na drobne kawałki.

To właśnie po śmierci taty te wszystkie wizje z mojego dzieciństwa, dawno przeze mnie zapomniane sny (których nikt normalny nie pamiętałby, bo każdy człowiek stara się usuwać z pamięci wszelkie negatywne wspomnienia, a tym bardziej negatywne sny - po co bowiem rozprawiać nad koszmarem, który śnił się gdy miałeś 4 lata?) zaczęły się ponownie porządkować. To właśnie wówczas przypomniałem sobie o nich i przypomniałem sobie o swoim poprzednim wcieleniu. Proszę wszakże aby każdy, kto to przeczytał zdawał sobie sprawę, że to jest tylko i wyłącznie moje doświadczenie. Pozwolono mi przypomnieć sobie tamto wcielenie z jakiegoś względu, zapewne było to dla mnie korzystne w tym życiu i tak to właśnie interpretuję. To tyle.


ZAPOMNIANE SPOTKANIE - SUPERTAJNY PREZENT

KRÓL SERC I OSTATNI BÓG WOJNY





Pod koniec sierpnia 1932 r., na osobiste polecenie prezydenta Stanów Zjednoczonych - Herberta Hoovera, w podróż do Polski (na czele amerykańskiej delegacji wojskowej), wybrał się statkiem przez Atlantyk, szef sztabu armii amerykańskiej - gen. Douglas MacArthur. 10 września spotkał się on w warszawskim Belwederze z Marszałkiem Polski - Józefem Piłsudskim (którego osobiście MacArthur podziwiał najbardziej ze wszystkich ówczesnych europejskich polityków, nazywając: "Największym wodzem w historii świata od czasów Napoleona").






Był to okres szczególnego wzmożenia napięć w stosunkach polsko-niemieckich. Wizyta MacArthura była po części związana z omówieniem planów ewentualnej wojny prewencyjnej przeciwko Niemcom, oraz (ewentualnej) wojny ze Związkiem Sowieckim. Dlaczego jednak taki tryb? Czemu rozmowy dotyczyły gotowych już polskich planów wojny prewencyjnej z Niemcami (które Marszałek Piłsudski pokazał Amerykanom), a także ewentualnej wojny ze Związkiem Sowieckim? Co ma piernik do wiatraka, można by było zapytać? Ano, bardzo wiele. Mianowicie 16 kwietnia 1922 r. we włoskiej miejscowości Rapallo, zostaje zawarty niemiecko-sowiecki traktat sojuszniczy. Zawarto tam również tajną klauzulę, która umożliwiała podjęcie współpracy wojskowej pomiędzy tymi krajami (o czym świat dowiedział się dopiero w 1927 r. z francuskiej prasy dzięki ... polskiemu wywiadowi, który w międzywojennej Europie był jednym z najlepszych na świecie -  np. japońscy specjaliści od kryptologii i wywiadu wojskowego szkolili się tylko w ... Polsce, podobnie postępowali Łotysze i Finowie. A było to jeszcze przed powstaniem "Laboratorium" - supertajnej placówki wywiadowczej powstałej z polecenia Marszałka Piłsudskiego w 1934 r., której zadaniem było analizowanie najbardziej na daną chwilę ewentualnego zagrożenia, tak ze strony Niemiec lub ZSRS. To właśnie agenci wysłani w ramach programu "Laboratorium", stworzyli podczas II Wojny Światowej tzw.: "antynazistowski ruch oporu" w ... samych Niemczech - pod nazwą "Akcja N". Do dzisiaj niemieccy historycy pokazują ulotki i broszury wysyłane na front wschodni w ramach "Akcji N", twierdząc że w Niemczech w czasie wojny istniał szeroki front antyhitlerowski 🤭 tylko cały ten front tworzyli Polacy którzy mieszkali w Niemczech, mówili po niemiecku {często lepiej niż lokalni Niemcy, bo znali kilka dialektów i byli wrośnięci w lokalną społeczność}, tylko że to byli członkowie polskiego ruchu oporu).

24 lipca 1922 r. kanclerz Niemiec, lewicowy polityk Joseph Wirth powiedział wprost do ambasadora Niemiec w Związku Sowieckim: "Polskę trzeba załatwić!". Następnie we wrześniu tego roku szef sztabu armii niemieckiej, gen. Hans von Seeckt powiedział: "Egzystencja Polski jest nie do zniesienia i nie do pogodzenia z żywotnymi interesami Niemiec. Polska musi zniknąć i zniknie wskutek własnej słabości i za przyczyną Rosji - z pomocą Niemiec". Zaś w kilka miesięcy później znów kanclerz Wirth mówił o potrzebie wspólnego (wraz z Rosją Sowiecką), "zdruzgotania Polski", oraz "przywrócenia wspólnej, sąsiedzkiej granicy z 1914 r.". No i współpraca niemiecko-sowiecka ruszyła pełną parą. Początkowo co prawda (w wielkiej tajemnicy przed światem, jako że postanowienia Traktatu Wersalskiego, zakazywały Niemcom rozbudowywania i unowocześniania sił zbrojnych), rozpoczęła się współpraca pilotów i specjalistów od czołgów i broni pancernej. Potem (po roku 1926), zaczęły w Związku Soweckim powstawać niemieckie fabryki zbrojeniowe, produkujące czołgi, samoloty i amunicję.

Pierwsze przesłanki co do tajnej wojskowej współpracy Niemiec i Związku Sowieckiego, pojawiły się już w połowie stycznia 1923 r. a stało się to ... przez nadgorliwość. Mianowicie, gdy 11 stycznia wojska francuskie i belgijskie zajęły Zagłębie Saary. (Francuzi starali się tym krokiem wymusić na Niemcach spłatę zasądzonych reparacji wojennych, czego ówczesna Republika Weimarska nie była w stanie spełnić, ze względu na szalejącą w kraju inflację i katastrofę finansową - notabene, ciekawostką jest, że nawet już po reformie monetarnej w Niemczech z listopada 1923 r, i wprowadzenia do obiegu Rentenmarki, jeszcze w 1924 i 1925 r. we wschodnich prowincjach ówczesnych Niemiec, wolano płacić ... polską złotówką - wprowadzoną w 1 kwietnia 1924 r., niż niemiecką walutą, uważając tę drugą za ... "żydowskie konfetti z Berlina" - jak mawiali niemieccy chłopi, chcąc by za ich towary płacono im w polskich złotówkach). Francja szybko znalazła się w politycznej izolacji, gdyż wkroczenie do Zagłębia nie spodobało się ani Brytyjczykom, ani też Amerykanom. Francuzi (częściowo próbując wyjść z matni), postanowili zwrócić się o wsparcie do Warszawy. W tym celu przybył do Polski w maju tego roku (1923) Marszałek Francji - Ferdynand Foch (witany entuzjastycznie przez tłumy Warszawiaków). Po tej wizycie jednak Niemcy natychmiast podniosły larum, że oto Polska (w porozumieniu z Francją), planuje zajęcie Prus Wschodnich. I w tym momencie wkroczył rząd sowiecki, wysyłając do Warszawy notę, iż w razie wojny z Niemcami, Rosja Sowiecka nie pozostanie neutralna.

Już wówczas można było nabrać podejrzeń, co do współpracy tych dwóch państw. Jednak do połowy 1924 r. wciąż nie było co do tego pewności. Dopiero wówczas polski wywiad wpadł na trop, ułatwiający rozwiązanie całej sprawy. Mianowicie, o wojskowej współpracy niemiecko-sowieckiej dowiedziano się w sposób banalny (i w dużej mierze przez zaniedbanie wywiadu niemieckiego), a mianowicie wystarczyło ... czytać niemieckie gazety. Oczywiście w gazetach tych próżno było znaleźć choć słówko o rozwoju niemieckiej broni pancernej i szkoleniach pilotów w Związku Sowieckim, ale nie chodziło wcale o dział informacyjny, a o ... rubrykę z nekrologami. Znalazły się tam bowiem informacje o zgonach niemieckich pilotów, którzy zginęli testując nowe maszyny. Tylko że zdziwienie budziło miejsce zgonu - Serpuchów, Twer, Perm, Moskwa, Smoleńsk, Witebsk. Jak to, niemieccy piloci latają do Sowietów? - zadawano sobie pytanie i wszystko zaczęło się układać w sensowną całość. Jeszcze w tym samym (1924) roku, polski wywiad (poprzez agentów ulokowanych w Niemczech), zdobył plany negocjacyjne niemieckiej fabryki produkującej samoloty Junkers, która zamierzała otworzyć swą fabrykę w Rosji. Zaś w kwietniu 1925 r. polski wywiad zdobył dokumenty umowy niemiecko-sowieckiej o rozpoczęciu szkoleń pilotów w kompleksie Lipeck (był tam podpisy dowódcy sowieckiej floty - Piotra Baranowa i niemieckiego generała Hermanna von den Lieth-Thomsena - szefa niemieckiej komórki "Moskwa").

Potem doszły jeszcze informacje o kontrakcie Kruppa na skonstruowanie i budowę pierwszych dwóch sztuk ciężkich czołgów, zwanych "traktorami" - marzec 1927 r. (notabene, gdy cała sprawa została nagłośniona w prasie francuskiej oraz brytyjskiej i świat cały dowiedział się o współpracy Niemiec i Sowietów, ci pierwsi, nie mogąc już mówić że "to polska prowokacja", jak czynili dotąd, teraz zaczęli tłumaczyć, że owszem, podjęli współpracę z Rosjanami, ale w tych fabrykach produkują właśnie ... traktory). Wcześniej polski wywiad rozpracował tzw.: "Grupę Fiebiga" (od nazwiska niemieckiego rotmistrza - Martina Fiebiga, który był obserwatorem i doradcą pilotów w moskiewskiej Akademii Lotniczej, oraz członkiem Naukowo-Technicznego Komitetu ZSRS. Dodatkowo był też strasznym raptusem i jako jedyny z całej grupy często wzniecał konflikty z Rosjanami - dotyczące głównie spraw socjalnych i kwestii zakwaterowania). W czerwcu zdobyto informacje o niemieckim "Planie A" ("Der Aufmarschplan" - "Plan Rozmieszczenia"), który obejmował utworzenie (na początek), 21 dywizji, wchodzących w skład odtworzonej armii lądowej. Potem doszły jeszcze informacje o sowieckiej Flocie Bałtyckiej (i jej unowocześnianiu przez niemieckich specjalistów), oraz o wymianie sowieckich aparatów łączności (starych 10-watówek Kowalenkowa), na nowe, niemieckie, produkowane przez firmę Telefunken.

Ale wracając do wizyty "Ostatniego Boga Wojny" w Polsce, należy dodać, iż Amerykanie otrzymali od Marszałka Piłsudskiego niezwykły prezent. Były nim supertajne kody armii sowieckiej: "Rewolucja" i "Fiałka", rozpracowane przez polskich kryptologów (o czym Sowieci nie wiedzieli i używali ich aż do ... ... ... 1954 r., a z czego potem korzystał wywiad amerykański, czytając sowieckie depesze wojskowe). Był to niesamowity podarek (zważywszy, że Amerykanie nie mogli się odwzajemnić niczym podobnym), który w dużej mierze pomógł Amerykanom w zwycięstwie "Zimnej Wojny" (szczególnie w jej pierwszym okresie). Mało tego, MacArthur i reszta amerykańskiej delegacji (major Wiliam Colbern, kapitan George Davies i charge d'affairs ambasady USA Sheldon L. Crosby), otrzymali również pierwsze kody rozpracowanej niemieckiej maszyny szyfrującej - "Enigma" (o czym też Niemcy nie mieli pojęcia i używali kodów Enigmy przez całą wojnę). To właśnie ten "podarek", oraz późniejsze (które polski wywiad w sierpniu 1939 r. przekazał Brytyjczykom), doprowadziły (w ogromnej mierze), do zwycięstwa Aliantów nad III Rzeszą Niemiecką w II Wojnie Światowej.


MARIAN REJEWSKI



ALAN TURING



Od razu tutaj dodam że zarówno Brytyjczycy jak i Amerykanie do dzisiaj uważają że kod enigmy złamał genialny brytyjski kryptolog Alan Turing (powstał chyba nawet o nim film w Hollywood) i teraz pytanie brzmi: czy to prawda czy nieprawda? Nie ma jednoznacznie brzmiącej odpowiedzi, gdyż Turing zarówno złamał jak i nie złamał kody enigmy (paradoks prawda. Tak samo jak paradoksem można nazwać fakt, iż nasze życie od początku do końca jest zapisane i że wypełniamy tylko scenariusz spisany przed naszymi narodzinami, a jednocześnie mówimy że każdy człowiek ma Wolną Wolę i może postępować jak chce. Teoretycznie te rzeczy się wykluczają i albo jedna jest prawdziwa, albo druga. Nic bardziej mylnego, gdyż obie są prawdziwe i wcale się nie wykluczają, ale nie czas teraz na zgłębianie tajemnic duchowości). Oczywiście że po raz pierwszy kody enigmy złamali genialni polscy kryptolodzy Marian Rejewski, Henryk Zygalski i Jerzy Różycki z Biura Szyfrów Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Miało to miejsce w grudniu 1932 r. (Jeszcze przed objęciem fotela kanclerza przez Adolfa Hitlera w Niemczech). Głównie Marian Rejewski jest tutaj kluczowym bohaterem, dzięki któremu polski wywiad jako jedyny w międzywojennym świecie czytał kody supertajnej niemieckiej maszyny szyfrującej, używanej przez Wehrmacht przez cały okres II Wojny Światowej (Niemcy byli bowiem pewni że kodów Enigmy nie da się złamać, zresztą wprowadzane co jakiś czas innowacje potwierdzały te teorie). Tak więc czytaliśmy niemieckie depesze wojskowe przez kolejne lata 1933, 1934, 1935, 1936, 1937, 1938 i... niestety w roku 1939 liczba złamanych kodów znacznie spadła, ponieważ Niemcy wprowadzili kolejne udoskonalenia, a potem wybuchła wojna. Tak więc deszyfranci z Bletchey Park musieli zaczynać w dużej mierze od nowa, chociaż przekazane przez polski wywiad Brytyjczykom w sierpniu 1939 r. rozszyfrowane kody Enigmy, znacznie ułatwiły potem Turingowi pracę.


gen. DOUGLAS MACARTHUR 
"OSTATNI BÓG WOJNY"
POGROMCA JAPOŃCZYKÓW 
I PÓŁNOCNYCH KOREAŃCZYKÓW

Desant pod Inczhon z 15 września 1950 r. w którym MacArthur kompleksowo skopał zady komunistom Kim-Ir Sena, jednocześnie całkowicie odmieniając losy przegranej już przez Amerykanów i północnych Koreańczyków - wojny koreańskiej, był po prostu ... odwzorowaniem Bitwy Warszawskiej z 15-16 sierpnia 1920 r. i planu kontruderzenia Marszałka Piłsudskiego znad Wieprza, który tym jednym posunięciem odmienił losy wojny polsko-bolszewickiej. Douglas MacArthur brał po prostu przykład ze swego największego militarnego mentora, za którego uważał właśnie Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego



Ale wróćmy do tematu. Ponieważ Amerykanie nie ofiarowali nam niczego podobnego, gen. Douglas Macarthur, w latach następnych, podczas swych wykładów na akademii wojskowej w West Point (notabene mury akademii wojskowej w West Point opracował Tadeusz Kościuszko, twórca umocnień pod Saratogą z 1777 r. których Brytyjczycy nie byli w stanie pokonać - taka ciekawostka), wielokrotnie podkreślał geniusz Marszałka Piłsudskiego i Jego taktykę w walce z bolszewikami, która doprowadziła do zwycięstwa pod Warszawą (oraz w Bitwie nad Niemnem) w 1920 r. Gen. Macarthur zwracał też wielokrotnie uwagę, że Marszałek Józef Piłsudski, "jak nikt inny na świecie, rozumiał, jakim zagrożeniem dla ludzkości jest komunizm sowiecki". 

Tak, Marszałek rozumiał nie tylko zagrożenie ze strony Rosji Sowieckiej, ale także widział je ze strony rodzącego się w Niemczech nazizmu i w działaniach Hitlera, czego dowiódł podczas rozmowy ministrem Szembekiem, obserwując wyświetlaną uroczystość partaitagu Hitlera w Monachium w 1933 r. zapytał wówczas: "Jak pan sądzi, czy ten człowiek zdoła się utrzymać?", Szembek odpowiedział: "Obawiam się że tak", na co Marszałek: "W takim razie będziemy musieli coś zaimprowizować" - ale o tym już w innym temacie.



 

UMIESZ LICZYĆ, LICZ NA SIEBIE - Cz. III

CZYLI O TYM, JAK POMAGALI NAM W WALCE Z BOLSZEWICKIM NAJAZDEM ZACHODNI SOJUSZNICY W ROKU 1920






"OJCZYZNA MOJA TO PRAOJCÓW SŁAWA, SZCZERBIEC CHROBREGO, CECORSKA BUŁAWA. TO DUCH RYCERSKI, SZLACHETNY A MĘSKI - TO NASZE WIELKIE ZWYCIĘSTWA I KLĘSKI!"



Nim rozpoczęły się polsko-ukraińskie walki o Lwów i Galicję Wschodnią, na fali Rewolucji Lutowej w Rosji i stworzeniu w Piotrogrodzie Rządu Tymczasowego 15 (2 - data według kalendarza juliańskiego, obowiązującego jeszcze wówczas w Rosji, który był opóźniony w stosunku do kalendarza gregoriańskiego o jakieś 13 dni w wieku XX) marca 1917 r. (najpierw na jego czele stanął Gieorgi Lwow, a potem od 20 (7) lipca 1917 r. Aleksander Kiereński), już 17 (4) marca 1917 r. w Kijowie powstała ukraińska Centralna Rada, stawiająca sobie za cel reprezentowanie narodowych interesów Ukraińców. Zwołała ona w dniach 17-21 kwietnia (odtąd daty przytaczam tylko w kalendarzu gregoriańskim) do Kijowa I Ukraiński Zjazd Narodowy, w którym uczestniczyło przeszło 1000 delegatów reprezentujących różne ukraińskie ugrupowania polityczne, zawodowe i kulturalne. Żądano na nim wyznaczenia granic Ukrainy "zgodnie z wolą ludu" oraz udziału przedstawicielstwa ukraińskiego w przyszłej konferencji pokojowej. Na tym zjeździe wyłoniono tzw. Małą Radę składającą się z prezydenta (Hruszewski), dwóch wiceprezydentów, sekretarzy Rady, oraz po dwóch reprezentantów każdej z ukraińskich partii politycznych. W kolejnych tygodniach maja i czerwca 1917 r. zwoływano inne zjazdy: Wojskowy i Chłopski. Szybko też doszło do konfliktu pomiędzy Centralną Radą a rosyjskim Rządem Tymczasowym, który widział w poczynaniach Ukraińców świadomą akcję zmierzającą do rozbicia Rosji. Coraz więcej głosów na Ukrainie nawoływało do ogłoszenia autonomii i zaprzestania konsultacji z Rządem Tymczasowym (były też głosy jawnie nawołujące do niepodległości). Wiedząc że konflikt jest nieunikniony, Centralna Rada poczęła organizować własne siły zbrojne i jeszcze w kwietniu 1917 r. w miejscowości Zwienihorodka (w guberni kijowskiej) zaczęto formować ochotniczą formację Wolnych Kozaków (w październiku 1917 r. liczyli oni już 60 000 żołnierzy). Atamanem tej formacji został gen. Paweł Skoropadski.

23 czerwca 1917 r. Centralna Rada ogłosiła I Uniwersał w którym proklamowała autonomię Ukrainy i tworzyła rząd autonomiczny - Sekretariat Generalny (od 28 czerwca - a jego czele stanął niejaki Wynnyczenko). Jednak konflikt Centralnej Rady z Rządem Tymczasowym został zażegnany już 13 lipca, gdy zawarto ugodę z Kiereńskim, wymierzoną głównie przeciwko bolszewikom działającym na Ukrainie. Kwestia autonomii Ukrainy miała zostać odłożona do czasu zwołania Ogólnorosyjskiego Zgromadzenia Ustawodawczego, choć Centralna Rada stała się przedstawicielką Rządu Tymczasowego w pięciu guberniach (kijowskiej, podolskiej, połtawskiej, wołyńskiej i części czernihowskiej), a składała się z 822 przedstawicieli. Efektem tego porozumienia było wydanie 16 lipca przez Centralną Radę II Uniwersału, w którym informowano o pełnym poparciu dla Rządu Tymczasowego. W dniach 16-20 lipca 1917 r. bolszewicy Włodzimierza Lenina (którzy już od maja byli przygotowani do przejęcia władzy), wzniecili pucz w Piotrogrodzie. Zakończył się on jednak ich klęską, Rząd Tymczasowy dokonał wielu aresztowań działaczy bolszewickich, a sam Lenin musiał uciekać do Finlandii (gdzie żył pod zmienionym nazwiskiem i ogoloną brodą). Te wydarzenia doprowadziły również na Ukrainie do ataków na siedziby miejscowych komitetów Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji (bolszewików). Rozpoczęły się aresztowania w Charkowie, Odessie, Winnicy i oczywiście w Kijowie (oliwy do ognia dolały również niepowodzenia na froncie i załamanie się rosyjskiej ofensywy rozpoczętej 30 czerwca, a zakończonej już 11 lipca 1917 r. głównie na Froncie Galicyjskim, ale również w rejonie Wilna. Stracono tam prawie 60 000 żołnierzy zabitych, rannych i wziętych do niewoli. To też wywołało gniew przeciwko bolszewikom, jako winnym akcjom defetystycznym i proniemieckim).


BOLSZEWICKA PROPAGANDA Z CZASÓW WOJNY DOMOWEJ 
(Na pierwszym planie admirał Kołczak) 



Po upadku "białego" puczu gen. Ławra Korniłowa w Piotrogrodzie (10 - 13 września 1917 r.), dążącego do objęcia władzy w Rosji i obalenia rządu Kiereńskiego, jego echa wystąpiły również i na Ukrainie. W Berdyczowie aresztowano kilku uczestników puczu którzy znaleźli się na Ukrainie, w tym gen. Antona Denikina - bliskiego współpracownika Korniłowa. Jednak gdy 7 listopada (25 października) 1917 r. wybuchła w Piotrogrodzie rewolucja bolszewicka i obalono rząd Kiereńskiego wprowadzając bolszewicką dyktaturę, pozycja Sekretariatu Generalnego i Centralnej Rady na Ukrainie również zaczęła się pogarszać. Już 11 listopada 1917 r. komuniści próbowali przejąć władzę w Kijowie i początkowo rzeczywiście udało im się wyeliminować wiele agend Rządu Tymczasowego oraz Centralnej Rady, ale oddziały ochotnicze Wolnych Kozaków szybko sobie z nimi dały radę i już 13 listopada Centralna Rada odzyskała władzę nad miastem. Nawiązano też kontakt z operującym nad Donem gen. Aleksem Kaledinem, mianując go "atamanem wojska dońskiego". Starał się on przywrócić władzę Rządu Tymczasowego na kontrolowanych przez siebie obszarach. W tym czasie zaś zdominowana przez bolszewików Rada Komisarzy Ludowych w Piotrogrodzie, ogłosiła 15 listopada 1917 r. "Deklarację Praw Narodów Rosji" w której uznawała prawo wszystkich narodów zamieszkujących dawną Rosję do swobodnego decydowania o własnym losie (m.in. prawo narodu polskiego, jednak trzeba pamiętać że było to tylko i wyłącznie działanie czysto propagandowe. Tak naprawdę celem bolszewików było wywołanie rewolucji bolszewickiej w Europie, Rosja zaś była tylko odskocznią która miała zanieść żagiew rewolucji na Zachód. Lenin bowiem nigdy nie zamierzał budować komunizmu w samej Rosji, jeśli już to w Niemczech, ale nie w Rosji - którą uważał za zacofaną i niezdolną do realnego stworzenia dyktatury proletariatu).

Pod wpływem tej deklaracji, już 20 listopada Centralna Rada ukraińska wydała swój III Uniwersał, w którym proklamowano utworzenie niezależnego państwa Ukraińskiej Republiki Ludowej, obejmującej ziemie zamieszkane w większości przez Ukraińców (choć jednocześnie deklarowano utrzymanie federacyjnego związku z Rosją). Szybko jednak okazało się że nowe państwo jest ponownie zagrożone przez bolszewików, którzy zyskiwali coraz większą władzę w Radach Delegatów Robotniczych i Żołnierskich na różnych terenach Ukrainy, tym bardziej że wciąż toczyła się wojna z Niemcami i Austro-Węgrami, z której to Centralna Rada nie chciała się wycofać. 16 grudnia 1917 r. bolszewicka Rada Komisarzy Ludowych wydała "Manifest do narodu ukraińskiego", w którym uznawała oficjalnie niepodległość Ukrainy, jednocześnie skierowała do Centralnej Rady ultimatum, domagając się zaprzestania rozbrajania formacji bolszewickich i przepuszczenia przez tereny ukraińskie oddziałów tworzącej się Armii Czerwonej. Tekst bolszewickiego ultimatum został odrzucony przez Centralną Radę. W grudniu bolszewicy zajęli Charków, gdzie na zorganizowanym w dniach 24-25 grudnia 1917 r. zjeździe stwierdzono, iż: "Od chwili obecnej władza na terytorium Republiki Ukraińskiej należy wyłącznie do Rad Delegatów Robotniczych, Żołnierskich i Chłopskich (...) Ukrainę ogłasza się Republiką Rad!" Już 27 grudnia powołano Sekretariat Ludowy Ukraińskiej Republiki Robotniczo-Chłopskiej, czyli pierwszy rząd Ukrainy sowieckiej. W kolejnych dniach stojący na czele Czerwonej Gwardii - Włodzimierz Antonow-Owsiejenko skierował swe siły z Charkowa przez Połtawę do Czerkas, a stamtąd na południe, ku Jakaterynosławowi. Nie udał się anty-sowiecki pucz, przygotowany przez dowódcę Frontu Rumuńskiego gen. Szczerbakowa. Już w styczniu 1918 r. bolszewicy zajęli po ciężkich walkach Odessę, Mikołajów, Chersoń i Aleksandrowsk. Utworzono też pułk Czerwonych Kozaków, na czele którego stanął Witalij Prymakow.




Front bolszewicki zbliżał się już do Kijowa, padały kolejne miasta, a w samym Kijowie bolszewicy zorganizowali powstanie (15 stycznia 1918 r ). Główne uderzenie szło z dwóch stron, od strony "Arsenału", gdzie podążali zmobilizowani przez bolszewików robotnicy i ze strony dzielnicy Padoł, gdzie skoncentrowano oddziały czerwonogwardyjskie. Krwawe walki trwały do końca stycznia i początku lutego. Ostatecznie oddziały gen. Semena Petlury zdobyły "Arsenał" i krwawo rozprawiły się z jego obrońcami. Ale 4 lutego do lewobrzeżnej strony Kijowa wkroczyły oddziały Gwardii Czerwonej Antonowa-Owsiejenki, zajmując przedmieście Darnicę i opanowując most na Dnieprze. Wojska ukraińskie (i członkowie Centralnej Rady) ewakuowali się do Żytomierza, a do 8 lutego cały Kijów został opanowany przez bolszewików, gdzie 12 lutego zainstalował się rząd Ukrainy Sowieckiej. W styczniu 1918 r. opanowane przez bolszewików zostało również Zagłębie Donieckie (które w marcu Komitet Centralny partii bolszewickiej uznał za "nierozłączną część Ukrainy" - gdyż pojawiły się głosy o włączenie tego obszaru bezpośrednio do Rosyjskiej Republiki Sowieckiej). W tym czasie (1 lutego 1918 r.) Ukraińska Republika Ludowa została uznana przez Niemcy i Austro-Węgry, a 9 lutego podpisany został traktat pokojowy. Jako granicę uznano na południu dotychczasową granicę rosyjsko-austriacką z 1914 r. a na północy przebiegającą od Tarnogrodu przez Biłgoraj, Szczebrzeszyn, Krasnystaw, Puchaczów, Radzyń Podlaski, Międzyrzecz, Mielnik, Kamieniec Litewski i Próżany. Jednocześnie w Brześciu nad Bugiem trwały rozmowy niemiecko-austro-węgiersko-bolszewickie, gdyż od 15 grudnia 1917 r. Rosja Sowiecka zawarła rozejm z Niemcami i Austro-Węgrami na froncie. Mimo to wysłannik sowiecki na rozmowy pokojowe Lew Trocki nie chciał się zgodzić na niemieckie warunki, licząc na szybki wybuch rewolucji bolszewickiej w Europie Zachodniej, szczególnie zaś w Niemczech. Efektem tej odmowy był szybki atak niemiecki na froncie, który do końca lutego posunął front daleko na wschód (Niemcy opanowali całą Estonię i Łotwę, dochodząc do Narwy, podeszli pod Psków, zajęli twierdzę Dyneburg, zdobyli Mińsk i Połock, zajęli Homel, a 1 marca 1918 r. wkroczyli do Kijowa (rząd Ukrainy Sowieckiej uciekł do Jakaterynosławia), Berdyczowa i Winnicy. Te sukcesy zmusiły bolszewików do przyjęcia niemieckich warunków pokojowych i 3 marca 1918 r. w Brześciu nad Bugiem podpisano traktat na warunkach narzuconych przez Państwa Centralne.




Wraz z wojskami niemieckimi do Kijowa wróciła Centralna Rada ukraińska. 22 marca na wniosek Dymitra Antonowicza (już pod niemiecką kontrolą) uchwalono ustawę o godle Ukraińskiej Republiki Ludowej którym został stylizowany trójząb (tryzub) w wieńcu laurowym, przejętym z monety księcia kijowskiego - Włodzimierza Wielkiego. Realnie Ukraina stała się niemiecką kolonią i była częścią przygotowywanego planu Mitteleuropy (już w kwietniu Centralna Rada musiała się zgodzić na wysłanie do Niemiec i Austro-Węgier znacznych ilości produktów żywnościowych, w tym przeszło 45 000 ton mięsa, niemal miliona ton zboża, 500 000 sztuk jajek itd, natomiast kraj był totalnie wyczerpany i zniszczony przedłużającą się wojną). Wielu ukraińskich patriotów zaczęło protestować wobec tym nakazom, co doprowadziło (28 kwietnia 1918 r.) do aresztowania przez Niemców na posiedzeniu Centralnej Rady kilku działaczy ukraińskiego ruchu narodowego. Nazajutrz zaś Centralna Rada - jakby nigdy nic - uchwaliła konstytucję Ukraińskiej Republiki Ludowej i wybrała Hruszewskiego prezydentem tejże republiki. Konstytucja deklarowała iż Ukraina jest państwem niepodległym, a jej granice są nienaruszalne, jednocześnie najwyższą władzą ustawodawczą miało być Zgromadzenie Narodowe (Wsenarodni Zbory), wykonawczą - Rada Ministrów Ludowych. Przyznano autonomię polityczną mniejszościom: rosyjskiej, żydowskiej i polskiej. Jednocześnie tego samego dnia (czyli 29 kwietnia) na zjeździe ukraińskiej partii chłopskiej gen. Paweł Skoropadski (przy poparciu Niemców) został okrzyknięty "hetmanem Ukrainy". Ogłosił on powstanie państwa ukraińskiego (Ukrajinśka Derżawa) i proklamował się jego jednowładcą. Dotychczasowy rząd został aresztowany. Przywrócił on przedrewolucyjne porządki (w tym prywatną własność środków produkcji). W tym czasie wojska niemieckie dotarły do Rostowa i Charkowa nad Donem, opanowując praktycznie całą Ukrainę (w tym Krym wraz z Sewastopolem i Kerczem).

W dniach 5-12 lipca 1918 r. w Moskwie odbył się I Zjazd Komunistycznych Organizacji Ukrainy, na którym powołano do życia Komunistyczną Partię (bolszewików) Ukrainy. Przygotowywano się teraz do wywołania na Ukrainie powszechnego powstania ludowego przeciwko rządom "hetmańszczyzny" - czyli proniemieckiej dyktaturze Skoropadskiego. I rzeczywiście, bunty wybuchały już od lata 1918 przeciwko rządom Niemców i ich mianowańca, co doprowadziło do tego, że rządy Skropadskiego utrzymały się tylko w miastach, a wsie praktycznie były poza kontrolą Hetmanatu. W tych warunkach bolszewicy postanowili 5 sierpnia wywołać powstanie na Ukrainie, które jednak zakończyło się katastrofą i już dwa dni później musiano je odwołać. Podpisanie kapitulacji Niemiec na Froncie Zachodnim - 11 listopada 1918 r. doprowadziło również do zakończenia reżimu Skoropadskiego na Ukrainie (choć w samym Kijowie nadal trzymał się mocno). 14 listopada ukonstytuował się w Białej Cerkwi pięcioosobowy Dyrektoriat, na czele którego stanął Wynnyczenko. Tam też stacjonowała 3 500 formacja Strzelców Siczowych dowodzona przez Eugeniusza Konowalca i Andrzeja Melnyka. Dowództwo nad siłami zbrojnymi Dyrektoriatu objął Semen Petlura, który ruszył na Kijów przeciwko Skoropadskiemu i 14 grudnia 1918 r. zdobył miasto, ostatecznie likwidując Hetmanat (sam Skoropadski uciekł do Niemiec).




A tymczasem nocą z czwartku na piątek 31 października na 1 listopada 1918 r. we Lwowie, formacje ukraińskie z koszar przy ul. Jabłonowskich, św. Piotra i Pawła, oraz Zyblikiewicza, obsadziły najważniejsze gmachy miejskie (Magistrat, Policję, Pocztę, Kolej), wywieszając tam flagi żółto-niebieskie. Rankiem zdążający na cmentarze ludzie (gdyż był to dzień Wszystkich Świętych), ujrzeli owe flagi, a także porozlepiane na mieście odezwy Ukraińskiej Rady Narodowej, proklamujące powstanie Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej ze stolicą we Lwowie. Atamanem tego tworu państwowego został Dymitr Witowski. Ogłosił on mieszkańcom Lwowa wydanie wszelkiej broni (tej, której jeszcze nie zabrali Rosjanie po 1914 r.), a także wprowadził godzinę policyjną od 18:00 i zakaz zgromadzeń. Ludność polska, która we Lwowie stanowiła znaczną większość, postanowiła zaprotestować wobec tym ukraińskim gwałtom. Jego przejawem było ściągnięcie z wieży ratuszowej żółto-niebieskiej flagi ukraińskiej, a zawieszenie tam flagi miejskiej. Natomiast Polacy chwycili za broń i rozpoczęły się walki o Lwów. Do walki garnęła się głównie młodzież, a nawet dzieci (notabene Aleksandra Bitschan-Zagórska zorganizowała formację wojskową zwaną Ochotniczą Legią Kobiet - OLK-a, która liczyła 17 kobiet z bronią i 410 w służbach pomocniczych). Łącznie do obrony Lwowa zaangażowało się 6022 osoby (choć nazwa ta też jest myląca, gdyż były to głównie ataki na pozycje ukraińskie, a nie obrona) z czego poległo 439 (w tym 12 kobiet), rannych zostało 760 żołnierzy i 150 cywilów. Ukraińców zginęło 250 a zostało rannych ok. 500 żołnierzy. I tak, najdzielniej biły się... dzieci, o dorosłych nie można już tego powiedzieć. Najmłodszy żołnierz z karabinem miał zaledwie 9 lat, dziesięciolatków było pod bronią siedmiu, a dzieciaków do 15 roku życia łącznie 501. Zginęło z nich 30. 16 i 17-latków poległo 84.




W wydanej w latach 30-tych "Obronie Lwowa" liczącej 3 tomy (najgrubszy liczył 1096 stron) znajduje się taki opis: "(...) małe szkraby drwiąc z niebezpieczeństw, umiały się przyślizgiwać przez najpilniej strzeżone pozycje. (...) W Sokolnikach kilku młodych strzelców, dzieci prawie, zdobyło armatę. (...) Masa podrostków, dzieci nawet, wlot umiała znaleźć się w sytuacji. (...) Znakomici wywiadowcy, łącznicy, noszący meldunki i rozkazy w sposób nieporównanie szybki - tu przynosił amunicję, tam żywność, ówdzie znalazł porzucony karabin. Ukraińcy z zawziętością ścigali tych malców, mszcząc się doraźnie. (...)", a także: "Kobieta wywarła w obronie Lwowa wydatną rolę. (...) Nie tylko w charakterze sanitariuszki i kucharki, także z karabinem. Obecność kobiet na placówkach w podniecający sposób działała na młodego żołnierza". I tutaj w zasadzie słowa pochwały się kończą, ponieważ poza dziećmi, kobietami które zgłosiły się do obrony Lwowa, kadrą Politechniki Lwowskiej i miejskimi dziennikarzami, cała reszta (łącznie z oficerami zawodowymi) wykazała się skrajnym tchórzostwem i niekompetencją. Powiadano że grypa nigdy jeszcze tak ostro nie grasowała we Lwowie jak wówczas. Wielu bowiem tzw "patriotów" kładło się do szpitali obłożnie chorych, aby tylko nie iść walczyć (jeden z oficerów podszedł do grupy walczących wyrostków i zapytał: "Ile macie armat?", "Ani jednej" - usłyszał w odpowiedzi, "A ile karabinów maszynowych?", "Pięć", "Ilu was?", "Dwustu", "To do widzenia" - odparł oficer). Kapitan Antoni Kamiński (mianowany komendantem placu we Lwowie), wspominał później, że czekał na niego goniec ze Szkoły Sienkiewicza z kartką od porucznika Trześniowskiego, na której było zapisane pytanie: "Co mam robić, jak mnie Rusini zaatakują?", kapitan odpisał na odwrocie "Strzelać!" 🥴 Trudno też odpowiedzieć na pytanie dlaczego obecna we Lwowie Polska Organizacja Wojskowa oraz legioniści niestety I i III Brygady Legionów (których było w mieście kilkuset) nie zmobilizowali własnych sił do walki o Lwów? Nie znajduję odpowiedzi na to pytanie i myślę że chyba nie tylko ja. Przypadków porzucania broni i ucieczek też było mnóstwo, jak choćby wśród kolejarzy z dzielnicy Bogdanówka, których zgłosiło się 100 kilkudziesięciu do walki (z 3 000 na których liczono), a po dwóch dniach zostało tylko... trzech.




Gdy zdobyto Dworzec Główny, zaczęły się tam dziać rzeczy... żałosne, bowiem okoliczna ludność rozpoczęła rabunek, a że znaleziono znaczne pokłady alkoholu, to żołnierze którzy zdobyli Dworzec po prostu się popili, co następnie umożliwiło Ukraińcom odzyskanie tego obiektu. Ale oni też lubili wypić i na drugi dzień znowu Polacy zdobyli Dworzec. Teraz do jego obrony wyznaczono harcerzy, żaden się nie upił - dworzec utrzymano. Dochodziło też do kradzieży. Gdy przy ulicy Sykstuskiej oddział podporucznika Adolfa Massara zajął Pocztę, znaleziono tam 6 milionów koron. Massar uznał to za swój łup i gdy Tadeusz Felsztyn nakazał przekazać zdobycz dowództwu, Massar odrzekł "Moje karabiny mogą strzelać również w drugą stronę!" (Massar został osądzony i skazany za grabież dopiero w roku 1920). Pomimo tych wszystkich przywar, wzajemnych kłótni i niesnasek, Polacy bezwzględnie górowali nad Ukraińcami zarówno wyszkoleniem wojskowym, jak i przewagą liczebną. Armat posiadaliśmy 10, Ukraińcy tylko kilka. Nie posiadali też jazdy, podczas gdy polscy Lwowianie sformowali szwadron kawalerii "Wilki" składający się z 83 szabel, wspierany przez konny pluton ckm-u, zwany "Lotną Maszynką". Ale to nie wszystko, był również "oddział samochodów", złożony z 34 pojazdów różnych typów, oraz auto pancerne... domowej roboty 😉 (niestety, zostało użyte tylko do jednej akcji, potem się popsuło 🤭). Był też przebudowany pociąg pancerny z armatą i trzema ckm-ami. Ale to nie wszystko, bowiem Lwowianie posiadali również... lotnictwo, a dokładnie trzy samoloty (jeden austriacki samolot został zarekwirowany, gdy przypadkowo wylądował na Błoniach Janowskich. Te samoloty dokonały łącznie 69 lotów wywiadowczych, łącznikowych i bojowych). Pomimo tej przewagi, szczególnie wśród polityków Magistratu pojawiało się zniechęcenie dalszą walką. Na przykład 13 listopada 1918 r. na posiedzeniu rady wojennej inżynier Stanisław Widomski zgłosił taki oto projekt ugody z Ukraińcami: "Poddajmy miasto, a oni pozwolą się nam wycofać bez broni za San, skąd ewentualnie powrócimy z odsieczą". Przez dłuższy czas zapanowała cisza na sali, aż wreszcie podniósł się dr. Wacław Majbaum i krzyknął: "Judasze, Polskę sprzedajecie, hańba wam i dzieciom waszym!" Pomogło, Widomski już nie wrócił do swego projektu.

Walki obronne o Lwów trwały przez prawie trzy tygodnie. 20 listopada pociągami z Przemyśla przybyła odsiecz, pod dowództwem podpułkownika Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego i po krótkich walkach nocą 21 na 22 listopada oddziały ukraińskie pod dowództwem pułkownika Hnata Stefaniwa wycofały się z miasta (podpaliwszy jednocześnie kilka gmachów miejskich). Do godziny 8:00 rano 22 listopada cały Lwów był już w polskich rękach. Ok. godziny 9:00 rozpoczęły się rabunki w dzielnicy żydowskiej, jako że Żydzi w czasie tych walk stanęli po stronie Ukraińców i jak napisał Antoni Jakubski: "Tracąc głowę i występując zbrojnie przeciwko naszym oddziałom, Żydzi sprowadzili sądny dzień na siebie. Zarazem szumowiny zaczęły grabież. Zostali zatem przykładnie ukarani. Wedle relacji żydowskich puszczonych w świat miało być 6000 zamordowanych. A było 60 zabitych, w tym zabitych na linii frontu. O pogromach absolutnie nie słyszałem". Postawa Żydów w czasie tych walk była karygodna, mieszkało ich we Lwowie ponad 60 000, a tylko... 20 dołączyło do oddziałów polskich, reszta ochoczo współpracowała z Ukraińcami, brała udział w walkach z Polakami, a także (a może przede wszystkim) wskazywała Ukraińcom kryjówki polskich żołnierzy (jak choćby po zdobyciu Zamarstynowa przez sotnię atamana Dołuda, gdzie Żydzi wskazali mu kryjówki Polaków, których on potem zamordował). Mimo to za udział w akcjach anty-żydowskich następnie aresztowano łącznie 1500 osób (400 żołnierzy i ponad 1000 cywilów). Spośród nich 60 skazano na śmierć przez rozstrzelanie. Ale Lwów już był polski, podobnie jak Wilno.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...