WYŚWIETLENIA

20 czerwca 2025

ZA CO AMERYKANIE POWINNI BYĆ WDZIĘCZNI POLAKOM - CZYLI WKŁAD POLSKI W POWSTANIE I ROZWÓJ STANÓW ZJEDNOCZONYCH

JAMESTOWN
DLACZEGO PRZETRWAŁO?



JAMESTOWN - to pierwsza stała osada angielska w Ameryce, która przetrwała do naszych czasów i rozrosła się w wielką metropolię Wirginii (była takową jednak jedynie przez prawie 100 lat, od roku 1700 zaczyna się odpływ ludności i powolny upadek miasta). Jak to się stało że osada Jamestown - przetrwała? Jak to jak? A dlaczego miałaby nie przetrwać? - można by od razu zadać takie pytanie. Z bardzo prostej przyczyny - była to już któraś z kolei próba angielskiego osadnictwa w Nowym Świecie, począwszy od pierwszej angielskiej wyprawy do Ameryki z 1497 r., wysłanej przez króla Henryka VII i prowadzonej przez Genueńczyka - Giovanniego (Johna) Cabota, który dotarł do Nowej Fundlandii (sądząc że osiągnął wybrzeże Azji). Potem kilka wypraw w służbie angielskiej poprowadził jego syn - Sebastiano Caboto (pierwszą w latach 1504-1505, drugą w 1508-1509 i trzecią w 1516-1517), potem przeszedł na służbę hiszpańską. W czasie tych wszystkich wypraw, nie zakładano stałych osad na amerykańskim wybrzeżu i ograniczano się jedynie do nawiązywania kontaktów z Indianami, oraz tworzenia map odwiedzanych brzegów nowego kontynentu. Jednak w czasie panowania Henryka VIII, korona straciła zainteresowanie kolejnymi wyprawami, koncentrując się głównie na sprawach Europy. 

Tutaj od razu należy stwierdzić, że nim jeszcze wyruszyła z portu w Bristolu, pierwsza angielska wyprawa do Nowego Świata (1497 r.), pierwszy Polak już opłynął brzegi Labradoru. Był nim niejaki Johannes Scolvus (Jan z Kolna), który w służbie duńskiej korony, na okręcie Dietricha Pininga - dotarł tam w roku 1476 - ponad dwadzieścia lat przed wyprawą Johna Cabota.


JAN z KOLNA
(JOHANNES SCOLVUS)



Za panowania królowej Elżbiety I, Anglicy ponownie zaczęli spoglądać na kontynent amerykański, dostrzegając w nim szansę na rozwój i bogactwo własnego kraju. Kolejnym ku temu impulsem, była konsekwentna, kilkudziesięcioletnia eksploracja Ameryki i rejonu Morza Karaibskiego przez Hiszpanię - z którą Anglia wojowała. Anglicy zauważyli, że sami są daleko w tyle za osiągnięciami Hiszpanów, Portugalczyków czy Holendrów. Postanowili nadrobić stracony czas, choć początki nie był wcale ambitne. Ot, po prostu Anglia dysponowała kilkoma dość aktywnymi korsarzami, którzy zajęci byli raczej napadaniem na obładowane amerykańskim złotem - hiszpańskie galeony, niż na zakładaniu osad czy faktorii. Do tych korsarzy - w służbie korony angielskiej, należeli przede wszystkim - John Hawkins oraz Francis Drake, który m.in. wsławił się opłynięciem kuli ziemskiej w latach 1577-1580 (W 1579 r. spędził sześć tygodni wśród Indian - Miwok, których siedziby znajdowały się na terenach dzisiejszego San Francisco i symbolicznie przyłączył ten obszar do Anglii), oraz zniszczeniem hiszpańskiego fortu w St. Augustine na Florydzie w 1585 r. 

Kolejne wyprawy, noszące już znamiona angielskiej kolonizacji, zostały podjęte w 1576 r. przez Martina Forbishera, który dotarł do Ziemi Baffina oraz Johna Davisa w 1587 r., który opłynął wybrzeża Grenlandii i północnej Kanady. Pierwszą próbę założenia stałej osady w Nowym Świecie, podjął Humprey Gilbert, który w 1548 r. tak pisał o możliwościach, jakie stwarza dla Anglii kolonizacja i eksploatacja nowych terenów zamorskich w Ameryce: "Jest to jedyny sposób pozyskania przez naszych królów całego bogactwa Wschodu (...) które jest niewyczerpalne (...) i które przyniosłoby wielki postęp naszemu krajowi, naszemu królowi cudowne wzbogacenie, a wszystkim mieszkańcom Europy niewypowiedzianą ilość dóbr (...) Będziemy także mogli zasiedlić niektóre części tych ziem, umieszczając tam ubogich naszego kraju, którzy są obecnie kłopotem dla państwa i którzy nędzą zmuszeni popełniają ciężkie przestępstwa, za które codziennie giną na szubienicach".

Gilbert w czerwcu 1583 r. dopłynął do Nowej Fundlandii i założył tam pierwszą stałą angielską osadę. Osada ta, założona na miejscu dzisiejszego Saint John's nie przetrwała nawet trzech miesięcy - (powody dlaczego tak się stało, wyjaśnię poniżej). W rok później, angielski podróżnik - Walter Raleigh, otrzymał od królowej Elżbiety I, przywilej, na założenie stałej angielskiej kolonii o nazwie - Wirginia (na cześć królowej). Pierwsza ekspedycja, miała na celu jedynie wybór odpowiedniego miejsca pod przyszłą kolonię i przyjazne nastawienie lokalnych Indian do nowych przybyszów z Europy. Gdy wydawało się że to już osiągnięto, 9 kwietnia 1585 r. z portu w Plymouth, wyruszyło pięć statków, na których pokładzie było 600 osób (prawie sami mężczyźni). 17 sierpnia dotarli do brzegów dzisiejszej Wirginii i rozpoczęli wznoszenie kolonii - Roanoke. Część kolonistów pozostała w forcie, natomiast sir Richard Grenville (który dowodził tą druga wyprawą), postanowił odpłynąć do Anglii, by przywieść zaopatrzenie, potrzebne do umocnienia fortu, oraz dowieźć większą liczbę kobiet. Obiecał że powróci w kwietniu roku następnego - nie powrócił. A tymczasem w forcie kończyły się zapasy żywności. Mało tego, koloniści zaczęli kraść i napadać pobliskich Indian, co spowodowało w czerwcu 1586 r. atak Indian na fort Roanoke. Co prawda atak odparto, ale stało się jasne, że dalsze przebywanie w forcie to pewna śmierć. Dlatego też, gdy w lipcu do fortu dopłynął sir Francis Drake, koloniści postanowili zabrać się z nim w drogę powrotną do Anglii.




Tymczasem do opuszczonego fortu dotarł wraz z obiecanymi posiłkami (i kobietami), Richard Grenville. Postanowił odpłynąć do Anglii, pozostawiwszy w forcie niewielką załogę (15 osób), dla podkreślenia angielskiej obecności w Nowym Świecie. 22 lipca 1587 r. okręty powróciły dowożąc 115 kolonistów, pod wodzą Johna White'a, który został mianowany gubernatorem Wirginii. Fort był jednak opustoszały. Wkrótce odnaleziono szkielety 15 pozostałych wcześniej w obozie osób. White zostawił kolonistów w forcie, a sam powrócił do Anglii po dostawy i kolejnych ochotników. Ponieważ trwała wojna hiszpańsko-angielska, White nie mógł powrócić do fortu przez kolejne trzy lata. Powrócił dopiero 18 sierpnia 1590 r. ale...osada była zupełnie opustoszała. Nie znaleziono nikogo z pozostawionych wcześniej kolonistów. Nie było tez żadnych śladów walki, czy ciał pomordowanych - nie było żywego ducha. Odnaleziono jedynie wyskrobany napis na drzewie - "CROATAN". Była to nazwa sąsiedniej wyspy i White sądził że koloniści przenieśli się właśnie tam, ale nie mógł tego sprawdzić, ponieważ szybko skończył się prowiant i woda. Musiano wracać do Anglii. Tak oto po pięciu latach przestała istnieć druga stała angielska kolonia w Ameryce. Pozostaje jednak pytanie - co stało się z kolonistami Roanoke? Gdzie "wyparowało" 90 mężczyzn, 17 kobiet i 11 dzieci (w tym, pierwsza Angielka urodzona w Ameryce - Virginia Dare, która przyszła na świat 18 sierpnia 1587 r.? Nie wiadomo, czy zasymilowali się z lokalnymi Indianami, czy też zostali przez nich pochwyceni, uwięzieni czy też zabici? I co się stało z Virginią Dare? No cóż tego niestety nie wiadomo, wiadomo natomiast że osada Roanoke nie przetrwała (niżej wyjaśnię z jakiego powodu).

Przez kolejnych szesnaście lat, Anglia nie podejmowała dalszych prób stworzenia stałej osady i wysyłania kolonistów do Nowego Świata. Dopiero wraz z powstaniem w 1606 r. handlowej spółki - Kompanii Wirginii, w grudniu 1606 r. wysłano trzy okręty w kierunku Ameryki (a konkretnie Wirginii), z misją założenia stałej osady. Co ciekawe, wśród kolonistów, mających założyć osadę, nie było żadnej kobiety, sami mężczyźni (145 - kilku zmarło podczas podróży), co świadczy że nie planowano osiedlać ich tam na stałe i rozwijać osady. Prawdopodobnie Kompania Wirginii traktowała tę misję jako tymczasową, która miała przynieść pewne wymierne (krótkotrwałe), korzyści. Kolonistom zabroniono posiadania własnej ziemi i zobowiązano do pracy na rzecz Kompanii przez siedem lat (prawdopodobnie plan istnienia osady był właśnie siedmioletni). Koloniści dotarli do Ameryki i zeszli na brzeg 26 kwietnia 1607 r. 14 maja przeniesiono się na wyspę Jamestown z zamiarem zbudowania tutaj stałego fortu obronnego. Wzniesiono go w przeciągu miesiąca. No i... się zaczęło.

Większość przybyłych nie zamierzała pracować, byli to bowiem ludzie, wywodzący się albo z angielskiej szlachty (a tym samym nienawykli do pracy fizycznej), albo też z angielskiego marginesu społecznego - przestępcy, złodzieje etc. Oni również nie zamierzali pracować. Przybyli tu bowiem z nadzieją szybkiego wzbogacenia się. Ponieważ jednak zapasy prowiantu i wody, które koloniści przywieźli ze sobą - szybko się kończyły, a nowych nie było, postanowiono poprosić o żywność lokalnych Indian z plemienia Paspegów (których wodzem był sławny Powatan - ojciec Pokahontas). Początkowo Indianie dokarmiali przybyszów, ale gdy zaczęły szerzyć się pierwsze kradzieże, natychmiast tego zaprzestano. Ponieważ Anglicy nie zamierzali uprawiać ziemi i pracować w polu, bardzo szybko pojawił się głód. Jedynym wyjściem pozostawały dostawy prowiantu z Anglii i tak pierwsza dostawa przybyła do Jamestown 2 stycznia 1608 r. Kolejna 1 października tego roku. Wraz z prowiantem, przywieziono następnych kolonistów. Szczególnie ta druga wyprawa była ozdrowieńcza dla osady, choć nie nastąpiło to od razu. W tą drugą ekspedycją pomocową dla kolonistów z Jamestown przybyli (zwerbowani osobiście przez przywódcę Jamestown i gubernatora Wirginii - Johna Smitha), koloniści z Polski.




Byli to ludzie wielu zawodów i umiejętności - architekci, murarze, stolarze, a także pewna liczba chłopów, którzy znali się na uprawie roli. W maju 1609 r. przybyli następni koloniści (m.in.: również Polski). Odtąd dały się zauważyć dwa oddzielne światy. Pierwszym światem - był świat angielskich kolonistów, którzy nie potrafili zmobilizować się do działania i jak pisał potem John Smith trzydziestu ludzi nie potrafiło wyhodować tyle kukurydzy, co troje Polaków miało dla siebie. Polacy (choć początkowo obiecano im równe prawa z Anglikami - w tym prawo głosu), byli traktowani jak ludzie drugiej kategorii (niestety było to związane z bardzo niekorzystną dla nich umową, jaką podpisali z Kompanią Wirginii przed swym wyjazdem, która realnie sprowadzała się do tego, że pracowali za jedzenie jako robotnicy i rolnicy, bez żadnego prawa głosu. Większość Polaków podpisała tę umowę w Gdańsku, mamiona obietnicą nowego życia w Nowym Świecie), choć pobudowali sobie domy i zaczęli uprawiać rolę, hodując kukurydzę i ziemniaki. Polacy nie głodowali, a tymczasem na przełomie 1609 i 1610 r. pojawił się w "angielskiej osadzie" głód, który przeszedł do historii pod nazwą "Wielkiego Głodu" i o mały włos nie doprowadził do upadku osady, podobnie zresztą jak stało się to w przypadku Roanoke i osady Humpreya Gilberta z 1583 r. Bo to właśnie niechęć do podjęcia pracy fizycznej i przekonanie o łatwym zdobyciu ogromnego bogactwa (liczono na odkrycie pokładów złota), spowodowało że tamte osady nie przetrwały.


KOLONIA JAMESTOWN



Jamestown - przetrwało właśnie dzięki Polakom. To też John Smith, widząc jak doskonale sobie radzą z problemem głodu - Polacy, zmienił diametralnie organizację osady na początku 1610 r. Odtąd wprowadzono zasadę: "Kto nie pracuje, ten nie je" i jeśli ktoś brzydził się pracy fizycznej (a nie miał za co kupić jedzenia - bo pieniądze i kosztowności szybko się rozeszły w trakcie "Wielkiego Głodu", gdy Anglicy kupowali jedzenie najpierw od Indian, a potem także od Polaków), ten był z góry skazany na śmierć głodową. A śmierć zebrała ogromne żniwo - w samym tylko roku 1608 zmarło z głodu 91 osób, a w czasie "Wielkiego Głodu", mimo kolejnych dostaw z Anglii - zmarło aż 840 Anglików. Sytuacja była zatrważająca i bez radykalnych zmian, wprowadzonych za przykładem Polaków przez Johna Smitha - osada Jamestown podzieliłaby los swych dwóch wcześniejszych angielskich poprzedniczek. W 1630 r. w wydanej przez Smitha książce, opisującej losy osady i kolonistów, Smith tak pisze o ratunku, jakim było dla osady sprowadzenie do Jamestown Polaków: "Przybycie w 1608 r. do Wirginii rzemieślników z katolickiej Polski, uratowało od upadku pierwsze angielskie osiedle w Ameryce".

Co by się jednak stało, gdyby Jamestown upadło w 1610 r.? Według prof. Luisa B. Wrighta: "Jeśliby upadło Jamestown Hiszpania i Francja ostatecznie podzieliłyby całą Amerykę Północną między siebie i nigdy nie powstałyby Stany Zjednoczone". Zaś w 1973 r. przywódca republikanów Gerard Ford, (późniejszy prezydent USA), przemawiając w Kongresie, stwierdził przywołując pamięć kolonistów z Jamestown: "Historia jak pierwsi polscy imigranci pomagali w założeniu kolonii w Jamestown jest niezwykle barwna. Pomysłowość i kwalifikacje, jakie zaprezentowali ci polscy imigranci napawają wszystkich Amerykanów polskiego pochodzenia wielką dumą. Te właśnie cechy uczyniły Amerykę wielkim krajem. Przybycie pierwszych Polaków do Ameryki jest ważne z wielu powodów - ponieważ oznacza początek polskiej emigracji do tego kraju i ponieważ praca tych pierwszych imigrantów miała zasadnicze znaczenie dla przetrwania kolonii Jamestown".


ARTUR SZYK: 
PIONIERZY POLSCY W WIRGINII



Oczywiście uratowanie Jamestown przez Polaków, nie polegało tylko na pokazaniu możliwości jakie daje konsekwentna praca na roli i hodowla warzyw dla własnego przetrwania, lecz także na fakcie - iż to Polacy zbudowali i uruchomili w Jamestown pierwszą hutę szkła w angielskiej kolonii, tworząc tym samym pierwszy zakład przemysłowy w historii Stanów Zjednoczonych. 

No cóż - nie pomylę się zapewne, jeśli stwierdzę że bez Polaków nie powstałby Stany Zjednoczone - to myśmy (w sporej mierze) zbudowali ten kraj - to myśmy uratowali pierwszą stałą angielską osadę od ruiny ekonomicznej, to myśmy zbudowali pierwszy w angielskiej kolonii zaczątek przemysłu. To właśnie w polskiej hucie wytwarzane meble, smoła i dziegieć, stały się pierwszym towarem eksportowym Stanów Zjednoczonych do Anglii. Ale czy tylko to? Czy rola Polaków ograniczała się jedynie do tego drobnego (ale jakże ważnego dla historii USA) epizodu osady w Jamestown? Oczywiście że nie! Czy Amerykanie mają świadomość że pierwszą wyższą uczelnię w Nowym Jorku założył Polak - Aleksander Kurczewski? Że autorem mostu nad wodospadem Niagara był Polak - Kazimierz Gzowski? Że Aleksander Hołyński był pierwszym twórcą planów Kanału Panamskiego? Że Tadeusz Kościuszko opracował plany takich fortyfikacji pod Saratogą, że Brytyjczycy nie zdołali ich zdobyć. 

Ale czy Amerykanie to wiedzą? Nie! Oni wiedzą że Polska to kraj gdzie mordowano Żydów (i dokonywali tego jacyś niezidentyfikowani narodowo naziści - no bo przecież nie Niemcy - prawda?). No cóż historia Stanów Zjednoczonych też jest zakłamana - choćby święto Dziękczynienia - to co uczą w amerykańskich szkołach na temat tego świata, można sobie włożyć między bajki. Pierwsi pielgrzymi z Mayflower padali jak muchy z głodu, podobnie jak koloniści z Jamestown. I cała historia ponownie skończyłaby się tragicznie - gdyby nie pewien przypadek. Ale to już zupełnie inny (choć może nie tak bardzo odległy od dzisiejszego) temat.


OLBRACHT ZABOROWSKI W AMERYCE 




FELIKS MIKLASZEWICZ 




KAROL BŁASZKOWICZ 




KAZIMIERZ PUŁASKI 







WŁODZIMIERZ KRZYŻANOWSKI w ARMII UNII 




JAKUB SADOWSKI 




GEORGE WASZYNGTON I KAZIMIERZ PUŁASKI



AMERICAN STORY - Cz. IV

DZIEJE
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW


POKOLENIE I
WŁÓCZĘDZY I PIRACI
Cz. IV






PIERWSZE PRÓBY
ANGIELSKIEJ KOLONIZACJI AMERYKI
Cz. II





Pierwszą próbę założenia stałej osady w Nowym Świecie, podjął Humprey Gilbert, który w 1548 r. tak pisał o możliwościach, jakie stwarza dla Anglii kolonizacja i eksploatacja nowych terenów zamorskich w Ameryce: "Jest to jedyny sposób pozyskania przez naszych królów całego bogactwa Wschodu (...) które jest niewyczerpalne (...) i które przyniosłoby wielki postęp naszemu krajowi, naszemu królowi cudowne wzbogacenie, a wszystkim mieszkańcom Europy niewypowiedzianą ilość dóbr (...) Będziemy także mogli zasiedlić niektóre części tych ziem, umieszczając tam ubogich naszego kraju, którzy są obecnie kłopotem dla państwa i którzy nędzą zmuszeni popełniają ciężkie przestępstwa, za które codziennie giną na szubienicach". Gilbert w czerwcu 1583 r. dopłynął do Nowej Fundlandii i założył tam pierwszą stałą angielską osadę. Osada ta, założona na miejscu dzisiejszego Saint John's nie przetrwała nawet trzech miesięcy. (...) W rok później, angielski podróżnik - Walter Raleigh, otrzymał od królowej Elżbiety I, przywilej, na założenie stałej angielskiej kolonii o nazwie - Wirginia (na cześć królowej). Pierwsza ekspedycja, miała na celu jedynie wybór odpowiedniego miejsca pod przyszłą kolonię i przyjazne nastawienie lokalnych Indian do nowych przybyszów z Europy. Gdy wydawało się że to już osiągnięto, 9 kwietnia 1585 r. z portu w Plymouth, wyruszyło pięć statków, na których pokładzie było 600 osób (prawie sami mężczyźni). 17 sierpnia dotarli do brzegów dzisiejszej Wirginii i rozpoczęli wznoszenie kolonii - Roanoke. Część kolonistów pozostała w forcie, natomiast sir Richard Grenville (który dowodził tą druga wyprawą), postanowił odpłynąć do Anglii, by przywieść zaopatrzenie, potrzebne do umocnienia fortu, oraz dowieźć większą ilość kobiet. Obiecał że powróci w kwietniu roku następnego - nie powrócił. A tymczasem w forcie kończyły się zapasy żywności. Mało tego, koloniści zaczęli kraść i napadać pobliskich Indian, co spowodowało w czerwcu 1586 r. atak Indian na fort Roanoke. Co prawda atak odparto, ale stało się jasne, że dalsze przebywanie w forcie to pewna śmierć. Dlatego też, gdy w lipcu do fortu dopłynął sir Francis Drake, koloniści postanowili zabrać się z nim w drogę powrotną do Anglii. 

22 lipca 1587 r. okręty powróciły dowożąc 115 kolonistów, pod wodzą Johna White'a, który został mianowany gubernatorem Wirginii. Fort był jednak opustoszały. Wkrótce odnaleziono szkielety 15 pozostałych wcześniej w obozie osób. White zostawił kolonistów w forcie, a sam powrócił do Anglii po dostawy i kolejnych ochotników. Ponieważ trwała wojna hiszpańsko-angielska, White nie mógł powrócić do fortu przez kolejne trzy lata. Powrócił dopiero 18 sierpnia 1590 r. ale...osada była zupełnie opustoszała. Nie znaleziono nikogo z pozostawionych wcześniej kolonistów. Nie było tez żadnych śladów walki, czy ciał pomordowanych - nie było żywego ducha. Odnaleziono jedynie wyskrobany napis na drzewie - "CROATAN". Była to nazwa sąsiedniej wyspy i White sądził że koloniści przenieśli się właśnie tam, ale nie mógł tego sprawdzić, ponieważ szybko skończył się prowiant i woda. Musiano wracać do Anglii. Tak oto po pięciu latach przestała istnieć druga stała angielska kolonia w Ameryce. (...) Przez kolejnych szesnaście lat, Anglia nie podejmowała dalszych prób stworzenia stałej osady i wysyłania kolonistów do Nowego Świata. Dopiero wraz z powstaniem w 1606 r. handlowej spółki - Kompanii Wirginii, w grudniu 1606 r. wysłano trzy okręty w kierunku Ameryki (a konkretnie Wirginii), z misją założenia stałej osady. Co ciekawe, wśród kolonistów, mających założyć osadę, nie było żadnej kobiety, sami mężczyźni (145 - jeden zmarł podczas podróży), co świadczy że nie planowano osiedlać ich tam na stałe i rozwijać osady. Prawdopodobnie Kompania Wirginii traktowała tę misję jako tymczasową, która miała przynieść pewne wymierne (krótkotrwałe), korzyści. (...) Koloniści dotarli do Ameryki i zeszli na brzeg 26 kwietnia 1607 r. 14 maja przeniesiono się na wyspę Jamestown z zamiarem zbudowania tutaj stałego fortu obronnego. Wzniesiono go w przeciągu miesiąca. No i...się zaczęło.

Większość przybyłych nie zamierzała pracować, byli to bowiem ludzie, wywodzący się albo z angielskiej szlachty (a tym samym nienawykli do pracy fizycznej), albo też z angielskiego marginesu społecznego - przestępcy, złodzieje etc. Oni również nie zamierzali pracować. Przybyli tu bowiem z nadzieją szybkiego wzbogacenia się. Ponieważ jednak zapasy prowiantu i wody, które koloniści przywieźli ze sobą - szybko się kończyły, a nowych nie było, postanowiono poprosić o żywność lokalnych Indian z plemienia Paspegów (których wodzem był sławny Powatan - ojciec Pocahontas). Początkowo Indianie dokarmiali przybyszów, ale gdy zaczęły szerzyć się pierwsze kradzieże, natychmiast tego zaprzestano. Ponieważ Anglicy nie zamierzali uprawiać ziemi i pracować w polu, bardzo szybko pojawił się głód. Jedynym wyjściem pozostawały dostawy prowiantu z Anglii i tak pierwsza dostawa przybyła do Jamestown 2 stycznia 1608 r. Kolejna 1 października tego roku. Wraz z prowiantem, przywieziono następnych kolonistów. Szczególnie ta druga wyprawa była ozdrowieńcza dla osady, choć nie nastąpiło to od razu. W tą drugą ekspedycją pomocową dla kolonistów z Jamestown przybyli (zwerbowani osobiście przez przywódcę Jamestown i gubernatora Wirginii - Johna Smitha), koloniści z Polski. (...) W maju 1609 r. przybyli następni koloniści (m.in.: również Polski). Odtąd dały się zauważyć dwa oddzielne światy. Pierwszym światem - był świat angielskich kolonistów, którzy nie potrafili zmobilizować się do działania i jak pisał potem John Smith trzydziestu ludzi nie potrafiło wyhodować tyle kukurydzy, co troje Polaków miało dla siebie. Polacy (choć początkowo obiecano im równe prawa z Anglikami - w tym prawo głosu), byli traktowani jak ludzie drugiej kategorii, choć pobudowali sobie domy i zaczęli uprawiać rolę, hodując kukurydzę i ziemniaki. Polacy nie głodowali, a tymczasem na przełomie 1609 i 1610 r. pojawił się w "angielskiej osadzie" głód, który przeszedł do historii pod nazwą "Wielkiego Głodu" i o mały włos nie doprowadził do upadku osady, podobnie zresztą jak stało się to w przypadku Roanoke i osady Humpreya Gilberta z 1583 r. Bo to właśnie niechęć do podjęcia pracy fizycznej i przekonanie o łatwym zdobyciu ogromnego bogactwa (liczono na odkrycie pokładów złota), spowodowało że tamte osady nie przetrwały.

Tutaj pozwolę sobie zrobić małą przerwę i przedstawię opinię pewnego angielskiego kolonisty z osady Jamestown, który tak oto opisywał "Wielki Głód" przełomu 1609 i 1610 r.: "Jeśli chodzi o zaopatrzenie i dostawy od dzikich otrzymywaliśmy jedynie śmiertelne rany od pałek i strzał. Co do naszych świń, kur, kóz, owiec, koni i wszystkiego, co żywe, nasi dowódcy, oficerowie oraz dzicy spożywali je codziennie. Pewne ilości zostały zmarnowane, aż wreszcie wszystko zostało zużyte. Wtedy handlowaliśmy z dzikimi, których ręce tak często splamione były naszą krwią, wymieniając szable, broń, cokolwiek. Przez ich okrucieństwo, niedbalstwo naszego gubernatora i utratę naszych statków pozostało nas nie więcej niż sześćdziesiąt osób, mężczyzn, kobiet i dzieci, większość w żałosnym niezmiernie stanie. A i ci zachowani zostali jedynie dzięki korzonkom, orzechom, jagodom i czasami niewielkiej rybie... Tak wielki był nasz głód, że gdy zabito i pochowano pewnego dzikiego, najubożsi wykopali go i zjedli". 




Jamestown - przetrwało właśnie dzięki Polakom. To właśnie John Smith, widząc jak doskonale sobie radzą z problemem głodu - Polacy, zmienił diametralnie organizację osady na początku 1610 r. Odtąd wprowadzono zasadę: "Kto nie pracuje, ten nie je" i jeśli ktoś brzydził się pracy fizycznej (a nie miał za co kupić jedzenia - bo pieniądze i kosztowności szybko się rozeszły w trakcie "Wielkiego Głodu", gdy Anglicy kupowali jedzenie najpierw od Indian Powatan, a potem także od Polaków), ten był z góry skazany na śmierć głodową. A śmierć zebrała ogromne żniwo - w samym tylko roku 1608 zmarło z głodu 91 osób (ze 144 założycieli Jamestown), a w czasie "Wielkiego Głodu", mimo kolejnych dostaw z Anglii - zmarło aż 840 Anglików. Sytuacja była zatrważająca i bez radykalnych zmian, wprowadzonych za przykładem Polaków przez Johna Smitha - osada Jamestown podzieliłaby los swych dwóch wcześniejszych angielskich poprzedniczek. W 1630 r. w wydanej przez Smitha książce, opisującej losy osady i kolonistów, Smith tak pisze o ratunku, jakim było dla osady sprowadzenie do Jamestown Polaków: "Przybycie w 1608 r. do Wirginii rzemieślników z katolickiej Polski, uratowało od upadku pierwsze angielskie osiedle w Ameryce". 

Co by się jednak stało, gdyby Jamestown upadło w 1610 r.? Według prof. Luisa B. Wrighta: "Jeśliby upadło Jamestown Hiszpania i Francja ostatecznie podzieliłyby całą Amerykę Północną między siebie i nigdy nie powstałyby Stany Zjednoczone". Zaś w 1973 r. przywódca republikanów Gerard Ford, (późniejszy prezydent USA), przemawiając w Kongresie, stwierdził przywołując pamięć kolonistów z Jamestown: "Historia jak pierwsi polscy imigranci pomagali w założeniu kolonii w Jamestown jest niezwykle barwna. Pomysłowość i kwalifikacje, jakie zaprezentowali ci polscy imigranci napawają wszystkich Amerykanów polskiego pochodzenia wielką dumą. Te właśnie cechy uczyniły Amerykę wielkim krajem. Przybycie pierwszych Polaków do Ameryki jest ważne z wielu powodów - ponieważ oznacza początek polskiej emigracji do tego kraju i ponieważ praca tych pierwszych imigrantów miała zasadnicze znaczenie dla przetrwania kolonii Jamestown".

Znane są imiona pięciu polskich osadników z kolonii Jamestown z roku 1608 (choć nie ma stuprocentowej pewności że tak się właśnie nazywali, gdyż informacje o tym podaje jedynie amerykański historyk - Arthur Waldo) i mieli to być: Michał Łowicki z Londynu (zapewne polski kupiec zamieszkały na stałe w Londynie), Zbigniew Stefański z Włocławka (specjalista od wyrobu szkła), Jan Mata z Krakowa (znał się na produkcji mydła), Stanisław Sadowski z Radomia (cieśla) i Jan Bogdan z Kołomyi (smolarz), który osobiście poznał Johna Smitha w 1603 r., gdy ten przebywał w Polsce po powrocie ze swej wojaczki w Turcji (John Smith był najemnikiem i awanturnikiem - zaciągał się na służbę tam, gdzie można było dobrze zarobić - kierując się starą sentencją niemieckich lancknechtów: "Dobry Boże, daj nam sto lat wojny" - i w jednej z bitew dostał się do niewoli tatarskiej, skąd zbiegł na ziemie Rzeczypospolitej). W 1629 r. w Londynie, kapitan Smith wydał książkę pod wdzięcznym tytułem: "Prawdziwe podróże, przygody i obserwacje kapitana Johna Smitha", w której opisywał (m.in.) swój pobyt w Polsce (pisząc w trzeciej osobie): "Udał się on (Smith) pod zbrojną strażą do Rzeczycy nad rzeką Dniepr, w granicach Litwy, a stamtąd z równą grzecznością został przewieziony przez Kołocko, Dobrzesko, Dużybył, Drohobycz i Ostróg na Wołyniu, Zasław i Olesko na Podolu, Halicz i Kołomyję w Polsce i tak aż do Sybina w Siedmiogrodzie. W całym swym życiu rzadko kiedy doświadczał większej czci, radości i zabawy, i każdy wojewoda, do którego przyszedł, nie tylko użyczył mu gościny, ale i dał mu coś w darze". John Smith był zarządcą osady w Jamestown (jeszcze nie gubernatorem) zaledwie kilka miesięcy w latach 1608-1609. Dopiero w roku 1609 (dwa lata po założeniu i pierwszym przetrwaniu osady Jamestown), król Anglii - Jakub I Stuart powołał pierwszego gubernatora Wirginia (której jedynym wówczas terenem był obszar niewielkiej osady w Jamestown), nie zmieniło to jednak w żadnej mierze położenia osadników.

W 1609 r. i 1610 r. na osadę spadły dwa kolejne ciosy, które mogły doprowadzić do jej unicestwienia - pierwszym było pojawienie się owego "Wielkiego Głodu", a drugim - wybuch wojny z okolicznym plemieniem Indian Powhatan. W tych walkach Polacy również się wyróżnili (szczególnie jeden o imieniu Robert), a informacje na ten temat znalazły się w opublikowanej w Londynie w 1624 r. pracy pt.: "Ogólna historia Wirginii". W roku 1610 przybyli z Anglii nowi koloniści (w tym pierwsze angielskie kobiety), którzy jednak bardzo szybko zapełniali miejscowy cmentarz (z przybyłych w latach 1610-1611, 1 100 nowych kolonistów, przeżyło zaledwie kilkudziesięciu, gdyż dziesiątkował ich zarówno głód, choroby jak i ataki Indian, które trwały nieprzerwanie aż do 1614 r.). W 1611 r. gubernator - Thomas West wprowadził stan wyjątkowy i dyscyplinę wojskową, na niewiele to się jednak zdało, gdyż przybywający do Jamestown nowi koloniści bardzo szybko przenosili się na tamten świat. W 1614 r. zawarto wreszcie pokój z Indianami plemienia Powhatan, który został przypieczętowany małżeństwem kolonisty - Johna Rolfe z córką wodza tego plemienia - Wahunsenacawha (zwanego również po prostu Powhatan) - sławną Pocahontas, która odtąd nosiła imię - Rebeka Rolfe (i która w 1616 r. wyjechała wraz z mężem do Anglii, gdzie została nawet przyjęta na dworze królewskim, ale zmiana otoczenia spowodowała że ta młoda, zaledwie 22-letnia dziewczyna zmarła już w marcu 1617 r. W styczniu 1615 r. urodziła syna - Thomasa Rolfe). 


POCAHONTAS Z SYNEM THOMASEM



W 1618 r. nowy gubernator Wirginii - Samuel Agryll wprowadził reformy, mające na celu ponowne zaludnienie osady Jamestown, gdyż w tym czasie mieszkało tam niecałe 350 osób. Nowe prawo przyznawało każdej osobie, która sprowadzi do kolonii nowego osadnika lub służącego - przydział ziemi o powierzchni 50 akrów (pod warunkiem wszakże wzięcia tych gruntów pod uprawę i opłacania z nich 1 szylinga rocznie za każde 50 akrów). Najbardziej jednak cierpiano w osadzie na brak kobiet (wszystkie kobiety, które przybyły do Jamestown w roku 1610, bardzo szybko zmarły w przeciągu kilku kolejnych lat, tak iż już w 1616 r. w osadzie nie było żadnej przedstawicielki płci pięknej). Próby porwań i gwałtów na Indiankach, spowodowały że w 1616 r. nastąpił kolejny atak plemienia Powhatanów na osadę, odparty z dużymi stratami wśród kolonistów (to właśnie w tej walce mieli się szczególnie wyróżnić Polacy, zwłaszcza ów przytoczony wcześniej Robert). Gubernator Wirginii Samuel Agryll pisał więc listy do Kompanii Wirginii w Londynie i prócz próśb o prowiant, broń i kolejnych kolonistów, apelował: "Przyślijcie nam tu kobiety! (...) Cierpimy niezmiernie i odchodzimy od zmysłów z powodu ich braku". Ich prośby zostały wysłuchane w 1619 r. gdy do osady przybył pierwszy (holenderski) statek z... Afryki, wioząc na swym pokładzie sporą liczbę, bo aż 90 młodych, czarnoskórych niewolnic. 

Jak opisywał przybycie tego okrętu czarnoskóry pisarz - Jay Saunders Redding: "Był to zaiste ze wszech miar dziwny statek - statek przerażający, statek tajemnica. (...) Powiewała na nim bandera holenderska, lecz jego załoga składała się z różnych nacji. Zmierzał do angielskiej osady Jamestown, w kolonii zwanej Wirginią. Zawinął do portu i po dokonaniu transakcji szybko odpłynął. Zapewne żaden statek w dziejach nowożytnych nie przewoził bardziej złowieszczego ładunku". Wiózł na swym pokładzie 20 czarnoskórych mężczyzn i 90 czarnoskórych kobiet. Jak pisał Redding: "Posłuszne, młode i nietknięte (...) z własnej woli sprzedane osadnikom jako żony za cenę transportu". Zarówno dla osadników jak i dla tych kobiet było to wybawienie - zawsze przecież mogły trafić znacznie gorzej, zaś koloniści zaczęli już z braku cipek kobiet dopuszczać się aktów sodomickich (zgodnie z teorią Arystotelesa: "Jeśli żołnierze nie mają kobiet, wykorzystują mężczyzn"). Owe czarnoskóre "żony" bardzo szybko jednak wróciły do stanu niewolnic, gdy (jeszcze w tymże 1619 r.) do Jamestown przybył okręt wysłany przez Kompanię Wirginii, na którego pokładzie prócz zaopatrzenia, znajdowało się kilkanaście angielskich kobiet, które bardzo szybko zyskały w osadzie powodzenie (zgodnie z tym co pisał potem Guy de Maupassant, iż: "Ładne Angielki mają wygląd delikatnych owoców morza. (...) Wszystkie one, dzięki swojej wyjątkowej świeżości, przywodzą na myśl delikatne kolory różowych muszli morskich i lśniących pereł ukrytych w nieznanych głębinach oceanu"). Tak oto w owym 1619 r. do pierwszej angielskiej kolonii przybyły zarówno białe jak i czarnoskóre kobiety - czyli można by rzec że w tym roku właśnie przypada 400 rocznica pojawienia się pierwszej Angielki (która przetrwała i porodziła dzieci) oraz pierwszej Murzynki w Stanach Zjednoczonych.




W maju 1619 r. przypadała też dwunasta rocznica założenia (i co ważne - przetrwania) kolonii Jamestown (Wirginii). W tym też roku powołano pierwsze wybieralne zgromadzenie obywateli, złożone z 22 przedstawicieli, którzy mogli tworzyć lokalne prawo (jednak gubernator - mianowany przez Londyn - miał każdorazowo prawo weta, a wszystkie ustawy musiały być zaakceptowane przez władze Kompanii Wirginii). Pierwsze posiedzenie owej rady zebrało się w czerwcu 1619 r. Już na początku powstały pierwsze konflikty, gdy angielscy osadnicy zaczęli domagać się od władz Kompanii w Londynie, prawa do zatwierdzania zarządzeń londyńskich na miejscu (czyli prawa do samorządu), na co początkowo władze londyńskie nie chciały się zgodzić (wyrażono na to zgodę dopiero w 1621 r.), oraz zaistniał też inny, wewnętrzny konflikt wśród samych kolonistów. Otóż w skład władz osady Jamestown mogli wchodzić jedynie Anglicy (oczywiście nie muszę też dodawać że sami mężczyźni). Niezadowoleni z tego faktu polscy osadnicy - którzy przecież nie tylko zbudowali pierwszą hutę szkła w anglojęzycznym Nowym Świecie, ale byli też pionierami amerykańskiego przemysłu, oraz przelewali swą krew w walkach z Indianami w obronie osady - właśnie 21 lipca 1619 r. zorganizowali pierwszy w historii USA - strajk, który trwał prawie dziesięć miesięcy (do 17 maja 1620 r.). Anglicy uznali że zaprzestanie pracy w hucie szkła spowoduje poważne zagrożenie dla interesów gospodarczych osady, dlatego też bardzo szybko, bo już 31 lipca 1619 r. przyznali Polakom pełne prawa głosu z możliwością kandydowania w wyborach do zgromadzenia Jamestown (polscy osadnicy nie wrócili jednak do pracy aż do maja 1620 r., gdyż nie ufali Anglikom i dopiero gdy wybrano nowe przedstawicielstwo, w skład którego weszli też Polacy - praca w hucie znów ruszyła). 

Należy tutaj jeszcze dodać jedną rzecz - koloniści coraz bardziej uzależniali się od nieznanego w Europie "indiańskiego ziela", który dziś nazywamy tytoniem - i palili go często oraz chętnie, sporą część eksportując do Anglii i innych europejskich krajów. Niestety, nie podobało się to Indianom, którzy tylko czekali stosownej chwili aby wreszcie pozbyć się nieproszonych gości zza "Wielkiego Morza" i gdy taka okazja się nadarzyła w 1622 r. dokonali ataku i prawdziwej rzezi osadników Jamestown.


CDN.

AMERICAN STORY - Cz. III

DZIEJE
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT 
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW



POKOLENIE I
WŁÓCZĘDZY I PIRACI
Cz. III



PIERWSZE PRÓBY 
ANGIELSKIEJ KOLONIZACJI AMERYKI
Cz. I





"JAKIM SPOSOBEM ZIEMIA SUCHA WRAZ Z WODĄ JEDNĄ KULĘ TWORZY? POKARZE SIĘ TO WYRAŹNIEJ, JEŻELI DO TEGO PRZYŁĄCZYMY WYSPY ZA NASZYCH CZASÓW POD HISZPAŃSKIMI I PORTUGALSKIMI MONARCHIAMI ODKRYTE, A NADE WSZYSTKO AMERYKĘ (...) A DLA NIEZBADANEJ DOTYCHCZAS JEJ ROZLEGŁOŚCI ZA NOWY ŚWIAT UWAŻANĄ"

MIKOŁAJ KOPERNIK
"O OBROTACH SFER NIEBIESKICH"
(1543 r.)



"Angielscy żeglarze są najlepsi na świecie" - te słowa zapisał w swej "Rozprawie" z 1576 r. Humprey Gilbert, posiadacz pierwszego w dziejach angielskiego patentu (nadanego mu przez królową Elżbietę I - 11 czerwca 1578 r.), czyniącą go de facto "władcą Ameryki" (czyli tych ziem, które zajmie w imieniu korony angielskiej). Swoją drogą należy pamiętać że Anglia dopiero stawiała swe pierwsze kroki w żegludze dalekomorskiej, gdyż w średniowieczu była po prostu... krajem lądowym. Brzmi to dość dziwnie, biorąc pod uwagę jej wyspiarskie położenie, ale tak właśnie było. Potęga brytyjskiej floty i mit jej niezwyciężoności (spod Abukiru i Trafalgaru, z wypraw dalekomorskich Cooka, Nelsona i Rodneya) w tym czasie, gdy Humprey Gilbert (zaopatrzony w królewski patent, na czele czterech okrętów wypływał z Plymouth ku nieznanym wodom Nowego Świata) jeszcze nie istniał. Na morzach i oceanach zaś królowała flota Hiszpanii. Wyładowane złotem galeony z podbitych ziem dzisiejszego Meksyku, Kolumbii, Wenezueli i Peru, zdążały najpierw na Hispaniolę (jak wówczas nazywano Haiti), a potem do kraju - do Hiszpanii. Teraz Gilbert pełen nadziei na założenie angielskich kolonii w Nowym Świecie, opuszczał port w Plymouth w ten wietrzny poranek 11 czerwca 1583 r. (w piątą rocznicę otrzymania królewskiego patentu, bowiem aż pięć lat zajęło mu kompletowanie złogi i przygotowanie okrętów). Los był jednak dla niego okrutny. Oto bowiem gdy eskadra statków pod jego dowództwem dotarła do Nowej Fundlandii, próbując założyć na brzegu jakąś osadę, akcja ta zakończyła się fiaskiem. Co prawda zbudowano prowizoryczną bazę nieopodal dzisiejszego Saint John's w Nowej Fundlandii, ale osadnicy zaczęli zapadać tam na zdrowiu. Część z nich z tego powodu umarła, część potopiła się po pijanemu (prawie 100 ludzi - podczas pijackiej balangi na statku, wpadli na skały i potopili się), część zbiegła na lad rabować rybaków i potem ukrywała się po lasach. Ostatecznie z 260 ludzi załogi na samym początku wyprawy, pozostało zaledwie 100. Trzeba było porzucić dwa z czterech okrętów i z pozostałą dwójką ("Wiewiórka" i "Złota Łania") wracać, niczego nie osiągnąwszy do kraju. 

W drodze powrotnej trafili jednak na gwałtowną burzę, silny wiatr i wzburzone fale, które rozdzielały od siebie oba okręty. Żeglarze robili co mogli aby utrzymać sterowność statków, lecz kapitan - ów Humprey Gilbert zdawał się tym nie przejmować. Siedział na mostku zaczytany pewną książką (była to "Utopia" Tomasza Morusa). Choć deszcz padał niemiłosiernie, on wciąż nie odrywał od niej wzroku. Aż wreszcie (okrętem flagowym była "Wiewiórka") gdy oba statki ponownie się do siebie zbliżyły, zerknął na "Złotą Łanię" i machając w ich kierunku rękoma, rzekł: "Przyjaciele, morzem jest równie blisko do nieba jak lądem!". Były to jedne z ostatnich jego słów, jako że w chwilę potem wypadł za burtę i... utopił się w morzu. Mimo to marynarze zapamiętali te jego słowa i powtarzali je potem, po dotarciu do Anglii, opowiadając o swych przygodach z podróży po tawernach i szynkach. Humprey Gilbert utopił się na Atlantyku w pobliżu Azorów, dnia 9 listopada 1583 r. Był on jednym z głównych angielskich zwolenników kolonizacji Nowego Świata i marzyło mu się założenie stałych kolonii zarówno w Nowej Fundlandii, jak i na Florydzie a także po drugiej stronie oceanu - w dzisiejszej Kalifornii. Nie dane mu było jednak tego dokonać. Pozostało po nim tylko to przesłanie: "Morzem jest równie blisko do nieba jak lądem", oraz ostatnie zdanie jego "Rozprawy", która definiowała Anglików jako naród pionierów i patriotów oddanych swemu krajowi (jakaż różnica w porównaniu ze współczesnymi Brytyjczykami, prawda?): "Nie jest godzien żywota, kto w bojaźni, w obliczu śmierci, porzuca honor i służbę swego kraju". Tak więc do Anglii ostatecznie powróciło niecałe 100 marynarzy. Zresztą, biorąc pod uwagę warunki panujące na XVI-wiecznych okrętach, trudno nie zrozumieć iż żeglarze bardzo rzadko z własnej woli godzili się na długie, dalekomorskie podróże. Gilbert przez pięć lat kompletował załogę, gdyż doprawdy było to jedno z najtrudniejszych zadań dla kapitana i powołanych przez niego do tego zadania ludzi. Trzeba było bowiem obejść wszystkie szynki, wszystkie gospody, zaproponować zaliczkę która miała być gwarantem zaokrętowania. A i tak często zdarzało się tak, jak pisał Richard Hawkins w 1593 r.: "Byli tacy, co przyjęli zaliczkę i uciekli". Wielkim problemem stali się też symulanci (którzy udawali chorych, gdy przychodził dzień wyprawy), a także pijacy, których trzeba było nieprzytomnych wnosić na okręt. Wielu się też zadłużało - trzeba więc było ich jeszcze wykupić. 

Marynarze nie garnęli się (poza nielicznymi miłośnikami przygód) do wypraw dalekomorskich, jako że na okręcie praktycznie... przestawali być ludźmi a stawali się wręcz własnością kapitana statku. Musieli znosić podłe jedzenie, stęchłe piwo, brak ognia oraz oczywiście przerywany sen i ciągłą czujność. Kary bowiem za np. zaśnięcie na wachcie były niezwykle okrutne. Taki delikwent był z reguły wystawiany w koszu na wystającej z dzioba belce. Do kosza wkładano mu chleb i wodę oraz dawano ostry nóż. Miał odtąd dwie możliwości, albo przeciąć linę, łączącą kosz z okrętem i tym samym utopić się w morzu, albo... umrzeć z głodu. Była to niezwykle sroga kara, dlatego też wielu po stokroć wolało chłostę lub nawet... przeciąganie pod kilem (czyniono to - z jednego boku okrętu na drugi pod wodą - opieszale lub niedbale, taki nieszczęśnik też nie miał większych szans i topił się). Nic dziwnego że na okrętach co jakiś czas dochodziło do buntów załogi przeciwko wszechwładzy kapitanów. Człowiek na morzu niewiele wówczas znaczył o czym świadczy skarga zbuntowanej załogi "Złotego Lwa" z 1587 r., w której zapisane jest: "Prosimy, żeby traktować nas jak ludzi i nie dać nam zginąć z braku pożywienia (...) Zaciągnięto nas do służby Królowej, abyśmy od niej dostawali żołd, a nie żeby nas tak traktowano. Czynicie z nas nie ludzi, ale bestie". Poza tym jedną z kar (za uderzenie kapitana) było także obcięcie lub przybicie dłoni gwoździem do masztu. Co się zaś tyczy środków bezpieczeństwa pożarowego to stosowano doprawdy ciekawą metodę. A mianowicie marynarze oddawali mocz do dwóch beczek, które stale przeznaczone były do gaszenia ewentualnego pożaru na okręcie. Od 1596 r. na angielskich okrętach wprowadzono też czyszczenie pokładu, aby zapobiec ewentualnym chorobom.




Nim dojdzie do kolejnych prób skolonizowania atlantyckiego wybrzeża dzisiejszych Stanów Zjednoczonych Ameryki, w listopadzie 1577 r. wyruszyła pierwsza w historii angielska wyprawa na dzisiejsze Zachodnie Wybrzeże, czyli na Ocean Spokojny. Wyprawa ta od samego początku była trzymana w ścisłej tajemnicy, gdyż obawiano się że Hiszpanie spróbują nie dopuścić by wyprawa szczęśliwie dotarła na miejsce. Kontrolowali bowiem ogromne tereny począwszy od wysp Patagonii poprzez Andy w Ameryce Południowej, Panamę, dawne ziemie Zapoteków, Misteków i Azteków z portami takimi jak Acapulco, Las Blas czy Culiacan w kraju Zakateków. Wyprawy Franciszka Coronado (1540-1542) czy Bernala Diaza del Castillo (1540 r.) dotarły do dzisiejszego Kansas (który wówczas zasiedlały plemiona Kiwów, Kansa i Paunisów z Wielkich Prerii) oraz Półwyspu Kalifornijskiego (Koczymisi). Hiszpanie nie przekroczyli jednak ze swymi wyprawami gór Sierra Nevada, co dawało Anglikom okazję, aby jako pierwsi zjawić się na ziemiach dzisiejszej Kalifornii - zasiedlonej przez lud Miwoków. Królowa Elżbieta I wysłała nawet dla niepoznaki serdeczny list do króla Hiszpanii - Filipa II Habsburga, informujący go, iż bardzo pragnęłaby zgody pomiędzy królestwami Anglii i Hiszpanii i że jest ona możliwa, jednak szkodzą jej "ludzie zawistni", którzy: "pragną zniszczyć naszą przyjaźń". Elżbieta obawiała się bowiem potęgi hiszpańskiej, siły jej piechoty (uważanej za najlepszą w Europie) i siły jej floty wojennej. Po bitwie pod Lepanto (październik 1571 r.), w czasie której flota chrześcijańska (w tym w dużej większości okręty wystawione przez Hiszpanię), całkowicie rozbiła flotę muzułmańską Imperium Osmańskiego (co jednak nie przeszkodziło Osmanom w zajęciu Cypru 1571-1573. Potem sułtan Selim II śmiał się że tą bitwą chrześcijanie jedynie ścięli mu brodę, zaś on odciął im ramię. Broda szybko odrośnie - w znaczeniu zawsze można wystawić kolejne okręty, a odcięte ramię - nie), co budziło w Anglii duże obawy przed ewentualną próbą hiszpańskiej agresji na Wyspę. Mimo to Hiszpania była kolosem na glinianych nogach i rok, w którym angielska wyprawa pod wodzą Francisa Drake'a, opuszczała Plymouth (listopad 1577 r.) kierując się w stronę Oceanu Spokojnego, był rokiem w którym Hiszpania zdążyła już dwukrotnie ogłosić bankructwo kraju (po raz pierwszy w 1557 r. po raz drugi - i nie ostatni - w 1576 r.). 

Tajemnica wyprawy Drake'a była tak wielka, że nie wiedzieli o niej nawet jego oficerowie i marynarze. Powiedziano im bowiem że wyprawa zmierza do Aleksandrii. Nic więc dziwnego, że gdy już w trakcie podróży poinformowano załogę o prawdziwym celu, jaki było dotarcie drogą morską na drugi koniec Ameryki, na pokładzie czterech okrętów Drake'a (z których składała się jego eskadra z czego tylko dwa były okrętami w pełnym tego słowa znaczeniu - "Pelican" i "Elisabeth", dwa pozostałe - "Marigold" i "Swan" przypominały raczej jachty), wybuchł bunt załogi. Ludzie nie godzili się na znacznie dłuższą podróż, wymagającą jeszcze więcej poświęceń. Drake spacyfikował bunt, wieszając jego przywódcę - Thomasa Doughty (swego przyjaciela, z którym jeszcze dzień przed egzekucją wspólnie spożywał obiad i z którym wspólnie przyjął Komunię Świętą). Wyprawa jednak obfitowała w kolejne przygody. Zatonął np. podczas burzy "Marigold". Potem "Elizabeth" zawrócił do kraju, a ostatecznie kolejna burza oddzieliła od siebie dwa pozostałe statki i tak Drake na okręcie flagowym ("Pelican") płynął już samotnie. Kończyły się jednak zapasy jedzenia i wody, należało więc zatrzymać się w jakimś porcie. Ale w którym, tym bardziej że wszystkie porty na Oceanie Spokojnym należały do Hiszpanów. A z Hiszpanami miał Francis Drake bardzo, ale to bardzo niemiłe spotkania. Niecałą dekadę wcześniej, gdy jeszcze handlował z nimi na karaibskich wodach "hebanowym złotem" (czyli czarnymi niewolnikami, których pozyskiwał lub porywał z Afryki i sprzedawał z zyskiem na wielkie plantacje do Ameryki Środkowej i Południowej. Popyt na czarnoskórych niewolników był bardzo duży, jako że uznano Indian za nie nadających się do ciężkiej i wyczerpującej pracy na plantacjach trzciny cukrowej czy w młynach i szybko podczas takich prac tracących życie. Sprowadzano więc sobie "hebanowe złoto" z Afryki, a szczególnie kobiety, jako że - głównie do połowy wieku XVI - wśród hiszpańskich i portugalskich kolonistów Ameryki Południowej, była wyraźna nadreprezentacja mężczyzn. Kobiety które przyjeżdżały tutaj z Europy były nieliczne - poza tym istnieją zapisy że ponoć traciły tam płodność i trzeba było albo deflorować Indianki, albo... sprowadzać sobie murzyńskie niewolnice z Afryki. Skutkowało to znów dużą liczbą Mulatów lub Metysów). Drake zajmował się handlem czarnymi niewolnikami od ok. 1563 r. (czyli od wieku 23 lat).




Jednak pewne wydarzenie z 1568 r. całkowicie zmieniło jego stosunek do Hiszpanów (którym wcześniej dostarczał niewolników) i uczyniło z niego śmiertelnego wroga Hiszpanii i katolików. Otóż jako dowódca okrętu "Judith" był dostawcą "żywego towaru" i płynął pod rozkazami kapitana Johna Hawkinsa (wcześniej kapitana Lovella). Jeden z okrętów Hawkinsa ("Jesus") uległ uszkodzeniu podczas burzy i musiał zakotwiczyć w hiszpańskim pocie w Meksyku o nazwie San Juan de Ulloa. Hawkins, Lovell, Drake i inni Anglicy byli tolerowani przez Hiszpanów, gdyż wymiana handlowa służyła i jednym i drugim. Co prawda król Hiszpanii kategorycznie zakazywał handlu z Anglią, ale na Karaibach i w Meksyku zakaz ten był notorycznie łamany, gdyż niewolnicy byli tam potrzebni do ciężkich prac fizycznych. Tak więc eskadra Hawkinsa wpłynęła do portu San Juan de Ulloa i lokalne władze zezwoliły Anglikom na naprawę uszkodzonego okrętu. Pech jednak chciał, że do San Juan wpłynął z wizytą hiszpański wicekról. Przybyli Hiszpanie, dowiedziawszy się że w porcie cumują okręty angielskie, wtargnęli na nie zbrojnie i większość z nich opanowali. Uciekły tylko dwa statki - "Minion" pod wodzą Hawkinsa i właśnie "Judith" którego kapitanem był Drake (notabene, to właśnie ci dwaj ludzie dwadzieścia lat później będą głównymi autorami angielskiego zwycięstwa nad niezwyciężoną hiszpańską Armadą, atakującą Anglię). Ci zaś z Anglików, którzy dostali się do niewoli, skończyli tragicznie. Poddano ich bowiem okrutnym torturom a następnie zesłano na galery. Część z nich spalono na stosie jako heretyków. Należał do nich kuzyn Drake'a - Robert Barret. Od tej chwili Francis Drake stał się śmiertelnym wrogiem Hiszpanii i katolicyzmu. Teraz zaś, wiedząc że musi gdzieś zakotwiczyć i że jedyne porty należą do Hiszpanów, postanowił uczynić to w sposób iście przebiegły. Oto bowiem nocą przycumował łódką do brzegu w pobliżu siedemnastu okrętów hiszpańskich, a sam (z kilku towarzyszami) zszedł na ląd i zakupił potrzebne towary, po czym spokojnie wrócił na statek i odpłynął (potem powtarzał ten manewr jeszcze parę razy). Poza tym rabowano napotkane kupieckie hiszpańskie statki. W rejonie Panamy zdobył najcenniejszy skarb, obładowany złotem i srebrem hiszpański galeon o nazwie "Plujący ogniem" ("Cacafuego"). Potem Drake napisał w dzienniku że statek ten powinien nosić nazwę: "Plujący srebrem", gdyż zdobycie tego jednego hiszpańskiego okrętu, w zasadzie zwracało cały koszt, poniesiony przez królową Elżbietę I na tę oceaniczną wyprawę. Być może to właśnie wówczas Drake zmienił nazwę swojego statku z "Pelicana" na "Złotą Łanię" ("Golden Hind").

W 1579 r. Drake dotarł do wybrzeży Kalifornii (nieopodal dzisiejszego San Francisco), gdzie powitał go lud Miwoków. Ci Indianie byli bardzo przyjaźni i chętni do wymiany handlowej, a Drake spędził u nich aż pięć tygodni. Odjeżdżając umieścił na jednej ze skał mosiężną plakietkę i 6-pensową monetę z herbem królowej Elżbiety I, mówiąc że bierze ten kraj we władanie Korony angielskiej i dodając że jeszcze tu wróci. Indianie Miwok, przypatrywali się tej scenie z zaciekawieniem i rozbawieniem, nie zdając sobie sprawy że oto właśnie Drake uczynił ich (przynajmniej w teorii, gdyż realnie Anglicy powrócą tam dopiero w dwieście lat później, w czasach Cooka) poddanymi Jej Królewskiej Mości - królowej Anglii. Następnie "Złota Łania" odpłynęła w drogę powrotną do Anglii (przez Pacyfik, Ocean Indyjski i Atlantyk), gdzie dotarła w listopadzie 1580 r. Tym samym Drake był drugim po Magellanie żeglarzem, który opłynął dokoła cały świat. Przybycie do Plymouth związane było również z zabawnym wydarzeniem. Oto bowiem, gdy na dwór królewski dotarła wiadomość o sukcesie wyprawy Drake'a i o tym że pod pokładem znajdują się ogromne ilości złota, srebra, drogich kamieni oraz biżuterii, Elżbieta postanowiła osobiście odwiedzić kapitana na jego statku. Niestety, w tamtych czasach wizyta kobiety na okręcie była praktycznie niemożliwa, gdyż istniało przekonanie że... przynosi pecha (jak czarny kot który przebiegnie drogę 😊). Na okręt mogła być zabrana tylko prostytutka, i to przed wypłynięciem okrętu w morze. Dlatego też gdy z oddali jeden z marynarzy ujrzał zbliżającą się do "Złotej Łani" kobietę, wziął ją za prostytutkę i krzyknął w stronę towarzyszy: "Hej! Jakaś kurwa tu idzie!" (😂). Jakież musiało być zdziwienie załogi, gdy okazało się że to królowa we własnej osobie, przyszła podziękować załodze i pasować Francisa Drake'a na rycerza. Od tej pory mógł on dumą nosić szlachecki tytuł.




Głównymi żeglarzami Korony angielskiej w owym czasie byli właśnie Gilbert, Hawkins, Drake i Frobisher (który podjął się odkrycia północno-zachodniego przejścia na Pacyfik), do nich dołączali potem kolejni angielscy podróżnicy i odkrywcy (choć Francuzi i Niemcy często pisywali że tak naprawdę to Anglicy nigdy i niczego nie odkryli i zawsze pozostawali tylko korsarzami, czyli drobnymi rabusiami. Np. niejaki Anton Ziska pisał w 1940 r. w swej "Englands Bündnisse" ("Sojuszach Anglii"): "Z całego swego wielkiego państwa Anglicy nie odkryli właściwie niczego. Portugalczycy zamknęli przed nimi Afrykę, Indie Wschodnie, Chiny, Hiszpania - resztę (...) Anglia nie może się wykazać niczym, jak tylko piratami i rabusiami morskimi (...) angielska żegluga była wówczas tak nic nieznacząca, że Hiszpania nie zadała sobie nawet trudu, aby wydać wyspie wojnę (...) Dopiero wówczas, gdy Anglia otwarcie podjęła wrogie kroki, gdy zaczęła popierać walczących przeciw Madrytowi powstańców niderlandzkich i gdy Drake podjął swój atak na Kadyks (1587 r.), w czasie którego zatopił 18, a pojmał 6 okrętów - Filip II postanowił wysłać Armadę". Tak pisali Niemcy w czasie II Wojny Światowej, a jak rzeczywiście było? Anglia bez wątpienia weszła do kolonialnego wyścigu stosunkowo najpóźniej, ale mimo wszystko zdołała jeszcze odkryć i skolonizować nowe ziemie kontynentu amerykańskiego i (przy ogromnym wsparciu późniejszych kolonistów z katolickich krajów - takich jak Polacy, Irlandczycy czy Włosi - zbudowała swoją dzisiejsza potęgę ekonomiczną, która przez współczesne pokolenie wychowane już na marksistowskich uniwersytetach i nie znające etosu pracy na której zbudowano potęgę Ameryki - wkrótce zmieni się w kraj biedy i przemocy, co w konsekwencji spowoduje jej rozpad. Co prawda Donald Trump próbuje dziś odbudować ten zapomniany etos dawnej Ameryki - ale czy mu się to uda?). Przejdźmy zatem teraz do pierwszych angielskich prób założenia stałej bazy na atlantyckim wybrzeżu przyszłych Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.


CDN.

19 czerwca 2025

AMERICAN STORY - Cz. II

DZIEJE
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





POKOLENIE I
WŁÓCZĘDZY I PIRACI
Cz. II



ANGLIA XV-XVI WIEKU
"KRAJ TYSIĄCA DZWONÓW"





Anglia podjęła się polityki kolonizacyjnej stosunkowo późno (końcówka XVI wieku) i była na tym polu prawdziwym nowicjuszem. Plany kolonizacji Nowego Świata (czyli terenów Ameryki Północnej i Południowej), zaczęto wprowadzać w życie dopiero wówczas, gdy ustabilizowana została sytuacja wewnętrzna w samej Anglii. Bowiem po krwawej wojnie Dwóch Róż (1455-1485), która wybuchła w wyniku wzajemnej rywalizacji dwóch bocznych linii "czarciej dynastii" (jak w średniowieczu mówiono o rodzie Plantagenetów których protoplastą miał ponoć być sam szatan) - Lancasterów (mających w herbie czerwoną różę) i Yorków (biała róża), kraj był zniszczony i wewnętrznie rozdarty. Potrzebowano spokoju, który doprowadziłby do odrodzenia angielskiej gospodarki i pozycji w Europie. Krajem wciąż rządziły wielkie rody magnackie, takie jak Mortimerowie (ród wielkich baronów, mający swe główne posiadłości na zamkach Wigmore i Ludlow, oraz kontrolujący ziemie wzdłuż granicy z Walią, oraz w samej Walii, jak również Dorset, Somerset, Grenville, March i Lacy), Staffordowie, Percy, Neville'owie, Beauchampowie, Courtaneyowie czy FitzAlanowie, których przedstawiciele wchodzili w skład rady królewskiej, zwanej Izbą Lordów (swoją drogą rody te, podobne są do naszych wielkich rodów magnackich: Zamojskich, Radziwiłłów, Sobieskich, Paców, Potockich, Firlejów, Lanckorońskich, Szafrańców, Ossolińskich, Opalińskich, Leszczyńskich czy Wiśniowieckich, gdyż tak jak tamte kontrolowały kraj), spory wpływ jednak zyskiwali nowobogaccy i drobna szlachta (W Rzeczpospolitej każdy szlachcic, bez względu na to czy posiadał jakikolwiek majątek, czy nie, miał prawo decydować o polityce swojego kraju, zaś w Anglii o polityce kraju mogli decydować albo dobrze urodzeni arystokraci, albo też nowobogacka klasa średnia, która zbiła majątek na handlu).

Takim władcą, który po latach zamętu i walk zapewnił spokój, był pochodzący z rodziny królewskich bękartów Henryk VII Tudor (jego dziadek, zwykły rycerz - Owen Tudor, był kochankiem królowej Anglii - Katarzyny de Valois, małżonki króla Henryka V Lancastera, zwycięzcy bitwy z Francuzami pod Azincourt w 1415 r. - jednej z dwóch największych bitew średniowiecza, po Grunwaldzie). Zaprowadził on w kraju pokój i pomimo bardzo niepewnych praw do korony Anglii, pozostawił następcę, swego syna - Henryka (pierwszy syn Henryka VII - Artur, zmarł jeszcze za życia ojca), który przeszedł do historii jako sławny Henryk VIII, ten który aby spłodzić prawowitego męskiego potomka, musiał się żenić aż sześć razy, z czego dwie ze swych żon skazał na śmierć. Pragnienie Henryka VIII, aby pozostawić po sobie legalnego potomka płci męskiej, brało się z tego, że ród Tudorów był powszechnie (wśród starej szlachty) uważany za uzurpatorów, gdyż ich prawa do tronu oparte były na tak wątłych podstawach, iż można było je łatwo podważyć, tym bardziej że w Anglii wciąż żyli tacy, którzy posiadali większe prawa do korony tego kraju. Poza tym musiał to być koniecznie syn, bowiem panowanie królewskiej córki - kobiety, było bardzo źle widziane w całym społeczeństwie angielskim. Krótkotrwałe (półroczne) rządy ambitnej królowej Matyldy, która w 1141 r. odebrała tron swemu kuzynowi - królowi Stefanowi z Blois, przeszły do ludowej legendy i były przykładem kobiecej nieudolności w sprawowaniu władzy. Powszechnie twierdzono ze płeć piękna nie jest stworzona do panowania lecz do służenia (w 1393 r. nieznany autor dzieła: "The Goodman of Paris" - ["Dobroczyńca z Paryża"] zalecał wprost kobietom w Anglii by w związku małżeńskim zawsze był posłuszne swoim mężom, wykonywały ich polecenia niczym "wierne psy". Mąż - jak głosiło owe dzieło - jest panem rodziny, podobnie jak Bóg panem Świata, więc kobieta, która sprzeciwia się mężowi, jest niczym zły duch, który sprzeciwia się Bogu. Głównym obowiązkiem żony jest więc posłuszeństwo i zadowolenie swego męża). Dlatego też Henryk VIII miał taką obsesję na punkcie pełnoprawnego dziedzica płci męskiej.

Ze swą pierwszą (Katarzyną Aragońską) i drugą żoną (Anną Boleyn) miał Henryk VIII dwie córki (Marię i Elżbietę), które zupełnie nie nadawały się na dziedziców korony i tronu Anglii, potrzebny był syn - dziedzic, który ugruntuje panowanie dynastii na kolejne dekady. I takiego syna urodziła dopiero trzecia żona Henryka - Jane Seymour, która jednak zmarła w wyniku powikłań poporodowych w kilka dni po narodzinach. Młody Edward był teraz oczkiem w głowie swego taty, który nakazywał nawet (codziennie) czyścić podłogi oraz ściany w komnatach w których przebywał syn. Był wynagradzany za sam fakt że w ogóle się urodził, zaś córki króla - Maria i Elżbieta, często publicznie upokarzane (obawiały się że pewnego razu tatuś może im przysłać kata). Uznawane za bękarty i pozbawiane praw do tronu, potem prawo to ponownie odnawiano, ale mogły panować dopiero po swym młodszym bracie i jego ewentualnych następcach. W każdym razie ciągle żyły w strachu (Henryk nie chciał płacić nawet za suknie swych córek, gdy pewnego razu jego osobisty doradca Tomasz Cromwell stwierdził iż młoda Elżbieta wyrosła z sukien i prosi Jego Królewską Mość o nowe, on odpowiedział: "Dlaczego mam płacić? To nie moje dziecko, jej matka była dziwką"). Po śmierci Henryka VIII nowym królem został młody, zaledwie 9-letni Edward VI, który jednak był dzieckiem dość słabowitym i zmarł po sześciu latach panowania. Dopiero po jego śmierci tron i koronę przejęły starsze siostry - Maria I i Elżbieta I.




W tym czasie Anglia znacznie się zmieniła. Przede wszystkim kraj zerwał związki z Rzymem, co oznaczało powstanie religii krajowej - anglikanizmu. Tym samym Anglia wypisała się ze społeczności zjednoczonej Europy średniowiecza (zjednoczonej pod względem religijnym). Nie ona pierwsza zresztą, cała Europa została wówczas zainfekowana pierwszym wielkim wirusem, jakim był tzw.: humanizm (polegał on w głównie na zastąpieniu racjonalnej filozofii Arystotelesa, przez utopijną, totalitaryzującą filozofię Platona - "Nowy Człowiek i Nowy Świat" - komuniści jeszcze bardziej rozwinęli te pojęcia). Nie przyniósł on jednak pokoju, gdyż zniszczenie wspólnoty religijnej zachodniego chrześcijaństwa, spowodowało rozlew krwi ludzkiej na skalę tak wielką, że dopiero XX-wieczne komunistyczno-nazistowskie totalitaryzmy był w stanie ten rekord pobić. W każdym razie Anglia, kraj "tysiąca dzwonów" (jak ją nazywano jeszcze w XVI wieku), stała się krajem w którym osobista wola monarchy w kwestii wiary, była jednoznaczna z wolą Boga. Doprowadzi to w XVII wieku do wybuchu wojny religijnej w Anglii, której celem będzie wybicie wszystkich, pozostających w kraju katolików. Ponieważ zaś to się nie powiedzie i stroną zwycięską będą bardziej umiarkowani protestanci (którzy dążyć będą "jedynie" do politycznego i społecznego upokorzenia katolików w Anglii), ci najbardziej radykalni "misjonarze", wsiądą na statek i przypłyną do Nowego Świata, aby tam budować swoje "Królestwo Boże" wolne od katolików. Będzie to kolejna migracja, typowo już religijna, która nada kształt przyszłemu państwu - Stanom Zjednoczonym Ameryki.




Po ogłoszeniu Aktu Supremacji i zerwaniu związku Anglii z Rzymem (1534 r.), zaczęła zmieniać się również struktura społeczna tego kraju. Oto bowiem przejmowane przez państwo majątki zakonów i klasztorów, były następnie odsprzedawane, a ponieważ dużą cześć nabywców tych posiadłości zaczęli stanowić przedsiębiorcy, którzy dorobili się na handlu (głównie wełną) i którzy nie posiadali żadnych szlacheckich korzeni, doprowadziło to do zmiany nie tylko stosunków społecznych, ale również gospodarczych. Oto bowiem system feudalny, który w swych majątkach preferowała arystokracja, okazał się niewystarczający, gdy ich nowobogaccy sąsiedzi zaczęli wprowadzać stosunki oparte na produkcji typu kapitalistycznego, przenoszącej większy dochód. Szlachta angielska uznała że system pańszczyźniany jest już obecnie nieprzystający do nowych czasów i wzorem swych sąsiadów zaczęła zastępować ją płatną pracą najemną i dzierżawą gruntów. Przynosiło to im większe zyski, ale miało również negatywne skutki. Oto bowiem grodzenia i dzierżawy pozbawiały pracy znacznej ilości ludzi, dotąd praktycznie trudniącej się tylko pracą na polu wielkiego pana. Ludzie którzy nie mieli pracy, nie mogli też wyżywić rodziny, tak więc jedynym wyjściem dla nich było opuszczenie rodzinnej wsi i przeniesienie się do miasta - głównie zaś do Londynu. Stolica była uważana za miasto, w którym znikną wszelkie problemy i gdzie człowiek będzie mógł godnie żyć. Już w latach 90-tych XV wieku William Danbur pisał w swym wierszu: "Mocne są mury, co trwają nad tobą, mądrzy to ludzie co tutaj mieszkają (...) Możni są kupcy twoi, z ich bogactwami, każda ich żona z nadobności słynie. Dziewice czyste, krzepkie pod sukniami, kwiatem miast wszystkich jesteś ty, Londynie".

Tam jednak także nie znajdowali wymarzonego miejsca do życia, a ponieważ nie mogli nigdzie znaleźć pracy, zapełniali szeregi włóczęgów, żebraków i oczywiście zbójników. Ulice miast i wsi pełne były żebrzących ludzi, ciemne zaś zaułki i lasy wszelakich bandytów. Plaga ta była powszechna w Anglii XVI wieku, a ponieważ poprzez grodzenia i dzierżawy na wsi potrzebna była tylko niewielka ilość ludzi, cała reszta z konieczności musiała trudnić się zbójectwem. Złapani zaś na kradzieży kończyli na szubienicy. Prace przymusowe, organizowane dla ubogich przez państwo nie rozwiązywały problemu, dlatego coraz częściej zaczęto zastanawiać się nad możliwością przesiedlenia ich do Ameryki i tym samym pozbycia się palącego problemu społecznego. Ale Anglia była bardzo zapóźniona pod względem eksploracji Nowego Świata. Pierwszą angielską wyprawą do Ameryki, była ta, zorganizowana przez Johna Cabota - weneckiego żeglarza i podróżnika w 1497 r. Cabot dotarł do dzisiejszej Kanady, gdzie zatrzymał się i zszedł na lad w dwóch miejscach, najpierw w południowo-wschodnim Labradorze (niedaleko Nowej Fundlandii), a następnie na wyspie Cape Breton, po czym odpłynął do Anglii. Podobne były próby badawcze jego syna - Sebastiana Cabota, który w służbie Anglii przedsięwziął wyprawę w roku 1504 i 1508-1509. W 1521 r. planował on przedsięwzięcie wielkiej wyprawy do Nowego Świata, której celem mogłoby być nawet założenie tam jakiejś faktorii, ale angielscy kupcy uznali że przedsięwzięcie jest zbyt kosztowne a do tego mocno ryzykowne i nie zamierzali sfinansować mu tej wyprawy, co spowodowało że obrażony opuścił Anglię i przeniósł się do Hiszpanii. Przez większość XVI wieku, po 1509 r. Anglicy nie podjęli już prób eksploracji wybrzeża amerykańskiego, aż do wydania przez Humpreya Gilberta w 1576 r. pracy o potrzebie wypraw dalekomorskich i odkryciu nowej drogi do Azji.

Ożywiło to wyobraźnię ówczesnych ludzi i na Ocean Atlantycki wyruszył w 1576 r. (pierwszy bodajże) angielski żeglarz - Martin Frobister (kontynuował on swoje wyprawy w 1577 i 1578 r.). Jednak to właśnie Humprey Gilbert otrzymał od królowej Elżbiety I - 11 czerwca 1578 r. jedyny patent nie tylko na: "poszukiwania, odkrycia, zwiedzania i wybrania odległych ziem barbarzyńskich i pogańskich, nie będących dotąd we władaniu żadnego chrześcijańskiego księcia", ale również do władzy i ściągania opłat z wszystkich, którzy tam następnie mogą przybyć z Anglii i Irlandii (nie wolno mu było jednak napadać i rabować poddanych angielskiej królowej ani zaprzyjaźnionych z nią władców). Patent królowej Elżbiety I z 1578 r. czynił de facto Gilberta... panem i władcą całej Ameryki (a w praktyce oczywiście tylko tych ziem, które zdołał zasiedlić i których nie odebraliby mu następnie Hiszpanie). Był to bowiem pierwszy angielski patent, upoważniający do założenia na amerykańskim brzegu angielskiej kolonii. Nad wszystkim jednak czuwali Hiszpanie, którzy byli wówczas prawdziwymi panami Atlantyku. Hiszpańskie galeony, wypełnione złotem z Nowego Świata, płynęły najpierw na Hispaniolę i inne wyspy Karaibów, a następnie bezpośrednio do Kadyksu, La Coruny lub Malagi, napełniając bogactwa tamtejszych donów. Król Hiszpanii - Filip II Habsburg, był (jak opisał go pewien anonimowy Anglik) "najpotężniejszym monarchą chrześcijaństwa (...) i posiadł teraz władzę tak wielką, że słońce poza jego włościami ni wstać ni zajść nie może".




Kontrolował on znaczne tereny Ameryki Środkowej i Południowej (od najdalszej kolonii na terenach dzisiejszego Chile w Patagonii - Valdivii, złożonej w 1552 r., poprzez takie ośrodki jak Valparaiso (1541 r.), Santiago (1541 r.) Cordobę (1573 r.),Buenos Aires (1536 r.), Limę (1535 r.), Karakas (1567 r.), Panamę (1519 r.), Bogotę (1538 r.), Kartagenę (1533 r.) po Veracruz (1519 r.) Meksyk (1522 r.) po Hispaniolę, całe Karaiby, Florydę (fort St. Augustine założony w 1565 r. po zniszczeniu, założonego rok wcześniej francuskiego Fortu Caroliny). Założono dwa główne wicekrólestwa, terytorialnie obejmujące po kilka a nawet kilkanaście krajów Europy. Wicekrólestwo Nowej Hiszpanii (założone realnie w 1527 r. choć formalnie dopiero w 1535 r.), oraz Wicekrólestwo Peru ze stolicą w (założone w 1544 r.). Podlegały one, założonej w 1524 r. Radzie Indii (kompetencje administracyjne i sądowe nad amerykańskimi koloniami), oraz Domu Transakcji (kompetencje gospodarcze). Stolicą Hiszpanii od czasu oficjalnego zjednoczenia Kastylii i Aragonii w 1479 r. było Toledo. W 1561 r. król Filip II przeniósł stolicę do Madrytu, a w 1601 r. król Filip III do Valladolid, skąd ponownie (już na stałe) hiszpański dwór przeniósł się do Madrytu w 1606 r. Hiszpania owego czasu była również krajem, skąd płynęły wszelkie nowinki np. na temat mody. Na zachodnioeuropejskich dworach ubierano się w XVI wieku na modę hiszpańską - bufiaste rękawy, kryza wokół szyi, krótko przystrzyżone włosy wśród mężczyzn i spiczasta bródka oraz wąsy, do tego długie, czarne buty i kapelusze o małym rondzie. Kobiety zaś nosiły suknie, zwane vertigadinami lub quardainfantenami (ciasno przylegające do ciała i nie odkrywające niczego, poza głową i rękoma "strażniczki ciała" kobiet, oraz ciasny gorset, który ściskał piersi i talię dzieląc je na dwie części, oraz niezwykle szerokie spódnice. Hiszpanie przodowali w owym czasie w praktycznie każdym względzie, stąd ten okres nazywany jest: "Złotym Wiekiem Hiszpanii".

W 1580 r. król Filip II zajął Portugalię i koronował się na jej króla w roku następnym jako Filip I. Tym samym pod jednym berłem zjednoczył oba państwa iberyjskie. Było to potężne imperium którego monarcha, pewny siebie Filip II, mógł uważać się za największego władcę Europy. Ale nawet na tym tak wspaniale i bogato udekorowanym obrazku, zaczęły powstawać pierwsze rysy. Otóż Hiszpanię tego okresu możemy porównać do jej monarchy - Filipa II. On bowiem, jako młody władca, był przystojny i pewny siebie, ale już na swych ostatnich obrazach było widać (mimo prób zacierania owych oznak przez malarza) że król łysieje, jest zmęczony, oczy jego są smutne, pobladłe i tępo wpatrują się przed siebie. Na obrazie Pantoi de la Cruz za królem stoi również wózek inwalidzki. W niczym nie przypominał tego młodzieńca z pierwszych lat swego panowania. I taka też była Hiszpania pod jego rządami - pozostawione mu w 1556 r. przez ojca króla Karola I (panował również jako cesarz rzymski Karol V) imperium, zostawiał w 1598 r. w bardzo trudnym położeniu, a jego następcy jeszcze je pogłębiali, tak iż po koniec XVII wieku, Hiszpania nie była już zdolna zapewnić ochronę samej sobie i stała się igraszką w ręku wzrastających potęg - Francji, Anglii i austriackiej monarchii habsburskiej. Ale należy tutaj dodać, że Filip II, jako człowiek był niezwykle rodzinny. Martwił się każdym, nawet najlżejszym przeziębieniem czy katarem swych dzieci, córki obsypywał lalkami, synów ołowianymi żołnierzykami. Latem wszystkich zabierał na wieś, gdzie razem spędzali czas, chodząc po lesie lub uczestnicząc w polowaniach. Kupował im też specjalnie sprowadzane słodycze i konfitury, ale czynił tak dopiero, gdy dzieci skończyły piąty rok życia. Wcześniej ani nie bawił się z nimi ani też ponoć ich nie tulił. Prawdopodobnie bał się przywiązać do tak wątłego, nowo narodzonego maleństwa, które w owym czasie było znacznie bardziej narażone na na wszelkie przeciwności losu i podatne na szybszą niż człowiek dorosły śmierć.

Królowa Elżbieta I wydając więc patent Humpreyowi Gilbertowi co do założenia kolonii w Nowym Świecie, kierowała się pewnie takim oto przekonaniem, że Bóg niesprawiedliwie doświadczył Anglików. Oto bowiem Hiszpanie stworzyli potężne zamorskie imperium, kontrolują szlaki handlowe do Ameryk i bogacą się na amerykańskim złocie, a Anglia? Na swej przeludnionej Wyspie, Anglicy zamieniają się w rzezimieszków i zbójów i muszą klepać swoją nędzę, ciesząc się solonymi rybami i nieprzyprawiona baraniną. Niesprawiedliwe prawda? A czyż sprawiedliwe jest ulokowanie Polski pomiędzy Niemcami a Rosją? Uważam że jak najbardziej, gdyż dzięki temu mamy możliwość stać się potęgą (lub przestać istnieć), gdyż nie ma dla nas innej, pośredniej drogi. Już Józef Piłsudski powiedział: "Polska albo będzie wielka, albo nie będzie jej wcale", nie ma innej drogi. Podobnie Anglia Elżbiety I nie miała innej drogi, jak rzucić wyzwanie potężnej Hiszpanii i o ile jeszcze królowa odczuwała strach przed bezpośrednią konfrontacją z Madrytem, o tyle jej poddani szybko się z tego wyleczyli i podjęli skuteczną walkę z Hiszpanami, przejmując ich wypełnione złotem galeony i atakując hiszpańskie wybrzeża. W sto lat po śmierci Elżbiety i Filipa byli potęga, decydującą o losach ubezwłasnowolnionej iberyjskiej monarchii - i tak się właśnie buduje wielkość. "Cała naprzód i na pohybel sukinsynom" - jak mawiał gen. Patton.


CDN.

18 czerwca 2025

AMERICAN STORY - Cz. I

DZIEJE 
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





Do podjęcia się napisania tego tematu, skłoniła mnie potrzeba zaprezentowania dość szczegółowej historii Stanów Zjednoczonych Ameryki. USA to bowiem duża ciekawostka - kraj, który jest obecnie najpotężniejszym supermocarstwem naszego globu, najsilniejszym ekonomicznie i najsprawniejszym politycznie państwem świata - który nie posiada własnej kultury. To jest rzecz niezwykle interesująca i dająca do myślenia, jak kraj, będący światową superpotęgą, nigdy nie stworzył własnej, oryginalnej amerykańskiej kultury (i nie mam tutaj na myśli "kultury" typu McDonald, bo to jest raczej kulinarna antykultura). Rzecz niebywała, prawda? Przecież nawet Rzymianie, którzy praktycznie wszystko co najlepsze i największe w swej kulturze i religii ściągnęli z Greków (i innych podbitych ludów), sami posiadali swoją własną, oryginalną latyńską kulturę i religię - temu nikt nie może zaprzeczyć. Lud rzymski zresztą od początku był mieszanką ludności neolitycznej i indoeuropejskich przybyszów z Północy (tak właśnie powstała latyńska grupa etniczna), która potem rozszerzała się i rozszerzała (212 r. edyktem cesarza Karakalli wszyscy mieszkańcy Imperium stawali się automatycznie obywatelami Rzymu), a potem jej kultura (będąca mieszanką kultury latyńskiej, greckiej i chrześcijaństwa) zaczęła promieniować na inne ludy, powstałe na gruzach starego Imperium. Podobnie Bizancjum (kontynuujące tradycję Rzymu), oparte było na pierwotnej kulturze helleńskiej, z tą różnicą że nie pogańskiej a chrześcijańskiej. 

Podobnie było z innymi wielkimi imperiami, jak choćby z komunistycznym Związkiem Sowieckim. Można powiedzieć że komunizm nie wywodził się z kultury rosyjskiej - to prawda, powiem więcej komunizm niszczył kulturę rosyjską jak i całą rosyjską religię i tradycję, ale tylko do pewnego etapu (mniej więcej do śmierci Lenina). Potem komunizm został skrupulatnie złączony tak z samym państwem, jak i z rosyjską kulturą do tego stopnia, że dziś jest postrzegany jako nieodłączna część kultury rosyjskiej (obok siebie istnieją dwie tradycje - ta dawna imperialna tradycja samodzierżawnych carów moskiewskich i nowa tradycja rosyjskiego komunizmu imperialnego, które co ciekawe już się nie zwalczają a łączą w jedną nową, postkomunistyczną tradycję rosyjską). Natomiast Stany Zjednoczone nie posiadają swojej własnej, pierwotnej tradycji i kultury, wszystko czym dysponują, co stanowi o ich potędze, zostało importowane z zewnątrz. Pierwotnie była to Anglia - "wyspa matka", której kultura została całkowicie importowana za Ocean. Potem dochodziły inne kultury i tradycje, innych państw Hiszpanii, Francji, częściowo krajów Afryki, itd.). Oczywiście kultura angielska wciąż jest najsilniejsza, ale jedynie w bezpośrednim starciu z każdą inną kulturą amerykańską, bowiem w połączeniu z nimi wszystkimi obecnie już jest w mniejszości. No w każdym razie tak ten proces wygląda i dlatego też postanowiłem sobie podjąć się trudu opisania historii Stanów Zjednoczonych przez pryzmat kolejnych pokoleń Amerykanów. Dzięki temu będę też miał możliwość pokazać jak bardzo zmieniało się amerykańskie społeczeństwo (np. w latach 20-tych i 30-tych XX wieku Amerykanie byli znacznie bardziej liberalnym społeczeństwem (i to pod każdym praktycznie względem), niż potem, w latach 40-tych, 50-tych i 60-tych. gdzie nastąpił całkowity powrót do konserwatyzmu (zapewne w dużej mierze pod wpływem wydarzeń II Wojny Światowej). 

Ale rewolucja marksistowska 1968 r. ponownie odwróciła ten trend. 
Jednak aby nie przedłużać, cofnijmy się do początków - gdy to wszystko się zaczęło:



POKOLENIE I
WŁÓCZĘDZY I PIRACI
Cz. I





"Była zrazu niechętna. Podrapała mnie pazurami tak, że pożałowałem. Jednakowoż (...) wziąłem tedy kawałek sznura i solidnie ją wybatożyłem. Wydała wtedy z siebie takie wrzaski, że nie uwierzyłbyś. Ostatecznie przeszliśmy jednak do takich terminów, zapewniam Cię, że pomyślałbyś, iż wychowywała się w najprawdziwszej szkole dziwek"

Hiszpański konkwistador - MICHELE de CUNEO
o jednej z indiańskich kobiet, 
ofiarowanej mu jako niewolnica seksualna przez samego Krzysztofa Kolumba



Nie, nie zamierzam cofać się aż do czasów Kolumba i (ponownego) odkrycia Ameryki przez Europejczyków (lecz z tym - ponownym - odkryciem to też nie jest do końca tak, jak się nam mówi, gdyż nie tylko już wikingowie w X wieku odkryli ten amerykański kontynent jako pierwsi, ale ponoć Portugalczycy twierdzili - już po dotarciu Kolumba na Karaiby - iż wiedzieli o tej nowej ziemi od kilkudziesięciu lat, choć pewnie były to tylko ich przechwałki). Nie miałoby to większego sensu, gdyż celem moim jest opowiedzenie o historii Stanów Zjednoczonych, czyli kraju, którego pierwotną ojczyzną była ziemia angielska, a nie o kolonizacji Ameryki Północnej i Środkowej w ogóle. Przytaczając powyższą opinię, przedstawioną przez hiszpańskiego konkwistadora - Michele de Cuneo, chciałem jedynie zademonstrować stosunek Europejczyków (w tym również Anglików) do Indian, w tym również do ich kobiet, które bez pardonu były przekazywane jako podarki i nagrody dla wyróżniających się oficerów i żołnierzy. Ale nie wyprzedzajmy faktów, przyjrzyjmy się natomiast pierwotnej ekspansji Anglików na kontynent amerykański i temu, jak wielką rolę w powstaniu angielskich kolonii (głównie chodzi mi tutaj o Jamestown - pierwszą stałą kolonię, którą Anglicy utrzymali i z której też rozpoczęli swoją późniejszą ekspansję), odegrali przybysze z Polski



"MOJE OCZY WIDZIAŁY CZYNY TAK OBCE LUDZKIEJ NATURZE, 
ŻE NAWET TERAZ DRŻĘ, GDY O NICH PISZĘ"

 ojciec Bartolome de las Casas 
o zbrodniach, jakich dopuszczali się Europejczycy na ludności indiańskiej


Dziś powszechnie uważa się Krzysztofa Kolumba za myśliciela i prekursora nowych idei (kulistości Ziemi), zupełnie tak, jak wciąż jacyś pseudointeligenci nazywają Karola Marksa filozofem który chciał dobrze, ale któremu się nie udało (innymi słowy to inni: Stalin, Hitler, Mao, Pol Pot etc. są winni temu, że piękna idea komunizmu Marksa się nie udała - no patrzcie, co to za uczniowie, którzy nie potrafili przenieść łopatologicznie napisanego, niby dla półgłówków Manifestu Komunistycznego, w którym jest napisane czarno na białym - rewolucja komunistyczna, to wyrżnięcie kapitalistów przez uciskaną klasę robotniczą, koniec kropka, reszta to tylko uzupełniające pustosłowie. Czyli wychodzi na to że uczniowie Marksa za mało zamordowali ludzi, gdyż nie udało im się stworzyć upragnionego ustroju komunistycznego na stałe. Marks, gdyby miał ich władzę, pewnie wymordowałby więcej ludzi, niż oni wszyscy razem wzięci). Krzysztof Kolumb nie był bowiem żadnym myślicielem, jego wywody często były naukowo zbijane przez uczonych ludzi tamtej epoki, jak choćby ojca Hernando de Talavera (stojącego na czele Świętej Inkwizycji, który wyliczał błędy Kolumba, tyczące obwodu Ziemi, opierając swe wyliczenia na Ptolemeuszu z Tebaidy, a jak wiadomo w owym czasie nie było ludzi posiadających większą wiedzę, od księży i zakonników). Poza tym Kolumb był zwykłym rozbójnikiem i złodziejem, którego celem było tylko i wyłącznie zdobyć złoto i niewolników. Tak oto pisał o Indianach po przybyciu na Santo Domingo: "Byli dobrze zbudowani, więź ciała i wygląd twarzy mieli niezwykle miły (...) Broni nie mają i nie wiedzą, co to jest; gdyż kiedy pokazałem im miecze, niewiedza ich była taka, że chwytali je za ostrza i pocięli sobie palce (...) Można z nich zrobić doskonałych robotników (...) pięćdziesięciu ludzi starczyłoby zupełnie, aby utrzymać ich w ryzach i kazać im wykonywać wszystko, cokolwiek by się od nich żądało".




Kolumb nakazał również Indianom co trzy miesiące dostarczać określoną ilość złota, ci którzy je dostarczyli, byli nagradzani miedzianymi odznakami, zawieszanymi na szyki, zaś ci, którym się to nie udało - odcinano dłonie i pozostawiano tak, aż się nie wykrwawią. Indianie stali się niewolnikami - mężczyźni musieli pracować przy kamieniołomach w poszukiwaniu złota, zaś kobiety musiały uprawiać ziemię (a dodatkowo stawały się niewolnicami seksualnymi Hiszpanów, ofiarowanymi przez Admirała Oceanu Krzysztofa Kolumba swym oficerom w nagrodę). Mężczyźni i kobiety spotykali się tylko raz na: "osiem lub dziesięć miesięcy, podczas tych spotkań byli zaś tak wyczerpani i przygnębieni (...) że przestali się rozmnażać. Noworodki umierały wcześnie, bowiem ich matki, przepracowane i wygłodzone, nie miały mleka, aby je karmić (...) w ciągu trzech miesięcy zmarło siedem tysięcy dzieci. Niektóre matki, z czystej desperacji, same nawet topiły swoje potomstwo". Zresztą Kolumb dopuszczał się okrucieństw nie tylko wobec Indian, znana jest sprawa, gdy pewna hiszpańska dama, oskarżyła go iż nie pochodzi z możnego rodu. Za karę brat Kolumba - Bartolomeu, zdarł z niej suknię, wsadził nagą na muła i tak musiała paradować jadąc przez całe miasto, w towarzystwie wyzwisk i rzucanych w nią owoców. Na koniec kazał wyrwać nieszczęsnej kobiecie język za jej "oszczerstwa". Kolumb zaś publicznie pochwalił swego brata za dbanie o honor rodziny.

Oczywiście wszystkie te opinie dotyczą hiszpańskich konkwistadorów, przybywających do Nowego Świata z Krzysztofem Kolumbem, Hernanem Cortezem czy Francisem Pizarro, ale przecież w innych krajach europejskich było bardzo podobnie, a ponieważ w tym temacie pragnę omówić historię Stanów Zjednoczonych Ameryki, to oczywiście muszę się skupić głównie na kraju, który zapoczątkował owe Trzynaście Kolonii, z których następnie narodzi się kraj Wuja Sama. Dzieje Ameryki są niezwykle poplątane, a jednocześnie dość znacznie... zakłamane. Często mówimy o ludziach, pokazując ich w zupełnie innym świetle niż byli naprawdę (przykład chociażby prezydenta USA Woodrow Wilsona, którego uważa się za szczerego demokratę i zwolennika liberalnego, wolnego świata - totalna bzdura, Wilson był wrogiem amerykańskiej demokracji a konstytucji swego kraju nie szanował zupełnie. Był bardziej prekursorem silnego państwa typu faszystowskiego (ale nie należy przykładać tutaj miary faszyzmu włoskiego, gdyż faszyzm wilsonowski był zupełnie innego typu). Stąd też w tym temacie będę się starał wyjaśniać nieścisłości i prostować zawiłości (oraz przekłamania) amerykańskiej historii. Wróćmy jednak do korzeni, czyli do Anglii panowania króla Jakuba I Stuarta (z małym cofnięciem się w czasie do epoki Elżbiety I, Henryka VIII i Wojny Dwóch Róż).



ANGLIA XV-XVI WIEKU
"OGRÓD OTOCZONY MORZEM"




 
Piękna jest angielska ziemia w opisach odwiedzających ją podróżnych z innych krain w XV stuleciu. Ten kraj: "malowniczych dolin, przyjemnych dla oczu falistych wzgórz, pięknych lasów, rozległych łąk (...) obfitujący w złoto, srebro, oraz wszelkie bogactwa, pełen przyjemności i rozkoszy", spotkała w drugiej połowie XV wieku katastrofa - wybuchła bowiem w nim wojna domowa, która przeszła do historii jako Wojna Dwóch Róż. Ale nim przejdę do owego konfliktu (który opiszę w dużym skrócie, aby niepotrzebnie nie zmieniać tematu i nie wchodzić na jakieś boczne koleiny, których niestety jestem mistrzem, a moja skłonność do rozwlekania tematów powoduje, iż sam jestem na siebie zły, gdyż pragnąc przedstawić problem w skrócie, często przypominają mi się jeszcze jakieś informacje, przez co temat dodatkowy rozwleka się w czasie i ciągnie w nieskończoność. Postaram się jednak nad tym zapanować), parę informacji na temat Anglii XV wieku. 

Panorama Anglii XV wieku wygląda następująco - większość kraju pokrywają lasy. Nie są ona może tak wielkie jak litewskie knieje czy amerykańskie lasy (które dla angielskich kolonizatorów były niczym niekończący się labirynt drzew), ale i tak większość kraju w owym czasie porasta mnogość drzew. Polany zaś były miejscem głównie wypasu ogromnych stad owiec (sukiennictwo było w owym czasie podstawą gospodarki Anglii, zaś w czasach Tudorów Anglia stanie się prawdziwym eksporterem wełny na całą Europę, podobnie jak Rzeczpospolita polsko-litewska była największym eksporterem zboża), zaś gruntów uprawnych było znacznie mniej na Wyspie. Kraj szpeciły jednak wyludnione i wymarłe wsie, których w XV wieku wciąż było sporo (efekt epidemii Czarnej Śmierci z która nawiedziła Anglię w latach 1348-1349), teraz przejętych przez nowych właścicieli, zagrodzonych, częściowo rozebranych i przeznaczonych pod wypas owiec. Dobrze utrzymane były jedynie drogi główne, boczne zaś trakty, były w tak złym stanie i tak niebezpieczne, że bez lokalnego przewodnika często nie można ich było przebyć (drogi zamieniały się w bajora po intensywnych opadach, a ponieważ deszcze wówczas padały znacznie częściej niż obecnie, trakty takie prawie ciągle były nieprzejezdne). Poza tym na drogach i w lasach grasowali rabusie, których liczba znacznie wzrosła w XVI wieku (prekursor zakładania kolonii w Ameryce sir Humphrey Gilbert tak oto pisał w 1576 r. w swym traktacie o konieczności wypraw dalekomorskich i zakładaniu kolonii w Nowym Świecie: "Będziemy także mogli zasiedlić niektóre części tych ziem, umieszczając tam ubogich naszego kraju, którzy są obecnie kłopotem dla państwa i którzy nędzą zmuszeni popełniają ciężkie przestępstwa, za które codziennie giną na szubienicach".

Miasta były ludne, ale... bez przesady, Londyn liczył ok. 1470 r. prawie 70 000 mieszkańców (gdzie mu było np. do stolicy Azteków - Tenochtitlan, zasiedlonego przez ponad 500 000 Indian środkowoamerykańskich). Drugim, pod względem liczby ludności miastem w Anglii był York (ok. 15 000 mieszkańców), a reszta miast nie przekraczała 7 000 ludności. Anglicy owego czasu byli jednak postrzegani przez przybyszów jako samolubni, zaściankowi i przywiązani do tradycji ("Gdyby król zaproponował jakąkolwiek zmianę starych ustanowionych reguł, każdy z nich odniósłby wrażenie, jakby odebrano mu życie"). Francuzi zaś określali ich jako cholerycznych i swawolnych (swoją droga, ciekawe że w XIX i XX wieku takie same opinie mieli Anglicy o... Polakach, np. po zwycięstwie w Bitwie Warszawskiej w sierpniu 1920 r. Lloyd George powiedział że było to możliwe jedynie wśród Polaków, narodu nieprzewidywalnego, emocjonalnego i rozgorączkowanego z którym nigdy nic nie wiadomo - a potem dodał że skoro Polacy "zaspokoili już własną próżność" powinni wreszcie zakończyć tę wojnę - miał tu również na myśli zwycięstwo warszawskie oraz zakończenie wojny z sowiecką Rosją. Swoją drogą człowiek który był gotowy bez mrugnięciem oczu oddać nie tylko Polskę lecz dużą część Europy Środkowo-Wschodniej w krwawe łapy bolszewików, jeszcze śmiał dawać nam jakieś lekcje co do tego jak powinniśmy postępować z czerwonym przedpieklem), choć jednocześnie podziwiali waleczność angielskich rycerzy. Mimo to byli Anglicy uważani za ludzi wytwornych, rozmiłowanych w dobrym stroju, jadle i napitku. Oczywiście były widoczne różnice pomiędzy północą a południem kraju, gdzie bogatsi południowcy byli bardziej skorzy do wygód i uciech życia, a zamieszkujący północ Anglicy postrzegani jako bardziej nieokrzesani.

Kraj był podzielony nie tylko na bogate południe i biedną północ, ale również istniały (znacznie większe niż dziś) różnice w dialektach na poszczególnych terenach i często mieszkańcy sąsiednich hrabstw mieli trudność ze swobodnym porozumiewaniem się ze sobą (mało tego, często dochodziło do takich paradoksów, iż mieszkańcy jednego hrabstwa uważali siebie za Anglików a swój kraj za Anglię, zaś swych sąsiadów z innego hrabstwa za obcych). O ile Anglicy postrzegani byli albo jako samolubni Wyspiarze, albo dzielni i nieustępliwi rycerze (francuski kronikarz Philippe de Commines, który wychwalał dzielność Anglików, dodawał jednocześnie że i tak nie dorównują oni odwagą rycerstwu francuskiemu), to angielskie kobiety, uważane były za prawdziwe... seksualne diablice. Panowało przekonanie że najlepsze prostytutki powinny się swego fachu uczyć od najbardziej zacnych angielskich dam (oczywiście przekonanie to nie było do końca prawdziwe, bowiem ci którzy tak mówili, niewątpliwie nie znali erotycznego temperamentu Francuzek, Włoszek czy Hiszpanek). To właśnie w Anglii wyszedł zwyczaj (nie praktykowany w Europie) całowania się w usta pomiędzy kobietami a mężczyznami na powitanie (w innych krajach Europy albo podawano sobie ręce, albo też na znak szacunku całowano w rękę kobietę).




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...