CZYLI TRZY HISTORIE
WSPÓŁCZESNYCH KOBIET
KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI
NIEWOLNICAMI
Tę serię zamierzam podzielić na trzy części. W części pierwszej pragnę zaprezentować historię amerykańskiej tancerki i aktorki - Lauren, która w 1991 r. pragnąc zarobić większe pieniądze, zdecydowała się na pracę w charakterze striptizerki a następnie dziewczyny do towarzystwa. Wreszcie otrzymała atrakcyjną propozycję wyjazdu do Singapuru, jako ekskluzywna call girls. Zamiast do Singapuru, trafia jednak do haremu szejka Brunei i zostaje jedną z jego kilkudziesięciu żon. Odtąd codziennie musi rywalizować o względy swego męża i pana z innymi kobietami, nie wolno jej podnosić głowy w jego towarzystwie, ani też odzywać się niepytanej. Lauren początkowo jest faworytą szejka (młodszego brata sułtana Brunei) i opływa w niewyobrażalne bogactwo (wspaniałe suknie, drogie klejnoty, kosztowności, złote dywany etc.), potem zostaje ukarana coraz rzadszymi spotkaniami z księciem, aż wreszcie - po osiemnastu miesiącach spędzonych w haremie, szejk uwalnia ją i może wreszcie powrócić do USA. Na odchodne otrzymuje od szejka taki majątek, że w Stanach staje się prawdziwą milionerką.
Drugą historią jest opowieść o Brytyjce o imieniu Sarah, która została porwana i sprzedana do domu publicznego w Amsterdamie, jako prostytutka (niewolnica seksualna). Trzecia część, opowiada historię dziewczyny z Pakistanu o imieniu Tehmina, która staje się szóstą żoną i prawdziwą niewolnicą swego męża Mustafy Khara. Wszystkie te trzy historie kobiet z różnych krajów a nawet cywilizacji, łączy jedno. Wszystkie one stały się niewolnicami swych mężów lub innych mężczyzn, którzy stali się panami ich życia i śmierci. Jedyną pozytywną historią z tej całej serii jest tylko opowieść spisana przez Lauren, która trafiła do haremu szejka Brunei. Tylko ona otrzymała z tego wszystkiego korzyść - uzyskała wielki majątek, ofiarowany jej w podzięce przez brata sułtana Brunei.
WSZYSTKIE HISTORIE, SĄ TO HISTORIE AUTOBIOGRAFICZNE, DLATEGO TEŻ BĘDĘ JE OPISYWAŁ W TAKI SPOSÓB, W JAKI OPISAŁY JE SAME BOHATERKI
I
LAUREN
AMERYKAŃSKA NIEWOLNICA SZEJKA BRUNEI
Cz. I
PS: PONIEWAŻ NIE MA SENSU PRZEPISYWAĆ CAŁOŚCI OWYCH KSIĄŻEK, SPISANYCH PRZEZ KAŻDĄ Z KOBIET, DLATEGO TEŻ ZAPREZENTUJĘ JEDYNIE WYBRANE PRZEZE MNIE, NAJCIEKAWSZE FRAGMENTY
Urodziłam się w połowie sierpnia 1973 roku w Highland Park, w stanie Illinois. Moi rodzice nie byli jeszcze zamożni, ale marzyli o rodzinie. Jadali skromnie, nosili stare buty i czekali. W małym mieszkanku z jedną sypialnią gnieździliśmy się przez dwa lata, ale przez ten czas firma maklerska ojca rozwinęła się i rodzice mogli kupić dom w sąsiednim mieście z prestiżowym kodem pocztowym i dobrą szkołą publiczną. Wychowywałam się w miejscowości, w której aparat ortodontyczny nosiło się obowiązkowo, a operacja plastyczna nosa była tradycyjnym podarunkiem z okazji cudownej szesnastej rocznicy urodzin. W tamtych wczesnych latach ja i ojciec byliśmy zafascynowani sobą niemal jak kochankowie. Cenił sobie najbardziej dobrą prezencję i osiągnięcia, więc starałam się udowodnić, że jestem ponad wiek rozgarnięta intelektualnie, dobrze wysportowana, umuzykalniona - robiłam wszystko, żeby mnie podziwiał. Kiedy coś mi nie wychodziło, oszukiwałam lub blefowałam. Ojciec miał bzika na punkcie swojej nieletniej kumpelki, a dla mnie był królem świata.
Pewna jestem, iż moje wspomnienia nie całkiem odpowiadają prawdzie, ale pamiętam, że to ojciec reagował na mój płacz, gdy budziły mnie koszmary nocne, on wycierał mnie ręcznikiem z potu i głaskał po głowie, póki znowu nie zasnęłam. On z zapałem trenował moją szkolną drużynę soccerową i softballową. On zabrał mnie do Lincoln Center na "Jezioro łabędzie" i odkrył przede mną cudowny świat dziewcząt wirujących po scenie z lekkością śnieżynek. Pochłaniałam wzrokiem baletnice, które w świetle reflektorów jaśniały błękitnawą bielą, i marzyłam, żeby być tam gdzie one. Gdy skończyłam dwanaście lat, moja miłość do ojca skończyła się złamanym sercem jak większość romansów. Lata uczęszczania do szkoły średniej i następne to okres nieustającej walki między nami, ze sporadycznymi aktami przemocy, gdyż nie mógł znieść, że wymykam mu się spod kontroli. On kompulsywnie żarł i zamieniał się w ziejącą wściekłością górę tłuszczu, ja z kolei głodziłam się i tym samym kurczyłam jako obiekt jego napaści. Dzięki kilkuletniej terapii przebaczył sobie, ale terapię przerwał, zanim nauczył się nie obwiniać wszystkich innych za własne niepowodzenia.
O tym, że w ogóle istnieje południowoazjatycki sułtanat Brunei, dowiedziałam się zupełnie niedawno. A informacja o rodzaju pracy była, delikatnie mówiąc, zdawkowa, ale ja snułam fantazje, że przeżyję tam niezwykłą przygodę, że czeka na mnie kupa pieniędzy, a pracodawcą będzie książę z bajki. Dla mnie to była okazja wyrwania się z nowojorskiej cyganerii i przestylizowania się na produkt eksportowy, być może kochankę zaklętego księcia lub bohaterkę powieści szpiegowskiej. Myśląc bardziej realistycznie, podejrzewałam, że podpisałam kontrakt, który czynił ze mnie międzynarodową quasi-prostytutkę. Mnie na gorsze rzeczy stać. Uprzedziłam rodziców, że tego dnia opuszczę miasto. Powiedziałam im, że dostałam ważną rolę w filmie kręconym w Singapurze i muszę natychmiast wyjeżdżać. Licząc się z tym, że po jakimś czasie zapytają o premierę, miałam przygotowaną wymówkę: moją rolę wycięto. Oczyszczałam sumienie z tych kłamstw, wyobrażając sobie, że marzenia o sławie się urzeczywistnią i przestaną być zmyśleniami. No dobrze, raczej nie zagram w filmie kręconym w Singapurze, ale moje rychłe gwiazdorstwo jest nieuchronne, a wtedy drobne krętactwa nie będą miały znaczenia.
Rodzice wierzyli, że zrobię karierę aktorską, i ze stoickim spokojem przyjęli nowinę o moim wyjeździe. Jeszcze zanim wsiadłam tamtego dnia na pokład samolotu, zaczęli się psychicznie przystosowywać do mojej nieobecności. Pogodzili się z tym, że mają marnotrawną córkę, która będzie stale poza domem na kolejnej egzotycznej eskapadzie, na jaką mało kto z ich otoczenia by się decydował. Podróż do Brunei trwała trzy doby z postojami na nocleg w Los Angeles i Singapurze. Długie godziny w samolocie to była okazja do refleksji nad sobą. Obecnie moje życie toczy się w spowolnionym tempie, falującym jak przybywanie i ubywanie księżyca, a upływający czas obchodzi się ze mną delikatnie - zauważam leciutkie pogłębienie fałd marionetki, słabszy tonus mięśniowy w pozycjach jogi, osłabienie, być może, jakiejś przyjaźni, narodziny nowej. Podejmuję niekończące się próby zerwania ze złymi nawykami i przyswojenia sobie nowych, zdrowszych. Nie udaje mi się ani jedno, ani drugie, co nie ma większego znaczenia.
Z tańca w Peeplandzie i Baby Doli wyciągałam tyle, by starczyło na wegetariańskie obiady z patelni, drinki w nocnym barze Max Fish i czynsz we wspólnie wynajmowanym mieszkaniu w Lower Last Side. W szampanie się nie kąpałam. (...)
- Ciężko pracujesz, zarabiasz gówniane pieniądze i zrujnujesz kolana - powiedziała Taylor. - Skończyłaś osiemnaście lat?
- Moje osiemnaste urodziny były tuż, tuż.
- To dobrze, ponieważ Diane to sprawdza. Nawet nie myśl o tym, że wręczysz jej podróbkę dokumentu jak podchmielonemu ochroniarzowi w klubie.
Taylor dała mi wizytówkę, błysnął złoty nadruk Crown Club z małą koroną nad literą „o", pod nim widniał numer telefonu. Taylor wyjęła jeszcze pióro i dopisała własny numer.
- Diane prowadzi elitarną agencję towarzyską. Najlepszą w Nowym Jorku. Teraz sprzedajesz się za tanio. Zacznij pracować u niej jak ja, a twoje życie zmieni się w mgnieniu oka.
Ekskluzywna agencja towarzyska. Zapachniało wielkim światem. Wyobraziłam sobie Diane jako elegancką kobietę w kremowym spodniumie i czółenkach na rozsądnym obcasie oraz z brylantowymi kolczykami w uszach. Przenikliwą i chłodną na zewnątrz, ale w głębi pełną macierzyńskiego ciepła jak Candice Bergen w "Mayflower Madam". To z pewnością osoba, którą będę mogła podziwiać i która mi pomoże. Przestanę być tak morderczo zalatana i znajdę czas na zadbanie o karierę aktorską. Taylor, nowa przyjaciółka, objęła mnie ramieniem. Nie odczuwałyśmy chłodu, gdy przytulone do siebie patrzyłyśmy w bezchmurny bezkres nieba. Słońce już wzeszło, ekipa pakowała sprzęt i ładowała go do vanów. Ci, co byli w domu, wylegli na ganek, czekając na odwiezienie do miasta. Przyjemnie było pofantazjować na temat analogii do "Mayflower Madame", ale wiedziałam, że raczej nie zadzwonię do Diane. Agencja towarzyska to byłby jeden krok za daleko. Wsunęłam jednak wizytówkę do kieszeni, tak na wszelki wypadek.
W Święto Dziękczynienia 1991 roku wyciągnęłam z portfela wizytówkę, którą dała mi Taylor, i wybrałam numer telefonu agencji. Kiedy robimy rzeczy, o jakich nawet nie ośmielaliśmy się myśleć, to często wciągamy się w to krok po kroku. Przekraczamy jedną cienką linię i zbliżamy się do drugiej. Zaczyna się niewinnie. Któregoś dnia dopada nas chandra, załamanie nastroju, przygnębienie albo przeciwnie, ogarnia niezdrowa ciekawość. Wyobraźcie sobie mnie w domu rodziców, gdzie pod naporem wspomnień powoli się duszę, jakby ktoś przyciskał mi do twarzy poduszkę. I do tego mam świadomość, że już jestem na złej drodze i poszłam nią za daleko - jakie znaczenie ma jeden telefon więcej? Spędziłam ten świąteczny weekend z moją rodziną i ówczesnym chłopakiem Seanem. Zastanawiałam się, czy wziąć go ze sobą, czy nie, ale w końcu pragnienie bycia z nim okazało się silniejsze od niechęci do zapraszania kogokolwiek do domu rodziców.
Zanim spotkałam Seana, żyłam od randki do randki, od zadurzenia do zadurzenia, od chłopaka do chłopaka (a była też jedna czy dwie dziewczyny), ale od nikogo nie oczekiwałam, że będzie ze mną dłużej, i nie roniłam łez, gdy płomień wygasał. Poznałam Seana, gdy miałam siedemnaście lat i od sześciu miesięcy pracowałam jako striptizerka. Nie miałam nigdy stałego chłopaka, nawet w szkole średniej z żadnym nie chodziłam. Sean wpadł któregoś popołudnia do Performing Garage, żeby zobaczyć się ze znajomymi. Szczupły chłopak o sarnich oczach, ciemnych kręconych włosach sięgających ramion i z cudownymi długimi palcami muzyka. Artysta bez grosza, z arystokratycznej rodziny, utalentowany aktor i gitarzysta. Wynajmował do spółki z kimś jakąś norę z dwoma sypialniami na Rivington Street naprzeciwko Streifs Matzo. Ja też mieszkałam z kimś w podobnej norze, tyle że z jedną sypialnią, na Ludlow Street, czyli tuż za rogiem. Pierwszą randkę spędziliśmy u mnie na dachu, jedząc sajgonki i pijąc piwo, a nad naszymi głowami zbierały się ciężkie, ołowiane chmury. Nagły grzmot pioruna poderwał nas na nogi, z parkingu na dole dobiegła symfonia uruchomionych alarmów samochodowych. Grube krople deszczu uderzały w papę na dachu, ale nie uciekaliśmy, mimo że przemokliśmy do suchej nitki.
Pochylił się, ujął moją twarz w obie ręce i zaczął mnie całować - pamiętam te niespieszne, pachnące piwem pocałunki i resztki chińskiego jedzenia pływające koło nas. Było banalnie. Było cudownie. Pamiętam to jako najwspanialszą randkę, jaką miałam, a Seana jako najwspanialszego faceta, jakiego w życiu spotkałam - jak dotąd. Sean nie przywiązywał wagi do tego, że pracuję jako strptizerka. Kilka razy przychodził nawet, żeby mnie zobaczyć. Podobały mu się moje buty i stwierdził, że mój taniec go podnieca. Słuchał też cierpliwie opowieści o moich przygodach, miały coś z klimatu filmów Felliniego, choć nie krył, że skrajności go rażą. Jadaliśmy w El Sombrero lub pizzę w Two Boots, a wieczorami spotykaliśmy się z kumplami z różnych zespołów muzycznych i teatralnych w barze Max Fish. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że jestem zakochana. Na wszelki wypadek trzymałam za nas kciuki, bo nie wykluczałam, że mogę być w błędzie.
Stanęłam przed budynkiem z piaskowca, drzwi otworzyła mi z uśmiechem drobna, krótko ostrzyżona brunetka w dresie i boso.
- Diane rozmawia przez telefon w gabinecie. Wejdź, zaczekasz chwilę. Mam na imię Julie.
Uścisnęłam jej rękę i przedstawiłam się. Uznałam za stosowne podać prawdziwe imię i nazwisko, ale dalibóg nie wiem, co mnie do tego skłoniło. W klubach striptizerskich od momentu przekroczenia drzwi posługiwałam się wyłącznie pseudonimem scenicznym. Być może imię Julie wydawało mi się bardzo prozaiczne, ale nigdy nie wiadomo, co kryje się za profesjonalnym wizerunkiem. Niewykluczone, że Julie wypracowała sobie image dziewczyny z małego miasteczka, a naprawdę miała na imię Jezebel. Poszłam za nią krótkim korytarzem i znalazłam się w pokoju dziennym, w którym siedziała Taylor i jeszcze jakaś dziewczyna na tle monochromatycznego wnętrza utrzymanego w kolorze lodów waniliowych. Ściany, wykładzina, kanapy i meblościanka ledwie różniły się odcieniami.
Julie klapnęła na kanapę obok odchudzonej do rozmiaru zero dziewczyny z długimi, prostymi włosami, która mówiła z lekkim wschodnioeuropejskim akcentem. Modelka przedstawiła się i natychmiast powróciła do oglądania sitcomu The Golden Girls. W pokoju pachniało chińskim jedzeniem, ale żadnych opakowań nie widziałam. Taylor poderwała się z fotela, podbiegła do mnie truchcikiem i powitała uściskami.
- Tak się cieszę, że przyszłaś - powiedziała i odwróciła się w stronę dwóch siedzących na kanapie dziewczyn. - To jest ta babka, którą poznałam podczas kręcenia filmu.
Nie było żadnej reakcji. Wszystkie trzy miały na sobie dresy, ale zadbane fryzury, pełny makijaż i biżuterię. Wyglądały jak tancerki na lodzie przed wyjściem na lodowisko. Za pokojem dziennym była przestronna jadalnia, którą przerobiono na biuro. Przy stole stały dwa obrotowe fotele. W jednym siedziała kobieta o okrągłej twarzy i różowych policzkach, z włosami wsuniętymi pod opaskę w szkocką kratkę i z kokardą. Jej stanowisko pracy już ozdabiał wypchany bożonarodzeniowy renifer. Zerknęła na Taylor i na mnie i dała sygnał ręką, że mamy z pięć minut poczekać. Te pięć minut wykorzystała Taylor, rozpoczynając moją inicjację. Pociągnęła mnie do kąta i zapytała konspiracyjnym szeptem:
- Gdzie masz ubranie?
Miałam na sobie krótką wydekoltowaną sukienkę z zielonego gniecionego aksamitu, ze stylowymi mini rękawkami - najszykowniejszy ciuch z mojej szafy - do tego siatkowe rajstopy i szpilki na pięciocentymetrowym obcasie, kupione kilka lat temu przez rodziców; wkładałam je, gdy szliśmy do synagogi. To były jedyne buty na obcasie w moim posiadaniu, które nie miały platformy przynajmniej tak grubej jak Wielki Słownik Oksfordzki. Całości dopełniał przerzucony przez ramię czarny płaszczyk.
- Ubranie mam na sobie - odpowiedziałam.
- Naprawdę? To wszystko, co masz?
Taylor zaprowadziła mnie do szafy i wyciągnęła trzy starannie wyprasowane kostiumy, spódniczki umiarkowanie krótkie, żakiety dopasowane. Domyśliłam się, że to strój biznesowy tancerek na lodzie.
- Nie chcesz chyba wyglądać jak prostytutka, kiedy wchodzisz do hotelowego lobby. Obowiązuje kostium lub sukienka, seksowne, ale konserwatywne, siedmiocentymetrowy obcas, rajstopy, ekskluzywna bielizna.
Nie posiadałam nic z tych rzeczy.
- Mimo wszystko nie wyglądasz tragicznie - powiedziała. - Widywałam gorsze okazy.
W tym momencie Diane skończyła rozmowę i przywołała mnie skinieniem głowy. Wystarczył jej jeden rzut oka na mnie za cały wywiad. Obcesowa i szorstka, bez ceregieli wyceniła mnie jak towar, jakim miałam zresztą zostać. Po kilku wstępnych pytaniach apodyktycznym tonem zaczęła dyktować moją charakterystykę dziewczynie w opasce na głowie, nadmieniając, że ta ma na imię Ellie. Ellie wpisywała uwagi Diane na kartę osobową.
- Włosy: kasztanowe. Oczy: orzechowe. Wymiary: dziewięćdziesiąt, sześćdziesiąt... hm, sto. Dla amatorów dużego zadka. Osiemnaście lat, apetyczna studentka szkoły teatralnej z twarzą... Winony Ryder. Co będziesz robić?
- Nie rozumiem.
- Zabawa w pielęgniarkę?
- Hm, tak.
Po każdej odpowiedzi Ellie zakreślała na formularzu właściwy kwadrat.
- W dominatrix?
- Tak.
- Dziewczyna na dziewczynie?
- Tak.
- Służąca?
- Chyba nie będę musiała sprzątać?
Zwróciła się do Ellie:
- To znaczy „tak".
- Taniec na kolanach klienta?
Nim zdążyłam odpowiedzieć, Diane podyktowała Ellie:
- Zrobi wszystko.
Ellie kiwnęła głową i zakreśliła ostatni kwadrat. Czy był tam kwadrat "wszystko"?
Lekki niepokój zalągł się i trzepotał gdzieś pod moją czaszką. Zalała mnie fala wątpliwości.
- Masz ze sobą jakiś dowód tożsamości i paszport?
Wiedziałam, że mam przyjść z dwoma dokumentami potwierdzającymi tożsamość, podałam je Diane. Diane zrobiła mi wykład na temat stroju, co już uczyniła Taylor. Obiecałam, że nabiorę klasy, jak tylko będzie mnie na to stać. Tymczasem zostałam wprzęgnięta do pracy w trybie natychmiastowym. Taylor poinformowała mnie, że jestem szczęściarą, bo dostałam wezwanie już pierwszej nocy. Zapewniała mnie, że dobrze wypadnę, choćby z uwagi na wiek. Byłam najmłodszą dziewczyną w agencji i na moją korzyść przemawiała jak zawsze niewinna buzia. Tej pierwszej nocy zostałam skierowana do apartamentu gwiazdora popularnego radia. Zanim wyszłam na pierwszą "randkę", Taylor zabrała mnie do sypialni, posadziła na łóżku i udzieliła paru wskazówek.
- Cała sztuka polega na tym, żeby jak najwięcej dostać, dając jak najmniej, kapujesz? Z jednej godziny robisz dwie, potem trzy i zostawiasz faceta w przekonaniu, że zrobienie loda było lepsze niż stosunek. Niektóre noce są beznadziejne - mówiła. - Snujemy się tutaj, a żadnych wezwań nie ma, za to kiedy indziej przeżywamy ośmiogodzinną inwazję limuzyn z nawalonymi koką przyjezdnymi biznesmenami o sflaczałych kutasach. Więc się wyrównuje. Zawsze, ale to zawsze używaj kondomu. Nałóż go ustami, a facet nawet nie zauważy.
Wybrałam dla siebie imię Elizabeth, ponieważ mogło uchodzić za prawdziwe, ale także dlatego, że obok Janice i Eduardo, i jeszcze innych nadawałam je wyimaginowanym postaciom, w które się wcielałam w dzieciństwie.
Wysiadłam z taksówki, mój oddech w chłodzie nocy zmaterializował się w mgiełkę. Z rękami w kieszeniach przeszłam obok portiera, który uprzejmie skinął głową. Pojechałam windą na przedostatnie piętro i zapukałam do drzwi. Prezenter radiowy otworzył je natychmiast. Rozpoznałam tę twarz, bo widywałam ją w wagonach metra na plakatach reklamujących jego program. Trzymał w ręku opróżnioną do połowy szklankę z drinkiem, satynowy szlafrok miał rozchylony pod luźnym paskiem, tak że widziałam jedwabne bokserki.
- Jesteś Elizabeth? Mogę ci zrobić drinka, kochanie?
Skwapliwie przyjęłam ofertę, całkowicie lekceważąc radę Taylor, by zachować pełną trzeźwość. Chętnie pokazałabym klasę i kontrolowałabym sytuację, ale nad tym musiałam jeszcze popracować. Kiedy weszłam za facetem do apartamentu, zdjął ze mnie płaszcz i rzucił go na oparcie fotela, wskazując mi gestem kanapę. Usiadłam, a on zajął się dopełnianiem swojej szklanki wódką z tonikiem i przygotowywaniem takiegoż drinka dla mnie. Wnętrze było klasyczną garsonierą z elegancką strefą wypoczynkową, wyposażoną w system pięciu wysokich głośników, i z panoramicznym widokiem na miasto. Jeszcze odwrócony do mnie tyłem, gospodarz zasypał mnie pytaniami. Spytał, ile mam lat, i wypytywał, co robię, kiedy nie robię "tego". Powiedziałam, że jestem osiemnastoletnią studentką szkoły teatralnej przy Uniwersytecie Nowojorskim.
- Masz więcej niż osiemnaście, kochanie. Ja się nie mylę. Moja praca polega na rozszyfrowywaniu ludzi. - Oczy błysnęły mu zadowoleniem z siebie, usiadł obok mnie, podał mi drinka, położył rękę na moim udzie. - Nie musisz mi kłamać. No więc ile masz lat?
Wydawał się tak zachwycony swoim darem intuicji, że postanowiłam nie polemizować.
- No dobrze. Skończyłam dwadzieścia. W przyszłym roku zrobię dyplom.
W trakcie dalszej rozmowy przyszło mi do głowy, że zaczynam być dobra w tej sztuce. Odkrywałam w sobie nowy talent. Ćwicząc się w rzemiośle aktorskim, dążyłam do wewnętrznej autentyczności, obnażania się aż do bólu. Tutaj uciekałam się do czystych sztuczek, czegoś dokładnie odwrotnego, ale wykorzystywałam te same umiejętności słuchania i improwizacji. Mój gwiazdor wydawał się zachwycony tym, że jestem studentką szkoły teatralnej, a faktycznie przestałam nią być sześć miesięcy wcześniej.
- Ja poszedłem do szkoły dramatycznej przy Yale - powiedział. - Rozważ taką możliwość.
- Dobra sugestia. Rozważę ją.
- Lubisz Sama Sheparda?
- Uwielbiam Sama Sheparda.
- Przyjaźnię się z nim. Mógłbym ci załatwić przesłuchanie u niego.
Zaproponował obejrzenie galerii w holu z ekspozycją czarno-białych zdjęć, które upamiętniały go, znacznie młodszego, na scenach off-Broadwayu. Wszystkie wisiały trochę krzywo, jakby ktoś walnął w ścianę z taką siłą, że aż ją poruszył. Być może on sam, potknąwszy się w drodze z sypialni do baru. Chwycił mnie za rękę i poprowadził dalej.
- Mam tu coś naprawdę cool. Chciałbym ci pokazać.
Oby to nie była butelka chloroformu ani zestaw narzędzi chirurgicznych, pomyślałam. Już miałam poprosić o kolejnego drinka, ale nie dał mi szansy. Teatralnym gestem otworzył drzwi jednej z szaf i wciągnął mnie do środka. Do garderoby, w której od podłogi do sufitu stały rzędami na półkach najróżniejsze modele butów kowbojskich.
- Łoł. Naprawdę cool.
- Słynę z tego, że noszę buty kowbojskie - rzekł. - To mój znak firmowy. Zechcesz się rozebrać?
Sięgnęłam do suwaka z tyłu, a po plecach przebiegł mi zimny dreszcz, jaki się czuje, będąc przyłapanym na robieniu czegoś bardzo złego.
- Nie, nie tutaj - rzekł, wskazując sypialnię.
Miała szare ściany i szarą supełkową wykładzinę. Jedynym meblem było łoże w odcieniach purpury, odbijające się w lustrzanych drzwiach szaf. Siadł na brzegu łóżka i przyglądał się, jak zdejmuję sukienkę i pończochy, składam je i odrzucam w kąt. Siatkowe pończochy wycisnęły czerwonawy wzór plastra miodu na moich udach. Włożyłam z powrotem buty i poprawiłam stringi, których nie zamierzałam zdejmować, jak długo się da. Gdy stanęłam przed nim sztywno, popatrzył na mnie przez krótką chwilę bez żadnej wyraźnej reakcji i zaczął grzebać w szufladce szafki nocnej. Moje ręce wydawały mi się za długie i nie wiedziałam, co z nimi zrobić. Wymyśliłam, że oprę je na biodrach, a nogi lekko skrzyżowałam jak kandydatka na miss piękności. Wyglądało to trochę teatralnie, ale nie miałam lepszego pomysłu.
- Masz ochotę na rush? - spytał.
Znalazł to, czego szukał. Trzymał w ręku małą buteleczkę poppers.
- Nie mam, ale ty robisz, co chcesz.
Gospodarz wyślizgnął się z jedwabiów i rzeczowym tonem poprosił mnie, żebym uklękła na łóżku twarzą do luster i opierając się na rękach, wypięła tyłek. Do tego momentu raz tylko położył dłoń na moim udzie i kilka razy wziął mnie za rękę, tak że coraz oczywistsze się stawało, że ma awersję do kontaktu dotykowego. Zupełnie inaczej zachowywali się faceci w klubie striptizerskim, którzy chcieli chociaż przez chwilę potrzymać moją dłoń, jakby byli na randce. Czasami zapraszali mnie do kina. Ten gość był inny. Przyklęknął za mną na łóżku, okrakiem nad moimi nogami, nawet mnie nie musnął.
- Podnieś dupę bardziej w górę, żebym ją dobrze widział.
Zrobiłam, o co prosił, ale nie przypatrywał się mojej cipce, w ogóle nie budziłam jego ciekawości. Patrzył na siebie w lustrze i... walił konia.
- Obliż usta, proszę. Przyciśnij jeden cycek do drugiego - wydawał polecenia, cały czas patrząc sobie samemu w oczy.
Kiedy już dochodził, chwycił buteleczkę z szafki nocnej, zaciągnął się głęboko oparami i zwalił się na bok z wywróconymi białkami oczu. Musiałam się tylko lekko przesunąć, żeby sperma trysnęła na materac, a nie na moje plecy. Wyplątałam się z jego nóg i wyjęłam mu z ręki niebezpiecznie przechyloną buteleczkę. Odstawiłam ją na szafkę, żeby trujący płyn się nie rozlał. Facet bardzo szybko odzyskał przytomność i z uśmiechem wycierał ślinę z brody.
- Było pięknie. Fantastycznie.
Odprowadzając mnie do drzwi, dał mi nawet spory napiwek, chcąc wspomóc studentkę. Minęłam portiera i wyszłam w wirujące tumany śniegu, niezwykle jak na tę porę wczesnego, który poruszył coś w moim sercu.
Miesiąc później Taylor i ja wchodziłyśmy do lobby w Ritzu - jak zawsze pewne siebie, eleganckie, nieprzystępne. Dokładnie jednakowego wzrostu: metr siedemdziesiąt pięć plus ośmiocentymetrowe obcasy. Taylor w jasnobrązowym kostiumie z dopasowanym króciutkim żakietem, pod spodem seksowna haleczka, na szyi nieodłączna obroża z pereł, którą dostała od swojej babki na dwunaste urodziny. Jej znakiem firmowym był bardzo dyskretny makijaż i falująca burza ognistorudych włosów. Ja byłam jej fotograficznym negatywem w czarnym długim żakiecie z ledwie zaznaczoną talią, kasztanowymi włosami do ramion i karminową szminką na ustach. Jaskrawa szminka sygnalizująca, że będzie seks bez całowania. Tak, historia Pretty Woman jest w tym aspekcie prawdziwa. Seks bez całowania odpowiada rzeczywistości, reszta w tym filmie to obrażające intelekt pieprzone bzdury.
Opanowałam do perfekcji sztukę unikania kontaktu wzrokowego z kimkolwiek w drodze od wejścia do wind. Nie chciałam dać się zbić z tropu wymownym spojrzeniom, jakimi nas obrzucano, tej kąśliwej dezaprobacie przechodzącej w pełen satysfakcji uśmieszek mądrali z elity, że oto w ekskluzywnym hotelu natknęli się na prostytutki. Taylor namówiła mnie na porzucenie tańca w podłych klubach na rzecz łatwiejszych pieniędzy i życia w luksusie. W ciągu miesiąca poznałam prawie wszystkie pięciogwiazdkowe hotele w Nowym Jorku, w żadnym nie pozostając przez całą noc. Wchodząc tamtego dnia do Ritza, czułam się niespokojna i wyczerpana. Poprzedni wieczór spędziłam w St. Regis z podstarzałym włoskim handlarzem obrazami, który raczył się wolnozasadową kokainą tak namiętnie, że wreszcie w kącikach ust zebrała mu się żółta ślina i gdy mówił, ściekała strużkami po brodzie. Palił, zamieniając się w impotenta, więc zdecydował się na film porno i wsadzanie we mnie suchych, niespokojnych paluchów, co w moim odczuciu ciągnęło się chyba przez dziesięć godzin, choć faktycznie trwało dwie.
Rzeczywiście zarabiałam dużo więcej niż przedtem, ale nie wszystko było tak łatwe, jak chciała mi wmówić Taylor. Okazało się, że pracuje czasem na własną rękę, poza wiedzą agencji. Zdarzało się nawet, że podejmowała duże ryzyko, podkradając klientów Crown Club. Diane się nie bałam, ale ona nie była na najwyższym szczeblu w hierarchii władzy. Nigdy nie widziałyśmy ani nie słyszałyśmy tej niewidzialnej ręki, która zarządzała ekskluzywną stajnią prostytutek w naszej dzielnicy, lecz dla bezpieczeństwa należało założyć, że na samej górze są ludzie, których lepiej nie okradać. Taylor miała jednak lwie serce i niezależnego ducha, w jakimś sensie była socjopatką. Ja łaknęłam jej towarzystwa, przyjaźni i aprobaty. Wyimaginowałam sobie, że jestem do niej podobna. Niestety równie odważna byłam tylko we własnym wyobrażeniu.
Gdy szłyśmy tamtego dnia na interview, Taylor nie bardzo wiedziała, o jaką pracę chodzi. Powiedziała mi tylko, że jakiś impresario z Los Angeles załatwił jej spotkanie z kobietą, która poszukuje w Nowym Jorku dziewcząt do towarzystwa dla bogatego biznesmena z Singapuru. Gaże miały rzekomo sięgać dziesiątków tysięcy dolarów.
- A jeżeli sprzedadzą nas do jakiegoś azjatyckiego burdelu? - spytałam w windzie.
- Na wszystko patrzysz w czarnych kolorach.
Drzwi do apartamentu otworzył nam mężczyzna w garniturze. Nie potrafiłam odgadnąć jego narodowości. Pers czy inny Azjata? Taylor wyciągnęła rękę, na co nie zareagował. Wrócił w głąb pokoju i usiadł koło swojego towarzysza, obydwaj przez resztę popołudnia pozostali milczącymi obserwatorami. Inne dziewczyny już były, przyszłyśmy ostatnie. Wstała, po czym podeszła do nas kobieta, która przedstawiła się jako Arabelle Lyon. Pracując jako call girl, starałam się nie mieć żadnych oczekiwań, niczego z góry nie zakładałam, jednak Ari była prawdziwym zaskoczeniem. Uścisnęła nam ręce i obdarowała mnie szerokim mlecznobiałym uśmiechem. Makijażu prawie nie miała, a jej włosy były w naturalnym kolorze słonecznego blondu - jak u pięcioletniej dziewczynki, która zwykle wyrasta potem na myszatą brunetkę. Rozejrzałam się po pokoju. Siedem dziewcząt, jeżeli dobrze policzyłam, siedziało na sofach, z czego dwie uznałam za kompletne nieporozumienie, dwie za ostrą konkurencję, zaś jedna, która przedstawiła się jako Destiny, to była anomalia.
- Jesse? - upewniła się Ari.
- Nie, Destiny. Tak widnieje na mojej licencji.
Odjazdowej fryzury z przedłużanych włosów mógłby jej pozazdrościć sam Jon Bon Jovi, a zielone szkła kontaktowe upodabniały ją do jakiejś postaci z Ludzi-kotów. Kilkucentymetrowe pazury wymalowała w jaskrawe neonowe paski odpowiadające wzorowi na rękawiczkach bez palców. Jak to się miało mieć do klasycznego kostiumu? Nie mogłam oderwać od niej wzroku. Fascynowała mnie.
Ari siedziała naprzeciwko nas na krześle z prostym oparciem. Wyglądała jak wychowawczyni przedszkolna, która za chwilę zacznie czytać dzieciom bajkę. Na wstępie wyjaśniła nam, że pracuje dla biznesmena z Singapuru, który co wieczór bawi się z przyjaciółmi na organizowanych przez siebie przyjęciach. Poszukuje amerykańskich dziewcząt, które zechciałyby przez dwa tygodnie uczestniczyć w tych imprezach, wynagrodzi je podarunkiem przy wyjeździe, a będzie to gotówka rzędu dwudziestu tysięcy dolarów. Zapewniła, że bezpieczeństwo i traktowanie z należytym szacunkiem mamy zagwarantowane, ba, będą nam we wszystkim dogadzać.
- Czy w ogóle odbywałyście podróże zagraniczne?
- Byłam w Londynie i na Ibizie - bajerowała Taylor - a wiosną planuję podróż na Bali.
- Nie - odparło Nieporozumienie Numer Jeden.
- Kiedyś wybrałam się na Hawaje - padło z ust blondynki.
Pomyślałam, że lepiej nie wspominać o rodzinnej wyprawie do Izraela. Powiedziałam, że byłam na Kajmanach i oszczędzam na podróż do Paryża. Zgodnie z prawdą.
- Czy Bronx się liczy? - spytała Destiny.
- Coś mi się widzi, że szkoda mojego czasu.
- Kocham podróże - powiedziałam. - Uwielbiam poznawać inne kultury i jestem osobą towarzyską. Sprawdzę się w tej pracy.
Miałam wrażenie, że ubiegam się o pracę wolontariusza w Korpusie Pokoju, póki nie zaczęła się druga część castingu i nie przeszłyśmy do sąsiedniego pokoju na zdjęcia. Łóżko było tam odsunięte na bok, a jego miejsce zajął zestaw oświetleniowy. Ustawiłyśmy się rządkiem pod ścianą i czekałyśmy na swoją kolejkę do pozowania. Pełen werwy fotograf zrobił każdej z nas zdjęcia w bieliźnie i każdej wręczył wizytówkę, na wypadek gdyby któraś potrzebowała kiedykolwiek fotografii portretowej.
Cała impreza wydawała mi się wątpliwa i szybko o niej zapomniałam. Zdarzył się po prostu jeszcze jeden wieczór w jakimś hotelowym pokoju i w bieliźnie. Niecały tydzień później zadzwoniła jednak do mnie Ari z informacją, że selekcję przeszłam ja i Destiny. Destiny w rękawiczkach bez palców. Nie Taylor. Bałam się jej powiedzieć, że zostałam wybrana, a ona nie. Znałam ją dobrze i wiedziałam, że nasze relacje zależą od utrzymania nierównego układu sił między nami, a myśl o utracie jej przyjaźni przerażała mnie. Ona jedyna spośród moich przyjaciółek wiedziała, co robię w nocy dla zarobku i mimo to mnie lubiła. Kochałam Seana. Ceniłam sobie przyjaciół z kręgu teatru, którzy daleko ją przerastali pod względem wyrobienia artystycznego i intelektualnego. Byli jednak po drugiej stronie niewidzialnej przesłony, bariery odgradzającej mnie od większości świata, od każdej osoby nietrudniącej się striptizem i prostytucją. Taylor bez wątpienia znajdowała się po mojej stronie muru i nie chciałam zostać tu sama.
W toku rozmowy Ari wyjaśniła, że nie pracuje dla biznesmena z Singapuru, tylko dla sułtańskiej rodziny z Brunei. Wchodziły także w grę większe pieniądze, niż wcześniej zapowiadała, ale tego bliżej nie sprecyzowała. Przyjęcia, w których miałabym uczestniczyć, będą wydawane przez młodszego brata samego sułtana, księcia Jefriego, a ja znajdę się na liście jego prywatnych gości. Odpowiedziałam pytaniem:
- Książę ... jakiego kraju?
Ari poprosiła o przesłanie paszportu FedExem, gdyż musi błyskawicznie załatwić mi wizę. Fantazje na temat tańca z siedmioma welonami w pałacu pod kopułą walczyły o lepsze z lękiem, że zostanę sprzedana i będę zmuszana do plugawego seksu na gołym materacu. Czy mogę wierzyć tej kobiecie? Intuicja podpowiadała mi, że tak. Ta historia była zbyt niesłychana jak na oszustwo. Skąd jednak miałam mieć pewność? Pod wpływem irracjonalnego impulsu zdecydowałam się przyjąć ofertę, licząc na to, iż ewentualnie wycofam się w ostatnim momencie. Trzęsąc się z emocji, że podejmuję tak karkołomny krok bez aprobaty Taylor, poszłam do punktu pocztowego na Houston Street, zakleiłam kopertę z paszportem i nadałam do Los Angeles.
Jeszcze nic nie mówiłam Penny. Zamierzałam powiedzieć jej o Brunei podczas jazdy metrem, lecz z jakiegoś powodu nie zdobyłam się na to. Nie mogłam. Gdy wracałyśmy metrem do domu, gapiłam się w czarne okno, za którym nic nie było, za to patrzyło na mnie odbicie mojej twarzy. Siedziałyśmy przez pół drogi w niekrępującym milczeniu, jak zżyte ze sobą osoby, aż wreszcie odwróciłam się do niej i poinformowałam o pracy w Brunei, mówiąc tyle, ile sama wiedziałam. Wstrzymała oddech.
- Chyba żartujesz?
Chociaż przekonałam ją, że nie żartuję, nie próbowała mnie zniechęcić, bo na to za dobrze mnie znała. Po chwili zastanowienia zaczęła obmyślać plany ratunkowe. Penny była dziewczyną czynu.
- Ile mamy czasu? Muszę mieć kopię twojego prawa jazdy, karty kredytowej i paszportu. Musimy wymyślić jakieś sekretne hasło, którym się posłużysz - nie mogąc inaczej skontaktować się ze mną - jako sygnałem, że jesteś w niebezpieczeństwie. Co jeszcze możemy zrobić? - Po sekundzie miała kolejny pomysł. - Pójdziemy do salonu ezoterycznego.
Penny miała takie miejsce, gdzie chodziła na oczyszczanie energetyczne, czytanie z kart i palenie rytualnych świec. Ja ani wierzyłam w talizmany, ale są takie sytuacje, kiedy chwytam się wszystkiego.
- Po co?
- Po ochronę.
Zgodziłam się, chociaż zdawałam sobie sprawę, że jeżeli ta eskapada miałaby się okazać groźna, to łupina kokosu czy świeca na pewno mnie nie uratują. Zatrzymałyśmy się jednak w drodze do domu, żeby zakupić świecę. Był na niej wizerunek Michała Archanioła w zbrojnym pancerzu, z gęstwą lśniących włosów zamiast kasku i stopą przygniatającą głowę szatana. Wolałam Marię, ale sprzedawczyni usilnie namawiała na Michała. Miałam wątpliwości, czy mężczyzna, nawet anioł, zechce w tym przypadku interweniować. Mimo to zapaliłam świecę. Później tego popołudnia zatroszczyłam się jednak dodatkowo o własne bezpieczeństwo i z plecakiem przewieszonym przez ramię wybrałam się do centrum. Pomyślałam, że spróbuję uzbroić się także w informację. Minęłam sprzedawców kadzidełek i kamienne lwy strzegące kolumnowego wejścia do nowojorskiej biblioteki publicznej. Nie miałam z kim porozmawiać, nie było żadnego sposobu, żeby sprawdzić wiarygodność oferty. Ponieważ był to jeszcze wiek internetowego paleolitu, przed stworzeniem Wikipedii, więc koczowałam w bibliotece przez całe popołudnie, wyszukując informacje o Brunei i sułtańskiej rodzinie.
Dowiedziałam się, że malezyjskie Brunei jest sułtanatem muzułmańskim położonym na północnym wybrzeżu Borneo. Pełną niepodległość kraj odzyskał w 1984 roku, ale w dalszym ciągu łączą go z królową angielską silne więzy dyplomatyczne. W tamtym czasie sułtan Brunei był, dzięki ropie i zagranicznym inwestycjom, najbogatszym człowiekiem na planecie, chociaż później zdystansował go Bill Gates. Obecnie plasuje się na czwartym miejscu między Paulem Allenem z Microsoftu i Fahdem, królem Arabii Saudyjskiej. Dane statystyczne spisałam do notesu. Brunei zajmuje obszar około pięciu tysięcy siedmiuset siedemdziesięciu kilometrów kwadratowych, czyli nieco mniej niż stan Delaware. Kraj, zwany złośliwie państwem Shell-dobrobytu, zamieszkuje 374 577 obywateli i każdy ma dostęp do bezpłatnej edukacji i leczenia na koszt sułtana. Sułtan ma trzech braci: Mohammeda, Sufriego i Jefriego, który ma mnie gościć. Mohammed, jak przeczytałam, jest najbardziej religijny z braci, ma tylko jedną żonę i często wypowiada się głośno na temat liberalnych (i libertyńskich) poglądów braci.
Znalazłam wiele zdjęć samego sułtana i jego dwóch żon, jedno jego brata Mohammeda, ale nie natrafiłam na żadne zdjęcie Jefriego. Sułtan wyglądał niezwykle dostojnie w monarszych strojach i wojskowych insygniach. Trudno było sobie wyobrazić jakąkolwiek komunikację z kimś takim. Wreszcie na końcu jakiejś pożółkłej książczyny odkryłam niewielkich rozmiarów zdjęcie księcia Jefriego. Był w kasku ochronnym i niebieskim stroju do gry w polo. Stał obok konia, od którego lśniącej sierści bił blask. Jefri wydał mi się niewysoki, ale męski, wysportowany i bardzo przystojny. W jego oczach wychwyciłam coś zimnego, jakby przebłysk perfidii. To i wąsy w stylu Errola Flynna nadawały mu wygląd podejrzanego drania trochę z innej epoki. Zaklęty książę z domieszką łotra. Nagle nabrałam pewności, że mimo wszystko pojadę do Brunei. Tam w bibliotece poczułam psychiczną gotowość pofrunięcia do równoległego uniwersum pałaców i balów, wyobrażając sobie, że moje życie w Nowym Jorku pozostanie nienaruszone, poczeka na mnie.
Tego wieczoru poinformowałam Taylor. Zachowała się tak, jak można się było po niej spodziewać: zażądała procentu od moich zarobków. Ja też zareagowałam tak, jak można się było po mnie spodziewać: zgodziłam się na to...
CDN.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz